środa, 24 grudnia 2025

Od Delty - "Wiec to są święta" - opowiadanie świąteczne

Delta spojrzał smętnym wzrokiem na swoje łapy. Śnieg przywierał do nich jak rzepy do ogona latem. Nie było to przyjemne uczucie, ale przynajmniej staruszek poruszał się w miarę ponad warstwami zimnego puchu. Talia i Dalia nie miały tyle szczęścia. Obie przybrały na masie, zwłaszcza skrzydlata. Jej biegi przełajowe i ćwiczenia walki oraz długie spacery przyprawiły ją o porządne i dobrze zbudowane mięśnie. Samiczka zatem zrobiła się  ciężka i barczysta, co za tym idzie, śnieg nie stał jej żadnym oporem. Przedzierała się przez niego jak mały niedźwiedź.

— Daleko jeszcze? — spytała w końcu Talia, jej oczka rozglądając się wokoło.

— Niedaleko. Te drzewa są zaraz, tam. Na brzegu. Stare i kruche, w sam raz. — Delta zmarszczył nos. — Żwawo. Żwawo dziewczynki, nie możemy zostawiać medycznej samej na za długo. — oświadczył dreptają w kierunku starych świerków. Dalia odetchnęła ciężko i z impetem rozdarła się przez kolejny kawałek śniegu, co by jej siostrze prościej było przejść za nią.

—I będziemy ją całą ciągnąc do medycznej? Przecież się nie zmieści! — Dalia skomentowała jak podeszli do drzewka, które Delta sobie upatrzył.

— Nie. Zabieramy sam czubek. — medyk wskazał na skrzydlatą i machnął łapą. Samiczka rozłożyła swoje błogosławieństwo od świata i zaraz była w powietrzu. Drobinki śniegu latały w powietrzu opadając z jej futra. Talia spojrzała na siostrę, zdejmując ze swoich pleców dość długa linę. Rzuciła nią do siostry i zaraz miały czubek świerku oplątany wokół korzenia. Potem zostało tylko ją przyciąć. To zajęło im najdłużej. Ciężko używa się nowelistycznych i ciekawych urządzeń ludzkich bez kciuków i bladego pojęcia jak działają. Na szczęście jakoś się udało.

So this is Christmas.
And what have you done ?
Another year over
and a new one just begun.

Choinka stanęła w jaskini medycznej. Wyjątkowo w środku. Wsparta paroma sznurkami, obwieszona starymi ziołami, które nie nadawały się na leki. Gdzieniegdzie wisiała szyszka, suszony kwiatek, jakiś zagubiony owoc, kości. Była to biedna choinka, smutna, ale ich. Przypomnienie, że nawet w chorobie i tragedii możliwa jest odrobina radości.

Delta zadbał nawet o dobry posiłek tego dnia. Wysłał Dalię do pomocy na polowaniu, a ta spisała się nawet dobrze. Myszka w końcu jeszcze trochę dobrzała po chorobie, więc skrzydlata dostała sporo pochwał.

— Dobry posiłek. Dobry nastrój. — Delta spojrzał na salkę pełną wilków szepczących do siebie ciche rozmowy. Talia siedziała obok niego, a Dalia nakładała na gałęzie jeszcze parę drobnostek od siebie. — Przydałoby się jeszcze zdrowie… —

— Przydałoby się… — przyznała Talia i zapadła chwila ciszy. — Wiesz… to nasze pierwsze święta. — wyszeptała w końcu. Delta położył łapę między jej łopatkami.

— Wiem. Dlatego mam dla was mały prezent. To niewiele. Zdobyczne rzeczy w większości, jeszcze przed tym całym zamieszaniem i chaosem. — medyk wstał i podszedł do swojego stolika. Bezczelnie wlazł na niego i z najwyższej wyżłobionej w kamieniu półki zdjął dwie małe błyskotki.

— Prezent… Dla nas? — Dalia podeszła bliżej. Jej pysk nie wyrażał za wiele emocji, jednak w oku świeciła się jej gwiazdka zainteresowania i radości.

— Dla was. W końcu w wielkiej teorii jestem waszym ojcem, nie? Adoptowanym, ale jednak. — Delta zeskoczył na ziemię i ciężko odetchnął. — Młodszy się nie robię. — parsknął i rozciągnął stare kości. — Podejdźcie. — machnął wolną łapą na swoje córy. Obie posusznie wykonały polecenie, siadając zaraz przed nim. Wadery górowały nad nim jak dwie góry nad samotną sosną. Jak słońce i księżyc nad światem. Jak  każdy inny wilk nad Deltą. A mimo to, medyk zdawał się być największym wilkiem w tej jaskini.

—Co to? — Talia przebierała swoimi czterema przednimi łapkami z podekscytowaniem.

— Nic wielkiego jak mówiłem. Dla Talii, a znalazłem taki mały wisiorek. W środku jest suszona róża. — Delta podał jej wisiorek na sznureczku. — Niestety oryginalny łańcuszek nie przetrwał.

— Jest śliczny! Róża to mój ulubiony kwiat! — oświadczyła przysuwając błyskotkę do piersi po czym wpychając ją w łapy siostry. — Załóż mi! Załóż! — I Dalia zaraz przełożyła wisiorek przez szyję siostry, a Delta spojrzał na nie. Jeszcze niedawno były jego wielkości i zaglądały mu przez ramię na to jak robi leki. Zadawały głupiutkie pytania i przyzwyczajały się do tego spokojnego życia w tej jakże „spokojnej” watasze. A teraz obie spoglądały na niego z góry. Były prawie dorosłe, a jednak, ta ekscytacja na prezenty, na uwagę, na komplementy – to nadal były szczeniaki. To nadal były dzieci, łatwe do namawiania, posłuszne swojemu adopcyjnemu tacie i jakże szczęśliwe tu gdzie były.

— A dla Dalii?! — Talia klasnęła w łapy i spojrzała na Deltą z oczekiwaniem.

— No tak. Dla Dalii mam to. — Delta wysunął na łapie obrączkę. Wadery spojrzały na to i Dalia przekrzywiła nawet łepek, tak jak miała w zwyczaju to robić kiedy była jeszcze wielkości grzybka.

— Co to? — spytała, jakby nieco zawiedziona, nawet jakby nie chciała po sobie tego poznać.

— No tak. Przecież to idzie w parze… z tym. — Delta teraz sięgnął po igłę. — Od dawna szczekasz na prawo i lewo, że chcesz kolczyk. W prawym uchu, dobrze pamiętam? — stary medyk posłał jej szeroki uśmiech, ponieważ teraz nawet ta „silna i niezależna” Dalia zatrzęsła się z ekscytacji.

— Nie mówisz serio! — uśmiechnęła się szeroko, pokazując wszystkie zęby. — Serio!? Teraz! Mogę teraz?! — Delta pokiwał głową. I już wkrótce Dalia miała kolczyka na prawym uchu. Wadera machała nim, a ciężar metalu dokładał jej coraz to więcej szczęścia.

— O nie… Ale my nie mamy nic dla ciebie! — Talia w końcu spojrzała na tatę.

— Nie musicie nic dla mnie mieć. Ja swoje święta przeżyłem, swoje prezenty dostałem. Starczy mi, że się tak cieszycie. Chociaż…  — Delta spojrzał na nie spode łba.

— Tak? — Dalia zaraz byłaby gotowa dla niego w zamian zrywać gwiazdy z nieba.

— Zajmijcie się na chwilę dla mnie medyczną, proszę. Chciałbym pójść nad grób przyjaciół. — Delta poprosił, a one obie zaraz kiwały głową.

And so happy Christmas.
We hope you have fun,
the near and the dear ones,
the old and the young.

Delta odwiedził miejsce spoczynku Pakiego i Yra. Nie robił tego często. Nie miał już czasu i często siły. Porozmawiał chwilę z powietrzem w nadziei, że zimny zimowy wiatr przekaże jego przyjaciołom w zaświatach, że nadal o nich pamięta. Że nadal trzyma ich blisko swojej pamięci. Zostawił dla nich zwiędniętego kwiatka, to wszystko co mógł teraz znaleźć. Zima ich nie oszczędzała.

Po czym wrócił do jaskini medycznej. Przechodząc obok salki chorych odetchnął ciężko. Podszedł do ogniska i dorzucił do niego drewienko, co by paliło się jaśniej. Potem wszedł do sali. Parę oczu podniosło się na niego, oczekując leków, upomnień, ucieszeń. Delta zamiast tego podszedł do Agresta i Nymerii, którzy siedzieli spokojnie, zawinięci w swoje własne ciała.

— Już czas na leki? — wychrypiał stary zgred, znaczy się – Agrest.

  Nie. Święta. Może nadal za Toba nie przepadam, ale Wesołe Święta należą się każdemu. — odparł medyk. Nymeria posłała mu  niemrawy uśmiech. — Podnieście tyłki. Będziemy jeść, pić — Delta spojrzał na Rukę podsłuchującą w legowisku obok. — Z umiarem… — dodał więc. — i komu gardło pozwoli to śpiewać. Dzisiaj odpoczywamy od choroby i zmartwień… na chwilę.

I potem Dalia wtargała do sali sarnę, kubeczki i odrobinę trunku. Odrobinę oczywiście w miarkach WSC, tak więc Delta musiał pilnować niektórych ewenementów, co by nie pogorszyli swojego stanu. I nagle jaskinia zawrzała. Ciepłe głosy, ciche podśpiewywania, rozmowy z wilkami, które wspólnie na ten wspaniały dzień utknęły razem w tym parszywym miejscu. I chociaż na chwilę, na ten jeden wieczór przy ognisku, jedzeniu i pod choinką to miejsce pełne było szczęścia, złudnego, ale jednak. Śmierć dała im chwilę odetchnienia na ten czas i nie zabrała ze sobą nikogo tego dnia. Może też z nimi siedziała i piła do cichej melodii starej kolędy, którą Hiekka skądś wygrzebał.

Jak przyjemnie było na chwilę odetchnąć.

War is over.
If you want it.
War is over, now.

 

Wesołych Świąt Kochani. Wesołych Świąt!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz