Jako Kaj. Ten ja wyjątkowy i niesamowity, mógłbym powiedzieć
że nie ma lepszego spędzenia zimnego wieczoru niż w karczmie. Gorzej jak cię z
niej wywalą a ty na tych swoich szczudłach masz problem ustać, bo się trzęsą i
w ogóle. Ale no. Jak mnie już tak wywalili to prawie się potknąłem o Miodełkę.
Miodełka… zgrabna. Ostatnio wygląda coraz lepiej. Może jednak z tego jakieś
jajka wyjdą. Jak już się przekona do moich pięknych piór i zgrabnych ruchów,
które aktualnie zaprowadziły mnie w zaspę. Brrrr. Śnieg jest koszmarnie zimny.
Parszywiec. Ale no, należy wstać. Dwa kroki, cztery i .. jak ja się znalazłem
na polance Kawki. Chociaż czy to już jej. To nawet już nie Szkliwa, bo ten
wylazł w świat jako polityczna zabawka Sekretarza i Agresta. Te dwa potwory rządzące
tak nieumiejętnie tym całym terenem. Ja to bym się nadał lepiej od nich… jakbym
wytrzeźwiał oczywiście. Ale co tam. Krok, dwa. Zwiedzam sobie po pijaku tereny
i ledwo wiem jak ja przechodzę przez te lasy. Plaża. Ona zawsze jest zimą taka nieprzyjemna,
a jednak gdzieś tam na terenie widzę Mezularię z jej wilkiem u boku. Te dwa lowelasy
wpychające tą swoją miłość prosto w moje bolące oczy. Ah księżycu, słodki
księżycu, czy mi winne za winny zawsze samotnym? Kto wie… może. Kawka odeszła.
Poetycko. Poezja. Może to czas znowu odwiedzić Misunga i jego wilczycy. Oni
oboje mają trochę zioła i lepszych rzeczy niż alkohol i jeszcze ta poezja…
A najgorsze w tym wszystkim dzisiaj, dzisiaj jakoś wyjątkowo, że wpadam na
własnych nogach w ptaka za ptakiem. Miodełka, Mezularia, ja! Nawet Szkliwo
siedzi w mojej głowie i oczywiście. Eilert! Ten dzban zostawił… swoje ciało na
ziemi. Em. Chyba spał, jak się o niego potknąłem. Cholera…
<cdn>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz