Akcja tego opowiadania dzieje się w przeszłości
Kalinę obudziła symfonia męskich głosów z zewnątrz. W głębi nory, gdzie spała zwinięta w ciasny kłębek, było ciemno, jedynie w okrągłym wyjściu dało się dostrzec kawałki jaśniejszego, granatowego nieba. Jako że nie zauważyła śladów pomarańczu na firmamencie, wycofała głowę i z powrotem przytuliła się do ściany swojego mieszkania. Wszystko było jeszcze oblepione zimnym, nocnym powietrzem, zanim promienie złotej gwiazdy je rozpuszczą. Treningi zaczynały się nie wcześniej, niż słońce wspięło się cztery palce nad ziemię, toteż wadera zamknęła ponownie oczy. Próbowała wrócić do krainy snów, żeby jak najlepiej odpocząć przed kolejnym dniem wojskowej musztry.
Zdawało się, że nie minęła chwilka, kiedy do rzeczywistości przywołał ją rytmiczny łomot z góry. Ziewnęła krótko, rozciągając łapy na tyle, na ile pozwalał metraż jamy, po czym wygramoliła się na zewnątrz. Sprawcą małego trzesięnia ziemi okazał się być nie kto inny, jak Falcon. Kali nastroszyła lekko sierść i obrzuciła go rozczarowanym spojrzeniem. Basior dokuczał jej, gdy tylko miał okazję, w najmniej elokwentny sposób z możliwych, tylko dlatego że była nowa i nie zdążyła udowodnić swojej wartości.
— Patrzcie, księżniczka w końcu wstała. Coś taka wściekła? — rzekł przejaskrawionym tonem. Uśmiechał się przy tym wyniośle, tak żeby nie pozostawiać żadnych wątpliwości co do ironii. Grupa samców z boku nie przestała rozmawiać między sobą, tylko uszy dyskretnie przekręciła w ich stronę, jak antenki. Wilczyca przeciągnęła się raz jeszcze na otwartej przestrzeni, żeby rozluźnić zakwasy w mięśniach. Nie spieszyła się z odpowiedzią.
— Dzięki za pobudkę. — mruknęła tylko. Ostatnie, na co miała rano ochotę, to przepychanki z innymi szeregowymi.
— Nie jestem jakimś twoim budzikiem. — odsłonił nieco kły, niezadowolony z nieskuteczności ataku — Po prostu wiedziałem, że sama byś nie wstała.
— Jak mam sama wstać, jak ty mnie budzisz? To taka samospełniająca się przepowiednia. —
— Myślałem, że przed chwilą mi za to dziękowałaś.
— To nie myśl, bo ci nie wychodzi. — prychnęła miękko, wkładając w to zdanie całą swoją moc.
Podczas gdy wilk rozmyślał nad kolejną ciętą ripostą, ruszyła biegiem w stronę rzeki. Słyszała, że chciał pobiec za nią, żeby jeszcze waderze podogryzać, ale koledzy go czymś zajęli, więc odpuścił. W końcu i tak spotkają się znowu na śniadaniu.
Wschód słońca jeszcze nie nadszedł. Szarości, brązy, czernie i ciemna zieleń dominowały w leśnej scenerii. Gdzieś daleko, znad połaci dzikich łąk niósł się śpiew samotnego skowronka. Poza tym jedynie wiatr poruszał trawą w pobliżu wilczych nor. Od czasu do czasu rozlegało się ostrzeżenie sroki albo sójki z wysoka, kiedy kłusowała między drzewami.
Wkrótce dobiegła do mostu prowadzącego do wojskowego miasteczka. Na miejscu zeszła do wody, żeby nawilżyć wysuszone przez noc gardło. Gdy zaspokoiła pragnienie, usiadła z powrotem na szczycie stromego brzegu i wyciągnęła z woreczka, który nosiła na szyi, małą, czarną harmonijkę. Przyłożyła ją do warg i zaczęła powoli dmuchać kolejne nuty, naśladując brata z pamięci. Potem powtórzyła sekwencję szybciej, tworząc jako taką melodię. Praktykę przerwało jej nadejście Lenarda, jednego ze starszych szeregowych. Harmonijka wydała z siebie ostatni, nieco zaskoczony pisk, zanim ciemnoszara schowała ją z powrotem do lnianej torebki.
— Co to? — spytał po chwili. Basior miał burą sierść, za wyjątkiem białych skarpetek na nogach oraz końcówki ogona. Miał to przenikliwe spojrzenie wilka zachodu. — Nie no, pokaż mi.
— Harmonijka. Mała pamiątka od przyjaciela. — wyjęła przedmiot z powrotem i położyła go sobie na łapie.
— Ładna. Zagrasz nam dzisiaj na kolacji.
— O nie, ja tylko umiem na niej rzępolić. I nie znam żadnych tutejszych piosenek...
— Po prostu zagraj coś od serca. To jest rozkaz. — mrugnął do niej, po czym zawrócił na szlak do hangaru.
***
Przetrwała śniadanie bez większego uszczerbku na psychice. Przesiedziała je obok jedynej towarzyszki w wojsku, Morwy, z dala od najgłośniejszej bandy szeregowców. Szybko pochłonęła swoją porcję i udała się na poligon. Minęło trochę czasu, zanim wszyscy dotarli na miejsce, więc zaczęła się rozgrzewać, podczas gdy koleżanka wolała wyplatać coś z długich źdźbeł trawy. Trzymały się razem bardziej dlatego, że obie były wilczycami, nie przez podobieństwo charakterów. Starsza, bardziej zamknięta w sobie Morwa nie nadawała się do ćwiczenia ani zabaw nad wodą. Przyjaźń z Kaliną ograniczała się do bezpiecznych rozmów przy kozim mleku i dawania sobie oparcia w męskim środowisku.
— Baczność! — młoda wadera wiedziała już, że ma dokładnie tyle czasu, ile zając na ucieczkę przed lisem, kiedy padnie ten rozkaz. Porzuciła szlifowanie skradania się i pobiegła ustawić się w szeregu.
Na początku przełożony pomęczył ich musztrą; baczność, patrz, lewo, prawo, spocznij, odlicz, marsz, raz, dwa, raz, dwa. Nie omieszkał podkreślić przy tym ruchu bioderek pań i zadać paru spóźnialskim dodatkowych pięćdziesięciu krokodylków. Najbardziej nienawidziła w rozgrzewce zapasów, które zawsze przegrywała. Całą resztę tresury znosiła bez szemrania, ale podczas rutynowego upokorzenia musiała się naprawdę skupiać na prawdziwym powodzie swojej obecności w NIKL-u, żeby nie cisnąć przysłowiową czapką w ziemię i odejść na zawsze.
— Dzisiaj zrobimy sobie tor przeszkód. Finisz przy krzywej sośnie. Do startu, gotowi, ruszaj!
— Nareszcie coś, w czym jestem dobra — powiedziała radośnie do stojącej obok Morwy.
Wyścig odbywał się parami. Kiedy nadeszła jej kolej, okazało się, że przeciwnikiem będzie nie kto inny, jak Falcon. Spojrzał na nią z lekceważeniem, na co tylko uśmiechnęła się lekko. Na sygnał do biegu Kali zerwała się pierwsza, ale samiec był szybszy. Zaczął zyskiwać przewagę, i pewnie ciągle by ją wyprzedzał, gdyby nie to, że trasa była pełna drzew i krzaków, jak to w lesie, tym gorzej, że brakowało w nim roślinożerców. Mniejsza, gibka wadera czuła się jak ryba w wodzie, podczas gdy większy towarzysz tracił czas na robienie pokaźnych łuków. Przebyli już prawie dwie trzecie toru, kiedy rywal zmienił taktykę i nagle skręcił w jej stronę. Poczekała, aż będzie ich dzielił jeden skok, chociaż serce waliło jej młotem, i w ostatniej chwili przesunęła się w lewo, za pień starego grabu. Usłyszała za sobą piękne "łup". Oczywiście skończyła wyścig jako pierwsza.
CDN
Gratulacje!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz