sobota, 20 czerwca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Z łaski woli płanetnik”, cz. 15



Tak, tak, znam to gadanie o oku nieba.
Oko jest ładne, błyszczące.
Dobrze się sprzedaje, ale samo jest do niczego.


Tego wieczoru asystent Birasta wcześniej wyszedł z kolacji. Do wyjścia odprowadziło go suche spojrzenie, ale nie musiał się tłumaczyć. Inspektor został już powiadomiony, że na kolejne kilka dni znów zostanie mu tylko jeden pomocnik. O dziwo przyjął to dość łatwo. Rzeczywiście wystarczyło mu wiedzieć, że chodzi o kozy.
Oddech nocy osiadał na płaszczu pod postacią kropelek mgły, która nieśmiało napływała nad wioskę. Skrzydlaty zadrżał, stąpając po wilgotnym gruncie. Obszedł budynek remizy dookoła.

Nade mną cisza
Niebo pełne deszczu
Deszcz przechodzi mnie na wskroś
Lecz bólu już nie ma

Już z daleka widać było prostokątny kształt i krzątające się przy nim dwa wilki. Kształtem okazał się niewielki wózek, do którego właśnie zaprzęgał się jakiś słusznej postury basior. Drugim towarzyszem podróży był oczywiście Kirłan.
- To jak, gotów? - Dostrzegłszy żurawia, potarł przednimi łapami jedna o drugą i zastukał w koło.
- Czy to... - Ptak wyciągnął szyję, biorąc głębszy wdech. Na dnie czterokółki, oprócz kilkunastu pustych baniek po mleku, leżały utaplane w sosie skrawki przywiędłego mięsa, sterta kości i zawilgotniałe kawałki niegdyś wysuszonych owoców. Zapach wydobywający się z ładunku nie wzmagał apetytu. - Jedzenie?
- Tak to się kiedyś nazywało. Teraz to już resztki do utylizacji.
- Nie da się tego zrobić na miejscu? Musisz wieźć je aż na południe?
- Wszystko się da, nie wszystko trzeba. Dobry przedsiębiorca dla każdego śmiecia znajdzie zastosowanie. Ruszajmy.
W głębokiej roślinności rozległ się terkot kół. Wózek toczył się jako pierwszy, po kępach trawy, co i rusz wpadając w dołki ze skrzypieniem. Minęli rozległy, uśpiony poligon i weszli do lasu. Czarne zarysy drzew osłoniły niebo. W miejsce ciepła, które na otwartej przestrzeni wydzielała nasłoneczniona za dnia ziemia, wkradł się chłód.
Barczysty wilk w zupełnej ciemności pokonał zakręt między kilkoma drzewami, na pamięć lub na podstawie tylko sobie znanych wskazówek. Koła zsunęły się prosto w brunatne koleiny i z mlaśnięciem zatonęły w igliwiu. Powietrze pachniało wilgocią i chyba czymś jeszcze. Jakby padłą rybą.
Przez jakiś czas w ciszy poruszali się wzdłuż brzegu rzeki. Tylko w niektórych miejscach dawała o sobie znać łagodnym pluskiem. Szkliwo dreptał za pochodem, z przygiętym karkiem i leniwie opuszczoną głową. Miał nadzieję, że przywódca wyprawy przewidział choćby krótką przerwę na sen. Wcześniej spodziewał się, że gdy wreszcie opuści wioskę, w granicach puszczy, za którą tak tęsknił, ogarnie go cały wachlarz uczuć. A jednak marzył tylko o tym, by ułożyć się pod pierwszym lepszym drzewem i pozwolić żołądkowi w spokoju pracować nad przypalonym żeberkiem.
Noc trwała dwie wieczności. Las się nie kończył. Tylko w gąszczu koron migał granatowy nieboskłon, a nogi stawały się coraz cięższe. Odkąd ruszyli, nikt nie wypowiedział ani słowa. Wyglądało na to, że ten stan utrzyma się jeszcze przez długi czas, jednak w pewnej chwili cztery koła stanęły na ścieżce, a basior, który wcześniej wprawiał je w ruch, wysunął się z uprzęży.
- Muszę na chwilę odejść - oświadczył i zniknął wśród krzewów.
- Świetnie. Jak już i tak stoimy, zatrzymamy się tu na drzemkę. - Szare futro Kirłana legło na kępie mchu, z dala od wiezionego ładunku i jego zapachu. Szkliwo poszedł w jego ślady, moszcząc się w korzeniach starego buka. Jeszcze na moment z westchnieniem dźwignął się na skrzydle i pociągnął za krawędź płaszcza. Wysunął spod siebie kieszeń, której zawartość wbijała mu się w pierś. Zupełnie zapomniał o tej zabawce. Miał ją przy sobie chyba tylko dlatego, że w jego i tak małym pokoiku tylko zabierałaby miejsce, a wyrzucić teoretycznie funkcjonalny przedmiot jakoś było mu szkoda. W duszy liczył, że zgubi ją gdzieś po drodze i tak w naturalny sposób uwolni się od rozterki. Kieszeń była jednak głęboka.

Pod chłodnym szeptem gwiazd
Spaliliśmy ostatni most
I wszystko spadło w przepaść

Zamknęli oczy na ledwie chwilę, a już gdzieniegdzie, między gałęziami, dało się zauważyć czerwone przebłyski. Nic więcej nie było potrzebne, by niestrudzony tragarz zwlókł się z naprędce przygotowanego posłania i zarzucił sobie na barki skórzany pas, przymocowany do wózka. Słysząc go, skrzydlaty uniósł powieki.
- Czas się zbierać! - z boku dobiegł głos, jeszcze nie niecierpliwy, lecz donośny i pełen poczucia obowiązku.
- Już, chwilę. - Szary wilk przeciągnął się z rozkoszą.
Dzień wstawał szybko; był blady, duszny, lecz chłodne podmuchy znad pobliskiej wstęgi rzeki podążały za nimi krok w krok. Kirłan wyciągnął z jednej z baniek kawał świeżego mięsa. Bez słowa rzucił swoim kompanom po sporym kęsie, a sam zaopiekował się resztą.
- Nadal nie do końca rozumiem. - Szkliwo odkaszlnął, gdy nitka ścięgna utknęła mu w gardle. - Dajesz Najwyższej Izbie tyle dóbr. Mleko, mięso, jakieś podroby, jakieś skóry. A czym oni ci za to płacą?
- A ja mam tę wioskę całą dla siebie. - Zaśmiał się krótko. - Mogę brać co chcę, mogę zjeść całą remizę, co dzień do białego rana pić wino, zajadać się krewetkami, palić trawkę albo tańczyć z dziewczynami. A oni to wszystko dla mnie zdobywają. A najważniejsze: informacja.
- Informacja.
- Informacja! - zawołał, kładąc przesadny nacisk na każdą literę. - Przyjemność jest dla smutnych. Informacja to prawdziwa potęga.
- Do czego ci ona?
- Nie musisz palić mostu, jeśli wszyscy są przekonani, że nigdy nie istniał. Proste jak drut!
- Ta przenośnia chyba wykracza poza moją wyobraźnię. I wszystko właśnie po to?
- Rzecz tylko i wyłącznie w skali. Myślę, że jeszcze będziesz mógł to zrozumieć. - Zmienił pozycję, by zrobić między nogami więcej miejsca na brzuch, który właśnie napełnił się śniadaniem.
Zanim ruszyli dalej, oświadczył, że dla rozbudzenia musi zażyć kąpieli. Rzadko któryś z wilków miewał tak ekscentryczne potrzeby, a w siedzibie Najwyższej Izby było to zupełnie nie do pomyślenia. Nikt z urzędników nie biegł rankiem nad rzekę; większość walczyła z bólem głowy, aby w ogóle wstać do pracy.

Stanę się wolny
Od zła i od dobra
Moja dusza była na ostrzu noża

Pod jego nieobecność Szkliwo jeszcze na chwilę zwinął się w kłębek. Jego myśli zaczęły oddalać się od miejsca, w którym zatrzymali się na odpoczynek. Wróciły do białej wioski, dziwnie skołowane odkąd wyrwano je z codzienności, do której przetwarzania zdążyły się już przyzwyczaić.
„Ciekawe, co dziś jedzą na kolację”.
Tragarz już owinął się uprzężą i siedział wpatrzony w dalszą drogę, a może w stadko kruków, które wydziobywało coś z ziemi w leśnym prześwicie. Dla niego podróż nie była niczym niezwykłym. Czy jego rola w świecie Kirłana ograniczała się jedynie do ciągnięcia wózka?
„Ciekawe, co u Ildiri. I reszty. Co z tą małą”.
Zza wysokiego brzegu dobiegł plusk i trzepanie mięsistymi uszami. Szary wilk wyskoczył z wody i z szerokim uśmiechem na pysku ruszył ku pozostałym.
„Ildiri twierdziła, że go nie zna. Dałbym jednak głowę, że ktoś kiedyś mówił, że Kirłan swego czasu często zaraz po kolacji chadzał do dziewczyn. Jeśli zajmuje się zaopatrywaniem remizy i ma władzę nad ilością przekazywanych na jej rzecz środków, wybiera się tam jeszcze jako klient, czy może, nawet jeśli pośrednio, już pracodawca? Jak duży wpływ ma na wszystko, co się tam dzieje?”.
Nie zapowiadało się, by Szkliwo znalazł rozwinięcie którejkolwiek z tych kwestii. Kolejny szmat drogi przemaszerowali w milczeniu.

Mógłbym z tobą być
Mógłbym o wszystkim zapomnieć
Mógłbym cię kochać
Ale to tylko gra

- Masz rodzinę? - zapytał w pewnej chwili.
- Już niedługo, przyjacielu! Daj nam dotrzeć do domu.
- Czyli masz? Byłem po prostu ciekaw, kogo poznam u celu. W Najwyższej Izbie chyba mało kto ma obok siebie bliskich. - Wzruszył ramionami. - A trochę szkoda - dodał, domniemując, że basior uznał temat za zakończony. - Niektórzy ich potrzebują.
- Jeśli ktoś płacze, na moment oddzielony od rodziny, wcale nie powinien pracować w Najwyższej Izbie.
- Może i masz rację. - Ptak skinął głową, nieco krzywo, z wahaniem. - Niektórzy z nich, gdyby mogli, może nawet wybraliby inaczej.
- Kto na przykład? - Basior uniósł kąciki warg i tylko szybki krok, który mógł poskutkować zadyszką, powstrzymał go przed zachichotaniem.
- Dzieci.
Skórzany pas drgnął o włos. Tragarz, pochylony w uprzęży, na moment przestał ciągnąć. Nikt nie zwrócił na to uwagi.
- Gdzie ty masz dzieci w Najwyższej Izbie? Wiesz, do czego tam służą?
- Zdaje się, że niestety wiem.
- Och, ach, „niestety” - przedrzeźnił przedmówcę. - Wilki traktują szczenięta jak cudy świata. Szczenięta, których jest za dużo, które kończą w sierocińcach, szczenięta z wadami, głupie wpadki, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Chroni tego każde prawo! Myślimy o nich jak o czymś niezwykłym, mistycznym niemalże! A dlaczego nie jak o surowcu?
- Surowiec? Masz na myśli zżeranie ich, które ma miejsce w remizie? To chore. To są wasze dzieci. - Szkliwo sam nie wierzył, że to powiedział. Naprawdę powiedział to po miesiącach jedzenia kolacji w remizie. Co więcej... mówił dalej. - Czym one się różnią od ciebie czy twoich przyjaciół?
- Nie myślą, nie pamiętają, jeszcze niczego nie rozumieją. Na przykład tym. A jak serwujemy na kolacji nóżki jagnięce, to już nie chore?
- Prawem natury jest jeść, by żyć, by podtrzymać sieć powiązań i porządek w środowisku. Tak samo znamiennym prawem natury jest dla wilka troszczyć się o młode wilki. Przecież o to w tym wszystkim chodzi. Tylko dzięki szczeniętom gatunek trwa.
- Najwyżej wyginie! - Basior zaśmiał się, szeroko rozkładając łapy. - Co z tego? Jestem głęboko przekonany, że zastąpi nas inny. Na przykład Rublia vulgaris caerulea. A jeśli nie, to świat się rozpadnie. I co z tego?
„Ale... Ach, tak”.

W szumie wiatru za plecami
Zapomnę twój głos
I od tej ziemskiej miłości
Która spalała nas na popiół
Od której traciłem rozum

- Wyobraź sobie, że nic z tych rzeczy wcale mnie nie obchodzi - mówił, a jego lekki krok potwierdzał słowa. - Jestem całkowicie wolny. Wpływy, ziemia, wszelkie dobra. Wilki są w stanie dopuścić się wszystkiego, by móc je gromadzić, ciągle więcej i więcej. Ale gdy masz już wszystko, naprawdę wszystko na wyciągnięcie łapy... - Jego nadgarstek poruszył się płynnie, a palce zacisnęły się w powietrzu, jakby chwytały pyłek topoli. Przyjrzał się im uważnie, zapominając, że są puste. - Gdy orientujesz się, że nigdy nie zabraknie ci niczego, zaczynasz uwalniać się od prymitywnego przymusu ciągłej pogoni. Gdy wszystkie potrzeby już zaspokojone, przypominasz sobie o swoich najskrytszych pragnieniach. Wtedy zaczynasz naprawdę korzystać.
- Na przykład?
- Podróżować.

W mojej duszy nie ma już dla ciebie miejsca

- Ale ty chyba nie podróżujesz.
- Już mi się znudziło. Zwiedziłem całe ziemie NIKL-u, a nawet to, co trochę dalej. Drik w moim imieniu woził towary, a ja brałem sobie kilka basiorów z poligonu, żeby nie narażać się na niewygody i niebezpieczeństwa samotnego wędrowca. I w drogę.
Wilk westchnął i trzepnął uchem, strącając z niego żółty płatek. Chłodne powietrze szło im naprzeciw, a na ich głowy leciały kwiaty i jakiegoś drzewa.
- A potem?
- Wyobraź sobie, że cała polityka, która dzieje się gdzieś pod tobą, staje się nudnym, nic nieznaczącym środkiem do podtrzymania aparatury ciągłej satysfakcji. A ty trwasz w niej i trwasz, wpadasz na coraz ciekawsze pomysły, żeby nie zrobiło się nudno od tego absolutnego zaspokojenia. Ktoś tam robi wszystko za ciebie, ty mu tylko płacisz ze swoich nieograniczonych środków. I próbujesz nowych rzeczy, tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. Stajesz się szczęśliwcem, a szczęśliwców wszyscy chcą się trzymać. Wiedzą, że z tobą nigdy nie będzie głodu, nigdy nie będą musieli walczyć. Wszystkie, naprawdę wszystkie te twoje rozterki tracą znaczenie.
- Więc co ma jeszcze wtedy znaczenie? I jak długo? Przyjemność?
- Tak - odrzekł mgliście. - Widzisz, po wygranej na szachownicy robi się pusto i martwo. Ale wygrana nie musi oznaczać końca. Wszystko zależy od tego, jak jesteś pomysłowy. Co gdybyś na przykład postanowił stać się... nieśmiertelny?
Szkliwo rzucił mu spojrzenie z ukosa. Rozmowa zaczęła zmierzać w kierunku zupełnie innym, niż zaplanował, ale najwyraźniej nikt nie zamierzał jej przed tym powstrzymywać.
Buczynowe pnie rozstąpiły się znienacka. Gdy wózek wytoczył się na otwartą przestrzeń, ich oczy zalało światło, a roślinność zaczęła łaskotać prawie po szyję. Ogromna połać ziemi, obrośnięta gęstą trawą i mnogością ziół, które trudno było nawet wymienić z nazwy, ciągnęła się w dół i znikała za kolejnym wzgórzem. Wśród zieleni drżały tysiące puchatych główek dmuchawców.
- A tymczasem witam na moich włościach. - Kirłan przekrzywił głowę, rozciągając kark, jakby już zapomniał o swoim wyznaniu, którego echo jeszcze tańczyło po lesie.
„Będziemy razem przez parę dni. Jeszcze mi opowiesz o swojej nieśmiertelności”.

Nade mną cisza
Niebo pełne ognia
Światło przechodzi przeze mnie
I znów jestem wolny

Znad łąki wiał ciepły wiatr, niosąc słodką woń nektaru z nutą suszonego siana. Miejsce, w którym się znaleźli, nie było w żaden nadzwyczajny sposób piękne, lecz miało w sobie coś niezwykłego. Zapraszało, by zajrzeć głębiej. Szkliwo obejrzał się na drzewa, które, w miarę jak się od nich oddalali, znikały za ścianą zieleni. Ich wózek zostawiał za sobą ślad pokładających się traw.
- O, tu się ukryła nasza ścieżka! - zawołał szary wilk, który zdążył już wyprzedzić towarzyszy o kilka kroków. - Drik, zjedź w te bruzdy!
Ptak przyspieszył, by ich dogonić. Ponieważ nie widział niczego innego, wodził wzrokiem po soczystej zieloności. Przez dłuższą chwilę próbował zdefiniować, co jest z nią nie tak. A może wręcz przeciwnie? Łąka wyglądała podobnie do łąk, które widywał przez całe życie o tej porze roku, a jednak czymś bardzo się wyróżniała. Delikatne, puszyste kule kołysały się prawie na wysokości jego oczu. Spośród nich, jak zdolni kuglarze, wychylały się podobne im, siwe główki łopianu, a każda z nich mrugała swoim karminowym oczkiem.
- Nigdy nie widziałem tak wysokich dmuchawców - zauważył. - I w ogóle, roślin na łące. - Nagle zdał sobie sprawę, co wzbudziło jego niepokój. Czuł się jak mrówka; jakby wkraczając do tej tryskającej zielenią doliny nagle skurczył się o kilka wielkości.
- Trafne spostrzeżenie! - Kirłan zwrócił pysk nieznacznie w jego stronę, nie odwracając wzroku od ścieżki. - Nasze polany leżą na ciemnych ziemiach. Najciemniejszych ze wszystkich stron. Poza tym dużo słońca robi swoje.
Skrzydlaty kiwnął głową.
„Czyżby dlatego w przeciwieństwie do wszystkich innych ziem południe świeciło pustkami? Żyzne gleby i sprzyjający klimat. Nic dziwnego, że NIKL tak desperacko ich pilnuje”.

Jestem wolny od miłości
Od nienawiści i od plotek
Od przepowiedzianego losu
Od ziemskich kajdan
Od zła i od dobra

W oddali rozległ się jakiś cichy, wysoki dźwięk. Pisk myszy? Nie. Stali bywalcy południa byli już przyzwyczajeni do powracania na tę ziemię, gdy witała ich tak specyficzna melodyjka. Tylko ptak zwolnił, czujnie unosząc głowę.
- A oto i moja rodzina. - Ledwie przywódca wyprawy zdążył wymówić te słowa i pochylić się, spośród łodyg wypadła dwójka malców. Równie szare jak on szczenięta cienkimi głosikami krzyczały coś skakały wokół basiora, jakby nie widziały go od wieków. Szkliwo uśmiechnął się szczerze i ciężko mu się dziwić. Ta dziecięca energia i niezmordowany zachwyt drobnostkami były fascynujące.
Podniósł wzrok. Na szczycie wzgórza stanęła filigranowa sylwetka.
- Jak minęła wam podróż? - Jej jedwabista, jaśminowa sierść zadrżała na wietrze, gdy w kilku drobnych podskokach zbiegła na dół. Uniosła łapę i z całej siły objęła Kirłana. - U nas wszystko spokojnie. Seplik skończył zadanie, które mu dałeś.
- To wspaniale! - Wilk zwrócił się do jednego z synów. - Wierzyłem w ciebie głęboko!
- Ja mu pomogłem! - zawołał drugi ze szczeniaków, zanim Selpik w ogóle zdążył otworzyć pysk.
- Jestem z was obu nieziemsko dumny.
- A kogo nam dziś przyprowadziłeś? - Uśmiech wilczycy zdawał się niezwykle ciepły. Trudno było oderwać od niego wzrok. Żuraw nawet nie próbował tego robić; po prostu go odwzajemnił.
- To Szkliwo, pomoże mi z liczeniem trzódki. Szkliwo, to moja wspaniała Walisa i nasi dwaj synowie: Selpik i Turtanisk - mówił z pasją, biorąc głębokie wdechy. Szczenięta były do siebie bardzo podobne. Na pierwszy rzut oka odróżniała je biała plamka, która widniała tylko na piersi Selpika. - Chodźmy. Jestem okrutnie głodny! Drik, odstaw wózek i możesz wracać do siebie.
- Tobie też zaraz przyniosę kolację - dodała wadera za tragarzem, który bez słowa odwrócił się i zaczął manewrować czterokółką, by już po chwili zniknąć po drugiej stronie wzgórza.
I oni tam właśnie zmierzali, choć trochę zboczyli ze ścieżki. Zza zbocza wyłoniły się czubki jodłowego zagajnika. Nie były strzeliste - miały równo pourywane wierzchołki - bujność gałęzi była natomiast imponująca. Drzewa rzucały jednolity cień. Po ziemi biegło kilka krzyżujących się ścieżek wysypanych korą. Gdy z nich zstąpić, łapy zapadały się w dywanie z igliwia, miękkim i tak głębokim, że niezależnie od pogody nie łamały suchych gałązek ani nie chlupały w błocie.
- Chłopcy, idźcie do siebie - poprosiła wilczyca. - Tata musi trochę odpocząć.
- A jutro pójdziemy z wami na liczenie kóz?
- A na polowanie?
- Pewnie, że tak. Kto lepiej niż wy umie naganiać koźlęta? - Szary poklepał po grzbietach za jednym zamachem obu stojących obok siebie synów. - Ale porozmawiamy o tym jutro, co?
Ostatnie zakręty wyprowadziły ich z przytulnego, jodłowego zakątka, do prawdziwego, sędziwego lasu o wysokich koronach, grubych pniach, migotaniu liści i stukocie dzięciolego dzioba. Zatrzymali się na granicy, gdzie korowe dróżki zbiegały się w większy prześwit, w którego centrum leżał świeży, jeleni udziec. Kirłan zabrał się na niego bez cienia skrupułów.
- Wy już jedliście? - zapytał, nagle uświadamiając sobie, że nie jest sam.
- Tak, tak. Ale górny zrazik zostaw dla gościa! - Walisa usiadła obok partnera i zaczęła starannie przerywać mięso wzdłuż powięzi, by następnie podać kawałek ptakowi. - Jedz, proszę.
Z wdzięcznością skinął głową. Mięso było surowe, błyszczące; w porównaniu do tego, które jadał w remizie, praktycznie bezwonne. Wziąwszy pierwszy kęs poczuł, jakby gryzł zestalone powietrze... świeże powietrze. Dziwne to było uczucie na podniebieniu przyzwyczajonym do duchoty przypraw.
Oderwał kolejny kawałek, zatrzymując go na języku. Smak docierał jakby z daleka. Łagodny, bez krzty goryczy; nieco krwisty. Już prawie go zapomniał.
- Mamy jeszcze jakiś zapas dereniówki? - wtrącił basior z pełnym pyskiem.
- Oczywiście! Jeszcze trochę zostało. Zaraz przyniosę. - Okrążyła ich płynnym łukiem i znikła.
- To specjał Walisy. Zaraz zobaczysz. - Zanim się obejrzeli, stanęła między nimi butelka bursztynowego płynu. Gospodarz wziął łyk i podał szkło towarzyszowi. - Przepyszna. W to lato musimy znowu zrobić. Hej, a Eugisk to w ogóle jest? - Mlasnął w kierunku partnerki, unosząc wargę po jednej stronie pyska.
- U kóz.
- Co on tam robi o tej porze?
- Spodziewaliśmy się, że dziś wrócisz, więc poszedł nadzorować przygotowania do oddzielenia młodych przy liczeniu.
Kirłan westchnął.
- Dobrze, skończę chociaż kolację.
- Czy dziś zaczynamy pracę? - Żuraw pośpiesznie przełknął resztę swojej porcji.
- Broń cię siło przedwieczna! Zarządzę to jutro rano, a teraz rozejdziemy się w pokoju. Możesz spać tutaj. To takie nasze miejsce dla gości.
Zza pierwszych, leśnych krzewów, dobiegały wesołe głosiki szczeniąt, którym nie śpieszyło się do krainy snów. Basior pochłaniał ostatki swojej kolacji, a wadera przesiadła się nieco dalej i zaczęła układać stosik z gałęzi pod palenisko. Szkliwo potoczył wzrokiem po polance. Za plecami miał tylko niewielkie lecz rozłożyste jodełki, przed sobą ciżbę najrozmaitszych drzew, potężnych i chropowatych jak oblicza przedwiecznych mędrców. A gdzieś z boku, gdzie biegła granica tych dwóch światów, wzrok przykuwało kilka barwnych punktów, bujających się do własnego, leniwego rytmu, mimo że wokół wiatr nie poruszał najlżejszą gałązką.
Widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi, skrzydlaty wstał i zbliżył się do tego niezwykłego przedstawienia. Choć białe, czerwone i różowe kwiaty wyglądały na zawieszone w powietrzu, w rzeczywistości unosiły się w mgławicy splątanych łodyg, cienkich prawie jak babie lato. Stojąc tuż obok było widać, że zasiedlany przez nie pas graniczny ciągnie się daleko i kończy w zaroślach.
- Śliczne, prawda? - za sobą usłyszał dźwięczny głos wilczycy. - Różnie na nie mówią: kosmosy, onętki. W tym roku wyjątkowo wcześnie zakwitły. Liczę, że będą z nami przez całe lato.
- Ciekawy widok w takim stonowanym zakątku.
- Przyniosłam z łąki nasiona i mi wyrosły. Zawsze przyjemniej, gdy ma się na wyciągnięcie łapy trochę koloru.
- Rzeczywiście.
Pochylił się i musnął palcem aksamitne płatki. Nie wiedział już, co robi w tym miejscu i co właściwie powinien. Po prostu patrzył na piękne kwiaty i to było zupełnie w porządku.

Jestem wolny

Dopiero teraz, wieczorem ta kraina odkryła swoje prawdziwe piękno. Piękno czułe, przytulne, przywołujące wspomnienia, których Szkliwo chyba nawet nigdy nie doświadczył. Słońce z niska przebijało przez lasu, czyniąc ją jeszcze bardziej żywą i soczystą. Kładło na trawie subtelną, bursztynową powłokę. Nigdy jeszcze nie widział tak wielu liściastych drzew. W borach WWN rosło co prawda trochę jesionów, a w WSC można było napotkać brzozy czy topole, ale były to raczej pojedyncze okazy wśród sosnowej toni.

Jestem wolny
Zapomniałem co to strach

Las był żywy, dziki, lecz przy tym czuły jak przyjaciel. Czuć już było zapach palonego drewna, ale nie na tyle mocny, by dym szczypał w oczy. Szkliwo dawno nie widział ognia, którego nie krępowały żadne ściany. Choć w koronach drzew wicher huczał groźnie, krzewy sprawujące pieczę nad leśnym runem otulały drobniejsze roślinki, wspierały źdźbła traw i jakby magiczną mocą odgradzały zwierzęta od żywiołu.

Jestem wolny
Na równi z dzikim wiatrem

Ze szczeliny pnia, ponad jedną z gałęzi wystawał maleńki nosek wiewiórki. Spała spokojnie, ukołysana bujaniem jodły.
Skrzydlaty ułożył się na igliwiu, opierając potylicę o pień. Dopiero teraz zauważył, że od pewnego czasu niczego nie nasłuchiwał. Jednostajny szum, przełamywany trzaskiem płonących polan, stopniowo pochłaniał jego zmysły. Ciężkie powieki zsunęły się na źrenice. Ciemność zaczęła zasnuwać się wielorakimi barwami, a te powoli przyjmowały kształty plam, potem sylwetek i twarzy, które siedziały gdzieś we wspomnieniach.

Jestem wolny
Na jawie, a nie we śnie

Jedna z nich stała się wyraźniejsza. Złota, potem beżowa jak piasek na samym szczycie gór. Zamrugał. To Walisa usiadła nad płomieniem, rwąc na kawałki dużą, doskonale okrągłą kępę mchu, którą następnie wrzuciła do środka. Jej futro oblane ostrym blaskiem zdawało się jeszcze gładsze niż w przygaszonym zmierzchu. Szczupła postać pochyliła się nad swoim dziełem, by potrząsnąć gałęziami i zrzucić popiół na dół. Miękka sierść na jej szyi zafalowała, wysycona światłem, jakby okrywała anioła.
Odwrócił się na drugi bok.
O tej porze byłby w remizie. Korzystałby z uroków zupełnie inaczej zaaranżowanego wieczora.
- Nie śpisz? - usłyszał.
- Nie. Kirłan poszedł do siebie?
- Poszedł jeszcze sprawdzić, czy na pastwisku spokój - oznajmiła łagodnym głosem, któremu nie sposób było nie uwierzyć. - Niedługo wróci.
Selpik i Turtanisk najwyraźniej już się położyli, bo dziecięcy śmiech rozpłynął się w oddali i dał o sobie zapomnieć. Niebawem kroki wilczycy także się oddaliły, pozostawiając ptaka pośród ciszy i ciemności, sam na sam z tańczącym beztrosko płomieniem.
Gdzieś za nim pojawiło się drugie źródło światła. Odwrócił się, szukając wzrokiem ognia, lecz jasność wypływała z czegoś bardziej stabilnego, jednolitego. Nawet jodłowe pnie nie stały jej na drodze. Czyżby wstawało słońce?
Soczysty blask oblał świat. Nad ścieżką płynęła w smugach słońca jakaś postać; sylwetka wilczycy. Zmrużył oczy. Mógł patrzeć na nią z boku, zawieszony w pustce bezdroży.
- Chciałoby się czasem wiecznie śnić - dobiegło zewsząd. Rozejrzał się, nie dostrzegając mówcy, choć i bez tego jego głos znał doskonale; słyszał go przecież każdego dnia. - Przeżywać to, co nieopisywalne. Co noc odkrywać kilka nowych żyć, ale w żadnym nie zostać na stałe. A może to jedno życie tak samo jest snem, w którym znaleźliśmy się mimo woli, bez planu, tylko na chwilę, by poddać się lub przeciwdziałać siłom losu, obserwować, odczuwać, tworzyć i tracić wspomnienia. Czego od niego chcesz, Szkliwo?
- Niczego już nie chcę - odpowiedział bez namysłu. Nie miał pojęcia, co odrzec na takie pytanie. Na pewno mógł chcieć jeszcze wielu rzeczy, ale nie miał siły, by o tym myśleć. Wygodnie było spać przy ognisku. Bezpiecznie było wisieć w powietrzu, nad polną dróżką bez początku i bez końca, obserwować świetlistą postać, która płynęła po niej w nieznane i nic nieznaczące.
- A to, kto to? - zapytał głos.
- Nie wiem. Już poszła.
- Nie dogonisz zapytać? Nie przypomina ci nikogo?
- Nie.
- „Nie, boję się”.
- Daj spokój z tymi zagadkami. Wystarczy, że...
- „Wystarczy, że sam nie wiem, kim jestem” - dopowiedziało złudzenie. - Nie boisz się, doprawdy? Ty żyjesz swoim lękiem. Boisz się, co będzie dalej.
- Nie boję się - zamrugał wolno. - Dalej po prostu niczego nie ma.
Odwrócił głowę, nieoczekiwanie krzyżując spojrzenia ze stojącym obok żurawiem. Odsunął się, omal nie tracąc równowagi.
- Ależ jest. Ty jesteś - Czoło widma było lekko zmarszczone, a powieki wyglądały, jakby miały ochotę osunąć się na oczy. - Dlaczego reagujesz na mnie tak nerwowo? Czy ja ci kiedy co złego zrobiłem? Powiedz mi, kto kogo pogrzebał?
- Och, to bzdury!
- Bo to nie ty leżysz pod ziemią - mruknęło, nie poruszając się o włos. - Unikasz przyszłości, bo się jej boisz. A boisz się jej, bo boisz się sam siebie. A boisz się, bo wszedłeś na drogę donikąd. I kroczysz nią, powoli stając się kimś, kim bardzo nie chcesz być.
Szkliwo pokręcił głową. Mimo że w gardle nagle zrobiło się za mało miejsca na powietrze, zdobył się jeszcze na głos.
- Nie dręcz mnie. Ciebie... nie ma... Nie ma.
Gwałtowny skurcz w piersi zmusił całe ciało do szarpnięcia. Powietrze stało się namacalne; jeszcze przez moment trzymało go w sztywnym uścisku. Dopiero gdy otworzył oczy i napotkał tylko drzemiące jodły pod bladym, spokojnym niebem, spięte mięśnie odpuściły. Poczuł, jak do kończyn na nowo dociera krew, a serce zwalnia.
Na jego płaszczu osiadła świeża, poranna rosa. Nie śpiewał jeszcze ani jeden ptak, a gniewny wiatr zupełnie ucichł, zmęczony nocną hulanką. Chłód obejmował za ramiona, ale słońce już wypuszczało na świat wesołe, ciepłe promyki, zapowiadające nadejście pięknego dnia.
Lotnik przeciągnął się z błogim westchnieniem i usiadł. Przed nim, na ziemi widniała teraz czarna plama lśniącego, opalonego drewna. W głębi zagajnika usłyszał szelest. Ktoś również już nie spał. Wśród plątaniny wysypanych korą ścieżek rozległy się ciężkie kroki. Szkliwo nie odwracał się; postanowił poczekać, aż wilk zjawi się na polance. Ktoś sapnął i, przechodząc, otarł się o pień.
Tuż obok stanął kubek pełen mleka.
- Smacznego. - Starzec usiadł w podobnej odległości od ogniska. Przednią łapą przesunął po swojej głowie, tłumiąc ziewnięcie. - Miało być dla mnie, ale ja się jeszcze zdążę napić dziesięć razy, a wy zaraz idziecie.
- Dziękuję - odrzekł nieco zaskoczony życzliwością osobnika, którego pierwszy raz widział na oczy. - Z kim mam przyjemność?
Basior był duży, dawno temu wzniesiony z bezsprzecznie solidnego materiału i najwyraźniej wciąż pielęgnowany życiem pełnym ruchu i słońca. Był umięśniony i wyraźnie sprawny, choć jedną z tylnych łap stawiał trochę krzywo. Oznaki sędziwego wieku widniały głównie na pysku, w postaci siwizny i półkolistych zmarszczek pod powiekami. Antracytowa sierść w czarne pręgi wciąż była bujna, mimo że lekko zmierzwiona.
- Eugisk - rzucił bez dodatkowych wyjaśnień. Napój wyglądał dokładnie jak mleko. Pachniał jak mleko. - Pij śmiało. Jeszcze ciepłe smakuje zupełnie inaczej niż te rozrobione z wodą popłuczyny, które rozdają we wsi.
- Proszę o wybaczenie, ale źle bym się czuł, gdyby sobie czegoś dla mnie odmawiano. Zresztą dla mojego żołądka to chyba za wcześnie na śniadanie.
- Jak wolisz. Śniadanie też zaraz będzie. - Basior posłał obojętne spojrzenie naczyniu, które postawiły przed nim szpony ptaka. - Dlaczego właściwie Kirłan cię tu przyprowadził?
- Powiedział, że potrzebuje kogoś dodatkowego do pisania.
- Tak, tak. Ale takich w NIKL-u jest pełno. - Uniósł kubek i już po chwili dało się słyszeć chlupanie. - Dlaczego ciebie? - rzucił półgębkiem.
- Może dlatego, że graliśmy razem w szachy.
- A, teraz ma to więcej sensu. Czasem mi się zdaje, że mógłby nie robić w życiu niczego innego. Zresztą jest dobrym graczem. Wygrałeś z nim?
- Może dwa na dwadzieścia razy i chyba tylko czystym przypadkiem.
- Teraz wszystko jasne.
Szkliwo opuścił wzrok na jedną z rosnących w zagajniku kęp sinej kostrzewy. Jego rozmówca przeciągnął się.
- Tak czy inaczej, czuj się tu jak u siebie w domu. Skąd właściwie jesteś?
- Ze wschodu.
- Mhm. - Kiwnął głową ruchem nieco obszerniejszym niż było trzeba dla zwykłego potwierdzenia. - I mocno czujesz, że jesteś stamtąd?
- Co masz na myśli?
- Jesteś patriotą, jak niektóre wilki? - zapytał, dziwnie akcentując kluczowe słowo. Dopiero wtedy jego ślepia uważniej spojrzały na gościa. Ten milczał.
- Nie wiem, czy chciałbym być - gdy wreszcie się odezwał, zniżył głos.
- Wschód czy zachód - sapnął Eugisk. - Północ czy południe. Co za różnica.
- Uważasz, że nic ich nie różni?
- To śmieszne, właściwie trochę groteskowe. Gryzą się, wojują. A potem przychodzi zima i wszystkim jednakowo zimno.
- Polityka czasem tak działa - napomknął żuraw ostrożnie. - Czy jednak nie można kochać, nie czując przy tym nienawiści? Myślę, że troska o własną watahę wcale nie musi oznaczać wrogości wobec innych.
- Dziel i rządź. Słyszałeś o tym kiedyś?
- Nawet nieraz - mruknął. - Jeśli tak stawiasz sprawę, znaczy to, że mam rację.
- Doprawdy? Uzasadnij. - Eugisk uniósł brwi, z marsowym pyskiem pochylając się, by postawić kubek daleko przed sobą, jakby przygotowywał dzieło sztuki do otwarcia wystawy.
- Miłość do ojczyzny nie ma nic wspólnego z oddziaływaniem z zewnątrz.
- Całkiem bystre, ale to działa tylko w przypadku naiwnych marzycieli. Pewnie z wieloma mechanizmami już się zetknąłeś. Za to nigdy chyba niczym nie zarządzałeś z góry, co?
- Czy ja wyglądam jak ktoś, kto może pełnić w watasze ważną funkcję?
- Tak, w rzeczy samej - stwierdził wilk bez wahania. - Na pewno potrafisz nie tylko dać głos, ale i zabrać głos. To nie takie trudne.
Szkliwo westchnął.
- W każdym razie służyłem na niższych stanowiskach.
- Służyłeś, mówisz, i mówisz to bez odrazy. A więc jednak. Trochę zostało w tobie przywiązania do swojego stada.
- Tak mi się życie ułożyło.
- Oczywiście, każdy osobnik jakoś wtapia się w swoje środowisko. Wyrywając go stamtąd, rozdziera się sieć. Działa to nawet w tak sztucznej sforze, jak ta w naszej wiosce. Miałeś już okazję tam kogoś zastąpić?
- Nie wiem, czy myślimy o tym samym. - Ptak nieznacznie zmrużył oczy.
- O tym samym. Nie krępuj się.
- Zdaje się, że tak.
- Kogo?
- Miał na imię Hapenir. - Dźwięk imienia, którego dawno nie słyszał, zadrżał mu pod czaszką.
- Kto to, jakiś inspektor? Przewodniczący?
- Nie, asystent. - Szkliwo zmarszczył brwi. Nie wiedział, że mając jakiekolwiek powiązania z Najwyższą Izbą, da się nie znać imion przewodniczących.
- A, to diabli z nim. Tacy są przeznaczeni do jednego celu.
- Od kiedy wilk przeznaczony jest tylko do jednego celu? Myślałem, że to spoiwo sieci powiązań.
- To niteczki do zerwania i ponownego związania.
- Jego bliscy powiedzieliby co innego.
- Po to są bliscy. Żeby kochać i opiekować się wilkiem. - Basior ze zrozumieniem kiwnął głową. - A on jest po to, żeby żyć dla bliskich. Samonapędzające się błędne koło, które z zewnątrz w ogóle nie ma sensu! - Jego łapa gwałtownie opadła na piach, choć pysk pozostał kamienny.
Gałęzie przybrane chłodną zielenią zachwiały się. Walisa wysunęła się zza jodełek.
- Dzień dobry wszystkim! - Uśmiechnęła się promiennie i, nawet się nie zatrzymując, zniknęła po drugiej stronie polany, w wąskim przejściu między rosnącymi gęsto drzewami.
- Tak to, widzisz, jest, z tym usuwaniem elementów wilczych. I na odwrót. - Eugisk w zadumie odprowadził ją wzrokiem.
- Na odwrót?
- Tak.
- Pewnie powinienem już rozumieć. - Chrząknął, ze wszystkich sił trzymając głos w ryzach obojętności.
- Każdy wysłannik, dołączając do watahy, przynosi ze sobą swoją kulturę i obyczaje, względnie ich, jak to mówią, brak.
- A reszta wilków zwalcza ją lub daje na nią przyzwolenie.
- Czasem nawet ją podejmuje. Wtedy już wiadomo, co nam z tego wyrośnie.
- Nam?
Basior uśmiechnął się mechanicznie.
- Jak sam zauważyłeś. - Przystawił kubek do pyska. Zapadła cisza. Niebo rozjaśniało się powoli, a gdzieś w górze budziły się leśne ptaki.
- A co wyrośnie?
- Zazwyczaj malutkie nasionko zniszczenia. Które podlejemy albo nie.
Ptak zawiesił wzrok na kubku, który przechylił się prawie do pionu, wlewając w pysk wilka ostatni łyk białego płynu. Na język cisnęły się kolejne pytania, a jednak rozum podpowiadał, że zadawanie zbyt wielu wzbudzi podejrzliwość prędzej, niż przyniesie uczciwe odpowiedzi. Lecz czy istniał w tej grze ruch pozbawiony ryzyka?
- W takim razie pieczołowicie je podlewacie.
Eugisk wolno postawił naczynie na ziemi i oblizał wargi.
- Gdy zachodzi taka potrzeba.
- Ciekawe. NIKL z naszej perspektywy wydawał się nieosiągalny. - Żuraw bezmyślnie wyrwał z ziemi jedno z nielicznych źdźbeł cienkiej trawy. - Myśleliśmy, że jest daleko. A jednak oko naprawdę widzi wszystko.
„Zastanawia mnie tylko, kim w tym wszystkim jesteś ty, Eugisku”.
- Tak, tak, znam to gadanie o oku nieba. - Basior z gardłowym świstem wciągnął powietrze. - Oko jest ładne, błyszczące. Dobrze się sprzedaje, ale samo jest do niczego. Za nim ciągnie się wiązka brzydkich sznureczków i mazi, która w rzeczywistości jest prawdziwą centralą. Ona działa w ukryciu.
Szkliwo splótł palce na ziemi, nie dając żadnego znaku, że zrozumiał przekaz. Oczywiście, był on więcej niż jasny. Przy tym po prostu trudny do przyjęcia. Tak dotkliwie... bezpośredni. Aż się prosiło, by zacząć go roztrząsać, szukać drugiego i trzeciego dna pod dnem właśnie beztrosko rozkopanym przez Eugiska; zalać basiora kaskadą pytań. Może starzec właśnie na to liczył, w milczeniu siorbiąc mleko.
Tymczasem jednak wróciła Walisa. Niosła kilka wielkich, powiązanych jeden z drugim kawałów świeżego mięsa. U jej boku kroczyły wpatrzone w śniadanie szczeniaki.
- Kochanie, wstawaj! Wszyscy już na nogach! - Upuściła swój ładunek, rozdzielając go na uczciwą porcję dla każdego z obecnych. Mięso było surowe. Żadnych dodatków. Jeszcze wyciekała z niego krew.
- Oooch, moja złota, a co to, nie kozie nóżki? - Szary basior wyciągnął przednie nogi i rozczapierzył palce, wyłaniając się z ich kącika.
- Jelenina, mój drogi. Myślałeś, że próżnowałam, gdy cię nie było? Już mówiłam, że kozy to nasz żelazny zapas. Chłopcy też muszą uczyć się prawdziwego życia, a nie lenistwa i przejadania wszystkiego, co mamy.
- Najświętsza racja! - Kirłan klasnął w łapy. - Jestem przekonany, że pod twoim okiem wyrosną z nich przedni łowcy - dodał, na tyle donośnie, by słowa dotarły do najciemniejszych kątów w umysłach wszystkich obecnych. Zatopił kły w swoim kąsku, jakby nie jadł od wieków. Memłając sprężysty kawałek, odwrócił głowę ku Szkliwu, który również zaczął skubać swoją część. - Jak minęła noc? - Wykrzywił pysk, natrafiwszy na chrząstkę.
Ptak wyciągnął szyję, by przełknąć. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję, by pożywić się o tej porze.
- Wspaniale. Dawno tak dobrze nie spałem.
- Widzisz, ciągnie wilka do lasu! Wilka, rublię, jeden pies. Kulenie się w murach to nigdy nie będzie to samo.
Przez chwilę zagajnik wypełniał tylko odgłos żucia. Cała rodzina posilała się kruchym, aromatycznym mięsem. W pewnej chwili Turtanisk wydął policzki i splunął bratu prosto w nos.
- Mamooo! - Selpik zaskamlał, wycierając pysk z białawej, pogryzionej masy.
- Co „mamo”? Stań ze mną do walki!
- Turt, co ty wyczyniasz! - zawołała Walisa, prostując grzbiet i opierając łapę na biodrze.
- Zjadł swoje i czaił się na mój kawałek!
- Nieprawda!
- Chłopcy. Skończyliście jeść? Nie ma co tracić dnia na wzajemne dogryzanie. Dziś musicie złowić nam na kolację dwa piękne bażanty. Pamiętacie, czego was uczyłam? Jeden...
- Goni, a drugi podchodzi z zarośli i chwyta - wyrecytował Turtanisk. - Ja dziś gonię!
- Tata i jego pomocnicy będą głodni po pracy. Jeśli już skończyliście, zapraszam na zajęcia. Czas otworzyć swoje księgi.
Szczenięta zniknęły. Jeszcze przez chwilę między drzewami roznosiło się echo ich ożywionej dyskusji. Eugisk oblizał pysk. Sierść nad jego wargami nadal była zaczerwieniona i posklejana.
- Te małe dranie ostatnio przechodzą samych siebie. - Pokręcił głową, lecz uśmiechnął się przy tym ze znużeniem. - Nie nadążam z wymyślaniem im nowych ćwiczeń.
- Mamy zdolnych synów! - Kirłan dumnie wypiął pierś i kątem oka zerknął na gościa, jakby chciał upewnić się, że fakt ten nie umyka jego uwadze.
- To wszystko twoja zasługa, Eugisku. - Pani domu rozgarniała właśnie popiół w miejscu wieczornego ogniska. Kilka chrząstek, które zostały po śniadaniu, wylądowało na kupce, obok niedopalonego drewna. - Nie mogliśmy wymarzyć sobie dla nich lepszego nauczyciela.
Promienie słoneczne wyjrzały zza lekkich obłoczków. W jednej chwili ogrzały całą polanę. Dzień rozbudził się już na dobre i zapraszał, aby dobrze go wykorzystać.
- No, czas na nas. - Szary wilk przeciągnął się z donośnym pomrukiem. - Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę koźlątka. Jestem absolutnie przekonany, że nie ma na świecie niczego słodszego, w przenośni i dosłownie!
- Chcesz, żeby chłopcy byli z wami przy liczeniu? - Eugisk uniósł łapę i pstryknął palcami.
- Ach, tak. - Basior dynamicznie kiwnął głową. - Obiecałem im to wczoraj.
- W takim razie daj nam chwilę, a po ich zajęciach pójdziemy wszyscy. Ptaku, jak nazywał się ten twój odsunięty poprzednik?
Szkliwo zatrzymał się wpół przełkniętego kawałka. Pośpiesznie przecisnął mięso przez gardło.
- Hapenir.
- Dobrze. Kirłan? Masz tu kogoś takiego?
- I to wielu. - Ten zachichotał frywolnie. - Ale czy właśnie tego, cholera wie. Ich imiona nie są w obszarze moich zainteresowań. Dobrze. W takim razie chłopcy niech się uczą, a my zrobimy sobie mały spacer. Sprawdzę, czy drogi nie pozarastały pod moją nieobecność. - Po czym zamaszystym krokiem ruszył przed siebie, ścieżką w głąb swojej posiadłości.
Na poboczu siedziały szczeniaki. Każdy miał przed sobą otwartą księgę. Szkliwo zatrzymał się przy nich, przechylając głowę.
- Czego się uczycie?
Kirłan podskoczył na jednej łapie, drugą obejmując towarzysza i lekko popychając naprzód.
- Taki szczenięcy elementarz. Chodź, mamy co innego do roboty.
- Wybacz. Zawsze ciekawiły mnie systemy edukacji.
Ptak dreptał u boku przewodnika ze wzrokiem wbitym w ziemię. Przekroczył kępę koniczyny, dostrzegając wśród okazów rozłożystych jak motyle skrzydła przynajmniej jeden czterolistny. Nieco dalej kolejny, z aż pięcioma liśćmi.
Byli  już blisko otwartej przestrzeni. Potwierdzało to światło, szerokimi pasmami wdzierające się do cienia. Znad łąki, wprost na nich, płynęła chmura białych okruszków. Każda z nich, otoczona delikatną poświatą, leciała własną ścieżką, omijała gałęzie buków, krążyła wokół wilczych uszu, po czym leciała dalej, niepomna bycia podziwianą, jak duch nawiedzający niezmierzoną puszczę.
Wreszcie słoneczne promienie oblały sierść basiora. Wypiął pierś w kierunku, z którego wiał wiatr, a jego nozdrza zafalowały.
- Coś nam tu przypędzi.
- A zapowiadała się taka śliczna pogoda.
- E tam. Tu każdy ranek jest słoneczny, potem niebo się chmurzy, trochę popada, a pod wieczór znowu się rozpogadza. Walisa napisała kiedyś taki wiersz. Do dziś go pamiętam. - Przechylił głowę. Sam siebie zaskoczył prawdziwością tego stwierdzenia.
- Zamieniam się w słuch.
- Tu na nas, na dole, już czai się grom. Ołowiane chmury zasnują niebo po horyzont. A nad nimi, na górze, przestrzeń tonie w błękicie. Kremowe obłoczki oświetla złociste słońce. Tam nie ma granic, podłogi ani ścian; schodów ni poręczy.
- Ładny.
- Zawsze o nim myślę, gdy tu wracam. Nasza samotnia to jeszcze trochę dół, a trochę już góra.
- Bardzo tu... spokojnie. Nawet kiedy huczy ten wiatr.
- Bo ten wiatr to składowa ciszy. W wiosce go zakrzykują. - Szedł dalej, prowadząc przez trawy sięgające im do piersi.
- Mogę o coś spytać? - Żuraw, zerknął na niego kątem oka. Kirłan powoli pokiwał głową, napawając się powietrzem, które mierzwiło jego futro. Z drugiej strony polany dolatywała słodka woń bzu.
- Ależ, że pytaj.
- Obaj twoi synowie mają imiona kończące się na jedną literę, podobnie jak twój pomocnik i twój doradca. I tak, jak inspektor od Ziem Południowych.
- Taaak. To typowo południowy zwyczaj.
- A twoje imię jest zupełnie inne.
- Ja też jestem z południa, jeśli o to chodzi. Tylko matka była bardziej...
- Ze wschodu?
- Tak. Dlaczego pytasz?
- Z ciekawości. Rzadko słyszę „Ł” wśród imion wilków w NIKL-u.
- Chyba też rzadko je wymawiasz, co?
- Wręcz przeciwnie.
- Aha! Już wiem, w czym rzecz. - Wilk czujnie postawił uszy. - Ty też jesteś z południowego wschodu.
- Zatem powinienem zwać się Szkłiwo.
Kirłan zaśmiał się półgębkiem.
- Teraz jeszcze lepiej rozumiem, dlaczego tak cię polubiłem. - Jego łapy zatonęły w bieli. Śnieg? Nie. Topolowy puch, który osiadł w zagłębieniu między kępami traw. Część drobin wciąż unosiła się wokół, po kilka razem, zwiewne i bezszelestne.
Ich ścieżka zaczęła zakręcać. Ziemia w niektórych miejscach była wydeptana, a gałęzie niższych drzew ponadgryzane i pozbawione liści. Gdy zawęszyć, już całkiem wyraźnie czuło się i zapach: słony, trochę metaliczny. Przypominał ten powszechnie znany we wsi, unoszący się co rano w urzędzie, gdy każdy z pracowników otrzymywał swój kubek mleka.

Cdn.

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Agrume (Agrest i Atsume) CD Esłpiora (Epoir) - "Historia pewnej miłości" (Opowiadanie z dupy)

W POPRZEDNIM ODCINKU

Ełspior zrywa z agrestem

Mundusiciel chce zniszczyć świat

"Zrywam s tobom idioto"

* * * * * * * * * * * * * * * * 

niedziela, 31 maja 2026

Podsumowanie maja!

Moi Najkochańsi!
Ten maj był miesiącem niezwykle pięknym, wyjątkowo słonecznym, kwiecistym. Tak pięknym, że smutno go żegnać, jednak pamiętajmy: nadchodzi lato, a z latem wakacje (i czasu wolnego będzie tyleee)! Wszyscy wykorzystaliśmy go najlepiej jak mogliśmy - majówkę wspominamy do dziś... Pozostałe 28 dni miesiąca również upłynęło nam w sielankowej, beztroskiej atmosferze, czego dowód widzimy na poniższym, potężnym podium miesiąca!

Na miejscu pierwszym stoją dziś bowiem GIGA SIGMY alfa Agrest oraz Delta z 1 opowiadaniem.

To by było na tyle z wilków, natomiast innymi postaciami, które odwiedziły nasze opowiadania, były Mezularia, Miodełka, Eilert, Misung, Nicpoń, Koyaanisqatsi i Szkliwo.

Gratulacje dla wszystkich majowych mocarzy! Zgłaszajcie się po punkty, Kochani.

                                                    Wasz samiec alfa,
                                                      Agrest

Od Delty (Kaja) - "Pijany na koniec miesiąca" cz. 19

 








środa, 6 maja 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Każde oko czasem mruga”, cz. 14

Mówi się tu, że NIKL to niebo.
Urząd to jego oko i tak dalej.
Ale to tylko firmament, który widzimy.


Szkliwo ziewnął, jedną nogą zstępując ze schodka przed domem, by rozciągnąć całe ciało z dziką rozkoszą. Popołudnie było ciepłe, trochę duszne, zapowiadało zbliżający się deszcz.
- Rasz! Nie miałeś wracać dopiero jutro?
Płowy basior energicznie pokręcił głową, szybkim krokiem zbliżając się do chatki asystentów. Gdy odległość między nimi zmniejszyła się do szerokości snopka słomy, wreszcie wyrzucił z siebie z głębokim wdechem:
- Aaa, daj spokój. Awantura była taka, że na wieczór wyruszyłem, byle szybciej. Uwierzysz, że jeszcze dzień wcześniej tak mnie powitali, że zastanawiałem się, czy nie rzucić tego wszystkiego i z nimi nie zostać? Na szczęście kochana rodzinka szybko mnie z tego wyleczyła!
- A mama jak?
- Zdrowieje! Łoś jej na polowaniu coś w brzuchu przetrącił, ale wylizała się z tego pięknie.
- To wspaniale. Pewnie zmęczony jesteś po podróży?
- Jak siedem boleści. Odeśpię sobie teraz te przygody, ale na kolację przyjdę.
Żuraw kiwnął głową. Gdy zobaczył swojego współpracownika, przeszło mu przez myśl, aby odłożyć planowaną wizytę w biurze ochrony i najpierw przekazać mu listy, które bliżej nieokreślony czas przeleżały ukryte w piecu. Działanie takie, po wizycie Rasza w jego watasze, miałoby formę już chyba czysto porządkową, lecz Szkliwo porządek bardzo lubił.
- Więc widzimy się w remizie. Odpoczywaj. - Na przeglądanie korespondencji sprzed wielu księżyców było jednak wiele lepszych momentów. Machnął mu skrzydłem i ruszył ścieżką w kierunku centrum wsi.
Już niebawem siedział w mrocznym korytarzu, kreślił na kartce nowości dla dowódcy i, stukając pazurem w podłogę, nucił jakąś zasłyszaną dawno piosenkę. Poszarzałe firanki, osłaniające półki komody, chybotały się od przeciągu, a resztki błękitnej farby, która niegdyś czyniła mebel podobnym letniemu niebu, jaśniały w ciemności, malutkie, liczne, obecnie bardziej przypominające gwiazdy zawieszone w płachcie nocy. Wychylił się, aby dosięgnąć gałki szuflady. Była za wysoko. Wstał.
Drewno skrzypnęło, pochłaniając zapisaną stronę. Zaraz potem, niczym echo, rozległo się skrzypienie na szczycie schodów. Wiatr zawiał z całej siły, gdy Nakideron wyjrzał ze swojego gabinetu. Zatrzasnął za nim drzwi i ucichł.
- Świeża prasa, w sam raz na lekturę przy kolacji. Doskonały sposób na ćwiczenie szarych komórek i pozostanie wilkiem o prawdziwie wszechstronnej wiedzy. - Na schodkach rozległo się donośne stukanie poduszek jego łap. Szkliwo niezmiennie podziwiał pewność kroków dowódcy w zestawieniu z faktem, że kroczył po tym stromym zboczu w niemal zupełnej ciemności, na domiar złego wciąż patrząc prosto przed siebie, na stojącego przy komodzie podwładnego. - A ty, Szkliwo, czytujesz czasem prasę?
- Nie mam zbyt wielu okazji - odrzekł bezbarwnie, nie do końca rozumiejąc, skąd basiorowi przyszło do głowy... że mógłby cokolwiek czytywać.
- Zbyt wielu - powtórzył ten w zamyśleniu. - Szkoda. Tak czy inaczej, zapoznałem się z dobrodzieja ostatnimi doniesieniami, tymi o wyprawie współpracownika na urlop. Czekam na kolejny odcinek. Chcę wiedzieć, kiedy nasz mały Rasz zostanie sierotką. Od biuroszczurów, które zapomniały, że mają rodzinę, lepsze są tylko takie, które wcale jej nie mają.
- Na to się na razie nie zapowiada. Wrócił dziś rano. Mówi, że matka ma się lepiej. Rodzina ucieszyła się na jego widok, zaczęła namawiać, żeby opuścił Najwyższą Izbę i już z nimi został, ale jednego z kolejnych dni wybuchła jakaś kłótnia i czym prędzej zawinął się z powrotem. Jeśli dowiem się jeszcze czegoś nowego, na pewno przekażę.
- Świetnie, zapisz to.
- Właśnie zapisałem. Między innymi.
Nakideron usiadł, krzyżując łapy na piersi.
- Cieszy mnie też, że postanowiłeś posprzątać po swoim poprzedniku. A to zimny sukinsyn! Dałeś Raszowi listy, które ukrywał?
- Jeszcze nie. - Odruchowo odwrócił głowę ku drzwiom, by przekonać się, sam nie wiedział, po co, że są sami. - Bardzo mnie ciekawi, co się dzieje z tymi wszystkimi raportami.
- Tymi, które piszą nadzorcy? Co ciekawsze wiadomości zostają u mnie. Tutaj - Wilk rozplątał przednie kończyny, by przycisnąć palec jednej z nich do czoła. - Inne wykorzystujemy do rozwoju nauki.
- Hm. - Szkliwo nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Choć była szeroka, stawiała wszystko, w czym uczestniczył, w nieco innym niż dotychczas świetle. Był jednakowoż szczegół, którego przy ocenie rozmowy służbowej pomijać nie warto: nie był idiotą. Przynajmniej nie takim skończonym. - Ciekawe. Nie miałem jeszcze okazji zetknąć się z zapleczem naukowym Najwyższej Izby.
- A żałuj, bo jest bardzo bogate. Zwłaszcza na płaszczyźnie psychologicznej. Może w przyszłości będziesz miał okazję, by się o tym przekonać i liznąć trochę wiedzy. 
- Chętnie - odparł z grzeczną zwięzłością, pilnując, by jego głos się nie podniósł.
- Wyjdziesz stąd i zapewne będziesz powoli wybierać się do remizy?
- Pewnie tak - znów przytaknął zdawkowo, by uciąć wszelkie spekulacje o tym, co innego mógłby robić przed zachodem słońca.
- Tam na przykład co noc rozgrywa się przedstawienie iście znakomite, sycące zmysły. Na scenie rozwinięto nawet prawdziwą kurtynę. Jakby specjalnie dla mnie!
- Mówisz o części, gdzie pracują wilczyce - bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Przeogromną radość sprawia mi obserwowanie takich spektakli. Przechodzę wtedy prawdziwe katharsis. Wiesz, czym jest katharsis, Szkliwo?
- Coś mi się obiło o uszy. Mówisz więc, że kolejnym twoim hobby jest podglądanie? - Przez oblicze ptaka przemknął cień pobłażliwego uśmiechu. - Masz w ogóle jakieś zgodne z obyczajem zainteresowania?
- Widzę, że jesteś równie daleko od zrozumienia, co od pojęcia. - Basior również uśmiechnął się pod nosem: szerzej, dłużej. Bardziej otwarcie. - Wiesz, co sprawia mi największą przyjemność? Reżyserowanie takich spektakli. Czasem po prostu wybieram się do remizy po kolacji, zabieram kogoś, kto jest w odpowiednim stopniu pijany lub jeszcze jedną nogą w krainie kolorowych marzeń. Koniecznie kogoś, kto wcale nie planował uczestniczyć w tej sztuce. Zabawa jest tylko, gdy wciąż czuje i jeszcze próbuje myśleć. Gdy nadal chce zachować swoją wilczą godność, ale wystarczy przytrzymać go jedną łapą, tak, żeby się przypadkiem nie zmęczyć, a zaczyna zachowywać się jak pies u weterynarza, który właśnie dostrzegł, że przez kaganiec nie może ugryźć. Sam akt nie jest ciekawy, ale to, co dzieje się w głowie, to już istny majstersztyk. Umysł panikuje i marzy tylko o tym, by natychmiast przerwać i uciec, ale ciało mówi: „To najlepsza rzecz, jaka dziś się wydarzyła, pędźmy dalej!”.
Żuraw milczał, przysłuchując się pełnej pasji opowieści już bez rozbawienia. Znowu usłyszał więcej, niż się spodziewał.
- To komiczne, widzieć, jak w tożsamej sytuacji jedni próbują się wyrywać, a inni poddają. A nazajutrz jedni i drudzy i tak nie pamiętają już niczego poza tym, że nocą przesadzili ze środkami i zabalowali. Czasem, gdy okoliczności temu sprzyjają, pozwalam im myśleć, że to ich wybór. Intrygujące, jak łatwo im uwierzyć, że naprawdę tego chcieli. - Pysk basiora uniósł się lekko. Jego ślepia wbiły się w rozmówcę na bardzo długą chwilę, bezczelną linią prostą, jakby liczyły, że odpowie im na pytanie, które nie zostało zadane. Najwyraźniej jednak ptak nie umiał czytać w myślach. - Tak, jak było na przykład z tobą - padło w końcu beztrosko.
Szkliwo zmrużył oczy. W myślach co rychlej przerzucił wspomnienia wszystkich swoich spotkań z Ildiri; wielu z nich nie potrafił już nawet przywołać, zlewały się w powtarzalną, nieważną całość, ale musiało to wynikać właśnie ze sztywnych granic, które postawił sobie i jej. Działał w sposób zorganizowany i schematyczny. Taki schemat nie zawodzi, a jeśli nawet, to się to zauważa. Za każdym razem był trzeź...
Chwileczkę. Strategia nie bierze się znikąd. Była jeszcze ta pierwsza noc.
- Powiedziałeś, że to wszystko, żeby nie wyróżniać się z tłumu. Nawet to było kłamstwo? - mruknął. - Polazłeś wtedy do remizy? - dodał głośniej, niż zamierzał sobie pozwolić. - Za mną?
„I naprawdę zrobiłeś to tylko dla własnej, kopniętej zachcianki?”, uzupełnił w myślach.
- Dlatego nie zdziwiło mnie zbytnio, że się nie wyrywałeś. - Kościsty łeb wilka wysunął się trochę do przodu. - Nie było okazji sprawdzić cię pod tym względem. Jak myślisz, potrafiłbyś sprawić, by ciało przestało czuć? Pokonać samego siebie i walczyć, gdy najbardziej podstawowy instynkt mówi, że dzieje się dobra rzecz?
Żuraw nie odpowiadał, zajęty wykładem stanowczego głosu, który przemawiał w jego własnej głowie. „Nie upilnowałeś się, Szkliwo. To mało powiedziane. A jednak dzięki temu jesteś tu, gdzie jesteś i dotrzesz jeszcze dalej. Może było warto? Prawie już nie pamiętasz tego... żałosnego wydarzenia, a korzyści będziesz czerpać jeszcze długo”.
- Kształtować reakcję zabawki można na trzy sposoby - mówił dalej Nakideron, nie zważając już na rozkojarzenie swojego jedynego słuchacza. - Po pierwsze: wzmocnić, pozwalając jej zobaczyć efekty swojej szarpaniny. Pozwolić jej przepchnąć strażnika, zerwać sznurek, przesunąć się o kilka kroków. Po drugie: wygasić siłą. Pokazać, że nic, co zrobi, nie przyniesie skutku. Po trzecie, co najbardziej lubię: modelować stopniowo. Nie uczyć bezradności, a budzić uważną akceptację.
„Zaprawdę, Ildiri miała rację... Tutejszy urzędnik nawet nie udaje, że różni się od tutejszej kurtyzany”.
- Spójrz na mnie. Albo nie patrz, jak wolisz. - Łapa wilka powędrowała w górę i zatrzymała się tuż pod głową ptaka, unosząc jego dziób. - Przestajesz się cofać. Zaczynasz grać w tę grę. O to właśnie chodzi. - Rzeczywiście basior wykonywał ten nieprzyjemny gest już kilkukrotnie. Skrzydlaty machnął ogonem. - Zrobię to jeszcze dziesięć razy. Za jedenastym zamiast łapy dotknę cię patykiem. Uwierzysz, że jeśli powtórzę to razy sto, a za sto pierwszym zamiast patyka przytknę ci do gardła nóż, ty z przyzwyczajenia nawet się nie odsuniesz? A jeśli tysiąc razy będziesz miał nóż na gardle, nawet nie spostrzeżesz, gdy za tysiąc pierwszym pozwolisz mi nacisnąć na tyle mocno, aby przekłuć skórę. No co, nie wierzysz? - Zachęcająco uniósł brwi. Jego ślepia, jaśniejące w półmroku jak dwie lśniące monety, zaokrągliły się.
- Wierzę - odrzekł, w znajomym milczeniu dowódcy wyczuwając oczekiwanie. Dopiero teraz cofnął głowę. - To wszystko bardzo ciekawe, ale nie chciałbym spóźnić się na kolację.
- Bez obaw, zostało dużo czasu.
- Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia.
- Lecisz więc? Leć, proszę. - Nakideron zniżył głos, odwracając się ku szufladzie pełnej zapisanych gęsto kartek, lecz jego oczy jeszcze przez chwilę nie odrywały się od podwładnego. Ten czym prędzej znikł na ulicy.
Właściwie nie było dokąd się śpieszyć. Zatrzymał się pod drzewem, jednym z kilku rosnących w pobliżu wejścia do remizy. Nie odmówił sobie oparcia o jego szeroki, niewzruszony pień. Zanurzył pazury w chłodnym piasku.
„Wieczorem będzie lać”. Z niezadowoleniem spojrzał w górę. W świecie, w którym każdą noc i niemal dowolnie długą część dnia spędzało się pod dachem, łatwo było odzwyczaić się od przemokniętego kołnierza i chłodnych kropel spływających po piórach. Czując, że jego nogi zaczyna nudzić stanie w bezruchu, podniósł jedną z nich ku kieszeni płaszcza. Bez namysłu wyjął z niej niewielką kostkę i zaczął obracać w palcach. „Jeśli się rozpada, Ildiri znowu będzie terkotać, że powinienem zostać na noc. Żebym tylko nie przysnął. Kilka dni temu omal mi się to nie zdarzyło”.
- A ty co tu robisz?
Na moment zesztywniał, słysząc zbliżający się głos wilka, który jeszcze nigdy wcześniej się do niego nie odezwał. Musiał spojrzeć, by upewnić się, że to właśnie on: Trelik.
- Nic. Czekam na znajomego. - Pytanie w jego głosie rozbrzmiało niezwykle wyraźnie, choć wcale tego nie planował. Pomocnik Nakiderona był sam i nie wyglądał, jakby miał zaatakować. Zwłaszcza biorąc pod uwagę miejsce, o tej porze dnia uczęszczane przez wilki ze wszystkich stron wsi i wszystkich gabinetów urzędu. Do tej pory jednak nigdy nie rozmawiali i Szkliwo był pewien, że tego typu interakcja nie nastąpi jeszcze długo, jeśli w ogóle kiedyś. - A dlaczego pytasz? - wyartykułował to, co chwilę wcześniej powiedział całym sobą.
- Po prostu stoisz przy drodze. Dziwnie. Pierwszy raz to widzę. Pomyślałem, że chcę sprawdzić, o co chodzi.
- Jesteś tak wyczulony na dziwne zachowanie innych z racji swojego stanowiska? - Rozmowa narzucała się sama, skoro basior już się napatoczył.
- Możliwe.
- Rozumiem. Co robiłeś, zanim zacząłeś pomagać dowódcy?
- Byłem nadzorcą.
- A oprócz tego?
- Co to za przesłuchanie? - Wilk zmarszczył brwi.
- Wybacz. Ja z ciekawości. Też byłeś urzędnikiem?
- Siedziałem w sekretariacie z Żamichą - odparł niechętnie. - Co tam masz?
- Takie coś. - Ptak wzruszył ramionami, w głosie Trelika wyłapawszy nutę zaciekawienia. - Było w piachu, w piwnicy. Spodobało mi się, to wziąłem. - Na końcu języka zaczęło klarować mu się kolejne pytanie.
- Aha. - Basior jednak odwrócił się, zanim zdążył je usłyszeć. Wstrzymał kroki na ulotną chwilę, jakby chciał upewnić się, że skutecznie zakończył rozmowę, po czym ruszył w kierunku wejścia do remizy. Dołączył do grupy wilków znanych Szkliwu tylko z widzenia, zapewne pełniących w urzędzie jakieś funkcje porządkowe.
Słońce ukryło się już za dachami domów, na wieczerzę ściągały coraz większe tłumy, a z wewnątrz zaczął wydobywać się słodko-słony zapach przypraw i pieczonego mięsa. Wreszcie na ścieżce dał się słyszeć znajomy śmiech. Rasz bawił się świetnie w towarzystwie jednego ze swoich ziomków z północy.
- A ty co, czekasz na mnie? - zawołał już z daleka. Wyprzedził Pira o kilka skocznych kroków.
- Chyba pierwszy raz byłbym w remizie przed tobą. Kto to słyszał? - Ptak przyjaźnie machnął ogonem. Nie musiał nawet podnosić głosu, bo rozmówca już stał tuż przed nim.
- Masz rację! Pytaliby potem, czy chory wróciłem z tego domu, czy co?! Zgłupiałbym od samego opowiadania.
- Rzeczywiście, to byłaby dla naszego zespołu niepowetowana strata. - Szkliwo podrzucił kostkę i złapał ją w drodze na ziemię. W zamyśleniu ścisnął nieco mocniej, przeciągając jednym palcem po zaokrąglonej krawędzi. Staroć był tak suchy i lekki, że dało się o nim zapomnieć, nawet trzymając go w łapie. - Hej. Widzieliście kiedyś coś takiego?
- Yyy. Nie. - Rasz pokręcił głową z pytaniem w oczach.
- A co to ma niby robić? - dodał jego towarzysz.
- Podobno to dziecięca zabawka. I podobno podobne były używane na północy. Dlatego pomyślałem, że może wy poznacie. Leżało w piachu, w naszej piwnicy, tak swoją drogą.
- Nie, ja niestety nie bardzo. - Pir wychylił się, oglądając przedmiot z drugiej strony. - Ale też kiedyś coś znalazłem w takiej piwniczce. Ciekawe drobiazgi można wykopać.
- Co znalazłeś?
- Połamaną korę z jakimiś znaczkami. Jakby cyferki?
- Ciekawe. Tylko po co ktoś tutaj miałby pisać na korze, jeśli NIKL sprowadza obie kartki od watah sąsiadujących z ludzkimi ziemiami, właściwie chyba odkąd istnieje?
- Szczerze to się nad tym nie zastanawiałem. Nie udało mi się wymyślić, co znaczyły tamte cyfry i chyba w końcu gdzieś to wyrzuciłem.
- Landrynkooki, a po kiego grzyba grzebałeś w naszej piwnicy? - Uszy Rasza drgnęły, jakby chciały położyć się na karku, do czego ostatecznie nie doszło. Basior tylko prychnął przez napięte wargi: - Że też ja na to nigdy nie trafiłem, a ty od razu.
- Jak chcesz, możesz to sobie wziąć. - Ptak wolno rozciągnął obydwa skrzydła. - Ciekawi mnie po prostu, czy któryś z poprzednich asystentów mógł przyprowadzić do tego domu jakiegoś szczeniaka. A może to była jakaś jego pamiątka z dzieciństwa. Tylko po co zakopałby ją w piachu i... dlaczego nie zabrałby jej ze sobą, odchodząc? - Przelotnie zerknął na oba wilki, składając skrzydła z powrotem na grzbiecie.
- Kto go tam wie. Może zapomniał. Hap nawet swoje durne drewnograjki zostawił.
- Tak. Masz rację. - Czując mrowienie u podstawy płuc, wziął głębszy wdech, włożył kostkę za pazuchę i wyprężył pierś. - Idziemy?
- No wreszcie mówisz z sensem!
W korytarzu jak zwykle ogarnął ich mrok. Z sali dobiegały krzyki i śmiechy, a setki łap uderzały w betonową podłogę. Pir wszedł jako pierwszy, kopiąc wilka leżącego w przejściu.
- Kolacja dopiero co się zaczęła, a ten już na ziołach.
- Kto to w ogóle jest? - Rasz ziewnął, robiąc wielki krok nad ciałem, które zwinęło się w kłębek niczym szturchnięty patykiem krocionóg.
- Egzekutor, dupek żołędny. Nie wiem, jak go zwą.
- Kto? - Szkliwo zmarszczył brwi, przeskakując nad wilkiem i zrównując z nimi kroku.
- Kierownik decyzji administracyjnych. - Pir przewrócił oczyma. - Jak Najwyższa Izba coś wymyśli, to tacy pilnują, żeby wszystko zostało wprowadzone jak należy. Czasami taki wybiera się na przykład z inspektorem na jego ziemie, jak jest coś do zrobienia. A jak nie ma, to się naćpie jak świnia i zagradza nam przejście. Ogólnie rzecz biorąc, wiele pożytecznego z nich nie wynika.
- No proszę, tyle czasu tutaj, a cały czas się uczę.
- Nie ma za co. - Uniósł łapę na pożegnanie i znikł, by zjednoczyć się z własnym zespołem. Obaj asystenci inspektora ziem wschodnich usiedli się na swoich miejscach. Jako ostatni na wieczerzy pojawił się sam inspektor.
- A zatem, Raszu, opowiadaj o swoich przygodach. - Cmoknął, zlizując sos, który spływał mu po brodzie. Tego wieczora remiza zaserwowała wyborne danie na słodko. Ciemne od pieczenia mięso, okraszone suszonymi owocami, znikało wyjątkowo szybko, przy akompaniamencie wszechobecnego mlaskania i chrzęstu zębów. Ciężki zapach karmelizowanego tłuszczu i kolorowych dodatków sprawiał, że nawet syci sięgali po następne kęsy, zanim poprzednie ułożyły się w żołądkach.
- Dziękuję za wszystko, inspektorze! - Asystent teatralnie złożył łapy. Znał swojego szefa ładnych kilka lat i zim. Doskonale wiedział, jak wywołać uśmiech na jego pysku. - To była jedyna w swoim rodzaju szansa, żeby sobie przypomnieć, jak mi tu dobrze! Z rodzinką najlepiej, ale w listach jednak.
- Cieszy mnie, że doceniasz naszą kompanię. - Birast dyskretnie otarł wargi. Uwadze Szkliwa nie umknął fakt, że przełożony nagle przestał jeść, choć ledwie zdążył skubnąć swoją porcję. Łapą dotknął nadbrzusza i rozmasował je lekko.
Ptak nie zdążył odwrócić wzroku. Ponieważ przypadkowo ujawnił się już ze swoją troską o samopoczucie inspektora, którego ślepia właśnie zawisły na nim, o włos od zdania sobie sprawy, że były obserwowane już od dłuższej chwili, musiał jeszcze wyciągnąć jakieś oficjalne wnioski ze swoich spostrzeżeń.
- Czy wszystko w porządku, inspektorze? - Przechylił głowę, obierając najprostszą i najbardziej poczciwą z dostępnych ścieżkę.
- W najlepszym - odparł krótko. Ujął w łapy niedojedzone mięso i uniósł je do pyska. Niezbyt mu się spieszyło. Kły ścisnęły przysmak tak łagodnie, jakby nadal był żywy i wszystkiego świadomy. Ponieważ kolacja wróciła na właściwe tory, obaj podwładni zostawili go sam na sam z kąskiem, całkowicie pochłonięci obcowaniem ze słodyczą własnych kawałków. - Pamiętam czasy, gdy byłem jeszcze tylko asystentem. Nie przeszłoby mi przez myśl, żeby nawiązywać do pewnych spraw. Niezwykłe, jak bardzo zmieniły się teraz obyczaje.
Ptak powoli przełknął swój kawałek. „Do jakich znowu spraw?”. Nie odpowiedział.
- Dużo się działo, jak mnie nie było? - zapytał Rasz półgębkiem, przypadkowo plując przeżutymi drobinami.
- Nie, na szczęście nie było wiele pracy. - Birast zagarnął kolejną porcję. - Wszystko jakoś działało, mimo braków.
Żuraw odkaszlnął i podniósł się znad suto zastawionej podłogi.
- Idziesz już? Znowu z tym frędzlem grać w szachy? - Drugi asystent zmierzył go kątem oka.
- Tak. Nie przeszkadzajcie sobie. Smacznego.
Nie lubił przechodzić środkiem sali. Niejednokrotnie został przy tym potrącony przez jednego z tańczących wilków, które, miotane rytmem dziwnej muzyki, nie zważały w swoich wygibasach na nic i na nikogo, a już na pewno nie na przypadkowego, chudego dwunoga, który zaplątał się im pod łapami. Nie patrzyły pod nogi. Nie patrzyły w ogóle. Wolał już przemykać się pod ścianą, gdzie niemal za każdym razem był świadkiem scen, których oglądanie nie było przeznaczone dla postronnych.
Nie wiedział, po co się zatrzymał. Znajome oblicze musiało przykuć uwagę. Psycholog, ów jegomość o znużonym pysku osadzonym na tułowiu w kształcie zwiędłej kuli, musiał zawsze kręcić się gdzieś z boku, bo Szkliwo nie przypominał sobie, by często widywał go w remizie. Teraz pochłaniał pieczony udziec niczym wąż, jakby próbował zmieścić go w sobie bez rwania na części. Gardło pracowało ciężko, a z warg sączył się rdzawy sok. Skapnął na podłogę, gdzie został natychmiast zlizany przez Linami, której ciało leżało rozciągnięte u boku wilka, niczym kawał wygarbowanej skóry. Z zalotnym uśmiechem dźwignęła się na przednich łapach. Przysunęła bliżej i zatrzymała pysk przy jego pysku, lecz nie patrzyła mu w oczy. Skosztowała kropel wciąż zwisających z kącików jego warg, ściekających z brody. Psycholog wymamrotał jakieś słowo. Ugrzęzło między jednym kęsem a drugim i ginęło w panującym wokół harmidrze. Objął towarzyszkę łapą lepiącą się od tłuszczu.
Szkliwo przesunął wzrokiem po szczupłej sylwetce wilczycy, zatrzymując wzrok na puszystym ogonie, który leniwie poruszał się po podłodze. Ruszył dalej, przesuwając się wzdłuż ściany i ostrożnie omijając brązowe plamy na podłodze, które mogły być czymkolwiek.
Z westchnieniem ulgi rozsiadł się naprzeciwko drobnego, szarego basiora, jak zwykle, gdy zastawał go w kąciku gier. Kirłan przez chwilę nawet go nie zauważył. Wpatrzony gdzieś w bok, jednym palcem gładził wibrysy otaczające swój lśniący nos.
- Och, jesteś wreszcie! Gotowy? - Jednym ruchem otworzył pudełko i wysypał z niego figury.
- Zawsze.
W istocie, tego typu rozrywka w ogóle mu się nie nudziła. Czasem miał wrażenie, że stanowiła jedyną szansę na wykazanie się umiejętnością myślenia w świecie, który na każdym kroku usilnie próbował myśleć za niego.
- Niech to. Dobrze ci dzisiaj idzie - wymamrotał basior, podciągając do góry jedną stronę pyska i przestawiając swojego hetmana. W oczach Kirłana reszta figur zdawała się tylko mizernym dodatkiem.
- W końcu uczyła mnie królowa. - Skoczek powędrował na środek szachownicy.
- A ty znowu o tamtej rozmowie? Nadal ją pamiętasz. - Wygodnie oparł się o ścianę i zaczął z zamyśleniem kiwać stopą. Lekkim ruchem popchnął do przodu jeden z pionków.
- To nie było tak dawno temu, żebym miał wymówkę. - Żuraw zawiesił szpony nad planszą. - Zresztą nic tutaj chyba tak mocno mnie nie zaskoczyło. A więc całym tym wilczym światem rządzą... kozy. Aż ciężko w to uwierzyć.
- A pamiętasz, czego jeszcze cię uczyłem? - Szary z cieniem uśmiechu zastrzygł uszami. Jego przenikliwe oczka przymrużone wyglądały jak dwa małe bursztyny wyrzucone na skalisty brzeg morza. - Przy rozmowie łatwo się dekoncentrujesz. I popełniasz głupie błędy - sapnął, pochylając się, by dosięgnąć swoich figur. Ptak zacisnął szczęki, widząc, jak łeb maleńkiego konika znika z szachownicy, złożony podstępnym ruchem ukrytego gdzieś w tłumie gońca. Te ancymony były niepozorne, ale wyjątkowo perfidne.
- Po prostu nie mogę się zdecydować. Chętnie bym z tobą i pograł, i porozmawiał. Opowiadasz ciekawe rzeczy.
Basior zaśmiał się leniwie.
- Ach, kozy, kozy. Gdybym zabrał im kozy, straciliby kontakty i wpływy. Skończyłyby się zamorskie delicje. Wilki przestałyby marzyć o szukaniu w tym miejscu nowego życia. Liczba urzędników zostałaby zmniejszona trzykrotnie, bo niemożliwe byłoby utrzymanie tylu darmozjadów. Tylko kwestią czasu byłoby, gdyby ten cały interes przestał się im opłacać. Wielki NIKL zamieniłby się w ruinę. Taką jak ta, którą niegdyś zostawili tu ludzie.
- A ty co z tego masz?
- Ja? - Po tym krótkim słowie nastąpiła chwila milczenia. - Słowa tego nie opiszą. - Pokręcił głową i przez chwilę w milczeniu przyglądał się sytuacji na szachownicy. - Ostatnio kozy nam się wykociły. Mamy teraz całe stado słodkich, tłustych koźlątek. Mówiłem już, że całkiem cię polubiłem?
- Yyy...?
- Jesteś... inny niż oni wszyscy.
Szkliwo nie był pewien, jak odnieść się do tego niespodziewanego spostrzeżenia. Jego źrenice przesunęły się w jedną, potem w drugą stronę.
- Niesamowite, jak szybko zauważyłeś - mruknął. „Nawet nie wiesz, w jak wielkim jesteś błędzie”.
- Ty i te twoje żarty. - Basior zarechotał, a poduszki jego łapy lekko uderzyły o ziemię. - Wiesz, o czym myślę? Żeby ci coś pokazać.
Na taką propozycję lotnik był gotowy o każdej porze dnia i nocy. I chociaż sam już nie wiedział, czy działa dla watahy, dla siebie, czy już tylko dla czystej rozrywki, uczepił się chwili, by poniosła go ku nowym poziomom dostępu.
- Nie wiem, jak mam się czuć z tym, że w coś mnie wtajemniczasz. - Zaśmiał się nerwowo. - To bezpieczne?
- A co, myślisz, że powiem ci teraz coś niewygodnego, a potem będę się zastanawiał, jak cię zlikwidować? Nie, nie bądź śmieszny. To nie jest żadna tajemna wiedza. Wystarczy mieć trochę oleju w głowie i być kimś interesującym. Większość urzędników po prostu nie spełnia jednego lub obu tych warunków.
- No cóż, jeśli tak... Wybacz. Jestem już trochę śpiący - stwierdził tak przekonująco, że ziewnięcie samo skłębiło mu się w gardle.
- Mówi się tu, że NIKL to niebo. Urząd to jego oko i tak dalej. Ale to tylko firmament, który widzimy. - Kirłan zniżył głos. Cisza wokół niego miała tendencję do gęstnienia, gdy mówił w ten sposób. Gdyby Szkliwo miał małżowiny uszne, teraz bez pytania powędrowałyby na sam czubek głowy. Na szczęście wystarczyło dopilnować oczu, które nagle zechciały porzucić grę i zwrócić się ku mówcy. - Za nim kryją się prawdziwe niebiosa. Niedostępne dla tłuszczy. Wiesz dlaczego? Bo nikt nie ma o nich pojęcia.
Dopiero teraz Szkliwo podniósł wzrok, jakby bał się spłoszyć siedzącego na gałęzi krzewu wróbelka.
- No dobrze, nad naszym niebem mamy drugie niebo. Na razie nadążam.
- Przydałaby mi się dodatkowa para łap władających piórem. Pozwól, że zabiorę cię na wyprawę. Na kilka dni.
- Jaką znowu wyprawę? - Skrzydlaty wyprostował się, zdawszy sobie sprawę, że przez długi czas siedział mocno nachylony do rozmówcy. - A moja praca?
- Kiwnę palcem. Tyle wystarczy.
Ptak mruknął, odruchowo napinając kark. Znał tego jegomościa już jakiś czas, ale czy to, że wiedział, czym się on trudni, podobnie jak to, że dobrze gra w szachy, raczej nie upija się na umór i nie walczy z Księżycem w kącie Siemisza, świadczyło, że można mu ufać? Nie, zupełnie nie.
A jednak śledztwo musiało trwać. Trzeba było je ciągnąć z całej siły i wszelkimi sposobami. Podróż sprzyjała takim sprawom. Mogła przynieść wiele ciekawego, z nowymi znajomościami na czele.
- To... kiedy?
- Jutro w nocy. Wyruszymy po kolacji. W pracy powiedz, że zabieram cię na spis inwentarza.
- Szkliwo! - Nagle ktoś zajrzał przez szare ramię basiora. - Ildiri prosiła, żeby cię zawołać - oświadczyła Awita, a jej szeroko otwarte oczy dodały krótkie „Natychmiast!”.
- No, cóż, dobrze. - Skrzydlaty zwrócił się do obojga. Wstał, nie bez trudu rozprostowując zdrętwiałe nogi.
- Jeszcze nie skończyliśmy partii! - zawołał Kirłan, a między jego brwiami pojawiła się pojedyncza lecz bardzo znacząca zmarszczka.
- Wybacz. Jutro nadrobimy. Co do naszej rozmowy, pozwolisz, że jeszcze prześpię się z tą myślą i rano porozmawiam z Birastem. Jeśli mnie puści, możemy być wstępnie umówieni.
- Tak, tak. - Kirłan posłusznie zaczął wkładać figury do drewnianego pudełka szachownicy. - To, co tam u Fijki mieszka, to się teraz „myślą” nazywa.
- Do jutra - rzucił ptak, zmierzając już za falującym w tłumie ogonem wilczycy. Jakiś pijany urzędnik siedzący pod ścianą pociągnął za jej łapę i począł szeptać coś na ucho. Odepchnęła go bez namysłu. Łomotnął w otynkowany mur, zachowując ciszę chyba tylko za sprawą szoku i mętności myśli.
- Wiesz, co się stało? - zapytał Szkliwo, doganiając przewodniczkę.
- Nic... - słowo mówiło coś zupełnie przeciwnego niż ton.
Widząc, że wadera zatrzymuje się przy wyjściu z sali, wyprzedził ją. Tym razem ledwie przekroczył próg, dosłyszał zupełnie nietypowe dla tego miejsca dźwięki. Szybko zlokalizował pokój, z którego dobiegało stłumione, gardłowe warczenie i... płacz. Bez chwili wahania wsunął się za kotarę. Ildiri siedziała na ziemi, z nisko opuszczoną głową. Naprzeciwko, tuż nad nią, stał dowódca ochrony.
- Co tu się dzieje? - słowa wyleciały jak z napiętej procy, zanim zdążył je powstrzymać. Nakideron nieśpiesznie odwrócił pysk w stronę wyjścia.
- Och, już się o dziewczynę upominają. Spokojnie, zaraz ci ją oddam. Nie śmiałbym odrywać jej od obowiązków na zbyt długo.
Szkliwo zerknął na wilczycę. Skulona, zaciskała powieki, wokół których zebrał się wianuszek łez. Poczuł się trochę osamotniony w obliczu decyzji, którą należało niezwłocznie podjąć.
- Nie, Nakideron. - Wyprostował się. Patrzył teraz na basiora lekko z góry. - Wyjdź teraz.
- Czyżbyś zamierzał mnie wyprosić?
- W rzeczy samej.
Dowódca pokręcił głową. Zniżył głos, nachylając się nad wilczycą.
- Weź sobie do serca naszą rozmowę.
Wolnym krokiem opuścił zajmowane stanowisko. Zatrzymał się nagle, tuż przed Szkliwem, tak, jak wcześniej stał przed Ildiri. Ani myślał ścierać z pyska pogodnego uśmiechu. Pod ciężarem jego spojrzenia serce ptaka wykonało kilka mocniejszych uderzeń. Basior tymczasem przechylił łeb, spojrzał na niego pobłażliwie i, nic nie mówiąc, opuścił pokój. Wraz z ruchem kotary, z korytarza do pokoju napłynęło trochę świeżego powietrza.
Wilczyca podniosła się na nogi, nadal zgarbiona i załzawiona.
- Czego za to chcesz? - Jej podbródek zatrząsł się, zmagając z nierównym oddechem.
Przełknął ślinę.
- Dobrze, że po mnie posłałaś. Bardzo dobrze. - Długie skrzydło okryło jej plecy. Znowu opadła na ziemię, nie dbając o swoją doskonale wyćwiczoną lekkość ruchów. Wcisnęła nos w materiał jesionki. Ciepły oddech przenikał przez tkaninę z szumem. Wdechy jeszcze przez chwilę były naglejsze; wydechy powoli się wygładzały, kolejne płynęły coraz spokojniej, już bez drżenia. Szkliwo milczał, pozwalając jej wsłuchiwać się w nie bez przeszkód. Po każdym następowała chwila głuchej ciszy, którą przebijały tylko odległe głosy dam gawędzących o czymś w swoim wspólnym kącie.
Wtem całe jej ciało zadygotało w silnych spazmach.
- Teraz on cię zabijeee! - zawyła, wbijając palce w futro przy swoim uchu. Znów łkała, ściskając głowę łapami.
- Nie zabije, nie martw się - odrzekł cicho, przyglądając się, jak szarpie czarną sierść na swoich skroniach. „Oj, Szkliwo, może i nie zabije, ale awans diabli wzięli. Widocznie za mało miałeś problemów”. - Co się właściwie stało? - zapytał głośniej. Przynajmniej już nie płacze”.
- Nieważne - wymamrotała. Nie dociekał. Byłoby to równie skuteczne, co taniec deszczu podczas suszy. Ulewa kiedyś i tak nadejdzie, lecz pospieszanie jej to próżny trud, gdy trzeba oszczędzać siły.
- Może wolisz, żebym poszedł?
- Ja nie mam wolnego - wydusiła, łapiąc za połę jego płaszcza. - Jak nie ty, to kto inny zaraz przylezie. Nie idź. Ale może... poczekaj chwilę na zewnątrz.
Postąpił zgodnie z jej prośbą, a gdy tylko znalazł się w korytarzu, dostrzegł coś, na co wcześniej, wchodząc, w ogóle nie zwrócił uwagi. Razem z wilczycami, w ich przytulnym zakątku, siedział ogniście rudy, radosny basior, na którego barkach powiewała apaszka z lekkiego, żółto-niebieskiego materiału. Opowiadał o czymś głośno, kiwając się raz w przód, raz w tył, a zaczesana lekko grzywka przy każdym kroku tańczyła mu na czole. Zniżał głos i udawał, że jego przednie łapy skradają się kocim ruchem, innym znowu razem zbliżał się do jakiejś wadery, by nagle krzyknąć tuż nad jej głową. Wszystkie wybuchały wtedy serdecznym śmiechem, a on tak się wczuł w swoje wystąpienie, że musiał rozplanować sobie przerwy na branie wdechów.
- Jak powiedziałem im, że przybywam zza granicy, to jedno przez drugie zaczęły wołać: „A co z niedźwiedziem, co z niedźwiedziem?”. Pojęcia nie miałem, o jakiego niedźwiedzia idzie, ale wziąłem ten harmider za okrzyki przerażenia, więc mówię im: „Niedźwiedź zginął!”. A one wszystkie w pisk! - Basior złapał się za głowę i trwał tak, pozwalając chichotom słuchaczek wybrzmieć. - I wtedy... zobaczyłem na pysku starej opiekunki ogniste pioruny. I już wiedziałem, że nie wyjdę z tego cało, jeśli szybko czegoś nie wymyślę. Więc mówię dalej: „Ale ja go odnajdę i sprowadzę!”. A one znowu w pisk! Ja już cały głupi, a nadal nie wiem, co to za niedźwiedź! Wymknąłem się z jaskini pod osłoną nocy, zanim ich babula zdążyła mnie dogonić, ale przysiągłem sobie, że wyjaśnię tę sprawę. Dopiero tutaj cudowna Awita wytłumaczyła mi, że niedźwiedź to postać z jakiejś ich legendy. Krąży po świecie, by kazać wszystkich podłych, chciwych i zbrodniarzy. Maleństwa myślały, żem go spotkał na moich podróżach, a przecież gdyby tak się stało, nie rozmawialibyśmy teraz! - Tu sam nie wytrzymał i razem z nimi wybuchł krótkim śmiechem.
Szkliwo przypatrywał się scenie, nie wiedząc nawet, czego miała dotyczyć opowieść. Mówca miał dryg bajarza, to jedno na pewno.
Nagle Ildiri wysunęła się z mroku i stanęła tuż obok.
- Jak chcesz, to ci kogoś pokażę - jej szept był równy, chłodny.
Nie zapytał, co ma to na celu, bo i bez tego było jasne, że wilczyca po dawnemu realizuje swoje błyskotliwe knowania, o których jak zwykle nie rzekłaby ani słowa. Tajemnica była jej wierną towarzyszką i nic nie zapowiadało zmiany.
- Jeśli o niego chodzi, to już go widzę.
- Nie, nie o niego. Nie przybył sam.
- Kto to w ogóle jest?
- Halast. Czasem nas odwiedza. Wtedy, jak zaczyna brakować... łap do pracy. Miły, prawda? - rzuciła sucho.
- Sympatyczny. - Wzruszył ramionami. Coś zaczęło się układać. A więc wilk ten przyprowadził ze sobą kogoś, kto miał udzielić NIKL-owi swoich łap; pozostawało zagadką, dlaczego Ildiri wpadła na pomysł, by poświęcać ich wspólny wieczór na zapoznanie Szkliwa z tą tajemniczą osobą.
- Tak. I zawsze jak wraca, to ma do opowiedzenia nowe historie. To jeden z takich, co dzieci, jeże i wiewiórki za nimi przepadają. W ogóle za nim to wszystkie wilki przepadają.
- Dlatego łatwo mu je werbować - wtrącił, choć po jej napiętych w odpowiedzi wargach można było wnioskować, że po prostu dokończył jej myśl.
- Fijka mówi, że jakby się postarał, to mógłby być nawet i samym przewodniczącym. Kupiłby sobie łaski wszystkich po drodze.
„Znowu handel. Te przeżarte interesami łby widzą go wszędzie, od niewinnych gier, po najwyższą politykę”.
- No dobrze, ale podobno nie o nim chciałaś rozmawiać. - Dopiero teraz odwrócił się ku niej. Jej pysk pozostawał kamienny. Bez słowa ruszyła, prowadząc wprost ku zapleczu. Wejście do niego było ukryte za kącikiem socjalnym i nikt spoza pracowników remizy nie miał do niego wstępu. Teraz jednak wszystkie wilczyce obsługiwały klientów, wieczerzały z urzędnikami na głównej sali lub uczestniczyły w wieczorku autorskim Halasta. Jedna czy dwie z zebranych posłały im zaciekawione spojrzenia, ale nie śmiały ich zatrzymywać.
Gdy tylko minęli przejście, owiał ich mdławy zapach surowego mięsa i korzenia pietruszki oraz jasne światło płomienia, dużo większego niż ten, który oświetlał korytarz. Pomieszczenie było duże i znikało za zakrętem. Pod ścianą leżały, jedno na drugim, ciała kilku martwych kóz. Rozprostowane nogi i wyciągnięte szyje zwisały ze stosu, sięgającego wilkom prawie po czubki głów. Skrzydlaty zatrzymał na nich wzrok.
- To na jutrzejszą kolację - wyjaśniła przewodniczka bez szczególnego przejęcia. Zza góry mięsa i spośród innych pyszności, wyłonił się siedzący w kąciku kształt. Puchata główka i szpiczaste uszy drgnęły na ich widok.
- Cześć. Przedstaw się. - Ildiri machnęła ogonem do szczenięcia o stalowoszarej sierści, okraszonej mahoniowym  nalotem i takimiż łatami na bujnej czuprynie.
- Jestem Kornicja. Miło mi - odpowiedziała mała istotka, dygając elegancko.
„Jest w wieku Prymuli... Nie, młodsza”.
- A ja Szkliwo - choć zwrócił się do młodej waderki, jednocześnie rzucił krótkie spojrzenie swojej towarzyszce. - Skąd właściwie wzięłaś się w Najwyższej Izbie?
- Od babci Atozy.
- Halast nam ją tu przyprowadził - mówiła dalej Ildiri. W pewnym momencie raptownie zniżyła głos do szeptu. - Zajmie miejsce Przytulii.
Kiwnął głową. „No pięknie. Pomoc czy zdrada... Jakie to tutaj nieważne. Wszystko jest tak samo miałkie. Da się tu w ogóle dokonać wyboru, na którym nie zamknie się koło przemocy?”.
- Teraz ją trochę poduczymy procedur, pokażemy, co i jak, żeby się od razu nie wyłożyła. Z nowiem zacnie pracować. No i dlatego mam do ciebie sprawę. Nie chciałbyś się z nią, wiesz, bliżej zaprzyjaźnić?
- Nie. Naprawdę nadal się zastanawiam, za kogo ty mnie masz.
- Ale poczekaj! Pomógłbyś...
- Trzymać ją tu i zająć jej czas, żeby zaraz sprowadzili kolejną, bo wciąż będzie brakować łap do pracy? Nie zamierzam napędzać tego mechanizmu.
- Och, jak ty nic nie rozumiesz!
- To mi wytłumacz, proszę. - Cofnął się o kilka kroków. Wadera podążyła za nim i po kilku kolejnych zdołali uwierzyć złudzeniu, że nie słychać ich zza stosu martwych, kozich ciał. - To jest szczeniak. Nie wilczyca. Szczeniak. Kto ją dopuścił do przebywania w tym miejscu? - Uniósł brwi. Zawahała się. To nie był ton, którego oczekiwała. 
- Jest taka sama, jak ja byłam - jęknęła, obejmując łapą przeciwległe ramię. Nawet już na niego nie patrzyła.
- Od kiedy tu jest?
- Od dziś rana. I co z tego?
- Nic. Z kim Halast uzgadniał jej przyjęcie tutaj?
- Z Fijką, oczywiście! - Wilczyca napięła wargi, mierząc towarzysza spojrzeniem. - Słuchaj. Jeśli chcesz wysłać ją do tej durnej watahy na waszym wygwizdowie, od razu mówię, że nic z tego! Ona jest za mała! Nie trafi tam, tylko zginie po drodze.
„No, może i tak. A jeśli nie zginie, to będzie musiała przejść przez ziemie WSJ. To jak z deszczu pod rynnę”.
- Poza tym, jak ucieknie - jej głos przycichł jeszcze bardziej - to on będzie wiedział, że to przeze mnie. Fijka się dowie. Ja nie chcę...
- Dobrze, spokojnie. Kto będzie wiedział?
- No... on. Wiesz, kto.
- Mówiłaś o niej ojcu?
- Tak...
Westchnął głęboko, co dało mu czas do namysłu i szansę na uchwycenie choć drobnego łyku świeżego powietrza.
- Po co?
- Nie twój interes! - Uniosła się nagle, dosłownie i w przenośni, ogonem zrzucając z niewielkiego stolika słój z przyprawami. Szczęśliwie spadł do skrzynki z jakąś zielenią i się nie rozbił. - Nie chcesz pomóc, to wynocha. Zaplecze to nie miejsce dla urzędasów.
- Dobrze. - Wyprostował się powoli, jeszcze raz tylko przelotnie spoglądając na skulonego w kącie szczeniaka. - Jak skończysz, widzimy się na korytarzu - zniżył głos, nachylając się ku Ildiri z uprzejmym uśmiechem. Machnęła swoją puszystą kitą tak ogniście, jakby chciała połamać mu nią żebra.
Nie wiedział, skąd ochota, żeby podrażnić się z waderą. Nie była niczemu winna. Z pewnością miała dobre intencje; po prostu jej pomysł uważał za próby szycia rany skażonymi nićmi. Nie miał też pojęcia, czy w ogóle istniało dobre wyjście, które było dla nich osiągalne. Tak czy inaczej sprawa Kornicji musiała poczekać. Jak wiele innych rzeczy. Wzywały obowiązki. Jego zadanie.
Ildiri dla odmiany nie kazała długo na siebie czekać. Gdy wyłoniła się z zaplecza, w skupieniu przechylając głowę, ściskała w zębach ucho glinianego kubka. Ominęła żurawia, nie posyłając mu nawet obojętnego spojrzenia. Dopiero znikając w jednym z pokoików, rzuciła za siebie suche:
- No właź.
Ruszył za nią bez słowa. Aż nazbyt wyraźnie dała do zrozumienia, że lepiej jej nie drażnić. Przez chwilę wyglądała, jakby miała już nigdy się nie odwrócić. - Masz - mruknęła wreszcie, wciskając mu w palce kubek i ochlapując je przy tym wodą.
- A czym sobie dziś zasłużyłem? Ostatnio nie proponowałaś. - Ostrożnie ubrał słowa w ton półżartu, na który jednak wilczyca nie miała nastroju.
- Dziś mi się przypomniało, że ty pijesz tylko jak coś zupełnie mdłe, albo jak język wypala. Spirytusu nie mam.
Pazury zgrzytnęły o gliniane naczynie. Zawiesił na nim wzrok, zanim uniósł je do dzioba. Woda była chłodna, krystalicznie czysta, kusząca. Zupełnie jak poprzednio, gdy został nią poczęstowany. To był miły wieczór, ale nie skończył się najlepiej. Ledwo wystarczyło mu sił, żeby wrócić do domu.
Właściwie było to zastanawiające. Po zwykłym dniu, po kolacji takiej samej jak zawsze, o dziwnie wczesnej porze dopadła go senność. Nie taka jak co dzień, a nieprzemożona. I to... to był już drugi raz.
Powoli uniósł wzrok, zdawszy sobie sprawę, że nieco zbyt długo wpatruje się w kubek. Wadera już nie zwracała na niego uwagi. Przeciągnęła się, moszcząc sobie miejsce w zakurzonej słomie.
„Przez dwa dni pod rząd, dwa razy dokładnie to samo. Dlaczego? Oczywiście: bo zostałem poczęstowany dokładnie tym samym. Cholerny ćwierćinteligent. Jakie znaczenie ma, skąd Ildiri bierze wodę, jeśli nie wiadomo, co do niej dodaje?”.
Nie spuszczając wzroku z wilczycy, której zad kiwał się beztrosko, gdy składała w kostkę wełniany koc, przesunął się o krok, powoli przeniósł kubek na bok i przechylił go tuż nad ziemią. Lśniący płyn pociekł wąską strużką, wsiąkając w podłogę. Szybko zostawił po sobie tylko niewielką plamę, praktycznie bezwonną i niewidoczną w ciemności. Szkliwo łukiem przemieścił się na drugi koniec pokoiku, by odstawić naczynie w zupełnie innym miejscu, a następnie stanąć tuż za Ildiri. Pochylił się i oparł skroń o jej kark.
„Wykorzystałaś moje pragnienie. A ja ci już prawie, prawie zdążyłem zaufać...”.
Noc była ciepła. W oddali rozbrzmiewała tylko monotonna piosenka świerszczych nóżek, tym głośniejsza, im dłuższą część korytarza miało się już za sobą. Gdy tylko skrzydlaty minął próg remizy, z rozkoszą odetchnął delikatnym zapachem wilgoci, wyczuwalnym po drobnym deszczyku, który spadł wieczorem. Rosnący nieopodal ścieżki krzew tawuły, przez całą zimę niepozorny i chuderlawy, teraz dumnie bielił się ponad równiną. Gałęzie były obsypane kwieciem, tylko na pierwszy rzut oka przypominającym śnieżną narzutkę, która przyozdabiała je jeszcze do niedawna. Nawet w środku nocy czuć było lekką, miodową woń. Całkiem lubił te samotne powroty do domu, zwłaszcza odkąd pogoda stała się bardziej przyjazna.
Przynajmniej dla niego jednego wszystko zaczęło się lepiej układać. Świadomość, jak przejrzysta okazała się Ildiri ze swoim podstępem, sprawiła, że cały skomplikowany świat NIKL-u wydał mu się nagle odrobinę prostszy. Wystarczyło uważnie się przyglądać. Być ostrożnym, może trochę ostrożniejszym.
A przynajmniej tak właśnie sobie powtarzał, sprężystym krokiem zmierzając w głąb wsi. W miarę, jak rozwikływało się zagadki Najwyższej Izby, stawała się ona prawdziwym niebem dla urzędnika. Zachowując czujność i pamięć o przebiegłości tutejszych wilków, Szkliwo mógł korzystać z jego uroków niczym młody bóg. Gdzie byłoby mu lepiej? Mógł czerpać, ile się da, a potem... Co potem? Potem należało wrócić do domu. Pieśń przyszłości.
Tylko ten szczeniak psuł mu humor.
„Brakuje na świecie dorosłych wilków, że wciągają w nasze bagno nawet młode? Kim w ogóle jest Kornicja? Dziecko z dobrego domu, wysłane po znajomości na wychowanie do centrum świata? Chyba nie. Musiałaby mieć tu przyjaciół, choćby i fałszywych, a ona siedzi sama. Może więc sierociniec. Adopcja dla takiego niebożątka to zawsze szansa, a adopcja przez Najwyższą Izbę brzmi jak przepustka do raju. Obietnica pełnego żołądka, bezpieczeństwa, obcowania z kulturą pisma, ognia i przypraw, mocą niepodzielnej władzy”.
Jakże ktoś się pomylił.

Kochany, Szkliwo!
Do naszej jaskini wpadła wczoraj prawdziwa ćma i od razu pomyślałam o Tobie. Szczerze mówiąc, to gdy towarzysz Brus opowiadał mi o ćmach, myślałam, że są większe, takie jak my. Może i lepiej, że nie są.
Nie mogę się doczekać, aż nas odwiedzisz chociaż na chwileczkę. Wybierzemy się razem na polowanie. Pokażę Ci wszystko, co się zmieniło w WSC odkąd odszedłeś. Na pewno dużo się zmieniło.
Agrest mówi, że wrócisz, gdy tylko będziesz mógł. Ostatnio opowiadał mi o Waszych wspólnych przygodach, ale czuję, że on coś okropnie kręci. Nie chce powiedzieć mi, dlaczego tak naprawdę zerwał sojusz z WWN. Chciałabym to usłyszeć od Ciebie. Tylko od Ciebie. I mam nadzieję, że ufasz mi tak, jak ja Tobie.
Jesteś moim ulubionym przyjacielem, chociaż jesteś tak daleko... Wiem, że ciągle myślisz, że jestem malutkim szczeniaczkiem. Ale tak naprawdę już nim nie jestem. Zobaczysz.
Prymula

Ptak szybko przebiegł wzrokiem po ostatnich słowach i podpisie, po czym wyciągnął spod spodu drugą kartkę. Jego pazury odruchowo zastukały w podłogę. W każdej chwili spodziewał się wołania głodnego Rasza, a musiał jeszcze nadać korespondencję. Obaj nie chcieli niepotrzebnego opóźnienia. Płowy basior co prawda z łaski na uciechę pozwoliłby współmieszkańcowi nadrobić drogi do remizy i zajrzeć na pocztę, ale nie miał pojęcia, że nie wszystkie listy są nadawane ścieżką urzędową.

Drogi Szkliwo!
Co powiesz na wieści od sekretarza? Dopytywał ostatnio o Ciebie. Oczywiście, że niczego mu nie powiedziałem! Po co Cię tam wysyłał? Niech się teraz zastanawia. Może to go odciągnie od wprowadzania w życie tych jego durnych pomysłów. Wyobraź sobie, że w WWN wszystkie szczenięta będą teraz uczyć się pisać i czytać. Mam nadzieję, że rozumiesz, jakie to marnotrawstwo czasu? Łowców uczyć czytać. Grabarza uczyć czytać. Albo zarządcę spichrza. Próbował mnie podejść, żebym zgodził się na to samo w WSC, i nawet nie chciał słuchać, że każdy powinien zająć się tym, co mu wataha powierzyła i za co mu daje mięso oraz lekarstwa. Nauczyciele zresztą też powinni uczyć tego, co młodzieży przyda się w życiu! Mówię Ci, on będzie na to naciskał. Mój Miły, nie piszę więcej, bo na samą myśl, że nic już ode mnie w tej watasze nie zależy, tak się zdenerwowałem, że aż mnie zatyka.
Ściskam,
Agrest

Zawiesiwszy wzrok na liście, Szkliwo wolno przesunął ogon po ziemi, w jedną, potem w drugą stronę. Jakże mnie już męczą te humory Agresta i jego opór przed wszelkimi zmianami”.
Nie namyślał się długo; w zasadzie ani chwili. Położył przed sobą pustą kartkę i zaczął pisać, zdając się na swoje pierwsze myśli. Zabrakło w nich miejsca na troskę o oczekiwania adresata. Było to zresztą zgodne z obowiązującą praktyką.

Agrest,
myślę, że pomysł sekretarza jest dobry. Rozważ go u nas, na pewno nie zaszkodzi szczeniętom. Gdyby ktoś kiedyś, tak jak ja, musiał opuścić WSC, umiejętność pisania umożliwiłaby mu porozumiewanie się z watahą listami. W razie wojny lub innego nieprzewidzianego zagrożenia dzięki pismu można przekazywać meldunki między ośrodkami. To tak na przykład.

„Zresztą świat idzie do przodu. Niech wilki umieją czytać kroniki i pisać historię”.
Zanurzył pióro w atramencie, przez chwilę bezwiednie mieszając złotą ciecz.
„Co więcej, niech decydują, co przeczytają i co napiszą. Oprócz wyrobników przydałaby się nam silna elita. Ma szansę odsiać się sama. Może wyłoni się z niej jakaś wybitna jednostka. Może pewnego dnia doprowadzi WSC do całkowitej niezależności”.
Strząsnął kilka nadmiarowych kropli płynu z powrotem do słoiczka.

Wybacz, że tak krótko. Mam parę spraw do załatwienia. Na razie do mnie nie piszcie. Odezwę się, gdy coś się zmieni.
Szkliwo

Nie brzmiało to przekonująco, ale nie musiało brzmieć. Myślami i tak był już w połowie drogi do drzwi. Nie chciał, żeby pod jego nieobecność listy leżały na poczcie, nie mówiąc już o tych nad rzeką. Poza tym ostatnio głównie zabierały czas, którego sam już nie wiedział, ile zostało.
„A może Agrest ma rację? Po co im to wszystko tu i teraz? Bo rozwija mózg? Większość z tych, którzy kończą jako szeregowcy czy pomocnicy, nie wie nawet o istnieniu takiego narządu i niczego to w ich życiu nie zmienia. Jednak dlaczego by im tego nie umożliwić, jeśli wataha ma do tego środki?”. Środki. Właściwie nie wiedział już nic o zapasach, planach, codziennych kłopotach watahy. Był daleko. Zgodził się na ten los i powinien go przyjąć. Nie rozpamiętywać, gdy na to nie pora. Może więc i doradzać nie było warto.
Czuł jednak, że zanim umilknie na dłuższy czas, powinien napisać coś jeszcze i domknąć pewną sprawę. Coraz mocniej gniotła go w miejscu, w którym serce uderzało o żebra. Owszem, przyjął swój los. Co właściwie z tego wynikało? Komu miał służyć i komu służył? Które dążenia się uzupełniały, które wykluczały? Jaką wagę miał każdy kolejny ruch? Ile właściwie to jeszcze dla niego znaczyło?
Odsunął stronę gdzieś poza zasięg swojego wzroku i wziął kolejną, czystą. Jeszcze raz zanurzył pióro w kałamarzu. Cień narzędzia na chwilę zawisł nad białą płaszczyzną. Zadrżał lekko, gdy palce mocniej ścisnęły dutkę. Wreszcie jej końcówka zetknęła się z kartką i z wahaniem nakreśliła na niej krzyżyk.
Jeszcze raz postanowił zdać się na instynkt.

Towarzyszu Sekretarzu,
Wybaczcie, że zwracam się do Was ze śmiałością, jaką rezerwuje się tylko dla przyjaciół. Ja wszak na to miano nie zasłużyłem, jednak dziś oprócz Was już nikt mi nie doradzi.
Proszę, sprawcie, bym przypomniał sobie, jak to jest, wiedzieć, po co to wszystko.

Wtedy wszystko było prostsze. A może nie? Wtedy nie miał wątpliwości, ale nie mógł pozbyć się lęku. Potem przestał się bać, jednak spokoju wciąż nie mógł zaznać.

Obawiam się tego, co się ze mną dzieje. Piszę ten list, nie pamiętając już, co kierowało mną, gdy tu przybyłem. Pozostała tylko pamięć, że byłem całym sercem oddany swojej watasze, naszemu sojuszowi, całym Wschodnim Ziemiom i Wam osobiście. Wystarczyło mi kochać moją Ojczyznę. Dziś czuję, że to przestaje wystarczać. Poznałem mechanizmy, którymi NIKL od siebie uzależnia i z pokorą przyznaję, że pozwoliłem się im wciągnąć. Brzydziłem się ich jedzeniem, a teraz cały dzień czekam, żeby go skosztować. Odwracałem wzrok, wstydząc się nawet patrzeć na urzędników umizgujących się do tutejszych kurtyzan - dziś jestem jednym z nich. Śmiałem się z wszystkich, którzy wychwalali wygodę i przepych tego miejsca, zapatrzony tylko we wspomnienie naszego lasu. Jednak, dobry losie... To wspomnienie, najpiękniejsze wspomnienie mojego życia, zaczyna blednąć.
Nie wiem nawet, co pisać i o co prosić. Nie powinienem Was tym martwić; nie zamierzam porzucić mojego zadania. Z poczucia obowiązku chcę po prostu przekazać Wam tyle, ile sam wiem. Jeśli zdecydujecie się odpowiedzieć, oznaczcie, proszę, swój list podobnym krzyżykiem, aby Koyaanisqatsi wiedział, gdzie ma go zostawić.
Niezmiennie z wyrazami uznania,
Szkliwo

Nie miał pewności, czy wszystko, co pisze, nie jest przypadkiem próbą politycznego samobójstwa. Jednak czy narzędzie zbrodni leżało jeszcze w jego zasięgu, czy też Najwyższa Izba już wyciągnęła mu je ze szponów? Trochę lżej mu było z myślą, że obok całej sterty wątpliwości pozostaje mu jeszcze uczciwość. Zwłaszcza gdy czuł, że jest poza zasięgiem jej konsekwencji.
„No, ciekawe, jak sekretarz poradzi sobie z takim wyzwaniem. Zwracam się do niego o pomoc, choć dziś... kto wie, być może to ode mnie zależy więcej. Na co właściwie liczę? Na prośbę, na groźbę, wyrzuty? Może wciąż jeszcze na pochwałę za szczerość? Jeśli przez to stracę jego względy, o ile zresztą już dawno się to nie stało, przynajmniej będę wiedział, na czym naprawdę stoję. Najwyżej zostanę tu na dłużej. Wystarczy mi sposobów, żeby dobrze się tutaj ustawić i czerpać z tego miejsca jak ze studni bez dna. Dom nie ucieknie. Jeszcze zdążę do niego wrócić”.
Już po chwili dreptał w stronę pocztowej chatki, wsłuchując się tylko w dźwięk własnych kroków i śledząc ruch palców, które dźwigały ciężar reszty ciała, by zaraz po tym wznieść się wiotko, jak kawałek mokrej szmatki, aż w końcu znów stabilnie oprzeć się na ziemi.
Wielki, bury chrabąszcz z bzykiem uderzył go w czoło i poleciał dalej. Ptak potrząsnął głową, na wypadek gdyby owad na zbyt długo uczepił się piór. Wtedy jego wzrok padł na budynek stojący nieopodal, przy krzyżującej się z jego drogą ścieżce, prowadzącej do remizy. Mimowolnie zerknął wyżej, na okno. Od pewnego czasu trudno mu było tego nie robić, gdy przechodził obok biura ochrony. Zazwyczaj było puste. Tym razem z mroku pomieszczenia błyskało dwoje oczu.
Basior kiwnął na niego łapą. Nie było pewne, skąd pomysł, że to właśnie na niego; ale gest wyglądał na bardziej bezpośredni, oczywisty niż te, którymi dowódca dawał polecenia swoim pomocnikom. Zresztą chyba nikt stojący z tyłu nie mógł go zobaczyć.
Żuraw zwolnił, zanim zdążył się powstrzymać. Ponowne przyspieszenie i zniknięcie za rogiem byłoby skrajnie nie na miejscu. Przełknął ślinę. Listy w kieszeni płaszcza nagle zaczęły palić go żywym ogniem.
Jednocześnie przypomniał sobie słowa, które wypowiedział poprzedniego wieczoru u Ildiri. Nie żałował ich, ale wolałby tym razem spotkać Nakiderona w innych okolicznościach. Niekoniecznie stanąć z nim oko w oko, sam na sam z wilkiem w jego gabinecie.
Dowódca siedział pośrodku pokoju, z lekko uniesioną głową i wysuniętą do przodu piersią. Jego wzrok był nieruchomy i jakby pozbawiony blasku. Tak właśnie zwykł przyjmować tych, którzy przychodzili nieproszeni; lecz tego konkretnego przecież sam przywołał.
- Umówimy się w ten sposób - ozwał się, jeszcze zanim gość postawił ostatnie kroki. - Masz jedną szansę na przeprosiny. Wystarczająco dużo dla takiego bystrego jegomościa.
- Porozmawiajmy - głos ptaka był pusty tą pustką, która może liczyć interpretacje w setkach.
- O czym dobrodziej chce rozmawiać? Och, niemądrze. Tym jednym słowem odrzuca dobrodziej wyciągniętą łapę, a jednocześnie daje mi jasno znać, że się mnie boi.
- Staram się mówić do ciebie jak do wilka. Nie jak do śliniącego się prosiaka. Sam tłumaczyłeś mi różnicę.
- Na dobrodzieja miejscu - wszedł mu w słowo, swoim zwyczajem grając własną sztukę - miałbym na uwadze, że ślepi czasem smutno kończą. Na przykład zderzają się ze ścianą.
- Nie jestem ślepy.
Basior pochylił się naprzód. Szerokie źrenice błysnęły przy tym gdzieś pod zmarszczkami czoła.
- Tylko dopóki masz oczy.
W pierwszej chwili ptak nie poruszył się o włos. Robił to jednak zawsze, gdy zaczynał się wahać, a to czyniło jego myśli przewidywalnymi. Odkaszlnął, przelotnie zbliżając skrzydło do dzioba.
- Nie wszystko, co można pokruszyć, warto sprawdzać do granic wytrzymałości. Przecież cenisz rzeczy użyteczne. Ja też. Dlatego staram się nie odmawiać pomocy.
„Nie oskarżysz mnie o bunt. Nie nagrodzisz za lojalność. Co zrobisz?”.
- Och, co za nieskazitelny idealista! Spójrzcie tylko. Stoi przede mną dobrodziej dumny, wyprężony jak struna, w swoich starannie ułożonych piórach i schludnie zawiązanym płaszczu. Rzuca mi dobrodziej pobłażliwe spojrzenie jak włóczędze wyciągającemu łapę po jałmużnę. Ale chyba zapomina, że stoi na mojej ziemi, a w łapach moich pomocników natychmiast stałby się bardzo, bardzo cieniutką szprotką. Widziałeś kiedyś szprotkę, Szkliwo? Widziałeś, jak szamocze się w piasku, gdy morska fala wyrzuci ją na brzeg? - Dowódca z rozmysłem przechylił głowę, najwyraźniej dając się już ponieść swojej bujnej wyobraźni. - Dawno temu, będąc jeszcze pełnym energii młodzieńcem, wybrałem się na stare, ludzkie wysypisko, z którym graniczyły tereny naszej watahy. Ileż tam znalazłem ciekawostek! Stare radio, kosiarkę, grzebień, telewizor bez ekranu, w którym zamieszkało bezdomne kociątko. Piękną, długą, stalową linkę, której ktoś bezdusznie pozbył się tylko dlatego, że była z deczka rozpleciona na końcach. Ona spodobała mi się najbardziej, do tego stopnia, że ją przygarnąłem. Jak myślisz, po co?
Niespodziewanie zapadła cisza. Solista tego przedstawienia dał podrzędnemu aktorowi szansę na wygłoszenie swojej roli.
- Po co?
- Żeby pomagała mi uczyć. Rozplotłem ją jeszcze trochę, aż z linki zrobiło się kilka cieńszych, drucianych włókienek. Masz pomysł, w jakim celu?
- Tak - odparł głucho. - Żebyś mógł nimi dokładniej tłumaczyć.
- Właśnie tak, Szkliwo! Żeby nie cięły skóry aż do mięsa, przynajmniej nie od razu.
Znów cisza. Żuraw wolno przesunął wzrok na przeciwległą ścianę. Potem na zakurzone prześcieradło, które okrywało biurko. Rytmicznie falowało pod naporem delikatnego wiatru.
- No, co nagle taki milczący? Chciałeś porozmawiać. - Nakideron przestąpił z nogi na nogę, błyskając zębami w krótkim grymasie. - A ja, wiesz, na co mam teraz ochotę? Tymi drucikami grzbiet ci przeorać jak szczere pole.
Zanim głos wybrzmiał, lotnik wyraźniej poczuł ciepło skrzydeł i ciężar płaszcza na karku. Ciało, na które zwykle nie zwracał uwagi, zaczęło o sobie przypominać dopiero, gdy miało zostać naruszone.
I jakoś to ciepło i ten ciężar sprawiły, że wyznanie wilka brzmiało zupełnie abstrakcyjnie. Musiał porządnie się skoncentrować, aby odtworzyć w głowie wspomnienia choć w procencie przypominające tego rodzaju okaleczenie.
Wyprostował się. Wystarczyło wrócić myślami do krainy snów. Dostarczyły mu dosyć obrazków poglądowych.
- No, dalej. - Z westchnieniem podniósł wzrok na rozmówcę. - No, dalej - powtórzył, dodając słowom lekkiego nacisku. - W końcu za coś mi płacicie.
Dowódca przymrużył ślepia, a przez jego pysk przemknęło coś bliskiego rozbawieniu. Przykryło nieuchwytny moment wahania.
- Nie wierzę.
- Kobiety lubią, gdy się przez nie cierpi. Ulżyj sobie. Wiesz, kto mi to wynagrodzi. - Dopiero po chwili zorientował się, że kącik dzioba drgnął mu nieznacznie. „Oj, Szkliwo. Może uwierzysz jeszcze, że to było potrzebne? Kawał z ciebie sukinsyna. Ale cóż, tak bywa”.
Nakideron wysunął żuchwę, nieśpiesznie oblizując kły. Na jego łapach nie było już widać napiętych mięśni, a ogon poruszył się swobodnie.
- Skoro tak lubisz dla nich cierpieć, ciekawe, ile wytrzymasz, gdy przestaną być wdzięczne - rzucił już przez ramię, odwracając się do okna. - Idź. - Jego oczy pociemniały; uszy rozluźniły się i spoczęły po bokach czaszki. - Ach, i Szkliwo. To był ostatni raz, gdy pytałem, czy chcesz się czegoś nauczyć.

Cdn.