一
Tak, tak, znam to gadanie o oku nieba.
Oko jest ładne, błyszczące.
Dobrze się sprzedaje, ale samo jest do niczego.
一
Tego wieczoru asystent Birasta wcześniej wyszedł z kolacji. Do wyjścia odprowadziło go suche spojrzenie, ale nie musiał się tłumaczyć. Inspektor został już powiadomiony, że na kolejne kilka dni znów zostanie mu tylko jeden pomocnik. O dziwo przyjął to dość łatwo. Rzeczywiście wystarczyło mu wiedzieć, że chodzi o kozy.
Oddech nocy osiadał na płaszczu pod postacią kropelek mgły, która nieśmiało napływała nad wioskę. Skrzydlaty zadrżał, stąpając po wilgotnym gruncie. Obszedł budynek remizy dookoła.
Nade mną cisza
Niebo pełne deszczu
Deszcz przechodzi mnie na wskroś
Lecz bólu już nie ma
Już z daleka widać było prostokątny kształt i krzątające się przy nim dwa wilki. Kształtem okazał się niewielki wózek, do którego właśnie zaprzęgał się jakiś słusznej postury basior. Drugim towarzyszem podróży był oczywiście Kirłan.
- To jak, gotów? - Dostrzegłszy żurawia, potarł przednimi łapami jedna o drugą i zastukał w koło.
- Czy to... - Ptak wyciągnął szyję, biorąc głębszy wdech. Na dnie czterokółki, oprócz kilkunastu pustych baniek po mleku, leżały utaplane w sosie skrawki przywiędłego mięsa, sterta kości i zawilgotniałe kawałki niegdyś wysuszonych owoców. Zapach wydobywający się z ładunku nie wzmagał apetytu. - Jedzenie?
- Tak to się kiedyś nazywało. Teraz to już resztki do utylizacji.
- Nie da się tego zrobić na miejscu? Musisz wieźć je aż na południe?
- Wszystko się da, nie wszystko trzeba. Dobry przedsiębiorca dla każdego śmiecia znajdzie zastosowanie. Ruszajmy.
W głębokiej roślinności rozległ się terkot kół. Wózek toczył się jako pierwszy, po kępach trawy, co i rusz wpadając w dołki ze skrzypieniem. Minęli rozległy, uśpiony poligon i weszli do lasu. Czarne zarysy drzew osłoniły niebo. W miejsce ciepła, które na otwartej przestrzeni wydzielała nasłoneczniona za dnia ziemia, wkradł się chłód.
Barczysty wilk w zupełnej ciemności pokonał zakręt między kilkoma drzewami, na pamięć lub na podstawie tylko sobie znanych wskazówek. Koła zsunęły się prosto w brunatne koleiny i z mlaśnięciem zatonęły w igliwiu. Powietrze pachniało wilgocią i chyba czymś jeszcze. Jakby padłą rybą.
Przez jakiś czas w ciszy poruszali się wzdłuż brzegu rzeki. Tylko w niektórych miejscach dawała o sobie znać łagodnym pluskiem. Szkliwo dreptał za pochodem, z przygiętym karkiem i leniwie opuszczoną głową. Miał nadzieję, że przywódca wyprawy przewidział choćby krótką przerwę na sen. Wcześniej spodziewał się, że gdy wreszcie opuści wioskę, w granicach puszczy, za którą tak tęsknił, ogarnie go cały wachlarz uczuć. A jednak marzył tylko o tym, by ułożyć się pod pierwszym lepszym drzewem i pozwolić żołądkowi w spokoju pracować nad przypalonym żeberkiem.
Noc trwała dwie wieczności. Las się nie kończył. Tylko w gąszczu koron migał granatowy nieboskłon, a nogi stawały się coraz cięższe. Odkąd ruszyli, nikt nie wypowiedział ani słowa. Wyglądało na to, że ten stan utrzyma się jeszcze przez długi czas, jednak w pewnej chwili cztery koła stanęły na ścieżce, a basior, który wcześniej wprawiał je w ruch, wysunął się z uprzęży.
- Muszę na chwilę odejść - oświadczył i zniknął wśród krzewów.
- Świetnie. Jak już i tak stoimy, zatrzymamy się tu na drzemkę. - Szare futro Kirłana legło na kępie mchu, z dala od wiezionego ładunku i jego zapachu. Szkliwo poszedł w jego ślady, moszcząc się w korzeniach starego buka. Jeszcze na moment z westchnieniem dźwignął się na skrzydle i pociągnął za krawędź płaszcza. Wysunął spod siebie kieszeń, której zawartość wbijała mu się w pierś. Zupełnie zapomniał o tej zabawce. Miał ją przy sobie chyba tylko dlatego, że w jego i tak małym pokoiku tylko zabierałaby miejsce, a wyrzucić teoretycznie funkcjonalny przedmiot jakoś było mu szkoda. W duszy liczył, że zgubi ją gdzieś po drodze i tak w naturalny sposób uwolni się od rozterki. Kieszeń była jednak głęboka.
Pod chłodnym szeptem gwiazd
Spaliliśmy ostatni most
I wszystko spadło w przepaść
Zamknęli oczy na ledwie chwilę, a już gdzieniegdzie, między gałęziami, dało się zauważyć czerwone przebłyski. Nic więcej nie było potrzebne, by niestrudzony tragarz zwlókł się z naprędce przygotowanego posłania i zarzucił sobie na barki skórzany pas, przymocowany do wózka. Słysząc go, skrzydlaty uniósł powieki.
- Czas się zbierać! - z boku dobiegł głos, jeszcze nie niecierpliwy, lecz donośny i pełen poczucia obowiązku.
- Już, chwilę. - Szary wilk przeciągnął się z rozkoszą.
Dzień wstawał szybko; był blady, duszny, lecz chłodne podmuchy znad pobliskiej wstęgi rzeki podążały za nimi krok w krok. Kirłan wyciągnął z jednej z baniek kawał świeżego mięsa. Bez słowa rzucił swoim kompanom po sporym kęsie, a sam zaopiekował się resztą.
- Nadal nie do końca rozumiem. - Szkliwo odkaszlnął, gdy nitka ścięgna utknęła mu w gardle. - Dajesz Najwyższej Izbie tyle dóbr. Mleko, mięso, jakieś podroby, jakieś skóry. A czym oni ci za to płacą?
- A ja mam tę wioskę całą dla siebie. - Zaśmiał się krótko. - Mogę brać co chcę, mogę zjeść całą remizę, co dzień do białego rana pić wino, zajadać się krewetkami, palić trawkę albo tańczyć z dziewczynami. A oni to wszystko dla mnie zdobywają. A najważniejsze: informacja.
- Informacja.
- Informacja! - zawołał, kładąc przesadny nacisk na każdą literę. - Przyjemność jest dla smutnych. Informacja to prawdziwa potęga.
- Do czego ci ona?
- Nie musisz palić mostu, jeśli wszyscy są przekonani, że nigdy nie istniał. Proste jak drut!
- Ta przenośnia chyba wykracza poza moją wyobraźnię. I wszystko właśnie po to?
- Rzecz tylko i wyłącznie w skali. Myślę, że jeszcze będziesz mógł to zrozumieć. - Zmienił pozycję, by zrobić między nogami więcej miejsca na brzuch, który właśnie napełnił się śniadaniem.
Zanim ruszyli dalej, oświadczył, że dla rozbudzenia musi zażyć kąpieli. Rzadko któryś z wilków miewał tak ekscentryczne potrzeby, a w siedzibie Najwyższej Izby było to zupełnie nie do pomyślenia. Nikt z urzędników nie biegł rankiem nad rzekę; większość walczyła z bólem głowy, aby w ogóle wstać do pracy.
Stanę się wolny
Od zła i od dobra
Moja dusza była na ostrzu noża
Pod jego nieobecność Szkliwo jeszcze na chwilę zwinął się w kłębek. Jego myśli zaczęły oddalać się od miejsca, w którym zatrzymali się na odpoczynek. Wróciły do białej wioski, dziwnie skołowane odkąd wyrwano je z codzienności, do której przetwarzania zdążyły się już przyzwyczaić.
„Ciekawe, co dziś jedzą na kolację”.
Tragarz już owinął się uprzężą i siedział wpatrzony w dalszą drogę, a może w stadko kruków, które wydziobywało coś z ziemi w leśnym prześwicie. Dla niego podróż nie była niczym niezwykłym. Czy jego rola w świecie Kirłana ograniczała się jedynie do ciągnięcia wózka?
„Ciekawe, co u Ildiri. I reszty. Co z tą małą”.
Zza wysokiego brzegu dobiegł plusk i trzepanie mięsistymi uszami. Szary wilk wyskoczył z wody i z szerokim uśmiechem na pysku ruszył ku pozostałym.
„Ildiri twierdziła, że go nie zna. Dałbym jednak głowę, że ktoś kiedyś mówił, że Kirłan swego czasu często zaraz po kolacji chadzał do dziewczyn. Jeśli zajmuje się zaopatrywaniem remizy i ma władzę nad ilością przekazywanych na jej rzecz środków, wybiera się tam jeszcze jako klient, czy może, nawet jeśli pośrednio, już pracodawca? Jak duży wpływ ma na wszystko, co się tam dzieje?”.
Nie zapowiadało się, by Szkliwo znalazł rozwinięcie którejkolwiek z tych kwestii. Kolejny szmat drogi przemaszerowali w milczeniu.
Mógłbym z tobą być
Mógłbym o wszystkim zapomnieć
Mógłbym cię kochać
Ale to tylko gra
- Masz rodzinę? - zapytał w pewnej chwili.
- Już niedługo, przyjacielu! Daj nam dotrzeć do domu.
- Czyli masz? Byłem po prostu ciekaw, kogo poznam u celu. W Najwyższej Izbie chyba mało kto ma obok siebie bliskich. - Wzruszył ramionami. - A trochę szkoda - dodał, domniemując, że basior uznał temat za zakończony. - Niektórzy ich potrzebują.
- Jeśli ktoś płacze, na moment oddzielony od rodziny, wcale nie powinien pracować w Najwyższej Izbie.
- Może i masz rację. - Ptak skinął głową, nieco krzywo, z wahaniem. - Niektórzy z nich, gdyby mogli, może nawet wybraliby inaczej.
- Kto na przykład? - Basior uniósł kąciki warg i tylko szybki krok, który mógł poskutkować zadyszką, powstrzymał go przed zachichotaniem.
- Dzieci.
Skórzany pas drgnął o włos. Tragarz, pochylony w uprzęży, na moment przestał ciągnąć. Nikt nie zwrócił na to uwagi.
- Gdzie ty masz dzieci w Najwyższej Izbie? Wiesz, do czego tam służą?
- Zdaje się, że niestety wiem.
- Och, ach, „niestety” - przedrzeźnił przedmówcę. - Wilki traktują szczenięta jak cudy świata. Szczenięta, których jest za dużo, które kończą w sierocińcach, szczenięta z wadami, głupie wpadki, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Chroni tego każde prawo! Myślimy o nich jak o czymś niezwykłym, mistycznym niemalże! A dlaczego nie jak o surowcu?
- Surowiec? Masz na myśli zżeranie ich, które ma miejsce w remizie? To chore. To są wasze dzieci. - Szkliwo sam nie wierzył, że to powiedział. Naprawdę powiedział to po miesiącach jedzenia kolacji w remizie. Co więcej... mówił dalej. - Czym one się różnią od ciebie czy twoich przyjaciół?
- Nie myślą, nie pamiętają, jeszcze niczego nie rozumieją. Na przykład tym. A jak serwujemy na kolacji nóżki jagnięce, to już nie chore?
- Prawem natury jest jeść, by żyć, by podtrzymać sieć powiązań i porządek w środowisku. Tak samo znamiennym prawem natury jest dla wilka troszczyć się o młode wilki. Przecież o to w tym wszystkim chodzi. Tylko dzięki szczeniętom gatunek trwa.
- Najwyżej wyginie! - Basior zaśmiał się, szeroko rozkładając łapy. - Co z tego? Jestem głęboko przekonany, że zastąpi nas inny. Na przykład Rublia vulgaris caerulea. A jeśli nie, to świat się rozpadnie. I co z tego?
„Ale... Ach, tak”.
W szumie wiatru za plecami
Zapomnę twój głos
I od tej ziemskiej miłości
Która spalała nas na popiół
Od której traciłem rozum
- Wyobraź sobie, że nic z tych rzeczy wcale mnie nie obchodzi - mówił, a jego lekki krok potwierdzał słowa. - Jestem całkowicie wolny. Wpływy, ziemia, wszelkie dobra. Wilki są w stanie dopuścić się wszystkiego, by móc je gromadzić, ciągle więcej i więcej. Ale gdy masz już wszystko, naprawdę wszystko na wyciągnięcie łapy... - Jego nadgarstek poruszył się płynnie, a palce zacisnęły się w powietrzu, jakby chwytały pyłek topoli. Przyjrzał się im uważnie, zapominając, że są puste. - Gdy orientujesz się, że nigdy nie zabraknie ci niczego, zaczynasz uwalniać się od prymitywnego przymusu ciągłej pogoni. Gdy wszystkie potrzeby już zaspokojone, przypominasz sobie o swoich najskrytszych pragnieniach. Wtedy zaczynasz naprawdę korzystać.
- Na przykład?
- Podróżować.
W mojej duszy nie ma już dla ciebie miejsca
- Ale ty chyba nie podróżujesz.
- Już mi się znudziło. Zwiedziłem całe ziemie NIKL-u, a nawet to, co trochę dalej. Drik w moim imieniu woził towary, a ja brałem sobie kilka basiorów z poligonu, żeby nie narażać się na niewygody i niebezpieczeństwa samotnego wędrowca. I w drogę.
Wilk westchnął i trzepnął uchem, strącając z niego żółty płatek. Chłodne powietrze szło im naprzeciw, a na ich głowy leciały kwiaty i jakiegoś drzewa.
- A potem?
- Wyobraź sobie, że cała polityka, która dzieje się gdzieś pod tobą, staje się nudnym, nic nieznaczącym środkiem do podtrzymania aparatury ciągłej satysfakcji. A ty trwasz w niej i trwasz, wpadasz na coraz ciekawsze pomysły, żeby nie zrobiło się nudno od tego absolutnego zaspokojenia. Ktoś tam robi wszystko za ciebie, ty mu tylko płacisz ze swoich nieograniczonych środków. I próbujesz nowych rzeczy, tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. Stajesz się szczęśliwcem, a szczęśliwców wszyscy chcą się trzymać. Wiedzą, że z tobą nigdy nie będzie głodu, nigdy nie będą musieli walczyć. Wszystkie, naprawdę wszystkie te twoje rozterki tracą znaczenie.
- Więc co ma jeszcze wtedy znaczenie? I jak długo? Przyjemność?
- Tak - odrzekł mgliście. - Widzisz, po wygranej na szachownicy robi się pusto i martwo. Ale wygrana nie musi oznaczać końca. Wszystko zależy od tego, jak jesteś pomysłowy. Co gdybyś na przykład postanowił stać się... nieśmiertelny?
Szkliwo rzucił mu spojrzenie z ukosa. Rozmowa zaczęła zmierzać w kierunku zupełnie innym, niż zaplanował, ale najwyraźniej nikt nie zamierzał jej przed tym powstrzymywać.
Buczynowe pnie rozstąpiły się znienacka. Gdy wózek wytoczył się na otwartą przestrzeń, ich oczy zalało światło, a roślinność zaczęła łaskotać prawie po szyję. Ogromna połać ziemi, obrośnięta gęstą trawą i mnogością ziół, które trudno było nawet wymienić z nazwy, ciągnęła się w dół i znikała za kolejnym wzgórzem. Wśród zieleni drżały tysiące puchatych główek dmuchawców.
- A tymczasem witam na moich włościach. - Kirłan przekrzywił głowę, rozciągając kark, jakby już zapomniał o swoim wyznaniu, którego echo jeszcze tańczyło po lesie.
„Będziemy razem przez parę dni. Jeszcze mi opowiesz o swojej nieśmiertelności”.
Nade mną cisza
Niebo pełne ognia
Światło przechodzi przeze mnie
I znów jestem wolny
Znad łąki wiał ciepły wiatr, niosąc słodką woń nektaru z nutą suszonego siana. Miejsce, w którym się znaleźli, nie było w żaden nadzwyczajny sposób piękne, lecz miało w sobie coś niezwykłego. Zapraszało, by zajrzeć głębiej. Szkliwo obejrzał się na drzewa, które, w miarę jak się od nich oddalali, znikały za ścianą zieleni. Ich wózek zostawiał za sobą ślad pokładających się traw.
- O, tu się ukryła nasza ścieżka! - zawołał szary wilk, który zdążył już wyprzedzić towarzyszy o kilka kroków. - Drik, zjedź w te bruzdy!
Ptak przyspieszył, by ich dogonić. Ponieważ nie widział niczego innego, wodził wzrokiem po soczystej zieloności. Przez dłuższą chwilę próbował zdefiniować, co jest z nią nie tak. A może wręcz przeciwnie? Łąka wyglądała podobnie do łąk, które widywał przez całe życie o tej porze roku, a jednak czymś bardzo się wyróżniała. Delikatne, puszyste kule kołysały się prawie na wysokości jego oczu. Spośród nich, jak zdolni kuglarze, wychylały się podobne im, siwe główki łopianu, a każda z nich mrugała swoim karminowym oczkiem.
- Nigdy nie widziałem tak wysokich dmuchawców - zauważył. - I w ogóle, roślin na łące. - Nagle zdał sobie sprawę, co wzbudziło jego niepokój. Czuł się jak mrówka; jakby wkraczając do tej tryskającej zielenią doliny nagle skurczył się o kilka wielkości.
- Trafne spostrzeżenie! - Kirłan zwrócił pysk nieznacznie w jego stronę, nie odwracając wzroku od ścieżki. - Nasze polany leżą na ciemnych ziemiach. Najciemniejszych ze wszystkich stron. Poza tym dużo słońca robi swoje.
Skrzydlaty kiwnął głową.
„Czyżby dlatego w przeciwieństwie do wszystkich innych ziem południe świeciło pustkami? Żyzne gleby i sprzyjający klimat. Nic dziwnego, że NIKL tak desperacko ich pilnuje”.
Jestem wolny od miłości
Od nienawiści i od plotek
Od przepowiedzianego losu
Od ziemskich kajdan
Od zła i od dobra
W oddali rozległ się jakiś cichy, wysoki dźwięk. Pisk myszy? Nie. Stali bywalcy południa byli już przyzwyczajeni do powracania na tę ziemię, gdy witała ich tak specyficzna melodyjka. Tylko ptak zwolnił, czujnie unosząc głowę.
- A oto i moja rodzina. - Ledwie przywódca wyprawy zdążył wymówić te słowa i pochylić się, spośród łodyg wypadła dwójka malców. Równie szare jak on szczenięta cienkimi głosikami krzyczały coś skakały wokół basiora, jakby nie widziały go od wieków. Szkliwo uśmiechnął się szczerze i ciężko mu się dziwić. Ta dziecięca energia i niezmordowany zachwyt drobnostkami były fascynujące.
Podniósł wzrok. Na szczycie wzgórza stanęła filigranowa sylwetka.
- Jak minęła wam podróż? - Jej jedwabista, jaśminowa sierść zadrżała na wietrze, gdy w kilku drobnych podskokach zbiegła na dół. Uniosła łapę i z całej siły objęła Kirłana. - U nas wszystko spokojnie. Seplik skończył zadanie, które mu dałeś.
- To wspaniale! - Wilk zwrócił się do jednego z synów. - Wierzyłem w ciebie głęboko!
- Ja mu pomogłem! - zawołał drugi ze szczeniaków, zanim Selpik w ogóle zdążył otworzyć pysk.
- Jestem z was obu nieziemsko dumny.
- A kogo nam dziś przyprowadziłeś? - Uśmiech wilczycy zdawał się niezwykle ciepły. Trudno było oderwać od niego wzrok. Żuraw nawet nie próbował tego robić; po prostu go odwzajemnił.
- To Szkliwo, pomoże mi z liczeniem trzódki. Szkliwo, to moja wspaniała Walisa i nasi dwaj synowie: Selpik i Turtanisk - mówił z pasją, biorąc głębokie wdechy. Szczenięta były do siebie bardzo podobne. Na pierwszy rzut oka odróżniała je biała plamka, która widniała tylko na piersi Selpika. - Chodźmy. Jestem okrutnie głodny! Drik, odstaw wózek i możesz wracać do siebie.
- Tobie też zaraz przyniosę kolację - dodała wadera za tragarzem, który bez słowa odwrócił się i zaczął manewrować czterokółką, by już po chwili zniknąć po drugiej stronie wzgórza.
I oni tam właśnie zmierzali, choć trochę zboczyli ze ścieżki. Zza zbocza wyłoniły się czubki jodłowego zagajnika. Nie były strzeliste - miały równo pourywane wierzchołki - bujność gałęzi była natomiast imponująca. Drzewa rzucały jednolity cień. Po ziemi biegło kilka krzyżujących się ścieżek wysypanych korą. Gdy z nich zstąpić, łapy zapadały się w dywanie z igliwia, miękkim i tak głębokim, że niezależnie od pogody nie łamały suchych gałązek ani nie chlupały w błocie.
- Chłopcy, idźcie do siebie - poprosiła wilczyca. - Tata musi trochę odpocząć.
- A jutro pójdziemy z wami na liczenie kóz?
- A na polowanie?
- Pewnie, że tak. Kto lepiej niż wy umie naganiać koźlęta? - Szary poklepał po grzbietach za jednym zamachem obu stojących obok siebie synów. - Ale porozmawiamy o tym jutro, co?
Ostatnie zakręty wyprowadziły ich z przytulnego, jodłowego zakątka, do prawdziwego, sędziwego lasu o wysokich koronach, grubych pniach, migotaniu liści i stukocie dzięciolego dzioba. Zatrzymali się na granicy, gdzie korowe dróżki zbiegały się w większy prześwit, w którego centrum leżał świeży, jeleni udziec. Kirłan zabrał się na niego bez cienia skrupułów.
- Wy już jedliście? - zapytał, nagle uświadamiając sobie, że nie jest sam.
- Tak, tak. Ale górny zrazik zostaw dla gościa! - Walisa usiadła obok partnera i zaczęła starannie przerywać mięso wzdłuż powięzi, by następnie podać kawałek ptakowi. - Jedz, proszę.
Z wdzięcznością skinął głową. Mięso było surowe, błyszczące; w porównaniu do tego, które jadał w remizie, praktycznie bezwonne. Wziąwszy pierwszy kęs poczuł, jakby gryzł zestalone powietrze... świeże powietrze. Dziwne to było uczucie na podniebieniu przyzwyczajonym do duchoty przypraw.
Oderwał kolejny kawałek, zatrzymując go na języku. Smak docierał jakby z daleka. Łagodny, bez krzty goryczy; nieco krwisty. Już prawie go zapomniał.
- Mamy jeszcze jakiś zapas dereniówki? - wtrącił basior z pełnym pyskiem.
- Oczywiście! Jeszcze trochę zostało. Zaraz przyniosę. - Okrążyła ich płynnym łukiem i znikła.
- To specjał Walisy. Zaraz zobaczysz. - Zanim się obejrzeli, stanęła między nimi butelka bursztynowego płynu. Gospodarz wziął łyk i podał szkło towarzyszowi. - Przepyszna. W to lato musimy znowu zrobić. Hej, a Eugisk to w ogóle jest? - Mlasnął w kierunku partnerki, unosząc wargę po jednej stronie pyska.
- U kóz.
- Co on tam robi o tej porze?
- Spodziewaliśmy się, że dziś wrócisz, więc poszedł nadzorować przygotowania do oddzielenia młodych przy liczeniu.
Kirłan westchnął.
- Dobrze, skończę chociaż kolację.
- Czy dziś zaczynamy pracę? - Żuraw pośpiesznie przełknął resztę swojej porcji.
- Broń cię siło przedwieczna! Zarządzę to jutro rano, a teraz rozejdziemy się w pokoju. Możesz spać tutaj. To takie nasze miejsce dla gości.
Zza pierwszych, leśnych krzewów, dobiegały wesołe głosiki szczeniąt, którym nie śpieszyło się do krainy snów. Basior pochłaniał ostatki swojej kolacji, a wadera przesiadła się nieco dalej i zaczęła układać stosik z gałęzi pod palenisko. Szkliwo potoczył wzrokiem po polance. Za plecami miał tylko niewielkie lecz rozłożyste jodełki, przed sobą ciżbę najrozmaitszych drzew, potężnych i chropowatych jak oblicza przedwiecznych mędrców. A gdzieś z boku, gdzie biegła granica tych dwóch światów, wzrok przykuwało kilka barwnych punktów, bujających się do własnego, leniwego rytmu, mimo że wokół wiatr nie poruszał najlżejszą gałązką.
Widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi, skrzydlaty wstał i zbliżył się do tego niezwykłego przedstawienia. Choć białe, czerwone i różowe kwiaty wyglądały na zawieszone w powietrzu, w rzeczywistości unosiły się w mgławicy splątanych łodyg, cienkich prawie jak babie lato. Stojąc tuż obok było widać, że zasiedlany przez nie pas graniczny ciągnie się daleko i kończy w zaroślach.
- Śliczne, prawda? - za sobą usłyszał dźwięczny głos wilczycy. - Różnie na nie mówią: kosmosy, onętki. W tym roku wyjątkowo wcześnie zakwitły. Liczę, że będą z nami przez całe lato.
- Ciekawy widok w takim stonowanym zakątku.
- Przyniosłam z łąki nasiona i mi wyrosły. Zawsze przyjemniej, gdy ma się na wyciągnięcie łapy trochę koloru.
- Rzeczywiście.
Pochylił się i musnął palcem aksamitne płatki. Nie wiedział już, co robi w tym miejscu i co właściwie powinien. Po prostu patrzył na piękne kwiaty i to było zupełnie w porządku.
Jestem wolny
Dopiero teraz, wieczorem ta kraina odkryła swoje prawdziwe piękno. Piękno czułe, przytulne, przywołujące wspomnienia, których Szkliwo chyba nawet nigdy nie doświadczył. Słońce z niska przebijało przez lasu, czyniąc ją jeszcze bardziej żywą i soczystą. Kładło na trawie subtelną, bursztynową powłokę. Nigdy jeszcze nie widział tak wielu liściastych drzew. W borach WWN rosło co prawda trochę jesionów, a w WSC można było napotkać brzozy czy topole, ale były to raczej pojedyncze okazy wśród sosnowej toni.
Jestem wolny
Zapomniałem co to strach
Las był żywy, dziki, lecz przy tym czuły jak przyjaciel. Czuć już było zapach palonego drewna, ale nie na tyle mocny, by dym szczypał w oczy. Szkliwo dawno nie widział ognia, którego nie krępowały żadne ściany. Choć w koronach drzew wicher huczał groźnie, krzewy sprawujące pieczę nad leśnym runem otulały drobniejsze roślinki, wspierały źdźbła traw i jakby magiczną mocą odgradzały zwierzęta od żywiołu.
Jestem wolny
Na równi z dzikim wiatrem
Ze szczeliny pnia, ponad jedną z gałęzi wystawał maleńki nosek wiewiórki. Spała spokojnie, ukołysana bujaniem jodły.
Skrzydlaty ułożył się na igliwiu, opierając potylicę o pień. Dopiero teraz zauważył, że od pewnego czasu niczego nie nasłuchiwał. Jednostajny szum, przełamywany trzaskiem płonących polan, stopniowo pochłaniał jego zmysły. Ciężkie powieki zsunęły się na źrenice. Ciemność zaczęła zasnuwać się wielorakimi barwami, a te powoli przyjmowały kształty plam, potem sylwetek i twarzy, które siedziały gdzieś we wspomnieniach.
Jestem wolny
Na jawie, a nie we śnie
Jedna z nich stała się wyraźniejsza. Złota, potem beżowa jak piasek na samym szczycie gór. Zamrugał. To Walisa usiadła nad płomieniem, rwąc na kawałki dużą, doskonale okrągłą kępę mchu, którą następnie wrzuciła do środka. Jej futro oblane ostrym blaskiem zdawało się jeszcze gładsze niż w przygaszonym zmierzchu. Szczupła postać pochyliła się nad swoim dziełem, by potrząsnąć gałęziami i zrzucić popiół na dół. Miękka sierść na jej szyi zafalowała, wysycona światłem, jakby okrywała anioła.
Odwrócił się na drugi bok.
O tej porze byłby w remizie. Korzystałby z uroków zupełnie inaczej zaaranżowanego wieczora.
- Nie śpisz? - usłyszał.
- Nie. Kirłan poszedł do siebie?
- Poszedł jeszcze sprawdzić, czy na pastwisku spokój - oznajmiła łagodnym głosem, któremu nie sposób było nie uwierzyć. - Niedługo wróci.
Selpik i Turtanisk najwyraźniej już się położyli, bo dziecięcy śmiech rozpłynął się w oddali i dał o sobie zapomnieć. Niebawem kroki wilczycy także się oddaliły, pozostawiając ptaka pośród ciszy i ciemności, sam na sam z tańczącym beztrosko płomieniem.
Gdzieś za nim pojawiło się drugie źródło światła. Odwrócił się, szukając wzrokiem ognia, lecz jasność wypływała z czegoś bardziej stabilnego, jednolitego. Nawet jodłowe pnie nie stały jej na drodze. Czyżby wstawało słońce?
Soczysty blask oblał świat. Nad ścieżką płynęła w smugach słońca jakaś postać; sylwetka wilczycy. Zmrużył oczy. Mógł patrzeć na nią z boku, zawieszony w pustce bezdroży.
- Chciałoby się czasem wiecznie śnić - dobiegło zewsząd. Rozejrzał się, nie dostrzegając mówcy, choć i bez tego jego głos znał doskonale; słyszał go przecież każdego dnia. - Przeżywać to, co nieopisywalne. Co noc odkrywać kilka nowych żyć, ale w żadnym nie zostać na stałe. A może to jedno życie tak samo jest snem, w którym znaleźliśmy się mimo woli, bez planu, tylko na chwilę, by poddać się lub przeciwdziałać siłom losu, obserwować, odczuwać, tworzyć i tracić wspomnienia. Czego od niego chcesz, Szkliwo?
- Niczego już nie chcę - odpowiedział bez namysłu. Nie miał pojęcia, co odrzec na takie pytanie. Na pewno mógł chcieć jeszcze wielu rzeczy, ale nie miał siły, by o tym myśleć. Wygodnie było spać przy ognisku. Bezpiecznie było wisieć w powietrzu, nad polną dróżką bez początku i bez końca, obserwować świetlistą postać, która płynęła po niej w nieznane i nic nieznaczące.
- A to, kto to? - zapytał głos.
- Nie wiem. Już poszła.
- Nie dogonisz zapytać? Nie przypomina ci nikogo?
- Nie.
- „Nie, boję się”.
- Daj spokój z tymi zagadkami. Wystarczy, że...
- „Wystarczy, że sam nie wiem, kim jestem” - dopowiedziało złudzenie. - Nie boisz się, doprawdy? Ty żyjesz swoim lękiem. Boisz się, co będzie dalej.
- Nie boję się - zamrugał wolno. - Dalej po prostu niczego nie ma.
Odwrócił głowę, nieoczekiwanie krzyżując spojrzenia ze stojącym obok żurawiem. Odsunął się, omal nie tracąc równowagi.
- Ależ jest. Ty jesteś - Czoło widma było lekko zmarszczone, a powieki wyglądały, jakby miały ochotę osunąć się na oczy. - Dlaczego reagujesz na mnie tak nerwowo? Czy ja ci kiedy co złego zrobiłem? Powiedz mi, kto kogo pogrzebał?
- Och, to bzdury!
- Bo to nie ty leżysz pod ziemią - mruknęło, nie poruszając się o włos. - Unikasz przyszłości, bo się jej boisz. A boisz się jej, bo boisz się sam siebie. A boisz się, bo wszedłeś na drogę donikąd. I kroczysz nią, powoli stając się kimś, kim bardzo nie chcesz być.
Szkliwo pokręcił głową. Mimo że w gardle nagle zrobiło się za mało miejsca na powietrze, zdobył się jeszcze na głos.
- Nie dręcz mnie. Ciebie... nie ma... Nie ma.
Gwałtowny skurcz w piersi zmusił całe ciało do szarpnięcia. Powietrze stało się namacalne; jeszcze przez moment trzymało go w sztywnym uścisku. Dopiero gdy otworzył oczy i napotkał tylko drzemiące jodły pod bladym, spokojnym niebem, spięte mięśnie odpuściły. Poczuł, jak do kończyn na nowo dociera krew, a serce zwalnia.
Na jego płaszczu osiadła świeża, poranna rosa. Nie śpiewał jeszcze ani jeden ptak, a gniewny wiatr zupełnie ucichł, zmęczony nocną hulanką. Chłód obejmował za ramiona, ale słońce już wypuszczało na świat wesołe, ciepłe promyki, zapowiadające nadejście pięknego dnia.
Lotnik przeciągnął się z błogim westchnieniem i usiadł. Przed nim, na ziemi widniała teraz czarna plama lśniącego, opalonego drewna. W głębi zagajnika usłyszał szelest. Ktoś również już nie spał. Wśród plątaniny wysypanych korą ścieżek rozległy się ciężkie kroki. Szkliwo nie odwracał się; postanowił poczekać, aż wilk zjawi się na polance. Ktoś sapnął i, przechodząc, otarł się o pień.
Tuż obok stanął kubek pełen mleka.
- Smacznego. - Starzec usiadł w podobnej odległości od ogniska. Przednią łapą przesunął po swojej głowie, tłumiąc ziewnięcie. - Miało być dla mnie, ale ja się jeszcze zdążę napić dziesięć razy, a wy zaraz idziecie.
- Dziękuję - odrzekł nieco zaskoczony życzliwością osobnika, którego pierwszy raz widział na oczy. - Z kim mam przyjemność?
Basior był duży, dawno temu wzniesiony z bezsprzecznie solidnego materiału i najwyraźniej wciąż pielęgnowany życiem pełnym ruchu i słońca. Był umięśniony i wyraźnie sprawny, choć jedną z tylnych łap stawiał trochę krzywo. Oznaki sędziwego wieku widniały głównie na pysku, w postaci siwizny i półkolistych zmarszczek pod powiekami. Antracytowa sierść w czarne pręgi wciąż była bujna, mimo że lekko zmierzwiona.
- Eugisk - rzucił bez dodatkowych wyjaśnień. Napój wyglądał dokładnie jak mleko. Pachniał jak mleko. - Pij śmiało. Jeszcze ciepłe smakuje zupełnie inaczej niż te rozrobione z wodą popłuczyny, które rozdają we wsi.
- Proszę o wybaczenie, ale źle bym się czuł, gdyby sobie czegoś dla mnie odmawiano. Zresztą dla mojego żołądka to chyba za wcześnie na śniadanie.
- Jak wolisz. Śniadanie też zaraz będzie. - Basior posłał obojętne spojrzenie naczyniu, które postawiły przed nim szpony ptaka. - Dlaczego właściwie Kirłan cię tu przyprowadził?
- Powiedział, że potrzebuje kogoś dodatkowego do pisania.
- Tak, tak. Ale takich w NIKL-u jest pełno. - Uniósł kubek i już po chwili dało się słyszeć chlupanie. - Dlaczego ciebie? - rzucił półgębkiem.
- Może dlatego, że graliśmy razem w szachy.
- A, teraz ma to więcej sensu. Czasem mi się zdaje, że mógłby nie robić w życiu niczego innego. Zresztą jest dobrym graczem. Wygrałeś z nim?
- Może dwa na dwadzieścia razy i chyba tylko czystym przypadkiem.
- Teraz wszystko jasne.
Szkliwo opuścił wzrok na jedną z rosnących w zagajniku kęp sinej kostrzewy. Jego rozmówca przeciągnął się.
- Tak czy inaczej, czuj się tu jak u siebie w domu. Skąd właściwie jesteś?
- Ze wschodu.
- Mhm. - Kiwnął głową ruchem nieco obszerniejszym niż było trzeba dla zwykłego potwierdzenia. - I mocno czujesz, że jesteś stamtąd?
- Co masz na myśli?
- Jesteś patriotą, jak niektóre wilki? - zapytał, dziwnie akcentując kluczowe słowo. Dopiero wtedy jego ślepia uważniej spojrzały na gościa. Ten milczał.
- Nie wiem, czy chciałbym być - gdy wreszcie się odezwał, zniżył głos.
- Wschód czy zachód - sapnął Eugisk. - Północ czy południe. Co za różnica.
- Uważasz, że nic ich nie różni?
- To śmieszne, właściwie trochę groteskowe. Gryzą się, wojują. A potem przychodzi zima i wszystkim jednakowo zimno.
- Polityka czasem tak działa - napomknął żuraw ostrożnie. - Czy jednak nie można kochać, nie czując przy tym nienawiści? Myślę, że troska o własną watahę wcale nie musi oznaczać wrogości wobec innych.
- Dziel i rządź. Słyszałeś o tym kiedyś?
- Nawet nieraz - mruknął. - Jeśli tak stawiasz sprawę, znaczy to, że mam rację.
- Doprawdy? Uzasadnij. - Eugisk uniósł brwi, z marsowym pyskiem pochylając się, by postawić kubek daleko przed sobą, jakby przygotowywał dzieło sztuki do otwarcia wystawy.
- Miłość do ojczyzny nie ma nic wspólnego z oddziaływaniem z zewnątrz.
- Całkiem bystre, ale to działa tylko w przypadku naiwnych marzycieli. Pewnie z wieloma mechanizmami już się zetknąłeś. Za to nigdy chyba niczym nie zarządzałeś z góry, co?
- Czy ja wyglądam jak ktoś, kto może pełnić w watasze ważną funkcję?
- Tak, w rzeczy samej - stwierdził wilk bez wahania. - Na pewno potrafisz nie tylko dać głos, ale i zabrać głos. To nie takie trudne.
Szkliwo westchnął.
- W każdym razie służyłem na niższych stanowiskach.
- Służyłeś, mówisz, i mówisz to bez odrazy. A więc jednak. Trochę zostało w tobie przywiązania do swojego stada.
- Tak mi się życie ułożyło.
- Oczywiście, każdy osobnik jakoś wtapia się w swoje środowisko. Wyrywając go stamtąd, rozdziera się sieć. Działa to nawet w tak sztucznej sforze, jak ta w naszej wiosce. Miałeś już okazję tam kogoś zastąpić?
- Nie wiem, czy myślimy o tym samym. - Ptak nieznacznie zmrużył oczy.
- O tym samym. Nie krępuj się.
- Zdaje się, że tak.
- Kogo?
- Miał na imię Hapenir. - Dźwięk imienia, którego dawno nie słyszał, zadrżał mu pod czaszką.
- Kto to, jakiś inspektor? Przewodniczący?
- Nie, asystent. - Szkliwo zmarszczył brwi. Nie wiedział, że mając jakiekolwiek powiązania z Najwyższą Izbą, da się nie znać imion przewodniczących.
- A, to diabli z nim. Tacy są przeznaczeni do jednego celu.
- Od kiedy wilk przeznaczony jest tylko do jednego celu? Myślałem, że to spoiwo sieci powiązań.
- To niteczki do zerwania i ponownego związania.
- Jego bliscy powiedzieliby co innego.
- Po to są bliscy. Żeby kochać i opiekować się wilkiem. - Basior ze zrozumieniem kiwnął głową. - A on jest po to, żeby żyć dla bliskich. Samonapędzające się błędne koło, które z zewnątrz w ogóle nie ma sensu! - Jego łapa gwałtownie opadła na piach, choć pysk pozostał kamienny.
Gałęzie przybrane chłodną zielenią zachwiały się. Walisa wysunęła się zza jodełek.
- Dzień dobry wszystkim! - Uśmiechnęła się promiennie i, nawet się nie zatrzymując, zniknęła po drugiej stronie polany, w wąskim przejściu między rosnącymi gęsto drzewami.
- Tak to, widzisz, jest, z tym usuwaniem elementów wilczych. I na odwrót. - Eugisk w zadumie odprowadził ją wzrokiem.
- Na odwrót?
- Tak.
- Pewnie powinienem już rozumieć. - Chrząknął, ze wszystkich sił trzymając głos w ryzach obojętności.
- Każdy wysłannik, dołączając do watahy, przynosi ze sobą swoją kulturę i obyczaje, względnie ich, jak to mówią, brak.
- A reszta wilków zwalcza ją lub daje na nią przyzwolenie.
- Czasem nawet ją podejmuje. Wtedy już wiadomo, co nam z tego wyrośnie.
- Nam?
Basior uśmiechnął się mechanicznie.
- Jak sam zauważyłeś. - Przystawił kubek do pyska. Zapadła cisza. Niebo rozjaśniało się powoli, a gdzieś w górze budziły się leśne ptaki.
- A co wyrośnie?
- Zazwyczaj malutkie nasionko zniszczenia. Które podlejemy albo nie.
Ptak zawiesił wzrok na kubku, który przechylił się prawie do pionu, wlewając w pysk wilka ostatni łyk białego płynu. Na język cisnęły się kolejne pytania, a jednak rozum podpowiadał, że zadawanie zbyt wielu wzbudzi podejrzliwość prędzej, niż przyniesie uczciwe odpowiedzi. Lecz czy istniał w tej grze ruch pozbawiony ryzyka?
- W takim razie pieczołowicie je podlewacie.
Eugisk wolno postawił naczynie na ziemi i oblizał wargi.
- Gdy zachodzi taka potrzeba.
- Ciekawe. NIKL z naszej perspektywy wydawał się nieosiągalny. - Żuraw bezmyślnie wyrwał z ziemi jedno z nielicznych źdźbeł cienkiej trawy. - Myśleliśmy, że jest daleko. A jednak oko naprawdę widzi wszystko.
„Zastanawia mnie tylko, kim w tym wszystkim jesteś ty, Eugisku”.
- Tak, tak, znam to gadanie o oku nieba. - Basior z gardłowym świstem wciągnął powietrze. - Oko jest ładne, błyszczące. Dobrze się sprzedaje, ale samo jest do niczego. Za nim ciągnie się wiązka brzydkich sznureczków i mazi, która w rzeczywistości jest prawdziwą centralą. Ona działa w ukryciu.
Szkliwo splótł palce na ziemi, nie dając żadnego znaku, że zrozumiał przekaz. Oczywiście, był on więcej niż jasny. Przy tym po prostu trudny do przyjęcia. Tak dotkliwie... bezpośredni. Aż się prosiło, by zacząć go roztrząsać, szukać drugiego i trzeciego dna pod dnem właśnie beztrosko rozkopanym przez Eugiska; zalać basiora kaskadą pytań. Może starzec właśnie na to liczył, w milczeniu siorbiąc mleko.
Tymczasem jednak wróciła Walisa. Niosła kilka wielkich, powiązanych jeden z drugim kawałów świeżego mięsa. U jej boku kroczyły wpatrzone w śniadanie szczeniaki.
- Kochanie, wstawaj! Wszyscy już na nogach! - Upuściła swój ładunek, rozdzielając go na uczciwą porcję dla każdego z obecnych. Mięso było surowe. Żadnych dodatków. Jeszcze wyciekała z niego krew.
- Oooch, moja złota, a co to, nie kozie nóżki? - Szary basior wyciągnął przednie nogi i rozczapierzył palce, wyłaniając się z ich kącika.
- Jelenina, mój drogi. Myślałeś, że próżnowałam, gdy cię nie było? Już mówiłam, że kozy to nasz żelazny zapas. Chłopcy też muszą uczyć się prawdziwego życia, a nie lenistwa i przejadania wszystkiego, co mamy.
- Najświętsza racja! - Kirłan klasnął w łapy. - Jestem przekonany, że pod twoim okiem wyrosną z nich przedni łowcy - dodał, na tyle donośnie, by słowa dotarły do najciemniejszych kątów w umysłach wszystkich obecnych. Zatopił kły w swoim kąsku, jakby nie jadł od wieków. Memłając sprężysty kawałek, odwrócił głowę ku Szkliwu, który również zaczął skubać swoją część. - Jak minęła noc? - Wykrzywił pysk, natrafiwszy na chrząstkę.
Ptak wyciągnął szyję, by przełknąć. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję, by pożywić się o tej porze.
- Wspaniale. Dawno tak dobrze nie spałem.
- Widzisz, ciągnie wilka do lasu! Wilka, rublię, jeden pies. Kulenie się w murach to nigdy nie będzie to samo.
Przez chwilę zagajnik wypełniał tylko odgłos żucia. Cała rodzina posilała się kruchym, aromatycznym mięsem. W pewnej chwili Turtanisk wydął policzki i splunął bratu prosto w nos.
- Mamooo! - Selpik zaskamlał, wycierając pysk z białawej, pogryzionej masy.
- Mamooo! - Selpik zaskamlał, wycierając pysk z białawej, pogryzionej masy.
- Co „mamo”? Stań ze mną do walki!
- Turt, co ty wyczyniasz! - zawołała Walisa, prostując grzbiet i opierając łapę na biodrze.
- Zjadł swoje i czaił się na mój kawałek!
- Nieprawda!
- Chłopcy. Skończyliście jeść? Nie ma co tracić dnia na wzajemne dogryzanie. Dziś musicie złowić nam na kolację dwa piękne bażanty. Pamiętacie, czego was uczyłam? Jeden...
- Goni, a drugi podchodzi z zarośli i chwyta - wyrecytował Turtanisk. - Ja dziś gonię!
- Tata i jego pomocnicy będą głodni po pracy. Jeśli już skończyliście, zapraszam na zajęcia. Czas otworzyć swoje księgi.
Szczenięta zniknęły. Jeszcze przez chwilę między drzewami roznosiło się echo ich ożywionej dyskusji. Eugisk oblizał pysk. Sierść nad jego wargami nadal była zaczerwieniona i posklejana.
- Te małe dranie ostatnio przechodzą samych siebie. - Pokręcił głową, lecz uśmiechnął się przy tym ze znużeniem. - Nie nadążam z wymyślaniem im nowych ćwiczeń.
- Mamy zdolnych synów! - Kirłan dumnie wypiął pierś i kątem oka zerknął na gościa, jakby chciał upewnić się, że fakt ten nie umyka jego uwadze.
- To wszystko twoja zasługa, Eugisku. - Pani domu rozgarniała właśnie popiół w miejscu wieczornego ogniska. Kilka chrząstek, które zostały po śniadaniu, wylądowało na kupce, obok niedopalonego drewna. - Nie mogliśmy wymarzyć sobie dla nich lepszego nauczyciela.
Promienie słoneczne wyjrzały zza lekkich obłoczków. W jednej chwili ogrzały całą polanę. Dzień rozbudził się już na dobre i zapraszał, aby dobrze go wykorzystać.
- No, czas na nas. - Szary wilk przeciągnął się z donośnym pomrukiem. - Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę koźlątka. Jestem absolutnie przekonany, że nie ma na świecie niczego słodszego, w przenośni i dosłownie!
- Chcesz, żeby chłopcy byli z wami przy liczeniu? - Eugisk uniósł łapę i pstryknął palcami.
- Ach, tak. - Basior dynamicznie kiwnął głową. - Obiecałem im to wczoraj.
- W takim razie daj nam chwilę, a po ich zajęciach pójdziemy wszyscy. Ptaku, jak nazywał się ten twój odsunięty poprzednik?
Szkliwo zatrzymał się wpół przełkniętego kawałka. Pośpiesznie przecisnął mięso przez gardło.
- Hapenir.
- Dobrze. Kirłan? Masz tu kogoś takiego?
- I to wielu. - Ten zachichotał frywolnie. - Ale czy właśnie tego, cholera wie. Ich imiona nie są w obszarze moich zainteresowań. Dobrze. W takim razie chłopcy niech się uczą, a my zrobimy sobie mały spacer. Sprawdzę, czy drogi nie pozarastały pod moją nieobecność. - Po czym zamaszystym krokiem ruszył przed siebie, ścieżką w głąb swojej posiadłości.
Na poboczu siedziały szczeniaki. Każdy miał przed sobą otwartą księgę. Szkliwo zatrzymał się przy nich, przechylając głowę.
- Czego się uczycie?
Kirłan podskoczył na jednej łapie, drugą obejmując towarzysza i lekko popychając naprzód.
- Taki szczenięcy elementarz. Chodź, mamy co innego do roboty.
- Wybacz. Zawsze ciekawiły mnie systemy edukacji.
Ptak dreptał u boku przewodnika ze wzrokiem wbitym w ziemię. Przekroczył kępę koniczyny, dostrzegając wśród okazów rozłożystych jak motyle skrzydła przynajmniej jeden czterolistny. Nieco dalej kolejny, z aż pięcioma liśćmi.
Byli już blisko otwartej przestrzeni. Potwierdzało to światło, szerokimi pasmami wdzierające się do cienia. Znad łąki, wprost na nich, płynęła chmura białych okruszków. Każda z nich, otoczona delikatną poświatą, leciała własną ścieżką, omijała gałęzie buków, krążyła wokół wilczych uszu, po czym leciała dalej, niepomna bycia podziwianą, jak duch nawiedzający niezmierzoną puszczę.
Wreszcie słoneczne promienie oblały sierść basiora. Wypiął pierś w kierunku, z którego wiał wiatr, a jego nozdrza zafalowały.
- Coś nam tu przypędzi.
- A zapowiadała się taka śliczna pogoda.
- E tam. Tu każdy ranek jest słoneczny, potem niebo się chmurzy, trochę popada, a pod wieczór znowu się rozpogadza. Walisa napisała kiedyś taki wiersz. Do dziś go pamiętam. - Przechylił głowę. Sam siebie zaskoczył prawdziwością tego stwierdzenia.
- Zamieniam się w słuch.
- Tu na nas, na dole, już czai się grom. Ołowiane chmury zasnują niebo po horyzont. A nad nimi, na górze, przestrzeń tonie w błękicie. Kremowe obłoczki oświetla złociste słońce. Tam nie ma granic, podłogi ani ścian; schodów ni poręczy.
- Ładny.
- Zawsze o nim myślę, gdy tu wracam. Nasza samotnia to jeszcze trochę dół, a trochę już góra.
- Bardzo tu... spokojnie. Nawet kiedy huczy ten wiatr.
- Bo ten wiatr to składowa ciszy. W wiosce go zakrzykują. - Szedł dalej, prowadząc przez trawy sięgające im do piersi.
- Mogę o coś spytać? - Żuraw, zerknął na niego kątem oka. Kirłan powoli pokiwał głową, napawając się powietrzem, które mierzwiło jego futro. Z drugiej strony polany dolatywała słodka woń bzu.
- Ależ, że pytaj.
- Obaj twoi synowie mają imiona kończące się na jedną literę, podobnie jak twój pomocnik i twój doradca. I tak, jak inspektor od Ziem Południowych.
- Taaak. To typowo południowy zwyczaj.
- A twoje imię jest zupełnie inne.
- Ja też jestem z południa, jeśli o to chodzi. Tylko matka była bardziej...
- Ze wschodu?
- Tak. Dlaczego pytasz?
- Z ciekawości. Rzadko słyszę „Ł” wśród imion wilków w NIKL-u.
- Chyba też rzadko je wymawiasz, co?
- Wręcz przeciwnie.
- Aha! Już wiem, w czym rzecz. - Wilk czujnie postawił uszy. - Ty też jesteś z południowego wschodu.
- Zatem powinienem zwać się Szkłiwo.
Kirłan zaśmiał się półgębkiem.
- Teraz jeszcze lepiej rozumiem, dlaczego tak cię polubiłem. - Jego łapy zatonęły w bieli. Śnieg? Nie. Topolowy puch, który osiadł w zagłębieniu między kępami traw. Część drobin wciąż unosiła się wokół, po kilka razem, zwiewne i bezszelestne.
Ich ścieżka zaczęła zakręcać. Ziemia w niektórych miejscach była wydeptana, a gałęzie niższych drzew ponadgryzane i pozbawione liści. Gdy zawęszyć, już całkiem wyraźnie czuło się i zapach: słony, trochę metaliczny. Przypominał ten powszechnie znany we wsi, unoszący się co rano w urzędzie, gdy każdy z pracowników otrzymywał swój kubek mleka.
Cdn.






