niedziela, 21 grudnia 2025
Od Talii - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 12
Brzemię śmierci zawsze spada na tych, którzy albo z nią pracują, albo się jej nie spodziewają. Bliscy odchodzą, a ty możesz się tylko przyglądać jak dusza twojego ukochanego odchodzi w zaświaty. W miejsce, którego nie znamy, nie widzimy. Ta jedna nieznana, która czeka na każdego.
Talia była tego świadoma, ale patrzenie na swoją siostrę, chorą i leżącą na posłaniu,, było ciężkie. Samiczka starała się utrzymywać uśmiech na pysku, miły ton dla wszystkich wokół, ale zagrożenie śmierci, dla kogoś tak dla niej ważnego jak jej siostra wisiało nad nią jak gilotyna. Straszyło ją w snach, mieszało w jej głowie. Jej łapy trzęsły się kiedy mieszała kolejne maści. Kiedy spoglądała na salkę, pełną ciał i żałości, pełną oczekiwania na koniec.
Pośród chorych znalazło się wiele Wików, których Talia nigdy wcześniej nie widziała. Delta wymieniał je dla niej po imieniu, aby mogła zapoznać się z każdym z bliska. Wiedziała, że niektórzy z nich nigdy nie wyjdą z jaskini żywi. Że będzie ostatnią osobą, której w oczy spojrzą zanim odejdą. Pogodziła się z tą myślą. Była dla niej komfortem. Pewnością, że ona będzie komfortem dla umierających, kiedy będą tego potrzebować.
— To naturalne, że czuję się z tym tak źle? Że to takie niesprawiedliwe? Yolotl był niewiele starzy ode mnie…— Talia podkuliła ogon i oparła swój bok o bok Delty.
— Tak. To całkowicie normalne. Jesteś jeszcze szczeniakiem. — Delta pogłaskał ją po głowie. — Mi zajęło wiele lat aby nawet nie mruknąć na śmierć, a i tak czasem łapie mnie z zaskoczenia. Z żalem. —przyznał.
Talia poznała Falkę w bardzo zimne południe. Wadera weszła do jaskini medycznej i otwarła pysk przez Delta, który zaraz posłał ją do sali głównej. Samica wyglądała śmiesznie. Jej szczęka była nie na miejscu i chodziła trochę dziwnie. Ale miała bardzo ładny ogon, który kręcił się w dziwny sposób. Niestety nie przeżyła za długo. Przyszła do nich za późno. Talia patrzyła jak Delta zamyka jej oczy.
Opalit i Dalia zachorowali prawię w tym samym momencie i oboje martwili Talię bardzo mocno. Ale oboje wyzdrowieli, pomimo trudności jakie ich zastały. Siedzenie w miejscu nie było ich silną stroną.
Danny pojawił się niechętnie. Z raną ciętą na ramieniu i pierwsze co zrobił to posłał wściekłe spojrzenie Delcie, kiedy ten nakazał mu rozewrzeć pysk. Ale to zrobił. Z Deltą nikt się z jakiegoś powodu nie kłócił. Konstancja mówiła, że to tak zostało już od czasów wojny. Talia nie kwestionowała. Danny był chory i nie był zadowolony jak Delta uziemił go w sali głównej jaskini medycznej, z dala od swoich bijatyk. Talia nie rozumiała jak ktoś może chcieć się tak bić. Ale wilk wyzdrowiał. Z epidemii przynajmniej. Jego blizny przerażały Talię, ale musiała się przyzwyczaić do ich widoku. Taki los medyka.
Miguel, Yrsa i Duch dalej chorowali, dzielnie walcząc o swoje życia. Aiden za to – wyzdrowiał. Niestety Yrsa zaraziła swojego towarzysza Xiva i teraz oboje siedzieli w norze, zaryglowani i chorzy. W swoim słodkim towarzystwie.
I potem przyszła Domino. Wadera była w bardzo złym stanie i Talia pierwszy raz doświadczyła Delty, którego nie widziała nigdy wcześniej. Deltę, który z paniką w oczach, ale staraniem w łapach pracował nad swoją przyjaciółką z cierpliwością. I na jej szczęście, zdążyła uniknąć spotkania ze śmiercią. Przeżyła, ale co to za życie?
A Szpak? Ten skrzydlaty wilk, wszedł chory i w ciągu tygodnia podniósł się na nogi i wyszedł, zdrowy. Jakaś doza dobrego humoru w tym całym zamieszaniu.
Konstancja jednak, biedna, tak często przebywająca w jaskini medycznej, w końcu musiała znaleźć się na Sali chorych. To było nieuniknione, tak mówił Delta. Starsza wadera musiała otrzymać swoje leki i przejść obok chorych. W końcu się zaraziła i wkrótce Talia siedziała obok niej, jej futro wciśnięte w jej, trzymając ją za łapę.
— Mój mąż na mnie czeka. — mruknęła w końcu i zamknęła oczy. To była chyba najspokojniejsza śmierć, jaką Talia do tej pory widziała. Staruszka po prostu odeszła w ciągu paru sekund, bez oporu. Delta powiedział, że to nie chorobą ją zabrała, a starość. A starość tak już ma, że po prostu idzie się spać i już nie wstaje. Talia zaakceptowała to jako fakt.
Następna była Brzoza. Przyszła na badania, rutynowe. Chciała być matką tak bardzo, że próbowała tak wiele sposobów. I w końcu kiedy jej się udało, życie zabrało jej to na co tak ciężko pracowała. Choroba położyła ja na głównej sali.
—Czuję się tak szczęśliwa. — przyznała Talii, któregoś dnia. Spojrzała na nią zaszklonymi oczami. — Będę mamą… — ale nigdy się nie doczekała. Brzoza umarła jeszcze tej nocy, krztusząc się na własnych wymiotach.
Potem pojawił się Ahkirrin ze smutnymi oczami. Theodore został znaleziony niedaleko swojej jaskini. Delta poszedł sprawdzić jego ciało. Podobno strateg się udusił. Nie przyszedł do medycznej, kiedy choroba wdarła się do jego zdrowia.
Potem przyszedł Legion. Puchacz był niemożliwie zły na brata, że ten śmiał chorować. Jego siostra też nie była zadowolona, chociaż i ona wkrótce podupadła na zdrowiu. Oboje leżeli obok siebie, chorzy i smutni. I tylko jedno z nich przeżyło. Delta wyglądał na bardzo smutnego tej nocy. Talia skuliła się mocniej obok niego. Delta poszedł na jej pogrzeb, osobiści położył suszone kwiaty różny na jej grobie. Frezja – jego córka nie córka, straciła swoje młode życie. Za wcześnie… za wcześnie.
Delta rzadko płakał. I wtedy też nie płakał, ale Talia widziała jak chodził z głową bardziej spuszczoną w dół i jak wieczorami spoglądał w niebo ze znużeniem i zmęczeniem, jakie było obce Talii.
Talia też patrzyła czasami w niebo i zastanawiała się „Czy ona też kiedyś umrze?”. Tak. To było pewne, ale kiedy? I czy może się tego dowiedzieć? Czy chce to wiedzieć?
<CDN>
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz