一
Tu się nie puka!
一
Kochany Szkliwo!
Ostatnio jestem w domu często sama i okrutnie mi się nudzi. Dlatego ucieszyłam się, jak napisałeś list. Szkoda, że nie możemy naprawdę porozmawiać, to znaczy nie pisać, tylko mówić, tak, żeby nie trzeba było czekać na listy! Jesteś fajny. Pytałeś, co opowiadał mi towarzysz Ableharbin o historii. Opowiadał, jak wybuchła wojna. Mówił, że odpowiadało za nią warcholstwo i wrogowie z daleka, którzy wysłali wilki, które wznieciły bunt. Podobno tak jest zawsze, gdy w szczęśliwej watasze wybucha wojna. Powiedział, że niektórzy mieszkańcy WSC zostali zmanipulowani, ale potem wszystkie wilki były nieszczęśliwe i marzyły o tym, żeby to już nigdy się nie powtórzyło. Wtedy on ze swoimi przyjaciółmi myślał, co zrobić, żeby wojny już nie było.
„Towarzyszu sekretarzu, może mi się zdawać... ale zakończenie wojny było sprawą naszą i starego sekretarza. A może jednak tylko mi się wydaje, co?”.
Towarzysz Ableharbin chce, żeby wszyscy się przyjaźnili, ale mówi, że my z Sasanką jesteśmy dla niego wyjątkowo drogie, bo obiecał dbać o nas jak o własne córki (chociaż jeszcze nie wiem, dlaczego. Sasanka mówi, żeby go o to zapytać, jak będzie miał fajny humor i wtedy na pewno wszystko powie). Przedwczoraj rano zaprosił nas do WWN na obiad, żebyśmy poznały jego przyjaciół z rady watahy, ale dziadek nie pozwala nam iść. Mówi, że musimy być większe, bo inaczej nakarmią nas tam propagandą. Legion też tak mówi. To mnie zasmuciło, ale Sasanka powiedziała, że i tak niepotrzebny nam jest obiad z WWN. Mówiłeś, żeby obserwować innych, więc tak robię. Zaobserwowałam, że dziadek nie chce, żebyśmy chodziły do WWN, a Legion w ogóle nie lubi, gdy mówię o towarzyszu Ableharbinie.
Ostatnio trochę się rozchorowaliśmy, ale nie martw się. Sasanka nie chorowała, a ja już jestem zdrowa.
Pozdrawiam, Prymula
Zauważył, że jej pismo stabilizuje się wraz z każdym kolejnym listem. Agrest naprawdę się postarał, ucząc ją władania piórem, czy też raczej zwęglonym polanem.
„Szkoda, że siostra najwyraźniej nie ma do tego drygu. A może jednak się uczy, ale po prostu nie chce jej się pisać do kogoś, kto jest dla nich równie rzeczywisty, jak te litery na papierze”.
Na wpół świadomie obrócił kartkę, sprawdzając, czy nie ma na niej nic więcej. Nie. To jedyny list. Agrest tym razem milczał.
Wyciągnął spod siana jedną z niezapisanych kartek i przerwał ją na pół.
Kochana Prymulko!
Dziękuję Ci za list. Fakt, że bierzesz do serca moje rady, jest dla mnie zaszczytem. Tę z pełnym przekonaniem ponawiam: nigdy nie przestawaj obserwować innych wilków. Dzięki temu dostaniesz odpowiedź na pytania, które zrodzą się z ich słów.
Proszę, nie przejmuj się obiadem w WWN. Ableharbin zrozumie, że rodzina chce poczekać z wysyłaniem Cię na wycieczki daleko od domu. Już niedługo, gdy będziesz będziesz trochę wyższa i silniejsza, łatwiej będzie wybrać Ci się na taką wyprawę. Wtedy na pewno poznasz jego przyjaciół.
Uściski dla Ciebie i całego domu,
Szkliwo
Papier zaszeleścił. Teraz leżała przed nim druga, czysta połowa.
✘
Agrest.
W sprawie mojego przeniesienia do struktur ochrony nic się nie rusza. Nie sądzę, żeby w ogóle chcieli tam pierwszego lepszego asystenta. Do archiwum pewnie się nie dostanę. Ostatnio kręcę się w kółko i niestety nie mam żadnych nowych wieści. Niczego już nie wiem, niczego nie szukam. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co robić dalej. Proszę, porozmawiaj z sekretarzem. Niech wyśle tu kogoś innego, kto będzie miał lepsze pomysły i więcej siły, żeby odnaleźć się w tym środowisku. Nie chcę na darmo spędzić tu całego życia.
Szkliwo
Palce zmarzły mu od pisania. Trzeba było jeszcze wysłać listy.
Zima przechodziła pełen rozkwit. Śnieg stwardniał tak, że w niektórych miejscach nawet najcięższe basiory przestały się w nim zapadać, wszyscy chodzili więc po wierzchu gładkiej pokrywy jak po ogromnym jeziorze, w którym do połowy zatonęły krzewy, niższe drzewka i piwniczne okienka niektórych budynków.
Samotnie, jak wędrowiec
Tworzył swój świat
Widział wszystko, co poza nim
Żył jak pielgrzym
Za każdym razem, gdy rano przychodził do urzędu lub gdy po południu wracał do domu, musiał strząsać z kołnierza zamarznięte kropelki własnego oddechu, który na zewnątrz przybierał postać mlecznej chmurki. Mrozy trwały już tak długo, że zdążyli zapomnieć, czym było ciepło lata. Przypominało je tylko ognisko płonące wieczorami w remizie, ale nawet wtedy dreszczyk na grzbiecie uświadamiał, że to nie do końca to samo.
Gdy zostawił list nad rzeką, słońce już skryło się za odległą linią drzew, a bezchmurne niebo przybrało swój piękny, brzoskwiniowo-purpurowy kolor. Księżyc zawisł na nim już dobrą chwilę wcześniej, niczym srebrny koralik wśród bezkresu. Szkliwo zatrzymał się, żeby nacieszyć nim oczy; tylko na chwilę, żeby nie skostniały mu nogi zatopione w cienkiej warstwie świeżego śniegu. Ruszył dalej do remizy. Pozostali asystenci już pewnie tam byli.
Przechodząc przez progi
Przyjmował wszystko jak dar
Projektował tworzenie
Wewnątrz siebie
- Moi drodzy - szepnął Hapenir, nachylając się do towarzyszy. - Napisała do mnie.
- Co, kto? - Rasz położył uszy, naraz postawił je na sztorc. Znowu położył. - Chyba nie ta twoja...
- Tak. Wyobraźcie sobie, co za historia. Dziś po pracy spotkałem Ksarona, który przed chwilą wrócił z poczty. List z północy leżał tam od kilku dni i pytali, czemu nikt go nie odbiera. „Jaki list!”, pytam. A on wręcza mi... list od Epei.
- I co pisze?
- Że często o mnie myśli. Wspomina naszą dawną przyjaźń i twierdzi, że w watasze jest teraz pusto. Chce mnie odwiedzić. Porozmawiać w cztery oczy - głos brązowego wilka rozbrzmiał z ciepłym wzruszeniem.
- Oooch, brakowało nam tu zakochanego kundla. - Jego kompan przewrócił oczami. - I jak to sobie wyobrażasz? Nie może tu mieszkać.
- Gdy przybędzie, poproszę Birasta o dwa dni wolnego.
- Dwa dni, ho ho...
- Nie brałem urlopu odkąd tu pracuję! Musi mi pozwolić. Zabiorę ją do lasu. Spędzimy razem dwa piękne dni, bez żadnego pośpiechu i deklaracji. A potem pomyślę, co robić dalej. Jeśli coś miałoby szansę z tego wyjść, nie mogę udawać ślepca!
- Rozważasz w takim przypadku zrezygnowanie z pracy? - do rozmowy włączył się Szkliwo, mechanicznie obracając w palcach pusty kubek.
- Hap! No chyba sobie czegoś takiego nie wymyśliłeś? - Poszerzone ślepia Rasza nieznacznie poruszyły się na boki, jakby szukały wokół siebie niemego wsparcia.
- Nie wiem. Wszystko zależy od tego, czy będziemy potrafili... się razem odnaleźć. Tyle czasu minęło. Ona do tej pory nie myślała o mnie jak o potencjalnym partnerze. Byliśmy przyjaciółmi.
- No to co się nagle zmieniło?!
- Napisała, że odkąd wyniosła się z rodzinnej jaskini, jest zupełnie sama. I że za mną tęskni.
- A ty tak po prostu za nią polecisz. No nie wiem, jakoś mi ten jej list pachnie dobrze sfermentowanym winem.
- Przestań. Ona nigdy nie wzięła alkoholu do pyska.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. - Naburmuszony basior pociągnął nosem i z gniewnym grymasem otarł go wierzchem nadgarstka.
- A w zęby chcesz? - Hapenir zerwał się z miejsca. Jego przyjaciel wstał również, choć wolniej, z nieuchwytnym wahaniem.
- Co, ze mną chcesz się lać, cherlaku? Rozum ci odjęło?
- Ale chłopaki, przestańcie. - Szkliwo poruszył się, powstrzymując mimowolne pragnienie rozdzielenia ich skrzydłem. - Wszystko się wyjaśni, gdy się spotkają.
- No, to kiedy się do ciebie wybiera? - mruknął Rasz, tym razem już bez kpiny.
- Jutro lub pojutrze ma być u nas listonosz z północy. Napiszę jej, że będę czekać o każdej porze dnia i nocy.
- Ech, idź do diabła z tą swoją miłością. - Zapchał pysk pierwszą rzeczą, którą zdążył złapać ze stołu. Okazała się nią kość pełna świeżego szpiku.
- No dobrze... Pójdę pograć w karty. Może i w tym będę mieć dziś szczęście! A wy?
- Tak, tak, idź popatrzeć, jak rozwalają sobie łby za lewe asy. - Płowy wilk porzucił niedojedzone danie i również podniósł się na nogi. - Nasi obiecali dziś rozwalić zachód. Już widzę, że polecą kłaki. Ja tam idę spać, bo jak jeszcze raz mnie Birast złapie na tłuczeniu Zebkina, to nie będzie miło. A ten baran będzie szukał guza, jak nic. Trudno, wracam do domu. - I powlókł się w stronę wyjścia. Pozostała dwójka popatrzyła za nim.
- Przejdzie mu - stwierdził Hapenir. - Przez tyle czasu byliśmy tu we dwóch. Zresztą! Chętnie zostanę, jeśli z Epeą nie wyjdzie. Albo jeśli jakimś cudem udałoby mi się ją tu sprowadzić.
- Tylko mnie tu nie zostawcie samego - odrzekł skrzydlaty, choć obawa nie zakorzeniła się w jego sercu szczególnie głęboko. Lubił ich, najbardziej za to, że już zdążył ich poznać. Ale pracy u inspektora nie było aż tyle, żeby musiała być dzielona między trzech, a i perspektywa błogiej ciszy w domu asystentów, bez sprzeczek czy półżartobliwych wyzwisk, była bardzo kusząca. Niestety, niezbyt realna. - No cóż, też już pójdę. Do jutra.
Miał nadzieję, że Rasz jest już daleko, ale ten sunął przez remizę jak ślimak i nie było możliwe uniknięcie jego towarzystwa bez zwracania na siebie uwagi. Ptak bez słowa zrównał z nim kroku.
- A ty co, ten biznesmenik od szachów nie zaprosił cię dziś na partyjkę? - Basior rzucił mu zblazowane spojrzenie.
- Nie sprawdzałem. Miał gdzieś wybyć w interesach.
- Aha - skwitował. Minęli wyjście z sali, a na korytarzu owiał ich zimny przeciąg. - No to zostaniemy we dwóch kawalerów.
- Jeszcze nikt tak nie mówi.
- Miałem nadzieję, że zapomni o tej lasce, ale mówi się trudno.
- Może, jeśli odejdzie, przyjmą kogoś na jego miejsce.
- Nie chcę żadnego nowego na jego miejsce. - Wilk skrzywił się. - Wiesz, ile lat my jesteśmy przyjaciółmi?
- Wspominał mi o tym.
- Ale co mi tam! - Wyprzedził go o kilka susów. Śnieg zachrzęścił, a lodowe drobinki posypały się naokoło. - Powinienem był wypić więcej wina! - zawołał, otrzepując się dla rozgrzania na mroźnym wietrze. Towarzysz, podążając za nim, tylko szczelniej okrył się płaszczem. Nagle zwolnił i przystanął.
Połam, skrusz wszystkie te ściany
Za plecami płoną mosty
Jestem przewodnikiem, prowadzę - idź
Za mną moja historia
Widok nie był niczym niezwykłym. Ot, góra zwiotczałych mięśni i futra, leżące na poboczu ścieżki wydeptanej w białej masie. Niejeden był już taki, któremu przysnęło się tak mocno, że został wyrzucony z remizy przy sprzątaniu biesiady. Jeśli nie zbudził się i na noc nie zdołał doczołgać się do domu, nazajutrz mogła czekać go nieprzyjemna niespodzianka w postaci zakończenia pracy w Najwyższej Izbie Kontroli Leśnej. W urzędzie nie tolerowano kłującego w oczy uzależnienia; spanie na ulicy traktowano jako najpodlejszy przejaw utraty kontroli nad nałogiem, który, tak powszechny i tak oswojony w tym miejscu, nie znał wielu granic, oprócz tej właśnie: demonstracyjnej, wyznaczonej dumnie i stanowczo przez najwyższych urzędników.
Wilk spał jak zabity. Wokół jego warg i na wibrysach osiadł szron. Szkliwo obszedł go dookoła, ze szczególną uwagą przypatrując się żebrom.
- Ciekawe, ile czasu tu leży. Przymarzł do ziemi - stwierdził, dostrzegając, że sierść przykleiła się do warstwy śniegu. Skrzywił się lekko. Że też akurat oni musieli w niego wdepnąć.
- Pewnie niedawno przylazł. - Rasz wzruszył ramionami. - Taki naprany raczej nie wyszedł przed kolacją.
- Pomóż mi, weź za przednie łapy. Mimo wszystko trzeba go wnieść z powrotem do środka.
- Chyba żartujesz! Ja tego trupa nie tykam. Co chwila leżą tacy przy drodze. Jutro dostanie wilczy bilet od swojego inspektora i skończy się wielka przygoda w Najwyższej Izbie.
- Tylko że dziś jest nie minus pięć, tylko minus dwadzieścia pięć, a on jest kompletnie pijany. On jutro już niczego nie dostanie.
- A co, masz w dziobie termometr? Weź, nie pajacuj. Idziemy. - I bez słowa ruszył przed siebie. Pod jego łapami rozległo się dynamiczne skrzypienie. Ptak odetchnął ciężko, czując, jak mroźne powietrze drapie go w gardło.
Stanął na jednej nodze, a szponami drugiej chwycił łapę leżącego. Sierść była lodowata, zesztywniała, jakby przymarznięta do kości. Ścisnął z całej siły. Pazury weszły głębiej niż planował; dotarły do strefy podskórnego ciepła. Pociągnął. Chrzęst gniecionego śniegu zmieszał się z trzeszczeniem odrywanego od niego futra. Głowa basiora obróciła się bezwładnie. Szkliwo zacisnął szczęki i przez chwilę walczył z ochotą wbicia pazurów jeszcze głębiej w nieruchomą kończynę. Zamiast tego szarpnął gwałtownie, jednym ruchem wyciągając ciało z dołka.
Jak woda o kamienie
Rozbijałem się
Nie znajdując przystani
By zarzucić kotwicę
Wtem pośpieszne kroki rozległy się raz jeszcze, zbliżyły szybko i ucichły tuż obok.
- Patałach jesteś - warknął Rasz, z głośnym pacnięciem łapiąc za drugą łapę denata.
- Dzięki - mruknął skrzydlaty prawie bezgłośnie.
Przenikliwy wzrok strażnika powitał ich z powrotem przy wejściu.
- Przepraszam, czy można go zanieść do sali? On zamarznie, leżąc tu do rana. - Żuraw wyprostował się z ulgą i rozciągnął grzbiet. Wilk uniósł jedną brew.
- Zaraz będą wszystko sprzątać i znowu go wywloką. Jeszcze mnie będą do tego wzywać. Nie ma spania na sali. Tam muszą wszystko na jutro przygotować, a nie skakać po trupach!
- To może chociaż w korytarzu go położymy?
- Chyba kpicie, żeby ktoś sobie po ciemku nogi na nim połamał?!
- W takim razie co mamy z nim zrobić?
Strażnik wzruszył ramionami, taksując nieprzytomnego przez całą jego długość.
- On wygląda, jakby już tu nie pracował.
- Zlitujże się, może i nie, ale niech chociaż żywy stąd wyjdzie! - Ptak ponownie zacisnął szpony na bezwładnej łapie. Rosły basior przez chwilę nie odpowiadał i nie było jasne, czy zamierza jeszcze cokolwiek dodać. Wreszcie nieznacznie skinął głową.
- Możecie go zabrać do dziewczyn. Może jakby się obudził, to któraś by go wzięła - po tych słowach odsunął się o krok od przejścia i łapą wskazał na korytarz tonący w mroku.
Wtaszczyli ciało za próg.
- Dobra, jak chcesz, to baw się w to sam - rzucił Rasz, strzepując ze swojej nogi ostre okruchy lodu. - Ja idę do domu. Laski są za tamtymi drzwiami, kocie. - Mimo zmęczenia na pysku, jego brwi uniosły się dyskretnie, markując coś na kształt przewrócenia oczami. Gdy odwracał się na pięcie, w blasku księżyca ostatni raz dało się dostrzec jego podpuchnięte powieki.
- Dzięki - powtórzył Szkliwo, omijając leżącego pośrodku podłogi basiora. Ten zamruczał coś pod nosem.
Z początku nikt nie odpowiadał na pukanie. Drewniane drzwi z prostym, schludnym rzeźbieniem stały cicho i spokojnie, jakby niczego za nimi nie było. Stuknął jeszcze raz, trochę mocniej. Gdy wahał się pomiędzy próbowaniem po raz kolejny, a wtargnięciem do środka, wreszcie zamek trzasnął, a do korytarza wlało się słabe światło.
- Ach, a kogo my tu mamy! Wchodź. Tu się nie puka! - Wadera, której nie znał, zaśmiała się beztrosko, słodkim, dziwnie kontrastującym z jej potężną sylwetką głosem. Gdy usiadła na tylnych łapach, końcówki jej uszu prawie dotykały framugi, a klatka piersiowa przypominała napompowany z najwyższym staraniem balon.
- Ja kolegę przyprowadziłem. - Kiwnął głową przez ramię. Zmrużyła oczy, wychylając się dalej w ciemność.
- Ojej. On chyba bawi się dziś inaczej.
- Weźcie go, proszę. Okropnie zimno dziś na dworze. Nie przetrzyma.
- My tylko przytomnych obsługujemy - odparła niespodziewanie sucho.
- Jest może Ildiri?
- Sprząta po kolacji chyba. - Obejrzała się za siebie, wiodąc wzrokiem po najwyraźniej całkiem sporym pomieszczeniu, po czym wydarła się, na ile tylko gardło pozwalało: - Ildiri!!! Chodź tutaj! - Ściszyła głos. - Jakiś szmaciarz do ciebie.
Druga, mniejsza sylwetka pojawiła się w drzwiach. Gdy przystanęła, jej ruchy zwolniły. Grzbietem oparła się o ścianę, przednie łapy skrzyżowała na piersi. Na jej pysku, otulonym światłem odległego płomienia, zagościł krzywy uśmiech.
- No proszę. Co to się stało?
- On się stał. - Ptak wskazał na basiora, który chrapał teraz w najlepsze. - Uchlał się na umór. Albo będzie leżał przy drodze i zamarznie, albo weźmiecie go do siebie.
- My nie bierzemy nieprzytomnych.
- Chcesz, żeby zdechł na mrozie? Chyba znajdzie się tam jakiś kąt, w którym mógłby przenocować.
- Znajdzie się, nawet cały pokój. - Skrzyżowane łapy z dumą poprawiły pozycję. Uśmiech wadery poszerzył się, oczy za to zwęziły. - Ale już mówiłam, nie przyjmujemy zgonów. Potem taki padnie i jeszcze będzie na mnie. Albo nawet gorzej, koc zasika.
- Zresztą wszystko jedno. Ja swoje zrobiłem. Trzeba było pilnować się z winem. - Żuraw poprawił płaszcz na piersi i cofnął się o krok, uważając, żeby nie nastąpić na którąś z wyciągniętych nóg. Ildiri westchnęła ciężko i donośnie, kątem oka upewniając się, że zwróciła tym jego uwagę.
- No, chodź tu z nim. - Wyraz jej oczu złagodniał, choć lekki uśmiech nadal przyozdabiał wargi. - Chodź, sama go nie wniosę. Ale może ci z tym czołgiem pomogę, ciężki chyba jest, nie? - dodała, w kilku mgnieniach przenosząc wzrok to na rozmówcę, to na rozłożonego na ziemi basiora.
- Nie ma potrzeby - mruknął, chwytając za tylne nogi. Sprawnie ukrył zadyszkę, powoli przesuwając wielkie ciało po podłodze.
Gdy tylko minęli uchylone drzwi, uderzył w niego silny zapach nieznanych mu do tej pory ziół. Hałas był nie do opisania. Po drugiej stronie sali kilka wilczyc prowadziło głośną dyskusję, ale nawet po części nie maskowało to jęków i trzeszczeń dochodzących zza grubej, szarej, podzielonej na wiele furkoczących części kotary, ciągnącej się przez całe pomieszczenie. Było ono wyjątkowo długie, ale nie dorównywało pod tym względem hali, w której odbywały się codzienne uczty. Ponieważ budynek remizy był niewyszukanym prostokątem, łatwo można było wywnioskować, że gdzieś w głębi kryją się jeszcze jakieś drzwi.
- Tu go daj. - Ildiri zatrzymała się i przez chwilę miętoliła w łapie kawałek zasłony. Zanim jednak Szkliwo przytaszczył denata na miejsce, w zamyśleniu napięła wargi, nad czymś jeszcze rozmyślając. Puściła kotarę i ruszyła dalej. - Nie. Chodź tu. - Jej ogon poruszył się gibko, gdy podeszła do grupki śmiejących się wilczyc, przesiadujących w przyjemnie urządzonym i oświetlonym pochodnią kąciku. Miejsce było duszne, małe, ale bezsprzecznie znajdowało się pod czyjąś troskliwą opieką. Pośrodku stał biało-niebieski wazon, a w nim bukiet suszków. Wokół walały się poduszki, zwleczone chyba z całej wsi. Za kącikiem widoczne były jeszcze dwa pomieszczenia: jedno z drzwiami i jedno bez nich. - Fijka, potrzebuję pokoju - oznajmiła przewodniczka. Zdyszany, podniósł wzrok, szukając wywołanej wśród pozostałych. Wadera była wyraźnie starsza od reszty i, podobnie jak niejeden inny mieszkaniec siedziby głównej NIKL-u, zamiast chodzić, toczyła się na swoich nieproporcjonalnych do brzucha nóżkach. Bez ani jednej emocji na pysku mrugnęła przyzwalająco i, nie zaszczycając nietypowych gości nawet spojrzeniem, wróciła do przejmującej wymiany zdań. Ildiri poprowadziła dalej.
Oto i tajemnicze drzwi. Identyczne jak te w korytarzu, z ciemnego drewna, z wyrzeźbionym pionowym rzędem prostokątów. Szczelnie zamknięte.
- Właź. - Ustąpiły, gdy popchnęła je bez kurtuazji. - Zostaw go pod ścianą.
Pokój był cichy i zaopatrzony jedynie w górę słomy, leżący na wierzchu, pomarańczowy koc oraz trochę starych szmat. Jedno, duże okno wyglądało prosto na ośnieżoną równinę. Gdzieś bardzo daleko majaczył las.
Wilczyca zatrzymała się na środku pomieszczenia i przeciągnęła bez pośpiechu, jakby szykowała się długa rozmowa. Wreszcie odwróciła się i zaczęła obserwować, jak żuraw układa wilka na boku i porządkuje jego porozrzucane na wszystkie strony świata kończyny.
- Samotny rycerz. Jakie to typowe - wypluła słowa z chłodem, który w jej głosie zadźwięczał niespodziewanie, niczym spleciony z nicości. - Zamknął się w swoich ideałach i zapomniał o życiu. Wiesz, co jeszcze jest typowe?
- No, słucham. - Podniósł się z ulgą.
- Ten twój ból istnienia. Prawie jak z jakiejś ballady.
- Doprawdy? A czuję się bardziej jak lis, nad którym zawaliła się nora.
- Całkiem romantyczne.
- Chyba inaczej rozumiemy to słowo.
- Nie wierzę, że ta historia ma skończyć się tak żałośnie. Zawsze serce takich romantycznych bohaterów komuś w końcu udaje się wypełnić. Inaczej to głupie i nie ma sensu.
- Zatem to głupie. Ale to nie książka, Ildiri. - Ptak westchnął. Nie chciał się na nią gniewać. Zakładał, że jej słowa nie wynikały ze złej woli. Robiła tylko to, co nakazywała praktykować z oddaniem myśl przewodnia jej pracy. Poza tym była jedyną osobą, która zgodziła się jednak udzielić pomocy potrzebującemu. - Doceniam twoje chęci, ale moje serce naprawdę jest już pełne. Po prostu jest puste. - Zmarszczył brwi, naraz zrozumiawszy, co powiedział. Wilczyca zachichotała.
- Lubię cię - stwierdziła.
- Ja... też cię lubię. - Potarł dziób brzegiem skrzydła, bez pomysłu, jak zareagować na takie wyznanie. - Będę się zbierać. Jestem strasznie zmęczony.
- Och, doprawdy? - Wolne kroczki przybliżyły ją do drzwi, jakby miała nad nimi pełną władzę. - Przecież mówiłam, że nie przyjmujemy zgonów. Na pewno mnie z nim nie zostawisz.
- Oczywiście, że zostawię - mruknął, jeszcze raz omiatając wzrokiem pomieszczenie. - Właśnie go przyjęłaś.
- Przyjęłam ciebie. Każdy może tu przynieść ze sobą, co chce. Nawet nieżywego kolegę. Wiesz, ja nie oceniam.
- On żyje. - Ich oczy spotkały się, gdy wadera stanęła tuż przed nim. - Być może dzięki tobie. A teraz wybacz, nie chciałbym popychać kobiety.
- Nie krępuj się. Ta słoma jest taka miękka - zniżyła głos. Nawet nie spuściła wzroku, gdy jej łapa znalazła się na jego kołnierzu.
- No cóż. - Jego palce oplotły się wokół nogi ściskającej materiał. Pociągnęły na bok. Dopiero w połowie ruchu myśli wilczycy nadążyły za jego zamiarem. Zanim zdążyła uczepić się go z powrotem, wylądowała w słomie.
Długie pazury zaskrobały we wnękę okna... i już był po drugiej stronie. Przeszywające powietrze otrzeźwiło go od razu. Księżyc świecił tak jasno, że malował na śniegu splątaną sieć nagich gałęzi.
- Cholerny idiota! Co ja z nim teraz zrobię?! - Wadera dopadła do okna. - Będę miała przez ciebie kłopoty!
Jego szpony mimowolnie wbiły się w śnieżną pokrywę. Odwrócił się z cieniem wahania.
- Jak wytrzeźwieje, wyjdzie na własnych nogach i nikt się nie zorientuje, że był pijany. W razie czego powiesz, że ten drugi musiał zniknąć przed końcem - rzucił. Ildiri zamarła na moment, po czym obiema łapami uderzyła w oścież. Dopiero po chwili mięśnie na jej pysku zaczęły powoli się rozluźniać.
- Głupi jesteś. Wiesz? - zawołała, głosem, który wreszcie zaczął przypominać jej zwyczajny, nieco zmanierowany przez wieczne znużenie.
- Tak, już słyszałem. Nawet nieraz. Dziękuję ci za pomoc.
- Nie ma za co - burknęła, znikając w cieniu pokoju.
Przechodząc obok
Widzisz - jestem bez maski
Prawda nie zabiła
Uczyniła silniejszym
Gdy dotarł do domu, po chatce roznosiło się już słodkie chrapanie współlokatora. Najwyraźniej jemu też nie zaszkodziło trochę odpoczynku od codziennego szaleństwa w remizie.
Ostatnio coraz więcej ich asystenckich obowiązków było związane z utrzymaniem swojego pokoju oraz gabinetu Birasta w jakim-takim porządku. Prawie codziennie spadała cienka warstwa nowego śniegu, który należało wygrzebać z pęknięć w murze i wymieść na zewnątrz. Prowadzili nierówną walkę z przeciągiem, który hulał po korytarzach i wdzierał się do pokojów, robiąc zamęt w gęstwinie stosików dokumentów. Próbowali kłaść na nich kamienie, wiązać sznurkami, ale za każdym razem jakaś niepokorna kartka oddzieliła się od reszty i powędrowała po przygodę. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że inspektor za nic miał trud swoich podwładnych, nigdy nie chowając uzupełnionych papierów na ich miejsce. Zaginione pisma były już na porządku dziennym. Jednego z kolejnych dni nastąpiło nawet lekkie spięcie ogólnogabinetowe.
Szkliwo wracał akurat z sekretariatu, niosąc plik podpisanych kart założonych petentom. Bokiem ominął stojącego w wejściu do ich pokoju, malutkiego, lecz okrągłego, szarego wilka o krótkim pysku i wysokim czole, który właśnie wykłócał się o coś z Raszem. Żuraw znał go tylko z widzenia.
- Tak nie może być! - zawołał gość, wymachując ściskaną w łapie kartką. - Gdzie są te dokumenty, pytam się? W zeszłem tygodniu poszły do biura Żamichy, a potem miały pójść do was!
- Nie dostaliśmy żadnych regulaminów! - Rasz wyciągnął szyję, by krzyknąć mu prosto w pysk. Po jego rozszerzonych powiekach łatwo można było odgadnąć stan jego uczuć, cienko graniczący z rękoczynem.
- Kto ma ich teraz szukać, może ja?
- Może ty!
- Poczekajcie. - Hapenir wysunął się zza biurka inspektora. - Te dokumenty ostatnio były u Żamichy? A jej pytałeś?
- Nie pytał! - warknął jego przyjaciel. - Od razu do nas przyleciał z pretensjami.
- Pytałem! - huknął mały wilk. - Tydzień temu powiedzieła nam, że teraz wasza kolej!
- Mam propozycję. Rasz, przetrząśnijcie ze Szkliwem cały nasz pokój. Ja poszukam tutaj. Denuvelin, ty pójdź do niej i spróbuj jeszcze raz sprawdzić, gdzie mogły zostać wysłane, albo, może, czy wcale nie zostały przekazane dalej.
- Wariacie, wiesz, ile to roboty? - syknął drugi asystent. - My ich na pewno nie mamy. Nie widziałem żadnych regulaminów na oczy.
- Mimo wszystko upewnimy się, dobrze? Den, możesz nam pomóc i powiedzieć w sekretariacie, że wszystko wskazuje na to, że dokumenty nie zostały wysłane dalej?
- Wyście je zgubili, to sami z nią rozmawiejcie!
- Myśmy ich raczej nie zgubili, bo nikt z nas ani przez chwilę nie miał ich w łapach. Sprawdzimy tu wszystko i zobaczymy. I proszę. „Rozmawiajcie”, nie „rozmawiejcie”. „Powiedziała”, nie „powiedzieła”. Ranisz moje uszy. - Muzyk powoli położył po sobie duchowo pokrzywdzone narządy. Denuvelin burknął pod nosem krótkie „Niech będzie” i odszedł bez pożegnania.
- To wrobiłeś nas w remanent. Dziś będzie długi dzień. - Rasz skrzyżował łapy na piersi.
- Ale przynajmniej wszystko sobie posprzątamy. Miałem inne wyjście? Inaczej by sobie nie poszedł, a musimy jakoś udowodnić, że nie dostaliśmy tych dokumentów.
- No dobrze już, dobrze! My z dziobakiem zmieniamy lokal. Wiesz, gdzie nas szukać.
Praca zdawała się nie mieć końca. Milczący, zmęczeni i głodni, poprosili o jeszcze po dodatkowym kubku mleka, które potem z mniejszym lub większym smakiem wypili.
- Jak ten ćwok przyjdzie, powiedzieć nam, że jego durne regulaminy znalazły się u Żamichy, dostanie ode mnie w nos - fuknął płowy wilk.
- Nie denerwuj się! - odpowiedział mu głos z drugiego pokoju. - Jeśli Denuvelin nie wrócił, to znaczy, że nie mają tych dokumentów, czyli albo musza być gdzieś u nas, albo poszły do kogo innego, a to już nie nasza wina.
Wrócili do domu później niż zwykle, ale wciąż na tyle wcześnie, by mieć chwilę na odsapnięcie przed wyprawą do remizy. Szkliwo wdrapał się po schodach i wyciągnął na sienniku, by rozprostować grzbiet zmęczony pochylaniem się nad dokumentami.
Początkową ciszę przerwał pojedynczy, skrzypiący dźwięk. Potem drugi, a potem cała harmonia. Zawsze tak zaczynał się popołudniowy koncert. Choć świerszcze zniknęły po pierwszych mrozach, ten jeden nie schodził z posterunku. Szkliwo lubił, gdy wilk grał. Udawało mu się wydobyć ze skrzypiec zarówno niskie, głębokie tony, jak i pełną życia, radosną melodię.
Zszedł na dół i przystanął pod piecem, opierając się o gładkie, zielonkawe kafle.
- Co teraz tworzysz?
- Chciałbym skomponować coś tylko dla niej - oznajmił, nie przestając przesuwać smyczkiem po strunach. Raptem przerwał, a drewniane pudełko jęknęło. - Hej, Rasz! - zawołał. - Twoja prababcia słucha z nieba i kręci głową z wielkim rozczarowaniem!
- Czego słucha? - Ptak kątem oka zerknął na wyjście. Choć nie widział drugiego wilka, który znajdował się na zewnątrz, mógł domyślić się, że nerwowo przestępuje już z nogi na nogę, obserwując znajomych z innych domów, którzy powoli zaczynają wyruszać na kolację.
- Jak zwykle wyklina nas pod nosem za swój wilczy apetyt. Jeszcze sąsiedzi usłyszą i pomyślą, że asystenci Birasta to jakieś bagno.
- Ej, gumowe ucho! Wypchaj się sianem! - odkrzyknął Rasz gdzieś z podwórza.
- Czasami naprawdę mam go dosyć - podsumował skrzypek i ponownie przykleił swój instrument do podbródka. - Ale podobno muzyka łagodzi obyczaje. To mu to zagram od nowa. - Zachichotał z iście wężową perfidią.
Skromny koncert jednego muzyka rozpoczął się jeszcze raz. Utwór był prosty, ale wolne, płynne dźwięki niosły ze sobą cały bagaż niewypowiedzianych słów. Szkliwo słuchał do końca.
✘
Uspokój się.
Najmilszy, chciałbym ci pomóc, nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo! Niestety nie mam jak porozmawiać teraz z sekretarzem. Wybacz też, że ostatnio nie zdołałem napisać do Ciebie listu, który wyjaśniłby ten cały harmider. W watasze znowu panuje epidemia. Nie wiem, czy VCIG zmutował, czy to jakieś inne, nowe parszystwo. Delta mówi o tym: nalotnik gardła. Siedzimy w jaskiniach i modlimy się, żeby się od tego uchować. A raczej inni siedzą. My z Nymerią już chorzy. O swoje szczeniaki się nie martw. Wszystko z nimi w porządku.
Agrest.
Pierwszy od wielu dni list, suchy i techniczny, opatrzony opasłym krzyżykiem z kategorii „A teraz wracaj do roboty”, rzeczywiście brzmiał zupełnie jakby jego nadawca walczył z silnym bólem głowy. Szkliwo dwa razy upewniał się, czy oprócz tego świstka znalezionego nad rzeką nie ma jeszcze czegoś na poczcie, ale tam stanowczo odesłano go do wszystkich diabłów.
„Nalotnik gardła? Pierwsze słyszę”. Opuścił kartkę, a jego wzrok powędrował w stronę okna. Przez chmury przebijało się łagodne słońce. Ulica była pusta. Tylko gałęzie rozłożystej śliwy tańczyły z lekkim wiaterkiem. Przyszło mu na myśl, że odkąd jego zmory urządziły sobie wspólną wycieczkę do jego głowy, wszystko dziwnie ucichło. Bywały już takie chwile. Zazwyczaj nie znaczyły nic ponad zawiedź kolejnego nawrotu, ale postanowił korzystać ze spokoju, dopóki tylko miał możliwość.
Poczuł, że tym razem to on jest daleko od kłopotów i było mu z tą myślą bardzo dziwnie. Siedział w oknie i oglądał chmury, podczas gdy jego bliscy walczyli z zimową epidemią.
„Trzymaj się, Agrest. Walcz, staruszku. A dla Delty sił...”.
Cdn.