Delta spojrzał na kartkę w swoich łapach i odetchnął. Oficjalnie już, mógł wpisać wielkimi literami : Koniec, zaraz pod danymi z epidemii. Ostatni pacjent wyszedł z medycznej, niekoniecznie o własnych łapach, ale wyszedł.
Amensir wyzdrowiał, cudem, ale wyzdrowiał i wyszedł o własnych łapach. Jego choroba była szybka, intensywna, ale skończona.
Puchacz zachorował zaraz po śmierci swojej siostry. Niedługo potem choroba rozłożyła Nymerię i Agresta. Akurat na święta. No cóż. Cała rodzina w chorobie. Poza Legionem, który siedział w jaskini alf, samotnie. Ale niedługo. Agrest, pomimo swoich własnych problemów zdrowotnych w miarę się wylizał, a niedługo potem wyzdrowiał Puchacz. Chociaż tylko ciałem, gdyż siostra była mu bardzo bliska. Niestety żona Agresta, samica alfa, najukochańsza wadera w tej watasze nie pozbierała się tak łatwo. Nie wyszła o własnych łapach. Fakt jest, że nie wyszła wcale żywa. Niestety, Puchacz, Legion i Agrest będą mieli za kim płakać.
Espir wylizała się chyba najszybciej ze wszystkich, pomimo swojego wielu. Z jaskini medycznej wyszła o własnych łapach, niecały tydzień po zachorowaniu.
Satrutn i Smoła przeszli przez chorobę lekko i wyzdrowieli z nową śmiałością. Ach ta młodzież…
Kali za to… Kali się nie poszczęściło. Mino miał kogo grzebać tego dnia, bo niedługo po niej padł Miguel.
Niedługo potem Delta wysłał Talię do Yrsy i Xiva. I tak jak Xiv wylizał się w miarę dobrze i przeszedł tę chorobę bez większych problemów, Yrsa potrzebowała jeszcze trochę czasu. Jednak zdrowie przyszło i do niej.
Prymula, z racji że to szczeniak, ponarzekała i wylizała się jak młody bóg. Gorzej że straciła babcię w tym procesie.
Dana i Hiekka chorowali, chorowali i napsuli trochę Delcie krwi. Hiekka ze swoimi poematami, a Dana miłosnym wyciem za basiorem, którego nie mogła dostać.
I na tym się dobro skończyło. Śmierć przyszła i zabrała ze sobą każdego kto został w jaskini medycznej, kiedy zdrowi tylko wystąpili jedną łapą na swoją zasłużoną wolność.
Najpierw poszła Ruka. Starsza wadera zamknęła oczy bardziej ze starości niż z choroby, chociaż ta wcale jej nie pomogła.
Potem umarła Szalka. Ta pomocna, wesoła i młoda wadera. Odeszła przerażona i Delta mógł tylko przytrzymać ją za łapę.
Harpia, Kezuko i Mikaela byli zaraz po niej. Tej samej nocy właściwie. Wszyscy po kolei poddali się chorobie, która powoli udusiła ich we śnie.
Miguel odszedł o poranku. Kiedy słońce przed nowym rokiem zaświeciło na świat.
Arteus i Xochi odeszli jednocześnie w południe. Smutno, bo boleśnie. Arteus oberwał atakami padaczki zanim choroba dobiła go kompletnie, a Xochi zachłysnął się wodą i niestety poległ z utopienia… albo uduszenia się. Ciężko powiedzieć. Choroba po prostu nie dała mu wyrzucić wody z płuc.
Piwonia i Cykoria umarły spokojnie, skulone w roku medycznej, zawinięte futrami jedna w drugą.
Szalej za to umarł wieczorem, wczesnym jeszcze. I wtedy na Sali została tylko jedna wadera.
Flavie poczekała ze swoją śmiercią. Prawie do nowego roku. Jej oczy zamknęły się, a oddech poddał niedługo przed północą.
I jaskinia medyczna zamilkła. Puchacz płakał w rodzinnej jaskini. Dalia wyszła i jeszcze nie wróciła ze spaceru. A Talia i Delta siedzieli przed medyczną i wpatrywali się w niebo w grobowej ciszy. Cóż za wesołe wieści na nowy rok… niestety podpisane krwią i zagubionym oddechem wszystkich tych, którzy odeszli.
<CDN>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz