一
Kto tu na coś nie choruje?
一
Wiatr tańczył walca, a konary poruszały się w rytm wiatru. Długie, splątane palce kruchego olbrzyma krzyżowały się na tle bezbarwnego nieba. A Szkliwo chwiał się wraz z nimi, zawieszony w suchym powietrzu. Choć bezcielesny, był tam, gdzie był, wiedział, że jest, choć go nie ma; obserwował czarne linie na białym tle i wiedział, że widzi wszystko, co powinien. Życie, choć nie było życiem, było tak oczywiste, jak nigdy; jak nigdzie indziej.
„Tylko gdzie jest cień?”, zapytał i naraz zachciało mu się odwrócić, rzucić choć spojrzenie w drugą stronę, tam, gdzie pada światło słoneczne. Sprawdzić, czy na ziemi poćwiartowały je gałęzie. Drzewo tymczasem rosło, wydłużało się, korona była coraz wyżej, aż w końcu zniknęła.
Uświadomił sobie, że nie wisi w powietrzu, a leży u stóp pnia. Zdawało mu się, że ktoś odetchnął; ktoś leżał tuż obok. Rozejrzał się wreszcie. Zanim pojął, co widzi, poczuł silną woń mokrego piasku. U szczytu usypanego obok kopczyka wbity był patyk z tabliczką wyciętą z kawałka kory.
„WILK”.
Litery były rozwlekłe, zapisane niestarannie. Trochę schodziły w dół. Tylko tabliczka, patyk i piasek. Dalej mgła.
- Wiesz, kim... - głos dobiegł z boku, tuż przy nim. Szkliwo drgnął, czując, jak wzdłuż jego kręgosłupa płynie gorący dreszcz.
- „...Jestem?”. - Zerwał się z taką łatwością, jakby grunt sam wsunął mu się pod nogi. - Nikim. Tylko głupim snem!
Nie dostał odpowiedzi. Nie widział już tabliczki, patyka ani ogromnego drzewa.
Kończyny przesunęły się po ziemi. Usłyszał własny oddech. Kawałek po kawałku, ciało materializowało się w pustce; wokół niego zestalała się zimna podłoga i powoli narastał szum poranka.
Półcień powiadomił go, że na powrót znalazł się w swoim pokoju. Wszystkie jego członki były tak ciężkie, że równie dobrze mogłyby być zlane z podłożem. Nie silił się nawet na przeciągnięcie, tylko otworzył oczy i zatrzymał je na brudnej ścianie. Nici starej pajęczyny porastały nierówności i wyszczerbienia jak srebrzysty arras. Już o dawna nie zamieszkiwał jej żaden pająk; chyba nawet nie minęli się w tym miejscu. Obskurność i zapyziałość zajmowanej klitki była dla niego tak oczywista, że dopiero tego ranka zauważył wątpliwą ozdobę, mimo że zawieszał na niej wzrok już wielokrotnie. Mógłby trochę zadbać o ten pokój; na przykład ją zdjąć. Przyszło mu to do głowy po całkiem długim czasie - traktował swoje lokum jako krótkotrwałe rozwiązanie, nawet nie myślał więc o tym, by tracić czas na jego urządzanie. Do tej pory.
Jeszcze na chwilę przymknął powieki, pilnując się, by nie dopuścić do siebie senności i nie dać się jej ponieść ponownie. Miał na to ochotę, chociaż, wnioskując po oświetleniu, było już dosyć późno.
- Przecinku! - jak na zawołanie, dobiegło wołanie z dołu. Było dziś całkiem łagodne. Najwyraźniej Rasz miał przyjemne sny. Szkliwo za to czuł się tak wyczerpany, że jedynym jego pragnieniem było spać dalej. Myśli wciąż były czarno-białe, a przed oczami migał obraz plątaniny gałęzi.
- Idę! - Gdy tylko zebrał tyle sił, by zdołać zaufać nogom, niepozorna sztywność poły płaszcza przypomniała mu o kartce, którą poprzedniego dnia przyniósł z poczty, a której ze zmęczenia zapomniał nawet wyjąć zza pazuchy. Wygładził kieszeń krótkim ruchem skrzydła, mając nadzieję, że jej zawartość nie pogięła się w nocy. Powinien porozmawiać o niej ze współpracownikiem.
- Co taki zaspany dzisiaj? Chcesz się spóźnić do roboty? - Rasz ewidentnie miał tego dnia nastrój nieco lepszy, niż miewał ostatnimi czasy. Żal było go psuć, ale zatajenie wieści z domu byłoby bez dwóch zdań jeszcze gorszym wyjściem. Ptak zatrzymał się na ostatnim schodku z góry. Jego współmieszkaniec siedział przy wejściu do piwnicy, niecierpliwie przesypując łapami piasek i formując z niego jakieś kółka i zawijasy.
- A tobie, jak widzę, humor się poprawił?
- Tak jakoś. - Wzruszył ramionami. Wyartykułowanie tego spostrzeżenia nie było najszczęśliwszym pomysłem. Uświadomiło basiorowi, że wcale nie miał aż tak dobrego humoru, w urzędzie czekały nowe dokumenty do wypełnienia, a do kolacji została jeszcze wieczność. - Zresztą z czego niby się cieszyć. Kolejny dzień, znowu nuda. Wieczorem chyba pójdę spróbować kwasu od Siemisza. Idziesz ze mną?
- Mówisz o tym środku, po którym widzi się rzeczy, których nie ma? - Przechylił głowę. - Chyba sobie odpuszczę. Nie lubię takich rzeczy.
- A z Hapenirem kiedyś próbowaliśmy razem. Jemu to nawet się spodobało. Mówił, że go to inspiruje. - Pacnął łapą w podłogę; na chwilę tak ją zostawił, wyciągniętą i nieruchomą. - Dlaczego on odszedł...
- Może chciał zasmakować w życiu czegoś nowego. - Szkliwo również usiadł, opierając się o nogę od stołu. Mebel wydał jedno, urwane skrzypnięcie. - Przypomniała mu się dawna miłość, być może gdzieś w głowie pojawiła się myśl o założeniu rodziny.
- Mi też brakuje tu kogoś bliskiego. Z tobą to już inaczej. Ty żyjesz własnym życiem. Ciągle łazisz gdzieś sam.
- Co właściwie skłoniło cię do zamieszkania tutaj? W NIKL-u ciężko o bliskie relacje.
- Ja przyszedłem tu przyjacielem.
- No tak. Choć czasem przydałby się jeszcze jakiś bliski ogół. Jest nas tu tyle, ale czy NIKL to jakakolwiek wspólnota? Choćby wspólnota interesów? Każdy zdaje się dbać tu tylko o siebie. - Opuścił wzrok na swoje pazury. Kątem oka dostrzegając, że rozmówca podpiera się, by wstać, chrząknął. - Mam dla ciebie list.
- Jaki list? - Rasz wyprostował się i postawił uszy. Strzepnął z łap piasek.
- Dali mi go na poczcie. Nie odebrałeś.
- Pokaż to. - Ze zmarszczonymi brwiami wyciągnął łapę. W ciszy napięcie nagle zaczęło rosnąć. Skrzydlaty wyjrzał przez okno, ale o wiele bardziej interesujący był pysk wilka, który wczytywał się w pismo z najwyższą uwagą. Jego nos zadrżał. - Dobra. Idziemy - wycedził w końcu, już w połowie ruchu, nie czekając na drugiego asystenta.
Dzień był ciepły i pogodny. Szkliwo rozbudził się w czułych promieniach słońca i bez kłopotu dotrzymywał Raszowi pośpiesznego kroku, jednak z czystego obowiązku zadyszał się lekko, zanim zadał kluczowe pytanie.
- Rodzina? Co piszą?
- Gucio.
- Oj, Rasz.
- Hej. - Wilk zatrzymał się wpół kroku. - Nie wiesz, ile leżał ten list, zanim ci go dali? Nie ma tam nic o tym, kiedy był pisany...
- Nie mam pojęcia, przyjacielu - odrzekł skrzydlaty z całą dobrocią i zrozumieniem, na jakie umiał się zdobyć. - Ale widzę, że jesteś zdenerwowany.
- Ciotka pisze.
- Coś się stało? Mówiłeś, że od dawna nie pisała.
- Właściwie to... teraz już nie wiem. Chyba jakiś list zgubił im się po drodze, bo twierdzi, że to ja nie odpowiadam! Nieważne. Matka chora. Chcą, żebym odwiedził dom. Ciekawe tylko, jak. Naiwniaki.
- Byłeś w ogóle kiedyś na urlopie?
- Raz Birast dał mi dwa dni, jak się pochorowałem. Ale u rodziny nie byłem.
- A chciałbyś?
- Ta... Tak - stwierdził cieniej, tonem, na który jeszcze przed chwilą nic nie wskazywało. - Tęsknię.
- No to poprosimy inspektora o wolne dla ciebie. Przecież dam radę pilnować stanowiska przez kilka dni.
- Powiesz mu to? - Płowy basior zerknął na niego podejrzliwie, ale w jego ślepiach błysnęła nadzieja.
- Jasne, jeśli będzie potrzeba.
Jak ustalili, tak zrobili. Co prawda Rasz wahał się przez cały dzień i jeszcze na przerwie mlecznej wypytywał współpracownika, jak najlepiej będzie ułożyć pytanie, lecz w końcu, tuż przed zejściem ze stanowiska, czując na sobie wyczekujące spojrzenie towarzysza, zebrał się na odwagę.
- ...Mnie mama chce tylko zobaczyć, a Szkliwo przez ten czas zajmie się pracą, już obiecał. Żadnych problemów nie będzie!
Birast zmierzył obu swoich asystentów od stóp do głów. Z westchnieniem oparł łapy na biurku i splótł palce w powietrzu.
- A to ci historia. - Z irytacją kiwnął głową na boki. - Nie chcieliście rekrutacji trzeciego asystenta, ale każdy najchętniej wyprawiłby się na wczasy. A ja przez cały ten czas będę miał na zmianę tylko jednego, jako że Rasz wybierze się na urlop, a potem co? Ty, Szkliwo, pewnie też nas zostawisz? Nas i nie tylko nas, bo przecież już nie tylko w pracy ktoś na ciebie czeka - dorzucił na koniec, posyłając ptakowi spojrzenie, którego godny mógł być co najwyżej zeszłoroczny śnieg, podeptany i szary od kurzu. Szkliwo odruchowo uniósł brwi.
„Ach, więc w tym rzecz. Jaśnie inspektor zazdrosny o własnego asystenta. Cóż poradzę, że nas obu oplotła sobie wokół palca ta sama istota, a moje parametry z jednego tylko powodu nieco bardziej jej odpowiadają?”.
- Inspektorze, ja nie mam teraz żadnych pilnych spraw, ale jego matka jest ciężko chora. - I tak już wywołany do tablicy, wtrącił się delikatnie. - Sprawa wymaga szybkiego rozpatrzenia.
- Naprawdę tylko skoczę tam i wrócę! Nie widziałem jej od tylu księżyców, że nawet nie umiem do tylu liczyć!
- Chcecie mnie przyprawić o zgagę - mruknął Birast, wierzchem łapy pocierając swój mostek. - No dobrze. Pięć dni. Wystarczy?
- Tak, kochany inspektorze, dzięki ci, dzięki! - Rasz nieomal podskoczył z radości.
- Dobrze już, dobrze. Idźcie już do domu i widzimy się na kolacji. - Wilk skrzywił się, lekko przechylając na swoim miejscu. - Ale za pięć dni chcę cię widzieć z powrotem w urzędzie.
- Królu złoty!
Basior wyszedł z urzędu wyraźnie weselszy, a zarazem jeszcze bardziej niespokojny. Przeskakiwał z nogi na nogę, a jego język ślizgał się po wargach. Skrzydlaty wlókł się pół kroku za nim, jeszcze niezdecydowany, czy narzucać się z rozmową i zajmować jego myśli.
- Kiedy wyruszasz?
- Nie wiem. Po kolacji. Głodny jestem. Albo może się prześpię jeszcze... Więc raczej rano - zakończył fałszywą nutą, która brzmiała, jakby wcale nie miała być zakończeniem wypowiedzi. Wlepił wzrok w ziemię.
- Niczym się nie przejmuj. Zajmę się stanowiskiem.
- Jakiś taki lęk mnie bierze. Boję się, że za późno dostałem ten list.
- Nie mógł leżeć długo. - Szkliwo urwał, zaciskając szczęki. Omal się nie zdradził. - To znaczy, ten wilk z poczty... powiedział, że da mi go, bo ty i tak nie odbierzesz.
- Bo skąd miałem wiedzieć, że ciotka nagle się odezwie? Nie wiedziałem, że po ostatnim liście, na który odpowiedziałem, pisała jeszcze jakieś. Ciekawe, co w nich było.
„Nawet nie przypuszczasz, jak i ja jestem tego ciekaw. A najbardziej interesujące jest, co się z nimi stało. Komu było z twoimi listami nie po drodze i kto miał możliwość je przed tobą ukryć? To dość wąskie kryteria. Ciśnie się na myśl, że wystarczająco wąskie, ale o tym przekonamy się w domu”.
- No cóż, ważne, że dostałeś ten ostatni.
- Tak.
- Będziesz miał coś przeciwko, jeśli prześpię się trochę przed kolacją? To zarywanie nocy trochę mnie męczy, a dziś pewnie znowu wrócimy późno.
- Spoko - odparł Rasz lekko. - A ja może pójdę wcześniej i szybciej wyjdę. Też muszę się dziś wyspać.
Ptak wspiął się na górę i siedział tam cicho jak mysz pod miotłą aż do chwili, w której szuranie w głównej izbie i stukanie poduszek łap na klepisku nie ucichło. Drugi asystent, zgodnie z zapowiedzią, nie czekał długo przed wyprawieniem się na wieczerzę. Jak zwykle po południu nie mógł znaleźć sobie miejsca i gdy tylko uznał, że pierwsze oznaki wieczoru pojawiają się gdzieś na horyzoncie, tym razem nieograniczany przez swoich współlokatorów, wypadł z chatki bez namysłu. Szkliwo zszedł z powrotem na dół.
Powiódł wzrokiem po pęknięciach w ścianie. Wilgoć dawała się domowi we znaki. Na szczęście na jego piętrze, w małym pokoiku z wielkim oknem, nie było jej czuć.
Mniejsza o wilgoć. Coś innego chodziło mu po głowie. Niedostarczone listy. Z tego, co pisała ciotka Rasza, wynikało, że basior zerwał z nimi kontakt. To, co mówił on sam, świadczyło jednak o tym, że korespondencja z jakiegoś powodu wcale do niego nie docierała. Co było bardziej prawdopodobne?
Szkliwo wolnym krokiem okrążył pomieszczenie. Jego współpracownik był prostym wilkiem i nie miał szczególnego powodu, by wplątywać się w sieć kłamstw. W przeciwieństwie do...
Zatrzymał się przy zasypanym zejściu do piwnicy. Nabrał ochoty, by zanurzyć szpony w piasku i sprawdzić, czy nie natrafi na żaden ukryty przedmiot. Krzemowa masa była chłodna. Pod lśniącymi pazurami szybko powstał całkiem spory dołek. Miejsce zdawało się niezbyt odpowiednie na dokumenty, ale gdyby umieścić je w odpowiednim pudełku, nie powinny ulec zniszczeniu. Tylko komu chciałoby się przekopywać pół piwnicy? Listy musiałyby być ukryte naprawdę głęboko, bo Rasz czasem grzebał tam z nudów i mógłby znaleźć je czystym przypadkiem.
Szkliwo, dotarłszy do bezsprzecznie nienaruszonej od dawna warstwy geologicznej, zbierał się już do drogi powrotnej, gdy w jednolitej materii niespodziewanie dotknął czegoś twardego. Ostrożnie wyciągnął na powierzchnię szarawy przedmiot; niestety nie skrytkę na listy, a nieduży, ale masywny kręg, trochę za mały na wilka. Wrzuciłby go z powrotem do piachu i zakopał, nie zatrzymując na nim wzroku nawet na chwilę, ale jeden szczegół przykuł jego uwagę. Jaki to kręg? Lędźwiowy, piersiowy? Nie miał pewności. Wyrostki zostały nadpiłowane. Gdy przyjrzał się uważniej, dostrzegł, że trzon jest wydrążony, a w łuku wywiercono maleńką dziurkę. Choć przyrząd ów został już nadgryziony zębem czasu - kość była szorstka, twarda jak kamień i dawno utraciła swoją śnieżnobiałą barwę - a ptak nie miał pojęcia, do czego mógł służyć, sprawiał wrażenie wciąż w jakiś sposób zdatnego do użytku. Żal było posłać go na kolejne lata i zimy zapomnienia. Wylądował w kieszeni płaszcza.
Gdzie indziej w ich domu można było schować niedostarczony list? Izba była maleńka. Cóż; można było też go zniszczyć. To byłoby najbezpieczniejsze wyjście, ale czy kolega zrobiłby to koledze? Niedostarczone pismo można było przecież dostarczyć po czasie, gdy straci ważność, zrzucając winę na system pocztowy i oczyszczając swoje sumienie z ciężaru perfidnego fałszu. To byłoby dobre wyjście dla kogoś, kto zachowywał jeszcze resztki zniekształconej moralności oraz uczuć wyższych, nadal uważał się za przyjaciela i dysponował dobrą skrytką.
Wzrok żurawia padł na kaflowy piec. Długo nie był otwierany. Schowane w nim skrzypce pewnie dawno się rozstroiły.
Szkliwo pochylił się nad nim i przez chwilę manipulował zasuwką. Drzwiczki ustąpiły z metalicznym jękiem. W środku namacał futerał. Wyciągnął skrzypce. Oprócz nich, wewnątrz pieca było tylko trochę brudnego popiołu, kawałki nadpalonej kory, uschnięty pająk...
Płaska, chropowata powierzchnia oparta była o ściankę. Prawie ją przeoczył, jednak uciśnięta ugięła się pod palcami z charakterystycznym, papierowym trzaskiem. Jeszcze zanim wyciągnął ją z pieca, zorientował się, że wyjmuje nie jedną kartkę, a cały ich plik.
„Proszę, proszę. Dobry był z ciebie przyjaciel, Hapenir...”.
Otworzył arkusz, który okazał się pustą okładką, okrywającą kilka innych, które dzięki temu poczerniały od popiołu jedynie na brzegach. Pośpiesznie przerzucił stronę.
Drogi Raszu,
wiem, że zamieszkanie w Najwyższej Izbie Kontroli Leśnej jest dla Ciebie i dla całej naszej rodziny wielkim zaszczytem. Jeszcze raz powtórzę, że nie chcieliśmy robić Ci z tego powodu wymówek, nawet jeśli nasze rozstanie było chłodne. Cieszę się, że przyjąłeś moje przeprosiny.
Nie chcę zagłuszać Twojej radości z życia w tym pięknym, wielkim świecie, ale niestety znów muszę napisać do Ciebie w przykrej sprawie. Ostatnio jest nam bardzo trudno. Izelka ciągle płacze, a do tego coraz trudniej jej jeść. Nie możemy zostawiać jej samej, więc na zmianę z Twoją mamą pilnujemy jej w domu. Pracuje więc tylko jedna z nas. Babcia bardzo się przez to wszystko denerwuje. Dziś wyrwało jej się przy Izeli, że lepiej, gdyby już było po wszystkim. Oj, jak mama to usłyszała... Ostatnio żyje się w tym domu jak w piekle! Gdybyś tylko mógł wrócić choć na jakiś czas... Wiem, że proszę o wiele. Przepraszam.
Dancela
Drogi Raszu,
nie otrzymałam od Ciebie żadnej odpowiedzi. Wybacz, jeśli mój ostatni list jakoś Cię uraził. Chciałam tylko napisać Ci, że wszyscy bardzo Cię kochamy. Babcia i mama przesyłają Ci całusy. Proszę, nie miej do nas żalu. Izela tęskni. Przyślij jej jeden ze swoich rysunków.
Dancela
Drogi Raszu,
naprawdę przepraszam, jeśli poczułeś się dotknięty. Piszę ten list i nie mogę powstrzymać łez. Martwimy się o Ciebie, nie otrzymując żadnych odpowiedzi! Zapomnij o tym, co pisałam. Bądź szczęśliwy w swojej pracy, a my tu jakoś damy radę. Tylko napisz nam, jak Ci się wiedzie. Zdrów jesteś? U nas wszystko w porządku.
Dancela
Od biegania po tekście rozbolały go oczy.
„Co za smętna sprawa. Rasz odwodził Hapenira od pomysłu opuszczenia Najwyższej Izby dla Epei, a Hapenir chował listy, w których rodzina namawiała Rasza na powrót do domu, czego, jak się okazuje, w głębi duszy chciał. Gdzie tu sens, gdzie logika? Gdzie chowa się szczęście, którego nawzajem się pozbywali?”.
Poskładał kartki, chyba tylko z przyzwyczajenia do nadmiernej ostrożności, i umieścił z powrotem w piecu, z aptekarską dokładnością upewniając się, że spoczywają w tym samym miejscu, z którego je wyciągnął.
Została mu jeszcze chwila do zagospodarowania. Tego popołudnia, zamiast na spacer nad rzekę czy do babci Cispesji, nogi od razu zaniosły go do biura ochrony. Okazja była doskonała, aby wykorzystać potencjał swojego drugiego, obecnie priorytetowego stanowiska. Musiał postarać się o awans.
Wyjął z komody czystą kartką i usiadł, opierając się o kant mebla. Musiał poukładać w głowie zdobyte informacje. Nie miał pojęcia, czy Hapenir przekazywał dowódcy to, co wyczytał w zatrzymanych listach przyjaciela, ale jeśli nie, takie nowości mogły być wartościowe. Najciekawszy jednak był właśnie fakt, że korespondencja nie dotarła do adresata. To już wykraczało poza kompetencje nadzorcy i wątpliwe, aby mogło być powodem do przechwałek.
Nadzorca. Wciąż pozostawał dość enigmatycznym stanowiskiem. Inni nadzorcy... dobrze byłoby dowiedzieć się, kim są. A dzięki temu i mieć wiadomość, na kogo w Najwyższej Izbie trzeba szczególnie uważać.
Obejrzał się na mgnienie oka, by upewnić, że nikt za nim nie stoi, nikt nie wygląda zza drzwi, z komórki ani ze szczytu schodów; nikogo nie ma w pobliżu. Wolno uchylił jedną z szuflad. Ledwie zgrzytnęła, ukazała stos leżących w bezładzie raportów. Drżącymi palcami wyciągnął jeden z nich, do połowy, żeby tylko dojrzeć imię lub przynajmniej rzucić okiem na charakter pisma. Kobylaste szlaczki nie powiedziały mu niczego, ale na samym dole, dumnym zawijasem, podpisał się...
Ptak zmrużył oczy, przysuwając się bliżej, aby mimo półmroku rozczytać ów kod artystyczny.
Siemisz. No proszę. Wciągnęli w swoje szeregi nawet miejscowego opiekuna międzygalaktycznych wycieczek. Całkiem logiczne, że siedząc wieczorami w kąciku pełnym odurzonych wilków ze wszystkich poziomów urzędu, mógł usłyszeć wśród bełkotu również wiele prawdziwych szczególików.
Wsunął kartkę z powrotem do szuflady i wyciągnął spod spodu inną.
Cehir. Jeden z asystentów Inspektora Ziem Północnych. Szkliwo wcale go nie znał, toteż odłożył jego raport i zaczął losować kolejne. Na części z nich autorzy się powtarzali, ale gdy wyciągnął stronę zapisaną maleńkim, niemal obsesyjnie równym pismem, było jasne, że wreszcie znalazł kogoś nowego.
Denuvelin. Prychnął w duchu. Dowódca miał chyba jakiś szósty zmysł, albo jego informatorzy rekrutacyjni byli lepsi niż przedstawiał ich w swoich surowych ocenach.
Potarł czoło skrzydłem. Choć dzień nie różnił się niczym od wszystkich innych dni, kręcił się wokół tego samego rdzenia, prowadził jak po nitce od zejścia z posłania, przez korytarze urzędu, aż po remizę i ostatni świadomy oddech, chociaż swobodne wybory ograniczały się tylko do wyboru miejsca na spędzenie wolnej chwili po południu, a tych można było dokonywać tylko na skrzyżowaniach ścieżek, zmęczenie sunęło za ptakiem krok w krok. A może to tylko znużenie? Dałby radę jeszcze zerwać się na nogi, rozciągnąć skrzydła i lecieć na koniec świata, gdyby tylko wiedziałby, że znajdzie tam coś wartego zachodu. Tymczasem jednak siedział pod komodą dowódcy ochrony, w ponurym korytarzu, bezmyślnie lampił się w ścianę i nie miał nawet siły, żeby wstać i podreptać na kolację.
Zerknął na drzwi do komórki, ukryte w najciemniejszym kącie. Epea musiała już zostać zabrana. Wokół było cicho; zdawało się, że w całym biurze nie ma żywej duszy. Mimo to miał przeczucie, że Nakideron może siedzieć w swoim gabinecie, za drzwiami u szczytu schodów. Nigdy nie pokazywał się przecież nigdzie indziej. Co robił całymi dniami? Czytał raporty swoich donosicieli? Ze swojego mrocznego zamku patrzył przez okno, obserwując wilki przechodzące ulicą?
Ptak przeciągnął się, leniwie podpierając na skrzydłach. Wieczerza czekała.
Tuż za progiem oślepiło go złote słońce, ciskające ostrzami promieni prosto z zachodu. Omal nie wpadł na dwa basiory, ślimaczym tempem drepczące w głąb wsi. Od razu odrzucił myśl, że to pomocnicy Nakiderona. Obie obleczone światłem sylwetki były co prawda postawne, a głosy usłyszał dopiero po chwili, jednak Denkin i Trelik nie zwykli raczej spacerować bez celu uliczką pod biurem swojego szefa. Przez chwilę chciał ominąć wilki jak zazwyczaj większość urzędników. Czystym przypadkiem przysłuchał się ich rozmowie.
- Ja tam wierzę, że jeszcze wam się poukłada. Odpocznie sobie od ciebie i zapomni.
- A ja od niej! Ech, śmiesznie wrócić tu po tylu latach i zimach. Pamiętasz, jak skakaliśmy przez podpaloną kłodę? Trispin sfajszył sobie sierść na brzuchu. A jak leciał do rzeki... - Coś w słowach, które wymienili, wydało mu się bardzo interesujące. Zamiast w stronę remizy, zrobił kilka leniwych kroków ich śladem, w przeciwnym kierunku.
- Nie pamiętam tego - odrzekł drugi w zamyśleniu. - Ale pamiętam, że na pożegnanie strułeś się rybą, którą nam tu zaserwowali, mało nie zdechłeś.
- Takie rzeczy to zawsze pamiętasz! A tych śmiesznych w ogóle.
- Ja tam ubawiłem się za cały księżyc.
To nie urzędnicy. To żołnierze, w dodatku najwyraźniej nietutejsi. Rezerwiści Najwyższej Izby z prawie wszystkich stron NIKL-owego świata zaczęli już zbierać się na zapowiedzianych szkoleniach. Szkliwo przystanął na skraju ścieżki, pozwalając im zniknąć śród budynków; podążanie za tą dwójką byłoby podejrzane. Zamiast tego zawiesił wzrok na rozłożystym krzewie. Pod nim trzy gołębie stąpały po krawędzi emaliowanej miski z wodą. Stukanie ich łusek i pazurów o metal rozsypywało się wokół.
O czymś sobie przypomniał. Wciąż miał za plecami biuro ochrony. Tym razem jego tylną ścianę. Tę z oknem. Wolno wykręcił szyję, by spojrzeć w górę. Było puste. Nikt, kto by nie szukał, nie dostrzegłby wilka stojącego w cieniu pokoju, w takiej odległości, że z dołu widać było tylko zarys jego uszu i dwa jaśniejące tuż pod nimi punkty.
Popatrzyli na siebie. Echo rozmowy oddalających się spacerowiczów ostatecznie ucichło. Szkliwo skinął głową wyuczonym zwyczajem, którym zwykł pozdrawiać znajomych przechodniów, jednak połyskujące w ciemności ślepia pozostały nieruchome. Gdy wreszcie odwrócił od nich wzrok, zrobił to bez cienia emocji. Szedł za żołnierzami ledwie przez kilka kroków. Nie zdradził się. Nie było się czego obawiać.
Nagle wszystkie trzy ptaki ze swoim świszczącym, gołębim trzepotem wzbiły się w powietrze. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ich wodopój stoi pod znajomą, starą czeremchą. Gałęzie zatrzęsły się, a małe listki zadrżały lekko, gdy zahaczyło o nie posiwiałe futro.
- Szkliwo, przyszedłeś w odwiedziny? - rozległ się cienki głosik Cispesji. - Zauważyłeś moje poidełko dla ptaszków? Było schowane, bo woda zamarzała, i chociaż zrobiło się już cieplej, do wczoraj zupełnie zapomniałam go wystawić! Ale one nie zapomniały. Wróciły, gdy tylko postawiłam miskę. To tak miło, że pamiętały przez całą zimę.
Skrzydlaty uśmiechnął się lekko, widząc, jak staruszka ustawia prosto miedniczkę, która wysunęła się z piaskowego dołka.
- Właściwie zaciekawiło mnie, co tu robi ta miska. Szedłem akurat na kolację.
- Aha, w takim wypadku już cię nie zatrzymuję. Pewnie jesteś głodny.
- Troszeczkę. - To przypadkowe spotkanie mogło okazać się nawet przydatne. Z nieuchwytnym wahaniem uniósł szpony. Wyciągnął z kieszeni drobny przedmiot. Jeśli chciał się dowiedzieć, co to za ustrojstwo, warto było zapytać kogoś, kto miał szansę być równie stary, co ono. - Nie wie babcia przypadkiem, co to może być? To znaczy, widzę, że kręg, ale do czego mógł służyć?
Wilczyca nachyliła się, obrzucając kość uważnym, lecz krótkim spojrzeniem. Czas, po jakim w jej oczach zaświeciła się pewność, napawała nadzieją.
- Skąd go masz? - zapytała z czymś, co być może chciało być uprzejmą ciekawością, ale stało się bliższe zdumieniu.
- Znalazłem - odrzekł, wzruszając ramionami. - Zaciekawiło mnie, co ktoś przy nim majstrował.
- Kiedyś widziałam takie zabawki w sierocińcu na północy. Do środka wkładało się skrawki mięsa, a ta dziurka to miejsce na sznurek. Najmłodsi uczyli się na tym chwytać zdobycz. Teraz już chyba się takich nie robi.
„No proszę. Kościana zabawka. Dawno temu należała więc do jakiegoś szczenięcia. Ciekawe, skąd wzięła się w naszej piwnicy”.
- Ach tak. Miałem nadzieję, że jeszcze może się do czegoś przydać.
- Nadal można jej użyć!
- Tak. Tylko szczeniaków brakuje - rzucił bezbarwnie, chowając kosteczkę z powrotem do kieszeni.
- Dzieci w Najwyższej Izbie czasem się pojawiają... tylko nikt ich nie uczy polować.
- Tak. Same kończą jako posiłek.
- Niektóre zabiera wojsko, gdy mają akurat wolne miejsca. Waderki przyuczają do pichcenia posiłków w ichniejszej kuchni, a basiorki od małego uczą na żołnierzy.
- W takim razie może jeszcze kiedyś się przyda - mruknął, zerkając już w stronę remizy. „To nadal nie tłumaczy, skąd taka zabawka wzięła się w domu asystentów, zakopana najpewniej przed laty, głęboko w piwnicy... którą podobno zasypali ludzie”.
Z wielkiego, prostokątnego budynku płynęły już zapachy świadczące o czekających w sali wyżynach kulinarnej sztuki. Zatrzymał się przed wejściem.
„Ciekawe, co tam u Przytulii”, pomyślał odruchowo, zerkając na miejsce, w którym jeszcze niedawno stali razem i wpatrywali się w ziemię. „Co to był za symbol? Pewnie już nigdy się nie dowiem. Zresztą nawet nie pamiętam już dokładnie, jak wyglądał”.
Minął próg, nie rzucając się w oczy strażnikowi. Gdy dotarł na miejsce, Rasza już nie było. Nawet nie siadając, skubnął pieczone kozie żeberko, lepiące się od słodkiego sosu. Wątpliwym zdawało się, by jego współpracownik tak wcześnie wrócił do domu, Szkliwo uznał więc, że zapewne bawi się w najdalszym końcu sali, za ogniskiem. Przegrywa w karty, pali, czy wyżera sobie mózg kwasem: było mu wszystko jedno. Na niego samego czekała lepsza rozrywka.
- Jesteś wreszcie! - Pełna energii Ildiri wyskoczyła z zaplecza, gdy tylko któraś z koleżanek doniosła jej o oczekującym w korytarzu pacjencie. - Nie mogę sobie wydarować, że nie było jak się do was dziś przysiąść. No i nie przyniosłam ci wody. Aż żal bierze, jak męczysz się nad tym winem. Uschniesz mi i co? Pomyślałam sobie, że poproszę Fijkę, żebym mogła oprócz wina wystawiać wam też dzbanek z wodą. - W obliczu tego, po co przychodził, uczucia, które zaczynała mu okazywać, były trochę onieśmielające. Jej troska miała jednak uzasadnienie. W zimie, dopóki leżał śnieg, o zaspokojenie pragnienia było łatwo. Ten piękny czas już minął, a ponieważ deszczu chmury ostatnio poskąpiły, po każdy łyk wody trzeba było iść nad rzekę lub do którejś z w miarę czystych studni. - Pierwszy pokoik jest nasz, poczekaj tam na mnie. - Jednym szarpnięciem odsunęła przed gościem kotarę, odwróciła się na pięcie i znów zniknęła w niedostępnej dla jego oczu części ich królestwa. Niedługo potem wróciła wolnym krokiem, z kubkiem przeźroczystego płynu.
- Dziękuję. - Przysunął dziób do naczynia, napawając się chłodem i świeżością życiodajnego napoju. Po wewnętrznej stronie osadzały się maleńkie pęcherzyki powietrza, woda musiała więc być świeżo nalana. Trudno było mówić o jej smaku, ale miał nieodparte wrażenie, że ta z jakiegoś powodu nie pasuje ani do kilku wioskowych ujęć, ani do rzeki; choć czysta, to jakby odrobinę cięższa, bardziej metaliczna niż wszystko, co pił zazwyczaj. Poprzednio nie zwrócił na to uwagi. Był tak spragniony, że chętnie wypiłby nawet błoto z kałuży. „Ciekawe, skąd ją tu biorą. Remiza ma własną studnię? To by było dla nich całkiem wygodne. Przygotowanie kolacji musi pochłaniać sporo wody”.
- Czemu cię wczoraj nie było? - szepnęła mu do ucha. Łapa pokryta aksamitną sierścią wsunęła się pod jego płaszcz. Było to nawet dosyć przyjemne. - Za to zostaniesz dziś na noc.
- Nie zostanę. A wczoraj miałem pracę. - Odstawił kubek na ziemię, delikatnie, jakby najlżejszy wstrząs mógł spowodować pęknięcie. Wyprostował się i powierzył ścianie część swojego ciężaru. Chłód muru nie docierał do grzbietu przez materiał płaszcza.
- Jaką znowu pracę o tak późnej porze?
- Nijaką. Nie zrozumie waćpanna. - Jego ciało prosiło o westchnienie, lecz pozwolił sobie tylko na jeden głębszy, bezgłośny wydech. Obserwował i słuchał z uwagą.
- Gdzieś to już słyszałam - burknęła. Jak oczekiwał, zerknęła między wiersze. Pozostawało najważniejsze pytanie.
- Przypadkiem nie od ojca?
Ruchy jej zwinnej łapy ustały. Lekkie rozkojarzenie na zaokrąglonych policzkach nie zniknęło nawet, gdy odsunęła się wolno, żeby objąć go wzrokiem.
- Skąd wiesz?
- Domyśliłem się - odrzekł krótko. Strzał był zuchwały, sprowokowany jedynie kilkoma mętnymi poszlakami, ale szczęśliwym przypadkiem celny. A zatem Nakideron. Zrobiło mu się dziwnie z myślą, że właśnie ta wilczyca okazuje się córką jego szefa. „Ale masz szczęście do kobiet, Szkliwo... A raczej do ich ojców”.
Z drugiej strony być może właśnie ten scenariusz mógł co nie co wyjaśniać. Na przykład, dlaczego Ildiri nie chciała zdradzić, kim jest jej ukochany tatuś. Dlaczego nie chciała nawet myśleć o opuszczeniu Najwyższej Izby i kto był tajemniczym osobnikiem, nieoficjalnie czerpiącym z jej pracy. Niestety był to też wyraźny sygnał, że pod żadnym pozorem nie należy jej ufać.
- Kontynuuj - chrząknął. - Nie przyszedłem tu, żeby kontemplować rysy na suficie.
Ona jednak nie wykonała polecenia. W prawie całkowitym mroku, w jej oczach odbił się nikły odblask tańczącego po drugiej stronie zasłony płomienia pochodni.
- Zmieniasz się.
- Skądże.
- Zmieniasz - ściszyła głos do pomruku, w którym nie było już flirtu. - To wszystko jego wina.
- Nie zaprzątaj tym sobie głowy, kwiatuszku - odparł nieco niecierpliwie. - Nie zmieniam się. Zmieniam tylko punkt widzenia.
Swoimi ostrymi pazurami przeczesała czarną grzywę, okalającą jasną sierść na karku. Przez chwilę siedziała na ziemi, w leniwym rozkroku, patrząc przed siebie i zupełnie nie przejmując się gościem.
- Niczego swojego nie mogę mieć. Jestem albo jego córką, albo jego pomocnicą, albo własnością. Inne mnie tu nie cierpią... bo myślą, że wszystko mu donoszę. A to nie tak!
- A jak?
Wadera westchnęła, zbierając słowa.
- Nikt nie nienawidzi ojca tak mocno, jak nasze dziewczyny. Wiesz, zawsze, gdy pojawia się nowa, on chce zobaczyć ją pierwszy. Każe mi to organizować. Wiem tylko, że wchodzi tam i pierwsze co jej mówi, to że nie będzie delikatny. Potem... zawsze zapowiada, że wróci następnego dnia. I wraca, tylko po to, żeby zobaczyć, jak okropnie jest przerażona. Chce mieć pewność, że lęk się w niej zakorzeni. Pocieszam ją potem i mówię, że żaden inny tutaj nie jest taki jak on. Ale one wszystkie i tak strasznie płaczą. Płaczą i odwracają się ode mnie...
„Och, jesteś wybitną kanalią, Nakideron”.
- Nie musisz być niczyją własnością ani pomocnicą.
- Jeśli znowu zaczniesz mówić, że przecież mogę odejść...
- Dla mnie możesz być czyjąkolwiek córką. Jesteś przede wszystkim Ildiri. - Choć nie przemyślał tych słów, przyniosły skutek, bo wadera w końcu na niego spojrzała. Odpowiedziała mu bladym uśmiechem.
- Wiesz, a ty, jakbyś był wilkiem, to myślę, że byłbyś nawet całkiem przystojny.
- Wiem, że w obecnej postaci nie jestem. Nie musisz mi o tym tak często przypominać.
- Przecież nie o to chodzi!
- No tak, tak. - Wyglądało na to, że kryzys został zażegnany, a operacja odtajniająca nie pochłonęła ofiar. Szkliwo rozluźnił się nieco, do końca opierając się na ścianie i zakładając nogę na nogę. - Kto właściwie według ciebie jest przystojny? Może nasz inspektor?
- Niczego se. A co, zazdrosny jesteś? Dżentelmen, w przeciwieństwie do ciebie, i nie taki męczący jak Nikrosz z zachodu, z tymi jego nerwicami. Młodszy niż ten zdziadziały słabiak Labur z północy, i przyjemniejszy niż tamten, jak mu tam było... Asbik z południa.
- Inspektor z południa - powtórzył w zamyśleniu. - Chyba nigdy go nie poznałem.
- Nie ty jeden. Kiedyś na kolacji ci go pokażę. Siedzi z boku. Nikt o nim nie pamięta. Ma tylko dwóch asystentów. Mało mają roboty, więc nie rzucają się w oczy. Przecież południe to pustkowie.
- Rozumiem. A Labur... Najwyraźniej niedawno go spotkałem. Choruje na coś? Rzeczywiście słabo wygląda.
- Kto tu na coś nie choruje? Chociaż prawda, z nim coś jest nie tak. Kiedyś przyszedł do Stelkii i omal tam nie wyzionął ducha. Ponoć łapy tak mu się trzęsły... Teraz już prawie nie przychodzi.
- Więc mówisz, że obsługujesz inspektorów.
- Opiekuję się - poprawiła go wolno i wyraźnie.
- Zatem pióra sprowadziły na mnie zaszczyt bycia jedynym chudym asystenciną w twoich łapach?
- Nie - odparła przeciągle. - Bywało paru innych. Do czego dążysz?
- Do zaspokojenia ciekawości. - Limit nowych wiadomości zaczynał się wyczerpywać. W wilczycy budziła się podejrzliwość. - No cóż, wróćmy do rzeczy.
Było już późno w nocy. Do ich kącika docierały tylko stłumione zasłoną, równe oddechy z wydzielonego pokoju obok. Wsłuchiwał się w nie bez siły, by wstać. Nie był pewien, ile czasu minęło, odkąd zaległ na podłodze. Była twarda, zimna, ale jakoś mu to nie przeszkadzało. Oczy mu się kleiły, nogi stały się ciężkie, skrzydła leżały na wpół rozłożone, luźno zsunięte z grzbietu na ziemię. Zmęczenie chyba powoli zbierało się do wysłania go w dalekie krainy, a on odwlekał moment, w którym miał zakończyć wizytę i udać się na spoczynek do własnego domu.
- Dobrej nocy, Szkliwo - jej głos przerwał ciszę. Choć wiedział, że jest tuż obok, słyszał ją z oddali. Rozpoznał ten ton: suchy, znużony. Przestała grać. Zatem spodziewała się... że już jej nie słucha.
Stopniowo zaczynał czuć coś, czego nie czuł przy niej nigdy wcześniej: serce mówiło, że coś jest nie tak, i nie była to łzawa przenośnia. Rzeczowy, czujny i niezawodny mięsień w jego piersi przyspieszył, chociaż reszta ciała była już spokojna. Lęk. Skąd się wziął, jeśli Ildiri wciąż leżała spokojnie?
Poczuł, jakiego kończyny robią się gorące od krwi gwałtownie napływającej do naczyń. Otworzył oczy, jakby podnosił wiadro pełne kamieni. Zamknął bez namysłu; i tak było ciemno. Dźwignął się na skrzydłach, choć głowa została gdzieś w dole.
- A gdzie ty do cholery idziesz? - teraz miał pewność. Była wściekła. Chwyciła go za skrzydło, ale nie miała odwagi przytrzymać, używając siły. Odsunął się bez trudu.
- Do domu - wymamrotał. Udało mu się namacać ścianę i złapać pion, chociaż ziemia ciągle próbowała odpłynąć spod nóg. Serce nie kłamało. Coś było nie tak.
„Wszystko jedno. Chce mi się spać. Po co Ildiri aż tak chce zatrzymać mnie tu na noc? Musi naprawdę bardzo jej zależeć, by nikt oprócz mnie tu nie przychodził. A przynajmniej nikt, kto fizycznie mógłby zostać ojcem”.
Chłodny wiatr na zewnątrz otrzeźwił go na tyle, by zdołał uwierzyć, że bez większych kłopotów dotrze do domu. Dreptał skulony, trzymając się ścieżki.
Coś pomiędzy pierwszymi budynkami przykuło jego wzrok. Od czasu zrekrutowania do struktur ochrony był bardziej niż kiedykolwiek wyczulony na podejrzane kształty i ruch w ciemności. Każdy krzak na obrzeżach pola widzenia choć trochę przypominający psowatego był dla niego potencjalnym wrogiem. Tym razem jednak nie stanął mu na drodze ani krzak, ani wilk. Mimo to poczuł, jak krew na chwilę zatrzymuje się w żyłach.
Szczupła sylwetka opierała się o ścianę jednego z domów, nonszalancko założywszy nogę na nogę, tak jak on sam niedługo wcześniej, rozmawiając z Ildiri. Gładkie pióra o chłodnej barwie lśniły na skrzydłach ścisło przylegających do grzbietu.
Zatrzymał się, chwiejąc lekko.
- To ty - powiedział niemal bezgłośnie. - Nie dręcz mnie, proszę. Nie rozumiem, czego chcesz. Niczego nie mogę ci dać.
- Mi dać? - Berberysowe ślepia zajaśniały w ciemności. W dojmującej ciszy nocy każde słowo brzmiało niemal tak wyraźnie, jak na scenie teatru. - Zabawne. Jak dotychczas tylko brałeś. Wziąłeś, co wygodne: dom, stanowisko, partnerkę.
- Tego wszystkiego już nie ma.
- Och, jak mi przykro. - Bok postaci oderwał się w końcu od jaśniejącego w ciemności muru. Krok za krokiem, zaczęła nieśpiesznie stąpać przez podwórze, w kierunku ścieżki. - Jedyne, co stałego ma się w życiu, to samego siebie. A ty, Szkliwo, co takiego masz?
- To, co każdy. Samego siebie. - Nie chciał się cofnąć; nogi same podjęły decyzję. Powstrzymał je. Przecież wiedział doskonale, że nie ma dokąd uciec.
- A imienia nie wziąłeś. Tak cię ono uwiera? Chciałeś wszystkiego, co moje... ale tak bardzo bałeś się być mną? - Widmo zatrzymało się trochę wcześniej, niż się obawiał. Nie przekroczyło granicy, ale zdołało już sprawić, że mięśnie zesztywniały mu, szykując się do obrony. - A teraz nadal się boisz?
- Nie boję się - szepnął. - Ja tylko nie wiem, co robić. Tak bardzo nie wiem, co robić... Miej trochę dobroci, chociaż ty.
- Cóż słyszę? Tęskno ci za dobrocią. Skąd nadzieja, że ode mnie ją dostaniesz? Po tym wszystkim, dlaczego nadal jej tutaj szukasz? Nie sprzeniewierzyłeś się jej przypadkiem?
- Wciąż jesteś moim koszmarem. A ja... nie mam już nikogo, oprócz ciebie.
- Sieroto wspólnotowa. - Dumna szyja wyprostowała się. Oczy popatrzyły na niego z góry. - Po co ci ja? Masz przecież wokół siebie tyle wilków. A gdzie twoja wataha? Czy nie powinieneś jej kochać, jak ja kochałem? Czy i temu się sprzeniewierzyłeś?
- Już nie wiem, gdzie ona w tym wszystkim jest i czy jest. Nie wiem, czy żyję tak, by dochowywać jej wierności i czy naprawdę tego chcę. Czy jeszcze czemukolwiek potrafię. Czuję, że niczego o sobie nie wiem - jęknął, lekko rozkładając skrzydła.
- Więc dlaczego - widmo ważyło każde słowo - oczekujesz akurat dobroci? „Ciebie nie ma”, mówiłeś. No proszę, a jednak cały czas tu stoję. - Powtórzyło gest rozmówcy, dumnie wypinając przy tym pierś.
- A przychodzisz tylko po to, żeby mnie dręczyć. Czego ode mnie chcesz?
- Pójdź po rozum do głowy. Może coś tam zostało, nawet jeśli nie za wiele.
Znów sam. Zawsze sam. W samotności sam wobec siebie, niepełny, a może tylko na samostanowienie jeszcze niegotowy. Czego brakowało? Uczucia, odruchu, myśli, nawyku?
W kompletnej ciszy coś trzasnęło. Nie; tyknęło. Szkliwo przetarł oczy, po czym zerknął na czerniące się wokół krzewy i bielejące ściany. Zupełny spokój. Tylko z oddali, od strony łąk dobiegł delikatny dźwięk. Cyk. Pióra na jego szyi nastroszyły się, choć wiatr już ucichł, a noc była ciepła.
Cyk. Cyk. Świerszcze powoli rozpoczynały swój pierwszy, letni koncert.
Ziewnął, rozciągając skrzydła na pełną rozpiętość. Jedno z nich uderzyło w pień śliwy. Kiedy zdążył dotrzeć do domu? Był już prawie u progu. Najwyższa pora, bo znowu poczuł, że przestaje sobie radzić z narastającym ciężarem powiek. Cyk. Cyk. Cyk. Zatonął w szeleszczącej melodii, która nie ucichła nawet wewnątrz, napływając przez duże, puste okna. Ominął śpiącego Rasza i wdrapał się po schodach. Potem zapadła ciemność. Świerszcze umilkły.
Cdn.