
sobota, 3 stycznia 2026
Odchodzą!

wtorek, 11 lutego 2025
Od Małej Mi – "Z braku szacunku do ciebie i mnie" cz.3
Przyjaźń z Llyrem zakończyła się równie szybko, co się zaczęła. Lis przestał się pojawiać na terenach Watahy Srebrnego Chabra, przestał właściwie kontaktować się z Małą Mi w jakikolwiek sposób. Ukuło to waderę, gdyż wciąż wspominała jego pytanie oraz oczy wypełnione nadzieją. Taki był wielce zauroczony, a teraz nagle zniknął bez słowa.
Mi mogłaby podejrzewać, że coś mu się stało, jednak zdarzało jej się zobaczyć go z odległości, jak bawił się z innymi lisami po drugiej stronie rzeki. Nierzadko towarzyszyły mu całkiem niczego sobie liszki, które ewidentnie miały go owiniętego wokół palca. Ruda wadera szybko odpuściła sobie wyruszanie nad rzekę.
W sumie co ona sobie myślała? Nie była już pierwszej młodości, zbliżały jej się złote lata, które nieuchronnie odbiorą jej urodę oraz umiejętności, nad którymi tak ciężko pracowała. To było do przewidzenia, że Llyr stracił nią zainteresowanie.
Za to u boku wilczycy pozostał Mistimochi, dzielny lisek, młodszy od niej i nią nie zainteresowany, ale traktujący ją nieco jak matkę. Po odejściu Llyra Mi zaczęła się względem Mochiego ocieplać, nie widząc go już jako irytującego gnojka, a trochę niesfornego szczeniaka. Najwyraźniej podeszłe lata zdołały ją dogonić i zmienić jej perspektywę na świat. Może to i lepiej. Może nie warto szukać sobie na siłę chłopa. Jej umiejętności wcale nie muszą trafiać nigdzie dalej.
Koniec
środa, 29 stycznia 2025
Od Małej Mi – "Z braku szacunku do ciebie i mnie" cz.2
Głupie pytanie Llyra wciąż zaplątało głowę biednej szeregowiec. Była wilkiem, do diaska, a ten lis odważył się palnąć coś takiego.
“Masz kogoś upatrzonego?”
Nie. Tak. Może. A co cię to? Szlag, Mi chciała zaprzeczyć temu pytaniu i być jednocześnie szczera, ale to nie było możliwe. Znaczy wtedy jeszcze było, ale teraz już nie. Teraz już miała kogoś upatrzonego i nie był to basior. Dlaczego, do jasnej ciasnej, musiała tak bardzo przypominać lisa? I dlaczego to właśnie lisy jej się podobały, a nie wilki, jak by wypadało? Cholera, w tym predykamencie to nawet rublia miałaby więcej sensu. A jej się trafił ten głupi Llyr.
Dokładniej ten idiota nazywał się Llyrizon, ale dla niego lisie nazwiska były niepotrzebne do przedstawiania się.
Gdyby mieli dzieci, dziewczynki przejęłyby nazwisko Firi, natomiast wszyscy chłopcy nazywaliby się Izon. Czyli na przykład Olafiri i Gabrielizon. I dzieci byłyby pięknie rude, gdyby się urodziły.
Tylko po co w ogóle nad takim czymś myślała?
.
Cholera jasna.
CDN?
Od Małej Mi – "Ignis" cz.5
Ilangabi nie próbował rozmawiać, a Mała Mi nie naciskała. Zauważyła zaś, że smok chętniej opuszczał kalis, aktywnie udzielał się w treningach i, co najważniejsze, nie przypalał nikomu futra. Wydawało się nawet waderze, że polubił spędzać z nią czas, choćby po to, żeby nie tkwił samotnie w ozdobnym ostrzu. Marne towarzystwo bywało czasem lepsze od braku towarzystwa.
Progres powstał, gdy pewnej chłodnej nocy Mi rozmawiała z Mistimochim, jednocześnie pozwalając Ilangabiemu siedzieć w swojej fizycznej formie zaraz obok nich. Nie zachęcali go do dołączenia do konwersacji, jedynie okazjonalnie zadawali mu proste pytania, by dać mu znać, że o nim pamiętają. Smokowi ewidentnie się to podobało, bo nie patrzył już na nich z pogardą, a aktywnie słuchał ich wypowiedzi, czasem z własnej woli coś wtrącając.
– Nie interesuje was, co się stało w mojej przeszłości? – zapytał nagle ognisty jaszczur, gdy Mi i Misti śmiali się z wewnętrznego żartu. To pytanie złowiło pełną uwagę dwójki rudzielców.
– Interesuje – odpowiedziała prosto z mostu Mi. – Ale naciskanie nic by nie dało, więc postanowiliśmy nie męczyć cię o to.
Ilangabi zasępił się, jakby słowa nie były takimi, jakich oczekiwał. Być może miał nadzieję, że dwójka całkowicie sobie odpuściła, ale według wadery nie powinien robić sobie nadziei. Był tajemniczym, eterycznym stworzeniem zrobionym z płomieni i zamieszkującym zaczarowane ostrze, oczywiście, że jego przeszłość była obiektem zainteresowania u dwóch kurdupli.
– Dobrze więc. Opowiem wam, kim był Onyinyo. – Rudzielce popatrzyły po sobie, po czym usiadły naprzeciwko smoka. – Onyinyo był czarnym lisem wychowanym przez wilka imieniem Romanie. Romanie władała nad żywiołem ognia, choć jej ogień nie grzał, a wręcz przeciwnie — wyciągał ciepło z osób obok. Onyinyo, można powiedzieć, był na to odporny, więc Romanie przygarnęła go pod swoje skrzydła. Chłopak nie był jednak zadowolony, że jego rodzicielka włada ogniem, a on nie jest w stanie osiągnąć takich mocy. Wtedy poznał mnie. – Smok wziął oddech, jakby powstrzymywał się od płaczu. – Razem zdołaliśmy wykrzesać z niego płomienie, a dokładniej korzystał z moich. Byliśmy… nierozłączni. Uzupełnialiśmy się.
Mildredfiri kiwnęła głową na znak, że rozumie. Nie potrafiła utożsamiać się z uczuciami jaszczura, ale była w stanie sobie wyobrazić, jaka więź łączyła go z przyjacielem. Czasem sama pragnęła takiej przyjaźni.
– Jeśli zastanawiacie się, czy Onyinyo umarł przedwcześnie, w walce czy w wyniku choroby, to nie. Mój przyjaciel umarł spokojnie, ze starości, długowiecznego mnie zostawiając za sobą. – Kolejne westchnięcie. – Wolałbym do niego dołączyć, niż tkwić w tym kawałku żelaza, ale los nie poprowadził mnie takimi ścieżkami. Wciąż mam jednak nadzieję…
Ilangabi zamilkł i nie zanosiło się, że powróci do swojej opowieści. Ani Mała Mi, ani Mistimochi nie odezwali się, by uszanować cierpienie smoka. W końcu znikł z powrotem w kalisie, a dwójka rudzielców odłożyła ostrze do honorowej torby, by tam ich nowy przyjaciel mógł na spokojnie odpocząć.
Koniec, nie mam pomysłu, jak to pociągnąć
środa, 1 stycznia 2025
Od Małej Mi – "Pocisk mocy" (trening mocy)
Najsilniejsza. Najmocniejsza. W watasze nie było jej równych. Przynajmniej tak gadali, ale Mi wcale nie była co do tego przekonana. Jej wciąż było mało, wciąż pragnęła być silniejsza, mieć potężniejszą moc. Zależało jej, choć powoli miała wrażenie, że teraz już nie dla potęgi samej w sobie, ale ze względu na nudę i samotność, jaka doskwierała waderze.
Siedząc nad zamarzniętym stawem wokół Różanego Wodospadu, czerwonoruda uważnie rozmyślała, czego jej brakowało we własnych umiejętnościach. Nie miała wątpliwości, że w sile, zwinności i szybkości nikt jej nie dorównywał, przynajmniej z wader, a z basiorów… Tylko te stare dziadki, którym już te umiejętności się i tak nie przydawały, bo ich ciała tego nie wytrzymywały. To by czyniło Mildredfiri niekwestionowaną zwyciężczynią. Z wyjątkiem jednej umiejętności.
Jej moc. Również była największa, ale nie była niekwestionowana. Były wilki, które mogły ją przegonić, gdyby się postarały. Na tą myśl w Mi budził się duch rywalizacji i zapragnęła zapewnić sobie pierwsze miejsce również i w mocy. Tylko co mogłaby zrobić, by potrenować panowanie nad ogniem.
Może, być może, zamiast iść w jak najtrudniejsze ćwiczenia, tym razem zabrałaby się za coś drobnego, wymagającego precyzji i delikatności. W końcu to również ważne cechy, potrzebne do dobrego panowania nad magicznymi mocami. Nawet jeśli miałoby być to krótkie ćwiczenie, zapewniające niewiele nowego doświadczenia, wciąż było wartościowe dla kogoś, kto nie ma co ze sobą zrobić pragnie zostać niezachwianym posiadaczem najpotężniejszego ciała.
Jej wzrok, dotychczas odległy i nieobecny, zwrócił się ku lodowatej, jednak wciąż płynącej wodzie szumiącego wodospadu. Obecnie była to jedyna płynąca woda na horyzoncie Mi, wszystko inne zamarło, dotknięte podmuchem kroków nadchodzącej zimy. Choć było to świetne miejsce do każdego innego treningu, dla wadery wydawało się teraz bezużyteczne i poczuła, że niepotrzebnie tu przyszła. Potem wycofała się w swoich myślach. Przynajmniej wpadła na pomysł, co ze sobą poczynić, a to dało więcej niż zwiedzanie jakichkolwiek innych terenów.
Podniosła się, pokryta mrozem i cienką warstwą śniegu trawa zaskrzypiała pod naciskiem łap. Wyjątkowo lód nie stopniał pod dotykiem ognistej wilczycy, co stanowiło miłą odskocznię od wiecznie mokrego futra. Łyse drzewa zatańczyły delikatnie pod namową wiatru, akurat gdy Mildredfiri zaczęła się oddalać od brzegu stawu, do którego wpadał Różany Wodospad. To nic, powiedziała do siebie wojowniczka. Przestało być tak wcześnie rano, więc zaczęło powiewać.
Postanowiła udać się na granicę południowych gór, gdzie mogła względnie z dala od wzroku ciekawskich obserwatorów poćwiczyć to, na co wpadła. Wiedziała, że znajdowała się niepokojąco blisko granicy Watahy Szarych Jabłoni, a przynajmniej tak powiedziałaby jej starsza rodzina. Ojcowie, których już nie miała. Brat, który odszedł. Siostra, która coraz rzadziej bywała w domu. Ostatnio widziały się kilka dni temu, od tego czasu nikt o niej nie słyszał. Z Tią też tak było, zanim nie zniknęła całkowicie, a w jej miejscu pojawił się Yolotl. Mi zrobiła coś, czego nienawidziła robić – przypomniała sobie, że została w większości sama.
Potrząsnęła głową, starając się wyrzucić z niej niemiłe myśli. Ćwiczenia, na tym miała się skupić. Góry były blisko, ich zbocza wznosiły się ku niebu, podczas gdy Mi pozostawała malutka i nieważna, wrażliwa na upływający czas bardziej od tych molochów. Ale w przeciwieństwie do nich, ona przynajmniej potrafiła się ruszać. Myśleć. Żyła.
Wadera stanęła na łysej, pomijając zalegający śnieg, skale. Rozglądając się, uznała, że było to świetne miejsce na jej trening, wystarczająco puste i wystarczająco osłonięte, nawet jeśli tylko z jednej strony.
Jej włosy zamieniły się w ogień, ogon również się nim zajął. Oba miała pod pełną kontrolą. Jak stała tak spod jej łap wyrosły płomienie, również opanowane do perfekcji. Gdy już Mildredfiri rozpaliła wszystkie części ciała, które zapragnęła, zaczęła kombinować bardziej. Zmniejszyła płomienie pod jedną łapą, pod pozostałymi zwiększyła, nie była to trudna sztuczka. Śnieg już stopniał, pozostawiając nagą skałę, ale na szczęście woda z niego szybko wyparowała i nie zmoczyła sierści na łapach. To zawsze było nieprzyjemne uczucie.
Kolejne ćwiczenie, zmniejszanie i zwiększanie płomieni na głowie, zmienianie ich kształtu, o tyle, o ile się da. Również coś, co Mi robiła już setki razy, nie sprawiało jej to najmniejszego kłopotu. Potrafiła nawet zmieniać kolor, sprawiać, by raz płomienie nabierały brązowej barwy, a raz niemal różowej. Gdy skupiła się wystarczająco, mogła nawet mieć kilka odcieni jednocześnie. Poćwiczyła tą umiejętność, nawet jeśli nie była przydatna w walce, dodatkowa rozrywka dla szczeniaków nigdy nikomu nie zaszkodziła. Malce często lubiły oglądać takie sztuczki.
Dalej… Co było dalej? Co mogła dalej robić? Powtórzyła poprzednie ćwiczenia na ogonie, ale niczym się to nie różniło, jeśli chodziło o sposób wykonania. Zastanowiła się, popatrzyła na swoje płomienie. W końcu wpadła na coś, czego często właśnie nie ćwiczyła.
Usiadła na kamieniu, by całe swoje skupienie móc na spokojnie przenieść na podniesioną łapę, zamiast martwić się o utracenie równowagi. Podniosła stopę na wysokość pyska, odwracając opuszki ku górze. Wystrzeliły z nich płomienie, malutkie, niczym z zapałek. Mi je zwiększyła. Potem zmniejszyła. Potem…
Potem udało jej się uformować z nich kulę i gdy opuściła nieznacznie łapę, kula ta pozostała w powietrzu, lewitując i kręcąc się niczym okrągły wir. Ciekawe zjawisko, jednak po ponownym dotknięciu rozwiało się w ciepłą bryzę. Zaintrygowana Mi spróbowała ponownie. I jeszcze raz. Aż w końcu zaczęła żonglować ognistą kulą. Następnie dwoma, trzema, jedną dużą, tą bawiła się jak piłką. W przypływie natchnienia rzuciła palącą się piłką w pobliskie kamienie. Rozległ się trzask, odłamki poleciały w różne strony, zostawiając spaloną, mokrą od stopionego śniegu wyrwę.
Ogień to nie zabawka. Zniszczenia po nim są najtrudniejsze do naprawienia, a często zdarza się, że nawet niemożliwe. Mi musiała o tym w końcu zacząć naprawdę pamiętać, jeśli miała zyskać nad nim pełne panowanie.
Koniec
Gratulacje!
niedziela, 1 grudnia 2024
Od Małej Mi – "Szkło" #9
Niebieskie oczy Myszki rozszerzyły się jak spodki.
– Czy to… szkło? Takie prawdziwe szkło?
– Tak, to szkło. – Mi była na siebie wściekła w tym momencie, ale było już za późno, by to naprawić. – Takie prawdziwe szkło. – A może jednak nie? – Znalazłam je tu na brzegu i chciałam zakopać, żeby zrobić niespodziankę innym.
– Uu, niespodzianki! Mogę ci pomóc? – Na słowo „niespodzianka” Myszka momentalnie się rozweseliła, co było dobrą zmianą kursu rozmowy.
– Jasne, im szybciej to zakopiemy, tym szybciej wrócimy do domów. To co, ja kopię z jednej, ty z drugiej?
– Ok!
I tak oto sprytnym ruchem nie tylko szeregowa pozbyła się dowodów zbrodni, ale także zapewniła, że nikt nie pomyśli, że te dziwnie ułożone szkło z wyraźnie odbitymi wilczymi łapami jest jej dziełem. Oczywiście mogą podejrzewać, ale bądźmy szczerzy, kto normalny podejrzewałby wilka o stworzenie szkła? To tak jakby wilki zaczęły budować chodniki. Po prostu niedorzeczność! A ona nie jest jakimś Kopciuszkiem, żeby nosić szklane pantofelki idealnie wyprofilowane na jej drobną łapkę.
Koniec
Od Małej Mi – "Szkło" #8
Mina Myszki zmieniła się na pełną współczucia i ukrytego „Rany, jak ciężko ci jest być sobą, co?”. Na ten widok Mi miała ochotę splunąć jej w twarz i odejść z urażoną godnością, ale przecież nie mogła winić swojej rozmówczyni. Sama losowo się wygadała ze swoich problemów totalnemu nieznajomemu.
– Myślisz, że jesteś w stanie spalić cały las? – zapytała niebieska, wypełniając swoje pytanie troską.
No, patrząc na to, że właśnie stworzyłam cholerne szkło, to tak, cisnęło się Mi na język, ale nie mogła przecież tego powiedzieć. Obiecała sobie, że nikomu nie powie. A już na pewno nie wygada się komuś obcemu. Zamiast tego wszystkiego kiwnęła w milczeniu głową.
– Oj, biedna – zaćwierkała smutno Myszka, po czym zbliżyła się do rudej z wyraźną intencją przytulenia się. – Czuję, że się tego boisz, ale nie martw się! Nie sądzę, żeby coś takiego się stało.
Gdy była tuż-tuż, gdy prawie sięgała po szyję Mildred, by ją do siebie przyciągnąć, nadepnęła na coś twardego i jeszcze ciepłego w zimnym piasku.
CDN
Od Małej Mi – "Szkło" #7
– Przed nikim się nie ukrywam. – Choć Mała Mi próbowała brzmieć poważnie, usłyszała w swoim głosie zawahanie. Naprawdę?, pomyślała do siebie. Teraz?
– A. Przeniosłaś się gdzie indziej, żeby móc potrenować?
– Tak. Już mam dość tych pożarów.
Mildredfiri nie chciała się nikomu zwierzać, a już na pewno nie wilkowi, którego naprawdę znała ledwo z widzenia i nigdy nie zamieniły ze sobą słowa, jednak jej pysk zdawał się mieć swój własny umysł.
– Ciężko jest opanować ogień podczas treningu, a co będzie podczas prawdziwej walki? Spalę cały las.
Myszka zdawała się słuchać zadziwiająco uważnie. Jej długie, brązowe włosy zakrywały częściowo lewe oko i przez to (prawdopodobnie przez to) przekrzywiała głowę tak, by nie stanowiły przeszkody. Niebieskie futro straciło swój kolor w nocnej scenerii, stając się szare i ukrywając widziany wcześniej tego dnia bród. Szyja i plecy wadery były owinięte jakąś tkaniną sięgającą dość nisko łap, najwyraźniej bardzo dobra izolacja od ciepła. W takich chwilach Mi czuła dumę, że była właśnie wilkiem ognia, który nie wymagał żadnych ubrań w zimę.
CDN
Od Małej Mi – "Szkło" #6
– O cholera.
Nie było komu o tym powiedzieć i wadera dobrze o tym wiedziała. Znaczy było komu, było jak najbardziej komu, mogła powiedzieć rodzinie, Mistimochiemu, alfie, innym wilkom posługującym się żywiołem ognia (choć tych było mało), mogła powiedzieć każdemu z watahy. Problem w tym, że nie chciała. Ale w takim razie co zrobić z losowymi kawałkami zbitego szkła znajdującymi się na plaży? Wrzucić je do wody i udawać, że to morze je skądś przyniosło?
Nagłe kroki zaskoczyły Mi, nie spodziewała się spotkać kogoś na plaży, gdy już było dawno ciemno, a zimno chwytało swoimi łapkami nie tylko za nos i uszy, a za wszystkie dostępne części ciała.
– Nie musisz się ukrywać od innych, nikt nie ma ci za złe tego pożaru. – Ruda tak bardzo nie kojarzyła tego głosu, że musiała się odwrócić, żeby rozpoznać miniętą wcześniej Myszkę. Była chyba absolutnie ostatnim wilkiem, który mógł przybyć tu na plażę i Mi miała nadzieję, że spotkały się tu tylko przypadkiem.
CDN
Od Małej Mi – "Szkło" #5
Jak można było przewidzieć, na samym początku nic się nie stało, pomijając stopienie się śniegu, aż wadera doszła do żółtego piasku. Po zwiększeniu mocy dalej nie działo się nic, w końcu co wielkiego miało się stać? Mi uparcie zwiększała temperaturę, czując, jak piasek pod jej łapami staje się paskudnie, wręcz nieznośnie gorący. Mogłaby przysiąc, że drobinki zaczęły świecić się na czerwono.
Aż w końcu coś się stało. Piasek stopił się w bryłę tuż pod jej łapami. Wycieńczona Mi odskoczyła od brył, a te, wystawione na minusową temperaturę, zaczęły w miarę szybko stygnąć. Wadera szybko polała je wodą w razie, gdyby miały narobić kłopotu, potem czekała, przyglądając się im.
Choć nie potrafiła sama w to uwierzyć, piasek stał się… przezroczysty. Piasek, pod naciskiem jej własnych łap i przy wykorzystaniu jej własnej mocy, stał się szkłem. Co prawda czuła teraz w nozdrzach metaliczny zapach, a po jej pysku aż do brody spływała czerwona ciecz, kapiąc miarowo na ziemię. Nie zmieniało to zafascynowania Mi.
W końcu nie każdego dnia tworzysz przez przypadek szkło.
CDN
Od Małej Mi – "Szkło" #4
Z początku nie wiedziała, co trenować. Na plaży było mało rzeczy do atakowania, bieganie w prostej linii już się znudziło, szczególnie, że nie miała jak mierzyć swoich postępów.
Tutaj w sumie niczego nie powinna spalić. Raczej.
Dawno nie trenowała typowo ze swoją mocą.
Wykrzesując z siebie ukrytą iskierkę, Mi zaczęła bawić się ogniem. Płonęły jej włosy i ogon, płonęły jej łopatki, płonęły opuszki łap. Siadając na zadzie, wadera stworzyła kulę ognia w swoich przednich łapkach, przerzucając ją z jednej łapy do drugiej. Potem kula stawała się coraz większa, aż udało się Mi stworzyć kulę większą od niej samej. To wymagało jednak ogromnego skupienia i wysiłku, więc ruda porzuciła ćwiczenie.
Nagle wpadła na inny pomysł. Rzadko kiedy miała okazję puścić ogień w ziemię, bo zazwyczaj kończyło się to wspomnianym wcześniej pożarem. Piasek miał jednak znacznie mniejszą szansę się zapalić, o ile w ogóle, więc spróbowanie tego tutaj nie powinno sprawić kłopotu. Najwyżej weźmie wodę z morza, żeby to ugasić.
CDN
Od Małej Mi – "Szkło" #3
Wędrówka nie zajęła długo, najwyraźniej wadera wcale nie była tak daleko, albo po prostu w swoim zamyśleniu nie zauważyła upływu mijającego czasu. Niebo zrobiło się szare, słońce zniknęło gdzieś za lasami położonymi na zachód od pozycji Mi. Powietrze, wcześniej już nieprzyjemnie chłodne, teraz jeszcze bardziej obniżyło swoją temperaturę i jak na złość zaczęło kłuć maleńkimi igiełkami w nos i uszy wilczycy.
W takiej sytuacji żywioł ognia wyjątkowo się przydawał, bo wadera tylko uwolniła swoje płomienie i od razu zrobiło jej się o niebo cieplej. Powietrze odsunęło od niej zimne igły, trochę pomrukując w niezadowoleniu, ale zdecydowanie nie zamierzało już się więcej zaczynać.
Co miała teraz Mildredfiri ze sobą począć? Nie zamierzała wracać tak szybko po swoim małym wypadku, ze swoimi mocami nawet nie musiała, mogła ogrzewać się tu, na plaży. Pytanie brzmiało, czy ma siedzieć, wpatrywać się w horyzont i zastanawiać nad sensem swojego istnienia, czy może podjąć się swojego ulubionego zajęcia. Odpowiedź padła na to drugie.
CDN
Od Małej Mi – "Szkło" #2
Mina wilków, które przybyły gasić pożar, była zatrważająco wymowna. Nie były zadowolone, że pomimo mokrej pogody wciąż pojawiło się zagrożenie ognia. Ktoś tam szepnął, że przynajmniej na chwilę zrobiło się ciepło, ale nikt nie wtórował mu śmiechem. Przemykająca obok Myszka rzuciła Mi współczujące spojrzenie, jakby mając świadomość, jak to jest być odrzutkiem z powodu czegoś, nad czym nie masz kontroli.
Mi postanowiła wydostać się z tego otoczenia.
Poszła tam, gdzie poprowadziły ją nogi. Nie zważała na kierunek ani na otoczenie, dopóki przed jej pyskiem nie pokazały się zimne fale wschodniego morza. Czy naprawdę ćwiczyła tak blisko plaży? Może powinna była od razu się tu udać? A pal to licho, teraz już było za późno na gdybanie.
Była na brzegu morza, ale nie na Plaży Wschodniej, więc z braku laku postanowiła tam się udać. Wiatr bijący z lewej strony starał się jakby ją pocieszyć, głaskając ją po jej czerwonym futrze, ale ona na obecną chwilę nie miała ochoty na pocieszanie.
CDN
Od Małej Mi – "Szkło" #1
Jeden krok za drugim. Jeden za drugim.
Aż w końcu cały świat, jaki znasz, stoi w płomieniach.
No cóż, dokładniej mówiąc, nie był to cały świat, a zaledwie jego zalążek. A nawet nie zalążek, tylko kawałek lasu, w którym Mała Mi postanowiła nieco potrenować.
Czy się spodziewała takiego obrotu spraw? Z pewnością nie. Nie sądziła, że jeden wybuch złości mógł skończyć się pożarem, ale czego można było się spodziewać po żywiole ognia? Nie bez powodu każą obserwować świeczkę, gdy się pali. Jeden nieostrożny ruch, jeden powiew wiatru w firankę i cały dom staje w płomieniach.
Teraz Mi też stała w płomieniach, zarówno tych dosłownych, starając się ugasić pożar, jak i w przysłowiowym ogniu zażenowania i wstydu. Wciąż żarła się w myślach, jak mogła do tego dopuścić. Jak mogła stracić panowanie nad swoim płomieniem, z którym żyła całe swoje życie. Być może nie powinna być w stosunku do siebie taka surowa, ale gdy jesteś porzuconą butelką, która niszczy las, ciężko ci myśleć logicznie.
CDN
czwartek, 28 listopada 2024
Od Małej Mi – "Ignis" cz.4
Wypalanie obrazków na kawałkach kory okazało się przełomem w komunikacji, szczególnie że znacznie przyspieszyło to naukę tutejszego języka przez Ilangabiego. Teraz, po tak długim czasie nauki, mogli ze sobą swobodnie rozmawiać, nawet jeśli smok wciąż posiadał bardzo silny akcent w swojej mowie. Byłoby też łatwiej, gdyby był faktycznie rozmowny.
– Dlaczego darzysz Onyinyo takim szacunkiem i przywiązaniem, a dla Mistiego, który też jest lisem, jesteś taki podły?
– Mistimochi w niczym nie przypomina mojego ukochanego Onyinyo – fuknęło ogniste stworzenie, wypuszczając ze swoich nozdrzy ciemny dym. Dla Mi był to objaw niezadowolenia i irytacji, bardzo podobny do jej dymiących końcówek włosów, świadczących zawsze o tym samym.
Ilangabi miał zaskakująco dużo reakcji podobnych do tych, które przejawiała wadera. Dym, gdy byli niezadowoleni. Wzmożony ogień, gdy byli źli. Uspokojone płomienie, gdy coś im się podobało. No i niemal całkowite wygaszenie, kiedy ich serce obejmował smutek. Żadne z nich nie było dobre w ukrywaniu swoich emocji, ani chociażby w hamowaniu ich. Gdy Mi zauważyła te powiązania, nie mogła zrozumieć, dlaczego smok darzy ją taką niechęcią, skoro są tak podobni. Aż w końcu któregoś dnia usłyszała coś, co naświetliło sytuację skrzydlatego płomienia.
– Jak Onyinyo jeszcze żył to nigdy nie trzymał mnie zamkniętego w kalisie!
– Onyinyo nie żyje? Dlatego jesteś taki ponury? – podchwyciła Mała Mi. Na te słowa Ilangabi zamknął się w sobie i zniknął w ostrzu.
Ta informacja miała spore znaczenie w relacji wadery ze smokiem. Teraz było bardziej zrozumiałe, dlaczego Ilangabi był tak negatywnie nastawiony w stosunku do wszystkiego, chociaż Mi nie miała pomysłu, w jaki sposób mogła mu pomóc w jego żałobie. Z tego względu wyjątkowo postanowiła zapytać Mistimochiego o pomoc.
– Zazwyczaj po prostu jest się dla kogoś i słucha się jego wyżaleń. U mnie zapewnia się też, że teraz przynajmniej ta osoba już nie cierpi, ale nie sądzę, żeby w jego przypadku to pomogło.
– Ilangabi nie chce w ogóle mówić o śmierci Onyinyo. – Zauważyła Mi. – Mało też o nim opowiada. Albo w ogóle o swojej przeszłości.
Misti zamyślił się.
– Podobno im mniej naciskasz, tym większa szansa, że rozmówca zacznie opowiadać o swoich problemach. Rozmowa musi się odbyć w spokojnym otoczeniu. – Lis wzruszył ramionami. – Nie mam innego pomysłu.
Wilczyca przytaknęła. Spróbowanie raczej nikomu nie zaszkodzi, a może a nuż widelec się uda.
CDN
czwartek, 29 sierpnia 2024
Od Mi — "Z braku szacunku do ciebie i mnie" cz.1
– Masz kogoś upatrzonego?
Nagłe pytanie znikąd spowodowało, że Mi się zakrztusiła. Spojrzała na towarzyszącego jej lisa jak na ostatniego wariata.
– Nie.
– Ach.
Z Llyrem poznali się niedawno, kiedy wadera pomyliła go z Mistimochim podczas polowania i obrzuciła obelgami. Było jej głupio, gdy zauważyła, że to nie ta ruda kita, ale w jej obronie oba lisy miały identyczny kolor sierści. Całościowo jednak Llyr był dużo bardziej dojrzały od przydupasa szeregowca i, co Mi stwierdzała z dozą niechęci, przystojniejszy. Do tego jego obecność nie była tak bardzo męcząca, za co ognista wilczyca była niebiosom wdzięczna.
A przynajmniej było w porządku aż do teraz.
– Czemu pytasz? – zapytała głosem niby spokojnym, ale gotowym ściąć wszystko dookoła aż do samej ziemi. Takie małe ostrzeżenie, które Llyr wychwycił, choć się pod nim nie ugiął.
– Bo ktoś mi tyle co wpadł w oko, ale najpierw musiałem się upewnić, czy jest wolna.
Debil, czy debil bardziej?, pomyślała do siebie Mała Mi, kompletnie zaskoczona bezpośredniością lisa. Ledwo się poznali, a ten już z jakimiś romansami wyjeżdża?
– Llyr, z całkowitym brakiem szacunku, ja jestem wilkiem, ty jesteś lisem. Trochę się kupy nie trzyma, nie sądzisz?
Samiec wzruszył ramionami.
– Wielkościowo jesteśmy wystarczająco podobni.
Mi podniosła brwi na ten komentarz.
CDN
środa, 31 lipca 2024
Od Mi – "Ignis" cz.3
niedziela, 28 lipca 2024
Od Małej Mi – "Ignis" cz.2
Notatka od autora: sztylet kali został zmieniony na miecz kalis, bo nawet nie wiem, skąd się „sztylet kali” wziął.
Historia z mieczem kalis kontynuowała się po kryjomu, głównie dziejąc się na obrzeżach Watahy Srebrnego Chabra, z dala od wścibskich oczu i ciekawskich spojrzeń. Na obecną chwilę Mildredfiri znała się z mieczem za pan brat, ale wciąż pamiętała burzliwe początki tej przyjaźni.
Kiedy pierwszy raz ostrze zapaliło się najprawdziwszym płomieniem, wadera spanikowała i upuściła broń. Nie spodziewała się magicznego przedmiotu, jednak gdy stwierdziła, że jej pysk nie został w żaden sposób oparzony (bo to chyba oczywiste, że do szermierki używała pyska), ostrożnie chwyciła z powrotem kalis i kontynuowała trening. Tego samego dnia udało jej się uzyskać teraz już pożądaną reakcję jeszcze kilka razy, zanim stwierdziła, że na dzisiaj koniec.
Innego czasu zapalił się nie kalis, a ona sama, co było naprawdę niemałym zaskoczeniem. Od dawna była przekonana, że posiadła już pełną kontrolę nad swoimi mocami, a tu proszę, coś nowego. Miecz sprawiał, że płonęły jej nie tylko włosy, ale także łopatki i nadgarstki łap. Fascynowało ją to, w szczególności niemal czarna, jakby przypalona sierść, która momentalnie odzyskiwała swój naturalny kolor, gdy tylko ogień znikał. Nie zauważyła nigdy takiej reakcji, gdy używała własnego płomienia.
Po dziesiątkach godzin treningu udało się osiągnąć Mildredfiri naprawdę interesujący efekt. Kalis nie zapłonął, a całkowicie zamienił się w płomienie, tworząc coś na styl miecza świetlnego. Na ten moment wadera spodziewała się już wszystkiego, więc choć nowa funkcja miecza zwróciła jej uwagę, nie spowodowało to u niej zaskoczenia.
Czego nie potrafiła przewidzieć, to Mistimochiego podkradającego się jednej nocy do jej legowiska, by wykraść cenny przedmiot, co skończyło się pożarem lasu. A w tym pożarze, w ognistych językach ukazał się rudej wielki gad przypominający smoka. Czy był to faktycznie smok, czy coś innego, tego nie zdążyła stwierdzić, bo zjawa zdążyła zniknąć. Tego dnia Misti dostał absolutny zakaz wchodzenia do nory ze skarbami Małej Mi. Patrząc na przerażone oczy lisa zakaz ten zapewne nie był już potrzebny, ale ostrożności nigdy za wiele.
Mi trenowała dalej ze swoim powykrzywianym mieczem, aż w końcu udało jej się ujrzeć tą samą iluzję w płomieniu wystającym z rękojeści. Tym razem miała pewność, był to smok i nawet miała możliwość się z nim komunikować.
niedziela, 30 czerwca 2024
Od Mi
Mistimochi naszedł Mi, kiedy ta wylegiwała się w chłodnej wodzie. Choć wadera przynależała do żywiołu ognia, bardzo źle znosiła upały spowodowane przez gwiazdę najbliższą Ziemi. Wolała moczyć rozgrzaną skórę i nabywać mocy potrzebnej do pełnienia obowiązków w falach Wodospadu Tysiąca Twarzy. W wielu lokacjach próbowała się tak relaksować, ale Misti za każdym razem ją znajdywał, tak jak i teraz.
– Miiiiiii – wyjęknął, próbując samemu wejść do wody, żeby się do niej zbliżyć. Było to jednak dla niego zbyt nieprzyjemne, by zdołać ją sięgnąć, ku zadowoleniu wilczycy. – Mi, wyłaź, proszę.
Kiedy wadera nie reagowała, podjął się samobójczego planu ochlapania jej. Niestety nie przyniosło to skutków.
– Mi, no dalej, podnoś się. Podnoś, podnoś, proszę. – Misti się nie poddawał, trochę powoli już panikując, że stało się coś jego wybawicielce i opiekunce.
– Zostaw mnie, mam wolne – wymruczała w końcu Mała Mi, odwracając jedno ucho ku lisowi. – Co, widziałeś kolejnego magicznego jelenia?
Mistimochi wymownie zamilkł, po chwili wznawiając swoje próby zwrócenia uwagi.
– Nie, nie tym razem, nie. Tym razem to był wilk.
Gdyby Mi nie miała zamkniętych oczu, wywróciła by je tak mocno, że zobaczyła by własny mózg.
– Misti, tu pełno magicznych wilków. Mamy całą watahę magicznych wilków. JA jestem magicznym wilkiem. – Bardzo ją kusiło uderzyć łapą w czoło, jednak miała zbyt wygodną pozycję, by to zrobić i zaryzykować utracenie jej.
– Ale ten miał kryształy wrośnięte w barki!
Wadera przestała reagować na ten debilizm, tylko wróciła do relaksowania się. Tak, w końcu się tego nauczyła, był to dla niej ogromny sukces, który wychwalali głównie Wayfarer i Variaishika. Misti z jednej strony też, zaś z drugiej i tak ciągle ją męczył. Usłyszała mamrotanie lisa, po czym on położył się i zapewne poszedł spać. Dobrze. Niech oboje wypoczywają.
<Koniec>
poniedziałek, 3 czerwca 2024
Od Małej Mi (trening szybkości)
Od dłuższego czasu Mildretfiri, a raczej Mała Mi, spędzała swoje dni dokładnie tak samo, choć nawet nie była pewna, czym to „tak samo” było. Czy były to polowania i patrole? A może odwiedzanie rodziny? Coś było zawsze „tak samo”, jednak na ten moment wszystko było schowane za mgłą obojętności i braku motywacji. Mi działała na automacie, niczym robot, który ma zaprogramowane konkretne zadania i nie posiada umiejętności, by rozwinąć swój kod.
Gdy ostatni raz widziała Waya, swojego starszego „brata” (bo owym bratem nie był, nawet jeśli zostali wychowani przez tego samego basiora. Po prostu nie umiała widzieć swojego „rodzeństwa” jako rodziny), powiedział jej, że powinna zrobić sobie wolne, znaleźć dodatkowe zajęcie, które nie wiązałoby się z jej głównymi w życiu celami i w ten sposób odpocząć umysł, ale ona nie chciała tego słuchać. Wydawało jej się to strasznie nieproduktywne. Według niej należało całe swoje jestestwo poświęcić swoim celom, by pod koniec życia czuć się spełnionym oraz zadowolonym. Uparte podążanie za marzeniami prowadzi tylko do wiecznej pogoni, twierdził Vari. Mi w to nie wierzyła.
Jej dni pozostawały zamglone, mechaniczne, aż do którego ranka, kiedy obudził ją znajomy rudy pyszczek lisa Mistimochiego.
Mistimochi był lisem, którego Mi kiedyś przypadkiem uratowała, gdy ten był jeszcze szczeniakiem. Teraz był większy, prawie dorosły, ale wciąż uparcie trzymał się watahy, a w szczególności swojej wybawicielki. Wadera potrafiła go na pół dnia zgubić, a potem wracał do jej życia niczym cojesienna choroba, domagając się uwagi i słownego wsparcia. Z początku Mała Mi z dobrego serca ulegała tym niemym prośbom, teraz nie miała problemu przypalić mu kawałek futra, byle by się od niej odczepił.
Prawie to tego ranka zrobiła, gdyby Misti w dobrym momencie nie odskoczył. Niestety znał już tendencje czerwonej wadery.
– Mi! Mi, pobudka. Wstawaj. – Lis potrząsnął częściowo śpiącą jeszcze waderą. – Wsta-waj! Coś się dzieje i nie uwierzysz, co!
Wilczyca zasłoniła oczy, nie chcąc ulegać nawoływaniu Mistimochiego, jednak jego energia promieniała tak bardzo, że szybko ją to rozbudziło. Rzucając jakimiś przekleństwami i wulgaryzmami pod nosem, ostatecznie podniosła się na nogi. Nie zabrakło też morderczego wzroku, z którego Misti sobie nic nie zrobił.
– O co chodzi? – warknęła, przecierając oczy. Poczuła w kącikach piasek, który szybko wydrapała.
– Mamy magicznego jelenia na terenach watahy!
Mała Mi spojrzała na bezczelnego gnojka z mieszanką irytacji i politowania. Typowi ewidentnie odbiło na łeb od przebywania wśród magicznych wilków, bo nie ma kija we wsi, że na terenach Watahy Srebrnego Chabra pojawił się jakiś magiczny jeleń. Takie stworzenia były reliktem zamierzchłych czasów, tradycyjnym motywem, gdy watahy takie jak Wataha Srebrnego Chabra były bardzo powszechne i ciężko było znaleźć dobre miejsce dla siebie, bo wszystko wyglądało bardzo podobnie, łącznie z wilkami. W ich obecnych czasach magiczny jeleń był tak głupią ideą, że nikt nie był nim zainteresowany. Były ciekawsze tematy jak polityka, praca, czy chodzenie po kartki. Ale magiczny jeleń? Mi miała jednego przed sobą, tylko poroża mu brakowało. Mistimochi milczenie wadery potraktował jako zaproszenie do dalszego gadania.
– Widziałem go sam. Sam! Podszedłem do niego, a on puf! Zniknął i po chwili pojawił się kilkadziesiąt skoków zająca dalej. Miał takie wielkie poroże, bardzo potężne, był biały i miał niebieski pasek wzdłuż ciała. Był bardzo ładny, bardzo, słowo!
– Srutututu, majtki z drutu – burknęła, ścieląc zawczasu swoje legowisko, by na wieczór móc się na nie położyć bez dodatkowej roboty.
– Nie wierzysz mi? Nie wierzysz! Nie wierzysz! – Misti wzniósł lament, patrząc na Mi wielkimi, wypłenionymi łzami oczami. Potem zaczął teatralnie rzucać się na ziemię. Wadera wywróciła oczami, myśląc do siebie, że z tego dziecka to jedna wielka królowa dramy. – Jesteś pierwszą osobą, do której przyszedłem i mi nie wierzysz! Jak to tak?
– Bo tak! – Mała Mi warknęła na niego ostrzegawczo, dając upust emocjom. Huku, jak bardzo nie znosiła tego dramatycznego bachora, to tylko niebiosa wiedzą, bo w świecie śmiertelników nie mogła tego wystarczająco dobitnie pokazać.
Rudzielec skulił się przed nią, momentalnie zamykając swój gadatliwy pysk. Dobrze. Niech się jej boi.
Szkoda tylko, że ten strach za długo nie trwał.
– Dlaczego mi nie wierzysz? Przecież nigdy cię nie okłamałem.
Ton jego głosu ukłuł w serce nawet Małą Mi. Nieważne, jak bardzo go nienawidziła, gdy tylko robił się smutny, od razu było jej go żal. Mimo to nie chciała dać się przekonać do poszukiwań dziwacznego stworzenia, które Misti rzekomo zobaczył na terenach watahy. Pewnie ten jeleń wcale nie był magiczny, tylko po prostu szybki, a Misti sobie dopowiedział. Bądź co bądź, w jednym miał rację, nigdy Mi nie okłamał.
– Gdzie go widzia…
Obecnym miejscem zamieszkania Małej Mi była polanka zabezpieczona od jednej strony głazem, podczas gdy pozostałe krawędzie zapewniały dobry widok na otoczenie. Mi lubiła tą polankę, mogła z niej łatwo dostrzec przeciwnika. Tym razem jednak, zamiast przeciwnika, wadera dojrzała jelenia zdecydowanie zbyt dużego jak na swój gatunek, wielkości łosia, oraz całkowicie nieskazitelnie białego. Jedynym innym kolorem był błękitny pasek ciągnący się od głowy do zadu, na wysokości dogrzbietowej połowy tułowia. Poroże wskazywało na wiele lat, zdecydowanie za dużo na jelenia, jednak zwierzę nosiło je z dumą.
Wadera wpatrywała się w nietypowe zwierzę z otwartym pyskiem, będąc w zbyt wielkim szoku, by ten fakt zarejestrować. Misti odwrócił się z ciekawości, na co jego wybawicielka się tak patrzy, ale niestety jego gwałtowny ruch spłoszył rogacza, który zaczął uciekać.
Wykonał jeden sus do przodu, jednak zanim postawił raciczki na ziemi, zniknął na oczach dwóch rudzielców w niebieskim błysku. Pojawił się, zgodnie z opisem Mistimochiego, kilkanaście skoków zająca dalej, tym razem już biegnąc jak normalny jeleń.
Mi bez namysłu rzuciła się za nim, zostawiając mniejszego i wolniejszego towarzysza w tyle. Nie była zainteresowana upolowaniem tego majestatycznego zwierzęcia, chciała się mu tylko przyjrzeć tak bardzo, jak było to możliwe. Zresztą nawet gdyby jakimś cudem go upolowała, miała pewne wątpliwości, by jego mięso było jakoś szczególnie smaczne. Co najwyżej smakowało jak mięso zwykłego jelenia.
Musiała nieźle wyciągnąć nogi, by nadążyć za teleportującym się co chwila samcem, ale o dziwo wcale nie zostawała zbytnio w tyle. Dopiero gdy straciła dech w płucach, znacząco zwolniła, ostatecznie się zatrzymując. Co prawda kręciło jej się w głowie z braku powietrza, ale cholera, niech ją piorun strzeli, jeśli nie była to najbardziej ekscytujący pościg w jej życiu. W końcu coś się zadziało! Coś innego! Ten jeden dzień wreszcie nie był „taki sam”, mogła wyszczerzyć dumnie zęby przed Wayfarerem, chwaląc się, jak to odpoczęła po swojemu.
Usłyszała za sobą drobne kroki i dyszenie porzuconego lisa. Mistimochi był zmęczony, jednak na jego pyszczku malował się uśmiech.
– I co? – zapytał między głębokimi wdechami. – Mówiłem, że mam rację!
– Mówiłeś, mówiłeś. Niech ci będzie. – Mała Mi zaśmiała się w głos i poklepała mniejszego towarzyszła po łopatce. Nienawidziła go, a mimo to cieszyła się na jego widok. Szlag by to.
Koniec. Liczba słów: 1095
Gratulacje!











.jpg)













