Talia spojrzała na własne łapy. Krew n a jej sierści wyróżniała się swoja czerwienią na tle białego śniegu.
– Powinnaś bardziej uważać. – młoda wadera zmarszczyła nos na swoją siostrę przyciskając jedną z łap mocniej do rany na ramieniu Dalii. Ta tylko prychnęła pod nosem jakieś słówko, którego Talia nie zrozumiała. — Nie możesz ciągle się tak narażać! To się kiedyś skończy dla ciebie źle!
– Może i, ale przynajmniej będzie mi z tym dobrze! – odgryzła się skrzydlata.
– Dobrze?! – Talia pacnęła siostrę między uszami. – dobrze to ci powinno być z jakąś spokojną pracą i fajnym chłopakiem! – samiczka nastroszyła się jak gołąb na słowa siostry. A Dalia nie była jej dłużna.
– Wiesz ty co!? – ranna poderwała się na łapy, a jej prowizoryczny bandaż opadł na śnieg plamiąc go na różowo. – Dobrze to mi będzie z dala od Ciebie! – i zaraz z rozpędem niknęła między pniakami martwych z powodu zimy drzew. Talia tylko tupnęła łapą, sfrustrowana zachowaniem siostry. Ale co ona mogła zrobić. Dalia była szybsza i silniejsza, nie dogoni jej, nie zmusi jej do niczego. Talia odetchnęła i z gniewem w sercu wróciła do jaskini medycznej, do domu. „To żaden dom ,to więzienie” słowa jej siostry prześladowały ja nawet w jej ulubionym miejscu – cóż za pech.
Dalia machnęła ogonem niezadowolona. Epidemia ledwie się skończyła, jej siostra zachowywała się jakby już stała się pełnoprawnym medykiem. Tak, były już prawie dorosłe, i tak to było jej wielkie marzenie, ale sam Delta mówi jej ciągle, że jeszcze wiele musi się nauczyć. A jak na razie nic tylko biadoliła i zrzędziła jakby była niewiadomo kim. Próbowała udawać wszystko wiedzącego mnicha czyścioszka celibatę!
– Będzie ci dobrze z pracą, z chłopakiem, phi! – zdenerwowana kopnęła zaspę. Impet z jakim to zrobiła sprawił, że biały puch zawrócił na wietrze i wpadł jej prosto w oczy. – AGH! – i tylko zwiększył jej gniew i frustrację. Czemu jej siostra musiała tak popsuć jej dzień.
Najpierw Dalia nadziała się na kija i rozwaliła sobie ramię, potem dostała pogadankę od siostry, która myślała że wie i umie więcej niż rzeczywiście wie i umie. A teraz jeszcze natura obraca się przeciwko niej. No cóż. Dalia ruszyła dalej. Rana na jej ramieniu bolała i pulsowała, więc samica wsadziła w nią odrobinę śniegu, aby sobie ulżyć. Piekło to jak diabli, ale chłód zimy powoli łagodził jej problem. Może nie nabawi się infekcji.
Podróżowała chwilę, dłuższą czy krótszą, ciężko było jej stwierdzić. Trzymała nos blisko ziemi i nie patrzyła na niebo. Czas był tylko wymysłem, kolejnym łańcuchem trzymającym ją za szyję jak złota obróżka, co by nie oddalała się za daleko od „bezpieczeństwa”. Nie obchodziło ją to za mocno. Nie dzisiaj, kiedy miała taki parszywy humor.
Jej łapy poprowadziły ją prosto, do nikąd. Poniekąd do nikąd. W końcu zawsze idzie się gdzieś, tylko nie zawsze wie się gdzie się idzie. Dalia powiedziałaby, że ona wie doskonale, dokąd szła. Jej ślady dawno już zasłonił śnieg. Ten który powoli spadał z nieba i ten który wiatr rozdmuchał na ścieżkach. Ale jej zapach nadal wisiał w powietrzu. Nieprzyjemna mieszanka zapachu ziół, śmierci i krwi, która ciągnęła się za całą trójką wilków mieszkających w jaskini medycznej.
Dalia odetchnęła i w końcu podniosła wzrok z ziemi, kiedy coś poruszyło się w jego zasięgu. Był to cień. Cień należący do wilka. Wilka, którego Dalia znała średnio dobrze. Średnio, bo go znała po imieniu i zapachu. Średnio też, bo widywała go często tylko z daleka. Często bywał w jaskini medycznej, a na potwierdzenie miał wiele śladów na swojej skórze. Blizny pokrywały większość jego ciała. Małe i duże, wiele z nich prawdopodobnie schowane pod grubą warstwą brązowego futra.
– Hej. – przywitała się. Była od niego mniejsza, chociaż już niewiele. Jeszcze rosła, chociaż już powoli.
– Hej. – Danny spojrzał na nią, wyraźnie znudzony. Oboje zamilkli wpatrując się w swoje oczyska. – Co tu robisz? – starszy w końcu wydobył z siebie jakieś słowa.
– Idę. Znaczy… teraz stoję. – odparła bez jakiegoś większego uśmiechu. Nie spuściła z niego wzroku. Basior rozejrzał się niespokojnie wokół i odetchnął.
– Jesteśmy na granicy z Jabłoniami. Nie powinno cię tu być. – odparł starszy. W jego głosie dało się słyszeć narastającą irytację.
– No i? Mogę być gdzie mi się żywnie podoba. – wadera pokazała mu zęby. Nie będzie jej jakiś facet mówił co może robić.
– Okej… – Danny sam skrzywił się i pokazał jej swoje perełki. – Idę.
–A dokąd?
–A co cie to obchodzi? – Danny machnął ogonem. Był wyraźnie wściekły. Ha… Dalia jednak jeszcze umie działać na innych jak płachta na byka. Dobrze. Lubiła irytować innych, zwłaszcza takich „silniejszych” od niej.
– Bo jestem wścibska. I bo mi się nudzi. I bo nie chce wracać na razie do domu, więc… teraz mój problem to twój problem. – uśmiechnęła się do niego. Jego powieka zadrgała z irytacji.
– Mój problem?! Nie będę cię niańczył! – basior nastroszył się i zawarczał. Ten dźwięk może przestraszyłby jakiegoś młodego wilka, ale Dalia nie była „jakimś” wilkiem.
– Nie potrzebuję niańczenia. – wadera spuściła po sobie uszy i sama pokazała zęby, po raz kolejny. – Słyszałam za to o Tobie, wiesz?
– Słyszałaś… Ciekawe co.
– Twoje hobby. Twoja siostra naprawdę dużo gada. – Dalia przewróciła oczami. Dana naprawdę powinna czasem zamknąć tą swoja piękną japę, bo skończy kiedyś ze złamaną szczęką. – Walczysz.
– No walczę i co?
– Też chcę. – odparła Dalia.
– Ty? Jesteś jeszcze dzieciakiem. – Danny machnął łapą jakby chciał ją odpędzić.
– Nie chcę walczyć dzisiaj. Dostałabym wpierdol. Musze poćwiczyć… ale chcę obejrzeć. A nie wiem gdzie to. – wadera odsunęła łapę Dannego na bok i wbiła w niego swoje intensywne ślepia. Basior zmarszczył nos i odwzajemnił jej gest pokazaniem „środkowego” paluszka. – Pfff… Jak mnie nie weźmiesz naskarżę na ciebie Agrestowi i tacie. Ja wiem że i tak już masz z nimi na pieńku i odgrażali ci się że cię zamkną w pizdu w izolatce. – uśmiechnęła się złowieszczo. Danny cofnął się o krok, jego pysk wygięty w szoku połączonym z wściekłością.
– Skąd ty… Zresztą to nieważne. Jak się dowiedzą, że wziąłem Cię ze sobą to i tak mnie zamkną. –potrząsnął łbem.
– Ale przynajmniej nie w izolatce. – zapadła chwila ciszy.
– Dobra. Chodź. – basior prychnął i ruszył przed siebie. Dalia uniosła ogon do góry w geście triumfu i zaraz ruszyła śladem nowego znajomego.
Droga przez WSJ była zupełnie inna od WSC. Ścieżki były niewydeptane i pewnie zarośnięte wiosna i latem. Albo może jej się zdawało. Nigdy nie była dalej niż granice jej watahy, częściowo dlatego że była za mała jeszcze niedługi czas temu, a częściowo bo obawiała się, że w zimowym pejzażu nie trafi do domu. Może miała już rok, ale zima i biel jakoś tak… mieszały jej w oczach wszystkie te tereny. Wszystko wyglądało identycznie. Drzewo to drzewo, a w śniegu było jeszcze gorzej.
– Jesteśmy. – Danny w końcu się zatrzymał. Do tej pory szedł w miarę powoli, żeby Dalia nadążała. Nie miał po co, bo samiczka doskonale radziła sobie, kiedy przychodziło do siły, ale cóż. Nie będzie mu tego wypominać, nie teraz. Była zbyt podekscytowana.
Rozejrzała się wokoło. Nic nie wskazywało na wyjątkowość tego miejsca. Ot co mała polana w środku lasu, niedaleko jakiegoś wzgórza.
– Jesteś pewien? – Dalia spojrzała na niego spode łba. – Nic tu nie ma.
–Bo źle patrzysz. – Danny odparł bez zawahania. – Zanim jednak, parę zasad! I słuchasz teraz uważnie. – samiec prawie wsadził swojego palca w jej nos.
– Okej. Okej, nie spinaj się tak, bo ci żyłka pęknie. – wadera poprawiła skrzydła i usiadła.
– Zanim wejdziesz, rozglądasz się wszędzie. To miejsce jest nielegalne nawet w WSJ, a to jest wyczyn.– Danny sam przysiadł sobie i nastawił uszy. Nikt nie mógł ich złapać. –W środku wszyscy są jedni. Nie ma podziału na watahy, są tylko frakcje. Nie bierz udziału w zakładach jeśli chcesz walczyć. Nie patrz nikomu za długo w oczy, nie pij alkoholu, który poda ci ktoś inny lub który zostawisz na dłużej niż sekundę z dala od swojego wzroku. – wymieniał. A Dalia słuchała. Musiała. W końcu jeśli chciała w tym wszystkim uczestniczyć, musiała się tego nauczyć. Inaczej mogło się to źle skończyć. – Mamy tutaj cztery główne frakcje. Diamenty, Psy, Orły i Ogień, no i takich jak ja. Wolne dusze, tak na nas wołają. Nie walczę dla nikogo, tylko dla siebie i z każdym. Czasem nie ma meczu dla mnie, czasem jest. Ale na barze ktoś jest zawsze chętny na dostanie po mordzie. Jak walczysz dla frakcji to zarabiasz cokolwiek, coś. Pieniądze są tylko wewnętrzne ale można za nie sporo kupić. Alkohol, narkotyki, prostytutki, jak cię stać to i niewolnika, chociaż to się robi coraz bardziej nielegalne. A… i nie daj zaprowadzić w żaden ciemny kąt. Możesz się w ten sposób pozbyć nerki… albo obu nerek. – w końcu skończył. – Zrozumiano.
– Tak. Mam na siebie uważać, gryźć każdego kto chce ukraść moje nerki i nie pić alkoholu jeśli nie mam czasu go pilnować. – Danny pokiwał głową. – Nie patrzeć nikomu za wiele w oczy i gryźć po jajach jak się ktoś do mnie przylepi.
– Dokładnie. I nie zadzieraj z frakcjami. – dodał po sekundzie basior.
– Nie zadzierać z frakcjami… Em.. ale …
–Będziesz widzieć kto jest kim, od razu jak wejdziemy. –poinformował ją basior i rozejrzał się. Uważnie nasłuchiwał kroków i dźwięków wokoło. Przywitało go tylko śpiewanie zimowych ptaków i przesuwający się po ziemi śnieg. – Idziemy.
I poszli. Dalia szła zaraz za ogonem Dannego, który z impetem przebijał się przez śnieg. Zaspy na polanie zapadały się za nim jak małe lawiny, zakopując jego ślady. Dalia robiła wszystko to co on, zacierając swój zapach i odciski łap pod warstewką świeżego śniegu. I wkrótce Danny nagle zniknął pod śniegiem. Dalia wzięła głęboki wdech i sama zanurzyła się w środku.
Wpadła w norę, której się nie spodziewała. Jej łapy mało nie załamały się pod nią, kiedy spotkały się z pochyłym gruntem. Na szczęście przed nią był Danny, w którego tyłek wpadła. Samiec przeklął pod nosem, ale wyhamował ich oboje. Zjazd był ciekawy i dobrze zamaskowany. A wzgórze? Wzgórze okazało się być puste w środku. Wielka jaskinia przywitała ich swoim chłodem i.. no cóż. Wielkością.
– Łał. –Dalia zatrzepała uszami, jej kolczyk poruszając się w dziurce z przyjemną ciężkością. – Niesamowite. I wszystko tak dobrze schowane.
– Myhymmm. Pamiętasz zasady? – Danny nastroszył się nieco i skrzywił. Jakiś wilk szedł w ich stronę. Jego sierść przebita była starymi bliznami i brakowało mu ucha.
– Ja się po prostu nie będę odzywać. – Dalia mruknęła pod nosem.
– Dobra strategia. – przyznał jej starszy.
– Danny, Danny. Danny. – wilk uśmiechnął się szeroko. Miał tylko cztery zęby, żółte i czarne, ledwo trzymające się w jego gębie. Śmierdziało od niego dymem i czymś czego Dalia nie umiała rozpoznać. – Co żeś ty ze sobą przytargał. Wygląda… młodo. – stary szary wilk zmazał z pyska swój uśmiech.
–Z pewnością nie jest w wieku żeby dołączyć do twojego zastanego burdelu. –odparł Danny. Chyba nie przepadał za tym wilkiem. – Domażyrze.
– nie powinno jej więc tu być. Poza tym, już ci mówiłem. Mów mi wujku! – Domażyr poklepał Dannego po ramieniu. Młodszy nawet nie drgnął.
– A ja ci mówiłem żebyś nie mieszał się w moje sprawy. Jedną bliznę już ci zostawiłem i zęba zabrałem. Może masz ich nadal za dużo, co? – basior zepchnął łapę starszego ze swojego ramienia. – Kogo ze sobą przyprowadzam to moja sprawa. Spierdalaj. – po czym Danny przeszedł obok basiora upewniając się że jego ramię przetrąci go na bok. Szary wilk warknął coś pod nosem po czym poszedł w swoją stronę. Dalia obróciła się na pół sekundy aby na niego spojrzeć. Był on stary, zabliźniony i niepozornie zbudowany, a tył jego głowy przyozdabiał kucyk z sierści, spięty złotymi obrączkami. – To był Domażyr. Nie m frakcji, ale jest ważny. Prowadzi tutejszy burdel i zawsze szuka zdobyczy. Przynajmniej tyle, że jego panienki muszą mieć przynajmniej 2 lata. Jedyne co w jego głowie jest poukładane. – basior prychnął.
– No dobra. O łał. – podeszli bliżej areny wkopanej głębiej w kamień. Prowizoryczna barierka wokół kiwała się na boki, kiedy kolejne wilki układały na niej łapy. – Ciekawie… – Dalia machnęła ogonem. Wilki wyglądały do siebie podobnie. Część z nich była ewidentnie wyłącznie widownią, nigdy nie maczając palców w walce. Ich sierść była zmierzwiona, ale bez ran czy blizn. Dziewicza wręcz. Potem były wadery i basiory ze złotymi, grubymi kolczykami w obu uszach. Pracownicy Domażyra – Dalia mogła tylko zgadywać, ale patrząc na to, że jedna z wader właśnie lizała jakiegoś basiora po szyi, Dalia daleko od prawdy nie była. Potem była grupa wilków przyozdobionych skórzanymi nagolennikami, zbierali oni od wszystkich pieniądze i chwilę z nimi rozmawiali, notując coś na kawałkach… czegoś. Dalia nie widziała za dobrze, ale też nie patrzyła na tyle uważnie żeby wiedzieć o kie im chodzi. Pewnie zbierali te zakłady, o których wspominał Dany. Więc… pracownicy, prawdopodobnie. Pytanie dla kogo pracowali.
Były jeszcze wilki zupełnie inne, niż wszyscy pozostali. Co ty nie powiedz Dalia. Inni niż inni... Phi. W każdym razie, wilki te wyróżniały się na tle wszystkich wokół. Niektóre miały na sobie piórka. Były one wciśnięte w każdy kąt ich sierści, gdzie tylko mogły się trzymać. Ich pyski oznaczone były białą farbą odbitą w kształcie wilczej łapy na ich czołach.
– Orły. – Danny szepnął do niej, kiedy złapał jej wzrok. – Lubią przyjmować chude i szybkie wilki z mocnym ugryzieniem. Walka z nimi nigdy nie jest prosta.
Dalej pojawiły się trzy wilki, które wyglądały jakby oblał ich deszcz krwi. Ich futra były pomalowane w czerwone pasy, kropki i łapy. Wszystkie wilki miały błękitne oczy z jakiegoś powodu. Były dobrze zbudowane i dwójka z nich na szyi miała zapięte bandany z poszarpanego czerwonego materiału.
– Ognie. Silne i zabójcze. Nie chcesz ich wkurwiać poza ringiem, bo nie wahają się pobić nawet małej dziewczynki. Używa się ich tutaj jak ochrony jak ktoś się za bardzo rzuca, więc nie warto się wychylać. Jak sobie cię zapamiętają to masz przejebane. – Danny się skrzywił.
– Nie lubią cię co? – Dalia zerknęła na niego z niepewnością.
– Część z nich. Część mnie lubi. To zależy kogo spytasz. – odparł bez zawahania. – Ta trójka to swoi goście. Bravado, Iliada i Odyseja. Iliada jest ich championem, szefem, głównym wygrywającym, jak zwał tak zwał. Najważniejsze wiedzieć, że jak z nią walczysz to nie wygrasz. Ale rzadko walczy. Woli pilnować porządku. Swoja baba. – Danny poprawił sierść na swojej piersi i zmrużył oczy. Dalia mogła się tylko skrzywić na ten widok. Zakochany, czy co? Nieważne…
Kawałek dalej, w głąb jaskini, przy stole siedział grupa wilków i śmiała się w głos. Każdy z nich miał zęby błyszczące się bardziej niż słońce, nawet w cieniu jaskini, gdzie tylko sztuczne światło i świeczki oferowały światło. Dodatkowo w ich nosach błyskotały cienkie kolczyki. Jak u byka. Dalia skrzywiła się i polizała po nosie. Jak tak w ogóle można?
– Diamenty. Błyszczące wilki, tak czasem na nich wołają. Wytrzymałe. Jakby tu były biegi a nie walki to byliby championami ciągle i nieustannie. A tak, to mogą tylko polegać na paru z nich, którzy są nieco silniejsi. Ogółem… to grupa, która przyjmuje każdego kto gotowy jest wstawić sobie kryształy z zęby… – Danny polizał się po swoich białych perełkach.
– I kolczyk w nos. – Dalia powtórzyła swoje własne polizanie, po nosie.
–No… Niestety. To tacy trochę klauni. – Danny podrapał się za uchem. – Kiedyś rozważałem czy do nich nie dołączyć, ale jeśli mam być szczery to nawet jako Wolny mam więcej godności niż oni razem wszyscy wzięci.
– Święta racja bracie. – czyjś głos zza ich pleców potwierdził jego słowa. – Święte słowa. Bo nie ma lepszego i bardziej godnego miejsca niż to w frakcji psów co? – Dalia odwróciła się w stronę gościa, tylko po to aby nastroszyć się cała. Stał tam bowiem… pies i to rasowy. Uśmiechał się do niech szeroko. Jego chude łapy owinęły się wokół szyi Dannego, a długi i prosty pysk rozwarł sie w uśmiechu.
– Bella. – basior zaśmiał się wesoło. – Takie miejsce to godne tylko dla psów. Ja się nie kwalifikuję.
– Prawda, ale próbować zawsze mogę, nie? Takiego wojownika jak ty to pożałować w Wolnych, naprawdę. – samica potrzasnęła głową. Jej długa sierść wyglądała jak spokojne fale na morzu. Naprawdę hipnotyzujące i … bardzo zadbane. – A to co za piękność?
– To jest… Dalia. – Danny wskazał na skrzydlatą. Ta w końcu uniosła wzrok aby spojrzeć temu psu w oczy.
–Dalia. Piękne imię. Nazywam się Bella, jestem szefem frakcji psów, i .. jak się można domyślić, same z nas psy! Oh… w ogóel. Ona wygląda trochę młodo, Danny. Jesteś pewien, że…
– Nie. Ale przylepiła mi się do ogona i nie mogłem się jej pozbyć, więc jest. Obiecała że nie będzie jeszcze walczyć. Trzymam ją za słowo.
– Nie będę. Jeszcze mi podadzą moją własną dupę na talerzu. Nie mam na to ochoty. – Dalia pokręciła głową.
– i dobrze. Dzisiaj walczy Iliada. To będzie widowisko, ona tak rzadko czegokolwiek próbuje, a zawsze rozkłada wszystkich na łopatki. – Bella odetchnęła głęboko. O nie… kolejna. Dalia zmarszczyła brwi. Podobało jej się tutaj, tylko dlatego, że ktoś już nawalał się przy barze. To było ciekawsze niż… cokolwiek działo się w sercach tej dwójki. – Dobra. Ja idę przygotować Księżniczkę do walki. Iliada pewnie zostawi jej jakąś łapę złamaną, więc musze ją dobrze zagadać, żeby się nie poddała jeszcze przed walką.
– Powodzenia.– Danny posłał jej szeroki uśmiech i Bella zaraz znikła w tłumie. – Ah Bella… Jak zwykle pozytywna i kochana. Jeśli kiedykolwiek, ktoś za mocno będzie ci dokuczał możesz być pewna że Bella ci pomoże. To wielka adwokatka równości i bezpieczeństwa. Samiec czy samica, jak się boisz to jej szukaj.
– Okej. W ogóle… ona wygląda ciekawie.
– Wiem. Jest jednym z niewielu rasowych psów tutaj. Borzoj, zawsze się tym chwali. Z nia także nie chcesz walczyć. Jak widzisz… żadnych blizn…
– To… świadczy o tym że ktoś jest albo nowy albo… bardzo dobry? –Dalia spojrzała na swojego towarzysza.
– Bingo. Dobra. Chodź, zajmiemy sobie jakieś dobre miejsca. – Danny pchnął ją w kierunku barierek. Zaczęła przepychać się przez tłumy, używając swoich skrzydeł do silniejszych popchnięć. Wilki wokół warczały w jej kierunku, ale ona się jakoś tym za bardzo nie przejmowała. Danny szedł zaraz za nią, zaskoczony jej pewnością siebie.
– Nie walczysz dzisiaj? – Dalia w końcu usiadła zaraz przed tą marna barierką i spojrzała na arenę. Parę wilków w nagolennikach sprzątało podłogę i przesuwało drabiny, którymi schodziło się tam na dół. Dalia nastawiła swoje uszy i uśmiechnęła się szeroko. Jakież to ekscytujące!
– Sama słyszałaś. Iliada dzisiaj walczy, więc ja nie walczę.
– A szkoda. – słodki i melodyjny głos odbił się od ścian. Tłum zdawał się ucichnąć na chwilę i rozstąpić jak morze przed Mojżeszem. Dalia uniosła oczy z zaskoczeniem.
– O wilku mowa. – Danny położył po sobie uszy.
– O wilku, o wilku! – wadera była pokryta tylko paroma bliznami, ale największa z nim przelatywała zaraz przez jej pysk. Jej sierść była biała, ozdobiona czerwonymi kropkami i czerwoną łapą na ramieniu. – Dlaczegoż to mój najbardziej wyczekiwany przeciwnik nie będzie uczestniczył dzisiaj w walkach?
– Iliado, żartujesz sobie? – Danny zmarszczył nos. – Walczysz dziesięć razy lepiej ode mnie. Chyba tylko Bella może ci porządnie oddać.
– No tak. Niby tak. Ale jesteś najlepszy w lidze Wolnych i chyba tylko Bella może ci oddać! – Iliada zaśmiała się w głos, jakby powtórzenie jego słów było najlepszym żartem pod słońcem. Ale nikt się nie śmiał.
– Wiesz… chciałbym, ale dzisiaj jestem niańką. –Danny wskazał łapą na Dalię. Samiczka spojrzała na niego z podniesioną brwią. Nie będę cię niańczyć. Powtórzyła sobie w głowie jego własne słowa ale się nie odezwała.
–Niańką… Oh. To małe i nieporadne jest z Tobą? – Biała wadera zmierzyła Dalię wzrokiem. – Dobre mięśnie. – zauważyła.
– Dziękuję. Ćwiczę. – Dalia odparła krótko i zwięźle.
– Walczysz? – Iliada uniosła brew. Danny otworzył szeroko czy.
– Nie. Nie dzisiaj, nie w najbliższej przyszłości. Nie umiem. Nie mam pełnego roku jeszcze. – Dalia usiadła i swoim skrzydłem uderzyła wilka, który pochylił się za blisko jej ciała. Ten zajęczał i warknął coś w jej kierunku ale się odsunął.
– Charakterna. Już cię lubię! — Iliada uśmiechnęła się szeroko. – nauczyłbyś ją czegoś, może co, leniu?
– Daj spokój. Dzisiaj ją poznałem. Znaczy… znałem ją wcześniej ale z widzenia.
–Nie mogłeś mnie nie znać. Tak często odwiedzasz jaskinię medyczną, że nie szło się nie zapoznać nawet po imieniu.
–Oh… Mieszkasz w jaskini medycznej? – Iliada uniosła uszy.
– Można tak powiedzieć… Śpię w niej. To byłoby bardziej… prawdziwe określenie. – Dalia owinęła ogon wokół swoich łap.
– Ach.. A już myślałam, że znalazłam nam medyka. – biała wadera zacmokała i przyjrzała się Dali ponownie.
– O nie ma szans. Mam do czynienia z medycyną, tyle co gruszka z wierzbą. – Dalia pokręciła głową intensywnie i ponownie uderzyła kogoś skrzydłem. Tym razem trafiła w szczękę.
–Cholera! – wilka za nią zawył i zaniknął w tłumie.
– To było…
– Dotknął moja dupę to dostał po dupie. – Dalia warknęła niezadowolona, ale liczyła się z tym, jak tylko tu weszła. Szło się tego spodziewać po takim tłumie.
– Okej. Nadaje się. Ma tego zęba. Jak będziesz chciała to i ja cię czegoś nauczę, co? – Iliada machnęła ogonem z zadowoleniem.
– Okej. – Dalia zgodziła się dość niepewnie. Danny skrzywił się z zażenowaniem i przerażeniem. Iliada za to obróciła się na pięcie i skoczyła do areny. Wylądowała z gracją, a tłum zawył w zachwycie. – Jak ona mnie nauczy to skończę źle, co?
– Nawet gorzej niż źle. – Danny odetchnął ciężko. – Jej metody uczenia są… specyficzne.
Walki jeszcze trwały keidy Danny pchnął Dalię w bok.
–Musimy iść. Niedługo będzie się ściemniać. – basior oznajmił jej do ucha.
–Skąd wiesz? – Dalia otworzyła szerzej oczy. Jaskinia była tak samo ciemna i zimna jak, kiedy weszli.
–Zegar. Będę cię i tego musiał nauczyć co?
– No… Raczej tak. Bo nie odpuszczam ci teraz. – Dalia uśmiechnęła się do niego szeroko. – Jesteś na mnie skazany.
–O nie… co ja teraz pocznę. – wilk parsknął sarkastycznie.
Tej nocy Dalia spała spokojnie ,zmęczona wydarzeniami tego dnia. Śniła o Iliadzie i jej walce. Śniła o Belli i jej hipnotyzującym futrze i słodkich oczach. Śniła o swojej pierwszej walce, o pierwszej bliźnie. Nie mogła się już doczekać.
<CDN>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz