sobota, 1 sierpnia 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Procedura troski”, cz. 18

Oglądasz oczko po oczku
i myślisz, że robisz coś dobrego.


Czwartego księżyca roku letniego, po lecie ognistym lat pięć, gdy biała wioska zastygała pod kocem opadłych liści w oczekiwaniu na długie noce i sny o śniegu, stanęła u jej bram jedna świeża jeszcze para wilków.
Byli piękni i młodzi. I pełni nadziei. I troszkę zdenerwowani: zwykła rzecz w takich przypadkach.
- Pamiętaj wszystko, co ci mówiłam.
- Dobrze, dobrze. Pa - zniżył głos, wstępując na schody prowadzące do urzędu.
- Reskier! - Odwrócił się na pięcie. Wadera podniosła zaciśniętą łapę w geście mocy i zachichotała cichutko. Przewrócił oczyma, ale zanim zniknął w przedsionku, posłał jej jeszcze krótkiego całusa.
Wiedziała, że partner ma przed sobą rozmowę, od której wiele zależy. Na nią zresztą też czekały nowe obowiązki. Nie była pewna, gdzie ma się stawić. Szczęśliwie tajemnicza machina obiegowa działała bez zarzutu. Obowiązki znalazły ją same. Tak zaczyna się większość historii, które tu właśnie się kończą.
- Hej, ty jesteś ta nowa? - Smukła łapa została do niej wyciągnięta znienacka.
- Tak by wychodziło.
- Czemu nie wchodzisz?
- Nie wiedziałam, że też pracujemy w urzędzie. Właśnie miałam...
- Tylko bywamy. Wiesz, jakie będą twoje zadania?
- Mniej więcej tak.
- Więc chodź. Muszę pokazać ci rejestry. Skąd jesteś?
- Z Watahy Wrzosowych Wojowników.
- Aż z północy? Jak ten Eugisk tam na ciebie trafił! Czyli do tej pory pracowałaś gdzie?
- Zawsze na swoim stanowisku, ale w różnych miejscach. Trochę w naszej jaskini medycznej, przez jakiś czas w sierocińcu. Właściwie to tam poznałam jego pomocnika. Tego z waszego programu adopcji sierot.
- Tak, tak, znam Merapika. Miałaś szczęście, czy taka jesteś dobra w tym, co robisz? - Po pysku przewodniczki przebiegł figlarny uśmiech. - Zresztą, widać, że dobrze ci z oczu patrzy. Ależ się cieszę, że cię mam. Ależ mi się przydasz!
Zapach starego drewna i chłód murów prowadził je korytarzami za kolejne zakręty.
- Jeśli do tej pory pracowałaś w psychologii medycznej, to wolę przypomnieć ci o jeszcze jednej rzeczy. W naszej branży psycholog jest skuteczny tylko wtedy, gdy nie wdaje się ze swoimi podopiecznymi w dyskusje o środkach, jakich używa. Nie możemy w pełni ufać urzędnikom, których mamy przyjmować i pilnować. Od tego zależy bezpieczeństwo naszego systemu. Dobrze?
- Rozumiem! Merapik już mnie uprzedzał, że w tym miejscu dyskrecja jest szczególnie ważna.
- I miej na uwadze, że ten pokój jest dostępny tylko dla nas. Urzędnicy wchodzą tu tylko w naszym towarzystwie. Takie są procedury.
Ciężkie, szczelne drzwi otworzyły się przed nią z rozmachem. Jak polecono, tak postąpiła. Była to pierwsza z wielu rzeczy, które jej pokazano.
- Przypomnij, jak się nazywasz? - Wysoka wilczyca odwróciła się od otwartej szuflady. Jej łapy ani na chwilę nie przestały grzebać w zakopanych w niej skarbach.
- Cispesja.
- Tak, właśnie. Przepraszam, ale wstyd. - Stuknęła się w czoło. - Niedługo chyba zapomnę, jak sama mam na imię.
- A jak masz na imię?
- Cholerka, wybacz! Imroza. Dobrze, jeśli wszystko mamy ustalone, to od jutra zaczynasz. Ach! Zapomniałabym. Codziennie rano przynoszą nam mleko. Dla nas, ale i gości możesz nim częstować. Wiesz, jak dasz komuś co od siebie, łatwiej mu się otworzyć.
W przydzielonym im domu mieli mieszkać razem z drugą psycholog. Mogli zająć całą izbę na końcu długiej sieni, z widokiem na ulicę. W sam raz na wspólne wieczory w ciepłym świetle pochodni, które wpadało do wnętrza. Ostatnie listki tańczyły na krzewach, a ich cienie rysowały w oknie ogniste mozaiki. Brakowało tylko szczegółów, by ten pokoik uczynić przytulnym.
- Muszę wiesz co? - szepnęła, gdy pierwszej nocy leżeli już przytuleni na legowisku ze świeżego siana.
- Co? - wymamrotał w półśnie.
- Dostać gdzieś włóczkę.
- Mhm... Pomyślimy o tym. Może w urzędzie mają jakieś dojścia...
Poranki były chłodne. Wszystko toczyło się zgodnie z naturalną uprzejmością jesieni, która, choć krótka, chciała dobrze przygotować mieszkańców wioski na nadejście surowej zimy.
Cispesja podsunęła sobie pod pięty świeżo upleciony, trzcinowy dywanik. Trzech nowych asystentów jednego dnia. Od siedzenia na kafelkach, w dodatku krzywo ułożonych, można było dostać odcisków. Jej marzenie o wielkim kłębku włóczki szybko przybierało na sile. Nie mogła pojąć, dlaczego nikt przed nią nie wpadł jeszcze na ten pomysł, jeśli wszyscy siedzieli zamknięci całymi dniami w zimnych, surowych gabinetach.
- Godność? - Ujęła w łapy zgrabny formularzyk. Przyjmowanie urzędników i rozmowy z nimi były jednym z jej ulubionych zajęć, a jednocześnie najbardziej nudnych w swojej formule. Każda odpowiedź miała swoje miejsce. Każdy rozmówca zostawał jakoś sklasyfikowany, w oparciu o normy, które już dawno opracowali jej poprzednicy, nie zostawiając jej żadnego pola do popisu. Tak zresztą robi się po dziś dzień.
- Labur.
- Słyszałam, że pochodzisz z północy. To tak jak ja i mój partner. On też jest tu teraz asystentem inspektora. - Uśmiechnęła się, sięgając po stojącą w kącie, metalową bańkę. - Proszę, opowiedz coś o sobie.
Mleko zachlupotało w dwóch kubeczkach.
- Przybyłem z Watahy Cieni. Odkąd siostrze urodził się miot, zaczęła mnie męczyć, że ciasno w jaskini. Żebym może poszukał własnej. No to pokazałem jej, jakie miejsce potrafię zdobyć! - Dziarsko machnął łapą.
Przesunęła wzrokiem po swoim formularzu. Jedno z pól przykuło jej uwagę. Suche, techniczne: „Czy urzędnik przybył sam?” z sekcji służącej psychologom do opiniowania wyznaczonego dla pracownika lokalu mieszkalnego. Na dole dorysowała jeszcze jedną kreskę, żeby litery trzymały się linii. Drobnymi literami dopisała krótką uwagę: „Siostra wciąż jest z nim w pokoju”.
Zupełnie czym innym niż rozmowy rekrutacyjne była praca w remizie. Tam także wszystko było mechaniczne i proceduralne, a dodatkowo nie dawało możliwości kontaktu z wilkami, nie licząc codziennie tych samych wader, które przygotowywały posiłki.
- Dziś potrzeba więcej sosu. Nie sięga połowy garnka. - Zajrzała do środka bulgoczącej masy. Dym z ogniska uciekał przez wielkie okno, ale po drodze krążył jeszcze po całym pomieszczeniu i szczypał w oczy. Po kilku razach, gdy zapomniała, że na trasie przeciągu jest go najwięcej, zaczęła w końcu uczyć się, gdzie stawać, aby nie łzawić.
- Ale przecie wczoraj było dużo sosu - zaskrzeczała malutka, młodziutka wilczyca, mieszając patykiem w wielkim garze.
- I dziś też musi być. Pamiętasz schemat? Dwa-jeden-jeden-jeden.
- Dziewczyny, jeszcze wody i mleka!
Cispesja cofnęła się pod ścianę i przysiadła z westchnieniem. Od stania przy ogniu rozbolały ją już nogi.
- Czy dodatki są już przygotowane?
- Suszone śliwki w palonym cukrze dziś. Jedna na dwóch, jak tam liczyłyście.
- Dobrze. - W pamięci odhaczyła kolejny punkt przygotowań do kolacji. - Imroza prosiła, żeby zaopatrzyć dziś kącik gier w szyszki i planszę do ruletki.
- Zrobi się! Poprzednio jeden pijak czy inny diabeł połknął otoczaka, którym kręcili w misce, ale którą to dziewczynę ostatnio widziałam, że przyniosła nowy. A właściwie po co jednego dnia dajemy więcej sosu, a innego mniej?
- Tak każe schemat porcjowania - odrzekła bez namysłu. Właściwie sama nie miała jeszcze okazji, by się nad tym zastanowić. Dostała po prostu instrukcje, których należało się trzymać, wyręczając główną psycholog w nadzorowaniu przygotowania posiłków.
- Sprawdzamy - wyjaśniła na jednym wydechu Imroza, gdy następnego ranka spotkały się w urzędzie - jak wpłyną nasze pomysły na poziom zadowolenia urzędników i ich chęć do uczestnictwa w codziennych ucztach.
Te można było z całą pewnością ocenić wysoko. Wieczorami, gdy Cispesja wychodziła z kuchni, w remizie były już zebrane tłumy. Reskier czekał na nią przy wejściu do sali, za każdym razem obdarowując całusem w czoło.
- Bardzo zmęczona?
- Wiesz, gorąco tam niemożebnie!
- Co ty tam właściwie robisz? - Zaśmiał się, obejmując ją łapą i prowadząc na ich miejsce. - Chyba nie mają za mało kucharek?
- Żeby jedzenie było smaczne, musimy pilnować, żeby robili je zgodnie z naszymi wytycznymi.
- Dziwne te nowoczesne wynalazki. U nas nikt nie przyrządzał jeleni zgodnie z wytycznymi, a wszyscy się zawsze najedli.
- Ale smakuje ci? To, nad czym pracujemy? - Zbliżyła pysk do policzka basiora. Pod wibrysami czuła jego ciepło.
- Jeszcze jak. To jedno na pewno: wszystko macie tu przepyszne.
- Więc może ta nowoczesność nie jest taka zła, co? - zachichotała.
Popołudniami, w stygnącym szumie drzew, nieopodal wejścia do remizy, przesiadywały grupki wilków. Basiory opowiadały dowcipy, czasem sprzeczały się między sobą, a ich towarzyszki śmiały się do rozpuku. Miewała ochotę się do nich przysiąść, ale zawsze brakowało czasu.
- Wchodź. Nie zgadniesz, co! - Imroza nalała im po kubku mleka i rozsiadła się wygodnie na dywaniku z trzciny. Niestety nie był zbyt trwały; wysechł i pokurczył się przez zimę. Cispesja zerknęła jednym okiem, jak źdźbła rozchodzą się pod łapami współpracowniczki. Trzeba było pomyśleć o nowym siedzisku. - Przed chwilą wykonawczy przewodniczący zagadnął mnie na korytarzu. Mój schemat przygotowywania posiłków tak im się podoba, że jeśli utrzymamy wyniki, obiecali dać mi nagrodę.
- A co to takiego będzie?
- Żartujesz? Zdobędą, co sobie zażyczę! Myślałam o kilku wygarbowanych skórach do mojego pokoju, ale nie takich kozich, tylko owczych, z wełną. Na legowisko.
- To musi być strasznie drogie. Pewnie ze dwie kozy trzeba będzie za to wymienić? I znaleźć dzikie owce, albo ukraść ludziom...
- Mają najlepszego psychologa? Niech szukają!
- Często dostajesz takie nagrody?
- Pierwszy raz. - Wadera wyszczerzyła się. - A co, też byś chciała?
Cispesja wzruszyła ramionami.
- A w ogóle, to chodzi mi po głowie taki jeden pomysł. - Imroza odstawiła kubek. - Potrawy związane ze wspomnieniami. Na przykład takie, które przypominają pierwsze polowanie albo pachną trochę jak mleko matki.
- Och. Zapowiada się ciekawie.
- Myślę o opracowaniu receptury sosu, który przywodziłby na myśl matczyne mleko. Oczywiście na bazie mleka, podawanego zawsze na ciepło, zagęszczonego dodatkowym tłuszczem, z korzenną, słodką nutą i ziołami, których często wykorzystuje się w leśnych watahach do wicia legowisk szczeniętom. Co myślisz?
- Czy ja wiem... - Młoda psycholog wzruszyła ramionami po raz drugi. - Można spróbować. Trzeba by zobaczyć, jak to się sprawdzi w praktyce. - Zawahała się. Pomysł wydawał się genialny w swojej prostocie. Kilka łatwo dostępnych składników, trochę prób i oto na zwykłej kolacji przywrócone zostają wspomnienia z dzieciństwa. Coś przy tym jednak kazało jej zatrzymać się przez oblaniem współpracowniczki falą pochlebstw. -  Nie wiedziałam, że możemy... sięgać tak głęboko.
Jako pierwszy odpowiedział jej serdeczny śmiech.
- Też pytanie! Może niech tak już zostanie, że ja się zajmuję jedzeniem, a ty gadaj z tymi swoimi urzędnikami, co? W ten sposób obie najlepiej się zrealizujemy.
W tej spokojnej rutynie minęło kilka księżyców długiej zimy. Na byciu tu i teraz upływały dni, dopóki pierwsze wiosenne ptaki nie zaśpiewały nad zielonym pustkowiem.
- I wtedy... - Reskier podniósł się z miejsca. Zanim dokończył, wrzucił sobie do pyska zawiniątko z młodego liścia nadzianego kozim smalcem i popił dużym łykiem wina. - Alfa kazał nam zerwać wszystkie te winogrona, co do ostatniego owocka. Chciał mnie awansować za odkrycie tego krzaka... dopóki nie zjadł dwóch tuzinów winogron zupełnie sam. Muszę mówić, czym się to skończyło?
Całe towarzystwo wybuchło śmiechem, jeszcze przez dłuższą chwilę to cichnącym, to falami wznoszącym się ku wysokiemu stropowi, pod którym kłębił się czarny dym z ogniska. Inspektor Ziem Północnych, wciąż chichocząc, pokręcił głową. Dwie wilczyce, które przysiadły się do nich na moment, zwijały się w czymś przypominającym zawodzenie. Labur otarł łezkę spod oka i bez namysłu sięgnął po kolejną łopatkę, jakby śmiech był u niego równoznaczny z apetytem. Sądząc po tuszy, jakiej nabrał przez kilka księżyców, Reskier musiał mieć wybitne poczucie humoru. Cispesja nagle nabrała wielkiej ochoty, by przytulić partnera. Jej serce skakało pod sam zadymiony sufit, gdy widziała, że wreszcie przestał się wstydzić i nie był już tak zamknięty w sobie, jak zaraz po przybyciu do tego miejsca.
To była jedna z ich ostatnich wspólnych kolacji w remizie.
- Hej, pani kochana! - Pewnego wieczora głos Imrozy dogonił ich na korytarzu remizy, zanim znikli w sali. - Trochę się pozmieniało.
- Co takiego? - Cispesja cofnęła krok, prawie już postawiony po drugiej stronie drzwi.
- Dostaliśmy specjalne miejsce do jedzenia. Reskier, ty możesz iść już tam gdzie zawsze.
- Ale dlaczego? - Wilczyca pokręciła głową. - Chciałabym, żebyśmy jedli razem. Jesteśmy przecież parą.
- To związane z pracą. Później ci opowiem.
- W porządku, nie przejmuj się. - Basior objął ją ramieniem, jak robił to często. - Baw się dobrze. Po kolacji znowu będziemy parą.
- No więc dlaczego nie mogę zjeść wspólnie z partnerem? - zapytała, gdy zmierzały już do swojego nowego, osobistego kącika biesiadnego.
- Rozwinęłam trochę jeden z moich pomysłów. Więc takie mamy teraz procedury.
- Który pomysł?
- Zbliżenia składu potraw do matczynego mleka.
- Czego jeszcze dodałaś do kolacji? - Opuściła jedną brew, ale towarzyszka tylko się zaśmiała.
- Ty się zajmuj naszymi podopiecznymi. Kuchnię miałaś zostawić mi.
Zakwitły bzy i rozłożysta czeremcha pod ich oknem. Cispesji podobała się jej praca. Wstawała wcześnie, nawet wcześniej niż partner, aby jak najszybciej usiąść do swoich notatek i uzupełnić wszystko, czego nie zdążała popołudniami, prowadząc rozmowy z urzędnikami.
A czasem miewała też pacjentów, których nie podsuwał jej urząd, ale z którymi widywała się z własnej inicjatywy. Niektórzy powiadają szumnie: z powołania.
- Cis! Ktoś do ciebie! - stłumiony głos Imrozy dobiegł z sieni. Młoda psycholog wylała resztę wody z bańki do stojącej pod krzewem miski, w której kąpały się czasem gołębie i wróble. Podbiegła do okna, by zajrzeć do własnego pokoiku.
- Już, już idę, kochana! - Uśmiechnęła się szeroko, widząc jedną ze znajomych wilczyc, która nieśmiało weszła do środka. Pamiętała ją. Spotkały się jednego z poprzednich dni, gdy Cispesja zastępowała swoją koleżankę przy nadzorowaniu przygotowań do kolacji. Stała wtedy nad garem, mieszała bulgoczące mięso wielką, drewnianą łychą i topiła w sosie nieposłuszne łzy, które spływały jej po policzkach.
- Mam nadzieję, że nie robię kłopotu, ale koleżanki wszystkie też polecały, że jesteś takim dobrym psychologiem...
- Przyszłaś w porę! Cieszę się, że przemyślałaś moją sugestię. Napijesz się mleczka?
- Tak, czemu nie.
- To opowiadaj, jak to było z tamtym strażnikiem? Był strażnikiem, dobrze pamiętam? - Gospodyni postawiła w kącie pustą bańkę, którą wykorzystała do uzupełnienia poidełka. Dźwignęła drugą, jeszcze pełną mleka. Wyciągnęła dwa kubki.
- Dobrze, że odszedł z pracy. Podobno do przenieśli go do jakiegoś wojska w terenie. To nie miało przyszłości. Gdzie ja, gdzie on... Ale tamten dzień cały czas widzę w snach, jak jakiś koszmar. Ja chyba nigdy nie przestanę sobie tego wyrzucać. Znaczy to, że wszystko mu wtedy powiedziałam. On nic nie wiedział, że w remizie nie tylko robimy jedzenie...
Cispesja w milczeniu pokiwała głową. Otworzyła swój błękitny notatnik, wyciągnęła korek z szyjki kałamarza i zamoczyła w nim duże, gęsie pióro.
- Dlaczego mu o tym powiedziałaś? To pewnie samo w sobie było trudne.
- Bo... myślałam, że może on mi pomoże skończyć z tym wszystkim. Może mógłby mi załatwić lepszą pracę, albo odeszlibyśmy razem. Ale on się załamał.
- Myślisz, że to właśnie prawda go przestraszyła? - Podniosła wzrok znad zeszytu. Odruchowo ściągnęła brwi na czole, widząc, jak wadera przygryza wargi.
- To, że sypiam z innymi.
- I to było właśnie to? - miękko powtórzyła pytanie.
- Albo zobaczył, ile dla mnie znaczy. Że na niego czekałam i wałkowałam sobie w głowie jakieś życie, którego on nawet... nie obiecał na poważnie. - Opuściła pysk. Łzy jak grochy zaczęły spadać na podłogę.
„Nawiązała więź z wilkiem, który uciekł, a ona nadal cierpi”. Cispesja zatrzymała łapę z piórem wiszącym tuż nad kartką, po czym skreśliła zapisaną linijkę.
„Nawiązali ze sobą więź. Uciekł, gdy zdał sobie z tego sprawę”.
- Myślę, że on tak naprawdę wcale mnie nie kochał, nigdy...
„Jego rola w jej życiu nie skończyła się na ucieczce”.
Westchnęła, wpatrując się w swoje notatki. Choć takie chwile pokazywały, jak ograniczone były jej możliwości pomocy pacjentom, jak na ironię to właśnie one sprawiały, że chciała próbować jeszcze mocniej. Szczęściem w nieszczęściu miała całe życie, żeby szukać ścieżek, którymi mogłaby zajść dalej w swojej pracy z pacjentami.
Odłożyła pióro i spojrzała przez okno, na pustą jeszcze ścieżkę, którą Reskier zwykle wracał do domu.
Tego ranka, a było to kilka dni przed przybyciem delegatów ze wszystkich ziem Najwyższej Izby, po raz pierwszy nie wyszli z domu razem. Basior nie podniósł się z posłania, mimo że wołała kilka razy.
- Kochany, zaraz się spóźnimy! A ja mam dziś kogoś do przyjęcia. - Poprawiła kryzę, przeglądając się w kawałku okiennej szybki. Gdy odpowiedź nie nadeszła, wilczyca odwróciła się, mrugając, by przyzwyczaić oczy do półmroku pomieszczenia. - Wszystko w porządku?
- Nie... Łeb mnie boli.
- Znowu?
- Co poradzić. Daj mi wody. Proszę.
Z westchnieniem zanurzyła kubek w stojącym pod ścianą wiadrze i postawiła obok jego głowy. Całe szczęście, że pomyślała wczoraj, aby je uzupełnić. Reskier w swoim stanie za nic nie doczłapałby się do studni.
Usiadła przy posłaniu.
- Pewnie macie ostatnio kołowrót przed tymi całymi obradami? Okropnie dużo przygotowań?
- Tak...
- Pójdę do inspektora. Poproszę o urlop dla ciebie.
- Jesteś wielka - wymamrotał, zanurzając głowę po uszy w sianie.
Jak obiecała, tak zrobiła, choć w gabinecie powitał ją nie inspektor Ziem Północnych, a jeden z jego asystentów.
- Czy mogę pomówić z inspektorem? - Uśmiechnęła się blado.
- Jest teraz na jakiejś rozmowie, ale gdy tylko wróci, wszystko przekażę. - Labur skłonił się uprzejmie. - Czy chodzi o Reskiera?
- Źle się dziś czuje. Prosi o dzień urlopu.
- Ach, to dlatego nie przyszedł do pracy! - Basior ze ściągniętymi na czole brwiami i zatroskaną podkówką na pysku. - Oczywiście, że wszystko załatwimy. Niech się nic nie przejmuje, tylko odpoczywa.
- Dziękuję. Serdecznie dziękuję. - Wiedziała, że urlop w Najwyższej Izbie nie jest częstym przywilejem, zwłaszcza dla niskich urzędników.
Pod gabinetem psychologów już czekał młody, drobnej postury wilk, dodatkowo przykurczony jak zwiędły listek. Kiwnęła mu na powitanie. W końcu na nią spojrzał, choć przelotnie, błyskając białkami i bardziej przypominając przy tym wypłoszonego lisa.
- Och. - Kilka z papierów wysunęło się z teczki, którą trzymała w pysku. Złapała je w locie, ale basior i tak zrobił wielkie oczy, jakby papier miał roztrzaskać się o podłogę. - Pomóż mi, proszę. Utrapienie z tą setką formularzy.
- Oczywiście! Już to biorę! - Rzucił się na ratunek, wyrywając jej dokumenty tak gwałtownie, że omal nie rozsypał po podłodze całego zestawu. Jego łapy trzęsły się jak galareta. - Nie wiedziałem właśnie, czy czekać tutaj, czy szukać innego o pokoju, bo powiedzieli mi, że gabinet psychologa to tutaj...
- Wszystko dobrze, mój drogi. To właśnie tutaj. - Szeroko otworzyła drzwi. - Dziękuję ci za pomoc! Masz może ochotę na kubek mleka? Będzie nam się milej rozmawiało.
- To znaczy, ja... Poproszę. Jeśli to nie kłopot. - Mogłaby przysiąc, że poczerwieniał pod sierścią.
Każdy stawał się spokojniejszy po łyku koziego mleka i nic dziwnego. Było pyszne. Może Imroza miała rację? Miało zbawienny wpływ na każdego nieśmiałego nowicjusza. Zwłaszcza podane łapami przemiłej pani psycholog.
Wciąż uśmiechała się pokrzepiająco, a on opowiadał o tym, jak został nakłoniony przez ojca do służby w wojsku. Jak nocami ze zmęczenia płakał na wartach i jak silniejsi żołnierze podbierali mu racje żywnościowe. W końcu westchnął, wypiął pierś i przeszedł do dnia, w którym powiedział: „Dość. To nie dla mnie”.
Nie przerywała. Kilka razy zerknęła na swój formularz do wypełnienia. Coraz częściej przy podobnych rozmowach wstępnych miała wrażenie, że brakuje w nim kilku punktów. Urzędnicy byli określani na podstawie predyspozycji i przydatności. Ten porządny, z lekkim rysem nerwicowym, ten słaby psychicznie - ograniczyć kontakt z dokumentacją. Tamten znów, zbyt dominujący na proponowane stanowisko. Ale gdzie w tym wszystkim oni sami? Czy po to tylko istnieje psycholog, żeby sprowadzać wilki do roli nieczułych narzędzi systemu?
Dlaczego by nie wejść głębiej? Czyż nie mogłoby to pomóc obu stronom lepiej pracować?
- I jak zareagował na to ojciec?
- Ojciec? Na co?
- Na twój zamiar ubiegania się o stanowisko w Najwyższej Izbie.
- Myślałem, że mnie zje. Ale... - Basior wypuścił powietrze luźnymi wargami. - Bardzo szybko to przyjął. Myślę, że on tak naprawdę jest dumny. Albo raczej będzie, jak dostanę tę pracę.
- Mhm. - Szybko zapełniła formularz i odwróciła kartkę, ukazując czystą, białą stronę. Przymknęła oczy. Powiodła palcem po gładkiej dutce pióra.
- Czy wśród tamtych żołnierzy był ktoś, o kim pomyślałeś, gdy mówiłeś „dość”?
- Żołnierze? Nie sądzę. - Wzruszył ramionami.
- Mhm... - Zanurzyła pióro w kałamarzu i wróciła do swoich papierów.
- Był jeden. Starszy, z poprzedniego zaciągu. Wszyscy się go bali. - Urwał, odstawiając kubek. W zamyśleniu oblizał pysk. - Właściwie on nawet nie wiedział, że odchodzę. Ale gdy po rozmowie z generałem po raz ostatni schodziłem z warty, bardzo chciałem zobaczyć jego zdębiały pysk!
„Ojciec. Kreska. Syn. Kreska. Żołnierz (nie zna swojej roli)”.
Choć dni stawały się coraz dłuższe, mijały jej coraz szybciej. Imroza co prawda narzekała, że współpracowniczka na dwie rozmowy przeznacza prawie cały dzień, a trzeba jeszcze powystawiać opinie, zgody i wypełnić rejestry, ale Cispesja nie zwracała na to szczególnej uwagi.
- Pamiętasz? Ty zajmujesz się planowaniem uczt. Ja rozmawiam z urzędnikami - przypominała pogodnie.
Wtenczas zdarzało się, że z Reskierem spotykali się dopiero w drodze na kolację lub już w remizie. Zamieniali wtedy ledwie kilka zdań, głodni i zmęczeni, a potem rozchodzili się na miejsca, które wyznaczały ich funkcje. Jednak ostatnim wspomnieniem każdego jej dnia było ciepło basiora moszczącego się na legowisku. Czasami dzieliła się z nim jeszcze kilkoma spostrzeżeniami, jakąś zabawną historią z pracy, ale nie otrzymywała tego samego. Basior już przysypiał i co najwyżej mamrotał jakieś nieskładne półsłówka.
Kwiaty przekwitły, dni znów stawały się coraz krótsze. Gdy pewnego dnia po raz kolejny położyła się sama, na chłodnym legowisku, i w ciemności czekała na powrót Reskiera z remizy, jakoś mimowolnie pomyślała o formularzu. O polu „Czy urzędnik przybył sam?”. Oni przybyli razem, ale ostatnio coraz mniej było w nich tego „razem”.
Aż pewnej nocy się nie doczekała. Zasnęła na zimnym legowisku.
Przebudziła się nad ranem. Słowik w gałęziach czeremchy wciąż wyśpiewywał swoją melodię.
Wybiegła z domu, omiatając wzrokiem uliczne zaułki, do których powoli napływały pierwsze słoneczne promienie. Wszędzie jeszcze było pusto i głucho. Pierwsze kroki skierowała do remizy, gotowa szukać wszędzie i pytać kogokolwiek.
Prawie potknęła się o wilka leżącego w wysokiej trawie przy drodze.
- Reskier! - Padła na ziemie tuż przy nim. Żył, spał. A dokładniej rzecz biorąc, właśnie się obudził.
- Co się dzieje? - bąknął, ziewając.
- Co z tobą? - Chwyciła go za ramiona. - Dlaczego tu śpisz?
- Po prostu... - Skrzywił się, opierając czoło na łapie. - Upiłem się, dobra? Każdemu się zdarza.
- Ale ty spałeś przy drodze! Martwiłam się, że cię napadli... Dasz radę wstać?
- Trzeba - mruknął.
Coś błysnęło w trawie. Butelka. Dwie.
- A to co ma być?
- Zabraliśmy z remizy, żeby skończyć po drodze. Ale nie bój, nikt nie zauważył.
- Wstawaj. Wracaj natychmiast do domu! - Zacisnęła łapę na jego barku, nieco mocniej niż chciała. Zabrali dwie butelki. A w trawie spał sam.
Zdawało jej się, że od tamtego dnia nic się nie zmieniło. Przełożony nie dowiedział się o wypadku Reskiera, a on sam dał słowo, że będzie wracał z kolacji, gdy tylko napełni żołądek. Cispesja nie pytała, czy go dotrzymuje. I tak prawie każdej nocy zastawał ją już w krainie snów. Musiała wstawać o świcie, żeby pozałatwiać wszystkie swoje sprawy.
Aż pewnego dnia Reskier nie dotrzymał obietnicy.
Wpadła na ścieżkę prowadzącą do remizy. O tej porze, zanim rosa zeszła z traw, nie spodziewała się zastać go nigdzie indziej i nie myliła się. Wszystko było tak, jak poprzednio. Z tym, że tym razem nie była pierwsza. Labur stał nad przyjacielem, drapiąc się w nos.
- Oj, niedobrze to wygląda - stwierdził, kątem oka dostrzegając wilczycę. - Za dużo to dziś nie popracuje. Jak kilka dni temu. Ostatnio często źle się czuje.
- Posłuchaj... - Pochyliła się nad partnerem, upewniając się, że jego oddech jest równy i spokojny.
- Nie ma o czym mówić. Zabierz go do domu. Niech się niecnota wyśpi, bo chyba tego mu teraz najbardziej potrzeba. Ja to załatwię z inspektorem.
- Myślisz, że znowu zgodzi się dać mu dzień wolnego? - Niemal zadławiła się westchnieniem wdzięczności.
- To już stary dziadzio. - Basior pochylił pysk z lekkim uśmiechem. - Nie przejmuje się takimi drobnostkami.
Gdy tego dnia uchyliła drzwi do gabinetu psychologów, zastała Imrozę nad notatkami ze swojej rozmowy z nowym urzędnikiem. Wyglądała, jakby zatrzymała się obok kartki z formularzem tylko na chwilę i rzuciła na nią okiem zupełnie przypadkowo. Przechylała głowę, by rozczytać jego treść, a jednak nawet nie podniosła wzroku, gdy współpracowniczka weszła do środka.
- Cześć. Przepraszam za spóźnienie. Wszystko w porządku? - Cispesja niepewnie machnęła ogonem. Ślepia wadery sunęły po tekście; wolno, wnikliwie.
- Idź z tym do przewodniczącego - rozkazała tonem, który sam w sobie niczego nie sugerował.
- Dlaczego? Coś się stało?
- Nie, nie! Weź i mu to pokaż.
- Po co miałby chcieć rozmawiać z podrzędnym psychologiem o jego notatkach?
Wilczyca wypuściła powietrze i przez chwilę pozostała na głębokim wydechu. Wreszcie pokiwała głową.
- W każdym razie będzie.
Z pękiem formularzy w pysku, Cispesja znalazła się z powrotem na korytarzu i dopiero po kilku krokach uświadomiła sobie, że nie wie nawet, w jakiej sprawie ma zawrócić przełożonemu głowę. Wycofać się jednak już nie wypadało.
Na końcu korytarza stanął inspektor Ziem Północnych. Szedł z naprzeciwka i zawahał się na jej widok, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał.
- Cispesja. Dobrze, że cię widzę. Chciałem sam ci to powiedzieć, zanim dowiesz się inaczej. - Kroczył wolno, a mimo to dyszał przy każdym ruchu. Nie powstrzymała nóg; wyszła mu na przeciw. - W sprawie Reskiera. Wiesz, ja od dawna widziałem, że ma gorszy czas. Takie rzeczy się zdarzają, nie ma się czym martwić. Zdecydowaliśmy, że najlepszym wyjściem będzie zorganizowanie mu na jakiś czas mniej obciążającej pracy. Labur już wszystko załatwił.
- Jakiej pracy? - Zesztywniała, czując, jak pod jej skórę napływa fala gorąca. Papiery poszybowały na podłogę. - Czy to znaczy, że... zostanie zwolniony?
Inspektor zaśmiał się chrypliwie.
- Skądże. Wybierze się na nasz teren, na południe. Będzie miał tam ciszę, spokój. Nie ma tam też... codziennych uczt z winem. Gdy poczuje się lepiej, wróci do naszego piekiełka. Idź już. Słyszałem, że przewodniczący na ciebie czeka. - Uśmiechnął się pokrzepiająco i ruszył dalej. Odwróciła się, ale w głowie miała pustkę, a basior już zniknął za rogiem.
Pod jej łapą zaszeleściła kartka zapisana starannym, drobnym pismem. Zgarnęła wszystkie w jeden plik, razem z okruchami betonu i kurzem. Nieśmiało zapukała do gabinetu w centrum holu. Nie wiedziała, czy w ogóle zastanie przewodniczącego na stanowisku; nie było to oczywiste. Gdy stłumiony głos zaprosił ją do środka, wygładziła łapą sierść na szyi i weszła.
- Zapraszam. Co to za odkrycia zaszły w naszej sekcji psychologicznej? - Nawet nie podniósł wzroku. Ziewnął, wczytując się w jakiś dokument.
- Czy to jakieś wielkie odkrycie... - Usiadła z łapami blisko ciała. - Po prostu standardowy formularz przyjmowania urzędników skupiał się na kwestiach technicznych, a mnie, jako psychologa, ciekawi też ich kondycja psychiczna. Nie chciałam rezygnować z przyjemności pracy z pacjentami, więc zaczęłam robić sobie takie różne notatki. Czasem udało mi się coś komuś doradzić. To największa radość w tej pracy.
- Rozumiem. - Subtelnie wykrzywił kącik pyska. - Proszę pokazać te notatki.
Papier zaszeleścił i zmienił dysponenta.
- Jakieś klamry. Nie słyszałem o tym.
- To tylko... - Odruchowo zaczęła dreptać w miejscu przednimi łapami. - Takie moje spostrzeżenia co do relacji i motywacji tych, którzy tu przybyli. Każdy ma jakiś powód. Często jest nim czyjeś oddziaływanie lub opinia. Pozytywna klamra może wilka zwolnić, przebaczając, umierając, wyrażając dumę. Klamra negatywna ma tę szczególną właściwość, że nigdy tego nie zrobi. Trwa w nieskończoność, bo nawet nie wie, że trzyma. Bo nie ma żadnego zdarzenia, które mogłoby zamknąć rachunek.
Basior odłożył kartki na ziemię i skrzyżował ramiona.
- Interesujące spostrzeżenia. - Poruszył nosem. Przez okno do jego gabinetu napływała woń suchych traw. - Naukę warto wspierać. I znajdować jej mądre zastosowanie. Liczę, że zechcesz uczestniczyć w rozwoju naszego zaplecza naukowego. Będziemy wdzięczni.
- Zawsze... z miłą chęcią. - Skinęła, nie wiedząc, co zrobić z łapami.
Za oknem wiał ciepły wiatr. Liście krzewów, gęsto wypełniających dziedzińczyk urzędu, migotały w słońcu. Otworzyła pysk, jakby chciała coś dodać, i zamknęła bez słowa. Zacisnęła wargi.
- Czy mogłabym poprosić o coś drobnego? Włóczkę. Na kilimki. Odkąd zaczęłam tu pracę, siedzę na betonie.
Przewodniczący uniósł brew. Potem skłonił głowę.
- Naturalnie.
Było to po lecie ognistym lat trzynaście, piątego już księżyca roku zimowego, gdy drzewa kończyły kwitnąć, a krótkie noce ledwo dawały sowom czas na łów.
Tego to dnia, z samego ranka, do chatki za krzewem czeremchy zapukały dwie wilczyce. U progu powitał ich ciekawski gryzoń, a wraz z nim okrąglutka staruszka.
- Wejdźcie, proszę. Naleję wam mleczka.
Starcza z dwóch wilczyc przekroczyła próg, ale pokręciła głową. Trudno jej było powstrzymać grymas. Wciąż huczało jej w głowie po nieprzespanej nocy i rozmowie z szefową, a drobna łapka, za którą trzymała, nie przestawała drżeć, odkąd opuściły remizę.
- Przywitaj się, Korni - mruknęła, w zamian otrzymując tylko ciut mocniejszy uścisk.
- W porządku. - Gospodyni wprowadziła ich do zacienionego pokoiku. W izdebce było ubogo, ale przytulnie. Kolorowo od wielobarwnych plecionek i niezliczonych kłębków włóczki. - Rozgośćcie się.
Awita podkuliła nogi, wciskając grzbiet w chropowatą ścianę. Jej łapa stanęła na czymś ciepłym. Wyszywany obrazek; jeszcze niedokończony. Na nim jakieś sarenki. Las. Słoneczne promienie. Jedno ze zwierząt miało dopiero trzy nogi i wystającą nitkę zamiast czwartej, ale już stało swobodnie i wystawiało długie uszy prosto ku niebu.
Kiedyś była w takim lesie, ale zapamiętała go inaczej. Czy w ogóle go jeszcze pamiętała?
- Proszę mi powiedzieć, że to tylko koszmar - wyszeptała. Splotła palce i potarła nimi o siebie. - Jak się uwolnić z tej pułapki...
- ...Pułapki - powtórzył cichy głosik.
Cispesja usiadła obok szczeniaka. Przez chwilę przyglądała się, jak zwija splątany sznureczek, którym wcześniej bawił się Dunio, z powrotem w równy kłębek. Lubiła mówić, lecz tym razem milczała. Zaskrzypiały drzwi szafy pokrytej ciemną, błyszczącą okleiną. Wilczyca wyjęła niewielką ramkę. Ujęła w łapy inny kłębek.
- Proszę powiedzieć, co ja mam robić? - Awita pogładziła swoją młodą towarzyszkę po ramieniu. - Jak ją ochronić? Zrobię wszystko. - Naraz jednak opuściła łapę, czując, że ciężar głęboko w piersi wydusza jej z oczu łzy.
Stara psycholog przesuwała tępą igłę z wełną na napiętych nitkach osnowy, a po każdym rzędzie dobijała splot drewnianym grzebykiem. Barwna włóczka splatała się w ramce linia po linii.
Kornicja ścisnęła kłębek, aż na palcach zaznaczyły się kosteczki. Przelotnie spojrzała na jedną z wiszących na ścianie, gotowych prac. Igła staruszki zatrzymała się na chwilę. Potem wróciła do swojego rytmu.
- Ma wielkie łapy i ciepłe ramiona, żebyśmy już więcej nie musieli się bać.
- Żebyście już więcej nie musieli się bać - powtórzyła wadera delikatnie.
- ...Nie musieli się bać. - Tym razem głos był już tylko pustym echem. Potem została cisza. Żebra Cispesji uniosły się bezgłośnie.
Do pokoju co chwila wpadało trochę ciepłego światła, odbitego od ścian domów po drugiej stronie ulicy. Czas mijał, a zza okna dobiegały coraz liczniejsze echa rozmów, wołania i śmiechy urzędników, którzy zaczynali cieszyć się popołudniową swobodą. Było już bliżej wieczora niż południa, gdy u wejścia do pachnącej kurzem chałupki znów rozległy się kroki.
- Dzień dobry, babciu. I jak?
- Oj, Szkliwo. Jest trudno. Ciężko mi będzie jej pomóc. - Wadera ruchem łapy zaprosiła go do środka. Wsunął się do pokoiku jak cień. - Powinna zostać stąd odesłana.
Smętnie kiwnął głową.
- Spróbuję z nimi porozmawiać.
Małe, bure zwierzątko, zakopane na stosie kilimków, przeciągnęło się i zeskoczyło na ziemię. Zaczęło nadgryzać jedno z piór na ogonie gościa. Wilczyca machnęła łapą, odganiając szczura, chociaż ptak nawet tego nie spostrzegł. A może spostrzegł, ale milczał, skupiony na niewyraźnym odbiciu na powierzchni mleka, które właśnie stanęło przed jego dziobem. Na drżącej powierzchni nie dało się rozróżnić kształtów.
- Porozmawiaj, kochany, bo serce się kraje. - Cispesja przysiadła, podpierając łapę na oknie. - Ktoś mi urwał tę niteczkę, zanim zdążyłam ją złapać. Takie rzeczy trudno się naprawia.
- Rozumiem.
- Pewnie jesteś głodny? Wiesz, co wczoraj dostałam? Myślę, że by ci posmakowało.
- Dziękuję, że o mnie pomyślałaś, babciu, ale zatrzymaj to dla siebie.
- Ale tym razem to jeszcze świeże podroby z koźlęcia!
- Nie, dziękuję. Niedługo kolacja.
Dunio znowu podkradł się do jego ogona i chwycił w zęby sztywną sterówkę. Tym razem nie odpędziła go od razu. Podrapała się za uchem, patrząc, jak koniec chorągiewki pióra powoli strzępi się w pyszczku gryzonia.
- A u ciebie coś nowego?
Znieruchomiał na krótką chwilę. Pokręcił głową. Wadera podparła pysk łapą.
- Wiesz, co jest najtrudniejsze w tej pracy? Nie wiedzieć, co uszyjesz. Oglądasz oczko po oczku i myślisz, że robisz coś dobrego. Czasem rzeczywiście robisz. A czasem, gdy potem spojrzysz na to z odległości, okazuje się brzydkie. I strasznie zamotane.
Żuraw podniósł kubek. Cispesji zdawało się, że przełykał mleko z oporem, ale może to tylko złudzenie.
- I co wtedy?
Na chwilę opuściła nos, w zadumie przesuwając łapą po wardze.
- Widzisz, gniew jest silniejszy niż żal. Frustrację też łatwiej znosi się nim przetkaną.
- Na pewno tak właśnie jest - odrzekł wolniej. - A wtedy?
- Na to już każdy ma własną odpowiedź.
- Brzydkie i zamotane - powtórzył ciszej. - Dlatego sił braknie. - Przesunął kubek po ziemi, wzbudzając w resztce mleka miękkie fale. Wilczyca westchnęła, podnosząc ramkę z jakąś niedokończoną pracą.
- Braknie, czy nie braknie... Pamiętaj, że większość nigdy nie oceni twojej siły. Za to chętnie ocenią znaki, które im dajesz. - Igła znowu powiodła po robótce. Grzebień dociskał do siebie świeżo splecione nitki. Wilczyca uśmiechnęła się lekko, widząc, że gość wstaje z miejsca, ale naraz jej uśmiech zgasł. Dlaczego tak szybko wstał, odwrócił wzrok, jakby miał już więcej się nie obejrzeć? Westchnęła cicho, przechylając głowę ku swojej pracy. - Obyś miał wzrok, który sięga horyzontu, a nogi poniosą cię, dokąd zechcesz.
Zatrzymał się na chwilę. Skinął jej krótko i wyszedł.
Uniosła makatkę wyżej do światła. Robiło się ciemno. Na szczęście latarnik był niezwykle punktualnym wilkiem.
W remizie panował już gwar, a intensywne zapachy unosiły się wraz z ciepłymi podmuchami znad ogniska. Sos spływał z mięsa gęstymi kroplami i tworzył wokół aromatyczną, bursztynową kałużę. Wystarczyło się zaciągnąć, by na podniebieniu osiadł słodkawy posmak anyżu.
Stanowisko zajęte przez asystentów inspektora Ziem Zachodnich tętniło życiem.
- Zapytał, czy to w porządku, jeśli terez wypije truciznę. - Denuvelin konspiracyjnie nachylił się nad jedzeniem. - Powiedziełem, żeby nejpierw tylko spróbował.
Dźwięczny chichot basiora zmieszał się z rechotem dwa razy od niego większego kompana. Tylko siedząca obok wilczyca była cicha i nie żartowała jak zwykle.
- A ty co, niedobrze ci? - Zebkin kilkoma zrywnymi ruchami drapnął się w kark. Lwia grzywa na jego szyi, gęsta, choć trochę przerzedzona wiosennym linieniem, zatrzęsła się gibko.
- Głowa mnie boli - mruknęła Awita.
- Dej jej spokój. - Denuvelin chrząknął. - Pewnie zmęczyła się pracą.
- Jesteście obrzydliwi. Zaraz stąd pójdę.
- Ale ja miełem na myśli pracę przy tym mięsie! - Mały basior szeroko otworzył oczy i uderzył się w pierś, nieco zbyt mocno i niezdarnie, aby posądzać go o nieszczerość. Wadera zmierzyła go kątem oka.
- Chyba, że tak.
Jej wzrok padł na znajomą, skrzydlatą postać, stojącą przy wejściu. Nie jadł, nie pił i był sam. Wyraźnie na coś czekał. Na coś, lub na kogoś. Sprawa wyjaśniła się, gdy nawiązali kontakt wzrokowy.
- Dokończcie beze mnie.
- Jasne, kotku. Wróć po kolacji, dobra? - Zebkin posłał za nią głośnego całusa, gdy oddaliła się bez słowa. - A co jej się tak... E. - Splunął kościaną drzazgą. - To ten zakichaniec od Birasta, nie?
- Ta, jeden z nich. - Jego towarzysz siorbnął łyk wina.
- No to chodź, powiem mu parę słów, gdzie się kończy ich rewir - wymamrotał i już napiął mięśnie, żeby udźwignąć ociężałe ciało, ale krótka łapa Denuvelina bez trudu posadziła go z powrotem na swoim miejscu.
- Nie pajacuj, upiłeś się.
Tymczasem wilczyca i ptak zniknęli w ciemnościach korytarza.
- Już nic nie wiem - ściszyła głos, popychając drzwi. - Czuję się bezsilna.
- Cispesja twierdzi, że trzeba ją jak najszybciej stąd zabrać.
- Chciałabym to zrobić. - Przesunęła łapą po czole. - Naprawdę bardzo bym chciała.
- Rozmawiałem o tym z Ildiri.
- Z Ildiri? - Jej głos nagle stracił barwę.
- Mogę napisać list do alfy mojej watahy. Gwarantuję, że przyjmą Kornicję i zapewnią jej wszystko, co będzie trzeba. Ale samej jej nie wyślemy. Może ty mogłabyś wyruszyć tam razem z nią? - Zamarła z uszami sztywno położonymi po sobie. Ptak odetchnął powoli, cierpliwie czekając, lecz nie śpieszyła się z odpowiedzią. Pazurami postukał w podłogę. - Nie ufasz mi, prawda?
- Jestem ci wdzięczna za umówienie nas z Cispesją - oznajmiła, starannie dobierając słowa. - Ale wybacz, nie zdecyduję się na to.
- Jak ona ma żyć w miejscu, w którym będzie traktowana jak przedmiot, a na korytarzach będzie mijać się z kimś, kto zrobił jej taką krzywdę?
- Ja... mam inny pomysł. Wierzę, że masz dobre zamiary. Po prostu nie wiesz o tym wilku wszystkiego. Nie mogę narazić nas na jego gniew. Sprawa Korni jest za świeża.
- Jaki pomysł?
- Inny - odparła twardo, na nieuchwytny moment odsłaniając kły. - Muszę z kimś... Zresztą nieważne. Jeszcze raz przepraszam.
Był to jeden ze zwykłych wieczorów, jakie powszednieją, zanim jeszcze wilk zdąży się nimi zauroczyć. Krótka noc tuż po nim każdym swoim oddechem zapowiadała nadchodzące lato. Aż wreszcie trawy zamieniły cykanie na poranne brzęczenie. Wstał dzień jak każdy inny. Było to kilka dni przed nowiem, lecz dni w tamtym czasie nikomu liczyć się nie chciało. Szary ptak w bordowym płaszczu, którego widywano czasem spacerującego brzegiem rzeki, i tego dnia zupełnie zwyczajnie zjawił się w tamtym miejscu.
Usiadł na mostku i rozprostował złożoną na cztery stronę, dość mocno już pofalowaną od leżenia na mokrej ziemi. Na szczęście litery nie rozmazały się. Były wyraźne, stabilne i zapisane mocną, pewną siebie łapą.

Towarzyszu Rzeczniku,
jeśli pomyliłem się, ufając Wam bardziej niż któremukolwiek z naszych wilków, to dajcie mi tego dowód. Wtedy uwierzę.
Ableharbin

List zwieńczył prosty, krótki podpis. Żadnego „Z szacunkiem”, żadnego „Sekretarz WWN”. Po prostu „Ableharbin”.
Palce trzymające kartkę zastygły, oparte o podmurówkę metalowej poręczy; tylko jeden z nich przesunął się po krawędzi, zatrzymując tuż przed podpisem. Powoli zgięły się przy akompaniamencie stłumionego wilgocią szelestu, zamieniając białą płaszczyznę w bezkształtną bryłkę. Jak zazwyczaj, po przeczytaniu listu znalezionego nad rzeką.
Wykonywały ruchy, proste, oczywiste, wyuczone w niepamiętnych czasach najdrobniejszymi codziennymi gestami. Bez pośpiechu czy namysłu; skutecznie, metodycznie, choć nikogo nie było już w środku.

Cdn.

piątek, 31 lipca 2026

Podsumowanie lipca!

Drodzy Członkowie Najwspanialszej Watahy Świata!
Naszły mnie słuchy, że wypełnił się nam kolejny księżyc i czas na sto piąte już podsumowanie miesiąca!
Co nowego? Oczywiście to, że jesteśmy najwspanialszą watahą świata się nie zmienia, stan jest podobny  odkąd moja stara głowa pamięta, więc nie musimy niczego w tej kwestii aktualizować. Ciekawą nowością jest za to prezent, który dostaliśmy od naszego wspaniałego przewodnika po WSC, Delty: świeżutka strona z komiksami WSC, gotowa do dalszego zapełniania!

Tośmy pogadali, a teraz przejdźmy do klasycznej wisienki na naszym comiesięcznym torcie.
Pierwsze miejsce na podium tego miesiąca zajmuje Agrest, autor 2 opowiadań,
A na drugim miejscu widzimy Dalię oraz Deltę z 1 opowiadaniem.

Innymi postaciami, które lansowały się w naszych opowiadaniach, był w tym miesiącu, jak zwykle zresztą, pełen zestaw sław: Mezularia, Miodełka, Eilert, Misung, Nicpoń, Koyaanisqatsi i Szkliwo.

Przybywajcie po swoje punkty!

                                                                       Wasz samiec alfa,
                                                                             Agrest

Od Dalii -- " (Bardziej niż zwykle) Pijany na koniec miesiąca" cz. 21

Rozmowa dwóch pijaków

Osoby:
  • Misung
  • Koyaanisqatsi
  • Gertruda
  • Puchło

Miejsce akcji : Gospoda w WSJ i jej okolice
Czas akcji: piękna wiosna w WSC


Akt 1 - Pijaństwo

Scena 1 - Gospoda, Stara Gertruda kręci się za blatem, Misung siedzi przy blacie, wokół rozmowy. Za oknem deszcz.


Misung
Jeszcze jedno. Jeszcze trochę, dobra Gertrudo. Polej, polej. Nie dość mi jeszcze. Polej!

Gertruda
Jak ci następny poleje to do grobu będzie zaraz twoja kolej.
Zresztą nie ty jeden. pijesz jakby ci się miło do śmierci spieszyło.

Misung
Śmierci to mi nie żal będzie. Jeszcze jakby mnie życie jako cieszyło…
A tam nic. Serce mi pękło i teraz weń smutek wyłącznie.

Gertruda
Jakbyś tyle nie pił to może se to twoje złamane serce więcej odpocznie.
Bo nic tylko o miłości myślisz i co straciłeś. A gdzie w głowie co już masz?

Misung
Bo miłość miałem i nie mam. Straciłem, zły los mi zabrał. Jakie mi jeszcze karty dasz?!
Zły losie, chaosie ty jeden. Mącisz mi życie. Chorobo jedna!

Gertruda

Los jak życie, choroba dopókiś nie martwy. Ty istoto biedna…
Masz. Klientów mi straszysz. Zapij te smutki i zamknij ten swój smutny pysk.

Misung
Już piję… piję. Już nikogo nie straszę. Będziesz mieć swój zysk…


Scena 2 - Gospoda. Wchodzi Koyaanisqatsi, siada obok Misunga.


Koyaanisqatsi
Zapodaj najmocniejsze, co tylko jesteś w stanie, stara dobra przyjaciółko. potrzebuję zapić moje myśli w głowie.

Gertruda
Patrzcie się na niego. Przyszedł mi się przyjaźnić ze mną tutaj, co? Masz, psuj to swoje zdrowie.

Misung
Sprawy sercowe? Czy myśli po prostu za głośne?

Koyaanisqatsi
Może głośne. Może serce, może polityka. Trochę skośne.

Misung
Co cię trapi stary druhu? Nadal Kawki duch cię prześladuje?

Koyaanisqatsi
Co noc mnie atakuje.
Wspomnienia tejże słodkiej miłości. Jej córki tak podobne do niej. Tak identyczne, aż aż boli.

Misung
Niechaj ja cię trochę wyjmę z tej niedoli.
Próbowałeś sobie swoje własne maluchy zrobić, kiedy?

Koyaanisqatsi
Dzieci zrobić?! I z kim. Kogo jak w zakresie kobiet to same biedy.
Wadery aktualnie stare albo młode. Trochę niestosowne się do dzieci przymilać, nawet mnie.

Misung
Jak tak będziesz wybrzydzać to skończysz samotnie i w najgłębszym dnie.
Miodełka i Mezularia mają pióra jak ty. Nie ma co się wstydzić pytać!

Koyaanisqatsi
Nawet sama propozycja czegoś takiego to jakby się tonącej brzytwy chwytać.
Szybiciej bym się zaprzyjaźnił z tym… Eilertem całym.

Misung
Od razu do facetów, całkiem niespodziewane od ciebie. W każdym razie, trzeba być śmiałym.
Inaczej sam zostaniesz. Sam, sam jak paluszek.

Koyaanisqatsi
I miałby to naprawić jakimś tam maluszek?

Misung
Nie doceniasz mocy jaką mają dzieci. One łączą dusze na długie dekady.

Koyaanisqatsi
Bo ludzie się żenią wtedy dla zasady!
Czasem nawet nie. Nie żenią się wcale i porzucają ciężarne by zostały same. Jak paluszek…

Misung
To idą sobie na maminy garnuszek.
Co za problem jeśli ty znasz siebie i wiesz czy będzie ci dobrze. nie robisz tego komuś, robisz to dla siebie.

Koyaanisqatsi
Prędzej bym się zabił. Rozłożył skrzydła, odleciał i wylądował w niebie

Misung
Ty to raczej piekło byś szybciej odwiedził niż niebo, bądźmy szczerzy.
Ale patrz, twoja duża już nie tak smutna, tak smutnie nie leży.

Koyaanisqatsi
Jesteś nic tylko wredny dla swojego przyjaciela wiesz?

Misung
Nie wiem czego więcej ode mnie chcesz.

Misung i Koyaanisqatsi piją więcej i więcej

Scena 3 - Przed gospodą. Koyaanisqatsi i Misung idą ścieżką. Chwieją się. Puchło leży w trawie.

Koyaanisqatsi
Strasz…ne jak niewiele wiemyy n tym świecie. Utknęliśmy tutaj, bezskrzydłe anioły.

Misung
Nie martw się skrótce, my przecie sokoły!
Wnznesiemy sie w górę i dotkniemy nieba!

Koyaanisqatsi
Uważaj bo jeszcze nas Nicpoń usłyszy… Nie chce by myślał że mogłby pójść za nami.

Misung
My przecie jesteśmy wolnymi duchami.
Sami pójdziemy!

Koyaanisqatsi
Sami samutcy jak nam się należy!

Misung
Niekt w nas już nie wierzy. Nie wierzy…


Koyaanisqatsi potyka się o puchło. Misung zaraz potem także. Zapada cisza. Dwóch pijanych przyjaciół leży w trawie. Wokół noc i deszcz.


Akt 2 – Puchłoteriappia

Puchło siada na Koyaanisqatsi.


Puchło
….

Puchło
… …… …… ….. … …

Puchło
… … ……. ……. ..

Puchło



<CDN>


Prymula i Sasanka dorastają!

Prymula - nauczyciel historii

Sasanka - stróż

wtorek, 28 lipca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Witaj w domu, aniołku”, cz. 17

Było raz miejsce pełne niejednoznaczności,
w którym zarówno „tak”, jak i „nie”
znaczyło „być może”,
a „być może” zawsze równało się kłamstwu.


Było raz miejsce, w którym o przeszłości nikt nie pamiętał, teraźniejszość każdy nazywał przyszłością, a o przyszłości nikt nie potrafił powiedzieć ani słowa. Do tego miejsca przybyła raz pewna młoda istota.
Nie była sama.
Po prostu nie mogła znieść przedłużającej się ciszy. Wolała, gdy ojciec mówił. Wiedziała wtedy, o czym myśli. Odkąd zostali sami, każda chwila milczenia przesiąknięta była oczekiwaniem. Przybyli do tego pełnego wilków miejsca w jakimś celu, ale jeszcze go nie poznała. Mama już dawno wszystko by jej wyjaśniła. Przytuliłaby ją mocno, zapewniając, że niedługo znowu będą w domu i pójdą poskakać po kamieniach nad strumykiem. I moczyć kamyki, które odsłoniły się, gdy długo nie padało. Wyglądały na smutne i spragnione. Wrzucone do wody od razu nabierały bajkowych kolorów.
- Co to za drzewko? - zapytała cicho, bokiem zerkając na siedzącego obok basiora. Ten nawet nie spojrzał na rozłożyste gałęzie, które dawały im cień. Był wpatrzony w dal, w grupę wilków, która zatrzymała się przy drodze, prowadząc ożywioną rozmowę.
- Chyba śliwa.
Podniosła wzrok wysoko w górę, mrużąc oczy od słońca, które przyświecało przez gęstwinę w liści. Rozchyliła pysk.
- Tato, a zerwiesz mi tego owocka?
- Tak - odrzekł basior obojętnie. - Jeśli raczysz podejść do tamtego wilka z siwym pyskiem i sprawisz, że się do ciebie uśmiechnie. Będę obserwował.
- Czyli co mam zrobić?
- Gadaj głupoty, jak gadasz, gdy jesteśmy sami. Bądź miła. Sprawdź, co podziała.
Ildiria z całą mocą pokiwała łebkiem i już zrobiła krok naprzód, raptem jednak chude palce zacisnęły się na skórze tuż nad jej ogonem.
- Tylko bądź łaskawa - uniósł kąciki pyska, napinając wargi - rozmawiać po równo z nimi wszystkimi i udawać, że przywiał cię tam czysty przypadek.
Ta drobna misja poszła wilczycy wcale nieźle. Właściwie całkiem lubiła przebywać wśród innych wilków. Traktowała to jako miłą odskocznię od chłodu, który towarzyszył jej na co dzień. I tak mijały dni beztroskie. Gdy jednego z kolejnych dni ojciec znowu przydzielił jej podobne zadanie, wykonała je z ochotą. Wszyscy byli tacy mili.
- Cześć! Co u was?
- Cześć. A może już dobranoc? - zauważył jeden z basiorów, przesiadujących pod ścianą wielkiego, prostokątnego budynku. Jego mury w świetle zachodzącego słońca wyglądały, jakby pomalowano je czystym ogniem. Pod purpurowym niebem ścigały się ze sobą maleńkie, czarne, skrzydlate stworzonka. - Kto to do nas zawitał? Skąd tu taka młoda dzieweczka? - Ukłonił się nisko.
- To córka posłańca - odrzekł drugi, przygryzając śliwkę. Widywała go w tym miejscu niemal codziennie wieczorem, a gdy zapadał zmrok, basior kładł się spać wśród drzew, przez cały czas jednak mając na oku wejście. Był strażnikiem. - Chcesz wina? Ej, krzyknijcie dziewczynom, żeby dały jej wina!
Ildiria wyciągnęła szyję, zaglądając w ciemność, za wejście, za którym zniknął inny z towarzystwa. Zapach nie kłamał. Musiało być tam o wiele więcej niż soczyste jabłka i wino. Zdawało jej się, że słyszy też śpiewy; śmiechy. To tam znikał ojciec każdego wieczoru.
Zagadywała wilki, gdy rankiem odprowadzała go na poligon lub do urzędu. Zagadywała wilki, gdy przedpołudniami samotnie włóczyła się po ścieżkach i kopała kamyki. Zagadywała wilki, gdy o zmierzchu ojciec szedł na kolację. Kilka razy nawet wymknęła się z domu, by nocą czekać na niego pod wyjściem z remizy. Miała nadzieję, że to da mu radość, bo wypytywał o każdego jej nowego znajomego z wyjątkowym zaciekawieniem. Jednak liście opadły z drzew, a on coraz częściej przestawał słuchać w połowie jej zeznania, zaciskał zęby i rzucał mrukliwe komentarze o tym, że powinien być z nim któryś z jej braci, najlepiej w ogóle zamiast niej.
Aż pewnego dnia tak się stało, że gdy pod wieczór wyszedł z urzędu, z uśmiechem na pysku oświadczył, że znalazł jej pracę. A tak głośny był to uśmiech, że jej serce ścisnęło się jak potrącony pszczelim skrzydłem listek mimozy.
- Awi, potrząśniesz tą gałązką, żeby poleciały z niej płatki?
Ildiri wzdrygnęła się rzucając szybkie spojrzenie najpierw swojej przyjaciółce, a potem małej Kornicji, przednimi łapkami opierającej się o pień czereśni. Żadna z nich nie nie podłapała tego gestu, i dobrze. Rozmowa zepsułaby urok tej chwili. Już prawie udało jej się zdrzemnąć.
Cień przepłynął po jej pysku. Usłyszała szelest, który od razu zmieszał się ze słodkim, szczenięcym śmiechem. Kilka delikatnych, białych drobin otarło się o jej nos w drodze na ziemię.
- Patrz! - Kornicja stała przed nią, trzymając na wierzchu łapki jedną z nich. - Ten jest inny od pozostałych.
Rzeczywiście, płatek miał brązową plamkę. Wilczyca z lekkim uśmiechem przewróciła oczami.
- Pewnie grzyb. - Zacisnęła powieki, ściskając łapą przeciwległe ramię. Otaczające ją głosy rozpłynęły się gdzieś w powietrzu.
Przysnęła chyba.
- Kim jest ta wilczyca, która szwenda się z tobą po wiosce? -  Tłusty urzędnik ścisnął podsunięty mu list, przyozdobiony wojskową pieczęcią. - Ildiria, zdaje się. Przybyliście razem? To twoja partnerka?
- Nie, żadna partnerka. - Nakideron wzruszył ramionami. - Ale tak, Przybyła ze mną.
- Tak właśnie myślałem. Mało kto tutaj ma jakieś zobowiązania. A nawet jeśli, szybko się ich pozbywa. Ta dziewczyna jest całkiem miła. Tylko co tu robi?
- Pasożytuje - mruknął bez zastanowienia. - Choć z natury swej jest bardzo pracowita. Po prostu nie ma okazji, żeby się tu wykazać. A ja pracuję za nas oboje.
- A ty kim jesteś, że tak się nią opiekujesz?
Chudy wilk przełknął ślinę.
- Powiedzmy, że została mi w spadku po partnerce. A ja jestem... wilk poczciwy, który troszczy się o każde życie, nawet to małe, słabiutkie i nieprzydatne.
Basior przetoczył się na drugą stronę korytarza. Z suchym stęknięciem uwiesił się na klamce, by otworzyć drzwi do jednego z gabinetów.
- No, no... Więc mówisz, że szuka pracy.
- Może szukać - mruknął. - Każdy może szukać. Komu z nas nie przydałoby się coś lepszego?
Wilk zaśmiał się, aż worki tłuszczu pod jego szyją zadrżały wdzięcznie.
- Ja ze swojej jestem bardzo zadowolony. A ty nie? - Zatrzymał wzrok na rozmówcy, w zadumie pociągając nosem. - No, no, kto wie, może dobrze trafiłeś.
Od szczenięcego śmiechu nie dało się uciec.
Zwłaszcza, gdy Kornicja skoczyła jej prosto w ramiona, by zdmuchnąć jej z czoła te białe wiórki. Ildiri uśmiechnęła się leniwie, oplatając malutką wilczycę ramionami. Ziewnęła, licząc na chwilę spokoju. Trawa była tak miękka. Słońce grzało tak przyjemnie...
Ildiria przesunęła się po zakurzonej podłodze i wdrapała na materac. 
- Ale wiesz? - Zardzewiałe sprężyny zabrzęczały w półmroku, a do jej nozdrzy napłynął silny zapach koziej skóry. - Jakby mnie tu nie było, to bym cię nie poznała!
- Oj, dziewuszko, znalazłabyś sobie młodego, przystojnego basiora. Co ja ci mogę dać?
- Ważne, że jesteś. A w ogóle, to ty jeszcze wcale nie jesteś stary - oświadczyła, wtulając głowę w sierść na jego piersi. Birast tylko pogładził ją łapą. Bez okularów celował na ślepo, więc nie gniewała się, że przypadkowo pacnął ją w czoło.
Wietrzyk poruszył gałęziami i strącił jej na pysk jeszcze kilka miękkich płatków. Fuknęła, by je strząsnąć. Pod przymkniętymi powiekami pociemniało. Czyja postać zasłoniła jej słońce?
Ach, niczyja. Ono tylko zaszło za chmury.
Tak to bywa, że słońce nawet w dzień najpiękniejszy czasem zachodzi za chmury.
- Hej! - Głos rozbrzmiał w ciemności. - Ty jesteś córką tego nowego ciula z ochrony? - Czyjeś łapy przygniotły ją do ściany, zanim wzięła wdech, by odpowiedzieć. - Mam sprawę.
- Co chcesz? - Szarpnęła, kątem oka spoglądając w głąb pustego korytarza. Jeszcze kilka skoków i dopadłaby drzwi. Nie zdążyła.
Świat zadrżał, ściany się przekrzywiły. Skóra na policzku zapiekła. Wilczyca przycisnęła łapę do pyska.
- To żebyś lepiej zapamiętała - warknął. Jego śmierdzący zepsutym mięsem oddech poruszył sierść na jej uchu. - Przekaż mu, że żaden kwas nie znikł. Jeden gnój przypadkowo zniszczył dwie paczki.
Otworzyła oczy. Wiatr niósł po równinie tylko woń kwiatów śliwy. A ona drzemała pod śliwą, w cieple i miękkości traw.
- Dziewczyny! Kolację trzeba szykować! - Skrzekliwy głos Fijki podniósł na nogi cała grupę wylegującą się w cieniu drzew. Kornicja wyswobodziła się z uścisku. Wilczyce stłoczyły się przed wejściem i już po chwili ułożonym szykiem zaczęły znikać w cieniu korytarza.
Pamiętała czasy, gdy ten głos nie był jeszcze tak zachrypły i gdy co kilka słów nie przerywały go ciężkie oddechy.
- Ildiri! A ta to na co tu czeka? Urzędnicy ci się skończyli?
Ildiria podniosła głowę, ale nie zdobyła się na oderwanie grzbietu od ściany.
- Spać mi się chce. Jest środek nocy.
- Wyśpisz się rano, a teraz do pracy! Mam ten bajzel sama ogarniać? Żreć to pierwsza, a potem od razu nogi za pas. Już mam na ciebie oko... - Wadera zaczęła gwałtownie przeczesywać jej sierść łapami. Gęsta kryza układała się w zbite kosmyki. - Natychmiast wyczesz z siebie te kłaki. Dostałaś od pana inspektora taki piękny prezent, bogaty, i co? Ochędoż się i biegiem na salę.
- Jaki prezent? - Ildiria zamrugała, licząc, że dzięki temu opuchlizna zejdzie z powiek, choć na to się nie zapowiadało. - Ale ja nic nie dostałam.
- Jak to, jaki? - Fijka już brała głęboki wdech, gdy nagle zacięła się jak zepsuta zabawka. Tylko wykrzywiła wargi. - To pewnie jakaś inna dziewczyna wzięła. No, już, na salę! Pazurami sobie wyczesz te kłaki!
- Jaki prezent!? - Młoda wilczyca zerwała się z miejsca. - Od Birasta? Dlaczego ja o niczym nie wiem?
- Jakiś taki grzebień z kamykami przyniósł, wracając z wyprawy. Brzydki. Ale wzięłam go i widać, ktoś był szybszy niż ty. Trzeba było pracować, a nie szwendać się gdzie popadnie!
- Czego na nią krzyczysz? - Ktoś szedł ścieżką od strony lasu. To strażnik wrócił z jednej ze swoich wieczornych wycieczek nad rzekę. Wciąż pachniał wodorostami. Ponoć ryby najlepiej brały o zmierzchu. - Po to ma takie ładne oczy, żeby płakała?
- Niech się weźmie do roboty, zamiast udawać. - warknęła Fijka. - Ty też!
Były kiedyś czasy, gdy ten głos nie był jeszcze tak zachrypły. I gdy co kilka słów... nie przerywały go ciężkie oddechy. Teraz jednak było inaczej. A tak naprawdę zupełnie nic się nie zmieniło.
Kornicja przytuliła się do boku Awi. Mrok ogarnął ją na moment przed tym, jak uderzył w nich przeciąg z głębi remizy. Echo kroków niosło się po ścianach, a puszyste ogony gdzieś z przodu kiwały się do jego rytmu. Wilczyce jedna po drugiej skręcały za potężne, drewniane drzwi. Tego wieczora trzeba było uważać, żeby sierść nie przeszła octem. Nikt nie chciał iść na kuchnię, a potem tłumaczyć się z tego zapachu przed Fijką. Ale kolację ktoś przygotować musiał.
- Korni! - Ildiri zrównała kroku z młodszą i starszą wilczycą. - Pomożesz mi przygotować kolację. Ja będę trzymała mięso nad ogniem, a ty zmieszasz sos i polejesz. Chcesz być tu przydatna i jeść razem z nami?
- Tak! - Wilczątko podskoczyło na dwóch łapkach.
- To musisz się uczyć ważnych rzeczy.
Zatrzymały się przed wejściem na zaplecze. Każdy rozchodził się do swoich obowiązków. Płomień już buchał pod oknem i mimo przeciągu zadymił całe pomieszczenie. W pokojach za zasłonkami było jeszcze pusto.
Zupełnie tak samo, jak wtedy. Tamtego wieczora, choć równie dobrze mógł być to tylko jeden z wielu podobnych wieczorów, które zapadły jej w pamięć.
- Nie będę dłużej tak żyć. - Spięła się, czując, że kolacja podchodzi jej do gardła. Nienawidziła, gdy milczał. Byleby tylko zabić ciszę, sama zaczynała wtedy mówić. A w głowie nie miała niczego ponad to, czego nie mogła wykrzyczeć mu prosto w pysk, nawet jeśli bardzo chciała. Och, naprawdę chciała o wiele więcej.
Odkąd po raz pierwszy zobaczyła, jak jedna ze starszych współpracowniczek wraca ze szpitala, w uszach dzwoniło jej milczenie, które słyszała w odpowiedzi na wszystkie pytania.
Tak nauczyła się wybierać właściwe pory na spotkania. Siemisz miał mało czasu przed kolacją, zajęty przygotowaniami swojego kącika. Birast cierpiał wieczorami, ledwie włożył coś do pyska. Fakult musiał wychodzić szybko, bo nocą zaczynał wartę na obrzeżach wioski. Robiła co mogła, by nie niepokoić ojca. Ale czasem przychodziły wieczory bez drogi ucieczki.
Nie chciała bólu. Nie chciała choroby. Nie chciała być karmiona proszkiem do utraty przytomności. Nie chciała chodzić po kątach i płakać, jak one potem płakały.
- Coś waćpannie nie odpowiada? Wiesz, jak żyła twoja matka? Twoja matka żyła tak samo i dzięki temu się poznaliśmy. Dzięki temu mamy teraz to wszystko.
- My mamy? Ja nic nie mam. Nic nie mam! - powtórzyła dobitniej. - To ty przez cały czas wspinałeś się po cudzych grzbietach!
- Co za barwna historia! Tęskno waśćce za dziczą, której waśćka nigdy nie poznała. Masz ochotę na samotną wyprawę? Ostatni płot wioski stoi tam sobie i skrzypi na wietrze. Jeśli tak cię ciągnie jego wołanie, idź. Zobaczysz, że krok za nim wszystko to się skończy. Myślisz, że jesteś Ildiri, moją córką, znaną i lubianą. Wyjdź stąd, a przekonasz się, że tylko to wypożyczyłaś. - Basior zbliżył się, obejmując ją łapą. - Wiesz już, dokąd pójdziesz? Czy będziesz włóczyć się od watahy do watahy i wszędzie słyszeć to samo pytanie: „A ty to kto”? Chcesz przekonać się, jak to jest, prosić o łaskę obcych?
- Jestem Ildiria... nie żadna Ildiri. - Skuliła się w odpowiedzi na ciepło, którego tak łaknęło jej serce, a które cała reszta usilnie próbowała od siebie odepchnąć.
- Pamiętaj o swoich braciach, Ildi - szepnął jej do ucha.
Czas w remizie mijał powoli. Tak się działo, że każdego dnia działo się wiele, ale ciągle to samo. Odkąd pamiętała, te same rozmowy. Te same ruchy. Ten sam czarodziejski zmierzch malował się na frontowej ścianie. Tylko płacz bezsilności z czasem coraz cichszy, krótszy, ostatecznie został zastąpiony niemą, wilgotną powłoką. I ta powoli zasychała na dobre.
- Wyciągnij mnie stąd jakoś, proszę... - Gdy wciskała czoło w grzbiet nadgarstka, szum w głowie przycichał. Niewiele pamiętała z tamtego wieczoru. Tylko tyle, że za oknem coś stukało o parapet, a Birast przejął jej łapę, by ucałować ją delikatnie.
- Ja tu już pewnie nie popracuję długo. Lato i zimę, może dwie. Męczy mnie to wszystko. A potem wyruszymy do mojej watahy. Co ty na to?
- Dobrze - szepnęła, mimo że ściśnięte gardło prosiło o krzyk. Prosiło, żądało, tym mocniej, im wyrazistszy obraz ojca stawał jej przed oczami. Widziała, jak unosi brew i wolno kręci głową. Przy każdym westchnieniu miała wrażenie, że jej nos drażni zapach soli i wina, w których tonęły kolacje, które jadała ramię w ramię z jego zajadłymi wrogami.
Ten sam deszcz siąpił wiosną i ziemia pachniała po nim tak samo. I mięso, i wino nie traciły aromatu. I ona nic się nie zmieniła. Wciąż tylko witała lub żegnała. I zaprawdę, czasem wolała żegnać.
W praktycznym ujęciu Kornicje były dwie. Jedna stonowana, grzeczna i nieco nieśmiała. Druga budziła się, gdy w pobliżu pojawiała się Awi, z nią bowiem mała istotka najszybciej znalazła wspólny język. Tej wszędzie było pełno; wesoła, skoczna, zaglądała we wszystkie kąty. Choć jej śmiech nie był donośny, budziła uśmiechy starszych wilczyc etykietalnym dyganiem na powitanie i słodkim kręceniem główką, gdy próbowała coś zrozumieć. Wychwyciwszy ten zabawny zwyczaj, niektóre zaczęły raczyć ją niejednoznacznymi, choć często dość prostackimi żartami, których nie miała jeszcze prawa rozumieć.
- Dlaczego pan przewodniczący siedzi smutny i nie je kolacji? - zawołała swoim tęgim głosem Stelkia, wadera, która ledwie mieściła się w kąciku socjalnym i to bynajmniej nie dlatego, że była gruba.
- Bo dziś nie dostał! - odpowiedziała któraś i wszystkie razem wybuchły śmiechem.
- Dobrze, już wystarczy tego dobrego. - Awi wzięła za małą łapkę. - Chodźmy, musisz się wyspać, a one niech gdakają.
- Mogę spać z tobą?
- Pewnie, kochanie. Ale przyjdę do ciebie trochę później.
I podreptały przez korytarz, i rozpłynęły się w słodkiej woni lawendy, w tajemniczych szelestach, w westchnieniach.
Ildiri wstała i przeciągnęła się, by podążyć ich śladem.
Nawet nie zauważyła, jak już późno. O tej porze zazwyczaj przyłaził jaszczur. Tym razem znowu miał to być kto inny. Ciężko jej było w piersi i szyja jakoś sztywniała. Prawie już zdołała zapomnieć to uczucie. A może zdołałaby namówić Birasta na czysto przyjacielskie spotkanie? Tak dawno nie mieli okazji porozmawiać na osobności. Przecież choć raz mogliby po prostu pobyć razem. Zgodziłby się to dla niej zrobić.
„Ostatnio przesiąkłaś zapachem piór i piasku”, zadźwięczało jej w głowie. „Wybacz, Ildiri. Po prostu nie mogę się rozluźnić, gdy czuję to samo, co codziennie w pracy”. Zwarła palce w ciasnym uścisku. Rozumiała go. Chociaż oboje wiedzieli, że to nie jej wina.
Największe boleści chwytały go właśnie po kolacji. Wzięłaby go do pokoju, zasłoniła kocem dziurkę od klucza. Mogłaby pomasować mu brzuch. Może nie chciałby niczego więcej.
Był wyjątkiem wśród tych świń. Za to właśnie go kochała.
Od lat ciągle to samo. Z urzędu też nie wywietrzał chłód i zapach stęchlizny był równie silny. Jak wtedy. Gdy jeszcze miewała potrzebę, aby się tam pojawiać.
- No, no... Nie spodziewałem się takiego gościa. - Grubas usiadł w rozkroku, opierając się o ścianę. Między jego łapami leżała sterta papierów. Jakie to znamienne.
- Przyszłam w sprawie osobistej.
- No, tak, tak, nawet spodziewam się, w jakiej. Znam twojego ojca. 
- Wiem.
- To ja załatwiłem mu tę fuchę. Nie powiem, dobrze nam się współpracuje. - Podetknął sobie pod pysk jeden z palców i pociągnął nosem.
- Wiem, słyszałam.
- Wyjątkowo obrzydliwy wilk, a ma tak przeuroczą córkę. Co by tu z nim zrobić... - wymamrotał na głębokim wydechu. - Bo, jak mniemam, w końcu zebrał się na odwagę, żeby prosić mnie o więcej. Posadka pomocnika w ochronie mu nie wystarczy? Na co ostrzy sobie ząbki?
- Ja... nie chciałam o niego prosić. Jest taki jeden wilk. Inny.
- No, wysłówże się, dziecko.
- Nazywa się Trelik. On jest jeszcze młody, ale też chciałby pójść do ochrony. A w ochronie wszyscy mówią, że marnuje się, przerzucając papiery w sekretariacie u Żamichy.
- No, no, i ty byś mu, biedulko, chciała pomóc? - Spojrzał na nią pobłażliwie. Westchnął i wzruszył ramionami, łaskawie skinąwszy głową.
Wilczyca pochyliła się. Nie była pewna, czy to już, ale wiedziała, że weszła do tego gabinetu, by działać. Delikatnie wzięła w łapy kilka plików dokumentów i zaczęła odkładać je na bok, jeden po drugim. Najpierw powoli, potem nieco niecierpliwie, szybciej, aby ukryć drżenie łap.
Basior mierzył ją uważnym wzrokiem.
I tak to było.
Było raz miejsce pełne niejednoznaczności, w którym zarówno „tak”, jak i „nie” znaczyło „być może”, a „być może” zawsze równało się kłamstwu. Gdzie chmury ścinało się kosą, a zboże deptało.
W miejscu tym żyło pewne przeźroczyste stworzenie. Choć czasem bywało też poza jego granicami.
Na łące rozległ się terkot drewnianych kół.
- Ja idę od razu do remizy. - Kirłan wyprężył się i ziewnął głęboko. - Gramy dzisiaj?
- Nie mam siły. Przepraszam.
- Zatem jutro. Odpoczywaj! Omal nie zapomniałem, że masz tu pracę.
Chmury błękitniały pod wieczór. Wiatr gonił po drodze suchy liść. Tylko z poligonu dobiegały krzyki jakiejś musztry, a na ścieżce do remizy panował odległy gwar.
Chatka asystentów stała pusta i kusiła swoim spokojem, a siennik w izdebce na piętrze pewnie zdążył już rozsypać się po całej podłodze. Głód okazał się jednak silniejszy.
Tego dnia ptak nie zbliżał się do stałego miejsca asystentów wschodnich. Przystanął przy pierwszej lepszej tacy ze strawą, przy której nie kłębiły się już wilki. Orzeźwiająca woń świeżej bazylii konkurowała z ostrym zapachem alkoholu. Mięso rozgrzewało podniebienie. Po języku przepłynęła słona fala, która w miarę jedzenia ustępowała wrażeniu słodyczy. Danie musiało być mocno doprawione.
Coś ukłuło go w dziobie. Splunął na ziemię. W sosie, którym polano mięso, pływała jakaś struktura. Zmarszczył brwi. Kształt przypominał kiść maleńkich fasolek z zakrzywionymi szypułkami... Nie. To palce. W język zadrapał go cienki pazurek.
Podniósł najbliższy kubek z niedopitym winem i duszkiem wlał jego zawartość do gardła.
Od strony ogniska dobiegły jakieś krzyki. Ktoś komuś dał w mordę i kłótnia zginęła w dudnieniu metalowych bębnów. Szkliwo wycofał się do przejścia na korytarz. Nie dojrzał ani Rasza, ani inspektora; o tej porze byli już po kolacji.
Pod ścianą omal nie wdepnął w żółtą kałużę, którą zostawił po sobie jakiś uczestnik uczty. Krople były rozbryzgane na ścianie, a na podłodze jeszcze było widać mokre ślady łap. Ptak ominął pozostałość słabego pęcherza szerokim łukiem. Nieprzyjemny, gryzący zapach przebijał się nawet przez aromat zamorskich przypraw.
Lawenda pachnie wszak o wiele milej. A w blasku zawieszonej w kącie pochodni noc jest spokojniejsza niż na głośnej hali przy wielkim ognisku.
- Och. Wróciłeś - zauważyła wilczyca, siadając w wejściu na zaplecze i krzyżując ramiona. Fakt ten wzbudzał w niej mieszane uczucia. Z jednej strony miała już dosyć jego dumnej sylwetki i frajerskiego gadania o zbawieniu świata przez udawanie, że się nie istnieje. Z drugiej, nadal był najbardziej przystępną opcją na bezpieczne spędzenie nocy bez towarzystwa pijanych basiorów i ciągłego nadzoru Fijki.
- Ildiri, wszystko przemyślałem. Przepraszam cię.
- Co przemyślałeś? - Takiego powitania się nie spodziewała. Co nie znaczy, że zapomniała ich ostatnie spotkanie!
- Jeśli naprawdę uważasz, że nie ma lepszego wyjścia... to ja pomogę w jakikolwiek sposób. Wiesz, możemy udać, że...
- Tak? - Uniosła brwi, a całe jej ciało poruszyło się lekko. Łapy drgnęły, jakby chciała je rozpleść. To jednak ostatecznie to nie nastąpiło. - No to świetnie. Serio, świetnie. Jestem, jak to się mówiło? W zobowiązaniu.
Kątem oka zerknął na swój płaszcz. Otrzepał go z jednej strony, z drugiej. W drodze nadrzecznym traktem cały spłowiał od kurzu.
- Tylko niestety trochę się spóźniłeś. - Zamarł ze skrzydłem na kołnierzu. Wilczyca ominęła go, zatrzymując się na chwilę przy jakiejś koleżance wylegującej się na poduszkach, przy dzbanku pełnym suszków.
- Gdzie Korni?
- A tam, gdzie słyszysz. - Ta machnęła głową; można by uznać, że lekceważąco, ale jakoś nazbyt gwałtownie. Dopiero teraz Ildiri rzeczywiście usłyszała przyciszoną rozmowę; nie, tylko jeden, stłumiony ciężkimi zasłonami głos wilczycy. Zatrzymała się przy kotarze. Co dalej? Tego nie przemyślała.
- Ja... nie wszystko powiedziałam - wydukała, nie odwracając pyska. - Pamiętasz, jak wspominałam ci o ojcu? - Zabębniła palcami w drewniany słup. - A właściwie powiedziałam. Nie moja wina, że nie słuchałeś. Chodź - mruknęła i pierwsza wsunęła się do środka.
Spokojny głos należał do Awity. Siedziała pochylona nad istotką, która wydawała się dziś jeszcze mniejsza niż zwykle. Mruczała jej cichą piosenkę. 
- Korni.
Dostrzegając przybyszów, szczenię otworzyło pyszczek, ale nie wydostały się z niego żadne słowa. Zastygło, a jego oczy napełniły się łzami.
Nagły wybuch płaczu szybko przeobraził się w pisk. Ciężkie krople zaczęły kapać na ziemię. Łapki dygotały, a oddech urywał się i cichł na krótkie chwile dopiero, gdy straciła siłę, by łkać. Awita przygarnęła ją do piersi.
- Wyjdźcie - syknęła. - Ildiri, spieprzaj stąd.
Słysząc dźwięk jej głosu, ucichła. Co chwilę tylko wciągała powietrze, poddając się niepohamowanym wstrząsom. Sięgnęła puszystej kryzy wilczycy i zaczęła przesuwać po niej palcami.
- No, Korni, powiedz jeszcze raz - rozkazała Ildiri, nie dbając o piorunujący wzrok koleżanki.
- Złapał mnie za szyję - wychrypiała mała wilczyca. - Nie mogłam się ruszyć, bolało, a on darł się „Patrz mi w oczy!” i trzymał...
- Ćśśś. - Opiekunka zacisnęła powieki, kładąc głowę na jej głowie.
- I tylko szczerzył zęby, jak prosiłam, żeby przestał...
- Cicho, cicho. Już dosyć.
- ...Już dosyć. - Powtórzyła Kornicja, ciągnąc i puszczając ten sam kosmyk sierści w kółko. Mechanicznie, bez świadomości. Awita delikatnie przykryła jej łapę swoją. Szczenię znieruchomiało. Dopiero po chwili wróciło do powtarzania tego samego ruchu.
- Słyszeliście, co powiedziałam? - warknęła wadera, rzucając im spojrzenie z ukosa. - Zostawcie nas.
- Poczekaj - szepnął Szkliwo. - Znacie Cispesję?
Siedząca obok niego wilczyca w milczeniu przechyliła głowę.
- Nie wiem. Kto to? - Oczy Awity podniosły się spod zmarszczonych brwi.
- ...Kto to? - Szept Kornicji zabrzmiał niczym odległe echo.
- Starsza wadera. Była tu kiedyś psychologiem.
- A, ja znam. - Ildiri wyprostowała się, najwyraźniej grzebiąc w pamięci. - Przychodzi co jakiś czas po mleko.
- Może powinna z nią porozmawiać?
- Psycholodzy to gnidy. Nie umieją pomagać, oni tylko robią idiotów z nowych urzędników.
- Nie Cispesja. Jeśli nie pomoże, to przynajmniej zajmie jej myśli. Kornicja potrzebuje opieki, nie Fijki, która dba o nią tylko na tyle, by móc jej używać.
- No nie wiem - mruknęła druga wilczyca, powoli wdychając i wydychając powietrze przez czuprynę siedzącego w jej ramionach szczeniaka. - A załatwisz nam to? Ja... się jakoś odwdzięczę.
- Załatwię. To raczej nie kłopot.
- ...Się jakoś odwdzięczę - wyszeptało szczenię, wpatrując się w pustkę.
- Co się miało stać, to się stało. - Ildiri swoim zwykłym, wyniosłym spojrzeniem zmierzyła swojego towarzysza od stóp do głów, chyba już tylko z przyzwyczajenia.
- Ty się nie odzywaj. - Awita mocniej ścisnęła drobne ciało w swoich objęciach. - Już nigdy więcej.
W środku nocy po wsi hulał wiatr. Rozwiewał opadłe z krzewów kwiaty; wyściełał nimi piaskowe ścieżki. Świstał w pęknięciach między cegłami i huczał w pustych oknach.
Pukał o ościeżnicę gałęziami starej czeremchy. Ginęły w nim szepty i westchnienia, rozmywało się chrapanie urzędników w ich chatkach. Trzasnął drzwiami w biurze ochrony i zagłuszył kroki na stromych schodach. Psotnie rozwiał kartki wyciągane z szuflady i potrząsnął płomieniem pochodni, która miała rzucić nowe światło na wszystko, co w ostatnich dniach działo się w urzędzie i tuż obok niego.
Noc była podobna do każdej innej, gdy ostatni goście remizy zdążyli już wrócić do domów i ulica pustoszała. Wtedy z ciemności wyłoniły się już tylko dwie sylwetki: ptasia i wilcza.
- Czego?
Uschnięte kwiaty chrzęściły pod nogami.
- Pięknie jest patrzeć na spaloną gałązkę. Tak jak na drzewo bezbronne w obliczu pożaru. - Ślepia widma iskrzyły w mroku jak dogasający żar. Jego oddech osiadał rozmówcy na kołnierzu. Popędzał, lecz nie otrzymał odpowiedzi. - Zostało ci jeszcze coś, czego nie sprzedałeś? Chętnie zobaczę, jak wypuszczasz to ze szponów, żeby sięgnąć po zapłatę. Już wiesz, że przyjdzie ci przegrać. Ale graj, graj. W końcu już po nic więcej nie żyjesz. Graj ze świadomością, że przedłużasz swoją agonię. Graj, wiedząc, że niezależnie od wygranej sumy, zostawisz ją na skraju najbliższej przepaści.
Chrzęst ucichł. Na ścieżce stała już tylko jedna sylwetka; nieruchomo, przez długi czas.
A potem wiatr ustał. Poranek przyniósł woń świeżych ziół i traw oraz przymarzniętej ziemi, którą szybko rozgrzewało wschodzące słońce. Kiedyś w każdym domu tak pachniał spokój i nadzieja. W Najwyższej Izbie... nazywano to raczej zapachem wspomnień.
- Szkliwo? - Inspektor wyprostował grzbiet, aż do momentu, w którym zderzył się ze ścianą. - A ty nie miałeś być na południu?
- Przecież byłem. - Ptak doczłapał się do wolnego miejsca pod ścianą, wśród papierów. - Już wróciliśmy.
Birast nie odpowiedział; wychylił się, szukając czegoś na stojącej obok komodzie. Ostatecznie nie znalazłszy, przesunął w palcach wiszące na swojej szyi kółko. Wreszcie kaszlnął znacząco, przekładając świeżo spisane rozporządzenie sprzed swoich łap na bok, w kierunku asystenta.
- Halo, nie opowiesz nam jak było? - Donośny głos Rasza nadleciał zza drzwi. - Specjalnie rano nie pytałem, żebyś nie musiał mówić dwa razy!
- W porządku.
Skrzydlaty przejął od przełożonego dokument gotowy do zarejestrowania i udał się do ich gabinetu.
- A co ty taki cichy? - szepnął wilk, gdy usiedli, każdy nad swoim zajęciem. Przyjaźnie zamachał ogonem. Z jednej strony wszystko było jak co dzień. Przez ostatnie trzy dni dziwnie było mu być jedynym asystentem. Budzić się i zasypiać w pustej chatce, od śniadania do kolacji siedzieć z inspektorem sam na sam. Odkąd wrócił Szkliwo, wszystko miało być po staremu. A jednak coś było inaczej. - Nie wyspałeś się?
- Nie pierwszy raz.
- No w sumie. - Wzruszył ramionami. - Ależ ty jesteś nudziarz - stwierdził, choć uśmiechał się przy tym szelmowsko.
Drobny deszczyk kapał na dach chatki za krzewem czeremchy. Cispesja wsłuchiwała się w niego, siedząc przy oknie, zgarbiona i pochłonięta robótką. Kolejna makatka wyłaniała się z plątaniny barwnych nici. Dunio uwił sobie iście królewskie łoże z kilku innych i urzędował na nich, polerując paluszkami swoje lśniące wibrysy.
Spośród monotonnego stukania kropel o dachówki, wyłoniło się stukanie pazurów na klepisku.
- Szkliwo, co za miła niespodzianka! - Chyba nikt inny w całym NIKL-u nigdy nie ucieszył się tak na jego widok. - Wiedziałam, że do mnie wrócisz. Zobacz, co dla ciebie uszyłam. To ptak-anioł. Taki sam, jak ty. - Stara wilczyca łapą namacała leżące obok siebie, już skończone dzieło.
- Dzię... dziękuję.
Makatka była dość spokojna, dominowała na niej zieleń drzew i złoto słonecznych promieni. Dziwne stworzenie, rzeczywiście mogące nosić miano zarówno ptaka, jak i świetlistego stworzenia pozaziemskiego, stało nad brzegiem rzeki, wpatrzone w jej lśniący nurt. Tuż obok, w cieniu jego skrzydeł, stały... dwie małe istotki. Szczenięta?
- Mam nadzieję, że ci się podoba. Dawno nie szyłam. W zimę szybko robiło się ciemno i oczy strasznie mi się męczyły.
- Tak. Bardzo - stwierdził cicho, choć nie uśmiechał się i wcale na nią nie patrzył.
- Chyba cię zaskoczyłam.
Wreszcie się mu udało, choć z lekkim opóźnieniem.
- Dziękuję, babciu. - Zamrugał. - Jest piękna. Bardzo chciałbym lepiej okazać, co czuję. Ale, wybacz mi, bo przyszedłem ze smutną sprawą.
Jak wstała, tak usiadła z powrotem. Jej ogon przestał się poruszać.
- Mówże zaraz.
- W remizie jest młoda wilczyca. Jeden basior zrobił jej straszną krzywdę.
- Och...
- Czy babcia mogłaby z nią porozmawiać? Jako psycholog?
- Och, Szkliwo. Oczywiście, przyprowadź ją do mnie. Jak najszybciej. - Choć jej beztroska energia wyparowała, w słowach wciąć było czuć przekonanie. Można było tylko przypuszczać, ile stara wilczyca wie o podobnych przypadkach.
- Dziękuję.
Za ptasim grzbietem rozległo się stukanie drutów do robótki, które wznowiła, nim jeszcze zszedł ze schodka. Szczur zwinął się w kłębek na miękkiej włóczce.
W tym samym czasie, przesiadujące pod drzewami wadery prowadziły ożywioną dyskusję o wszystkim i o niczym. Do grupy przysiadły się dwie kolejne, które właśnie wróciły znad rzeki, na grzbietach susząc jakieś świeżo wyprane szmatki. Delikatne krople lecące z nieba nie przedostawały się przez baldachim śliwowych liści. Było jeszcze trochę czasu, zanim dzień schowa się za lasem, a Fijka wyjrzy ze swej jamy, donośnie zaklaszcze i chrypliwym głosem zwoła wszystkie wilczyce do pomocy przy kolacji.
- A co to? - Między nie giętkim krokiem wsunął się basior. Przy każdym podmuchu wiatru apaszka jak szalona powiewała na jego karku. - Ja nie jestem jeszcze gotowy na koniec świata! Bóstwa, czy anioły? Nieważne, proszę wracać do siebie, na chmurki, bo przyprawiacie uczciwe wilki o palpitacje! - Wśród zgromadzenia rozbrzmiała salwa śmiechu. - No co? Ja czytałem te wszystkie mądre księgi. Wiem, że taki ruch istot pozaziemskich na zwykłej, szaroburej ulicy, ma prawo odbyć się najwcześniej pod koniec świata!
- Oj, Halast, Halast! - Stelkia musiała się pochylić, żeby zalotnie musnąć nosem jego nos. Bujnęła przy tym swoją kształtną miednicą. - A ty znasz jakieś pozaziemskie sztuczki?
- Nawet niejedną, proszę ja ciebie! - Wypiął pierś jak żołnierz na porannym apelu, być może, ale tylko być może, aby choć czubkami uszu dosięgnąć do jej głowy. - Ale moje sztuczki mają moc tylko w ciemności i tylko wybrańcy mogą je zobaczyć... albo wybranki. Kogo by tu dziś wybrać?
- A co ty sobie myślisz? - Wzięła się pod boki. - Ja nie jestem pierwszą lepszą dziwką! Nasze usługi to luksus! Co nie, laski?
- Tak jest!
- Jak szukasz takich, co już im się od machania jęzorami kręgosłupy pokrzywiły, to w drugą stronę!
- Tak, ich nora jest za rozdrożem, w centrum wsi!
- U nas to se jeszcze trzeba zasłużyć! - I znowu wszystkie wybuchły śmiechem.
Basior zawtórował im leniwie. Myślami był już gdzie indziej. Potoczył wzrokiem po ścieżce, planując zaszyć się na zapleczu dziewcząt i uszczknąć coś smacznego, zanim wszystko zostanie wyniesione do sali. Oto jednak wzrok jego napotkał idącego ścieżką jegomościa. Dwunożna postać zwolniła, nie pozostawiając złudzeń, że skrzyżowanie ich spojrzeń mogło być dziełem przypadku.
- Ale... - Zwrócił ku rozmówczyniom jedno ucho. - Zaraz spotkamy się w tutejszym niebie. Nie wiem, jak wy, ale ja na pewno tam pójdę! - Nie słuchając frywolnych pomruków ani dalszych docinek, wrócił na trasę.
Ptak przyspieszył dopiero, pozwoliwszy mu zrównać ze sobą krok.
- Więc Kornicja przybyła z tobą?
- Tak jest! Mała, słodka Korni. - Halast machnął ogonem. Zagadka szybko się rozwiązała. To tylko kolejna sprawa biznesowa. - Poznałeś ją już? Jesteś asystentem wschodniego inspektora, prawda?
- Tak. Skąd właściwie wytrzasnąłeś tego dzieciaka?
- Z sierocińca starej Atozy. Bardzo lubię to miejsce. Jak będziesz kiedyś na zachodzie, musisz je odwiedzić.
- Nie zapowiada się na to. A Kornicja? Wiesz, skąd się tam wzięła? Nie ma żadnej rodziny?
- Typowo. Dziecko jakiejś małoletniej, która puściła się z żołnierzykiem. Jakiejś z południa. Nie wiem, czy jej matka jeszcze żyje, czy opuściła sierociniec, czy co.
- Z południa? Przecież tam nic nie ma.
- No, teraz już nie. Ale dużo słodkich dzieciaczków nam po nich zostało.
Żuraw przeniósł wzrok w głąb korytarza, w którym mieli znaleźć się lada chwila. Wieczór zbliżał się wielkimi krokami.
- Mówisz o Orłach?
Odpowiedziało mu milczenie. Na pysku Halasta zastygł szeroki, pusty uśmiech.
- No tak. - Zaśmiał się w końcu głupawo. - Słyszałeś o nich?
Szkliwo wzruszył ramionami.
- Jakoś nie mogę tego wszystkiego zrozumieć. Wiesz, że tutejsze wilczyce też czasem zachodzą w ciążę, prawda?
- No tak, tak właśnie wszyscy powstaliśmy, przyjacielu!
- A wiesz, co się potem dzieje ze szczeniętami?
Basior cofnął głowę, a jego ślepia przez nieuchwytny moment krążyły po trawie.
- Co się dzieje?
- Są zabijane.
- To potworne! - Wilk prawie wszedł mu w słowo. Postawił pierwszą łapę na betonie po drugiej stronie wejścia. Zerknął w ptasie oczy i bez trudu wyczytał z nich pytanie. - Ale ja w to nie wchodzę. Co my, maluczcy, możemy z tym zrobić...
- To prawda. Nic - odparł żuraw krótko. Zatrzymał się przed progiem, choć deszcz robił się coraz gęstszy.
Halast skinął mu na pożegnanie, wydłużył krok i zniknął za ciężkimi drzwiami.
Do remizy napływali wciąż nowi goście. Wilczyce zaczynały znosić do sali coraz bardziej wyszukane kąski. Jeszcze gorące, kozie mięso w chrupiącej panierce z bażancich jaj i jeleni udziec naszpikowany kandyzowanymi borówkami. Znajomi szukali się wokół rozstawionych potraw i wykorzystywali ostatnie chwilę względnej ciszy na rozmowy oraz żartowanie z kelnerkami.
- Szkliwo, pijesz?
- Nie, dziękuję.
- A idź szukać pod ziemią krasnali i złota. - Rasz demonstracyjnie chwycił własny kubek i zanurzył w nim pysk. Wyciągnął gwałtownie, podrywając się przy tym na nogi i rozbryzgując wokół czerwone kropelki. - Patrz no, kto przylazł! Gdy go widzisz, pierwsze idą muskuły, a za nimi... wielkie bary, a za nimi cała reszta. - Szeroko rozłożył łapy. - Pir! Siadaj z nami. Ciągle w biegu ostatnio, w ogóle nie mogę cię złapać, słowa zamienić! - Z wyrzutem ściągnął brwi.
- Ostatnio cały jestem w nerwach. Wiecie, co? - Basior zawahał się, ale niemal od razu westchnął i klapnął na ziemię obok nich. - Szkoda gadać. Wiecie, co dziś powiedział nam Irosył? Że ma teraz kłopot, bo w żadnym z nas jeszcze nie ma potencjału na inspektora, a innych opcji brak.
- I tym się tak przejmujesz?
- Jak dziś do nas przyszedł, byłem święcie przekonany, że w końcu kogoś wskaże. A tu klops. Od śmierci Labura mamy pomieszanie z poplątaniem.
- Wasz inspektor nie żyje? - Szkliwo wyprostował się sztywno.
- To nie wiedziałeś? Bracie, to się stało już kawał czasu temu, przeszło z pół księżyca. A teraz cały czas nie wiadomo, kto wejdzie na jego miejsce.
- Ale...
- Najprędzej chyba Ksaron.
- Przecież widziałem go kilka dni te... - Żuraw potrząsnął głową, choć spojrzenia pozostałej dwójki biesiadników zdążyły już na nim osiąść. Przed oczami stanął mu stary, zmęczony pysk, wyczerpany głodem i pracą; czekający na kolejne uderzenie zuchwałego szczeniaka. - Rzeczywiście to musiało być wcześniej.
Wbił wzrok w leżącą między nimi pieczeń. Koza była pulchna i wyrośnięta. Chore koźlątko zostało wykorzystane w inny sposób.
- Co mu się stało? - zapytał cicho.
- Zeżarła go w końcu ta jego choroba. Jeszcze za przeszłej wiosny ledwo się w drzwiach mieścił. A potem? Skóra i kości! Ale żadne zaskoczenie. Niedawno był u medyczki i od razu powiedziała, że źle z nim i za długo już nie popracuje. Zna się na rzeczy,  jakby mu wywróżyła! Podobno znalazł go któryś inspektor rano w jego pokoju i już był sztywny.
- To chyba jakieś plotki - wtrącił Rasz, oblizując pysk z tłuszczu. - A mi Ksaron coś wspominał, że listonosz go znalazł przed południem, jak jakieś zaległe listy mu przynosił.
- Może i tak. Biedaczysko nie przyszedł do pracy. I się okazało, że zostawił nas na stałe, jak tę dziatwę we mgle.
Muzycy przygotowywali już swoje dziwaczne instrumenty. Póki co nad jedzeniem dudnił tylko śmiech pijanych urzędników. Pod ścianami dym ogniska mieszał się z dymem palonych ziół. Ogień podsycony smalcem buchał wysoko w górę, a w jego cieple zbierał się zespół graczy, którym tego wieczora przyniesiono planszę do ruletki. Kirłan rozkładał figury na szachownicy.
Ktoś był tam po raz pierwszy; ktoś po raz dziesiąty. Setny. Ostatni. Wszystko jak zwykle.
Noc zapadła na dobre. Kłęby chmur zasłoniły maleńkie gwiazdy, ale wciąż wyglądał zza nich księżyc, zimny, milczący, świadek westchnień, chichotów i płaczu. Oświetlał drogę wszystkim, którzy wracali do domów, aż wreszcie, gdy ścieżka opustoszała, i on zsunął się w głąb pierzyny obłoków.
Lecz pochodnia w kącie gabinetu dowódcy ochrony nie gasła. Gdy dopalał się koniec, wierny Denkin zamieniał jeden kij na drugi, poprzedni ciasno obwiązując lnem i na zapas uzupełniając kozim tłuszczem z żywicą. Ślepia jego przełożonego były zbyt cenne, by ja nadwyrężać.
- Powiedz mi, najmilsza Ildiri. - Chudy basior postukał pazurem w leżącą przed sobą kartkę. - Czym różni się ten raport... od tych? - Drugą łapą chwycił kilka innych. - Skup się. Nie ma ich wiele. Staram się jak tylko mogę oszczędzać twoją delikatną główkę.
- Tu jeszcze nie zdążyłam zrobić inicjałów - odpowiedziała głosem na granicy szeptu. Nakideron westchnął głęboko i długo.
- Od pierwszej chwili miałaś pół roboty zrobionej za siebie. Przyprowadziłem ci go zalanego jak trup w formalinie, a ty tego nie wykorzystałaś?
- Widocznie za słabo, bo i tak nie zasnął! Już tyle raz się przymierzałam, ale ten jaszczur zawsze się budził... Dawałam mu nawet prochy na sen!
- Dawałaś? - głos basiora niespodziewanie zabrzmiał pół tonu wyżej.
- Dawałam! Raz przy kolacji dosypałam mu do wody, ale akurat wtedy do mnie nie przyszedł. Innym razem, jak już u mnie był, ale i tak się jakoś wyczołgał. Za trzecim razem bym go miała, ale wtedy już w ogóle przestały działać...
- Pozwolę sobie powtórzyć: dawałaś mu prochy na sen.
- No tak!
- Tępa suko. Oczywiście, że by działały. Gdyby je brał! Ile profili w życiu przeczytałaś, co, Ildiri? Jeden, dwa? Czy pięćdziesiąt? - Chwycił ją za sierść na szyi. Skrzywiła się i oparła przednie łapy na jego piersi, próbując go odepchnąć. Jednak trzymał sztywno, starannie, wszystkimi palcami, za równe kosmyki sierści. - A czytałaś typowy profil lękowca? Obudzona w środku nocy powinnaś umieć wyrecytować, że jeśli takiego oszukałaś, to znaczy, że chciał zostać oszukany. Jeśli odpowiedział tak, jak tego chciałaś, to odpowiedział tak, bo tego chciałaś! - Szarpnął. Od ścian odbił się pogłos ciała padającego na podłogę. - Dałaś się ograć jak dzieciak.
- Tak? Może i tak, wiesz? - Zadrżała, łapczywie chwytając powietrze. - Może dlatego, że... nigdy nie przestałam... nim być? - Łzy pociekły z jej oczu, a z gardła wyrwał się szloch. Pazury Nakiderona zacisnęły się na ziemi, przypominając przy tym szpony sępa. Splunął pod nogi.
- Ale się łachudra pilnuje. Nie szkodzi. Ja nie wypuszczam towarów bez metek.
- Ta... tato, powiedziałeś mu? - pisnęła, pod łapą ocierającą oczy skrywając niepowstrzymany grymas.
- No jasne - warknął już odwracając się do okna, jakby temat był zamknięty. Na jego pysku mignął ślad rozbawienia; a może pogardy? Jej przerażenie nie śmieszyło go jednak tak mocno, jak jej głupota.
- Kłamiesz! - Nowa fala łkania rozdarła ciężkie powietrze.
Światło w kącie zadrżało. Pomocnik po cichu zamieniał pochodnie.
Rankiem, gdy dziesiątki wilczych łap znów stąpało po podłogach urzędu, papiery szeleściły, a świeże mleko już się wylało, wszystko było jak nigdy jak zwykle. Jak w bezpiecznym, sprawdzonym scenariuszu lubianego przez widzów przedstawienia.
Żuraw podniósł jedną stronę ze stosu listów do zarejestrowania, które nie zmieściły się w pysku drugiego asystenta. Odłożył. Podniósł drugą. Ścisnął, aż na kartce pojawiło się załamanie.
List za listem przewijały się przez ich stanowisko. Rasz zajął się już czymś innym, pozostawiając kilka ostatnich egzemplarzy bezładnie rozłożonych na podłodze. Ich treść była równie nudna jak zazwyczaj. Dwie skargi na karczmarkę, złożone przez porządnych obywateli WSJ. Podanie o pomoc w poszukiwaniu zaginionego sąsiada. Podziękowanie za odpowiedź na list sprzed księżyca. Inspektor odpisał na niego chyba tylko z litości dla autorki, która najwyraźniej właśnie wpadła w duże kłopoty, nie wywiązując się z umowy z jakimiś „bardzo ważnymi wilkami”. Jeszcze ze dwa podania, których rozpatrywanie absolutnie nie należało do obowiązków inspektora Ziem Wschodnich czy jakichkolwiek innych.
Każdy z papierków został odpowiednio podpisany, streszczony i zapisany wraz ze swoim nadawcą na liście przeznaczonej do zarchiwizowania.
Skrzydlaty zawiesił wzrok na wypełnionej tabelce. Z westchnieniem zebrał zarejestrowane pisma z powrotem w jeden stosik.
- Zaraz wrócę.
- Gdzie idziesz? - Rasz wyprostował się, wcześniej przygarbiony nad jakimś segregatorami. Obok niego leżała plątanina tasiemek, które po kolei kończyły równo przewleczone przez dziurki w papierze i zawiązane na kokardę.
- Wszystko jedno.
- Ej no, nie ma tak!
- Miałem dać znać, jak już będę w urzędzie. Pewnie odejmą mi coś z urlopu. Czy coś.
- Ach... jak tak, to spoko. - Wilk znów zgarbił się ospale. - To możesz potem od razu iść do domu. Jak skończę, nie chce mi się na ciebie czekać.
Kiwnął głową, już z korytarza.
- Cześć.
Zgięty nad jakąś drewnianą płytą kark Irosyła drgnął. Basior zamrugał, sięgając po stojący na blacie kubek mleka. Uniósł go do pyska.
- Cześć. Jak sprawy?
- Jestem ciekaw, czy pamiętasz jeszcze, o co cię dawno, dawno temu prosiłem.
- Archiwum? Myślałem, że to już nieaktualne.
- Potrzebuję danych na temat poprzednich turnusów szkoleń. I jeszcze... jednej historycznej rzeczy.
Basior odchylił się do tyłu, równocześnie rozciągając przednie łapy i zbierając poduszkami kurz z podłogi. Ściągnął wargi w grymasie zadumy.
- Ech, towarzyszu. Powiem szczerze. Szukałem tego klucza. Nikt go nie ma.
- Ale archiwum ktoś musi otwierać. Czyż nie?
- Ktoś musi.
- I zamykać. Prawda?
Irosył nie odpowiedział. Tylko pokiwał głową i przez chwilę było to jedyne, na co się zdobył. Wreszcie smętnie rozłożył łapy.
Ptak odetchnął z subtelnym drżeniem.

Cdn.