środa, 4 lutego 2026

Od Saży - ,,Pachnidła"

Saża usiadła pośród świec naprzeciwko „lustra”: kawałka potłuczonego zwierciadła o ostrych krawędziach, trzymającego się w pionie cudem, bo położonego na kilku gwoździach zmyślnie wbitych w drewnianą ściankę. Powierzchnia była opalcowana i pokryta cienką warstwą kurzu, przez co widziała w nim tylko ducha samej siebie. Chuchnęła i wytarła je kawałkiem szmatki. Jej bursztynowe oczy zmrużyły się, oblizała białe zęby, przyklepała kosmyk na głowie. Piękna jak zawsze.
- Udało mi się zdobyć trochę wody różanej.- Usłyszała szept po jej lewej, odwróciła się do koleżanki.
- Naprawdę?-Wybałuszyła oczy.- Skąd?
Linami Wzruszyła ramionami, ciesząc się tą chwilą podziwu.
- Tydzień temu Hapenir dostał całą noc ze mną. Myślisz, że by odmówił?
- Toś se wypatrzyła.- Prychnęła. - Mówisz to, żeby mi napsuć krwi czy zamierzasz się podzielić?
Nami coś tam mruknęła, ale wyciągnęła flakon z woreczka. Zwykła przezroczysta, okrągła buteleczka z mętnym płynem i kilkoma płatkami róż w środku. Odkorkowała ją i przytykając palcem otwór, obdarowała Sażę kilkoma kroplami drogocennego płynu, jakby kropiła święconkę na Wielkanoc. Kwiatowy aromat wpadł im do nosów.
- Noo, nawet lekko czymś tam zalatuje.- Saża pokręciła głową żartobliwie.
- Spadaj.- Zakorkowała flakon.- Już nic ci nie dam.
Zaśmiała się w odpowiedzi, a ciało naturalnie się o nią oparło.
- Też mam plan coś upolować.
- A co?- Linami zaczęła szperać w woreczku.
- Mydło.-Szepnęła rozmarzona.
- Pff, to ugotuj smalec z popiołem, też mi halo.- Przejechała sobie futro woskiem pszczelim ze słoiczka.
Nie takie, aromatyzowane. Może lawendowe?
- Ta i co jeszcze, puder z dupy królowej?
- Nami!- Pchnęła ją, żeby się opanowała.
Zwykłe Szare mydło nie maskuje tak dobrze zapachów. Wadera mogła się dwukrotnie szorować do czerwonej skóry, a nadal czasami ten nieprzyjemny smród potrafił zostać na futrze. Każdy klient miał swój zapach, każdy tak samo paskudny.
- Daj mi znać, jak ci się uda.- Koleżanka uśmiechnęła się do niej już nieco bardziej serdecznie i objęła ramieniem.
Za plecami usłyszały stukot nienaturalnie długich pazurów: Ildiri przyszła na swoją zmianę. Rzuciła im tylko przelotne, beznamiętne spojrzenie i zawędrowała do sobie podobnych nieco starszych wader, by wymienić parę plotek. Saża zaczęła szeptać.
- Te jej szpony są…
- Potworne? - Linami skrzywiła usta.
- Piękne. - Westchnęła.- Nie wiem, skąd ona ma środki, żeby je sobie tak ostrzyć, ale bałabym się zostać z nią w jednym pokoju. Poderżnęłaby mi gardło małym palcem.
- Nie dziwie jej się, jakbym kończyła z tymi wariatami w ciemności to też bym wolała mieć sposób na samoobronę.
Starsi urzędnicy, znużeni miesiącami rozpusty wolą podkręcać swoje…doświadczenia dla własnej satysfakcji, która z każdym kolejnym razem prosiła o coraz to mocniejsze bodźce. Ostrzegano ich szczególnie przed kilkoma takimi. Saża nie była pewna, ale według kilku plotek, szpony- szpile Ildiri nie były tylko i wyłącznie na wypadek obrony, a stanowiły „cenny dodatek przy spotkaniu”, cokolwiek to miało znaczyć. Nie puszczą Saży do nikogo wyżej postawionego właśnie z obawy o jej życie. Dopóki nie wyrobi w sobie podstawowych umiejętności, Ildiri pozwala jej chodzić tylko i wyłącznie do pospolitych urzędasów i pierdzistołków, którzy byle perfum czy kostkę mydła muszą załatwiać tygodniami. Kontakty z przewodniczącymi dają dużo większe możliwości, ciaśniejszą ochronę, czy patronat w sprawach prywatnych. Wszystko ma jednak swoją cenę.
Za ścianą słychać było coraz głośniejszy gwar towarzystwa. Kolacja powoli się rozkręcała.
- Nie za wygodnie wam?- Stukot szpil o podłogę akompaniował słowom.- Zmykać, piękniejsze nie będziecie.
- Już.- Brązowa swoje ruchy wykonywała w lekkim pochyle, żeby nie zrównywać spojrzeń z opiekunką. - Czy mam coś dzisiaj przekazać?
- Tak.- Ildiri wyciągnęła zgiętą na pół drobną karteczkę.- Cehir. Tylko dyskretnie kochanie. I bez wypytywania o nic.- Ujęła jej twarz między szpony, żeby w końcu spojrzała jej w oczy.- Rozumiemy?- Była niewyobrażalnie delikatna, jakby zaraz miała położyć na jej usta czuły pocałunek. Lata praktyki.
Młodsza pokiwała posłusznie łbem, pomimo,iż wiedziała, że kłamie. Uścisk rozluźnił się.
- Dobrze. I jak zwykle, uważajcie na siebie.- Wysoka rzuciła na pożegnanie, to samo jak co dzień, jak mantra wieczora.
***
Saża szybko wypatrzyła swój cel, jak siedział przy stole przy oknie, wcinając jakiś barani udziec. Zakręciła się za jego krzesłem i oparła jedną łapą o stół, jakby coś ją nagle zmęczyło.
- Och, co za noc!- Jęknęła.
- Jeszcze nie świta, Saża złotko, co ci? - Pir jak zwykle mówił pierwszy.- Może się napijesz?
- Przecież wiesz, że wódki nie lubię. - Jakby od niechcenia oparła się o bok Cehira po swojej lewej, nadal nie odrywając wzroku od Pira.
- O to się nie bój, mam coś specjalnego.- Nalał jej kieliszek jakiegoś czerwonego płynu i popchnął jej przez stół.- Była dostawa.
- Złapała za nóżkę, przyjrzała się przeźroczystej cieczy pod światło i golnęła do dna. Ciekawy aromat przepchnął się jej szturmem przez gardło, chociaż nie palił jak wódka. Delikatnie musował, był kwaśny, goryczkowaty, może słodki. Zatkała usta łapą z wrażenia i wypuściła powietrze przez nos.
-Haha!- Pir nachylił się przez blat i poklepał ją po plecach.- Musisz puścić pyskiem, jak ma nie piec. No już, oddychamy.
Zaśmiała się i chuchnęła mu prosto w nos. Lubiła go. Miał takie przyjemne, ciepłe, a jednocześnie odważne oczy. Zawsze się uśmiechał jak tylko wchodziła do pokoju i zawsze potrafił jakoś sklecić rozmowę z byle czego. Jaka szkoda, że nie kierują do niego więcej wiadomości...
- Dzięki.- Wróciła na swoje miejsce i przetarła pysk.- Naprawdę dobre, skąd to masz?
- Prezent od…kogo? Cehir?
- Nieważne. Ważne, że smakuje.- Basior nagle się spiął, czując, jak waga rozmowy przesuwa się boleśnie na niego, odzywał się urywkowo i przecedzał słowa.
- Masz rodzinę gdzieś stąd? To od nich?- Saża skupiła się na nim, dziękując w duszy, że rozmowa tak naturalnie skierowała się ku niemu.
- N-nie, znajomego. Coś sobie tam tłoczy czasami, owocowe głównie.- Jego spojrzenie uciekło spłoszone na talerz.
- A to szkoda, że się tak rzadko odzywa.- Głaskała go ogonem po łapach.- Ogródek ma?
- Ta, całkiem spory. Dlaczego pytasz?
Oparła mu pysk na ramieniu, kierując słowa prosto do ucha
- Szukam ziółek. Zwykłych, lawendy, rumianku, no wiesz, na mydło. - Ich cicha rozmowa pośród gwaru stała się nagle prywatna, pomimo, że wszyscy mogli patrzeć.
- O tej porze roku to trudna sprawa…musiałby mieć już ususzone.
- Zaraz ja tu uschnę- Mruknęła prosząco. Spuściła spojrzenie na jego rozedrgany w emocjach nos. Wciągał łapczywie zapach róż, zaraz go rozniesie.
Kątem oka widziała, jak Pir nie rusza się ze stołka. Czuła całą sobą jaką zawiść posyła w ich stronę. Nie chciała odpowiadać mu spojrzeniem, nie chciała, żeby widział żal i przeprosiny w jej oczach, to by nic nie dało. Przepraszać, jednocześnie nadal klejąc się do tego idioty obok, godne socjopaty.
- Cehir, opowiedz mi więcej o tym ogrodzie. - Pociągnęła go trochę zbyt bezpośrednio, że aż podskoczył, ale nie protestował. Uciekła od stołu i ukryła ich gdzieś w korytarzu. Chciała to już mieć z głowy.

***
Mroźny poranek wdarł się przez pustą okiennicę. Saża zadrżała z zimna, szukając po omacku skrawka koca do przykrycia. Zamiast tego trafiła na grube futro i poruszającą się spokojnie klatę piersiową pod jej palcami, a wspomnienia poprzedniej nocy wróciły do niej momentalnie. Przejechała pazurami po ciemnym, muskularym boku, aż na nagi brzuch, którego ciepło wręcz parzyło, więc postanowiła, że ukradnie trochę tego ciepła dla siebie. Przysunęła się pod jego łapy skoro nie znalazła koca. Jeden z niewielu momentów, gdy wadera odczuwała prawdziwy spokój. Jego zapachu nie trzeba było zmywać co ranek, wręcz przeciwnie. Cisza nagle nie kuła w uszy, niewygodne wspomnienia nie wracały, mróz zdawał się ciepły, a życie znośne.
Poruszył się zaspany. Przetarł pysk, rozejrzał się niemrawo, po czym wstał z podłogi i zaczął zbierać się do wyjścia. Obserwowała jego łapy wędrujące bokiem z tej śmiesznej perspektywy i udawała, że nie istnieje. Była do tego przyzwyczajona, że robi to tak bezceremonialnie. 
- Cholera, późno coś.- Mruknął zirytowany pod nosem, spojrzał przez okno na słońce skryte w zimowej mgle i przeklnął po nosem. Złapał jakiś pakunek i wyszedł pospiesznie w stronę urzędu. 
Saża przeciągnęła się i pomimo, iż bardzo nie chciała, też podniosła się z podłogi. Niedługo Czciogodna Panna Fijka będzie walić w garnki i wrzeszczeć coś o ich spleśniałych tyłach i o tym, że sam się ten burdel nie posprząta. Potknęła się w progu. Dlaczego jej było tak niedobrze?

C.D.N

Nowy członek!

Saża - psycholog


sobota, 31 stycznia 2026

Podsumowanie stycznia!

Kochani!
Witam serdecznie na pierwszym podsumowaniu w nowym roku! Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale już za niecały miesiąc nasz najdroższy CHABROWY REŻIM będzie obchodzić swoje trzynaste urodziny!
Buja, czyż nie?
A tymczasem, póki nie pora jeszcze na świętowanie, co by do urodzin doczekać na trzeźwo, zajmijmy się sprawami doczesnymi. To jest, jak zwykle, podsumowniem miesiąca, oczywiście.

Na miejscu pierwszym widzimy dziś... mocarną Kalinę z 3 opowiadaniami (Nie wiem, czy to dobry znak)!
Na miejscu drugim za to, potężną drużynę Wojowników Jasnej Strony (zwerbowanych na podstawie liczby wykorzystanych w tej karczmie tej karczmarki kartek na spirytus): CałkęDalięKataraktęTalięAgresta Hiekkę z 1 opowiadaniem!

Innymi postaciami, które wystąpiły w naszym grajdołku, były MezulariaMiodełkaEilertMisungNicpońKoyaanisqatsi Szkliwo.

Dobrego lutego, Przyjaciele!

                                                                        Wasz samiec alfa,
                                                                            Agrest

Od Talii (od Kaja) - Pijany na koniec miesiąca cz. 15




















 

niedziela, 25 stycznia 2026

Od Kaliny (trening siły)

 Światło padało prostopadle na kępy stokłosy, pioniera wśród traw, i grzało przyjemnie w plecy zziajane wilki. Kiedy ukończyli program ćwiczeń zwinnościowych, szkoleniowiec zarządził krótką przerwę, którą wszyscy przyjęli z ulgą. Odwróciwszy się tyłem do wojska, począł zapisywać notatki w swoim dzienniku. Widziała, jak parę basiorów padło na płask i zaczęło czołgać się wolno w stronę lasu, pod osłoną bujnej o tej porze roku wegetacji. Nikt z reszty wojska nie reagował. Istniała niepisana zasada, że kto kabluje, ten dostaje później w zęby, która wydawała się Kalinie bardzo mądra. Kto nie miał wystarczająco silnej woli lub predyspozycji, żeby osiągać najlepszą formę, nieuchronnie musiał podlec selekcji naturalnej podczas rutynowych testów, które szeregowi musieli przechodzić co trzy księżyce, niezależnie od stopnia wykształcenia - rezerwowy i starszy szeregowy byli traktowani tak samo, gdy przychodziło do sprawności fizycznej.

... Tak was tylko wkręcam! Z ćwiczeń uciekały najczęściej stare wygi, a w czasie sprawdzianów sypały się na prawo i lewo łapówki. Flaszeczka dla ciebie, przepustka do dalszego życia na koszt NIKL-u dla mnie. Ognista miała tylko jeden atut - kartę przyrodzenia, którą mogłaby rzucić na stół jak trumpa... lecz trzymała ją w łapie, aż papier nie zmiękł od potu niechęci. Nigdy nie miała czasu na myślenie o miłości. Wydarzenia toczyły się jak kamienie młyńskie, miażdżąc wszystko na jej drodze na miałki pył przetrwania. Mimo to gdzieś pod żebrem, w miejscu, które nie znało dotyku, istniała tkliwa, pierwotna pewność, że to, co tutaj, to jest pismo odwrócone do góry nogami. Że miłość powinna być wzajemnym rozpoznaniem podobnych wilczych śladów na tej samej, wolnej ścieżce, a nie zimną monetą w gospodarce zniszczonego stada. Kamień spadł dziewczynie z serca, gdy list Kody potwierdził jej domysły: kurtyzany tkwiły na samym dnie hierarchii. Ich pozycja nie budziła zaufania ani szacunku, co za tym idzie, nie przybliżałaby do prawdziwych celów. Wspomnienie rozmowy rekrutacyjnej zawsze wywoływało w niej falę lekkiego ścierpnięcia. Spojrzenie, jakim zmierzył Rapkud młodą samicę, gdy potwierdziła, że istotnie, nie pomyliła drzwi, było bezcenne. Pozbierawszy zszokowane nerwy, wyśmiał Kalinę, lecz nie znalazłszy żadnego paragrafu, który wyraźnie zabraniał waderom wstępu do armii, musiał ją przyjąć. Z płomienną determinacją zdała egzaminy bez problemu i tej samej nocy w hangarze nie padły już żadne dwuznaczne przytyki. Usłyszeć, że pierwsza lepsza włóczęga, i to wadera, stanęła z basiorami na równi, to było zbyt wiele, ale od tej pory nikt już nie wytrącał jej kubka z łap, a jej głos przestał być powietrzem w dyskusjach. Pozostawało przesuwać granice własnej wytrzymałości cały czas dalej i dalej, żeby wszystkie wymogi były spełnione ponad miarę i nie pozostawiały komisji miejsca na śliskie aluzje. 
Podczas gdy Morwa liczyła płatki stokrotki, Kali zamknęła oczy i zaczęła ćwiczyć oddychanie tak, jak uczył ją ojciec, gdy była jeszcze szczeniakiem. Wypełniała płuca powietrzem do oporu, wstrzymywała je przez chwilę, po czym robiła wydech dwa razy dłuższy, niż wdech. Za każdym kolejnym oddechem zwiększała te interwały i przerywała trening, gdy pojawiał się wewnętrzny opór, jakby ktoś położył wam znienacka ciężki kamień na klatkę piersiową. W tym momencie otworzyła oczy, akurat w porę, żeby zrobić unik przed czyjąś łapą, która chciała zahaczyć o ucho.
— Co ty, śpisz? — zadarła nieco głowę, żeby spojrzeć w pysk, z którego wydostał się znajomy baryton. 
— Masz jakiś problem? Nie cierpię, kiedy ktoś nie potrafi uszanować czyjejś przestrzeni osobistej. — mruknęła z poirytowaniem, na co starszy szeregowy odwrocił łeb i jego łapa wykonała wskazujący gest.
— Możesz to powiedzieć Forue. Jeśli wolno mi poczynić sugestię, proponuję, żebyś zrobiła to w formie przygrywki przeprosinowej. — w uśmiech Lenarda zaplątał się cień samozadowolenia.
Podążyła za wzrokiem burego wilka przez zbierający się na jednej linii tłum kadetów, których wszystkie oczy były zwrócone na nią, a na końcu osądzającego korowodu znajdował się bardzo niezadowolony instruktor. Nagle poczuła się dziwnie mała, jakby ktoś skierował na nią promień zmiejszający. Brązowo-rudy basior zmarszczył brwi, po czym spytał, udając całkowitą powagę:
— Czy jesteście roślinką, Kalina? 
— Nie, poruczniku.
— A może wilki odżywiają się światłem słonecznym? To jakaś nowa dieta?
— Nie, poruczniku.
— To czemu tam sterczysz, jakby ci wyrosły korzenie? Piećdziesiąt krokodylków. I zapewniam cię, będę liczył!
Na końcu języka miała piekocą ripostę o tym, że nie tylko rośliny potrzebują w życiu trochę światła, ale nie oczekuje zrozumienia od prymitywu wychowanego w ciemnej norze... Czy ja nie mogę mieć nawet chwili spokoju? Zamiast tego przygryzła policzek i poczęła odrabiać karę. 
— Żałuję, że moja informacja nie dotarła do ciebie z należytą szybkością. — mruknął Lenard i pobiegł dołączyć do szeregu. Gdyby nie była akurat zajęta gimnastyką, chętnie odgryzłaby mu nosa. 
Drugą połowę dnia przełożony postanowił przeznaczyć na przeciąganie liny. Najpierw robili to w parach. Kali na zwiotczałych z wysiłku nogach wygrała parę rozgrywek tylko dlatego, że wpadła na pomysł szarpania sznurem na boki, czym wytrąciła niektórych gości z równowagi. Przyszło jej też zmierzyć się z Falconem. Czysto białe promienie słońca nie pozostawiały cienia wątpliwości co do wyzwania w jego oczach. Ledwo szkoleniowiec dał znak rozpoczęcia, została gwałtownie szarpnięta i przeciągnięta daleko za wyrytą w ziemi granicę. Zacisnęła pysk na linie tak mocno, że gdyby nie gwizd kończący starcie, mógłby ją zawlec do ludzkiego miasta. 
Następnie podzielono ich na dwa przeciągające się obozy. Każdy złapał w zęby kawałek ze swojego końca, i na sygnał lina naprężyła się jak żyła pod wpływem zbiorowego, dzikiego ciągu. Ona wpiła się w nią całym ciałem, jak zawsze dając z siebie wszystko. Chociaż w całkowitym bilansie sił jej wkład był pewnie bliski zeru, to jej drużyna i tak wychodziła zwycięsko niemal z każdego starcia.
Rozkaz rozejścia się od Forue zabrzmiał jak czysta woda w pustynnym gardle. Z ulgą, która od razu obróciła się w ciężkie, kościane zmęczenie, powlokła się w stronę lasu. Morwa przylgnęła do jej boku, nie mówiąc słowa, i jak raz wolała tę ciszę od plotek.



CDN

Gratulacje!

środa, 14 stycznia 2026

Od Kaliny (trening zwinności i szybkości)

Ciemnoszara wilczyca klepnęła łapą wygięty, jak pałąk wędki, pień znaczący linię mety. Przez jej pysk przemknął soczysty uśmiech triumfu. Gdy wyjrzała zza drzewa po okrążeniu go ciasnym łukiem, brwi ponownie były ściągnięte w skupieniu, uszy pochylone do tyłu, żeby nie łapały wiatru. Poczuła nowe natchnienie. Ruszyła z powrotem ku swojemu oddziałowi równie szybko, co przedtem. Falcon ze skwaszoną miną znajdował się o jedną długość sosny od finiszu, kiedy minęła go w pędzie. W tej samej chwili dotarło do niej stłumione warknięcie urażonej dumy. Basior również wystrzelił w stronę łąk jak z armaty, nie dając za wygraną. Poszła w długą w gęstsze zarośla, bardziej z prawej. Choć zafundowała tym sobie bardziej wymagający slalom, z drugiej strony zabezpieczały ją przed krętactwem rywala. Zerknęła na niego raz kątem oka, jak zawzięcie przedzierał się galopem przez wiosenny podszyt. Lecieli łeb w łeb, i tak też skończyli - remisem, na skraju puszczy. Jednak oficjalnie Kalina wygrała, i tylko to się liczyło. Czarny wilk rzucił jej spojrzenie spode łba i splunął na ziemię. Nagle wszystkie jego inteligentne przytyki stłoczyły się na końcu języka. Zniknął w tłumie kolegów, podczas gdy przełożony kiwnął lekko głową z uznaniem. Nie chciała się chełpić zwycięstwem, uśmiechnęła się tylko uprzejmie w odpowiedzi i wycofała się na "trybuny". 

Zrobili jeszcze kilka powtórzeń tego ćwiczenia w dwóch wariantach i za każdym razem w innych parach. Różnorodność przeszkód była raczej ograniczona. Zdarzyły się dwa czy trzy przewrócone drzewa, a najbardziej niebezpieczne były wystające korzenie, które pokazywały się dopiero w ostatniej chwili. Takie kłącze przyczyniło się do jedynej przegranej wadery tego dnia, w połączeniu z... drobnym rozkojarzeniem.

***

Cali wsunęła prędko łeb pod szarą głowę, która zaczęła niebezpiecznie mocno przechylać się w bok i przymykać oczy. Wytężyła niesamowicie wszystkie zmęczone mięśnie, żeby postawić starszą wilczycę z powrotem do pionu.

— Jeszcze tylko trochę... — resztę słów zachęty zagłuszył huk eksplozji z polany, którą chciały zostawić za sobą.

Świerkowe gałęzie zamykały się za złożonym z trzech wilków pochodem, niczym parawan oddzielający jedną rzeczywistość od drugiej. Jak na gust ognistej, stanowczo za wolno, ale matka nie była w stanie podkłusować więcej, niż parę kroków. Kątem oka mimowolnie zerkała ciągle na jej splamiony krwią brzuch. Medyczka cały czas orbitowała wokół pary jak sonda ostrzegawcza i była gotowa w każdej chwili zareagować, gdyby pojawiło się niebezpieczeństwo, ale to jakoś Cali nie uspokajało. Nigdy wcześniej nie widziała rodzicielki w takim stanie; słaniającej się na nogach, skurczonej i jakby nieobecnej powłoki. Czasami tylko stęknęła cicho, gdy trzeba było podnieść wyżej łapę na stromym podejściu albo przedrzeć się przez wyższą zaspę. Gdzie się podziała dumna samica Alfa, mistrzyni rozwiązywania kryzysów? Kiedy patrzyła w jej puste ślepia, ogarniał ją strach, że może nigdy nie wrócić. Że kochana mama przepadła na zawsze. Dusiła jednak w sobie niepotrzebne łzy i szeptała w kółko te same zaklęcia na pokrzepienie ducha, nie wiadomo, czy bardziej dla siebie, czy dla towarzyszek.

Jaskinia, w której miały znaleźć schronienie, wydawała się w tym momencie równie daleka, jak morze za górami i lasami. Kiedy wreszcie stanęły na progu skalnego schronienia, pokierowała eskortowaną ku jednemu z dołków pod ścianą i pozwoliła jej zsunąć się na chłodny grunt. Jutrzenka, bo tak miała na imię, dopiero w ostatniej chwili podparła się łapą, żeby zmiękczyć swoje lądowanie, jakby od niechcenia. Nie poświęciwszy reszcie ani krztyny uwagi, wbiła wzrok w twarde podłoże groty. Wyglądała na kogoś, który znajdował się w zupełnie innym świecie, lecz wcale nie w akcie ucieczki przed brutalną rzeczywistością; raczej przeżywała własny koszmar, który wypełnił pustkę w jej sercu. Z racji że natura bardzo nie lubi próżni, będzie wiecznie próbować się doszukać sensu w okrutnym losie, jednak bezskutecznie; fatum jest ponad siłami przyrody, ono może nadawać im kierunek, nie na odwrót. 

— Nie możesz jej zostawić. — zwróciła się Cali do medyczki, nie tyle prosząc, co stwierdzając fakt. — Jest bardzo słaba, jeśli dostanie infekcji w taką pogodę, sama mnie przecież tego uczyłaś, gorączka to najgorsze co może się w zimę przydarzyć... — wyrzucała słowa z prędkością karabinu maszynowego, aż jej głos załamał się ze strachu i wyczerpania. Płowa samica oderwała się od szukania ziół i rzuciła jej ostre spojrzenie, jednak pod tą powłoką surowości charakteru czaiła się troska.

— Kochanie, wcale nie mam takiego zamiaru. — podeszła do ognistej i objęła ją mocno swoją wielką łapą. —  Twoja mama to najtwardsza szycha w okolicy, a ja jestem jak ktoś, kto klei skały piaskiem. Ale tego cię uczy dekada w tym fachu. — roześmiawszy się z własnego żartu, ta na co dzień surowa profesjonalistka, którą praca uzdrowiciela nauczyła również, jak groźną, obosieczną bronią jest przywiązanie, zaprosiła ją skinieniem głowy do uścisku. Młoda z wdzięcznością wtuliła się w promieniejące ciepłem - dosłownie, i w bardziej metaforycznym sensie - objęcia. Taka okazja mogła się już nigdy nie powtórzyć, a jednak zmuszona była przerwać wzruszający moment tak szybko.

— Dziękuję ci, za wszystko. Ja i cała wataha jesteśmy ci winni. — odparła głosem, który mniej już przypominał skrzeczenie pisklęcia w gnieździe, a bardziej dorosłego wilka. Kątem oka dostrzegła utkwione w swojej osobie bursztynowe ślepia matki. Uśmiechnęła się do niej ledwo zauważalnie. — Przyprowadzę ich z powrotem, zanim się obejrzysz. A ty mamo odpoczywaj i słuchaj się Lori, proszę. 

— Dobrze ci córa radzi. — mruknęła medyczka przez zęby, zaciśnięte mocno na kawałku koca. Wnet jej źrenice rozszerzyły się w duchu nagłego zrozumienia. — A dokąd panno myślisz, że się wybierasz? Cali! — Odbiła się w nich sylwetka zbiegającej po śnieżnobiałym zboczu wadery, a zaraz potem zdenerwowanej Jutrzenki. — O nie, dwa jasie wędrowniczki to już przesada! Jutrzenka, nie wolno ci teraz wstawać. Leż, leż, o tak. Ma tę siłę po tobie, poradzi sobie. 

Tymczasem wadera, która właśnie wyfrunęła z jaskini, zbliżała się do epicentrum bitwy, w którą zamotane zostały kolejne dwie, bliskie jej dusze. W pewnym sensie nie mogła się tego doczekać. Patrzenie na załamaną mamę sprawiało niemal fizyczny ból. Nie wiedziała już, jak jej pomóc; to wykraczało poza kompetencje początkującej zielarki. Teraz potrzeba było watasze przede wszystkim silnego wojownika.

***

Potrząsnęła energicznie głową, żeby pozbyć się migawek wspomnień, i znowu przykładała się do treningu ze zdwojoną siłą. Tylko dobre wyniki na wojskowych testach mogły jej dać wgląd w przyczyny zagadkowego działania losu - względnie siły sprawiającej, że trzepot skrzydeł motyla zamienia się w huragan.


CDN


Gratulacje!

Od Katarakty do Puchacza - „Powrót z Wygnania”

 Nad jaskinią śledczych zapadł wieczór, kiedy do jaskini wojskowej wszedł Puchacz z grobową miną. Kolorowa wilczyca pochylała się sennie nad stosem papierów. Słysząc chrząknięcie podniosła na niego pytający wzrok.
– Co tam braciszku? – mruknęła, przekładając kolejną kartkę ze starych akt. Nudziło jej się. Niemiłosiernie. 
– Delta mnie wysłał. – odpowiedział basior i podrapał się po nosie. – Bo Domino umarła w dziwny sposób i… są przypuszczenia, że to morderstwo. 
–Morderstwo? – Sohea nastawiła uszy z ciekawością. – No to na co czekamy!
***
Ktoś mógłby powiedzieć, że Sohea była młoda i niedoświadczona i nie powinna prowadzić tak poważnego śledztwa, ale śledczych było dzisiaj jak na lekarstwo. Weszła w progi jaskini medycznej i uśmiechnęła się do taty.
–Sohea. Czekałem –mruknął Delta, kiedy podeszła bliżej. – Ciało Domino nadal jest w izolatce. 
–Dotykane? – Spytała. Delta posłał jej znużone spojrzenie. 
–Nie. – prychnął sarkastycznie. – Zbadałem ją kijem. Oczywiście, że dotykane! Chodź. – wyraźnie zirytowany pytaniem zaprowadził swoją byłą podopieczną do miejsca spoczynku starszej. – Jeszcze przy południu była żywa, jak zajmowałem się resztą chorych. – Delta usiadł sobie niedaleko wejścia. Sohea spojrzała na marne ciało leżące na legowisku z mchu i słomy. – Przy czym przychodzę, a ta martwa. 
– Domino była starsza, prawda? – Sohea dopytała. 
– Tak. Bliska śmierci ze starości czy ze swoich ran, ale nie to ją zabiło. Nie… utrata krwi i przebite płuco. – stary medyk zamlaskał po tych słowach. – Czekałem na ciebie żeby sprawdzić co dokładnie pozbawiło ją życia. Bo widzisz tą strużkę krwi na jej futrze? – Wskazał skalpelem na jej pierś. Obok na ziemi były już przyszykowane narzędzia do sekcji zwłok.
I chwilę tylko Delcie zajęło wyjęcia z nieszczęśniczki kawałka szkła, otarł je z krwi kawałkiem futra zmarłej
– Oczywiście, że to nie była śmierć ze starości. – mruknął Delta niezadowolony. – Życie byłoby za piękne, gdyby przyjaciele odchodzili spokojnie. Szkło w piersi. Domino miała się dobrze, nawet mogłaby wydobrzeć, gdyby nie to.
–Czy ktoś ją odwiedzał?– Sohea się zamyśliła. 
– Tak. Jej córka. Ta jasna. – Delta odłożył swoje narzędzie i bardzo smutno spojrzał na swoją córkę. No tak. Przecież przyjaźnił się bardzo z Domino. Pewnie już tęsknił. – Nikt inny nie wchodził tutaj dzisiaj poza mną i nią. Pory dnia podawane przez nich obu również były ze sobą zgodne.
–Nikt inny. Na pewno? 
– Na pewno. Każdy kto pragnie tu wejść spotyka się ze mną lub Talią w drzwiach i ma badane gardło. Nikt nie wchodzi bez naszej wiedzy, nie w trakcie epidemii. Poza najbliższą rodziną. – Odparł medyk. 
Sohea zanotowała te słowa i opuściła oczy. Żeby zabić własną matkę… jakim trzeba być potworem? 
 ***
Śledcza upewniła się co do wydarzeń tego dnia pytając się o wszystko ponownie i Talii. Wszystko się zgadzało. Delta wszedł rano, podał leki. Po południu przyszła podejrzana. Wieczorem Domino była martwa. Nie mógł to być nikt inny. No cóż. Jej zeznania również trafiły na dokumenty.
O zachodzie słońca odwiedziła stanowisko wypoczynkowe łowców, kilka zwalonych pni ułożonych w coś na kształt legowisk.
– Hej Myszko. –  Sohea przywitała się z poganiaczką. Ta obudziła się z drzemki. – Potrzebuję pomocy w wytropieniu kogoś, a nasz tropiciel umarł.
– Już, tylko..– Wadera kiwnęła łebkiem i pozwoliła sobie siewnąć.- O kogo chodzi?
– Potrzebuję znaleźć córkę Domino. Kataraktę. Wróciła z wygnania. Powinna pachnieć jeszcze trochę podobnie, co jej matka, skoro spędziła z nią trochę czasu. – Sohea przesunęła przed siebie kawałek materiału nasączony odrobiną krwi i zapachu zmarłej. – Powiedz, czy coś da się zrobić.
– Nie no, będzie okej. –Myszka pokiwała głową i zabrała się za pracę. Od jaskini medycznej przeszły przez sporą część watahy, tropicielka cały czas trzymała nos przy ziemi, oglądała ślady walki śniegu, połamane gałęzie. Przeszli tak spory kawałek lasu aż dotarły na plażę Kroki śledczej zrobiły się nagle ciche i ostrożne, jakby trafiła na wrogie terytorium. Szum fal nieco złagodził tą ciszę. Wiatr wiał tu nieco mocniej niż w lesie, dlatego myszka nie mogła polegać już na węchu, trop się urwał. Ślady na piasku i wgniecenia w szronie nadal były widoczne, prowadziły slalomem wzdłuż brzegu morza aż nad zwalone drzewo, całe zwęglone, chociaż już lodowate w dotyku.
 Ślady wiły się wstęgami dookoła pnia, śledcza postanowiła więc zajrzeć do środka. Spalone kawałki drwa wyrywały się z trzaskiem z zawiasów, gdy Sohea czyściła sobie drogę. “Spalone przybory domowe, zabawki, szmaty, przedmioty…cholera, to musiał być czyjś dom!”- pomyślała rozwścieczona. Pośród tego pobojowiska odkopała nieprzytomne ciało wilka, całe ciemne od sadzy. Wyciągnęła ją z widocznym zdenerwowaniem na śnieg i zaczęła wcierać w jej pysk zamarzniętą wodę.  Rozchyliła ściśniętą powiekę, a oko pod nią poruszyło się oślepione światłem. 
- Katarakta? Katarakta czy mnie słyszysz?- Potrząsnęła ciałem Sohea. W odpowiedzi usłyszała niewyraźny pomruk. - Dobrze. Wstawaj, jesteś zatrzymana.
Sprzedała jej cios w policzek, a biała aż odskoczyła, nadal walcząc z wycieńczeniem i niedotlenieniem. 
- Jesteś podejrzana pod kątem morderstwa bliskiego członka rodziny, podpalenia mienia watahy.- Zmierzyła wzrokiem zwalone drzewo, potem na poparzoną, ledwo żywą wilczycę.- oraz usiłowania samobójstwa jak mi się zdaje. Myszko, pomóż no.
– Dokąd ją niesiemy? Szara wgramoliła się pod uprowadzoną.
– Do jaskini alf.  Tam wszystko powinno już być gotowe.
-Ale na co?
-Na skazanie oczywiście.
***
Gdy dotarły do jaskini, na niebie wisiała już dawno srebrna tarcza, a cały las przybrał lodowato chłodny odcień. Wprowadziły podejrzaną pod dom Agresta, ten czekał już w gotowości u boku Puchacza i Legiona. Pod ich stopami paliły się dwa mniejsze ogniska po obu bokach, żeby nieco ogrzać chłód zimowej nocy, ale też nadać sali poważniejszy wyraz. Braki w rodzinie widać było w ich posępnych minach gołym okiem, bo głębokie zapadliska pod oczami były nie do przeoczenia w tym świetle. Sohea wymieniła spojrzenia z Puchaczem i poznała, że on poinformował już rodzinę o całej sprawie z wyprzedzeniem, a jej wizyta była bardziej niż spodziewana. Proces można było zaczynać. Zrzuciła sobie Kataraktę z pleców prosto pod ich stopy, a Myszce szepnęła, by przyniosła wody z jeziora.
- Wszczyna się postępowanie przygotowawcze w sprawie podejrzenia popełnienia czynu
z Księgi Czynów Niedopuszczalnych, polegającego na pozbawieniu życia wadery Domino, do którego miało dojść w dniu dzisiejszym na terenie Watahy Srebrnego Chabra. - Sohea przyjęła posągową sylwetkę, wczuła się w pełni w swoją rolę.
Agrest, nieco zmęczony, może ze starości, może z własnej oceny moralnej, nieco wsiąknął pomiędzy swoją prawicę i lewicę, przynajmniej udawał, że słuchał uważnie. Śledcza kontynuowała
-Wszczęcie postępowania uzasadnia uzyskana informacja o ujawnieniu zwłok
osoby zmarłej w jaskini medycznej, a także okoliczności wskazujące
na popełnienie czynu zabronionego. Dowody zbrodni zostały zabezpieczone.- Podała Legionowi kawałek szkła zawinięty w szmatkę.
- Alfo, po przeanalizowaniu zeznań świadków mogę potwierdzić, że ich relacje pozostają ze sobą spójne.- Ku uciesze Legiona, te słowa były skierowane do niego, a nie do Agresta.-  Zespół śledczych szczegółowo odtworzył przebieg wydarzeń z tamtego dnia i relacje świadka Delty pokrywają się z zeznaniami świadka Talii. - Wyjęła z małej torby pliki dokumentów.- Zgodnie z ich oświadczeniami, rano do pomieszczenia wszedł Delta, aby podać leki. W godzinach popołudniowych pojawiła się osoba wskazywana jako podejrzana. Wieczorem stwierdzono, że Domino nie żyje. Zbieżność czasowa oraz brak innych osób mogących mieć dostęp do miejsca zdarzenia wskazują, że (według świadków) nie było możliwości, aby sprawcą był ktoś inny. Takie są ustalenia wynikające z ich zeznań.
- Dobrze już dobrze.- Przerwał jej Agrest machnięciem ręką.- Dlaczego oskarżona jest nieprzytomna?
W tej chwili do kręgu wbiegła Myszka z wiadrem wody i po poleceniu śledczej wylała jego zawartość z chlustem na łeb białej wilczycy. 
- Tak lepiej?- Sohea parsknęła.- Oskarżona próbowała się podpalić razem z jej rodzinnym domem. Drewno jednak paliło się lepiej niż wychudły wilk.
- Dlaczego tak brutalnie... -Puchacz zmarszczył brwi, nie mógł na to patrzeć. Złapał za koc ze swojego posłania i zarzucił go na waderę. Legion nawet nie drgnął.
- P-p-p- Język Katarakty plątał się w spazmach. - Potwory!
Jej twarz przeszywał co chwilę ścisk bulu, gdy podnosiła się do pozycji siedzącej i odkrywała kolejne płaty poparzeń na swoim ciele. Pomimo tego, dygotała z zimna. Puchacz próbował głaskaniem po plecach przywrócić ją do spokoju. Otuliła się ciaśniej kocem.
- Czy to wszystko musi dziać się dzisiaj?- Zapytał ojca Puchacz.- Nie widzicie, że ona nie może się teraz obronić? Jak ma składać zeznania?
- To zbędne, mamy niezbite dowody.- Agrest wskazał na szkło w łapie syna.- Oświadczam z pełną mocą i konsekwencjami, że uznaję tu oto waderę za winną matkobójstwa.- Splunął tym plugawym zlepkiem słów oskarżonej pod nogi.- Legionie, jako mój zastępca możesz wybrać karę.
- Ale ojcze, ja?- Wlepił w niego wzrok zbity z tropu, jakby właśnie zmuszono go do czegoś plugawszego niż zbrodnia. Szybko przywołał się do porządku, zważając na atmosferę rozprawy i po chwili namysłu podniósł wzrok na Kataratkę.
- Sąd, po rozpoznaniu sprawy oraz ocenie zgromadzonego materiału dowodowego, uznaje oskarżoną za winną zarzucanego jej czynu.
Biała nie wydawała się poruszona tą wiadomością, nawet nie śmiała spojrzeć mu w oczy. Jedynie martwo wodziła pokrwawionymi oczami po posadzce i obserwowała falujące w ogniu cienie. Puchacz badał owe spojrzenie i nie dostrzegł, by jakikolwiek promyk nadziei tlił się jeszcze tam w środku. Jego serce ściskała litość i współczucie, co musiała przeżywać teraz ta młoda wilczyca.  Mogła mieć przecież jeszcze całe życie przed sobą. 
Ona natomiast nie mogła się podnieść spod przygniatającego ciężaru wspomnień i konsekwencji własnych czynów. Jedynie zamknięcie ich i przykrycie płachtą otępiającej umysł obojętności powodował, że w tej chwili nie pragnęła wskoczyć znów w płomienie. Ich ciepło szeptało jej obietnicę bólu tak niewyobrażalnego, że przestanie ona myśleć o tym psychicznym, który drążył ją na wylot. Odparła kuszenie, zamykając oczy. Kiwała się na boki, kierowana kojącym dotykiem Puchacza.
- Mając na uwadze stopień społecznej szkodliwości czynu, dotychczasową niekaralność oskarżonej oraz jej wątpliwą poczytalność, Sąd wymierza jej karę pozbawienia wolności w wymiarze dwóch lat.- Legion zerknął na ojca, by wydobyć jakąś aprobatę z jego spojrzenia.-  Ponadto Sąd orzeka wobec oskarżonej obowiązek wykonywania przymusowej, kontrolowanej pracy na cele społeczne w postaci pracy jakoo...gońca, jako środek probacyjny mający na celu wychowawcze oddziaływanie oraz odpłacenie się w służbie watahy w stopniu adekwatnym do popełnionego czynu. 
Tym razem spojrzał na Puchacza, zamyślił się, jakby kalkulował potencjalny bilans zysków i strat oraz możliwe zagrożenia tego, co zamierza zaraz powiedzieć. Brat jednak skupiał się bardziej na podtrzymywaniu wilczycy, niż na obserwowaniu młodego alfy.
- Ponadto, mając na uwadze stan zdrowia oskarżonej oraz konieczność zapewnienia jej właściwego wsparcia w okresie wykonywania orzeczonych środków probacyjnych, Sąd postanawia przydzielić jej opiekuna rehabilitacyjnego. Puchacza, pomocnika. - Puchacz nastroszył uszy nieco przerażony.- Do obowiązków opiekuna należeć będzie monitorowanie przebiegu procesu readaptacji, udzielanie wsparcia oraz składanie okresowych sprawozdań do właściwego organu nadzorującego.
-Ale bracie, nawet nie spytałeś mnie o..- Chciał mu wejść w słowo, ale Agrest uciszył go łapą.
- Spokój, przyjmij swoją misję z pokorą i grzecznością. Słowa Legiona są w tej sytuacji ostateczne. - Stary podparł autorytet swojego zastępcy.
Skinął głową na kolorową waderę z ciepłem i serdecznością.
- Dziękuję ci Soheo za sprawne i skuteczne przywrócenie bezpieczeństwa w naszej watasze. Twoja pomoc jest nieoceniona. 
Tymi słowami śledczej pozwolono opuścić teren jaskini.
- Mam spisać protokół Sekretarzowi? - Legion wrócił do ojca.- Żeby był powiadomiony o naszych decyzjach?
- Wstrzymywałbym się z tym. Wolę, jak nasze decyzje pozostają istotne, moja latorośli. Jeśli Sekretarz będzie chciał poznać szczegóły, sam o nie wystąpi.

<Puchacz?>