piątek, 9 października 2026

Myszka urodziła!

Mętlik - elew

Bałagan - elew


czwartek, 8 października 2026

Od Dalii - "Młoda Krew" cz. 1.3

Dalia uśmiechnęła się krzywo. Jej skrzydła były nieco obolałe, po kolejnym długim locie. Chciała je rozciągnąć, jednak je mięśnie zaprzeczyły boleśnie, więc przestała. Poddała się.
Od jakiegoś czasu jej dni wyglądały bardzo podobnie. Wstawała, ciągle w tym samym miejscu, w tej zasranej jaskini medycznej. Witala się z ojcem i kłóciła się z siostrą. Potem wychodziła, ćwiczyła i odnajdywała Dannego.
I on prowadził jej kolejne ćwiczenia, tym razem walki. Potem trochę pracowała, ale na razie w watasze szpiek był zbyteczny, niepotrzebny. Mogła skupić się na swoich pasjach.
A jej największą pasją na ten moment było naparzanie się z Dannym, oglądanie zachodów słońca oraz analizowanie podziemnych walk, kiedy nikt nie patrzył.
Podrosła od czasu, kiedy pierwszy raz odwiedziła arenę. Jej skrzydła urosły, jej mięśnie stwardniały, a i ona sama nieco spoważniała. Jej wybuchowy charakterek dobrze jej służył w codziennych treningach. Jej złość w końcu znalazła ujście.
Jednak nigdy jeszcze nie walczyła.
Od Dannego nauczyła się czytać ludzki zegar, który wisiał w jaskini do walk. Było to ciekawe doświadczenie, gdyż niewiele wilków przyznawało się do tej umiejętności, jednak każdy w środku zawsze wiedział kiedy chce wyjść.
Od Dannego nauczyła się też jak na pierwszy rzut oka rozpoznawać wilki, którym może ufać. Poznała parę imion, parę sztuczek i jeszcze więcej informacji.
Od Belli nauczyłą się wiele o frakcjach. Było ich pięć. Frakcja Psów, była prowadzona przez nią. Znajdowały się w niej psy oraz parę okazjonalnych wilków lub mieszańców. Bella sama w sobie opiekowała się bardzo dobrze swoimi podopiecznymi. Ufundowała im treningi, opiekę medyczną i tak jak Danny mówił, przyjmowała pod swoje skrzydła każdego kto czuł się zagrożony w tym miejscu.
A jej reputacja zapewniała jej pewnego rodzaju immunitet. Jedno jej spojrzenie uspokajało walki i płoszyło wilki napastujące innych. Bella była łagodna… do czasu.
Potem były Ognie. Najbardziej znana frakcja wśród nich wszystkich, jednak najmniej liczna w prawdziwych środkach. Zawierała w sobie wilki dobrze zbudowane i przyozdobione krwią i czerwoną farbą. Robili za pewnego rodzaju ochroniarzy i posiadali wewnętrzną hierarchię. Ognie mieli swoich praktykantów. Wilki, które jeszcze nie zostały zaakceptowane i robiły to co im się każe. A potem im wyżej się wchodziło tym więcej walk dany wilk miał wygranych, a na samym szczycie siedział Hades “Pożar”. Był to wilk bardzo milczący i brutalny w swoim rządzie. Jednak jeśli ktoś zaczepiał jego “dzieci”, Pożar upewniał się, że to nie stanie się już nigdy więcej.
Potem były Diamenty. Błyszczące, zdobione kryształkami i kamieniami, z kolczykiem w nosie i błyszczącymi się zębami. Przerażające wilki, gdyż próże i pewne siebie. Ich przywódczynią była “Szafir” Ruda. Piękna wadera o płomiennym umaszczeniu z intensywnie niebieskimi oczętami. Wadera, która flirtuje z każdym z kim może. Która jest próżniejsza niż ktokolwiek inny i jak sroka napalona na błyskotki. Naiwna, głupiutka, ale zabójcza. Zabójcza na tyle wystarczająco, aby jej frakcja nadal miała prawo istnienia.
Orły były trochę inne. Znacznie bardziej śmiałe, ale łagodniejsze dla swojego otoczenia. Ozdobione białymi znakami i piórami, są najszybszą frakcją wśród nich wszystkich. Chude, zwinne i zabójcze, a dowodzone przez “Mamę” Orlikę. Mamę, gdyż jak mamusia trzyma swoje dzieci blisko swojego serca i walczy o ich dobre imię, jednocześnie trzymając je w rygorystycznej dyscyplinie.
I byli jeszcze Wolni. Wilki, które nie miały frakcji. Walczyły kiedy chciały i jak chciały. Zarabiały jednak mniej, nie miały opieki częściej niż ją miały i wszelkie zabójcze rany, często kończyły się grobem, nie blizną. Takich wilków i innych stworzeń było najwięcej. Ta frakcja zapisywała się u głównego organizatora jako wolny i walczyła. po prostu walczyła.
I Dalia zastanawiała się czasami, po co w ogóle powstały frakcje. Jednak nie komentowała na głos. Frakcje czyniły wszystko… ciekawszym.
A kiedy Dalia osiągnęła jeden rok i mogła być zaklasyfikowana jako wilk w miarę dorosły poznała także alkohol. Ten gorzki, palący gardło trunek, który niebyt jej posmakował. Jednak żeby wtopić się w tłum, upewniła się, że z każdym kolejnym napitkiem będzie wzdrygać się coraz mniej.
Ale na tym się skończyło. Danny nie zabierał jej tam zbyt często. Jakby się czegoś obawiał, a Dalię niezwykle to wkurzało. Więc wyładowywała swoją frustrację na nim.
I po roku treningów udało jej się nawet wygrać parę razy.
I w końcu nadszedł dzień, który zmienił wszystko.
Dalia wstała o poranku, jak zwykle do zapachu ziół i choroby, przylegającej do każdego kamienia tych ścian. Podniosła się z miękkiego posłania i rozciągnęła. Upewniła się, że jej skrzydła nie przewrócą niczego w pomieszczeniu i wysunęła się do głównej jamy.

— Dzień dobry tato. — przywitałą się z Deltą.

— Dzień dobry. – starszy wilk nie rzucił jej nawet spojrzenia. Skupiał się na dodawaniu ziół do jakiejś maści. — Mogłabyś mi sięgnąć rumianek z tamtej półki? Suszony. — wskazał jej odpowiednie miejsce.

— Pewnie. — Dalia dla swojego taty zrobiłaby właściwie wszystko. Do tej pory była tak wdzięczna, że wziął je pod swoje skrzydła, kiedy nikt inny ich nie chciał. Jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej gdyby nie Miodełka i Delta.

— Dziękuję. Jakieś plany na dzisiaj? — zapytał medyk.

— Tak. Dzisiaj melduję się na chwilę w jaskini wojskowej i … może poszukam dalej jakiegoś miejsca do wyprowadzki. Mogę wrócić późno… albo rano.

— Dobrze. Baw się dobrze. — odparł Delta. — Daj znać czy znalazłaś coś ciekawego.

— Pewnie…

Wychodząc w progu minęła się ze swoją siostrą. Talia rzuciła jej zdenerwowane spojrzenie i odłożyła koszyk z ziołami, który niosła.

— Znowu wybywasz na cały dzień co? — odetchnęła. — Nie chce ci się nam pomóc co?

— Macie wystarczająco łap. Ja wam nie jestem potrzebna do niczego. Mam swoją pracę. — zmarszczyła nos niezadowolona.

— Ach… ta twoja ciężka praca. — Talia przewróciła oczyma — Bardzo dużo w niej robisz co?

— Na ten moment może niewiele, a jednak robię coś. — Delia wzruszyła ramionami. — Nie twoja sprawa. Mam pracę, muszę ją wykonywać, tak? Zupełnie jak ty. Za to mnie tu karmią. A to co mi każą robić to nie twoja sprawa. Lepiej trzymaj się swoich własnych obowiązków, co? Zamiast ciągle wciskać się w moje życie.

— Phi! Twoje życie… Jesteś moją siostrą, więc wciskać się będę gdziekolwiek chcę. Bo się o ciebie martwię. Wstajesz i znikasz na całe dnie. Wracasz poobijana i z bliznami.

— Martw się lepiej o swoje własne futro nie o to co ja robię. Bo ja… przynajmniej mam co i z kim robić. — odgryzła się Dalia. Talia wkurzała ją niemiłosiernie. I po tych słowach odeszła. Rozłożyła skrydła i wzbiła się w powietrze.
Wylądowała dopiero przed jaskinią wojskową i odetchnęła ciężko. Jej praca na razie nie była wymagająca, ale fakt że w ogóle musiała się tutaj stawiać było denerwujące.

— Dzień dobry nikomu… — odparła samica po tym jak weszła do środka i okazało się… że jest w nim całkowicie pusto. — No i co? I jak zwykle… pustka. — prychnęła do siebie i usiadła sobie w rogu. Czasami pojawiali się szeregowcy po treningach, okazjonalnie posłowie czy śledczy, ale każdy był zajęty swoim życiem. Wojna nie zapowiadała się żadna na ten moment, więc nikt nie pofatygował się żeby trenować kto wie jak ciężko, a cała ta mgiełka spokoju uśpiła chęci szeregowców do samodoskonalenia. Dalia sama byłaby szeregowcem w miarę aktywnym, jednak nie cierpiała kiedy ktoś kazał jej coś robić.
Posiedziała chwilę w ciszy po czym i jej się znudziło. Wstała i wyszła z tego zapyziałego miejsca. Po drodze minęła się z Soheą, witając się z nią pobieżnie. Po czym udała się w swoją własną drogę.
Przez część dnia szukała miejsca, gdzie mogłaby sobie upleść mały i ciepły domek, jednak nic ciekawego nie rzuciło się jej w oczy. Jakaś dziura w ziemi jej nie wystarczała. Nie chciała też mieszkać pod gołym niebem, gdyż jej pióra marnie znosiły wilgoć.

Skończyło się na tym, na czym zawsze się kończyło. Dalia zaczęła szukać Dannego. Chciała poćwiczyć, chciała wyżyć się na czymś co przyniosłoby jej też pewne korzyści. Aż się nie zawahała. Jej łapy po prostu zatrzymały się w pewnym momencie pozwalając jej myśleć w spokoju. Po co ona tak właściwie miałaby go szukać? Dzisiaj pewnie i tak go nie znajdzie. Wilk ostatnio zaprzyjaźnił się z jakimś psem, z który się tu kręci. Dalia nie była pewna o czym rozmawiają, ale ten pies zaczął zajmować większość czasu starszego wilka.
Nie szkodzi. Dalia znajdzie sobie coś sama do roboty. Tylko co?
Dalia nastroszyła się na własne myśli, wyraźnie zirytowana. Nie chciała już szukać domu, zniechęciła się na ten dzień. nie mogła trenować bo nie miała z kim, więc co? Co teraz?
Odpowiedź przyszła do niej jak piorun i sprawiła że jej kości zadrżały w ciele. Bo mogłaby… mogłaby. Tak. To nie był dobry pomysł, ale to był jej jedyny pomysł. Na ten moment przynajmniej.

— Minęła wiosna, lato i część jesieni… — mruknęła Dalia do siebie, a jednak mimo to jej nogi poprowadziły ją przed siebie. — Ciekawe czy ktokolwiek mnie jeszcze pamięta…

Jej łapy zaprowadziły ją pod pewne wzgórze. Bez śniegu wszystko wyglądało znacznie bardziej dziwnie, jednak nadal w miarę niepozornie. Dalia przesunęła się do ukrytego wejście i rozejrzała dokładnie. Wsunęła się do środka i zsunęła w głąb.
Zjazd nadal był zaskakujący, jednak nie taki przerażający jak za pierwszym razem. Dalia zgrabnie wylądowała na ziemi i rozejrzała się po tym miejscu. O tej godzinie, tłum już zlewał się w masę, przed walkami. Wilki w nagolennikach kursowały między nimi zbierając pieniądze i zakłady, podając alkohol i zachęcając wszystkich do zbliżenia się do areny. Dalia uśmiechnęła się pod nosem i z całą pewnością ruszyła przed siebie. Czuła na sobie wzrok wielu osób, jednak zignorowała to dzielnie.
Nigdy wcześniej nie stawiła się tu sama. Danny upierał się jak była młodsza, że ma chodzić tylko z nim, a potem że w ogóle, bo “nie ma czasu”. Cóż… trudno. Dalia poszła sama.

— Dzień dobry. — Dalia odwróciła się, żeby zmierzyć wzrokiem wysokiego basiora z szerokim uśmiechem. Przypominał jej kogoś z wyglądu. Szara mętna sierść, kucyk upięty złotymi, drogimi pierścieniami…

— Zobaczymy czy taki dobry. — odparła wadera i odwróciła się całkowicie. — Kto zaszczycił mnie swoją rozmową?

— Moje imię Kono! — odparł młodzik i puścił jej oczko. — Pierwszy raz cię tu widzę, piękności. — Dalia puściła jego komentarz mimochodem. Wolała na razie nie zadzierać z nikim, zwłaszcza nie wiedząc kim jest. mierzyła wielka wzrokiem ponownie i zastanowiła się. Nie należał do żadnej frakcji, więc szansa była, że był Wolnym. Nie nosił nagolenników, nie miał wpiętych w ucho pierścieni dziwek, więc… może był po prostu gościem.

— Okej… I czego ode mnie chcesz?

— Muszę czegoś chcieć, żeby zagadać do pięknej damy? — machnął łapą i poprawił swoje bujne loki ozdabiające jego głowę.

— Tak. A skoro nie chcesz nic, to do widzenia. — odparła uskrzydlona wadera i odeszła od niego. Wilk wydał z siebie przedziwny dźwięk, jakby nie dowierzał że został zbyty w taki bezczelny sposób. Jednak nie zatrzymał jej, a jedynie wbił w nią swoje ciekawskie oczka i zacmokał.
Dalia poruszała się w tłumie jak taran. Tam gdzie chciała pójść, po prostu szła. Nie była jedyną, która przepycha się w ten sposób, ale była jedną w niewielu, która dawała radę.

— Zakładzik? — jeden z pracowników zagrodził jej drogę wystawiając koszyczek z “datkami” przed jej nos.

— Nie dzisiaj. Nie wiem kto gra. — odparła.

— Dzisiaj sześć zestawień. — odparł wilk szerokim uśmiechem i już miał jej mówić, ale Dalia machnęła łapą.

— Nie wie kto gra i mało o to dbam… Lepiej mi powiedz gdzie się zapisać. — uśmiechnęła się szeroko. Pracownik zamilkł na chwilę, a potem zaśmiał się pod nosem. W końcu codziennie mieli jakiegoś świeżaka, który sądził, że ma jakieś szanse w ringu.

— Tam. Ten czerwony i żółty parasol. Pod nim znajdują się zapisy dla nowych i starych. Każdy kto chce walczyć dzisiaj tam się wpisuje. Jak jest miejsce to cię wrzucą do dzisiejszej rotacji. — wilk wzruszył ramionami i poszedł dalej. Dalia zajrzała w kierunku, który jej wskazał i od razu ruszyła przed siebie. Przepchnęła się przez tłum i stanęła w niewielkiej kolejce do biureczka. Podobne stały w jaskini wojskowej. Porządne kamienie, płaskie na szycie aby wygodnie układać na nich papiery i korę. Tutaj nie było inaczej. To biurko było pokryte kartkami, zapiskami i korą na której wpisywane były imiona chętnych i ustawiane w rosterze walczących na ścianie niedaleko. Były wsuwane na wystające drewienka, tak aby każdy kto pragnął mógł przeczytać kto danego dnia walczy z kim.

— Witamy. — za biurkiem siedziała młoda wadera. Nie miała na sobie żadnej blizny, żadnego kolczyka, nic. Była tutaj najnormalniej wyglądającym wilkiem w całym tym miejscu. Miała piękne brązowe futro, delikatnie kręcone z piękną grzywą opadającą na jej pysk. Miała prześliczne zielone oczy i wyglądała na bystrą. — Większy zakład czy zapiski?

— Zapiski. — odparła Dalia i kopnęła wilka za sobą. Jego łapy zawędrowały na jej tyłek i się jej to nie spodobało. Basior za nią sapnął i niezadowolony wycofał się o dwa kroki, tak jak powinien stac od samego początku. Grzecznie i w kolejce.

— Dobrze. Już chwilę… — wadera wyciągnęła czystą korę i wybiła w niej dwie dziurki z pomocą ostrego kamienia. — Frakcja?

— Wolni.

— Wolni? — uniosła na nią wzrok. — Okej. — wyjęła kartkę. — Koszt zapisu to… — Dalia rzuciła parę drobnych kamyczków na stolik. Pamiętała ile, pamiętała jak je zdobyć. Sprzedała swoja kolację, więc lepiej aby to było warte. — Widzę, że jesteś przygotowana!

— Tak.

— Imię? I przezwisko. Preferencje, płeć, data urodzenia.

— Dalia, Jaskółka, nie mam preferencji, jestem waderą, nie pamiętam, około 2 lata temu, z paroma tygodniami.

— Nie pamiętasz swojej daty urodzenia? — wadera uniosła na nią wzrok.

— Nie. Nie urodziłam się w tasze, która zapisywała takie rzeczy. Wiem że dwa lata i dwie wiosny minęły od kiedy przyszłam na świat.

— I jesteś pewna?

— Tak. – Dalia kiwnęła łbem.

— Dobrze. Wpiszemy… późną zimę?

— Może być. Coś jeszcze? — Dalia podrapała się za uchem.

— Tak, twój poziom?

— Nie wiem. Gdzieś bliżej dołu. — przyznała Dalia. Wadera pobierająca jej dane podniosła na nią zaskoczone oko.

— Bliżej dołu? Cenię sobie szczerość. — pokiwała łbem. — Znasz swoje możliwości, co?

— Znam swoje, nie znam innych. — odparła zimno Dalia. Nie była tutaj aby prowadzić jakieś zbędne rozmowy.

— Dobrze. Twoje imię będzie na dzisiaj obok Duriana. Walczysz … zaraz, więc podejdź do Borysa – wskazała na wielkiego basiora siedzącego na wzniesieniu obok areny. — Wpuści was na arenę we właściwym momencie, po tym jak zbierzemy zakłady. Po prostu słuchaj się pracowników, a wszystko będziesz wiedziała. Nie bój się zadawać im pytań.

— Dziękuję… — kiwnęła jej głową.

— Na imię mi Sasha! — odparła wadera biorąc jej zawahanie za zaproszenie do przedstawienia się. Dalia miała ochotę odetchnąć ze zirytowanym, jednak się powstrzymała. — Powodzenia!

— Dziękuję, Sasha. — i z tymi słowami odeszła od biurka. Jej kroki były pewne jak zbliżyła się do Borysa. Spojrzała na niego z dołu, a on na nią z góry. Wilk był bardzo potężnie zbudowany i miał cztery nagolenniki, nie tylko na przednich łapach lecz i na tylnych. Był wysoki, pokryty bliznami i miał zamknięte jedno oko, jakby wcale go tam jednak nie miał. To miejsce na jego pysku było także nieco zapadnięte. Jego pysk nie wyrażał żadnych emocji, a jednak wydawał się być niezbyt niebezpieczny. Wyglądał na typa, którego określają jako łagodnego giganta. I Dalia wiele w swoich odczuciach nie była. Borys nie uśmiechnął się, ale kiedy nadszedł jej czas podał jej łapę i poprowadził w odpowiednie miejsce w milczeniu.

— Wyjdziesz… jak cię przedstawią. Tymi drzwiami. — pokazał jej dziurę w ścianie zasłoniętą zasłoną. — Powodzenia.

— Zanim uciekniesz… Wiesz kim jest ten Durian może?

— Hymm… Gdyby miał należeć do frakcji, należałby do Diamentów. — i na tym skończyły się porady Borysa. Jednak Dalii to wystarczyło. Usiadła sobie blisko kurtyny i zatrzęsła uszami.
I ta walka zakończyła się wygraną Brutusa! nieokiełznany jak zwykle! Poproszę o zawycie dla naszego chempiona! Tłum na zewnątrz zawył na rozkaz. I niech ktoś wyniesie Jaskra z areny.
Przez kurtynę wkroczył wysoki i dobrze umięśniony wilk ze świeżą raną na piersi. Basior rzucił jej ciekawskie spojrzenie i zatrzymał się na chwilę.

— Hej… — przywitał się. Dalia uraczyła go swoim własnym spojrzeniem. Szare futro, dwa kozie rogi i brązowe oczy. Nic wyjątkowego, poza tymi nietypowymi naroślami na jego czole.

— Hej.

— Nowa?

— Nowa.

— Jak cię wołać?

— Jaskółka.

— Pasuje ci. — wskazał na jej słowa. — Przeciw komu walczysz?

— Durian

— Ach… — i zapadła chwila ciszy. — Uważaj na jego ogon. Jest twardszy niż myślisz. I śmierdzi… stąd imię.

— Durian?

— To taki owoc. Naprawdę ochydnie pachnie, ale jest słodki. Zupełnie jak ten wilk. Śmierdzi z wierzchu, ale w rzeczywitości to słodziak. Nie pobije cię za mocno.

— Ktoś go tutaj kocha? Mocniej niż normalnego Wolnego? — Dalia miała przeczucie, że zna odpowiedź.

— Och tak… Tak. Ktoś się w nim podkochuje, i wiele wilków go szanuje.

— Nie bić go za mocno?

— Pewna siebie, co? — uniósł brew. — Tak. Nie bić go za mocno.

— Dzięki. — odparła Dalia i wsłuchała się znwou w ogłoszenia, które właśnie wybrzmiały.

Następny an arenie król zapachów i skunksich trików, twardy ogon i twarda głowa Durian! Tłum zawył nieco słabiej niż przy okazji Brutusa i jego wygranej, jednak nadal było w tym trochę powietrza.
A naprzeciw niemu, nowość, nowinka, ubrana w kolorowe pióra Jaskółka!
Dalia wybrała to imię na poczekaniu. Nie była pewna dlaczego akurat ten ptak przyszedł jej do głowy. może powinna była wybrać Rublię? Miałoby to mniej sensu, ale więcej sentymentu. Jednak co się stało to się stało. Dalia wyskoczyła zza kurtyny i miękkim krokiem podeszła do wyraźnie zaznaczonego miejsca startowego. Dwa kamienie na dole areny stały naprzeciw siebie, oczekując na jej przybycie. Jej przeciwnik już siedział na swoim z szerokim, naiwnym uśmiechem. I rzeczywiście, jego zapaszek było czuć od razu jak tylko młoda wadera się do niego zbliżyła.

— Hej! — przywitał się. Arena zagłuszała wiele rozmów odbywających się ku ziemi. Dalia nigdy właściwie nie słyszała o czym dokładnie rozmawiają zawodnicy. Krzyki na górze były za głośne. Najwyraźniej z Durianem rozmowa zaczynała się słodko.

— Hej. — odparła. Durian uśmiechnął się szeroko.

— Słyszałem, że to twój pierwszy raz w arenie! — Wilk przeskoczył z łapy na łapę podekscytowany.

— Tak. — potwierdziła wadera i poprawiła swoje skrzydła. Musiała uważać, żeby mu nimi za mocno go nie uderzyć. — Nie ograniczaj się.

— Och? Chcesz walki na serio, serio? Tak szybko? Zawsze dajemy trochę forów początkującym!

— Nie trzeba. Im szybciej się nauczę tym lepiej. Pokaż mi jak się w to gra. — oznajmiła z pełną pewnością. — Bez forów.

— Nie ma dzisiaj na stanie aktywnego medyka. — Durianowi zrzedła trochę mina.

— No cóż… Poradzę sobie bez. Na ziołach znam się wystarczająco dobrze. — wzruszyła ramionami.

— Och? — basior przekrzywił głowę. — Na pewno?

— Wychowałam się w jaskini medycznej. Dam sobie radę. Dawaj… — Dalia podniosła się na nogi, gdyż zdążyła sobie usiąść.

— Dobra. Ty też nie idź na łatwiznę, okej. Ja wiem że niektórzy nigdy nie biją mnie za mocno, ale to frustrujące. Dawaj… wpierdol mi!

— Nie krakaj. — Dalia zaśmiała się pod nosem.

START!
I się zaczęło. Durian od razu wypadł do przodu. Był zwinny, jednak niezbyt szybki. Przewidywalny. Dalia odstąpiła na bok i otworzyła skrzydło, którego zgięcie zderzyło się z głową basiora. Oba wilki mruknął z bólu i zachwiały się. Durian sobie przysiadł, Dalia złożyła skrzydło i nastała chwila ciszy.

— Twarda głowa…

— Twarde skrzydła!

I oba wilki zaśmiały się. I walka kontynuowała się. Unik tu, uderzenie tu. Ale nic nie zdawało się zatrzymywać ani jednego z walczących. Oboje atakowali jednak ich mocne strony wykluczały siebie nawzajem, więc żadne nie mogło wydzielić odpowiednio silnego uderzenia żeby wygrać.
W końcu Dalia stanęła zrezygnowana i spojrzała na Duriana. A Durian na nią.

— Dobra jesteś. — podrapał się po głowie, poobijanej, ale nadal myślącej.

— Ty też. — odparła wadera. — Ale chyba czas to zakończyć.

— Dokładnie… — Durian kiwnął głową i napięcie na a renia się zmieniło.

Dalia zmieniła strategię, Durian szybko to załapał. Jednak mimo wszystko odrobinę za późno. Do tej pory wadera prawie wcale nie używała swoich skrzydeł. Teraz jej ataki były szersze, trudniejsze do uniknięcia. Jednocześnie nie traciła na szybkości, wznosząc się na swoich lotkach.
W końcu udało jej się trafić Duriana odpowiednio mocno aby się zachwiał, aby mogła podstawić mu łapę i… sobie na nim usiąść.
Jej tyłek wylądował na jego żebrach. Durian sapnął cichutko i spojrzał na nią zaskoczony.

— Teraz musisz się poddać. — oznajmiła bezczelnie. — Bo ja nie zamierzam nigdzie iść.

Basior próbował się wykręcić, jednak Dalia miała sporo mięśnia na sobie pod tym niepozornym futrem. Jej skrzydła były potężne i równie silne aby unieść jej masę. Jej pazury były wbite ciężko w ziemię, a ona sama nie reagowała na zęby i pazury Duriana jakimi ją potraktował. Nie ruszała się nigdzie. Zwłaszcza że wilk był od niej nieco mniejszy i chudszy. Nie miał szans się wyrwać.

— Dobra…. Wygrałaś. — basior machnął wściekle ogonem a potem wydał odpowiedni dźwięk do sędziego.

Kto by pomyślał proszę państwa! Durian przegrał z nowinką poprzez… najbardziej niekonwencjonalną strategię jaką do tej pory widziałam! Komentatorka wrzasnęła ze śmiechem. Poproszę o wycie dla naszego zwycięzcy! Jaskółki! Trochę wilków zawyło, ale nie obchodziło to Dalii. Wybrała jedną walkę. Zażyła tej adrenaliny. Nie pokazała wszystkich swoich kart, nie mogła. Jeszcze nie czas. Walczyła lekko i dawała fory Durianowi. W końcu rok wak z Dannym sprawił, że mogłaby Duriana powalić w paru ruchach. Bawiła się w ten cały taniec wyłącznie dla swojego stanowiska. Zależało jej żeby się jeszcze nie wychylać.

— Dalia! — znany jej głos zbliżył się do niej kiedy tylko wyszła z areny. Uskrzydlona wadera podniosła wzrok. Bella, ten piękny Borzoi, podeszła do niej z wielkim uśmiechem. — Gratuluję pierwszej wygranej. To była ciekawa taktyka!

— Nie chciałam go… za mocno pokiereszować.

— Tak. Dobry wybór. Sasha, córka założyciela tego miejsca, jest w nim zakochana po szczyt swojej głowy. — pies zaśmiał się w głów. — Ale teraz jesteś pogryziona. Chodź… wezmę cię do naszej medyczki.

— Nie trzeba.

— Trzeba! Trzeba! Zanim złapie cię jakieś chróbsko. — Bella pchnęła ją łapą i zaprowadziła w kierunku usytuowania swojej frakcji. Była to mała wnęka w jaskini ozdobiona roślinnością i oświecona świeczkami. Kręciło się tam wiele psów, ale Bella od razu pokierowała ją do jednego konkretnego. Był to mały piesek krzątający się pośród kupek ziół.

— Pedro. Miśku! — Bella schyliła się prawie do ziemi żeby spojrzeć mu w oczy.

— Tak, moja droga? — Pedro szczeknął szczęśliwy.

— Zająłbyś się moją koleżanką? Jest trochę poobijana?

I tak też było. Ten nieduży piesek zaczął krzątać się wokół niej. Dalia musiała się schylić i położyć aby ten mógł na niej pracować. nie szło mu to też bardzo dobrze, ale było wystarczające.

— Dziękuję. — mruknęła Dalia jak skończył.

— Nie ma sprawy! Dla przyjaciół Belli zawsze!

— chciałabyś obejrzeć jak walczy Księżniczka? — belle uśmiechnęła się do młódki. Ten dzień nie był wcale stracony, jak wydawał się na samym jego początku…

<CDN>

środa, 30 września 2026

Podsumowanie września!

Drodzy!
No i nadchodzi ona: piękna polska złota jesień!
A co nowego w WSC? Ano sześć potężnych opowiadań, które określają wrzesień jako niezwykle udany. Nie regulujcie odbiorników! W tych sześciu dziełach pojawiły się bowiem, zupełnie niezależnie, cztery różne gatunki literackie i publicystyczno-literackie. Za takie właśnie niespodzianki kochamy nasz maleńki leśny domek.
A teraz do rzeczy. Dziś kończy się nam wrzesień, a wraz z nim lato, które już od jutra ustąpi jesieni.

Na miejscu pierwszym w tym miesiącu znalazł się król Agrest z 3 opowiadaniami,
Na miejscu drugim piękna Saża z 2 opowiadaniami,
Na miejscu trzecim zaś mocarna Dalia z 1 mocarnym opowiadaniem.

Innymi postaciami, które podziwialiśmy w opowiadaniach, były w tym miesiącu, żadne zaskoczenie, Mezularia, Miodełka, Eilert, Misung, Nicpoń, Koyaanisqatsi i Szkliwo.

Tegomiesięczni pisarze są proszeni o zgłaszanie się po świeżutkie punkty umiejętności.
A tymczasem do zobaczenia za miesiąc!

                                                                      Wasz samiec alfa,
                                                                        Agrest

Od Dalii (Od Kaja) - Pijany na koniec miesiąca cz. 23

Kaj już od poranka jak zwykle żłopał trunki.

Z Miodunką się już poddał, choć miał porachunki.

Mezularia tak jak zawsze, z kijem w dupie lata.

Siedzi sobie z Raną, sama, jak ta stara szmata.

Misung już się zapił, choć jeszcze nie dziesiąta.

Jakieś Puchło małe coś się przy nim krząta.

Nicpoń zażył trochę świeżego powietrza.

Poszedł jakby w długą, już tutaj nie mieszka.

A może i mieszka gdzie pod jakim krzakiem.

Może się już stał prawionym rodakiem.

Szkliwo w końcu wrócił, przywiały go wiatry.

A wywiać go powinny prosto do psychiatry.

Eilerta Kaj chciałby odwiedzić. Gdzieś w jego kniejach.

Ale Kaj pijany, chybota się nawet w marzeniach.

Bo poszedłby, ale z jakiegoś powodu stoi.

Siedziałby, ale chyba zwyczajnie się boi.

Latałby, ale skrzydła ma jak z ołowiu.

Oddychały ale, jakoś ciężko mu w tłowiu.

Wiec dlatego o zachodzie,

Można kaja znaleźć w wodzie…

Usnął sobie nieszczęśnik zuchwały

W kałuży, w te jesienne „upały”

czwartek, 24 września 2026

Od Saży - Pachnidła cz.6

Roztopy z pewnością nie ułatwiały wędrówki. Szlaki i wydeptane w lesie ścieżki erodowały pod naporem spływających z wyższych pięter śniegów, przez co chodzenie nimi mogło skutkować w najlepszym przypadku brudnym zadem, a w najgorszym skręceniem łapy lub spowodowaniem błotnego osuwiska. Kaj miał to oczywiście głęboko w poważaniu, skoro i tak był drogowskazem na niebie nie na ziemi, Saża natomiast…mogła tylko narzekać. I narzekała, każdego dnia, wyzywając go od przerośniętego kurczaka, a w nocy przymierzając go do niedoszłego rosołu. 

Mijały tygodnie, a ona wyjadła już wszystkie zapasy prowiantu, jakie schowała w tobołku. W podróży nie dało się polować. Nie żeby Saża rozważała tę opcję dłużej niż 5 sekund, nie pamiętała, kiedy ostatnio tknęła łapą surowizny...uch, i ta krew! Nie chciała się przed Kajem przyznać, że nawet nie wiedziała, JAK się poluje. NIKL może i był najgorszym miejscem na ziemi, ale dbał o swoich więźniów jak o królów. Musiała wydłubywać z ziemi dziką marchew żeby cokolwiek mieć w żołądku.
Gdy zatrzymali się nad rzeką, Kaj wskoczył na jedną z płynących z nurtem lodowych wysepek i wbił dziób w wodę. Z gracją wydłubał z rzecznego dna śliskiego, niepozornego okonka, który widać jeszcze nie obudził się z zimowego otumanienia. Saża wlepiła wzrok w ptaka, ślina ciekła jej po pysku, jak patrzyła na tego idiotę połykającego zdobycz w całości. Gdy zauważył, że jest obserwowany, zaśmiał się pobłażliwie.
- Nie jest ci za lekko na żołądku? Te korzonki chyba nie były zbyt pożywne.
Wadera zagryzła język ze złości.
- Co się ze światem stało, żeby mnie kurczak nadziewany pouczał.- Wymamrotała.- Tylko poczekaj aż..
- Czekam.- Zamachał ponętnie ogonem po czym wzbił się w powietrze.
Saża nie miała wyboru jak pobiec za nim przez lodowaty nurt, żeby go nie zgubić. Nawet nie myślał na nią czekać, zaklęła. Wszystkie ptaszyska są takie same. Samolubne i butne.

***
Równiny watahy nie wyglądały zbyt malowniczo o poranku. Kłębowiska zgniłych traw koloru rdzy położyły się stęchłym dywanem po pofalowanych polach, poprzykrywane na czubkach czapkami z brudnego, zlodowaciałego śniegu. Mgła unosiła się nisko nad trzęsawiskiem, psując widoczność i przyprawiając o dreszcze.
- Doberek.- Zawołał ptak, chyląc czoła do stróża granicznego; młodej, jasnej jak żonkile wilczycy.
- Kaj.- Sasanka kiwnęła łebkiem.- Przynosisz jakieś pilne wieści? Mam zawołać gońca?
- Nie trzeba.- Podał jej pogięty i rozmokły na krawędziach liścik - Możesz przeczytać sama. Ale to nie jedyna z dzisiejszych niespodzianek. Słuchaj tego, miałem przekazać wam wasz nowy nabytek!
Machnął skrzydłem na człapiącą w oddali opalaną wilczycę z przerzuconym przez bok skórzanym tobołkiem, z głową przykrytą czerwoną, haftowaną chustką. Smętny widok strudzonej podróżniczki.
- Cóż, teraz to wasze zmartwienie, ja jestem padnięty.- Kaj kłapnął z przekąsem dziobem i odfrunął bez pożegnania.
Opalana wadera dotarłwszy do granicy, sapnęła przeciągle i odgarnęła chustkę z czoła. Jej brzuch wyglądał zupełnie normalnie, pewnie dzięki temu, że wilczyca nie miała nic treściwego w zębach od tygodni.
- Przedstawi się?- Sasanka kiwnęła witająco na nieznajomą, nie ukrywając nieufności.
- P..- Ugryzła się w język, na co strażniczka zmarszczyła brwi.- Saża. Przepraszam, język mi się plącze, nie piłam nic od wczoraj. Z kim mam przyjemność?
- Na pogawędki może potem. - Odwróciła się w kierunku gór i zerknęła na towarzyszkę, by ta poszła za nią.

***

Saża upuściła na ziemię tobołek, jednocześnie zrzucając z siebie emocje po odbytej przed momentem audiencji u Agresta. Alfa Agrest, nieco podsiwiały i niedołężny już starszy basior o śmiesznym, chrapliwym susłowatym głosiku i srebrnym futrze poprzetykanym bielą. Ta Strażnika usiadła wyjątkowo blisko niego, pomyślała. Wydawało jej się że wysoko postawieni nie zniżają się do takich robót jak patrolowanie granic. Było to coś, co w jej starym domu było niespotykane. Może początkowo źle ją oceniła, jako kogoś, komu nie trzeba poświęcać zbyt wiele uwagi, bo i nic się z tego nie wyciągnie. Kim była? Za młoda na alfę, no chyba, że ten Agrest miał swoje...ciekawe upodobania. Wzdrygnęła się. Po jego prawej stronie usiadł ktoś jeszcze, dużo młodszy od niego, podobny jak dwie krople wody srebrny basior. To musiał być syn. Słuchał uważnie wszystkiego, co alfa miał Saży do powiedzenia, jednocześnie nie dbając o dobre maniery za grosz, gdyż świdrował ją wzrokiem bez przerwy. Wzięłaby to za groźbę, albo niezwykle gburowaty charakter, gdyby nie to, że szybko zmieniał obiekt zainteresowania, gdy tylko przyłapywała go na gapiostwie. 
Usłyszała za sobą czyjeś ciężkie kroki.
- Ten wasz Szkliwo musi być tu dość szanowany, skoro jedno jego słowo wystarczyło, żebyście przyjęli mnie z miejsca.- Rzuciła rozbawione spojrzenie w tył i nie ukrywała rozbawienia, gdy zgadła, do kogo należały kroki.
- Coś w tym jest. Ojciec darzy go zaufaniem.- Legion wzruszył ramionami. - Nie jestem pewien dlaczego, ale wydają się znać od bardzo bardzo dawna.- Posłał przelotne spojrzenie na oddalającego się, kuśtykającego starca, którego chcąc nie chcąc nazywał ojcem.
- Macie tu dość spokojnie.- Saża nie chciała kończyć pogawędki, skoro już nadarzyła się jej okazja. Nie mogła zmarnować tego, że młody alfa jest nią zainteresowany.
-  To coś nowego. - Srebrny basior strzepnął z brwi wizję zarazy, wojen i krwawych powstań. 
- Naprawdę?- Bawiła się kosmykiem na ogonie.- Możesz mi co nieco opowiedzieć, jak już mnie będziesz oprowadzał po okolicy.
Basior zamrugał kilka razy, nim doszło do niego, co mu zasugerowano. Zanim zdążył odpowiedzieć, wilczyca podniosła z ziemi tobołek i podała mu go, jednocześnie płynąc ciałem do przodu w czymś przypominającym pływanie, jak to robiła na scenie. 
- Może zaczniemy od spichrza? Umieram z głodu. - Koniuszek ogona posłużył jako wabik na jego ślamazarne, rozbiegane oczęta. Jest to jakaś ciekawa odmiana, pomyślała, śmiejąc się w duchu. Pierwszy raz nie musiała pytać Ildiri o pozwolenie. Sama sobie była sterem i okrętem, skoro mapę znała na pamięć.

C.D.N

czwartek, 17 września 2026

Od Saży - "Pachnidła" cz.5

 










Od Agresta - „Oko nieba. Dziecko dwóch idei”, cz. 24


Jak jest? Jest jak jest. I tak chyba jest dobrze.
Wierzę w sprawiedliwość, ale wydaje mi się, że jest nieosiągalna wśród śmiertelników.
Było to tuż przed wschodem słońca, gdy przez lekki szum wiatru i gwizdy kosów w gałęziach drzew przebiło się dudnienie kroków. Nagła sztywność chwyciła jego żebra. Otworzył oczy, gotów w każdej chwili zerwać się na równe nogi, jednak nie ruszył się ani o włos. Kogo miałby się bać we własnym domu?
- Towarzyszu Szkliwo. - Dwa postawne basiory wkroczyły na polanę i zatrzymały się nad nim.
- Tak? - zamrugał, sennie marszcząc brwi.
- Sekretarz czeka.
- Od kiedy straż WWN osobiście fatyguje się na nasze tereny?
Wilki wymieniły się krótkimi, rozbawionymi spojrzeniami.
- Długo za granicą, co? - Jeden z nich wyciągnął łapę, dając subtelny znak, że w razie potrzeby jest gotów natychmiast pomóc mu wstać. - Szybko przywykniecie.
Ptak posłał jeszcze jedno spojrzenie berberysowym krzewom, które wciąż beztrosko kiwały się na wietrze. Westchnął i dźwignął się z ziemi.
Szukam prawdy, ale wydaje mi się, że każdy ma swoją, a ten, kto pozna wszystkie, nie pojmie żadnej.
Igiełki jałowców, gęsto pokrywających połać lasu, zadrżały, przeczesując sierść dwójki wilków, które właśnie wyszły na polanę, wciąż dysząc po pościgu.
- Nieźle polujesz. Ale ja umiem lepiej. - Sasanka figlarnie zerknęła na Legiona, który przegryzał skórę na brzuchu martwego jelenia.
- E, dzieciak jeszcze jesteś.
- Z nieba mi spadliście! - Znad lasu dobiegł ich głos Hiekki. - Zechcecie poratować strudzonego gońca racją żywnościową, która przecież mu się za tę ciężką pracę należy? Dorzucę jeszcze najnowsze doniesienia ze świata polityki. - Wyciągnął się tuż obok nich, bez pytania biorąc w zęby jelenią nogę.
- Proszę, spróbuj zaskoczyć mnie politycznymi nowinkami - odparł z rozbawieniem młody alfa. Przesunął się, robiąc mu więcej miejsca.
- Mam świeżutkie rozporządzenie sekretarza. Teraz nikt spoza Wschodnich Ziem nie może już adoptować naszych szczeniąt, nieważne jak bardzo by chciał. Słyszałeś?
Uśmiech znikł z pyska Legiona.
- Sekretarz zatem oszalał. Chce rozporządzać naszymi szczeniętami? Dlaczego on ma decydować o tym, czy będą cisnąć się w sierocińcu, czy dostaną prawdziwą rodzinę?
- Za wielką władzę trzyma. - Sasanka przytaknęła mu spode łba.
- Nic nie wiecie - mruknął goniec, z tajemnicza miną rozgryzając kawał mięsa.
- A ty pewnie wiesz? Stary ćpun. - Wilczyca przewróciła oczyma.
- Właśnie że wiem. Wszystko przez teczki.
- Jakie znowu teczki?
- Teczki z hakami. Na ciebie, na mnie. Na wszystkich! W NIKL-u takie mają. To znaczy, chyba mieli, bo nasi szpiedzy je wykryli i zniszczyli.
- Po co?
- Jak to? Za wolność waszą i naszą!
Szanuję wielkie słowa, ale wydaje mi się, że dla każdego z nas są zupełnie czymś innym.
- A w ogóle komu te teczki przeszkadzały? Ja tam nic złego nie zrobiłam i niczego się nie boję.
Legion milczał, w zamyśleniu przesuwając ogon po ziemi.
- Rzeczywiście, ojciec wspominał mi o jakichś aktach - mruknął. - Ten jego skrzydlaty pachołek ostatnio wrócił z NIKL-u. Pewnie on coś tam usłyszał.
- Nie mają czym się zajmować, tylko szpiegować na zachodzie. - Sasanka położyła przed Hiekką jeszcze jedną porcję. - Masz, pysk zatkaj.
- O wilku mowa! - Basior oblizał pysk, kiwając głową w stronę ścieżki, na której właśnie pojawił się ptak oraz dwóch strażników. - I to już z kumplami z WWN. Hej, może wy wiecie coś więcej o tych teczkach? Słuchajcie teraz - zwrócił się znowu do współbiesiadników. - Ja wiem, jak się załatwia takie informacje.
- Teczki? - Szkliwo zatrzymał się na ich wysokości. - Tak się to już rozniosło?
- Słyszycie. On wie.
- Nie ma o czym mówić. Teczki zostały zniszczone.
- Tak, zniszczone... - Legion skrzyżował łapy na piersi, zerkając na żurawia, a potem na basiory w jego towarzystwie. - To samo powiedziałeś ojcu. I wiesz co? Nie wierzę w to. Nikt rozsądny w to nie uwierzy. Nie zrobiłoby się o nich tak głośno, gdyby nie były potężną bronią. A potężnej broni się nie niszczy, tylko chowa dla siebie. To znaczy... - rzucił jeszcze jedno, ostentacyjne spojrzenie na strażników. - Dla sekretarza.
- Nie ma już na was żadnych teczek - odrzekł bezbarwnie ptak, czując na ramieniu łapę jednego z towarzyszy. Ruszył bez dalszej zwłoki.
Wyznaję własne wartości, ale wydaje mi się, że każda w pewnych warunkach może być podważalna.
Słońce rozweselało świat, a wiatr wyszywał na niebie śnieżnobiałe wzory.
Sekretarz rozmawiał przed swoją jaskinią z jakimś bardzo zdenerwowanym wilkiem. Uśmiechnął się ciepło, łapą dotknął jego łopatki. Na krzyk odpowiedział milczeniem. Widząc, że zbliżają się strażnicy, otwartą łapą grzecznie zaprosił go z powrotem do lasu. Przez chwilę zdawało się, że to nie poskutkuje. Osobnik odetchnął głośno, jakby w gardle zbierały mu się jeszcze jakieś słowa... ale ostatecznie tylko zacisnął wargi, spuścił wzrok i zniknął wśród drzew.
- Pozwolicie, towarzyszu rzeczniku, na krótki spacer. - Ableharbin jako pierwszy wstąpił na ścieżkę w głąb puszczy. Szkliwo podążył za nim, kątem oka dostrzegając, że dwa basiory, choć zostały w tyle, nie zamierzają ich odstępować. - Jutro rano wyrusza poselstwo do WSJ. Jeśli mają choć krztynę rozumu, tym razem nie odrzucą już naszej współpracy. - Przez chwilę przywódca nic nie mówił. W zadumie poruszył nosem. - Dzisiaj dostałem ostatnią wiadomość od Irosyła. Od tej pory do odwołania żadni listonosze nie będą wpuszczani do siedziby Najwyższej Izby. Spłonęła cała piwnica.
- Mam nadzieję, że Irosył jakoś się tam utrzyma.
- Ma być przesłuchiwany. Zaproponowałem mu powrót do domu, ale twierdzi, że nic mu nie grozi.
Ptak w milczeniu wpatrywał się w leśną ściółkę, omijając gałęzie leżące na najwyraźniej słabo uczęszczanej przez wilki ścieżce.
Po cóż komu cała wiedza świata? Wystarczy wiedzieć tylko kilka prostych rzeczy.
To, że czegoś nie rozumiemy, nie znaczy, że nie ma to wyjaśnienia.
- Uważam, że dobrze wywiązałem się ze swojej obietnicy wobec was i szczeniąt zmarłej Kawki, towarzyszu rzeczniku. Prymula to wyjątkowo pojętna... po prostu wyjątkowa wilczyca.
- Zapewne tak - odpowiedział cicho.
- A w ostatnich dniach wprowadziłem rozporządzenia zgodne z waszymi uwagami.
- Dziękuję, że mnie wysłuchaliście.
- Nie bez przyczyny jesteście rzecznikiem Watahy Srebrnego Chabra. Nie martwcie się. Na pewno nie sprzedamy naszych szczeniąt.
- Słyszałem o tym przed chwilą.
- Jaskinie medyczne mają natomiast gwarancję i obowiązek apolityczności, a każdy, kto przeprowadza się w związku z pełnionym stanowiskiem, ma mieć zapewnione tyle miejsca, by móc wziąć ze sobą bliskich. Nikomu nie wolno tego prawa odbierać.
Minęli grupkę wilków zmierzających w stronę podmokłych łowisk. Jedna z wader zwolniła na moment. Szkliwo posłał jej lekki uśmiech, a ona odpowiedziała mu tym samym. Uniosła łapę, tak samo jak kiedyś, wśród śliw przed remizą, ale tym razem na nic nie wskazywała; po prostu pomachała na powitanie, zanim przywołał ją ktoś z przodu.
- ...I jeszcze jedno. Cały las jest wspólnym dobrem watahy, zarządzanym przez jej przywódców, dostępnym dla każdego wilka.
Żuraw stąpał u jego boku, ponownie wbijając wzrok w ścieżkę.
- A co do was, towarzyszu: zadanie wypełniliście po dwakroć. Potwierdziliście to, czego się obawialiśmy, ale i odebraliście im broń, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Chciałbym powiedzieć, że to koniec. Niestety to dopiero początek. Będą was szukać, bo nie wiedzą, co dokładnie zostało zniszczone... a co tylko zaginęło.
- Mam im wysłać oficjalny list, że wszystkie ich teczki zabrał ogień?
- To nie żarty. Niepokoję się o wasze życie.
- Z waszego niepokoju, towarzyszu, dziwnie najczęściej nic dobrego dla mnie nie wynika.
Zwolnił i obejrzał się. Strażnicy wciąż byli kilkanaście kroków za nimi.
To, że czegoś nie widzimy, nie znaczy, że tego nie ma.
- Długo myślałem, zanim podjąłem tę decyzję. Nie chciałbym, abyście czuli, że ktoś was wykorzystał, nawet z wami nie rozmawiając i nie pytając o zdanie. - Sekretarz skrócił krok, by znów mogli się zrównać.
„Technicznie rzecz biorąc, rozmawiamy, rzeczywiście...”.
- Ale wasza misja dobiegła końca, a przy okazji, jak rozumiem, w domu nie ma nikogo, komu musielibyście tłumaczyć się ze swojej nieobecności. Doszedłem więc do wniosku, że najbezpieczniejsze będzie dla was czasowe zejście z widoku. Oczywiście gdy alfa WSC będzie potrzebował jakiejś pomocy, będziecie mogli go odwiedzać.
Szkliwo przystanął i odetchnął głębiej. Dwoma placami chwycił krawędź jesionki i w zamyśleniu przesunął je w dół, wzdłuż poły. Agrest miał następcę. Prymula miała rodzinę. Sasanka pewnie nawet nie pamiętała jego imienia. Coś ścisnęło go w gardle, chociaż przecież sekretarz miał rację. Jak zwykle zresztą. To chyba właściwa pora, by w końcu... dać sobie spokój.
Tego dnia tyle właśnie mu zostało.
To, że czegoś nie słyszeliśmy, nie znaczy, że mówca milczał.
Gdy otworzył oczy, światło wpadło do nich tak szybko, że zakręciło mu się w głowie. Podniósł się na skrzydle, by usiąść. Przechylił głowę, wiodąc wzrokiem za ptakiem, który właśnie przepłynął po niebieskim tle i zniknął ponad koronami potężnych jesionów. Poleciał na zachód.
Nie bez powodu mówią: Nie sposób bezkarnie kontaktować się z szaleństwem.
Można co najwyżej udawać, że nie ma się ochoty zjeść mięsa pieczonego z solą w słodkim sosie. Pewnie przez jakiś czas chodzi to za każdym, kto wie, że już nigdy tego nie skosztuje. Ale kiedyś przechodzi. Ciało musi odcierpieć, a potem ozdrowieje.
„Ciekawe, co dzieje się teraz na Południu. Czy kozy wyskubały już z trawy wszystkie czterolistne koniczyny. Czy Walisa zebrała nasiona ze swoich kwiatów”.
A na Wschodzie? Po horyzont tylko lasy i łąki, znajome każde drzewo i każda ścieżka. Zapach kwiatów lipy i gładkie pnie brzóz. Zielony mech mokry po deszczu i barwne wrzosy. Rude pnie sosen i ich kłujące igiełki, ozdobione lśniącymi koralikami z czystej wody. Poranna mgła, zapach polnych traw i wieczorny chłód.
To, że czegoś nie poczuliśmy, nie znaczy, że nie może zaboleć.
- Wszystko w porządku? - Łagodny głos dobiegł znad skraju lasu.
- W porządku, Prymulko. Sekretarz pozwolił ci mnie odwiedzić?
- Powiedział, że mogę przychodzić zawsze, kiedy chcę. A szłam akurat do niego i pomyślałam po prostu, że tak tu siedzisz... Dziadek pyta, czy chcesz, żeby przekazać ci świeże dokumenty z jaskini wojskowej.
- Przy następnej okazji. Dziś muszę pomyśleć.
- O czym?
- O niczym szczególnym. I pogrzać się na słoneczku.
- A jak cień z lipy tu przyjdzie? 
- To się przeniosę tam, gdzie słoneczko dalej świeci.
Młoda wilczyca odwróciła się, planując zapewne odejść, ale zatrzymała się w pół kroku.
- Wiesz, że ja przez cały czas myślałam... jak cię nie było...
- Że jestem wilkiem?
- Tak - wymamrotała, niepostrzeżenie podkulając ogon. - Przepraszam. Po prostu spodziewałam się kogoś trochę innego...
- I ten ktoś inny nie wrócił. - Kątem oka zauważył tylko, że położyła uszy. - To ja przepraszam.
- Ale i tak jesteś moim bohaterem.
Uśmiechnął się blado. Jej ślepka wciąż patrzyły na niego tak samo, jak wcześniej. Spod ściągniętych brwi, z uwagą, właściwie do głębi badawczo, jakby nadal nie była przekonana, czy naprawdę do tego zwierzęcia pisała listy, odkąd tylko dziadek nauczył ją pisać.
Zanim odwrócił głowę, jej już nie było na polanie.
Jakkolwiek myślimy, być może znaczy to, że ktoś już pomyślał za nas.

***


Cicho. Pusto.
Przed oczami błękit nieba. Gałęzie drzew rosnących na skraju lasu poruszają się wraz z bezgłośnym podmuchem wiatru. Ziemia jest ciepła od dotyku słońca.
Patrząc na źdźbła trawy od dołu, czuje się trochę, jakby był martwy. Odkąd tylko rozpłynęły się deszczowe chmury, odkąd błysnęła za nimi niebieska przestrzeń... wszystko jest jakieś inne. Bezkres wydaje się z tej perspektywy tak dziwnie bliski.
Zawiał wiatr. Poruszył trawami. I znów jest spokojnie.
Przez sine pióro, które trzyma w palcach, przebijają się cieniutkie wiązki światła. Mruży oczy.
I, co by się nie działo, pamiętać:
Udzielać pomocy, ale nie udzielać kredytów.
„Oddałem ci wszystko, co miałem. Czy to coś da, zmieni przyszłość, a historię uchroni od powtórzenia się? Nie mam pojęcia”.
Popiół ze spalonych listów, raportów i teczek osiadł na polnych ścieżkach, odsłaniając miejsce, które powoli będzie zapełniać się na nowo. W barku wciąż stoją dwie butelki; jedna z naderwaną etykietą. Kościana zabawka będzie dalej przekazywana z łap do łap, dopóki nie zostanie porzucona pod paprocią, pamiętając historię, której już nigdy nikomu nie opowie.
Przyjmować pomoc, ale się nie zadłużać.
A ziemia milczy, ale, choć w milczeniu, przyjęła go przecież tym, czego nikt inny nie może mu dać. Przyjęła go z powrotem między swoich. W miejscu, w którym żaden wilk nie będzie przedmiotem.
„Czy naprawdę tego chciałem? Nie wiem. Ale to nie ma znaczenia. Nie każdy ruch musi być transakcją”.
Musi być tylko ziemia pod stopami. Wietrzyk, który krąży po ścieżkach nawet, gdy nikt nimi nie chodzi. Ciepło promieni na skórze. Bezkresny błękit gdzieś nad głową, nawet gdy zakrywają go chmury. I słońce u jego szczytu.
Życzliwością kształtować umysły.
„Ale jeśli ruch ten jest ceną za to, bym mógł kochać cię jeszcze bardziej i, nadal niczego nie rozumiejąc, znajdować w tym sens, to zapłacę ją za każdym razem, gdy tego zażądasz”.
Przyjemnie jest zwinąć się w kłębek i schować oczy w głębokiej trawie. To pewnie przez silne światło zaczęły tak szczypać.
Wybaczać. Zachować siły na tych, którzy chcą zranić z rozmysłem.
„Lecz ty wciąż milczysz. Tymczasem z pokorą przyjmuję więc i wolność; od gry, od oczekiwań, od zobowiązań. Pozwól mi przez chwilę wierzyć, że każdy krok to już nie tylko wspomnienie, ale i zapowiedź przeżywania tego samego bez końca. Że zdołam zapomnieć, jak to jest, pragnąć, łaknąć i pożądać nienasycenie. Osiągnąć ostateczny cel: spokój. Nigdy więcej walki, nigdy więcej lęku, że ten spokój może zostać odebrany”.
Letnie niebo powoli już łagodnieje, a na gałęziach jesionów odbijają się pierwsze pomarańczowe odbłyski.
Szukać odpowiedzi w przyrodzie: najmniej zawodnym ze wszystkich doradców.
Wiecznie zielone mchy i szum sosen zagłuszają tętent stada jeleni biegnących przez las. Srebrne chabry, żywe, świeże, razem z nim wylegują się na rozgrzanej ziemi. Myśli ulatują; na ich miejscu zostaje lekka senność, która namawia, by przymknąć powieki. I nie ma w tym nic ponad uczucie podobne zasypianiu po ciężkim dniu. I dobrze.
Słuchać rozsądku uważniej niż zasad, bo zdrowe zasady zwykły wynikać z rozsądku.
Pragnienie jest pierwszym słowem przekleństwa, jako i pierwszą drogą do odkupienia, choć nie zawsze wiesz, do czego zmierzasz. Czasem bywają to pojęcia w pełni tożsame.
A może po prostu nic już nie znaczą.

Żyć dobrze ze sobą, a po śmierci życiu pozostawić cokolwiek dobrego.



Koniec.