czwartek, 12 marca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Płacz zwany wiosennym”, cz. 11

Tu nawet, gdy wszystko obudzi się do życia,
nadal będzie martwe.


Droga Marleno,
od początku byłem zdania, że ten prostacki łgarz nie jest odpowiednim materiałem na partnera dla Bajonki. Tak czy inaczej już wspominałem, że możesz traktować mnie jako osobę zupełnie postronną w tym sporze. Jeśli chcesz, postrasz go, że wezwiesz Inspektora Ziem Wschodnich i, służbowo czy prywatnie, podziurawi mu uszy. Ale kiedy się tam zjawię - tego nie wiem ani ja sam, ani chyba nawet gwiazdy na niebie.
Przypomnij mi, z czego robiłaś ten zbawienny wywar na trawienie. Od jakiegoś czasu męczą mnie ogromne boleści brzucha. Przychodzą ni stąd, ni zowąd. Powiedziałem o tym pielęgniarce, która nas odwiedza, ale ta ropucha tylko machnęła łapą. Oto, co powiedziała: „Starość nie radość”. I zostawiła mnie bez pomocy. Jeśli zdradzisz, z czego zrobić twoje lekarstwo, może jakoś zdobędę składniki i sam je przygotuję.
Dziś już kończę, bo słońce zaczyna zachodzić. Po ciemku, to sama wiesz, jak radzę sobie z pisaniem. Pozdrawiam Ciebie i rodzinę.
Birast

Szkliwo w zadumie przesunął palcem po krawędzi dzioba. Złożył kartkę po linii zagięcia i rzucił ją na stosik innych.
- Dzięki.
Stary basior, zajęty pisaniem, tylko kiwnął głową i poruszył swoim wielkim nosem. Jego świszczący oddech odbijał się od dwóch gołych ścian niewielkiego pomieszczenia. Dwie pozostałe obstawione były półkami, na których spoczywały wysokie słupki papieru. Kroki dwóch nóg w sionce zanikły o wiele szybciej niż cięższe od nich, wilcze.
Ocieplało się. Powietrze złagodniało, śnieg zaczął uginać się pod łapami, a następnie zapadać prawie do samej ziemi. Co mniejsze i drobniejsze wilki chodziły po nim okrakiem, próbując utrzymać się na powierzchni. Choć wszędzie było jeszcze biało, w powietrzu czuć było atmosferę przemijania. Masa topiąca się pod palcami oznaczała wilgoć, czyli chłód, który trzymał się ciała dłużej. Szkliwu przypominała też, ile czasu już minęło od dnia, w którym opuścił dom. Wciąż nie wiedział najważniejszego. Ile czasu jeszcze minie, zanim zobaczy go znowu? Czy zdąży spaść kolejny śnieg? Czy zdąży stopnieć?
Wreszcie solidna, twarda pokrywa stała się tylko miałkim artefaktem, który lepił się do nóg i przybierał taki kształt, w jaki się go kopnęło. Z dachu urzędu krople leciały całym wodospadem, a raz na jakiś czas obrywała się z niego i śnieżna poduszka. Mknęła po eternitowych dachówkach i spadała komuś na głowę.
„Próżne staranie opiekunki wyobraźni. Szepcze, że gdy spod lodu wyjrzy zieleń, a wszechobecna biel ustąpi wszelkim barwom kwiatów, to miejsce stanie się przyjaźniejsze. Tak nie będzie. Tu nawet, gdy wszystko obudzi się do życia, nadal będzie martwe”.
Coraz niższe trawy wychylały się spod białego koca. Aż wreszcie, wreszcie... pewnego razu, gdy wyszedł z budynku poczty, chowając za pazuchą kolejny list z domu, pod starym modrzewiem rosnącym na skraju wsi dostrzegł kawałek odsłoniętej ziemi. Prawie zapomniał już, jak ona wygląda. Kilka źdźbeł gniecionej przez całą zimę trawy nadal się zieleniło. Pośniegową wilgoć wchłaniał dywan z rudego igliwia.

Kochany Szkliwo.
Piszę dziś razem z dziadkiem. Każe przeprosić, że nie odzywa się do Ciebie ostatnio. Stało się wielkie nieszczęście. Babcia Nymeria umarła. Frezja także. To znaczy, że już do nas nie wrócą. Dziadek płacze.
Powiedziałam mu, że to nieprawda i na pewno niedługo wrócą, tak jak Ty, ale nie chce mi uwierzyć. W ogóle ostatnio dużo wilków chorowało na to samo, co ja. Trochę mi szkoda, że nie mogłam pójść do babci i sama zapytać, kiedy wróci. Delta powiedział, że nie można wchodzić do chorych, ale ja przecież też byłam chora i wtedy mogłam wchodzić do szpitala! Może chcesz powiedzieć dziadkowi coś na pocieszenie? Ciocia Osełka powiedziała mi, że dobrze jest mieć kogoś obok siebie, gdy jest się tak bardzo smutnym, jak dziadek teraz. Powiedziała też, żebyśmy my, Sasanka i ja, nie były smutne, bo babcia i Frezja dobrze przeżyły swoje życie i przyczyniły się do tego, że nasza Wataha jest tak wspaniała. Mówiła, że teraz, gdy zobaczymy wokół siebie coś dobrego, to tak, jakby babcia nas przytulała.
Dziadek mówił, że poszły do nieba, ale Ziutka uważa, że niebo to tylko bajki. Tak powiedział jej tatuś. Ja jednak wierzę dziadkowi i uważam, że jeśli on tak mówi, to znaczy, że wie.
Na szczęście od kilku dni nikt już się nie zaraził. U nas w domu wszyscy zdrowi. Dziadek każe, żebyś się nie martwił.
Daj nam znać, co u Ciebie.
Twoi Prymula i Agrest

Wodził wzrokiem po starannie nakreślonych literach, szukając momentów, w których stara łapa mogła wesprzeć malutką przy zawahaniu mechanicznym lub myślowym. Wyglądało na to, że szczenię pisało samo. W gruncie rzeczy nie było już zupełnie malutkie.
Nymeria umarła. Nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie na nią pora. Ta nowa choroba to rzeczywiście okropne dziadostwo. Frezji prawie nie znał, ale wyobrażał sobie, ile zamieszania musiała wywołać w watasze śmierć jedynego psychologa. A co tu mówić o przywódczyni?
„Pewnie w jaskini alf też będą musieli przeorganizować pracę. Szkoda tylko Agresta. Zostaną z Legionem sami na posterunku. Może i dobrze, że staruszek ma chociaż szczenięta Kawki. To ostatnia jego szansa, by przelać na nie resztę miłości, którą zazwyczaj ojcowie darzą córki. A może i cała ta sytuacja ma pewne plusy...”.

Prymulko,
niezwykle przykro słyszeć o nieszczęściach, które na Was spadły. Przekaż dziadkowi i Legionowi wyrazy współczucia.

„Jak pusto to brzmi. Co jeszcze? Wyrazy najszczerszego współczucia? Daruj sobie ten fałsz.”. Potarł czoło wierzchem palców. „Ale czy naprawdę ci ich nie żal? Przypomnij sobie... czym jest żałoba”.

Wiem, że nie znajdę odpowiednich słów, jako że słowa podobno nie mają w takich chwilach znaczenia. Cieszę się, że jesteś obok dziadka. Ciocia Osełka ma rację. Obecność jest najważniejsza. On potrzebuje teraz Twojej obecności, Twojego serduszka i Twojego niezwykłego ciepła. Jestem pewien, że jeśli ktoś może mu pomóc, to właśnie Ty.
U mnie wszystko dobrze. Bardzo chciałbym, by i u Was było teraz równie nudno. Miałbym wyrzuty sumienia, rozprawiając tu o błahostkach. Może wystarczy jedno spostrzeżenie: na tutejszych równinach wiosna zbliża się wielkimi krokami. Nawet jeśli w WSC jeszcze nie widać jej znaków, też niebawem je ujrzycie. Nie znasz jeszcze wiosny, więc rozglądaj się uważnie. Z pewnością niedługo dostrzeżesz wyraźne zmiany w całej przyrodzie. Poczekaj, aż zakwitną hiacynty... Poproś dziadka, żeby pokazał Wam miejsce na północy terenów watahy, gdzie rosną te piękne kwiaty. Nie jest daleko, powinien dotrzeć tam nawet mimo bólu nóg. A może na chwilę oderwie się od złych myśli.
Dziękuję za Wasz list.
Szkliwo

Zamienił kartki: zapisaną na czystą, automatycznym, wyćwiczonym ruchem. Zamoczył pióro w kałamarzu.

Agrest,
jednak przyjęli mnie do tej ochrony. Nie wiem, co według Irosyła mam dzięki temu znaleźć, ale na razie jeszcze się rozglądam. Zmieniło się tyle, że mogę teraz czytać cudzą korespondencję. Jak dotychczas nie ma w niej nic ciekawego.
Szkliwo

Zamrugał, gdy coś ukłuło go pod powieką. Pochodnia na ulicy dopalała się tej nocy dosyć wcześnie. A może to on wyjątkowo długo siedział nad listami.
Położył te do wysłania pod kilimkiem, który ofiarowała mu niegdyś Cispesja. Dorzucił trochę siana i ułożył się do snu, przykrywając je dodatkowo własnym ciałem. Mimo, że teoretycznie był już w tym domu jedynym, który jest zdolny zaglądać do nieswoich przesyłek, pozbawiona rzeczowego uzasadnienia obawa zakorzeniła się w nim głębiej niż zwykła ostrożność. Wcale nie zdziwiłby się, gdyby w NIKL-u funkcjonowały jeszcze dziwniejsze od ochrony służby, odpowiedzialne za nadzór nad samą ochroną.
Chłód poranka podniósł go na nogi; drapanie lnianego materiału dochodzące z dołu sprowadziło do głównej izby. Nie czekał na współmieszkańca. Wychylił się na zewnątrz i zeskoczył ze schodków. Obiema nogami wylądował w wodzie.
Widok był cudaczny. W nocy śnieg stopniał praktycznie do ostatka, a ulica przemieniła się w jezioro. Wzbudzona fala poniosła się daleko za ścieżkę i uderzyła w ścianę domu naprzeciwko.
Odwrócił się, wzrokiem przebijając półmrok chatki. Rasz ziewnął, wygiął grzbiet w pałąk, pociągnął nosem i ominął go w przedogródku. Dopiero gdy zorientował się, że stoi w ogromnej kałuży, zaklął półgłosem.
- Wiosna idzie. Nie cieszysz się? - zapytał ptak, doganiając towarzysza.
- Co mi tam. Wiosna. Przyjdzie i pójdzie.
- I lato przyjdzie.
- I pójdzie. Idź do cholery ze swoim latem.
Szkliwo wypuścił powietrze bez kolejnych słów. Chętnie by poszedł. Jeśli nie do cholery, to gdziekolwiek, byle dalej od urzędu i swojego naburmuszonego współpracownika.
- Przepraszam - burknął nagle wilk. Jego ogon wykonał jeden mocniejszy podryg.
- W porządku. Chciałbym poprawić ci nastrój.
- To mi powiedz, co się w tym durnym łbie uroiło, żeby odejść bez pożegnania?
Żuraw milczał przez chwilę, mimo że łatwo było odgadnąć, co burzy myśli jego kolegi, jeszcze zanim się z tym zdradził. Odpowiedzieć delikatnie, nieadekwatnie do swojej wiedzy, nie było już tak prosto.
- Może tamta wilczyca. Miłość ma na niektórych zaskakujący wpływ.
- Jaka tam miłość. Tyle czasu się nie widzieli. A on nagle coś takiego. Denkin mówił, że przed zniknięciem pytał na poczcie o wskazówki, jak dotrzeć do jakiejś watahy na zachodzie.
- Denkin? - chrząknął Szkliwo, stawiając drobniejsze kroki, subtelnie, żeby nie dać wilkowi znaku, że zwalniają. „Denkin, kozik”.
- Kiedyś był asystentem inspektora od zachodu. Potem przeszedł gdzieś wyżej, nie wiem. Jedyny z zachodu, z którym można normalnie pogadać. Ech, Hap, aleś ty żałosny... I nawet skrzypce zostawił. Może jeszcze po nie wróci...
- Miejmy nadzieję, że przynajmniej będzie szczęśliwy. - Oczy ptaka zatrzymały się na połyskującej powierzchni wody.
„Gdybym tylko mógł podzielić się z tobą wszystkim, co wiem o jego losie. Zresztą za bardzo biorę to do siebie. To jak z telekinezą. W obliczu zdarzeń niecodziennych można czasem zapełnić swoją lukę poznawczą wrażeniem sprawczości. A przecież to nic ponad zwykłe urojenia. Niektórzy są na nie podatni...”.
Birast dotarł na swoje stanowisko później niż zwykle. Wielce rozżalony zrzucił swoje spóźnienie i swój parszywy humor na karb łap mokrych od „klęski żywiołowej rozgrywającej się na ulicy”.
- Szkoda. Szkoda, że Hapenir nas zostawił. Nie potrzebujecie trzeciego asystenta? - zapytał ojcowskim głosem zza swego biurka. - Poprosiłbym o rekrutację. Może ktoś dobry by się znalazł.
Spojrzeli po sobie. Na to pytanie nikt nie miał dobrej odpowiedzi. Rasz owszem, chciałby trzeciego; mógł nawet wymienić go z imienia, ale dobrze wiedział, że inspektor nie może tego życzenia spełnić. Szkliwo za to doskonale zdawał sobie sprawę, że pojawienie się w ich małym zespole kolejnego członka, dołożyłoby mu pracy wywiadowczej. Z drugiej strony... może to byłaby szansa, aby wprowadzić do struktur NIKL-u jeszcze jednego szpiega Wschodnich Ziem?
Doczekał do przerwy na kubek mleka i wymknął się z pokoju pod byle pretekstem.
Gabinet, w którym czasami widywali się z Irosyłem, stał pusty. Brakowało wskazówek, gdzie szukać urzędnika. Nie mając lepszego pomysłu, zaczął po prostu iść przed siebie, mijać kolejne zakręty i zawieszać wzrok na przypadkowych przedmiotach. Z uśmiechem kiwnął głową Denuvelinowi pędzącemu na złamanie karku z jednego pokoju do drugiego. Oczy basiora zrobiły się okrągłe ze zdumienia, zupełnie jakby takie proste powitanie zostało skierowane do niego pierwszy raz. Szkliwo rozumiał już, dlaczego pozostali asystenci Birasta tak lubili się z nim droczyć. W jego obliczu było coś bardzo do tego zachęcającego.
Wreszcie znalazła się i zguba. Irosył stał w cieniu bocznego korytarza, rozmawiając z jakimś wilkiem. Kątem oka dostrzegając wspólnika, pośpieszył swój język i zaczął energicznie kiwać głową, by wywrzeć lekki nacisk również na rozmówcę. Pożegnali się dosyć szybko.
- Szkliwo. Chodź proszę tutaj. - Łapą pchnął drzwi do pierwszego z rzędu pokoi. - Lepiej, byśmy nie spacerowali razem po urzędzie. Kojarzenie nas ze sobą nikomu nie jest do niczego potrzebne.
- Ma się rozumieć. - Ptak podążył za nim, wdychając zatęchłą woń najwyraźniej od dawna nieotwieranego pomieszczenia. Było zupełnie nieurządzone. Wrażenia obskurności nie przemogło do końca nawet duże okno z widokiem na zarośnięty krzakami dziedziniec. Po jego drugiej stronie musiał się mieścić gabinet zachodniego inspektora. - Jak tu sympatycznie.
- To pokoje dla gości. Gdy przybywają tu delegaci ze wszystkich stron, udzielamy im ich na noclegi. No, mniejsza o większość. Ostatnio nie było okazji porozmawiać. Mów, bo szalenie jestem ciekaw. Jak idzie w ochronie?
- Zbyt wiele się nie dzieje. - odrzekł, zawieszając wzrok na dyndającej pod sufitem, zwiewnej pajęczynie. Przylgnęło do niej tyle kurzu, że była równie szara, jak całe to miejsce. - Powiedz raczej... Żeby dać mi to stanowisko, Nakideron musiał usunąć innego wilka. Sam wpadł na taki pomysł?
- Nie powiem, że nie przyspieszyłem trochę tego procesu - odrzekł wilk, prostując szyję, jakby nie był pewny, czy pozwolić sobie na dumę, czy też przygotować się na wyrzuty. Nie doczekał się jednak żadnej emocjonalnej reakcji. - Niemniej dowódca ochrony sam nadzoruje swoich podwładnych i nie zwalnia ich, gdy nie ma ku temu powodu. Tylko pamiętaj, Szkliwo: nie popełnij błędu swojego poprzednika! Ani, w miarę możliwości, żadnego innego błędu. Nie chciałbym musieć wyciągać cię potem z żadnego bagna. Zakładając, że w ogóle zdążyłbym wyciągnąć.
- A wiadomo ci chociaż coś o wilkach, z którymi ochrona kończy współpracę?
- Nie - odparł szybko. - Nie wiem, gdzie się znajdują, nigdy się tym nie zajmowałem i raczej nigdy nie będę.
- Mniejsza z tym. Birast zaproponował nam dziś, że poprosi o zrekrutowanie trzeciego asystenta. Może udałoby się nam wprowadzić na to miejsce kogoś z naszych?
Basior przysiadł na piętach, nie namyślając się długo. Pokręcił głową.
- Chciałbym, ale nie ma na to szans. Dwóch szpiegów tuż obok siebie, to byłoby zbyt ryzykowne. Niechby któryś czymś się wydał. Zaraz poleciałby i drugi. A potem Nakideron szepnąłby im słówko o swoim gołębim sercu i obaj w końcu wskazaliby na mnie. Nie to, że ci nie ufam, Szkliwo. Ale im mniej szpiedzy wiedzą o sobie nawzajem, tym są bezpieczniejsi. Ja również.
- Ach, teraz jasne. To dlatego nie znam żadnych innych członków tej statki?
- Cieszę się, że rozumiesz. A co do propozycji inspektora, dlaczego nie mielibyście wziąć sobie kogoś nowego? Pamiętaj, że gdy za podobne zadania odpowiada wiele osób, odpowiedzialność każdej z nich się rozmywa.
- Sądząc po zmianach w regulaminie, które wprowadzili jakiś czas temu, wręcz przeciwnie. Każdy błąd to odpowiedzialność zbiorowa. Niech już lepiej to miejsce zostanie puste.
- Jak sobie chcesz. - Uśmiechnął się beztrosko. Naraz jednak jego brwi uniosły się gwałtownie, a pysk otworzył mimowolnie. - Ach! Już pamiętam, dlaczego ucieszył mnie twój widok. Mam nowe wieści.
- Zamieniam się w słuch.
- W wojsku mobilizacja. Poszły poselstwa o przybycie wyszkolonych w poprzednich turach żołnierzy, na razie rzekomo na jakieś szkolenia przypominające. Taki rarytas Najwyższa Izba organizuje chyba po raz pierwszy w historii, a przynajmniej na pewno po raz pierwszy odkąd ja tu jestem. I zgadnij, co jeszcze. Zaproszono żołnierzy ze wszystkich stron, poza...?
- ...Wschodnimi - mruknął ptak, nerwowo stukając pazurami w beton. - To bardzo złe wieści. Bardzo, bardzo złe.
- Myślę, że mamy jeszcze trochę czasu. Zanim ta banda rezerwistów przybędzie i przejdzie szkolenia, minie parę ładnych księżyców. Zdążymy jeszcze przyjrzeć się, ile ich będzie i jakie mogą stanowić zagrożenie.
- Świetnie, tylko co z tego, jeśli nie zdołamy ich powstrzymać - zniżył głos, czując, że żebra zaczynają szybciej nieść każdy jego oddech. - Jeśli wyprawa NIKL-u na wschód dojdzie do skutku, wszystko się zawali.
„A ja nadal nie wiem, co robić, by temu zapobiec. Nie wiem, czy w ogóle się da. Czuję, że to zupełnie poza naszym zasięgiem. Krążymy po urzędzie jak myszy w labiryncie, a prawdziwe decyzje są podejmowane poza nim, w przestrzeni, której istnienia nawet nie jesteśmy świadomi. Co z tego, że Irosył osobiście zna przewodniczących, jeśli nie ma na nic wpływu? Co z całego mojego wywiadu, jeśli ściągam tylko osad z wierzchu, a wywar gotuje się gdzieś pod spodem?”.
- Zawali się, czy się nie zawali, nie wolno tracić nadziei.
Szkliwo odetchnął głęboko.
- Masz rację.
„Gdybym wiedział, że się przewrócę, to bym się położył. Niestety tego jakoś nigdy zawczasu nie wiadomo, więc trzeba stać na nogach i robić, co do mnie należy. Czyli... Czyli co? Dobre pytanie”.
Gdy popołudniem wyszedł z urzędu, uliczne jezioro zmalało nieznacznie, a woda, choć zmieszana z błotem już dziesiątkami łap przestała być nieskazitelnie czysta, to nadal ładnie odbijała promienie, przebijające się przez chmury niepostrzeżenie, ostrożnie, jak goście z dalekich krain. Nie zostawały na długo i nie szkodzi. Po takim czasie zanurzenia w szarościach, nagle oświetlone ostrym blaskiem kąty wyglądały obco. Trochę jakby Szkliwo znowu był w siedzibie Najwyższej Izby po raz pierwszy. Od nowa ją poznawał; raz jeszcze uczył się sprawnie poruszać po wiosce z białej cegły.
A może to wcale nie słońce sprawiło. Może naprawdę czegoś uczył się od nowa.
- Szkliwo! - delikatny głosik zawrócił go w pół kroku. Babcia Cispesja dreptała od strony remizy, niosąc przewieszony przez grzbiet, chyba dosyć ciężki ładunek. Nie mógłby pozwolić, by dalej męczyła się z nim sama, brodząc w wodzie po nadgarstki i pięty. Uśmiechnął się na powitanie, energicznie ściągając go z jej łopatek. - Zaczynałam myśleć, że już cię tu nie ma - oznajmiła niewinnie, ze swoją łagodną troską. Tylko tyle, lecz wystarczyło, by jego uśmiech niespodziewanie zniknął. Słowa sprawiły, że lodowata woda nagle mocniej zaczęła szczypać go w stopy, a lekki wietrzyk przeniknął do kości.
Co ona mogła wiedzieć? Chyba nic. Po prostu dawno się nie widzieli, więc miała prawo pomyśleć, że odszedł z Najwyższej Izby albo jest na urlopie. To tylko jego zjadły nerwy. To tylko jemu przypomniał się związany i pobity wilk, pod osłoną nocy wywieziony gdzieś, gdzie nikt już go nie znajdzie.
- Niech babcia wybaczy. Miałem ostatnio mało czasu, ale nigdzie się raczej nie wybieram.
- Oczywiście. Oczywiście, wiem, jak to jest. Dziękuję za twoją pomoc!
„I tak nie mam nic lepszego do roboty”, stwierdził w myślach.
- Nie ma o czym mówić.
- Zapraszam cię na świeże mleczko.
„Świeże. Czyli Kirłan musiał dziś wrócić z wyprawy”.
- Chętnie, dziękuję. - Rozpogodził się, przekraczając próg zaraz za nią. Razem z nimi do chatynki wsunął się powiew wiosennego wiatru. Poruszył pęk sznurków zawieszony w kącie sieni i frędzelki wystające z przybitej do ściany makatki. Już niebawem w pokoiku rozległ plusk słodkiej cieczy. - Jak tam się babci żyje? - zapytał, nie wysilając się, by zacząć rozmowę czymś pomysłowym.
- Byliśmy wczoraj z Duniem na spacerku aż za rzeką, w lesie. Rozruszałam stare kości i wiesz? Myślę, że muszę zacząć chodzić na takie spacery! Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w lesie.
- Inny świat, prawda?
- Oj, taki, który trzeba sobie czasem przypomnieć. - Łyknęła mleka. Zrobił to samo. - A ty nadal piszesz listy do bliskich?
- Tak.
- Wspaniale. Naprawdę już mało kto ze starszych urzędników to robi...
- Do mnie też głównie rodzina pisze. A ja odpowiadam, gdy trzeba.
- A lubisz chociaż dostawać te listy?
- Tak, czytać lubię. Skoro mnie tam nie ma, wiem przynajmniej, co się u nich dzieje.
- Masz czasem wrażenie, że nie poradzą tam sobie bez ciebie?
- Nie, nie w tym rzecz. Świetnie sobie poradzą.
- Więc pewnie brakuje ci ich bliskości? - pytała dalej i z troską kiwała głową. Wolno zacisnął szczęki, ubierając ruch w nieco suchy uśmiech.
- Niczego mi nie brakuje.
- A jednak wciąż jesteś smutny. - Na te słowa tylko wzruszył ramionami. - Bardzo, bardzo dawno nie spotkałam nikogo tak odciętego od emocji. Cenniejsze jest dla ciebie, aby tam być i działać, niż żeby wiedzieć, czy wszystko u nich dobrze. Żałujesz, że tyle rzeczy cię omija?
- Tak.
- Że nie masz nad nimi kontroli?
- Może...
- W porządku, Szkliwo. Niektórzy tak mają.
- Po prostu tęsknię za domem.
- Jak byłam w lesie, trafiłam na bardzo miłą polankę. Choć wczoraj jeszcze leżał tam śnieg i unosiła się nad nią mgła, a to wyglądało magicznie. Dziś pewnie jest tam błoto. A ty kiedy ostatnio widziałeś jakieś piękne miejsce?
- Dawno.
- Ale pewnie masz jakieś w pamięci?
- Ano mam.
- Pomyśl o nim. Przypomnij sobie jego barwy, zapach, szum wiatru, jego spokój. Nasyć oczy, chociaż w wyobraźni. Nie idź dalej, dopóki nie będziesz gotowy i pewny, że nie odwrócisz się z tęsknotą. I wiedz, że gdy odejdziesz, to po to, aby zobaczyć równie piękne miejsca, a potem wrócić i cieszyć się nim dalej. Tym razem naprawdę. Być może już na zawsze.
- Dziękuję, babciu.
Wilczyca westchnęła, gładząc łapą barwny kilimek, leżący na szczycie stosiku.
- Nie można rezygnować z rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy trochę lepsi. A tovna przykład piękna muzyka, zapach kwiatów, albo takie miejsca. Najgorsze w silnych systemach jest to, że z troski zrobią wszystko.
- Nie rozumiem. - Przechylił głowę, nieprzygotowany na nagłą zmianę wątku. Poruszył się, podwijając nogę głębiej pod ciało.
- Zamkną wilka w klatce, żeby ochronić go przed nim samym. Kiedyś też myślałam, że ten, kto przychyli swoim wilkom nieba, zbuduje im najszczęśliwsze miejsce na świecie. - Kąciki jej pyska uniosły się delikatnie. Nie przestała głaskać kawałka materiału, nie zważając na to, że jego powierzchnia zaczęła mechacić się od szorstkich poduszek jej łap. - Proszę, nie pozwól ochronić się przed sobą samym.
Wstała i podeszła do okna. Zapatrzyła się w dal, odetchnęła łagodnym wiaterkiem. Gałęzie czeremchy stukały o oścież.
- O! - pisnęła z zachwytem. - Już widać pączki!
Jak okiem sięgnąć, wszędzie przylegająca do ziemi trawa i nagie krzewy. Taki świat - chłodny, świeży, wygładzony - pozostawiła zima wiośnie do przystrojenia. Już niebawem każde drzewo zazielenić się miało zupełnie inaczej, słońce miało rozświetlić oblicze polan, a drobne płatki wszelkiego kwiecia: wyłonić się z pustki.
Zachód tego dnia był ognisty. Soczysta łuna zastąpiła szarą godzinę, która do tej pory królowała wieczorami.
Rasz jak zwykle nadawał dobre tempo w drodze do remizy. Ze zbolałą miną obejrzał się przez ramię, gdy Szkliwo na chwilę został w tyle.
- Ładny zmierzch. U nas nie zobaczysz takiego słońca. - Ptak zarejestrował to tylko kątem oka. - Za mało przestrzeni. Nie znika za horyzontem, wszędzie najpierw chowają je jakieś drzewa albo góry. Nawet ze stepów widać je tylko dopóki nie ukryje się za lasem.
- Eee. - Basior pochylił się, by tylną nogą podrapać się po brzuchu. Było jeszcze dosyć wcześnie. Odkąd zostali tylko we dwóch, zaczęli docierać na kolację jako jedni z pierwszych. Przynajmniej tyle współpracownik mógł zrobić, aby poprawić mu nastrój.
Przed wejściem rozlegały się głośne rozmowy i dźwięczne, dziewczęce śmiechy. Całe stadko wilczyc korzystało z uroku kończącego się, wyjątkowo ciepłego dnia. Żuraw wyszukał wzrokiem burą sierść pokrytą jasnymi plamkami. Przytulia stała nieco z boku. Wyglądała trochę niewyraźnie i z jakiegoś powodu chyba nie nadążała za trajkotaniem koleżanek. Gdy zobaczyła wpatrzone w siebie oczy, objęła się jedną łapą i zadrżała lekko. Nie potrafił ocenić, czy jej wzrok uciekł w bok, aby uniknąć kontaktu, czy też po prostu chciała sprawdzić, na ile dostrzeżone zostanie oddalenie się od grupy.
- Rasz, stary byku! - głos z tyłu należał do Pira, jednego z północnych znajomych wcześniej wspomnianego. Skrzydlaty nie zaprzątał sobie głowy ich spotkaniem. Prawie nigdy nie angażowali go w swoje rozmowy. Wychwytywał tylko pojedyncze zdania, zazwyczaj i tak nieistotne.
- A do ciebie z domu nic nie pisali? - Płowy wilk po chwili już jęczał na swój ostatnio ulubiony temat.
- Wczoraj dostałem list. Celowo pytałem o Hapa, ale nic o nim nie piszą. Nie ma go w domu. Epei też nie ma, ale nie dopytywałem, co z nią, bo to by dziwnie wyglądało. Arki pomyślałby, że dalej się w niej kocham...
- Jak dzieci. Nic nie dać nam znać...
Szkliwo powoli wyprostował szyję. Jeden z jego pazurów zaczął kopać dołek w miękkiej ziemi i to zajęcie na chwilę całkowicie go pochłonęło.
„Czyżby Epea również zniknęła? Gdzie zatem jest? Szkoda, że Pir o to nie dopytał. Czy jest szansa, że została o wszystkim powiadomiona i odeszła razem z Hapenirem gdzieś w bezpieczne miejsce, w którym będą mogli żyć spokojnie? Ale dlaczego NIKL miałby się o to martwić? Miał za zadanie usunąć z pola widzenia jedynie jego”.
Ktoś nieśmiało chrząknął tuż przy jego ramieniu.
- Jestem. Miałam przyjść? - Wilczyca uśmiechnęła się ze zmieszaniem.
- Tak. Mam coś dla ciebie. - Strzepnął błoto ze szponów i zanurzył palce w kieszeni. - Krótka notka dla Agresta, żeby zapewnił ci stanowisko i jakieś miłe miejsce do zamieszkania. Nie przejmuj się tym, co jest na drugiej stronie. Pisałem na kawałku listu z domu.
Miało to w sobie coś ponad zwykłą oszczędność papieru. Choć nie spodziewał się, by ktoś mógł łatwo podrobić jego obrzydliwe pismo, przypuszczał, że alfa może inaczej spojrzeć na wiadomość napisaną na kartce, którą sam wcześniej wysłał.
- Dziękuję! - Przytulia uśmiechnęła się słodko i prawie podskoczyła, przejmując list. Chyba tylko dlatego zrezygnował z pytań o samopoczucie. Jeszcze chwilę wcześniej wyglądała na dziwnie osłabioną, ale wrażenie to bezpowrotnie minęło.
- Epidemia opanowana. Możesz wyruszać. Mam nadzieję, że dotrzesz do domu bez przygód. Co jeszcze... powiedziałbym, żebyś uważała, mijając WSJ, ale to pewnie wiesz.
- Spokojnie, dam sobie radę! - zawołała, lecz szybko zniżyła głos. - Pójdę południową częścią ich terenów. Tam powinno być w miarę luźno. - Zrobiła kilka kroków, omijając go i schodząc ze ścieżki. - Dziękuję - szepnęła jeszcze raz. Jedna z jej łap wyciągnęła się lekko i zaczęła zgrabnie tańczyć nad ziemią. Przez chwilę śledził jej ruch zza pleców. Na wilgotnym piasku powstał jakiś zawijas.


- Co to jest? - mruknął, stając obok. Wadera obejrzała się, na moment krótszy niż kropla spada z dachu. Inne wilki nadal beztrosko debatowały w oddali. Nie odpowiedziała, tylko uniosła łapę znad ziemi i zbliżyła do jego piersi, zatrzymując ją w pół ruchu. W jej oczach dostrzegł coś, czego za nic nie mógł zrozumieć; uważność, której nie tłumaczyło ani jedno słowo.
Ostatni ruch łapą i po znaku pozostało tylko trochę poruszonej ziemi pod przywiędłymi źdźbłami trawy. Wilczyca odwróciła się do swoich towarzyszek i zmieszała z tłumem, nie posyłając mu nawet spojrzenia.
„Ciekawe, czy kiedyś będzie okazja zapytać o jej prawdziwe imię. Cóż, to wymagałoby założenia, że jeszcze kiedyś się zobaczymy”. Myśl pojawiła się znikąd. Zmarszczył brwi. „Dlaczego mielibyśmy się już nie zobaczyć? Zmierzamy przecież w to samo miejsce”.
Przytulia znikła, Ildiri dla odmiany wciąż siedziała pod drzewem ze skrzyżowanymi na piersi łapami i uważnie śledziła wszystkich i wszystko wokół. Z jakiegoś powodu przypomniało mu się ich pierwsze spotkanie. Patrzyła wtedy tak samo zimno i oceniająco, jakby wypatrywała ofiary w stadku owiec.
Tym razem jednak nie miała już na kogo się czaić. Skinął jej głową i wycofał się do swojego współpracownika, który nadal dyskutował z Pirem, uzupełniając słowa ożywionymi ruchami całego ciała.
- Niepotrzebny jest nam nikt nowy. Wcale niepotrzebny, niech sobie Birast...
- Hej, hej, wystarczy! - Kolega z północy zaśmiał się, uciszając basiora łapą. - Czemu przelewasz złość na biednego Birasta? To on Hapowi w głowie zawrócił? Stało się, jak się stało, nie ma sensu drążyć.
- W co dziś gramy? - Rasz uciął wątek, omijając strażnika stojącego przy wejściu. Uważne ślepia przesunęły się po nich jak zwykle. Ostatnio nawet Szkliwo przestał kiwać mu na powitanie. Wcześniej robił to z suchej uprzejmości, ale nigdy nie otrzymał odpowiedzi. Był ciekaw, czy ktoś kiedyś rzeczywiście został zatrzymany przy wejściu lub wyjściu, czy też obecność tego wilka miała oddziaływać czysto psychologicznie. Może gdyby ktoś wynosił z remizy całe worki z jedzeniem...
Głównym daniem było tego dnia kilka dużych, kozich tułowi, ze wszystkimi znajdującymi się wewnątrz podrobami, zanurzonymi w słodkim sosie, który jakąś tajemną metodą wpompowano do środka. Potrawa przypadła do gustu urzędnikom, bo na całej sali panował gwar, jakiego Szkliwo od dawna nie słyszał. Wilki krążyły wokół tych pokaźnych delicji, dobierając się do środka z dziką zuchwałością. W wielu z nich najwyraźniej obudził się instynkt łowiecki, który nie miał w Najwyższej Izbie zbyt wielu okazji do natchnionych wybuchów. Sos rozlewał się po podłodze, by już niedługo zostać rozdeptanym daleko poza obręb części jadalnej.
Skrzydlaty stał nieco z boku, skubiąc przywiędłą marchew. Ostatnio mięso coraz trudniej przechodziło mu przez gardło. Nie było niesmaczne; właściwie mało co mogło się z nim równać. A jednak jego nienaturalnie mocny smak, przyprawy, od których kręciło się w nosie, przeróżne dodatki lepiące się od cukru, aż wreszcie atmosfera ogólnego uwielbienia, która wychodziła poza zwykły apetyt, a którą otoczone tu były mięsne przysmaki, fundowała zbyt wiele wrażeń naraz. Ptak był tym wszystkim zmęczony. Tęsknił za borówkami zrywanymi prosto z krzaka, jeszcze zielonymi orzechami laskowymi i chudą sarniną uszczkniętą z resztek po obiedzie w jaskini wojskowej.
- Wszystko w porządku? - zapytał bez namysłu, widząc, że jeden z wilków, choć dopiero podszedł do jedzenia i wziął ledwie kilka kęsów, nagle odsunął się i zasłonił pysk łapą. Stali teraz obok siebie.
„Zadławił się czymś? A może jednak w tym jedzeniu jest jakaś trucizna?”, przeszło mu przez myśl, ale ponieważ osobnik nie dusił się, a cała reszta nadal w najlepsze zajadała to samo, szybko odrzucił i jedną i drugą możliwość. Zresztą basior nie wyglądał najlepiej, nawet jak na swój dość niemłody wiek. Skóra wisiała na nim, jakby była o rozmiar za duża, futro miał matowe, a oddech ciężki. Podniósł oczy, które, w połączeniu z dziwnym opóźnieniem odpowiedzi, zdały się nagle zupełnie zagubione. Pokręcił głową.
- Nie, wszystko dobrze. - Ledwie to powiedział, pochylił się i gwałtownie naciągnął wargi, wpuszczając na pysk wymuszony, sardoniczny uśmiech. Szkliwo w bezruchu śledził to wzrokiem, nawet nie zauważając, że jego własny oddech zatrzymał się w piersi.
Ciało wilka wyprężyło się i zesztywniało. Z jego podbródka spłynęła kropla śliny, jedna, druga... a potem na ziemię chlusnęła żółta struga pełna niestrawionych kawałków mięsa i czarnych kropek suszonych ziół. Wokół rozniósł się ostry, kwaśny zapach.
Ptak poczuł, że jego mięśnie napinają się w gotowości do działania. Odciążona odruchowo noga zawisła tuż nad ziemią... a potem odsunęła go o pół kroku, zanim zdążyła się ubrudzić.
„Nie wygląda na umierającego. Nie ma sensu być zbyt wyrywnym”.
Jeden czy dwóch uczestników uczty obejrzał się z nikłym śladem zainteresowania i wrócił do napełniania żołądka. Ktoś zaśmiał się w przelocie, ktoś inny ominął kałużę, przemieszczając się pomiędzy wiktuałami. Wymiociny mieszały się z wypływającym z tułowi sosem. Starzec tymczasem zgarbiony przysiadł na ziemi. Otarł usta drżącą łapą. Język poruszył się w jego pysku, choć trudno stwierdzić, czy próbował sklecić jakieś słowa, czy tylko przełknąć ślinę. Ptak niecierpliwie stuknął pazurami o ziemię. Wrażenie, że ten wilk jednak potrzebuje pomocy, wciąż próbowało zdominować jego ruchy i zmusić do reakcji.
- Inspektorze, inspektor pozwoli na zewnątrz. - Wreszcie od wesołej gromady oddzielił się jeden z biesiadujących, Ksaron, asystent od północy. Bez pytania wsunął bark pod ramię dotkniętego niedyspozycją basiora. Z okoliczności nietrudno było wywnioskować, że musi on być jego zwierzchnikiem, choć fakt, że dwaj pozostali północni asystenci nadal zajadali się w najlepsze i posłali mu kilka krótkich spojrzeń, za to ani jednego gestu wsparcia, nieco zbijał z tropu.
Dwie sylwetki znikły w tłumie, kierując się do wyjścia. Tak kryzys został zażegnany, nie wymagając od Szkliwa kiwnięcia palcem.
„Dobrze. Niech każdy martwi się o swoich. Tak powinno być”.
Uczta toczyła się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Wszyscy byli tak zajęci wyborną zabawą jedzeniem, że kącik po drugiej stronie ogniska stał prawie pusty. Nie trzeba było nawet wyciągać szyi i długo szukać w nim Kirłana. Siedział z wachlarzem kart w łapie i w skupieniu wykładał kolejne na stosik leżący pomiędzy nim i przeciwnikiem. Ptak zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie widział go jedzącego. Zawsze gdy kończyli kolację, on już siedział z kubkiem wina w łapie i śledził toczące się rozgrywki lub w nich uczestniczył. Wyglądało na to, że przychodził do remizy wcześnie i jadł przed wszystkimi.
Tym razem lotnik nie podszedł do niego zameldować się na ich zwyczajowej partii szachów. Nie mógłby się skupić. Od czasu rozmowy, która miała miejsce przed remizą, jego myśli były już w innym miejscu: za rzeźbionymi drzwiami, w korytarzu, w którym szelest falującej zasłony zagłuszał echo szybkich oddechów.
Klamka podskoczyła; kawał ciemnego drewna przesunął się powoli.
Jak zwykle wszedł bez pukania. Zauważywszy wilczą sylwetkę zmierzającą w przeciwną stronę, ku wyjściu, cofnął się o krok, aby ją przepuścić... i dopiero wtedy podniósł wzrok, by przyjrzeć się uważniej. Naprzeciwko niego zatrzymał się dowódca ochrony. Stał swobodny, wyprostowany. Uśmiechał się szeroko, uśmiechem w pełni intencjonalnym, skierowanym bezpośrednio do niego. Mięśnie na policzkach Szkliwa drgnęły w odruchu odwzajemnienia gestu, jednak nie zdołały go dokończyć. Obecność Nakiderona sprawiała, że jego kark sztywniał.
Wreszcie wilk ruszył bez słowa, ominął go, a rzeźbione drzwi zatrzasnęły się za jego grzbietem. Od jasnych tęczówek żarzących się w ciemności, od poruszonego w przelocie powietrza i od ciszy, która pozostała, gdy się uspokoiło, żurawia przeszedł dreszcz.
„No dobrze, czas do pracy. Nie pozwól okolicznościom się rozproszyć. Żadnych wątpliwości”.
- Szkliwo. Już myślałam, że nie przyjdziesz... - Ildiri wysunęła się zza zasłony, po czym oparła głową o krawędź ściany.
„I żadnych czułości”.
- A co? Myślałaś, że zacząłem rozglądać się za jakąś, która nie będzie mnie wyzywać?
- Nie... Słyszałam o wszystkim. O tym, że ona odchodzi - ściszyła głos. - Ale nikt inny nie może się o tym dowiedzieć, rozumiesz?
- Nikt się nie dowie. Za kogo mnie masz? - Zmarszczył brwi. Przez chwilę nie odpowiadała, a nawet nie zmieniała zajętej wcześniej pozycji. Tylko jej ślepia wodziły po ścianach.
- Już nie wiem.
- W każdym razie dla ciebie chyba najistotniejsze, że nie za wilka.
- A może właśnie za takiego samego wilka, jak wszyscy tutaj.
- Wybacz, nie rozumiem.
- Czy w świecie, gdzie wszyscy chodzą jak w kieracie, jest jeszcze choć jeden prawdziwy wilk?
Jego myśli na krótką chwilę zatrzymały się na jej słowach. Ostatecznie tylko wzruszył ramionami. Tego wieczora chyba była nie w humorze. Wolała raczej milczeć niż się rozgadywać, brakowało też jej zwyczajnej, natarczywej zalotności.
„Może zdążyła się już przyzwyczaić do rytmu naszych spotkań”, przyjął, gdyż nagle zdał sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu wadera zachowywała się wobec niego spokojniej. Wiedziała, że i tak przyjdzie każdej nocy, ale przestała też na próżno naciskać, by zostawał dłużej. Ten stan rzeczy mu odpowiadał, z jednym wyjątkiem. Po rozmowę przychodził tam bardziej niż po cokolwiek innego. Zasadniczo już nic ponad to go tam nie trzymało. Ani dowódca, ani żaden inny wilk nie zwróciłby pewnie uwagi, gdyby zaczął znikać po kolacji i wracać do domu, jak dawniej. A jednak, jeśli już postanowił się w to bawić, musiał spróbować stworzyć sobie dodatkowe źródło informacji - jeśli nieprzydatne watasze, to przynajmniej zapewniające materiał na pomniejsze nowinki, które chętnie pochłaniała komoda z biura ochrony.
Oprócz rzeczy ważnych i ważniejszych, które rozdzielał pomiędzy obie swoje prace, przyłapał się na zainteresowaniu pewnym zupełnie postronnym zagadnieniem. Dotyczyło kogoś obiektywnie nieistotnego, z kim nie miał ani wspólnych, ani przeciwnych interesów, a spisywanie jego dziejów komodzie byłoby czystą nadgorliwością. Tym bardziej nie zaliczało się do ważnych dla przyszłości Watahy Srebrnego Chabra. Mimo to, nieoczekiwanie nawet (w sumie tylko) dla siebie, zaczął poświęcać temu zagadnieniu oraz tej istocie czas i uwagę.
- A ty nie myślałaś nigdy nad opuszczeniem tego miejsca? - Przeciągnął się, wciąż jeszcze lekko dysząc, wdychając zapach zakurzonego siana.
- To bez znaczenia, mówiłam ci już.
- Rodzina nie mogłaby ci pomóc?
- Nie. Mój... - Uchyliła wargi i zapatrzyła się na plamy wilgoci zdobiące ścianę. Coś, co boleśnie ją gryzło, siedziało zbyt głęboko, by mogła strzepnąć to z siebie jednym wyznaniem. Postanowił nie naciskać. Zaczął myśleć nad jakimś bezpiecznym tematem, który przyniósłby ulgę jej myślom. Wtem jednak powietrze zasyczało w jej gardle. - Przecież ty go znasz.
- Kogo?
- Ojca. - Pazury obu jej przednich łap zaczęły nerwowo szukać się nawzajem. Zetknęły się po chwili ciszy. Dostrzegł, że drżą. - Chcesz wiedzieć, co tutaj robię? Powiem ci, jeśli potem się odczepisz. - Prychnęła i nawet nie kazała mu odpowiadać. - To było tak... Najpierw był on.
- Ojciec?
- Tak. Wyciągnął moją matkę z zamkniętego domu... płatnej miłości, gdy okazało się, że podczas jednego ze spotkań zrobił jej szczenięta. Zabrał ją do swojej nory, odciął od poprzedniego życia. Dał mi i moim braciom przyjść na świat, a ona go za to pokochała. Przez chwilę była szczęśliwa, ale nigdy nie pozwolił jej zapomnieć, że mu to wszystko zawdzięcza. To było tak... dziwne, niczego nie rozumiałam. Nie wiedziałam, jak można cieszyć się i tak często płakać jednocześnie. Ale nie myślałam nad tym. Była taka, odkąd pamiętałam. Aż zeszłej zimy zachorowała na ciężkie zapalenie płuc. Wtedy oprócz śmiania się i płakania, zaczęła kaszleć i pluć krwią. Niedługo później umarła. A on wpadł na pomysł, żeby załapać się na fuchę w NIKL-u. Zabrał mnie tu. Chciał wkupić się w ich łaski, więc mnie poświęcił. Miałam robić, co mi każą, a on powiedział, że dzięki temu oboje będziemy tu szczęśliwi... Miałam kręcić się wokół najbardziej wpływowych urzędników, dopytywać. Przekazywać mu, czego się o nich dowiedziałam. I w końcu mu się udało.
- Ildiri... Kim jest twój ojciec?
- Powiedział, że nigdy nie będę płakać, tylko się śmiać i cieszyć innych. Bo to właśnie robią ładne dziewczyny. Mówił, że tu nikt nie będzie chciał zrobić mi nic złego. Wszyscy będą mnie kochać.
Podkurczyła nogi; przednie powoli uniosła do pyska. Zanim zakryła oczy, dostrzegł ostro zarysowany grymas. Przez jego głowę bez pytania, lotem błyskawicy przemknęły wszystkie oblicza odpowiednio starszych od niej basiorów, które oglądał w ostatnim czasie.
- Stań pod ścianą. Nie chcesz stanąć pod ścianą, Ildi? Nigdy - urwała, przełykając ślinę. - Nigdy nie zapytał, dlaczego...
- Co? - Podniósł się z wahaniem i oparł na jednym skrzydle. Wilczyca leżała skulona, a spod jej palców, ściskających własny pysk, wydobył się cichy jęk. Szkliwo zawahał się. - Przepraszam. Nie chciałem cię zranić.
- To się do cholery nie odzywaj! - jej ryk przy ostatnim słowie przeszedł w pisk. Obie łapy uderzyły w ziemię. Zatrzymały się na niej i poruszyły wraz z ruchami klatki. Wdech. Wydech. - Jak widzisz, każdy ma swoją historię, panie wszystkowiedzący - dodała ciszej. - Ty urodziłeś się, żeby zdobywać świat i spacerować dumnym krokiem romantyka, a ja, wiesz, po co? Żeby leżeć na wysypisku jak odpadek. Żeby takim padliniarzom jak ty czasem spuścić napięcie, żeby wkładali więcej siły w ciągnięcie swojego kieratu dla paru frajerów, którzy myślą, że zdobyli świat! A... A wiesz co jest najzabawniejsze? Że w rzeczywistości ty i ja robimy dokładnie to samo. Czym się różnimy? Godzinami pracy? Dobre sobie.
Z wolna przeciągnął palcem po długim piórze na swojej piersi. Trudno było przytaknąć, jeszcze trudniej się nie zgodzić. Mimo to w słowach wilczycy było tyle jadu, że skłonny był potraktować je przynajmniej częściowo jako odzwierciedlenie emocji.
Jej historia należała więc do tragicznych. Po co chciał ją poznać? Jeszcze nie był pewien, ale był ogromnie ciekaw szczegółów. Nic nie przedstawia obrazu pełniejszego niż dramat; nikt nie opowiada bardziej szczerze niż ten, kto właśnie klęczy i zbiera swoje życie z rozsypanych kawałków.
Zaspokojenie ciekawości musiał jednak zostawić na kolejne spotkania. Wilczyca co prawda uspokoiła się, a nawet mruknęła coś, żeby przytulił ją na zgodę, ale potencjał informacyjny został już do ostatka wykorzystany. Nie czekając i nie licząc na nic więcej, pożegnał się krótko i zniknął jak kamfora.

Kochany Szkliwo!
Upolowałam dziś mojego pierwszego zająca. Ale to była przygoda! Tropiłam go przez pół dnia, a on ciągle uciekał. Trzy razy go goniłam. Ale za trzecim razem, śnieg się pod nim zarwał, a pod spodem była taka pośniegowa woda (pewnie wiesz, o czym mówię). Skąpał się w niej i go dopadłam. Dziadek był ze mnie dumny. Podzieliłam się z całą naszą jaskinią.

Posłał krótkie spojrzenie ulicy za oknem. Od ostrości światła musiał przymrużyć oczy. Ściana domu naprzeciwko jaśniała niczym powłoka świeżego śniegu, chociaż o samym śniegu w siedzibie NIKL-u już od ładnych kilku dni nie mogło być mowy. Ostatecznie przepadły nawet ostatnie, ukryte w cieniu resztki zasp, które niegdyś obwarowały się w dołkach i nielicznych mrocznych zaułkach, gdzie malały powoli lecz nieuchronnie.

Wyobraź sobie, że po wszystkich perturbacjach (towarzysz Sahel nauczył nas ostatnio tego słowa. Oznacza ono „trudności”) dziadek z Deltą postanowili rywalizować, kto dłużej pożyje. Delta jest trochę młodszy, ale ma cięższą pracę, więc uważam, że ta rywalizacja jest uczciwa.
Towarzysz sekretarz uważa, że i jeden i drugi może niedługo przegrać, ale żadnemu w żadnym wypadku tego nie życzy. Powiedziałam o tym dziadkowi, a on strasznie się rozgniewał.
Prymula

Westchnął przeciągle. Wolałby, żeby unikali tematów politycznych w listach przesyłanych za pośrednictwem poczty. Nie wiadomo, przez ile łap tam przechodziły oraz komu i na co tego rodzaju wiadomości mogły się przydać. Musiał pogodzić się z tym, że niektóre wieści będą czasem przenikać na zewnątrz. Może to dodawało ich korespondencji życia i wiarygodności? A może wręcz przeciwnie. Trudno. Był jeszcze jeden list.

Kochany Szkliwo,
dziadek powiedział, że gdybyś tu był, „to może razem wzięlibyście tych wszystkich kmiotów za łby”. Był zły jak osa, więc nie pytałam, o jakich kmiotów mu chodzi. Twierdzi, że oni na pewno wysłali Cię tak daleko specjalnie, żeby popsuć mu szyki. Mówi, że właśnie dlatego towarzysz sekretarz nie pisze do ciebie listów i każe ci przekazać, że towarzysz sekretarz ostatnio wysłał przez Kaja list do tego drugiego, z WWN.
Przytuliłam go i powiedziałam, że jesteś przecież niezniszczalną ćmą i na pewno niedługo wrócisz, a wtedy będziemy wszyscy razem i będziemy śpiewać przy ognisku. Dobrze zrobiłam?
Ja też czekam, aż wrócisz. Chciałabym, żebyśmy mogli się lepiej poznać.
Prymula

Słodkie dziecko. Właściwie już prawdziwy, mały wilk. Musiała się niewyobrażalnie zmienić od czasu, gdy widział ją po raz ostatni. Była pewnie z pięćdziesiąt razy większa i nie przypominała już żółtego kreta. Był ciekawy, jak wyglądała. Nie opuszczała go jednak myśl, że gdy wreszcie wróci do domu, Prymula i wszystko wokół niej zdąży zmienić się jeszcze wiele razy.
Jeśli wróci.
To znaczy, jeśli wróci tak prędko, jak ma nadzieję.

Prymulko,
przekaż dziadkowi, żeby się nie niepokoił. Sekretarz pewnie po prostu wysyła list do tego drugiego, jako do swojego koordynatora. On na pewno przekaże mi wszystko, co potrzeba. Ja nie jestem tu aż tak ważny.
Ostatnio mam trochę mniej czasu, żeby pisać. Zacząłem drugą pracę. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.
Szkliwo

Cdn.

poniedziałek, 2 marca 2026

Od Całki CD Hiekki

Całka zasłoniła oczy przed słońcem. Kiedy była tutaj ostatnio śnieg przykrywał całą watahę, podobnie jak teraz. Może nie było już tak zimno jak pamiętała, ale dom wyglądał jak … dom.

Kiedy ostatni raz tu była, nie miała  siwych włosów na pysku i tych zmęczonych oczu spoglądających na świat z wagą tego co ją spotkało. Całka wyszła spomiędzy drzew i spojrzała przed siebie. Wenus dołączyła do niej po chwili opierając swój bok o jej.

–To tutaj? – spytała, a jej wzrok opadł na samotną jaskinię.

–Tak. – odparła Całka i po chwili już szła w jej kierunku. W jej piersi narastał stres i napięcie. To pozytywne, to piękne. Nie mogła się doczekać. Przed przyjściem tutaj spotkała Hiekkę, potem Ry. Wiele się dowiedziała. Mieli tutaj kolejną epidemię, która żachnęła się na wiele wilków, które Całka znała, chociaż pamiętała jak przez mgłę. Dowiedziała się, że jej tato zdążył zaadoptować jeszcze parę szczeniąt po drodze. Podobno te alfy też się pod jego skrzydłem znalazły. Potem jakiś jedynaczek i potem dwójka podrosłych szczeniąt. Cóż… Co mogłaby Całka powiedzieć. Jej tato …Delta zdawał się mieć dryg do tego.

– Halo? – Całka weszła do środka i rozejrzała się. Nikogo nie było na sali, a zapach jaki się unosił pachniał absurdalną świeżością. Nowa słoma, nowy mech, świeże maści. Całka nie pamiętała tego zapachu za dobrze.

– Tak? – Jakiś młody wilk wyszedł w jej kierunku z miejsca medyków. Była dobrze zbudowana, chociaż trochę cienka. Jej kremowe futro było nieco potargane jakby dopiero wstała. Jednak jej oczy patrzyły się na nią z wielką uważnością. – chore? – spytała.

–Nie. Szukamy Delty. – odparła Całka bez zawahania.

– Wyszedł na grób Frezji. – Talia machnęła swoim puchatym ogonem. – A kto szuka? Może przekażę.

–Nie. Nie trzeba. Poczekam, to ważne, ale tylko pysk w pysk. – powiedziała. Wenus przestąpiła z łapy na łapę. W niej narastała wielka niepewność.

– No dobrze. Możecie usiąść przy wejściu. – Talia machnęła swoją … trzecią łapą? Całka dopiero teraz zauważyła tę nietypowość w waderze przed nią.

 

Całka usiadła na tyłku, zaraz na wejściu. Zawiesiła wzrok na niebie w oddali.

– Gdzie chciałabyś mieszkać? – zapytała kiedy Wenus przysiadła się do niej. Ta spojrzała na swoją siostrę z zamyśleniem.

– Nie wiem. – odparła. – Co tu jest?

– Mamy las… Możemy znaleźć sobie jakąś polanę. – Całka wymieniła jedną z opcji.

– Nie lubię moknąć.

– Możemy znaleźć sobie skałki w górach, albo jakąś jaskinię.

–Zimno i mokro… i pod górkę…

– Dziura? Norę zawsze można wykopać…

–… … Możnaby?

– Albo… jakiś kąt na plaży? – Całka wymieniła to co znała.

–To… To brzmi bardzo… chyba najlepiej. – Wenus zawinęła ogon na łapach.

– Nie będzie za mokro i za zimno? – zażartowała sobie Całka. W odpowiedzi dostała tylko ciche fuknięcie.

 

Niedługo czekały tak przekomarzając się po cichutku. Obie były uśmiechnięte, jakby ich duet był doskonale dobrany. Bo był. W końcu były prawie doskonałymi kopiami samych siebie.

– Całka? – głos Delty przerwał ich obrady. Całka spojrzała na swojego ojca. Był trochę inny niż go pamiętała. Jego oczy były nadal tak jasne jak kiedyś, błyszczące się w południowym słońcu. Nadal był drobny, mniejszy od wszystkich wokoło. Miał dołki pod oczami, cienie, pewnie spowodowane latami pracy. No i… nie miał połowy jednego z uszu i …kulał na tylną łapę.

– Kto to? – obok niego stała potężna, ale ewidentnie młoda wadera. Jej plecy zdobiły skrzydła , a jej niebieskie futro było potargane przez wiatr. Samica wyraźnie napuszyła się wojowniczo na widok nieznajomej. Ale Delta machnął na nią łapą.

– Moja… córka. Córki? – Delta przetarł pysk łapą.

– Ah.. No tak. To jest… Wenus. – Całka wstała ze swojego miejsca. – Tylko trochę mnie przypomina. Młodsza jest. Znalazłam sierotę w podróży i się przylepiła. – Wenus tylko zmrużyła oczy na te słowa. Ukrywają prawdę? No dobrze… niech będzie.

– Ah… No dobrze. Wejdźcie do środka. Wszyscy, szybciutko . – stary medyk poklepał waderę obok siebie po ramieniu. Ta z niezadowoleniem przeszła obok nieznajomych z odsłoniętymi zębami.

–Ma charakterek… – Całka mlasnęła pod nosem, a Wenus jej tylko przytaknęła.

Przywitania, powitania i poznania. To wszystko było ciekawym i trochę dziwnym doświadczeniem dla Całki. Wadera pamiętała jeszcze Puchacza, Legiona i Frezję, ale ostatni raz jak ich widziała byli maluchami. I jak się okazało tylko dwójka z nich przeżyła, bo ostatnio watahę przygniotła epidemia, która już na szczęście ich opuściła.

I potem do Delty przypałętały się jeszcze dwa szczeniaki, które dopiero co dorosły. Całka musiała przyznać, że nie zaskoczyło jej to nic a nic.  Gdyby tylko jej tato mógł pewnie zaadoptowałby całą gromadkę dzieci. Może wiek mu już nie przeszkadzał. Chociaż podobno perła odmłodzenia miała trafić w jego łapy, całkiem niedługo. Dziwnie będzie mieć ojca w swoim wieku. Chociaż nie dziwniej niż być eksperymentem z tubki i mieć własnego klona.

Talia i Dalia poszły w swoje strony, Puchacz do pracy, a jaskinia medyczna była pusta. A więc Całka miała szansę w końcu opowiedzieć Delcie całą prawdę.

– Czyli jednak zgadłem dobrze. Mam dwie córki… I … Reszta…

–Nie żyją. Pi… rozsypała się. Jak mówiłam, ona… była chyba najbardziej niestabilna z nas wszystkich. Mediana… po prostu wybuchła. Sigma… oszalał, w końcu żachnął się na własne życie i … no. Zostałyśmy tylko my. – Całka mruknęła smutno.

– Oh… Rozumiem. Cieszę się że wróciłaś. I… Wenus. Mam nadzieję, że spodoba Ci się w naszej watasze.

– Dziękuję. – Wenus machnęła ogonem.

 

Następnego dnia Całka wybrała się znowu w kierunku jaskini medycznej. I po drodze… spotkala starego przyjaciela. Pamiętała jeszcze Hiekkę. Tego nieszczęsnego, chudego wilka,  na którego tyle krzyczała i który ją tak irytował. Wiek złagodził jej trochę charakter, wychłostał jej język, wzmocnił kręgosłup.

I po dobrym spacerze, po trochę sarkastycznej wymianie zdań zjawiła się pod bramą jego domu.

–Hiekka! Jesteś w środku. Przyszłam po ten kocyk. – przewróciła oczami. Cóż to była za cudowna wymówka żeby się z nim spotkać i nadrobić odrobinę życia. W końcu Delta widział tylko to co medyk wiedział o życiu w watasze. Hiekka mógł wiedzieć coś więcej.

– Jestem, jestem. Nie spodziewałem się ciebie tutaj tak szybko. – odparł basior. Jego futro było nieco zmierzwione a źrenice rozszerzone.

– Pijesz tak wcześnie? – Całka mruknęła jakby trochę do siebie.

– Tak, tak. Chcesz trochę? – wilk zaprosił ją do środka.

– Czemu nie. – kiedy  była młoda to za taką propozycję odgryzłaby mu palce u łap. Wszystkich czterech. Teraz nie pogardziłaby odrobiną alkoholu. Tak na ocieplenie! Oczywiście.  – Polej mi sporo. Muszę się zrelaksować po tak długiej podróży.

– Zrelaksować, huh? Na relaksację mam jeszcze parę lepszych sposobów. – Hiekka rzucił jej rozbawione spojrzenie.

– Tak tak… Wystarczy mi alkohol. – zmierzyła go niezbyt radosnym wzrokiem. Alkohol – okej, ale narkotyki? A może proponował seks? W każdym razie, nie była to propozycja, która Całka chciałaby przyjąć. – Gdzie mogę sobie usiąść?

– Gdziekolwiek! – mruknął basior i po chwili wrócił do niej z kubeczkiem dobrego trunku. Znaczy.. dobrego byłoby kwestionowanym określeniem jakości alkoholu w watasze siedzącej w centrum gęstego lasu.

– Powiem ci. Stęskniłam się za tym. Za piciem kwestionowanego alkoholu ze starymi znajomymi o poranku!

– Już żaden poranek. Późne popołudnie mamy! Zresztą kiedy ty piłaś alkohol ze starymi znajomymi o  poranku, co? – Hiekka rzucił jej pełne zainteresowania spojrzenie.

– No wiesz. Jestem stara… miałam znajomych w podróży i piliśmy gówniane wino. – odparła. Czasem w tej parszywej watasze, w której spędziła marne lata swojego życia zdarzały się dobre momenty – Chociaż nie żałuję że stąd odeszłam.

– Nic a nic?

– No ja nie. Mediana jeszcze za życia ciągle narzekała, że tęskni. W każdym razie. Jak u ciebie?

<Hiekka? Jak tam u ciebie?>


Od Puchacza do Katarakty - „Powrót z Wygnania”

- Ponadto, mając na uwadze stan zdrowia oskarżonej oraz konieczność zapewnienia jej właściwego wsparcia w okresie wykonywania orzeczonych środków probacyjnych, Sąd postanawia przydzielić jej opiekuna rehabilitacyjnego. Puchacza, pomocnika. - Puchacz nastroszył uszy nieco przerażony.- Do obowiązków opiekuna należeć będzie monitorowanie przebiegu procesu readaptacji, udzielanie wsparcia oraz składanie okresowych sprawozdań do właściwego organu nadzorującego.

-Ale bracie, nawet nie spytałeś mnie o..- Chciał mu wejść w słowo, ale Agrest uciszył go łapą. Oczywiście, że Agrest uciszy go łapą.

- Spokój, przyjmij swoją misję z pokorą i grzecznością. Słowa Legiona są w tej sytuacji ostateczne. - Stary podparł autorytet swojego zastępcy, jak echo powtarza słowa rzucone na wiatr. Puchacz mógł tylko zmierzyć go podirytowanym wzrokiem. Oczywiście, że słowa jego brata będą ostateczne,  bo przecież zdanie Puchacza się nie liczy.

- Dziękuję ci Soheo za sprawne i skuteczne przywrócenie bezpieczeństwa w naszej watasze. Twoja pomoc jest nieoceniona.

Tymi słowami śledczej pozwolono opuścić teren jaskini.

- Mam spisać protokół Sekretarzowi? - Legion wrócił do ojca.- Żeby był powiadomiony o naszych decyzjach?

- Wstrzymywałbym się z tym. Wolę, jak nasze decyzje pozostają istotne, moja latorośli. Jeśli Sekretarz będzie chciał poznać szczegóły, sam o nie wystąpi. – i na tym wszystko w ogóle się skończyło. Puchacz został przydzielony do mordercy aby ją wyrehabilitować. Jego zdaniem pomocnik nie nadawał się do tego kompletnie. Stanowisko pomocnika w końcu polegało na pomocy, wszystkim, tu i tam. A jakby tego było mało to mu jeszcze dołożyli obowiązków. I to takich, które są daleko poza sferą jego umiejętności (i chęci).

– To… co teraz? – Katarakta spytała cichutko. Jej wyrok wisiał nad jej głową jak gilotyna.

– Teraz cię zabiorą. Dwa lata pozbawienia wolności to dwa lata pozbawienia wolności. – odparł Puchacz. – A że masz dodatkowo pracę, to ja już coś… zorganizuję do tego.

I tak ją zabrali. Najpewniejszym miejscem aby ją trzymać była sama jaskinia wojskowa, gdzie zawsze jakiś wilk miał ją na oku. Czy to strażnik czy to szeregowiec. Każdy kto był częścią tej jaskini aktualnie ponosił pewną dozę obowiązku obserwacji tejże wadery, więc na razie nie była jego problemem.

A problemem była, bo Puchacz kompletnie nie wiedział co z nią robić. Jak miał ją w ogóle pilnować i co? Rehabilitować? Musiał mieć jakiś plan, ale jego głowa była pusta. Kompletnie.

–Coś nie tak? – Sohea usiadła przy jego boku tego samego wieczoru. Siedzieli przed jaskinia medyczną pośród ciszy nocy. Zima odsłoniła niebo i pozwoliła im oglądać gwiazdy bez zakłóceń od chmur i wiatru.

– Tak. Same problemy. – odetchnął. Oczy miał wbite w nieboskłon. – Z Kataraktą w sensie… – dodał po sekundzie milczenia.

–Ah. Z nią. – Śledcza sama zmarszczyła nos. Nie wiedziała co doradzić swojemu przybranemu bratu.

–Nie wiem co z nią zrobić. – przyznał basior po chwili milczenia, która jakoś tak dłużyła mu się w sercu.

–Karm ją i… nie wiem. Zrób jej plan pracy. Goniec nie ma za wiele do roboty, nie w tych czasach. Głównie noszenie tego co Agrest chce do Sekretarza i z powrotem. – Sohea podrapała się po głowie. Plan pracy? Może tak trzeba zrobić.

–I co? Mam iść z nią? Obserwować ją z odległości?

–Nie wiem. Chyba z nią, tak najbezpieczniej dopóki jej się wyrok nie skończy nie? – Sohea mruknęła. – Albo dopóki nie da się jej zaufać

–Ufać… Może. Ale to trochę zabija mi chęci do pracy. Nie jestem wykwalifikowany do radzenia sobie z problemami psychicznymi innych wilków. – Mruknął Puchacz. Jego mina zrzedła nieco. Psycholodzy są wykształceni do tego…. Tylko że my już nie mamy psychologa.

–Nie myśl o tym. – Sohea jakby czytała w jego myślach. – Dasz sobie radę. To tylko karmienie i okazjonalna wycieczka do WWN czy WSJ. A tak to pilnują ją wojskowi.

–Tak. Dam sobie radę.

 

Poranek w poranek wszystko wyglądało potem tak samo. Puchacz zjawiał się w jaskini medycznej o późnym poranku z jedzeniem. Mniejszej dawce niż należała się normalnemu członkowi tej wilczej społeczności, ale jednak jakieś ochłapy jej przynosił. Najczęściej części ze zwierząt, których nikt nie chciał.

– Dzień dobry – witał się ze strażnikiem lub stróżem i wchodził do środka z działką jedzenia. Tego dnia była to Całka. Wadera mruknęła do niego ciche przywitanie i wróciła do swojego zajęcia – uporczywego wpatrywania się w jaśniejące niebo.

– Dzień dobry. – Puchacz powtórzył nad skuloną w małym dole waderą. Jej białe futro nie było już takie ładne, przykryte chmurką kurzu i ziemi. Jej oczy były podkrążone, a pysk wyraźnie niewyspany lub zwyczajnie niezadowolony. Kto wie. Może po prostu miała taki wyraz twarzy zawsze. – Jedzenie. – Puchacz tak czy siak witał się z nią jak z wilkiem. Niektórzy, odkąd otrzymała swój wyrok, mieli w tendencji traktować ją jako coś niższego, gorszego od nich. I może tak było. W końcu właśnie stał przed mordercą.

Ale czy to było zupełnie inne niż jakby stał przed Oxide? Za wiele myśli, za mało odpowiedzi, a w ogóle w jego głowie powinno być więcej skupienia się na pracy.

–Dzisiaj pierwszy dzień pracy. Jedz. Wrócę w południe z listami od Agresta i torbą. Dzisiaj ja idę z Tobą. Zapoznasz się z drogą, z załogą Sekretarza i może nim samym. – ogłosił i porzucił ją za sobą. Nie było czasu na zbędne gadanie i pogawędki.

I chwilę potem Puchacz zmierzał szybkim truchtem do jaskini alf. Tam zebrał co trzeba było zebrać i zniknął ponownie w śnieg. Świat milczał jeszcze, chociaż wiosna już pachniała na wietrze. Wraz z epidemią odchodziła powoli w niepamięć. Grób jego siostry pewnie był nadal zasypany śniegiem. Tam gdzie Mino ją położył. Nie było jednak za wiele czasu na smutek i żal.

Bo już był pod jaskinią wojskową z torbą w pysku. Wszedł do środka i rzucił ją przed tym marnym wilkiem, którym się opiekował.

–Ruszamy!

<Katarakto?>


niedziela, 1 marca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Znakiem krwi”, cz. 10

Bez walki, bez ucieczki.
Stabilnie, powtarzalnie.
Potrzeby zaspokajane na zawołanie.
W zimie ciepło, jedzenie smaczne
i codziennie podstawione pod nos...
Ze współpracownikami da się żyć.
Samice nie pytają o urodę.


Zimno. Zimno.
Jest okropnie nieprzyjemne. Skóra zdaje się tracić połączenie z ciałem i przywiera do niego jak obca powłoka. Wszystko pod nią sztywnieje... i zaczynają kłuć skronie.
Pierwszym, co przebiło się przez chłód, był ostry ból głowy.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że obudziło go nietaktowne kopnięcie w bok. 
Otworzył oczy i skrzyżował spojrzenia z Birastem. Zasępiony basior stał na ścieżce, a w jego ślepiach kołatały się zawód, napięcie oraz lichy ślad współczucia. Z tej żabiej perspektywy wyglądał wyjątkowo ponuro. Przez chwilę obaj milczeli.
Szkliwo poruszył się lekko. Prawie nie czuł zimna, ale widział jego znaki na swoim ciele. Palce poruszały się wolniej i zginały tylko do pewnego poziomu. Szron osiadł na piórach. Jesionka zesztywniała i pokryła się cienką warstwą sypkiego śniegu, która przy najmniejszej zmianie pozycji pękała i stopniowo spadała na ziemię wokół.
Wreszcie w górze rozległo się długie i bardzo znaczące westchnienie.
- Przepraszam - odezwał się ptak półgłosem.
- Wiesz, co teraz powinno nastąpić? - zapytał inspektor ze stonowanym ubolewaniem.
- Wiem.
- Jak to się w ogóle stało? Przecież ty tego wina prawie nie piłeś. Wczoraj, zdaje się, wyszedłeś z remizy przed chłopcami. Gdzie potem byłeś?
Zawahał się. Nie powinien o tym mówić. Z drugiej strony, właśnie stanął w obliczu zagrożenia wydaleniem z Najwyższej Izby. Niektóre szkoły radzą walczyć do końca.
- Jeśli wolno mi jeszcze mieć słowo na swoją obronę, to moje spożycie alkoholu nie było podyktowane przymusem wewnętrznym. Jestem gotów nigdy więcej nie spojrzeć na wino.
- Nieszczęsny, przecież nie o to chodzi. Wino to nasz główny napój. Nie możemy na niego tak po prostu nie patrzeć! - Basior w emocjach uniósł łapę, lecz jeszcze szybciej opuścił ją i tylko skinął na budynek urzędu. - Chodźmy. Nikt nie może cię tu zobaczyć w takim stanie. Na litość Matki Natury...
Gdy stanął na nogach, tępy ból pod czaszką nasilił się, ale przynajmniej świat przestał już wirować. Zamrugał, aby przywrócić ostrość widzenia i właśnie wtedy dostrzegł, że z głębi wsi do urzędu zmierza jeszcze jeden osobnik. Omal nie uśmiechnął się na jego widok. Po fali ostatnich porażek pojawienie się Irosyła było jak wyciągnięcie zagubionego w stosie kart asa.
- Dzień dobry, Birast! Szkliwo, chodź ze mną. Musimy porozmawiać - rzucił wilk niemal w biegu i ruszył dalej, znikając w budynku.
- No to koniec. Teraz już cię z tego nie wyratuję. - Inspektor załamał łapy. Zrezygnowany ruszył swoją drogą, do gabinetu, pozostawiając asystenta na pastwę owego wysoko postawionego basiora.
Kiedy znaleźli się w bezpiecznym, pustym pokoju, Irosył wyjrzał za okno, niby swobodnie, bez pośpiechu, a jednak wyraźnie intencjonalnie.
- Ach, nawet nie wiesz, jak często muszę teraz odrywać urzędników od ich pracy, żeby prosić o jakieś bzdury albo dawać do podpisania dokumenty, które zaraz po tym lądują w ognisku. Muszę jakoś uzasadnić, że i ciebie tak często wzywam.
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że ta siatka szpiegowska liczy tylko nas dwóch - zauważył skrzydlaty, sprawdzając, czy może bez przeszkód poruszać szyją. Pozycja, w której się obudził, nie była zbyt wygodna.
- Nie, nie. Są inne wilki - odparł basior lakonicznie. - Ale my dziś nie o tym.
- Już o wszystkim wiesz? Trochę spartaczyłem robotę. Przepraszam.
- Nieważne, to bez znaczenia. - Machnął obiema łapami. - Liczy się co innego. Jesteś w tej ochronie! Teraz trzeba się tam bardzo uważnie rozejrzeć.
- Zdaje się, że Birast powinien mnie wyrzucić.
- Nie tak łatwo jest wywalić ochroniarza, nawet jeśli inspektor nie ma pojęcia, że nim jesteś. Dzieją się wtedy różne cuda i szczęśliwe zbiegi okoliczności. Powiem mu, żeby się nie wygłupiał. Twoja noc przy drodze była jednorazowym i absolutnie uzasadnionym wypadkiem.
- Czym go uzasadnimy? - dopytał trzeźwo przedmiot zamieszania.
- O to już się nie martw. Ważne, żeby był spokojny, że nie zrobisz tego ponownie.
- Za nic w świecie, o ile tylko tamten świr nie zażyczy sobie powtórki.
- Nakideron? Rozmowy wstępne rzeczywiście są dość... wymagające psychicznie, a on gra swoją rolę z prawdziwą pasją. Najgorsze już za tobą. Od tej pory nie powinieneś się go obawiać.
- Doprawdy? Dopóki nie wiedziałem, że istnieje, rzeczywiście niczego się nie obawiałem. A teraz pozostaje mi świadomość, że ulubionym zajęciem mojego nowego szefa jest...
Wiesz, kim jestem?
Zesztywniał. Poczuł, jak ciężka łapa palec po palcu osiada na jego ramieniu. Oddech stanął mu w gardle, a nacisk nie ustępował.
- Bywa trudny w obejściu, ale...
- Przepraszam, czy możesz chwilę zaczekać? - Napiął skrzydła w odruchu obronnym i podniósł się z miejsca.
- Szkliwo, co się dzieje? - głos basiora był spokojny; oczy niezwykle uważne.
- Nic, muszę tylko odetchnąć. Jakoś duszno mi się zrobiło... - Szerokim półokręgiem wyszedł z gabinetu.
Tuż za wyjściem z pokoju, grzbietem oparł się o ścianę, by mieć absolutną pewność, że obejmuje wzrokiem przestrzeń wokół. Zupełna pustka, jakby tego ranka w urzędzie nie było żywej duszy. Po korytarzu niosło się echo każdego jego oddechu.
Twój czas się kończy, przyjacielu. Dobrze bawiłeś się na tym świecie?
„Odejdź. Zabawa dopiero się zaczyna”. Zerknął w bok. To tylko wiatr poruszył gałęziami za oknem.
Wiesz, kim jestem?
„Nikim istotnym. Już od dawna”.
Myślę, że jednak kimś bardzo istotnym. Twoim przekleństwem.
„Pewnie tego nie zrozumiesz, ale dla porządku wyjaśnię. Temu, co przez całe życie próbowałeś niszczyć, ja właśnie mam szansę pomóc. Nie przeszkadzaj, gdy chcę ją wykorzystać”.
Czy wszystko poświęcisz, żeby dotrzeć do tych informacji, nie wiedząc nawet, gdzie cię doprowadzą? A kim ty sam się staniesz?
Ptak rozejrzał się jeszcze raz, uważnie, jakby spodziewał się dostrzec gdzieś obok siebie choć ledwo widoczny cień. Głos był wyraźny, dobiegał z bardzo bliska. I wreszcie zaczął... rozmawiać, zamiast jedynie mówić.
„Cóż, to będzie tylko upadek z własnej wysokości. Nie jest wielka, kości sobie nie połamię”.
A więc powoli godzisz się z końcem. Myślisz, że cię za to upamiętnią choć dobrym słowem? Czy ktoś, kto właśnie stał się moralnym nędznikiem zredukowanym do instynktu, zasługuje na szacunek?
„Nie chcę szacunku. Najważniejszy jest wynik pracy”.
Zgodziłeś się oddać całego siebie, nie biorąc nic w zamian. To wynaturzenie. Prowadzi tylko do opadnięcia z sił. Dokonałeś tego wyboru ubiegłej nocy, tylko dlatego, że alkohol szumiał ci w głowie.
„Zbyteczna troska. Muszę wracać do pracy”.
Dobrze, ptaszku. Zdążę jeszcze wrócić, zanim spotkamy się w piekle.
Długa szyja zadrżała pod zimnym dreszczem. Fałszywe poczucie czyjejś obecności zniknęło. Podłoga nie niosła żadnych tajemniczych kroków, sufit nie wyglądał, jakby miał zaraz zawalić, a wszystko, co za oknem, od ziemi aż po niebo, tonęło w spokojnej bieli. Szkliwo nieco opieszale oderwał grzbiet od ściany. Okruchy starego tynku zaszeleściły na płaszczu.
- No dobrze. - Wszedł z powrotem do pokoju, wyprostowany, z pogodą w oczach, jakby nigdy nic. - Żebym jeszcze wiedział, co mam robić. Zdaje się, że wczoraj wyszedłem przed końcem spotkania.
- Jak się pewnie domyślasz, Nakideron nie będzie mieć dużego kłopotu z zaproszeniem cię na kolejne. Niedługo wyjaśni ci szczegóły.
- Dobrze znasz realia pracy w ochronie?
- Niestety, prawie wcale. Znam tylko jej dowódcę.
- A pamiętasz o mojej prośbie dotyczącej archiwum?
- Ach, racja. Jeśli uważasz, że to takie ważne, postaram się dostać te klucze. A na razie skup się na najistotniejszej rzeczy. Mam nadzieję, że dowódca będzie z ciebie zadowolony. Tylko tak możemy pójść do przodu z naszym śledztwem.
- Masz rację. Śledztwo to priorytet. Irosył... Czy ty też tak tęskniłeś za domem? - wypalił, zanim zdążył sto razy przemyśleć to pytanie. Zdawało się, że basior nie dosłyszał w nim drugiego dna. Uśmiechnął się poczciwie.
- Kolego, ja tam zostawiłem miłość życia. Wiesz, jak to bolało?
- I co z nią?
- Nie mam pojęcia. Nie widziałem jej od tamtej pory. Nie słyszałem. Znikła. Był wtedy problem z listami. Wymieniliśmy ich ledwie kilka. Nie mieliśmy skrzydlatego posłańca.
Szkliwo miał wrażenie, że na tego typu pytania wszyscy w tym miejscu odpowiadają identycznie. Sam nie wiedział, po co je jeszcze zadaje.
- A po prostu za domem, za lasem nie tęskniłeś? Nie tęsknisz czasem nadal?
- Co to za bóle fantomowe cię dotykają? - Pysk Irosyła pojaśniał. - Tamto wszystko zostało w przeszłości. Żyj tym, co tu i teraz. To dobry dzień, towarzyszu! Wracaj teraz do siebie i niczym się nie przejmuj. Wszystko idzie po naszej myśli!
„Żyj tym, co tu i teraz. A co jest tu i teraz? Tylko siedzenie w za ciasnej klatce i nadzieja, że kiedyś będzie można z niej wyjść i w końcu się wyprostować. Mówi tak, jakby już dawno zapomniał o świecie poza tym zgniłym miejscem”.
Pogrążony we własnych myślach, wycofał się powoli, by już nie patrzeć basiorowi w oczy. Napuszył pióra na szyi i otrzepał się z kurzu.
„A może to ja zatrzymałem się na etapie, który powinien naturalnie minąć z czasem. Naprawdę zapomnieć o domu. Dać się wypatroszyć ze wszystkich swoich przekonań. W końcu gdzie indziej byłoby obiektywnie lepiej? Bez walki, bez ucieczki. Stabilnie, powtarzalnie. Potrzeby zaspokajane na zawołanie. W zimie ciepło, jedzenie smaczne i codziennie podstawione pod nos... Ze współpracownikami da się żyć. Samice nie pytają o urodę”.
Pożegnali się bez słowa, oszczędnymi uśmiechami. Przez chwilę Szkliwo wodził wzrokiem po przesuwających się obok niego ścianach. Jeden zakręt, drugi. Gdzieś w kąciku stara, korkowa tablica.
„Ale w domu czekają na wieści”.
Ponieważ jednak dobrych wieści wciąż nie miał, wrócił do siebie, a ściślej rzecz biorąc, do pokoju asystentów Birasta. Rasz i Hapenir nie mieli akurat niczego do roboty i popijali swoje porcje mleka.
- Czekamy na coś? - zapytał, biorąc kubek, w którym napitku było dziwnie mniej niż zazwyczaj. - Kto wychłeptał mi śniadanie?
- Oj, łyczek tylko. - Rasz naburmuszył się. - Nie zwracałbyś już uwagi. A my na nic nie czekamy, tylko siedzimy oburzeni.
- Co się stało?
- Pamiętasz tego gnoma, który zarzucał nam zgubienie regulaminów? Okazało się, że wcale nie poszedł do Żamichy, żeby upewnić się, czy je nam przekazała. I co się jeszcze okazało? Oczywiście, że zaplątały się gdzieś między innymi i niczego nie dostaliśmy.
- Więc sprawa załatwiona?
- Tak, ale jakim kosztem! Jak już stoisz, byłbyś tak miły i wybrał się do cholernych asystentów z cholernego zachodu, żeby oddać im te ich cholerne podpisane papiery?
- Jasne. - Bez namysłu chwycił podsunięty mu folder. - Co to w ogóle jest?
- Takie tam nowe rozporządzenia.
- Drzwi na korytarz powinny być zawsze otwarte. Przydziały mleka mają zależeć od opinii współpracowników... - Przewrócił stronę. - Co to za pomysły?
- Regularnie wprowadzają jakieś zmiany w regulaminie - odparł Hapenir, grzebiąc we własnych dokumentach. - Nawet nie chce mi się tego czytać.
- Inaczej zaśpiewasz, jak nie zdążę obrobić się z raportami. - Rasz skrzyżował łapy na piersi. - Widziałeś ostatni punkt? Za niedopełnione obowiązki odpowiada cały zespół.
- Więc zdąż. No, nie ma gadania, do pracy, chłopaki!
Szkliwo, nie ociągając się dłużej, udał się we wskazane miejsce. W gabinecie Inspektora Ziem Zachodnich panował gwar. Po pokoju krążyło czterech asystentów, wyraźnie zajętych ożywioną dyskusją. Od razu wychwycił wśród nich niziutkiego, szarego wilka o okrągłym czole.
- Dzień dobry. - Gdy obecni posłali mu obojętne spojrzenia, położył teczkę przed sobą. - Regulaminy, których ostatnio szukaliście. Mam coś pokwitować?
Denuvelin zmierzył go krytycznym spojrzeniem, wysoko unosząc głowę, by nadrobić wzrost. Przekartkował dokumenty.
- Dzięki - mruknął. - Niczego nie brakuje. Jak Birast się na tym podpisał, to nie musisz niczego kwitować.
Jego chłodny wzrok odprowadził ptaka aż do zakrętu.
- Kto to był? - rzucił jeden z wilków z tyłu.
- Taki jeden z betoniarni. - Den tylko machnął łapą i schował się z powrotem do swojej jamy. Stary Nikrosz mógł wrócić w każdej chwili, a żadnemu z jego podwładnych nie były potrzebne kłopoty.

Kochany Szkliwo!
Cieszę się, że Ty i ja jesteśmy przyjaciółmi. Sasanka chyba znalazła sobie innych przyjaciół, bo całe dnie spędza poza domem, ale nie chce mi powiedzieć, gdzie. Ja też zaprzyjaźniłam się z taką jedną Ziutką z WWN. Pomagała mi nauczyć się piosenki, którą śpiewaliśmy z wujkiem Sahelem na zajęciach. Leci tak:
Niech nam płynie dobry czas
Niechaj rośnie każdy z nas
Niech nam jasny płynie dzień
Razem łatwiej cieszyć się!
Tatuś Ziutki jest przyjacielem towarzysza sekretarza! Sasanka powiedziała, że też chciałaby się z nią zaprzyjaźnić, ale tylko, jeśli to Ziutka przyjdzie do WSC, a nie odwrotnie. Powiedziała, że to dlatego, że dziadek nie lubi, gdy spędzamy dużo czasu w WWN, ale myślę, że tak naprawdę chodzi o co innego. Dużo ją teraz obserwuję i myślę, że ona też nie lubi wilków z WWN.
Ja wreszcie byłam dziś u nich na obiedzie. Nie wiedziałam, że towarzysz sekretarz ma aż tylu przyjaciół! To było najpiękniejsze przyjęcie, na jakim byłam! Wszyscy śpiewali piosenki. Kawałek jednej nawet zapamiętałam. Jak wrócisz, to Ci ją zaśpiewam. I pójdziemy razem na obiad do przyjaciół z WWN. Chcesz? Towarzysz sekretarz zapraszał mnie z całą rodziną, ale dziadek na pewno nie zgodzi się, żebym go kiedyś zabrała. Poza tym ostatnio bardzo bolą go nogi. Odkąd wyzdrowiał, ciągle tylko siedzi w domu. Obiecaj, że wybierzesz się ze mną do WWN!
Pozdrawiam, Prymula

Ach, Prymula. Niewinna jak kwiat rumianku i czysta jak kropla deszczu w drodze na ziemię. Chętniej czytał nowości od niej, niż pisał własne, ale nawet najmocniej nakręcony bączek potrzebuje czasem ręki, która na nowo wprowadzi go w ruch. Schował list pod siennikiem, w miejscu przeznaczonym na korespondencję. Przez chwilę siano szeleściło mu w palcach. Znalazł ostatnią czystą kartkę. Należało uzupełnić zapas.

Kochane Słoneczko,
nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć, jak śpiewasz. Gdy wrócę, rozpalimy ognisko i będziemy śpiewać. Niegdyś tak spędzaliśmy wieczory z Twoją mamą, Agrestem i jego rodziną. To był wspaniały czas, ale teraz nadejdzie jeszcze wspanialszy, bo w czasie pokoju. Mam nadzieję, że choroba, która rozprzestrzeniła się po naszej ziemi, też niedługo odejdzie w niepamięć i nie zabierze ze sobą ofiar.
Oczywiście, że wybierzemy się do WWN. Rzeczywiście śpiewają tam ładne piosenki. A co sądzisz o tym, co mówią? To dopiero ciekawa sprawa. Jeśli posłuchasz uważnie, zrozumiesz, dlaczego dziadek Agrest żywi do nich taką niechęć. Wzrastał w czymś innym i patrzy na świat z zupełnie innej strony. Nigdy się nie dogadają. Nie przejmuj się tym. Przyglądaj im się i słuchaj. Dzięki temu ty masz szansę zobaczyć świat z obu stron.
Szkliwo

Wyćwiczonym gestem złożył stronę idealnie na pół i schował ją za pazuchę.
W domu było cicho. Pozostali dwaj współmieszkańcy tym razem widocznie wybrali się gdzieś sami. Dziwne, że Hapenir nie ćwiczył swoich utworów dla Epei, jak czynił ostatnio każdego dnia. Jednocześnie odkąd otrzymał pamiętny list i zaczął przebąkiwać coś o opuszczeniu Najwyższej Izby, częściej spędzał czas ze swoim przyjacielem, trochę jakby na nowo zdał sobie sprawę z jego obecności i chciał wykorzystać ją na zapas. Rasz najwyraźniej czuł tę zmianę, ale nie sprawiał wrażenia wniebowziętego. W urzędzie był głośny i wesoły jak zwykle, a przed kolacją dąsał się jak wcześniej. Po kolacji jednak najczęściej kierował się od razu do śmierdzącego zielskiem zakątka Siemisza, nie oglądając się już na przyjaciół. W chatce asystentów pojawiło się subtelne napięcie.
Zanim Szkliwo wyszedł z domu, przystanął na schodach. Przez bujny gąszcz chmur przebijał się bezkresny błękit. Zimą wyjątkowo rzadki i wyjątkowo wciągający widok. Obraz namalowany ręką absolutu, miejsce nieskończone i niedostępne. Symbol wolności. Nie do porównania z niczym innym, co mogą oglądać oczy śmiertelnika.
Dziwnie było mu przyznać to przed samym sobą, ale... ostatnio czuł się lepiej. Choć nadal sen miał płytki, nie mógł sobie przypomnieć ostatniego koszmaru. Za wyjątkiem postaci, które zaczęły odwiedzać go na jawie i zdawały się ostatnio wyjątkowo stonowane.
- Listy pod drzwi! - wykrzyknął stłumiony, chrypliwy głos z wewnątrz budynku poczty, gdy tylko usłyszał, że ktoś nadchodzi.
- Tak, tak, wiem. Dziękuję. - Był tam tyle razy i za każdym słyszał to samo. Ani przez chwilę nie ciekawiło go, co dzieje się w środku. Było oczywiste, że ktoś czyta korespondencję. Ba. Podobno jego samego miało to czekać już niedługo, zakładając oczywiście, że Birast, w przeciwieństwie do Rasza i Hapenira, pisał lub przynajmniej otrzymywał listy.
Wracał szybkim krokiem, nie dlatego nawet, że śpieszył się do remizy, bo jasność nieba z każdym dniem była coraz łaskawsza, licząc czas wolnego popołudnia. Po prostu mroźny wiatr robił swoje. Najwyraźniej wszyscy mieszkańcy siedziby Najwyższej Izby byli tego samego zdania, wioska wyglądała bowiem na opuszczoną.
Był mniej więcej w połowie drogi powrotnej do domu, gdy zza jednej z chat wyszedł wilk. Szkliwo nie chciał gapić się bez powodu; podniósł wzrok dopiero, gdy przybysz zrównał z nim kroku. Zmierzył go spojrzeniem i westchnął w duchu.
- Idziemy - oznajmił krótko Denkin, jeden z pomocników dowódcy ochrony, pyskiem wskazując na ścieżkę. Skrzydlaty tylko skinął głową. Zasadniczo i tak zmierzał w tym kierunku, jedynie cel uległ niewielkiej zmianie.
Przemierzanie drogi ramię w ramię z basiorem było o wiele wygodniejsze niż bycie targanym siłą. Potraktował to jako swego rodzaju awans, z cichą nadzieją, że dalej sprawy potoczą się podobnie. Weszli do tego co ostatnio budynku i wdrapali się po stromych schodach, z których poprzedniego razu udało mu się nie spaść chyba tylko cudem. Podwładny Nakiderona wpuścił go do pokoju, a sam został pod drzwiami.
Znów tam był. Poszarzałe prześcieradła kiwały się lekko na osłoniętych nimi meblach.
- Dobry wieczór - powiedział sucho do żółtawego basiora stojącego pod oknem. Ten odwrócił się ku niemu i przywdział na pysk szeroki uśmiech.
- Kłaniam się waszmości! Wspaniale widzieć cię w dobrym zdrowiu. Miałbym ogromne wyrzuty sumienia, gdybyś źle się teraz czuł. Ale muszę oddać ci szacunek. Zniosłeś mój spirytusowy żart z godnością.
- Wątpliwe, czy można to było nazwać godnością - mruknął. - Czy możemy dokończyć rozmowę?
- A nie chcesz najpierw się czegoś napić?
- Bardzo zabawne.
- No dobrze już, dobrze. Na czym skończyliśmy? Aaach, już wiem! Nadzorca. Ten, który trudni się poznawaniem tajemnic. Twoje zadanie będzie proste. Masz dowiedzieć się jak najwięcej o codziennym życiu swoich współpracowników, a preferencyjnie także o życiu innych mieszkańców naszej siedziby. Musisz dobrze dogadywać się z domownikami, skutecznie podlizywać się swojemu inspektorowi i zostać duszą towarzystwa przy kolacji. Będziesz regularnie sprawdzać korespondencję. Wygląda to tak: idziesz na pocztę, mówisz, że atrament ci spleśniał. Wtedy sortownik wpuszcza cię bez gadania i daje wszystko, o co poprosisz. Gdy dowiesz się czegoś nowego, dreptasz do mojego biura. Na dole, przy schodach, jest komoda. Otwierasz ją, wyjmujesz karteczkę, piszesz. Wkładasz karteczkę i zamykasz komodę. Bajecznie proste. Im więcej informacji przekażesz, tym większa będzie twoja szansa na awans.
„Właściwie zbieranie informacji to coś, co robię tu od początku. Tyle, że do tej pory zatrzymywałem je dla siebie, na wypadek, gdyby mogły przydać się sprawie watahy. Teraz... mam zbierać informacje dla samego NIKL-u? Czy jedno z drugim się nie kłóci? Nie zamierzałem przykładać palca do wzmacniania Najwyższej Izby. Jej siła to nasza słabość. Ale przecież na to stanowisko zaproponował im mnie Irosył, nasz wilk, musiał mieć zatem jakiś cel. Może ma nadzieję, że korzyści przewyższą straty. Zawsze mogę nie pełnić swojej funkcji nadzorcy tak rzetelnie, jak robiłby to ktoś inny. Dzięki temu będę blokować całkiem szkodliwą posadę... Awans? Ciekawe, jaki awans ma na myśli Nakideron”.
- Dokąd prowadzi taki awans?
- Możesz wierzyć lub nie, ale hojnie nagradzam wierność. Na dobry początek, prowadzi na stanowisko jednego z moich pomocników. Tacy mogą rzucić swoją mozolną pracę w urzędzie i to intelektualnie koślawe towarzystwo opasłych szczurów. Informacji też nie muszą już zbierać. Przez większość czasu mają wolne, a okazyjnie, głównie w nocy, robię wezwanie i świetnie się bawimy w terenie lub w biurze.
- W porządku. - Szkliwo przestąpił z nogi na nogę, gdy utrzymywana od dłuższej chwili pozycja nagle zaczęła go męczyć. - Ostatnio powiedziałeś, że dowiem się też, kto był poprzednim nadzorcą.
- Dotychczas tę rolę pełnił u was Hapenir - odparł dowódca bez wahania. - Ale był z nim jeden kłopot.
- Hape... - nie dokończył. Wspólny spacer po łące, ich niezapowiedziane spotkanie na mostku. Szczera troska w ślepiach wilka, gdy chciał samotnie odpocząć przed kolacją... i łapa, która chwyciła wtedy za list. Powoli wypuścił powietrze i kiwnął głową.
- Mianowicie nie był w neutralnych relacjach z Raszem. Przyjaźnili się bardzo blisko jeszcze w swojej starej watasze i zachodziło podejrzenie, że nie jest w stosunku do niego obiektywny. Cóż, odkąd nie mieliśmy trzeciego, był przynajmniej lepszy niż sam Rasz: bezczelny pyszałek, którego wszystko interesuje, a co wie, to wypaple. Jest za głupi na nadzorcę, ale jako przekaźnik nieźle dopełniał swojego przyjaciela, nie narażając go jednocześnie na zdemaskowanie.
- Rozumiem - odrzekł matowo. Bez dopytywania i wyrażania wątpliwości czekał, aż mówca dokończy myśl, która z każdej strony wyglądała na urwaną w połowie.
- Zejdźmy na dół. Coś ci pokażę. - Gdy basior ominął go i stanął w wyjściu, Szkliwo odruchowo odwrócił się przez ramię. Miał dziwne wrażenie, że za jego plecami coś się poruszyło. To płachta na starym fotelu.
Okazało się, że pod schodami, oprócz komody z białymi firankami, która rzeczywiście majaczyła w kącie, jest jeszcze wejście do jakiegoś zamkniętego pomieszczenia. Poprzednio ominął je, nawet nie rozglądając się za ewentualnymi innymi zakamarkami. Jego przewodnik popchnął drzwi, które otworzyły się z szelestem.
W głębi pokoju dostrzegł duży, podłużny kształt, który nabrał barw i szczegółów dopiero, gdy za ich plecami pojawił się jeden z pomocników, dzierżący zapaloną pochodnię. Nakideron zbliżył się do leżącego na ziemi wilka. Ujął go za szyję i podniósł jego podbródek. Na skrępowanych łapach zatrzeszczał gruby sznur.
- Szkliwo! - Basior szarpnął całym ciałem, gdy jego oczy napotkały stojącą w cieniu oprawcy, szczupłą sylwetkę. - Szkliwo, pomóż mi!
- Jak się czujesz, Hapenir? - Palce dowódcy mocno przywarły do spiętego gardła. Nieszczęśnik zasyczał, szczerząc zaciśnięte zęby. - Nie bój się, nie będę cię dusić. Tylko ćwiczę chwyt - dodał w skupieniu.
Żuraw zatrzymał się tylko krok za nim. W jego głowie plątała się długa sieć wniosków, ale jeszcze nie potrafił uchwycić żadnego z nich. Nie miał pojęcia, czy patrzy na przyjaciela, czy na podstępną świnię, patrzył więc w cierpliwym milczeniu. Mimo tej niepewności, jasne było jedno: więzień cierpiał.
Nawet nie zauważył, kiedy jego brwi ściągnęły się lekko.
- Proszę, ja chcę tylko wrócić do domu. Pozwólcie mi o tym wszystkim zapomnieć. Nigdy tu nie wrócę! - jęczał tymczasem jego współpracownik. Nakideron pokręcił głową.
- To bez znaczenia. Musisz posłużyć jako rekwizyt dla tego pana. - Skinął na stojącego obok towarzysza. Ten lekko zmarszczył czoło. - Tak więc, Szkliwo, widzisz tu rzadki przykład wilka, który jest żywy, ale już praktycznie nieżywy. Już niedługo spocznie pod ziemią.
- Dlaczego mi to powiedziałeś...? - szepnął na wpół odruchowo.
- Ponieważ jako następca musisz przeprowadzić zwolnienie poprzednika. Mówiąc prymitywnie: pozbyć się go.
„A więc tak to działa. Mam umoczyć się w waszym bagnie na dobre i na złe. Tylko po to, żebyście i mnie mogli kropnąć, gdy znajdziecie kogoś lepszego?”.
- Dlaczego? - Przełknął ślinę. Wprawdzie dobrze, oj, doskonale było mieć świadomość, jak maleńkim pionkiem jest się w wielkiej grze, równie dobrze, jak znać jej zasady. Wolałby jednak dowiedzieć się tego w zgoła inny sposób. Mniej... zobowiązujący.
- Transakcja wiązana. Zaszczycił cię ktoś kiedyś taką propozycją? No powiedz. - Wilk gwałtownie wypuścił z łapy głowę Hapenira. Opadła na ziemię, nie amortyzując uderzenia na czas. Po ziemi rozniosło się głuche łupnięcie. - Ktoś dał ci kiedyś szansę na taką nobilitację?
- A dajesz mi pole na dokonanie wyboru?
- Ależ wybieraj. - Uśmiechnął się łagodnie i wyciągnął łapę, wskazując na coś za ptasimi plecami. Gdy Szkliwo odwrócił się, jego wzrok padł na dwa basiory stojące tuż za drzwiami, niedyskretnie wpatrzone w rozgrywającą się w komórce scenę. - Sporo pytanych ma wątpliwości, ale zazwyczaj szybko się z nich leczą. A gdy zaczną pracę, to już idzie z górki. Posłuchaj, posłuchaj teraz. - Machnięciem łapy przywołał go bliżej siebie i nachylił się, zniżając głos. W jego ślepiach rozbłysła znajoma już iskra: znak, że dowódca pogrążał się w świecie wyobraźni. - Pobił cię ktoś kiedyś do nieprzytomności? Naprawdę do nieprzytomności. Do tej chwili, gdy przestajesz już czuć. -  Z uprzejmą dokładnością zacisnął palce w kształt młotka. - Wyobraź to sobie. Jeden trzyma za jedno skrzydło, drugi za drugie. A trzeci robi swoje. Nie śpieszy się, żeby trafiać w odpowiednie miejsca. Próbujesz się szarpać, ale nie masz przestrzeni na uniki. Czekasz na przerwę między ciosami, ale przerwy nie ma. Pole widzenia się zwęża, wdech napotyka opór w gardle. Zaczynasz czuć, że obrona jest bezcelowa. Mięśnie stopniowo się rozluźniają, świat się oddala. I już wiesz, że zaraz cię nie będzie. Tę metodę mniej lubię. Łatwo przez nią kogoś uszkodzić, a ja jestem wilkiem niesłychanej łagodności i nie lubię krzywdzić.
- Więc pozwól mi odejść! - dobiegł głos z dołu. - Obaj jesteśmy z jednej watahy. Pamiętasz moją ciocię? Rozdawała przysmaki...
Nakideron jednym krokiem odsunął się i zamachnął łapą. Szkliwo odruchowo przymknął powieki. Otworzył je z lekkim opóźnieniem, zdając sobie sprawę, że to nie on krwawi. Głos Hapenira ucichł.
- Często zdarza się, że nowi jednak nie potrafią dobrze spełniać swojej roli? - odezwał się cicho. - Przerywacie współpracę, tak jak z nim?
- Bardzo rzadko. Ale wiesz, jak to się mówi: kiedy rzeka wylewa, to nie upijasz łyka, tylko rozwalasz tamę - odparł basior oględnie. - No, najpierw odpowiedz na moje pytanie. Zdarzyło ci się kiedyś stać na nogach, czując, że następnego razu już nie wystoisz? - Zbliżył się jeszcze trochę. Jego łapy naprężyły się jak struny.
- Nie. Nigdy.
- Ależ nudne było to twoje życie na wschodnim podwórku. Podczas twojego urzędowania będziemy mieli do omówienia wiele kwestii. W każdym razie! To nie jest skomplikowane zadanie, a profity warte uwagi. Przede wszystkim wchodzi się na poziom wyżej w naszej hierarchii. Wie się więcej, obraca się w gronie wyżej postawionych, zyskuje się szasnę na lepsze stanowisko i większą decyzyjność.
- Ach.
Szkliwo stał w bezruchu, nie reagując już nawet na nieprzyjemną bliskość wilka. To chyba to miał na myśli Nakideron, gdy mówił o biernym oczekiwaniu na koniec. Cóż było robić po tym wszystkim, co usłyszał? Prosić, żeby pozwolił mu odejść i wrócić do bycia po prostu asystentem? Żeby zapomnieli o tej rozmowie? Niektóre szkoły radzą walczyć gdy trzeba, uciekać gdy można. A gdy i jedno i drugie skazane jest na porażkę? Co wtedy? Pozostaje chyba się poddać.
- Ktoś tu mnie oszukał - stwierdził nagle dowódca, głosem wolnym od czytelnych emocji.
- Niby ja?
- Nie, nie ty. Informatorzy. Wiesz, jakie instrukcje dostałem od gości, którzy przyglądali ci się w postępowaniu rekrutacyjnym? Powiedziano mi, że się boisz. Tak po prostu masz. I że powinieneś się bać, bo wtedy będziesz wierny. Taki typ.
Obaj pozwolili ciszy zapaść, choć każdy z innego powodu.
- No, wróćmy do mojego gabinetu. - To mówiąc, ruszył do wyjścia. Ptak spojrzał na leżącego na ziemi skrzypka, w pośpiechu szukając śladu ruchu: drgnięcia łapą czy rozgięcia żeber. Dostrzegł je na moment przed tym, jak od strony drzwi dobiegło zniecierpliwione chrząknięcie. Ruszył za swoim przewodnikiem, stawiając kroki trochę wbrew sobie.
- Nie zdziwi cię pewnie, że zgodziłem się na twoją rekrutację również dlatego, że liczyłem na coś miększego od wilka - podjął ten znowu, wspinając się po schodach. - Wszystkie wilcze urzędasy są takie same. Mają w sobie tyle dumy, że dwukrotnie rekompensuje im przetrącony przez Najwyższą Izbę kręgosłup moralny. - Pchnął drzwi łapą, wpuszczając do korytarza snop białego światła, w którym zamigotały drobiny kurzu. - A jednak widzę, że ty się boisz, ale wcale nie stajesz się dzięki temu spolegliwy. Zaczynasz się po prostu wycofywać. A może ty się nawet nie boisz, po prostu masz takie wielkie oczy.
- Zwyczajnie nie wydaje mi się, żebym był odpowiednią osobą - odrzekł ostrożnie. Sam nie był już pewny, co byłoby gorsze: przyjęcie do ochrony, czy odesłanie z kwitkiem. Pierwsze wiązało się z ostatecznym upadkiem i wstąpieniem do grona, które coraz bardziej go przerażało. Drugie - takie przynajmniej zyskał już przekonanie - z zagrożeniem własnego życia.
- Poprzednio sprawiałeś inne wrażenie. - Westchnął, rozsiadając się na swoim miejscu pośrodku pokoju. - No, powiedz, jak było z Ildiri? Zobaczyłeś przynajmniej, co traciłeś przez cały czas? Teraz już jesteś nasz. Doskonale wtopiony w szare, brudne tło.
- Nie stałem się przez to nikim nowym. Moja decyzja, żeby z tego skorzystać i moja, żeby z tym skończyć - oświadczył, na poły sam do siebie. Zawahał się na moment. - Wieści rzeczywiście szybko się roznoszą.
- Więc widzisz, Szkliwo. Musisz być szczery.
- W porządku. Nie umiem kłamać.
- No to ćwicz, bo oszukać też trzeba potrafić. Masz być szczery tylko teraz, ze mną. - Kłaczkowate futro Nakiderona zadrżało na wietrze. Prześcieradło wiszące na starym krześle zaszeleściło cicho. Ptak posłał mu krótkie spojrzenie, sam nie wiedząc, po co. - Oczywiście zawsze możesz uciec. Tacy też już byli. Wielka życiowa wygrana czasem popycha do czynów brawurowych. Tylko że nie pozwolimy, by ktoś już zaznajomiony z naszym systemem po prostu uciekł. Potraktowalibyśmy to jako szpiegostwo i ukarali watahę, która się na nie poważyła. Na naszych ziemiach nie ma miejsca dla grup, które usiłują zaburzyć doskonale działający porządek.
„A więc tak to działa. Czy dlatego prawie nikt stąd nie wraca? Posłuszeństwo albo śmierć. Z łap wilków NIKL-u lub własnej watahy, na którą sprowadzono niebezpieczeństwo. Najwyższa Izba wiąże więc pętami pragnień, potrzeb, uzależnień, a potem, dla pewności, przez resztę życia trzyma nóż na gardle. Co staje się w tej sytuacji wyjściem? Czy jest jakieś? Czy istnieje coś, co może dać nieważkiej jednostce nadzieję na przeważenie masy całej organizacji? Jak wyważone musiałoby być wahnięcie szalek, by wystarczyło i by nie spowodowało przy tym tragicznych konsekwencji?”.
- Co mam robić? - zapytał zduszonym głosem. - Ja... przejmę obowiązki Hapenira. Tylko nie każcie mi go zabijać. Co on zrobi Najwyższej Izbie? Zniknie, tak jak obiecał. Jeśli i tak jest już w waszym systemie, to musi znaczyć, że macie na niego haka. Też zabił, prawda?
- Tak, zabił. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Jest mordercą. Nadal tak ci go żal?
- To samo powiecie mojemu następcy - bardziej stwierdził, niż zapytał. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Nie zamierzał przykładać do morderstwa choćby kawałka pióra. Nawet, jeśli miałby... wataha miałaby zyskać dzięki temu dostęp do nowych informacji. Są chyba jakieś granice, których przekraczać nie można. Prawda?
Ten wilk nic złego mu nie uczynił. Donosił, być może, i co z tego? Szkliwo nie zdradził się przed nim ani słowem.
„Ach, siła. Wpływy. To ciągnie. Trzymaj się w garści, Szkliwo. Nie sprzedaj się jak dziwka na zakręcie, tylko tyle i aż tyle. Wytrwaj”.
- Tak to u nas działa. Twojemu następcy niczego nie powiemy, jeśli będziesz się sprawdzał w tej pracy. Ale gdybyśmy wypuszczali każdą niedojdę, nasze wewnętrzne rozwiązania szybciutko rozwiałyby się z wiatrem po całych naszych ziemiach. Jak się spodziewasz, mogłoby to mieć przykre skutki.
Ptak napiął palce i w zadumie stuknął nimi o ziemię. Cóż jeszcze pozostało sobie poradzić? Walcz dopóki tylko możesz. Zawsze zdążysz się poddać.
- Hapenir dostał ostatnio list z domu. Od jakiejś swojej dawnej miłości. Planowali do siebie wrócić. Chciał opuścić Najwyższą Izbę. Po co wyważać otwarte drzwi? On ma dla kogo żyć, nie będzie szedł z wami na wojnę.
Nakideron uśmiechnął się lekko.
- Widzę, że już wchodzisz w swoją rolę. Bardzo dobrze. I mówisz, że sumienie już cię gryzie. To niedobrze. Ale co ja poradzę, nie znam się na sumieniu ptaszków. Wilcze łatwiej mi rozgryźć. Niemiła bogu ofiara? Chodź, cielę, do domu.
- Co to znaczy?
- Powiedzmy, że nie będziesz musiał go zabijać. Wyobraźmy sobie, że opuszcza Najwyższą Izbę cały i zdrowy, a ty mimo wszystko zaczynasz pracę.
- Zróbmy to.
- Ale, ale! On nie wróci do domu. Stanowi zbyt duże zagrożenie. - Jego pysk wykrzywiło złowróżbne zadowolenie, które nie pozostawiało wątpliwości, że fakt ten niezbyt mu przeszkadza.
„Coś tu nie gra”.
- Zatem co z nim zrobicie?
- Już znajdziemy dla niego miejsce. Ciche, spokojne. Czyste prawie jak twoje nieskazitelne sumienie. Zostanie usunięty jeszcze dziś, jakby nigdy go tu nie było. - Wilk z cichutkim kliknięciem rozprostował nogi i rozciągnął grzbiet. Zamaszystym ruchem podwinął płachtę okrywającą staroświeckie biurko.
„Ach tak. Już wiem, co nie gra. On wcale nie chciał, bym zabił Hapenira. Czyhał na mnie z tym rozwiązaniem i liczył tylko na to, że sam zacznę o nie prosić. Dałeś sobą rozegrać udaną partię, Szkliwo, nie ma co”.
- On ma powód, żeby milczeć. Dlaczego nie może po prostu wrócić do domu? - zapytał bezdźwięcznie.
- Żartujesz? Pozwalam ci darować mu życie. - Basior odwrócił się gwałtownie. Jego zęby błysnęły w przelocie, zanim schowały się pod zaciśniętymi wargami. W łapach trzymał kartkę. - Jeśli nie ty, następny zrobi to z pocałowaniem łapy. Myślisz, że mało mamy chętnych? - Przystanął, zanim zbliżył się na odległość wyciągniętej nogi. Westchnął ciężko. - Szkliwo. Na pewno wiesz, jak to jest, martwić się o wspólne dobro. Gdyby było inaczej, siedziałbyś beztrosko na swoich śmieciach, a nie pracował dla Najwyższej Izby Kontroli Leśnej. Nie wolno nam narazić całej wspólnoty na niebezpieczeństwo przez jednego nieudolnego pracownika. - To mówiąc, położył przed nim dokument i podsunął pióro z kałamarzem. - Jeden podpis. A potem jesteś na stanowisku i nigdy więcej do tego nie wracamy.

PROTOKÓŁ DOSTOSOWANIA OBSADY STANOWISKA NADZORCZEGO
W wyniku stwierdzonej niewydolności dyspozycyjnej jednostki .........., dotychczasowo pełniącej funkcję nadzorcy, podjęto decyzję o zmianie jej statusu bytowego. Z dniem .......... zostaje ona wyłączona z obiegu jawnego i przeniesiona w tryb zamknięty.
Nowy nadzorca potwierdza zasadność zastosowanej procedury oraz przyjmuje wynikające z niej konsekwencje operacyjne.
..........

Szkliwo ujął gęsią lotkę bez pośpiechu, wpatrzony w rząd czarnych kropek, zwieńczający tchnienie bezimiennego jeszcze, biurokratycznego hycla. Kartka była czysta; biała i pozbawiona skaz w postaci zagięć czy wyrw. Spisana z kronikarską pieczołowitością.
- Mogę wiedzieć, gdzie zostanie przeniesiony? To nie brzmi dobrze.
- Zgodzisz się chyba, że w obliczu wszystkiego, co powiedziałem, czas mu najwyższy na emeryturę, albo raczej... na rentę dla niewydolnych. Każdego z nas kiedyś w jakiś sposób to czeka. Więc jak, chcesz jego stanowisko, czy mam brać następnego? Możesz jeszcze nie znać dobrze najbardziej lubianych kursów obieranych przez moje łapy, ale w takim wypadku powinieneś próbować nadążać za kontekstem. A kontekst mówi, że nie każdemu wręczam pismo, które właśnie przed tobą leży. - Jego głowa poruszyła się lekko, ale oczy pozostały niedyskretnie wbite prosto w czaszkę żurawia.
Na dokument padł nikły cień pióra. Trzymające je szpony poruszyły się nieznacznie. Jeszcze jedno zatrzymanie w powietrzu, niezauważone przez nikogo drgnięcie. Wreszcie nakreśliły podpis. Potem bezgłośnie zetknęły się z ziemią.  Nakideron podniósł kartkę powolutku, jakby w każdej chwili mogła się rozpaść.
- W takim razie wszystko uzgodnione. Witam w moich szeregach!
- Jak rozumiem, nie muszę już zgłaszać się z niczym bezpośrednio do ciebie?
- Znajdę waćpana sam, gdy tylko będzie mi waćpan potrzebny.
- Do czego potrzebny?
- Zależy, czy umiesz się bawić, czy lepiej idzie ci bycie zabawką. Mam pewne podejrzenia, ale przez swoją wrodzoną delikatność jeszcze ci ich oszczędzę.
Szkliwo sztywno skinął mu głową na pożegnanie, mówiąc sam sobie, że nie rozumie za grosz. Niestety, coś jednak dotarło do niego przez ścianę przekonań. Czuł, że powinien bać się tego osobnika. Unikać go jak ognia. Z drugiej strony był on, w tym miejscu pełnym wilków wypranych z emocji, pozbawionych marzeń, z popędami uwiązanymi i prowadzanymi na postronku przez szczodre kierownictwo, wyjątkowo... intrygujący.
Wyszedłszy z budynku, pozwolił zimnemu powietrzu napłynąć do swojego gardła i wypełnić płuca. W oddali coś zagwizdało. Zmrużył oczy, szukając wzrokiem drobnego ptaszka. To kos, który usadowił się na szczycie jednego z dachów.
„Niektórzy uważają, że zawsze trzeba być dobrym, a dusza zapamięta to na zawsze. Czy to możliwe, by taka chwila na Ziemi wpływała na wieczność? Chyba w to nie wierzę. Zresztą nie wiem”.
Wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Kolacja pewnie już czekała, nie opłacało się więc wracać do domu. Tego dnia mieli biesiadować sami z Raszem.
„Ciekawe, czy ktoś jakoś go powiadomił, że Hapenir opuszcza Najwyższą Izbę i więcej się nie spotkają”.
Nie rozglądał się, nie szukał ptaków na drzewach ani znajomych sylwetek w cieniu murów. Coś właśnie się skończyło. Jakiś rozdział został tym spotkaniem zamknięty i to on napisał jego ostatnie słowo. Niepokój osiadł mu na karku, ciężki i brudny jak ołowiany pył.
„Żeby coś osiągnąć, trzeba czasem się komuś narazić. A najwyższy czas, żebym osiągnął wszystko, co od początku miałem w planach”.
- Hej, płaszczaku! Widziałeś Hapa? Nie byliście razem? - Pełna energii łapa zatrzymała go wpół kroku. Podniósł wzrok z nieuchwytnym oporem. Napięte czoło basiora wyrażało podniecenie zbliżającą się ucztą, a jednocześnie zdradzało pierwsze oznaki niewypowiedzianego jeszcze złego przeczucia.
- Nie.
- Może jest już w remizie. Nie poczekał na nas, zdradziecki knur!
Jednak Hapenira oczywiście nie było w remizie. Jego biedny przyjaciel zaczął pytać miłych kolegów i piękne panie, ale wszyscy zbywali go wzruszeniem ramion lub krótkim zaprzeczeniem.
- Idę. - Szkliwo podniósł się i przeciągnął.
- Ja tu jeszcze zaczekam. Może on zaraz przyjdzie.
„A jeśli nie przyjdzie? Co zrobisz? Czy ochrona ma procedury na usuwanie wilków po cichu? Jakieś musi mieć. A może wszyscy są przyzwyczajeni, że czasem urzędnicy odchodzą bez pożegnania, a jedynie nadgorliwe uczuciowo jednostki są w takich chwilach zostawiane same sobie?”. Ale nie zastanawiał się nad tym długo. Ledwie współpracownik znikł mu z oczu, troski zgubiły się wśród panującego wokół graczy harmidru. Karty strzelały w łapach, ciskane na ziemię, jakby na świecie nie liczyło się już nic poza nimi. Gdzieś z tyłu siedział i Kirłan z kubkiem wina w łapie. Gdy tylko zobaczył nadchodzącego żurawia, zamachał do niego przyjaźnie. Jego drewniany skarb już czekał na nich w kąciku, gotowy do rozgrywki.
- Dobrze cię widzieć - przywitał go Szkliwo, kierując od razu na właściwe miejsce. - Bez twoich szachów strasznie tu nudno.
- Jestem o tym głęboko przekonany! Aż mam ochotę zostać jeszcze parę dni, zamiast znowu wybywać.
- No tak, praca jest najważniejsza. Jak idzie biznes? Czym ty właściwie się zajmujesz? - rzucił mimochodem, przestawiając jeden ze swoich pionków.
- Wytwórstwo! To, na czym opiera się świat zwycięzców.
- Czyli co wytwarzasz?
- Ja? Osobiście nic. Ja tylko spinam handel.
- Mhm. - Milczenie pozwoliło partii rozwinąć się trochę, jednak przeciwnik był w stanowczo zbyt dobrym nastroju, żeby grać w ciszy. Wziął taki łyk wina, że nastroszyła się szara sierść pod jego brodą.
- Żeby wykarmić dziesiątki urzędników i wszystkich, którzy ich tu obsługują, stada gości z różnych stron i żołnierzy na szkoleniach, jak myślisz, ile trzeba? NIKL to wielka kobyła, pełna robactwa, którego ogromna większość nie kala się polowaniem. Kilku tutejszych łowców nigdy nie zaspokoiłoby ich potrzeb. Jestem głęboko przekonany, że prawdziwa potęga tego miejsca to produkcja. Produkcja i handel. Za kozie mięso, skóry i mleko zachodnie ziemie przysyłają nam frykasy, jak cukier, sól czy owoce, których tutaj się nie zna.
- Kozy? Zajmujesz się tymi ich kozami?
- Ja tylko spinam handel. Od głaskania kóz po wymionach mam swoje wilki.
- Ciekawe. Do tej pory słyszałem o nich jedynie legendy.
- Ale mleko, które pijasz, nie jest chyba tylko legendą, co? - Basior przymrużył jedno oko. - Jakoś musi się tu materializować.
- Więc ty je przywozisz?
- Dokładnie tak!
Szkliwo skinął głową, wpatrując się w szachownicę. Zabawna sytuacja. Po obu stronach dwie wieże, dwa pionki i król.
- Teraz coś mi się wykrzaczy - wymamrotał, stukając pazurami w ziemię.
- Przyjrzyj się uważnie... A zresztą nic nie mówię, bo zaraz mnie ograsz.
Jeszcze kilka ruchów. Odkąd Szkliwo wbił sobie do głowy schemat poruszania się skoczka, bardzo polubił tę figurę i zaczął wykorzystywać zupełnie nowe posunięcia. Kirłanowi coraz trudniej przychodziło szachowanie. Może miał na to wpływ opróżniony przez niego kubek wina, a może rzecz w jego ulubionych strategiach, które w trakcie gry coraz częściej zaczynały się powtarzać. Chyba za to nie zauważył jeszcze, że wymiana hetmanów na początku partii nie robi mu najlepiej.
- Pat - oświadczył z lekkim zawodem, oblizując krawędź swojego kubka. - Ale widzę, że oczy ci się już zamykają. Kolorowych snów. Jutro mnie nie ma, wyprawiam się na południe. Ale jak wrócę gramy dalej?
- Pewnie - odrzekł skrzydlaty, odkładając zbite figury na miejsce.
- Wracasz teraz do domu, czy śpisz tu?
- Skąd pomysł, że miałbym nie wracać do domu?
- Nie chodzisz przypadkiem do dziewczyn?
- Jakie to ma znaczenie?
- Ha! Pytasz, jakie. Dla mnie wszystko, co się dzieje w remizie, ma znaczenie. Już wyjaśniam! Im więcej wilków... ach, pardon! Im większe powodzenie mają dziewczyny, tym więcej potrzeba ich do pracy. Im więcej ich tu jest, tym więcej jedzenia i towarów trzeba im zapewnić. A więc potrzeba więcej mleka, więcej mięsa, mój biznes kwitnie!
- Teraz rozumiem. Muszę cię zmartwić. Póki co nie zajmuję dziewczynom wiele czasu.
- Chcesz mnie wykończyć nie tylko w grze. - Zaśmiał się serdecznie. - No nic, i tak cię lubię.
Punkt pierwszy wieczoru odhaczony. Zdobywanie znajomości szło mu opornie, ale przynajmniej zagrał w szachy. Pora na punkt drugi. Dużo trudniejszy. Inna rozgrywka strategiczna jeden na jeden, w ciemności i za zamkniętymi, rzeźbionymi drzwiami. Bez podpowiedzi i możliwości poddania partii, gdy coś pójdzie nie po jego myśli.
- Och, to ty, słodziaku. - Ildiri machnęła ogonem po przesadnie dużym okręgu, aż całe jej ciało poruszyło się sprężyście. - Poczekaj chwilę. - Odprowadził ją wzrokiem do kącika, gdzie dwie wilczyce rozmawiały przyciszonymi głosami, co chwilę chichocząc i kiwając się rozkosznie. Ominęła je jak powietrze; znikła w pomieszczeniu bez drzwi, do którego jeszcze nie zaglądał. Co się w nim kryło? Nie miał dobrego wytłumaczenia na wtargnięcie tam bez pytania.
„No cóż, Szkliwo. Dałeś się wciągnąć w tę grę, więc teraz przynajmniej naucz się w nią grać”.
Jego wzrok mimowolnie padł na wydzielone pokoiki za zasłoną. Tego wieczora było cicho, ale momentami i tak rozlegały się niejednoznaczne odgłosy, przypominające, do jakich celów służył ów zakątek. Miejsce łączyło cechy prymitywnej obrzydliwości z dziwnie przytulną atmosferą, którą nie sposób nawet stwierdzić skąd się pamięta. Zmuszało, by przestać zwracać uwagę na urywane wdechy, pojękiwanie zza kotary i ślady rytmicznych ruchów na jej fałdach. A zapomnienie okazywało się zaskakująco łatwe. To wszystko stawało się tu tak... oczywiste. Jak codzienna kolacja albo jedna z gier, którym oddawano się całymi, wesołymi grupami. Robili to wszyscy. Urzędnicy przychodzili tu, powierzając wszystkie swoje troski miłym paniom, a te z radością uwalniały ich od smutków i napięć dnia powszedniego, do przesytu zatapiając w poczuciu bezpieczeństwa.
Czy ktoś jeszcze przychodził tu nie po to, by nie czuć... ale mimo tego, że czuje?
Zza kotary wysunął się jeden z asystentów inspektora z północy. Nie podniósł wzroku na stojącego w półmroku żurawia. Złożył pocałunek na okrągłym policzku wadery i powlókł się do wyjścia. Gdy tylko znikł, zalotny uśmiech wilczycy przerodził się w czystą obojętność.
- Mam go dosyć! - dał się słyszeć jej podniesiony głos, gdy przysiadała się do koleżanek. - Dureń, miał mi załatwić kamforę...
Przy akompaniamencie oburzonych pomruków, Ildiri wyłoniła się z tajemniczego pomieszczenia. Ocierając się bokiem o swojego gościa, łapą uchyliła jedną z zasłon.
- No chodź, zrobię powtórkę. Wypiłam kubek gorącego mleka - szepnęła z przewrotnym uśmiechem. - Poparzyłam sobie język, ale będzie ci dobrze.
Przeszedł go dreszcz wstrętu. To wybitnie zły moment, żeby przypominać sobie cokolwiek z poprzedniej nocy. Uśmiechem jej więc odpowiedział; krótkim, odruchowym, jakim reaguje się na formułę grzecznościową.
- Masz gest, Ildiri, ale dziś wolę co innego.
Ledwie znaleźli się na własnej, wydzielonej przestrzeni, ciało postanowiło przejąć inicjatywę. Oddech pogłębił się sam, wbrew nieustającej czujności. Po mięśniach przebiegło napięcie, które pamiętało urok chwili słabości przy ich pierwszym spotkaniu. Tym razem jednak umysł był trzeźwy i obecny. Wyrazistszy był i smak wstydu, pozostawał jednak, bardziej niż kiedykolwiek, tylko przykrą koniecznością; kosztem operacyjnym.
Ujął jej łapę, zanim dosięgła granic, poprzednio zupełnie zatartych.
- Połóż się.
Jej z lekka krzywy uśmieszek znikł. Nie była przyzwyczajona do poleceń wypowiadanych tonem, w którym brakowało miejsca na afekt i niewinne gierki. Stał w bezruchu, dopóki nie wykonała polecenia. Zlekceważył nasilające się bicie serca.
„Opanuj się, Szkliwo. Masz tylko proste zadanie do wykonania. Żadnego fałszywego kroku... jakbyś stał przed lustrem”.
Tak więc, jak kazano zapomnieć - zapomniał. Nie słyszeć - nie słyszał. I było mu dalej życzliwie wszystko jedno, od początku, aż do końca.
- Cicha woda! Wiedziałam, że masz doświadczenie z wilczycami.
- Prawie żadnego - mruknął, odsuwając się pod ścianę. Ildiri przeciągnęła się z błogim westchnieniem i przekrzywiła głowę. Siedzieli naprzeciwko siebie, w bezruchu, jak dwoje dzieciaków chowających się w komórce przed gośćmi, którzy nawiedzili ich dom w święta, po latach całkowitej nieobecności.
- No widzisz, to takie proste było, a ty tak długo nie mogłeś się zdecydować. Żebyś jeszcze został na noc. Wtedy miałabym święty spokój od reszty tych pijanych frajerów.
- Od spania mam własny dom.
„Jeśli wierzyć temu, co mówił Kirłan, wader musi wystarczyć dla wszystkich urzędników, a zatem im bardziej są zajęte, tym więcej kierownictwo musi rekrutować kolejnych. Do tego też nie mam ochoty przykładać choćby palca... chociaż nie przestaje mnie ciekawić, jak się to odbywa”.
- Ale ja... jakoś to załatwię. - Chrząknęła. - Może chociaż jutro przyjdziesz wcześniej?
- A może wcale. Jeszcze nie wiem.
- To straszne - jej głos ochłodził się, a postura zmęczonego ciała przygarbiła lekko. - Że też nie trafił mi się wcześniej żaden bezpłodny. Albo impotent. Już bym go nie wypuściła. A ja musiałam wkopać się w najbardziej bezduszną łachudrę w NIKL-u, tylko dlatego, że ma skrzydła zamiast łap.
- Wcześniej, wieczorem, mamy partię szachów.
- Z Kirłanem? Zostawił dziś Fijce to swoje pudełko na przechowanie. Ale ma go teraz nie być przez kilka dni.
- Tak, właśnie z nim. Znasz go?
- Nie... Nie jest moim pacjentem.
- Pacjentem. Dorabiasz na boku jako medyk?
- Idiota! - żachnęła się. - Nie nazywam wilków, które tu przychodzą, klientami, tylko pacjentami. Oni wszyscy są bardzo chorzy. - Jej wzrok na chwilę zabłądził w chyboczącym się w przeciągu materiale zasłony. Szybko jednak rozchmurzyła się, by skończyć myśl. - A ja zdrowię dusze.
- Chciałaś powiedzieć, uzdrawiam.
- Wszystko jedno.
- Czy dusze, tego nie byłbym pewny. Ale bezsprzecznie jeden z układów. - Na te słowa wadera prychnęła głośno.
- Miałam nadzieję, że będziesz wyjątkiem - burknęła, poduszką łapy ścierając kurz z ziemi. - Nie tylko dlatego, że nie wrobisz mnie w szczeniaki... Zresztą nieważne. Jeśli jesteś tu, gdzie jesteś, to jesteś taki sam, jak oni.
- „Tu”, to znaczy, gdzie? W siedzibie Najwyżej Izby? W remizie? W tym pokoju?
- Wszystko naraz.
- Interesujące jest zwłaszcza to ostatnie. - Oparł się wygodniej o ścianę. Z tej perspektywy łatwiej mu było objąć ją wzrokiem, choć nie wiedział, jakiej wskazówki w niej szukał. Prześliznął się po wilczycy i zatrzymał na oczach, które skierowały się ku ziemi i za nic nie chciały podłapać tego spojrzenia. - Ja nie proszę. Ty tego chcesz. Mnie to nic nie kosztuje, ty tylko marnujesz na to czas i energię, ale i tak oferujesz. Musisz więc coś z tego mieć. Nie ode mnie, więc od kogo? Komu na tym zależy?
- Oj, Szkliwo. - Poruszyła się, a jej miednica zafalowała umiejętnie, jak łódka zagubiona na morzu. - Już ci to tłumaczyłam.
- Nie. Nie wyjaśniłaś, dlaczego w ogóle tu jesteś. Jakie korzyści daje ci ta praca? Mogłabyś być gdziekolwiek indziej, robić cokolwiek innego. Tyle watah przyjęłoby cię z otwartymi ramionami.
- Cóż możesz wiedzieć - odparła gorzko i odwróciła pysk. Jej ruchy nagle straciły płynność.
- Przepraszam. - Westchnął. - Przecież choćbym się tu pokroił, i tak nie powiesz. Masz rację, idiota.
- Oj, nie chciałam tak powiedzieć! - Chyba przypadkowo wcisnął jakiś ukryty guzik, bo Ildiri przysunęła się do niego, zapamiętale trzepocząc rzęsami. Wyprostował się, by jej mokry nos nie znalazł się za blisko jego policzka.
- Przestań. Nie tak łatwo mnie obrazić. Chyba, że w ramach zadośćuczynienia podzielisz się choć kawałkiem swojej historii. Masz jakąś rodzinę?
- Ta.
- Daleko?
- A co cię właściwie to obchodzi? - rzuciła podejrzliwie, choć nie dosłyszał w jej głosie złości.
- Jestem po prostu ciekaw.
- A ty masz? - Uniosła pysk, jakby oddawała cios, a nie zadawała pytanie.
- Już nie.
- Mam ojca - oświadczyła nagle. - Tyle z istotnych rzeczy, jeśli tak bardzo cię to interesuje.
- No dobrze. Mam nadzieję, że niczym cię nie uraziłem. Będę się zbierać.
„Nierozsądnie byłoby dociskać ją mocniej. Nastroszyła się jak jeż zwinięty w kulkę”.
- A idź. Wcale mi nie zależy, żebyś tu siedział, jeśli mam znosić te przesłuchania. Wolę już twoich rozrywkowych kolegów.
O ileż łatwiej było wracać do domu tej mroźnej nocy, niż poprzedniej. Nawet mimo senności, zmysły pozostawały w gotowości do odbioru kolejnych bodźców, a umysł wiernie je przetwarzał. Śnieg chrobotał na ścieżce, z nagie gałęzie krzewów stukały o siebie cicho, jak mysie cymbałki.
W chatce asystentów nie było nikogo; nic zresztą dziwnego. Hapenir miał się więcej w niej nie pojawić. Być może już był daleko. Gdzieś... w drodze. Za to Rasz pewnie wciąż czekał na niego w remizie. Wypytywał kolejne wilki i nie otrzymywał odpowiedzi. A może zaszył się w kącie pełnym dymu, żeby zdusić w nim niepokój i troskę. A może już zgłosił zaginięcie? Jedno było pewne: nieobecny już przyjaciel towarzyszył tej nocy nie tylko Szkliwu.
W ciemności majaczyły zarysy pokoju. Nikłe światło dogasającej pochodni wpadało przez okno i osiadało na płaszczyźnie drewnianego stołu. Ptak oparł się o niego grzbietem. Zerknął na leżący na piecu futerał, który troskliwie obejmował dawno niestrojone skrzypki.
Było cicho i ta cisza kłuła w uszy, jakby była ostateczna; jakby już nigdy nie miała zostać przełamana muzyką.

Cdn.