wtorek, 6 stycznia 2026

Od Kaliny (trening zwinności i szybkości)

 Akcja tego opowiadania dzieje się w przeszłości

Kalinę obudziła symfonia męskich głosów z zewnątrz. W głębi nory, gdzie spała zwinięta w ciasny kłębek, było ciemno, jedynie w okrągłym wyjściu dało się dostrzec kawałki jaśniejszego, granatowego nieba. Jako że nie zauważyła śladów pomarańczu na firmamencie, wycofała głowę i z powrotem przytuliła się do ściany swojego mieszkania. Wszystko było jeszcze oblepione zimnym, nocnym powietrzem, zanim promienie złotej gwiazdy je rozpuszczą. Treningi zaczynały się nie wcześniej, niż słońce wspięło się cztery palce nad ziemię, toteż wadera zamknęła ponownie oczy. Próbowała wrócić do krainy snów, żeby jak najlepiej odpocząć przed kolejnym dniem wojskowej musztry. 

Zdawało się, że nie minęła chwilka, kiedy do rzeczywistości przywołał ją rytmiczny łomot z góry. Ziewnęła krótko, rozciągając łapy na tyle, na ile pozwalał metraż jamy, po czym wygramoliła się na zewnątrz. Sprawcą małego trzesięnia ziemi okazał się być nie kto inny, jak Falcon. Kali nastroszyła lekko sierść i obrzuciła go rozczarowanym spojrzeniem. Basior dokuczał jej, gdy tylko miał okazję, w najmniej elokwentny sposób z możliwych, tylko dlatego że była nowa i nie zdążyła udowodnić swojej wartości. 

— Patrzcie, księżniczka w końcu wstała. Coś taka wściekła? — rzekł przejaskrawionym tonem. Uśmiechał się przy tym wyniośle, tak żeby nie pozostawiać żadnych wątpliwości co do ironii. Grupa samców z boku nie przestała rozmawiać między sobą, tylko uszy dyskretnie przekręciła w ich stronę, jak antenki. Wilczyca przeciągnęła się raz jeszcze na otwartej przestrzeni, żeby rozluźnić zakwasy w mięśniach. Nie spieszyła się z odpowiedzią.

— Dzięki za pobudkę. — mruknęła tylko. Ostatnie, na co miała rano ochotę, to przepychanki z innymi szeregowymi.

— Nie jestem jakimś twoim budzikiem. — odsłonił nieco kły, niezadowolony z nieskuteczności ataku — Po prostu wiedziałem, że sama byś nie wstała. 

— Jak mam sama wstać, jak ty mnie budzisz? To taka samospełniająca się przepowiednia. — 

— Myślałem, że przed chwilą mi za to dziękowałaś.

— To nie myśl, bo ci nie wychodzi. — prychnęła miękko, wkładając w to zdanie całą swoją moc.

Podczas gdy wilk rozmyślał nad kolejną ciętą ripostą, ruszyła biegiem w stronę rzeki. Słyszała, że chciał pobiec za nią, żeby jeszcze waderze podogryzać, ale koledzy go czymś zajęli, więc odpuścił. W końcu i tak spotkają się znowu na śniadaniu. 

Wschód słońca jeszcze nie nadszedł. Szarości, brązy, czernie i ciemna zieleń dominowały w leśnej scenerii. Gdzieś daleko, znad połaci dzikich łąk niósł się śpiew samotnego skowronka. Poza tym jedynie wiatr poruszał trawą w pobliżu wilczych nor. Od czasu do czasu rozlegało się ostrzeżenie sroki albo sójki z wysoka, kiedy kłusowała między drzewami. 

Wkrótce dobiegła do mostu prowadzącego do wojskowego miasteczka. Na miejscu zeszła do wody, żeby nawilżyć wysuszone przez noc gardło. Gdy zaspokoiła pragnienie, usiadła z powrotem na szczycie stromego brzegu i wyciągnęła z woreczka, który nosiła na szyi, małą, czarną harmonijkę. Przyłożyła ją do warg i zaczęła powoli dmuchać kolejne nuty, naśladując brata z pamięci. Potem powtórzyła sekwencję szybciej, tworząc jako taką melodię. Praktykę przerwało jej nadejście Lenarda, jednego ze starszych szeregowych. Harmonijka wydała z siebie ostatni, nieco zaskoczony pisk, zanim ciemnoszara schowała ją z powrotem do lnianej torebki.

— Co to? — spytał po chwili. Basior miał burą sierść, za wyjątkiem białych skarpetek na nogach oraz końcówki ogona. Miał to przenikliwe spojrzenie wilka zachodu. — Nie no, pokaż mi. 

— Harmonijka. Mała pamiątka od przyjaciela. — wyjęła przedmiot z powrotem i położyła go sobie na łapie. 

— Ładna. Zagrasz nam dzisiaj na kolacji. 

— O nie, ja tylko umiem na niej rzępolić. I nie znam żadnych tutejszych piosenek...

— Po prostu zagraj coś od serca. To jest rozkaz. — mrugnął do niej, po czym zawrócił na szlak do hangaru.

***

Przetrwała śniadanie bez większego uszczerbku na psychice. Przesiedziała je obok jedynej towarzyszki w wojsku, Morwy, z dala od najgłośniejszej bandy szeregowców. Szybko pochłonęła swoją porcję i udała się na poligon. Minęło trochę czasu, zanim wszyscy dotarli na miejsce, więc zaczęła się rozgrzewać, podczas gdy koleżanka wolała wyplatać coś z długich źdźbeł trawy. Trzymały się razem bardziej dlatego, że obie były wilczycami, nie przez podobieństwo charakterów. Starsza, bardziej zamknięta w sobie Morwa nie nadawała się do ćwiczenia  ani zabaw nad wodą. Przyjaźń z Kaliną ograniczała się do bezpiecznych rozmów przy kozim mleku i dawania sobie oparcia w męskim środowisku.

 Baczność! — młoda wadera wiedziała już, że ma dokładnie tyle czasu, ile zając na ucieczkę przed lisem, kiedy padnie ten rozkaz. Porzuciła szlifowanie skradania się i pobiegła ustawić się w szeregu. 

Na początku przełożony pomęczył ich musztrą; baczność, patrz, lewo, prawo, spocznij, odlicz, marsz, raz, dwa, raz, dwa. Nie omieszkał podkreślić przy tym ruchu bioderek pań i zadać paru spóźnialskim dodatkowych pięćdziesięciu krokodylków. Najbardziej nienawidziła w rozgrzewce zapasów, które zawsze przegrywała. Całą resztę tresury znosiła bez szemrania, ale podczas rutynowego upokorzenia musiała się naprawdę skupiać na prawdziwym powodzie swojej obecności w NIKL-u, żeby nie cisnąć przysłowiową czapką w ziemię i odejść na zawsze. 

— Dzisiaj zrobimy sobie tor przeszkód. Finisz przy krzywej sośnie. Do startu, gotowi, ruszaj!

— Nareszcie coś, w czym jestem dobra — powiedziała radośnie do stojącej obok Morwy. 

Wyścig odbywał się parami. Kiedy nadeszła jej kolej, okazało się, że przeciwnikiem będzie nie kto inny, jak Falcon. Spojrzał na nią z lekceważeniem, na co tylko uśmiechnęła się lekko. Na sygnał do biegu Kali zerwała się pierwsza, ale samiec był szybszy. Zaczął zyskiwać przewagę, i pewnie ciągle by ją wyprzedzał, gdyby nie to, że trasa była pełna drzew i krzaków, jak to w lesie, tym gorzej, że brakowało w nim roślinożerców. Mniejsza, gibka wadera czuła się jak ryba w wodzie, podczas gdy większy towarzysz tracił czas na robienie pokaźnych łuków. Przebyli już prawie dwie trzecie toru, kiedy rywal zmienił taktykę i nagle skręcił w jej stronę. Poczekała, aż będzie ich dzielił jeden skok, chociaż serce waliło jej młotem, i w ostatniej chwili przesunęła się w lewo, za pień starego grabu. Usłyszała za sobą piękne "łup". Oczywiście skończyła wyścig jako pierwsza.



CDN


Gratulacje!

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Mediana, Pi i Sigma odchodzą!

Mediana - powód: śmierć

Pi - powód: śmierć

Sigma - powód: śmierć


Dalia i Talia dorastają!


Talia - pomocnik medyka
Dalia - szpieg

niedziela, 4 stycznia 2026

Od Hiekki do Całki

Postawili na pieńku kolejną flaszkę żołądkowej gorzkiej.
-Jak dobrze, że została mi jeszcze jedna.- Hiekka zatarł zziębnięte łapy.- No, to kto nalewa?
Z Szeregowcami siedziało mu się nawet przyjemnie. Nie mieli problemów z alkoholem tak długo jak sami się nimi częstowali, a na nocnej warcie nawet trzeba sobie ogrzać bebechy. 
- Ja mogę.- Danny nieśmiało podniósł butelkę.
Hiekka stuknął go zachęcająco łokciem. Danny pił ostrożnie, ale był w tym jakiś dziwny savoir vivre. Pelasza przesiadywała z nimi głównie dla towarzystwa, traktowała swoją pracę zbyt “na poważnie” żeby się upijać do nieprzytomności, ale kolejki nie odmówi. Moss był największą miękką fają, ale skoro już przyniósł czarki to niech zostanie.
Wadera Zaśmiała się wesoło na żart Dannego, jak tylko alkohol rozpalił im gardła. Moss szybko wpakował głowę w śnieg żeby czymś to popić.
-Ej, Danny.- Goniec pochylił się zagadkowo nad pieńkiem- O ile zakład, że tego walnę bez użycia łap?
- Chyba sobie żartujesz.- Prychnął lovelas. 
Hiekka golnął swoją czarkę trzymając ją tylko zębami, podniósł pysk do pionu żeby wszystko spłynęło jednym haustem. Wypluł ją w śnieg i runął plecami z rechotem w zaspę, a Danny rzucił w niego śnieżką, żeby śmiał się z niego ciszej.
Alkohol powoli się kończył a z tym ich pogaduszki, od rozpicia przysypiali na warcie. Hiekka kiwając się sennie nagle usłyszał znajomy głos, odwrócił łeb i zmarszczył nos. Na polnej drodze oddalonej od nich jakoś 30 kroków wędrowały dwie białe postacie…albo jedna postać, bo obie wyglądały praktycznie identycznie.
-Wiecie co.- Zamlaskał goniec.- Ja może lepiej spasuję. Zaczynam widzieć podwójnie.
***
Następny ranek przywitał go bólem głowy. Potrzeba  NAGŁEGO pragnienia wyrzuciła go z jaskini prawie pędem, lekko chwiejnym, ale sprawnym. Dotarł nad rzeczkę i walnął się w nią, nie zważając na temperaturę. Niewiele go już obchodziło. Kilka wilków mignęło mu kątem oka, jak leżał przy szemrzącej wodzie, próbując uspokoić błędnik. Jeden z nich dziwnie mruknął tuż nad nim, otworzył więc jedną powiekę.
- Całka…?- Wymówił niemrawo, niedowierzając własnym oczom.
- Ha, to ty. Kopę lat.
 - Kopę.- Wygramolił się z pozycji leżącej.- Jakoś tak z 5 wiosen co najmniej. Byłem pewny, że nie żyjesz.
- Jeszcze dycham, jak widać.- Wzruszyła ramionami, uśmiechając się sztucznie.
- Hm.- Obejrzał ją od stóp do głów W każdym centymetrze.
- Coś nie tak?- Wadera skrzywiła wargi, widząc, jak odpływa myślami.
- Nic nic.- Wrócił na wysokość wzroku.- 5 lat. Już zdążyłem zapomnieć jak wyglądasz. 
- Cóż, ty się nic nie zmieniłeś.
- Doprawdy?- Parsknął urażony.- Rzuciłem prochy.
Całka uniosła brwi.
- Zmyślasz.
- Trochę coś czasami wypiję…
- Wiedziałam..
- Ale niech pierwszy rzuci kamieniem!- Przysunął się nieco.- Mogę się zarzec, że jakbyś spróbowała tego wina z piwniczki, co go trzymam na specjalne okazje, to byś zrozumiała.- Spojrzał bokiem pod jej grzywkę, prosto w złote oko, pesząc ją.
- Może nie dzisiaj. Nadal jestem skołowana po podróży.
- No tak, wielka wyprawa.- Odsunął się powoli.- Nie powiesz nic więcej? Bym miał dobry materiał na wiersze.
- Może później, naprawdę. Chcę jeszcze dzisiaj odwiedzić Deltę
- Hiekka pokiwał głową nieco rozczarowany, ale zrozumiał.
- Powinienem cię w takim razie odprowadzić.- Uśmiech wrócił mu na pysk.
Całka znów zrobiła to śmieszne coś z brwiami.
-Może jednak trochę się zmieniłeś.
***
Mały spacer basiorowi nawet dobrze zrobił. Skryty w cieniu drzew nie dostawał tak bardzo słońcem po oczach, które przyprawiało go o mdłości.
Dużo się pozmieniało jak cię nie było. - Szedł od jej boku, starając się nie patrzeć na nią zbyt często.- Mnóstwo wilków odeszło. Część zabrała wojna, część choroba…naprawdę paskudna sprawa. Ale są jeszcze większe tragedie. Ja na przykład zostałem gońcem.
- Naprawdę.- Słuchała go ze skrywanym rozbawieniem.
- No wiem, głupio się przyznać, ale myślałem, że jak dołączę do wojskowych to będę czasami wpadać do was, no wiesz, do pracy. - Zaśmiał się, myślami uciekając wstecz.- A tu proszę, taka niespodzianka.
Dało się wyczuć w jego głosie dotąd niespotykaną nutę: szczerość. Minęła chwila zanim zebrał myśli na nieco posępniejszy monolog.
- Mam do ciebie jakiś żal.- Spochmurniał.- Nawet nie przyszłaś się pożegnać, po prostu znikłaś bez słowa. Pewnego dnia się budzę i słyszę od pierwszej lepszej osoby że poszłaś w długą. Zniknęłaś i tyle cię widzieli. Rozumiem, jakby to było na chwilę, ale…- Uderzył się w czoło słodko-gorzko. - Chyba sobie ubzdurałem połowę z tych moich wspomnień, skoro ty tak łatwo o nich zapomniałaś.
Odwróciła się jakby odmieniona.
- …nie mów tylko, że tęskniłeś.
Na te słowa napuszył się jak paw. 
- Teraz ty sobie coś ubzdurałaś.- Parsknął, próbując jakoś ukryć wstyd. - Nawet nie odebrałaś swojego koca. 
- Odbiorę, jak ci tak zawadza. Nadal mieszkasz tam gdzie wcześniej?
- Czyli pamiętasz drogę. - Napłynęła go fala triumfu.
Przewróciła oczami nadal rozbawiona. Podniosła nos do góry, czując znajome zapachy. Las przerzedził się, a oni wyszli na polanę.
- Dobrze było się zobaczyć.- Odparła na pożegnanie.
- Znowu brzmi jak pożegnanie na 5 lat. Do zobaczenia brzmiałoby dużo łagodniej.
- Dobrze, do zobaczenia.
- Dziś po zachodzie koc będzie do odbioru. - Dygnął paradnie i odprowadził waderę wzrokiem w kierunku jaskini Delty, a sceniczny uśmiech momentalnie zszedł mu z pyska.- Po tym czasie przesyłka trafi do ogniska. - Nie był pewny czy to ostatnie dosłyszała.

<Całka?>

Nowy członek!

Wenus - pomocnik

Od Całki - "O Krok bliżej - ostatki" cz. 4

 

Wyruszyli nocą. Wszyscy już spali sobie cichutko, kiedy czwórka wilków wymsknęła się pod osłoną cieni. Strażnicy, którzy pilnowali tego miejsca spali słodko. Całka spojrzała na jednego z nich z niesmakiem. Jej kły pokazały się wszystkie i miała wielką ochotę ich użyć. Jednak to nie był odpowiedni czas.

 Otaczała ich cisza, kiedy tak szli. Ich łapy odbijały się od trawy w ogłuszających mlaśnięciach. Rosa nie była ich współpracownikiem. Całka zmarszczyła brwi. Nikt nie powinien ich usłyszeć tak czy siak, ale ostrożności nigdy za wiele. Sigma szedł u jej boku, jego oczy przerażone duchami skrytymi pomiędzy konarami drzew, które szeptały słodkie słówka w jego uszach.

– Gdzie dalej?– Mediana podrapała się po łapie niespokojnie. Jej głos był tylko szeptem, ale brzmiał jak wystrzał pośród nocnego milczenia.

– W prawo. I długo prosto. Góry zbliżą się do nas jak będziemy blisko rana. Nikt już nas nie dogoni. –  Całka odpowiedziała równie cicho, ale ich rozmowa i tak nastroszyła sierść na szyi Pi. Samiczka obejrzała się za siebie i podrapała po uchu, które wyjątkowo mocno ją tej nocy swędziało.

Droga znikała pod ich łapami szybciej i szybciej im dalej od watahy tych pomieszańców byli. Wkrótce młodzież rozpędziła się biegiem, na tyle ile mogła. Mediana nie była najszybsza, Pi kulała na tylną łapę, a Całka nadal czuła się jakby łapy jej oprawców przyciskały jej ciało do ziemi. Było im ciężko, ale parli naprzód. Prosto przed siebie.

– Po co my tam w ogóle idziemy? –  Mediana w końcu stanęła na chwilę aby złapać oddech. Słońce malowało już horyzont na pomarańczowo. Wilki w watasze prawdopodobnie właśnie wstawały. Ktoś musiał już odkryć, że ich nowe nabytki zniknęły.

– Odkryć tajemnice naszego pochodzenia, oczywiście. – Całka odetchnęła ciężko. Sama była już tym wszystkim zmęczona. – Jeszcze kawałek. Już teraz tylko pod górkę.

– Tylko pod górkę. – Sigma powtórzył niezadowolony. Przeskoczył z łapy na łapę, ale ruszył przed siebie. Wkrótce znaleźli ścieżkę. Tę samą, której mieli się trzymać aż do rozdroża.

 

W górze, im dalej szli tym więcej śniegu przybywało. Przybywało tez dziwnego zapachu spalenizny i śmierci, pomimo braku jakichkolwiek ciał czy ognia.  Całka czuła jak jej krew zawrzała z ekscytacji. Wszystkie tajemnice, wszystko to co robili zbliżało ich coraz bliżej do prawdy, której tak poszukiwała. Kim jest, skąd, po co. Wszystko to co pamiętała i czego jeszcze nie wiedziała, było na wyciągniecie łapy.

– To tu. – Pi w końcu się odezwała. Przed nimi ścieżka rozwidlała się na boki. Drewniany znak, stary i zmrożony zimnem gór, wskazywał w dwie strony, które zupełnie ich nie obchodziły. Szczyt taki czy siaki – to nie miało już znaczenia. Całka podeszła do znaku i przekroczyła obok niego wsadzając obie łapy po tors do śniegu. Czując grunt pod nimi ruszyła dalej. Sigma była zaraz za nią, jego ciało rozpychając zaspy na boki dla reszty jego rodzeństwa. Pi i Mediana spojrzały po sobie i powoli ruszyły za nimi. Pi z wyjątkowym trudem. Jej tylna łapa coraz bardziej bolała i wadera nie wiedziała za bardzo jak na to zareagować. Pustka w jej sercu nie pomagała. Po co oni tu w ogóle przyszli?

Szli długą chwilę, a zapach dymu i spalenizny nasilał się z każdym krokiem. Gdzieś po ich prawej zimny strumień stopił zaspy śniegu i porwał je ze sobą w dół. Jego szum prowadził zmysły rodzeństwa przed siebie. Pchać, pchać, iść. Do celu. Wszystko wyglądało identycznie, a mimo to Całka poruszała się tutaj jakby mieszkała tu całe swoje życie. Widoki z koszyka powracały do niej z każdym korkiem, a jej determinacja paliła w gardle i sercu. Była gotowa zabić aby osiągnąć swój cel.

I nie musiała długo czekać aby ta myśl stała się rzeczywistością. Całka zatrzymała się w pół kroku. Przed nimi pojawiła się dolina. Wielkie spadlisko ze stromymi ścianami przywitało ich łapy. Tam, w dole, stał stary i obumarły budynek. Z jego wnętrza migotały resztki szkła, które łapały promienie słońca. Mizerna i rozpadająca się brama zapraszała ich do wejścia, a marne druciane ogrodzenie nie wydawało się zbyt ciężkie do przejścia. Wszystko zdawało się być… dobrze. Ale było za spokojnie. Krajobraz stał nieruchomo. Wiatr nie odzywał się swoim donośnym głosem, jak to ma nawyk w dolinach gór. Cisza jaka wisiała nad tym widokiem była niecierpliwa, jakby czekała aż ktoś ją przerwie. Całka postąpiła parę kroków  wprzód, Sigma za nią. I wtedy oboje najeżyli się, kiedy w kącie ich oczu mignęła czarna masa. Wielki   czarny pies stanął po ich prawej. Śnieg roztapiał się wokół jego ciała, jakby zwierzę było zrobione z ognia i buchało od środka ciepłem na tyle silnym, że paliło je od środka. Dym uciekał z jego pyska, kawałki jego futra i ciała topiły się w czarnych smugach ropy i uderzało w martwą ziemię wokoło jego łap.

Całka zamarła, napinając wszystkie mięśnie. Zwierze nie miało oczu, zamiast tego spoglądało w ich kierunku pustymi oczodołami, w których zbierały się resztki ropy z jego ciała. Pies miał nastawione uszy, ale nie ruszał się. Tylko słuchał.

– Co to jest? – Mediana szepnęła, jej łapy wsparte na plecach brata.  Zwierzę spojrzało w jej stronę i zrobiło parę kroków. Całka zareagowała szybko, za szybko dla tego masywnego stworzenia. Jej kły wbiły się w jego szyję. Zaraz i Sigma był przy gardle stworzenia.

Pies nie odezwał się słowem, a jego ciało upadło nieruchome na ziemię.  Całka poczuła jak jej usta pieką delikatnie, a kiedy się oblizała zdała sobie sprawę, co właśnie zrobiła. Nie wiadomo nawet czy ten pies był dla nich niebezpieczny czy szkodliwy. No cóż. Nic jej teraz nie przeszkodzi w zdobyciu swojego celu. Swoich tajemnic.

Nic. Poza cała sforą tych stworzeń powoli zbliżającą się w ich kierunku. Całka oblizała się ponownie. Na ciele psa były widoczne jej zęby, jej łapy, które teraz nosiły na sobie resztki spalonego ciała. Czarna smoła ściekała z łap Całki. Inne psy reagowały na to omijając ją, jakby była częścią ich sfory. Oh… Mediana zareagowała od razu. Położyła łapy na martwym ciele, czując tylko jak pali ją mocno.  Martwe już stworzenie musiało mieć bardzo kruche kości, gdyż te zapadły się pod nią i pozwoliły jej wpaść do stworzenia po łokcie. Od razu odskoczyła. Palące płomienie zapaliły martwe ciało. Ups. Mediana spojrzała na to i wytarła jedną  łap o Pi. Sfora zatrzymała się. Jakby wilki przed nimi zniknęły.

–Ciekawie… – Sigma odetchnął ciężko. Wszystkie psy zwróciły głowy w jego strony. Parę obnażyło kły. Młody wilk zamknął pysk ino raz i odsunął się na parę kroków w tył. Psy rzuciły się na miejsce w którym był, jakby… zniknął. Reagują na dźwięk – cale rodzeństwo doszło do tego wniosku jednocześnie. Nieprzyjemne milczenie zapadło ponownie.

Całka machnęła ubrudzoną łapą na swoje rodzeństwo i wtarła maź w ich pyski. Bolało, pozostawiało nieprzyjemny zapach, ale było bezpieczniejsze tak wysoko ponad śniegiem. Rodzeństwo ruszyło dalej. Byli już tak daleko od domu, tak blisko tajemnic schowanych w porzuconych ścianach laboratorium.

Wejście przez bramę było… problematyczne. Sigma był nieco za duży na dziurę stworzoną przez przekrzywione rury trzymające to wszystko w kupie. Całka ledwo się przecisnęła. Mediana nie miała problemu. A Pi? Pi straciła kawałek ogona, który lekko zahaczył o wystające na bramie druty.

– Szlak. – Sigma mruknął i z wielkim hałasem przedarł sie przez dziurę. Rodzeństwo zaraz odsunęło się od źródła ich hałasu, gdzie zaraz zjawiła się sfora. Ich pyski wykrzywione były w gniewie, w furii, ale nie zauważyły złodziei, którzy wkradli się na ich tereny. Rodzeństwo było już na betonowych chodnikach przed laboratorium. Tutaj śnieg nie sięgał. Całka patrzyła z zafascynowaniem jak jeden z psów podążył w ich kierunku, najmniejszy, rozpadał się w kupkę smoły, która zajęła się intensywnym ogniem, kiedy tylko wystąpił ze śniegu o krok za daleko. Pies nie wstał, jego ogień powoli wygasł.  Mediana machnęła ogonem. Śnieg musiał utrzymywać te stworzenia przy życiu w jakiś sposób. Może zamrażał tę smołę, która tak z nich wyciekała.

Sigma dźgnął siostrę z bok. Mediana uniosła na niego wzrok. Basior machnął głową w kierunku wyważonych drzwi. Stare drewno już dawno rozmyło się w coś co przypominało bardziej papkę niż drewno. No cóż. Czas zabierał wiele rzeczy. Zabrał tez szkło w oknach, zabrał roślinność rozsadzoną na bokach ścian, pozostawiając tylko gałązki, smutne w tym zimnym klimacie. Całka weszła do środka jako pierwsza. W środku było małe pomieszczenie, ze ścianami pokrytymi czarnymi smugami, jakby wiele lat temu pożar przeżarł się przez środek tego miejsca. Wszystko pachniało stęchlizną i śmiercią. Całka zmarszczyła nos. Nie podobało jej się tu, ale … byli tak blisko.

Wilki wtoczyły się do środka.

–Czy… – mediana zaczęła, jej oczy zaraz zwracając się do wejścia. Sfora patrzyła w jej kierunku, ale stała na skraju śniegu, zaraz za bramą. Żadne nie odważyło się przekroczyć bezpiecznej linii trzymającej je przy życiu – Na pewno coś tu znajdziemy?

– Coś na pewno. – Całka machnęła ogonem i odetchnęła cicho. Jej łapy nie wiedziały dokąd iść.

–Gdzie teraz? – Sigma zajrzał w jedno w wejść. Ciemność nie przeszkadzała mu za bardzo zazwyczaj, ale tutaj wszystko zdawało się mieć oczy, które tylko na nich patrzyły.

– Nie wiem. – odparła Całka. – Już nie wiem. Nie… wszystko wygląda inaczej. Tego pomieszczenia… nie było. Nie ma… ja… nie w mojej pamięci.

– Czyli musimy szukać na własną rękę. – oznajmiła Pi. Nadal patrzyła się na ten kawałek ogona gdzie jeszcze niedawno był on w całości. Dlaczego… co było nie tak? Takie delikatne targnięcie nie powinno kosztować jej części ciała. – Rozdzielamy się dwa na dwa? Czy wcale?

–Dwa na dwa. Sigma z Medianą, Ja i ty idziemy na lewo. – Całka ruszyła przed siebie wnikając w jednym z dwóch wejść w pomieszczeniu. Pi ruszyła za nią.

 

︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾

Całka czuła się jakby chodziła po szkle. Jej łapy piekły od tego dziwnego czarnego osady, jej płuca bolały od ohydnego zapachu wokół nich. Ale szła dalej, nie dla niej było poddawanie się.

Jej kroki odbijały się od ciemnych ścian i wracały do niej echem. Nieprzyjemne mrowienie w jej umyśle mówiło jej że coś jest nie tak, ale upartość pchała ja dalej. Pi towarzyszyła jej u boku. Z siostrą czuła się pewniej, bezpieczniej. Pomieszczenie za pomieszczeniem, szukały. Zwiedzały. Stoły krzesła, wszystko było osmolone. W jednym z pokoi znalazły stary szkielet, którego kości już przeżarły się przez drewno i zaczęły rozkładać same siebie, z jakiegoś powodu. Były ciepłe w dotyku i emanowały delikatnym światłem. Całce się to nie podobało.

Te dziwne psy tu nie przychodziły, ale podobna do ich ciał maź leżała co któryś krok w rogach i pod oknami. Nie ruszała się. Była też chłodna w dotyku, w przeciwieństwie do tej, która nadal grzała dwie samiczki na pyskach.

– Nie podoba mi się tutaj. – Pi stwierdziła bardzo spokojnie. – A tym miejscem jest coś nie tak.

– Wiem. – Całka zmarszczyła nos. Kolejne pomieszczenie wyglądało zupełnie inaczej. Dziwne urządzenia i wajchy pokrywały wiele szarych, zardzewiałych pudeł. Całka przeszła obok jednego z nich. Ciche buczenie wypełniało to miejsce, a do jej głowy wróciły zamazane wspomnienia. Przechodziła obok tego miejsca, jej głowa wystawiona kawałek ponad brzeg koszyczka, kołysana na boki jak na rwącej rzece. To było tak dawno, a jednak wspomnienie było tak żywe. Jedna z dźwigni była położona w dół. Teraz była w górze. Całka położyła na niej łapy i pociągnęła w dół. Pomieszczenie zawyło i zaszumiało intensywnie i nagle nad nimi zapaliło się światło. Jasność zapadła we wszystkich pomieszczeniach. Gdzieniegdzie żarówki migały z nieprzyjemnym dźwiękiem.

– Oh…  Światło. – Pi spojrzała na sufit gdzie ledowe żarówki burczały i mruczały w swoim własnym języku. Jakby szeptały zapomniane tajemnice.

– Światło i energia zgaduję, że. Idziemy dalej… – Całka pogoniła siostrę z tego miejsca. Ten dźwięk przyprawiał ją o palpitacje serca i skręcał jej żołądek. Następne parę pomieszczeń nie było zbyt ekscytujące, dopóki wadery nie doszły do starych metalowych drzwi. Te wypadły z zawiasów i spadły na jakiegoś nieszczęśnika. Ludzka czaszka patrzyła się na nie pustymi oczami. Było to z pewnością lepsze niż tamte żywe potwory, które czekały na nich na zewnątrz, i które teraz wyły jak oszalałe. Przez okno dało się dostrzec jak biegały wzdłuż linii śniegu, która topniała coraz to dalej. Całka przemknęła obok drzwi i weszła do ogromnego pomieszczenia. Tam, w podświetlonych kapsułach było parę ciekawych widoków.

– Umiesz czytać, chodź tu. – Całka machnęła łapą na siostrę. Pi podeszła do niej, obok jednej z kapsuł i spojrzała na tabliczkę.

– Ek… Eksperyment „Wilk”, próbka 359 – oświadczyła Pi, kiedy jej siostra rozglądała się wokoło. Na stołach i stolikach leżały różne próbówki, a niegdyś zamknięte sejfy stały otworem. Niektóre szkiełka były zamknięte, niektóre stłuczone. Wszystko to wyglądało jak jeden wielki pośpiech w ucieczce. Całka sięgnęła po jedną z próbówek i obróciła ją w palcach. W środku była czerwona ciecz, a an szkle przyklejona była nieco wypłowiała karteczka z imieniem „Wenus”.

Pi za to Szla dalej od kapsuły do kapsuły patrząc się na dziwne mazie zamknięte w bulgoczącej wodzie. Wszystkie były podpisane nazwą projektu „Wilk”.

– Ludzie są dziwni. – Pi w końcu stwierdziła. – Robią własne wilki? Nie mogą po prostu sobie ich złapać?

– Ludzie myślą, że są bogami. – Całka znała odpowiedź na to pytanie. – Bogami i myślą, że mogą. Że mogą po prostu sobie to życie stworzyć po swojemu.

– To się na nich odbiło. – mruknęła Pi przesuwając łapą kolejną ludzką czaszkę. Ta także była nieco ciepła w dotyku. Łapa Pi zapiekła nagle, tam gdzie się dotknęła kości. Kawałki jej skóry opadły na podłogę. Pi zamrugała. Niedobrze… raczej… chyba.

︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾

Sigma i Mediana krzątali się to tu, to tam. Wszystko wyglądało identycznie. Każda ściana była posmarowana pożarem, każdy wdech pachniał śmiercią i dymem. Wszystko wokół było konfundujące i mieszało Sigmie w głowie. Głosy mówiące do niego wcale nie pomagały, ale siostra u jego boku była pewnym gruntem, którego był pewien. Nie bał się aż tak.

– Co teraz? – Mediana mruknęła pod nosem.

– Szukamy dalej. – Sigma odpowiedział jej bez zawahania.

– Nie o to mi chodzi. Chodzi mi.. co potem? Co po tym wszystkim? – Mediana zacisnęła zęby trochę zbyt mocno.

–Nie wiem. Zależy co odkryjemy. – stwierdził basior. W końcu nie było sensu gdybać bez wiedzy o tym co dokładnie się tutaj stanie. –Może wrócimy do domu. Może nie przeżyjemy. Może nie wrócimy do domu. Może… nie dowiemy się nic.

— To ostatnie jest… smutne.  Jak już tu jestem to chciałabym się chociaż dowiedzieć po co opuściłam mój piękny, komfortowy dom. – mediana zmarszczyła nos. Jej wnętrze zawrzało z wściekłości na samą myśl że przyszłaby tu po nic. Aż jej żołądek zaburczał głośno z wrażenia, a gardło zapiekło.

– Wszystko okej? – Sigma spojrzał na nią ze zmartwieniem.

– Tak. Już tak. – Mediana odetchnęła ciężko. Nie chciała martwić brata, nie tutaj. Nie było na to miejsca ani czasu.  –Chodźmy daaaaaa… – Mediana nastroszyła się, kiedy cale pomieszczenie nagle zapaliło jak jakby ktoś wstawił w nie małe słońce.

– Oh… Chyba nasze siostry zapaliły nam światło. – Sigma sam był ustawiony w pozycji bojowej, gotowy do ataku. Jednak żaden atak nie przyszedł, tylko nagły wrzask na dworze. Warczenie i szczekanie  tych stworów, które tak uparcie pilnowały tego miejsca ,jak własnego grobu.

Bo to było grobowisko w pewnym senesie. W świetle żarówek i ludzkiego obeznania z energią dwa wilki mogły obejrzeć to piękne pomieszczenie. Kości wszelkiej długości i wielkości leżały pod ścianami i wspinały się do sufitu w małych górkach. Co jakiś czas z tych gór pełnych śmierci wystawały puste oczodoły ludzkich czasek.

To był smutny widok, ale i przerażający.

– Są … ciepłe w dotyku.  – Mediana skrzywiła się i odsunęła kość którą złapała w łapę jak najdalej od siebie.

– Ciepłe? – Sigma zaufał siostrze na słowo, chociaż było to… dziwne. Czemu kości, które – patrząc na stan budynku, leżały tu od pewnie wielu lat, nadal były ciepłe. I co? Może jeszcze miękkie. Ale Sigma nic nie powiedział. Zamiast tego poruszył się w kierunku dalszych drzwi.

Chwilę szkli od pomieszczenia do pomieszczenia, aż nie zaszli do małego miejsca. Wyglądało to jak ślepy zaułek, ale Mediana i jej uważne oko śledczej od razu zauważyło papierzyska jakie pokrywały to miejsce. Wszystko było w nieładzie i porozrzucane w pośpiechu, ale to co było na półkach nadal było śliczni poukładane.

– Tu możemy coś znaleźć. – Mediana oświadczyła i weszła do środka. Zapach był przyjemniejszy tutaj niż gdziekolwiek indziej. Po przeszukaniu wielu i jeszcze więcej niż wielu kartek Mediana w końcu dokopała się do plików kartek podpisanych „Projekt Wilk”. Zainteresowana otworzyła ten zbitek kartek i wbiła wzrok w literki. Na początku nie było w tym nic ciekawego. Wertowała je, przewracała, znudzona naukowym tekstem i liczbami jakie wyskakiwały przed jej pyskiem – do czasu.

Łapa mediany zatrzymała się w połowie ruchu do przełożenia kolejnej kartki. Przed nią, przed jej oczami, przed jej świadomością leżała kartka. Kartka z podkreślonym zapiskiem. „6 wilków stworzonych z krwi połączonej dna i magią. Doktor Jaques nadał im imiona: Wenus, Mars, Jupiter, Neptun, Saturn i Merkury. Wilki te stworzone zostały z krwi pojmanego wilka z nazwą „Chedar” o niebieskim futrze. Dwa z sześciu wilków odziedziczyło jego kolor. Cztery z sześciu odziedziczyło heterochromię. „ Ale nie to było dziwne, nie. Pod nim, przypięta agrafkę była fotografia. A raczej bardzo dobrze wykonany rysunek. Rysunek który wyglądał jak jej ojciec. Młodszy i zdrowszy. Te same oczy, jen sam zawijający się kawałek włosa. Pod nim były jeszcze dwa rysunki. Nieznany jej wilk i jakiś pies, który z pyska bardzo… przypominał Pi. Wadera doczytała resztę kartki szybciutko i zjeżyła się.

– Hej Sigma. – mruknęła do brata. Ten podniósł oczy znad kartek, które sam trzymał w łapach. – Znajdziesz szafkę 37, sekcję 50.

– Okej? Coś znalazłaś? – jej brat podszedł do szafek i podniósł się na tyle łapy aby sięgnąć pożądanej półki. Operowanie bez kciuków nie było proste, ale dawał radę.

– Tak. Coś… Można powiedzieć. Ale potrzebuję tych plików. – powiedziała ponaglająco. W jej sercu narastała niepewność i przerażenie. A tak się martwiła, że nic nie znajdą, że przyszli tutaj po nic. Łzy zebrały się w końcówkach jej oczu.

– A co … w nich j.. jak ich jest dużo, czekaj. – Sigma zaczął wyjmować wiele kartek i odkładać je przed nią. Mediana spojrzała na kartki. Na każdym z nim znajdował się rysunek, fotografia czy cokolwiek to było. A na nich ich pyski. I pyski dwóch nieznanych im wilków.

– Eksperyment „Wilk”, próba… 189. Imię… Mars. – Mediana wzięła jedną z kartek w ręce. Jej oczy były wielkie, pełne coraz większej ilości łez. – Nie dożył 4 dni. Geny wzrostu nieudane. Powód śmierci… rozpad narządów wewnętrznych.

– Oh. Tworzyli wilki? Ciekawie. – Sigma dorzucił więcej kartek, nawet na nie, nie spoglądając. Po prostu próbował pomóc siostrze jak najszybciej.

– Tak… Tworzyli… wilki. – szepnęła wadera i podniosła swoje oczka na brata, który zatrzymał się w swojej pracy. Podała mu kartkę. Ten chwycił ją i przyjrzał się tekstowi. Dopiero po paru sekundach do jego zmysłów doszło zdjęcie. Tam, wpatrzony w kamerę był on sam. Młodszy, ale tylko odrobinę. Miał te same oczy, te same włosy i ten sam wyraz twarzy. Skonfundowane przerażenie i ten błysk w oczach, który świadczył o widoku, którego normalne wilki nie widziały.

– Mocne nieznane. – przeczytał pod nosem po czym odłożył tę kartkę. – Czyli co… jesteśmy eksperymentem? – Sigma położył po sobie uszy. – Jesteśmy w ogóle spokrewnieni?

Mediana od razu zaczęła szukać odpowiedzi na to pytanie. Przewracała kolejną i kolejną kartkę. Kartka za kartką. Kartka za kartką. W końcu, z pomocą brata znalazła ostateczne kartki dla każdego z nich.

– Z tego co widzę… to… ja mam w sobie 20% genów taty, 40% tego psa i 40% wilka, który był dodatkowo w to wszystko wmieszany. Całka ma … 40 % psa, 50% wilka i 10% taty. Pi ma 70 % psa, 20% wilka i 10% taty, a ty masz… 50 % taty, 40% psa i 10 % nieznanego wilka, innego niż nasza trójka. – Mediana odetchnęła ciężko.

– Chociaż tyle, że nadal jesteśmy rodzeństwem. – Sigma odłożył kartkę w swojej łapie. – I … mieliśmy jeszcze dwójkę rodzeństwa. Ciekawe czy jeszcze żyją.

– Nie wiem. Ciężko stwierdzić. Z tych kartek wynika, że wiele eksperymentów umierało bardzo szybko. Zdaje mi się że… aha. Merkury jest oznaczony jako porzucony. Ostatni numerek na jego kartce to… 93. Jupiter… czyli ja! Oh… 567.  „Samica wilka, grube kości, wytrzymała. Moce niszczycielskie. Uważać – poprzednie wybuchały bez ostrzeżenia… – Mediana podniosła oczy na brata. – No.. .to ciekawie. „567 to najlepsza receptura do tej pory. „ I pod tym czerwony dopisek o tym że… wilk zniknął niedługo po stworzeniu. I od tamtej pory nie ma więcej numerów.

– O! Ja miałem na imię Mars. Ha! Dobre imię…. Numer eksperymentu… 505 wersja. Mniej od Ciebie. „Wilk jest niestabilny i zdaje się widzieć rzeczy których nie ma… „ – pysk Sigmy wygiął się w niezadowoleniu – „Najczęstsza śmierć powodowana była przez samobójstwo na różne sposoby. Szaleństwo.” Okej… „Wilk nie ma innych wyróżniających go cech. Propozycja porzucenia prób… „ Okej. To jest nie fair! Porzucenia!? – Sigma odrzucił swoją kartkę. Miała ten sam dopisek co Mediany. „Wilk zniknął po stworzeniu.”. Mediana była prawie pewna, że to był dzień, który Całka pamiętała tak dobrze.

– Merkurego porzucili szybciej. „Wilk rozpadał się w stawach. Brak znalezionego powodu. Projekt porzucony.” A… Oh… Neptun. Zdaje się że nasz brat miał więcej szczęścia. „Numer 892. Wilk umiera po podaniu hormonów wzrostu z powodu zawału serca. Wilk umiera bez podania hormonów wzrostu na zapaść obturacyjną. Brak innych powodów śmierci. Wilk… zniknął w dniu jego … stworzenia.”

– Ciekawe czy… Ciekawe czy Całka go pamięta. Bo.. poszedł z nami nie? – Sigma podrapał się po głowie. Na obrazku wyglądał bardzo podobnie do ich taty. Różniły ich tylko oczy i kolor nosa. Wydawał się być taki… wesoły.

– Wydaje mi się że tak. Jak zniknęliśmy wszyscy na raz… Musimy spytać się Całki. – Mediana odłożyła kartkę na bok, zaraz na swojej i Sigmy. Potem sięgnęła po kartki swoich sióstr. – Wenus. Całka… „próba 612. Stabilna. Wilk szybki, wytrzymały. Obciążony genami kruchości kości. Wilk umiera z powodu złamań i straty krwi. Możliwe zaniki pamięci – obserwacja.” I Pi. Pi to…. Saturn? Oh… – mina Mediany nieco zrzedła. – „Próba 135. Wilk umiera na rozpad. Rozpad ciała. W proch. „ A na tym napisane jest jedno wielkie, „CO?”. „Wilk niestabilny, niebezpieczny. Wilk bez emocji i większego poczucia bólu.”

– Nasza siostra jest niebezpieczna? – Sigma pokręcił głową. Jego oczy nadal przesuwały po kolejnych kartkach.

–Tak…. Na to wygląda. A przynajmniej niestabilna. Nie chce mi się w to wierzyć. – Mediana odłożyła jej kartkę na resztę i zaczęła je pakować. Zwinęła je w rulonik i zawiązała gumką, którą ukradła z innego zwitku kartek.

– Patrz na to. Nasz brat Merkury chyba… narozrabiał. – Sigma skrzywił się i podał Medianie kartkę. Na niej podpisana była próba 94. Tekst na niej urywał się w połowie słowa, a jej treść była ledwo czytelna gdyż połowę kartki zajmowała plama. Plama czarnej smoły, która nadal śmierdziała spalenizną.

– „Wilk dokonał… samozapału. Wilk niebezpieczny, ugasz…” Zgaduję, że ugaszony i.. .że chyba im się jednak nie udało. – Mediana spojrzała na Sigmę. – Wiesz co bracie. Chodźmy już… Nie chcę myśleć o tym, że jeden z tych pso-stworów to nasz brat.  To… trochę za dużo.

—Myhymm… – Sigma pokiwał głową.

︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾

Całka i Pi, były całe najeżone, kiedy Mediana i Sigma do nich podeszli.

– Coś znalazłyście? – Sigma zagadnął. Jego uśmiech nie sięgał jego oczu.

– Ta… Naszą krew w próbówkach… I krew ojca. A.. i ją. –Całka wskazała głową na wilka zaglądającego na nich z wejścia. Dwoje błękitnych oczu wpatrywało się w nich z przerażeniem. Wilk był dorosły, wielkości Całki i… wilk był Całką. Dosłownie. Kiedy tylko wyszedł w odrobinę światła Mediana mało nie padła, pomimo że wiedziałą, że istnieje taka możliwość. – A wy?

–Nasze akta. – Mediana podała jej zawinięte kartki i podeszła do nowego nabytku. – Hej We…Wenus…

–Wenus? – wilk powtórzył jak echo. Mediana skrzywiła się. Wadera pachniała i brzmiała dokładnie jak ich siostra. Śledcza chwyciła jej pysk bardzo delikatnie i zbliżyła do swojego. Z tak bliska mogła dopatrzeć się numeru nadrukowanego na jej uchu. „504” – poprzednik ich kochanej Całki. Ich genetyczna siostra.

–Tak. Twoje imię. – oznajmiła mniejsza wadera i zwróciła się do Pi. Ze smutkiem w oczach patrzyła jak ta czyta swoją kartkę i spogląda na własne łapy z dozą emocji jaką tylko ona mogła okazać. Czyli barku emocji. Braku emocji wpisanych w jej geny.

– Moje imię. –wilk powtórzył.

  Możemy się stąd wynosić? – Sigma w końcu zapytał. Jego mina była nietęga. Jego rodzeństwo pokiwało głową, wszyscy poza… Pi. Wszystkie oczy poszły na nią.

– Ja… chyba tu zostanę. Kupię wam czas od tych potworów. – oświadczyła, jej oczy wyjątkowo smutne.

–Co…? Nie… Nie ma mowy. Wracamy do domu. Wszyscy! – Całka mruknęła niezadowolona.

– Nie… Nie zdążę wrócić do domu. –Pi odetchnęła ciężko i potrząsnęła jedną z łap. Sierść i kawałki skóry posypały się z niej jak igły ze starego świerku. Całka zmarszczyła nos. – Czas się pożegnać.

– Ale…  – Mediana zakrztusiła się na własnych łzach, które polały się z jej oczu. Już nic więcej nie powiedziała. Decyzja zapadła jak gilotyna. Wszyscy zamilkli na chwilę.

– Pi… Ja… Nie mogę ci na to pozwolić. Obiecałam wam że wszyscy wrócimy bezpiecznie do domu. – Całka mówiła trzęsącym się głosem.

– to nie ma już znaczenia. Teraz musisz skupić się na… Sigmie… na Medianie. Na… Wenus? Na nich. Ja… Nie wiem czy w ogóle wyjdę żywa z tych gór. Moja tylna łapa… Od dwóch dni poddaje się powoli. Dzisiaj już usypał mi się ogon. Nie chcę was zostawiać, ale muszę. Nie ma dla mnie ratunku.– podała im swoją kartkę i wzięła głęboki oddech. I potem spojrzała na drzwi. Tam, na brzegu, przy bramie, te dziwne psy krążyły z dziką wściekłością. – Wyłączmy energię. To chyba je irytuje.

Atmosfera była grobowa, tragiczna. Wszystkie wilki, może poza Wenus, widziały co nadchodzi potem. Pi znikała z ich życia czy tego chcieli czy nie. Rozpadała się w oczach, kawałek po kawałku, ale zapewniała im bezpieczną drogę do domu. Daleko. Bez niej. W trójkę. W czwórkę, ale Całki nie obchodziła jej kopia. Nie bardziej niż jej siostra, która właśnie umierała na jej oczach

–To jest jakiś mroczny uśmiech od losu, naprawdę. – szepnęła do brata, który poszedł z nią tam gdzie Pi i Całka włączyły wcześniej energię. Kiedy wajcha poszła w górę wszystko zgasło. Dźwięki warczenia na zewnątrz powoli ucichły.

Wszyscy spotkali się przy wyjściu. Wenus dostała własną plamę na pysku ,sycząc przy tym z bólu. Całka prychnęła na nią żeby przestała, bo bez tego będzie gorzej. Znacznie gorzej. Sigma za to stał obok Pi, jego łapa na jej ramieniu, łzy w jego oczach.

–Jesteś pewna? Na pewno … ktoś będzie wiedzieć co z tym zrobić. –mruknął do niej.

– Kto? – Pi spytała. Sigma nie miał dla niej żadnej odpowiedzi. Nie miał pojęcia, kto mógłby pomóc jego siostrze. Jego nadzieja rozsypywała się razem z jej ciałem. – Wiem, Sigma. Może nie jestem najstarsza, najinteligentniejsza i najlepsza i… ja… – Pi zmieszała się nieco. – Ale… Wiem że mnie kochacie. Na swój sposób ja was też. Wiem że będziecie tęsknić. Ja chyba też. Na swój… własny sposób, prawda? – Pi spojrzała na niego. Kiedy Sigma zabrał łapę z jej ciała pozostawił po sobie jej odbicie. Kawałki futra opadły na podłogę laboratorium – Czas się pożegnać. – dotknęła nosa brata swoim. Potem Medianę, która zapłakana odwzajemniła ten gest. Całka pochyliła się ku siostrze zanim ta zareagowała. Ich nosy były zimne i mokre. Cała ta sytuacja była… smutna.

– Dobra. Płakać będziemy potem. Jak… już będziemy bezpieczni... – Całka wyszła z laboratorium. Psy nadal kręciły się przy wyjściu. Pi odetchnęła i podeszła do dziury wymykając się przed nią. Stwory nie zareagowały, w końcu nadal pachniała jak one. Minęła je, z trudem przedzierając się przez śnieg. Stres narósł w reszcie wilków,  zwłaszcza w Wenus. Wadera nie miała pojęcia co się dzieje, gdzie i jak. Po co. Te wilki wpadły do jej domu, wyjęły ją ze snu, który nigdy się nie kończył, nadały jej imię i teraz zabierały ją w świat którego nie znała.

I kiedy Pi szczeknęła w oddali i psy zwróciły się w jej kierunku Całka rzuciła się do wejścia. Za nią Sigma, a Mediana za to poczekała na Wenus, która nieco spanikowana podążyła w kroki reszty. Cała czwórka z bólem w sercach biegła przed siebie przez śnieg. Tam skąd przyszli tam uciekali. I tylko szczeknięcie Pi świadczył o jej spotkaniu  z losem. Wszyscy zatrzymali się na chwilę. Całka, zapłakana, odwróciła głowę, aby zobaczyć jak psy zwracają się w ich kierunku. Mediana dyszała ciężko, jej serce bijąc jak powalone w jej klatce.  Psy zbliżyły się z wściekłością. Wenus najeżyła się jak dzika. Sigma pchnął Całkę do dalszego biegu.

– Dalej! – pociągnął Wenus za ucho powodując ze ta zawyła cicho z bólu. Ale ruszyła. Obiegła Sigmę i pobiegła za Całką. Sigma za to spojrzał na siostrę, zamarłą w miejscu i wpatrzoną w nadciągający tłum.

–Uciekaj. – Mediana mruknęła chrapliwym głosem. Jej oddech był nierówny. Mediana wpadła w panikę i nie mogła się ruszyć. Jej krew wrzała, jej serce biło jak szalone, wzrok rozmył się od łez i nagłego krzyku jaki robił się w jej głowie, chociaż żaden więcej dźwięk nie wydobył się z jej gardła. Nie słyszała już Sigmy. Pchnęła go tylko łapą aby biegł. Intuicja podpowiadała jej, że to niedobrze żeby z nią został. Że…        chyba dołączy do Pi.

Sigma wycofał się od dwa kroki i załkał. Odwrócił się i zostawił siostrę gdzie stała. Głosy w jego głowie krzyczały na niego aby się pospieszył, więc włożył w ucieczkę całą swoją energię, jeszcze doganiając swoje siostry. Siostrę? Ciężko powiedzieć. Całka i Wenus już spoglądały na nich ze stromego spadliska, którym wcześniej zeszli do doliny. Stanął obok nich i odwrócił się akurat aby oberwać śniegiem po mordzie. Otrzepał się zaskoczony i spojrzał przed siebie. Tam, gdzie stały potwory, gdzie była jego siostra… Nie było nic. Śnieg, smoła, ogień  i ziemia rozsypały się na boki. Całka przymknęła oczy i zacisnęła zęby mocniej na kartkach od siostry.

–Wybuchowa… – Sigma powtórzył do siebie słowa Mediany, które powiedziała do niego jeszcze tego dnia.

– Wybuchowa czy nie. Ruszaj się. – Całka wpadła w jego bok. – Lawina! – warknęła i ruszyła dalej biegiem. Sigma podniósł oczy na górskie szczyty i zjeżył się. Pchnął Wenus do dalszego biegu.

 

Zmachani, zmęczeni i wycieńczeni emocjonalnie zatrzymali się dopiero u stóp gór. Ziemia nadal delikatnie trzęsła się pod ich łapami, a śnieg wpadał z oddali z hukiem, większym niż ten, który spowodowała Mediana.

– To było… – Sigma musiał wziąć bardzo głęboki wdech żeby powstrzymać się od wybuchnięcia płaczem.

–GŁUPIE. – jednak obcy głos przerwał ich rozpoczynającą się konwersację. Całka podniosła oczy na waderę, która cała nastroszona spoglądała na nią z nienawiścią. Wader podała kartki ich nowej siostrze i sama nastroszyła się jak paw. Nagła złość zapaliła krew w jej żyłach. Strzyga stała przed nią, w całej swojej okazałości, jej dzielni wojownicy u jej boku, Bruno i Skunks, oboje wpatrzeni w nowy nabytek u ich boku jak na ducha. No tak… Wenus była… specyficzna.

– Głupie? Co było w tym takiego głupiego co? – Całka wycedziła przez zęby.

– Ucieczka? Przeciwstawiane się nam… Teraz lawina? A gdzie reszta z was?!  – samica warknęła, jej kły błyszcząc się w zachodzącym słońcu. Całka na jej pytanie zobaczyła świat na czerwono. Jej ciało zareagowało zanim zdążyła w ogóle o tym pomyśleć. Odbiła się od ziemi jak piłeczka wpadając w alfę jak ta nieszczęsna lawina w drzewa. Powaliła ją na ziemię i wbiła kły w jej szyję. Na swoim karku poczuła obce kły, ale nie puszczała. Nie było mowy, aby odpuściła tej wariatce. Nie, nie, nie. Jej kły przebiły się przez skórę, przez mięśnie. Strzyga za to wepchnęła swoje pazury w jej brzuch powodując wielki ból. Nie szkodzi, nie szkodzi. Kły na jej karku też po chwili zniknęły zostawiając tylko piekącą skórę i ściekającą krew.  Całka skupiła się na zaciśnięciu swojej szczęki mocniej, mocniej. MOCNIEJ! Aż łapy Strzygi opadły na ziemię nieruchomo. Świat zamilkł na chwilę.

Cała w końcu puściła waderę. Smak krwi w jej pysku  dotarł do niej nagle.

– Całka? – Sigma spoglądał na nią z niepokojem.

– Jest okej. Będzie okej… –mruknęła i spojrzała na brata. Jej pysk był czerwony, podobnie jak klatka piersiowa. Pod łapą Sigmy leżał pobity Bruno, a Skunks patrzył na nich przerażony, jego oczy jakoś dziwnie świadome. – Chyba na nas czas… – wadera minęła zszokowanego wojownika i ruszyła przed siebie. Sigma był zaraz za nią, a Wenus nie mogła zrobić nic innego jak pójść za nimi. W końcu była w zupełnie w obcym miejscu. Skunks obejrzał sie za nimi z uszami położonymi po sobie i zdawał się zastanawiać nad czymś intensywnie.

– Czekajcie!  – zawołał za nimi. Całka zatrzymała się i posłała mu wściekłe spojrzenie. – Wo… Wojowników nie ma już w obozie, może… niech… niech Szafira was trochę opatrzy. – powiedział.

–skąd taka dobroć serca co? – Całka najeżyła się i pokazała mu wszystkie swoje czerwone od krwi kły. Skunks zawahał się.

– Bo… Szafira nie żyje…

–I?! – Całka nalegała.

– Już… już mnie nie kontroluje… Mogę… Mogę robić i mówić co chcę!! – krzyknął w odpowiedzi, zakasując samego siebie swoją stanowczością. Całka opuściła po sobie uszy i spojrzała na brata.

 

Jak się okazało w drodze do obozu, Strzyga miała nad nimi bardzo wielką kontrolę. Jej martwe ciało na plecach Całki już ją dawno straciło, jednak. I zdawało się że wszyscy to poczuli, bo część wilków przywitała ich z uśmiechami. Szafira, tak jak mówił Skunks, opatrzyła Całkę i pochowała nieszczęsną Strzygę. „Prosto do piekła.” Prychnęła, chociaż brzmiało to trochę sztucznie. Jednak wszyscy jej zawtórowali wesoło.

– Dobra. Uciekajcie zanim jej rodzina wróci. Jak się dowiedzą co jej zrobiliście to będzie z wami źle. Shooo!! – Szafira machnęła na nich łapą, irytacja w jej oczach. Już czuła na swojej skórze jak to się skończy. Całka odetchnęła. Przed nimi była długa droga.

 

︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾

Całka westchnęła ciężko. Noce i dnie spędzali na dążeniu do celu. A gdy go osiągnęli pozostało nic. Sigma załamał się niedługo potem. Jego oczy zamgliły się permanentnie. Całka mogła tylko spać u jego boku i patrzeć jak się stacza, bo jej słowa omijały jego umysł. Może chociaż tyle, że jej „kocham cię” czasami sprawiało, że jego serce przyśpieszało odrobinę.

Całka tez zapłaciła pewną cenę za to wszystko. Ciąża. Niechciana, niepewna. Jak wrócić do domu, kiedy nie wie się czy dom nadal na nią czeka? Zwlekała. Sigma i tak już tylko chodził trzymając koniec jej ogona, podskakując na każdy widok cienia którego tam nie było.

Czas mijał. Wenus nauczyła się tego i owego.  Polowała całkiem dobrze, całkiem zgrabnie. Jakaś wataha przyjęła ich do siebie. Całka w końcu potrzebowała miejsca na chwilę. Czegoś w miarę bezpiecznego. Co prawda nie było idealnie, nie  był to dom gdzie każdy pracował na rzecz wspólnoty. Nie… Tutaj raczej polegało się na sobie, ale obecność innych wilków pozwalała na spokojny sen. Na tyle ile spokojny sen u boku oszalałego brata mogła być. Sigma coraz częściej miewał koszmary, żyjąc ten sam dzień, tę samą tragedią, noc w noc.

Całka odetchnęła ciężko. Księżyc spojrzał na nią, a ona na księżyc. Dom może… może jeszcze poczekać, prawda?

︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾

 

I musiał poczekać. Całka urodziła dwójkę zdrowych szczeniąt. Trzecie urodziło się martwe, jego pysk zdeformowany. Było to smutne, ale takie było życie. Ze szczeniakami pobyła w pierwszej watasze tylko chwilę, przenosząc je do innej kiedy tylko miała szansę. Druga wataha była znacznie lepszym wyborem. Przypominała nieco jej stary dom. WSC, nawet jeśli tylko to o którym słyszała z historii przed wojennych. Była ciekawa co działo się w domu, ale nie czuła się na siłach żeby jeszcze tam wracać. Jeszcze nie.

Jej dzieci otrzymały imię Plus i Minus. Bliźnięta niemal identyczne do siebie i z wyglądu i z charakteru. Zanim Całka się obejrzała zdążyły dorosnąć. A Sigma stoczyć. Jego zdrowie było koszmarne i zadawało się że każdy oddech sprawiał mu cierpienie.

– Wenus… Myślę że to czas wracać do domu. – stwierdziła Całka któregoś wieczoru. – Może jeszcze zastanę ojca żywego…

–To.. .Twój dom. – oświadczyła Wenus, jej niebieskie oczy pełne niepewności.

– Mój dom, jest Twoim domem, ale nie zatrzymam cię jeśli chcesz zostać tutaj ze swoimi siostrzeńcami. – Całka mruknęła cichutko.

– Nie.  Pójdę z Tobą. –

Tej nocy Całka pochyliła się nad bratem i ucałowała jego czoło. Sigma spał niespokojnie, koszmary męcząc jego głowę. Po czym otworzyła szczękę i jednym porządnym ruchem wbiła kły w jego szyję. Sigma zastygł, wziął ostatni chrapliwy oddech i odszedł. Szybko. We śnie.

I tylko księżyc towarzyszył Całce i Wenus kiedy wracały do domu… Do domu, który nie wiadomo jak je przywita…

 

<CDN>

sobota, 3 stycznia 2026

Odchodzą!

Epidemia nalotnika gardła zebrała żniwo, choć wśród imion wykreślonych ze spisu ludności i stanowisk znajdują się też imiona obywateli, co do których nikt nie ma pewności, czy rzeczywiście byli chorzy... No cóż, czasem jedno czy dwa ziarna piasku zagubią się w beczce cukru i nigdy nie zostaną odnalezione, co najwyżej za rok czy dwa zachrzęszczą komuś w zębach.
Przed nami zwycięzcy wczasów po wsze czasy. Powitajmy ich minutą ciszy.
Wyjątkowo zawieramy w ogłoszeniu zarówno zwykłych, wolnych i niewolnych obywateli Chabrowego Reżimu.


Laponia - powód: śmierć

Almette - powód: śmierć

Domael - powód: śmierć

Oliwia - powód: śmierć

Alta - powód: śmierć

Szklanka - powód: śmierć

Mi - powód: śmierć

Frezja - powód: śmierć

Konstancja Krzemkowa - powód: śmierć

Brzoza - powód: śmierć

Nymeria - powód: śmierć

Kali - powód: śmierć

Ruka - powód: śmierć

Szalka - powód: śmierć

Piwonia - powód: śmierć

Cykoria - powód: śmierć

Domino - powód: śmierć

Tiska - powód: śmierć


Falvie - powód: śmierć

Kamael - powód: śmierć

Yolotl - powód: śmierć

Olivier - powód: śmierć

Theodore - powód: śmierć

Miguel - powód: śmierć

Harpia - powód: śmierć

Kezuko - powód: śmierć

Mikaela - powód: śmierć

Arteus - powód: śmierć

Xochicoatl - powód: śmierć

Szalej - powód: śmierć


piątek, 2 stycznia 2026

Od Dalii - "Młoda krew" cz.1.2

Talia spojrzała na własne łapy. Krew n a jej sierści wyróżniała się swoja czerwienią na tle białego śniegu.

– Powinnaś bardziej uważać. – młoda wadera zmarszczyła nos na swoją siostrę przyciskając jedną z łap mocniej do rany na ramieniu Dalii. Ta tylko prychnęła pod nosem jakieś słówko, którego Talia nie zrozumiała. — Nie możesz ciągle się tak narażać! To się kiedyś skończy dla ciebie źle!

– Może i, ale przynajmniej będzie mi z tym dobrze! – odgryzła się skrzydlata.

– Dobrze?! – Talia pacnęła siostrę między uszami. – dobrze to ci powinno być z jakąś spokojną pracą i fajnym chłopakiem! ­– samiczka nastroszyła się jak gołąb na słowa siostry. A Dalia nie była jej dłużna.

– Wiesz ty co!? – ranna poderwała się na łapy, a jej prowizoryczny bandaż opadł na śnieg plamiąc go na różowo. – Dobrze to mi będzie z dala od Ciebie! – i zaraz z rozpędem niknęła między pniakami martwych z powodu zimy drzew. Talia tylko tupnęła łapą, sfrustrowana zachowaniem siostry. Ale co ona mogła zrobić. Dalia była szybsza i silniejsza, nie dogoni jej, nie zmusi jej do niczego. Talia odetchnęła i z gniewem w sercu wróciła do jaskini medycznej, do domu. „To żaden dom ,to więzienie” słowa jej siostry prześladowały ja nawet w jej ulubionym miejscu – cóż za pech.



Dalia machnęła ogonem niezadowolona. Epidemia ledwie się skończyła, jej siostra zachowywała się jakby już stała się pełnoprawnym medykiem. Tak, były już prawie dorosłe, i tak to było jej wielkie marzenie, ale sam Delta mówi jej ciągle, że jeszcze wiele musi się nauczyć. A jak na razie nic tylko biadoliła i zrzędziła jakby była niewiadomo kim. Próbowała udawać wszystko wiedzącego mnicha czyścioszka celibatę!

– Będzie ci dobrze z pracą, z chłopakiem, phi! – zdenerwowana kopnęła zaspę. Impet z jakim to zrobiła sprawił, że biały puch zawrócił na wietrze i wpadł jej prosto w oczy. – AGH! – i tylko zwiększył jej gniew i frustrację. Czemu jej siostra musiała tak popsuć jej dzień.

Najpierw Dalia nadziała się na kija i rozwaliła sobie ramię, potem dostała pogadankę od siostry, która myślała że wie i umie więcej niż rzeczywiście wie i umie. A teraz jeszcze natura obraca się przeciwko niej. No cóż. Dalia ruszyła dalej. Rana na jej ramieniu bolała i pulsowała, więc samica wsadziła w nią odrobinę śniegu, aby sobie ulżyć. Piekło to jak diabli, ale chłód zimy powoli łagodził jej problem. Może nie nabawi się infekcji.

Podróżowała chwilę, dłuższą czy krótszą, ciężko było jej stwierdzić. Trzymała nos blisko ziemi i nie patrzyła na niebo. Czas był tylko wymysłem, kolejnym łańcuchem trzymającym ją za szyję jak złota obróżka, co by nie oddalała się za daleko od „bezpieczeństwa”. Nie obchodziło ją to za mocno. Nie dzisiaj, kiedy miała taki parszywy humor.

Jej łapy poprowadziły ją prosto, do nikąd. Poniekąd do nikąd. W końcu zawsze idzie się gdzieś, tylko nie zawsze wie się gdzie się idzie. Dalia powiedziałaby, że ona wie doskonale, dokąd szła. Jej ślady dawno już zasłonił śnieg. Ten który powoli spadał z nieba i ten który wiatr rozdmuchał na ścieżkach. Ale jej zapach nadal wisiał w powietrzu. Nieprzyjemna mieszanka zapachu ziół, śmierci i krwi, która ciągnęła się za całą trójką wilków mieszkających w jaskini medycznej.

Dalia odetchnęła i w końcu podniosła wzrok z ziemi, kiedy coś poruszyło się w jego zasięgu. Był to cień. Cień należący do wilka. Wilka, którego Dalia znała średnio dobrze. Średnio, bo go znała po imieniu i zapachu. Średnio też, bo widywała go często tylko z daleka. Często bywał w jaskini medycznej, a na potwierdzenie miał wiele śladów na swojej skórze. Blizny pokrywały większość jego ciała. Małe i duże, wiele z nich prawdopodobnie schowane pod grubą warstwą brązowego futra.

– Hej. – przywitała się. Była od niego mniejsza, chociaż już niewiele. Jeszcze rosła, chociaż już powoli.

– Hej. – Danny spojrzał na nią, wyraźnie znudzony. Oboje zamilkli wpatrując się w swoje oczyska. – Co tu robisz? – starszy w końcu wydobył z siebie jakieś słowa.

– Idę. Znaczy… teraz stoję. – odparła bez jakiegoś większego uśmiechu. Nie spuściła z niego wzroku. Basior rozejrzał się niespokojnie wokół i odetchnął.

– Jesteśmy na granicy z Jabłoniami. Nie powinno cię tu być. – odparł starszy. W jego głosie dało się słyszeć narastającą irytację.

– No i? Mogę być gdzie mi się żywnie podoba. – wadera pokazała mu zęby. Nie będzie jej jakiś facet mówił co może robić.

– Okej… – Danny sam skrzywił się i pokazał jej swoje perełki. – Idę.

–A dokąd?

–A co cie to obchodzi? – Danny machnął ogonem. Był wyraźnie wściekły. Ha… Dalia jednak jeszcze umie działać na innych jak płachta na byka. Dobrze. Lubiła irytować innych, zwłaszcza takich „silniejszych” od niej.

– Bo jestem wścibska. I bo mi się nudzi. I bo nie chce wracać na razie do domu, więc… teraz mój problem to twój problem. – uśmiechnęła się do niego. Jego powieka zadrgała z irytacji.

– Mój problem?! Nie będę cię niańczył! – basior nastroszył się i zawarczał. Ten dźwięk może przestraszyłby jakiegoś młodego wilka, ale Dalia nie była „jakimś” wilkiem.

– Nie potrzebuję niańczenia. – wadera spuściła po sobie uszy i sama pokazała zęby, po raz kolejny. – Słyszałam za to o Tobie, wiesz?

– Słyszałaś… Ciekawe co.

– Twoje hobby. Twoja siostra naprawdę dużo gada. – Dalia przewróciła oczami. Dana naprawdę powinna czasem zamknąć tą swoja piękną japę, bo skończy kiedyś ze złamaną szczęką. – Walczysz.

– No walczę i co?

– Też chcę. – odparła Dalia.

– Ty? Jesteś jeszcze dzieciakiem. – Danny machnął łapą jakby chciał ją odpędzić.

– Nie chcę walczyć dzisiaj. Dostałabym wpierdol. Musze poćwiczyć… ale chcę obejrzeć. A nie wiem gdzie to. – wadera odsunęła łapę Dannego na bok i wbiła w niego swoje intensywne ślepia. Basior zmarszczył nos i odwzajemnił jej gest pokazaniem „środkowego” paluszka. – Pfff… Jak mnie nie weźmiesz naskarżę na ciebie Agrestowi i tacie. Ja wiem że i tak już masz z nimi na pieńku i odgrażali ci się że cię zamkną w pizdu w izolatce. – uśmiechnęła się złowieszczo. Danny cofnął się o krok, jego pysk wygięty w szoku połączonym z wściekłością.

– Skąd ty… Zresztą to nieważne. Jak się dowiedzą, że wziąłem Cię ze sobą to i tak mnie zamkną. –potrząsnął łbem.

– Ale przynajmniej nie w izolatce. – zapadła chwila ciszy.

– Dobra. Chodź. – basior prychnął i ruszył przed siebie. Dalia uniosła ogon do góry w geście triumfu i zaraz ruszyła śladem nowego znajomego.



Droga przez WSJ była zupełnie inna od WSC. Ścieżki były niewydeptane i pewnie zarośnięte wiosna i latem. Albo może jej się zdawało. Nigdy nie była dalej niż granice jej watahy, częściowo dlatego że była za mała jeszcze niedługi czas temu, a częściowo bo obawiała się, że w zimowym pejzażu nie trafi do domu. Może miała już rok, ale zima i biel jakoś tak… mieszały jej w oczach wszystkie te tereny. Wszystko wyglądało identycznie. Drzewo to drzewo, a w śniegu było jeszcze gorzej.

– Jesteśmy. – Danny w końcu się zatrzymał. Do tej pory szedł w miarę powoli, żeby Dalia nadążała. Nie miał po co, bo samiczka doskonale radziła sobie, kiedy przychodziło do siły, ale cóż. Nie będzie mu tego wypominać, nie teraz. Była zbyt podekscytowana.

Rozejrzała się wokoło. Nic nie wskazywało na wyjątkowość tego miejsca. Ot co mała polana w środku lasu, niedaleko jakiegoś wzgórza.

– Jesteś pewien? – Dalia spojrzała na niego spode łba. – Nic tu nie ma.

–Bo źle patrzysz. – Danny odparł bez zawahania. – Zanim jednak, parę zasad! I słuchasz teraz uważnie. – samiec prawie wsadził swojego palca w jej nos.

– Okej. Okej, nie spinaj się tak, bo ci żyłka pęknie. – wadera poprawiła skrzydła i usiadła.

– Zanim wejdziesz, rozglądasz się wszędzie. To miejsce jest nielegalne nawet w WSJ, a to jest wyczyn.– Danny sam przysiadł sobie i nastawił uszy. Nikt nie mógł ich złapać. –W środku wszyscy są jedni. Nie ma podziału na watahy, są tylko frakcje. Nie bierz udziału w zakładach jeśli chcesz walczyć. Nie patrz nikomu za długo w oczy, nie pij alkoholu, który poda ci ktoś inny lub który zostawisz na dłużej niż sekundę z dala od swojego wzroku. – wymieniał. A Dalia słuchała. Musiała. W końcu jeśli chciała w tym wszystkim uczestniczyć, musiała się tego nauczyć. Inaczej mogło się to źle skończyć. – Mamy tutaj cztery główne frakcje. Diamenty, Psy, Orły i Ogień, no i takich jak ja. Wolne dusze, tak na nas wołają. Nie walczę dla nikogo, tylko dla siebie i z każdym. Czasem nie ma meczu dla mnie, czasem jest. Ale na barze ktoś jest zawsze chętny na dostanie po mordzie. Jak walczysz dla frakcji to zarabiasz cokolwiek, coś. Pieniądze są tylko wewnętrzne ale można za nie sporo kupić. Alkohol, narkotyki, prostytutki, jak cię stać to i niewolnika, chociaż to się robi coraz bardziej nielegalne. A… i nie daj zaprowadzić w żaden ciemny kąt. Możesz się w ten sposób pozbyć nerki… albo obu nerek. – w końcu skończył. – Zrozumiano.

– Tak. Mam na siebie uważać, gryźć każdego kto chce ukraść moje nerki i nie pić alkoholu jeśli nie mam czasu go pilnować. – Danny pokiwał głową. – Nie patrzeć nikomu za wiele w oczy i gryźć po jajach jak się ktoś do mnie przylepi.

– Dokładnie. I nie zadzieraj z frakcjami. – dodał po sekundzie basior.

– Nie zadzierać z frakcjami… Em.. ale …

–Będziesz widzieć kto jest kim, od razu jak wejdziemy. –poinformował ją basior i rozejrzał się. Uważnie nasłuchiwał kroków i dźwięków wokoło. Przywitało go tylko śpiewanie zimowych ptaków i przesuwający się po ziemi śnieg. – Idziemy.

I poszli. Dalia szła zaraz za ogonem Dannego, który z impetem przebijał się przez śnieg. Zaspy na polanie zapadały się za nim jak małe lawiny, zakopując jego ślady. Dalia robiła wszystko to co on, zacierając swój zapach i odciski łap pod warstewką świeżego śniegu. I wkrótce Danny nagle zniknął pod śniegiem. Dalia wzięła głęboki wdech i sama zanurzyła się w środku.

Wpadła w norę, której się nie spodziewała. Jej łapy mało nie załamały się pod nią, kiedy spotkały się z pochyłym gruntem. Na szczęście przed nią był Danny, w którego tyłek wpadła. Samiec przeklął pod nosem, ale wyhamował ich oboje. Zjazd był ciekawy i dobrze zamaskowany. A wzgórze? Wzgórze okazało się być puste w środku. Wielka jaskinia przywitała ich swoim chłodem i.. no cóż. Wielkością.

– Łał. –Dalia zatrzepała uszami, jej kolczyk poruszając się w dziurce z przyjemną ciężkością. – Niesamowite. I wszystko tak dobrze schowane.

– Myhymmm. Pamiętasz zasady? – Danny nastroszył się nieco i skrzywił. Jakiś wilk szedł w ich stronę. Jego sierść przebita była starymi bliznami i brakowało mu ucha.

– Ja się po prostu nie będę odzywać. – Dalia mruknęła pod nosem.

– Dobra strategia. – przyznał jej starszy.

– Danny, Danny. Danny. – wilk uśmiechnął się szeroko. Miał tylko cztery zęby, żółte i czarne, ledwo trzymające się w jego gębie. Śmierdziało od niego dymem i czymś czego Dalia nie umiała rozpoznać. – Co żeś ty ze sobą przytargał. Wygląda… młodo. – stary szary wilk zmazał z pyska swój uśmiech.

–Z pewnością nie jest w wieku żeby dołączyć do twojego zastanego burdelu. –odparł Danny. Chyba nie przepadał za tym wilkiem. – Domażyrze.

– nie powinno jej więc tu być. Poza tym, już ci mówiłem. Mów mi wujku! – Domażyr poklepał Dannego po ramieniu. Młodszy nawet nie drgnął.

– A ja ci mówiłem żebyś nie mieszał się w moje sprawy. Jedną bliznę już ci zostawiłem i zęba zabrałem. Może masz ich nadal za dużo, co? – basior zepchnął łapę starszego ze swojego ramienia. – Kogo ze sobą przyprowadzam to moja sprawa. Spierdalaj. – po czym Danny przeszedł obok basiora upewniając się że jego ramię przetrąci go na bok. Szary wilk warknął coś pod nosem po czym poszedł w swoją stronę. Dalia obróciła się na pół sekundy aby na niego spojrzeć. Był on stary, zabliźniony i niepozornie zbudowany, a tył jego głowy przyozdabiał kucyk z sierści, spięty złotymi obrączkami. – To był Domażyr. Nie m frakcji, ale jest ważny. Prowadzi tutejszy burdel i zawsze szuka zdobyczy. Przynajmniej tyle, że jego panienki muszą mieć przynajmniej 2 lata. Jedyne co w jego głowie jest poukładane. – basior prychnął.

– No dobra. O łał. – podeszli bliżej areny wkopanej głębiej w kamień. Prowizoryczna barierka wokół kiwała się na boki, kiedy kolejne wilki układały na niej łapy. – Ciekawie… – Dalia machnęła ogonem. Wilki wyglądały do siebie podobnie. Część z nich była ewidentnie wyłącznie widownią, nigdy nie maczając palców w walce. Ich sierść była zmierzwiona, ale bez ran czy blizn. Dziewicza wręcz. Potem były wadery i basiory ze złotymi, grubymi kolczykami w obu uszach. Pracownicy Domażyra – Dalia mogła tylko zgadywać, ale patrząc na to, że jedna z wader właśnie lizała jakiegoś basiora po szyi, Dalia daleko od prawdy nie była. Potem była grupa wilków przyozdobionych skórzanymi nagolennikami, zbierali oni od wszystkich pieniądze i chwilę z nimi rozmawiali, notując coś na kawałkach… czegoś. Dalia nie widziała za dobrze, ale też nie patrzyła na tyle uważnie żeby wiedzieć o kie im chodzi. Pewnie zbierali te zakłady, o których wspominał Dany. Więc… pracownicy, prawdopodobnie. Pytanie dla kogo pracowali.

Były jeszcze wilki zupełnie inne, niż wszyscy pozostali. Co ty nie powiedz Dalia. Inni niż inni... Phi. W każdym razie, wilki te wyróżniały się na tle wszystkich wokół. Niektóre miały na sobie piórka. Były one wciśnięte w każdy kąt ich sierści, gdzie tylko mogły się trzymać. Ich pyski oznaczone były białą farbą odbitą w kształcie wilczej łapy na ich czołach.

– Orły. – Danny szepnął do niej, kiedy złapał jej wzrok. – Lubią przyjmować chude i szybkie wilki z mocnym ugryzieniem. Walka z nimi nigdy nie jest prosta.

Dalej pojawiły się trzy wilki, które wyglądały jakby oblał ich deszcz krwi. Ich futra były pomalowane w czerwone pasy, kropki i łapy. Wszystkie wilki miały błękitne oczy z jakiegoś powodu. Były dobrze zbudowane i dwójka z nich na szyi miała zapięte bandany z poszarpanego czerwonego materiału.

– Ognie. Silne i zabójcze. Nie chcesz ich wkurwiać poza ringiem, bo nie wahają się pobić nawet małej dziewczynki. Używa się ich tutaj jak ochrony jak ktoś się za bardzo rzuca, więc nie warto się wychylać. Jak sobie cię zapamiętają to masz przejebane. – Danny się skrzywił.

– Nie lubią cię co? – Dalia zerknęła na niego z niepewnością.

– Część z nich. Część mnie lubi. To zależy kogo spytasz. – odparł bez zawahania. – Ta trójka to swoi goście. Bravado, Iliada i Odyseja. Iliada jest ich championem, szefem, głównym wygrywającym, jak zwał tak zwał. Najważniejsze wiedzieć, że jak z nią walczysz to nie wygrasz. Ale rzadko walczy. Woli pilnować porządku. Swoja baba. – Danny poprawił sierść na swojej piersi i zmrużył oczy. Dalia mogła się tylko skrzywić na ten widok. Zakochany, czy co? Nieważne…

Kawałek dalej, w głąb jaskini, przy stole siedział grupa wilków i śmiała się w głos. Każdy z nich miał zęby błyszczące się bardziej niż słońce, nawet w cieniu jaskini, gdzie tylko sztuczne światło i świeczki oferowały światło. Dodatkowo w ich nosach błyskotały cienkie kolczyki. Jak u byka. Dalia skrzywiła się i polizała po nosie. Jak tak w ogóle można?

– Diamenty. Błyszczące wilki, tak czasem na nich wołają. Wytrzymałe. Jakby tu były biegi a nie walki to byliby championami ciągle i nieustannie. A tak, to mogą tylko polegać na paru z nich, którzy są nieco silniejsi. Ogółem… to grupa, która przyjmuje każdego kto gotowy jest wstawić sobie kryształy z zęby… – Danny polizał się po swoich białych perełkach.

– I kolczyk w nos. – Dalia powtórzyła swoje własne polizanie, po nosie.

–No… Niestety. To tacy trochę klauni. – Danny podrapał się za uchem. – Kiedyś rozważałem czy do nich nie dołączyć, ale jeśli mam być szczery to nawet jako Wolny mam więcej godności niż oni razem wszyscy wzięci.

– Święta racja bracie. – czyjś głos zza ich pleców potwierdził jego słowa. – Święte słowa. Bo nie ma lepszego i bardziej godnego miejsca niż to w frakcji psów co? – Dalia odwróciła się w stronę gościa, tylko po to aby nastroszyć się cała. Stał tam bowiem… pies i to rasowy. Uśmiechał się do niech szeroko. Jego chude łapy owinęły się wokół szyi Dannego, a długi i prosty pysk rozwarł sie w uśmiechu.

– Bella. – basior zaśmiał się wesoło. – Takie miejsce to godne tylko dla psów. Ja się nie kwalifikuję.

– Prawda, ale próbować zawsze mogę, nie? Takiego wojownika jak ty to pożałować w Wolnych, naprawdę. – samica potrzasnęła głową. Jej długa sierść wyglądała jak spokojne fale na morzu. Naprawdę hipnotyzujące i … bardzo zadbane. – A to co za piękność?

– To jest… Dalia. – Danny wskazał na skrzydlatą. Ta w końcu uniosła wzrok aby spojrzeć temu psu w oczy.

–Dalia. Piękne imię. Nazywam się Bella, jestem szefem frakcji psów, i .. jak się można domyślić, same z nas psy! Oh… w ogóel. Ona wygląda trochę młodo, Danny. Jesteś pewien, że…

– Nie. Ale przylepiła mi się do ogona i nie mogłem się jej pozbyć, więc jest. Obiecała że nie będzie jeszcze walczyć. Trzymam ją za słowo.

– Nie będę. Jeszcze mi podadzą moją własną dupę na talerzu. Nie mam na to ochoty. – Dalia pokręciła głową.

– i dobrze. Dzisiaj walczy Iliada. To będzie widowisko, ona tak rzadko czegokolwiek próbuje, a zawsze rozkłada wszystkich na łopatki. – Bella odetchnęła głęboko. O nie… kolejna. Dalia zmarszczyła brwi. Podobało jej się tutaj, tylko dlatego, że ktoś już nawalał się przy barze. To było ciekawsze niż… cokolwiek działo się w sercach tej dwójki. – Dobra. Ja idę przygotować Księżniczkę do walki. Iliada pewnie zostawi jej jakąś łapę złamaną, więc musze ją dobrze zagadać, żeby się nie poddała jeszcze przed walką.

– Powodzenia.– Danny posłał jej szeroki uśmiech i Bella zaraz znikła w tłumie. – Ah Bella… Jak zwykle pozytywna i kochana. Jeśli kiedykolwiek, ktoś za mocno będzie ci dokuczał możesz być pewna że Bella ci pomoże. To wielka adwokatka równości i bezpieczeństwa. Samiec czy samica, jak się boisz to jej szukaj.

– Okej. W ogóle… ona wygląda ciekawie.

– Wiem. Jest jednym z niewielu rasowych psów tutaj. Borzoj, zawsze się tym chwali. Z nia także nie chcesz walczyć. Jak widzisz… żadnych blizn…

– To… świadczy o tym że ktoś jest albo nowy albo… bardzo dobry? –Dalia spojrzała na swojego towarzysza.

– Bingo. Dobra. Chodź, zajmiemy sobie jakieś dobre miejsca. – Danny pchnął ją w kierunku barierek. Zaczęła przepychać się przez tłumy, używając swoich skrzydeł do silniejszych popchnięć. Wilki wokół warczały w jej kierunku, ale ona się jakoś tym za bardzo nie przejmowała. Danny szedł zaraz za nią, zaskoczony jej pewnością siebie.

– Nie walczysz dzisiaj? – Dalia w końcu usiadła zaraz przed tą marna barierką i spojrzała na arenę. Parę wilków w nagolennikach sprzątało podłogę i przesuwało drabiny, którymi schodziło się tam na dół. Dalia nastawiła swoje uszy i uśmiechnęła się szeroko. Jakież to ekscytujące!

– Sama słyszałaś. Iliada dzisiaj walczy, więc ja nie walczę.

– A szkoda. – słodki i melodyjny głos odbił się od ścian. Tłum zdawał się ucichnąć na chwilę i rozstąpić jak morze przed Mojżeszem. Dalia uniosła oczy z zaskoczeniem.

– O wilku mowa. – Danny położył po sobie uszy.

– O wilku, o wilku! – wadera była pokryta tylko paroma bliznami, ale największa z nim przelatywała zaraz przez jej pysk. Jej sierść była biała, ozdobiona czerwonymi kropkami i czerwoną łapą na ramieniu. – Dlaczegoż to mój najbardziej wyczekiwany przeciwnik nie będzie uczestniczył dzisiaj w walkach?

– Iliado, żartujesz sobie? – Danny zmarszczył nos. – Walczysz dziesięć razy lepiej ode mnie. Chyba tylko Bella może ci porządnie oddać.

– No tak. Niby tak. Ale jesteś najlepszy w lidze Wolnych i chyba tylko Bella może ci oddać! – Iliada zaśmiała się w głos, jakby powtórzenie jego słów było najlepszym żartem pod słońcem. Ale nikt się nie śmiał.

– Wiesz… chciałbym, ale dzisiaj jestem niańką. –Danny wskazał łapą na Dalię. Samiczka spojrzała na niego z podniesioną brwią. Nie będę cię niańczyć. Powtórzyła sobie w głowie jego własne słowa ale się nie odezwała.

–Niańką… Oh. To małe i nieporadne jest z Tobą? – Biała wadera zmierzyła Dalię wzrokiem. – Dobre mięśnie. – zauważyła.

– Dziękuję. Ćwiczę. – Dalia odparła krótko i zwięźle.

– Walczysz? – Iliada uniosła brew. Danny otworzył szeroko czy.

– Nie. Nie dzisiaj, nie w najbliższej przyszłości. Nie umiem. Nie mam pełnego roku jeszcze. – Dalia usiadła i swoim skrzydłem uderzyła wilka, który pochylił się za blisko jej ciała. Ten zajęczał i warknął coś w jej kierunku ale się odsunął.

– Charakterna. Już cię lubię! — Iliada uśmiechnęła się szeroko. – nauczyłbyś ją czegoś, może co, leniu?

– Daj spokój. Dzisiaj ją poznałem. Znaczy… znałem ją wcześniej ale z widzenia.

–Nie mogłeś mnie nie znać. Tak często odwiedzasz jaskinię medyczną, że nie szło się nie zapoznać nawet po imieniu.

–Oh… Mieszkasz w jaskini medycznej? – Iliada uniosła uszy.

– Można tak powiedzieć… Śpię w niej. To byłoby bardziej… prawdziwe określenie. – Dalia owinęła ogon wokół swoich łap.

– Ach.. A już myślałam, że znalazłam nam medyka. – biała wadera zacmokała i przyjrzała się Dali ponownie.

– O nie ma szans. Mam do czynienia z medycyną, tyle co gruszka z wierzbą. – Dalia pokręciła głową intensywnie i ponownie uderzyła kogoś skrzydłem. Tym razem trafiła w szczękę.

–Cholera! – wilka za nią zawył i zaniknął w tłumie.

– To było…

– Dotknął moja dupę to dostał po dupie. – Dalia warknęła niezadowolona, ale liczyła się z tym, jak tylko tu weszła. Szło się tego spodziewać po takim tłumie.

– Okej. Nadaje się. Ma tego zęba. Jak będziesz chciała to i ja cię czegoś nauczę, co? – Iliada machnęła ogonem z zadowoleniem.

– Okej. – Dalia zgodziła się dość niepewnie. Danny skrzywił się z zażenowaniem i przerażeniem. Iliada za to obróciła się na pięcie i skoczyła do areny. Wylądowała z gracją, a tłum zawył w zachwycie. – Jak ona mnie nauczy to skończę źle, co?

– Nawet gorzej niż źle. – Danny odetchnął ciężko. – Jej metody uczenia są… specyficzne.



Walki jeszcze trwały keidy Danny pchnął Dalię w bok.

–Musimy iść. Niedługo będzie się ściemniać. – basior oznajmił jej do ucha.

–Skąd wiesz? – Dalia otworzyła szerzej oczy. Jaskinia była tak samo ciemna i zimna jak, kiedy weszli.

–Zegar. Będę cię i tego musiał nauczyć co?

– No… Raczej tak. Bo nie odpuszczam ci teraz. – Dalia uśmiechnęła się do niego szeroko. – Jesteś na mnie skazany.

–O nie… co ja teraz pocznę. – wilk parsknął sarkastycznie.



Tej nocy Dalia spała spokojnie ,zmęczona wydarzeniami tego dnia. Śniła o Iliadzie i jej walce. Śniła o Belli i jej hipnotyzującym futrze i słodkich oczach. Śniła o swojej pierwszej walce, o pierwszej bliźnie. Nie mogła się już doczekać.



<CDN>