wtorek, 30 grudnia 2025

Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz.6

 Świt przyszedł cicho. Bez fanfar, bez światła, które natychmiast obiecuje nowy początek. Raczej jak nieśmiałe cofnięcie się nocy o krok, jakby sama nie była pewna, czy powinna już odejść.

Yrsa oddychała.

To był pierwszy fakt, który miał znaczenie.

Oddech nie był jeszcze równy ani głęboki, ale był jej własny. Nie urywał się już w panice, nie zawisał na granicy decyzji. Płuca wypełniały się powietrzem powoli, niechętnie, jakby dopiero uczyły się na nowo swojego zadania. Gorączka nie zniknęła całkiem, ale przestała być ogniem - stała się żarem, który można było znieść.

Jej duch wrócił.

Nie od razu. Nie jednym ruchem. Raczej jak ptak, który po długim locie krąży nad ziemią, zanim w końcu zdecyduje się usiąść. Yrsa czuła to wyraźnie: ciężar ciała znów należał do niej. Łapy były ciężkie, gardło obolałe, każdy ruch kosztował wysiłek - ale wszystko to było jej. Nie oddalone. Nie obce.

Xiv spało, opierając pysk o jej bok.

Spało po raz pierwszy od wielu dni naprawdę. Nie czuwając jednym okiem, nie nasłuchując każdego oddechu. Jego własna gorączka wreszcie zaczęła ustępować, pozostawiając po sobie wyczerpanie tak głębokie, że ciało w końcu wymusiło odpoczynek. Kaszel był rzadszy. Oddech wciąż chrapliwy, ale stabilny.

Yrsa patrzyła na nie długo, w ciszy, która tym razem nie była groźna.

Zrozumiała wtedy - z tą swoją spokojną, późną mądrością - że śmierć naprawdę była blisko. Nie jako wizja, nie jako głos, lecz jako realna możliwość, która czekała cierpliwie, aż ktoś się zgodzi. I że to nie siła ciała ją odepchnęła. Ciało zawiodło pierwsze.

Zatrzymała ją obecność.

Ciepło. Ciężar drugiego istnienia, które uparcie mówiło „tu”, nawet wtedy, gdy ona sama zaczynała się rozmywać.

Kiedy Delta w końcu przyszedł, nie robił hałasu. Zatrzymał się przy wejściu do nory, obserwując ich przez dłuższą chwilę, niż pozwalała na to zwykła rutyna medyka. Widział już wiele granic - i wiedział, jak wygląda ta, którą ktoś przekroczył i wrócił.

— No — mruknął w końcu, ciszej niż zwykle. — Naprawdę jesteś uparta.

Yrsa spróbowała się uśmiechnąć. Wyszło to ledwie zauważalnie, ale Delta i tak to dostrzegł.

Zbadał ją dokładnie, bez pośpiechu. Gardło wciąż było zaczerwienione, płuca osłabione, serce zmęczone, lecz rytmiczne. Gorączka spadała. Organizm, kruchy od urodzenia, wyraźnie zapłacił cenę - ale walka została wygrana.

— Było blisko — powiedział wprost, jak zawsze. — Bardzo blisko.

Nie było w tym straszenia. Tylko fakt.

Podał jej lekarstwo. Potem Xiv. Obu kazał pić, nawet jeśli nie chcieli. Obu zabronił wychodzić jeszcze długo. I po raz pierwszy nie narzekał, że ktoś zajmuje mu przestrzeń, że musi pilnować kwarantanny, że los znów dorzucił mu pracy.

— Odpoczywajcie — rzucił na koniec. — Oboje.

Kiedy odszedł, w norze znów zapadła cisza. Ale była inna niż wcześniej. Lżejsza. Oddychająca.

Xiv obudziło się chwilę później, zdezorientowane, gotowe natychmiast zerwać się na łapy — dopóki nie zobaczyło jej otwartych oczu.

Zatrzymało się.

— …Yrsa?

— Jestem — odpowiedziała cicho. Głos był słaby, zdarty, ale obecny. — Nadal.

Xiv nie odpowiedziało od razu. Po prostu położyło się bliżej, opierając czoło o jej szyję, jakby musiało się upewnić, że to nie jest kolejny sen, kolejny objaw gorączki.

— Myślałem… — zacząło, ale nie dokończyło.

— Wiem — odparła spokojnie. — Ja też.

Leżeli tak jeszcze długo. Dwoje wilków, którzy przeszli przez coś, czego nie dało się opowiedzieć jednym zdaniem. Choroba ustępowała. Śmierć cofnęła się o krok, niezadowolona, ale posłuszna.

A Yrsa - słaba, wyczerpana, żywa - wiedziała jedno z całą jasnością:


Nie odeszła nie dlatego, że nie mogła.

Nie odeszła, bo ktoś ją zatrzymał.


I to wystarczyło.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz