Nowy Rok nie przyszedł z hukiem.
Nie było gwałtownych zmian ani obietnic składanych na głos. Las nie wiedział, że zmieniła się liczba, a noc wyglądała dokładnie tak samo jak poprzednie - cicha, zimna, rozciągnięta nad ziemią jak ciemne futro.
Yrsa siedziała przy wejściu do swojej nory i patrzyła w głąb lasu.
Minął rok.
Nie od przybycia do watahy - to przyszło później, bez ceremonii, niemal mimochodem.
Minął rok od dnia, w którym świat, jaki znała, przestał istnieć.
Yrsa pamiętała go do dziś. Pamiętała moment, w którym instynkt kazał jej uciekać, a rozum nie nadążył nawet zaprotestować. Pamiętała śnieg, który przyjął jej łapy bez pytania. I ciszę później - nie uspokajającą, lecz martwą. Ciszę po tym, jak wszystko, co było światem, przestało nim być.
Została sama. Nie dlatego, że była najsilniejsza. Została, bo życie czasem wybiera przypadkowo.
Przez długi czas uważała, że to pomyłka.
Pierwsze dni po tamtej nocy były nie tyle żałobą, co dezorientacją. Ciało poruszało się jeszcze z rozpędu, umysł wykonywał znane gesty, ale sens zniknął. Były chwile, w których budziła się przekonana, że zaraz usłyszy głosy swojej watahy i chwile, w których bała się zasnąć, bo wiedziała, że ich nie usłyszy.
Nie płakała wiele. To przyszło później.
Najpierw była tylko konieczność przetrwania.
Kiedy trafiła do nowej watahy, była cieniem samej siebie. Uprzejma - zawsze. Spokojna - niemal przesadnie. Mądra w sposób, który pozwalał nie zadawać zbyt wielu pytań. Była gościem. Kimś, kto stoi trochę z boku, obserwuje, uczy się rytmu, ale nie wchodzi w środek kręgu.
Nie dlatego, że nie chciała.
Dlatego, że krąg kojarzył jej się z czymś, co już raz się zamknęło - i pękło.
Minął rok.
Były dni dobre. Ciche, równe, niemal zwyczajne.
Były też takie, które zaczynały się od zapachu albo światła padającego pod złym kątem i kończyły walką o oddech.
Obrazy wracały. Zawsze wracały.
Nie pytały, czy jest na to gotowa.
Czasem widziała pysk kogoś, kogo straciła, tak wyraźnie, że aż odruchowo robiła krok w jego stronę. Czasem słyszała dźwięk, który należał do tamtej nocy, i świat na moment tracił ostrość. Nauczyła się wtedy stać nieruchomo. Oddychać. Czekać, aż teraźniejszość znów ją dogoni.
Wataha… była cierpliwa. Nienachalna. Pozwalali jej być taką, jaka była. Nie naciskali. Nie wymagali wyznań. Byli i to wystarczało bardziej, niż się spodziewała.
Byli po prostu obecni.
Delta ze swoją szorstką troską, która nigdy nie była czuła, ale zawsze skuteczna. Inni, których imiona z czasem przestały brzmieć obco. Kroki w lesie, które nauczyła się rozpoznawać. Cisza, która nie była już zagrożeniem, a jedynie przestrzenią.
Xiv było jednym z tych elementów, które trudno było zignorować, nawet gdy bardzo się tego chciało. Zawsze trochę za głośne, trochę za szybkie, z myślami biegnącymi przed pyskiem. Na początku patrzyła na nie z dystansem, z tą uprzejmą rezerwą, którą miała opanowaną do perfekcji. Odpowiadała spokojnie, czasem błyskotliwie, czasem półuśmiechem, który kończył rozmowę, zanim ta zdążyła zejść na niebezpieczne tory. Z czasem zauważyła, że jego obecność… równoważy ciszę. Nie wypełnia jej nachalnie, ale rozprasza ją drobnym ruchem, śmiechem, nieporadnym entuzjazmem. Jak ptak, który nie wie, że śpiewa w miejscu, gdzie wcześniej było tylko echo.
Inni przewijali się w jej życiu jak pory roku. Jedni głośniejsi, inni cisi. Niektórzy zostawali na dłużej w jej pamięci, inni tylko w codziennych gestach - wspólnym patrolu, krótkiej rozmowie, spojrzeniu wymienionym bez słów. Zauważyła, że coraz rzadziej łapie się na tym, że liczy kroki do wycofania się. Coraz częściej pozwala sobie zostać chwilę dłużej, wysłuchać, odpowiedzieć.
To nie było przywiązanie w nagłym, dramatycznym sensie.
Raczej coś cichszego. Przyzwyczajenie. Zgoda.
Były dni, w których myślała, że może tak właśnie wygląda „bycie częścią”. Nie deklaracja. Nie moment przełomowy. Po prostu fakt, że gdy wracała do swojej nory, las nie wydawał się już obcy. Że czyjeś kroki w oddali nie podnosiły od razu napięcia w karku. Że cisza, choć wciąż głęboka, nie była samotna.
Minął rok.
Nie uleczył jej.
Nie zabrał obrazów.
Nie zamknął przeszłości.
Ale nauczył ją jednej rzeczy: że życie nie zawsze wraca z hukiem. Czasem wraca szeptem, przez obecność innych, przez rytm dni, przez to, że ktoś pamięta, gdzie mieszkasz, i zauważa, gdy zbyt długo nie wychodzisz z nory.
Minął rok także w porach, które przyszły inaczej, niż się spodziewała.
Pierwsza zima tutaj nie była taka jaką znała.
Yrsa znała zimę. Prawdziwą. Taką, która nie pyta, czy jesteś gotowy. Zimę, która tnie skórę wiatrem ostrzejszym niż kły, która odbiera dźwięki, zapachy i kolory, aż świat zostaje sprowadzony do jednego pytania: czy przetrwasz do jutra. Tam, na dalekiej północy, zima była czymś, co definiowało istnienie. Była wrogiem i nauczycielem jednocześnie.
A ta…
Ta była cicha.
Miękka.
Śnieg skrzypiał łagodnie pod łapami, nie krzyczał. Mróz szczypał, ale nie karał. Noce były długie, lecz nie martwe. Las nie zamierał tylko zwalniał. Yrsa długo nie potrafiła temu zaufać. Każdy spokojny poranek wydawał się podejrzany, jakby świat tylko czekał, aż odsłoni zęby.
Nie odsłonił.
Zamiast tego były ogniska ciepła: nory, do których można było wrócić; zapach jedzenia, który nie oznaczał natychmiastowej walki; obecność innych wilków, którzy nie znikali po jednej burzy śnieżnej. Zima nie zabierała. Po prostu była.
To ją dezorientowało.
Dopiero z czasem zrozumiała, że jej ciało - przyzwyczajone do nieustannego napięcia - nie umiało jeszcze odpoczywać. Że ostrożność, którą nosiła jak drugą skórę, była echem tamtej północy, a nie odpowiedzią na teraźniejszość. Uczyła się więc tej zimy powoli. Jak czegoś nowego. Jak czegoś, co nie musi boleć.
Potem przyszła wiosna.
Prawdziwa. Pełna. Nie wywalczona krwią ani głodem. Przyszła sama, jakby świat uznał, że ma do tego prawo. Yrsa pamiętała moment, w którym po raz pierwszy poczuła zapach wilgotnej ziemi i zorientowała się, że nie towarzyszy mu strach. Że nie musi sprawdzać nieba ani liczyć zapasów. Że może po prostu… stać.
Lato było jeszcze dziwniejsze. Ciepłe w sposób niemal bezczelny. Dni długie, noce łagodne, słońce uparte w swoim trwaniu. Yrsa szybko odkryła, że jej własne ciało nie było do tego stworzone. Futro, gęste i ciężkie, utkane z pamięci północnych zim, okazało się zbyt ciepłe na ten świat. W południe chowała się w cieniu, w chłodnych zagłębieniach terenu, pod korzeniami drzew. Czasem leżała nieruchomo, z pyskiem opartym o ziemię, pozwalając, by chłód powoli wsiąkał w łapy i brzuch.
Było w tym coś niemal komicznego - wilk z dalekiej północy, który musi uciekać przed latem. A jednak nikt się z tego nie śmiał. Ktoś tylko rzucił mimochodem, gdzie jest chłodniejsza ścieżka. Ktoś inny zostawił cień dla dwóch zamiast jednego. Xiv pewnego dnia bez słowa przyniosło jej mokre liście, rozłożone przy wejściu do nory, jakby to było czymś zupełnie oczywistym.
Codzienność zaczęła się składać z drobiazgów. Z poranków, w których las pachniał inaczej niż wczoraj. Z posiłków, które nie były jedynie koniecznością, ale miały smak. Z pracy wykonywanej spokojnie, bez ciągłego oglądania się przez ramię. Yrsa zauważyła, że coraz częściej pozwala sobie na bezczynność - krótką drzemkę w słońcu, dłuższe stanie nad strumieniem, obserwowanie, jak świat robi swoje, bez jej udziału.
Jesień przyszła miękko. Kolory zmieniały się stopniowo, jakby las dawał czas na przyzwyczajenie się do każdego odcienia. Powietrze stawało się chłodniejsze, a jej futro wreszcie zaczęło mieć sens. Po raz pierwszy od dawna poczuła ulgę, gdy temperatura spadła. Jakby ciało odetchnęło razem z nią. Zbieranie zapasów, krótsze dni, dłuższe wieczory - wszystko to miało w sobie rytm, który nie budził lęku.
Dopiero wtedy zrozumiała coś, czego wcześniej nie potrafiła nazwać.
Na północy pory roku były ostrymi granicami. Przetrwaniem albo śmiercią. Tutaj były opowieścią. Jedną, długą, zmieniającą ton, ale nie sens. Każda miała swoje miejsce i żadna nie próbowała drugiej unicestwić. Zima nie pożerała wiosny. Lato nie karało jesieni. Wszystko następowało po sobie, jakby świat wiedział, że nie musi się spieszyć.
Była też noc Dziadów.
Yrsa wracała do niej myślami bez zapowiedzi, jak do snu, który nie chce się całkiem rozmyć. Mgła, gęsta i srebrna, cisza tak głęboka, że aż czujna. Granica między tym, co żywe, a tym, co odeszło, była wtedy cienka jak oddech na zimnym powietrzu.
Stała pod starym drzewem, obok Xiv, i czuła obecność tych, których imion nikt już nie wypowiadał. Duchy nie straszyły. Były zmęczone. Zagubione. A ona nie odwróciła wzroku. Pozwoliła im mówić, pozwoliła odejść.
A na koniec... Epidemia przyszła cicho.
Nie jak katastrofa, raczej jak pęknięcie w codzienności, które długo pozostaje niezauważone. Najpierw pojedyncze kaszlnięcia, gardła zaczerwienione bardziej niż zwykle, zmęczenie tłumaczone pogodą. Potem zamknięte nory, krótsze rozmowy, zapach ziół unoszący się w powietrzu ciężej niż normalnie.
Yrsa przyjęła to bez dramatyzmu. Choroby znała. Słabość ciała była jej towarzyszem od zawsze. A jednak, gdy przyszła kolej na nią, zrozumiała, że tym razem nie chodzi tylko o ból czy gorączkę. Chodziło o zależność.
Leżała w swojej norze, odcięta od reszty świata, i po raz pierwszy od bardzo dawna nie była sama z tym, co ją niszczyło. Xiv było przy niej od początku. Nie z obowiązku, nie z rozkazu Delty, ale z decyzji, która zapadła tak naturalnie, że nikt jej nie kwestionował. Czuwało, kiedy gorączka odbierała jej orientację. Przypominało, gdzie jest, jak się nazywa, że noc mija. Uczyło się jej ciszy, tak samo jak ona uczyła się jego obecności.
To wtedy zobaczyła je inaczej. Bez pośpiechu, bez tej nerwowej iskry, która zwykle wyprzedzała jego myśli. W zmęczeniu, w kaszlu, który próbowało przed nią ukryć. W determinacji, która kazała mu zostać, nawet gdy własne ciało zaczynało odmawiać posłuszeństwa.
Zrozumiała, że zachorowało przez nią.
I że mimo to nie odeszło.
Pamiętała gorączkę. Ten moment, kiedy duch zaczął się oddzielać od ciała tak naturalnie, że aż przerażająco. Głosy, które mówiły, że wystarczy. Że może już przestać walczyć. I pamiętała Xiv, które siedziało przy niej mimo własnej słabości, ogrzewając ją, gdy ona była już tylko cieniem samej siebie. Pamiętała strach w jego milczeniu. I fakt, że zostało, choć mogło odejść. Gdy była na granicy - zbyt słaba, by pić, zbyt rozgrzana, by odróżnić sen od jawy - jego głos był jedyną rzeczą, która trzymała ją po tej stronie. Proste „jestem”, powtarzane cierpliwie, jakby to wystarczało, by zatrzymać duszę w ciele. A potem przyszło powolne cofanie się choroby. Najpierw u niej. Ostrożnie. Nieufnie. Jakby życie sprawdzało, czy naprawdę może wrócić. Delta pojawił się któregoś dnia przy wejściu do nory, burkliwy jak zawsze, ale w jego dotyku nie było już napięcia. Kiwnął głową. „Będzie żyć.” To było więcej niż nadzieja.
Xiv wyzdrowiało później. Zmęczone, wychudzone, ale uparte jak zawsze. A między nimi coś się przesunęło. Nie nazwali tego. Nie musieli. Wiedzieli tylko, że cisza, którą teraz dzielą, jest inna niż wcześniej. Głębsza. Wspólna.
Yrsa wstała od wejścia do nory, otrząsnęła futro z resztek śniegu i przez chwilę jeszcze nasłuchiwała. Z głębi lasu dobiegały głosy - zwyczajne, trochę rozproszone, zlewające się w ten charakterystyczny gwar, który oznaczał jedno: wszyscy byli już na miejscu. Ktoś się śmiał, ktoś się sprzeczał o drobiazg, ktoś inny kogoś wołał.
Xiv pojawiło się obok niej, jakby było tam od dawna. Zerknęło na nią szybko, uważnie, sprawdzając odruchowo, czy na pewno jest w porządku. Yrsa uniosła kącik pyska w krótkim, spokojnym geście, który mówił wystarczająco dużo. Była.
— Idziemy? — rzuciło Xiv, bez zbędnych ceregieli.
Skinęła głową i ruszyli razem ścieżką w dół, w stronę miejsca, gdzie wataha zebrała się na nocne świętowanie. Śnieg był ubity od łap, a w powietrzu unosił się zapach jedzenia i dymu z ogniska. Kiedy wyszli spomiędzy drzew, kilka spojrzeń uniosło się w ich stronę. Ktoś pomachał ogonem. Ktoś zawołał ich imiona.
Yrsa usiadła wśród innych, trochę z boku, ale już nie poza kręgiem. Ktoś przesunął się, robiąc jej miejsce. Ktoś inny podał kawałek mięsa, jakby to było czymś zupełnie oczywistym. Zjadła powoli, ciesząc się prostym smakiem i tym, że nikt się nie spieszy.
Xiv szybko wciągnęło się w rozmowę, gestykulując pyskiem i łapami, opowiadając coś zbyt szybko, jak zwykle. Co chwilę zerkało na Yrsę, sprawdzając, czy słucha. Słuchała. Czasem wtrącała jedno zdanie, czasem tylko parsknęła cicho śmiechem. To wystarczało.
Noc mijała bez planu. Ktoś wyszedł, ktoś przyszedł, ktoś zasnął. Śmiechy przeplatały się z ciszą. Zwykłe bycie razem, bez wielkich słów i bez potrzeby ich szukania.
Kiedy Yrsa położyła się w śniegu, pozwalając, by chłód przyjemnie dotknął rozgrzanego ciała, poczuła obok siebie ciepło Xiv. Nie musieli nic mówić. Nowy Rok przyszedł dokładnie tak, jak powinien - cicho, zwyczajnie, wśród tych, którzy byli.
Szczęśliwego Nowego Roku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz