poniedziałek, 30 marca 2026

Od Smoły

Smoła leżała oparta o mokry od potu bok Szpaka. Wrócili do lekcji latania, gdy ich, lekko mówiąc nieporozumienie poszło w niepamięć. Najpierw epidemia, potem śmierć jej matki, a później jeszcze sroga zima sprawiła, że jakoś szukali kogoś, komu można było się wygadać. Niedobitki tego ciągu nieszczęść naturalnie szukały oparcia po tym wszystkim. Smoła w zasadzie zaproponowała ich ponowne schadzki…przyjacielskie oczywiście. Już jasno wiedziała, na czym stoi. A treningów nigdy za wiele. - Widziałeś? Ptaki wróciły do lasu. Cały tabun gęsi. - Ta. Myślałem że nas stratują powiem szczerze.- Uśmiechnął się. - Rozwiązałeś sprawę z Daną? - Zaczęła niewygodny temat. Jej głos lekko spoważniał. - Mhm. W zasadzie to już dawno. - I on podobnie sposępniał.- Musiała sobie dać w końcu spokój... Poczuła przebłysk satysfakcji pod fasadą ze zmartwienia. Bardzo głęboko zakopała to cenne dla niej uczucie. - Z resztą nieważne. Naprawdę, jesteśmy za młodzi na takie zobowiązania.- Machnął na to symbolicznie łapą. - Mam ci przypomnieć, że jesteś staruch? - Zarzuciła haczyk. - Pff.- Napuszył się.- A widziałaś ty kiedyś Agresta od przodu? Prychnęła rozbawiona, mierząc go wzrokiem. - Z przodu muzeum, z przodu…wykopaliska.- Wstała powoli z ziemi, obolała od wysiłku.- Zakład, że nastąpi rotacja władzy w tym sezonie? - Hazard to trochę nie mój konik.- Wypowiedział to z taką wyższością, że aż Smole poszedł dym z nosa. - O przekonanie tylko…to nie hazard jak nie jest na pieniądze.- Postanowiła zmienić temat.- Swoją drogą, kto według ciebie pójdzie następny na posadkę? - Chyba oczywiste, że Legion.- Poszedł za nią.- Puchacz jest trochę nieogarnięty na przywódcę, nie? - Nie wiem, Legiona też średnio lubię. - Machnęła skrzydłami.- Straszny buc. - Ta, ty pewnie byś była idealna.- Posłał jej wieloznaczne spojrzenie.- Urodzona liderka, ulubienica młodzieży! Nie umiała rozpoznać, czy tylko robi sobie z niej żarty, czy naprawdę tak o niej myśli. Nie mogła przebić się przez jego maski, ale ego podszeptywało jej, że może naprawdę sądzi o niej lepiej niż przypuszczała. Chciała tak myśleć. - Z tylko jednym przydupasem.- Na ten komentarz dostała łapą pod bok. - Ała! - Mam rozumieć, że te maślane oczy to tylko dla przydupasów?- Szpak oparł się o jej ramię, zawisł nad nią i karykaturalnie cmoknął w powietrze. - Zamknij się.- Czuła się wyśmiana trochę zbyt dotkliwie.- Bo dostaniesz mocniej. - Jakbyś umiała.- Rozszerzył kły w triumfalnym grymasie. Szarpnęła jego przednie łapy, ale ten też zaparł się o ziemię. Do większych rękoczynów nie doszło, chociaż chwila przepychanki na gołe pięści potrafiło zmęczyć. Smoła dała sobie pierwsza spokój. - No już, bo nie dojdę do tego jeziora.- Wstała z miękkiej, topniejącej zaspy.- A ty mógłbyś dać sobie spokój z takimi zagrywkami! Przecież ci jasno powiedziałam, po co mi to było. Już się pobawiłam, starczy. Nie robiłam nic więcej poza testowaniem granic.- Jej palec trafił prosto na środek piersi czarnego basiora.- A ty nie wiadomo co sobie wyobrażasz. Pokiwał porozumiewawczo głową. Nie pospieszał się do odpowiedzi, nie chcąc najwyraźniej dolewać oliwy do ognia. - Przodem zatem.- Machnął łapą w kierunku jaśniejącego świtu nad horyzontem. - Wybacz moje niezrozumienie. - Wysupłał spomiędzy zębów te wyartykułowane słowa dla uspokojenia znajomej. Oboje rozumieli się jednak zbyt dobrze.

czwartek, 26 marca 2026

Od Katarakty CD Puchacza - „Powrót z Wygnania”

 Kapanie w stęchłej części jaskini wojskowej roznosiło się rytmicznym pluskiem po korytarzach. Skazana leżała skulona, wciśnięta pomiędzy wilgotne, pobielane wapnem stalagmity. Wiosenne roztopy sprawiły, że najniższe dołki w rozpadlinie były ciągle pełne od zimnej wody, co nie zostawiało jej zbyt wiele miejsca na leżenie o suchej łapie. Pomimo wilgoci i zimna, nie ruszyła się z tego miejsca od…w zasadzie nie wiedziała jak dawna, nie miała dostępu oglądać słońca. Nieopodal niej stała nienaruszona szarawa breja w kawałku wklęsłej kory, którą wojskowi czasami podrzucali jej w dół osuwiska, żeby nie czuć, że głodzą więźniów. Dzisiaj wyjątkowo głośno szczury chrobotały w szczelinach. Wyjątkowo cicho rozmawiali szeregowi. Coś się stało? Ich ognisko nadal jaśniało w górze korytarza, pozwalając jej widzieć cokolwiek w tej ciemności. Katarakta łypnęła w górę, strosząc uszy. Kropla wody zwisała ze skalnego kła nad jej głową. Wisiała tam w roli jej jedynej wyroczni i co kilka  być może minut, może godzin, uderzała z pluskiem albo w podłogę albo w jej czoło. Był to jej osobisty metronom, po którym liczyła upływający czas. Osiem i pół kapnięć dzieli jeden posiłek od drugiego. Niedługo nastąpi szósty. Pokuśtykała do drewnianej miski. Piski szczurów drapały jej czaszkę od środka. Odwróciła się nagle, żeby zobaczyć kilka biegnących przez ciemności kształtów. Przynajmniej to było realne.
***
Rzucała kamieniami w ściany, żeby przegonić te piszczące szkodniki. Gdy kamienie się skończyły, rzuciła garściami z papką.Te jednak zamiast uciekać, przychodziły na dno jej osuwiska jeszcze liczniej, żeby zlizywać breję ze ścian. Czarne i szare kształty przemykały na krawędzi jej pola widzenia, a gdy próbowała je przyłapać, wydawało się jej, jakby to cienie cofały się z powrotem do szczelin, przestraszone światłem jej jasnego futra. Podchodziła bliżej, a ciemność rozstępowała się, lecz czuła, że nie z przestrachem, ale ze wstrętem.  
***
Czasami latające kształty przylatywały, żeby wyłapać muchy latające nad jej niedojedzonym glutem. Skrzydlate, bezgłośne demony, jeszcze bardziej nieuchwytne i niedostrzegalne od tych drepczących. Wadera nigdy nie umiała ocenić, czy właśnie przelatują kilka metrów stąd czy wiszą dosłownie przed jej pyskiem. Czasami niejeden się pomylił i zanurkował w jej futro, a jego ostre, szpilkowate palce skrobały ją po grzbiecie. Katarakta nazwała je szperaczami. Ich ugryzienia nie były bolesne, ale mało rzeczy w jej aktualnym padole były równie nieprzyjemne.
***
Kapnięcie metronomu. Leżała na plecach, do połowy zanurzona w płytkiej kałuży lodowatej wody. Jeden ze piskaczy przebiegł jej po brzuchu, ta jednak nie drgnęła.
- Chesz trochę? -Wyszeptała, jak poczuła, że coś ją podgryza.- Masz.- Rzuciła kawałek sarniej chrząstki w ciemność. 
Ciche dreptanie po mokrej podłodze, małe łapki przystają, cień cichnie, praktycznie nie oddycha. Znowu ciche kroki, po nim szuranie chrząstki po granitowej posadzce. Kolejne piski, reszta stada zbiega się do łupu. 
Często rozmawiała z piskaczami, będącymi jej jedynymi stałymi towarzyszami. Rzadko była w stanie je odróżnić, ale nie mogła się ich pozbyć, więc uznała to za zrządzenie losu. Jednego nazwała Kapryś, drugi Jełop, inny Zgredek, Tłusty i Tyci. Większość była w odcieniach brązu i szarości, ale tak długo się im przypatrywała, że jakoś nauczyła się je rozpoznawać. Głównie wtedy, gdy wojskowi akurat palili ognisko. Zdążyło się nawet, że obudziła się, a jeden z nich spał przytulony do jej pleców.
***
– Dzień dobry. - Usłyszała z góry osuwiska, co wnet przegoniło jej towarzyszy z powrotem do szczelin. Coś spadło z głuchym tąpnięciem na dno.– Jedzenie. Dzisiaj pierwszy dzień pracy. Jedz. 
Spojrzała w górę. Dawno nie widziała takiego kształtu cienia. Był ogromny w porównaniu ze szperaczem. 
- Wrócę w południe z listami od Agresta i torbą.- kontynuował.- Dzisiaj idę z Tobą. Zapoznasz się z drogą, z załogą Sekretarza i może nim samym.
Rozpoznawała ten głos jak przez mgłę. Słyszała go już gdzieś, ale oczami wspomnień widziała tylko wirujące, złoto-krwawe płomienie, a nie twarz, do którego należał głos. Pomyślała więc, że musi być bardzo ciepły, ale lepiej nie podchodzić zbyt blisko. Cień znikł zanim zdążyła przypomnieć sobie, jak wypowiedzieć odpowiedź. 
Znów oplotła ją obezwładniająca, lodowata cisza.
- Zostawiłaś mnie.- Z głębi jaskini dobiegło szeptanie dziecka…z jednej ze szczelin.
Kataraktę przeszył dreszcz lęku. Szukała w bladym, nikłym blasku kogokolwiek. Obeszła niepewnie rzędy formacji skalnych, brodząc przez płytkie kałuże aż do ściany naprzeciw niej. Widziała tylko delikatny zarys jej własnych łap wystawionych na wprost, błądzące skały.
- Halo?- Wyszeptała.
- Jak mogłaś.- Znów ten cichy głosik. Usłyszała, skąd dochodzi.
- Ja?- Jakiś gruchot upadającej skały dobiegł z prawej. Spojrzała wprost na dziurę po odłamanym kamieniu w rogu jamy. We wnętrzu błysnęły żółte, wilcze ślepia. 
- Tak się bałam. Nikt mnie nie zauważał. A potem jeszcze ty.- Znała ten głos…nie słyszała go od dawna.
- Domael…? - Szepnęła z niedowierzaniem, jakby miała już nigdy nie użyć tego imienia.
- Zostawiłaś mnie. -Jej głowa sterczała w ciemnościach otworu, a wzrok wlepiony miała prosto na nią.- Nawet nie przyszłaś, żeby się pożegnać. Byłam ci tak obojętna?
- Siostrzyczko, ja nie wiedziałam, jak mogłam.- Zaczęła się plątać we własnych słowach, śmiejąc się nawzajem i przepraszając.
- Porzuciłaś nas. Dla czego? Dla tych wilków, którzy również cię nie zaakceptowali? Bo byłaś obca?
- Wcale nie.- Cofnęła się.- Byli wielokrotnie bardziej otwarci niż wy wszyscy.
- A ja?- Słyszała płacz przebijający się przez słowa.- Czym ja ci zawiniłam siostro, żeby o mnie tak zapomnieć.
- Nie, Domael to nie tak. - Rzuciła się w kierunku szczeliny i próbowała wyciągnąć ją ze środka. -Jej łapa zatrzymała się na nicości.
- Może pożegnasz się jak przystało na rodzinę, co?- Męski głos za jej plecami, odwróciła się w jego kierunku.- Tak się odpłacasz po tym, jak cię wychowałem?
Biała podkuliła łapę pod brzuch. Jej umysł nie potrafił sklecić jednej dobrej myśli w obliczu przerażenia.
- “Dobrze mu tak”?- Warknął z ciemności, już dużo bardziej agresywnie. Był krok od skoczenia jej do gardła.
- RUSZAMY! - Trzeci głos, tym razem ze szczytu osuwiska.
Przerażona łypnęła w górę na wilka, nie będąc do końca pewną, czy to nie kolejna zjawa.Stała w bezruchu aż sam podirytowany nie ruszył w jej kierunku.
- Nie przypominam sobie, żebyś ogłuchła. No, tu jest worek.- Zarzucił jej na plecy.- Idziemy.- Zirytowany, ale niegroźny.
Jej oczy prawie wyskoczyły z orbit. Pamiętała jednak. Ogień. Ciepły, nie zbliżać się. Wzdrygnęła się na jego dotyk, oczekując poparzenia. Gdy ten wskazał jej drogę, w górę jaskini, musiała mimo wszystko w końcu się ruszyć. Przeszła niczym cień obok wojskowych, oczekując jakiegoś zagrożenia z ich strony. Gdy dotarli do wyjścia, blade słońce zimowego poranka paliło jej oczy. Wszystko wydawało się tak okropnie białe, jakby skierowane było na nią kilka słońc. Chodziła przez to praktycznie nie patrząc, gubiła się na trakcie.
- Matko, no chodź.- Ciągnął ją co chwilę na właściwe tory, aż oczy przestały piec. - Zaczynam rozumieć dlaczego potrzebujesz przewodnika. 
Odnajdywała pewnego rodzaju komfort w byciu prowadzoną pod bok. Uspokajała ją świadomość, że nie musi zwracać aż takiej uwagi na otoczenie. Nawet gdy jej oczy już przywykły do światła dnia to celowo opierała się na Ogniu. Jak w zasadzie cień miał na imię? Zapytała go o to, czuła się dziwnie słysząc swój własny, chrapliwy, potykający się o sylaby głos-
- Hm? Puchacz. Myślałem, że się znamy
- Puchacz. Ty?- Zapytał z konwenansu.
- K…Ka…ra…kta…ta.- Jej pamięć i język nie chciały współpracować. Była wyczerpana samym próbowaniem, żałowała że w ogóle musiała mówić.
- Wiesz co, zostańmy przy Ra
- Ra.
- Ra. Mi też będzie prościej.- Westchnął. 
W lesie, przez który się przeprawiali, nie dostrzegła żadnych piskaczy. Dyskomfort z tym związany potraktowała jako tęsknotę. Zaczęła sobie przypominać wydarzenia sprzed ciemności. To, jak zmusili Puchacza, żeby ją doglądał. Czuła jego frustrację, że w ogóle musi w tym brać udział, winę, że to ona jest powodem tego wszystkiego. Oj jak lepiej byłby wskoczyć wtedy w ten ogień…albo do morza. Skądkolwiek, dokądkolwiek, byleby w nicość. Nie, nie mogła tak biczować się nienawiścią innych. Zdepczą ją, jak tylko nadarzy się okazja. Musi się bronić, bo będzie dla nich wiecznie tylko workiem treningowym. Rzeczą godną pogardy, niewartą traktowania jak wilk, tylko jako problem. Kto ma czelność mówić, że jest problemem? 
Zerkała na niego dużo bardziej nerwowo. Puchacz czuł to spojrzenie, a więc jej nagły zryw nie był niespodziewany. Popchnęła go z furią w krzaki malin i pognała w las, gubiąc po drodze worek z pakunkami, śmiejąc się triumfalnie w niebo. Nie ważne były dla niej wicie malin raniące ją po kostkach, chwilowa wolność od całego świata był upajający dla jej umysłu. Do tej mieszaniny determinacji i wściekłości wlała się jednak kropla dziegciu, w postaci tęsknoty za cieniami. Jej cieniami, do których zdążyła się już przywiązać. Zatrzymała się, nie mogła ich tak zostawić. Dyszała na szczycie trawiastego wzgórza, lecz nawet nie dbała o to, dokąd dobiegła. Z paraliżu wybiło ją uderzenie ciężkiego, wilczego cielska zza jej tyłu.
(Puchacz?)


poniedziałek, 23 marca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Naprawdę tego chciałem”, cz. 12

Wszystko opiera się na biznesie.
Na niczym więcej.
Polityka jest nieważna,
nie trzeba tego umieć...
Liczy się, jak silne masz karty przetargowe.


Kochany Szkliwo!
Zdałam sobie sprawę, że chociaż napisaliśmy już wiele listów, ja w ogóle Cię nie znam. Twój ostatni list był taki krótki i w ogóle mało piszesz, co u Ciebie. Dlaczego nie mógłbyś napisać mi czegoś o sobie? Nie chcę, żeby mój przyjaciel był tylko literkami na papierze!
Dziadek i Legion bardzo linieją. Ty też tak masz? Myślałam, że są chorzy, ale Delta powiedział, że to przez wiosnę. Linieje się po to, żeby nie było za ciepło, gdy przyjdzie lato. Powiedział, że mnie też to czeka. Szkoda, bo lubię moją sierść.
Wczoraj mieliśmy ciekawe zajęcia o jaszczurkach, ponieważ właśnie zaczęły wychodzić ze swoich kryjówek po zimowaniu. Są one zwinne i szybkie. Są też bardzo malutkie, więc zazwyczaj nie warto zawracać sobie nimi głowy. Lecz towarzysz Sahel powiedział, że możemy rozmyślać o nich dzięki temu, że w watasze panuje teraz dobrobyt. Nie musimy martwić się o jedzenie, więc można spożytkować czas na ciekawe i rozwijające zajęcia. W ramach ćwiczeń zręcznościowych można łapać te zwinne i szybkie zwierzątka.
Prymula

Szkliwo nie był już pewien, gdzie kończy się cytat nauczyciela, a zaczyna komentarz Prymuli, jednak list był tak naiwny i tak beztrosko szczery, że nie trzeba było roztrząsać podłoża refleksyjnego czy martwić o niepokój ideologiczny. Ważne, że wszyscy w watasze rzeczywiście mieli pełne brzuchy i każdego dnia budzili się w spokoju.
Odwrócił stronę. A co to za miła niespodzianka?

Szkliwo, Przyjacielu.
Wybacz, że dawno do Ciebie nie pisałem. Słyszałeś zresztą: miałem sporo zmartwień i masę rzeczy do zrobienia. Myślałem, że wali się świat - dwukrotnie - ale on nadal stoi i, wyznam szczerze, ja już nie wiem, czy to oby na pewno dobrze.
Nie chcę zawracać Ci głowy wylewaniem swoich żalów. Wiem, że Cię to zanudzi. Ale ja miałem rodzinę... prawdziwą i pełną, miałem wszystko... Zostało mi tylko dwóch synów. Jestem z nich dumny, oczywiście! Jednak wciąż nie wierzę, że Nymerii już nie ma. Że Frezji już nie ma! Jakim prawem je przeżyłem? To ja, stary, schorowany wrak, powinienem umrzeć jako pierwszy. Teraz wszystko stało się tak trudne, a ja już nie mam siły łączyć końca z końcem. Czasem chciałbym, żeby ktoś uwolnił mnie od tego i wziął sobie posadę alfy, ale Legion jest jeszcze niedoświadczony. Brakuje mu pewności w podejmowaniu decyzji. Sekretarz zamiótłby go pod kamienie, a ja na to nie pozwolę. Puchacz znowu zupełnie się nie nadaje, chce tylko zbierać ziółka i trzyma się raczej Delty niźli własnego ojca.
Całe szczęście, że Prymulka wprowadza trochę słońca do mojego życia i w ogóle do naszego domu. Rośnie na piękną wilczycę. Z wyglądu nieodrodna córeczka tatusia... Z charakteru na szczęście nie. Dba o mnie jak rodzona.
O Sasankę nawet nie pytaj, bo ostatnio rzadko ją widzę. Ciągle gdzieś lata, świat jej domem. Już dawno przestałem za nią nadążać, a niestety niezbyt chętnie mi się zwierza. Zdaje mi się, że nie ma cierpliwości do moich pytań. Są z Prymulą jak ogień i woda, ale obie są szczęśliwe i zdrowo rosną, tylko to się liczy.
W WSC już spokój, a w jaskini medycznej w końcu pustki. Muszę w sekrecie pochwalić Deltę. Spisał się w tym całym chaosie, jak zwykle zresztą. Sekretarz za to wpadł na kolejny swój pomysł. Przesiewowe przeglądy uzębienia przed przydzieleniem stanowiska. Wyobrażasz sobie? Delta będzie zaglądać wszystkim w zęby i sprawdzać, czy są w komplecie i czy zgryz nie ma wad. Wszystkie szczenięta urodzone od tej wiosny mają przechodzić dodatkowo badania węchu, słuchu i wzroku. W WWN mają zorganizować sobie od tego specjalnego wilka i nam też każą. Dopóki nikt się nie znajdzie, biedny Delta chyba się zaharuje.
Przybyła do nas ta wilczyca od Ciebie. Całkiem sympatyczna. To dla mnie zagadka stulecia, dlaczego postanowiła opuścić NIKL i zamieszkać u nas. W każdym razie przyjąłem ją oczywiście i zastanawiamy się, co będzie tu robić.
Wiem, że masz teraz mało czasu. Nie przejmuj się, nie musisz odpisywać na oba listy. Daj po prostu znać, co u Ciebie. Och, gdybyśmy tylko byli tutaj razem, tyle trosk zeszłoby z mojej głowy.
Agrest

Odłożył kartkę. Wszystko szło po jego myśli, nawet jeśli staruszek narzekał. Osobną sprawą był list Prymuli. Ostatnio zrobiła się nad wyraz ciekawska. Miałby pisać jej więcej o sobie? Tylko co i po co?

Prymulko, Agreście!
Lato rzeczywiście się zbliża; dziś w nocy po raz pierwszy usłyszałem tu głos słowika. Chyba się wzruszyłem. Czekam jeszcze tylko na świerszcze, może w ich graniu znajdę namiastkę domu. Ty, Prymulko, już niedługo usłyszysz je po raz pierwszy w życiu. Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałbym któregoś ciepłego wieczoru usiąść z Wami przed jaskinią i posłuchać ich koncertu.
Jestem pewien, że za jakiś czas będziemy mogli porozmawiać bez pośrednictwa liter na papierze i wtedy będzie nam o wiele łatwiej. Mam nadzieję, że nastąpi to już niedługo, ale nie będę oszukiwać: na razie nic nie wskazuje na to, żeby udało mi się wkrótce Was odwiedzić.

„Jeśli wtedy będziesz jeszcze zainteresowana rozmową”, przeszło mu przez myśl. Obrócił pióro w palcach.
„Dziękuję za Wasze listy”. Ile razy można dziękować? „Piszcie, co u Was”. Zupełnie jakby przypominanie im o tym było potrzebne. Jak więc zgrabnie zakończyć, aby nie zostawić ich z wrażeniem, że odpisał tylko z grzeczności?

Niemniej będę się starać. Ściskam Was oboje.
Szkliwo

Ta sprawa wyglądała na przegraną, ale trudno. Na kolacji czekały go ważniejsze. Musiał ruszyć ze swoim śledztwem. Nie po to tyle czasu znosił humory Rasza, setki razy witał się z asystentami z północy, urabiał Kirłana i wieczór w wieczór dawał się sponiewierać Ildiri, żeby zupełnie nic z tego nie mieć. W każdym miejscu mogło kryć się coś ciekawego. Jeśli nie miał jak dowiedzieć się niczego o planach politycznych NIKL-u, to właśnie w remizie łatwo było zdobywać drobnostki, które mogły dać mu szansę przynajmniej na awans. A na wyższym stanowisku na pewno prędzej zyskałby dostęp do informacji, które dla najniższych urzędników mogły być niejawne.
Tak, awans powinien być jego priorytetem. Irosył miał rację, proponując jego kandydaturę do struktur ochrony.
Zamrugał. Sytuacja na szachownicy stała się napięta; pionek zagroził jego gońcowi. Odpowiedział na ten atak skoczkiem, przy okazji przypadkiem atakując hetmana, niezmiernie zadowolony, że udało mu się znaleźć tak zgrabny ruch.
Ciach! Skoczek skończył pożarty przez gońca przeciwnika, ukrytego na obrzeżu planszy. Ptak jęknął w duchu, ale na pocieszenie odbił materiał pionkiem.
- Sam już się zaplątałem, kto tu kogo broni. - Szary wilk zaśmiał się, raptownie, hałaśliwie. Szkliwo z lekka odchylił głowę, by dźwięk stał się bardziej znośny. - Skomplikowane jak Najwyższa Izba. Jej tajemnicza władza, ci wielcy przewodniczący. Ale różni się to tym... że szachy są prawdziwe. A NIKL to bajki dla naiwnych. - Wielki łyk wina z trudem przecisnął mu się przez gardło. - Wszystko opiera się na biznesie. Na niczym więcej. Polityka jest nieważna, nie trzeba tego umieć... Liczy się, jak silne masz karty przetargowe. Tylko tyle.
- Biznesie? Takim, jak ten twój?
- Jestem o tym przekonany! Tylko ten, kto ma karty, może rozdawać karty... Nie, poczekaj. Ty lepiej rozumiesz szachy, tak? To masz inny przykład. W polityce poruszasz pionkami tak, żeby nie zostały zbite, a same zbiły jak najwięcej. Ale jak spotkają królówkę... To giną! Nikt nie pyta ich o zdanie! Królówka to ktoś, kto ma nie moc kombinowania, a prawdziwe zasoby. Dlatego może lecieć o kilka pól naprzód, a nie tylko o jedno. Od początku ma zupełnie inne możliwości.
- Tak jak ty? - Szkliwo odsunął się jeszcze odrobinę, na szerokość piórka. Zastygł, wzrokiem chłonąc chwiejącą się lekko sylwetkę Kirłana.
„Masz rację, polityk z ciebie żaden, boś się spił... przy kim nie powinieneś”.
- Jak ja - oświadczył basior ze świętym przekonaniem.
- Pionka też można wypromować na królówkę. Wymaga to ni mniej, ni więcej, tylko trochę taktyki i udanych ruchów.
- Ty i ta twoja polityka. Ale racja, da się i tak zrobić. Fajnie byłoby zostać właśnie takim pionkiem, prawda? - Skrzyżował łapy na piersi i popatrzył na niego z lekkim uśmieszkiem.
- Czyli uważasz, że królową NIKL-u jest stado kóz. - Ptak chrząknął, sprowadzając rozmowę na poboczne tory, aby nieco rozluźnić atmosferę i wrócić do tematu, który bardziej go interesował. - Jeśli tak, to radosne wieści dla wszystkich podległych watah.
Kirłan roześmiał się znowu, serdecznie i tak długo, że zabrakło mu tchu.
- Świetnie się z tobą rozmawia - stwierdził, gdy wreszcie zebrał siły na kolejne słowa. - Nie stado kóz. Stado kóz to pola na szachownicy. A królową jestem tu ja.
- Wybacz, wasza wysokość.
Tym razem basior, wciąż się śmiejąc, entuzjastycznie i nieco zbyt mocno pacnął Szkliwo w ramię, czym zmusił go do roztarcia bolącego miejsca drugim skrzydłem. Mimo wszystko lotnik nie spuścił z niego wzroku, jakby podświadomie obawiał się, że wystarczy sekunda nieuwagi, a jego informator ucieknie. Mijały chwile, a on nie ciągnął tematu figur i pól szachowych. Szkliwo wolał nie naciskać zbyt mocno. Będą jeszcze przecież okazje.
Mnóstwo okazji.
Do siedziby wilczyc wszedł jak do siebie. Ildiri już na niego czekała. Chociaż nie dał nikomu żadnych związanych z nią deklaracji, potrafiła sprytnie wykorzystać jego obecność. Wszyscy znajomi już wiedzieli i zostali obyczajowo zmuszeni uszanować fakt, że wieczorami nie ma jej dla nikogo, albowiem obsługuje swojego „stałego pacjenta”. Odsłoniła kotarę i rzuciła proste:
- Chodź. - A potem, nawet na niego nie patrząc, zawróciła do wnętrza pokoiku. Wszystko było jak co dzień. Sprawił, że trzymała się jego zasad. Wiedziała, kiedy przyjdzie i kiedy wyjdzie, przestała się o to boczyć, a on wypracował sobie już niemal mechaniczny schemat postępowania. Poczucie odzyskanej kontroli wprawiało go w naprawdę dobry nastrój.
Zatrzymał się tuż przed granicą kącika. Powinien teraz odwrócić wzrok; przez myśl przemknęło mu lustro. Było wielkie. Wyraźnie mógł przejrzeć się w nim od stóp do głów, widział w nim z boku każdy swój ruch. Za ramę zatknięty był mały, srebrny kwiatek, uporczywy punkt zaczepienia dla oka, przypomnienie, po co to wszystko.
Nagle jednak obraz zniknął. Lustro już nie odbijało jego wizerunku. Przymknął oczy, spróbował się przejrzeć; nie mógł. Gdzie jego lustro?
Zamiast myśli potwierdzającej, że robi wszystko tak, jak należy, że pozwala sobie tylko na to, co przybliża go do osiągnięcia celu... przyszła inna. Przez całą kolację czekał na chwilę, w której będzie mógł wreszcie tu wrócić, poczuć zapach lawendy i ciepło ciała Ildiri.
Nieśpiesznie powiódł wzrokiem po szarym materiale spływającym z podwieszonej pod sufitem żerdzi. Zasłona zwisała nieruchomo; najwyraźniej w pokoiku obok nikogo nie było.
Jego wahanie trwało ledwie moment. Coś błysnęło w lustrze i zgasło w półmroku. Zapomniał o kwiatkach i zasłonach; przyszedł tu, żeby czuć. Przyszedł, bo chciał, żeby to się wydarzyło. Wykonanie zadania zeszło na dalszy plan.
Gdy znaleźli chwilę oddechu na podartym materacu okrytym kozią skórą, spod której w kilku miejscach wystawały kłaki wełny, Ildiri przeciągnęła się rozkosznie.
- Szkliwo... Właściwie dlaczego ty chodzisz w płaszczu? - zapytała. Zazwyczaj po wszystkim to ona zaczynała rozmowę i bardzo mu to odpowiadało. „Niech myśli, że sama nią kieruje”.
- A dlaczego ty masz naostrzone pazury? Może sama sobie odpowiesz.
- Och, zauważyłeś. - Obróciła się na bok, bez pośpiechu, ale ani przez chwilę nie patrząc mu w oczy.
- Poczułem. W porządku, wiem, że czasem życie bywa trudne. - Nie odpowiedziała, tylko potarła pyskiem o miękką powierzchnię materaca i przymknęła oczy. Oddychała spokojnie, choć jeszcze nieco szybciej niż w swoim zwykłym stanie. Zawahał się. - Wiesz, że jestem ze wschodu. A ty właściwie skąd?
- Znikąd.
- Mhm. A naprawdę?
- Ech... Z północy - sapnęła, nie otwierając oczu. - To znaczy, byłabym z zachodu, ale chwilę przed tym, jak się urodziliśmy, ojciec zabrał matkę do siebie, na północ. Już ci opowiadałam. A wcale niedługo potem przenieśliśmy się tutaj. Ale co to wszystko za różnica? Teraz jestem stąd.
- Wcale niedługo - powtórzył. - Ile miałaś lat, gdy zamieszkałaś w remizie?
Odwróciła głowę ku niemu i uchyliła nieco ociężałe powieki.
- Ile lat, śmieszne. Nie miałam roku. - Przerwa po jej słowach była znacząca. - Hej... A kochałeś kiedyś kogoś?
- Po co ci to wiedzieć?
- Ty też pytasz mnie o różne rzeczy. To jak, kochałeś? Tak naprawdę.
- Chyba n... nie wiem.
- A jaka ona była, ta, co to nie wiesz, czy ją kochałeś?
- To naprawdę nie jest dobry czas i miejsce, żeby o niej rozmawiać.
- No wiesz! Ty jakoś mogłeś mnie wypytywać o wiek.
- Wybacz, może nie powinienem.
- A teraz kogoś kochasz? - Płynnym ruchem obróciła się na brzuch. Oparła podbródek na łapie, mrugając niewinnie.
- Trudno powiedzieć. Nie tak, jak myślisz.
- Och, ja wspaniale wiem, co to miłość. Na sto różnych sposobów. Wiem, że można kochać jak kochanek, ale też jak brat brata, jak rodzic dziecko i odwrotnie. Nawet przyjaciela można kochać, po przyjacielsku. Stryjenkę też można kochać, i jej dzieci. Albo jeszcze... miłą nauczycielkę, która uczyła nas stawiać pierwsze kroki na polowaniu, nawet jeśli pamięta się ją tylko przez mgłę.
„Sama widzisz. Nie zechcesz tego zrozumieć”.
- A niebo? - rzucił, jakby spodziewał się tylko krzywego spojrzenia i zdążył już się z nim pogodzić. - Obłok, który za moment rozpłynie się na zawsze? Krok po mchu, na leśnym pagórku?
- Też... na pewno też można.
- A ja nie mam pojęcia, czy można. Niewykluczone, że to tylko zwykła potrzeba do zaspokojenia. Jak zwykłe pożądanie niektórzy zwą miłością.
- Ale prawdziwa miłość istnieje - odparła chłodniej, sztywno kładąc łokcie na ziemi. - To nie tylko pożądanie.
- Tak, wiem. Wszystko, co się czuje, chce się jakoś nazwać i sklasyfikować - zniżył głos i usiadł. Materac do oporu wypchany wełną prawie się pod nim nie ugiął. - Jeśli się czuje. A żeby to wiedzieć, trzeba mieć jakieś porównanie. Będę się zbierać. Dobranoc.
- No dobrze. - Zanim zdążył zrobić unik, na pożegnanie liznęła go w policzek. Skrzywił się, ocierając go z wilgoci. Jej obcesowy chichot odprowadził go do wyjścia.
Następnego dnia obudził się z jedną tylko myślą.
Prosić o urlop, czy nie?
Z jednej strony Prymula i Agrest już od dawna o to wypytywali. Z drugiej Hapenir, jeszcze gdy byli we trzech, wspominał, jaki kłopot sprawia zdobycie urlopu w urzędzie. Jeśli by go dostał, wykorzystałby swój potencjał urlopowy na dłuższy czas. Ale licznik leciałby już od nowa...
Mimo wszystko wypadało chociaż spróbować.
Gdy nadeszła przerwa na śniadanie, to jest, na kubek mleka, Rasz postanowił „wyjść za potrzebą i mózg przewietrzyć”, a Birast na chwilę wybudził się z drzemki przy swoim biurku. Szkliwo stanął przed nim z nadzieją na przyciągnięcie jego uwagi.
„Jak nie wyjdzie, to trudno. Przynajmniej nie wypadnę z rytmu pracy i a nuż przyspieszy to wykonanie mojego zadania. A jeśli to wyjdzie...”.
Basior podniósł pysk. Sylwetka asystenta odbiła się w szkłach zdobiących jego oczy.
- Inspektorze, jestem tu już jakiś czas. Może mógłbym prosić o kilka dni urlopu? Chciałbym odwiedzić rodzinę.
- Nie, nie, nie. - Reakcja była szybka i stanowcza. - Jesteście tu teraz sami z Raszem. Żaden z was nie może tak po prostu zniknąć. Nie powyrabiamy się z niczym - oświadczył z przekonaniem, choć nie było jasne, co konkretnie znaczy owo „nic”.
- Przecież Rasz ciągle mówi, że nie chce rekrutacji nikogo trzeciego. Dlaczego ja mam za to odpowiadać? Zresztą jak wrócę, to nadrobię wszystko, co będzie trzeba. Najwyżej będę zostawać dłużej w urzędzie.
- Nie, nie i jeszcze raz nie! Może za jakiś czas, głęboką wiosną, jak będzie trochę mniej pracy. - Basior pokręcił głową, aż okulary zsunęły mu się na czubek nosa. Poprawił je sztywno, całą łapą. Usadowił się wygodnie w swoim kąciku i przymknął oczy, dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. Szkliwo rad nierad musiał ustąpić.
„Może to i dobrze. Muszę się skupić na zadaniu. Podróż by mnie rozproszyła. A teraz do pracy”. Rzecz jasna ani przez chwilę nie miał na myśli pracy w urzędzie, choć i tej zostało jeszcze sporo. Był to dzień rozpatrywania wniosków z podległych ziem. Z oczywistych przyczyn korespondencja pomiędzy NIKL-em a WSC i WWN przez większość czasu milczała, jednak tego dnia ich zespół otrzymał aż dwa pisma od członków Watahy Wielkich Nadziei. Jedno należało do basiora imieniem Lestek i zawierało prośbę o dane dotyczące hodowli rzepaku na ludzkich terenach. Drugie natomiast przysłała niejaka Lagimira. Wnioskowało ono o opinię na temat historycznego faktu budowania przez bobry tam ostatnim odcinku rzeki, tuż przed jej ujściem do morza. Prośbę swą wilczyca uzasadniła badaniami nad systemem zapobiegania zalaniom pobliskich terenów.
Przez chwilę przyglądał się pismom, nieruchomy jak posąg. Nie wiedział, nad czym pracowali towarzysze z Rady WWN, ale było coś uspokajającego w tym, że komunikacja na linii Wschód-Najwyższa Izba, choć szczątkowa, nadal działała.
„Dlaczego wszystko nie mogłoby być jak dawniej? My u siebie, oni u siebie. Wszyscy w dostatku, bezpieczni i zadowoleni”.
Rzucił okiem na trzecie pismo. To pochodziło z WSJ. Zapytanie o propozycję lokalizacji wystawienia najnowszej sztuki teatralnej z powodu wykrycia tymczasowo niekorzystnej nawierzchni na poprzednim miejscu. Nie roztrząsał jego treści. Oznaczył dokumenty jako otrzymane, zapisał w ewidencji, sporządził skrócone kopie i przekazał inspektorowi.
Ledwie skończył wykonywać swoje obowiązki, doścignęła go druga zmiana. Musiał nadać na poczcie napisane poprzedniego wieczora listy, a co jeszcze pilniejsze, sprawdzić, czy nie pojawiło się tam nic nowego, zanim zgłosiłby się po to prawowity adresat. Naczytał się już tyle o przygodach krewnych Birasta oraz o wzlotach i upadkach kondycji jego brzucha, że powoli zaczynał śledzić je z niekłamanym zainteresowaniem.
- Dzień dobry! - zawołał, stając pod solidnymi, zamkniętymi drzwiami. Były tak ciężkie, że gdyby nie ich obecność, chatka, w której umiejscowiona była poczta, mogłaby odlecieć przy mocniejszym podmuchu wiatru.
- Listy pod drzwi! - odpowiedział stłumiony głos z wytrwałością, która towarzyszyła mu odkąd ptak sięgał pamięcią. - Chyba że na coś czeka, jak się nazywa? Podam!
- Może macie tu nadwyżkę atramentu? - Przystanął pod samymi drzwiami, przysłuchując się odgłosom dochodzącym z wnętrza. - Trafił mi się pokój od północnej strony i, cholera, kolejny słoik spleśniał.
Po drugiej stronie rozległo się dreptanie czterech łap. Wrota uchyliły się, ukazując wielki nos starego wilka. Wpuścił gościa do sionki i natychmiast wycofał się na swoje miejsce. Stara jak świat podłoga z desek wyślizganych tysiącem łap zaskrzypiała pod jego ciężarem. Szkliwo odszukał wzrokiem półkę przeznaczoną na listy dla zespołu zajmującego się Wschodnimi Ziemiami. Leżało tam tylko jedno pismo, które od razu przykuło jego uwagę. Napisane zostało na nieco innym papierze niż te, które otrzymywali Birast i sam Szkliwo. Otworzył je bez wahania.

Mój Drogi Raszu,
mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku. Postanowiłam jeszcze raz spróbować się z Tobą skontaktować.
Wybacz. Długo nie wierzyłam, że po prostu zerwałeś z nami kontakt. Pytałam listonosza, czy przypadkiem moje listy gdzieś nie przepadają, ale zapewniał, że są dostarczane, a wszystkie inne wilki dostają odpowiedzi. Wobec tego dziś podejmuję ostatnią próbę.
Twoja mama jest ciężko chora. Źle się czuję, znowu Cię o to prosząc, zwłaszcza że od dawna nie odpowiadasz i nie wiem, co się z Tobą dzieje, ale jeśli mógłbyś wziąć chociaż chwilę wolnego i odwiedzić nas... Może wtedy by ozdrowiała. Albo chociaż jeszcze raz zobaczyłaby ukochanego syna.
Kochająca Dancela

„Kiedyś Rasz wspominał, że kazał nie zawracać sobie głowy listami z domu i więcej ich nie otrzymywał. Tu wygląda to trochę inaczej. Pisali dalej, po prostu nie dostawali odpowiedzi. Wymyślił własną wersję tej historii, żeby mi ją opowiedzieć? Tylko po co miałby to robić?”. Schował list za pazuchą, nie powstrzymując uśmiechu, mimo że wciąż czuł na sobie uważne spojrzenie sortownika. „Nieważne. Co za baśniowy zbieg okoliczności. Żeby jeszcze zgodził się wybrać na ten urlop. Wtedy przejmę jego obowiązki, a gdy wróci, będę mieć argument, żeby ubiegać się o swój”.
- Dzięki. - Jak zwykle kiwnął głową na pożegnanie i już go nie było.
Dzień był bardzo ciepły. Gdy tylko opuszczało się murowane, wychłodzone przez zimę pomieszczenia, fala gorącego powietrza przyjemnie oblewała ciało. Przyzwyczajony do mrozu, żuraw musiał poluzować wiązanie płaszcza i zsunąć go niżej na kark. Nie spodziewał się, że lato tak szybko zacznie wychylać się zza drzew.
Gdy znalazł się na ulicy, jego wzrok przykuł jakiś ruch na drodze wlotowej do wioski. To Awita, jedna z wader z remizy, gestykulowała z ożywieniem, tłumacząc coś innej. Tej ostatniej Szkliwo przyjrzał się uważniej. Nie widział jej nigdy wcześniej. Drobna, szczupła, ale wyraźnie umięśniona, poruszała się sprężystym krokiem i wysoko nosiła głowę. Mimo to wydawała się zagubiona.
„Nowa? Czyżby znaleźli zastępstwo za Przytulię?”. Zatrzymał się przy przewróconym do połowy płocie. Tymczasem wilczyce rozdzieliły się. Przybyszka nie ruszyła do remizy. Dalej stała na środku ścieżki i zaczepiła jakiegoś przechodnia zmierzającego na pocztę.
- Dokąd mam się kierować? - dosłyszał jej podniesiony głos. Urzędnik, zdaje się, jeden z asystentów Nikrosza, wzruszył ramionami, pokręcił głową i odszedł czym prędzej, zanim zdążyła zadać kolejne pytanie. Gdy została sama, zrobiła krok w jedną, potem w drugą stronę. Rozejrzała się, a wtedy jej wzrok padł na stojącego na rogu uliczki żurawia. Byłby poszedł śladem poprzednika i już dawno się oddalił - można było przewidzieć, że stanie się jej kolejnym celem - a jednak zdążyło już zaciekawić go, kim jest ta postać zbłąkana wśród podwórek. Bez słowa śledził więc tylko, jak zbliża się szybkim krokiem.
- Proszę o wybaczenie. Szukam asystenta inspektora Ziem Wschodnich. To pilne.
Nie poruszył się, jakby był tylko rzeźbą strzegącą murów. Nawet jego powieki nie zdradziły zaskoczenia. Tylko źrenice zawęziły się o włos, a chłodne, badawcze spojrzenie przewierciło wilczycę na wylot.
„Epea?”, rozległo się w jego głowie.
- Inspektor ma dwóch asystentów - odrzekł sucho, czekając na jej następny ruch. Dopiero dotarło do niego, że nie ma pojęcia, co odpowiedzieć, gdy wreszcie usłyszy bezpośrednie pytanie.
- Ach, no tak! Hapenira i Rasza. Chodzi mi o Hapenira. Wysoki, z brązową sierścią. Gra na skrzypcach.
- Tak, znam go - odmruknął, dając delikatny znak, by odeszli kawałek dalej, na otwartą przestrzeń. Rzucił krótkie spojrzenie przez ramię. Ulica zdawała się pusta, a z okien nie wystawały żadne ciekawskie pyski. Nie uszli jednak kilku kroków, gdy czyjaś obecność dała się usłyszeć, zobaczyć i odczuć. Zza rogu wysunął się najbardziej zgrany zespół całego NIKL-u.
- Zapraszam panią z nami - oświadczył jeden z ochroniarzy, zatrzymując się tak blisko, że omal nie popchnął jej bokiem.
- Ty też - dodał nikt inny jak Denkin, bury pomocnik dowódcy. Czyjeś długie palce chwyciły Szkliwo za kark. Zaparł się nogą, by zbyt mocno nie wychylić się w tył.
- Coś chciał powiedzieć? No, co chciałeś jej powiedzieć?! - Sam dowódca, który wyłonił się zza ich grzbietów, z rozmysłem ściskał nóż. Przytknął jego czubek do gardła ptaka. - Ale nawet dobrze wyszło, że akurat tu jesteś. Szykuj się na długi wieczór. Chłopcy... - Skinął palcem na obu swoich podwładnych.
- Coś się stało? Dokąd mnie zapraszacie? - Wadera dumnie podniosła pysk, ale nie sprzeciwiła się poleceniu.
- Odpowiemy na wszystkie pani pytania i zadamy parę własnych dla równowagi - odparł szarmancko. Omijając główną drogę, szybko dotarli do biura.
- Zapraszam, włazić. - Wilk, który ją prowadził, otworzył drzwi do komórki na parterze. Nakideron tymczasem przymrużonymi oczyma wskazał ptasiemu towarzyszowi majaczące w półmroku, strome schody. Uśmiechał się od ucha do ucha, a jego pierś unosiła się w przyspieszonym rytmie. Tyle wystarczyło, aby zrozumieć, że wyobraźnia basiora już pracuje na wysokich obrotach. I choć wszystko inne wskazywało, że to nie Szkliwo ma się czego obawiać, jego żebra zesztywniały na wydechu. Usłyszał własne kroki na schodach, jeszcze zanim zdał sobie sprawę, że ruszył.
Zawsze, gdy tam wchodził, miał wrażenie, że otwierają się przed nim drzwi do innego świata. Z ciemnego, obskurnego przedsionka trafiał do umeblowanego pokoju tonącego w zwiewnej, choć nieco poszarzałej bieli prześcieradeł. A po środku stał Nakideron: władca swojego małego światka.
- Wierz lub nie, ale nie zamierzam ci wmawiać, że to dla idei, czy że w ogóle ma jakiś większy sens - zaczął, nie dbając o wstępy. Zanim się odwrócił, potoczył wzrokiem po widocznej z okna równinie. Gdzieś w dole kiwał się krzew bzu, z którego gałęzi wysuwały się już maleńkie zalążki liści. W oddali trwał ponury budynek remizy. - Nie. To dla zabawy! Spojrzysz na nią tylko i zobaczysz, jak się skuli.
- Niczego nie rozumiem z zaistniałej sytuacji - stwierdził Szkliwo, w pełni zgodnie z prawdą. Sam fakt pojawienia się Epei w NIKL-u był dla niego niespodziewany, a jej zatrzymanie z ledwością mieściło mu się w głowie. Wolno splatał nić przyczyn i skutków. Wnioski były mętne.
- Wszystko w swoim czasie. Teraz pora delektować się ucztą. - W czymś na kształt przyjaznego odruchu uniósł się lekko tylko jeden kącik jego pyska. - Będzie wiedziała, że należy do nas. Zacznie badać nasze reakcje, sprawdzać, na co może sobie pozwolić. Przyjemnie będzie też patrzeć, jak bardzo waćpan nie będziesz chciał tu być. Jak będziesz się tego bał. Weźmiesz narzędzie, bo ja ci rozkażę, chociaż chętnie cisnąłbyś nim o ziemię. Ale nie masz już władzy nad tym, co jej zrobisz. Władzę mam ja. Nie myliłem się, zakładając, że nadajesz się na zabawkę. W końcu tylko ci, którzy czerpią przyjemność, to uczestnicy gry, prawda? Reszta to pionki. A ja jednak podejmę się wyzwania. Jeszcze będziesz uczestnikiem.
- Po co zawracasz sobie mną głowę, jeśli się do tego nie nadaję? - zapytał bezbarwnie. Proste „Daj mi spokój” raczej nie przyniosłoby pożądanego efektu.
- Bo nie jesteś dla mnie taki do końca czytelny. - Wilk zmrużył jedno oko. - Bałeś się. Ale zostałeś. Wiesz, ilu jest takich, którzy robią obie te rzeczy naraz?
- Słucham?
- Nie odwróciłeś wzroku od cierpiącego przyjaciela. Stłumiłeś emocje i przetwarzałeś, zamiast wiać. Mówiłeś, „Nie jestem odpowiednią osobą”, zamiast „Nie zrobię tego” - jego głos zwolnił. - Aż się prosi, żeby dać ci szansę. Może jesteś po prostu... niedokończony.
- Skąd w tobie tak wielkie pragnienie znalezienia kolejnego pomocnika? Przecież masz już trzech, jeśli nie więcej.
- Mogę mieć czterech. - Wyszczerzył się. - Nie sztuką byłoby znaleźć zwyrodnialca, który zadaje ból dla przyjemności. Tacy są nudni, przewidywalni. Ślinią się do ofiary jak prosiaki. Widziałeś kiedyś prosiaka, Szkliwo? Hałaśliwy, różowy klocek na czterech raciczkach. - Chuda, żółtawa łapa chwyciła za poręcz stojącego obok fotela, ukrytego pod prześcieradłem. Basior wygiął grzbiet i usadowił się w nim wygodnie, a jego pogłębiony oddech rozniósł się echem po pokoju. - Takiego nie chcę. Sztuką jest złamać takiego, po którym najmniej się tego spodziewasz. Sprawić, że w końcu weźmie kij i połamie go na czyjejś piszczeli. - Nagle wyciągnął kończynę, równocześnie pochylając się naprzód. Dotknął dzioba żurawia, kierując go na siebie. - A w jego oczach zapali się pragnienie.
- To chwila, gdy przestaje być zabawką, a staje się prosiakiem? - Szkliwo płynnym ruchem podniósł głowę, wycofując się z jego zasięgu.
- Wtedy staje się jak ja. Stoi ponad nimi wszystkimi, bo nie jest przywiązany do miejsca wyznaczonego mu przez instynkty.
„Więc chcesz mi powiedzieć, że ty nie ślinisz się na widok wilka, któremu możesz sprawić ból? Dobre sobie. Ech, Nakideron, czy zawsze brzmiałeś, jakbyś głosił jedyną prawdziwą prawdę? Kim byłeś, zanim zostałeś tu hyclem?”.
- Wypośrodkuj to - mówił dalej dowódca. - Zabawką łatwo się znudzić. Jej się tylko używa. Wspólnicy za to współtworzą grę. Samotność bywa męcząca, a chwila, w której nowy gracz orientuje się, że też tak potrafi, napawa mnie niemal ojcowską dumą. Ciało nie zna pojęć „dobre”, czy „złe”, ale wie, jak to jest, mieć przewagę. Bardzo, bardzo przyjemnie. Już niedługo się o tym przekonasz.
Ptak nie miał pomysłu na odpowiedź, która równocześnie nie zgasiłaby iskry błyszczącej w jasnych ślepiach. Obawiał się, że taki występek mógłby go sporo kosztować.
- Ale jeśli waszmość myślisz, że rzecz w zadawaniu bólu, to jesteś w błędzie. To dopiero połowa drogi. Aby osiągnąć pełnię mocy, trzeba nauczyć się przyjmować to samo, co się daje. Tylko wtedy przestaniesz się cofać, widząc strach. - Jego nos zmarszczył się w mieszance silnych emocji. - Tylko tak zrozumiesz, że to, co jest po jego drugiej stronie, w rzeczywistości wcale nie jest straszne. Daj skrzydło.
Polecenie było krótkie i niespodziewane. Szkliwo odsunął się z lekkością wróbelka. Jeden impuls - prosty, prymitywny, ale nie do opanowania - i natychmiast złamał swoje postanowienie nie ustępowania nawet o krok. A praktycznie rzecz biorąc, postanowienie złamało się samo, na starej jak świat zasadzie niepowstrzymanego odruchu.
- A po co ci ono? - rzucił, prostując się jak struna, na czas, zanim zetknął się ze ścianą. Rozmówca nie zwrócił na to większej uwagi.
- Trelik! Chodź tu do nas! - głos echem odbił się od ścian. Duży, dobrze zbudowany basior o kawowej sierści bez słowa zjawił się na wezwanie. Lotnik obejrzał się kątem oka. Nie podobała mu się obecność pomocnika dowódcy tuż za swoimi plecami. Jednocześnie nadal nie wiedział, jak się w tej absurdalnej sytuacji zachować. - Daj mu skrzydło. Nie bój się, no! - Nakideron z zapałem machnął nogą, wykonując jakiś gest zrozumiały tylko dla swojego podwładnego. - Przecież ja nie krzywdzę. Jestem wilkiem o gołębim sercu.
- Oczywiście. - Ptak nie poruszył się i nie oderwał od niego wzroku, choć poczuł na swoim przedramieniu oddech Trelika, niepokojąco ciepły i bliski; wydobywający się z otwartego szeroko pyska. Powoli wyprostował skrzydło, pozwalając, by zamknęły się na nim dwa rzędy kłów. Zwilżył gardło, przełykając ubogą porcję śliny. - Hapenira też nie zamierzałeś zabijać. Chciałeś tylko, żebym nie robił problemów i podpisał ci ten papier.
- A widzi dobrodziej, całkiem dobrodziej niegłupi.
- Nad wyraz odważne pochlebstwo. Co teraz chcesz zrobić?
- Widzisz, uważam, że umysł przygotować można do naprawdę niezwykłych rzeczy, jeśli tylko będzie się to robić powoli i stopniowo. Zacznijmy na przykład od lekkiego sygnału. Trelik trzyma twoją kończynę w zębach, a ty przyjmujesz to, nie uciekasz, zdajesz się nawet już całkiem spokojny, chociaż wiesz, co będzie dalej. Musisz mieć świadomość, że to ja decyduję, kiedy będzie bolało, a kiedy przestanie. Wierzysz w coś? Jeśli nie, możesz uwierzyć we mnie i potraktować jako wolę siły wyższej. Kiedy akceptuje się dotyk, czas poczuć dyskomfort. A jeśli i wtedy uda się stłumić odruchy...
Tu nastąpił jeszcze jeden ruch łapą; krótki, wiotki, zrozumiany przez pomocnika tak szybko, jakby powtarzany był już milion razy przy przeróżnych okazjach. Zęby zaczęły powoli zaciskać się na skrzydle. Szkliwo zamarł. Czekał na dalsze instrukcje, kolejne słowa, ale kły wbijały się coraz głębiej, a Nakideron tylko obserwował w milczeniu, jak oczy żurawia na ułamek sekundy uciekają w bok, jakby chciały pociągnąć za sobą całe ciało, a potem wracają na swoje miejsce, twardo, pewnie, niczym żołnierze zdziesiątkowanego wojska przed ostatnią bitwą.
- Bardzo dobrze. Nie odwracaj ode mnie wzroku - wymamrotał.
Obaj wiedzieli, że w pewnym momencie tego nie wytrzyma. Wreszcie ptak lekko poruszył głową, nie mogąc powstrzymać się, by choć przelotnie nie spojrzeć na swoją kończynę, uwięzioną w wilczych szczękach. Nie był pewien, czego na niej szukał. Chyba pierwszej krwi. Jeszcze jej nie było.
- Dość - komenda była lakoniczna, lecz wystarczająca, by nacisk ustąpił. - Uwielbiam, uwielbiam oglądać, jak przegrywacie sami ze sobą. Ale jeszcze chwila i zacząłbyś się wyrywać, a dziś tego nie chcę. To, co właśnie zrobimy, to lekkie przekroczenie progu, a potem ulga. Tak działa odczulanie. Rozumiesz? - zapytał poważnie. Lekkie ugięcie karku mógłby uznać za zupełnie przypadkowy ruch ofiary, którą od od dzikiej szarpaniny dzieli tylko chwila i ostatni sygnał, ale najwyraźniej wprawiony już w podobnych rozmowach, z marszu przyjął je za potwierdzenie. Z zadowoleniem uniósł podbródek. - Próg będzie coraz dalej. To, jak daleko uda ci się go przesunąć, zależy już od ciebie. Trelik...
Lodowaty dreszcz, powiadamiający, że nacisk znowu staje się zbyt mocny, przeszedł od przedramienia przez całe ciało ptaka.
- Dość. - Podwładny natychmiast rozluźnił szczęki, choć kły nadal spoczywały na skrzydle. - Nie walcz i nie uciekaj. Czuj i obserwuj. I uwierz mi. - Dowódca nachylił się nieznacznie. - Czasem to o wiele prostsze i przyjemniejsze, niż stale walczyć o kontrolę. Trelik.
Kolejna runda. Mimowolnie napiął mięśnie i podkulił ogon. Ani walka, ani ucieczka nie wchodziły w grę. Na szczęście opcja przeczekania dawała nadzieję na wyjście z tej przygody z twarzą. Próbował nie myśleć o bólu, ale jego fale zmuszały ciało do sztywności i przetwarzania wciąż tego samego bodźca.
Czuł się dziwnie i nie chodziło jedynie o cielesną niewygodę.
Jeszcze niedawno żył jedną tylko myślą przewodnią: aby jak najszybciej zdobyć informacje potrzebne watasze i czmychnąć z tego strasznego miejsca z powrotem do domu. Był więcej niż pewien, że nie złamie swoich zasad, nie było bowiem niczego na świecie, co dałoby mu do tego jakąkolwiek motywację. Ten wielki świat traktował jak przedsionek, w którym można było co najwyżej oczekiwać na zwrócenie wolności. Na wszystkie dobra, które otaczały go w Najwyższej Izbie, patrzył jak na kurz leżący w kącie. Można się nim było co najwyżej zakrztusić.
A teraz? Sam już nie wiedział. Kurz okazał się słodki. Tylko po jaką cholerę w ogóle go skosztował?
Był tam, w biurze szefa ochrony uosabiającego wszystko, z czym miał walczyć. Stał przed nim, godząc się na całkowitą bezbronność w imię zaspokojenia jego patologicznej ambicji. Dlaczego? Ze strachu, z ciekawości? Nie zastanawiał się, jakie korzyści przyniesie to jego śledztwu. Po prostu tam był i jakoś nie zbierał się do ucieczki.
- Ciągłe uniki! I właśnie dlatego potrzebujesz ćwiczenia, mości panikarzu.
Silne szczęki odsunęły się; znowu był wolny. Nagle pozycja, którą zajmował, w biurze ochrony, w którym widział i doświadczył już tyle złego, znów wydała mu się zupełnie bezpieczna. Sztywność w mięśniach puściła w jednej chwili. Nawet dowódca niespodziewanie wydał się mniej odpychający, do tego stopnia, że Szkliwo wyprostował się z ulgą, spojrzał mu w oczy i znalazł głos w gardle.
- Przepraszam - mruknął, rozmasowując kończynę. Pod piórami czuł odgniecenia, które zostawiły po sobie wilcze zęby. - Jestem tchórzem.
- Wcale nie. - Nakideron wygiął wargi w podkówkę, jakby nie wiedział, o co chodzi i skąd ten wniosek. - To nie słabość, a nawyk - rzucił sucho. - Zmienianie nawyków zawsze trwa, ale pomyśl tylko: gdy nauczysz się przyjmować ból, wrogom będzie dużo trudniej użyć go przeciwko tobie. Nawet mi będzie trudniej!
Ptak wolno machnął ogonem. Nie mógł dać się zdekoncentrować. Siedział przed nim nocny łowca, który mrużył oczy przed życiodajnym światłem, lecz w całkowitej ciemności nie chybiał o włos. A tam, gdzie się znajdowali, nie znać było najlniklejszego błysku zza okna ani żadnej gry świateł na ścianach.
- Co chcecie zrobić z tą wilczycą?
- Ach, nasza słodka dama. Widzisz, waćpanna wybrała się na wyprawę, aby szukać przyjaciela, który obiecał jej spotkanie. Nie powinna była tego robić.
- Usuniecie ją, jak Hapenira?
- Jak sam możesz wywnioskować, to najbardziej logiczna ścieżka.
- Nie boisz się, że ktoś widział to aresztowanie i zasieje w innych niepokój?
- Myślisz, że czekałbym tyle ze zgarnięciem jej, gdyby było mi wszystko jedno, czy ktoś patrzy? Nie będę się tu wgłębiać w nasze punkty strategiczne, ale zapewniam cię, że nie rzucamy się w oczy.
- A jeśli wilki z północy będą jej szukać? Ktoś może wiedzieć, że wyprawiła się do Najwyższej Izby, a tu są świadkowie. Rozmawiała z kilkoma wilkami. Będą też pamiętać, o kogo pytała.
- Świadkowie? - wypluł tylko jedno słowo, na długą chwilę zamierając w kompletnej ciszy. Do pokoju wśliznął się niezagłuszony nawet najlżejszym dźwiękiem pogłos wesołej pogawędki grupki wilków przechodzących ulicą. Kark żurawia znów przygiął się mimowolnie, lecz wyprostował równie szybko. Szkliwo odniósł przykre wrażenie, że w trakcie tej rozmowy robi się coraz mniejszy, a to nie służyło dobremu wizerunkowi. Wreszcie basior wydał z siebie nieczytelny pomruk. - Dajesz się ponieść prostemu błędowi poznawczemu i nazywasz skaczącego po polu gronostaja królewskim płaszczem. Świadkowie? Myślisz, że będą świadczyć? - Nachylił się do przodu, odrywając grzbiet od oparcia fotela. - Powiedz, kogo mają pozwać? Do kogo mają się zwrócić ze skargą?
Jego wąsy zachwiały się niezależnie od oddechu. Dolne powieki opuściły się wolno, odsłaniając czarny owal źrenic. Znikomo uniesione kąciki warg zastygły jak wylany wosk.
- Mam rozumieć, że w twoim przypadku prawo nie zadziała? - mruknął ptak, chłonąc oblicze, które mówiło już samo, choć bez ani jednego zdania. Jak bardzo chciałby usłyszeć to wyraźnie, słowo po słowie. Zrozumieć wszystko, czego nie mógł pojąć, patrząc w puste ślepia, które gapiły się teraz prosto przed siebie, jakby ich rozmówca był jedynie na wpół przeźroczystą przeszkodą.
- Ja tu jestem tylko sercem. Wykonuję powtarzalne ruchy i nic poza tym. Sądzi się przecież nie serce, a tego, w kim ono bije. Jednak kto cię osądzi, gdy nikt ponad tobą nie stoi?
Szkliwo spuścił wzrok na ledwie moment, jakby cała jego pewność siebie potknęła się pod naciskiem.
Jeszcze chwilę wcześniej, na ulicy, pojęcie „przyczyna-skutek” było jednowymiarową oczywistością. Fizyczną zasadą dynamiki. Oczywistym zdawało się, że wszystko, co oświetli słońce, rzuci cień. A jednak wystarczyło zauważyć, że ponad słońcem światło ginie w próżni; tam nic nie rzuca już cienia, bo nie ma nad nim już ani płaszczyzny, ani okruszka, ani nawet powietrza.
- Nie boicie się prawa, bo stanowicie prawo. A nie boicie się przewrotu? Konfliktu z podległymi watahami?
- Konfliktu? Wolne żarty! Naprawdę myślisz, że tylko peryferyjne watahy przysyłają nam tu szpiegów? Myślisz, że to wartki potok o jednym kierunku? Przecież nie bez powodu to my jesteśmy na tym świecie najwyższą władzą. Wiesz, skąd się bierze władza? Z wiedzy. Mamy swoje wilki tam gdzie potrzeba i jest ich dokładnie tyle, ile trzeba. A gdy trzeba, robią, co trzeba.
„Zaiste...”.
- Więc co zrobisz?
Basior mlasnął, jakby właśnie wybudził się ze snu. Odetchnął pełną piersią i przestąpił z nogi na nogę.
- Chodźmy.
- Jeśli naprawdę nie boisz się świadków... - rzucił Szkliwo po raz ostatni, już do oddalającego się grzbietu. - To po co ją pojmałeś?
- Można by rzec, że uszczęśliwimy tym, raz, dwa... - Zastanowił się, stawiając jeden wolniejszy krok. - Trzy osoby.
Skrzydlaty niczego już nie rozumiał. Powlókł się za nim bez słowa więcej. Ciężko opuszczało się ów pokój cały w bieli, wiedząc, że zaraz zstąpi się do piekieł. Dowódca maszerował po schodach lekko; znał na pamięć każdy stopień i każde wyszczerbienie. W przeciwieństwie do swojego towarzysza znał też doskonale ciąg dalszy przedstawienia, które właśnie odgrywali. Pomocnik otworzył przed nim drzwi do komórki jak przed cesarzem.
- Jestem przedstawicielem wojska Watahy Cieni! - rozległ się donośny głos wadery. - Żądam informacji, co to wszystko za maskarada.
- Ależ wiem, wszystko wiem. - Nakideron przytaknął gorliwie. - Pamiętam cię, jak byłaś jeszcze taka, o, tycia. Jesteś ledwie w wieku mojej córki, a już taka z ciebie utytułowana wojowniczka. Mości Epeo, wiesz, po co tu jesteś? - Jego jęzor wysunął się z pyska i otarł o wargi. - Dla mojej rozrywki. Ale nie martw się, to nie tak, jak myślisz! Ja jestem bardzo pomysłowy. Potrafię zaskoczyć.
Wilczyca kiwnęła się, jakby sprawdzała zakres możliwych manewrów, który pozostawiły jej łapy Denkina. Raptownie zmarszczyła pysk i splunęła prosto przed siebie. Dowódca zdołał jednak zrobić sprawny unik. Nie zareagował na jej wyczyn w żaden sposób, tak samo, jak czasem puszczał mimo uszu pytania Szkliwa. Pomijał to, czego nie było w jego własnym scenariuszu, niczym naiwne sugestie ambitnych amatorów.
- Miałaś kiedyś przyjemność... - Zbliżył się do niej o długość śladu własnej łapy. - Być podtapiana? Znasz to uczucie, gdy zwisasz z brzegu rzeki, trzymana za tylne nogi, gdy przed oczami robi ci się na przemian czarno i czerwono, gdy krew napływa ci do głowy, tak, że w pewnym momencie już nie wiesz, czy topisz się w wodzie, czy w zawartości własnych żył? Czułaś kiedyś to szczypanie w nosie i zatokach? Mocne ruchy brzucha, który próbuje pomóc ci zaczerpnąć powietrza, a sprawia tylko, że wlewa się w ciebie tak niepozorny, a tak niebezpieczny płyn?
- Czego ode mnie chcecie? - zapytała ciszej, by drżenie nie zdominowało jej głosu. Nakideron zrobił znaczącą przerwę.
- Nie dalej jak fazę księżyca temu zaginął u nas pewien wilk. Zwą go Hapenir. Wszyscy jesteśmy nieutuleni w żalu, urzędnicy płaczą ze strachu jak panienki, cała ochrona nie śpi po nocach i szuka sprawcy, aż tu nagle pojawia się podejrzana wilczyca z wojska jego watahy, niepokoi przechodniów i zaczyna o niego rozpytywać. Czy to przypadek?
- Ale... Jak to zaginął? Przecież niedawno pisał do mnie, mieliśmy się widzieć. To dlatego zjawiłam się w NIKL-u! Tylko dlatego!
- No już, już, spokojnie, my już od dawna znamy twoją oficjalną wersję. Trelik, przynieś mi z góry pochodnię i wyciągnij trochę kartek z najniższej szuflady w komodzie. Ciemno tu strasznie...
- To wszystko ogromne nieporozumienie!
- Nieporozumienie? Rzeczywiście, wysłano cię bowiem na przeszpiegi do miejsca, w którym niczego nie znajdziesz.
Na sam widok stosiku papieru pysk basiora znów pojaśniał niezdrowo. Podniósł karteczkę niemal z czułością, nie patrzył jednak na widniejące w nikłym świetle ognia czarne kreski, którymi była zapełniona. Szkliwo musiał przyjrzeć się uważniej, by przypomnieć sobie, skąd zna ten charakter pisma. To raport sporządzony przez Hapenira. Teraz, w sprawnych palcach Nakiderona, został zwinięty w ciasny wałeczek. Znad jego końcówki zbliżonej do ognia uniosła się wąska wstążka dymu.
„Pozbywa się raportów byłego nadzorcy? A może... pozbywa się starych raportów? A jednak wiedza w nich zawarta zostaje. Gdzie?”.
Denkin zaczął manipulować przednimi kończynami Epei, wyciągając je jak najdalej do przodu.
- Chcę rozmawiać z waszymi zwierzchnikami! - krzyknęła, bezskutecznie próbując wyrwać się z łap basiora. - Zwrócę się do przywództwa Watahy Cieni!
- Co za bezczelność, doprawdy. - Dowódca tymczasem usiadł, chwycił żarzący się rulonik i wepchnął go w szpony ptaka. - Kiedyś szpiedzy byli przynajmniej grzeczni, cisi, a teraz?
- To jakiś koszmar... - Jej głos był coraz cichszy.
- Pierwsze przekroczenie granicy jest najtrudniejsze. - Popatrzył towarzyszowi głęboko w oczy, zaciskając łapę na jego nodze, trzymającej teraz narzędzie kaźni. - Ciało się buntuje, żołądek się ściska, a paluszki drżą, zupełnie jak twoje teraz. Dlatego czasem trzeba pomóc takiemu wrażliwemu wielmoży się zdecydować. Podobnie jest ze szczeniakiem, który uczy się pływać. Tak właśnie uczyłem synów. Łapałem za skórę i wrzucałem do rzeki. Wszyscy dziś pływają jak rekiny.
Karteczka zaczynała się dopalać. Basior docisnął palce Szkliwa do jej resztki i pociągnął raptownie. Żarzący się zwitek trafił prosto w błonę między palcami wilczycy. Po pomieszczeniu rozniósł się syk gaszonego papieru i silny swąd palonej skóry. Żuraw instynktownie przeniósł ciężar ciała, by odsunąć kończynę, ale ta została stanowczo przytrzymana przy ziemi; na drżącej łapie ofiary.
- Och, mamo! - załkała ta, uginając się pod ciężarem bólu.
- Ale osiągnięcie założonego celu przynosi satysfakcję. Raptem uświadamiasz sobie, że to ty decydujesz, kiedy ona płacze, a kiedy się uspokaja. Przestajesz czuć mdłości. Jej płacz staje się znośny.
- Jesteście chorzy! - ryknęła wadera.
- Potem, gdy przywykniesz, będziesz na niego czekać. - Nakideron, nie zważając na nią, ujął kolejny zwinięty papierek w dwa palce. - Stanie się nieodłącznym elementem gry. Nagrodą.
Szkliwo przejął go ostrożnie, nie myśląc już nad tym, co robi. Tak jak poprzednio, pozwolił wilkowi na manewr własną kończyną, mechanicznie wykonując polecenie, które nawet nie padło. Rulonik zbliżył się tym razem do drugiej łapy Epei. Dopiero gdy wilczyca zajęczała, a znajomy syk gaszonego żaru uniósł się w powietrze, uświadomił sobie, że dowódca nadal naciska łapą na jego palce. Tym razem nie bronił się i nie próbował cofać ich siłą; czekał, aż nacisk sam ustąpi.
- Rozumiesz już? - Nie wiedział, czy pytanie rozległo się tuż obok niego, czy wokół niego; pogłos mieszał się ze skamleniem z dołu. Nagły chłód milczenia znów zawisł pomiędzy nimi.
- Tak - odpowiedział bezrefleksyjnie. Dopiero gdy sam wymówił potwierdzenie, zaczął zastanawiać się nad tym, co konkretnie miało oznaczać.
Jak miał bronić się przed czymś, co szkodziło tylko wtedy, gdy wdzierało się do jego własnego wnętrza? Łódź, do której podczas sztormu naleje się odpowiednio dużo wody, w końcu przestanie stawiać opór. Już niebawem zamieni się w obrosłą wodorostami kryjówkę dla ryb. Lecz jeśli będzie szczelna, a fale nie zdołają sforsować burty, żywioł zniszczy wszystko wokół, łódź pozostawiwszy nienaruszoną.
Niech żywioł niszczy, jeśli taka jego rola. Szkliwo jednak poddać się nie zamierzał.
- Dobrze. Dość. - Dowódca zwrócił się do niego tak samo, jak wcześniej, w białym pokoju zwrócił się do Trelika. - Mości Epeo. Czy nadal utrzymujesz, że twoje pojawienie się tutaj nie ma niczego wspólnego z zaginięciem jednego z naszych urzędników? Że nie jesteś szpiegiem, nasłanym przez porywaczy?
- Nie! Hapenir to mój przyjaciel! Dobry losie...!
- Ma waśćka niezwykłe szczęście, że trafiła na mnie, wilka o gołębim sercu. Twoje słowa nie są nic warte, ale nadal możesz dać dowód i wyjść stąd prawie nienaruszona. Cóż to, te ledwie dwie malutkie blizenki, których nawet nie widać.
- W jaki sposób? - jej głos był opanowany, ale wciąż podszyty strachem.
- Zostaniesz przekazana do strefy odosobnienia, a my zbadamy tę sprawę i dowiemy się u źródła, czy twoje działanie nosiło znamiona szpiegostwa. Jeśli znasz Prawo Wszechwatah, wiesz, że kto sieje zamęt, popełnia niewybaczalną zbrodnię. Och, surowo ukaralibyśmy watahę, która się na to poważyła.
- Ale ja nic nie zrobiłam...
- A zatem to najlepsze rozwiązanie - wszedł jej w słowo, ze skupieniem pochylając się tuż nad jej głową. - Izolacja odetnie cię od podejrzeń. Za to jeśli odmówisz, tylko je potwierdzisz, a wtedy procedura obejmie już nie tylko ciebie. No, czy to się komuś opłaca? Chyba zgadzasz się, że moja propozycja to najlepsza opcja.
- Ta... tak - odparła bezdźwięcznie.
- W ten sposób może udowodnisz swoje czyste intencje. No, chyba, że jesteś jednym z tych dobrze wyszkolonych szpiegów, którzy grają do ostatniego tchnienia. A może znajdziemy jeszcze jakieś poszlaki w tej sprawie lub innych podejrzanych.
- Nie jestem żadnym szpiegiem! - jęknęła, wsuwając pod brzuch wreszcie uwolnione przednie łapy.
- Szybko poszło - wymamrotał Nakideron, odwracając się do kompanów. - Zdążycie na kolację.
Szkliwo zerknął na drzwi, w myślach jedną nogą stojąc już po drugiej stronie. „A ty?”, chciało mu się zapytać. „Dlaczego nigdy cię tam nie widuję?”.
Gdy zostali zwolnieni ze stanowiska i we trzech opuścili biuro, zmierzając w tym samym kierunku, od razu skręcił na inną ścieżkę, by ani chwili dłużej nie spędzać z pomocnikami dowódcy. Nieważne, że zostali współpracownikami. Nadal pamiętał noc, gdy po raz pierwszy pojawili się znikąd i przygwoździli go do ziemi, jakby robili to już setki razy. Nadal wypełniali każde maniackie polecenie tego wszetecznika.
Kolacja już się rozpoczęła. Rasz powitał go burknięciem, że wybrał się sam, bo „nie wiedział, gdzie też Szkliwo znowu się włóczył”. Oprócz basiora, na ich stałym miejscu siedział Birast wraz z Ildiri. Gdy tylko żuraw zbliżył się do towarzystwa, wilczyca poruszyła się niespokojnie, wzrokiem próbując ściągnąć na siebie jego spojrzenie. Osiągnąwszy cel, zatrzepotała rzęsami, ukrywając w tym ruchu pośpieszne skinienie głową. Zatrzymał się na nieuchwytny moment. Czego chciała?
Intuicyjnie postanowił się do niej przysiąść, a ledwie to nastąpiło, ogarnęło go jej ciepłe, głębokie westchnienie. Chyba o to chodziło.
- Jak wam dzień minął? - zapytał inspektor, nachylając się nad posiłkiem, by tłuszcz z podpieczonego kaczego udka nie kapał mu na łapy.
- Mi strasznie miło - odparła Ildiri jako pierwsza i niemal natychmiast odwróciła wzrok. - Szkliwo! A ty winka nie pijesz? - zapytała, przekrzywiając głowę z troskliwym zmartwieniem.
- On zawsze tak - rzucił Rasz obojętnie.
- Nie widziałam... Słuchajcie, skoro tak bardzo nie lubi wina, czemu się nie napije wody? Będzie wam przeszkadzać, że podam, nawet jeśli innym zazwyczaj nie proponuję? - Niewinnie opuściła głowę.
- Nie, skądże. - Birast podrapał się w nos i szybko wyciągnął łapę, szukając czegoś wśród rozłożonych przed nimi frykasów.
- Niech sobie pije nawet i atrament, ja tam wolę wino - bąknął drugi asystent. Wniebowzięta wadera zerwała się z ziemi niczym pyłek topoli i pomknęła do jednego z wyjść.
Miejsce pomiędzy Szkliwem i inspektorem nagle zostało puste. Skrzydlaty wyczuł na sobie nacisk przedłużonego, chłodnego spojrzenia. Kątem oka zerknął w stronę wilka, lecz gdy tylko to zrobił, wrażenie ustało. Pysk basiora drgnął, zatapiając kły w mięsie z głośnym mlaśnięciem.
Tymczasem zgrabna łapa postawiła przed żurawiem wyczekany, bezwonny i przeźroczysty napój.
- Dziękuję - powiedział z niekłamaną wdzięcznością. Sięgnął po kubek i wychylił go jednym tchem. Dopóki nie zobaczył przed sobą naczynia pełnego czystej wody, nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo był spragniony. W Najwyższej Izbie nie było zbyt wielu okazji do napicia się czegoś innego niż wino i mleko. Co prawda w kilku miejscach stały pozostałości po ludziach - studnie - ale woda w nich miała zatęchły, ziemisty smak. Była jeszcze rzeka, ale chadzał nad nią nie więcej niż raz dziennie.
W pewnej chwili poczuł ciepło tuż za uchem. Język wilczycy zostawił wilgotny ślad na jego piórach. Przeszedł go gwałtowny dreszcz.
- Co ty robisz? - Zgiął kark, odsuwając się bokiem. - Może poczekasz chociaż do końca kolacji, co? - ściszył głos, na co odpowiedziała mu tym samym.
- Nie bądź taki wstydliwy. Tak widać, że nie mam dla nikogo czasu, bo jestem tobą zajęta. No co, może ci się nie podoba, co?
I, jak gdyby demonstrując swój animusz, przysunęła się bliżej. Gdy jej bok otarł się o jego żebra, w kieszeni płaszcza coś zaszeleściło.
„Szlag. Dalej mam przy sobie ten list do Rasza”. Ukradkiem spojrzał na wilczycę, jednak ona najwyraźniej niczego nie zauważyła. Siedziała już spokojnie, popijając wino.
Niedługo potem zniknęła, wezwana przez obowiązki. W końcu trzeba było zebrać dziewczęta i przygotować pokoje dla gości.
On jednak tego wieczora nie skręcił, by zanurzyć się w mroku korytarza. Choć w myślach już słyszał skrzypnięcie rzeźbionych drzwi, tylko mocniej zacisnął supeł płaszcza i minął wyjście z remizy. Zatrzymał się i zaczerpnął świeżego powietrza, jak zwykle, gdy wracał do domu.
„Nie zaryzykuję, że znajdzie przy mnie cudzy list i zacznie wypytywać. Zresztą odrobina wstrzemięźliwości raz na jakiś czas dobrze mi zrobi. Gdyby pytała, powiem... Zresztą nic nie powiem. Co za smętny żart, bym w ogóle miał tłumaczyć się z tego, że po kolacji poszedłem spać?”.
Przełknął ślinę, by zwilżyć gardło, które zaczęło dziwnie wysychać. Ruszył przed siebie. Ziemia była zmarznięta, za to trawa przyjemnie miękka. W niektórych miejscach nieco pomięta, pamiętała jeszcze grudy ciężkiego, topiącego się śniegu.
Przyspieszył, by umiarowić oddech, który co chwila mimowolnie zawieszał się między spiętymi żebrami. Spróbował potrząsnąć głową, by odegnać mrowienie za uchem, ale tylko lekko ją uniósł, bezwiednie odsłaniając wrażliwe miejsce, jakby na coś czekał. Na ciepły oddech, na dotyk, choćby na nierzeczywiste muśnięcie przyjemnego wspomnienia.
„Nawet o tym nie myśl. Czas do domu”. Wytrwać w żelaznym postanowieniu nieco pomagała senność, która zaczęła narastać niespodziewanie szybko, gdy tylko opuścił głośną i rozświetloną halę remizy.
Zatrzymał się, zaciskając palce na dopiero co odżywających źdźbłach trawy. Na ziemi, między nimi, złocił się mały, okrągły kielich miłka. Dwa rzędy płatków jaśniały w mroku jak słoneczko.
„Kim jesteś, Szkliwo? Przez chwilę uczciwy, przez chwilę potrafisz zachować się, jak trzeba, nawet lepiej. Innym razem zapominasz o istnieniu uczuć wyższych. Co takiego wyzwala w tobie ów dziwny pociąg do okrucieństwa? Na tej wojnie o własne sumienie chwilami nawet czujesz się jak zwycięzca... ale nie wygrywasz, przecież widzisz. Kiedy zmęczy cię to rozdwojenie jaźni? Od środka, jak choroba, szarpie cię niszczycielska siła, ale jeszcze walczysz; tylko z kim walczysz? Wygląda na to, że z samym sobą. Woda wlewa się do łodzi, lustro odbije jeszcze światło uwięzione w milionie srebrzystych kropel, zanim ostatecznie zatonie zapomniane”.
Rozchylił palce, przypatrując się spoczywającemu w nich kwiatkowi. Jednym z nich pogładził żółte płatki. Roślinka była tak delikatna, tak niewinna. Rosła tak cicho, samotnie w cieniu wielkiego świata. Tak łatwo było chwycić ją i wyrwać z misterium życia. Właśnie to zrobił i czy było mu z tego powodu smutno? Co to zmieniało? Jeden kwiatek mniej na wielkim świecie. Już za chwilę zwiędnie, płatki spłowieją i opadną. Stałoby się to tak czy inaczej, całkiem niedługo.
„Dlaczego nie mogę zatrzymać cię na zawsze?”.
Kwiat milczał.
„Jednak w obliczu tak skrajnie ograniczonego punktu widzenia, jakie zapewnia śmiertelnemu stworzeniu jego pozycja na świecie, czasem trzeba nagiąć zasady, również własne. Jeśli dziś przeoczysz chwilę, w której trzeba wyjść poza granicę, jutro granica przyjdzie do ciebie. Do twojego domu. Do twoich bliskich”.
Chłodny wiatr sunął po pustej ścieżce, z szumem opływając ściany budynków i mierzwiąc murawę. Dla ciała był ostry, orzeźwiający, lecz Szkliwo jakimś cudem prawie go nie czuł. Droga do chatki była tej nocy wyjątkowo męcząca, choć wracał wcześniej niż zazwyczaj, bo od razu po wieczerzy. Ziewnął, walcząc z ciężkimi powiekami. Nie pragnął niczego tak mocno, jak wyciągnięcia wszystkich czterech kończyn na swoim posłaniu, spokojnego oddechu niknącego w ciszy i ulgi rozpływającej się po ciele.
Był już kawałek dalej i nie pamiętał, kiedy się przemieścił. Naraz zesztywniał. Świat wokół niego zaczął się przechylać. Ptak wyszarpnął skrzydła spod płaszcza i wyprostował je, balansując, by nie runąć na pobocze. Zastygł w tej pozycji, śledząc czarne linie drzew i jaśniejące w mroku ściany domów. Stały na swoim miejscu; ziemia złapała poziom. Przetarł oczy.
Nie był pewien, czy stoi jeszcze prosto, czy już pod kątem, i czy przypadkiem tylko włos nie dzieli go od utraty równowagi i upadku. Pochylił się nisko nad ziemię i zaczął posuwać krok za krokiem. Stopy trafiały tuż obok zamierzonej linii, ale jakoś prowadziły go naprzód.
Czyżby naprawdę był aż tak śpiący? Niewiele myśli zahaczało o świadomość, lecz jedna była dostatecznie głośna, by zdołał ją wyłapać: mówiła, że dzieje się coś niedobrego.
Och, jak okropnie kleiły mu się oczy... ale był już blisko. Jeszcze tylko kilka kroków. Jeszcze tylko wdrapać się na schodek, minąć próg. Zapach siana i chłodna, ziemista woń kaflowego pieca powitały go jak dobry duch domu, zapewniający, że, co by się nie działo, jest już w bezpiecznym miejscu.
Wspiął się na piętro, podpierając skrzydłami na schodkach, i padł na siennik jak nieżywy.

Cdn.