piątek, 21 marca 2025

Od Yrsy CD. Xiva – "Ostatnia z Wilczej Paszczy" cz.17

 Cisza była niczym gruby, biały koc śniegu otulający świat w półmroku polarnej nocy. Wnętrze nory wydawało się Yrsie niemal odrealnione – ciepłe w porównaniu do chłodu, jaki znała, a jednocześnie surowe, jakby wciąż niepewne, czy przyjmie ją na stałe. Pachniało wilgotną ziemią, lasem i Xivem – delikatnie, nie narzucająco, ale na tyle wyraźnie, że czuła jego obecność, nawet gdy nie patrzyła w jego stronę.

Ściany były nierówne, wykopane wprawnie, choć bez przesadnej precyzji – jakby tworzył je ktoś, kto bardziej kierował się troską niż doświadczeniem. Ziemia nosiła jeszcze ślady świeżości, a w powietrzu unosił się lekki aromat korzeni i żywicy z pobliskich sosen. Trawy rozłożone na ziemi były miękkie, lekko pachnące ziołami – zapewne wyjęte z zapasów Xiva. Na jednym z nich odbijało się słabe światło dnia, które wpadało przez wąski otwór wejścia, malując na ścianie drżące cienie.

Yrsa przymknęła powieki, wsłuchując się w rytm własnego oddechu. Przez chwilę mogła udawać, że świat się zatrzymał, że nie ma przeszłości, że nie ma nic poza cichym, spokojnym teraz. Ale nie umiała długo trwać w tym złudzeniu. Myśli wracały, pulsowały pod czaszką jak echo kroków na zamarzniętym jeziorze.

Wilk śmierci.

Tak by o nim powiedzieli. O tym, który kroczy w ciemnościach. A jednak Xiv zrobiło dla niej norę. Schronienie. Miejsce, które miało chronić przed chłodem, zmęczeniem, przed nocą. Wilk śmierci budujący norę dla wilka zimy. Dwa stworzenia, których obecność kojarzyła się z końcem, z zatrzymaniem oddechu świata – a jednak teraz jedno z nich czekało, a drugie znalazło schronienie.

Zamrugała i uniosła łeb, spoglądając na sylwetkę Xiva siedzącego tuż przy wejściu. Nie odchodziło. Nie narzucało się. Po prostu tam było. Jego kontury rozmywały się lekko w półmroku, jakby nie należało całkiem do tego świata, jakby zawieszone było gdzieś między snem a jawą, między rzeczywistością a tym, co tylko przeczuwalne.

Czy nie tak właśnie wyglądała lojalność? Nie w słowach, nie w pustych zapewnieniach, ale w samej obecności – cichej, niewymuszonej?

Przesunęła łapą po ziemi, wsłuchując się w odgłos pazurów drapiących o grunt. Odgłos ten był głuchy, przytłumiony miękkością ziemi – jakby sama nora słuchała jej gestów, przyswajała je, akceptowała.

— Xiv. — Jej głos nie był rozkazem ani prośbą, raczej konstatacją, czymś pomiędzy myślą a faktem.

Wilczę uniosło łeb, jego uszy poruszyły się lekko, ale nie powiedziało nic. Czekało.

— Nie musisz tam siedzieć. Możesz wejść.

Czy to była oferta? Sugestia? Może coś więcej? Sama nie była pewna, skąd się to w niej wzięło. Nie była typem, który zapraszał do swojego świata kogokolwiek, a jednak Xiv... cóż, Xiv nie było kimkolwiek.

Obróciła łeb w jego stronę. — Nie gryzę — dodała, a na jej pysku pojawił się cień uśmiechu.

Odpowiedź Xiva była cicha, niemal niewidoczna – ledwie dostrzegalny ruch łapy, powolne uniesienie sylwetki, jakby samo nie wierzyło, że otrzymało zaproszenie. Yrsa nie patrzyła już w jego stronę. Spojrzenie wbiła w przeciwległą ścianę nory.

Wilk śmierci i wilk zimy.

Dwoje istot, które niosły w sobie koniec – choć w różny sposób. Xiv, z tą dziwną, niepojętą aurą, która owijała się wokół niego niczym mgła o zmierzchu. Niosło w sobie śmierć nie jako zniszczenie, ale jako przemianę – łagodną, konieczną, cichą jak westchnienie. Nie było w tym nic brutalnego.

Było... łaskawe. Przejmujące. Jak pierwszy mróz po gorącym lecie – nieuniknione, a mimo to piękne w swojej ciszy.

A ona?

Yrsa była zimą.

Zimna nie dlatego, że tak wybrała – ale dlatego, że nic innego jej nie zostało. Tak, jak śnieg przykrywał ziemię i zamykał wszystko w bezruchu, tak ona od lat okrywała swoje serce ciszą. Zamarzła – powoli, warstwa po warstwie, gdy kolejne głosy przestawały odpowiadać, gdy kolejne futra znikały z jej życia, zostawiając po sobie tylko ślady, które zasypał czas.

I teraz… te dwa żywioły spotkały się tutaj. Śmierć, która nie zabiera, i zima, która nie zapomina. Może dlatego ta cisza między nimi nie bolała. Była znajoma. Była zrozumieniem.

Xiv wszedł do środka z taką ostrożnością, jakby nie chciał zakłócić spokoju tego miejsca. Yrsa wyczuła, jak jego obecność zmienia temperaturę przestrzeni – nie dosłownie, nie fizycznie, ale jakby coś w niej samej odrobinę się rozluźniło. Napięcie w łapach zelżało, a powietrze stało się mniej duszne. Wreszcie poczuła, że może oddychać pełniej.

Nie spojrzała na niego od razu. Przeciągnęła się powoli, z cichym jękiem, który zdradził zmęczenie głęboko zalegające w jej kościach. Potem zsunęła się niżej, kładąc głowę na łapach, nie odwracając wzroku od ściany.

— Czy czujesz, jak ten grunt oddycha? — spytała nagle, jej głos był miękki, lekko zachrypnięty od zmęczenia. — Jakby tu, pod nami, tliło się coś więcej. Ciepło, którego się nie spodziewałam. Może to twoja obecność. Może ta nora. A może po prostu jestem zbyt zmęczona, żeby odróżnić iluzję od prawdy.

Milczała przez chwilę, słuchając swojego oddechu mieszającego się z jego. Po raz pierwszy od dawna nie czuła się zagrożona. Nawet samotność, która zwykle była jej cieniem, jakby wycofała się na bok, ustępując miejsca czemuś nowemu. Nieufności? Ostrożnej ciekawości?

A może tylko ciepłu.

— Ty… nie boisz się tego, co niesiesz, prawda? — zapytała jeszcze ciszej, bardziej do siebie niż do niego. — Ja się boję. Zimy. Siebie. Tego, że kiedyś przestanę topnieć.

Zamknęła oczy.

Nie potrzebowała odpowiedzi.

W tej chwili wystarczyło, że nie była już sama.


<Xiv?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz