środa, 31 grudnia 2025

Od Katarakty - „Powrót z Wygnania”

 Parę niepewnych kroków poniosło Kataraktę w stronę wejścia do jaskini nad brzegiem morza. Martwe rośliny oplatały podnóża skał, chłodny wiatr hulał u progu, a śnieżne zaspy wpełzały coraz głębiej, przykrywając teraz połowę salonu z paleniskiem. Garnek zwisał na urwanym uchu z haka nad ogniskiem. Skrzypiał, poruszany podmuchami wiatru, który smakował kurzem, chorobą i pleśnią.
Wilczyca spojrzała w górę — przez świetlik w suficie, dawniej odprowadzający dym, a teraz służący za jedyne źródło światła, gdy okna zapadły się albo zostały zasypane śniegiem. Cisza nie pasowała do tego miejsca, kłóciła się ze wspomnieniami. A jednak… w dawnym domu nie zastała żywej duszy.
***
Przechadzała się po terenach rodzinnej watahy niczym cień dawnych wspomnień, wypłukany czasem i wypalony słońcem. Wypłowiały duch, dla wielu już dawno martwy, a jednak bardziej żywy niż większość tych, którzy tu zostali. Oglądali się za nią, jakby nie wiedzieli, jak zareagować. Ktoś odwrócił wzrok zbyt szybko. Kto inny przyglądał się jej z tą samą ostrożnością co dawniej.
Katarakta uśmiechnęła się krzywo. Wataha się nie zmieniła, tylko nauczyła się milczeć.
Szlaki poniosły jej stopy na wzgórze, z którego sterczały rzędy kamiennych tabliczek. Przycupnęła obok czarnej sylwetki. Początkowo nie potrafiła spojrzeć jej w twarz, biła się z myślami i własnym lękiem, lecz w końcu uniosła pysk ku parze jasnych ślepi siostry. Zapadnięte od łez policzki nie zdobyły się na cień uśmiechu, a oczy błądziły po jej ponurej sylwetce w osłupieniu.
Smoła drgnęła, nieprzyzwyczajona do poczucia obcości członka rodziny tak głębokiego, że zawahała się, zanim zrobiła krok naprzód. Zmusiła się do rodzinnego uścisku, lecz szybko wyczuła sztywność Katarakty i cofnęła się niezręcznie.
— Wróciłaś.
Stwierdzenie zabrzmiało jak zaproszenie do wyjaśnień dlaczego tak długo.
— Pomyślałam, że na święta wypada — odparła Katarakta, zerkając na nagrobki. — Jak bardzo się spóźniłam?
— Tydzień. Tatę pochowaliśmy jako pierwszego — wyszeptała Smoła przez zaciśnięte zęby.
Chwila ciszy, przerywana jedynie wiatrem.
— Bardzo cierpieli? Na co chorowali?
Jej pytania były boleśnie zwyczajne.
— Nie… na coś zaraźliwego. Nie pamiętam nawet na co.
Skinęła głową, jakby usłyszała coś dawno oczekiwanego. Coś, co i tak musiało się wydarzyć.
— Gdybym wtedy—
— Nie — przerwała Katarakta. — Nie mogłaś.
Między nimi zawisło coś, czego żadna nie potrafiła nazwać. Do głosu Smoły zaczęła wlewać się frustracja i złość na oschłość siostry w obliczu śmierci dwóch członków rodziny. Katarakta poczuła za to dziwną ulgę, jakby nie musiała już ciągnąć za sobą ciężkiego łańcucha, dzwoniącego na każdym kroku.
Wstała i skierowała się z powrotem na ścieżkę.
— Katarakta! — Ton Smoły był władczy, oceniający, znowu próbowała przywrócić do porządku niesforną nastolatkę.— Jakbyś nie zauważyła, twój ojciec nie ży—
— Dobrze mu tak — rzuciła za siebie, jakby odrzucała niepotrzebny kamień.
***
Na cmentarzu były dwa nagrobki. Gdzie więc jest jej matka? Odpowiedź była oczywista: jaskinia chorych. Pamięć miała jak za mgłą, ale czysty fart poprowadził ją właściwą drogą, wodzoną posmakiem palonych ziół i alkoholu.
Przemknęła cicho przez próg, mijając rozbieganych medyków czy bogów wiedzą kogo. Już miała wejść do hali dla chorych, gdy drogę zagrodził jej granatowy basior o oczach jak pioruny.
— Hola, mamy tu kwarantannę.
Początkowo rozgniewany, gdy jednak dostrzegł, z kim rozmawia, opuścił łapę. Przez dłuższą chwilę nie potrafił jednak zebrać się na żadne powitanie. Odchrząknął niezręcznie.
— W samą porę, co?
— Lepsze to niż nigdy. —  Uśmiechnęła się nonszalancko. —  To co, dopuścisz mnie do niej?
— Ona tam nie leży. Nie jest zarażona. Mamy dla niej osobną jamę tam, w izolatce.
Wskazał pazurem na wejście zasłonięte firanką. Katarakta skinęła tylko głową. Odprowadził ją spojrzeniem pełnym wyrzutów, które w jej głowie brzmiały jak kakofonia jednego pytania:
Kim trzeba być, żeby porzucić rodzinę na tak długo?
Problem polegał na tym, że Katarakta nawet nie chciała wracać. Było jej dobrze na wygnaniu, w zapomnieniu, może i w stagnacji, ale przynajmniej w uśmierzeniu. Dopiero wczorajszego ranka do jej obozu doleciał nieznajomy ptak o złotych piórach i śmiesznym dziobie, wręczając krótki liścik:
„Oni nie żyją.” - a przeszłość zrzuciła się na nią znowu jak pęk łańcuchów. 
Nie pytała, od kogo był, ptak sam nie pamiętał imienia, tępy kurczak. Długo zastanawiała się, co właściwie to obchodziło kto żył, a kto nie. Jej rodzina już dawno temu przestała być jej droga, jednak ciężar zobowiązania w końcu dopadł też i ją. Czuła się winna, zła i okrutna, porzuciła tych, których nazywała rodziną, a którzy żywili do niej równie wiele pretensji i niewybaczonej krzywdy co ona do nich. Spętali się nawzajem supłami niezręcznych umów społecznych zaczętych miłością i chęcią budowania rodziny, a zakończonych tylko resentymentem do tego, co mogłoby być. Była złą córką. Co mogło to zmienić? Mogła dalej żyć w wyparciu, albo zmierzyć się z tym, kim jest i coś na to poradzić. Chciała być kimś więcej niż tylko czarną owcą.
Odsłoniła firankę. Na posłaniu ze słomy dostrzegła wychudzony szkielet, na który naciągnięto skórę jej matki. Brakowało jej skrzydeł i dobrych kilku kilogramów sadła. Oddychała ciężko, otoczona gęstymi oparami palonej szałwii, ułożonej w czterech płytkich miseczkach po jednej na każdy róg posłania. 
— Mamo?
Jej głos zadrżał, podwyższony o ton. Brzmiała niemal jak własna, młodsza wersja.
Domino przekręciła się z bólem na bok, by spojrzeć w stronę wejścia.
— Czy ja ślepnę, czy ty… — wychrypiała. — Podaj mi wody.
Spełniła posłusznie prośbę, nalała czarkę do pełna i przytknęła ją do ust matki, drugą łapą podtrzymując jej głowę. Stara wadera piła wolno, lecz zachłannie, co chwilę przerywając, by zdusić rodzący się kaszel. Katarakta odstawiła naczynie na zimną podłogę.
— Jak ty wyrosłaś… — Łapy Domino uniosły się chwiejnie ku jej twarzy. — Byłaś taka mała, gdy… gdy odeszłaś.
Uciekłaś — poprawiła ją w myślach.
Odgarnęła jej z oczu niesforne kosmyki, jakby znów nie potrafiła doprowadzić się do ładu.
— Jaka ty lodowata… powinnaś się ogrzać — szeptała kolejne nadopiekuńcze prawidła.

„Znowu traktuje mnie jak zepsuty wazon. Jak coś, co trzeba chronić przed światem. Krucha. Delikatna. Złamana. Trzeba zszyć, skleić, chuchać na zimne. Tulić, choć dawno zapomniałam, że to boli. Nie daje mi zapomnieć, nie daje mi samej wziąć za siebie odpowiedzialność, to irytujące. Nie widzi, że dorosłam. Że jestem kimś innym. Nie mogę być, tak długo jak patrzy na mnie tymi litościwymi oczyma.” — pomyślała.

Katarakta pochyliła się, na moment ich czoła niemal się dotknęły. Do jej nozdrzy dotarła mdląca woń starości i niemytego futra.
— Już dobrze, mamo. Nie musisz — mruknęła cicho.
Zrobiła to szybko. Odłamek szkła wsunęła jej pomiędzy płuca.
I nic się nie stało.
Świat się nie zatrzymał.

Może C.D.N

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz