Witam serdecznie na pierwszym podsumowaniu w nowym roku! Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale już za niecały miesiąc nasz najdroższy CHABROWY REŻIM będzie obchodzić swoje trzynaste urodziny!
sobota, 31 stycznia 2026
Podsumowanie stycznia!
Witam serdecznie na pierwszym podsumowaniu w nowym roku! Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale już za niecały miesiąc nasz najdroższy CHABROWY REŻIM będzie obchodzić swoje trzynaste urodziny!
niedziela, 25 stycznia 2026
Od Kaliny (trening siły)
Światło padało prostopadle na kępy stokłosy, pioniera wśród traw, i grzało przyjemnie w plecy zziajane wilki. Kiedy ukończyli program ćwiczeń zwinnościowych, szkoleniowiec zarządził krótką przerwę, którą wszyscy przyjęli z ulgą. Odwróciwszy się tyłem do wojska, począł zapisywać notatki w swoim dzienniku. Widziała, jak parę basiorów padło na płask i zaczęło czołgać się wolno w stronę lasu, pod osłoną bujnej o tej porze roku wegetacji. Nikt z reszty wojska nie reagował. Istniała niepisana zasada, że kto kabluje, ten dostaje później w zęby, która wydawała się Kalinie bardzo mądra. Kto nie miał wystarczająco silnej woli lub predyspozycji, żeby osiągać najlepszą formę, nieuchronnie musiał podlec selekcji naturalnej podczas rutynowych testów, które szeregowi musieli przechodzić co trzy księżyce, niezależnie od stopnia wykształcenia - rezerwowy i starszy szeregowy byli traktowani tak samo, gdy przychodziło do sprawności fizycznej.
— Nie, poruczniku.
CDN
środa, 14 stycznia 2026
Od Kaliny (trening zwinności i szybkości)
Ciemnoszara wilczyca klepnęła łapą wygięty, jak pałąk wędki, pień znaczący linię mety. Przez jej pysk przemknął soczysty uśmiech triumfu. Gdy wyjrzała zza drzewa po okrążeniu go ciasnym łukiem, brwi ponownie były ściągnięte w skupieniu, uszy pochylone do tyłu, żeby nie łapały wiatru. Poczuła nowe natchnienie. Ruszyła z powrotem ku swojemu oddziałowi równie szybko, co przedtem. Falcon ze skwaszoną miną znajdował się o jedną długość sosny od finiszu, kiedy minęła go w pędzie. W tej samej chwili dotarło do niej stłumione warknięcie urażonej dumy. Basior również wystrzelił w stronę łąk jak z armaty, nie dając za wygraną. Poszła w długą w gęstsze zarośla, bardziej z prawej. Choć zafundowała tym sobie bardziej wymagający slalom, z drugiej strony zabezpieczały ją przed krętactwem rywala. Zerknęła na niego raz kątem oka, jak zawzięcie przedzierał się galopem przez wiosenny podszyt. Lecieli łeb w łeb, i tak też skończyli - remisem, na skraju puszczy. Jednak oficjalnie Kalina wygrała, i tylko to się liczyło. Czarny wilk rzucił jej spojrzenie spode łba i splunął na ziemię. Nagle wszystkie jego inteligentne przytyki stłoczyły się na końcu języka. Zniknął w tłumie kolegów, podczas gdy przełożony kiwnął lekko głową z uznaniem. Nie chciała się chełpić zwycięstwem, uśmiechnęła się tylko uprzejmie w odpowiedzi i wycofała się na "trybuny".
Zrobili jeszcze kilka powtórzeń tego ćwiczenia w dwóch wariantach i za każdym razem w innych parach. Różnorodność przeszkód była raczej ograniczona. Zdarzyły się dwa czy trzy przewrócone drzewa, a najbardziej niebezpieczne były wystające korzenie, które pokazywały się dopiero w ostatniej chwili. Takie kłącze przyczyniło się do jedynej przegranej wadery tego dnia, w połączeniu z... drobnym rozkojarzeniem.
***
Cali wsunęła prędko łeb pod szarą głowę, która zaczęła niebezpiecznie mocno przechylać się w bok i przymykać oczy. Wytężyła niesamowicie wszystkie zmęczone mięśnie, żeby postawić starszą wilczycę z powrotem do pionu.
— Jeszcze tylko trochę... — resztę słów zachęty zagłuszył huk eksplozji z polany, którą chciały zostawić za sobą.
Świerkowe gałęzie zamykały się za złożonym z trzech wilków pochodem, niczym parawan oddzielający jedną rzeczywistość od drugiej. Jak na gust ognistej, stanowczo za wolno, ale matka nie była w stanie podkłusować więcej, niż parę kroków. Kątem oka mimowolnie zerkała ciągle na jej splamiony krwią brzuch. Medyczka cały czas orbitowała wokół pary jak sonda ostrzegawcza i była gotowa w każdej chwili zareagować, gdyby pojawiło się niebezpieczeństwo, ale to jakoś Cali nie uspokajało. Nigdy wcześniej nie widziała rodzicielki w takim stanie; słaniającej się na nogach, skurczonej i jakby nieobecnej powłoki. Czasami tylko stęknęła cicho, gdy trzeba było podnieść wyżej łapę na stromym podejściu albo przedrzeć się przez wyższą zaspę. Gdzie się podziała dumna samica Alfa, mistrzyni rozwiązywania kryzysów? Kiedy patrzyła w jej puste ślepia, ogarniał ją strach, że może nigdy nie wrócić. Że kochana mama przepadła na zawsze. Dusiła jednak w sobie niepotrzebne łzy i szeptała w kółko te same zaklęcia na pokrzepienie ducha, nie wiadomo, czy bardziej dla siebie, czy dla towarzyszek.
Jaskinia, w której miały znaleźć schronienie, wydawała się w tym momencie równie daleka, jak morze za górami i lasami. Kiedy wreszcie stanęły na progu skalnego schronienia, pokierowała eskortowaną ku jednemu z dołków pod ścianą i pozwoliła jej zsunąć się na chłodny grunt. Jutrzenka, bo tak miała na imię, dopiero w ostatniej chwili podparła się łapą, żeby zmiękczyć swoje lądowanie, jakby od niechcenia. Nie poświęciwszy reszcie ani krztyny uwagi, wbiła wzrok w twarde podłoże groty. Wyglądała na kogoś, który znajdował się w zupełnie innym świecie, lecz wcale nie w akcie ucieczki przed brutalną rzeczywistością; raczej przeżywała własny koszmar, który wypełnił pustkę w jej sercu. Z racji że natura bardzo nie lubi próżni, będzie wiecznie próbować się doszukać sensu w okrutnym losie, jednak bezskutecznie; fatum jest ponad siłami przyrody, ono może nadawać im kierunek, nie na odwrót.
— Nie możesz jej zostawić. — zwróciła się Cali do medyczki, nie tyle prosząc, co stwierdzając fakt. — Jest bardzo słaba, jeśli dostanie infekcji w taką pogodę, sama mnie przecież tego uczyłaś, gorączka to najgorsze co może się w zimę przydarzyć... — wyrzucała słowa z prędkością karabinu maszynowego, aż jej głos załamał się ze strachu i wyczerpania. Płowa samica oderwała się od szukania ziół i rzuciła jej ostre spojrzenie, jednak pod tą powłoką surowości charakteru czaiła się troska.
— Kochanie, wcale nie mam takiego zamiaru. — podeszła do ognistej i objęła ją mocno swoją wielką łapą. — Twoja mama to najtwardsza szycha w okolicy, a ja jestem jak ktoś, kto klei skały piaskiem. Ale tego cię uczy dekada w tym fachu. — roześmiawszy się z własnego żartu, ta na co dzień surowa profesjonalistka, którą praca uzdrowiciela nauczyła również, jak groźną, obosieczną bronią jest przywiązanie, zaprosiła ją skinieniem głowy do uścisku. Młoda z wdzięcznością wtuliła się w promieniejące ciepłem - dosłownie, i w bardziej metaforycznym sensie - objęcia. Taka okazja mogła się już nigdy nie powtórzyć, a jednak zmuszona była przerwać wzruszający moment tak szybko.
— Dziękuję ci, za wszystko. Ja i cała wataha jesteśmy ci winni. — odparła głosem, który mniej już przypominał skrzeczenie pisklęcia w gnieździe, a bardziej dorosłego wilka. Kątem oka dostrzegła utkwione w swojej osobie bursztynowe ślepia matki. Uśmiechnęła się do niej ledwo zauważalnie. — Przyprowadzę ich z powrotem, zanim się obejrzysz. A ty mamo odpoczywaj i słuchaj się Lori, proszę.
— Dobrze ci córa radzi. — mruknęła medyczka przez zęby, zaciśnięte mocno na kawałku koca. Wnet jej źrenice rozszerzyły się w duchu nagłego zrozumienia. — A dokąd panno myślisz, że się wybierasz? Cali! — Odbiła się w nich sylwetka zbiegającej po śnieżnobiałym zboczu wadery, a zaraz potem zdenerwowanej Jutrzenki. — O nie, dwa jasie wędrowniczki to już przesada! Jutrzenka, nie wolno ci teraz wstawać. Leż, leż, o tak. Ma tę siłę po tobie, poradzi sobie.
Tymczasem wadera, która właśnie wyfrunęła z jaskini, zbliżała się do epicentrum bitwy, w którą zamotane zostały kolejne dwie, bliskie jej dusze. W pewnym sensie nie mogła się tego doczekać. Patrzenie na załamaną mamę sprawiało niemal fizyczny ból. Nie wiedziała już, jak jej pomóc; to wykraczało poza kompetencje początkującej zielarki. Teraz potrzeba było watasze przede wszystkim silnego wojownika.
***
Potrząsnęła energicznie głową, żeby pozbyć się migawek wspomnień, i znowu przykładała się do treningu ze zdwojoną siłą. Tylko dobre wyniki na wojskowych testach mogły jej dać wgląd w przyczyny zagadkowego działania losu - względnie siły sprawiającej, że trzepot skrzydeł motyla zamienia się w huragan.
CDN
Gratulacje!
Od Katarakty do Puchacza - „Powrót z Wygnania”

wtorek, 13 stycznia 2026
Od Agresta CD Kaliny - "Melodia zapomnianych dusz"
wtorek, 6 stycznia 2026
Od Kaliny (trening zwinności i szybkości)
Akcja tego opowiadania dzieje się w przeszłości
Kalinę obudziła symfonia męskich głosów z zewnątrz. W głębi nory, gdzie spała zwinięta w ciasny kłębek, było ciemno, jedynie w okrągłym wyjściu dało się dostrzec kawałki jaśniejszego, granatowego nieba. Jako że nie zauważyła śladów pomarańczu na firmamencie, wycofała głowę i z powrotem przytuliła się do ściany swojego mieszkania. Wszystko było jeszcze oblepione zimnym, nocnym powietrzem, zanim promienie złotej gwiazdy je rozpuszczą. Treningi zaczynały się nie wcześniej, niż słońce wspięło się cztery palce nad ziemię, toteż wadera zamknęła ponownie oczy. Próbowała wrócić do krainy snów, żeby jak najlepiej odpocząć przed kolejnym dniem wojskowej musztry.
Zdawało się, że nie minęła chwilka, kiedy do rzeczywistości przywołał ją rytmiczny łomot z góry. Ziewnęła krótko, rozciągając łapy na tyle, na ile pozwalał metraż jamy, po czym wygramoliła się na zewnątrz. Sprawcą małego trzesięnia ziemi okazał się być nie kto inny, jak Falcon. Kali nastroszyła lekko sierść i obrzuciła go rozczarowanym spojrzeniem. Basior dokuczał jej, gdy tylko miał okazję, w najmniej elokwentny sposób z możliwych, tylko dlatego że była nowa i nie zdążyła udowodnić swojej wartości.
— Patrzcie, księżniczka w końcu wstała. Coś taka wściekła? — rzekł przejaskrawionym tonem. Uśmiechał się przy tym wyniośle, tak żeby nie pozostawiać żadnych wątpliwości co do ironii. Grupa samców z boku nie przestała rozmawiać między sobą, tylko uszy dyskretnie przekręciła w ich stronę, jak antenki. Wilczyca przeciągnęła się raz jeszcze na otwartej przestrzeni, żeby rozluźnić zakwasy w mięśniach. Nie spieszyła się z odpowiedzią.
— Dzięki za pobudkę. — mruknęła tylko. Ostatnie, na co miała rano ochotę, to przepychanki z innymi szeregowymi.
— Nie jestem jakimś twoim budzikiem. — odsłonił nieco kły, niezadowolony z nieskuteczności ataku — Po prostu wiedziałem, że sama byś nie wstała.
— Jak mam sama wstać, jak ty mnie budzisz? To taka samospełniająca się przepowiednia. —
— Myślałem, że przed chwilą mi za to dziękowałaś.
— To nie myśl, bo ci nie wychodzi. — prychnęła miękko, wkładając w to zdanie całą swoją moc.
Podczas gdy wilk rozmyślał nad kolejną ciętą ripostą, ruszyła biegiem w stronę rzeki. Słyszała, że chciał pobiec za nią, żeby jeszcze waderze podogryzać, ale koledzy go czymś zajęli, więc odpuścił. W końcu i tak spotkają się znowu na śniadaniu.
Wschód słońca jeszcze nie nadszedł. Szarości, brązy, czernie i ciemna zieleń dominowały w leśnej scenerii. Gdzieś daleko, znad połaci dzikich łąk niósł się śpiew samotnego skowronka. Poza tym jedynie wiatr poruszał trawą w pobliżu wilczych nor. Od czasu do czasu rozlegało się ostrzeżenie sroki albo sójki z wysoka, kiedy kłusowała między drzewami.
Wkrótce dobiegła do mostu prowadzącego do wojskowego miasteczka. Na miejscu zeszła do wody, żeby nawilżyć wysuszone przez noc gardło. Gdy zaspokoiła pragnienie, usiadła z powrotem na szczycie stromego brzegu i wyciągnęła z woreczka, który nosiła na szyi, małą, czarną harmonijkę. Przyłożyła ją do warg i zaczęła powoli dmuchać kolejne nuty, naśladując brata z pamięci. Potem powtórzyła sekwencję szybciej, tworząc jako taką melodię. Praktykę przerwało jej nadejście Lenarda, jednego ze starszych szeregowych. Harmonijka wydała z siebie ostatni, nieco zaskoczony pisk, zanim ciemnoszara schowała ją z powrotem do lnianej torebki.
— Co to? — spytał po chwili. Basior miał burą sierść, za wyjątkiem białych skarpetek na nogach oraz końcówki ogona. Miał to przenikliwe spojrzenie wilka zachodu. — Nie no, pokaż mi.
— Harmonijka. Mała pamiątka od przyjaciela. — wyjęła przedmiot z powrotem i położyła go sobie na łapie.
— Ładna. Zagrasz nam dzisiaj na kolacji.
— O nie, ja tylko umiem na niej rzępolić. I nie znam żadnych tutejszych piosenek...
— Po prostu zagraj coś od serca. To jest rozkaz. — mrugnął do niej, po czym zawrócił na szlak do hangaru.
***
Przetrwała śniadanie bez większego uszczerbku na psychice. Przesiedziała je obok jedynej towarzyszki w wojsku, Morwy, z dala od najgłośniejszej bandy szeregowców. Szybko pochłonęła swoją porcję i udała się na poligon. Minęło trochę czasu, zanim wszyscy dotarli na miejsce, więc zaczęła się rozgrzewać, podczas gdy koleżanka wolała wyplatać coś z długich źdźbeł trawy. Trzymały się razem bardziej dlatego, że obie były wilczycami, nie przez podobieństwo charakterów. Starsza, bardziej zamknięta w sobie Morwa nie nadawała się do ćwiczenia ani zabaw nad wodą. Przyjaźń z Kaliną ograniczała się do bezpiecznych rozmów przy kozim mleku i dawania sobie oparcia w męskim środowisku.
— Baczność! — młoda wadera wiedziała już, że ma dokładnie tyle czasu, ile zając na ucieczkę przed lisem, kiedy padnie ten rozkaz. Porzuciła szlifowanie skradania się i pobiegła ustawić się w szeregu.
Na początku przełożony pomęczył ich musztrą; baczność, patrz, lewo, prawo, spocznij, odlicz, marsz, raz, dwa, raz, dwa. Nie omieszkał podkreślić przy tym ruchu bioderek pań i zadać paru spóźnialskim dodatkowych pięćdziesięciu krokodylków. Najbardziej nienawidziła w rozgrzewce zapasów, które zawsze przegrywała. Całą resztę tresury znosiła bez szemrania, ale podczas rutynowego upokorzenia musiała się naprawdę skupiać na prawdziwym powodzie swojej obecności w NIKL-u, żeby nie cisnąć przysłowiową czapką w ziemię i odejść na zawsze.
— Dzisiaj zrobimy sobie tor przeszkód. Finisz przy krzywej sośnie. Do startu, gotowi, ruszaj!
— Nareszcie coś, w czym jestem dobra — powiedziała radośnie do stojącej obok Morwy.
Wyścig odbywał się parami. Kiedy nadeszła jej kolej, okazało się, że przeciwnikiem będzie nie kto inny, jak Falcon. Spojrzał na nią z lekceważeniem, na co tylko uśmiechnęła się lekko. Na sygnał do biegu Kali zerwała się pierwsza, ale samiec był szybszy. Zaczął zyskiwać przewagę, i pewnie ciągle by ją wyprzedzał, gdyby nie to, że trasa była pełna drzew i krzaków, jak to w lesie, tym gorzej, że brakowało w nim roślinożerców. Mniejsza, gibka wadera czuła się jak ryba w wodzie, podczas gdy większy towarzysz tracił czas na robienie pokaźnych łuków. Przebyli już prawie dwie trzecie toru, kiedy rywal zmienił taktykę i nagle skręcił w jej stronę. Poczekała, aż będzie ich dzielił jeden skok, chociaż serce waliło jej młotem, i w ostatniej chwili przesunęła się w lewo, za pień starego grabu. Usłyszała za sobą piękne "łup". Oczywiście skończyła wyścig jako pierwsza.
CDN
Gratulacje!

















