Yrsa czuła, jak jej ciało powoli przestaje być czymś, nad czym ma realną władzę. Jakby była w nim tylko gościem, który został zbyt długo i teraz ktoś bardzo uprzejmie, bardzo cierpliwie sugerował mu wyjście. Gorączka nie bolała już w prosty sposób, była raczej wszechobecna, jak ciężkie powietrze przed burzą, które wciska się w płuca i myśli jednocześnie. Każdy oddech był płytki nie dlatego, że brakowało jej tlenu, lecz dlatego, że głębszy wdech wymagał decyzji, a decyzje stały się męczące.
Czuła Xiv przy sobie. Naprawdę czuła - jego ciepło, jego zapach, rytm, który nie był jej własnym. To było jedyne, co jeszcze wyraźnie odróżniało „tu” od „tam”. Reszta zaczynała się rozmywać. Ściany nory traciły ostrość. Cienie nie układały się już logicznie. A cisza… cisza nie była pusta.
Głos nie należał do nikogo, kogo mogłaby sobie wyobrazić. Nie miał barwy ani kierunku. Nie dochodził z zewnątrz, ale też nie był w jej głowie w sposób, do którego była przyzwyczajona. To było raczej tak, jakby ktoś pomyślał coś bardzo blisko niej - a ta myśl zahaczyła o jej świadomość.
Już wystarczy
Powtórzenie nie było natarczywe. Nie przyspieszało. Nie zmieniało tonu. Jak kropla wody spadająca w to samo miejsce. Jak rytm, który z czasem zaczyna wydawać się naturalny. Yrsa wiedziała, że to niebezpieczne. Wiedziała, że byty, które mówią najłagodniej, często chcą najwięcej. Ale wiedza wymagała energii, a tej miała coraz mniej.
Jej ciało… od zawsze było słabe. Wiedziała o tym całe życie. Nauczyła się z tym żyć, myśleć ostrożniej, planować uważniej, oszczędzać siły tam, gdzie inni ich nie liczyli. Teraz jednak choroba obnażała każdą z tych kruchych granic naraz. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Serce biło za szybko, a potem zbyt wolno. Przełknięcie śliny było jak wspinaczka. Picie jak walka, której nie zawsze chciała już podejmować.
Głos wracał.
Nie musisz już dźwigać
I to było najgorsze - bo brzmiało rozsądnie. Jak coś, co sama powiedziałaby komuś innemu w chwili słabości. Jak mądrość, którą nosiła w sobie przez lata, teraz obrócona przeciwko niej. Poczuła, jak jej myśli zaczynają się od tego zdania odsuwać, jakby świat po drugiej stronie był… prostszy. Lżejszy. Bez bólu gardła. Bez gorączki. Bez ciężaru ciała, które nigdy nie było w pełni jej sprzymierzeńcem.
Na moment poczuła strach. Prawdziwy. Ostry. Nie przed śmiercią - przed tym, że mogłaby się zgodzić.
— …Xiv… — wyszeptała, a głos zabrzmiał tak cienko, jakby należał do kogoś innego.
Czuła jego reakcję szybciej, niż ją zobaczyła. Łapa na jej boku. Ciepło bliżej. Ciężar, który mówił: tu. Kiedy przemówił, jego głos był jak lina rzucona w mgłę.
— Jestem. — Proste. Stałe. — Jestem tutaj. Z Tobą.
Yrsa spróbowała odpowiedzieć, ale słowa rozsypały się gdzieś pomiędzy myślą a oddechem. Zamiast nich przyszło uczucie - to nie było już tylko zmęczenie. To było odklejanie się. Jakby coś, co przez całe życie było ciasno dopasowane, zaczynało się luzować, puszczać szwy, odchodzić od środka ku brzegom.
Najpierw przestała czuć ciężar własnych łap. Potem brzuch, klatkę piersiową. Ciało stawało się odległe, jak przedmiot leżący obok, a nie coś, czym jest. Zostawało tylko ciepło Xiv i to dziwne, niepokojąco łagodne poczucie, że nic nie trzeba już robić. Że wszystko, co było wysiłkiem, mogłoby się wreszcie skończyć.
Głosy nie podnosiły tonu. Nie nalegały. To była ich największa siła.
Zrobiłaś już dość.
Byłaś wystarczająca.
Odpocznij
Każde z tych zdań osiadało w niej jak miękka warstwa śniegu. Tłumiło ból. Tłumiło myśli. Tłumiło odpowiedzialność. I przez krótką, przerażającą chwilę Yrsa poczuła ulgę - prawdziwą ulgę, taką, jakiej nie dawała żadna filozofia, żadna mądra akceptacja świata. Ulgę z faktu, że coś innego mogłoby wreszcie przejąć ster.
Ale gdzieś pod tą ciszą tliła się jeszcze cienka nić świadomości. Słaba, drżąca, lecz uparta.
„Głosy mogą kłamać” — pomyślała, choć ta myśl była już bardziej wspomnieniem myśli niż myślą samą w sobie. Wiedziała to od zawsze. Wiedziała, że to, co chce odejścia, rzadko nazywa je śmiercią. Zawsze mówi o odpoczynku. O ukończeniu drogi. O zasłużonym spokoju.
Jej duch… czuła go teraz wyraźniej niż ciało. Był lekki. Zbyt lekki. Jakby unosił się tuż nad nią, jakby wystarczyło jedno przyzwolenie, by odsunął się jeszcze bardziej. Jakby już stał jedną łapą po drugiej stronie granicy, której nie potrafiła nazwać, ale zawsze przeczuwała, że istnieje.
To było kuszące. Przerażająco kuszące.
I właśnie wtedy dotarło do niej coś jeszcze - nie głosem, nie obrazem, lecz prostym faktem. Gdyby odeszła teraz, Xiv zostałoby z pustką. Z ciałem, które przestało oddychać. Z ciszą, która nie byłaby już łagodna.
Ta myśl bolała bardziej niż gardło. Bardziej niż gorączka.
— Nie… — wyszeptała, choć nie była pewna, czy dźwięk faktycznie opuścił jej pysk. — Jeszcze nie.
Głosy na moment ucichły. Jakby nasłuchiwały. Jakby oceniały, czy opór ma sens.
Yrsa skupiła się na tym, co było najbliżej. Na łapie Xiv na swoim boku. Na jego oddechu, który czuła przy sobie, nierównym, ale prawdziwym. Na fakcie, że ktoś jest. Że nie leży w tej norze sama, dryfując ku czemuś bezimiennemu.
Jej duch nie wrócił całkiem do ciała. Jeszcze nie. Nadal był zbyt lekki, zbyt blisko odejścia. Ale przestał się oddalać.
Zawisł.
A Yrsa, ostatkiem sił, których nie była już pewna, trzymała go tam - pomiędzy bólem a obecnością, pomiędzy ciszą a głosem, pomiędzy końcem a tym jednym, upartym „zostań”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz