wtorek, 23 grudnia 2025

Od Kaliny - "Melodia zapomnianych dusz"

Kalina przetarła powoli łapami oczy i niechętnie je otworzyła, czując ukłucie mroźnego powietrza wpadającego do środka przez okiennice ziejące pustką w gołej, betonowej ścianie. Palcami zjechała na nos, jakby ściągała sobie pajęczynę snu z głowy. Gdy tylko strzepnęła jej resztki na ziemię, skoczyła na równe nogi jak oparzona. Obym tylko się nie spóźniła. 

Dzień był dość pochmurny i jego jasna część szybko ulegała zmniejszeniu ostatnimi czasy, co jeszcze bardziej wzmogło niepokój wilczycy. Prędko wspięła się na tylne łapy i zdjęła dużą, czarną torbę ze sterczącego pod kątem gwoździa, w której miała wszystko przygotowane, po czym wypadła na klatkę schodową. Kilkoma susami znalazła się na parterze konstrukcji, w wąskim korytarzu prowadzącym na zewnątrz. Od razu uderzył ją zimny wicher, aż musiała zmrużyć powieki. Drewniane drzwi wejściowe, które kiedyś strzegły spokoju ludzkiej twierdzy, leżały w rogu bez zawiasów, na wpół zeżarte przez destruentów. Rzuciła się biegiem ku wyjściu, ale wnet zatrzymała ją realizacja chrapiącego cicho Vexara, badacza NIKL-u, w pokoju po lewej. Płowy basior leżał na starym, bordowym tapczanie, z jedną nogą zwisającą bezwładnie nad krawędzią leża, otoczony jakimiś mapami i kocami rozrzuconymi byle jak. W narożniku leżało kilka pustych, na wpół przezroczystych butelek. Pewnie wczorajsza rozmowa z generałem nie poszła po jego myśli. 

— Vexar... - zaczęła cicho, na co towarzysz tylko burknął pod nosem coś, co brzmiało jak "precz mi stąd". Kalina jednak nie brała takich rzeczy do siebie. - Słyszałam, że dziś mają rano dawać kurczaka. — rzuciła głośniej, jakby mimochodem. Wytoczyła od razu ciężkie działa, żeby móc bez wyrzutów sumienia pognać dalej, nie zważając na odpowiedź. Jeśli to go nie postawiło na nogi, to już nic mu nie pomoże. Ona nie może się spóźnić. Od tygodni biła rekordy najbardziej punktualnego pracownika NIKL-u, ponieważ paliła się w niej jedna i ta sama myśl: może to dziś będzie okazja spotkać się z Pomestem sam na sam? Trzymała się w pionie pod nawałem roboty i wieczornych imprez w hangarze chyba tylko dzięki tej wewnętrznej determinacji, aż sama się sobie dziwiła, jak wiele potrafi zdziałać odrobina samodyscypliny. 

Na ulicy było pusto i cicho, jak makiem zasiał. W latarniach dopalały się pojedyncze ogniki. Kurka wodna, późno! Może dzisiaj odpuszczę sobie śniadanie? Nie, spokojnie, bo nie będę wiedziała gdzie jest Pomest. Wszystko musi pójść zgodnie z planem. Pognała cwałem ku centrum, aż pazury zgrzytały jej na asfalcie pod cienką warstwą śliskiego śniegu. Milczenie zimowego lasu dzwoniło jej w uszach i podnosiło ciśnienie swoją nonszalancją, gdy nagle dotarło do niej echo rozmów z przodu, gdzie aleja schodziła w dół do kotliny. Wadera podniosła gwałtownie głowę i w tym samym momencie straciła równowagę, upadając prosto na pysk, którym wyryła długi tunelik w białym puchu, zanim zdołała wyhamować. Podniosła się powoli przy akompaniamencie pojedynczych salw śmiechu i zobaczyła, że należały do ostatniej grupki wilków w korowodzie zdążającym do hangaru. Przynajmniej mogła się tego domyślać, bo w gęstej, porannej mgle widać było tylko ogony poprzedniej. Szybkim kłusem minęła wesołą kompanię, ignorując zaczepki w nadziei, że uratuje tym resztki honoru. W NIKL-u trzeba było mieć grubą skórę, a czasami całe wiadro animuszu, bo inaczej dostałoby się depresji po miesiącu.  

Do kuchni wpadła z o wiele większą godnością, opierając się o framugę, żeby złapać oddech. To tu, w dwóch wielkich kotłach zebranych z okolicy powstawała codzienna strawa dla wojskowego skrzydła organizacji, a na drewnianych dechach zespolonych żywicą kucharki oprawiały i zlepiały uwielbiane przez wszystkich mięsne kule. W tym momencie brązowa z brakującym kawałkiem lewego ucha podniosła głowę znad czegoś, co wyglądało jak sarnia karkówka, i popatrzyła na przybyłą z wyrzutem: 

— Łydnie to się tak spóźniać? Czuję się jak w epoce lodowcowej. — naprężyła grzbiet, z wysiłkiem rozrywając pazurami różowy blok na dwie części. Pod ścianą na białych workach, które kiedyś pewnie służyły rolnikom do przechowywania swoich plonów, leżał już stos uformowanych kulek. Wyglądały jak wielgachne winogrona. Mama przyniosła im niegdyś parę do spróbowania z południa. Tak posmakowały, że planowali całą rodziną wybrać się do winnicy, ale ostatecznie z "kiedyś" zrobiło się "nigdy". 

— O nieee, podnieś szczenę z ziemi, bo ci właśnie odpadła! — skontrowała druga wadera o jaskrawozielonym futrze z cienkimi, białymi esa-floresami na nogach i głowie. Symbolizowały jej moc; niezwykłe połączenie z naturą, które umożliwiało przyspieszenie wzrostu owoców i warzyw do zup, a także opóźnienie ich psucia się. Był to dość nietypowy żywioł dla mieszkanki północy, tym bardziej, że urodziła się w środku zimy, w bardzo wyjątkową noc. Matka pomocnicy od razu wiedziała, jakie imię wybrać. — Nie słuchaj jej, Kali, wszyscy się cieszymy, że cię widzimy. I wcale nie masz obowiązku użyczać swojej mocy, radzimy sobie doskonale. Nie twoja wina, że KTOŚ zapomniał przynieść krzemienia.  

— Zawsze ona rozpala w piecu, skąd miałam wiedzieć, że dzisiaj weźmie sobie wolne? — starsza towarzyszka spuściła wzrok, a z jej gardła wydobyło się głuche warknięcie.  

— Cześć, Kali. — przyłączył się cichutki głos, poprzedzony wychynięciem szarej, okrągłej głowy z czeluści spiżarni z tyłu. Cletti, ostatnia królowa jadłospisu, zastępowała Wierzbę, która niedawno postanowiła wrócić do swojej watahy. Była raczej małomówna, bo nie znała tutejszego języka. 

— Cześć. — odparła z uśmiechem wyżej wspomniana, zamykając drzwi za sobą, po czym zwróciła się do swojej obrończyni — Naprawdę doceniam, że pozwalacie mi odrobinę pomóc, nie mam przecież nic innego do roboty. 

— Nie, to znaczy, to jest ogromna pomoc! — żachnęła się Aurora. — Po prostu nie chcę, żebyś czuła się, jakbyś miała wobec nas dług...  

— Och, tamto. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy, Rora, i jeśli kiedykolwiek będzie okazja się odwdzięczyć, wal śmiało. — zapewniła ją z uśmiechem, cały czas skanując koleżanki w poszukiwaniu choćby krztyny nieszczerości, nic takiego jednak nie zauważyła. Wyglądało na to, że wszystkim obecnym wciąż zależało na tym, by drobna wymiana pozostała sekretem. — Nie dlatego tu przychodzę. Ja was ogrzewam swoimi płomieniami, ale wy swoimi ogrzewacie moje serce, wiesz? 

— Oj, weź bo się rumienię... W końcu grunt to gotować z miłością. — rozmówczyni zachichotała głośno, kładąc podbródek na nadgarstku. 

— Cicho! Jeszcze Don cię usłyszy... — ognista zatkała jej łapą pysk, samej drżąc trochę z wesołości, a trochę z zimna. Była lekko zziajana, gdy weszła do środka i wilgoć zaczynała z niej parować, zabierając ze sobą ciepło ze zmęczonych mięśni. 

— Pfff! Przecież to jest bryła lodu zamiast mięsa. — przypomniała o sobie Darń, wciąż pochłonięta w pełni chwalebnym zadaniem wypełnienia żołnierskich żołądków.  

Jasnooka spojrzała pobłażliwie na pociętą już prawie w całości porcję, po czym zamknęła oczy, mając jej obraz utrwalony w wyobraźni. Po chwili karkówka stanęła w płomieniach i rozległ się zaskoczony pisk. Sędziwa wilczyca rzuciła jej spojrzenie w stylu "zrobię z ciebie przystawkę", które zaraz zmiękło wobec ironicznej miny na szarym pysku. 

— Ok... — powiedziała tonem w stylu "no dobrze, wygrałaś". — Zapal teraz ognicho, Prometeuszu. — poleciła srogo jak zwykle, jednak uśmiechała się przy tym szeroko. Podczas gdy pozostałe dwie wilczyce miały w związku ze sprowadzeniem jej na ziemię ubaw, Kalina odetchnęła z ulgą i usiadła w pewnym oddaleniu, by móc skupić się na zadaniu. Po chwili usłyszała satysfakcjonujące trzaskanie jęzorów ognia ze sterty drewna pod ścianą, otoczonej swego rodzaju kominem z kamieni dla bezpieczeństwa. Powoli otworzyła oczy i jeszcze ogrzała pozostałe kawałki mięsa, po czym osunęła się plecami na blachę. Jak zwykle naszła ją fala zmęczenia po użyciu mocy. Była jednak nieporównywalnie mała w stosunku do poprzednich zim, dlatego to, co zaraz usłyszała, postawiło ją w stan wewnętrznej gotowości. 

— Proszę. — Aurora podała jej kubek z ciepłym, kozim mlekiem. — Słabo wyglądasz.  

— Zaraz będzie mi lepiej. — z wdzięcznością ujęła podarunek w obie łapy, jednak równie szybko odstawiła go na ziemię, bo okazał się za gorący. Zamiast tego zajęła się zamiataniem klepiska ogonem, wzniecając drobną chmurkę kurzu. 

— Nie o to chodzi. W ogóle ostatnio słabo wyglądasz, jakbyś myślami była cały czas gdzie indziej. Z workami pod oczami ci nie do twarzy. Jeśli coś cię trapi... 

— Chyba tamte basiory nie robią ci znowu problemów? Gdyby na mnie trafili, to łooo tak, nie byłoby co zbierać! — w tym miejscu Darń zademonstrowała dobitnie parę ruchów, które musiały należeć do jakichś nowoczesnych sztuk walki, których była jedynym mistrzem. 

— Nie, wszystko gra.  — pokręciła powoli głową, śmiejąc się perliście, ale powstrzymała się od wzruszenia ramionami, żeby nie wyszło zbyt ostentacyjnie. Zanim zdołała kontynuować, ubiegła ją w tym władczyni roślinnego życia. 

— Słyszałam, że dostarczasz listy nie tylko... oficjalne. — trzy pary oczu zwróciły się w stronę ciemnoszarej jak jeden mąż.  

Zawsze czyhają na plotki, jak jastrząb na nieostrożną nornicę, pomyślała, starannie ukrywając zniesmaczenie za rondem kufla. Im więcej miało się haków na innych, tym bezpieczniej można było się tu czuć. Jak łyżka dziegciu w beczce miodu, świadomość tego procederu rzucała cień na okazaną troskę. Mimo to, niezależnie czy jej się podobało czy nie, też brała w tej zabawie udział i czerpała z niej korzyści. Z takich porannych pogawędek wynikło chociażby ostrzeżenie przed poborem do walk na zachodzie, których uniknęła udając anginę. Poznanie całej drużyny, która miała wstęp do jadalni dowodzących, to było naprawdę szczęście w nieszczęściu. Balansowała więc ciągle pomiędzy zachowaniem dobrego imienia, a naturalnym popędem do dzielenia się troskami z pobratymcami. Nie miała w głowie listy tematów z podziałem na te niegroźne i taboo, raczej dostosowywała ilość podawanych informacji do każdego indywidualnie. W ten sposób prawie zawsze udawało jej się unikać kłamstwa, jeśli półprawda nie mieści się w waszej definicji kłamstwa. 

— I co takiego słyszałaś? — spytała spokojnie, drapiąc się za uchem. Musiała się mocno powstrzymywać, żeby nie przycisnąć pazurów do krwi. 

— Przy kolacji jeden z kaprali powiedział Wawelowi, żeby nie gadał teraz, tylko mu wiadomości o dostawach wysyłał przez ciebie, bo inaczej się wyda, czy jakoś tak. 

— I co w tym dziwnego? — nastał moment ciszy, jak makiem zasiał, zanim Aurora ponownie złapała trop. Zarzucenie kogoś pytaniami, żeby odzyskać kontrolę nad rozmową, oto kolejna piękna taktyka manipulacji. 

— Dlaczego miałby się bać, że coś się "wyda"? Przecież wszystkie dostawy są później odnotowywane, i to nie tak, że przynoszą je po krzakach w nocy.  

— Normalne, cała korespondencja wojskowa jest ściśle tajna przez poufne. 

— Po co robić z tego takie przedstawienie? 

— Mnie o to nie pytaj. Pytaj tego, co wymyślił system.  

— Ech, wy to macie fioła na punkcie zasad. — mruknęła Darń, myjąc łapy. 

— Poza tym, powinnaś pamiętać, że jestem posłańcem pół księżyca. Takiemu nowicjuszowi jak ja mieliby przekazywać, nie wiem... swoje liściki miłosne? — wizja była tyleż absurdalna, co prawdopodobna, że ledwo skończyła wymawiać to zdanie, była prawie zgięta w pół ze śmiechu, i pozostali uczestnicy konwersacji poszli w jej ślady. Pewnie było je słychać w całym hangarze. Blaszana konstrukcja niezwykle dobrze odbijała dźwięk i prowizoryczne ściany z prętów, szyldów i sklejki niewiele w tej kwestii zmieniały, acz zapewniały ciepły, prywatny kąt.  

— Masz rację, a z drugiej strony... — kontynuowała zielona wilczyca, gdy już się opanowała, przejmując stanowisko przy misce z wodą — ...uważaj, żeby nie wciągnęli cię w coś złego. Myślę, że w tych wyższych sferach nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. — Uff, było blisko. Kali pokiwała głową w zamyśleniu i wzięła kolejny łyk mleka, podczas gdy starsza kucharka tłumaczyła sobie na głos dociekliwość koleżanki "brakiem zajęcia" i kazała jej się pospieszyć z nalewaniem napitków dla żołnierzy.  

— A co u was słychać? 

— Jakoś leci. — pierwsza odpowiedziała Cletti. To było jej ulubione powiedzonko. — Rodzice napisali. — widok rozpromienionego pyska kogoś, kto miał pełne prawo pogrążyć się w melancholii, ostatecznie pozwolił się ognistej zrelaksować. Sama czekała na odpowiedź mamy, która powinna nadejść w najbliższym czasie. 

— To super. Co pisali?


— Tęsknią bardzo, i... zima jest łagodna. — dziewczyna dzielnie walczyła z twardymi dźwiękami ich alfabetu. 

— Jak będziesz im odpisywać, koniecznie napisz o tej rublii. — poradziła Aurora. 

— Wiecie, że to nowy asystent wschodniego inspektora? Mój partner się dowiedział wczoraj w karczmie. — pochwaliła się ostatnia wadera bez kawałka ucha. Ptaszek będzie reprezentował sprawy wilków. NIKL już naprawdę schodzi na psy... Nie to, żeby kiedykolwiek trzymał się powyżej zera, pomyślała posłanniczka. Uśmiechnęła się sama do siebie. W tym momencie dały się słyszeć liczne kroki zmierzające w kierunku kuchni.  

— Muszę już iść. Do zobaczenia jutro. — odłożyła półpełny kubek na sam środek szafki, a potem przytuliła się z Rorą, podczas gdy Darń jak zawsze nalegała, by została jeszcze trochę i składała "dzięki opatrzności za piec gorejący". Lubiła ją pomimo wiecznego marudzenia, lubiła je wszystkie bardzo, na tyle, na ile mogła sobie pozwolić ze skurczonym, otoczonym mocarną zbroją sercem. Chyba ostatnio ją zaniedbywała, bo ze zdziwieniem stwierdziła, że brakowałoby jej tych rozmów. 

Skrzypienie otwieranych drzwi brutalnie wyrwało ją z zamyślenia. Prędko przesunęła się na bok, by ustąpić miejsca kelnerkom, i przemknęła do głównej sali hangaru między jedną a drugą grupą przybyszek. Jeszcze około dziesięciu wader służyło w imię zaspokajania apetytu żołnierzy. Najpierw jadło dostawali zawsze generał ze wszystkimi oficerami, osobno, w małej przybudówce z cegły, a potem dochodziły do blatu dla wojska, który stanowił po prostu szereg płaskich kamieni ustawionych w kształcie podkowy. Z tego powodu jeśli chciała skończyć jeść równo z dowódcami i wyruszyć w drogę, kiedy okoliczne pola i lasy wolne były od gapiów, musiała się spieszyć, mimo że z każdym dniem rosła w niej obawa, że nigdy się nie doczeka zlecenia, które wyśle ją w upragnionym kierunku. 

Przestań się dołować, bo przez to czas będzie ci płynął jeszcze wolniej, to była mantra, którą powtarzała sobie od pierwszego dnia w nowej roli. Upojenie nawet największym zwycięstwem powinno naturalnie blednąć z czasem, a jednak w tym przypadku działo się odwrotnie. Miała więcej energii niż kiedykolwiek wcześniej, choć ilość czasu, jaki przesypiała, ciągle się zmniejszała. Przewracała się w nocy od ściany do ściany, z boku na bok, jak w kołysce, wyobrażając sobie spotkanie z Pomestem na tysiąc różnych sposobów. Mogła spędzić cały dzień na nogach i jeszcze dotrzymawała tempa wieczornym ucztom w hangarze. Była jakoś podekscytowana, mimo że to, co zamierzała zrobić, wcale nie powinno jej ekscytować w ten sposób. Czyżby to miejsce już zaszło jej za skórę? Niemożliwe, wszyscy moi przyjaciele są bezpieczni. Wszystko jest w porządku, ba, lepiej być nie mogło. Czyż nie tak właśnie wygląda szczęście?  

— Kali, hej! Za czym się tak rozglądasz? — jasnooka odruchowo uśmiechnęła się szczerze na dźwięk znajomego głosu. Z łatwością odnalazła wzrokiem Tanię, a właściwie Tenelyr, przyjazną medyczkę, w zbierającym się dookoła okrągłego stołu tłumie. Miała śnieżnobiałą, długą sierść bez jednej skazy, błękitne oczy, a w prawym uchu duży, srebrny kolczyk, który odbijał zimne, słoneczne promienie z wyciętych w blasze okien tu i ówdzie. Obok niej siedział mocarny, bury basior, jej partner i starszy szeregowy. 

— Hej! Hej, Lenard. Ups, przepraszam, ogon do góry — starała się pobić rekord na najmniej stratowanych wilków z wczoraj, pokonując kłusem salę do jednego z narożników podkowy, gdzie mieli swoją miejscówkę. Nie udało jej się to, ale większość nie zwracała na nią uwagi, pochłonięta swoimi sprawami. Kiedy kończyła wymieniać z parą tradycyjne "Jak życie?", przysiadł się do niej bezszelestnie rudy wilczur. 

— Już ci wpadłem w oko, czy mam przejść jeszcze raz? 

— Don! — była o włos od obnażenia kłów przez nagłość jego najścia, zanim mózg połączył obraz z definicją przyjaciela. W tym samym momencie para po prawej machnęła krótkie przywitanie. Co ty wyprawiasz? 3...2...1, odliczyła w myślach. Zawsze pomagało jej się to uspokoić. Łapy, które chyba aż zadrżały, wyprostowała do oporu, jakby je rozciągała, z kocim pomrukiem. — Coś mi właśnie wpadło do oka... — potarła ostentacyjnie lewą patrzałkę. — ...coś strasznie małego i niedobrego. — Tania już wzięła głęboki wdech żeby zaproponować pomoc, gwałtownie zwiesiła głowę z delikatnym uśmiechem. Powietrze, które wypuściła, zasyczało jak z przebitej opony. Rdzawy basior przez moment wyglądał na urażonego, lecz jego pysk niebawem rozciągnął się w chytrym uśmieszku.  

— To znaczy, że masz tam dla mnie miejsce. — przysunął się do ciemnoszarej wilczycy, próbując się na niej oprzeć. 

— Nie sądzę. — kopnęła go po koleżeńsku w żebra, żeby sprowadzić ancymona na ziemię. 

— Dobra, dobra... — przewrócił oczami z głośnym westchnieniem. 

— ...zupa z bobra. — dokończyła cicho. Tak rozmowa się urwała, bo właśnie podano do stołu i każdy zajął się polowaniem na najtłustsze kąski.  

Teoretycznie istniały określone racje żywnościowe i na każdego wilka powinny przypadać, na przykład, dwie kule. W praktyce obowiązywała zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Kiedy udało jej się chwycić jedną w zęby, rzuciła ją w dużego gościa naprzeciwko o piaskowej sierści, który już szykował się do nurkowania w jadle. Oczywiście kulka przeleciała obok i rybka złapała haczyk; schylił się, żeby ją podnieść. W ułamku sekundy zgarnęła obiema łapami kolejne cztery. 

— Co ty wyprawiasz! 

— Przepraszam. Odrzuć z powrotem, jak nie chcesz. — odparła prędko ze skruszoną miną. Oczywiście basior zatrzymał zdobycz i nie odpowiedział, rzucając jej tylko spojrzenie spode łba. Tymczasem pod stołem przekazała część jedzenia swoim towarzyszom. Jak fala łakomstwa minęła i ofiara najpewniej zapomniała już o drobnym oszustwie, wyciągnęła swoją jedną porcję na blat. Tania po jej prawicy szepnęła, że to było ryzykowne, a Don z lewej, że genialne. 

— Jesteś pewna, że nie masz w rodzinie kota? Bo... 

— Kalina, na śniadanie miały być kurczaki! — rozległo się oburzone wołanie Vexara kilka siedzeń dalej. Przyszedł czas zebrać burzę, którą się zasiało. 

— Kurczaki? — przechyliła lekko głowę, jakby pierwszy raz to słowo słyszała. — Nie wiem, o czym mówisz. — powiedziała to ze śmiertelnie poważną miną i rozkoszowała się pomieszaniem na pysku rozmówcy. Za taką wdzięczność za pilnowanie jego interesów, należało mu się. 

— Nie widzisz, że rozmawiamy, powsinogo? — warknął nagle rudy wilk w stronę badacza. Gdyby wzrok mógł zabijać, oboje leżeliby martwi... No, raczej Don, bo kamraci płowego samca błyskawicznie się najeżyli. 

— Heeej, uspokójmy się wszyscy na chwilę. — wychyliła się nad kamieniem, żeby lepiej widzieć współlokatora. Niewiele to pomogło, bo drugi kolega odmówił cofnięcia głowy, ale przynajmniej jej głos lepiej się teraz niósł w tę stronę. — Nie wiem, co takiego ode mnie usłyszałeś, ale weź moją sarnę, bo straszysz wilki. Ja nie jestem głodna. — Vexar wciąż wyglądał na nadąsanego, chociaż też zaskoczonego. W każdym razie lecący ku niemu prezent skutecznie zapchał jego szczekaczkę. — Naprawdę nie jestem głodna. — dodała ciszej, widząc jak jej kompan otwiera pysk, żeby dalej się kłócić. Czy posłuchał? Oczywiście, że nie. Zwyczajnie przekierował przytyki. 

— Musisz coś zjeść, bo nam niedługo znikniesz. Będziesz znikać, znikać, aż pewnego dnia kosteczka nie zostanie. — westchnął pół żartem, pół serio, próbując ukłuć ją w żebra.  

— Przypadkiem nie o to chodzi w życiu? — Posłanniczka znała jego wybryki nie od dziś, więc po prostu złapała płomienistą łapę i pociągnęła w dół, żeby stracił równowagę. To niesamowite, że nigdy mu się nie nudziła ta zabawa. Komuś innemu dawno zaserwowałaby prawy sierpowy i dolny prosty, lecz młody szeregowiec, pomimo swoich wad, okazał się bratnią duszą. 

— Don ma rację. Jako medyk nakazuję ci jeść. — rozkazała biała wilczyca, przyglądając się krytycznie zapadniętym bokom przyjaciółki. 

— Ok, ok. — wzięła oferowaną kulę od kolegi i skubnęła trochę, po czym poturlała ją z powrotem przed jego nos. — Proszę. Nie było mowy o tym, ile mam zjeść. — wyszła naprzeciw sceptycznym spojrzeniom — Najem się przy kolacji. — oznajmiła pogodnie, jednak stanowczo. 

Miała w zwyczaju dotrzymywać obietnic, lecz gdyby nie stracili wtedy czujności, dostrzegliby cień zwątpienia na wąskim pysku. Od tygodnia nie była w stanie utrzymać w żołądku praktycznie niczego większego od jabłka, poza tym nie bardzo chciało jej się jeść. Pomiędzy żartami, łykami zimnego mleka i omawianiem codziennych spraw, z głową opartą na jednej z łap Kalina zajęła się podziwianiem ośnieżonego krajobrazu. Ogromne wejście do hali obejmowało, jak rama obraz, kawałek nizinnej łąki otoczonej półkolem starych wierzb, świerków i brzóz. Tylko pnie tych ostatnich były widoczne w gęstej mgle, toteż las wydawał się jednolitą, ciemną masą poprzecinaną białymi kreskami. Trawy milczały, zaklęte w siwych sukienkach ze szronu. Bez wiatru mgła się może utrzymać do południa. Brrr!  

Za najbardziej interesującą część pejzażu uważała z rzadka przechodzące przed hangarem wilki. Wśród nich najpierw pojawił się Jankes, między innymi kochanek punktualności, główny strateg, strażnik królestwa wojskowego archiwum i przełożony posłańców. Niedługo po jego przejściu na horyzoncie mignęła szaro-brązowa plama, którą tak dobrze znała. Wszystko, od sprężystego kroku po wysoko niesiony, kwadratowy łeb wskazywało, że miał dobry humor i postępował zgodnie ze swoją rutyną. Wodziła za nim wzrokiem dosłownie przez sekundę, jednocześnie słuchając opowieści Tenelyr o skręceniu kostki pod kątem prawie 90 stopni, i powieka jej nawet nie drgnęła pomimo buzujących w duszy emocji. Na początku służby za żadne skarby świata nie chciała siedzieć przodem do wejścia, teraz ich tłumienie miała opanowane do perfekcji. Poczekała jeszcze trochę, aż pierwsi biesiadnicy zaczęli odchodzić od stołu. Wtedy poprawiła sobie torbę na ramieniu i wstała, niby z ociąganiem, na cztery łapy. 

— Czas na mnie.  

— Ty to nie potrafisz usiedzieć w jednym miejscu, co? — mruknął Lenard, uśmiechając się nieznacznie. 

— Jeśli będzie wolne stanowisko na bocianim gnieździe, zapisz mnie. 

— Nie ma mowy, sam je wezmę. No to co, zbieramy się. 

Całą czwórką wyszli na główną drogę, kontynuując omawianie wyczynów nowych rekrutów na poligonie. Spokój paczki został zmącony szybciej, niż słońce zachodzi zimą, wybuchem dzikich śmiechów z polany kawałek dalej. 

— Takiego wywinęła dzisiaj orła na skoczni, żebyście to widzieli! —  czarny basior, jeden z tych, które mijała dzisiaj rano, z czego zdała sobie sprawę po przyjrzeniu się zielonym oczom, organizował najwyraźniej pokaz pantomimy dla grupki jednakowo patetycznych gapiów. Wadera nastroszyła się i odwróciła szybko głowę, aby ukryć swoje zażenowanie i frustrację, która prędko przerodziła się w gniew. Wiem, że to tylko jakiś bałwan i nie powinnam się tym przejmować, ale czy na moim miejscu nie zrobilibyście tego samego? 

Ni z tego, ni z owego arlekinowe ruchy aktora stały się szalenie porywiste i nieskoordynowane, a prześmiewcze zawołania przerodziły się w piskliwe krzyki. 

— Aaaa! Cholera! Ratunku! — delikwent darł się na całe gardło. Zaczął kręcić się w kółko jak bąk, próbując złapać swój własny ogon, aż wreszcie dogonił go rozsądek. Przysiadł w trawie, zanurzył kitę w śniegu i wyraźnie odetchnął z ulgą.  

Widzowie byli zachwyceni, niemalże ryczeli ze śmiechu, brakowało tylko owacji na stojąco. Dla samego artysty aprobata tłumu dziwnym trafem stała się trzeciorzędna. Kiedy cienka, ciemna strużka dymu ze spalonej sierści zaczęła się rozpływać w mlecznej zupie, kłapnął na kolegów zębami i od razu zaczął szukać winnego: 

— Co... Kto to zrobił, kurwa?! Przyznać się! — Kali błyskawicznie przepłynęła do przeciwległej krawędzi drogi. Pierwszy zrozumiał wszystko Don, który zasłonił ją swoim ciałem moment przed tym, jak wzrok czarnego wilka padł na ich grupę; chociaż się tego nie spodziewała, postanowiła wyjaśnić to później i wykorzystać fakt, że bycie niskim miało swoje zalety. 

— Przez sekundę wyglądałeś tam nawet śmiesznie! — szczeknął rudy w kierunku nieznajomego. Czy on może wytrzymać pięć minut bez prowokowania kogoś? Chociaż nie powiem, żebym się rozczarowała... Tenelyr ze swoim partnerem też się zatrzymali kilka kroków dalej, żeby obserwować rozwój wydarzeń. 

— Coś ty powiedział? — obcy basior z donośnym warknięciem obnażył kły, po czym okrążył zszokowaną publiczność i pobiegł w ich stronę. Wielkimi skokami pokonał może połowę odległości dzielącej go od celu, kiedy Lenard wydał z siebie ostrzegawczy warkot, odbijający się echem z samych głębi trzewi.  

— Szaweł! — właściciel imienia musiał mieć wcześniej problem z rozpoznaniem tożsamości czwórki we mgle, bo natychmiast zwolnił. Zatrzymał się kilka kroków przed nimi, cały napięty jak struna gitary. — Wynoś mi się stąd! 3 dni w kozie. — padł wyrok ostrym, żołnierskim tonem, aż ją ciarki przeszły. Don tymczasem uśmiechnął się zwycięsko. Bycie w kozie oznaczało obowiązek sprzątania odchodów... no, szczegóły pozostawię w gestii waszej wyobraźni, drogi czytelniku. 

— Niby za co? — obruszył się Szaweł, nie spuszczając wzroku ze starszego szeregowego.  

— Powinieneś spróbować być bardziej oryginalny. — Kalina wyszła spokojnie z cienia większego towarzysza. Czarny znowu wybałuszył oczy. Nie wierzę. Wcześniej mnie nie zauważył? Dalej zwróciła się do partnera Tanii. — Czy to na pewno konieczne? Nic się przecież nie stało... 

— Zamknij się, ty... Nie potrzebuję jakiegoś adwokata. — śmieszek prychnął cierpko i położył uszy po sobie, a następnie odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę rzeki. Gromada na polanie zaczęła się rozdzielać na dwie części. Wznowili wspólny spacer w dość sztywnej atmosferze. 

— Kali, możemy coś sobie ustalić? — zwrócił się do niej płowy wilk. — Nie wtrącaj mi się następnym razem do mojej pracy. Trzeba ich trzymać na krótkiej smyczy, bo inaczej złamią wszystkie prawa wszechwatah, zanim się obejrzysz. Ten nowy na strażnika to od początku próbuje pyskować. — Jak na strażnika, to typ nie jest zbyt spostrzegawczy, stwierdziła w duszy. Nic się nie stało. Tok rozumowania znajomego był jak najbardziej logiczny, lecz tamte słowa wynikały z czegoś innego; z naiwnej chęci pomocy i zostawienia dobrego, przynajmniej pozbawionego awersji wrażenia na nowym znajomym.  

— Wiem o tym. — przytaknęła ciemnoszara wilczyca ze zroumieniem. — Tylko nie chciałam, żeby to zaszło tak daleko. Wszyscy robiliśmy głupoty, jak byliśmy młodsi... 

— Och, nie przejmuj się tym nerwusem. Za głupotę się płaci. — rudy kompan wzruszył ramionami.  

—  Co on sobie wyobraża, rzucać się z zębami na pierwszego lepszego przechodnia? — Tania zmarszczyła krytycznie nos. Lenard przytaknął partnerce, lecz po chwili niespodziewanie otworzył pysk i zamrugał kilka razy, jakby właśnie doznał olśnienia. 

— Zaraz, to była twoja sprawka? — jasnooka uniosła brwi i uśmiechnęła się wymownie. — To mi zrobiłaś dzień. Hahaha! — na nowo wybuchnął śmiechem, bo Don zaczął wiernie udawać podskoki i wygibasy kogoś, komu pali się ogon. Obydwie wadery też jęły zwijać się i chichotać, omal nie potykając się o własne łapy. Burzowe chmury nigdy nie wisiały długo nad zgranym zespołem. Wesołe słońce znów oświecało im drogę, oślepiając swoją chwałą wracających z hangaru piechurów. 

— A teraz polecę do mamusi! — podsumowanie symulacji wcale nie pomogło im się uspokoić.  

— To go i tak nie tłumaczy. — dorzucił puentę starszy szeregowy, który jako pierwszy się opanował. Objął delikatnie łapą chichoczącą Tenelyr, na co w odpowiedzi dotknęła wdzięcznie nosem jego policzka. Przeszli w tym momencie na swój sekretny język zakochanych, pełen melodyjnych szeptów i czułych spojrzeń. Ustawili się na ścieżce parami, single z singlami. Przez resztę spaceru, bardzo krótką zresztą, bo budynek biura od jadalni dzieliło może piętnąście długości dorodnej sosny, razem z Donem gawędzili sobie o planach na świąteczny odpoczynek. Rozstała się z ekipą tuż pod drzwiami starego, szarego gmachu, który w czasach świetności mógł służyć za hotel. Na obskurnych ścianach występowały gdzieniegdzie plamy czerwonej i żółtej barwy oraz subtelnie turkusowe kępy porostów pomiędzy cegłami, tworząc ciekawą mozaikę. Parę kamiennych schodów z wyszczerbionymi brzegami prowadziło prosto na podwyższony parter, do recepcji, gdzie przyjmowano różnych interesantów. Większości szyb, z przyczyn naturalnych lub nie, brakowało. Zamiast nich w wielu okiennicach zawieszono ciemne płachty, co w rezultacie wciąż dawało wrażenie czarnej dziury, szczególnie nocą - wyjątkowo trafne. 

— Wnioskuję, że zobaczymy się wszyscy na kolacji? — spytała. Cała trójka dała milczące potwierdzenie. — To na razie, trzymajcie się ciepło i nie dajcie się życiu przegonić! — zawołała radośnie ze szczytu stopni. 

— Łatwo ci mówić, pędziwietrze. Do zobaczenia! 

— Na razie, Kali, niech ci spokojnie mija! 

Wiatr nawiał hałdy śniegu pod fasadę bloku, drugą połowę wepchnął stopniowo do środka, i teraz tylko centrum obszernego holu było wolne od warstwy białego pudru. Weszła lekkim, lecz uważnym krokiem, żeby nie pośliznąć się na kafelkach znajdujących się pod spodem. Do pyska wciąż miała przyklejony taki jednoznaczny banan, który nie pozostawiał miejsca na cień - czysta afirmacja życia. Ten idylliczny wręcz poranek napełnił ją taką przyjemną, pozytywną energią, że prawie udało jej się zapomnieć, po co tu przyszła.  

— Witaj, Kalina. Gabinet na drugim piętrze, trzecie drzwi po prawej. — Rebek, recepcjonista, wyrecytował swoje regulaminowe przywitanie.  

— Cześć, Rebek. Super dziś wyglądasz. — odparła, biorąc od niego szarfę ziemisto-morskiej barwy. Po przełożeniu kawałka materiału przez głowę ruszyła w stronę schodów prowadzących na górę. Pomimo że czarny pysk kolegi, upstrzony małymi, białymi ciapkami jak śnieżynki, zastygł w pokerowym wyrazie, w którym tylko niecodzienne rozjuszenie topiło stężałe na bazalt mięśnie do plastycznej lawy, mogłaby przysiąc, że w bursztynowych oczach dostrzegła sympatyczne iskierki. Może stary służbista nie był taki zły i ponury, na jakiego wyglądał.  

Stopniowo zwolniła tempo wspinaczki, z każdym krokiem bardziej niepewnie stawiając łapy coraz wyżej i wyżej. W końcu zatrzymała się w przedsionku na pierwszym piętrze. Ponownie naszły ją pewne wątpliwości z rodzaju rozterek, które pojawiają się moment przed rozpoczęciem bitwy, a w ślad za nimi wnioski, które rywalizowały z udręczonymi głosami w jej głowie, i co więcej, szala zdawała się przechylać na ich korzyść. Otrząsnęła się wszakże, zanim ktoś mógł ją przyłapać na sterczeniu w środku przejścia jak kołek i skoczyła raźno na kolejny stopień. 

*** 

— Ptaszki tak pięknie dzisiaj śpiewają. — ciepły, żeński głos wymykał się na końcówkach wyrazów okowom przyzwoitości pod wpływem kipiącej w środku wesołości. Siedzący pod oknem basior odwrócił się niespiesznie ku gościowi. 

Całe jego ciało, oprócz jasnego podbrzusza, pokryte było krótką, ciemną sierścią o granatowym połysku. Przedłużenie grzbietu, czyli mało okazały ogon, zwinął się w spiralę koło dużych łap. Pomimo braku umięśnienia typowego kulturysty, wcale nie wyglądał na bezbronnego. Dwa pozłacane kolczyki lśniły w prawym uchu, stanowiąc przeciwwagę dla niepokojąco spokojnych brązowych oczu, które rozszerzyły się i zamigotały przyjaźnie na widok zbliżającej się do biurka wadery. W źrenicach czaiła się pewna doza drapieżności.  

Trouble 

Blood is in the rocky waters 

— Kto to, jak nie moja ulubiona listonoszka! Jak leci? — puścił butelkowo-zieloną zasłonę, którą przytrzymywał, i wyciągnął ramię na przywitanie nad zakurzonym blatem, uśmiechając się lekko. Cały pokój pogrążył się przez to w półmroku. Coś jest nie tak. Nie chodziło wcale o entuzjastyczne przyjęcie, mieli dobre stosunki. Dziwnym wydało się jej, że zamiast oprzeć się wygodnie o krawędź mebla, utrzymywał pionową postawę na tylnich łapach, przez co wydawał się dwa razy wyższy i widać było w tym jakąś nerwowość. Postanowiła na razie zrobić dobrą minę do złej gry, zarazem nie tracąc czujności. Odwzajemniła miękko uścisk i natychmiast się cofnęła. Palce drugiego wilka próbowały ją niepostrzeżenie powstrzymać, ale odpuściły przy użyciu odrobiny siły, chociaż nie zdołał ukryć zmarszczenia brwi. — Pięknie. Ciekawi mnie, z czego się tak te małe piszczałki cieszą. "Hurra, można teraz bezkarnie srać na parapet i nazywać to szronem"?* — Jankes parsknął głośno śmiechem, lecz takim ciężkim, pozbawionym naturalnej frywolności. Zanim wilczyca zdążyła otworzyć pysk, opuścił nagle łapę i huknął nią w stół. — Fircykowate jak owieczki na łączce. — zastukał wolno pazurami o blat. Kali wyprostowała się jeszcze bardziej, aby nie dać po sobie znać jakiejkolwiek słabości. Zbierała odwagę na przeciwstawienie się oskarżeniom. Była niemal pewna, że były niesprawiedliwe... aczkolwiek w ich świecie, gdzie mówienie wprost istniało chyba tylko jako abstrakcja, nie było czegoś takiego jak stuprocentowa pewność. Omawianie interesów powodowało czasem między nimi spięcia, ale jeszcze nigdy nie bawił się w groźby. Stanowiła przecież jeden z kluczowych elementów wszystkich operacji, i to z jego pomysłu. — Chcesz wiedzieć, co się robi z owieczkami? Nie... — Kiedy tylko cisza zapadła na więcej niż sekundę, wstrzeliła się w nią jak strzała łucznika w lukę w zbroi, nie czekając na koniec zdania. Nie miała na to czasu. Przechyliła nieco głowę, jakby go nie usłyszała, i zanuciła pod nosem swego rodzaju biały wiersz: 

— "Na święta dostanę worek kamieni, a moi kontrahenci to skończeni idioci, i jeśli nie wbiję im do głowy, co to tajemnica, to mnie wkopią pięć metrów pod ziemię." — jechała na oparach dobrego humoru. Ciemny wilk przez cały czas w milczeniu przypatrywał się jej spod zmrużonych powiek. 

— Masz jakieś wytłumaczenie, które ma sens? — łatwo było usłyszeć zaskoczenie w tym pytaniu, co uznała za sukces. 

Hide away your sons and daughters 

Eat you alive 

— Chciałeś wiedzieć, co śpiewają ptaszki. — odparła szybko obojętnie. Basior uniósł brew z zainteresowaniem. — Śpiewały mi, że to twoi dostawcy mają problem z trzymaniem języka za zębami. — popatrzył na nią rozszerzonymi oczyma. Teraz już miała sytuację pod kontrolą. 

— Co takiego śpiewały? — rzekł miękko. Jego nastawienie znów zmieniło się o 180 stopni. 

— Najpierw się uspokój, bo to nie byle jaka sprawa. Wyglądasz jak osaczony dzik. — jasnooka popatrzyła na niego z dezaprobatą, machając wolno ogonem. To, że jesteśmy w jednej łodzi, nie znaczy, że mam znosić waszmości humory. Przez kilka chwil linka, po której przebiegały pomiędzy nimi słowa, trwała napięta do granic możliwości. 

Levels better put your head on swivels 

Dancing with the very devil 

Butter to knife 

— Jesteś taką mądrą waderą. — stwierdził towarzysz nieoczekiwanie. Uśmiechnął się przy tym półgębkiem, na powrót wyluzowany. — Wybacz te środki ostrożności. Ostatnio miałem parę stresujących rozmów, nic ważnego. — wreszcie zobaczyła w nim swojego Jankesa, z którym tyle razy zasiadała do uczt i któremu wiele zawdzięczała. W duchu odetchnęła głęboko z ulgą. 

— Hah... — mruknęła, wczuwając się w ból wspólnika. On tymczasem okrążył biurko, by usiąść naprzeciwko niej. — Jeśli to miało mnie odstraszyć, to kiepski plan. Co się stało? — zapytała z troską. 

— Ty mi powiedz! — żachnął się, kładąc jej łapę na ramieniu. — W tym biznesie zaufanie jest dla mnie na wagę złota, więc jak słyszę, że ktoś mi nadszarpnął zaufanie generała, bo przecież nie wtrącałby się do mojej pracy bez powodu, to już ciężko dawać wiarę komukolwiek, nieprawdaż? — ściszając głos na ostatnich słowach, nachylił się bliżej. Czuła, że za blisko jak na tę relację. 

— Możesz mi zaufać. — powiedziała, patrząc mu w oczy, po czym oparła się na nim łapą, odpychając go do tyłu pewnie, acz bez złości, i wstała, żeby odzyskać swoją strefę komfortu. Przyjął odmowę zabawy, zostając przy remisie; uśmiechnął się tylko całym szeregiem zębów. 

— Jeśli wiesz, kto to zrobił, musisz mi powiedzieć, Kali. — po krótkim milczeniu strateg odkaszlnął i skierował doń prośbę miłym, choć naglącym tonem. 

You think you're better than them, better than them 

You think they're really your friends, really your friends 

Wilczyca nie odpowiedziała od razu. Z jednej strony nie chciała być jakimś pieprzonym kapusiem. Choćby nie wiem jak nisko upadła, nie dopuszczała do siebie myśli o zdradzeniu Wawela. Był swój chłop. Nie oceniał pochopnie innych. Ani razu nie podniósł na nią głosu, kiedy jeszcze zasilała szare szeregi. Czy był dilerem? Owszem. Miał coś za uszami, jak każdy, szczególnie przyglądając się populacji NIKL-u. Jakie miała prawo krytykować czyjeś wybory, kiedy sama maczała palce w narkotykowym biznesie? 

But when it comes to the end, to the end 

You're just the same as them, same as them 

"Uważaj, żeby nie wciągnęli cię w coś złego?" Dobre sobie. Tkwię w tym "złym" już po uszy. Z drugiej strony, właśnie te kontakty umożliwiły jej awans i przybliżały do zrealizowania najważniejszego planu. Cokolwiek zagrażało sekretnej działalności, zagrażało również jej. Oszukiwać Jankesa też było... ryzykownie. O bogowie, jak ja mam wybrnąć z tej matni? 

So let it go, let it go  

That's the way that it goes 

First you're in then you're out, everybody knows 

— Nie wiem zbyt wiele, to znaczy... plotki zasłyszane z kolacji, pewnie wczorajszej. Jeden z kaprali zaczął coś głośno mówić o dostawach. — o wiele łatwiej jest zdradzić kogoś, kogo nie znasz. W życiu każdy przede wszystkim dba o swoich. Nie była wyjątkiem od reguły. 

— Hmmm. — mruknął towarzysz z zastanowieniem. — Dobrze. Jak szelmę znajdę, to... — uniósł znacząco palec w powietrze. 

— Nie, nie chcę wiedzieć co zrobisz. — wtrąciła się, kładąc uszy po sobie. Basior parsknął krótko śmiechem, jak gdyby usłyszał najlepszy żart o kupie, i zaczął iść w stronę skrytki pod podłogą. 

— Prawdziwa mistrzyni sekretów. — zamruczał pod nosem, podnosząc jedną z desek. — Jeszcze raz przepraszam cię za ten wybuch. — dodał z nagła, takim tonem, jakby sobie właśnie o czymś przypomniał. — Co u ciebie słychać? 

— Wszystko po staremu. Tenelyr i Lenard zaprosili mnie do planowania ich wesela na wiosnę. Chciałabym pomóc, oczywiście, ale nie mam o tych sprawach bladego pojęcia. — Przeprosił mnie, i to dwa razy. To ci dopiero błogosławieństwo. Musi mieć coś ważnego do przekazania, zastanawiała się, podczas gdy ciemny wilk wyciągnął trzy kartki - jedną czystą, lekko pożółkłą, spod parkietu, a dwie pozostałe z półki jasnobrązowej szafy przy ścianie.  

— No no, gratulacje dla pięknych narzeczonych! Ja ci raczej nie pomogę, w związkach mam stabilność rady NIKL-u po wyborach** — odpowiedział, prostując się nad skrytką, na co ognista za jego plecami zmrużyła oczy z zażenowaniem. Listy trzymane w dużej łapie rozłożyły się siłą nawyku jak karty do gry, gdy ruszył z powrotem w jej stronę. — To zanieś do Inspektora Ziem Wschodnich. — wręczył jej parę stron zapisanych nieco koślawym, drobnym pismem. Waderze serce zabiło mocniej, w mózgu jakby strzelił grom z jasnego nieba, palce zacisnęły się sztywno na grubym papierze bez udziału świadomości. Powiedzcie, mi czy ja śnię? Czy się nie przesłyszałam, czy sobie nie wymyśliłam tego cudownego rozkazu? Przecież gwiazdka dopiero za parę dni. To nie może być dzisiaj, po prostu niemożliwe. Dlaczego dzisiaj? Nie jestem pewna, czy jestem gotowa... 

— Ziemia do Kaliny. — otrzeźwił ją zirytowany szept przełożonego. 

— Co? Tak? 

You're hot then you're cold, you're a light in the dark 

Just you wait and you’ll see that you're swimming with sharks 

— Mamy nowego wspólnika, Pomesta. — nagle ze szczytu ekscytacji wpadła w gąszcz dezorientacji, który był tylko przejściowym przystankiem w drodze do stacji wysokiego napięcia, gdzie z poszarpanych bolesnymi wspomnieniami kabli trzaskały iskry rozczarowania i goryczy, o włos od wysuszonych na wiór, świerkowych gałęzi. Wystarczyłby jeden podmuch wiatru, żeby spłonął cały las. — Znasz go, taki szaro-brązowy basior, który cię raz wrzucił do rzeki i przegonił pod prąd aż do drugiego mostu za złamanie słupka z flagą?  

— Ależ to konkretnie ująłeś. Chciałbyś się przekonać na własnej skórze? — warknęła przekornie. 

— Chciałbym to zobaczyć jeszcze raz. — odparł z uśmiechem. — W każdym razie, przekaż mu dzisiaj tę wiadomość. Wiesz, co robić. — z tymi słowami podał jej trzecią, pustą kartkę.  

Omówili jeszcze parę zwykłych, wojskowych przesyłek. Włożyła wszystkie do torby z nowo narodzoną pewnością. Natura perfekcjonistki z wysiłkiem powstrzymała łapy od wepchnięcia ich na pałę, byle szybciej. Zasalutowała towarzyszowi i już zaczęła maszerować w stronę drzwi, kiedy dobiegło ją skropione sokiem ze zlekceważenia: 

He's coming to get you, he's coming to get you, get yo-u 

— Nie napijesz się ze mną herbaty? 

Do głowy wpadła jej natrętna myśl, całkowicie kontrproduktywna w tej sytuacji. Sama nie do końca wiedziała, co ją popchnęło, żeby się odwrócić na pięcie i rzec: 

Bubbles, drowning you're seeing doubles 

Don't you let them see your struggles hiding your tears 

— Ok. — jedna część wilczycy żałowała zgody, zanim jeszcze skończyła mówić, inna tańczyła w tym czasie oberka. Niech mnie, przeklęty żołądek i jego przeklęta herbata. Mam teraz ważniejsze rzeczy do roboty! Wszechświat jeden wie, ile kosztowało ją wyduszenie z siebie zaprzeczenia — Albo i nie. — mruknęła swobodnie, jakby wcześniejsze potwierdzenie było tylko celową zmyłką. — Inspektor raczej nie lubi długo czekać... 

— Inspektor może sobie poczekać. — odrzekł basior na przekór. Nie czekając na odpowiedź, sięgnął do szuflady biurka, w której trzymał torebki z mieszanką ziół. Dalej wpatrywał się w nią bez mrugnięcia okiem, jakby pilnował swojego łupu.  

Nie miała gotowej innej wymówki, więc dalszy opór mógł też wzbudzić podejrzenia, wyjątkowo niewygodne. Przynajmniej nie musiała już zastanawiać się, jaki głód czy podrzędny instynkt, a nie logiczny rozum sprawił, że dała mu zielone światło, skoro od początku nie miała wyboru. Jeżeli Jankes na coś nalegał, niemądrze było dyskutować. Na pewno wszystko się zaraz okaże. Niechże tylko powie, co ma do powiedzenia, zawijam kiecę i lecę! Poszła, jak zawsze, przynieść naczynia. 

— Pomyślałby kto, że traktujesz swoją pracę poważnie. — napomknęła, napotykając jego tajemnicze spojrzenie. Łapą otworzyła lekko jedną z komór szafy. 

Crisis, take advantage of your niceness 

Cut you up in even slices 

Prey on your fears 

— I to jeszcze jak. — basior, nieporuszony zaczepką, otwierał właśnie pod stołem torebkę z suszonymi listkami. Kalina postawiła tymczasem kubki na biurku: biało-czerwony, pasiasty dla siebie i czarny, metaliczny dla towarzysza. — Oni niech bawią się w swój teatrzyk, ale to ja pociągam za wszystkie sznurki. — skończył właśnie mocować się z malutkimi saszetkami i wyuczonym ruchem uwolnił zawartość do obydwu kubków naraz. — To tylko muchy w pajęczynie NIKL-u! Jeśli któraś nie ma wystarczająco rozumu, żeby zdać sobie z tego sprawę, staje się przekąską pająków, jak ja. Ha, wystarczy, że byłbym trochę głodny i żadna z nich nie będzie bezpieczna! Oczywiście jest ich więcej, mniejszych i większych, muszek i pająków. — nie przestawał mówić, nalewając przygotowaną wodę z niewielkiego, przezroczystego dzbanka. Posłanniczka natychmiast stworzyła niewielki ogień w obu naczyniach, żeby ją podgrzać. — To konstrukcja tak misterna, że jeden wilk nie jest w stanie trzymać i nasłuchiwać wszystkich nitek naraz we własnych dwóch łapach. W dodatku cały czas się rozrasta. Dlatego w świetle twoich ostatnich osiągnięć i lojalnej postawy, Kali... 

— Twoja herbata zrobiła się za gorąca, weź moją. Sorry — zanim zdążył jakkolwiek zaprotestować, sprawiła, że kubki zatoczyły półkola i zmieniły właścicieli. 

You think you're better than them, better than them 

You think they're really your friends, really your friends 

But when it comes to the end, to the end 

You're just the same as them, same as them 

Faktycznie, woda wewnątrz połyskującej czary zaczęła nieco bulgotać. Specjalnie podgrzała ją praktycznie do punktu wrzenia, wykorzystując skupienie znajomego na filozoficznej przemowie. 

Wcześniej, kiedy tylko herbata była gotowa, przybliżyła pysk do parującej cieczy. Uniosła prawą łapę, żeby złapać nią porysowany uchwyt, lecz zawisła w powietrzu w pół ruchu, ponieważ dostrzegła w napoju coś, czego nie powinno tam być; kawałek błyszczącej folii. Takiej, z jakiej składały się pozbierane z ludzkich śmieci plastikowe woreczki wykorzystywane do pakowania prochów. Jej źrenice zwęziły się w szparki. Nie, na pewno mi się nie przywidziało. We wzroku pojawiło się nagłe ożywienie, które mogło być mylnie wzięte za zainteresowanie propozycją. Choćby brała udział w przyjęciu bogów, wyczulone zmysły kazały jej skupić się na możliwym zagrożeniu. W końcu nie da się spokojnie jeść ciastka, jeśli w krzakach migają tygrysie paski. 

— Zdaję sobie sprawę, że to propozycja nie do odrzucenia, ale daj mi dokończyć. — jego enigmatyczny uśmiech rozmył się w posępnej kałuży z odbijającym się na powierzchni zdziwieniem. Normalnie przemilczałaby prowokację, ale... Musiała tylko coś sprawdzić.  

So, let it go, let it go, that's the way that it goes 

First, you're in, then you're out, everybody knows 

— Nie chciałam, żeby zaschło Ci w gardle w trakcie takiej pięknej rozprawy. — odpowiedziała miękko. — Pijcie, nie pospieszam.  

— Panie przodem. — sięgnął przednią kończyną nad blatem, żeby przyciągnąć swoje naczynie z powrotem, ale wadera mogła się pochwalić lepszym refleksem. Błyskawicznie chwyciła je w łapy i wzniosła radośnie toast: 

— Za twoje zdrowie! 

— Chyba pomyliły ci się kubki, moja droga. — Pomimo wielkiej dumy zwykle, dopóki połechtało się jego ego, wybaczenie przychodziło łatwo. Tym razem nawet nie próbował dotknąć napoju. Siedział wciąż wyprostowany, a w oczach tańczyły niejednoznaczne iskierki. 

You're hot, then you're cold, you're a light in the dark 

— Tu herbata i tam herbata. — przewróciła oczami z sympatyczną miną. — Skoro zamierzasz mnie nobilitować, pozwól mi raz napić się z kubka zwycięzców. No chyba, że masz w nim coś do ukrycia? — uniosła go jeszcze wyżej i obdarzyła Jankesa najbardziej rozbrajającym, czarującym uśmiechem na jaki było ją stać, chociaż spojrzenie nadal miała dość twarde.  

Just you wait, and you'll see that you're swimming with sharks 

Znad czarnego ronda obserwowała jego reakcję szeroko otwartymi oczyma. Wilk naprzeciwko był mistrzem zakładania masek na każdą okazję, jednak pomiędzy jedną, poważną, choć przyjazną, a drugą, komiczną, była sekunda przerwy, podczas której wpatrywał się w przeznaczony dla niej napój z nagim niepokojem w nagłym olśnieniu, jakby nie wiedział, co robić. Coś mi tu śmierdzi, śmierdzi jak płoć zostawiona przez tydzień na słońcu. 

— Nooo dobra, masz mnie, skarbie! — nagle klasnął wesoło w łapy i spojrzał na nią z ekscentryczną wyższością, niczym magik, który wyciągnął królika z kapelusza i czeka na aplauz zdumiałej gawiedzi, tyle że zamiast królika wyciągnął z zielonkawej cieczy przylepiony do pazura kawałek folii. — Zdałaś mój test. A teraz możemy wracać do rzeczy. 

— Nie. Nie możemy. Jeśli oczekujesz lojalności, to najpierw pokaż jej trochę od siebie. — rozmówca uniósł brwi, bardziej z pobłażania niż z niedowierzania. Obdarzył wilczycę wzrokiem pełnym respektu dla jej odwagi, chociaż równocześnie wcale nie wyglądał na szczęśliwego, gdy wstała ze swojego miejsca, zbierając się do wyjścia. 

— Idź. Wieczorem chcę usłyszeć twoją decyzję. — spodziewała się, że będzie wściekły, a on tylko rzucił ten stanowczy, acz spokojny rozkaz na odprawę i zaczął grzebać w szufladach biurka. Odprowadził ją wzrokiem do drzwi w napiętej ciszy.  

He's coming to get you, he's coming to get you, get yo-u 

Jak tylko znalazła się na korytarzu, odetchnęła głęboko z ulgą. Co za porąbany dzień. Podskoczyła nisko na jednej przedniej nodze, żeby poprawić torbę na ramieniu. Dzisiejsze znalezisko w herbacie najwyraźniej nie było planowane. Jankes po prostu musiał improwizować, bo tego typu test oblać mógłby tylko ktoś z zawiązanymi oczami oraz odciętym językiem. Jego bajeczka nie miała sensu, chociaż... Przez chwilę złapała wiatr w żagle na fali niepewności. Może naprawdę Jankes chciał po prostu sprawdzić, czy nadaje się do nowej roli i doszukiwała się drugiego dna tam, gdzie nigdy go nie było? Za dużo analizuję.  

Zaczęła schodzić w dół po schodach, tupiąc energicznie przy każdym kroku, jakby pragnęła wytrząsnąć z siebie nerwy. Prawie jej się to udało, dopóki na trasie ciemnoszarej wadery nie zaczęły się pojawiać dziwne, czerwone kropki. Zatrzymała się, żeby się uspokoić, przekonana, że to wzrok płata jej figle, ale punkciki zamiast znikać, powiększały się i pomnażały. W nozdrzach osiadła charakterystyczna, metaliczna woń. Niepewnie podniosła łapę i dotknęła nią nosa. Przyjrzała się z przerażeniem opuszkom, na których pojawiła się karminowa, wilgotna plama. 

Every time my heart is beatin', I can feel the recipe 

I wonder if my day is comin', blame it on the entropy 

— Co się ze mną dzieje... — szepnęła do siebie ze zdziwieniem, rozmazując kropelki na sierści. 

Przecież niczego nie wypiła... Trybiki w jej głowie przyspieszyły. Skoro samo wdychanie oparów było tak niebezpieczne, strach pomyśleć, co basior wsadził do tej herbaty. Oleander z arszenikiem? Sumak? Skrzydłokwiat? Nierealne, skrzydłokwiat nie ma wystarczająco silnych oparów, jest toksyczny dopiero po skonsumowaniu... Och, skup się, zganiła się za odlatywanie w zielarskie wywody. Następnie przepłynęła się po odmętach pamięci wzdłuż i wszerz, jednak nie znalazła w nich żadnego rozsądnego powodu, dla którego Jankes miałby chcieć się jej pozbyć, ani nawet się mścić.  

Jak on w ogóle mógł coś takiego zrobić, po tym, jak śmiał nazywać ją przyjacielem?! Można by założyć, że realizował ogromną, niepojętą master agendę od ich pierwszego spotkania, każdy uśmiech był sfingowany, każda wypowiedź przemyślana, śmierć posłanniczki obliczona jako konieczna strata z wyznaczoną datą, aczkolwiek życie tak nie działa. Nieprzewidywalność istnienia regularnie zmusza nas do zmiany planów. Wilk, którego dzisiaj widzisz to nie ten sam, co wczoraj. Ktoś, kto doszedł na wyżyny władzy nie miał prawa polegać na ufaniu, że wszystko pójdzie jak po maśle, “bo tak”. Niewykluczone, że ten krwotok nie był w ogóle związany z herbatą, jednakże byłby to pierwszy totalny przypadek, jakiego doświadczyła w całej swojej ziemskiej wędrówce. Praca w NIKL-u przede wszystkim nauczyła ją, że wszystko ma swój powód. Jedno było pewne: niezależnie, czy ją testował, próbował zdegradować lub rzeczywiście wyciąć z obrazka, cokolwiek zamierzał na przyszłość nie mogło być dobre. 

Oblizała wargi, smakując frustrację oraz gorzkie rozczarowanie. Światełkiem w tunelu był fakt, że basior raczej jeszcze nie wiedział, że ona wie, że to była wpadka, zatem nie stała na zupełnie przegranej pozycji. Ta realizacja sprawiła, że gonitwa w jej głowie trochę zwolniła i na czoło wysunęło się pierwotne pragnienie. 

My blood is pumpin', I can see the end is right in front of me 

Don't take it from me, I could be everythin' 

Myśli o Pomeście wskrzesiły w niej chęci do działania. W myślach podziękowała za subtelny, szeleszczący znak od niebios, poklepała też siebie po plecach za roztropność i ruszyła znowu do przodu. Nie miała pojęcia, co przyniesie jutro, ale nie zamierzała zmarnować być może jedynej szansy, jaką dostała od losu, na naprawienie błędów przeszłości. 

Everything 

*** 

— Cześć, Kali!... Co ci się stało? 

Ciemnoszara wilczyca osłupiała na widok przyjaciółki. Don oraz Lenard zniknęli. Tenelyr siedziała sama na środku drogi. Kalina zeskoczyła na ziemię z podestu i, kompletnie ignorując rewelację, tak samo jak wcześniej pytający wzrok Rebeka, zerwała się do biegu w kierunku rzeki. Czego ona chce tym razem? W ogóle nie powinno jej tu być. Zostawcie mnie wszyscy w spokoju! Naraz zrobiło jej się wstyd tej myśli, jak i swojego żałosnego wyglądu. Przymknęła powieki i zmusiła nogi do zatrzymania. Zanim biała wadera ją dogoniła, podjęła próbę zakamuflowania szalejącego w środku huraganu niemrawym uśmiechem, wygładziła najeżoną sierść, zamrugała parę razy, gdyby tylko mogła coś zrobić z drżeniem nóg... 

— Kali, co się dzieje? — zdyszana Tania złapała pazurem za niebieską szarfę, jakby bała się, że znowu jej ucieknie.  

— Nic, pośliznęłam się na schodach i rozbiłam sobie nos. — jasnooka skłamała szybko i zamaszystym ruchem łapy wytarła mazistą ciecz z czubka pyska. Zamarła w tej pozycji ze wzrokiem wbitym w ziemię, próbując odzyskać oddech. 

— Hej, spójrz na mnie. Spójrz na mnie. — Kiedy wreszcie oniemiała pacjentka podniosła łeb zgodnie z bezkompromisowym poleceniem medyczki, na jej nos spadła garść śniegu, który ta natychmiast zaczęła uklepywać, żeby przylepił się do skóry pod rzadkim futrem w tym miejscu. Nie miała siły się z nią kłócić, czy to było potrzebne. — Trzymaj głowę prosto. 

— Na pewno nie mam kocich genów. — zażartowała ze słabym uśmiechem, żeby sprawiać pozory normalności. W końcu Tania skończyła robić "opatrunek" i mogła przestać mrużyć oczy. — Nie powinno cię być w szpitalu? — dodała Kali po chwili nie bez cienia niechęci. W głębi duszy rozpaczliwie pragnęła skorzystać z oferowanego współczucia, odsapnąć i przytulić się do białej piersi, żeby ciepło opiekuńczej duszy przeniknęło ją, uspokoiło walące jak młot kowalski serce i rozluźniło zdrętwiałe kończyny, jednakże jak zwykle udało jej się zepchnąć wewnętrzne dziecko z powrotem do nory, gdzie jego miejsce, i dokonać trzeźwego osądu sytuacji. W biurze zeszło mi się dłużej niż zwykle. Czas ucieka. Ruszyła energicznie do przodu. Kawałki zimnej papki na szarym pysku od razu zaczęły odpadać, gdy zniżyła łeb, ale nie przejmowała się tym zbytnio. Krwawienie już prawie ustało. 

— Nie mam teraz praktycznie pacjentów i wczoraj skończyłam inwentaryzację, więc pomyślałam że zrobię ci niespo... — na początku medyk automatycznie wykonała parę kroków w ślad za markotną towarzyszką, jednak rychło zdała sobie sprawę, że jej wysiłki są ignorowane. Przestała próbować dotrzymać szalonego tempa marszu i krzyknęła za nią — Kalina, czy ty mnie w ogóle słuchasz?! — ognista pokręciła lekko głową bez zatrzymywania się, słuchając jednym uchem. — Pfffft! A róbta co chceta. Tylko potem mnie o nic nie proś!  

Moment potem gęstą jak otaczająca je mgłą ciszę przecięło mokre "plask". Fale dźwiękowe rozeszły się z nakrapianego karku po tym, jak duża bryła śniegu trafiła cel. Zaskoczona Kalina przystanęła, żeby rozetrzeć to miejsce, naznaczone ładunkiem obrazy i poczucia krzywdy, które zaczęły przenikać do jej krwiobiegu niczym wężowy jad. Podniosła wzrok na oddalającą się powoli pełną wdzięku sylwetkę ze sztywno zwisającym ogonem. Wygląda na naprawdę wkurzoną. Posłanniczka położyła uszy po sobie i zacisnęła powieki, bijąc się z myślami. Zaledwie oddech później wydała z siebie boleściwe, podszyte warkotem westchnienie i zgarnęła łapą trochę białego puchu z drogi. Po krótkim, agresywnym formowaniu kulki rzuciła nią za waderą.  

— Tak. — syknęła cicho, celebrując moment, gdy śnieżka trafiła w białe udo. Nic się jednak nie zmieniło w zamiarach Tanii, więc posłała w jej kierunku jeszcze jedną, i następną. Dopiero za trzecim celnym uderzeniem postać o rozmazanych w mlecznym poranku konturach poruszyła się bardziej wyraźnie. Wkrótce - aż za szybko - odpowiedziała atakiem na atak. Spokojny, cichy kawałek łąki zamienił się w tło dla największej bitwy na śnieżki wszechczasów, a przynajmniej tak zostanie zapamiętana przez dwie uczestniczki. Początkowa złość w końcu rozpuściła się w ferworze zabawy. Widząc to, szara wilczyca odważyła się zapytać: 

— Odprowadzisz mnie do mostu? — domyślała się, że Tenelyr planowała się z nią przespacerować. Tuż po tych słowach zrobiła unik przed kolejnym pociskiem i zaczęła żwawo iść, lecz nie kłusować, we wspomnianym kierunku, nie spodziewając się odmowy. Na szczęście miała rację; znajoma momentalnie dołączyła do niej w podskokach. Na widok jej roześmianego pyska sama nie mogła się powstrzymać przed uniesieniem kącików warg. Z czoła zniknęła surowa zmarszczka.  

— To opowiesz mi w końcu, co się stało? — zażądała medyczka, natychmiast spoważniawszy. Nie dziwię się jej... Znały się praktycznie od początku służby Kali w NIKL-u. Kogoś innego mogłaby znowu zbyć miałką opowiastką o krwotoku z nosa i paskudnej pogodzie, ale Tania nie zasługiwała na takie traktowanie, nie wspominając o tym, że nie miało prawa zadziałać. Udzielenie wyjaśnienia bezzwłocznie właściwie było jej na łapę. Im szybciej się rozejdą, tym szybciej będzie mogła wrócić do obmyślania perfekcyjnego sposobu na zagajenie rozmowy z Pomestem. — Widzę, że masz dziś coś dla urzędników. 

— Wiesz, mam wrażenie, że czasem nieważne, jak bardzo by się wilk nie starał, zawsze coś pójdzie nie tak. — zaczęła nieco drżącym głosem, pomijając ostatnią uwagę milczeniem. — I to najczęściej wtedy, kiedy wydaje się, że wszystko zaczyna się układać. Wtedy los lubi sobie z ciebie zażartować. Z przewrotną uciechą patrzy, jak mkniesz na złamanie karku w stronę mostu do raju, z którego moment wcześniej wyciągnął kluczową belkę, i obstawia, czy się w porę zorientujesz, czy się skąpiesz. — zaśmiała się cynicznie, trochę przez łzy. — Wszyscy jesteśmy wtedy na przegranej pozycji, bo trzeba by mieć refleks gazeli, albo moc przepowiadania przyszłości, żeby wygrać z losem. W konsekwencji popełniamy błędy, most się wali i wpadamy do wzburzonej rzeki, która wyrzuca nas z powrotem gdzieś w środku gry, a niekiedy nawet niesie na sam jej początek. — zapatrzyła się w dal, na bezkresne, zaśnieżone połoniny. — Jankes jest nieteges, bo zagapiłam się i popełniłam błąd w pracy. Błąd, który może mnie kosztować moje stanowisko, ok? — skoro dla części wilków przegrana bójka była wystarczającym powodem do płaczu, ta wersja wydarzeń powinna wystarczyć, żeby usprawiedliwić jej reakcję. 

— To znaczy, że wrócisz do bycia szeregowcem? Przecież idzie ci świetnie, Jankes sam mówił, że masz najlepszy czas ze wszystkich posłańców z którymi pracował. Nie przejmuj się, wybaczy ci raz dwa. — biała pospieszyła z pocieszeniem, uznawszy najwyraźniej, że chodziło o pomieszane albo zgubione listy, nie odkrycie, że mogła zostać otruta. 

I don't like your little games 

Nie myślcie sobie, że nie wiedziała, iż igra z ogniem. Stanowił część jej Ja, oswajała się z gorącym elementem od dziecka w duchu najgłębszego szacunku. Nie wątpiła, że Jankes był zdolny do czynów, jakie się nie śniły większości społeczeństwa. A jednak... zdrada zawsze boli. Zwłaszcza, jeśli tak długo tańczyło się w płomieniach bez szkody. Wydaje się, że dalej jesteś o krok przed nimi, aż ni stąd, ni zowąd okazuje się, że przygasły tylko po to, żeby przygotować się na finałową sztuczkę. 

Don't like your tilted stage 

Jednak ten wilk mógł być w swoim żywiole tylko kosztem otoczenia - niekończąca się pożoga pożerająca wszystko, co napotka na swojej drodze - a ona podeszła za blisko. Nienawidziła siebie za promyczek sympatii, który zaczął kiełkować na dnie serca. Nagle zobaczyła go dokładnie takim, jakim był - podstępną, samolubną żmiją, taką samą jak każdy, kto do czegoś doszedł w NIKL-u. 

The role you made me play of the fool 

No, I don't like you 

— Pewnie tak. — oczywiście jeszcze nie wiedziała, jak się rozprawi z basiorem. Postanowiła, że na pewno coś się wymyśli później. Nie pierwszy bal się tańczyło. — Ale nawet jak się życie wali, czasem, jak znajdzie się rytm i popłynie z prądem, można znaleźć ciekawe odnogi. Przeżyć z przyjaciółmi nowe przygody. — wysnuła uprzejmy wniosek i spojrzała w bok, niby podziwiając krajobraz. W rzeczywistości nie można powiedzieć, że żałowała wpłynięcia w odnogę, którą większość nazwałaby straceńczą. Przyspieszała znacznie osiągnięcie celu, który uświęcał środki. 

— Jeśli przestanie się opierać i machać łapami jak przewrócony żuk, to tak. — błękitnooka trąciła ją przyjaźnie łapą w bok. Uśmiechnęła się do niej z trudem. 

— To do zobaczenia. — oznajmiła, bo stanęły już przed drewnianym przejściem łączącym dwa brzegi.  

— Do zobaczenia. I nie waż mi się tym przejmować, bo jesteś najlepszą waderą, jaką znam! Chrzanić Jankesa.  

Kali westchnęła cicho, przyjmując jeszcze jeden uścisk na pożegnanie. Zaczęła przechodzić przez most, kątem oka uważnie obserwując polną drogę za sobą. Jak tylko forma medyczki rozmyła się w gęstej mgle niemal zupełnie, aż wreszcie zniknęła za zakrętem, zdjęła szarfę, schowała do torby i w te pędy zawróciła ku przeciwnemu brzegowi. Pognała dalej drogą wiodącą obok oblodzonego koryta. Jednocześnie intensywnie węszyła raz w górę, raz w dół, próbując wyłapać znajomą woń. W mroźnym powietrzu był to raczej próżny wysiłek, ale nigdy nie wiadomo.  

Na ścieżce, którą zasuwała, ile sił w płucach, w śniegu widoczne były świeże ślady pojedynczego zestawu łap. Wprawdzie nie była w stanie potwierdzić do kogo należały po zapachu, jednak doświadczenie podpowiadało jej, że odpowiedź mogła być tylko jedna. Wiedziała, że czy mróz, czy słota, Pomest zawsze po śniadaniu wybierał się na spacer wzdłuż rzeki. Jakże cudownie przewidywalnym był wilkiem! Szeptała tylko nieustannie pod nosem gorące modlitwy, żeby zdążyła go dogonić, zanim skręci ku leśnemu mostkowi i cały plan diabli wezmą. Najpierw w oddali zamajaczyły pojedyncze wierzby, zwieszające smutno cieniutkie gałązki ku ziemi, potem wysokie, smukłe pnie iglaków, które strzegły wejścia do lasu; tam znalazła się w mieszanym towarzystwie brzóz i buków z przewagą sosen. Wydawało jej się, że minęły całe eony, zanim go spotkała. 

Nos ostrzegł ją o zbliżaniu się do celu ledwie chwilę przed tym, jak z gęstej mgły wyłonił się szaro-brązowy kształt. Nabierał ostrości w zawrotnym tempie. Zwolniła do żwawego kłusa. Powściągnęła swoje podekscytowanie tylko na tyle, aby na niego nie wpaść. Wszystkie zmysły napięły się jak struny, tak że sam dotyk torby obijającej się jej o lewy bok drażnił. Basior musiał usłyszeć już wcześniej, że nie jest sam. Zatrzymał się na poboczu w bojowej pozycji, z najeżoną kryzą i sztywnym ogonem każdą swoją cząstką gotowy do konfrontacji z domniemanym przeciwnikiem. Kiedy tylko drobna wilczyca pojawiła się w zasięgu jego wzroku, kita wolno i płynnie opadła. Sierść na grzbiecie również poddała się prawu grawitacji, tylko z oczu nie znikała wrodzona przezorność. Tymczasem Kali po typowym, żandarmowym obrocie zatrzymała się na wprost niego i przywitała się cicho: 

— Witaj, Pomest. 

 — Plutonowy Pomest. — poprawił ją takim tonem, jakby zwracał się do uczniaka w swojej dywizji. Naprawdę nic się nie zmienił od ich pierwszego spotkania. Arogancki, jakby był czołowym architektem, chociaż całe życie pełnił jedynie rolę małej śrubki w ramieniu kuli wyburzeniowej. Wilczyca ugryzła się prędko w język i gdy podszedł krok bliżej, wyciągnęła łapę w geście oficjalnego przywitania. Przyjęła pewny uścisk bez słowa, starając się odpowiedzieć chwytem, który nie przypominał siłą tylko letniego wiaterku. — Co tu robisz, Kalino? 

— Roznoszę przesyłki, jak zawsze. Mam dla ciebie coś specjalnego. 

Basior ożywił się na dźwięk ostatniego słowa do tego stopnia, że zignorował nawet brak odpowiedniego tytułu. Postawił czujnie długie uszy, widocznie spodziewając się ciągu dalszego, jednak się go nie doczekał. Nie w głowie jej były pokątne pakunki czekające gdzieś w trawie na pośrednika. Spokojnie sięgnęła do torby, celowo ociągając się ze znalezieniem właściwej wiadomości. Drażnienie napiętnowanego oczekiwaniem, może nawet niepewnością wilka sprawiało jej przyjemność. A być może sama potrzebowała wziąć jeszcze jeden głęboki wdech i poprosić w duchu wszechświat o poparcie. 

— No, skoro to ważne, to się pospiesz z łaski swojej. Nie mam całego dnia. 

— Już, panie plutonowy. Nie chcemy mieć mokrej dokumentacji, prawda? 

Spojrzała na niego z ukosa, z satysfakcją obserwując schodzące ku sobie brwi na szerokim czole. Szarpnęła ekwipunkiem trochę mocniej, jakby chciała pozbawić przytomności mieszkającego tam diabełka, który schował list za swoją pazuchą. Musiała przekonać interesanta, że za próżne starania odpowiadała niezdarna wilczyca, jaką znał, nie znajdujący się w środku ekwiwalent płachty na byka. Jeszcze nie teraz. Po chwili wyciągnęła trzymany pomiędzy pazurami papier, machnęła nim zamaszyście, żeby wyprostować brzegi, i popatrzyła sugestywnie z powrotem na towarzysza. Nie wyciągnęła łapy do przodu, tylko czekała, aż przewróci oczami i podejdzie bliżej, żeby przejąć karteczkę. Widniało na niej tylko jedno zdanie: 

Jak to jest żyć ze świadomością, że przez ciebie zginęło 18 niewinnych wilków? 

— Pozdrowienia z Watahy Jasnych Dusz.  

I don't like your perfect crime 

Obserwator z boku mógłby odnieść wrażenie, że Pomest spojrzał w oczy legendarnej Meduzie. Podczas czytania ciało zamarło, niczym zaklęte w kamień. Jego odsłonięte dziąsła zrobiły się blade jak kawałek pergaminu, który trzymał przed sobą. Chmurki pary wydobywające się z pyska stały się mniejsze i rzadsze. Nie przerywała mu niewątpliwie burzliwej kontemplacji. Kiedy zdała sobie sprawę, że nie może utrzymać pokerowej miny, błyskawicznie zaczęła udawać, że szuka czegoś jeszcze na dnie skórzanego bagażu, ale kątem oka chłonęła rosnący w jego oczach strach jak obraz arcymalarza. 

How you laugh when you lie 

Szok był niczym strzała rzucona przez bogów, która przeszywa powietrze i znika, zanim zdążysz zadrżeć. Po tym jak przeleciał wzrokiem tekst po raz drugi, zdawał się odzyskać względny spokój, choć ogon wciąż miał podkulony trochę w popłochu, gdy nagle zaśmiał się drwiąco. 

— Co to za bzdury? Kto ci to dał? — parsknął głośno z nutą niedowierzania. 

Podniosła wzrok z ziemi i przez moment patrzyła na basiora, jakby była ostatnią osobą na świecie, która mogłaby mu odpowiedzieć na to pytanie. Przeklęty, dwulicowy gad... ja ci pokażę, co to za bzdury. 

*** 

Młoda wadera pomagała właśnie matce segregować różne nasiona i zioła na polance przed jaskinią medyczną, kiedy goniec przyniósł im radosną nowinę.  

— Alfa wrócił z NIKL-u. Chce się teraz z wami zobaczyć.  

Samice popatrzyły na siebie jednocześnie, przerywając pracę. To samo bezbrzeżne szczęście wykwitło na obu pyskach. Pierwsza zerwała się do biegu córka, a zaraz za nią rodzicielka krzycząc, żeby uważała na spadek. Ciemnoszara pomknęła przez wiosenny las jak wiatr po stepie, prawie nie dotykała ziemi w sprężystym galopie. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy wyczuła świeży, znajomy zapach. Ojciec czekał na nie na skraju centrum. Rozmawiał właśnie o czymś z jej bratem. 

— Tato! — basior odwrócił się ku zboczom, ukazując szramę biegnącą od policzka do szyi po starej walce.  

Fioletowe tęczówki rozjaśniły się radośnie i głowa zniżyła się, żeby mogła owinąć jego szyję i wtulić się z rozkoszą w białe futro. Starszy wilk odetchnął głęboko. 

— Cali, słońce ty moje. A gdzie mama? 

— Onyx! — jowialne wołanie szarej wilczycy poniosło się echem po okolicy.  

Odsunęła się, żeby para mogła się przywitać, i stanęła koło rodzeństwa. Wtedy pojawił się pierwszy znak, że coś jest nie tak. Choć czarno-biały młodzik również wydawał się zachwycony powrotem ojca i odwzajemnił jej uśmiech, na to wszystko miał nałożony jakiś smutny filtr. W tamtej chwili zlekceważyła zwrócone do tyłu łaciate uszy. Alder zawsze był tym bardziej statecznym i małomównym z ich dwójki.  

— Właśnie wybierałyśmy z mamą nasiona, które posadzimy na polach. Mamy marchew, kukurydzę, pomidory... — zaczęła wyliczać, kiedy brat położył przed nią łapę ze znaczącym kiwnięciem głowy. 

— Nie posadzicie. Nie na tych polach, w każdym razie. — odezwał się wysoki, brązowy basior nieopodal w towarzystwie trójki nieznajomych, których do tej pory traktowała jak tło, postacie podobne do pni drzew albo liści paproci. Ognista wyprostowała się i zmarszczyła brwi, rzucając mu mordercze spojrzenie spode łba, po czym zwróciła się do ojca: 

— O czym ten gość opowiada? 

Rozbłysk szczęścia na jasnym pysku zniknął w cieniu ogromnego zmęczenia i frustracji, które ukryły się pod zasłoną euforii przy ich zjednoczeniu. 

— NIKL zdecydował, że mamy oddać te tereny oraz część starej puszczy WNR. — Zanim kontynuował, potoczył wzrokiem po członkach swojej rodziny i wydał z siebie pełne żalu westchnienie. — Przykro mi, że was zawiodłem. 

Nie wierzyła własnym uszom. Matka od razu zaczęła temu zaprzeczać, przytulając się do partnera, aby dodać mu otuchy. 

— Że co? —  wydukała po dłuższej chwili gęstego milczenia. — Ale przecież ty go nie zabiłeś! 

— Cali... 

— To nieprawda. Podli oszuści bez honoru! — krzyknęła w stronę grupki obcych, odsłaniając kły. Głos załamał jej się pod ciężarem rozpaczy.  

— Cali! — huknął Alfa, przykuwając jej uwagę z powrotem, zanim zdołała obrzucić posła mocniejszymi epitetami. Skurczyła się pod jego surowym spojrzeniem, młócąc pazurami ziemię. — Idźcie z bratem pomóc na polowaniu. Ja i twoja mama musimy porozmawiać. 

— Chodź, mamy trop karibu. Kto ostatni do modrzewia, ten na czatach — Alder, będąc dobrym bratem jak zawsze, dotknął nosem jej policzka, po czym bez uprzedzenia pogalopował w swoją stronę. 

Szukała ratunku w oczach matki, ale znalazła tam tylko taką samą bezsilność. Ofuknęła ostatni raz brązowego basiora i pobiegła bezszelestnie za bratem, zanim ktokolwiek z obecnych mógł zobaczyć, jak drży jej warga i szklą się oczy.  

Nie byli na polowaniu. Skręcili ku wodospadom i przesiedzieli tam całe popołudnie planując, jak teraz pomóc watasze, a przede wszystkim rodzicom. Potem już tylko leżeli w ciszy, wtuleni w siebie plecami, obserwując rozchodzące się po powierzchni jeziorka kółka i zmarszczki. 

*** 

You said the gun was mine 

Isn't cool, no, I don't like you   

Czasami z jednej takiej zmarszczki wyłania się tsunami. Oto miała przed sobą jednego z wilków, które skazały jej rodzinę na śmierć. Kogoś, kto zbudował swój złoty tron na górze ich kości, kto bratał się z dilerami i nie potrafił okazać nawet odrobiny skruchy z tego powodu. Za kasztanowymi oczami siedziało jedynie podszyte cykorem wyrachowanie. Zacisnęła mocno zęby. Gdy patrzyła na bladoniebieską, lodowatą kołdrę, którą matka natura przykryła ostatnio ziemię, by utulić ją do snu, pamięć zimy, która zabrała jej bliskich, bolała podwójnie. Raptownie wyciągnęła prawą łapę z torby. Pozwoliła wszystkim zduszonym w najgłębszym zakamarku swej istoty uczuciom wypłynąć na wierzch. Włożyła w ten ruch niezliczone przepłakane noce, tęsknotę za życiem straconym bezpowrotnie, oplatające ją ciernie niesprawiedliwości, to wszystko stopione w czystą nienawiść sprawiło, że z małego gardła wydobyło się warknięcie godne kapitana straży. 

But I got smarter, I got harder in the nick of time 

Na nic się zda perfekcyjnie wyćwiczona obrona, jeśli nie rozpoznajesz wroga. Ten czort strzelał oczami na wszystkie strony, tylko nie w jej kierunku. Miesiące budowania reputacji niegroźnej jednostki się opłaciły. Kiedy długie ostrze noża świsnęło w powietrzu i wbiło się w miękką skórę z boku szyi, za kwadratowym łbem, wciąż miał wzrok utkwiony w krzakach. Wydał z siebie tylko głuche stęknięcie, które zabrzmiało w tej sytuacji wyjątkowo głupio. Miała czas poprawić cięcie, to znaczy położyć się na narzędziu całym ciałem i wepchnąć je aż po rękojeść. Dopiero wtedy zaczął próbować się bronić, jednak zanim mógł zacisnąć szczęki na jej karku, odskoczyła w bok, wciąż trzymając mocno nóż. Zbudowane momentum pozwoliło jej wyciągnąć część broni z ciała. Szarpnęła jeszcze raz. Cudem zdążyła odzyskać swój sztylet, nim chwycił ją za nogę, po czym szybko wycofała się o parę długości lisa.  

Po wyciągnięciu jedynej bariery pomiędzy rozdartymi tkankami a powietrzem, z rany buchnęła jasnoczerwona ciecz, jak wulkan podczas eksplozji. Serce dzielnie pompowało tętniczą krew ku jego zgubie. Lała się rytmicznym strumieniem na nieskazitelnie czystą biel i przemalowała cały przód ofiary na szkarłatny kolor. Basior postawił rychło dwa kroki do przodu, zapewne przygotowując się do kolejnego ataku, ale po chwili ciało zachwiało się, odmawiając posłuszeństwa. Zmienił zdanie i ucisnął ranę z boleściwym stęknięciem, na próżno próbując zatamować krwawienie. Poprowadzone bez wahania ostrze trafiło celnie, w najważniejsze naczynia. Podniósł na posłanniczkę rozjuszone spojrzenie. Z odsłoniętymi kłami, uszami przyklejonymi do czaszki i źrenicami jak czarne otchłanie żałoby, rozpalone do białości mieszanką morderczej pasji i boskiego gniewu, przedstawiała może nawet bardziej przerażający widok. 

— Masz ich krew na łapach. — zdołała posłać plutonowemu drwiący uśmiech, chociaż w jej źrenicach czaiło się jeszcze widmo kłów o włos od swojej łapy.  

— Ty pieprzona... suko... — burknął z widocznym trudem. — Kim ty...? — nie zdołał dokończyć. Zamiast kolejnych, nasyconych jadem słów splunął na ziemię krwią. Po raz pierwszy w jego brązowych ślepiach pojawiła się prawdziwa panika.  

Honey, I rose up from the dead, I do it all the time 

— Jestem karmą. — odparła, prostując się jak generał nad poległym przywódcą wrogiego legionu. Zmrużyła powieki, biorąc w płuca haust mroźnego powietrza. Zaraz skrzywiła się lekko, kiedy uderzył ją ordynarnie intensywny, metaliczny zapach. Źle jej się kojarzył. Zaczęła wolno okrążać rannego z daleka, jak drapieżnik zapędzoną w kozi róg zdobycz. — Jestem twoim największym koszmarem.  

— Zapłacisz za to... jebane... duszki... — mruczał jeszcze pod nosem jakieś przekleństwa, gdy łapy się pod nim ugięły i upadł na glebę. Czerwona plama dookoła jego ciała cały czas się powiększała. Wilczyca parsknęła głośno śmiechem. 

I got a list of names, and yours is in red, underlined 

—  To wy mi zapłacicie. — odpowiedziała niskim głosem, zaciskając palce mocniej na rękojeści noża. — Co do centa. — wycedziła przez zęby. 

Otarła prędko z pyska pojedynczą kroplę smutku i westchnęła ciężko. Nie mogła słuchać tego parszywego worka kości. Zbliżyła się niespiesznie do konającego wilka od tyłu, uważając, żeby nie wdepnąć w szkarłatną kałużę bardziej, niż to konieczne. Pomimo odważnych komentarzy sprzed chwili, widziała, jak cały trząsł się z przerażenia z każdym jej krokiem. Co za pierdolony tchórz. I pomyśleć, że komuś takiemu dali pozycję dowodzącą. Co za porąbany świat. Groza ofiary sięgnęła zenitu, kiedy uniosła broń nad jego głową. 

— M-może się dogadamy? Litości! — to pewnie miał być krzyk, ale przez ściśnięte gardło przeszedł tylko żałosny pisk. 

I check it once, then I check it twice, oh 

Popatrzyła mu w ślepia z niesmakiem. Dam ci litość, pomyślała. Taką samą, jaką ty miałeś dla mojej rodziny. Opuściła gwałtownie ostrze w szeroko otwarte oko. Pomest zacharczał boleśnie. Więcej hałasu nie był w stanie zrobić z przyciśniętą jej łapą tchawicą. Ciało drgnęło jeszcze raz czy dwa, aż w końcu ruch klatki piersiowej ustał zupełnie. Horror, jaki przeżywał przed śmiercią, utrwalił się w rysach szaro-brązowego pyska na zawsze.  

Look what you made me do 

Na moment cały świat wokół niej zatrzymał się. Wszystko ucichło. Piekielna orkiestra głosów z przeszłości przestała zawodzić w jej głowie. Wiedziała jednak, że to tylko złudne wrażenie i musi się jak najszybciej wyrwać ze stanu zamrożenia, nie pozwolić sobie stracić czujności. Była to mało uczęszczana ścieżka, ale wciąż znana i łatwo dostępna.   

Look what you made me do 

Z lekkim obrzydzeniem ścisnęła w palcach biało-czerwoną kulkę i wyciągnęła płynnie nóż z czaszki, żeby się nie pobrudzić na nowo. Odwróciła wzrok, żeby nie musieć oglądać spływających wąskimi strumyczkami krwi oraz osocza z przedziurawionej gałki. Jeszcze więcej płynęło ich z rany kłutej w masywnym karku, lecz wraz z ustaniem krążenia tempo utraty płynów miało tendencję spadkową. 

Look what you just made me do 

Gdy wzburzona krew wysycona adrenaliną w żyłach wadery zaczęła odpływać, poczuła się trochę skołowana, więc usiadła na chwilkę pod jedną z młodych brzóz, żeby ochłonąć. Miała stąd pierwszorzędny widok na jeszcze ciepłe truchło padalca. Przyjrzała się też swoim łapom, chociaż wcale nie miała na to ochoty. Z ulgą zauważyła, że tylko one były skąpane w czerwieni, trochę sierści powyżej i na pewno pysk, w którym trzymała narzędzie zbrodni. 

Look what you just made me- 

Zimowy las, tworzący jednocześnie beztroską i smętną scenerię, pozostał niewzruszony ich sztuką tragiczną. Słońce nie zdołało się jeszcze przedrzeć do ziemi. W ogólnej szarówce nawet kolor świeżej plamy posoki był przygaszony, jakby nierealny. Spowite mgłą gałęzie iglaków wisiały tak nieruchomo, jakby podtrzymywały wybuchowe ładunki, a nie górki śniegu. Gdzieś zaćwierkała samotna sikorka, lecz poza tym panowała kompletna cisza i spokój. Uśmiechnęła się lekko i wzniosła oczy ku niebu. 

— Gdziekolwiek jesteś, tato... śpij spokojnie. Dopóki bije moje serce, zrobię wszystko, żeby odzyskać nasze dobre imię. Myśleli, że wojna skończyła się z twoim odejściem, że wszystko może im ujść na sucho, bo nadali sobie tytuły hrabi na włościach? No to czeka ich niespodzianka. Nadszedł czas rozliczenia. 

Look what you made me do 

Tego ranka, kiedy Kalina zmierzała do trzeciego po prawej gabinetu na drugim piętrze, pierwszy raz od dłuższego czasu czuła się naprawdę szczęśliwa. Na początku, gdy wstąpiła w szeregi NIKL-u, miała inne priorytety. Nie przykładała wagi do tego, co mówiła innym rekrutom tak długo, jak zostawili ją w spokoju. Poświęcała całą swoją energię na mordercze treningi, coraz szybciej, mocniej, dalej, żeby przypodobać się komisji. Nie przewidywała przywiązywania się do wielokulturowej społeczności, w ogóle tego nie pragnęła. Jednak okazało się, że nie wszyscy są tacy źli, a kontakty bardzo się przydają. Niektórzy byli takimi samymi wilkami, jak ona, ze swoimi marzeniami, rodzinami, przekonaniami. Kiedy dowiedziała się całej prawdy na temat przeszłości i popękane lustro młodej osobowości ostatecznie rozpadło się na milion kawałków, towarzystwo przyjaznych dusz trzymało ją za fraki od krawędzi nad przepaścią szaleństwa. Torturujące wilczycę każdej nocy koszmary ani na chwilę nie pozwalały zapomnieć o karmie. Cały czas stawiała znajomości, jak i własne zainteresowania na drugim planie, skupiona na zemście.  

Look what you made me do 

Pomimo tego, przez chwilę wszystko wydawało się tak dobrze układać, że zastanawiała się nad sensem vendetty. Rewanżem nie wskrzesi się zmarłych ani nie cofnie czasu, który przecież tak szybko uciekał. Perspektywa spędzenia go bez ciągłego jątrzenia ran, spiskowania i presji, by stać się niepokonanym, za to jako szary wilk ze zwyczajnymi zmartwieniami, swoimi wzlotami oraz upadkami, otoczony przyjaciółmi, w chłodnym cieniu, tak po prostu, jak większość, wydawała się kusząca.  

Look what you just made me do 

To było, zanim życie przypomniało jej, z kim ma do czynienia i starło idealistyczne refleksje na proch. Poza tym, nie należała do większości. Życia w NIKL-u i bez ukrywania tożsamości w żadnym wypadku nie nazwałaby sielanką. Położyła uszy po sobie i palnęła się łapą w zmarszczone czoło, zaciskając powieki. Jak mogła na serio rozważać udzielenie amnestii współwinnemu masowej eksterminacji, a przy tym zostawienie wrednego, rozpitego pryka? Wizja oglądania codziennie kwadratowego pyska przy przekazywaniu tajnej korespondencji sprawiała, że miała ochotę puścić pawia, a wyrzuty sumienia zeżarłyby ją od środka. Wolała być tylko mordercą niż bezdusznym zdrajcą narodu. 

Look what you just made me do 

Wcześniej przemknęło jej przez głowę, czy nie oceniała źle na przykład Pomesta, patrząc przez czarny pryzmat własnych doświadczeń. Podobno błędy powinno się rozpatrywać nie pod kątem konsekwencji, lecz tego, czym kierował się wilk podejmując taką, a nie inną decyzję. Ogólnie karać szczeniaka, kiedy doda za dużo ognia do ogniska, jest niemądrze, prawda? Ale zupełnie inaczej rzecz się ma, gdy z premedytacją podstawia koledze nogę. Basiory to w sumie takie duże szczeniaki. O szlachetnych intencjach za skazaniem Onyxa nie mogło być mowy. Pomest doskonale wiedział, czym to się skończy. Patrząc na to, jak sobie używał z koleżkami każdego wieczoru, nie żałował zostawienia krwawych śladów łap na kartach historii nawet przez chwilę. Spojrzała ponownie na ciało martwego żołnierza, mrużąc oczy. Przeciągnęła kilka razy pazurami w śniegu, tworząc głębokie żłobienia w zmarzniętej glebie. Zakłamany zwyrodnialec zasługiwał tylko na gnicie w piekle, żaden czyściec nie pomoże. 

Wyprostowała się dziarsko i stanęło równo na cztery nogi. O ironio, to był najlepszy prezent, jaki mogła dostać na gwiazdkę. Nienawiść powoli przestała ją piec w środku i wyciskać z oczu łzy, ale nie potrafiła się cieszyć. Wiedziała, że to nie koniec; miała jej tyle, że starczy dla wszystkich i jeszcze trochę.  

Ponownie przeskanowała zamglony las, po czym odwróciła głowę i dokładnie przeszukała krajobraz za sobą. Czysto... w przeciwieństwie do śniegu pod łapami Kali. Wycofując się w stronę rzeki, szła nisko na ugiętych kolanach i zamiatała energicznie ogonem ślady za sobą, żeby jak najbardziej utrudnić pracę detektywom. Liczyła też poniekąd na to, że niedługo znowu spadnie biały puch, który zatrze jakiekolwiek poszlaki, zanim będą mieli szansę gruntownie je zbadać. Zniknięcie plutonowego bez wątpienia nie należało do nadzwyczajnych wydarzeń - chłop lubił sobie popić - więc dawała jego znajomym czas do zmroku, zanim zaczną się martwić.  

Tymczasem sunęła pomału, zwinnie, jak lewitujący duch, ku ruczajowi. Nóż trzymała za rękojeść w zębach. Postawiła szare uszy na baczność, węszyła namiętnie we wszystkich kierunkach po kolei, miała oczy dookoła głowy. Słyszała bicie swojego serca tak wyraźnie, że miała wrażenie, iż zaraz wyskoczy jej z piersi i zaalarmuje każdego w okolicy. To głupie. Nikogo tu nie ma, nawet złamanej kaczki. Z jednej strony spokój przyrody zdawał się jej sprzyjać, zwłaszcza mgielny welon rozpostarty niezmiennie nad ośnieżonymi błoniami. Z drugiej strony, powiedzenie “cisza przed burzą” nie wzięło się znikąd.  

Zatrzymała się na skraju lasu, gdzie rzeczna skarpa wypłaszczała się, przechodząc w piaszczystą obwódkę rzeki, aktualnie pokryty iskrzącym się lekko zimowym całunem. Przyjrzała się swojej torbie. Na czarnej powierzchni błyszczało trochę krwi. Ze skóry powinna się łatwo wyprać. Prędko podniosła klapę pazurem i zajrzała do środka. Oblizała się nieco nerwowo. Na ziemisto-morskiej szarfie znajdowało się parę ciemniejszych plamek. Musiała trochę wystawać i dostała rykoszetem. To jeszcze nie koniec świata. Powstrzymała się od cichego syknięcia, pozwalając ostremu, mroźnemu powietrzu wypełnić płuca do oporu. Zanim puściła ekwipunek, upewniła się, że lniany woreczek na samym dole pozostał bez skazy. Tego by sobie nigdy nie wybaczyła. 

Brzeg porastała gęsto pospolita trzcina wraz z turzycą. Jednym susem znalazła się pomiędzy wybujałymi źdźbłami, dzięki czemu miała osłonę z dwóch stron. Bolesne napięcie w mięśniach trochę ustąpiło. Rzeka była całkowicie skuta lodem, ale dla posiadaczki ognistego żywiołu nie była to żadna przeszkoda. Kłopoty nadeszły z zupełnie innej strony. Ryby odpoczywały przy dnie, wszystkie normalne zwierzęta o tej porze pochowały się przed mrozem w swoich norkach i wszystkie ptaki powinny robić to samo. Ale zdarzają się czasem takie śmieszne wybryki natury... 

Na łąki żaden wilk się nie wybierał, bo nie było tu czego szukać. Cała okoliczna fauna wiedziała, żeby trzymać się z daleka. Ot, bezkres wysokich traw, wśród których na lato roiło się od małych zapylaczy napalonych na obfitość polnych kwiatów. Jeszcze niedawno funkcjonowała jako czarna dziura na mapie, dopóki nie odkrył jej nowy asystent Inspektora Wschodnich Ziem.  

Toteż nie da się opisać zdziwienia Kaliny, kiedy zza szuwarów naprzeciwko wyłonił się nagle szaroniebieski żuraw. Nie, rublia. Był trochę wyższy od wadery. Na smukłym ciele osadzona była stosunkowo duża głowa, a w niej para wielkich, przekrwionych oczu oraz lekko zagięty, ciemnoczerwony dziób. Szedł sztywno na długich nogach zakończonych ostrymi pazurkami, przyciskając do boków wielkie skrzydła. Pasował do opisu Darni, jak ulał. 

Zdawał się w ogóle jej nie zauważać. Szedł rozluźniony, skupiony na celu: niewielkim, szarym głazie. Od razu wdrożyła manewr pod tytułem “w tył zwrot”, jednocześnie nie spuszczając oczu z przybysza. Nie zdążyła nawet narobić hałasu; po prostu ptak, wyjmując łapką spod kamienia jakiś list, postanowił ukradkiem spojrzeć w bok, prosto na nią. Natychmiast zatrzymała się i postawiła wszystkie łapy twardo na ziemi. Żuraw zamarł w pół ruchu, jego ślepia zmieniły się w dwa spodki, a futro wilczycy nastroszyło się lekko. 

Popatrzyli po sobie. 

Mówiąc szczerze, nie wiedziała co zrobi, jeśli jakimś cudem będzie miała świadka. Wycofywanie się teraz nie miało sensu, podobnie jak zaprzeczanie. Widział ją uwalaną w świeżej krwi w pobliżu miejsca zbrodni. Czego więcej trzeba, żeby wyobraźnia nawet najprostszych umysłów zaczęła pracować na najwyższych obrotach? Wilki nie polują na sarny z nożami, toż to absurd. W pierwszym odruchu, napędzanym czystą paniką, zacisnęła mocniej kły na rękojeści i przeniosła ciężar ciała do tyłu. Równie szybko odpuściła. Gdyby spróbowała dopaść ptaszynę, miał całe wieki na ucieczkę w niebiosa. Na milion procent poleciałby wtedy od razu po ochronę. Dzieląca ich tafla lodu sprawiała, że jej szybkość była bezużyteczna. Zresztą niespecjalnie chciała go zabijać i dokładać sobie sprzątania. Ponadto, jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało, wyglądał na spoko gościa.  

Duży nóż zdawał się bardzo kłuć rublię w oczy, więc odłożyła go powoli na ziemię. Musiała urzędnika tu zatrzymać. Pokazać, że nic mu nie grozi. Przynajmniej na razie. 

— Co cię tu sprowadza w taką paskudną pogodę... Szkliwo? — odezwała się przyjaźnie. Wyciągnąć jego imię z odmętów pamięci nie było łatwo, ale jak już grać w “dzień, jak co dzień”, to na całego. Nie omieszkała jednak spojrzeć wymownie na niecodzienny głaz. 

W oczekiwaniu na odpowiedź błękitnego stworzyła niewielki ogień, aby wytopić dziurę w lodzie, w której miała zaraz zanurzyć łapy. Chciała jak najszybciej pozbyć się tego nieprzyjemnego, klejącego uczucia brudnej sierści. Zmyć z siebie całe zmęczenie, nienawiść, otrzeźwić się, a potem natrzeć się całą butelką pięknie pachnącego, miętowego olejku. Przez jakiś czas każdy wilk wyczuje ją na milę, ale pozbędzie się zapachu śmierci. I nie trzeba będzie pamiętać o nakładaniu perfumów przez wiele, wiele dni... W międzyczasie gorączkowo starała się opracować jakieś składne, wiarygodne wytłumaczenie tej niezręcznej sytuacji. Wszystko ostatecznie zależało od tego, na ile ptak myślał, że ma przewagę. Ciemnoszary pysk wyrażał jedynie niemiłe zaskoczenie. A może jednak osmalić mu te skrzydła? 


<Agrest? Szkliwo?> 


*No i mamy zwycięzcę w kategorii „żart, którego nikt nie chciał”. 

**Bije rekordy szybciej, niż Szkliwo na wystawach. 


To opowiadanie dedykuję czwureczce, cierpliwemu świadkowi moich literackich zmagań i autorce, która jest współczesnym wzorem do naśladowania w polityczno-kryminalnej literaturze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz