piątek, 28 lutego 2025
Podsumowanie lutego!
Od Bleu - "Pijany na koniec miesiąca" cz. 5
Noc, noc, noc. Jak jest się pijanym to wcale nie wydaje się tak ciemno. Ale wam powiem, że pomylić Miodełkę z drzewem to już była przesada z mojej strony. Ja rzadko to mówię, ale byłem przekonany że to była kłoda. A tu nie. Ta stara jędza jeszcze śmiała mnie dzióbnąć w nogę jak się o nią przewróciłem, więc nawet nie przepraszałem. Patrzyła się na mnie w końcu jak na pojebanego i w ogóle złodupca. Więc po co. I wiecie co? To najgorsza noc tego świata! Bo jak idiota zamiast skulić się gdzie stałem i pójść spać to szedłem dalej, w ciemności. Tylko księżyc mi przyświecał. W chuj zimno do tego. Nad morze zaszedłem, potknąłem się znowu i co! I dupa. Wszystko widziała Mezularia i ta jej wilczyca. Jak tak można. Przecież z wilkiem to nie wypada, a nawet dzieci se nie zrobią, bo dwie baby. Chociaż czy rublia może w ogóle dzieci z wilkiem? Chyba? Może nie. Szkliwo niby ma jakieś tam szczeniaki. Nawet mnie głosy doszły. Pewnie niedługo będę wysyłał te całe zasrane listy. Tylko dlatego tu jestem właściwie. Przysługa. A raczej praca, bo ja przysług nie robię. W każdym razie. Na to wszystko, ta niekończąca się noc zafundowała mi spotkanie z tym talerzem. Eilert był bardzo miły. Za miły. Musiałem go zlać w końcu bo by mi uszy zwiędły od tego debilizmu, a nawet nie słuchałem porządnie. Humor mam zły. Pewnie temu tak wyzywam. No i oczywiście jakby zła w tym świecie mało było pod nogi wylazł mi prawie już o poranku Misung i zaczął pierdzielić coś w rymach. Ja naprawdę lubię jego wiersze, ale nie o tej porze i nie na kaca. Ale jego to przynajmniej kulturalnie spławiłem. Pozostało mi nic tylko spić się ponownie. Tylko która droga to było do karczmy?
<CDN>
czwartek, 27 lutego 2025
Od Xochicoatla - "Śnieg w lecie"
Od Almette CD Janki - „Swój pozna swego” cz. 8
Almette uśmiechnęła się szeroko. Jej zęby zalśniły w ciepłym
słoneczku.
—Jak najbardziej. Nie będzie problemu! Mamy już Rzemieślnika też! Bardzo miły!
Nazywa się Bleu. Robi wszystko z drewna. Naprawdę piękne książki i miseczki. I trochę
nawet z gliny. I robi też bardzo ładne ubranka. I ma trzy córeczki i … Em… i ma
też Oliego i Oliwkę. Oni też są bardzo
ciekawi! Mają jedno ciało. Delta mówi że
nie wie do tej pory jakim cudem przeżyli to wszystko i jakim cudem mają się tak
dobrze jak się mają. Przypuszcza że mają dwa serca żeby tyle krwi przepuścić przez
ciało. Ale to nie ważne. Ważne że chcesz dołączyć! Na pewno cię przyjmą na
rzemieślnika, pomimo że metalu nie mamy za wiele. Zawsze można ukraść go trochę
od ludzi, chociaż to bywa ryzykowne. Ale nie niemożliwe. Delta podbieram im
leki za pomocą kotów. Uwierzyłabyś! Kotów! Ja nie wiem jak on się z nimi
dogaduje i co im za to daje ,ale ma jakąś zmowę z kotem farmaceuty. W każdym
razie. Metal znajdziemy. Tym się nie ma co martwić. A teraz chodź ze mną. Wuj
na pewno już wrócił z obejścia naszego terenu i teraz pewnie siedzi nad
kartkami i nic nie robi. Ha! Na pewno się staruszek ucieszy z kolejnego wilka
chętnego do dołączenia do naszej pięknej watahy. Wiesz. Mamy sporo wilków, ale
nigdy za dużo! Może potem jak już dołączysz poszukamy ci jakieś polanki do
spania! A może nawet jaskini! Jak nie to Bleu zawsze mówi że w jego jaskini
miejsce dla każdego, ale musze przyznać że tam trochę śmierdzi, bo on używa dużo
ognia do wszystkiego. I w ogóle pachnie rzemieślnictwem, o ile taki zapach
znasz. Bardzo specyficzny może jednak nie powiedziałabym że śmierdzi. Jest ładny,
ale irytujący. Ale może dlatego że już mam swoje lata. Ah ten czas kiedy byłam
młoda nie!? Nie ważne!
Znajdziemy coś i może przedstawię cię trochę watasze! Nie polubisz Delty, mam
wrażenie. Chociaż, jego się kocha i nienawidzi jednocześnie. Gbur, ale kochany
gbur. Nie da ci umrzeć tak łatwo haha! No i Agrest. Mój kochany wujek,
przybrany ale jednak. Nie lubią się ze sobą, ale w każdym razie. Polanek mamy
dużo, zwłaszcza z drzewami liściastymi. O! — Almette zaprosiła ja łapą na
ścieżkę. Jedną z wielu udeptanych dróżek. Ściółka kłaniała im się pod łapami
jak szły przed siebie. Prosto do jaskini alf.
<Janka?>
poniedziałek, 24 lutego 2025
Dwunaste urodziny WSC!
Od Janki CD Almette - „Swój pozna swego” cz. 7
poniedziałek, 17 lutego 2025
Od Yrsy CD. Xiva – "Ostatnia z Wilczej Paszczy" cz.15
Nie odpowiedziała od razu.
Słowa Xiva pobrzmiewały w jej głowie niczym echo odbijające się od lodowych ścian wspomnień. Nietypowe kwiaty. Głupie, pozornie niewinne pytanie, ale pod jego powierzchnią czaiło się coś więcej. Coś, co kazało jej zwolnić kroku, coś, co na chwilę sprawiło, że zapomniała o bólu w łapach, o zmęczeniu, o ciężarze przeszłości, który zwykle przyginał ją do ziemi.
Cisza między nimi nie była niezręczna. Była znajoma, jak delikatny dotyk wiatru, jak dźwięk trzaskającego lodu gdzieś w oddali. Yrsa podniosła wzrok na Xiva, przyglądając się jeno postawie, jeno oczom wpatrzonym w niebo, jakby szukało tam odpowiedzi na pytania, które nawet nie zostały jeszcze zadane. Zawsze takie było? Zatopione w myślach, błądzące pomiędzy światami? Być może.
Odetchnęła głęboko. Powietrze było ciężkie, przesiąknięte zapachem wilgotnej ziemi i zimy, która czaiła się na horyzoncie. Gdzieś w oddali zaszeleściły krzewy, ale nie przejęła się tym szczególnie. Nie teraz.
— Widziałam kwiaty, które rosły na skałach, gdzie żaden nie powinien przetrwać. — Jej głos był spokojny, choć miała wrażenie, że każde słowo wydobywa z jej gardła coś więcej niż dźwięk. — Były jak plamy krwi na kamieniu, ostre, wyraziste. Widziałam też takie, które nie miały prawa kwitnąć w zimnie, ale mimo to piły słońce i walczyły, choć nikt nie wiedział, po co.
Spojrzała na Xiva, zastanawiając się, co zrobi z tą odpowiedzią. Może uzna, że to tylko dziwna metafora. A może zrozumie.
— Czasem myślę, że niektóre rzeczy istnieją tylko po to, by udowodnić, że wciąż można przetrwać. Nawet tam, gdzie nie powinno się dać.
Droga ciągnęła się jeszcze przez chwilę, aż w końcu Xiv zwolniło kroku i wskazało pyskkiem w stronę niewielkiego zagłębienia. Norę.
Yrsa zatrzymała się, spoglądając na dzieło Xiva. Wejście było nieco niższe, na tyle, by zapewnić osłonę przed wiatrem, ale wystarczająco szerokie, by mogła się tam swobodnie wczołgać. Wilgotna ziemia wokół nosiła ślady pracy – świeżo rozkopana, miejscami ubita łapami, jakby Xiv kilkukrotnie sprawdzało, czy dno jest odpowiednio miękkie. Wnętrze było głębsze, niż się spodziewała. Wystarczające, by schronić się przed chłodem i drapieżnikami.
Xiv spojrzało na nią, jakby oczekiwało reakcji.
Yrsa podeszła bliżej, wsunęła łeb do środka i powoli wpełzła do wnętrza. Pachniało wilgotną ziemią, ale była też nuta lasu, szeleszczących liści, a nawet samego Xiva. Ciepły zapach innego wilka – znajomy, uspokajający. Może nie przypominało to domowej nory, ale było... dobre.
Położyła się ostrożnie, testując miękkość podłoża. Było chłodne, ale suchsze, niż się spodziewała.
— To dobra nora — powiedziała cicho, zamykając na moment oczy.
W ciemności nory, otoczona zapachem lasu i wilka, który postanowił jej nie zostawiać, przez chwilę czuła, że nie jest sama.
Od Smoły do Rubida - ,,Biegun” cz.3
sobota, 15 lutego 2025
Od Pinezki – "Plaga Nagiego Serca: Notatnik" (AU) cz.3
Zniknięcie Xiva było nagłe, zbyt nagłe, by ktoś się zorientował przez cały dzień. Dopiero, gdy Pinezka zaczęła dopytywać o swojego małego braciszka, wilki w watasze zorientowały się, że kogoś brakuje. Biorąc pod uwagę to, co stało się z Szalką – wszak wieści w trybie natychmiastowym rozeszły się po watasze – wszyscy byli należycie przerażeni.
Strażniczka poczęła go szukać, wbrew błaganiom pozostałych, by sobie odpuściła. Musiała wiedzieć, co stało się z jej bratem. Musiała poznać los Xiva. Pies by to, od poprzedniego dnia czuła bóle głowy oraz lekkie pieczenie w klatce piersiowej, co potęgowało tylko jej strach. Xiv by znało odpowiedź, co się z nią dzieje. Tak podpowiadał jej instynkt.
W końcu coś natchnęło ją, by poszła przeszukać jedną z jaskiń w Trawiastych Górach, dokładnie tą, gdzie niegdyś funkcjonowała mini lecznica Tii.
Znalazła no tam.
Podwieszone pod sufitem, na grubym korzeniu, który akurat w tym miejscu był na wierzchu oraz ze sznurem zaciśniętym wokół szyi. Węch wadery wychwycił zapach moczu oraz krwi, która skraplała się jeszcze pod szorstkim sznurem.
Unieruchomiona z szoku Pinezka nie zauważyła, gdy za nią do jaskini wkroczył Variaishika. Wilk jakby zignorował nieprzyjemny widok, zamiast tego zwracając uwagę na notatnik pozostawiony niedaleko. Był ułożony i otwarty specjalnie tak, by poinformować przybyłych o swoim istnieniu. Vari podszedł bliżej i zaczął czytać go na głos.
Zendayafiri czuła, jak w jej oczach zbierają się łzy. Miała rację, Xiv wiedziało, dlaczego piecze ją klatka piersiowa. Ona nie miała nawet tak bezpośredniego kontaktu, jak ono i się zaraziła.
Oni są naprawdę wszyscy zgubieni.
Dziwna, podłużna ranka pojawiła się na ustach wadery. Vari, zauważając to, szybko zabrał ją w odwilczne miejsce.
CD. Variaishika
piątek, 14 lutego 2025
Od Pinezki – "Kruk, wyspa i niebezpieczna wataha"
⟦Rozdział 1 - Wyspa⟧
Zapytaj mnie, ile czasu minęło od ostatniego spotkania, a tobie nie odpowiem. Mogły minąć tygodnie, miesiące, lata. Mogła minąć chwila, a mogła minąć wieczność. Słowo daję, nie jestem pewna.
Patrzysz mi w oczy i obiecujesz czas, a ja nie wiem, czy powinnam ci zaufać. Czas od początku do końca, od kiedy atomy świata zaczęły się poruszać, aż do momentu, gdy przestaną. Ile to czasu? Tyle, co nic, tak mi się wydaje. Powiedz mi, po co mi ten czas? Po co mi wszystko, kiedy to wszystko to nic? To nie brak zaufania, to zwykła logika. Naucz się odróżniać te dwa pojęcia.
Już wiem, kim jesteś. Jesteś tym, który zabił moich rodziców, który zniszczył im życie. Gdyby nie ty, nigdy by do tego wszystkiego nie doszło. Moi rodzice nawet by się nie poznali. Nie, nie jestem ci wdzięczna. Wolałabym nie istnieć. Nie jestem niczyim dzieckiem, powstałam z eliksiru i nie noszę genów nikogo ze swojej rodziny. Nazywają mnie dzieckiem, siostrą, a ja nią jestem. Nie obchodzi mnie, że moje rodzeństwo też nie jest spokrewnione. Oni coś mają wspólnego. Ja nawet nie wyglądam na rodzinę. Gdybym nią była, wyglądałabym inaczej.
Nie interesuje mnie twoja oferta. Nie chcę zmienić żywiołu ani wyglądu. Nie obchodzi mnie, że miałabym więcej wspólnego, ani że przed chwilą jeszcze narzekałam. Wiem, że tobie nie wolno ufać. Nie zamierzam ryzykować swoim życiem czy przyszłością, nie chcę odrywać się od ciała i odwiedzać inne światy. Nie dam się na to nabrać. Być może moja rodzina jest przeklęta, być może będziesz męczyć mnie, moje dzieci i dzieci moich dzieci. Co z tego? Będziemy się o tobie uczyć, będziemy cię unikać. Nikomu z nas nie zrobisz krzywdy. Możesz tkwić nad naszymi głowami, ale rodzina Shika będzie trwać po kres. Ostrzegę swoje dzieci przed tobą, zapiszę wszystkie wiadomości, jakie znajdę o tobie i będziemy je sobie przekazywać w formie zwoju. Będziesz naszym wrogiem, a my będziemy twoim. Nie boję się ciebie, rozumiesz?
Dokładnie, znikaj. Nie pojawiaj mi się na oczy. Nie jesteś mi potrzebny, nie chcę twojego czasu ani twojego żywiołu, ani twojego wyglądu. Przyjdzie nam się jeszcze spotkać, ale będę na ciebie gotowa. Ciekawostka dla ciebie: nie boję się śmierci.
●・○・●・○・●
Zendayafiri otworzyła oczy, by ujrzeć przed sobą gałęzie uśpionego już drzewa. Ostatnie liście kurczowo się trzymały, jednak wystarczył jeden mocniejszy podmuch wiatru, by, już czarne, oderwały się od swoich gniazd i spadły łagodnie na ziemię. One przynajmniej zaznają zimno oraz wilgoć gleby, będą mogły na niej poleżeć i wraz z upływem czasu przemienić się w pożywienie dla kolejnego pokolenia roślin. Kolorowa wadera nie była pewna, czy po śmierci opadnie na dół, czy będzie dalej lewitować w powietrzu i rozkładać się, roztaczając wokół siebie paskudny smród. W każdym razie teraz nie był dobry czas, by o tym rozmyślać.
Wilczyca odwiązała się od jednego z konarów drzewa, linę owijając sobie wokół ciała. Praktyczne rozwiązanie. Zimne, jesienne powietrze przyniosło ze sobą chmury, na szczęście póki co nie deszczowe, ale w powietrzu dało się wyczuć charakterystyczną wilgoć. Strażniczka mogła spróbować wzlecieć ponad chmury, by uniknąć opadów, lub jak normalny wilk schować się w jakiejś jaskini. Mogła też pozostać na zewnątrz i pozwolić sobie zmoknąć, co wbrew pozorom wcale nie było taką tragiczną opcją, tylko mogła skończyć przeziębiona za parę dni. W sumie dlaczego nie? Będzie miała wymówkę, by zobaczyć swoją siostrę harującą w jaskini medycznej.
Pozwoliła, by wiatr zaniósł ją w jakąś losową stronę, podczas gdy ziemia została na dole, obrażona, że też nie może polecieć. Przykro mi, Terra, nie tobie przyszło lewitować. Być może powinnaś się z tego cieszyć.
Silne podmuchy bawiły się grzywką, co chwila zrzucając ją na oczy Pinezki. Ta się tylko śmiała, zadowolona, że nie musi wykorzystywać żadnej energii, by udać się gdzieś z dala od watahy. Trafiła akurat na jakiś wir powietrzny, który niósł ją w zupełnie inną, nieznaną jej wcześniej stronę. Tereny pod nogami były zupełnie obce i jakieś takie dziwne. Jesienne pomarańcze i czerwień, które akurat wypełniały lasy, wyglądały jak ogromny pożar i nawet przyniosą ten sam efekt - puste drzewa, brak pożywienia dla zwierząt oraz bardzo ogólna depresja. A potem oczekiwanie, aż pojawią się pierwsze zielone pąki i wychylą się pierwsze kolorowe kwiaty. Przyjdzie ogromna radość, życie powróci do lasu, jak przecież co roku. W Watasze Srebrnego Chabra też tak było, tylko może nie tak zjawiskowo.
Te obce tereny zaskoczyły waderę, zwyczajnie bo nie spodziewała się trafić do takiego miejsca. Widać nie miała nigdy wystarczająco szczęścia, by tu przylecieć, a szkoda. W okresie wiosenno-letnim musi być tu naprawdę pięknie.
Najdziwniejsze było to, co Zendayafiri zobaczyła ukryte w chmurach, ledwo widoczne, ale zdradzające swoją obecność intensywnym, pomarańczowym światłem. Gdzieś tam akurat na wysokości, na której lewitowała, w oddali znajdował się dziwny obiekt. Miał bliżej nieokreślony kształt, tylko u dołu zwisały twory przypominające bardzo grube, trójkątne stalaktyty. Między nimi przebijało się wspomniane wcześniej światło zakręconymi liniami, jakby wielki, świecący, pomarańczowy wąż owinął się wokół kamiennych tworów, szukając sposobów, by nie upaść na ziemię. Być może były to naczynia krwionośne, gdyż światło pulsowało jakby pompowało je niewidzialne serce. Serce napędzające tą latającą wyspę, które nie pozwala jej spaść. Zaintrygowana wadera ruszyła w kierunku swojego znaleziska.
Z bliska już w pełni rozpoznała, co to jest. Stosunkowo niewielkiej wielkości wyspa (a przynajmniej Pinia sobie wyobrażała, że ta wyspa nie jest taka duża w porównaniu do tych morskich), lewitująca wysoko nad stałą ziemią, której powierzchnia była pokryta nieznaną Pinezce roślinnością o intensywnych nawet w pochmurny dzień barwach. Jesień jakby nie sięgała tego miejsca, drzewa wciąż były zielone, a łąki ozdabiały kolorowe kwiaty. Niektóre z roślin świeciły niczym świetliki, inne tylko wyglądały ładnie, wywijając się w fantazyjne kształty i przywdziewając najróżniejsze kolory. Pośrodku wyspy górowały dwa wzgórza, na które normalny wilk spokojnie by się wspiął bez większego wysiłku, dodatkowo wzgórze po prawej wieńczyła mała świątynia, z której sączyło się znajome już pomarańczowe światło. Wśród traw oraz na zboczach wzgórz wybijały się piaszczyste ścieżki, wyraźnie dobrze zadbane, gdyż nie rosła na nich praktycznie żadna zieleń. Były nawet oświetlone dokładnie tą samą substancją, która owijała się wokół korzeni wyspy. Zwykły osobnik gatunku Canis Lupus przeszedłby ten przedziwny twór wzdłuż krawędzi w jeden dzień, Pini raczej wystarczyłoby tylko pół tego czasu. Postanowiła sprawdzić, co to za nietypowa wyspa.
Gdy zbliżyła się do krawędzi latającego lądu, poczuła nagle, jak coś ciągnie ją w dół. Zupełnie, jakby jakieś niewidzialne linki złapały całe jej ciało, we wszystkich możliwych miejscach i próbowały przyszpilić do ziemi. Zaskoczona wadera odsunęła się od brzegu. Co, jeżeli spadnie? To była tak abstrakcyjna myśl, ale nic innego nie przychodziło jej do głowy. Może ta wyspa sprawia, że to, co powinno stać, zaczyna latać, a to, co lata, zaczyna spadać. To wcale nie było wykluczone. Tu mogła działać jakakolwiek magia.
Nere'e wzięła głęboki oddech. Jeżeli szybko wleci nad skały i ziemię, gdyby miała spaść to przynajmniej prosto na wyspę. Odfrunęła jeszcze kawałek, po czym przygotowała się do wzięcia rozpędu.
Grawitacja wyspy momentalnie ściągnęła strażniczkę na dół, powodując sromotny i bardzo nieelegancki upadek. Powietrze wyleciało z płuc Zendayafiri i nie chciało za nic wrócić, chociaż próbowała je ze wszystkich sił wciągnąć. Powoli kolorowa wadera zaczęła się dusić, co spowodowało wybuch wewnętrznej paniki. Rzucała się, machała łapami, próbowała zmienić pozycję na wygodniejszą, jednak nie mogła w żaden sposób odepchnąć się od ziemi. Czuła się, jakby została przysypana niewidzialnymi skałami, które pragną ją zmiażdżyć. Przycisnęły jej klatkę piersiową, zablokowały ruchy, powoli zabijały. W myślach zaczęła przeklinać tą wyspę i swoją głupotę. Po co w ogóle próbowała się tu znaleźć? Trzeba było posłuchać wewnętrznego głosu i obejrzeć to dziwaczne zjawisko z daleka. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Ty głupia torbo na pchły! Po co ci to było? Teraz zostawisz ten świat za sobą i rodzina Shików jednak nie przetrwa więcej niż dwa pokolenia.
●・○・●・○・●
Nie chcę cię słyszeć, rozumiesz? Nie przekonasz mnie do niczego. Nie pomogę ci z niczym w zaświatach, nie wykonam żadnej misji, nie wyciągnę nikogo na drugą stronę. Mogę umierać tu i teraz. Jeżeli wymusisz na mnie posłuszeństwo, obiecuję ci, że zabiję się znowu i będę się zabijać za każdym razem, kiedy będziesz coś ode mnie chciała.
Oczywiście, że możesz mi pomóc, przecież o tym wiem. Pomożesz mi, a potem będę na zawsze już cierpieć i ucierpi też na tym moja rodzina. Nie zamierzam tego słuchać. Nie zamydlisz mi oczu, mówiąc, jaki to nie jesteś kochany. Nie potrzebuję twoich mocy do szczęścia. Idź sobie! Odejdź! Nie dotykaj mnie, słyszysz?! Nie chcę żadnej! Twojej! Pomocy!
●・○・●・○・●
Miejsce, w którym obecnie znalazła się Citlali, nie przypominało nic, z czym wadera miała dotychczas do czynienia. Pomimo to wydawało się całkiem przyjazne oraz przytulne od pierwszego momentu, nie dając jej żadnych powodów do niepokoju. Można powiedzieć, że strażniczka od zaraz poczuła się jak w domu. Pomarańczowe światło sączyło się z kryształowych żył umieszczonych w białych ścianach, oświetlając całe pomieszczenie. Żyły tworzyły ozdobne wzory, przypominające rozrastające się pnącza bluszczu, a nawet były miejsca, gdzie układały się w jasne, niezwykle piękne kwiaty. Same ściany oraz podłoga były gładkie, prawdopodobnie wykonane z marmuru, ale co tam o kamieniach może wiedzieć taki prosty wilk jak Pinezka. Sufit umieszczony wysoko nad leżącym na podłodze wilkiem był kopułą, jednak od wewnętrznej strony ozdobiony był masą małych, rzeźbionych figurek przeróżnych zwierząt, odciętych od siebie liniami świecącego kryształu. Na samym środku, w najwyższym punkcie kopuły, żyły spotykały się ze sobą, tworząc symetryczne promienie. Światło z zewnątrz było mocno przytłumione, co sugerowało, że gęste chmury jeszcze się nie rozstąpiły. Sama wadera leżała na legowisku wykonanym z miękkiej, wysuszonej trawy, które uwito pod jedną ze ścian. Fakt, że całe pomieszczenie było okrągłe i ściany były tak zakrzywione, by wpasować się do okrągłej kopuły sufitu, dawało dziewczynie jakieś dziwne poczucie bezpieczeństwa. Jakby naprawdę była u siebie w domu.
Musiała poleżeć kilka minut, zanim zorientowała się, że żyje i że oddycha. Na dodatek oddychała całkiem swobodnie, prawie tak dobrze jak kiedy lewitowała, a jej klatkę piersiową nie przyciskały żadne gruzy. A potem dotarła do niej szokująca oraz przerażająca prawda, która musiała się naprawdę głęboko dostać, zanim została zrozumiana.
Pinezka leżała. Jej ciało opierało się stabilnie na ziemi, mimo że nie przytrzymywały je żadne liny ani nie przygniatał żaden ciężar. Samo z siebie napierało swoją masą na posadzkę pomieszczenia, jakby wadera straciła swoją zdolność lewitacji. Niesamowite. Nie odważyła się jeszcze podnosić, w razie gdyby jej organizm nie miał na to sił, ale nawet przyjemnie było sobie... poleżeć. A jednak nie jest to takie złe, jak jej się z początku wydawało. Tylko kto, u licha, ją tu przyniósł!?
Odpowiedź na to pytanie pojawiła się zadziwiająco szybko. A przynajmniej była to dość prawdopodobna odpowiedź, bo w stu procentach wadera nie mogła wiedzieć, dopóki się bezpośrednio nie spyta. Póki co jedyną znaną jej opcją był pokaźnych rozmiarów całkowicie czarny wilk, który właśnie wkroczył do małej (wbrew wyrobionym według umieszczonego wyżej opisu wyobrażeniom) świątyni. Jego szyja, część pleców i cała klatka piersiowa obrośnięte były grubą warstwą piór, dodających objętości do ogólnej sylwetki. Pióra szeleściły złowieszczo, niczym płaszcz jakiegoś głównego złoczyńcy z opowieści, a poruszały się całkiem podobnie do wody, falując przy każdym kroku. Zarówno te kruczoczarne pióra, jak i gęste futro porastające całą resztę ciała, odbijały światło bijące z góry w bardzo charakterystyczny sposób, dokładnie tak samo jak robią to pióra ptaków pokroju gapy czy sroki. Pewnie mieniły się w słońcu, ale teraz słońca nie było. Jedno z oczu Pana Kruka kamuflowało się z otaczającym je futrem, gdyż było równie ciemne, jednakże drugie, którym właśnie łypał złowieszczo na bezbronną Pinezkę, miało niezwykle jasny odcień, prawie że biały i wyglądało jak księżyc na tle bezgwiezdnego nieba. Pan Księżycowy Kruk. Póki co będzie nosił taką nazwę, chyba że postanowi się grzecznie przedstawić.
Księżycowy Kruk z początku skierował się bezpośrednio do Zendayafiri, ale w pewnym momencie jakby się zawahał. Stanął na pół sekundy z podniesioną do kroku łapą, zatrzymując się w czasie, po czym zmienił kurs ostro w lewo. Być może zauważył, że wadera już nie śpi i nie chciał jej niepokoić. Podszedł do ściany i bezproblemowo wyjął jej fragment, ukazując tajemniczą skrytkę. Kolejna czarna plama na tle białego marmuru. W środku nie było w sumie nic ciekawego, jedna, pojedyncza szklana butelka, równie czarna co cała reszta skrytki. Wyróżniało ją tylko to, że odbijała światło. Basior chwycił butelkę w zadziwiająco sprawną łapę, drugą wyjął korek włożony głęboko w szyjkę. Przyłożył nos, żeby powąchać zawartość.
Po czym przechylił butelkę nad sobą i duszkiem wypił całą zawartość.
„Aha?” pomyślała do siebie poległa strażniczka. Może był to jakiś eliksir, który pozwalał na utrzymywanie się na ziemi na tej wyspie, co zgadzałoby się z wcześniejszą teorią na temat tego miejsca. To, co powinno stać, się unosi, a to, co powinno latać, leży plackiem na legowisku z suchej trawy i nawet się nie rusza. A może w butelce było jakieś lekarstwo, którego Księżycowy Kruk potrzebował do życia. W każdym razie wyraźnie nie miał w planach dzielić się zawartością butelki, nawet gdyby coś mu zostało.
Nieznajomy stał przez jakiś czas przed skrytką, jakby zastanawiał się, co ma dalej zrobić, bo przecież jak będzie ignorował waderę to zostawi ją na pastwę nieprzyjaznej grawitacji, a jeśli do niej podejdzie to może ją wystraszyć swoją pokaźną sylwetką i strasznym wyglądem. Na ten moment świat zamarł, nic się nie ruszało, chociaż w świątyni przebywały dwa żywe wilki. Kto miał zrobić ten pierwszy krok? Pinezka trochę obawiała się przejąć inicjatywę, była bezbronna, gdyby Księżycowy Kruk postanowił ją zaatakować. Ale jeśli nic się nie będzie dziać to ktoś będzie musiał to ruszyć. Ile można trwać w zamarciu?
Chociaż było to tylko parę krótkich sekund, dla Zendayafiri zdawały się mijać godziny, zanim basior w końcu odłożył butelkę do skrytki i wstawił fragment ściany na miejsce. Znowu ściany zrobiły się białe, z czarną sylwetką na środku, która przypominała materializację cienia. Tym razem jednak świat się nie zatrzymał, Kruk zdecydowanym krokiem podszedł do swojego znaleziska i położył się przed nim. Pinezka mogła patrzeć mu w oczy bez podnoszenia głowy, dzięki czemu zauważyła, że białe oko faktycznie przypominało księżyc. Tęczówka miała nawet podobne wzory.
– Co tu robisz? – szepnął czarny wilk, jakby nie chciał niepotrzebnie rozbudzać strażniczki. Może myślał, że dopiero co wstała, albo stwierdził, że jego basowy głos może zaniepokoić ledwo ruszającą się waderę i spowodować u niej kolejny atak paniki.
– Leżę – odszepnęła równie cicho Citlali. Udało jej się zachować kamienną mimikę twarzy, choć uśmiech pchał się na jej usta niemiłosiernie mocno. Coś w tej sytuacji było po prostu zabawne, ona unieruchomiona na podłodze, on, wielki, czarny basior, położony przed nią, żeby nie musiała patrzeć do góry. W pewnym sensie ukorzył się tylko dla niej. Być może pod tą grubą warstwą piór kryje się przyjazna buła, którą przyjemnie będzie poznać.
– Fajne zajęcie. Często tak leżysz?
– To mój pierwszy raz.
– I co myślisz?
– Całkiem całkiem. Nawet legowisko miękkie.
– Cieszy mnie to niezmiernie.
Ta rozmowa prowadzona szeptem wydawała się Pinezce naprawdę komiczna, zresztą i u czarnego wilka kąciki ust okazjonalnie się podnosiły, powstrzymując pełny uśmiech. Fajny koleś, pomyślała. Nie taki wilk straszny, jak go futro maluje.
– No dobra, a tak na poważnie? – Księżycowy Kruk mówił już głośniej. – Co robisz na tej wyspie?
– Wiatr mnie przywiał. Nie żartuję, przyniósł mnie tu wiatr.
Wilk podniósł głowę. Słowa strażniczki musiały go nieźle zaskoczyć, a może otrzymał dokładnie taką odpowiedź, na jaką miał nadzieję i teraz zastanawiał się, co zrobić. To jak przygotować się na wszystkie ewentualności, bo przecież twój plan nie może wyjść, a ostatecznie wychodzi i nie jesteś na to przygotowany, więc głupiejesz i stoisz w miejscu.
– Jesteś tą waderą, która czasem śpi przywiązana do drzewa? – Jego basowy głos odwiedziła ciekawość w towarzystwie drobnego zażenowania. Właśnie się przyznał, że nie raz widział, o ile nie obserwował, jakąś nieznaną sobie waderę i choć wzbudziła ona jego zainteresowanie, nigdy się z nią nie przywitał. Robiło to z niego stalkera, czy tego chciał, czy nie. Trochę straszne, a z drugiej strony jego zażenowanie wydawało się Pini zabawne. Wielki basior z jednym z najbardziej basowych głosów, jakie strażniczka słyszała i uczucie zażenowania wcale nie było mu obce.
– No. Zgadłeś.
⟦Rozdział 2 - Krucze pióra⟧
Z początku chodzenie na własnych łapach było ciężkie. Mięśnie Pinezki nie były przyzwyczajone do podnoszenia jakiegokolwiek ciężaru, odmawiały posłuszeństwa, nie pozwalały nawet usiąść, co nie tyle męczyło wilczycę, co ją okropnie irytowało. Uparcie wracała na wyspę, domagając się od Maneravna pomocy w nauce chodzenia, bo chciała któregoś dnia w końcu przegalopować się od jednej krawędzi do drugiej. Poczuć zmęczenie, nie móc złapać powietrza w płuca. Może nawet skoczyć jak wariatka w przestrzeń powietrzną. Wystarczył jej jeden raz, potem nie będzie już męczyć basiora nigdy więcej.
Mijały kolejne dni, tygodnie. Pora roku zdążyła się zmienić, na wyspie zaczęło robić się cieplej, choć wiatry ratowały przed odczuwaniem upału. Maneravn również zaczął się ocieplać, rozmowy z nim z pozornie przyjaznych zmieniły się w bardzo przyjacielskie. Często się śmiał, opowiadał o wydarzeniach z przeszłości, cierpliwie ćwiczył ze strażniczką, mimo że ewidentnie widział, że potrafi już chodzić bez żadnych problemów. Ale udawał, że nie zauważa. Jakby chciał, żeby go odwiedzała. Citlali ogromnie to z jakiegoś powodu cieszyło.
Pewnego dnia jednak Pinezka Maneravna na wyspie nie zastała. Szukała, chodziła od brzegu do brzegu, zajrzała w każdą szparę, w jaką czarny basior miał szansę się zmieścić. Nie znalazła go. Jedynymi w tym momencie żywymi istotami była ona i czarny kruk, którego nigdy wcześniej tu nie widziała.
Z początku nie zwracała na niego szczególnej uwagi. Ot, zwykły kruk, który pewnie akurat zobaczył dziwną, latającą wyspę i postanowił na niej odpocząć. Wilki i kruki miały zazwyczaj przyjazną relację, więc stwierdziła, że lepiej będzie go nie zaczepiać, w końcu może to jakiś znajomy Maneravna. Może też przyleciał go szukać. W sumie Pinezka nie wiedziała, w jaki sposób Maneravn przybył na wyspę i czy ją w ogóle opuszcza, ale jakoś dotychczasowe rozmowy nigdy nie kierowały się w tym kierunku. Widziała Maneravna jako pewność, jako istotę zrodzoną na wyspie i będącą jej nieodzowną częścią. Basior nie miał prawa z niej zniknąć, musiał gdzieś tu być. Być może bawi się z nią w kotka i myszkę, i gdy tylko Nere'e zbliża się do jego kryjówki, on z niej czmycha, by schować się gdzie indziej. Choć szczerze mówiąc, strażniczka nie brała go za typ chętny do zabawy. Żarty jeszcze przeszły, ale chowany był już poniżej jego godności.
Kiedy Nere'e zorientowała się, że kruk śledzi każdy jej najmniejszy krok, sama postanowiła się mu przyjrzeć. Patrzył na nią lewą stroną. Tak jak poprzedni raz, kiedy na niego spojrzała. I każdy wcześniejszy. Pinia nie mogła sobie przypomnieć, by chociaż raz patrzył na nią prawym okiem, a spoglądała na niego dosyć często. Może był częściowo ślepy? Przypomniał jej się Maneravn, który bardzo często odwracał głowę tak, aby patrzeć na nią swoim księżycowym okiem, jakby to drugie niekoniecznie działało.
Księżycowe oko było po prawej stronie.
Wadera nie drgnęła. Jakby ktoś oglądał ją z boku, zapewne pomyślałby, że zrobiła sobie konkurs na patrzenie z ptakiem, bo nawet nie mrugała. Czekała, aż kruk odwróci się drugim okiem, bo przecież nie mógł jej obserwować cały czas tą samą stroną. Musiał w końcu ją zmienić. I widziała to, widziała, jak kruk ze sobą walczy, uparcie mruga i trzepie głową, byle nie zmienić oka. Mogła go tak męczyć, aż któreś z nich się podda. Było to nawet zabawne, ta walka na wytrzymałość, oczekiwanie na wynik pytania „Kto pierwszy upadnie?”. Zendayafiri była naprawdę pewna, że patrzy na Maneravna, nie tylko ze względu na oczy, ale także rozpoznając błysk na piórach. Zauważyła to, gdy zrobiło się słonecznie, Maneravn nie tylko błyszczał w tęczowych kolorach, cecha charakterystyczna dla wielu krukowatych, ale w błyskach można było zauważyć wzory, jakby na piórach zostały wypalone litery. Nie wiedziała, czy basior był świadomy tej cechy szczególnej, inaczej wyśmiałaby go teraz w głos, że o tym zapomniał. Jeśli nie wiedział, wolała, by tak zostało. Dlatego zamiast zdradzać ten mały sekret, postanowiła zagrać mu trochę na emocjach.
– Okej, jeśli Maneravna nigdzie nie ma, nie mam tu czego szukać. Wracam do domu – powiedziała na tyle głośno i wyraźnie, by kruk ją nieomylnie usłyszał. – Szkoda, bo chciałam się pożegnać, bo nie zamierzam tu więcej wracać. I tak wystarczająco czasu mu zajęłam.
Zdążyła się tylko odwrócić, jak usłyszała szelest piór i zaraz po nich uderzenie czterech łap na ziemi. „I tu cię mam, panie Księżycowy Kruku” pomyślała złośliwie do siebie, nie odwracając jeszcze głowy.
– Pinezka! Heeej, ee... Długo tu jesteś? – Basior próbował grać głupiego, jakby wcale nie został przyłapany na gorącym uczynku. To naprawdę zabawne, jak szybko można było rozbroić tego wielkiego, czarnego basiora, który mógł prawdopodobnie zgnieść twoją czaszkę jednym kłapnięciem swoich wielkich zębów. Pinezka gdyby chciała, mogła go sobie owinąć wokół łapy, ale to by była manipulacja, a strażniczka bardzo nie lubiła manipulować innymi, jeśli nie było to dla żartu (a żarty powinny być zabawne dla obu stron).
– A bo ja wiem, ty pewnie bardziej pilnowałeś czasu, oglądając mnie z gałęzi drzew. – Citlali odwróciła się z zimnym, tnącym uśmiechem, prawie zabijając nim Maneravna. Zobaczyła iskrę strachu w księżycowej tęczówce, co powstrzymało dalsze, kąśliwe komentarze. Żarty powinny być zabawne dla obu stron.
– Przepraszam. – Maneravn opuścił głowę. – No bo... Widzisz... Ja... Eh, to... naprawdę ciężko się tłumaczy.
Jego pozycja potwierdzała jego słowa. Głowa nisko spuszczona, ogon schowany między tylne nogi. Grzbiet spięty, wygięty ku górze. Kruk wyglądał, jakby ktoś go właśnie poważnie ukarał za ukrywanie tajemnicy, a przecież Pinia nic jeszcze nie powiedziała. Aż było jej go żal, może nie powinna poruszać tematu jego zdolności, jeśli nie czuł się komfortowo o tym rozmawiać. Ale coś musiała powiedzieć. Czuła się nieswojo, wiedząc, że przeszukała całą wyspę, a on sobie ją oglądał z góry i mógł się z niej śmiać.
– Nie będę cię wyzywać, – zaczęła, – ale musisz mi obiecać, że następnym razem chociaż dasz mi znak. Jeśli wolisz w dany dzień być krukiem, spoko, ale nie rób ze mnie idiotki, że szukam cię po całej wyspie.
– Absolutnie nie miałem takiego zamiaru – zapewnił. – I... obiecuję. Obiecuję, że następnym razem zostawię wiadomość. – Zastanowił się chwilę. – Niech wiadomością będą gałęzie sosny ułożone w pewien symbol. Pokażę ci później, jaki.
Nere'e miała już się uśmiechnąć na znak pokoju, ale Maneravn kontynuował.
– A ty obiecaj, że jeśli zobaczysz ten symbol, odejdziesz jak najszybciej z wyspy i odczekasz dwa dni, zanim wrócisz. Zgoda?
Powaga w jego oczach przeszywała waderę na wskroś. On nie żartuje, te trzy słowa zmroziły jej krew. Coś mi grozi... mu... nam. Nie zamierzała pytać, wolała mu zaufać. Jeśli nie chciał jej zdradzić szczegółów, najwyraźniej miał ku temu powód. Niech będzie. Niech oboje sobie zaufają.
– Obiecuję.
●・○・●・○・●
Śmiech rozbrzmiewał po całej wyspie, gdy duży, czarny basior i mniejsza, kolorowa wadera gonili się pod górkę i toczyli fikołkami w dół z drugiej strony. Zendayafiri wyćwiczyła sobie wystarczającą kondycję, by nie zmęczyć się po parudziesięciu metrach biegu i mogli w końcu naprawdę się bawić. Lato roztaczało słodką woń, wykorzystując do tego liczne, endemiczne dla wyspy kwiaty, które najwyraźniej jednak rozpoznawały jakiekolwiek pory roku. Słońce otaczało latający kawałek lądu jasnymi promieniami, ale na szczęście Maneravn, wykorzystując jakąś nieznaną Pinezce magię, utworzył kopułę zabezpieczającą przed niebezpiecznym promieniowaniem. Dzięki temu choć bywało gorąco, nikomu nie groził udar słoneczny. Przyjaciele mogli się bawić, ile dusza zapragnie.
Przyjaciele, tak. Strażniczka mogła już nazywać Maneravna przyjacielem, on zresztą też tak na nią mówił. Czasem mówił wyniośle, „moja droga przyjaciółko”, czasem śmiał się „hejka, psiapsi”, chociaż na to słowo Pinia robiła strasznie zniesmaczoną minę, z czego kruk zawsze miał ubaw. W skrócie, bawili się ze sobą wyśmienicie. Co prawda żadne z nich nie rozmawiało na temat rodziny, pochodzenia czy swoich umiejętności, ale nie przeszkadzało im to w rozbudowywaniu relacji, jaka się między nimi utworzyła.
Na wyspie byli jedynymi żywymi duszami. Nie pojawiały się tu inne latające wilki, nie widywali tu ptaków (poza pewnym czarnym krukiem z białym okiem), o owady już w ogóle było ciężko. Jeśli mieli ochotę coś zjeść, Maneravn znikał w znane tylko sobie miejsce, nie pozwalając Nere'e udać się z nim, a wracał zazwyczaj ze sporym kawałkiem jelenia lub z kilkoma grubymi rybami nabitymi na linkę. Strażniczka nie pytała o szczegóły. Taka była cicha umowa, którą zawarli niemal na początku swojej znajomości.
Źródło wody natomiast było jednym z pierwszych miejsc, które kruk pokazał Pinezce. Na całej wyspie była jedna skała wydrążona złotymi, pulsującymi żyłami, a spod niej wypływała najbardziej orzeźwiająca woda, jaką wadera kiedykolwiek piła. Ilekroć brała łyka z tego magicznego źródełka, czuła, jak jej mięśnie odzyskują wszelkie siły, płuca oddychają pełnią życia, a jakiekolwiek możliwe uciążliwości znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zendayafiri domyślała się, że były to magiczne właściwości wody i dlatego właśnie Maneravn kazał jej tu pić. Były inne źródła, które wilczyca znalazła sama. Dwa z nich były krukowi obojętne, nie przeszkadzało mu, jeśli Pinezka wolała napić się z nich. Nie wypływały one spod pulsującego kamienia, a spod zwykłych głazów, które akurat znajdywały się na wyspie. Było też czwarte źródło, wypływające wodospadem tuż przy krawędzi wyspy i z tego źródła Maneravn zabronił absolutnie pić. Dał nawet wytłumaczenie, by waderze nie przyszło do głowy spróbować czwartego strumienia.
– Nigdy nie pij tej wody. Wystarczy jeden łyk, by każdy, kto jej spróbował, zaszedł w ciążę. Tyczy się to nawet basiorów, więc no... To nie są żarty.
Myślenie o tej wodzie przypominało Pinezce o jej rodzicach. Paketenshika i Yir byli tak zdesperowani, by posiadać dziecko, że zdecydowali się skorzystać z magicznego eliksiru. Czy gdyby wiedzieli o istnieniu tej wody, zdecydowali by się na drugą opcję? Czy gdyby któryś z nich mógł zajść w ciążę i przynieść na świat stuprocentowo ich potomka, podjęliby się ryzyka? Nere'e domyślała się odpowiedzi, ale była ona zbyt bolesna. Nie chciała być świadoma, że mogła należeć chociaż do jednego ze swoich ojców. Wolała trzymać się od dziwacznego źródła z daleka.
Gdy oba wilki miały dość zabawy, spacerowania czy oglądania świata z góry, chodzili na drzemki do świątyni. Maneravn nie korzystał z leża, zawsze spał na gołej podłodze, podczas gdy Pinezka wtulała się w wygodną mieszankę trawy i mchu. W budynku był zakaz rozmawiania, a jak już trzeba było wymienić kilka zdań, należało mówić szeptem. To nie była odgórnie narzucona zasada, po prostu dwójka przyjaciół podświadomie zaakceptowała, że w świątyni powinna być cisza i spokój. Koniec z zabawami, pora się wyciszyć.
Pewnego razu, gdy Maneravn opuścił świątynię w jakiejś ważnej sprawie, Citlali postanowiła naruszyć postawione granice. Wiedziała, że nie powinna. Zdrowy rozsądek wyzywał, wręcz krzyczał na nią, że ma tego nie robić, ale cóż, ciekawość wzięła górę. Była to jedyna rzecz, którą strażniczka chciała sprawdzić aż za bardzo. Ta dziwna skrytka i jej zawartość. Nigdy się do niej nie zbliżała, nigdy o nią nie pytała. Teraz, gdy dostała szansę od losu, żeby do niej zajrzeć, nie mogła się powstrzymać. Dostała przed oczy srebrniki i chciwość wygrała.
Otworzyła skrytkę w sposób, który zaobserwowała u basiora, kiedy wielokrotnie sam zaglądał do środka. Ukazała się przed nią charakterystyczna ciemność, czarna dziura wyryta w białej ścianie świątyni. I błysk butelki, z której Maneravn zawsze pił. Chwyciła szkło w łapę, mniej sprawnie, niż robił to kruk, ale nie pozwoliła jej upaść. Otworzyła korek i powąchała zawartość. Słodkie. Nie pachniało alkoholem, jak częściowo się z jakiegoś powodu spodziewała. Może to był sok? Albo, tak jak teoretyzowała od początku, słodkie lekarstwo. W końcu nie każde lekarstwo jest gorzkie. Na pewno nie zamierzała tego pić, tak głupia nie była. Włożyła korek z powrotem i włożyła butelkę z powrotem do skrytki.
Nie zdążyła jej zamknąć.
– Błagam, powiedz, że niczego nie wypiłaś – głos basiora był wręcz błagalny i choć kruk mówił prawie szeptem, Pinezka podskoczyła z zaskoczenia. Zamknęła szybko skrytkę, zanim odwróciła się z przerażoną miną przyłapanego na gorącym uczynku szczeniaka.
– Co? Nie! Ja tylko- tylko powąchałam, słowo! Nie przyłożyłam nawet do ust!
Maneravn spuścił z płuc powietrze, które najwyraźniej zalegało tam niczym ołów.
– To dobrze. To... w porządku. Jest dobrze.
Strażniczka wiedziała, że nabroiła z własnej winy, ale nie powstrzymało jej to przed uronieniem łzy błagającej o wybaczenie. Szybko ją starła, jednak oczy pozostały przeszklone i gotowe do uwolnienia kolejnych. Szlag by to, po co otwierała tą skrytkę i sprawdzała tą butelkę?!
– Maneravn, przepraszam…
– Nie, nie, naprawdę – czarny wilk mówił szybko, jakby łapał dech. – Jest w porządku. Jakbyś to wypiła, wtedy bym zrobił scenę, ale jak tylko wąchałaś... – Spojrzał na nią swoimi heterochromicznymi oczami. – Na pewno tylko wąchałaś?
– Tak!
– Okej, okej, wierzę ci. Po prostu nie chciałbym, żebyś napiła się moich leków. Mogą ci zaszkodzić.
A jednak był to lek. Mogła po prosty spytać, do cholery, a nie wpraszać się łapami do prywatnych zakamarków, gdzie tylko Maneravn miał dostęp. Tylko że pytań też unikali. Nosz do tysiąckrotnych piorunów, czy naprawdę muszą tak unikać rozmów o sobie? Czy nie mogą być względem siebie bardziej otwarci? Pinezka zaczynała wściekać się na tą całą bezsensowną sytuację. Jeśli byli przyjaciółmi, powinni ufać sobie jak przyjaciele, a oni w każdej rozmowie chodzili po gwoździach z nadzieją, że żaden nie wbije im się w łapę. Powinni usiąść, pokłuć się trochę i to wszystko po prostu posprzątać, by spacerować bez ryzyka, ale wadera bała się, że w ten sposób straci dobrego przyjaciela. Może bała się za bardzo, może była to tylko paranoja, ale naprawdę nie chciała, by Maneravn przestał z nią rozmawiać. Lubiła go i lubiła tą wyspę. Dlaczego ta znajomość była taka złudna?
– Przepraszam, że zajrzałam tam bez twojej zgody.
Basior, który właśnie przechodził obok niej, by dostać się do swojego miejsca do leżenia, spojrzał na nią księżycowym okiem. Nie widać w nim było złości, straconego zaufania czy urazy. Jedynie zmęczenie z odrobiną strachu, czy aby na pewno Pinia nie wzięła ani jednego łyka. Ale to nie był zły strach. To był strach troski. Nere'e poczuła, że wcale na niego nie zasługuje.
– Powiedziałem ci, jest dobrze. Jakbym nie chciał, żebyś tam zaglądała, nie otwierałbym jej nigdy przy tobie. Tylko mogłem cię ostrzec, żebyś w razie czego tego nie piła. – Wziął głęboki wdech i spojrzał na nią całkowicie, odwracając w jej stronę głowę. Charakterystyczny znak, że rozmowa stała się poważna. – To lek. Pozwala... Pozwala mi przebywać w wilczej formie przez dłuższy czas, niwelując niebezpieczeństwo.
Pora pobawić się w rozbrajanie bomby. Najwyżej wybuchnie i Pinezka nigdy więcej nie zobaczy Maneravna, co jej tam.
– Czyli... wilcza forma jest dla ciebie nienaturalna? – zapytała ostrożnie, może za bardzo skoczyła do konkluzji, ale od czegoś trzeba zacząć.
– Nie... nienaturalna, bardziej... Hm... Jak ci to wytłumaczyć... – Kruk usiadł na swoim miejscu, wskazując głową, by biała wilczyca usiadła na swoim. – Obie formy, ptasia i wilcza, są dla mnie naturalne. Kwestia tego, że... – Znowu się zawahał. Citlali niemal widziała, jak w jego głowie kręciło się pytanie, ile powinien jej powiedzieć. – W normalnych warunkach mogę przemieniać się w kruka i z powrotem, ile chcę, no hulaj dusza, piekła nie ma. – Wadera zachichotała cicho na te słowa. Sądząc po minie czarnego wilka, taki efekt chciał właśnie uzyskać. – Ale na tej wyspie mało co jest normalne. Cała wyspa lata, ty możesz chodzić, niektóre kwiaty świecą, a zwykła woda ma właściwości uzdrawiające. A ja odkryłem, że przebywając tutaj tracę swoją magię. Zanim zapytasz – Pinezka zamknęła usta – ciebie to nie tyczy. Większość czasu. Ale są czasem dni, gdzie magia na wyspie jest mocniejsza. Wtedy nawet lek nie pomaga i dla bezpieczeństwa zmieniam się w kruka. Na ciebie nie wiem, jak by to zadziałało, dlatego wolę, żebyś w takie dni nie przebywała na wyspie.
– Nie mogłeś od razu powiedzieć? – Wadera aż wywróciła oczami z idiotyzmu sytuacji. Naprawdę muszą więcej się komunikować.
– Mogłem, przepraszam. – Samiec opuścił głowę w zażenowaniu. – Czasem zapominam, że ty nie wiesz tyle o tej wyspie, co ja.
Bez kitu, Sherlock. Brawa za zdolności dedukcji.
Tego dnia wykonali pierwszy krok w kierunku rozwiniętej komunikacji. Przed nimi była jeszcze daleka droga, ale Zendayafiri czuła dumę, że sekrety, które nie powinny być sekretami, przestawały nimi być. Rozmawiali więcej o domu, o swojej przeszłości, Maneravn w końcu przestał być tajemniczą czarną dziurą, a stawał się rozgwieżdżonym niebem, na którym można szukać kierunków, bo nigdy nie oszuka. Pinezka nawet odważyła się powiedzieć krukowi, że jego białe oko kojarzy jej się z księżycem. Była prawie pewna, że futro na karku basiora stanęło na jeża.
⟦Rozdział 3 - Duchy przeszłości⟧
ጉየ. Zobaczyła ten symbol z daleka, został ułożony nie pod świątynią, a na zboczu wzgórza, na całą jego szerokość. Byle był jak najbardziej widoczny z dużej odległości. Przez chwilę chciała tam polecieć, upewnić się, że Maneravn jest bezpieczny. Ale przecież umówili się, że gdy tylko Pinezka zobaczy wiadomość, od razu odejdzie z wyspy, a teraz basior włożył masę wysiłku, by strażniczka nawet nie zbliżyła się do lewitującego lądu. Coś było nie tak, bardzo nie tak. Ale obietnica to obietnica.
Odleciała, nawet się nie odwracając.
A obok niej, po jej prawej stronie, pojawił się kruk.
Maneravn był bezpieczny.
●・○・●・○・●
Wylądowali blisko granicy Watahy Srebrnego Chabra. Pinezka nie postawiła łap na ziemi, natomiast Maneravn zmienił formę i sprawnie upadł na cztery łapy. Wadera pierwszy raz widziała tą przemianę i musiała przyznać, wyglądała przedziwnie, ale z pewnością zjawiskowo.
– To co? Bawimy się w sekrety czy wytłumaczysz, co się stało? – zapytała córka eliksiru, trochę złośliwie, bo dobrze wiedziała, że basior miał tendencję do nie poruszania tematu sam z siebie. Pożałowała jednak swojego tonu, gdy kruczy wilk odwrócił się do niej całym ciałem. Sprawa była śmiertelnie poważna.
– Wyspa ześwirowała – zaczął tłumaczenie. – Jeszcze nie widziałem, żeby jej magia była tak niestabilna. Wszystkie żyły pulsują tak intensywnym światłem, jak jeszcze nigdy. Nie wiem, co się dzieje, ale na wszelki wypadek opuściłem jej teren i dopilnowałem, żebyś sama się nie zbliżała.
– Widziałam.
– To dobrze.
Nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Obecność obcego basiora zapewne nie była by odebrana z agresją, ale zaalarmowała by watahę. Kim on jest? Skąd się wziął? Czy pracuje dla którejś z sąsiednich watah? Dlaczego Pinezka go zna? Najbardziej zaniepokojony byłby najstarszy z rodzeństwa Shików, Wayfarer. Jak długo się znają? Czy łączy ich coś więcej niż przyjaźń? Że też jeszcze było przejście między latem a jesienią i brązowy basior nie odszedł na południe. Nie no, Pinia wolała, żeby został jak najdłużej, ale jak dowie się, że jego młodsza siostrzyczka, oczko w głowie, przyprowadziła obcego, atrakcyjnego basiora, dostanie świra na Paketenshikę. Pakiemu też odbijało, jak do jego córek pchały się jakieś samce. Wafel czasem opowiadał o starszej siostrze, Alkestis, która za czasów kadencji z Watasze Srebrnego Chabra była oczkiem w głowie swojego ojca i przeżywała tą nadopiekuńczość. Wayfarer nie pamiętał za dużo, był szczeniakiem, bardzo buntowniczym szczeniakiem. Ale było coś takiego i wyglądało na to, że tą cechę basior odziedziczył po swoim adopcyjnym ojcu.
Pinezka naprawdę nie chciała konfrontacji w typie „Kto to, do cholery, jest?”.
Dlatego przez pierwszy dzień dwójka trzymała się granicy, ukryta przed wzrokiem pobratymców córki eliksiru. Maneravn nie zadawał pytań, skąd ta ostrożność, jedynie dopytywał, na jak dużo może sobie pozwolić. Wiedział, że znajdowali się na północnym zachodzie od Trawiastych Gór i jeśli uda się za rzekę, może natrafić na stado Lisów Żywego Ognia. Podobno stamtąd pochodził ojciec jego przyjaciółki. Właściwie to i tutaj, gdzie nocowali, spotkanie z lisami miało większe prawdopodobieństwo niż gdyby schowali się w centrum, ale ponieważ Żywy Ogień nie komunikował się za dużo ze Srebrnym Chabrem od śmierci Paketenshiki, takie spotkania raczej niczym nie groziły. Maneravn mógł nawet przysiąc, że widział kilka rudych kit, które nie wchodziły mu w drogę. On sam odchodził w inną stronę, jeśli przyuważył coś rudego.
Większość czasu były to faktycznie lisy zza rzeki, które z przyzwyczajenia, albo dzięki pewności siebie, postanowiły zapolować na terenach dzielonych z Watahą Srebrnego Chabra.
Jedna tylko kita okazała się nie należeć do lisa, a do małej, rudej wadery, która jak się zezłościła, to zapalały jej się włosy. A po zobaczeniu obcego basiora z białą siostrą zrobiła się bardzo zła.
– Kto to, do cholery, jest?! – wrzasnęła, wyskakując przed spacerującą parkę. Kruk zjeżył sierść i pióra, Pinezka na sekundę odleciała wyżej.
– Mi! Na wieloryby morskie, wystraszyłaś mnie! – biało-kolorowa wilczyca podleciała bliżej do młodszej siostry. – Tylko spokojnie, to mój przyjaciel. Nazywa się Maneravn.
Mi spojrzała na czarnego basiora morderczym wzrokiem, aż ten skulił się ze strachu. Trochę komicznie to wyglądało, bo Mi była o niego o połowę ponad mniejsza, a wyraźnie dominowała w tej interakcji.
– To dlatego znikasz na całe dnie? Żeby się spotkać z jakimś Manerem?
– Maneravnem... – poprawił wilkokruk, ale szybko pożałował otwarcia pyska. Ogień Małej Mi rozprzestrzenił się po całym grzbiecie i groził podpaleniem okolicznej roślinności, która wciąż była sucha po upalnym lecie. Jak to dobrze, że pomiędzy nimi była Pinezka, bo ruda kula wściekłości z pewnością rzuciłaby się z zębami na obcego przybysza, bo przecież jak śmie zbliżać się do jej siostry!
– Mi, uspokój się! Obiecuję ci, że między mną a Maneravnem do niczego nie doszło. Zostanie tu tylko na kilka dni, a potem wraca, skąd przyleciał.
– Mam nadzieję.
Nere'e widziała, jak jej przyjaciel zaczyna poważnie żałować, że przybył w te tereny. Zrobiło jej się go żal, ale nie dziwiła się zachowaniu jej siostry. Też odziedziczyła opiekuńczość po Pakim i jeśli miała zły dzień, wyżywała się na zalotnikach męczących którąkolwiek z jej sióstr. Na co dzień na szczęście nie zwracała tak na nich uwagi. Szkoda, że to akurat nie był zwykły dzień. Pinia musiała odwrócić uwagę Mi od Maneravna.
– A jaśnie promieniująca pani ma jakiś powód, by zbliżać się tak do granicy, czy zwykły spacer tutaj panią przyciągną?
Błysk w oku ostrzegł, że ruda nie miała ochoty na zabawy.
– Spotkałam się z kimś. Duch przeszłości, można by rzec, z którym zmierzył się nasz tato. Przyszedł szukać cioci Skinki.
– Och? – Pinezka nie pamiętała nikogo, kto miałby jakieś powiązania ze Skinterifiri, pomijając oczywiście całe stado Żywego Ognia. Ale gdyby to był ktoś od nich, szeregowiec nie nazwałaby ich „duchem przeszłości”. Jakaś inna postać weszła w grę, ktoś, kogo rodzeństwo najwyraźniej nie znało. Włącznie z Waflem.
– Ta, też miałam taką minę, jak powiedział, że zna ciocię i tatę. Ale nie zdradził za dużo. Powiedział tylko, że ma jakąś sprawę, którą chciałby oficjalnie zakończyć.
– Przedstawił się chociaż?
– Dinakaratie.
Nie, strażniczce nic to imię nie mówiło.
●・○・●・○・●
Lis pojawił się znienacka. Zapach upolowanej zwierzyny ostrzegł Mi, zanim obcy wychylił się spomiędzy krzaków, ale nie spodziewała się zobaczyć lisa. Całkiem sporej wielkości lisa, dla którego lata nie były przyjazne. Miał zapadnięte boki, na pyszczku pojawiła się poważna siwizna, a jedna z tylnych nóg musiała być kiedyś złamana, bo wyginała się w nienaturalny sposób. Wilczyca rozpoznała zapach samotności, bardzo charakterystyczny, szczególnie, że rzadko spotykany. Mało kto pachniał banicją. Ten lis wręcz nią śmierdział.
Być może pomylił Mi z innym lisem, bo gdy ukazała się jego oczom, wykonał krok do tyłu. Nie wycofał się jednak, stał w miejscu z martwym królikiem w pysku i uszami położonymi po sobie. Nie zjeżył sierści, nie przybrał uleglej pozycji. Po prostu czekał. Obserwował. Pozwolił waderze się na niego napatrzeć, zanim odłożył zdobycz i rozpoczął rozmowę.
– Przepraszam to najście na wasze tereny, ale tak się niestety składa, że mieszka tu ktoś, kogo szukam. Jest bardzo charakterystyczna, to lisica, brakuje jej jednego oka. Nazywa się Ski…
– Skinterifiri – dokończyła Mi. Końcówki jej włosów zaczęły się dymić na wspomnienie jej ciotki. – Tak się składa, że to moja ciocia. Jestem Mildredfiri, córka Paketenshiki.
– Och! – Uszy lisa się naprostowały do przodu. – Doskonale się składa, bo Paketenshiki również szukam!
– Tata nie żyje, a ciocia odeszła na obczyznę już jakiś czas temu – rzuciła ruda prosto z mostu. Kimkolwiek był ten lis, zadziałał jej ostro na nerwy. Spała naprawdę kiepsko, a jeszcze przyszedł jakiś łajza i dopytuje się o jedyną rodzinę, której już w Watasze Srebrnego Chabra nie ma. Pozostały resztki. Osoby niezwiązane z lisami. Ciekawe, co chciał od rodziny Shików.
– O... Przepraszam... Przykro mi to słyszeć... – Lis opuścił głowę. Przez smutny ton głosu Mi prawie mu współczuła, ale ostatecznie stwierdziła, że on powinien współczuć jej bardziej. – Widać spóźniłem się z przeprosinami…
– Przeprosinami?
– Widzisz, bo... Bardzo narozrabiałem kilka lat temu. Chciałem przeprosić, być może porozmawiać na temat moich błędów. Jednak najwyraźniej się spóźniłem. Musiałem zgubić rachubę lat, żyjąc jako pustelnik.
– Pewnie tak. A może łaskawie powiesz, jak się nazywasz? Ja się przedstawiłam. – Wadera zrobiła oburzoną minę.
– Ach, oczywiście, wybacz. Jestem Dinakaratie. Proszę, przyjmij ten podarek. Był pierwotnie przeznaczony dla Skinterifiri, jako że jesteś jej krewną, należy się tobie.
I tyle. Dinakaratie odszedł, ale ponieważ Mała Mi mu nie ufała, podążyła za nim, aż przeszedł granicę. Dopiero wtedy miała się wrócić do domu, z tym że usłyszała głos swojej siostry, której ostatnio więcej nie ma, jak jest. Oczywiście, że to sprawdziła.
●・○・●・○・●
Maneravn chował się za Pinezką, by nie oberwać z agresywnych płomieni, córka eliksiru natomiast lewitowała tuż nad ziemią, muskając ją delikatnie pazurami i myślała. Czy Paki kiedykolwiek wspominał o jakimś Dinakaratie? Albo Skinka? Być może Way by coś wiedział? Jemu tata zawsze mówił więcej, jako że Way był typowo jego. Nie jego i Yira. Był tylko Paksa i Paks ufał mu bardziej niż komukolwiek w rodzinie, a przynajmniej takie wrażenie odnosiła Pinia.
Tylko że Dinakaratie przyszedł i odszedł, i więcej się prawdopodobnie nie pojawi. Był tylko historią, duchem przeszłości. Doszukiwanie się, kim był dla Paketenshiki i Skinterifiri było formalnością i przyniosłoby tyle samo pożytku, co szkody, czyli nie miałoby na nikogo wpływu. Ważniejsza była wyspa, miejsce zamieszkania Maneravna, która właśnie pulsowała mocniej niż kiedykolwiek i stanowiła zagrożenie zarówno dla czarnego basiora, jak i samej Pinezki. Musieli coś z tym zrobić, znaleźć tego źródło, albo przeczekać najgorsze i wrócić. Trzeba to jakoś przetłumaczyć i tak już wściekłej Mi.
– Słuchaj, bardzo to ciekawe, ale ten Dinakaratie raczej już nie wróci. A my tu trochę mamy problem na teraz i…
– Serio? Ile ma nóg?
– Sto.
– Co?
– Gówno.
Wilkokruk prychnął, powstrzymując śmiech, natomiast wadery były bardzo poważne i obie rzuciły w niego zabójczymi spojrzeniami. Czarny wilk stał się jeszcze mniejszy, bardziej niż to było możliwe. Citlali miała wrażenie, że zaraz przemieni się ze strachu w prawdziwego kruka i ucieknie na drzewo, ale pal licho, przynajmniej nie będzie się śmiał z tej sytuacji.
– Jeśli przyniosłaś jakieś małe bachory…
– Czy ty w ogóle siebie słyszysz? – biała wadera podniosła głos do krzyku. – Mówię ci, że do niczego nie doszło! Maneravn jest tylko moim przyjacielem. W jego domu dzieje się coś złego, więc zostaje u nas na kilka dni.
– Jeśli jest tylko twoim przyjacielem, to czemu spędzasz z nim tyle czasu?
– Dlaczego ty mi nigdy nie ufasz!
●・○・●・○・●
Czarny kruk z białym prawym okiem siedział skulony w gałęziach jakiejś wysokiej sosny. Silny wiatr próbował go albo zepchnąć, albo strzepnąć z gałęzi. Groził, że przyniesie ulewę, jeśli ptak nie podda się jego woli. Ale ptak wiedział lepiej. Czy się podda, czy się nie podda, ten wiatr przyniesie ulewny deszcz, bo tak, bo może, i tak już od dawna było sucho, więc dlaczego nie? Kruk tylko czuł urazę, że ten deszcz nie zostanie przyniesiony na wyspę, której zapewne przydałoby się odświeżenie. Ach, jak bardzo chciałby wrócić w końcu na wyspę. Ale nie odejdzie, dopóki nie zobaczy się z Pinezką.
Biała wadera się spóźniła. Przyleciała zdyszana, z rozpędem rzadko spotykanym w jej przypadku, bo nie miała w zwyczaju się spóźniać. Zadyszka też była u niej rzadka, ale z obecnym wiatrem nie była zaskakująca. Strażniczka rozglądała się za swoim przyjacielem, chyba zapominając, że potrafi zmieniać się w kruka i latać. Maneravn po prostu do niej zleciał.
– Pinezka…
– Tak, wiem, musisz wracać, sprawdzić, co tam z wyspą i tak dalej – przerwała mu. – Najlepiej, żebyś leciał już teraz. Nie wyganiam cię, ale Mi wygadała się Wayfarerowi i on właśnie tu idzie. Uwierz mi, nie chcesz konfrontacji. Way nie ma w cholerę humoru.
Maneravn posłuchał cennej rady, przemienił się z powrotem w kruka i wzleciał w powietrze. Nie powiedział Pinezce, że spotkał się ze swoją rodziną, a raczej, że ona spotkała się z nim. Nie przyznał się, że dostał niebezpieczne ultimatum, albo wróci do watahy, albo oni pozbędą się jego przyjaciółeczki. Nie ostrzegł, że zamierza zrobić coś ryzykownego, przez co mogą się już nigdy więcej nie zobaczyć. Zostawił ten sekret dla siebie, by nie niepokoić wilczycy, choć sam prawie umierał ze strachu. Nie chciał. Wolałby po prostu uciec, udawać, że nigdy do niczego nie doszło. Zabrać ze sobą Pinezkę, którą zdążył obdarzyć sympatią mocniejszą niż tylko przyjacielską. Ale musiał być odpowiedzialny, musiał stawić czoła swojej przeszłości, jeśli kiedykolwiek miał być bezpieczny. Lecąc na swoją wyspę, zwaną pieszczotliwie przez niego Alene Oy, dopracowywał w głowie swój niebezpieczny plan, by możliwie zwiększyć szansę przeżycia.
Wyglądało to tak. Gdy czekał na jakieś wieści od Pinezki, przyleciała nagle obca rodzina kruków i usiadła tak, by odciąć Księżycowemu Oku drogę ucieczki. Już wtedy Maneravn podejrzewał, z kim miał do czynienia, choć w głębi duszy miał nadzieję, że to tylko zwykłe kruki, które postanowiły poznęcać się nad odmieńcem z białym okiem. Wszelkie szanse tego zniknęły, kiedy naprzeciwko niego usiadł kruk z blizną po poważnym poparzeniu, rozciągającą się przez połowę głowy. W tym miejscu nie było piór, zamiast nich powinien być czarny kaptur, ale najwyraźniej Gratepil zrezygnowała z niego na rzecz intymidacji. Na Maneravna od dawna to nie działało, za często oglądał ten paskudny, zniekształcony pysk w swoim życiu.
– W końcu cię namierzyliśmy – wykrakała krucza wadera. – Naprawdę myślałeś, że zdołasz nam umknąć? Nie miałeś szans!
„Biorąc pod uwagę, ile wam to zajęło, śmiem twierdzić inaczej. Ale już ciesz się ze swojego małego zwycięstwa, stara suko,” pomyślał do siebie ptak z księżycowym okiem, patrząc kwaśno na swoją przeciwniczkę. Zastanawiał się, czy powinien jej poderżnąć gardło tu i teraz. Mógłby to zrobić bez najmniejszego problemu, ale za dużo miała przy sobie przydupasów, by wyszedł z tego cało.
– Co? Nie zamierzasz nic powiedzieć? – Gratepil ewidentnie próbowała wywołać złość w swojej ofierze, jednak Maneravn miał na nią krótko mówiąc wyjebane. Niech gada zdrów. – Nie ważne. Nie musisz nic mówić, my wiemy wszystko. O twojej kochance też wiemy. – Gdyby nie wyćwiczone samoopanowanie, basior z pewnością najeżyłby pióra. – I zaufaj mi, oboje pożałujecie, że coś między wami kwitnie. Chyba że – samica łypnęła na Maneravna okiem – wrócisz z powrotem do watahy. Jestem skłonna wybaczyć ci niesubordynację, byłeś moim najlepszym uczniem. Wystarczy, jeśli przyznasz mi rację, będziesz błagał o wybaczenie i do mnie wrócisz, a będziemy wszyscy udawać, że nic się nie wydarzyło.
„W dupę mnie pocałuj,” Księżycowe Oko nie zamierzał odezwać się na głos ani słowem. „Prędzej świnie skrzeli dostaną niż wrócę do tej twojej pieprzonej sekty.”
– Hm? Nic? – Coś w minie Gratepil zdradzało, że nie spodziewała się takiej reakcji. Czy ta idiotka naprawdę myślała, że jej były uczeń się przed nią ukorzy? – No trudno. Jeśli nie chcesz do nas wrócić, nie musisz, ale zapewniam cię, że jeśli do pełni nie zmienisz zdania, twoja dziewczyna skończy utopiona w rzece z rozciętym brzuchem i każdym możliwym otworem wypełnionym inną cieczą. Ciebie również w końcu złapiemy, ale później, żebyś mógł doświadczyć bólu straty. Tak jak ja, kiedy zdradziłeś własną rodzinę! – wrzasnęła na niego, rozpościerając groźnie skrzydła.
Stado kruków wzleciało w górę, wykrzykując w kierunku Maneravna stos obelg oraz gróźb. Gadajcie zdrów, pomyślał samiec do siebie, choć w sercu zdążył zakorzenić się strach, rozrastając swoje kolce zbyt daleko i zbyt gęsto, by mógł być ignorowany. Stwierdzenie, że Maneravn właśnie srał w przysłowiowe gacie, byłoby zbyt delikatne. Musiał znaleźć sposób, żeby oszczędzić Pinezce ponurego losu, tylko jak?
Jego dawna wataha miała pewną tradycję. Każdy mógł spłacić swój dług bez dodatkowych formalności, jeśli udało mu się pokonać alfę watahy w walce. Żadnych kruczków, żadnych oszustw, jeśli pokonałeś alfę, nikt nie mógł mieć do ciebie wątów. Możesz nawet opuścić watahę bez żadnych konsekwencji, a jeśli ktoś spróbuje się za to zemścić, łamie prawo watahy. Jeśli przegrałeś, alfa zabija cię na miejscu i na dobrą sprawę na to samo wychodzi, bo dług dalej jest spłacony.
Niezależnie od wyniku walki, Pinezka będzie bezpieczna. A to dla Maneravna było najważniejsze.
⟦Rozdział 4 – Nieme słowa czynów⟧
Z początku kiedy Maneravn nie wracał, Pinezka była przekonana, że z wyspą było w porządku i po prostu na niej został, by posprzątać. Na razie trzymała się rodziny, by uspokoić swoją młodszą siostrę, ale od razu obiecała sobie, że poleci odwiedzić swojego przyjaciela, gdy tylko znajdzie się okazja. Na szczęście Wayfarer o nic nie dopytywał, wystarczyło mu wiedzieć, że między Maneravnem a Citlali nic nie zaszło, jednak Mała Mi wciąż uparcie śledziła starszą waderę i próbowała wyciągnąć jak najwięcej informacji. Któregoś dnia Strażniczka tak się zirytowała, że poleciała do czubków drzew i została wśród nich do wieczora. Wtedy Way upomniał Mi i trzymał ją z dala od córki eliksiru.
Wayfarer odszedł na południe, Mi skupiła się na treningach, a Pinezka wreszcie znalazła chwilę, by odwiedzić Maneravna.
Jakież było jej zdziwienie, gdy na zboczu wzgórza dalej widniał symbol ostrzegawczy. Kruk albo na wyspę nie dotarł, albo była ona dalej niebezpieczna, tylko jeśli tak było, to gdzie był basior? Być może wystraszył się Mi na tyle, że nie chciał mieć z nią więcej do czynienia, ale mógłby chociaż dać znać Zendayafiri, co u niego.
W końcu Zendayafiri nie miała prawa wiedzieć, że jej przyjaciel właśnie szykuje się do walki, w której najprawdopodobniej straci życie. Gdyby wiedziała, odchodziłaby od zmysłów, a na to żadne z nich nie mogło sobie pozwolić. Zamiast tego wadera była przekonana, że wyspa po prostu dalej wydzielała szkodliwe promieniowanie i trzeba było się od niej trzymać z daleka, aż Maneravn nie zadecyduje inaczej.
A przynajmniej chciała być do tego przekonana. Problem był tylko taki, że bardzo dobrze widziała żyły wyspy, które wcale nie pulsowały. Ba, były wyblakłe, nie świeciły tak intensywnie jak zawsze, jakby wyspa umierała, albo przynajmniej spała. Pinezka znakomicie wiedziała, jaka była obietnica, ale licho by to, martwiła się za bardzo, by się teraz nią przejmować.
W głowie wadery myśli rozbrzmiewały niczym ulewa uderzające o liście drzew. Wszystkie były głośne, za głośne, a ona nie miała gdzie się przed nimi schować. Co się stało? Gdzie jest Maneravn? Co się dzieje z wyspą? Dlaczego basiora nigdzie nie ma? Strażniczka nie wiedziała, czy martwić się o przyjaciela, czy o skrawek lewitującej ziemi, który, co dopiero teraz po tak długim czasie do niej dotarło, traktowała jak dom. Maneravn mógł potrzebować pomocy Citlali. Ale on mógł poprosić o pomoc też kogoś innego. Wyspa nie mogła prosić, była zdana na łaskę tych, którzy wiedzieli o jej istnieniu, a takimi istotami byli Maneravn i Pinezka. Maneravna nie było, zostawała Pinezka. Ale Maneravn może bardziej potrzebować pomocy. Bardziej niż umierająca wyspa?
Córka Eliksiru podleciała bliżej do swojego drugiego domu. Do Alene Oy, coś odezwało się w jej głowie. Zbliżyła się do krawędzi, przygotowała mięśnie do upadku. Przyspieszając nieco, by nie wylądować na samym brzegu, minęła granicę mocy.
Nie wylądowała.
Ulewa stała się huraganem, liśćmi nie targały już tylko ciężkie krople, ale również silny wiatr, zdolny połamać konary drzew. Dlaczego grawitacja wyspy nie działa? Czy wyspa naprawdę umarła? Czy to tylko kwestia czasu, zanim jej ukochany drugi dom spadnie w przepaść i stanie się kupą gruzu? Nawet nie wiedziała, co jest pod wyspą. Czy spadająca ziemia kogoś zabije? Czy jest tam pusty dół, gdzie kiedyś znajdowała się właśnie ta wyspa, zanim stała się wyspą? Czy rośliny endemiczne dla tego miejsca zdołają jakoś przetrwać? Nie. Na to ostatnie odpowiedź z pewnością brzmiała nie. To są tak specyficzne warunki, że nawet jeśli roślinność przetrwa upadek, nie przetrwa zmian. Szlag by to. Co się dzieje? Dlaczego wyspa umarła?
Dlaczego Alene Oy przestało być jej domem?
„Nie jesteś w tym sama,” usłyszała w głowie. Ten głos nie przypominał przekleństwa, które wiecznie za nią chodziło, ale nie chciała ryzykować. To, co w pewnym sensie zabiło jej rodziców, potrafiło wyśmienicie udawać. Kruki są bardzo dobre w naśladowaniu głosów, lepsze nawet od papug.
– Spierdalaj – syknęła. Jeśli słyszała głos w głowie, on na pewno słyszał ją na powietrzu. – Wolę być sama niż mieć ciebie.
„Nawet mnie nie znasz.”
– Ale moi rodzice cię znali.
„Nie jestem tym, za kogo mnie uważasz.”
Gdyby nie delikatność, z jakim mówił ten głos, Pinezka nie miała by problemu go metaforycznie ugryźć. Jednak miłość, jaka wypełniała każde słowo, spokojny ton i rozkwitająca cierpliwość spowodowały, że wadera nieco wycofała się w rozmowie. Rozglądała się dookoła, jakby mogła znaleźć gdzieś przemawiającą do niej żeńską istotę, choć świadomie wiedziała, że nikogo przy niej nie ma. Głos był ideą przemawiającą w jej głowie, krzykiem myśli narzuconych przez wyższe istnienie. Nie miał fizycznego źródła. Tak naprawdę nie można było go nawet usłyszeć, był bardziej uczuciem, wizją. Marzeniem umieszczonym gdzieś w głębi umysłu. Ale ponieważ nie istniało lepsze określenie na to, co odbierała Pinezka, należało pozostać przy określeniu głosu. A ponieważ nie było trafniejszego czasownika na sposób odbierania tego głosu, i ponieważ głos z reguły właśnie się słyszy, Pinezka była zmuszona twierdzić, że słyszy w głowie kobiecy Głos, który mówi jej, że nie jest kruczym diabłem, który przyczynił się do śmierci jej rodziców.
– W takim razie kim jesteś? – zapytała podejrzliwie Strażniczka. Była gotowa z miejsca opuścić wyspę, jeśli nie spodobałaby się jej odpowiedź. W jej rodzinie mieli już do czynienia z dziwacznymi bóstwami, nie zamierzała powtarzać historii.
„Zwą mnie różnie, choć żadnego imienia nie uznaję za swoje. Bywam przeróżnymi rzeczami, a obecnie jestem chęcią pomocy, która przyłączyła się do ciebie.”
– Nie, dzięki – wtrąciła się w wypowiedź Pinezka, która właśnie ruszyła odważnie dalej, zdeterminowana, by odnaleźć jakiekolwiek wskazówki dotyczące tego, co dzieje się na Alene Oy. Nie chciała słuchać, jednak wiedziała, że przed tym Głosem nie ucieknie. Odzywał się w całej jej świadomości, wypełniał ją, aż ulewne myśli zaczęły cichnąć, wypychane poza granice. Z jednej strony była wdzięczna, że Głos pozbył się dla niej jej natrętnych myśli, które powodowały w obiegu krwionośnym niepotrzebne podwyższenie adrenaliny. Z drugiej chyba wolałaby, żeby zostawił ją w spokoju.
„Możesz określać mnie mianem Biała Gapa,” kontynuował Głos, nie zważając na protesty wadery. „Pomogę ci odkryć tajemnicę tej wyspy, gdyż jest ona również i moim domem.”
No dobra, to była interesująca informacja. To wciąż mógł być ten cholerny kruczy demon, ale tym razem miał jakiś faktycznie ciekawy argument, by Pinezka słuchała dalej. Nie, żeby miała jakiś wybór. Gdyby nad tym pomyśleć, tego Głosu, głosu Białej Gapy, nie potrafiła z siebie wyrzucić tak jak głosu demona. Jednak kropki się całkiem sprawnie łączyły.
– Jak zamierzasz mi pomóc, Biała Gapo?
„Spójrz w dół.”
Nere'e spojrzała, a sierść na jej karku zjeżyła się niczym kolce wystraszonego jeża, z którym łączone jest to określenie. Widziała pod sobą, tuż pod swoimi łapami, śnieżnobiały obłok, niemal rozpływający się w powietrzu, ale w jakiś sposób utrzymujący zbitą formę przypominającą gawrona. Białego gawrona o czerwonych, ledwo dostrzegalnych oczach, które patrzyły na Pinezkę to lewą, to prawą stroną. Eteryczny ptak musiał wcześniej chować się tuż za granicą wizji wadery, a teraz za rozkazem Głosu stał się dla niej widoczny. Być może był tym, co rozmawiało z Pinezką, ale szczerze córka eliksiru w to wątpiła. Biała Gapa sama twierdziła, że może być czymkolwiek, a teraz jest chęcią pomocy. Gawron z pewnością jest niczym więcej jak projekcją, stworzoną wyłącznie dla Pini i prawdopodobnie tylko przez nią dostrzegalną. Strażniczka nie wiedziała, dlaczego to wie. Ale wiedziała.
Gawron poleciał do przodu, wyprzedzając ją i skierował się ku świątyni. Pinezka dość blisko go śledziła, nie chcąc pomylić ptaka z obłoczkiem, gdyby mrugnęła ułamek sekundy za długo. W ten sposób ominęli symbol ostrzegawczy i trafili prosto do wejścia świątyni.
Pinezka z przyzwyczajenia chciała stanąć na twardej podłodze świątyni, ale grunt sam ją odpychał. Udając przed sobą i Gapą, że przecież się tego spodziewała, westchnęła głęboko, nie chowając swojego smutku na pysku, ale chowając pod tym smutkiem zażenowanie. Tak bardzo pokochała zwykłe, głupie chodzenie, że teraz na każdym przysłowiowym kroku próbowała do niego wrócić. No nic, trzeba się skupić na zadaniu. Ocalenie wyspy od czegokolwiek, co ją męczyło, było priorytetem.
W milczeniu eteryczna forma zbliżyła się do legowiska tak skrupulatnie uplecionego niegdyś przez Maneravna. Leże nosiło już znamiona czasu, uschnięte i spłaszczone spoczywało pod zaokrągloną ścianą z pojedynczymi odłamkami rozrzuconymi dookoła. Przez tą krótką chwilę Pinia uświadomiła sobie, że dwójka przyjaciół nigdy nie wymieniła mchu ani trawy, a jedynie dodawali nowe warstwy, gdy legowisko stawało się zbyt niewygodne. Teraz gawron kazał jej zbezcześcić to przepełnione wspomnieniami miejsce i pozbyć się urokliwego gniazdka uplecionego przez Księżycowego Kruka. Nere’e nie była pewna, czy była w stanie się na to zdobyć, ale Biała Gapa nalegała, podskakując w jednym miejscu, jakby chciała sięgnąć czegoś schowanego pod trawą. Niech będzie, westchnęła w duszy wadera. Gdy wszystko wróci do normy, mogą przecież z Maneravnem na nowo coś uwić.
Jeśli wszystko wróci do normy.
Próbując nie stracić przy okazji równowagi, strażniczka odsunęła leże, niechcący je jednocześnie niszcząc. Z jakiegoś powodu akcja ta spowodowała napłynięcie łez do różowych oczu, jednak wilczyca wmawiała sobie, że była to wyłącznie wina kurzu, który wzbił się w powietrze z wyschniętej roślinności.
Pod legowiskiem faktycznie coś było, i to coś, czego Zendayafiri nie musiała wcale wypatrywać, bo rzucało się w oczy. Właz, a raczej wejście do niego zabezpieczone okrągłymi drzwiczkami. W przeciwieństwie do skrytki Maneravna, te drzwiczki wybijały się na tle białej podłogi, gdyż ich krawędzie były złocone, włącznie z uchwytem po jednej stronie. Nie wydawał się przeznaczony do wilczych łap, ale Pinezka postanowiła i tak spróbować, w szczególności, że namawiał ją do tego gawron.
Przednimi łapami chwyciła za uchwyt, tylnymi zaparła się o podłogę i zaczęła siłować się z mechanizmem. Gdy jednak trzecia próba z rzędu okazała się bezowocna, wadera odpuściła, dając sobie czas na odpoczynek i na zastanowienie się, co zrobić. Nawet gdyby miała wystarczająco siły, by to cholerstwo podnieść, nie mogła dobrze go chwycić. Drzwiczki wyślizgiwały się jej z łap, niewzruszone, podłoga też nie zapewniała wystarczającego oparcia. Citlali przeklinała w głowie, plując już na ten właz.
– Jaki jest plan? – zapytała Białej Gapy, patrząc się na jej eteryczną wizualizację. Wcale nie była zdziwiona, gdy nie otrzymała odpowiedzi. – Jesteś super pomocą – skomentowała gorzko.
W tym momencie ptak popatrzył w kierunku skrytki basiora. Pinezka również się ku niej zwróciła i choć nie miała dużych nadziei, postanowiła sprawdzić, czy w środku znajduje się coś poza zbawiennym lekiem Kruka.
Wyjęła płytkę, pogrzebała w środku i…
Poduszką łapy poczuła schowany w głębi zimny metal.
●・○・●・○・●
Kiedy jego droga przyjaciółka była zajęta ratowaniem wyspy, o czym on zresztą nie wiedział, Maneravn szykował się do walki. Miał jeszcze trochę czasu do pełni, a o Sistekamp, jak nazywała się walka z alfą, planował zawołać noc przed. Na razie ćwiczył uparcie swoją sztukę walki, by dać sobie jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Nie sądził, by były one zbyt duże, ale z pewnością nie zamierzał iść do swojej dawnej watahy jak jagnię prowadzone na rzeź. Postanowił walczyć wszystkim, co w sobie miał.
Przede wszystkim napędzała go miłość. Miłość do Alene Oy, miłość do Pinezki. Miłość do wszystkich wspomnień, które dzielił z waderą. Myśl, że miał jej już nigdy więcej nie zobaczyć po Sistekampie, napędzała krew w jego żyłach. Myśl, że ona nigdy więcej nie zobaczy jego i nawet nie będzie wiedziała, dlaczego, napędzała jego serce, by tą krew pompowało. Noc przed pełnią Maneravn rozleje krew. Był na to gotowy.
Na czas swoich treningów schował się daleko od Watahy Srebrnego Chabra i wyspy, w miejscu, gdzie jego przyjaciółka nie miała szansy go znaleźć. Tu mógł ćwiczyć w spokoju, nie nękany przez myśl, że zaraz zostanie nakryty. Co najwyżej mogła go namierzyć stara wataha, ale nimi się nie przejmował. Kij im wszystkim w oko, a najlepiej w oboje oczu.
Jego kopnięcie, prowadzone strachem i agresją, złamało w pół małą, rosnącą jeszcze brzózkę. Górna część rośliny poleciała dobre kilka metrów dalej, zanim opadła z szelestem.
●・○・●・○・●
Pinezka nie miała pojęcia, czym był metalowy wihajster, który znalazła w skrytce Maneravna, ale jeden jego koniec idealnie pasował do uchwytu drzwiczek w podłodze. Kombinując na lewo i prawo, ostatecznie udało jej się podnieść przykrycie włazu. Właściwie to samo się podniosło, gdy przekręciła metalowy klucz w otworze, ale starała się udawać, że podniosła to własną siłą. Czuła gorący rumieniec na policzkach na myśl, że próbowała otworzyć zakluczone drzwi. W jej obronie, uchwyt wcale nie wyglądał jak mechanizm do odkluczania, a wihajster w niczym nie przypominał klucza. Jak już to było mu bliżej do łomu.
Gawronia chmurka pierwsza wskoczyła do mrocznej przestrzeni skrywającej się pod świątynią. Wadera, nie znając lepszego wyboru, wleciała za nią łapami w dół niczym polujący w śniegu lis.
W piwnicy, czy cokolwiek to było, Pinezka jeszcze nie miała lepszego określenia na podziemne pomieszczenie, było zadziwiająco widno. Żyły pnące się po ścianach żarzyły się delikatnie pomarańczowym światłem, rozświetlając to miejsce wystarczająco, by wadera wszystko widziała. Być może gdyby wyspa była zdrowa, byłoby tutaj całkowicie jasno, ale to wiedział tylko Maneravn. Chyba. Może go tu nigdy nie było.
Córka eliksiru znowu o nim pomyślała. Wspominała, jak dobrze znał tą wyspę, nawet jeśli nie wszystko na niej rozumiał. Tym razem z jakiegoś powodu uświadomiła sobie zupełnie niespokrewnioną z obecną sytuacją sprawę. Przypomniała jej się woda, która pozwala zajść każdemu w ciążę, nawet basiorowi. Skąd Maneravn to wiedział? Czyżby przypadkiem kiedyś napił się tej wody i teraz na świecie gdzieś krąży jego młodsza kopia? Może znalazł gdzieś zapiski o tej wyspie, zdołał je rozszyfrować i korzystał z wiedzy w nich zawartej, ale czy w takim wypadku nie znałby źródła dziwnego zachowania żył? Księżycowy Kruk nie zdążył się wystarczająco otworzyć przed białą waderą, żeby jej wyjawić takie sekrety.
I być może nie będzie miał już ku temu okazji, pomyślała z przestrachem strażniczka. Zniknął z jej życia, zostawił Alene Oy za sobą i nie wiadomo było, dokąd się w ogóle udał. Może odszedł na stałe, może coś mu się stało. Może… Może…
Negatywne myśli dotyczące czarnego basiora wycisnęły słone łzy z oczu Pini. Zaczęła płakać, tu i teraz, w mrocznym pomieszczeniu, w towarzystwie eterycznego gawrona, nie mając pojęcia, dlaczego to wszystko ją tak bolało. Owszem, Maneravn był jej bliskim przyjacielem, ale czy za przyjaciółmi się tak brzydko płacze? Najwyraźniej tak, skoro Pinezka to teraz przeżywała. Jej serce kruszyło się na kawałki, których nie potrafiła pozbierać. Ich ostre krawędzie kłuły ją w środku klatki piersiowej, powodując paskudny ból. Jak bardzo chciała, by jej Księżycowy Kruk był teraz przy niej. By ją przytulił, powiedział, że wszystko będzie dobrze, że to tylko zły sen. Zamiast ciepłych łap czuła jednak tylko słony wodospad spływający po policzkach, a zamiast słów wypowiedzianych basowym głosem pomieszczenie wypełniał szloch i uderzenia mokrych kropli o marmurową posadzkę. Biała Gapa nie zaoferowała żadnego komfortu.
W końcu po kilku długich minutach wadera doszła do siebie i mogła razem z „chęcią pomocy” kontynuować ratowanie wyspy, czy tam cokolwiek one właśnie robiły. W jednej, krótkiej chwili strażniczka straciła wszelką pewność siebie oraz swojego celu, a czyny, które wykonywała, zdawały się nie mieć więcej sensu. Nie wierzyła, że bez Maneravna sobie poradzi. Że cokolwiek zdziała. Na szczęście Biała Gapa nie była tak bezduszna, jak z początku się wydawała.
„Nie martw się, masz wszystko, czego potrzeba, by pomóc tej wyspie,” wyszeptała ciepłym głosem do umysłu wilczycy. „Twój partner również sobie poradzi.”
Citlali poczuła niewidzialną czerwień wpełzającą na jej policzki po usłyszeniu ostatniego zdania.
– To nie mój partner! – zaprzeczyła. Jednak mimo tych zapewnień, na myśl, że Maneravn mógłby być jej partnerem, w jej brzuchu budziło się stado motyli. To była nierealna, ale bardzo przyjemna mrzonka. Tylko mrzonka, bo Pinezkę i Maneravna łączyła wyłącznie przyjaźń i nic więcej. Nawet gdyby córka eliksiru miała jakieś uczucia do Księżycowego Kruka, a przecież tak za żadne skarby nie było, to on z pewnością nie byłby zainteresowany kimś takim, jak ona. Kolorowa wadera o prze dziwacznym pochodzeniu, która nie może nawet stanąć na ziemi? Która nic nie znaczy w swojej watasze i prawie tyle samo we własnej rodzinie? Która nie może zaoferować swoim charakterem nic poza odrobiną śmiechu? Nie, Maneravn z pewnością nie był nią zainteresowany w sposób, w który ona mogłaby być zainteresowana nim. Mogłaby, bo nie jest.
„Jak uważasz. Kontynuujmy.” Głos obecności wyrzucił z umysłu strażniczki nieodpowiednie do sytuacji myśli.
Para przeszła do przyglądania się oświetlonej piwnicy w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mieć związek z Alene Oy. Przynajmniej Zendayafiri do tego przeszła, bo eteryczna postać wydawała się kroczyć pewnie ku jakiemuś punktowi, jakby dokładnie wiedziała, co robić. No cóż, pewnie wiedziała, w końcu była o wiele bardziej obeznana w sprawach wyspy. Wadera poudawała jeszcze chwilę, że się rozgląda, zanim dołączyła do albinosa.
Na końcu pomieszczenia znajdowały się jeszcze jedne drzwi. Tym razem o wiele bardziej przypominały te tworzone przez ludzi, choć miały okrągły kształt i na człowieka były za małe. Ich powierzchnię stroiły, jak wszystko w tej piwnicy, świecące na pomarańczowo żyły, formujące na samym środku marmurowej płyty kształt przypominający samą Alene Oy z bocznej pespektywy. Przez głowę córki eliksiru przebiegła myśl, że latająca wyspa jest jakimś zaawansowanym technologicznie statkiem, a nie zaklętym kawałkiem lądu, ale przecież wtedy nie rosłyby tu rośliny… prawda?
Pinezka nie znała się na latających statkach.
Spełniając oczekiwania Białej Gapy, wadera nacisnęła esowato wygiętą, pozłacaną klamkę i otworzyła drzwi. Nie miała już pomysłu, czego się spodziewać, więc cokolwiek było schowane za podziemną komnatą, z łatwością mogło ją doprowadzić do zachwytu, albo co najmniej zaskoczenia. Może to był panel sterowania? Może jakieś małe, jedyne w swoim rodzaju magiczne drzewko? Może przejście do zaświatów?
A może jedno wielkie, śmierdzące, bezdenne nic, w które Pinezka wpadła jak wiśnia w kompot i właśnie spadała w czarny mrok, czując na sobie pierwszy raz od dawna siłę grawitacji.
●・○・●・○・●
Biała wilczyca obudziła się z bólem głowy i łapami opartymi na ziemi. Przeklinała pod nosem na tą stęchłą dziurę, na siebie, na Białą Gapę i na wszystko, co słońce oświetla, jednocześnie głaszcząc się między uszami. Nie zauważyła od razu, że stoi – też nie wiedziała jeszcze, na czym – ani że nie ma z nią eterycznego gawrona. Dopiero, gdy dotarło do niej to drugie, zaczęła się uważnie rozglądać.
Szczerze mówiąc, nie było za dużo do oglądania. Ciemno jak daleko oko sięgało, o ile sięgało jakkolwiek dalej niż czubek nosa, którego Pinia i tak nie była pewna, czy widziała. Można było powiedzieć, czerń gęsta jak smoła w trakcie zimnej, bezgwiezdnej nocy. Inne zmysły również na niewiele się przydały, w nowym otoczeniu nie rozbrzmiewał żaden dźwięk, ani nie roznosił się choćby cień woni. Jedynym bodźcem dla zawieszonej w nicości strażniczki była zimna posadzka o strukturze podobnej do żwiru, w przeciwieństwie do którego była w pełni stabilna. Nie mając zbytnio wyboru, córka eliksiru wykonała niewielki krok do przodu.
To wystarczyło, by obudzić pomieszczenie.
– Witaj, Pinezko – odezwał się żeński głos, delikatny i rześki niczym poranna morska bryza. – W czym mogę ci służyć?
Skonfundowana wadera dała sobie chwilę, zanim postanowiła odpowiedzieć.
– Wiesz, co dzieje się z Alene Oy? Z wyspą? – Szybko się poprawiła, bo przecież ten kolejny obcy głos mógł nie mieć pojęcia, do czego odnosiła się użyta nazwa własna. Minęło kilka sekund, zanim usłyszała odpowiedź.
– Wyspa tęskni za tobą i Maneravnem.
A to ci heca. Alene Oy miała uczucia i była świadomym kawałkiem latającej ziemi. Czy ten dzień mógł stać się dziwniejszy? Równie dobrze to wszystko mogło się Citlali śnić, ale zanim się obudzi, musiała zadać jeszcze kilka pytań.
– A wcześniejsze zawirowania mocy? Nie były raczej z tęsknoty.
– Ach. Nie. – Tajemniczy głos znowu pozwolił sobie na kilka sekund ciszy, zupełnie jakby był tłumaczem dla wyspy i właśnie jej słuchał, by przekazać wiadomość dalej. – Wyspa, czy jak nazywacie ją z Maneravnem, Alene Oy czuje się czasami chora. Jestem pewna, że wy, śmiertelnicy, mówicie na to… przeziębienie?
Cóż, to było antyklimatyczne. Całej wyspie okazjonalnie odwala, bo się zwyczajnie przeziębia i przez to staje się zagrożeniem dla zakocha- ZAPRZYJAŹNIONEJ parki oraz innych stworzeń ją odwiedzających. Zendayafiri nie była pewna, czy rozmawiająca z nią najwyraźniej nieśmiertelna istota zauważyła, że wywraca oczami, ale miała taką nadzieję. Niezależnie od stanu rzeczy, tłumaczka kontynuowała dalej.
– Rozwiązanie jest prostsze, niż ci się wydaje, Pinezko. Gdy tylko wyspa zaczyna chorować, musicie ty albo Maneravn wlać misę leczniczej wody do wgłębienia znajdującego się na drugim wzniesieniu. Wtedy szybko i skutecznie uleczycie wyspę.
Łał, i to tyle?, mruknęła do siebie w głowie Pinezka. Całe to staranie się, odwiedzanie podejrzanej piwnicy, zamartwianie się, wszystko tylko po to, żeby się dowiedzieć, że trzeba czasem wyspę poić. Szlag, równie dobrze mogłaby się już obudzić, bo tylko głowa ją bolała mocniej od tego szaleństwa.
Na szczęście na spełnienie swojej prośby wcale nie musiała długo czekać.
●・○・●・○・●
Obudziła się, znowu, i ponownie w zupełnie ciemnym pomieszczeniu. Tym razem jednak lewitowała nad podłogą, jak matka natura jej przykazała, a pod nogami kręciła się Biała Gapa, stukając dziobem o palce. Wadera tego nie czuła, co najwyżej wyczuwała chłód bijący od eterycznego stworzenia, ale doceniała oddanie, jak i samą próbę obudzenia jej.
Podniosła głowę w poszukiwaniu jakiegoś punktu orientacyjnego, na podstawie którego mogłaby określić, gdzie się znajduje. Jej pojmowanie otoczenia zostało zaburzone po tylu upadkach, przebudzeniach i zmianach w grawitacji, dlatego musiała dobrze się skupić, by cokolwiek zrozumieć. Gdy już jej wzrok przyzwyczaił się w miarę do ciemności, wychwyciła krawędzie okrągłych drzwi, które wcześniej otwierała. Znaczyło to z pewnością, że jest z powrotem w tajemniczej piwnicy, choć teraz już żadne żyły nie świeciły. Powrót na zewnątrz nie będzie zbyt prosty, ale jeśli wadera dobrze kojarzyła, nie było żadnych odnóg, gdzie można by było zabłądzić. Postanowiła trzymać się ściany, żeby dotrzeć do wyjścia.
Pinezka pierwszy raz, odkąd tu trafiła, dotknęła ścian piwnicy i poczuła, jakie są wilgotne. Krople osiadały się na poduszkach, sklejały sierść między palcami, a co najgorsze, sprawiały, że ściana wydawała się dużo chłodniejsza, niż w rzeczywistości była. Mimo to Pinia odważnie podążała do przodu, w pewnym sensie krocząc po ścianie.
Gawron prowadził ją przez ciemność, oświetlając to, co jego eteryczna, delikatna forma była w stanie i nawet jeśli nie było to dużo, strażniczka czuła wdzięczność.
W ten sposób byli w stanie w miarę sprawnie się wydostać z podziemnego pomieszczenia.
Po wyjściu Citlali nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Dowiedziała się, jakie jest źródło zachowania wyspy, ale szczerze? Po tej przygodzie pojawiło się więcej pytań, niż mogła dostać odpowiedzi. Pytania takie jak „czym była ta wyspa?”, „co to było za pomieszczenie?”, „czy Maneravn wiedział o tym, co się tam znajduje?” krążyły jej po głowie, mieszając w umyśle jeszcze bardziej.
Jeśli wiedziała cokolwiek, to to, że musiała zostać na wyspie, dopóki Maneravn nie wróci. Wyspa za nimi tęskniła, a jeśli zostanie porzucona, coś mogło jej się stać. Dodatkowo obowiązkowe było wlanie miski wody do tego całego otworu na drugim wzgórzu, żeby pomóc z tą całą chorobą, o ile Alene Oy wciąż ją ma. Na pewno nie szkodziło dmuchać na zimne. Och, jak bardzo teraz Pinia prosiła wszystkie siły wyższe, żeby kruk w końcu wrócił do domu i stał się ponownie ostoją wadery.
⟦Rozdział 5 – Sistekamp⟧
Minęło wiele nocy wypełnionych ćwiczeniami, treningami i szczerym życzeniem, by wszyscy w watasze kruko-wilków zdechli powolną i bolesną śmiercią, ale w końcu nadeszła pełnia. Maneravn czuł się gotowy – na śmierć, albo na wygraną, wynik nie miał znaczenia. Był gotowy na walkę.
Noc pełni była zimna, mokra, a księżyc chował się za przerywaną zasłoną chmur, nie dając zbyt dobrego oświetlenia. Zachowywał się tak, jakby nie chciał patrzyć na rozgrywający się na ziemi dramat, którego bohaterami byli biała wilczyca, jej prawie pierzasty przyjaciel i cała dawna rodzina czarnego wilka. Przecież to nie mogło dobrze się skończyć, wszyscy to wiedzieli. Z tego samego powodu żadne świerszcze nie grały swoich melodii, a sowy zaniechały polowań i pohukiwań. Cały las wypełniał strach.
Maneravnowi udało umówić się na Sistekamp dokładnie tak, jak zakładał. Kiedy przybył do Svarte Fjær Ulveflokk noc przed, każdy wilk patrzył na niego spode łba, a niektórzy nieomal rzucili się na niego z kłami i pazurami. Szeptali między sobą. Patrzcie, Księżycowe Oko wrócił. Będzie się teraz płożył przez Gratepil, żeby mu wybaczyła. Nie powinna! Zdrajców nie przyjmuje się z powrotem! Gdybyśmy teraz rozszarpali go na strzępy, nikt by się nie przejął.
Księżycowe Oko ignorował ich, dumnym i pewnym krokiem kierując się do leża alf. Mąż Gratepil i alfa Svarte Fjær Ulveflokk, potężny basior znany wszystkim jako Ingar, nawet nie podniósł się na widok zdrajcy. Maneravnowi to nie przeszkadzało, jednym z sekretów, jakie znał o parze alf jako najlepszy i ulubiony uczeń, było miłosierdzie Ingara. Nie był to wilk, który trzymał urazę, nawet jeśli chodziło o zdrajców watahy. W rzeczywistości jedynym powodem, dla którego alfa był tak surowy, była potrzeba zachowania respektu swoich podwładnych. Z tego względu Maneravn z pełnym szacunkiem ukłonił się przed tym, którego niegdyś nazywał swoim ojcem.
– Alfo Ingarze – przywitał się, zachowując poprawny Savoir Vivre, żeby nikt nie miał powodu go zaatakować. Zauważył, jak straż alf dostała krzywych min. Gdyby mógł, uśmiechnąłby się szyderczo.
– Maneravnie. – Ingar przytaknął głową. – Co sprowadza cię z powrotem w progi, które tak butnie kiedyś opuściłeś?
– Czyżbyś dostał rozumu? – Do rozmowy wtrąciła się Gratepil, siedząca zaraz obok męża. Przewodnik stada rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, że ma się nie odzywać, bo jej póki co ta konwersacja się nie dotyczy. Na ten widok wadera się skuliła i wycofała.
– Przybyłem prosić o Sistekamp w celu odkupienia mojej przeszłości.
Kiedy czarny basior kroczył z powrotem na tereny Svarte Fjær, wspominał z gorzką satysfakcją zaskoczoną minę pary, którzy najwyraźniej nie spodziewali się takiego obrotu spraw. Ingar się zgodził, choć było to z ciężkim sercem, co Maneravn poznał w jego granatowoczarnych oczach. Najlepszy uczeń, jakiego kiedykolwiek miał, właśnie wyzwał go na najpoważniejszą walkę, jaka istnieje w watasze. Oczywiście, że byłby załamany. Księżycowe Oko liczył na to, że staruszek nie da mu fory na rzecz dawnych czasów.
Polana Bojowa wyłoniła się spomiędzy krzewów, owinięta warstwą gęstej mgły. Nosiła znajoma wiele walk, które działy się w przeszłości, a teraz wspomnieniem po nich był zapach. Zapach krwi, żalu i śmierci zbierającej cierpliwie żniwa. Wśród młodych wojowników watahy nazywano tą polanę Cmentarzyskiem. Dzisiaj są zajęcia na Cmentarzysku. Idziemy z alfą na Cmentarzysko.
Sistekamp zawsze ma miejsce na Cmentarzysku.
Ingar już czekał, tak jak cała reszta Svarte Fjær Ulveflokk. Gratepil patrzyła na swojego byłego ucznia z pogardą, najwyraźniej spodziewała się tylko jednego wyniku tej walki. Jej podopieczni, tak ślepo zapatrzeni w alfę, nosili ten sam wyraz twarzy. Jedynym wyjątkiem był bliski przyjaciel Maneravna, jeszcze z czasów wspólnej nauki. Zawsze trzymali się razem. Teraz na jego pysku widniało pojedyncze pytanie: „dlaczego?”.
Gdyby odważył się podejść do swojego zaprzysiężonego brata, otrzymałby odpowiedź. Bo tutaj nie wolno mi kochać, a ja bez miłości po prostu nie potrafię żyć. Naprawdę szkoda, że w sercach kruków nie ma miłości.
●・○・●・○・●
Pinezka, zgodnie ze swoją obietnicą, którą sobie dała, nie opuszczała wyspy. Doglądała roślin, poiła wgłębienie, sprzątała, wymieniała trawę w legowisku. Usunęła symbol na zboczu w nadziei, że Maneravn w końcu wróci, zobaczy, że go brakuje i zawita na Alene Oy z otwartymi dla strażniczki ramionami. W końcu Zendayafiri tyle ryzykowała, zostając tu. Jej rodzina z pewnością się zamartwiała, pytali, czy ktoś widział lub słyszał od Pini, bo już tyle czasu jej nie było.
Jednego bardzo późnego wieczoru, w noc pełni, kiedy wadera spała głębokim snem, na wyspie wylądował czarny kruk. Oboje jego oczu miało ciemno rubinowy kolor, a na piórach wyraźnie widniały wzory przypominające runy. Skakał po wyspie w poszukiwaniu czegoś, a raczej kogoś, aż natrafił na białą świątynię. Jakoś wcześniej nie rzuciła mu się w oczy, ale teraz, gdy już to zrobiła, dobrze wiedział, że tu spoczywa jego cel. Jeszcze przed wejściem zmienił się w smukłego, niskiego wzrostem wilka, którego grzbiet w prostej, szerokiej linii porośnięty był kruczymi piórami.
Wkroczył po cichu między białe mury, jego oczy wwiercały się w gęstą ciemność w poszukiwaniu śpiącej wadery. Ach, znalazł ją. W końcu. Delikatnie jak tylko mógł, trącił jej leżące płasko na legowisku ciało, nie zważając, czy się go wystraszy.
– Mm? Maneravn? – wymamrotała Pinezka, rozklejając powoli powieki. Duża różnica w sylwetce między tajemniczym gościem a prawdziwym Maneravnem szybko dała jej do zrozumienia, że ma obcego w domu. – Co do- Kim jesteś?!
– Rikedelsten, miło mi – rzucił nonszalancko basior, jakby wcale nie naszedł nieznanej kobiety podczas snu. – Maneravn to mój psiapsiół i właśnie próbuje się zabić, żeby cię chronić. Musimy lecieć.
Zanim Nere’e zdążyła zadać kolejne pytania, Rikedelsten był już na zewnątrz, zmieniając się w swoją kruczą formę. Wadera wybiegła za nim, próbując go nie zgubić na tle ciemnego nieba.
Lecieli przez wiele paskudnie dłużących się minut, podczas których Pinia zdążyła obrócić dziesiątki razy słowa nieznanego wilka. Maneravn próbuje się zabić. Żeby ją bronić. Co to miało znaczyć? Podobno ten cały Rik-cośtam przyjaźnił się z Maneravnem. Czy Maneravn kiedyś należał do jakiejś watahy? Czemu nic nie powiedział? Czy walczy właśnie ze swoją watahą? Ale gdyby tak było, to czemu jego przyjaciel go porzucił i przyleciał po nią? Co ona mogła zrobić? Nie miała szans przeciwko całej watasze kruków. Nawet jakby próbowała atakować z góry, oni też przecież potrafią latać.
Ich celem była polana ukryta w środku lasu. Właściwie gdyby nie nagła dziura w koronach drzew, Pinezka by nie wiedziała, że znajduje się tu polana, bo wszystko skutecznie zasłaniała mgła. Nie wiedziałaby też, że coś się na tej polanie dzieje, gdyby nie dźwięki walki i napalone krzyki skandujące czyjeś imię. Ingar.
Potem nagle zrobiła się cisza.
Kruk zleciał w dół, nurkując w mgle, a tuż za nim podążała biała wadera. Nie wiedziała, jakiego widoku ma się spodziewać, ale w głowie miała już wizję jej ukocha- przyjaciela rozszarpanego na strzępy, z jelitami wyprutymi na wierzch, nieżywego i niezdolnego uśmiechnąć się do niej ostatni raz. Możliwość ta zmroziła jej krew, a zmysły wyostrzyły się w poszukiwaniu zapachu posoki. Tak jak się spodziewała, metal wisiał w powietrzu, tak samo gęsty, jak mgła.
Wylądowali nagle, na krawędzi okrągłej polany otoczonej masą czarnych wilków. A więc jednak Maneravn miał swoją watahę, a przynajmniej kiedyś była ona jego. Wyglądali strasznie, zorientowała się Pinia. Czarne kształty ukryte w mroku nocy, ich oczy błyszczące złowieszczo, biel zębów będąca jedynym wyróżniającym się kształtem. Było jednak w nich też coś jeszcze. Z początku myślała, że są wściekli, żądni krwi i rzucą się na nią, gdy tylko zauważą, że nie była jednym z nich (co musiało zadziać się od razu, patrząc na jej kolor śmierci). Nie to jednak stroiło ich twarze.
Oj nie, zamiast jakiejkolwiek wściekłości, zęby obnażali w szoku i strachu. Rikedelsten wykonał krok do przodu, przyglądając się widocznej scenie. Skupił wzrok na dwóch czarnych, ledwo dychających kształtach, ewidentnie przerażony równie mocno, co Zendayafiri, jak nie bardziej. Nie zwracając więcej na nią ani na jej bezpieczeństwo uwagi, podbiegł do przodu, węsząc jeszcze w powietrzu.
Nikt z kruczej watahy się nie ruszył. Nikt nie zareagował, nikt nie powiedział chociażby słowa, nie poinformował reszty, że mają na swoim terenie obcego. Wszyscy wpatrywali się w dwa ciała na środku polany, jedno stojące, choć ledwo, całe pochylone, zaś drugie leżące pod nogami pierwszego. Pini ciężko było je od siebie odróżnić ze względu na gęstą mgłę i szumiącą w głowie adrenalinę, jednak w końcu dotarło do niej, że patrzy na Maneravna górującego nad kimś obcym. W swoim szoku nie potrafiła powiedzieć, czy to dobrze, czy nie.
Na jej pytanie odpowiedział Rikedelsten, który po dłuższych oględzinach dwójki wilków w końcu podniósł głowę. Jego donośny głos poniósł się echem po polanie.
– Ingar przyznaje przegraną! Maneravn wygrał Sistekamp! Jego winy zostają zapomniane!
Oglądający to przedstawienie podzielili się na trzy frakcje. Pierwsza zabuczała gniewnie, źli, że ich alfa Ingar przegrał ze zdradliwym szczeniakiem. Równie duża część wilków milczała, przyjmując zwycięstwo Maneravna z niezadowoleniem, ale honorem. Była też malutkie kilka osobników, którzy wyrazili swoje słowa uznania, gratulując Księżycowemu Krukowi wygranej. Łypano na nich gniewnymi oczyma, ale nikt nie zaprzeczył, że jest to powód do dumy.
Biała wadera w końcu nie wytrzymała i podleciała bliżej zwycięzcy. Maneravn ciężko oddychał, jego łapy drżały, a po czarnej sierści i piórach spływała lepka ciecz, po zapachu niewątpliwe krew z otwartych ran. Basior prawie się przewrócił, gdyby nie delikatne ramię jego przyjaciółki, potem jeszcze przyjaciela z drugiej strony. Kruk zdążył jeszcze na nich popatrzeć, zanim jego świadomość odpłynęła w nicość, a ciało stało się wiotkie. Pinezka była prawie pewna, że na Rika spojrzał z wdzięcznością, zaś na nią był tak jakby zły, jednocześnie zmartwiony i smutny. Nie było to przyjemne uczucie. Zamiast jednak martwić się o zdanie Maneravna, wadera musiała skupić się na poważniejszym problemie.
– Rikedelsten, widzę, że postanowiłeś zaprosić w nasze progi dziwkę swojego przyjaciela. – Głos wadery, kimkolwiek ona była w tej watasze, był szorstki, ostry i trujący na odległość. Podobne było zresztą jej spojrzenie, gdy zatarasowała drogę trójce. – Nieładnie tak, zapraszać gości bez naszej wiedzy.
– Spierdalaj, stara próchwo, Maneravn nie ma już żadnych relacji z Svarte Fjær Ulveflokk, ja zresztą też nie. Pamiętasz? Obiecałaś, że jeśli Mańkowi uda się odejść, to mi też to będzie dozwolone. – Córka eliksiru odnosiła wrażenie, że Rikedelsten bardzo pragnął się w tym momencie uśmiechnąć, ale miał wystarczająco zdrowego rozsądku, by się od tego powstrzymać. Prawdopodobnie ratował tym całej trójce życie.
„Stara próchwa” zazgrzytała zębami, zdecydowanie niezadowolona z przezwiska, choć trudno było jej się dziwić. Na szczęście jedyne, co od niej poleciało, to niewidzialne sztylety z oczu, które niczym nie groziły przyszłym zbiegom. Członkowie Svarte Fjær rozsunęli się na boki, by ujawnić zwycięzcy i jego przydupasom ścieżkę na zewnątrz. Na zewnątrz polany. Na zewnątrz tej sekty. Na zewnątrz ponurej przeszłości, która do teraz oblepiała pióra i sierść niczym gęsta smoła. Byli wolni. Wszyscy trzej.
Kroczyli powoli, uważając, by nie zgubić nigdzie Maneravna, czy może żeby on nie zgubił gruntu pod nogami, na jedno wychodziło. Ważne, że szli. Oddalali się od tego całego gówna, w które ostatecznie wszyscy byli zamieszani. Citlali najmniej, ale najwyraźniej stała się częścią problemu, gdy zaczęła przyjaźnić się z Księżycowym Okiem. No cóż, relacje wymagają poświęceń. Maneravn był gotowy poświęcić dla niej życie.
– Nie dasz rady sama go wnieść na Alene Oy, co nie? – Pytanie Rika wyrwało waderę z zamyślenia. Biorąc pod uwagę, że ledwo zwracała uwagę na otoczenie, ufając ruchom towarzysza, odpowiedź padła zadziwiająco szybko.
– Nie, jest dla mnie za duży.
– Niech to diabli. To i twoją dużą dupę, Maniek.
Ledwo przytomny basior zdołał podnieść kąciki ust, by wyrazić swoje rozbawienie. Widok ten ocieplił nieco i poruszył serce wilczycy. Dotychczas była wręcz przerażona jego stanem, jej serce bijące z ciężarem zimnego kamienia, żeby tylko nie złamać się wpół i zwinąć w kulkę w powietrzu, chowając przed światem spływające rzewnie łzy.
– Może byłby w stanie zmienić się w kruka, ale nawet gdyby mu się udało to nie wiadomo, czy będzie w stanie się odmienić na miejscu.
– Czyli pozostaje nam zostać na ziemi. – Pinezka bardziej stwierdziła niż zgadywała. Dobrze wiedziała, do czego zostają zmuszeni.
– Czyli pozostaje nam zostać na ziemi.
Informacja ta była przeogromnie nieprzyjemna, zważając na niechęć kruczej watahy do ich trójki, ale nie za bardzo mieli jak zmienić fakty. Musieli pozostać blisko terenów Svarte Fjær Ulveflokk przez najbliższe kilka dni, by Maneravn miał czas wylizać rany. Niech no tylko spróbują ich napaść, pomyślała do siebie Nere’e. Na pewno nie pozwoliłaby im w takiej sytuacji ujść płazem.
Przed nimi wylądował eteryczny biały gawron, istota, o której Pinezka zdążyła w pewnym sensie zapomnieć. A nawet bardzo dosłownie zapomnieć, więc widok Gapy ją dość zaskoczył. Nie widziała jej już przez długi czas, ptak nie odwiedzał jej, gdy była sama na wyspie. Teraz powrócił, a jego oczy łypały na nich raz z jednej, raz z drugiej strony. Wilczyca mogłaby przysiąc, że widziała w tym momencie napływające do oczu chmurki łzy.
Zaraz za gapą wylądował kruk. Był dużo większy, jak na kruka przystało, chociaż w tym przypadku był właściwie przeogromny. Znacznie za duży na zwykłego ptaka. W przeciwieństwie do poprzedniczki był też w pełni materialny, jego zarysy były wyraźne, a ciała nie zasłaniała miejscowa mgła. Jedynym, co łączyło dwa pierzaki, był kolor, gdyż oboje wyróżniali się na tle ciemnych traw niemal idealnie białą maścią. Jego mina pozostała kamienna, ślepia obserwowały trójkę wilków z czymś przypominającym nawet znudzenie. Kruk nie wydawał się poruszony widokiem, jaki zastał.
Czy raczej zastała, bo na oczach już i tak zdezorientowanej tym wszystkim Citlali, kruczyca przemieniła się w wielką, całkowicie białą waderę. Jej futro połyskiwało niczym perły, dzieląc z nimi te same kolory odbić. Pióra tworzące grzywę mieniły się tęczowo, o wiele wyraźniej niż czarne odpowiedniki, a do tego błyszczały niczym posypane brokatem. Oczy nieznajomej były naturalnie wąskie, spod długich, białych rzęs świeciły czerwone (a może fioletowe?) tęczówki albinosa. Prawe ucho wadery przystrajało jasnoniebieskie, świecące piórko. W tych samych kolorach i o takich samych właściwościach były malunki na twarzy. Pojedynczy okrąg na środku czoła, pokrywający je niemal w całości. Linie przypominające łzy, ciągnące się od policzków, ale kończące się na krawędzi oczodołu zamiast przy oku. Między oczami widniało coś na kształt krzyża, łączący kąciki oczu ze sobą, a także nos z czołem.
Szaman. Choć nikt nie powiedział jeszcze ani słowa, Pinezka odnosiła silne wrażenie, że właśnie tym jest przybysz. Jedno spojrzenie albinoski zmusiło ją do utwierdzenia się w tym przekonaniu.
– Suurisydän! Kopę lat! Co cię do nas sprowadza? – Rikedelsten starał się tak paskudnie bardzo brzmieć na pewnego siebie, aż fizycznie bolało, że wcale mu to nie wychodziło. Jego strach przebijał się przez usta jasno i wyraźnie, ogłuszająco wręcz. Kimkolwiek była dla kruczych wilków szamanka, miała wyraźnie określoną pozycję. Być może nawet alfy miały względem niej dystans.
– Co stało się Maneravnowi?
Oho, była nim zainteresowana. Strażniczka z Watahy Srebrnego Chabra może by się tym przejęła, gdyby nie dumny głos, jakim cechowała się Suurisydän. To dopiero była pewność siebie oraz pełna świadomość swojej wartości. A także pouczanie świata, by z nią nie zadzierał, bo ona jest bardziej niż gotowa się mu przeciwstawić. Naprawdę, to jedno pytanie wystarczyło, by Pinezka zrozumiała, dlaczego Rik tak się jej boi.
– Wygrał Sistekamp. – Słowa mniejszego basiora zdawały się zaskoczyć szamankę. Ale tylko zdawały. – Trochę się, nasz biedaczyna, przejechał, ale ostatecznie wygrał.
Wielka wadera kiwnęła głową. Jej twarz na powrót stała się kamienna, zimna.
– Gdyby ktoś miał wygrać z alfą, to Maneravn. Gratuluję. Zabierzemy go w trójkę na wyspę.
Zendayafiri przekrzywiła głowę, tak jak to robią ciekawskie szczeniaki. W jaki sposób jedna wilczyca i dwa kruki mieli przenieść wielkiego, ledwo przytomnego basiora na latającą wyspę? Suurisydän musiała mieć już jakiś plan, sądząc po jej oczach.
– Myślałem, żeby odpoczął na ziemi…
– Zaraz obok terytorium wroga? Watahy gotowej zabić, jak ktoś się na nich krzywo spojrzy?
– Ale Maneravn ledwo stoi!
– To nie on będzie leciał.
Rikedelsten chciał coś jeszcze dodać, ale nie ośmielił się pisnąć ani słowa pod nieustępliwym spojrzeniem szamanki. Nere’e pogratulowała mu w głowie resztek rozumu, bo coś jej mówiło, że gdyby próbował kłócić się dalej, Suurisydän całkowicie zrezygnowałaby z udzielenia pomocy.
⟦Rozdział 6 – Wschód ery spokoju⟧
Zanim Maneravn wrócił w pełni do zdrowia, zdążyły minąć długie miesiące. Złamane żebro i zwichnięte kolano uniemożliwiały mu normalne poruszanie się, a co dopiero przemienianie się w kruka. Do tego wszystkiego doszła infekcja, która wdała się w jedną z otwartych ran. Pinezka chciała skorzystać z magicznych mocy wyspy, ale Suurisydän upierała się, że procesu leczenia nie można przyspieszać, szczególnie po Sistekampie. Basior musiał odczuć swoje zwycięstwo, poczuć jego ból i wylizać rany. Bez krwi nie można było tego nazwać triumfem.
Przez cały ten czas kolorowa wadera nie wracała w ogóle do domu, ani nawet nie opuszczała wyspy, co ostatecznie spowodowało, że straciła poczucie pór roku. Nie wiedziała, jak teraz wygląda świat, zbyt dużo uwagi poświęcała swojemu przyjacielowi.
Wraz z nią na wyspie przebywali Rikedelsten i Suurisydän, z czego basior wziął na siebie odpowiedzialność dbania o pożywienie, a szamanka spełniała obowiązki związane ze swoim stanowiskiem. Pinezce pozostało doglądać wszystkiego, zupełnie jakby była jakąś przewodniczką stada. „Ile zostało ci leków?”, „Co dzisiaj upolowałeś? Musimy to podzielić tak i tak”, „Pamiętajcie o piciu wody z dobrego źródła.” Ilekroć zadawała takie pytania, Maneravn patrzył na nią z uznaniem i wdzięcznością, a także dodatkową emocją, której Pinia nie potrafiła przyporządkować. Zresztą obecne życie za bardzo ją zajęło, by rozmyślać nad takimi rzeczami.
Rikedelsten czasem żartował, że zachowywała się jak alfa, ale taka dobra i opiekuńcza, nie ta suka z Svarte Fjær Ulveflokk. Citlali w sobie tego nie widziała.
Pewnego wieczora, gdy już Maneravn był na tyle zdrowy, by chodzić, wziął ze sobą Pinezkę na spacer. Spacerowali jak kiedyś, po przyjacielsku, opowiadając sobie różne rzeczy i śmiejąc się do siebie. Tym razem basior już nic przed nią nie ukrywał, wspominał swoje życie w starej watasze, czasem nawet z przesadnymi detalami, opisywał ważne wydarzenia ze swojej przeszłości, a strażniczka z Watahy Srebrnego Chabra nie pozostawała mu dłużna. Chyba jeszcze nigdy nie byli ze sobą tak szczerzy jak akurat tego wieczora.
Szczerość ta otwarła w Pinezce pokłady pewności siebie, o których nie miała pojęcia. Jej uczucia względem Maneravna stały się jasne i przejrzyste, jej emocje i fałszywy zdrowy rozsądek nie osnuwały ich mgłą, tak jak to miało miejsce przez całą ich znajomość.
Była gotowa o nich porozmawiać.
Zatrzymali się na krawędzi lewitującej wyspy, po zachodniej stronie, gdzie słońce sięgało ostatkami promieni. Futro i pióra Maneravna wyróżniały się w tym świetle tęczowymi odcieniami czerni, bardziej widoczne stały się również runy, wciąż dla Nere’e nic nie znaczące. Na dobrą sprawę mogły nic nie znaczyć również dla kruczych wilków, może z wyjątkiem Suurisydän, która jako szamanka miała największe predyspozycje do znajomości tych symboli. Pinezka czuła się obok swojego przyjaciela bardzo zwyczajnie, jej futro nie błyszczało tęczą, jedyne ślaczki to były czarne trójkąty na krawędziach pomarańczy, jakby ktoś ją bardzo nieudolnie zszył. Księżycowe Oko jednak twierdził, że to nie w sierści tkwi piękno wadery. Najbardziej wyjątkowe były jej oczy.
Teraz Maneravn patrzył się w nie, jakby ktoś rzucił na niego czar. Pinezka zresztą również nie drgnęła, nie potrafiła się wyrwać z baśniowego obrazka, w jakim właśnie utknęła. Na Alene Oy potrafiło być tak romantycznie, jeśli tylko trafiło się w odpowiedni moment…
– Pinezko, muszę ci coś powiedzieć.
Słowa były pewne, ale też ostrożne i wyważone. Maniek kilka razy się zastanowił, zanim je powiedział. Zależało mu, żeby nie brzmiały w żaden możliwy sposób dwuznacznie, ani żeby on sam się nigdzie nie zachwiał. Córka eliksiru kiwnęła głową na znak, że słucha.
– Znamy się już ponad rok. Czas spędzony u twojego boku był najlepszym, jaki doświadczyłem przez całe swoje życie. Chcę, żeby trwał dłużej, może nawet do końca naszych dni. – Zbyt szybki wdech zdradził zdenerwowanie basiora. – Kocham cię, Zendayafiri Nere’e Citlali Pinezko. Chciałbym, żebyś została ze mną tu, na Alene Oy i stała się moją partnerką.
O rany, od tych słów zakręciło się wilczycy w głowie. Z jednej strony pragnęła je usłyszeć, z drugiej wciąż były szokujące, nawet jeśli bardzo oczywiste. Gdy była młodsza i pełna żywiołu, z pewnością teraz wykrzyczałaby bardzo głośno, że tak, że chce zostać, że ona też go kocha. Ale oni nie byli już młodzi i choć kochali się oboje, taka reakcja zdawała się nieodpowiednia. Nie, swoją odpowiedź Pinezka wyważyła równie ostrożnie, co Maneravn pytanie i powiedziała ją z taką samą powagą.
– Cieszę się, że żywisz względem mnie takie uczucia, bo ja również cię kocham, Maneravnie. Zresztą, to nie jest taki duży sekret, prawda? – Oboje zachichotali na ten żart. – I spędzenie u twego boku byłoby spełnieniem marzeń, zanim jednak to nastąpi, muszę pożegnać się ze swoją rodziną.
Czarny wilk kiwnął zrozumiale głową.
– Prawda, ty nie masz tak negatywnych stosunków jak ja. Zostawiam to więc tobie, moja kochana. Możesz polecieć, pożegnać się z nimi i wrócić, kiedy tylko zapragniesz. Nawet za kilka miesięcy.
– W życiu nie zajmie to kilku miesięcy!
Znowu się śmiali, weseli i zadowoleni z tego wieczora. Pinezka wreszcie poczuła, że przynależy. Przytuliła się do klatki piersiowej swojego wybranka i trwali tak przez wiele długich minut, oglądając, jak ostatnie palce najbliższej Ziemi gwiazdy chowały się za horyzontem, rozświetlając go na wiele odcieni czerwieni i złota. Spokojnie mogło być tak już zawsze.
●・○・●・○・●
Pożegnanie się z rodziną, która tkwiła u boku Zendayafiri wierniej niż czterej pancerni, okazało się znacznie trudniejsze, niż się spodziewała. Jej oczy szkliły łzy, gdy przytulała ostatnią swoją siostrę, Małą Mi. Gdy przyszła kolej na jej rodzonych braci, popłakała się zupełnie. Tyle czasu pragnęła nie być jedynym dzieckiem, a teraz to ona opuszczała Xiva i Variaishikę. Xiv popłakało się równie mocno, co ona, zaś Vari, być może na całe szczęście, nie uronił ani łzy. Jego reakcja nieco wszystko ułatwiła.
Trzeba było też pożegnać kilka wilków w samej watasze, choć Pinia nie tłumaczyła się, dlaczego odchodzi, nawet gdy pytali. Nie zamierzała robić jeszcze większego zamieszania, ani przedłużać chwilową wizytę tylko po to, by opowiedzieć, co się działo przez ostatnie miesiące. Dużo jej przyjaciół było wdzięcznych, że przynajmniej poświęciła czas, by się z nimi oficjalnie pożegnać.
Zapadł już zmrok, kiedy wróciła na wyspę. Czekała na nią tylko Suurisydän, gdyż oba basiory zdążyły zasnąć, Rikedelsten wycieńczony polowaniami, a Maneravn, wciąż słaby, wolał się wysypiać. Nie był to jednak przykry widok, ponieważ wadery zdążyły się zaprzyjaźnić, a Pinezka w sumie bardzo chętnie pogadałaby z inną dziewczyną.
– I jak tam w domu? – zagadała Suurisydän, podchodząc do lądującej wilczycy.
– Było im przykro, ale nikt nie zmuszał mnie, bym została. Akceptowali moją decyzję.
– To dobrze. Najgorzej jest odejść, gdy wszyscy błagają cię o inne rozwiązanie.
Iskra smutku, jaka zaświeciła się w czerwonych oczach szamanki, zdradziła cień przeszłości, który nad nią tkwił. Znały się kilka miesięcy, ale póki co Suurisydän ani razu nie wymsknęła się wzmianka o jej historii. Medyczka bardzo uważnie pilnowała, by nikt jej nie odkrył. Też i teraz szybko zamaskowała smutek.
– Teraz pozostaje nam na dobre zadomowić się na Alene Oy i być może założyć rodziny. – Musiała zauważyć pytające spojrzenie koleżanki, bo po chwili dodała: – Rikedelsten wyraził zainteresowanie moją osobą. Jest dla mnie trochę młody, ale nie zamierzam wybrzydzać, jeśli jemu to nie przeszkadza.
– Nie wyglądasz na starszą niż dwa lata!
– Uważaj, bo ci uwierzę. – Suurisydän zaśmiała się w głos. – Może nie mam siwizny, ale ruchy mnie zdradzają. Na szczęście Rikowi to nie przeszkadza. A Maneravn i ty?
Pinia zastanowiła się w milczeniu, by dać pasującą odpowiedź.
– Nasze zegary biologiczne tykają bardzo głośno, musimy zastanowić się, czy będzie to dla mnie bezpieczne.
Większa wadera otarła swoją głowę o głowę mniejszej w geście przypominającym przytulenie.
– Pamiętaj, że masz u swojego boku medyczkę. Zawsze służę pomocą.
Dziewczyny nic więcej już nie mówiły, tylko pospacerowały do małej świątyni, by zapaść tam w sen. Suurisydän położyła się całkiem blisko Rikedelstena, zaś Pinezka bez żadnych obaw wtuliła się w swojego partnera, otrzymując od niego uśmiech i ledwo wyczuwalne machanie ogonem. Nareszcie mogła powiedzieć z pełną szczerością, że czuła się jak w domu, wśród swoich, a nie jako odwilczek.
Koniec. 15356 słów.