piątek, 13 lutego 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Perwersja”, cz. 9

Miłego piątku 13-go!
Dla was na wschodzie
rubieżą jest kawałek zagajnika,
a dla nas tutaj: cały wasz wschód.


Kolejna kolacja, kolejne śmiechy i rozmowy, trzask wielkiego ogniska i pogłos bębnienia metalu odbijający się od ściany. Szkliwo mógłby przysiąc, że każdego dnia przeżywał dokładnie to samo. Zawieszał wzrok na stałych punktach i te same myśli krążyły mu po głowie. Wilki siadały na miejscach, które znał na pamięć, a gdy wstawały, nawet po tej ogromnej hali poruszały się już w zupełnie przewidywalnej trajektorii. Dopiero po kolacji, gdy noc stawała się dojrzała i głęboka, miał jeszcze okazję przeżyć coś nowego.
Jak zwykle w trójkę delektowali się doprawionym biała śmiercią jedzeniem. Tym razem jednak - choć jeszcze przez chwilę wcale się tego nie spodziewał - coś ciekawego wydarzyło się, zanim zdążył odejść od stołu.
- A ty co ostatnio w ogóle nie pijesz? - Rasz zmarszczył brwi, chłepcząc wino ze swojego kubka.
- Śnieg smaczniejszy - odmruknął żuraw z dziobem pełnym zająca.
- Nawet łyczka?
- Dziękuję. Mam już naprawdę dosyć tego skisłego soku.
- Ej, patrzcie go. Winem gardzi!
- U nas się tej kiszonki wcale nie pije.
- Myślałem, że wschód ma obcykany cały piłospis. To co byś wolał, jakżeś taki mądry?
Ptak przełknął kawałek delikatnego mięsa. W oczach błysnęła mu mała, przekorna iskierka, którą wzniecał w nich zawsze widok zagniewanego pyska Rasza.
- A wódkę. Albo czysty spirytus.
- Spirytus? Zabić się chcesz?
Tuż obok nich zjawiła się nowa postać. Szkliwo nie znał jej, ale jej intencje były oczywiste od pierwszej chwili. Wadera przystanęła kilka kroków przed osiągnięciem celu, łapy ustawiła jedna przy drugiej i kiwnęła się z wahaniem. Uważnie słuchała, o czym mówią.
To, kim jest, również łatwo było wywnioskować z charakterystycznej dla tutejszych panien, wystudiowanej postawy.
- Co za noc! Dobry wieczór, asystenci Birasta. - Przywitała się uprzejmie.
- Przytulia, najjaśniejsza gwiazdeczka w całym NIKL-u! - zawołał Rasz, rozkładając łapy w powitalnym geście.
- Och, jesteś czarujący - zachichotała.
- Po prostu zawsze szczery do bólu! Czego ci, duszyczko, potrzeba?
- Tak chciałam... - Jej palce niecierpliwie popukały w ziemię. - Pobyć w miłym towarzystwie.
- Lepiej nie mogłaś trafić!
- Hej, widzieliście, że dziś grają w ruletkę? - rzuciła głośniej, kątem oka taksując każdego z osobna. Rasz czujnie podniósł uszy, przełykając swoją porcję mięsa.
- Coś nowego! Od lat tu nie było ruletki!
- Musieli w końcu urządzić, bo byśmy zapomnieli jak grać. - Uśmiechnęła się wesoło. Szkliwu mogło się wydawać, lecz jej jeden, głębszy oddech, miał w sobie coś z westchnienia ulgi. - Ja mam wielką ochotę spróbować.
- Czym dziś obstawiają?
- Szyszkami. - Wesołość w jej głosie nie była łagodna z natury, a powstrzymywana; z gracją, bez wielkiego wysiłku. Miała więc ochotę, lecz nie czuła przymusu, by się śmiać. Było w tym trochę oczekiwania na ciąg dalszy i odrobina prawie zupełnie niewinnej drwiny. - A widzieliście, jak Nikrosz się wystroił do tej gry?
- Ten stary cep? Muszę zobaczyć. To co, chłopaki, idziemy! - Basior zatarł łapy. - Nie ma nic prostszego niż granie w ruletkę. Szkliwo, grałeś?
- Niech w spokoju dokończy jeść - odparła wilczyca, zanim zdążył przeżuć to, co miał w dziobie. Omal się nie krztusząc, tylko pokiwał głową.
- No dobra, to wiesz, gdzie nas szukać. Hap, chodź! - Płowy wilk zerwał się ze swojego miejsca i machnął na przyjaciela łapą. - Chcesz mnie zostawić z tym nudziarzem samego, to musisz zagrać dziś ze mną w ruletę!
- Przecież nigdzie jeszcze się nie wybieram! - zawołał za nim Hapenir.
- A na urlop?
- Och, przestań. Z tobą jak z głupim na drabinie - odszczeknął bez wielkiej namiętności. - Poczekam na Szkliwo.
- Spokojnie, jeszcze zdążę - odparł ptak, zerkając na wilczycę, która nie poruszyła się ze swego miejsca.
Zaczynał mieć pewne mętne przeczucie, co mogło stać za nagłą wycieczką Rasza do remizowego kasyna po drugiej stronie ogniska. Mimowolnie zaczął się niepokoić. - Idź uspokoić tego narwańca. Chyba zresztą nadal macie sporo rzeczy do ustalenia. Ja się najem i przyjdę.
Brązowy wilk, chcąc nie chcąc, kiwnął głową i ruszył za kompanem. Przez chwilę wokół nich unosił się gwar rozmów z sąsiednich stanowisk. Gdzieś dalej rozlegał się monotonny trzask ognia.
- Kim jest Nikrosz? - zapytał w pewnej chwili skrzydlaty.
- Inspektor Ziem Zachodnich - odparła wilczyca, która, wbrew wcześniejszej zapowiedzi, ani myślała porzucać kolacji na rzecz uczestniczenia w nowej grze. Podniosła koźlą nogę i zaczęła ogryzać ją nieśpiesznie.
- To wiele wyjaśnia. A ty przypadkiem nie chciałaś grać?
- Może później do nich dołączę. Koleżanka jest na zwolnieniu i mamy teraz dużo pracy.
- Czyżby rodziła?
- Za kilka dni.
- Och, boże. Znowu ten koszmar - mruknął, na co wadera opuściła wzrok, jakby nagle bardzo zainteresowała się rysą na ziemi. - Przepraszam. Naprawdę masz na imię Przytulia?
- Naprawdę - odrzekła ciszej, znowu uważnie mu się przyglądając. - A raczej taki mam pseudonim. A czemu pytasz?
- Przytulia to taka roślina, prawda?
- Bingo. - Uśmiechnęła się, unosząc brwi.
- Skojarzyło mi się z moimi rodzinnymi stronami. Tam też lubią imiona po kwiatach.
- Z tymi na mapie po prawej?
- Tak.
- Wreszcie! - Klasnęła w łapy, ale od razu usiadła sztywno i przycisnęła łapy do tułowia. - Wychowałam się w WSJ, wiesz? W takim jakby... sierocińcu.
- I jak trafiłaś tutaj?
- NIKL to sława, luksusy. Tak się u nas mówiło. Świetne miejsce dla dziewczyny, która nie ma planu na życie. - Płynnym ruchem wzruszyła ramionami i uniosła wino do pyska. Wyglądała na pewną siebie, ale mówiła niewiele. Być może to jego próbowała ciągnąć za język. Był już prawie pewny, że przy stole kazała jej siedzieć jedna, konkretna sprawa. Nic innego nie trzymałoby jej w milczeniu przy obcym, de facto nieszczególnie atrakcyjnym i jeszcze mniej wpływowym urzędniku.
- Mam nadzieję, że rzeczywistość to potwierdziła.
- Jest całkiem miło. Do momentu, gdy jakiś pijak omal nie wybije ci zęba. Bo taką ma fantazję. - Jej podbródek zadrżał. - Nie żeby kiedyś mnie to spotkało.
Szkliwo oparł się na skrzydle. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, obracając w palcach swój kubek.
- A spotkało?
- Nie mnie.
W oddali rozległa się salwa śmiechu. Muzycy pod ścianą rozgrzewali łapy, by ich metalowe instrumenty zadudniły z całą mocą. Dyskusje wokół trwały w najlepsze. Wilki korzystały z ostatnich chwil względnej ciszy.
- Dlaczego właściwie rozmawiamy? - zapytał, gdy milczenie zaczęło się przedłużać.
- Myślałam nad zmianą miejsca pobytu. Na stałe. - Lekko poruszyła barkami. Sierść na jej karku najeżyła się delikatnie. - Ale do WSJ już nie wrócę. Nigdy!
- Więc pytasz o moją watahę?
- Tak.
- WSC. Na pewno cię przyjmie - odrzekł bez wahania. Wtem gwałtownie nabrał powietrza, by dokończyć myśl, jakby o czymś sobie przypomniał. - Ale nie idź tam jeszcze. Mają tam jakąś epidemię.
- A jeśli odkryją co robiłam wcześniej? - Tylko machnął skrzydłem. Wilczyca kontynuowała. - Na północ nie mogę. Tam za takie rzeczy od razu jest... Jak to tutaj mówią, wilczy bilet. Na południu za to niczego nie ma, a ja chcę do wilków!
- Nie musisz się tłumaczyć. - Odwrócił wzrok, niepewny, jak zareagować na jej wyznania. - Wystarczy, że nie będziesz się tym chwaliła na prawo i lewo.
- Nie będę! - Wyprężyła pierś i uśmiechnęła się tak szeroko, że jej oczęta same się przymknęły.
- Chociaż w sumie... Czemu nie na zachód?
- Na tegorocznych szkoleniach jest sporo żołnierzy z zachodu. Jednego miałam... wątpliwą przyjemność bliżej poznać. Jak tam odejdę to... od razu wszyscy będą mnie tam znali.
- Jasne. - Pochylił się, żeby sięgnąć po jeden z orzechów laskowych, które miały być chyba tylko ozdobą dla wyeksponowanej pośrodku całego zestawu dań koziej tuszy. Zaczął rozdziobywać łupinę. - Dam ci znać, gdy zagrożenie minie. I jeśli chcesz, dostaniesz jeszcze jakiś list dla Agresta, żeby potwierdzić, że przybywasz z NIKL-u.
- Dzięki! - zawołała, lecz naraz zacisnęła usteczka. - Byle szybko! - Przechyliła łeb z proszącym spojrzeniem. Skinął jej na potwierdzenie i pożegnanie jednocześnie, po czym wstał od stołu.
- Tylko... - zawołała za nim i szybko ściszyła głos. - Niech nikt nie wie o naszej rozmowie, dobrze? Nie mogę o tym mówić. Pewnego dnia po prostu zniknę.
- Jeśli nikt nas właśnie nie podsłuchał, to ode mnie się nie dowie.
Tego wieczora wesoła kompania grzała się wyjątkowo blisko ogniska. Gracze zaopatrzyli się w zapas wina, prowadzili ożywione rozmowy i co chwila wybuchali szczerym śmiechem. Szyszki walały się wokół w sporych stosikach. Część z nich wciąż pozostawała w ruchu. Szkliwo przysiadł z boku, obok dwójki swoich współpracowników, którzy już dali się porwać rywalizacji. Przez chwilę przyglądał się zmieniającym położenie drewnianym żetonom, które stukały o siebie przy każdym rozdaniu wygranej.
- A kogo to moje oczy widzą? - Ktoś stuknął go w ramię.
- Kirłan. Już wróciłeś ze swojej wyprawy?
- Właśnie dzisiaj. Muszę poprosić miłe panie z zakątka radości, żeby przechowywały mi szachy. Nie będę musiał przynosić ich za każdym razem.
- Zgodzą się?
- Oczywiście. Widzisz, pogralibyśmy dzisiaj, a ja się nie przygotowałem!
- Nie szkodzi. Ze ślepym losem mam szansę przynajmniej zremisować.
- To dlaczego nie grasz?
- Przecież los jest ślepy. Skąd ma wiedzieć, czy gram?
- Jesteś niemożliwy. - Basior jeszcze raz, przyjaźnie poklepał go po ramieniu. Ptak nie zareagował na to w żaden sposób.
Gdy wreszcie wyszedł z remizy, trwała już głęboka noc. Nie doczekał do końca rozgrywki, która wyraźnie się przedłużała; był już zmęczony. Ścieżka wiodąca przez ośnieżoną łąkę mieniła się w świetle księżyca. Odległy szum drzew nad rzeką dał mu odrobinę wytchnienia po długim czasie wypełnionym słuchaniem pokrzykiwań przejętych wilków. W oddali coś trzasnęło. To bukowy pień na skraju lasu. Niska temperatura wszystkim dawała się we znaki.
Wilki. Stadne zwierzęta pełne ognia, wrzące od emocji niczym manierka zawieszona nad paleniskiem. Czy wszystkie one były właśnie takie? Wilki. Ciągle tylko wilki. To słowo gościło w jego myślach o wiele częściej niż nazwa własnego gatunku.
Rublia vulgaris caerulea. Podobno bliższa ciału koszula. Sytuacja zmienia się leciutko, gdy to właśnie ona jest powodem większości zmartwień; gdy coś, co określa bardziej niż cokolwiek innego, staje się ujmą. Coraz mocniej doświadczał faktu, że od wilków odróżniało go nie tylko ciało. Nie nadążał za setką ich uczuć i skomplikowaniem relacji. Nie czuł tej płomiennej iskry, która każe zabiegać o uwagę, żyć dla kogoś, kochać na zabój. Może ona pomogłaby mu odnaleźć się w miejscu, w którym obecnie był całkowicie przeźroczysty. A dzięki temu mógłby pracować skuteczniej.
Pracować za dom, za WSC. Ale w którym dokładnie miejscu idea przestaje mieć ciało? Za wilki, za ziemię walczyć, czy za fakt, za istotę rzeczy? Nawet niech i by się to wszystko udało: czegoś się dowie i to coś okaże się pomocne. Czego oczekiwał? Wdzięczności bliskich, którzy już dawno stracili dla niego znaczenie?
Nie, nie potrzebował niczyjej wdzięczności. W końcu najważniejszy jest wynik pracy. Jego wymarzony świat.
Frapujący był fakt, że nie miał nawet wzorca, do którego mógłby się porównać. Ojca nie znał. Wspomnienie matki było tak odległe, że dawno już zblakło. Oprócz żółtego mutanta zwanego Kajem nie miał styczności z innymi rubliami. Pozostawało mu więc być wybrakowanym wilkiem, który nawet nie jest pewien, na ile jest zgodny chociaż ze swoją własną normą.




Znowu odpłynąłem za daleko
Trudno mi nad sobą zapanować
Obiecałem, więc ruszaj naprzód

Domy stojące przy ścieżce były ciche, jakby martwe. Wszyscy ich mieszkańcy musieli już spać albo wciąż jeszcze dobrze bawić się w remizie. Żadnych niezapowiedzianych spotkań. Cisza we wsi i błoga cisza w głowie. Tylko drewniany płot wokół jednego z podwórek zaskrzypiał lekko.
Szkliwo przeciągnął się z westchnieniem ulgi. Jeśli miał jakąś prawdziwą przyjemność w pustym życiu w białym więzieniu, było to rozprostowanie kości na sienniku i każda spokojna noc, podczas której mógł spać tak mocno, jak akurat spały jego koszmary. Od domu dzielił go już tylko jeden zakręt.
Wtem tuż za nim rozległy się kroki.
Zanim zdążył zdać sobie sprawę z czarnej plamy sunącej prosto na niego po ścianie jednego z budynków, pchnięty silnym odruchem odwrócił głowę.

Jak to, więc to nie był sen?
Kim jestem, liliputem czy skrzatem?
Dlaczego to znowu mnie woła?

Wilcze ciało spadło na niego znienacka. Runął na ziemię jak worek kamieni. Skrzydła zaplątały się w jesionkę, przygniecioną przez czyjeś żebra. Nogi nie mogły zgiąć się w stawach, napotkawszy opór ziemi. Ciężka łapa dodatkowo docisnęła do niej jego czaszkę.
- No cóż, płaszczyk sobie zakurzysz. - Czyjś głos mruknął gdzieś w górze. - Teraz na wznak - wydał krótki rozkaz, a może instrukcję.
Ucisk zniknął, a on został obrócony na grzbiet z taką łatwością, jakby przewracano stronę w książce. Za niewielki plus sytuacji wziął fakt, że w tej pozycji widział napastników. Jego oczom ukazały się trzy wilki, które wyraźnie wyrobionym już schematem ponownie przygwoździły go do ziemi. Nie musiał zastanawiać się, kto z taką troską zwrócił się do niego przed chwilą. Czwarty basior stał wyprostowany tuż obok jednego z rozpłaszczonych na ziemi skrzydeł, patrząc na wszystko z wysokości swojej uniesionej dumnie głowy.
- Dostojna sylwetka, skrzydła jak u serafina. Zawsze porządny, poważny, na ulicy „dzień dobry” mówi, a na szczekanie odpowiada tylko pobłażliwym uśmiechem. Kto to taki? Mości dobrodziej lotnik. I co? Mości dobrodziej jednak nie tak silny, jak mu się zdawało. - Przygiął podbródek, dzięki czemu ptak dostrzegł na jego pysku przygaszony uśmieszek, kontrastujący z dziwną energią, która lśniła w rozszerzonych źrenicach. - Wiesz co mógłbym teraz z tobą zrobić? - Oddech wesoło zatańczył mu w krtani. - Wszystko. Jak się z tym czujesz?
Milczał. Tylko pierś unosiła się szybciej, zdradzając, że dusi się własną bezbronnością. Podejrzany osobnik zahaczył pazurami o jego dziób i pociągnął w górę.

Rekin

- Sprawić, żebyś mi w oczy patrzył i bym wszystko, co chcę, mógł z nich wyczytać. Albo, żebyś spojrzeć nie mógł. - Nagłym ruchem przycisnął łapę do jego czoła. Szkliwo, czując jej niekomfortową bliskość, a nie mając lepszych możliwości reakcji, natychmiast zacisnął powieki.
- Zrozumiałem. Czemu się nade mną znęcasz?
- Chciałem zobaczyć w twoich oczach lęk przed śmiercią. Taka moja drobna... perwersja. - Basior uśmiechnął się, jakby dostał już wszystko, czego szukał. - Chłopcy, idziemy do biura.
Stanął na nogach równie szybko, jak chwilę wcześniej znalazł się na ziemi. Kilka sprawnych łap i szczęk doskonale wiedziało, jak chwytać, żeby uniemożliwić ucieczkę. Własny płaszcz został na niego zarzucony jak worek i jak kota w worku wnieśli go do jakiegoś budynku. Droga nie była długa; musiał przechodzić obok tego miejsca codziennie, idąc do pracy. Pewnie nieraz z nudów, na spacerze, zaglądał w puste okna. Teraz jednak, gdy zdjęto mu z oczu materiał i gdy tylko wyrównał oddech, do tej pory krępowany przez grubą warstwę tkaniny, widział przed sobą tylko kilka osłoniętych prześcieradłami mebli i jedne, oczywiście zamknięte drzwi. Wokół panowała cisza, ale zimne powietrze, które osiadało mu na karku, świadczyło o tym, że owszem, okno jest obecne gdzieś z tyłu. Nie śmiał szukać go wzrokiem.
W pomarańczowym świetle wiszącej w kącie pochodni wreszcie mógł przyjrzeć się porywaczom. Ten, z którym rozmawiał, na grubą rybę wyglądał tylko w przenośni. Całkiem niedaleko było mu do chuderlaka. Jego żółtawa, przebijana przez wyblakły brąz sierść pełna odstających kłaczków nie należała do wyjątkowo reprezentacyjnych, ale Szkliwo czuł, że wilk ów nie miewa na co dzień zbyt wielu okazji, by kłopotać się swoją prezencją. Był pewien, że nie widział go do tej pory ani razu, ani przez moment. Pożółkłe futro było na tyle charakterystyczne, by miał powód podejrzewać, że długo go nie zapomni.
Trzy pozostałe basiory kojarzył z pysków. Widywał je na ulicy - w centrum wsi czy w drodze do remizy - nie pamiętał dokładnie. Jednego z nich mijał ostatnio na korytarzu w urzędzie.
Nie dostał czasu, by uważnie się nad tym zastanowić, bo przywódca zespołu rozsiadł się już wygodnie i przeciągnął z niskim pomrukiem, przykuwając uwagę wszystkich zebranych w pokoju.
- No to potańczymy. - Przetarł powieki i ziewnął głęboko. - Kogo my tu dzisiaj mamy. Niejaki Szkliwo. Obywatel Wschodnich Ziem NIKL-u. Skrzydlata podróbka wilka, ale, jak do tej pory, służąca swojemu celowi całkiem sprawnie. Przypadek klasyczny, tak zwany szpieg. Och, czy góra nie mogła wymyślić nam na dziś czegoś bardziej unikatowego? - Teatralnym gestem załamał łapy. Szkliwo poczuł, jak na jego skronie napływa się fala gorąca. Zebrał wszystkie siły, aby nie poruszyć nawet jednym pazurem. - Mówiąc: „Poproszę zlecenie na kogoś ciekawego”, miałem na myśli jakiegoś samobójczego zamachowca, albo chociaż jakąś ładną panienkę. A tu proszę, co mi dali. Kolejną pluskwę, tyle że dwunożną. No nic. Dajcie mu te skrzydła na ziemię. Nie ufam im - z tymi słowy lekko machnął łapą. Jeden z basiorów zrobił sprężysty krok ku aresztowanemu i z całej siły pchnął go naprzód. Ponieważ niemożliwym okazało się złapanie równowagi po tego rodzaju interakcji, pozostało gruchnąć na popękane i zakurzone klepisko. Przez oba skrzydła, które wiernie zamortyzowały upadek, przeszedł krótki impuls bólu.
- Popatrzcie, jak to to szybko oddycha. Chyba ktoś tu się denerwuje. - Żółty wilk przechylił łeb. - A dlaczego? Spójrz na mnie, ja jestem rozluźniony niczym morska fala uderzająca w brzeg. Widziałeś kiedyś morski brzeg? - Przechylił się naprzód. - Oczywiście, że widziałeś. Siedziałeś pewnie nad nim, razem ze swoim panem, kiedyście omawiali, co wyszpiegujesz w siedzibie Najwyżej Izby. A morska fala, widzisz, biedaku, czuwała! I morska bryza jaka orzeźwiająca była, czyż nie? Prawie jak czysty spirytus. Czyż nie, mości dobrodzieju Szkliwo? Podobno pijasz go sobie przy kolacji, razem ze swoimi ziomkami ze wschodu. Co powiesz na poczęstunek?
Ponieważ po całej tyradzie zapadła niewygodna, przedłużająca się cisza, wyglądało na to, że mówca właśnie zażądał odpowiedzi. Żuraw przełknął ślinę, dając sobie jeszcze chwilę, na wypadek, gdyby miała być to tylko niewinna zmyłka. A jednak milczenie stawało się tak ciężkie i tak posłusznie nieprzerywane przez nikogo z obecnych, że wreszcie ustąpił pod jej naciskiem.
- Mam się przestraszyć?
- Patrzcie, jednak nie stracił głosu! - Żółty triumfalnie uniósł przednie łapy, przez chwilę przypominając natchnionego proroka. - Wspaniale. Liczę, że przez cały czas będzie równie rozmowny. I to w jakim stylu. Lubię wilki z dystansem. Tfu. I wszystkie inne zwierzęta z dystansem oczywiście też. Najbardziej drażnią mnie milczki, ale takich zazwyczaj tu nie mamy. Każdy po jakimś czasie zdaje sobie sprawę, że ze mną warto być szczerym jak z własnym ojcem. Jeśli się go, oczywiście, ma. - Choć nieznacznie opuścił pysk, obejmujący jego fragment, krzywy uśmiech, był wyraźnie widoczny. - Moment, gdy decydują się wyjawić mi swoje tajemnice, zawsze mnie wzrusza. To jak najważniejszy rozdział w książce. Czytałeś kiedyś książkę, Szkliwo? Wiesz, że tylko martwi są zupełnie sztywni?
Popatrzył na niego zachęcająco, jednak nie czekał na odpowiedź. Wykonał krótki gest w stronę swojego pomocnika, a ten wyciągnął spod jednego z prześcieradeł niewielką, szklaną butelkę. Szef przejął ją bez kontroli wzroku. Machnął łapą raz jeszcze, bardziej zamaszyście, jakby z lekką niecierpliwością. Wszystkie trzy basiory bez słowa wycofały się na miejsce pod ścianą. Ich pozbawione emocji oczy pozostały wpatrzone w swojego dowódcę.
- Niech nikt mi nie przeszkadza. - Ten uniósł butelkę na wysokość nosa i powąchał z rozkoszą. - Alkohol to potężne narzędzie. Ale rutynowo nie używamy go na was, tych ze wschodu. Nie zapytasz, dlaczego?
- Dlaczego? - Tym razem nie czekał ani chwili.
- Mówi się, że tam wszyscy mają mocne głowy. Tak jest, w pewnym sensie. Potraficie pić tak, żeby się nie schlać jak świnie. Widzisz, ci z zachodu lubują się w zgoła innych używkach i zupełnie tego nie potrafią. - Chyba wyczerpał temat, bo skończył nawet żartować. Stanowczo nie znudziło mu się jednak mówienie samo w sobie. Jego głos wzniósł się w subtelnej ekscytacji. - Zresztą ja na przykład bardziej lubię inne metody. Pozwolę sobie zademonstrować ten ceremoniał. No, powiedz. Trzymał cię ktoś kiedyś tak? - Ptak poczuł, jak palce wraz z pazurami chwytają skórę na jego potylicy. Mocniej i mocniej... Nagle coś piekielnie zabolało. Syknął i spiął się w odruchu obronnym.
- Najlepsze jest to, że wciąż mam jeszcze jedną wolną łapę - oznajmił pogodnie wilk. - Powiedz, czy miałeś kiedyś nóż wpychany do gardła?
- Słucham? - wykrztusił bezdźwięcznie, zezując na pysk oprawcy.
- Tak czy nie? To proste pytanie.
- Nie.
- Wszystko przed tobą. Lubię tę metodę. Nie wyrządza dużej szkody, a jest bardzo wdzięczna. Wyobraź sobie. - Łapa zacisnęła się jeszcze trochę mocniej. - Ostrze przesuwa się po pysku od środka, zostawiając drobne rysy na wargach i języku. Kiedy osiąga poziom podniebienia miękkiego, wilk zaczyna panikować. Pojawia się odruch wymiotny. Jeśli jest bardzo silny, zbaczam troszkę w stronę łuków. Wystarczy, że trzymam ostrze, a delikwent kaleczy się o nie sam, ciskając się jak ryba na haczyku. Potem jadę jeszcze trochę dalej, a on zaczyna łzawić i skamleć, bo powoli zbliżam się do granicy bezpieczeństwa. Walczy ze sobą, żeby nie zamknąć pyska, bo boi się pogłębienia ran. Te, których już się nabawił, pieką wystarczająco mocno. A ja kontynuuję, zazwyczaj bez trudności, bo przerażone zwierzątko jakoś zawsze stara się nie wychodzić ostrzu na spotkanie i daje mi w środku wystarczająco dużo przestrzeni do zabawy. I tak dopóki trzonek nie zatrzyma się na zębach. - Gdy skrzydlaty jeszcze raz podniósł wzrok, napotkał promienny uśmiech. Gdyby nie okoliczności, ciężko byłoby uwierzyć, że opowieść nie jest jedynie średnio udanym żartem. - To jak, Szkliwo. Chcesz spróbować?
Wolałby nie odpowiadać. Nie tylko z oczywistych przyczyn. Ten maniak czerpał wielką przyjemność z dzielenia się swoją anegdotką. Patrzył i oddychał tak, jakby we własnej wyobraźni już wykonał ten zabieg również z jego udziałem.
Szkliwo nie zamierzał dawać mu żadnych sygnałów i przestawiać krainy marzeń w pobliże rzeczywistości. Okazało się zresztą, że jego słowa nie były potrzebne.
- No, ale dla ciebie zrobiłem wyjątek, bo to dzięki tobie wpadłem na ten wspaniały pomysł. Zamiast wina, czysty spirytus! Co za samobójczy geniusz mógł wpaść na taki pomysł. Poczęstuj się, bardzo proszę. Trzeba godnie reprezentować ojczyznę, czyż nie? - Ich oczy spotkały się na dłuższą chwilę. W płynnych ruchach basiora nie było czuć przymusu, ale w spojrzeniu była namiastka fanatycznego skupienia. - Nie chcesz, nie wierz, ale naprawdę nie mam ochoty sam ci tego wlewać do gardła.
- Dlaczego mam pić? - podjął delikatnie, walcząc z instynktem ucieczki, by nie oderwać skrzydeł od ziemi i nie podnieść się na równe nogi, do poziomu przedmówcy. W jego położeniu byłoby to nierozsądne zagranie. - Czy to nie miało być przesłuchanie?
- Właśnie dlatego.
- Przecież jeszcze o nic nie zapytałeś.
- To mi się podoba! Dobra wola to podstawa. Ale żeby rozmowa była udana, to niestety nie wystarczy. Liczy się jeszcze szczerość. No, pij, mały. Do dna! - Do jego dzioba została przytknięta szklana szyjka.
Wszystko rozegrało się dość szybko. Podniósł jedną z nóg w czystym odruchu, by zatrzymać naczynie, które nagle znalazło się niebezpiecznie blisko jego oczu. Ten jeden, gwałtowny ruch wystarczył, by stojący najbliżej z całej trójki basior z mordem w ślepiach zerwał się na ratunek swojemu przywódcy.
Wtedy właśnie mózg Szkliwa postanowił przyjąć strategię „Ratuj życie”. Kolejny odruch wyprzedził myśli; co rychlej przechylił butelkę prawie do pionu. Poczuł, jak płyn mrozi jego dziób od środka i zalewa gardło. Przełknął moment przed utratą czucia na języku.
- No. - Zadowolony komentarz rozbrzmiał nad jego głową. - Faktycznie niezłych agentów mają na tym wschodnim zadupiu. No, dalej. Jeszcze łyczek. Tyle cię jeszcze nie zabije. Przynajmniej nie powinno.
Skrzydlaty kątem oka zerknął na naczynie, którego nadal nie wypuścił z palców. Drugi łyk był prostszy. Miał tylko wrażenie, że jego podniebienie zaczyna robić się szorstkie.
- Wspaniale. To teraz za zdrowie swojego alfy. - Lekki, jakby od niechcenia dotyk był prostą wiadomością: poddaj się. Tyle, że on wcale nie chciał tego zrobić.
- Zostaw te pogróżki dla tych, którzy naprawdę coś wiedzą - odrzekł cicho; bez rzucania wyzwań, ale i bez rezygnacji. Jego skrzydła zesztywniały i szczelnie przykryły grzbiet, oczekując na... sam nie wiedział.
- No proszę, mamy i akt oporu. W końcu. Już zaczynałem wierzyć, że zanim zaczniesz prosić o litość, zdążę spoić cię połową flaszki. Obrzydliwy oportunista.
- Nie wydaje mi się, o ile nie chcesz mieć mnie na sumieniu - stwierdził odważniej. Coś w tym dziwnym wilku zdawało się wyraźnie wyznaczać granicę, do której można bezpiecznie się zbliżyć. Trochę jakby... pozwalał ofierze przewidzieć swoje działania. Prowadził własną grę i właśnie tłumaczył zasady.
- Widzę, że praca tutaj zaostrzyła ci charakter. Och, nieszczęsny gadzi synu. Uwierzyłbym w twój spokój, gdybym nie znał cię lepiej niż ty sam siebie. - Basior pochylił się nieśpiesznie i położył łapę na głowie przesłuchiwanego. Spojrzał mu głęboko w oczy. - Wiem doskonale, co trzeba zrobić, żebyś poskładał się jak scyzoryk.
- Oczywiście. Jak ładnie poprosisz, przyznam się do wszystkiego. Ale nie jestem szpiegiem. - Miał nadzieję, że basior nie wychwycił znikomego ściszenia ostatnich słów. Panował nad sobą lepiej, niż obawiał się, że będzie w takiej chwili, ale strach przed fałszywym ruchem lub zdradliwym spojrzeniem nadal był blisko sparaliżowania go do końca.
- Denkin, mój kozik, proszę. - Egzekutor wyciągnął łapę w stronę pomocników. Jeden z nich posłusznie wsunął w nią nóż z haczykowatą głownią. - To inna metoda, którą bardzo lubię. Zakrzywione ostrze wkłada się do gardziołka, a potem wyciąga się je po języku, zostawiając go z dłuuugą szparą pośrodku. Nic nie pozwala poczuć smaku własnej krwi tak wyraziście. Kto posmakuje, od razu przekonuje się, jak przewyborne jest życie. I, niczym odmieniony, postanawia za wszelką cenę je chronić.
- Nie jestem szpiegiem. - Niespodziewanie zaciął się, zapominając, co jeszcze miał dodać.
- Z kim współpracujesz?
- Z Birastem, Hapenirem i tym... Raszem. To zespół od Wschodu.
- Bardzo zabawne - wycedził przesłuchujący. Szkliwo znów poczuł łapę zaciskającą się na skórze. - Otwórz dzióbek.
- Mam pić dalej, czy uwierzysz, że mówię prawdę?
Basior zaśmiał się pod nosem. Zamilkł na chwilę, uważnie mu się przyglądając.
- Masz rację. Świętą rację. Całe te przesłuchania to jedna wielka ściema. Czasem, dla czystej rozrywki, można. Ale tylko głupiec liczy na ich miarodajność. A ja zrobię coś, czego się nie spodziewasz.
- Myślę, że trudno byłoby mnie teraz zaskoczyć - wymamrotał lotnik ostrożnie, jak i bez wielkiego przekonania.
Jeszcze jeden gest wprawionej w wydawaniu rozkazów łapy. Drzwi uchyliły się, ukazując więźniowi przejście do korytarza odklejonego wzorzystą, słomianą plecionką. Przeciąg zatrzasnął je, zaraz po tym, jak ostatni z trzech ogonów znikł po drugiej stronie. Strażnicy znikli.
Zostali sami.
- Ech, skrzacie. - Żółty bez pośpiechu, na powrót usadowił się w swoim początkowym miejscu pośrodku pomieszczenia. - Dla was na wschodzie rubieżą jest kawałek zagajnika, a dla nas tutaj: cały wasz wschód. Pewnie myślałeś, że jak wyrwałeś się z prowincji, to trafisz do cywilizowanego świata. Że tu cię nie doścignie to barbarzyństwo, gruboskórność, prawo silnych szczęk. Myślałeś, że tu wszystko załatwiamy elokwencją na przemówieniach i ciętymi ripostami po godzinach. Widzisz, wszędzie to działa tak samo. Wilk pozostanie wilkiem, zwierzęciem twardym jak skała, często bezwzględnym, które zawsze będzie dążyło do wzniesienia się na szczyt i opanowania świata. Jego siłą są nie tylko potężne kły i mocne łapy, ale i jedność, wspólnota. A najchętniej zademonstruje swoją siłę na słabszym. Na samotnym. - Jego chrypliwe słowa zniżyły się do szeptu, przez który ptak poczuł dreszcze na karku. - Aby wtopić się w tę siłę, musiałbyś być jednym z nas. Poniekąd już jesteś. Ale czy na pewno chciałbyś stać się taki jak my?
Szkliwo zmierzył go niepewnym spojrzeniem. Przesłuchanie zmierzało w dziwnym kierunku.
- Nie jestem szpiegiem. Przybyłem tu pracować i mieć święty spokój. Nie wiem... co jeszcze dodać.
Basior westchnął potężnie.
- Dobrze już, dobrze. Skończ, wystarczy. Takie mamy zarządzenia. Możesz nie wierzyć, ale byli już tacy, którzy na rozmowie rekrutacyjnej z płaczem zaczynali sypać. I zamiast nowego w strukturach, mieliśmy nowego w więzieniu i kolejny proces, i kłopot, co z tym śmieciem zrobić, jak już się go przypadkowo znalazło.
„Rozmowa rekrutacyjna. Po prostu nie wierzę. Czyżby, czyżby...?”.
- Będziesz mnie torturować, czy nie? Bo ja już, już nie rozumiem. - Zamrugał, czując, że jego powieki stają się coraz cięższe.
- A co, nie wiesz, czy wpisywać to sobie w grafik? Nie, nie obawiaj się. Mówiłem już, że przesłuchania to, moim skromnym zdaniem, niemiarodajna strata czasu. Jak są podejrzenia, to wyciąga się z nich wnioski i się jegomościa porządkuje. Rzadko ktoś obrywa za niewinność. Może dlatego, że każdy ma coś za uszami. Ale wobec ciebie na razie nie mamy podejrzeń.
- Ja nie umiem kłamać. - Ptak zacisnął palce na szyjce butelki, po czym przesunął językiem po wnętrzu policzka, napotykając cienką, chropowatą warstwę martwej tkanki. Znów wlał sobie do gardła łyk palącego płynu. - Mogę pić, pytaj o co chcesz. Nie boję się.
- Dobrze już, dobrze! - głos basiora stał się wyższy niż było trzeba, a jego oczy szersze niż wypadało. Jedną z łap podniósł łagodnym, uspokajającym ruchem. - Wystarczy. Masz zapełnić nam dziurę kadrową, a nie przekręcić się na pierwszym spotkaniu.
„Rzeczywiście uwierzył”.
- Więc kim jesteś? I co mam robić? I dlaczego akurat ja? - Język splątał mu się przy ostatnim pytaniu, ale zdążył je wymówić, zanim rzuciło się to w oczy przesłuchującemu.
- Masz rację, czas się przedstawić. Moje imię Nakideron. A stanowisko może obiło ci się o uszy: dowódca ochrony.
- O ochronie... to wiem tyle, że podobno istnieje.
- Witamy w jej licznych szeregach. Jesteśmy wszędzie, gdzie jest NIKL. Wśród urzędników, żołnierzy i zwykłych mieszkańców. W każdym zespole musi być jeden, który nadzoruje, ale nie mam na myśli kierownika, który dowodzi pracą. Nasz nadzorca to jest wybierany zazwyczaj na podstawie predyspozycji psychicznych. Rozmawia z innymi członkami zespołu i zna ich poglądy, opinie, orientuje się w ich życiu prywatnym. Przygląda się, jeśli któryś robi coś podejrzanego. W domu ma oko na dziwne przedmioty, które trzyma w domu reszta. Ma dostęp do przechowalni korespondencji. Słowem, jako nadzorca zgłaszasz nam wszelkie niepokojące postawy. Trzymasz skrzydełko na pulsie.
- Ale dla... dlaczego akurat ja?
- Pasowałeś organizacyjnie i zostałeś polecony przez jednego porządnego wilka. - Brwi nad pyskiem Nakiderona zmarszczyły się wolno -  Szczerze mówiąc, nie byłem zwolennikiem tego pomysłu. Jest jeszcze kilka spraw, które są nieodzowne dla twojej rekrutacji. Przede wszystkim, szukamy tych, którzy nie wyróżniają się w grupie.
- To... ktoś nieźle spieprzył wam rerrrutację.
- Och, przestań. - Basior żachnął się ostentacyjnie. - Nie chodzi mi przecież o cechy fizyczne, a o dopasowanie się do ogółu i obracanie się w każdym środowisku, w którym można wykryć fakty do zgłoszenia. Masz tu pewne braki. Ale ostatnio podobno zacząłeś w końcu zostawać na kolacji do końca. To się ceni.
- Z pełną... - Ptak machnął skrzydłem, jakby odganiał od siebie komara. - Tą.
- No tak, tak.
- To czego mi brakuje?
- Ano na przykład tego, że podobno unikasz wina. Zastanawiałeś się jak demoralizująco może to wpłynąć na innych? Nieładnie. Z dziewczynami też nie spędzasz czasu. Co to wszystko za podłe stawanie okoniem? Wiem, że trochę nie po drodze gatunkowo, ale z braku wódki dobre wino. Nie wiesz, jak to się robi? Są tam takie, które mimo wszystko chętnie się tobą zajmą.
- Nie będę... o tym z tobą rozmawiał.
- No, no. Ja ci chcę tylko pomóc. A może ty z tych wiernych? Pamiętaj, trzy zagony od domu samiec przestaje być mężem i ojcem.
- Spadaj - odmruknął. Nerwowo postukał pazurem w podłogę, przez chwilę niczego nie mówiąc. Wtem zerwał się na równe nogi, zachwiał i złapał równowagę. - Tylko tyle potrzeba? Proszę cię bardzo. Wszystko dla... tej. - „Watahy? Nie. Pilnuj się, Szkliwo”. - Dla Najwyższej Izby.
To powiedziawszy, ruszył do drzwi.
- Zostawiasz mnie? - Basior przysiadł na zadzie i splótł palce na brzuchu, spokojnie wiodąc wzrokiem za rozmówcą.
- Idę.
- Tak, tak, widzę - mruknął, kładąc uszy po sobie. Mlasnął, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdecydował się już zabrać głosu.

Stój, stój! To ja, a nie ty
Odejdę, nie dla ozdoby
Ty, ty o mnie zapomniałeś

-  Nie, czej. - Odwrócił się jeszcze na chwilę, opierając o framugę drzwi. - Jesteście wszędzie... to znaczy, że wcześniej był już... że my też mieliśmy nadzorcę?
- Mieliście. - Nakideron kiwnął się w przód i w tył, nie spuszczając z rozmówcy spojrzenia przeszywającego do kości. - Niedługo wszystkiego się dowiesz.
Drzwi znów zatrzasnęły się z hukiem.
Skrzydlaty zsunął się po schodach, a raczej po ścianie ozdobionej plecionką, potykając się dwukrotnie i za każdym razem szczęśliwie odzyskując równowagę. Drzwi wejściowe tego malutkiego, klaustrofobicznego domku nie istniały, więc nietrudno było znaleźć drogę ewakuacji, która zresztą stanowiła bezpośrednie przedłużenie korytarzyku. Gdy stanął na schodku za wyjściem, poznał to miejsce. Zabrano go do niewielkiego budynku na uboczu, ostatniego po drodze ze wsi do remizy.
Świat to wirował, to zatrzymywał się w połowie drogi na ziemię. Szkliwo zaczął liczyć kroki, koncentrując wszystkie siły na pilnowaniu linii marszu. Narastające zawroty głowy spowalniały jego ruchy, ale podjął już decyzję.
Najwyraźniej wieczerza dobiegła końca. Z sali bankietowej nie wydobywał się ani jeden głos. Remiza zdążyła już ucichnąć i z całego hałasu, z którym kojarzył to miejsce, pozostał tylko uporczywy szum we własnych uszach. Wokół nie było żywej duszy prócz strażnika, który trwał w wejściu niczym gargulec, milczący, samotny, o pysku z kamienia.
Zawahał się, zanim wszedł do środka. Nagłe zamroczenie cofnęło go o krok, jednak zdołał złapać równowagę. Po omacku przeszedł przez korytarz, nogami i skrzydłami ostrożnie badając napotykane powierzchnie. Zdawało mu się, choć pewności nie mógł mieć, że gdyby w ciemności trafił teraz na jakieś leżące ciało, zderzyłby się z ziemią, zanim zdążyłby zdać sobie sprawę, że leci.
Do królestwa dam wszedł, zgodnie z otrzymanymi niegdyś instrukcjami, bez pukania. Dopiero po drugiej stronie rzeźbionych drzwi pozwolił sobie na krótki oddech; bokiem i skronią oparł się o ścianę, z ulgą oddając jej pół własnego ciężaru, który dla zmęczonych nóg powoli stawał się nie do zniesienia. Przez myśl przeszło mu, żeby zawrócić. Jakoś nie mógł sobie przypomnieć, jaka dokładnie koncepcja kierowała nim w chwili, w której tak po prostu oświadczył Nakideronowi, że wychodzi - i wyszedł. Nie był też absolutnie pewien, czy przy odrobinie starania nie znalazłby z tej sytuacji lepszego wyjścia.
Jednocześnie nie mógł wszakże odnaleźć w sobie tego żelaznego oporu, z którym do tej pory podchodził do kwestii rozrywki po kolacji. W tamtej chwili nie pamiętał, dlaczego wcześniej ani razu nie zdecydował się wybrać innej ścieżki. Wiedział tylko, że ta jedna zdążyła stać się już jego tradycją, lecz czy ciągłe poddawanie pod wątpliwość zastałego porządku świata nie jest domeną rozwoju?
Cóż takiego może się stać? To przecież wszystko dla niej. Dla watahy. Wtopi się w tłum tak mocno, że nawet najbardziej zatwardziali tropiciele fałszu nie odróżnią go od wilka.
„Chwileczkę. Już wiem. Miałem być czujny. Tu nawet jedzenie ma drugie dno”. Pokręcił głową, aby odgonić mroczki sprzed oczu. „Ale przecież będę czujny. Już nie pora na chowanie się w kącie. Mam nowe zadanie. Muszę szukać nowych rozwiązań. Tak”.
- Dziś sam, bez kolegi? - Wadera, która właśnie z szelestem wyłoniła się zza kotary, powitała go niewinnym chichotem. Poznał ją. Linami, czy jak jej tam. Kiedyś razem z Ildiri przysiadła się do nich podczas wieczerzy.
- Sam.

Światło... nie! Ktoś tylko czekał
Ogień... nie ogień, lecz pożar
I ty złapałeś, złapałeś mnie

Zatrzymała się na chwilę, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. Zza szarej zasłony wyszedł jakiś jeszcze wilk; jeden z tych, które Szkliwo znał tylko z mordy i ani przez moment nie chciał od tej relacji niczego więcej. Także teraz nie spojrzeli na siebie nawet przelotnie.
- No, pewnie do Ildiri przyszedłeś? - podjęła znowu wilczyca, z wyrazem pyska, za którym mógł stać cały wachlarz uczuć.
- Tak jest. Zastałem?
- Zaraz sprawdzę - to powiedziawszy, znikła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. A może to jemu uciekło kilka sekund. Ściana była wyjątkowo wygodna.

Rekinie

- Szkliwo - w obliczu zdumienia wilczycy, narastającego szybciej od świadomego spostrzeżenia, ostatnia litera wybrzmiała już prawie bezgłośnie. Oto i ona, Ildiri o oczach okrągłych jak szyszki. - Po coś przylazł? 
- Po to co... wszyscy - wymamrotał. Jej gwałtownie otwarty pysk świadczył o mieszance oburzenia z oniemieniem.
- Przecież ty ledwo na oczy widzisz. Nie powinnam... - Odwróciła się przez ramię. Gdzieś hen, na końcu pomieszczenia, jakieś wadery siedziały w kręgu oświetlonym światłem pochodni. - Ile ty wypiłeś?
- Dwa... trzy łyki.
- Trzy łyki wina?!
- Spir... yfusu.
Ponownie otworzyła pysk, jak ryba wyrzucona na brzeg. Prawie usłyszał nieme pytanie „Gdzie?”, ale zanim wybrzmiało, w jej głowie coś chyba zaczęło się układać.
- Chodź - rzuciła, prowadząc gdzieś do najciemniejszego kąta, pod samą ścianą boczną bardzo długiego pomieszczenia. - Dasz radę iść?
Zamrugał powoli. Oderwał jedną nogę od ziemi i namacał podłoże. Było gdzieś w dole.
- Nie cierpię cię - fuknęła, cofając się, by mógł oprzeć się o nią bokiem. Dopiero gdy go wsparła... nie, raczej ustawiła do pionu, poczuł, jak ciepłe i gibkie jest jej ciało. Dziwny dreszcz przeszedł go od szyi do końcówki ogona. - Czegoś się tak schlał? - mruknęła mu do ucha, odsłaniając zakryte kotarą wejście.
- Obowiązki zawodowe.
Myśli rozproszyły się, topniejąc w ciepłym poczuciu nieuchronności. Serce dudniło wszędzie naraz: w piersi, w gardle, w kończynach, rozpaczliwie, jakby nie nadążało za resztą ciała. Jej łapy poruszały się chłodno, metodycznie. Jedną przytrzymała go przy ścianie, drugą spokojnie poprawiła jego kołnierz, jakby przygotowywała go do wystąpienia, na które właśnie zapomniał słów. Potem przestał ją widzieć.
Raptem oddech urwał mu się w połowie. Nie. Niech oczy zajdą łzami, gardło ścierpnie, ale ani piśnie. Nie przy niej. Zaparł się o ścianę.
Przeciąg poruszył zasłoną. Do ich kąta wśliznęła się smużka bladego światła - na moment, byle tylko przypomnieć sobie, że na świecie istnieje coś poza ciemnością - po czym zgasła. I tak nie widział wiele, na granicy pomiędzy niedowierzaniem a senną, bezkrytyczną akceptacją. Skupił się na uniesieniu własnego ciężaru. Za kotarą ktoś coś zawołał, ktoś zakaszlał. Odgłosy dochodziły jak spod wody; obce, nieważne.
Czy to jej łapy trzymały tak mocno? Mógłby przysiąc, że jakiś cień przebiegł po ścianie, ale... to niemożliwe. Wokół panował zupełny mrok, a on sam bez oporu pozwolił mu się wciągnąć.
„Już niedługo będzie po wszystkim. Już niedługo spojrzysz jej w oczy i na głos przyznasz, jak łatwo było z tobą wygrać. Jak się czujesz, wiedząc, że droga do twojego celu staje się coraz bardziej kręta?”.
Wszystko ucichło. Tylko na chwilę otworzył oczy i odwrócił głowę w stronę kotary. Czy poruszyła się jeszcze raz, czy tylko mu się zdawało?
- Po prostu nie wierzę. - Pysk Ildiri znów wyłonił się z ciemności i oblizał wargi. - Widziałeś nasz pokój, co nie? Luksusowy. Pełna prywatność dla wszystkich wstydliwych. Zazwyczaj w końcu im to mija, ale na pierwsze razy jest przydatny. Byłam pewna, że będziesz się bronił jeszcze długo, ale zaciągnę cię tam w końcu. Typowy, biedny urzędniczyna z zapadłej dziury, co to długo rumieni się na samą wieść, że ciało najlepiej wie, czego chce. Tacy są nie do ruszenia przez pierwszy księżyc, ale wszyscy w końcu miękną. - Nie doczekawszy się reakcji, sama mówiła dalej. - A ty po prostu ni z tego, ni z owego przylazłeś i dałeś mi się zaliczyć kącie za kawałkiem prześcieradła, jak pierwszy lepszy wyrostek z karczmy. I tyle z bohatera romantycznego. - Zaśmiała się na głos. Przeciągnął się wolno, kładąc na grzbiecie.
„Na szczęście bycia bohaterem romantycznym nikt w mojej watasze ode mnie nie oczekuje”.
Wadera wylegiwała się teraz na miękkim, wełnianym kocu. Jemu pozostawiła zimną podłogę; nie szkodzi. Gdyby poczuł choć odrobinę wygody, niechybnie poddałby się i by usnął, a na to za nic nie mógł sobie pozwolić. Musiał zachować czujność. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby nigdy nie zawitał do królestwa Ildiri i jej koleżanek.
Był zły, że w jego sercu znów budzi się rytm, który - miał nadzieję - już wygasł. Znów słyszał, jak stroi swoje instrumenty orkiestra, która dawno zamilkła, pozostawiwszy je pustą, głuchą salą. Jakże to tak: przyjemnością zapełniać pustkę? Jak długo można tak żyć?
„Świetna okazja, by się przekonać”.
Pozwolił sobie jeszcze przez chwilę leżeć w bezruchu, bez sił, aby podnieść choć skrzydło. Raptownie rozbudził go dotyk na karku; delikatny i... bardzo ostrożny. Szkliwo zesztywniał i oparł się na skrzydłach.
- Co ty robisz?
- Masz takie gładziutkie pióra. - Ildiri leżała obok, podpierając łapą podbródek.
- No i?
Wzruszyła ramionami i usiadła. Dopiero teraz zauważył, jak ostre są jej pazury. Lśniły w ciemności, jakby były wyszlifowane.
- Myślałam, że jak jesteś pijany, to przynajmniej trochę złagodniejesz. A tu ten sam gbur co zawsze. Źle ci ze mną było?
- Nie przypominaj. - Na powrót opadł na ziemię i zamknął oczy. Senność była mocna, ale po raz absolutnie ostatni postanowił być od niej mocniejszy. Zbierał tylko siły, żeby wstać i opuścić świątynię zepsucia, najlepiej raz na zawsze, choć miał mętne przypuszczenie, że prędzej czy później - raczej prędzej - z wielu powodów może zjawić się w niej ponownie. Wspomnienie wspólnej nocy zdominowało wszystkie jego myśli. Mętne obrazy z półmroku stawały mu przed oczami. Echo dźwięków jednoznacznej natury wciąż rozbrzmiewało mu w uszach.
Najgorsze było to, że ledwie skończył... już miał wielką ochotę zrobić to jeszcze raz. Na samą myśl o cieple wilczycy kończyny chciały podnieść go z ziemi, a oddech zaczynał przyspieszać, przygotowując ciało do nowego wysiłku.
„Jeśli mógłbym to powtórzyć, to znaczy, że dam radę też wstać i sobie pójść”, skonstatował. Wreszcie omal nie wyszedł z siebie, dźwigając się z ziemi. Wszystko wokół znowu zawirowało w dzikim tańcu. Pogłos odległych śmiechów brzmiał jak zatopiony w bagnie.
- Gdzie idziesz? Zostajesz na noc. Nie ma opcji, żebyś w tym stanie wracał do domu - powiadomiła go uprzejmie. Nie zatrzymał się nawet na moment. - Głuchy jesteś? - dobiegło jeszcze z tyłu. Usłyszał, jak wstaje, a potem poczuł jej łapę na skrzydle. Odwrócił się z prędkością współmierną do przytomności i tylko kiwnął jej na pożegnanie. Chyba jeszcze próbowała go powstrzymać, coś tam szybko mówiła, ale nie wyłapał niczego prócz powierzchownego sensu. Po ścianie wydostał się do wspólnego pomieszczenia, potem na korytarz, aż wreszcie poczuł mroźny powiew zimowej nocy. Nad horyzontem wznosiła się już delikatna jutrzenka. Już niebawem dreptał łagodnymi zakosami, mniej więcej wzdłuż ścieżki.
Jeszcze tylko chwila. Do domu. Ale był tak bardzo śpiący. Najważniejsze, że udało się wydostać z tego podejrzanego miejsca...

Cdn.

środa, 11 lutego 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Persyflaż”, cz. 8



Tu się nie puka!


Kochany Szkliwo!
Ostatnio jestem w domu często sama i okrutnie mi się nudzi. Dlatego ucieszyłam się, jak napisałeś list. Szkoda, że nie możemy naprawdę porozmawiać, to znaczy nie pisać, tylko mówić, tak, żeby nie trzeba było czekać na listy! Jesteś fajny. Pytałeś, co opowiadał mi towarzysz Ableharbin o historii. Opowiadał, jak wybuchła wojna. Mówił, że odpowiadało za nią warcholstwo i wrogowie z daleka, którzy wysłali wilki, które wznieciły bunt. Podobno tak jest zawsze, gdy w szczęśliwej watasze wybucha wojna. Powiedział, że niektórzy mieszkańcy WSC zostali zmanipulowani, ale potem wszystkie wilki były nieszczęśliwe i marzyły o tym, żeby to już nigdy się nie powtórzyło. Wtedy on ze swoimi przyjaciółmi myślał, co zrobić, żeby wojny już nie było.

„Towarzyszu sekretarzu, może mi się zdawać... ale zakończenie wojny było sprawą naszą i starego sekretarza. A może jednak tylko mi się wydaje, co?”.

Towarzysz Ableharbin chce, żeby wszyscy się przyjaźnili, ale mówi, że my z Sasanką jesteśmy dla niego wyjątkowo drogie, bo obiecał dbać o nas jak o własne córki (chociaż jeszcze nie wiem, dlaczego. Sasanka mówi, żeby go o to zapytać, jak będzie miał fajny humor i wtedy na pewno wszystko powie). Przedwczoraj rano zaprosił nas do WWN na obiad, żebyśmy poznały jego przyjaciół z rady watahy, ale dziadek nie pozwala nam iść. Mówi, że musimy być większe, bo inaczej nakarmią nas tam propagandą. Legion też tak mówi. To mnie zasmuciło, ale Sasanka powiedziała, że i tak niepotrzebny nam jest obiad z WWN. Mówiłeś, żeby obserwować innych, więc tak robię. Zaobserwowałam, że dziadek nie chce, żebyśmy chodziły do WWN, a Legion w ogóle nie lubi, gdy mówię o towarzyszu Ableharbinie.
Ostatnio trochę się rozchorowaliśmy, ale nie martw się. Sasanka nie chorowała, a ja już jestem zdrowa.
Pozdrawiam, Prymula

Zauważył, że jej pismo stabilizuje się wraz z każdym kolejnym listem. Agrest naprawdę się postarał, ucząc ją władania piórem, czy też raczej zwęglonym polanem.
„Szkoda, że siostra najwyraźniej nie ma do tego drygu. A może jednak się uczy, ale po prostu nie chce jej się pisać do kogoś, kto jest dla nich równie rzeczywisty, jak te litery na papierze”.
Na wpół świadomie obrócił kartkę, sprawdzając, czy nie ma na niej nic więcej. Nie. To jedyny list. Agrest tym razem milczał.
Wyciągnął spod siana jedną z niezapisanych kartek i przerwał ją na pół.

Kochana Prymulko!
Dziękuję Ci za list. Fakt, że bierzesz do serca moje rady, jest dla mnie zaszczytem. Tę z pełnym przekonaniem ponawiam: nigdy nie przestawaj obserwować innych wilków. Dzięki temu dostaniesz odpowiedź na pytania, które zrodzą się z ich słów.
Proszę, nie przejmuj się obiadem w WWN. Ableharbin zrozumie, że rodzina chce poczekać z wysyłaniem Cię na wycieczki daleko od domu. Już niedługo, gdy będziesz będziesz trochę wyższa i silniejsza, łatwiej będzie wybrać Ci się na taką wyprawę. Wtedy na pewno poznasz jego przyjaciół.
Uściski dla Ciebie i całego domu,
Szkliwo

Papier zaszeleścił. Teraz leżała przed nim druga, czysta połowa.

Agrest.
W sprawie mojego przeniesienia do struktur ochrony nic się nie rusza. Nie sądzę, żeby w ogóle chcieli tam pierwszego lepszego asystenta. Do archiwum pewnie się nie dostanę. Ostatnio kręcę się w kółko i niestety nie mam żadnych nowych wieści. Niczego już nie wiem, niczego nie szukam. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co robić dalej. Proszę, porozmawiaj z sekretarzem. Niech wyśle tu kogoś innego, kto będzie miał lepsze pomysły i więcej siły, żeby odnaleźć się w tym środowisku. Nie chcę na darmo spędzić tu całego życia.
Szkliwo

Palce zmarzły mu od pisania. Trzeba było jeszcze wysłać listy.
Zima przechodziła pełen rozkwit. Śnieg stwardniał tak, że w niektórych miejscach nawet najcięższe basiory przestały się w nim zapadać, wszyscy chodzili więc po wierzchu gładkiej pokrywy jak po ogromnym jeziorze, w którym do połowy zatonęły krzewy, niższe drzewka i piwniczne okienka niektórych budynków.

Samotnie, jak wędrowiec
Tworzył swój świat
Widział wszystko, co poza nim
Żył jak pielgrzym

Za każdym razem, gdy rano przychodził do urzędu lub gdy po południu wracał do domu, musiał strząsać z kołnierza zamarznięte kropelki własnego oddechu, który na zewnątrz przybierał postać mlecznej chmurki. Mrozy trwały już tak długo, że zdążyli zapomnieć, czym było ciepło lata. Przypominało je tylko ognisko płonące wieczorami w remizie, ale nawet wtedy dreszczyk na grzbiecie uświadamiał, że to nie do końca to samo.
Gdy zostawił list nad rzeką, słońce już skryło się za odległą linią drzew, a bezchmurne niebo przybrało swój piękny, brzoskwiniowo-purpurowy kolor. Księżyc zawisł na nim już dobrą chwilę wcześniej, niczym srebrny koralik wśród bezkresu. Szkliwo zatrzymał się, żeby nacieszyć nim oczy; tylko na chwilę, żeby nie skostniały mu nogi zatopione w cienkiej warstwie świeżego śniegu. Ruszył dalej do remizy. Pozostali asystenci już pewnie tam byli.

Przechodząc przez progi
Przyjmował wszystko jak dar
Projektował tworzenie
Wewnątrz siebie

- Moi drodzy - szepnął Hapenir, nachylając się do towarzyszy. - Napisała do mnie.
- Co, kto? - Rasz położył uszy, naraz postawił je na sztorc. Znowu położył. - Chyba nie ta twoja...
- Tak. Wyobraźcie sobie, co za historia. Dziś po pracy spotkałem Ksarona, który przed chwilą wrócił z poczty. List z północy leżał tam od kilku dni i pytali, czemu nikt go nie odbiera. „Jaki list!”, pytam. A on wręcza mi... list od Epei.
- I co pisze?
- Że często o mnie myśli. Wspomina naszą dawną przyjaźń i twierdzi, że w watasze jest teraz pusto. Chce mnie odwiedzić. Porozmawiać w cztery oczy - głos brązowego wilka rozbrzmiał z ciepłym wzruszeniem.
- Oooch, brakowało nam tu zakochanego kundla. - Jego kompan przewrócił oczami. - I jak to sobie wyobrażasz? Nie może tu mieszkać.
- Gdy przybędzie, poproszę Birasta o dwa dni wolnego.
- Dwa dni, ho ho...
- Nie brałem urlopu odkąd tu pracuję! Musi mi pozwolić. Zabiorę ją do lasu. Spędzimy razem dwa piękne dni, bez żadnego pośpiechu i deklaracji. A potem pomyślę, co robić dalej. Jeśli coś miałoby szansę z tego wyjść, nie mogę udawać ślepca!
- Rozważasz w takim przypadku zrezygnowanie z pracy? - do rozmowy włączył się Szkliwo, mechanicznie obracając w palcach pusty kubek.
- Hap! No chyba sobie czegoś takiego nie wymyśliłeś? - Poszerzone ślepia Rasza nieznacznie poruszyły się na boki, jakby szukały wokół siebie niemego wsparcia.
- Nie wiem. Wszystko zależy od tego, czy będziemy potrafili... się razem odnaleźć. Tyle czasu minęło. Ona do tej pory nie myślała o mnie jak o potencjalnym partnerze. Byliśmy przyjaciółmi.
- No to co się nagle zmieniło?!
- Napisała, że odkąd wyniosła się z rodzinnej jaskini, jest zupełnie sama. I że za mną tęskni.
- A ty tak po prostu za nią polecisz. No nie wiem, jakoś mi ten jej list pachnie dobrze sfermentowanym winem.
- Przestań. Ona nigdy nie wzięła alkoholu do pyska.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. - Naburmuszony basior pociągnął nosem i z gniewnym grymasem otarł go wierzchem nadgarstka.
- A w zęby chcesz? - Hapenir zerwał się z miejsca. Jego przyjaciel wstał również, choć wolniej, z nieuchwytnym wahaniem.
- Co, ze mną chcesz się lać, cherlaku? Rozum ci odjęło?
- Ale chłopaki, przestańcie. - Szkliwo poruszył się, powstrzymując mimowolne pragnienie rozdzielenia ich skrzydłem. - Wszystko się wyjaśni, gdy się spotkają.
- No, to kiedy się do ciebie wybiera? - mruknął Rasz, tym razem już bez kpiny.
- Jutro lub pojutrze ma być u nas listonosz z północy. Napiszę jej, że będę czekać o każdej porze dnia i nocy.
- Ech, idź do diabła z tą swoją miłością. - Zapchał pysk pierwszą rzeczą, którą zdążył złapać ze stołu. Okazała się nią kość pełna świeżego szpiku.
- No dobrze... Pójdę pograć w karty. Może i w tym będę mieć dziś szczęście! A wy?
- Tak, tak, idź popatrzeć, jak rozwalają sobie łby za lewe asy. - Płowy wilk porzucił niedojedzone danie i również podniósł się na nogi. - Nasi obiecali dziś rozwalić zachód. Już widzę, że polecą kłaki. Ja tam idę spać, bo jak jeszcze raz mnie Birast złapie na tłuczeniu Zebkina, to nie będzie miło. A ten baran będzie szukał guza, jak nic. Trudno, wracam do domu. - I powlókł się w stronę wyjścia. Pozostała dwójka popatrzyła za nim.
- Przejdzie mu - stwierdził Hapenir. - Przez tyle czasu byliśmy tu we dwóch. Zresztą! Chętnie zostanę, jeśli z Epeą nie wyjdzie. Albo jeśli jakimś cudem udałoby mi się ją tu sprowadzić.
- Tylko mnie tu nie zostawcie samego - odrzekł skrzydlaty, choć obawa nie zakorzeniła się w jego sercu szczególnie głęboko. Lubił ich, najbardziej za to, że już zdążył ich poznać. Ale pracy u inspektora nie było aż tyle, żeby musiała być dzielona między trzech, a i perspektywa błogiej ciszy w domu asystentów, bez sprzeczek czy półżartobliwych wyzwisk, była bardzo kusząca. Niestety, niezbyt realna. - No cóż, też już pójdę. Do jutra.
Miał nadzieję, że Rasz jest już daleko, ale ten sunął przez remizę jak ślimak i nie było możliwe uniknięcie jego towarzystwa bez zwracania na siebie uwagi. Ptak bez słowa zrównał z nim kroku.
- A ty co, ten biznesmenik od szachów nie zaprosił cię dziś na partyjkę? - Basior rzucił mu zblazowane spojrzenie.
- Nie sprawdzałem. Miał gdzieś wybyć w interesach.
- Aha - skwitował. Minęli wyjście z sali, a na korytarzu owiał ich zimny przeciąg. - No to zostaniemy we dwóch kawalerów.
- Jeszcze nikt tak nie mówi.
- Miałem nadzieję, że zapomni o tej lasce, ale mówi się trudno.
- Może, jeśli odejdzie, przyjmą kogoś na jego miejsce.
- Nie chcę żadnego nowego na jego miejsce. - Wilk skrzywił się. - Wiesz, ile lat my jesteśmy przyjaciółmi?
- Wspominał mi o tym.
- Ale co mi tam! - Wyprzedził go o kilka susów. Śnieg zachrzęścił, a lodowe drobinki posypały się naokoło. - Powinienem był wypić więcej wina! - zawołał, otrzepując się dla rozgrzania na mroźnym wietrze. Towarzysz, podążając za nim, tylko szczelniej okrył się płaszczem. Nagle zwolnił i przystanął.

Połam, skrusz wszystkie te ściany
Za plecami płoną mosty
Jestem przewodnikiem, prowadzę - idź
Za mną moja historia

Widok nie był niczym niezwykłym. Ot, góra zwiotczałych mięśni i futra, leżące na poboczu ścieżki wydeptanej w białej masie. Niejeden był już taki, któremu przysnęło się tak mocno, że został wyrzucony z remizy przy sprzątaniu biesiady. Jeśli nie zbudził się i na noc nie zdołał doczołgać się do domu, nazajutrz mogła czekać go nieprzyjemna niespodzianka w postaci zakończenia pracy w Najwyższej Izbie Kontroli Leśnej. W urzędzie nie tolerowano kłującego w oczy uzależnienia; spanie na ulicy traktowano jako najpodlejszy przejaw utraty kontroli nad nałogiem, który, tak powszechny i tak oswojony w tym miejscu, nie znał wielu granic, oprócz tej właśnie: demonstracyjnej, wyznaczonej dumnie i stanowczo przez najwyższych urzędników.
Wilk spał jak zabity. Wokół jego warg i na wibrysach osiadł szron. Szkliwo obszedł go dookoła, ze szczególną uwagą przypatrując się żebrom.
- Ciekawe, ile czasu tu leży. Przymarzł do ziemi - stwierdził, dostrzegając, że sierść przykleiła się do warstwy śniegu. Skrzywił się lekko. Że też akurat oni musieli w niego wdepnąć.
- Pewnie niedawno przylazł. - Rasz wzruszył ramionami. - Taki naprany raczej nie wyszedł przed kolacją.
- Pomóż mi, weź za przednie łapy. Mimo wszystko trzeba go wnieść z powrotem do środka.
- Chyba żartujesz! Ja tego trupa nie tykam. Co chwila leżą tacy przy drodze. Jutro dostanie wilczy bilet od swojego inspektora i skończy się wielka przygoda w Najwyższej Izbie.
- Tylko że dziś jest nie minus pięć, tylko minus dwadzieścia pięć, a on jest kompletnie pijany. On jutro już niczego nie dostanie.
- A co, masz w dziobie termometr? Weź, nie pajacuj. Idziemy. - I bez słowa ruszył przed siebie. Pod jego łapami rozległo się dynamiczne skrzypienie. Ptak odetchnął ciężko, czując, jak mroźne powietrze drapie go w gardło.
Stanął na jednej nodze, a szponami drugiej chwycił łapę leżącego. Sierść była lodowata, zesztywniała, jakby przymarznięta do kości. Ścisnął z całej siły. Pazury weszły głębiej niż planował; dotarły do strefy podskórnego ciepła. Pociągnął. Chrzęst gniecionego śniegu zmieszał się z trzeszczeniem odrywanego od niego futra. Głowa basiora obróciła się bezwładnie. Szkliwo zacisnął szczęki i przez chwilę walczył z ochotą wbicia pazurów jeszcze głębiej w nieruchomą kończynę. Zamiast tego szarpnął gwałtownie, jednym ruchem wyciągając ciało z dołka.

Jak woda o kamienie
Rozbijałem się
Nie znajdując przystani
By zarzucić kotwicę

Wtem pośpieszne kroki rozległy się raz jeszcze, zbliżyły szybko i ucichły tuż obok.
- Patałach jesteś - warknął Rasz, z głośnym pacnięciem łapiąc za drugą łapę denata.
- Dzięki - mruknął skrzydlaty prawie bezgłośnie.
Przenikliwy wzrok strażnika powitał ich z powrotem przy wejściu.
- Przepraszam, czy można go zanieść do sali? On zamarznie, leżąc tu do rana. - Żuraw wyprostował się z ulgą i rozciągnął grzbiet. Wilk uniósł jedną brew.
- Zaraz będą wszystko sprzątać i znowu go wywloką. Jeszcze mnie będą do tego wzywać. Nie ma spania na sali. Tam muszą wszystko na jutro przygotować, a nie skakać po trupach!
- To może chociaż w korytarzu go położymy?
- Chyba kpicie, żeby ktoś sobie po ciemku nogi na nim połamał?!
- W takim razie co mamy z nim zrobić?
Strażnik wzruszył ramionami, taksując nieprzytomnego przez całą jego długość.
- On wygląda, jakby już tu nie pracował.
- Zlitujże się, może i nie, ale niech chociaż żywy stąd wyjdzie! - Ptak ponownie zacisnął szpony na bezwładnej łapie. Rosły basior przez chwilę nie odpowiadał i nie było jasne, czy zamierza jeszcze cokolwiek dodać. Wreszcie nieznacznie skinął głową.
- Możecie go zabrać do dziewczyn. Może jakby się obudził, to któraś by go wzięła - po tych słowach odsunął się o krok od przejścia i łapą wskazał na korytarz tonący w mroku.
Wtaszczyli ciało za próg.
- Dobra, jak chcesz, to baw się w to sam - rzucił Rasz, strzepując ze swojej nogi ostre okruchy lodu. - Ja idę do domu. Laski są za tamtymi drzwiami, kocie. - Mimo zmęczenia na pysku, jego brwi uniosły się dyskretnie, markując coś na kształt przewrócenia oczami. Gdy odwracał się na pięcie, w blasku księżyca ostatni raz dało się dostrzec jego podpuchnięte powieki.
- Dzięki - powtórzył Szkliwo, omijając leżącego pośrodku podłogi basiora. Ten zamruczał coś pod nosem.
Z początku nikt nie odpowiadał na pukanie. Drewniane drzwi z prostym, schludnym rzeźbieniem stały cicho i spokojnie, jakby niczego za nimi nie było. Stuknął jeszcze raz, trochę mocniej. Gdy wahał się pomiędzy próbowaniem po raz kolejny, a wtargnięciem do środka, wreszcie zamek trzasnął, a do korytarza wlało się słabe światło.
- Ach, a kogo my tu mamy! Wchodź. Tu się nie puka! - Wadera, której nie znał, zaśmiała się beztrosko, słodkim, dziwnie kontrastującym z jej potężną sylwetką głosem. Gdy usiadła na tylnych łapach, końcówki jej uszu prawie dotykały framugi, a klatka piersiowa przypominała napompowany z najwyższym staraniem balon.
- Ja kolegę przyprowadziłem. - Kiwnął głową przez ramię. Zmrużyła oczy, wychylając się dalej w ciemność.
- Ojej. On chyba bawi się dziś inaczej.
- Weźcie go, proszę. Okropnie zimno dziś na dworze. Nie przetrzyma.
- My tylko przytomnych obsługujemy - odparła niespodziewanie sucho.
- Jest może Ildiri?
- Sprząta po kolacji chyba. - Obejrzała się za siebie, wiodąc wzrokiem po najwyraźniej całkiem sporym pomieszczeniu, po czym wydarła się, na ile tylko gardło pozwalało: - Ildiri!!! Chodź tutaj! - Ściszyła głos. - Jakiś szmaciarz do ciebie.
Druga, mniejsza sylwetka pojawiła się w drzwiach. Gdy przystanęła, jej ruchy zwolniły. Grzbietem oparła się o ścianę, przednie łapy skrzyżowała na piersi. Na jej pysku, otulonym światłem odległego płomienia, zagościł krzywy uśmiech.
- No proszę. Co to się stało?
- On się stał. - Ptak wskazał na basiora, który chrapał teraz w najlepsze. - Uchlał się na umór. Albo będzie leżał przy drodze i zamarznie, albo weźmiecie go do siebie.
- My nie bierzemy nieprzytomnych.
- Chcesz, żeby zdechł na mrozie? Chyba znajdzie się tam jakiś kąt, w którym mógłby przenocować.
- Znajdzie się, nawet cały pokój. - Skrzyżowane łapy z dumą poprawiły pozycję. Uśmiech wadery poszerzył się, oczy za to zwęziły. - Ale już mówiłam, nie przyjmujemy zgonów. Potem taki padnie i jeszcze będzie na mnie. Albo nawet gorzej, koc zasika.
- Zresztą wszystko jedno. Ja swoje zrobiłem. Trzeba było pilnować się z winem. - Żuraw poprawił płaszcz na piersi i cofnął się o krok, uważając, żeby nie nastąpić na którąś z wyciągniętych nóg. Ildiri westchnęła ciężko i donośnie, kątem oka upewniając się, że zwróciła tym jego uwagę.
- No, chodź tu z nim. - Wyraz jej oczu złagodniał, choć lekki uśmiech nadal przyozdabiał wargi. - Chodź, sama go nie wniosę. Ale może ci z tym czołgiem pomogę, ciężki chyba jest, nie? - dodała, w kilku mgnieniach przenosząc wzrok to na rozmówcę, to na rozłożonego na ziemi basiora.
- Nie ma potrzeby - mruknął, chwytając za tylne nogi. Sprawnie ukrył zadyszkę, powoli przesuwając wielkie ciało po podłodze.
Gdy tylko minęli uchylone drzwi, uderzył w niego silny zapach nieznanych mu do tej pory ziół. Hałas był nie do opisania. Po drugiej stronie sali kilka wilczyc prowadziło głośną dyskusję, ale nawet po części nie maskowało to jęków i trzeszczeń dochodzących zza grubej, szarej, podzielonej na wiele furkoczących części kotary, ciągnącej się przez całe pomieszczenie. Było ono wyjątkowo długie, ale nie dorównywało pod tym względem hali, w której odbywały się codzienne uczty. Ponieważ budynek remizy był niewyszukanym prostokątem, łatwo można było wywnioskować, że gdzieś w głębi kryją się jeszcze jakieś drzwi.
- Tu go daj. - Ildiri zatrzymała się i przez chwilę miętoliła w łapie kawałek zasłony. Zanim jednak Szkliwo przytaszczył denata na miejsce, w zamyśleniu napięła wargi, nad czymś jeszcze rozmyślając. Puściła kotarę i ruszyła dalej. - Nie. Chodź tu. - Jej ogon poruszył się gibko, gdy podeszła do grupki śmiejących się wilczyc, przesiadujących w przyjemnie urządzonym i oświetlonym pochodnią kąciku. Miejsce było duszne, małe, ale bezsprzecznie znajdowało się pod czyjąś troskliwą opieką. Pośrodku stał biało-niebieski wazon, a w nim bukiet suszków. Wokół walały się poduszki, zwleczone chyba z całej wsi. Za kącikiem widoczne były jeszcze dwa pomieszczenia: jedno z drzwiami i jedno bez nich. - Fijka, potrzebuję pokoju - oznajmiła przewodniczka. Zdyszany, podniósł wzrok, szukając wywołanej wśród pozostałych. Wadera była wyraźnie starsza od reszty i, podobnie jak niejeden inny mieszkaniec siedziby głównej NIKL-u, zamiast chodzić, toczyła się na swoich nieproporcjonalnych do brzucha nóżkach. Bez ani jednej emocji na pysku mrugnęła przyzwalająco i, nie zaszczycając nietypowych gości nawet spojrzeniem, wróciła do przejmującej wymiany zdań. Ildiri poprowadziła dalej.
Oto i tajemnicze drzwi. Identyczne jak te w korytarzu, z ciemnego drewna, z wyrzeźbionym pionowym rzędem prostokątów. Szczelnie zamknięte.
- Właź. - Ustąpiły, gdy popchnęła je bez kurtuazji. - Zostaw go pod ścianą.
Pokój był cichy i zaopatrzony jedynie w górę słomy, leżący na wierzchu, pomarańczowy koc oraz trochę starych szmat. Jedno, duże okno wyglądało prosto na ośnieżoną równinę. Gdzieś bardzo daleko majaczył las.
Wilczyca zatrzymała się na środku pomieszczenia i przeciągnęła bez pośpiechu, jakby szykowała się długa rozmowa. Wreszcie odwróciła się i zaczęła obserwować, jak żuraw układa wilka na boku i porządkuje jego porozrzucane na wszystkie strony świata kończyny.
- Samotny rycerz. Jakie to typowe - wypluła słowa z chłodem, który w jej głosie zadźwięczał niespodziewanie, niczym spleciony z nicości. - Zamknął się w swoich ideałach i zapomniał o życiu. Wiesz, co jeszcze jest typowe?
- No, słucham. - Podniósł się z ulgą.
- Ten twój ból istnienia. Prawie jak z jakiejś ballady.
- Doprawdy? A czuję się bardziej jak lis, nad którym zawaliła się nora.
- Całkiem romantyczne.
- Chyba inaczej rozumiemy to słowo.
- Nie wierzę, że ta historia ma skończyć się tak żałośnie. Zawsze serce takich romantycznych bohaterów komuś w końcu udaje się wypełnić. Inaczej to głupie i nie ma sensu.
- Zatem to głupie. Ale to nie książka, Ildiri. - Ptak westchnął. Nie chciał się na nią gniewać. Zakładał, że jej słowa nie wynikały ze złej woli. Robiła tylko to, co nakazywała praktykować z oddaniem myśl przewodnia jej pracy. Poza tym była jedyną osobą, która zgodziła się jednak udzielić pomocy potrzebującemu. - Doceniam twoje chęci, ale moje serce naprawdę jest już pełne. Po prostu jest puste. - Zmarszczył brwi, naraz zrozumiawszy, co powiedział. Wilczyca zachichotała.
- Lubię cię - stwierdziła.
- Ja... też cię lubię. - Potarł dziób brzegiem skrzydła, bez pomysłu, jak zareagować na takie wyznanie. - Będę się zbierać. Jestem strasznie zmęczony.
- Och, doprawdy? - Wolne kroczki przybliżyły ją do drzwi, jakby miała nad nimi pełną władzę. - Przecież mówiłam, że nie przyjmujemy zgonów. Na pewno mnie z nim nie zostawisz.
- Oczywiście, że zostawię - mruknął, jeszcze raz omiatając wzrokiem pomieszczenie. - Właśnie go przyjęłaś.
- Przyjęłam ciebie. Każdy może tu przynieść ze sobą, co chce. Nawet nieżywego kolegę. Wiesz, ja nie oceniam.
- On żyje. - Ich oczy spotkały się, gdy wadera stanęła tuż przed nim. - Być może dzięki tobie. A teraz wybacz, nie chciałbym popychać kobiety.
- Nie krępuj się. Ta słoma jest taka miękka - zniżyła głos. Nawet nie spuściła wzroku, gdy jej łapa znalazła się na jego kołnierzu.
- No cóż. - Jego palce oplotły się wokół nogi ściskającej materiał. Pociągnęły na bok. Dopiero w połowie ruchu myśli wilczycy nadążyły za jego zamiarem. Zanim zdążyła uczepić się go z powrotem, wylądowała w słomie.
Długie pazury zaskrobały we wnękę okna... i już był po drugiej stronie. Przeszywające powietrze otrzeźwiło go od razu. Księżyc świecił tak jasno, że malował na śniegu splątaną sieć nagich gałęzi.
- Cholerny idiota! Co ja z nim teraz zrobię?! - Wadera dopadła do okna. - Będę miała przez ciebie kłopoty!
Jego szpony mimowolnie wbiły się w śnieżną pokrywę. Odwrócił się z cieniem wahania.
- Jak wytrzeźwieje, wyjdzie na własnych nogach i nikt się nie zorientuje, że był pijany. W razie czego powiesz, że ten drugi musiał zniknąć przed końcem - rzucił. Ildiri zamarła na moment, po czym obiema łapami uderzyła w oścież. Dopiero po chwili mięśnie na jej pysku zaczęły powoli się rozluźniać.
- Głupi jesteś. Wiesz? - zawołała, głosem, który wreszcie zaczął przypominać jej zwyczajny, nieco zmanierowany przez wieczne znużenie.
- Tak, już słyszałem. Nawet nieraz. Dziękuję ci za pomoc.
- Nie ma za co - burknęła, znikając w cieniu pokoju.

Przechodząc obok
Widzisz - jestem bez maski
Prawda nie zabiła
Uczyniła silniejszym

Gdy dotarł do domu, po chatce roznosiło się już słodkie chrapanie współlokatora. Najwyraźniej jemu też nie zaszkodziło trochę odpoczynku od codziennego szaleństwa w remizie.
Ostatnio coraz więcej ich asystenckich obowiązków było związane z utrzymaniem swojego pokoju oraz gabinetu Birasta w jakim-takim porządku. Prawie codziennie spadała cienka warstwa nowego śniegu, który należało wygrzebać z pęknięć w murze i wymieść na zewnątrz. Prowadzili nierówną walkę z przeciągiem, który hulał po korytarzach i wdzierał się do pokojów, robiąc zamęt w gęstwinie stosików dokumentów. Próbowali kłaść na nich kamienie, wiązać sznurkami, ale za każdym razem jakaś niepokorna kartka oddzieliła się od reszty i powędrowała po przygodę. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że inspektor za nic miał trud swoich podwładnych, nigdy nie chowając uzupełnionych papierów na ich miejsce. Zaginione pisma były już na porządku dziennym. Jednego z kolejnych dni nastąpiło nawet lekkie spięcie ogólnogabinetowe.
Szkliwo wracał akurat z sekretariatu, niosąc plik podpisanych kart założonych petentom. Bokiem ominął stojącego w wejściu do ich pokoju, malutkiego, lecz okrągłego, szarego wilka o krótkim pysku i wysokim czole, który właśnie wykłócał się o coś z Raszem. Żuraw znał go tylko z widzenia.
- Tak nie może być! - zawołał gość, wymachując ściskaną w łapie kartką. - Gdzie są te dokumenty, pytam się? W zeszłem tygodniu poszły do biura Żamichy, a potem miały pójść do was!
- Nie dostaliśmy żadnych regulaminów! - Rasz wyciągnął szyję, by krzyknąć mu prosto w pysk. Po jego rozszerzonych powiekach łatwo można było odgadnąć stan jego uczuć, cienko graniczący z rękoczynem.
- Kto ma ich teraz szukać, może ja?
- Może ty!
- Poczekajcie. - Hapenir wysunął się zza biurka inspektora. - Te dokumenty ostatnio były u Żamichy? A jej pytałeś?
- Nie pytał! - warknął jego przyjaciel. - Od razu do nas przyleciał z pretensjami.
- Pytałem! - huknął mały wilk. - Tydzień temu powiedzieła nam, że teraz wasza kolej!
- Mam propozycję. Rasz, przetrząśnijcie ze Szkliwem cały nasz pokój. Ja poszukam tutaj. Denuvelin, ty pójdź do niej i spróbuj jeszcze raz sprawdzić, gdzie mogły zostać wysłane, albo, może, czy wcale nie zostały przekazane dalej.
- Wariacie, wiesz, ile to roboty? - syknął drugi asystent. - My ich na pewno nie mamy. Nie widziałem żadnych regulaminów na oczy.
- Mimo wszystko upewnimy się, dobrze? Den, możesz nam pomóc i powiedzieć w sekretariacie, że wszystko wskazuje na to, że dokumenty nie zostały wysłane dalej?
- Wyście je zgubili, to sami z nią rozmawiejcie!
- Myśmy ich raczej nie zgubili, bo nikt z nas ani przez chwilę nie miał ich w łapach. Sprawdzimy tu wszystko i zobaczymy. I proszę. „Rozmawiajcie”, nie „rozmawiejcie”. „Powiedziała”, nie „powiedzieła”. Ranisz moje uszy. - Muzyk powoli położył po sobie duchowo pokrzywdzone narządy. Denuvelin burknął pod nosem krótkie „Niech będzie” i odszedł bez pożegnania.
- To wrobiłeś nas w remanent. Dziś będzie długi dzień. - Rasz skrzyżował łapy na piersi.
- Ale przynajmniej wszystko sobie posprzątamy. Miałem inne wyjście? Inaczej by sobie nie poszedł, a musimy jakoś udowodnić, że nie dostaliśmy tych dokumentów.
- No dobrze już, dobrze! My z dziobakiem zmieniamy lokal. Wiesz, gdzie nas szukać.
Praca zdawała się nie mieć końca. Milczący, zmęczeni i głodni, poprosili o jeszcze po dodatkowym kubku mleka, które potem z mniejszym lub większym smakiem wypili.
- Jak ten ćwok przyjdzie, powiedzieć nam, że jego durne regulaminy znalazły się u Żamichy, dostanie ode mnie w nos - fuknął płowy wilk.
- Nie denerwuj się! - odpowiedział mu głos z drugiego pokoju. - Jeśli Denuvelin nie wrócił, to znaczy, że nie mają tych dokumentów, czyli albo musza być gdzieś u nas, albo poszły do kogo innego, a to już nie nasza wina.
Wrócili do domu później niż zwykle, ale wciąż na tyle wcześnie, by mieć chwilę na odsapnięcie przed wyprawą do remizy. Szkliwo wdrapał się po schodach i wyciągnął na sienniku, by rozprostować grzbiet zmęczony pochylaniem się nad dokumentami.
Początkową ciszę przerwał pojedynczy, skrzypiący dźwięk. Potem drugi, a potem cała harmonia. Zawsze tak zaczynał się popołudniowy koncert. Choć świerszcze zniknęły po pierwszych mrozach, ten jeden nie schodził z posterunku. Szkliwo lubił, gdy wilk grał. Udawało mu się wydobyć ze skrzypiec zarówno niskie, głębokie tony, jak i pełną życia, radosną melodię.
Zszedł na dół i przystanął pod piecem, opierając się o gładkie, zielonkawe kafle.
- Co teraz tworzysz?
- Chciałbym skomponować coś tylko dla niej - oznajmił, nie przestając przesuwać smyczkiem po strunach. Raptem przerwał, a drewniane pudełko jęknęło. - Hej, Rasz! - zawołał. - Twoja prababcia słucha z nieba i kręci głową z wielkim rozczarowaniem!
- Czego słucha? - Ptak kątem oka zerknął na wyjście. Choć nie widział drugiego wilka, który znajdował się na zewnątrz, mógł domyślić się, że nerwowo przestępuje już z nogi na nogę, obserwując znajomych z innych domów, którzy powoli zaczynają wyruszać na kolację.
- Jak zwykle wyklina nas pod nosem za swój wilczy apetyt. Jeszcze sąsiedzi usłyszą i pomyślą, że asystenci Birasta to jakieś bagno.
- Ej, gumowe ucho! Wypchaj się sianem! - odkrzyknął Rasz gdzieś z podwórza.
- Czasami naprawdę mam go dosyć - podsumował skrzypek i ponownie przykleił swój instrument do podbródka. - Ale podobno muzyka łagodzi obyczaje. To mu to zagram od nowa. - Zachichotał z iście wężową perfidią.
Skromny koncert jednego muzyka rozpoczął się jeszcze raz. Utwór był prosty, ale wolne, płynne dźwięki niosły ze sobą cały bagaż niewypowiedzianych słów. Szkliwo słuchał do końca.

Uspokój się.
Najmilszy, chciałbym ci pomóc, nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo! Niestety nie mam jak porozmawiać teraz z sekretarzem. Wybacz też, że ostatnio nie zdołałem napisać do Ciebie listu, który wyjaśniłby ten cały harmider. W watasze znowu panuje epidemia. Nie wiem, czy VCIG zmutował, czy to jakieś inne, nowe parszystwo. Delta mówi o tym: nalotnik gardła. Siedzimy w jaskiniach i modlimy się, żeby się od tego uchować. A raczej inni siedzą. My z Nymerią już chorzy. O swoje szczeniaki się nie martw. Wszystko z nimi w porządku.
Agrest.

Pierwszy od wielu dni list, suchy i techniczny, opatrzony opasłym krzyżykiem z kategorii „A teraz wracaj do roboty”, rzeczywiście brzmiał zupełnie jakby jego nadawca walczył z silnym bólem głowy. Szkliwo dwa razy upewniał się, czy oprócz tego świstka znalezionego nad rzeką nie ma jeszcze czegoś na poczcie, ale tam stanowczo odesłano go do wszystkich diabłów.
„Nalotnik gardła? Pierwsze słyszę”. Opuścił kartkę, a jego wzrok powędrował w stronę okna. Przez chmury przebijało się łagodne słońce. Ulica była pusta. Tylko gałęzie rozłożystej śliwy tańczyły z lekkim wiaterkiem. Przyszło mu na myśl, że odkąd jego zmory urządziły sobie wspólną wycieczkę do jego głowy, wszystko dziwnie ucichło. Bywały już takie chwile. Zazwyczaj nie znaczyły nic ponad zawiedź kolejnego nawrotu, ale postanowił korzystać ze spokoju, dopóki tylko miał możliwość.
Poczuł, że tym razem to on jest daleko od kłopotów i było mu z tą myślą bardzo dziwnie. Siedział w oknie i oglądał chmury, podczas gdy jego bliscy walczyli z zimową epidemią.
„Trzymaj się, Agrest. Walcz, staruszku. A dla Delty sił...”.

Cdn.