Miłego piątku 13-go!
一
Dla was na wschodzie
rubieżą jest kawałek zagajnika,
a dla nas tutaj: cały wasz wschód.
一
Kolejna kolacja, kolejne śmiechy i rozmowy, trzask wielkiego ogniska i pogłos bębnienia metalu odbijający się od ściany. Szkliwo mógłby przysiąc, że każdego dnia przeżywał dokładnie to samo. Zawieszał wzrok na stałych punktach i te same myśli krążyły mu po głowie. Wilki siadały na miejscach, które znał na pamięć, a gdy wstawały, nawet po tej ogromnej hali poruszały się już w zupełnie przewidywalnej trajektorii. Dopiero po kolacji, gdy noc stawała się dojrzała i głęboka, miał jeszcze okazję przeżyć coś nowego.
Jak zwykle w trójkę delektowali się doprawionym biała śmiercią jedzeniem. Tym razem jednak - choć jeszcze przez chwilę wcale się tego nie spodziewał - coś ciekawego wydarzyło się, zanim zdążył odejść od stołu.
- A ty co ostatnio w ogóle nie pijesz? - Rasz zmarszczył brwi, chłepcząc wino ze swojego kubka.
- Śnieg smaczniejszy - odmruknął żuraw z dziobem pełnym zająca.
- Nawet łyczka?
- Dziękuję. Mam już naprawdę dosyć tego skisłego soku.
- Ej, patrzcie go. Winem gardzi!
- U nas się tej kiszonki wcale nie pije.
- Myślałem, że wschód ma obcykany cały piłospis. To co byś wolał, jakżeś taki mądry?
Ptak przełknął kawałek delikatnego mięsa. W oczach błysnęła mu mała, przekorna iskierka, którą wzniecał w nich zawsze widok zagniewanego pyska Rasza.
- A wódkę. Albo czysty spirytus.
- Spirytus? Zabić się chcesz?
Tuż obok nich zjawiła się nowa postać. Szkliwo nie znał jej, ale jej intencje były oczywiste od pierwszej chwili. Wadera przystanęła kilka kroków przed osiągnięciem celu, łapy ustawiła jedna przy drugiej i kiwnęła się z wahaniem. Uważnie słuchała, o czym mówią.
To, kim jest, również łatwo było wywnioskować z charakterystycznej dla tutejszych panien, wystudiowanej postawy.
- Co za noc! Dobry wieczór, asystenci Birasta. - Przywitała się uprzejmie.
- Przytulia, najjaśniejsza gwiazdeczka w całym NIKL-u! - zawołał Rasz, rozkładając łapy w powitalnym geście.
- Och, jesteś czarujący - zachichotała.
- Po prostu zawsze szczery do bólu! Czego ci, duszyczko, potrzeba?
- Tak chciałam... - Jej palce niecierpliwie popukały w ziemię. - Pobyć w miłym towarzystwie.
- Lepiej nie mogłaś trafić!
- Hej, widzieliście, że dziś grają w ruletkę? - rzuciła głośniej, kątem oka taksując każdego z osobna. Rasz czujnie podniósł uszy, przełykając swoją porcję mięsa.
- Coś nowego! Od lat tu nie było ruletki!
- Musieli w końcu urządzić, bo byśmy zapomnieli jak grać. - Uśmiechnęła się wesoło. Szkliwu mogło się wydawać, lecz jej jeden, głębszy oddech, miał w sobie coś z westchnienia ulgi. - Ja mam wielką ochotę spróbować.
- Czym dziś obstawiają?
- Szyszkami. - Wesołość w jej głosie nie była łagodna z natury, a powstrzymywana; z gracją, bez wielkiego wysiłku. Miała więc ochotę, lecz nie czuła przymusu, by się śmiać. Było w tym trochę oczekiwania na ciąg dalszy i odrobina prawie zupełnie niewinnej drwiny. - A widzieliście, jak Nikrosz się wystroił do tej gry?
- Ten stary cep? Muszę zobaczyć. To co, chłopaki, idziemy! - Basior zatarł łapy. - Nie ma nic prostszego niż granie w ruletkę. Szkliwo, grałeś?
- Niech w spokoju dokończy jeść - odparła wilczyca, zanim zdążył przeżuć to, co miał w dziobie. Omal się nie krztusząc, tylko pokiwał głową.
- No dobra, to wiesz, gdzie nas szukać. Hap, chodź! - Płowy wilk zerwał się ze swojego miejsca i machnął na przyjaciela łapą. - Chcesz mnie zostawić z tym nudziarzem samego, to musisz zagrać dziś ze mną w ruletę!
- Przecież nigdzie jeszcze się nie wybieram! - zawołał za nim Hapenir.
- A na urlop?
- Och, przestań. Z tobą jak z głupim na drabinie - odszczeknął bez wielkiej namiętności. - Poczekam na Szkliwo.
- Spokojnie, jeszcze zdążę - odparł ptak, zerkając na wilczycę, która nie poruszyła się ze swego miejsca.
Zaczynał mieć pewne mętne przeczucie, co mogło stać za nagłą wycieczką Rasza do remizowego kasyna po drugiej stronie ogniska. Mimowolnie zaczął się niepokoić. - Idź uspokoić tego narwańca. Chyba zresztą nadal macie sporo rzeczy do ustalenia. Ja się najem i przyjdę.
Brązowy wilk, chcąc nie chcąc, kiwnął głową i ruszył za kompanem. Przez chwilę wokół nich unosił się gwar rozmów z sąsiednich stanowisk. Gdzieś dalej rozlegał się monotonny trzask ognia.
- Kim jest Nikrosz? - zapytał w pewnej chwili skrzydlaty.
- Inspektor Ziem Zachodnich - odparła wilczyca, która, wbrew wcześniejszej zapowiedzi, ani myślała porzucać kolacji na rzecz uczestniczenia w nowej grze. Podniosła koźlą nogę i zaczęła ogryzać ją nieśpiesznie.
- To wiele wyjaśnia. A ty przypadkiem nie chciałaś grać?
- Może później do nich dołączę. Koleżanka jest na zwolnieniu i mamy teraz dużo pracy.
- Czyżby rodziła?
- Za kilka dni.
- Och, boże. Znowu ten koszmar - mruknął, na co wadera opuściła wzrok, jakby nagle bardzo zainteresowała się rysą na ziemi. - Przepraszam. Naprawdę masz na imię Przytulia?
- Naprawdę - odrzekła ciszej, znowu uważnie mu się przyglądając. - A raczej taki mam pseudonim. A czemu pytasz?
- Przytulia to taka roślina, prawda?
- Bingo. - Uśmiechnęła się, unosząc brwi.
- Skojarzyło mi się z moimi rodzinnymi stronami. Tam też lubią imiona po kwiatach.
- Z tymi na mapie po prawej?
- Tak.
- Wreszcie! - Klasnęła w łapy, ale od razu usiadła sztywno i przycisnęła łapy do tułowia. - Wychowałam się w WSJ, wiesz? W takim jakby... sierocińcu.
- I jak trafiłaś tutaj?
- NIKL to sława, luksusy. Tak się u nas mówiło. Świetne miejsce dla dziewczyny, która nie ma planu na życie. - Płynnym ruchem wzruszyła ramionami i uniosła wino do pyska. Wyglądała na pewną siebie, ale mówiła niewiele. Być może to jego próbowała ciągnąć za język. Był już prawie pewny, że przy stole kazała jej siedzieć jedna, konkretna sprawa. Nic innego nie trzymałoby jej w milczeniu przy obcym, de facto nieszczególnie atrakcyjnym i jeszcze mniej wpływowym urzędniku.
- Mam nadzieję, że rzeczywistość to potwierdziła.
- Jest całkiem miło. Do momentu, gdy jakiś pijak omal nie wybije ci zęba. Bo taką ma fantazję. - Jej podbródek zadrżał. - Nie żeby kiedyś mnie to spotkało.
Szkliwo oparł się na skrzydle. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, obracając w palcach swój kubek.
- A spotkało?
- Nie mnie.
W oddali rozległa się salwa śmiechu. Muzycy pod ścianą rozgrzewali łapy, by ich metalowe instrumenty zadudniły z całą mocą. Dyskusje wokół trwały w najlepsze. Wilki korzystały z ostatnich chwil względnej ciszy.
- Dlaczego właściwie rozmawiamy? - zapytał, gdy milczenie zaczęło się przedłużać.
- Myślałam nad zmianą miejsca pobytu. Na stałe. - Lekko poruszyła barkami. Sierść na jej karku najeżyła się delikatnie. - Ale do WSJ już nie wrócę. Nigdy!
- Więc pytasz o moją watahę?
- Tak.
- WSC. Na pewno cię przyjmie - odrzekł bez wahania. Wtem gwałtownie nabrał powietrza, by dokończyć myśl, jakby o czymś sobie przypomniał. - Ale nie idź tam jeszcze. Mają tam jakąś epidemię.
- A jeśli odkryją co robiłam wcześniej? - Tylko machnął skrzydłem. Wilczyca kontynuowała. - Na północ nie mogę. Tam za takie rzeczy od razu jest... Jak to tutaj mówią, wilczy bilet. Na południu za to niczego nie ma, a ja chcę do wilków!
- Nie musisz się tłumaczyć. - Odwrócił wzrok, niepewny, jak zareagować na jej wyznania. - Wystarczy, że nie będziesz się tym chwaliła na prawo i lewo.
- Nie będę! - Wyprężyła pierś i uśmiechnęła się tak szeroko, że jej oczęta same się przymknęły.
- Chociaż w sumie... Czemu nie na zachód?
- Na tegorocznych szkoleniach jest sporo żołnierzy z zachodu. Jednego miałam... wątpliwą przyjemność bliżej poznać. Jak tam odejdę to... od razu wszyscy będą mnie tam znali.
- Jasne. - Pochylił się, żeby sięgnąć po jeden z orzechów laskowych, które miały być chyba tylko ozdobą dla wyeksponowanej pośrodku całego zestawu dań koziej tuszy. Zaczął rozdziobywać łupinę. - Dam ci znać, gdy zagrożenie minie. I jeśli chcesz, dostaniesz jeszcze jakiś list dla Agresta, żeby potwierdzić, że przybywasz z NIKL-u.
- Dzięki! - zawołała, lecz naraz zacisnęła usteczka. - Byle szybko! - Przechyliła łeb z proszącym spojrzeniem. Skinął jej na potwierdzenie i pożegnanie jednocześnie, po czym wstał od stołu.
- Tylko... - zawołała za nim i szybko ściszyła głos. - Niech nikt nie wie o naszej rozmowie, dobrze? Nie mogę o tym mówić. Pewnego dnia po prostu zniknę.
- Jeśli nikt nas właśnie nie podsłuchał, to ode mnie się nie dowie.
Tego wieczora wesoła kompania grzała się wyjątkowo blisko ogniska. Gracze zaopatrzyli się w zapas wina, prowadzili ożywione rozmowy i co chwila wybuchali szczerym śmiechem. Szyszki walały się wokół w sporych stosikach. Część z nich wciąż pozostawała w ruchu. Szkliwo przysiadł z boku, obok dwójki swoich współpracowników, którzy już dali się porwać rywalizacji. Przez chwilę przyglądał się zmieniającym położenie drewnianym żetonom, które stukały o siebie przy każdym rozdaniu wygranej.
- A kogo to moje oczy widzą? - Ktoś stuknął go w ramię.
- Kirłan. Już wróciłeś ze swojej wyprawy?
- Właśnie dzisiaj. Muszę poprosić miłe panie z zakątka radości, żeby przechowywały mi szachy. Nie będę musiał przynosić ich za każdym razem.
- Zgodzą się?
- Oczywiście. Widzisz, pogralibyśmy dzisiaj, a ja się nie przygotowałem!
- Nie szkodzi. Ze ślepym losem mam szansę przynajmniej zremisować.
- To dlaczego nie grasz?
- Przecież los jest ślepy. Skąd ma wiedzieć, czy gram?
- Jesteś niemożliwy. - Basior jeszcze raz, przyjaźnie poklepał go po ramieniu. Ptak nie zareagował na to w żaden sposób.
Gdy wreszcie wyszedł z remizy, trwała już głęboka noc. Nie doczekał do końca rozgrywki, która wyraźnie się przedłużała; był już zmęczony. Ścieżka wiodąca przez ośnieżoną łąkę mieniła się w świetle księżyca. Odległy szum drzew nad rzeką dał mu odrobinę wytchnienia po długim czasie wypełnionym słuchaniem pokrzykiwań przejętych wilków. W oddali coś trzasnęło. To bukowy pień na skraju lasu. Niska temperatura wszystkim dawała się we znaki.
Wilki. Stadne zwierzęta pełne ognia, wrzące od emocji niczym manierka zawieszona nad paleniskiem. Czy wszystkie one były właśnie takie? Wilki. Ciągle tylko wilki. To słowo gościło w jego myślach o wiele częściej niż nazwa własnego gatunku.
Rublia vulgaris caerulea. Podobno bliższa ciału koszula. Sytuacja zmienia się leciutko, gdy to właśnie ona jest powodem większości zmartwień; gdy coś, co określa bardziej niż cokolwiek innego, staje się ujmą. Coraz mocniej doświadczał faktu, że od wilków odróżniało go nie tylko ciało. Nie nadążał za setką ich uczuć i skomplikowaniem relacji. Nie czuł tej płomiennej iskry, która każe zabiegać o uwagę, żyć dla kogoś, kochać na zabój. Może ona pomogłaby mu odnaleźć się w miejscu, w którym obecnie był całkowicie przeźroczysty. A dzięki temu mógłby pracować skuteczniej.
Pracować za dom, za WSC. Ale w którym dokładnie miejscu idea przestaje mieć ciało? Za wilki, za ziemię walczyć, czy za fakt, za istotę rzeczy? Nawet niech i by się to wszystko udało: czegoś się dowie i to coś okaże się pomocne. Czego oczekiwał? Wdzięczności bliskich, którzy już dawno stracili dla niego znaczenie?
Nie, nie potrzebował niczyjej wdzięczności. W końcu najważniejszy jest wynik pracy. Jego wymarzony świat.
Frapujący był fakt, że nie miał nawet wzorca, do którego mógłby się porównać. Ojca nie znał. Wspomnienie matki było tak odległe, że dawno już zblakło. Oprócz żółtego mutanta zwanego Kajem nie miał styczności z innymi rubliami. Pozostawało mu więc być wybrakowanym wilkiem, który nawet nie jest pewien, na ile jest zgodny chociaż ze swoją własną normą.
Znowu odpłynąłem za daleko
Trudno mi nad sobą zapanować
Obiecałem, więc ruszaj naprzód
Domy stojące przy ścieżce były ciche, jakby martwe. Wszyscy ich mieszkańcy musieli już spać albo wciąż jeszcze dobrze bawić się w remizie. Żadnych niezapowiedzianych spotkań. Cisza we wsi i błoga cisza w głowie. Tylko drewniany płot wokół jednego z podwórek zaskrzypiał lekko.
Szkliwo przeciągnął się z westchnieniem ulgi. Jeśli miał jakąś prawdziwą przyjemność w pustym życiu w białym więzieniu, było to rozprostowanie kości na sienniku i każda spokojna noc, podczas której mógł spać tak mocno, jak akurat spały jego koszmary. Od domu dzielił go już tylko jeden zakręt.
Wtem tuż za nim rozległy się kroki.
Zanim zdążył zdać sobie sprawę z czarnej plamy sunącej prosto na niego po ścianie jednego z budynków, pchnięty silnym odruchem odwrócił głowę.
Jak to, więc to nie był sen?
Kim jestem, liliputem czy skrzatem?
Dlaczego to znowu mnie woła?
Wilcze ciało spadło na niego znienacka. Runął na ziemię jak worek kamieni. Skrzydła zaplątały się w jesionkę, przygniecioną przez czyjeś żebra. Nogi nie mogły zgiąć się w stawach, napotkawszy opór ziemi. Ciężka łapa dodatkowo docisnęła do niej jego czaszkę.
- No cóż, płaszczyk sobie zakurzysz. - Czyjś głos mruknął gdzieś w górze. - Teraz na wznak - wydał krótki rozkaz, a może instrukcję.
Ucisk zniknął, a on został obrócony na grzbiet z taką łatwością, jakby przewracano stronę w książce. Za niewielki plus sytuacji wziął fakt, że w tej pozycji widział napastników. Jego oczom ukazały się trzy wilki, które wyraźnie wyrobionym już schematem ponownie przygwoździły go do ziemi. Nie musiał zastanawiać się, kto z taką troską zwrócił się do niego przed chwilą. Czwarty basior stał wyprostowany tuż obok jednego z rozpłaszczonych na ziemi skrzydeł, patrząc na wszystko z wysokości swojej uniesionej dumnie głowy.
- Dostojna sylwetka, skrzydła jak u serafina. Zawsze porządny, poważny, na ulicy „dzień dobry” mówi, a na szczekanie odpowiada tylko pobłażliwym uśmiechem. Kto to taki? Mości dobrodziej lotnik. I co? Mości dobrodziej jednak nie tak silny, jak mu się zdawało. - Przygiął podbródek, dzięki czemu ptak dostrzegł na jego pysku przygaszony uśmieszek, kontrastujący z dziwną energią, która lśniła w rozszerzonych źrenicach. - Wiesz co mógłbym teraz z tobą zrobić? - Oddech wesoło zatańczył mu w krtani. - Wszystko. Jak się z tym czujesz?
Milczał. Tylko pierś unosiła się szybciej, zdradzając, że dusi się własną bezbronnością. Podejrzany osobnik zahaczył pazurami o jego dziób i pociągnął w górę.
Rekin
- Sprawić, żebyś mi w oczy patrzył i bym wszystko, co chcę, mógł z nich wyczytać. Albo, żebyś spojrzeć nie mógł. - Nagłym ruchem przycisnął łapę do jego czoła. Szkliwo, czując jej niekomfortową bliskość, a nie mając lepszych możliwości reakcji, natychmiast zacisnął powieki.
- Zrozumiałem. Czemu się nade mną znęcasz?
- Chciałem zobaczyć w twoich oczach lęk przed śmiercią. Taka moja drobna... perwersja. - Basior uśmiechnął się, jakby dostał już wszystko, czego szukał. - Chłopcy, idziemy do biura.
Stanął na nogach równie szybko, jak chwilę wcześniej znalazł się na ziemi. Kilka sprawnych łap i szczęk doskonale wiedziało, jak chwytać, żeby uniemożliwić ucieczkę. Własny płaszcz został na niego zarzucony jak worek i jak kota w worku wnieśli go do jakiegoś budynku. Droga nie była długa; musiał przechodzić obok tego miejsca codziennie, idąc do pracy. Pewnie nieraz z nudów, na spacerze, zaglądał w puste okna. Teraz jednak, gdy zdjęto mu z oczu materiał i gdy tylko wyrównał oddech, do tej pory krępowany przez grubą warstwę tkaniny, widział przed sobą tylko kilka osłoniętych prześcieradłami mebli i jedne, oczywiście zamknięte drzwi. Wokół panowała cisza, ale zimne powietrze, które osiadało mu na karku, świadczyło o tym, że owszem, okno jest obecne gdzieś z tyłu. Nie śmiał szukać go wzrokiem.
W pomarańczowym świetle wiszącej w kącie pochodni wreszcie mógł przyjrzeć się porywaczom. Ten, z którym rozmawiał, na grubą rybę wyglądał tylko w przenośni. Całkiem niedaleko było mu do chuderlaka. Jego żółtawa, przebijana przez wyblakły brąz sierść pełna odstających kłaczków nie należała do wyjątkowo reprezentacyjnych, ale Szkliwo czuł, że wilk ów nie miewa na co dzień zbyt wielu okazji, by kłopotać się swoją prezencją. Był pewien, że nie widział go do tej pory ani razu, ani przez moment. Pożółkłe futro było na tyle charakterystyczne, by miał powód podejrzewać, że długo go nie zapomni.
Trzy pozostałe basiory kojarzył z pysków. Widywał je na ulicy - w centrum wsi czy w drodze do remizy - nie pamiętał dokładnie. Jednego z nich mijał ostatnio na korytarzu w urzędzie.
Nie dostał czasu, by uważnie się nad tym zastanowić, bo przywódca zespołu rozsiadł się już wygodnie i przeciągnął z niskim pomrukiem, przykuwając uwagę wszystkich zebranych w pokoju.
- No to potańczymy. - Przetarł powieki i ziewnął głęboko. - Kogo my tu dzisiaj mamy. Niejaki Szkliwo. Obywatel Wschodnich Ziem NIKL-u. Skrzydlata podróbka wilka, ale, jak do tej pory, służąca swojemu celowi całkiem sprawnie. Przypadek klasyczny, tak zwany szpieg. Och, czy góra nie mogła wymyślić nam na dziś czegoś bardziej unikatowego? - Teatralnym gestem załamał łapy. Szkliwo poczuł, jak na jego skronie napływa się fala gorąca. Zebrał wszystkie siły, aby nie poruszyć nawet jednym pazurem. - Mówiąc: „Poproszę zlecenie na kogoś ciekawego”, miałem na myśli jakiegoś samobójczego zamachowca, albo chociaż jakąś ładną panienkę. A tu proszę, co mi dali. Kolejną pluskwę, tyle że dwunożną. No nic. Dajcie mu te skrzydła na ziemię. Nie ufam im - z tymi słowy lekko machnął łapą. Jeden z basiorów zrobił sprężysty krok ku aresztowanemu i z całej siły pchnął go naprzód. Ponieważ niemożliwym okazało się złapanie równowagi po tego rodzaju interakcji, pozostało gruchnąć na popękane i zakurzone klepisko. Przez oba skrzydła, które wiernie zamortyzowały upadek, przeszedł krótki impuls bólu.
- Popatrzcie, jak to to szybko oddycha. Chyba ktoś tu się denerwuje. - Żółty wilk przechylił łeb. - A dlaczego? Spójrz na mnie, ja jestem rozluźniony niczym morska fala uderzająca w brzeg. Widziałeś kiedyś morski brzeg? - Przechylił się naprzód. - Oczywiście, że widziałeś. Siedziałeś pewnie nad nim, razem ze swoim panem, kiedyście omawiali, co wyszpiegujesz w siedzibie Najwyżej Izby. A morska fala, widzisz, biedaku, czuwała! I morska bryza jaka orzeźwiająca była, czyż nie? Prawie jak czysty spirytus. Czyż nie, mości dobrodzieju Szkliwo? Podobno pijasz go sobie przy kolacji, razem ze swoimi ziomkami ze wschodu. Co powiesz na poczęstunek?
Ponieważ po całej tyradzie zapadła niewygodna, przedłużająca się cisza, wyglądało na to, że mówca właśnie zażądał odpowiedzi. Żuraw przełknął ślinę, dając sobie jeszcze chwilę, na wypadek, gdyby miała być to tylko niewinna zmyłka. A jednak milczenie stawało się tak ciężkie i tak posłusznie nieprzerywane przez nikogo z obecnych, że wreszcie ustąpił pod jej naciskiem.
- Mam się przestraszyć?
- Patrzcie, jednak nie stracił głosu! - Żółty triumfalnie uniósł przednie łapy, przez chwilę przypominając natchnionego proroka. - Wspaniale. Liczę, że przez cały czas będzie równie rozmowny. I to w jakim stylu. Lubię wilki z dystansem. Tfu. I wszystkie inne zwierzęta z dystansem oczywiście też. Najbardziej drażnią mnie milczki, ale takich zazwyczaj tu nie mamy. Każdy po jakimś czasie zdaje sobie sprawę, że ze mną warto być szczerym jak z własnym ojcem. Jeśli się go, oczywiście, ma. - Choć nieznacznie opuścił pysk, obejmujący jego fragment, krzywy uśmiech, był wyraźnie widoczny. - Moment, gdy decydują się wyjawić mi swoje tajemnice, zawsze mnie wzrusza. To jak najważniejszy rozdział w książce. Czytałeś kiedyś książkę, Szkliwo? Wiesz, że tylko martwi są zupełnie sztywni?
Popatrzył na niego zachęcająco, jednak nie czekał na odpowiedź. Wykonał krótki gest w stronę swojego pomocnika, a ten wyciągnął spod jednego z prześcieradeł niewielką, szklaną butelkę. Szef przejął ją bez kontroli wzroku. Machnął łapą raz jeszcze, bardziej zamaszyście, jakby z lekką niecierpliwością. Wszystkie trzy basiory bez słowa wycofały się na miejsce pod ścianą. Ich pozbawione emocji oczy pozostały wpatrzone w swojego dowódcę.
- Niech nikt mi nie przeszkadza. - Ten uniósł butelkę na wysokość nosa i powąchał z rozkoszą. - Alkohol to potężne narzędzie. Ale rutynowo nie używamy go na was, tych ze wschodu. Nie zapytasz, dlaczego?
- Dlaczego? - Tym razem nie czekał ani chwili.
- Mówi się, że tam wszyscy mają mocne głowy. Tak jest, w pewnym sensie. Potraficie pić tak, żeby się nie schlać jak świnie. Widzisz, ci z zachodu lubują się w zgoła innych używkach i zupełnie tego nie potrafią. - Chyba wyczerpał temat, bo skończył nawet żartować. Stanowczo nie znudziło mu się jednak mówienie samo w sobie. Jego głos wzniósł się w subtelnej ekscytacji. - Zresztą ja na przykład bardziej lubię inne metody. Pozwolę sobie zademonstrować ten ceremoniał. No, powiedz. Trzymał cię ktoś kiedyś tak? - Ptak poczuł, jak palce wraz z pazurami chwytają skórę na jego potylicy. Mocniej i mocniej... Nagle coś piekielnie zabolało. Syknął i spiął się w odruchu obronnym.
- Najlepsze jest to, że wciąż mam jeszcze jedną wolną łapę - oznajmił pogodnie wilk. - Powiedz, czy miałeś kiedyś nóż wpychany do gardła?
- Słucham? - wykrztusił bezdźwięcznie, zezując na pysk oprawcy.
- Tak czy nie? To proste pytanie.
- Nie.
- Wszystko przed tobą. Lubię tę metodę. Nie wyrządza dużej szkody, a jest bardzo wdzięczna. Wyobraź sobie. - Łapa zacisnęła się jeszcze trochę mocniej. - Ostrze przesuwa się po pysku od środka, zostawiając drobne rysy na wargach i języku. Kiedy osiąga poziom podniebienia miękkiego, wilk zaczyna panikować. Pojawia się odruch wymiotny. Jeśli jest bardzo silny, zbaczam troszkę w stronę łuków. Wystarczy, że trzymam ostrze, a delikwent kaleczy się o nie sam, ciskając się jak ryba na haczyku. Potem jadę jeszcze trochę dalej, a on zaczyna łzawić i skamleć, bo powoli zbliżam się do granicy bezpieczeństwa. Walczy ze sobą, żeby nie zamknąć pyska, bo boi się pogłębienia ran. Te, których już się nabawił, pieką wystarczająco mocno. A ja kontynuuję, zazwyczaj bez trudności, bo przerażone zwierzątko jakoś zawsze stara się nie wychodzić ostrzu na spotkanie i daje mi w środku wystarczająco dużo przestrzeni do zabawy. I tak dopóki trzonek nie zatrzyma się na zębach. - Gdy skrzydlaty jeszcze raz podniósł wzrok, napotkał promienny uśmiech. Gdyby nie okoliczności, ciężko byłoby uwierzyć, że opowieść nie jest jedynie średnio udanym żartem. - To jak, Szkliwo. Chcesz spróbować?
Wolałby nie odpowiadać. Nie tylko z oczywistych przyczyn. Ten maniak czerpał wielką przyjemność z dzielenia się swoją anegdotką. Patrzył i oddychał tak, jakby we własnej wyobraźni już wykonał ten zabieg również z jego udziałem.
Szkliwo nie zamierzał dawać mu żadnych sygnałów i przestawiać krainy marzeń w pobliże rzeczywistości. Okazało się zresztą, że jego słowa nie były potrzebne.
- No, ale dla ciebie zrobiłem wyjątek, bo to dzięki tobie wpadłem na ten wspaniały pomysł. Zamiast wina, czysty spirytus! Co za samobójczy geniusz mógł wpaść na taki pomysł. Poczęstuj się, bardzo proszę. Trzeba godnie reprezentować ojczyznę, czyż nie? - Ich oczy spotkały się na dłuższą chwilę. W płynnych ruchach basiora nie było czuć przymusu, ale w spojrzeniu była namiastka fanatycznego skupienia. - Nie chcesz, nie wierz, ale naprawdę nie mam ochoty sam ci tego wlewać do gardła.
- Dlaczego mam pić? - podjął delikatnie, walcząc z instynktem ucieczki, by nie oderwać skrzydeł od ziemi i nie podnieść się na równe nogi, do poziomu przedmówcy. W jego położeniu byłoby to nierozsądne zagranie. - Czy to nie miało być przesłuchanie?
- Właśnie dlatego.
- Przecież jeszcze o nic nie zapytałeś.
- To mi się podoba! Dobra wola to podstawa. Ale żeby rozmowa była udana, to niestety nie wystarczy. Liczy się jeszcze szczerość. No, pij, mały. Do dna! - Do jego dzioba została przytknięta szklana szyjka.
Wszystko rozegrało się dość szybko. Podniósł jedną z nóg w czystym odruchu, by zatrzymać naczynie, które nagle znalazło się niebezpiecznie blisko jego oczu. Ten jeden, gwałtowny ruch wystarczył, by stojący najbliżej z całej trójki basior z mordem w ślepiach zerwał się na ratunek swojemu przywódcy.
Wtedy właśnie mózg Szkliwa postanowił przyjąć strategię „Ratuj życie”. Kolejny odruch wyprzedził myśli; co rychlej przechylił butelkę prawie do pionu. Poczuł, jak płyn mrozi jego dziób od środka i zalewa gardło. Przełknął moment przed utratą czucia na języku.
- No. - Zadowolony komentarz rozbrzmiał nad jego głową. - Faktycznie niezłych agentów mają na tym wschodnim zadupiu. No, dalej. Jeszcze łyczek. Tyle cię jeszcze nie zabije. Przynajmniej nie powinno.
Skrzydlaty kątem oka zerknął na naczynie, którego nadal nie wypuścił z palców. Drugi łyk był prostszy. Miał tylko wrażenie, że jego podniebienie zaczyna robić się szorstkie.
- Wspaniale. To teraz za zdrowie swojego alfy. - Lekki, jakby od niechcenia dotyk był prostą wiadomością: poddaj się. Tyle, że on wcale nie chciał tego zrobić.
- Zostaw te pogróżki dla tych, którzy naprawdę coś wiedzą - odrzekł cicho; bez rzucania wyzwań, ale i bez rezygnacji. Jego skrzydła zesztywniały i szczelnie przykryły grzbiet, oczekując na... sam nie wiedział.
- No proszę, mamy i akt oporu. W końcu. Już zaczynałem wierzyć, że zanim zaczniesz prosić o litość, zdążę spoić cię połową flaszki. Obrzydliwy oportunista.
- Nie wydaje mi się, o ile nie chcesz mieć mnie na sumieniu - stwierdził odważniej. Coś w tym dziwnym wilku zdawało się wyraźnie wyznaczać granicę, do której można bezpiecznie się zbliżyć. Trochę jakby... pozwalał ofierze przewidzieć swoje działania. Prowadził własną grę i właśnie tłumaczył zasady.
- Widzę, że praca tutaj zaostrzyła ci charakter. Och, nieszczęsny gadzi synu. Uwierzyłbym w twój spokój, gdybym nie znał cię lepiej niż ty sam siebie. - Basior pochylił się nieśpiesznie i położył łapę na głowie przesłuchiwanego. Spojrzał mu głęboko w oczy. - Wiem doskonale, co trzeba zrobić, żebyś poskładał się jak scyzoryk.
- Oczywiście. Jak ładnie poprosisz, przyznam się do wszystkiego. Ale nie jestem szpiegiem. - Miał nadzieję, że basior nie wychwycił znikomego ściszenia ostatnich słów. Panował nad sobą lepiej, niż obawiał się, że będzie w takiej chwili, ale strach przed fałszywym ruchem lub zdradliwym spojrzeniem nadal był blisko sparaliżowania go do końca.
- Denkin, mój kozik, proszę. - Egzekutor wyciągnął łapę w stronę pomocników. Jeden z nich posłusznie wsunął w nią nóż z haczykowatą głownią. - To inna metoda, którą bardzo lubię. Zakrzywione ostrze wkłada się do gardziołka, a potem wyciąga się je po języku, zostawiając go z dłuuugą szparą pośrodku. Nic nie pozwala poczuć smaku własnej krwi tak wyraziście. Kto posmakuje, od razu przekonuje się, jak przewyborne jest życie. I, niczym odmieniony, postanawia za wszelką cenę je chronić.
- Nie jestem szpiegiem. - Niespodziewanie zaciął się, zapominając, co jeszcze miał dodać.
- Z kim współpracujesz?
- Z Birastem, Hapenirem i tym... Raszem. To zespół od Wschodu.
- Bardzo zabawne - wycedził przesłuchujący. Szkliwo znów poczuł łapę zaciskającą się na skórze. - Otwórz dzióbek.
- Mam pić dalej, czy uwierzysz, że mówię prawdę?
Basior zaśmiał się pod nosem. Zamilkł na chwilę, uważnie mu się przyglądając.
- Masz rację. Świętą rację. Całe te przesłuchania to jedna wielka ściema. Czasem, dla czystej rozrywki, można. Ale tylko głupiec liczy na ich miarodajność. A ja zrobię coś, czego się nie spodziewasz.
- Myślę, że trudno byłoby mnie teraz zaskoczyć - wymamrotał lotnik ostrożnie, jak i bez wielkiego przekonania.
Jeszcze jeden gest wprawionej w wydawaniu rozkazów łapy. Drzwi uchyliły się, ukazując więźniowi przejście do korytarza odklejonego wzorzystą, słomianą plecionką. Przeciąg zatrzasnął je, zaraz po tym, jak ostatni z trzech ogonów znikł po drugiej stronie. Strażnicy znikli.
Zostali sami.
- Ech, skrzacie. - Żółty bez pośpiechu, na powrót usadowił się w swoim początkowym miejscu pośrodku pomieszczenia. - Dla was na wschodzie rubieżą jest kawałek zagajnika, a dla nas tutaj: cały wasz wschód. Pewnie myślałeś, że jak wyrwałeś się z prowincji, to trafisz do cywilizowanego świata. Że tu cię nie doścignie to barbarzyństwo, gruboskórność, prawo silnych szczęk. Myślałeś, że tu wszystko załatwiamy elokwencją na przemówieniach i ciętymi ripostami po godzinach. Widzisz, wszędzie to działa tak samo. Wilk pozostanie wilkiem, zwierzęciem twardym jak skała, często bezwzględnym, które zawsze będzie dążyło do wzniesienia się na szczyt i opanowania świata. Jego siłą są nie tylko potężne kły i mocne łapy, ale i jedność, wspólnota. A najchętniej zademonstruje swoją siłę na słabszym. Na samotnym. - Jego chrypliwe słowa zniżyły się do szeptu, przez który ptak poczuł dreszcze na karku. - Aby wtopić się w tę siłę, musiałbyś być jednym z nas. Poniekąd już jesteś. Ale czy na pewno chciałbyś stać się taki jak my?
Szkliwo zmierzył go niepewnym spojrzeniem. Przesłuchanie zmierzało w dziwnym kierunku.
- Nie jestem szpiegiem. Przybyłem tu pracować i mieć święty spokój. Nie wiem... co jeszcze dodać.
Basior westchnął potężnie.
- Dobrze już, dobrze. Skończ, wystarczy. Takie mamy zarządzenia. Możesz nie wierzyć, ale byli już tacy, którzy na rozmowie rekrutacyjnej z płaczem zaczynali sypać. I zamiast nowego w strukturach, mieliśmy nowego w więzieniu i kolejny proces, i kłopot, co z tym śmieciem zrobić, jak już się go przypadkowo znalazło.
„Rozmowa rekrutacyjna. Po prostu nie wierzę. Czyżby, czyżby...?”.
- Będziesz mnie torturować, czy nie? Bo ja już, już nie rozumiem. - Zamrugał, czując, że jego powieki stają się coraz cięższe.
- A co, nie wiesz, czy wpisywać to sobie w grafik? Nie, nie obawiaj się. Mówiłem już, że przesłuchania to, moim skromnym zdaniem, niemiarodajna strata czasu. Jak są podejrzenia, to wyciąga się z nich wnioski i się jegomościa porządkuje. Rzadko ktoś obrywa za niewinność. Może dlatego, że każdy ma coś za uszami. Ale wobec ciebie na razie nie mamy podejrzeń.
- Ja nie umiem kłamać. - Ptak zacisnął palce na szyjce butelki, po czym przesunął językiem po wnętrzu policzka, napotykając cienką, chropowatą warstwę martwej tkanki. Znów wlał sobie do gardła łyk palącego płynu. - Mogę pić, pytaj o co chcesz. Nie boję się.
- Dobrze już, dobrze! - głos basiora stał się wyższy niż było trzeba, a jego oczy szersze niż wypadało. Jedną z łap podniósł łagodnym, uspokajającym ruchem. - Wystarczy. Masz zapełnić nam dziurę kadrową, a nie przekręcić się na pierwszym spotkaniu.
„Rzeczywiście uwierzył”.
- Więc kim jesteś? I co mam robić? I dlaczego akurat ja? - Język splątał mu się przy ostatnim pytaniu, ale zdążył je wymówić, zanim rzuciło się to w oczy przesłuchującemu.
- Masz rację, czas się przedstawić. Moje imię Nakideron. A stanowisko może obiło ci się o uszy: dowódca ochrony.
- O ochronie... to wiem tyle, że podobno istnieje.
- Witamy w jej licznych szeregach. Jesteśmy wszędzie, gdzie jest NIKL. Wśród urzędników, żołnierzy i zwykłych mieszkańców. W każdym zespole musi być jeden, który nadzoruje, ale nie mam na myśli kierownika, który dowodzi pracą. Nasz nadzorca to jest wybierany zazwyczaj na podstawie predyspozycji psychicznych. Rozmawia z innymi członkami zespołu i zna ich poglądy, opinie, orientuje się w ich życiu prywatnym. Przygląda się, jeśli któryś robi coś podejrzanego. W domu ma oko na dziwne przedmioty, które trzyma w domu reszta. Ma dostęp do przechowalni korespondencji. Słowem, jako nadzorca zgłaszasz nam wszelkie niepokojące postawy. Trzymasz skrzydełko na pulsie.
- Ale dla... dlaczego akurat ja?
- Pasowałeś organizacyjnie i zostałeś polecony przez jednego porządnego wilka. - Brwi nad pyskiem Nakiderona zmarszczyły się wolno - Szczerze mówiąc, nie byłem zwolennikiem tego pomysłu. Jest jeszcze kilka spraw, które są nieodzowne dla twojej rekrutacji. Przede wszystkim, szukamy tych, którzy nie wyróżniają się w grupie.
- To... ktoś nieźle spieprzył wam rerrrutację.
- Och, przestań. - Basior żachnął się ostentacyjnie. - Nie chodzi mi przecież o cechy fizyczne, a o dopasowanie się do ogółu i obracanie się w każdym środowisku, w którym można wykryć fakty do zgłoszenia. Masz tu pewne braki. Ale ostatnio podobno zacząłeś w końcu zostawać na kolacji do końca. To się ceni.
- Z pełną... - Ptak machnął skrzydłem, jakby odganiał od siebie komara. - Tą.
- No tak, tak.
- To czego mi brakuje?
- Ano na przykład tego, że podobno unikasz wina. Zastanawiałeś się jak demoralizująco może to wpłynąć na innych? Nieładnie. Z dziewczynami też nie spędzasz czasu. Co to wszystko za podłe stawanie okoniem? Wiem, że trochę nie po drodze gatunkowo, ale z braku wódki dobre wino. Nie wiesz, jak to się robi? Są tam takie, które mimo wszystko chętnie się tobą zajmą.
- Nie będę... o tym z tobą rozmawiał.
- No, no. Ja ci chcę tylko pomóc. A może ty z tych wiernych? Pamiętaj, trzy zagony od domu samiec przestaje być mężem i ojcem.
- Spadaj - odmruknął. Nerwowo postukał pazurem w podłogę, przez chwilę niczego nie mówiąc. Wtem zerwał się na równe nogi, zachwiał i złapał równowagę. - Tylko tyle potrzeba? Proszę cię bardzo. Wszystko dla... tej. - „Watahy? Nie. Pilnuj się, Szkliwo”. - Dla Najwyższej Izby.
To powiedziawszy, ruszył do drzwi.
- Zostawiasz mnie? - Basior przysiadł na zadzie i splótł palce na brzuchu, spokojnie wiodąc wzrokiem za rozmówcą.
- Idę.
- Tak, tak, widzę - mruknął, kładąc uszy po sobie. Mlasnął, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdecydował się już zabrać głosu.
Stój, stój! To ja, a nie ty
Odejdę, nie dla ozdoby
Ty, ty o mnie zapomniałeś
- Nie, czej. - Odwrócił się jeszcze na chwilę, opierając o framugę drzwi. - Jesteście wszędzie... to znaczy, że wcześniej był już... że my też mieliśmy nadzorcę?
- Mieliście. - Nakideron kiwnął się w przód i w tył, nie spuszczając z rozmówcy spojrzenia przeszywającego do kości. - Niedługo wszystkiego się dowiesz.
Drzwi znów zatrzasnęły się z hukiem.
Skrzydlaty zsunął się po schodach, a raczej po ścianie ozdobionej plecionką, potykając się dwukrotnie i za każdym razem szczęśliwie odzyskując równowagę. Drzwi wejściowe tego malutkiego, klaustrofobicznego domku nie istniały, więc nietrudno było znaleźć drogę ewakuacji, która zresztą stanowiła bezpośrednie przedłużenie korytarzyku. Gdy stanął na schodku za wyjściem, poznał to miejsce. Zabrano go do niewielkiego budynku na uboczu, ostatniego po drodze ze wsi do remizy.
Świat to wirował, to zatrzymywał się w połowie drogi na ziemię. Szkliwo zaczął liczyć kroki, koncentrując wszystkie siły na pilnowaniu linii marszu. Narastające zawroty głowy spowalniały jego ruchy, ale podjął już decyzję.
Najwyraźniej wieczerza dobiegła końca. Z sali bankietowej nie wydobywał się ani jeden głos. Remiza zdążyła już ucichnąć i z całego hałasu, z którym kojarzył to miejsce, pozostał tylko uporczywy szum we własnych uszach. Wokół nie było żywej duszy prócz strażnika, który trwał w wejściu niczym gargulec, milczący, samotny, o pysku z kamienia.
Zawahał się, zanim wszedł do środka. Nagłe zamroczenie cofnęło go o krok, jednak zdołał złapać równowagę. Po omacku przeszedł przez korytarz, nogami i skrzydłami ostrożnie badając napotykane powierzchnie. Zdawało mu się, choć pewności nie mógł mieć, że gdyby w ciemności trafił teraz na jakieś leżące ciało, zderzyłby się z ziemią, zanim zdążyłby zdać sobie sprawę, że leci.
Do królestwa dam wszedł, zgodnie z otrzymanymi niegdyś instrukcjami, bez pukania. Dopiero po drugiej stronie rzeźbionych drzwi pozwolił sobie na krótki oddech; bokiem i skronią oparł się o ścianę, z ulgą oddając jej pół własnego ciężaru, który dla zmęczonych nóg powoli stawał się nie do zniesienia. Przez myśl przeszło mu, żeby zawrócić. Jakoś nie mógł sobie przypomnieć, jaka dokładnie koncepcja kierowała nim w chwili, w której tak po prostu oświadczył Nakideronowi, że wychodzi - i wyszedł. Nie był też absolutnie pewien, czy przy odrobinie starania nie znalazłby z tej sytuacji lepszego wyjścia.
Jednocześnie nie mógł wszakże odnaleźć w sobie tego żelaznego oporu, z którym do tej pory podchodził do kwestii rozrywki po kolacji. W tamtej chwili nie pamiętał, dlaczego wcześniej ani razu nie zdecydował się wybrać innej ścieżki. Wiedział tylko, że ta jedna zdążyła stać się już jego tradycją, lecz czy ciągłe poddawanie pod wątpliwość zastałego porządku świata nie jest domeną rozwoju?
Cóż takiego może się stać? To przecież wszystko dla niej. Dla watahy. Wtopi się w tłum tak mocno, że nawet najbardziej zatwardziali tropiciele fałszu nie odróżnią go od wilka.
„Chwileczkę. Już wiem. Miałem być czujny. Tu nawet jedzenie ma drugie dno”. Pokręcił głową, aby odgonić mroczki sprzed oczu. „Ale przecież będę czujny. Już nie pora na chowanie się w kącie. Mam nowe zadanie. Muszę szukać nowych rozwiązań. Tak”.
- Dziś sam, bez kolegi? - Wadera, która właśnie z szelestem wyłoniła się zza kotary, powitała go niewinnym chichotem. Poznał ją. Linami, czy jak jej tam. Kiedyś razem z Ildiri przysiadła się do nich podczas wieczerzy.
- Sam.
Światło... nie! Ktoś tylko czekał
Ogień... nie ogień, lecz pożar
I ty złapałeś, złapałeś mnie
Zatrzymała się na chwilę, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. Zza szarej zasłony wyszedł jakiś jeszcze wilk; jeden z tych, które Szkliwo znał tylko z mordy i ani przez moment nie chciał od tej relacji niczego więcej. Także teraz nie spojrzeli na siebie nawet przelotnie.
- No, pewnie do Ildiri przyszedłeś? - podjęła znowu wilczyca, z wyrazem pyska, za którym mógł stać cały wachlarz uczuć.
- Tak jest. Zastałem?
- Zaraz sprawdzę - to powiedziawszy, znikła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. A może to jemu uciekło kilka sekund. Ściana była wyjątkowo wygodna.
Rekinie
- Szkliwo - w obliczu zdumienia wilczycy, narastającego szybciej od świadomego spostrzeżenia, ostatnia litera wybrzmiała już prawie bezgłośnie. Oto i ona, Ildiri o oczach okrągłych jak szyszki. - Po coś przylazł?
- Po to co... wszyscy - wymamrotał. Jej gwałtownie otwarty pysk świadczył o mieszance oburzenia z oniemieniem.
- Przecież ty ledwo na oczy widzisz. Nie powinnam... - Odwróciła się przez ramię. Gdzieś hen, na końcu pomieszczenia, jakieś wadery siedziały w kręgu oświetlonym światłem pochodni. - Ile ty wypiłeś?
- Dwa... trzy łyki.
- Trzy łyki wina?!
- Spir... yfusu.
Ponownie otworzyła pysk, jak ryba wyrzucona na brzeg. Prawie usłyszał nieme pytanie „Gdzie?”, ale zanim wybrzmiało, w jej głowie coś chyba zaczęło się układać.
- Chodź - rzuciła, prowadząc gdzieś do najciemniejszego kąta, pod samą ścianą boczną bardzo długiego pomieszczenia. - Dasz radę iść?
Zamrugał powoli. Oderwał jedną nogę od ziemi i namacał podłoże. Było gdzieś w dole.
- Nie cierpię cię - fuknęła, cofając się, by mógł oprzeć się o nią bokiem. Dopiero gdy go wsparła... nie, raczej ustawiła do pionu, poczuł, jak ciepłe i gibkie jest jej ciało. Dziwny dreszcz przeszedł go od szyi do końcówki ogona. - Czegoś się tak schlał? - mruknęła mu do ucha, odsłaniając zakryte kotarą wejście.
- Obowiązki zawodowe.
Myśli rozproszyły się, topniejąc w ciepłym poczuciu nieuchronności. Serce dudniło wszędzie naraz: w piersi, w gardle, w kończynach, rozpaczliwie, jakby nie nadążało za resztą ciała. Jej łapy poruszały się chłodno, metodycznie. Jedną przytrzymała go przy ścianie, drugą spokojnie poprawiła jego kołnierz, jakby przygotowywała go do wystąpienia, na które właśnie zapomniał słów. Potem przestał ją widzieć.
Raptem oddech urwał mu się w połowie. Nie. Niech oczy zajdą łzami, gardło ścierpnie, ale ani piśnie. Nie przy niej. Zaparł się o ścianę.
Przeciąg poruszył zasłoną. Do ich kąta wśliznęła się smużka bladego światła - na moment, byle tylko przypomnieć sobie, że na świecie istnieje coś poza ciemnością - po czym zgasła. I tak nie widział wiele, na granicy pomiędzy niedowierzaniem a senną, bezkrytyczną akceptacją. Skupił się na uniesieniu własnego ciężaru. Za kotarą ktoś coś zawołał, ktoś zakaszlał. Odgłosy dochodziły jak spod wody; obce, nieważne.
Czy to jej łapy trzymały tak mocno? Mógłby przysiąc, że jakiś cień przebiegł po ścianie, ale... to niemożliwe. Wokół panował zupełny mrok, a on sam bez oporu pozwolił mu się wciągnąć.
„Już niedługo będzie po wszystkim. Już niedługo spojrzysz jej w oczy i na głos przyznasz, jak łatwo było z tobą wygrać. Jak się czujesz, wiedząc, że droga do twojego celu staje się coraz bardziej kręta?”.
Wszystko ucichło. Tylko na chwilę otworzył oczy i odwrócił głowę w stronę kotary. Czy poruszyła się jeszcze raz, czy tylko mu się zdawało?
- Po prostu nie wierzę. - Pysk Ildiri znów wyłonił się z ciemności i oblizał wargi. - Widziałeś nasz pokój, co nie? Luksusowy. Pełna prywatność dla wszystkich wstydliwych. Zazwyczaj w końcu im to mija, ale na pierwsze razy jest przydatny. Byłam pewna, że będziesz się bronił jeszcze długo, ale zaciągnę cię tam w końcu. Typowy, biedny urzędniczyna z zapadłej dziury, co to długo rumieni się na samą wieść, że ciało najlepiej wie, czego chce. Tacy są nie do ruszenia przez pierwszy księżyc, ale wszyscy w końcu miękną. - Nie doczekawszy się reakcji, sama mówiła dalej. - A ty po prostu ni z tego, ni z owego przylazłeś i dałeś mi się zaliczyć kącie za kawałkiem prześcieradła, jak pierwszy lepszy wyrostek z karczmy. I tyle z bohatera romantycznego. - Zaśmiała się na głos. Przeciągnął się wolno, kładąc na grzbiecie.
„Na szczęście bycia bohaterem romantycznym nikt w mojej watasze ode mnie nie oczekuje”.
Wadera wylegiwała się teraz na miękkim, wełnianym kocu. Jemu pozostawiła zimną podłogę; nie szkodzi. Gdyby poczuł choć odrobinę wygody, niechybnie poddałby się i by usnął, a na to za nic nie mógł sobie pozwolić. Musiał zachować czujność. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby nigdy nie zawitał do królestwa Ildiri i jej koleżanek.
Był zły, że w jego sercu znów budzi się rytm, który - miał nadzieję - już wygasł. Znów słyszał, jak stroi swoje instrumenty orkiestra, która dawno zamilkła, pozostawiwszy je pustą, głuchą salą. Jakże to tak: przyjemnością zapełniać pustkę? Jak długo można tak żyć?
„Świetna okazja, by się przekonać”.
Pozwolił sobie jeszcze przez chwilę leżeć w bezruchu, bez sił, aby podnieść choć skrzydło. Raptownie rozbudził go dotyk na karku; delikatny i... bardzo ostrożny. Szkliwo zesztywniał i oparł się na skrzydłach.
- Co ty robisz?
- Masz takie gładziutkie pióra. - Ildiri leżała obok, podpierając łapą podbródek.
- No i?
Wzruszyła ramionami i usiadła. Dopiero teraz zauważył, jak ostre są jej pazury. Lśniły w ciemności, jakby były wyszlifowane.
- Myślałam, że jak jesteś pijany, to przynajmniej trochę złagodniejesz. A tu ten sam gbur co zawsze. Źle ci ze mną było?
- Nie przypominaj. - Na powrót opadł na ziemię i zamknął oczy. Senność była mocna, ale po raz absolutnie ostatni postanowił być od niej mocniejszy. Zbierał tylko siły, żeby wstać i opuścić świątynię zepsucia, najlepiej raz na zawsze, choć miał mętne przypuszczenie, że prędzej czy później - raczej prędzej - z wielu powodów może zjawić się w niej ponownie. Wspomnienie wspólnej nocy zdominowało wszystkie jego myśli. Mętne obrazy z półmroku stawały mu przed oczami. Echo dźwięków jednoznacznej natury wciąż rozbrzmiewało mu w uszach.
Najgorsze było to, że ledwie skończył... już miał wielką ochotę zrobić to jeszcze raz. Na samą myśl o cieple wilczycy kończyny chciały podnieść go z ziemi, a oddech zaczynał przyspieszać, przygotowując ciało do nowego wysiłku.
„Jeśli mógłbym to powtórzyć, to znaczy, że dam radę też wstać i sobie pójść”, skonstatował. Wreszcie omal nie wyszedł z siebie, dźwigając się z ziemi. Wszystko wokół znowu zawirowało w dzikim tańcu. Pogłos odległych śmiechów brzmiał jak zatopiony w bagnie.
- Gdzie idziesz? Zostajesz na noc. Nie ma opcji, żebyś w tym stanie wracał do domu - powiadomiła go uprzejmie. Nie zatrzymał się nawet na moment. - Głuchy jesteś? - dobiegło jeszcze z tyłu. Usłyszał, jak wstaje, a potem poczuł jej łapę na skrzydle. Odwrócił się z prędkością współmierną do przytomności i tylko kiwnął jej na pożegnanie. Chyba jeszcze próbowała go powstrzymać, coś tam szybko mówiła, ale nie wyłapał niczego prócz powierzchownego sensu. Po ścianie wydostał się do wspólnego pomieszczenia, potem na korytarz, aż wreszcie poczuł mroźny powiew zimowej nocy. Nad horyzontem wznosiła się już delikatna jutrzenka. Już niebawem dreptał łagodnymi zakosami, mniej więcej wzdłuż ścieżki.
Jeszcze tylko chwila. Do domu. Ale był tak bardzo śpiący. Najważniejsze, że udało się wydostać z tego podejrzanego miejsca...
Cdn.