piątek, 14 sierpnia 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Za horyzont”, cz. 19



Wyjątkowo ciekawym przykładem są przypadki,
w których zupełnie obce danym wilkom osobniki
stają się ich dozgonnymi towarzyszami
nawet wiele lat i zim po swojej śmierci.


Dwa dni przed pełnią. Słońce w zenicie. Biuro dowódcy.
Drzwi otwierają się z hukiem. Wchodzą dwa wilki.
- A tu będziesz się zgłaszać codziennie wieczorem. - Wilk imieniem Baszin, o chmurnym spojrzeniu i sierści barwy burzowych chmur, krótkim gestem zaprosił towarzysza do środka. Chudy, żółtawy basior prezentował się przy nim licho, lecz niektórzy uważają, że tak właśnie ma być. Pomocnik nie powinien równać się z tym, komu służy. - Jak cię zwą?
- Nakideron.
- Skąd jesteś?
- Z północy.
- Mieszkasz tu razem z córką? Tak mi powiedziano. - Dostojnik rozsiadł się na swoim fotelu, prawą łapę zaciskając na podłokietniku. Pazury zaskrobały na chropowatym materiale. Nowy podwładny przelotnie rzucił na nie okiem.
- Tak.
- Ona pracuje w remizie?
- Tak.
- Mhm. - Baszin podrapał się w nos. - Jako kto?
- Jako i wszystkie - odparł wprost Nakideron. - Kelnerka. Kucharka. Służąca. A czasem świadczy również i inne usługi.
- No cóż, mniejsza z tym. Zaczynasz od jutra, dziś możesz odejść.
Wypełnił się księżyc. Wypełniły się dwa.
Dwudziesty dzień przed pełnią. Słońce schodzi z zenitu. Kolacja w remizie. Goście tańczą i się śmieją.
Sala biesiadna; nie wychodził z kolacji, dopóki nie obszedł jej wkoło. Najciekawsze rzeczy działy się zazwyczaj pod ścianami, tam, gdzie grzbiety zbitych w ciasne grupki biesiadników zatrzymywały światło ogniska. Tym razem wszystko było zwyczajnie. Paru pijaków bez duszy, porzuconych przez przyjaciół. Palone zioło.
A tuż przy ognisku? Paczuszka wędrująca z łapy do łapy. Pomocnik dowódcy czujnie podniósł głowę. Druga paczuszka. Ten, który trzymał teraz papierowe pakunki w czerwonym od wina pysku, rozpłynął się w tłumie, ale ten, który mu je przekazał, rozejrzał się jeszcze niespokojnie. Nakideron nie odwrócił się ani nie szukał dziur w podłodze. Ich oczy spotkały się, na krótką chwilę, zanim rozeszli się w swoje strony.
Piąty dzień przed pełnią. Noc; właściwie noc.
Wejście do remizy: puste. Strażnik pewnie wybrał się nad rzekę. Podobno ryby najlepiej biorą tuż po zachodzie słońca. Na scenę wkracza skryta w ciemności postać.
Z wielkiej sali dobiegały stłumione śpiewy, brzęk szklanych i fajansowych naczyń. Ucichły, gdy ciężkie drzwi zamknęły się tuż za kościstym zadem. Teraz o wiele łatwiej było usłyszeć własne myśli. Wszedł wolno, szukając przedziału z uchyloną kotarą. Był umówiony. Wreszcie w półmroku mignęły mu ślepia córki.
- Gdzie ona jest? - Potrącił bokiem zwisający z drąga materiał.
- Fijka nie będzie z tobą rozmawiać - odparła chłodno. Jej wargi były blade, a grzbiet napięty. - Ale się zgodziła.
- Wszystko jak proponowałem?
- Tak. Ta nowa jest w pokoju za zapleczem. Możesz do niej iść.
- Dobrze więc - mruknął. - A ty co tak siedzisz? - rzucił, już do połowy odwrócony ku wyjściu.
- Idź już stąd. Czekam na kogoś.
Wyszedł więc, nie poświęcając chwili nawet na wzruszenie ramionami, do kolejnych drzwi na końcu korytarza. Wziął głęboki wdech. Usztywnił łapy. Oblizał kły. W myślach szacował, ile kroków może dzielić go od wilczycy. Pięć. Wiedział, że się nie zatrzyma, zanim nie postawi wszystkich. Wiedział, co będzie potem. Musiał chronić gardło i delikatny nos. Resztę miała wyjaśnić praktyka.
Nacisnął na klamkę. Jeden. Dwa.
- Oszczędź sobie krzyku. - Trzy. Cztery. Pięć.
Chwycił za szyję.
Dwa dni po ostatniej pełni. Świt. Przy głosie wróbli na ścieżkę wchodzą dwa wilki z dwóch przeciwnych stron.
- Przekazała mi twoją wiadomość. - Uśmiechnął się, zbaczając o krok, żeby stanąć basiorowi na drodze. Na tle ścian białych domów jego rysy wyglądały inaczej niż oświetlone ostrym płomieniem w cieniu remizy, ale rozpoznać można było z łatwością. Nawet po smrodzie, którym ział jak smok na kilka długich skoków zająca. Złodziej zesztywniał; nie odpowiedział. - A zatem jakiś nieborak nieszczęśliwie przewrócił się przy kolacji i zniszczył dwie paczuszki. Zawsze powtarzałem dzieciom, że trzeźwość to najwyższa cnota i popłaca w najmniej spodziewanych momentach.
- Dobrze, że się rozumiemy...
- Jak świat światem, istotnie - odmruknął. - Chcesz handlować? To nie będziesz bawić się w to sam.
Minęło dnia dokładnie dwa i pół. Ten, który nosił dwie paczuszki, już ich nie nosił. Nikt nie zapytał, dokąd trafiły one i on. Dowódca dowiedział się o tym dwa dni po fakcie i zmarszczył nos, ale samowolna akcja pomocnika była zbyt skuteczna, żeby otwarcie ją potępić.
Ten, który sprzedawał, tego wieczoru do końca kolacji siedział przy ognisku, czekając na instrukcje. Ale o tym nie wiedział ani dowódca, ani nikt inny.
Przeszły trzy pełnie i trzy nowie. Drzewa już ogołocone z liści. We właściwych strukturach plotki rozchodziły się szybko.
Na zapleczu remizy krzątanina.
- Merapik, kto by pomyślał - gruby głos kierowniczki remizy odwrócił ku niej głowy Imrozy ślęczącej nad wielkim garem i basiora stojącego w drzwiach. - A ty tu czego? Najeść się przyszedł przed kolacją?
- Gdzie, nie, skąd... Tylko chciałem sprawdzić, czy nie znajdę znajomej. Kazała się szukać w waszej kuchni.
- Yhy. - Pulchna wadera przekolebała się przez zaplecze. - A co to niby za znajoma? Nasze dziewczyny znają zasady. Tu mamy do roboty miejsce, wy jak chceta się tłoczyć, to na korytarzu.
- Właśnie ta. - Skinął łbem na psycholog, która akurat coś zapisywała, uchylając się od dymu buchającego z paleniska.
- Chyba że ta. - Szefowa przybytku zmierzyła ich oboje krytycznym spojrzeniem i ominęła go w drzwiach. Jej kroki stopniowo cichły.
- Nie pamiętam, kiedy ostatnio cię tu widziałam. - Imroza nie odwróciła się od sagana z mięsem. - Chyba jeszcze przed równonocą. Jak interesy?
- Dobrze. Przyprowadziłem dwie nowe pracownice.
- Dwie naraz. A co to za dzień szczodrości? - Napięła wargi, robiąc nieuchwytną przerwę. - To nie ma przypadkiem związku z tym nowym basiorem z ochrony?
- A co z nim?
- Ponoć dogadał się z tutejszymi dziewczynami. - Ściszyła głos, wykorzystując moment, gdy w kuchni poza nimi nie było żywej duszy. Odłożyła notatnik na podłogę, kątem oka upewniając się, że nie ma na niej żadnych tłustych plam.
- Ach, prawda. Jego córka tu pracuje i przez nią jakoś zwąchał się z Fijką. Chce zrobić z kelnerek dodatkowe źródło informacji. Ciekawe co będą z tego miały. Patrząc na tę małą jędzę, kierowniczkę, u nich nie ma nic za darmo.
- Ale numer.
- Chociaż głupie to nie jest.
- No, nie jest - przytaknęła. - Jeśli gdzieś można wychwycić szpiegów, to najprędzej na kolacji, po łyczku wina.
- To też... - Basior wydął wargi. - Chociaż nie wiem, czy tu nie idzie przypadkiem o pilnowanie urzędników na stanowiskach. Dawniej niektórzy ściągali tu całe rodziny, teraz nikt by się na to nie odważył. Zaraz któryś szczeniak spytałby ojca, dlaczego się tak drapie. I w ogóle, z takim czymś na karku głupio wracać do domu i pokazać się partnerce.
- Ale z czym?
- No... z imieniem.
Spadł śnieg.
Remizę Nakideron odwiedzał po kilka razy w każdym księżycu, albo by zapoznać się z nową pracowniczką, albo by przypomnieć starym rysy swojego pyska.
Trzecia, którą przyjmował. Krótka sierść, natarta wonnymi liśćmi krwawnika. Przeszłość: sierociniec na zachodzie.
Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć kroków. Chwyt. Chwila szarpaniny. Ta krzyczała. Na przyszłość zapamiętać: Najpierw łapy, potem kły na gardle, a dopiero na końcu słowa. Do ostatniej chwili nie potrafiła odpowiedzieć mu na żadne pytanie. Wrócił następnego dnia. Wtedy już szybko się porozumieli.
Czwarta. Ruchliwe uszy i szeroko otwarte oczy, ze źrenicami powiększonymi przerażeniem.
Raz. Dwa. Trzy. Źle wymierzył odległość... nie, ta po prostu się nie wycofała. Ledwie wyciągnął łapę, jej szczęki kłapnęły o włos od jego policzka. Łapa śmignęła w powietrzu, a pazury zostawiły na jego skroni cztery czerwone bruzdy. Zatrzymał się, dotykając rany. Krew ściekała na szyję.
- Ciekawe. - Wytarł ją we własne futro. Wilczyca stała pod ścianą, dysząc szybko, gotowa do kolejnego ataku. Uśmiechnął się. - Szkoda, że nie mam czasu, żeby się tym dłużej pocieszyć. Zawsze kibicuję wilkom w ujawnianiu swojego niezwykłego potencjału.
Trzy dni później zniknęła z listy pracownic remizy. W raporcie: przeniesiona na własną prośbę.
Stopniał śnieg. Skaleczenia na skroni zbladły, ale wciąż było je widać, gdy światło padało pod odpowiednim kątem.
Korytarz urzędu. Wchodzi Nakideron, trzymając torbę pełną dokumentów. Zatrzymuje się pod ścianą. Puka we framugę nieistniejących drzwi.
- Pan dowódca raczył przysłać mnie z raportami, podobno niezwykle ważnymi. - Skłonił się uprzejmie waderze za biurkiem. Ta pokiwała głową, nie odrywając wzroku od leżącej przed sobą kartki. - I z góry przepraszam, że zajmuję czas oraz zapracowane i tak łapy dobrodziejki. - Dopiero teraz podniosła zaskoczony wzrok, niepewna, czy i jak odpowiedzieć. Widząc pochyloną nonszalancko głowę wilka, skryła uśmiech za uniesioną do pyska łapą.
- Przecież taka nasza rola! Treliku, weź proszę.
Siedzący obok niej basior zmierzył przybysza niechętnym spojrzeniem.
- Co to za dokumenty? - zapytał, wyciągając muskularną łapę po przesyłkę. Przekartkował papiery, marszcząc czoło. - Przeniesienie... Tu brakuje podpisu dowódcy.
- Istotnie. - Nakideron przestąpił z nogi na nogę. - Mogę wszakże prosić o sprawdzenie w raportach z poprzedniego księżyca, czy dowódca postawił podpis i poprzednim razem? Może się mylę, ale, dałbym głowę, że poprzednio podpisu również nie było i go od nas nie wymagano.
- Nie było? Niemożliwe.
- Poczekajcie, sprawdzę. Po to trzeba do archiwisty. - Wilczyca podniosła się z westchnieniem, wciąż jednak do połowy pochylona, jeszcze przez chwilę zapisując jakieś pośpieszne litery. Wreszcie znikła na korytarzu.
Żółty wilk sięgnął po pióro, które zostawiła na biurku. Bez pośpiechu nakreślił podpis na dole strony.
- Do podpisów pan dowódca nie ma zbyt wprawnej łapy. - Odłożył pióro dokładnie tam, gdzie leżało wcześniej. - Ale kogóż i po co miałaby kłopotać taka drobnostka.
Basior zza biurka odkaszlnął. Przesunął dokumenty po blacie, układając je z powrotem przodem do siebie. Przewrócił stronę. Jedną, drugą.
Gdy Żamicha wreszcie wróciła, na dowód niosąc plik starych raportów, chrząknął raz jeszcze.
- I co?
- Tu wszystko się zgadza. Tak jak myślałam, brak podpisu wyłapalibyśmy od razu.
- To dobrze. Bo tu też się zgadza. Spojrzałem na złej stronie - zakończył mrukliwie.
Nakideron uśmiechnął się szeroko i na odchodne jeszcze raz uprzejmie skinął głową.
- Niezwykle godny szacunku jest brak głupiego uporu.
Ostatnia kwadra księżyca, trzynaście dni przed piątą pełnią. Wzdłuż ścieżki kwitną kwiaty. Sień biura ochrony.
Ominął nieznajomego wilka, który odprowadził go niewyraźnym wzrokiem aż na szczyt schodów. Wkroczył do biura dowódcy jak co dzień wieczorem. Jego właściciel stał odwrócony tyłem, w zadumie wyglądając na ulicę. Miał zwyczaj podchodzić do okna, gdy podejmował trudną decyzję. Jedną nogę zawieszał w powietrzu lub skrobał nią podłogę i milczał, dopóki nie znalazł właściwego rozwiązania.
- Witam szacownego pana dowódcę. - Pomocnik skinął mu głową, delikatnie zaznaczając swoją obecność.
- Witaj, Nakideron - odparł, jeszcze przez chwilę nie odwracając się do pokoju. - Czy mój gość na dole już czeka?
- Czeka z całą swoją mocą. - Uśmiechnął się lekko, połową pyska. - Sylwetka pana dowódcy jest doprawdy imponująca, gdy spogląda pan przez to okno. - Gdy dostojny basior powrócił do cienia gabinetu, uśmiech został zastąpiony przez profesjonalną powagę.
- Tak, tak. Z pewnością. - Baszin podniósł plik kartek ze stojącego obok, masywnego, dębowego biurka, którego wygładzona powierzchnia nosiła ślady długiego użytkowania. Zagłębił się w swoim fotelu i ułożył łapę na prawym podłokietniku. - Głowa może rozboleć od tych wszystkich papierów. - Zmarszczył czoło, patrząc na kartkę, jakby miał w palcach kłujący liść pokrzywy.
- Mogę to przejrzeć za pana dobrodzieja, jeśli on wolałby zająć się czymś ważniejszym.
- Dziękuję. Szykuje się nam afera szpiegowska i muszę dziś zająć się przesłuchaniem jakiegoś żołnierza, którego przysłali nam na przeszkolenie. Dowódca wojska ma podejrzenia, że to kret. Trzeba to sprawdzić.
- Słowa nie opiszą, jak chętnie bym w tym potowarzyszył. Do tego stopnia nie opiszą, że pozwolę sobie skierować do pana dowódcy malutki wniosek. Przydałby się nam ktoś jeszcze. Ktoś od grzebania w papierach.
- Tu masz rację. I tak jesteś o niebo lepszy od swojego poprzednika, ale jeden pomocnik to mało, żeby obstawiać przesłuchania, pilnować nadzorców i wywiadowców.
- Może mógłbym...
- Poszukam kogoś. A teraz zawołaj mi tego wilka z dołu i idź zająć się raportami.
- Jeśli wolno, wezmę udział w przesłuchaniu, a potem zajmę się raportami. Pragnę się uczyć.
- Proszę bardzo. - Baszin obojętnie rozłożył łapy. - Zatem do dzieła. - Pochylił się nad biurkiem. Wyciągnął z szuflady teczkę z luźno powtykanymi w nią papierami i jeszcze coś. Opasły, błękitny notatnik. - Słyszałeś o teorii klamer?
- Proszę o wybaczenie...
- Nie szkodzi. Na tym najczęściej opieramy przesłuchania. Nasz podejrzany ma młodą partnerkę na zachodzie. Jeśli rzeczywiście jest szpiegiem, będzie się bał, że to na nią spadnie odpowiedzialność.
- Czy nie będzie się bał tak czy inaczej?
- To by oznaczało, że nie umiemy zadawać pytań. Musimy wydobyć z niego prawdę, a nie wymusić przyznanie się do cudzej winy.
Już po chwili do pokoju został zaproszony główny zainteresowany. Nakideron milczał, obserwując dowódcę z namysłem układającego pytania, jakby prawda była z cukru i płatków kwiatowych; jakby trzeba było nieśmiało wywabić ją na powierzchnię, zamiast po prostu wyrwać jednym ruchem.
Dziewięć dni przed pełnią. Gabinet dowódcy: pusty. Żółty wilk wsuwa się do środka.
Zaraz za drzwiami wyprostował się, z chrzęstem rozciągnął kark i lekkim krokiem podszedł do szuflady. To tam leżały ciekawostki. Otworzył błękitny notatnik i oparł się o kant biurka.
„Znane są liczne przykłady wilków, które jeszcze przez długi czas po odrzuceniu i utracie kontaktu regularnie wracają myślami do tych, przez których zostały odrzucone. Jest to tylko w pewnym stopniu zależne od ich pokrewieństwa czy zbudowanej uprzednio relacji”.
Bez pośpiechu zaczął przeglądać kolejne strony, zatrzymując się na kolorowych schematach, wciąż delikatnie pachnących atramentem z wiśni i gotowanych jagód. Na chwilę podniósł wzrok i powiódł nim po pokoju. Cichy, spokojny i przytulny.
Wybił się z ziemi i wdrapał na biurko. Rozsiadł się na nim wygodnie i postawił stopy na szczycie oparcia fotela.
„Wyjątkowo ciekawym przykładem są przypadki, w których zupełnie obce danym wilkom osobniki stają się ich dozgonnymi towarzyszami nawet wiele lat i zim po swojej śmierci. Skłania to, by to spojrzeć na stosunki międzywilcze nie tylko przez pryzmat tworzonych przez wilki relacji i więzi, ale również - w równej mierze - niezależnego przetwarzania świata, które odbywa się w samotności”.
Nagle drzwi skrzypnęły cichutko. W pierwszym odruchu basior drgnął, ale od razu zdało się jasne, że to nie gospodarz gabinetu zakradał się do niego z taką ostrożnością.
- Ojej, przepraszam. - To jakaś wilczyca. Zmęczona, wiotka, o bladych wargach i skórze wokół oczu. Nie znał jej jeszcze, więc nie pracowała w remizie. Musiała być urzędniczką. - Przyszłam chyba za wcześnie.
- Akurat na czas - mruknął, odkładając notatnik na otwartą stronę.
- Miałam się zgłosić na przesłuchanie.
- Pan dowódca raczy raczyć się spacerem. Zaczniemy bez niego. - Nie miał żadnych jej dokumentów. Nie szkodzi. Wystarczyło mu mieć giętki język. - Pozwoli dobrodziejka do środka, byłoby mi wstyd narażać gościa na przeciąg. Godność?
- Boza.
- Z Ziem Zachodnich, jak mniemam? Podobnie jak nasza psycholog, Imroza?
- Tak, z Watahy Złotej Łani.
- Proszę mówić. - Wskazał jej miejsce pośrodku pokoju, a sam wsunął zad na fotel. Było trochę za wysoko, by wspinać się na niego tyłem. Nie zdążył nabrać praktyki.
- Ale... nie wiem, o czym.
- Mi natomiast się zdaje, że dobrodziejka doskonale wie.
- Dostałam po prostu pismo dziś w pracy, że mam stawić się w biurze ochrony.
- Jako żywo! - jego głos podniósł się o ton. - Dobrze więc. Niczego dobrodziejka nie wie, ba, nawet o nic nie pyta. Zastanówmy się chwilkę. - Oparł prawą łapę od łokcia aż po palce na podłokietniku i zacisnął z całej siły. - Gdybyś miała wybrać najmilszą, najuczciwszą osobę ze swojej watahy, kto by to był? - Pozycja nie była zbyt wygodna. Zamienił prawą stronę na lewą.
- Nie wiem, co to ma do rzeczy. Ale, powiedzmy... Coposz.
- Dobrze się znacie?
- Wiem, że jest opiekunem szczeniąt. Łowi dla nich mniejszą zwierzynę. Ale nigdy nie zostawia nikogo bez pomocy.
- Znakomicie. Pisz list do domu. Zapytaj, jak się ma.
- Po co? Nigdy z nim nawet nie rozmawiałam.
- Kiedy dostaniesz odpowiedź, zgłosisz się do mnie. Ale! Nie do dowódcy. Do mnie, do gabinetu na parterze. - Po czym machnął łapą, jakby wyganiał z pokoju natrętną muchę.
Cztery dni przed pełnią. Księżyc chowa się za drzewami. Droga do remizy.
Dwoje ślepiów tliło się w ciemności jak dwie blade zapałki. Chudy cień wilka wolno przechadzał się ścieżką. Widział każdego, kto wracał do wsi.
Strażnik, który wylegiwał się pod śliwą, jednym okiem przez cały czas obserwując wejście do budynku, widział o wiele więcej. Rozpoznawał gości po sylwetkach i krokach. Wiedział od razu, kto ile wypił, kto dziś zapalił, kto odwiedził kącik wilczyc, kto zmęczył się grą w karty.
Drugie oko basiora otworzyło się. Chłodne spojrzenie taksująco przesunęło się po przybyszu, który właśnie zatrzymał się naprzeciwko.
- Zawsze niezmiernie mnie ciekawił ów jegomość, który noc w noc leży tu i czuwa - odezwał się ten. - Musi mieć ciekawą pracę. A jaką pożyteczną, gdyby została odpowiednio wykorzystana.
- A jakże. Już jest bardzo pożyteczna.
- Z pewnością, jednak czy domeną zwycięzców nie powinien być ciągły rozwój? Osobisty na przykład?
Drugie oko basiora zamknęło się. Odwrócił pysk w stronę remizy.
- Jak masz na imię? - ciągnął Nakideron, niezrażony chwilą ciszy. - Ile wilków je zna? Chyba niewiele, co? Na kolacje jesz resztki dopiero, gdy urzędasy pójdą do domu.
Znów odpowiedziało mu milczenie.
- Możesz nie wierzyć, ale ja wielce takich osobników szanuję, choć serce mnie boli, gdy marnuje się ich wysiłek. Widzisz tak wiele i nic z tym nie robisz. A tak łatwo byłoby sprawić, że twoje spostrzeżenia zaczną coś znaczyć.
Jednak wilk leżał cicho, niewzruszenie, wcale nie patrząc już na pomocnika dowódcy.
- Bez obaw, słyszę wyraźnie twoją odpowiedź - wymamrotał ten. - Nie będę rzucać grochem o ścianę. Lubisz łowić ryby, prawda? A przeglądałeś się kiedyś w rzece? Sprawdzałeś, od czego niedawno tak okropnie szczypał cię kark?
Strażnik uchylił powieki, mrugnął w zamyśleniu, po czym odwrócił się do niego grzbietem.
- Ilu jeszcze jest z tobą strażników pilnujących remizy? Tylko ty jeden, prawda? - zapytał mówca jeszcze raz, ale tym razem nie czekał na odpowiedź. - To ciekawe, bo twój przełożony jutro zaproponuje mi pracę. Przydałby się ktoś, kto nie jest podpisany imieniem wadery, z którą spędzał czas, gdy remiza zostawała niestrzeżona.
Basior poruszył się. Wolno podniósł głowę, a mięśnie na jego łapach dyskretnie zwiększyły obwód. Zanim jednak zdążył jakkolwiek odpowiedzieć, z korytarza wysunęła się jakaś postać.
- Jak sobie życzysz. Nie będziemy tracić na to czasu - rzucił Nakideron, już spoglądając w stronę gościa opuszczającego budynek. W wysokiej, muskularnej sylwetce rozpoznał basiora z sekretariatu, który właśnie zatrzymał się na ścieżce.
- To ty - stwierdził wilk, gdy tylko ich spojrzenia się spotkały. - Pomocnik dowódcy.
- Zmierzasz pewnie do domu. Przepysznie, bo akurat mam ochotę na spacer.
- Jak chcesz. - Trelik wzruszył ramionami. Nie uszedł jednak daleko. Ledwie oddalili się trochę i wyszli na puste pole, zmierzył kompana spojrzeniem z ukosa. - Czego chcesz?
- Żeby szczęściło się wszystkim, którzy mi pomogli.
- Aha?
- Cenię wilki z potencjałem, jeśli stają po dobrej stronie.
- A strażnik?
- Cóż, no, strażnik, jeśli słyszałeś tę rozmowę, sam możesz ocenić. Tak czy inaczej zrodzi ona pewien słodki owoc. Niedługo się o tym przekonasz.
- Nieważne. Jeszcze raz pytam: Czego ty ode mnie chcesz?
- Jeśli pytasz, zapewne podejrzewam właściwie... Znudziło ci się w tym dusznym, zakurzonym sekretariacie.
Idąc ramię w ramię, zanurzyli się w pokrytej nocną powłoką bieli murów.
Trzy dni przed pełnią. Trelik siedzi w dusznym, zakurzonym sekretariacie. Wie, że siedzi tam już ostatni raz.
Gdy wilczyca wbiegła do sieni, nawet płacz nie zagłuszył jej urywanego oddechu. Nakideron poznał od razu zmęczone gardło, które wydawało te dźwięki. Uchylił drzwi do klitki pod schodami.
- Coście mu zrobi... - Koścista, lecz ciężka łapa zakryła jej pysk.
- Och, proszę siadać, wydaje się dobrodziejka srodze roztrzęsiona. - Postawił nogę na zimnej podłodze, w miejscu, gdzie zamierzał posadzić waderę. Na liście, który przyciskała do piersi, widać było wyraźne ślady zębów, zostawione podczas drogi do biura. - Proszę siadać i opowiadać.
- On... Rankiem znaleźli tylko trochę krwi i porytej ziemi przy jego norze. On zginął - wypluła ze szlochem. - Coposz zginął!
- Zginął? Czy może zaginął? Dobrodziejka brzmi prawie, jakby zaraz miała zakrzyknąć: „Wy go zabiliście!”. Kto to słyszał. A może on po prostu osiągnął stan społecznego spoczynku? Czymże jest prostacka przemoc bez wyczucia. Ani narzędziem, ani ceremonią.
- Nie. To się nie dzieje. - Ukryła pysk w łapach. Zmrużył ślepia.
- Ciekawe, że akurat teraz zainteresowałaś się jego losem. - Przez chwilę przypatrywał się jej obliczu. - Niektórzy mogliby to źle zrozumieć.
- Ty kazałeś mi napisać ten list!
- Coraz bardziej pochłania mnie ta schadzka - stwierdził; trudno ocenić, czy odpowiadając na jej pytanie, czy też je ignorując. - Spójrz, ile już wiesz o Najwyższej Izbie. Wszechwiedząca i wszechwładna. A może dla równowagi ty powiesz nam coś o sobie? Na przykład, czy jesteś tu szpiegiem?
- Uchowaj, nigdy!
Basior westchnął, delikatnie kładąc łapę na sierści na jej karku. Ścisnął.
- Nauczę cię teraz odpowiadać na to pytanie.
- Kiedy nie jestem żadnym szpiegiem!
- Na takie pytania odpowiadasz zawsze: „Będę współpracować!”. Zrozummy się jak należy. Ja prawie do cna już zostałem przekonany, że nie jesteś szpiegiem - sapnął, zżymając wargi w teatralnie niewinną minę. - Istnieją jednak, wespół z zasadami współżycia towarzyskiego, procedury, których muszę się trzymać. Niemniej mam też propozycję, która zadowoli wszystkich.
Opór pod jego łapami osłabł. Wilczyca uważnie spojrzała mu w oczy, na tyle, na ile mogła, nie poruszając głową.
- Dzień czy półtora drogi stąd - kontynuował - na południu jest pewne ciche, spokojne miejsce. Wymarzone, aby pokazać chęć współpracy i przeczekać zawieruchę śledztwa. Co ty na to? Właściwie niewiele się zmieni. Nadal będziesz pracować w Najwyższej Izbie, tylko bardziej... w naszym oddziale terenowym. Odwiedzałem to miejsce niejednokrotnie. Niezwykle urokliwe.
- Ja... - W jej oczach zalśniły łzy.
Dzień przed pełnią.
Dziesięć okręgów nietoperza przed chwilą, gdy księżyc ukazał się na niebie. Biuro ochrony. Za sceną słychać zbliżające się głosy.
Dwaj pomocnicy weszli do gabinetu Baszina. Zastali go w swoim fotelu, zaczytanego w jakichś dokumentach. Podpierał się prawą łapą, jak zwykle.
- Nakideron. Dobrze, że cię widzę. - Dowódca podniósł wzrok. Nachylił się i wziął z biurka kartkę, którą wilk poznał od razu. - Co to jest?
- Rozkaz usunięcia strażnika ze stanowiska - odparł bez namysłu. - Miałem w zamyśle oszczędzić panu dowódcy pracy.
- Podpisany moim własnym podpisem.
Stojący obok Trelik zmierzył wzrokiem drugiego pomocnika. Nie spodziewał się, że będzie świadkiem tej rozmowy już drugiego dnia pracy.
- Działałem w dobrej wierze - oznajmił Nakideron, nie wkładając w te słowa ani krztyny przekonania czy skruchy.
- Żadne przeniesienie ani zwolnienie strażnika oczywiście nie dojdzie do skutku. - Baszin odłożył kartkę z powrotem na blat. - Nikt nie wysunął wobec niego żadnych oficjalnych podejrzeń. Na szczęście już odwołałem tę... decyzję. Odsuwam cię od jakiejkolwiek pracy z dokumentacją. Jeśli jeszcze raz dowiem się, że dotknąłeś raportu lub pisma, za które jestem odpowiedzialny, twoja noga więcej nie stanie w tym biurze.
- Proszę przyjąć moje serdeczne zapewnienie - odparł wilk tym samym, suchym tonem, skrytym pod maską sardonicznego uśmiechu - że nie będzie takiej konieczności.
Strażnik mógł pilnować wejścia do remizy. Nie zajmował wiele miejsca.
Piąta pełnia roku.
Szorstka sierść szeleści w ciemności, ocierając się o słomianą plecionkę na ścianie.
Gdy chuda łapa uchyliła drzwi, dostojny basior odwrócił się od okna. Jego pomocnicy weszli bez pytania.
- Przyszła pora, panie dowódco.
- O czym mówisz, Nakideron? - zapytał, choć nie był naiwny. Usiadł. Skrzyżował ramiona.
- Pozwoliłem sobie ustalić z wykonawczym przewodniczącym pewną optymalizację środków.
- I tak. - Jego głos był chłodny i sztywny, jak łapy ułożone na piersi. - Jednak mnie wygryzłeś.
- Nie muszę chyba tłumaczyć, że wszystko to z troski o przyszłość Najwyższej Izby. - Żółty wilk skłonił się lekko. - Jako że jest mi ona droższa od samego nieba.
Właśnie dlatego nie miało żadnego znaczenia, co odpowiedział strażnik. Ucho w pobliżu remizy albo podpis dowódcy. Przeoczenie decyzji podjętej przez sprawnego pomocnika albo odkrycie i dowód własnej niesprawności: bywa, że wszystkie drogi prowadzą pod ten sam adres.
Minął ledwie lot jaskółczy i Baszina nie było już na posterunku.
- No to... pijemy - gdzieś z tyłu dobiegł półszept Trelika. - Za wspólne zwycięstwo. Kolacja czeka.
- Idź, jeśli chcesz. - Nakideron usiadł przed oknem, delektując się promieniami zachodzącego słońca. - Ja muszę pomyśleć. Jest jeszcze wiele do osiągnięcia. Na początek wprowadzę kilka ulepszeń do procedury przyjęć nadzorców.
- A co zrobisz ze strażnikiem? Jeśli wyszło, że stary dowódca chronił szpiega, strażnika też musisz usunąć. Inaczej przegrasz własną kartą przetargową.
- Doprawdy? - Uśmiechnął się krzywo. - Jakże jestem szczęśliwy, że już niedługo pomogę ci zrozumieć, jak działa skuteczny wywiad. Właśnie dlatego Najwyższa Izba czekała na kogoś takiego jak ja. Ale najpierw trzeba przygotować pokój. Wybierzesz się jutro do urzędu, do szafarza. Da mi kilka prześcieradeł. Przykryjemy nimi meble.
- Po co?
- Spójrz na nie tylko. Nie szkoda byłoby je poplamić przy pierwszym przesłuchaniu? No, idź już jeść.
Pierwszy poranek po nocy pełni. Obszerna, zwiewna płachta pokrywa biurko. Druga opada na fotel; kolejne na stos krzeseł leżących w kącie. Pokój cicho i niepostrzeżenie chowa się pod białą kurtyną.
Odtąd to on podchodził do okna. Wyglądał przez nie przy każdej okazji, nawet gdy nie musiał niczego rozważać.
Strażnik za to został zamieniony w posąg. Nie odstępował już od remizy ani na krok. O tym, że byłby to jego ostatni krok w Najwyższej Izbie, dobrze wiedział on sam, przewodniczący wykonawczy oraz nowy dowódca ochrony.
Obraz sytuacji od tamtej pory: spokój, harmonia i rozwój.
Nów.
Choć pora była jeszcze wczesna. Wilga nie skończyła zawodzić w drzewach rosnących przed wejściem do remizy. Czasem przekrzywiała główkę, okrągłymi ślepkami odprowadzając wilki znikające w cieniu korytarza. Szczególnie zaciekawił ją pośpieszny krok pewnej wadery.
- Och, dawno się nie widzieliśmy - powitał ją ze swojego fotela, a jego uśmiech mógłby uchodzić za kurtuazyjny, gdyby nie przymrużone oczy, zdradzające zupełnie inny rodzaj przyjemności z jej obecności.
- Przyszłam w sprawie zawodowej. - Stanęła wyprostowana, zbliżając do siebie przednie łapy. Jej drobna sylwetka ginęła wśród prześcieradeł poruszanych przez przeciąg.
- Jakże mrozi moje serce waćpanny srogi głos. Albo ma waćpanna nietęgą pamięć, albo źle wspomina nasze ostatnie spotkanie. A może właśnie dobrze i życzyłaby sobie je powtórzyć? Proszę wyswobodzić mnie z pułapki mnogości interpretacji. - Basior zeskoczył z fotela i zbliżył się o dwa kroki. Na piersi poczuła ciepło jego oddechu. - Pamiętasz je? Ja na przykład należę do wilków ogromnie sentymentalnych. Zapamiętuję sobie każdy szczegół. Pamiętam, że to była noc po pierwszej wiosennej burzy.
- Przecież zgodziłam się na wszystko. - Usiadła, rozcierając drżące palce. - Pracowałam dla ciebie uczciwie.
- Owszem, pamiętam. - Przysunął pysk jeszcze bliżej, zatrzymując nos tuż nad jej szyją. - Mówiłaś, że zrobisz wszystko. Dla mnie wszystko. Chciałbym móc pracować tylko z takimi klejnotami.
- Pracowałam... dla ciebie uczciwie - wycedziła przez zęby, ściskając swoje łapy do granicy bólu. - Jeśli to można nazwać uczciwością.
- A zatem? - Odsunął się tylko na tyle, by objąć ją wzrokiem.
- I będę nadal, ale musisz mi pomóc. Trzeba odprawić Kornicję do zwykłej watahy. Ona nie daje sobie rady. Tak powiedziała psycholog.
- Cóż za pesymistyczne wnioski, spowodowane chyba tylko brakiem doświadczenia w negocjacjach. Nawet muł da sobie radę, otrzymawszy odpowiednie instrukcje. - Basior uśmiechnął się szeroko, lecz jego spojrzenie pozostało zimne. - Powtórzę je z ochotą.
- Pozwól jej odejść. Nic z niej nie będzie. Użyj swoich wpływów u Cieni. Oni też mają sierociniec, przyjmą ją. Wiem, że od twoich synów wiele tam zależy. Proszę! - Urwała i odetchnęła, czując, że następne słowo może zamienić się w szloch.
- Jedna rzecz mnie frasuje w całej tej zabawnej historii. - Oparł łapę o otulone bielą biurko i postukał pazurem w kant blatu. - Powiadasz, że przyszłaś w sprawie zawodowej. A ja tu widzę tylko prośbę. W sprawach zawodowych przychodzą zazwyczaj ci, którzy oferują coś w zamian. A ty, spójrz, wszystko już mi oddałaś. - Pozwolił ciszy zapaść, obserwując uważnie, jak jej wargi bledną, a ślepia wilgotnieją. - Denkin! Flakonik biały.
Wadera cofnęła się o krok. Drzwi wciąż miała tuż za sobą. Droga jeszcze była wolna, lecz czy było dokąd uciekać? Denkin ominął ją szerokim łukiem.
- Zbliż się, bez obaw. - Między pazurami dowódcy błysnęła szklana buteleczka. Wyciągnął ją daleko przed siebie. - Weź.
Jak kazał, przejęła przedmiot delikatnie, obiema łapami.
- Co mam zrobić? - szepnęła.
- Masz rację. Swoje obowiązki wypełniasz wystarczająco dobrze - mruknął. - Ale możesz pomóc Ildiri. Ostatnio nieboga leciutko się potknęła. Nie zdołała utrzymać zaufania jednego ze swoich gości. Ale tobie nie będzie miał powodu nie ufać. Nie jesteście ze sobą tak blisko.
- Kto to jest? - Opuściła wzrok. Biały proszek przesypywał się wewnątrz fiolki.
- Taki ptak. Asystent Birasta, na pewno poznasz. Wystarczy odrobina dodana do wina czy posiłku. Nawet łoś nie podniósłby się po tym przez całą noc. Ildiri będzie wiedziała, co robić dalej. - Rozluźnił pysk, obserwując, jak wilczyca przesuwa buteleczkę w palcach. - Wtedy ja pomogę tobie.
Jeszcze przez chwilę milczała. Wreszcie bez słowa odwróciła się ku drzwiom, ściskając proszek w pysku. Nie zatrzymywał jej już żadnym zbędnym słowem.
W oczy każdej wilczycy patrzył tylko jeden raz. Oceniał ją ledwie przez chwilę. Potem barwne obrazy, wyczytane z rozszerzonych źrenic, poczerwieniałych białek i błyszczących łez, przeradzały się w suchy profil przydatności do użycia. Liczyło się tylko to, jak skuteczna będzie w swojej pracy. Czy wystarczy jej determinacji, żeby przechytrzyć urzędnika.
W istocie wyjątkowo wyraźnie pamiętał dzień, gdy przedstawiono mu tę wilczycę. Spokojne zacięcie, z jakim patrzyła mu w oczy, gdy leżała pod nim na klepisku, bez łez, bez błagania, powiedziało mu o niej więcej niż cały życiorys. Mignęły w nim długie księżyce spędzone na szukaniu innych możliwości, widział w nim utratę nadziei. I pewność decyzji, która obiecywała trzymać waderę w jednym kawałku. Było tam też odbicie kogoś lub czegoś, co chciała chronić, ale czym lub kim mogło się to okazać, ani przez chwilę się nie zastanawiał.
Łąki cichły. Nad ciągnącym się po horyzont morzem traw ustawały nawet piski nietoperzy. Wilczyca poszła w swoich rozważaniach o krok dalej.
Wyjęła fiolkę spomiędzy słoi z przyprawami. Szkło zadzwoniło w drżących łapach. Nie mogła rozsypać proszku. Obejrzała się przez ramię. Z korytarza dobiegały głosy wilczyc, ale zaplecze na moment opustoszało. Teraz.
Substancja szybko rozpuszczała się na mokrej powierzchni porozcinanych na pół borówek. Połowa pracy już wykonana. Było prawie po wszystkim.
Poczuła, że napięcie powoli odpuszcza. Z całej siły ścisnęła w zębach metalową tacę pełną leśnych owoców. Jeszcze tylko zanieść to do sali. Znaleźć niebieskie pióra. Postawić na odpowiednim miejscu, po jego stronie.
Spojrzeć mu w oczy.
- A kogo to ja widzę! - Rasz po swojemu rozłożył łapy, jakby już czekał, aż rzuci mu się w ramiona. - Awi złotooka, o złotych ustach i złotym sercu. Siadaj z nami, lataśmy nie gadali!
Zatrzymała się nad nimi. Kły zwarte na tacy nie chciały wypuścić jej z pyska. Siedzieli wszyscy trzej: Birast i dwóch jego asystentów. Ktoś otarł się o jej ramię. Odsunęła się sztywno.
- Coś mnie ominęło? - Ildiri zatrzepotała rzęsami ze swoim wężowym uśmieszkiem i przysiadła się do pozostałych.
- Moje towarzystwo. - Basior zamrugał, parodiując jej gest. Awita cofnęła się o krok, by ich okrążyć. Właśnie wtedy zdała sobie sprawę, że szczęki zaczynają piec od ciężaru... a taca się przechyla.
Jedna jej łapa znalazła podparcie tuż przed dziobem ptaka, który dopiero teraz podniósł wzrok. Wyprostował skrzydło, instynktownie lub celowo, podtrzymując tacę z drugiej strony, zanim zawartość zsunęła się na ziemię.
- Przepraszam - odpowiedziała półgłosem.
Borówki nadal leżały na półmisku.
Odwróciła się i postawiła przygotowane danie za swoim grzbietem, na jakimś pustym miejscu. Ciężko usiadła obok Szkliwa i ukryła pysk w łapach.
- Hej, przecież nic się nie stało! - Pogodne słowa Rasza dobiegły gdzieś z boku.
Oczy, nos, język... wszystko zaczęło piec od łez; od strachu i pragnienia ucieczki. Łapy mocniej przywarły do policzków.
- Jak Kornicja? - Słysząc ciche pytanie, podniosła głowę, zaciskając palce tuż przed swoim pyskiem. Ptak wpatrywał się w nią z uwagą.
- Trochę śpi, w końcu. - Głos ugrzązł jej w gardle. - Ale nawet przez sen coś układa. Łapkami. W powietrzu. - Zawiesiła wzrok na leżącej w centrum upieczonej koziej tuszy. - I mówi, że pójdzie go szukać.
- Kogo?
Bezsilnie wzruszyła ramionami. Kątem oka dostrzegła jego zmarszczone brwi.
- Wybaczcie. Zapomniałam o polewie - mruknęła łamliwie. Namacała stojącą z tyłu tacę i podniosła się z miejsca. - Taką dobrą polewę dziewczyny zrobiły do tych owoców...
Podreptała do wyjścia, zabierając ze sobą tacę z deserem. Beztroski gwar na chwilę wypełnił po niej pustkę.
Gdzieś w oddali, za ogniskiem, rozległ się terkot drewnianych figur wysypywanych na ziemię. Kirłan wziął łyk wina i ustawił szachownicę na porowatej podłodze. Wyrównał delikatnie, czubkami pazurów. Gdy jego stały przeciwnik zjawił się wreszcie, wszystko było już gotowe.
- Grasz dziś czarnymi. Chcę przećwiczyć nieregularne otwarcia.
- Jak sobie życzysz - odparł ptak sucho, siadając po swojej stronie.
- Pojutrze planuję wybrać się do domu. Chcę pograć z dzieciakami. Zobaczę, co im zostało w głowie po lekcjach z Eugiskiem - oświadczył, przestawiając pierwszego pionka, na co Szkliwo odpowiedział tym samym. Wilk bez namysłu przesunął gońca po linii czarnych pól. - Ostatnio bardziej skupiasz się na grze. Znudziły cię moje wywody?
- Nawet nie wiem, co o tym mądrego powiedzieć.
- No cóż, jak wolisz. Myślałem, że teraz dopiero będziemy mogli rozmawiać naprawdę. - Uśmiechnął się figlarnie, jakby właśnie udało mu się zbić wieżę.
- Milczę. To wystarczy, czy żądasz więcej?
Kirłan westchnął z cieniem znudzonego chichotu.
- Wiesz, co mi się w tobie podoba? - Poprawił własną pozycję, swobodnie wyciągając jedną nogę. - Niczego nie udajesz. Przecież widzę, jak wielką masz ochotę wygarnąć mi różnice światopoglądowe. Ale i ty wiesz, i ja wiem, że żaden żadnego nie przekona. Trudno! Takie już jest życie.
- Masz rację.
- Ale właściwie cię oceniłem. Można do ciebie jak do przyjaciela. - Uśmiech basiora zmienił się. Oczy złagodniały. Zatrzymały się na Szkliwie na długą chwilę, patrząc tak, jak patrzy się na świeżo obdartą skórę, w myślach już oceniając, czy będzie wystarczająco ciepła na zimowe legowisko. - No żebyś jeszcze był odrobinę mądrzejszy! - Pacnął łapą w podłogę.
- Po co ci to?
- Nie zdążyłeś jeszcze zauważyć, że kocham wyzwania? Wygrywają tylko ci, którzy je lubią.
- Mhm. - Żuraw przestawił pionek chwiejnym ruchem, jakby wybór był przypadkowy, a myśli wędrowały już w zupełnie inne obszary. Nie było to zaskakujące. Kirłan znał tę chwiejność. Gdy się pojawiała, strącał z planszy najwięcej figur.
- A ty lubisz? - W końcu doczekał się odwzajemnienia spojrzenia, nie podążyła za nim jednak żadna deklaracja. Gdyby głowa żurawia była zajęta rozmową, dałby jakąkolwiek odpowiedź. W grze też jej nie było. Gdzie zatem była? - Wiesz co? Zabiorę cię jutro na kolację. - Basior przesunął hetmana, nie patrząc na planszę.
- Na co, słucham?
- Na kolację. Ale nie taką jak tutaj. Będzie kilku ciekawych gości, z którymi dzielę światopogląd. Jeśli oni cię nie przekonają... - Tylko wzruszył ramionami. - To i tak się przyda.
Promienie słoneczne rozświetliły poranek.
Awita usiadła na brzegu rzeki i pochyliła się, by zamoczyć w niej różową ściereczkę. Wartki nurt zmywał z niej kurz i wypłukiwał ziarna piasku z kosmatej powierzchni. Zimna woda sprawiała, że łapy kostniały.
Zaczęła energicznie rozcierać materiał. Plusk zagłuszył odległe gruchanie gołębia na skraju lasu. Wycisnęła ściereczkę i rozłożyła ją na trawie do wyschnięcia, po czym wzięła kolejną.
Wyprostowała się, słysząc zbliżające się kroki.
- I jak? - Basior zatrzymał się tuż za nią, wyprostowany, z uprzejmym uśmiechem na pysku. Zerwała się na równe nogi. - Jak mniemam, nasza umowa z sukcesem weszła w życie.
- Wyb... Wybacz. Nie udało mi się. 
- Och.
- Przepraszam! Może gdybym mogła zrobić coś innego, gdybyś dał mi inne zadanie...
- Nie, niczym się nie przejmuj. - Uniósł łapę, zatrzymując jej wywód. - Nieszczęsna istotko, tak wrażliwa na cudzą niedolę, kochająca szczeniaczki i ptaszki. Brzmisz, jakbym chciał cię za to zabić! A ja pragnę zaprosić cię do mojego gabinetu. Znajdziemy rozwiązanie tej kłopotliwej sytuacji.
- Wezmę tylko ścierki, żeby nikt nie zabrał...
- Nie kłopocz się nimi. - Łapą odwrócił ją w swoją stronę i ruszył w kierunku biura.
A ona poszła za nim - bo co innego mogłaby zrobić - przypuszczając, że to będzie kolejna, trudna rozmowa. Może licząc na łaskę drugiej szansy.
Wdrapując się po schodach, zwolniła, by swobodnie machający ogon nie dosięgnął jej pyska. Gdy otworzył drzwi, wiatr owiał pokój i zatrzepotał białymi skrzydłami prześcieradeł. Dwaj pomocnicy siedzieli obok siebie, pod ścianą. Nakideron rozłożył się na swoim fotelu, nonszalancko podpierając skroń lewą łapą, a ona przysiadła na podłodze, niepewna, jak się zachować.
- Spójrzcie tylko, moi drodzy, na dobrodziejkę. Wymizerowana, drobniutka, strwożona. Spodziewa się pewnie, że czeka ją tu coś strasznego. Jednak czy raz już ktoś mnie zawiódł? Czy raz pracownik okazał się niewydolny? A jednak narzuty na moich pięknych meblach wciąż są czyste.
- Przepraszam - wyszeptała. Z ociąganiem wzięła wdech. Trochę proszku nadal leżało ukryte w słoiczku na zapleczu remizy.
Przed oczami stanęło jej skrzydło, które w porę podtrzymało przechylającą się tacę. Zacisnęła zęby, nie dodając już ani słowa.
- Kochasz złote słońce nad horyzontem? - Ślepia dowódcy mrugnęły, a głowa przechyliła się niewinnie. Kiedy ostatnio podczas rozmowy w swoim biurze ani razu nie podniósł głosu? - To się tak szybko nie wybieraj za horyzont. Na tym łez padole nadal potrzebne jest twoje dobre serce i pragnienie uczciwej pracy - zakończył szeptem. - No, chłopcy. Dość gadania. Nieboga powinna trochę odpocząć przed podróżą. Denkin, lina.
Basior, zanim odpowiedział, niepewnie poruszył ogonem. Przez jego pysk przebiegł ulotny grymas, między brwiami na moment pojawiła się zmarszczka.
- Jeśli chcesz, to to zrób, Nakideron. Ale ja nie będę bez powodu brudzić sobie łap.
- Życzysz sobie dodać jeszcze słowo?
- Ona nie jest groźna. Nie jest szpiegiem ani wrogiem - mruknął wilk. - Chciała tylko pomóc dziecku.
Dowódca przechylił się lekko, mocniej opierając na lewym podłokietniku. Uniósł łapę do pyska i wierzchem pazura postukał w wargę. Wreszcie wolno odwrócił głowę nieco bardziej za siebie, ku drugiemu pomocnikowi.
- Trelik. Dwie liny. - Patrzył, wciąż ze swoim uprzejmym, choć teraz już prawie nieuchwytnym uśmiechem, aż od wykręcania rozbolała go szyja.
Wezwany przelotnie zwrócił pysk ku towarzyszowi. Przestąpił z łapy na łapę pod ciężkim spojrzeniem przełożonego. Wreszcie kiwnął głową i pchnął drzwi, po czym zniknął na schodach. W gabinecie zapadło milczenie.
- Nakideron... - Denkin zesztywniał, a w jego ślepiach zalśnił strach.
- Ćśśś. Zatrzymaj się choć o słowo od ziemi.
Drugiej nocy nowiu żaden srebrny błysk nie rozjaśnił nieba.


To się stało nad ranem, gdy nad równiną unosił się tylko szorstki rechot żab. Pośród świeżych źdźbeł traw leżało kilka kolorowych ściereczek przygotowanych do wyprania. I jedna czysta, potargana i zwinięta osobno od reszty.
Gdy Ildiri rozciągnęła grzbiet, wysuwając się spod zasłoniętej kotary, kierowniczka już krzątała się po lawendowym kąciku i szturchała jedną z wilczyc, która przysnęła tam na poduszkach.
Dopiero gdy słońce wzeszło w pełni, a nie wszyscy zjawili się na poranny kubek mleka, ktoś zapytał, gdzie podziały się dwie śpiące królewny.
- Nie widziałam ich od wczoraj. - Czarnowłosa wilczyca przetarła powiekę, by pozbyć się z oczu porannej mgły. - Awi ostatnio, jak szła prać nad rzekę. Korni wtedy spała.
- Ale nie ma jej w żadnym pokoju. Ani świeżego zapachu, ani nic. - Stelkia zastrzygła uszami, przysiadając się do pozostałych. - Obie jakby się pod ziemię zapadły.
Odsunęła łapę od oczu, mierząc spojrzeniem wszystkich zebranych. Zacisnęła palce na swoim kubku.
- Wypiję i pójdę ich poszukać - zaoferowała. Z tyłu głowy zaczęły kołatać jej się pewne podejrzenia, ale zdecydowała się ich wysłowić. Awita nie zwierzała jej się ze swoich planów, ale przecież musiała dostać od jaszczura tę samą propozycję, którą zdawał się raczyć każdą pracownicę remizy. Wschód płacił mu za szmuglowanie kurtyzan na swoje ziemie, czy co?
Wydeptany w trawie ślad doprowadził ją nad rzekę. Podniosła jeden z rozrzuconych nad brzegiem kawałków materiału. Zapach był już słaby. Niczego nie rozumiała. Przecież, nawet, gdyby chciały odejść, nie odeszłyby w ten sposób. Może po prostu wybrały się na przechadzkę. Czasem tak robiły. Tylko dlaczego Awita nie skończyła pracy?
Ruszyła brzegiem z nadzieją, że ich zapach będzie coraz silniejszy. I tak się stało. Głęboko, pod zapachem glonów i mułu, dało się wyczuć woń wilczej sierści. Kornicja była tam na pewno. A gdzie jej opiekunka?
W cieniu zarośli coś czerniło się nad powierzchnią wody. Zwolniła. Kawałek drewna, czy zgubiona przez kogoś płachta? Prąd kołysał tym powoli. To chyba nie drewno. Miękkie, matowe. To falowała... sierść.
Ildiri wbrew sobie zanurzyła czubki palców w lodowatej wodzie. Pod białymi refleksami widniały zarysy pyska.
Na wpół otwarty, sztywno ulegał rytmicznemu nurtowi rzeki.
To nie wiatr, niczyj krzyk z oddali. To zahuczało jej głowie. Cofnęła się o krok. Tylne nogi wpadły w zarośla.
Przez chwilę nie potrafiła się ruszyć. Woda była zimna, a Kornicja zawsze szybko marzła, nawet suchymi, wiosennymi wieczorami. „Ktoś powinien ją wyjąć”, pomyślała i choć wiedziała, że to bez sensu, chwyciła za łapkę. Pociągnęła, jakby spodziewała się, że zastygłe palce jej odpowiedzą, uczepią się jej i pozwolą wydobyć się na brzeg.
Ale pozostały wyprostowane, ani drgnęły pod jej dotykiem.
- Proszę mi pomóc! - wołanie rozeszło się po korytarzu. Wilczyca biegła na oślep, nie pamiętając nawet, w które drzwi powinna skręcić. Przełknęła zmieszaną ze łzami ślinę. - Słyszy mnie ktoś?
Barkiem oparła się o ścianę i opuściła głowę; ciemne plamy latały przed oczami. Zadrżała, czując, że w krtani zbiera jej się wycie. Z pokoi po obu stronach wyjrzało kilka głów.
- Ildiri! Co się stało?
To Birast. Znów poderwała się do biegu i zatrzymała dopiero przy jego ciepłej piersi.
- Nasza Korni... w rzece... Ona nie... - Poczuła, jak oplatają ją jego łapy. Za jego grzbietem dostrzegła wpatrzone w nią dwie pary oczu. Szkliwo, który wraz z drugim asystentem inspektora siedział gdzieś w głębi pomieszczenia, odłożył pióro. - Ona się utopiła...
- Biedne dziecko - miękki głos basiora otoczył ją jak osnówka bezpieczeństwa. - Koniecznie trzeba jak najszybciej to zgłosić. Wezwij na miejsce medyczkę. Ona zajmie się resztą. - Odsunął ją delikatnie.
- Ale... - Mokra powłoka zasnuła jej widok. Przygięła łapy, siadając, wciąż w jego objęciach, choć teraz już lżejszych i nie tak ciepłych.
- Gdzie to się stało? - Ptak zatrzymał się w drzwiach, na ich wysokości.
- Tam, tam... Tam niedaleko mostka. - Wadera pochyliła się naprzód, ponownie ukrywając pysk w sierści Birasta. Jego łapy postawiły jej lekki opór, ale ostatecznie przyjęły i przytuliły.
- Gdzie medyczka?
- W szpitalu, oczywiście! - tym razem uprzedził ją inspektor.
- Ale ja powinnam... - Przełknęła ślinę, czując w gardle narastający ciężar.
- Niech ona tu zostanie.
Birast posłał mu krótkie spojrzenie.
- Czy mam rozumieć, że prosisz o przerwę? - rzucił, zanim skrzydlaty zniknął za rogiem.
- Tak.
- Mówiłam, że jest delikatna... Mówiłam - szeptała, wsłuchując się w szelest sierści basiora, ocierającej się o jej nos przy każdym oddechu. - Głupia... Czegoś ty tam szukała? Dokąd chciałaś uciec?
Sterczące na drugim brzegu rzeki pnie uschniętych brzóz przyglądały się scenie jak bezimienne duchy.
Stare, spracowane łapy medyczki bez pośpiechu ścisnęły nogę szczenięcia, badając puls chyba już tylko z przyzwyczajenia. Starła z uchylonego pyska zielonkawy grzybek piany. Zapytała o imię zmarłej, o imię zgłaszającego. Przykryła ciało grubym kocem i oświadczyła, że zaraz powiadomi wilki, które je uprzątną.
- Taka młodziutka. - Zanim odeszła, pokiwała jeszcze głową. Potem został tylko koc na trawie, a pod nim nieruchome wybrzuszenie.
Tak. Taka młodziutka. Dopiero poznawała życie, tyle jeszcze mogło ją czekać. A jednak wystarczyła tak krótka chwila, która przylgnęła tak mocno, jakby miała stać się nieodłącznym towarzyszem na resztę życia, od którego można uwolnić się jedynie... znikając.
Popołudniem tylko wstęgi delikatnej mgły tańczyły nad pustą równiną. Czasem gdzieś wysoko, na niebie zapiszczał nietoperz. Gałęzie wierzby wisiały nisko nad wodą.
Asystent inspektora oparł skrzydła o poręcz. Wolno opuścił głowę i położył na nich czoło napięte do bólu. Powieki paliły żywym ogniem, ale nie wypływała spod nich ani jedna łza. Mocniej wcisnął je w pióra.
Woda chlupała przy brzegu, gdzieś pod jego nogami.

Cdn.

sobota, 8 sierpnia 2026

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Od Xiva

Rzadko zdarzało się Xivowi, by odwiedzać inne watahy w innych światach. Dokładniej mówiąc, rzadko zdarzało nu się, że mogło z takimi watahami wchodzić w interakcję. Zazwyczaj tylko obserwowało gdzieś tam z tyłu, przejęte w ten sam sposób, co Ty, czytelniku, możesz być zainteresowany serialem w telewizji. Ciekawa rozgrywka, ale nieszczególnie zmieniająca życie.

Tym razem było inaczej. Tym razem Xivo miało swoje ciało, którym dotykało, czuło i dzięki któremu mogło rozmawiać z tutejszymi wilkami. Na szczęście wilki te mówiły w tym samym dialekcie, co atramentowy basior.

Watasze przewodziła wadera Luna, piękna niczym pełny księżyc odbijający się w tafli zamarłego jeziora, z długimi, falistymi włosami i oczami o kształcie migdałów, w których tęczówki przypominały barwą mroźny lód, a także jej partner, Shadow, czarny w odmianie bezchmurnej nocy, wielki, umięśniony i proporcjonalnie do swojej żony przystojny. Pół twarzy Shadowa zakrywała grzywka z czerwonymi jak krew końcówkami, zresztą ten sam kolor wybijał się na ramionach basiora, tam przybierając kształt czaszek, oraz i końcówce ogona jako typowy pędzelek. Luna nie miała odmian, była całkowicie biała jak świeżo opadnięty śnieg, a jej delikatne kształty idealnie dopełniały ostre kanty partnera.

Alfy przyjęły podróżnika z uśmiechem na pyskach i przysłowiowo otwartymi ramionami. Nie pytali, skąd się wziął ani skąd pochodzi, ale najwyraźniej wcale nie zależało im, by to wiedzieć. Dla Xiva było to i lepiej. Z ogromną chęcią słuchał opowieści o Watasze Wiecznej Gwiazdy, jak nazywała się tutejsza społeczność, jednocześnie podziwiając nieznane wcześniej widoki. Wiele różnych jaskiń, miejsca wyznania wiary, wodospady, piękne polany, Xiv było zauroczone, choć oczywiście nie zapomniało o swoim domu.

Dzieci pary alfa także były przekochane – Lumine i Draco hasali dookoła przybysza, zadając setki ciekawskich, choć niezupełnie rozsądnych (jak to w przypadku szczeniąt bywało) pytań. Luna musiała w pewnym momencie je odgonić, bo zaczęły wskakiwać na grzbiet Xiva…

Wilczę przez moment poczuło ogromną potrzebę zostania rodzicem.

Gdy tylko wycieczka dobiegła końca, para nakarmiła swojego gościa kilkoma soczystymi królikami, które, jak Yir się dowiedziało, już dawno temu przeciążyły tutejszy ekosystem i Wieczna Gwiazda do teraz walczyła, by się z nimi uporać.

W końcu Xivo poczuło to znajome ciągnięcie i było zmuszone pożegnać się z nowymi znajomymi i gdyby nie to, że przenoszenie przedmiotów było niemożliwe, ratownik z chęcią zabrałby trochę marynowanego królika ze sobą.

sobota, 1 sierpnia 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Procedura troski”, cz. 18

Oglądasz oczko po oczku
i myślisz, że robisz coś dobrego.


Czwartego księżyca roku letniego, po lecie ognistym lat pięć, gdy biała wioska zastygała pod kocem opadłych liści w oczekiwaniu na długie noce i sny o śniegu, stanęła u jej bram jedna świeża jeszcze para wilków.
Byli piękni i młodzi. I pełni nadziei. I troszkę zdenerwowani: zwykła rzecz w takich przypadkach.
- Pamiętaj wszystko, co ci mówiłam.
- Dobrze, dobrze. Pa - zniżył głos, wstępując na schody prowadzące do urzędu.
- Reskier! - Odwrócił się na pięcie. Wadera podniosła zaciśniętą łapę w geście mocy i zachichotała cichutko. Przewrócił oczyma, ale zanim zniknął w przedsionku, posłał jej jeszcze krótkiego całusa.
Wiedziała, że partner ma przed sobą rozmowę, od której wiele zależy. Na nią zresztą też czekały nowe obowiązki. Nie była pewna, gdzie ma się stawić. Szczęśliwie tajemnicza machina obiegowa działała bez zarzutu. Obowiązki znalazły ją same. Tak zaczyna się większość historii, które tu właśnie się kończą.
- Hej, ty jesteś ta nowa? - Smukła łapa została do niej wyciągnięta znienacka.
- Tak by wychodziło.
- Czemu nie wchodzisz?
- Nie wiedziałam, że też pracujemy w urzędzie. Właśnie miałam...
- Tylko bywamy. Wiesz, jakie będą twoje zadania?
- Mniej więcej tak.
- Więc chodź. Muszę pokazać ci rejestry. Skąd jesteś?
- Z Watahy Wrzosowych Wojowników.
- Aż z północy? Jak ten Eugisk tam na ciebie trafił! Czyli do tej pory pracowałaś gdzie?
- Zawsze na swoim stanowisku, ale w różnych miejscach. Trochę w naszej jaskini medycznej, przez jakiś czas w sierocińcu. Właściwie to tam poznałam jego pomocnika. Tego z waszego programu adopcji sierot.
- Tak, tak, znam Merapika. Miałaś szczęście, czy taka jesteś dobra w tym, co robisz? - Po pysku przewodniczki przebiegł figlarny uśmiech. - Zresztą, widać, że dobrze ci z oczu patrzy. Ależ się cieszę, że cię mam. Ależ mi się przydasz!
Zapach starego drewna i chłód murów prowadził je korytarzami za kolejne zakręty.
- Jeśli do tej pory pracowałaś w psychologii medycznej, to wolę przypomnieć ci o jeszcze jednej rzeczy. W naszej branży psycholog jest skuteczny tylko wtedy, gdy nie wdaje się ze swoimi podopiecznymi w dyskusje o środkach, jakich używa. Nie możemy w pełni ufać urzędnikom, których mamy przyjmować i pilnować. Od tego zależy bezpieczeństwo naszego systemu. Dobrze?
- Rozumiem! Merapik już mnie uprzedzał, że w tym miejscu dyskrecja jest szczególnie ważna.
- I miej na uwadze, że ten pokój jest dostępny tylko dla nas. Urzędnicy wchodzą tu tylko w naszym towarzystwie. Takie są procedury.
Ciężkie, szczelne drzwi otworzyły się przed nią z rozmachem. Jak polecono, tak postąpiła. Była to pierwsza z wielu rzeczy, które jej pokazano.
- Przypomnij, jak się nazywasz? - Wysoka wilczyca odwróciła się od otwartej szuflady. Jej łapy ani na chwilę nie przestały grzebać w zakopanych w niej skarbach.
- Cispesja.
- Tak, właśnie. Przepraszam, ale wstyd. - Stuknęła się w czoło. - Niedługo chyba zapomnę, jak sama mam na imię.
- A jak masz na imię?
- Cholerka, wybacz! Imroza. Dobrze, jeśli wszystko mamy ustalone, to od jutra zaczynasz. Ach! Zapomniałabym. Codziennie rano przynoszą nam mleko. Dla nas, ale i gości możesz nim częstować. Wiesz, jak dasz komuś co od siebie, łatwiej mu się otworzyć.
W przydzielonym im domu mieli mieszkać razem z drugą psycholog. Mogli zająć całą izbę na końcu długiej sieni, z widokiem na ulicę. W sam raz na wspólne wieczory w ciepłym świetle pochodni, które wpadało do wnętrza. Ostatnie listki tańczyły na krzewach, a ich cienie rysowały w oknie ogniste mozaiki. Brakowało tylko szczegółów, by ten pokoik uczynić przytulnym.
- Muszę wiesz co? - szepnęła, gdy pierwszej nocy leżeli już przytuleni na legowisku ze świeżego siana.
- Co? - wymamrotał w półśnie.
- Dostać gdzieś włóczkę.
- Mhm... Pomyślimy o tym. Może w urzędzie mają jakieś dojścia...
Poranki były chłodne. Wszystko toczyło się zgodnie z naturalną uprzejmością jesieni, która, choć krótka, chciała dobrze przygotować mieszkańców wioski na nadejście surowej zimy.
Cispesja podsunęła sobie pod pięty świeżo upleciony, trzcinowy dywanik. Trzech nowych asystentów jednego dnia. Od siedzenia na kafelkach, w dodatku krzywo ułożonych, można było dostać odcisków. Jej marzenie o wielkim kłębku włóczki szybko przybierało na sile. Nie mogła pojąć, dlaczego nikt przed nią nie wpadł jeszcze na ten pomysł, jeśli wszyscy siedzieli zamknięci całymi dniami w zimnych, surowych gabinetach.
- Godność? - Ujęła w łapy zgrabny formularzyk. Przyjmowanie urzędników i rozmowy z nimi były jednym z jej ulubionych zajęć, a jednocześnie najbardziej nudnych w swojej formule. Każda odpowiedź miała swoje miejsce. Każdy rozmówca zostawał jakoś sklasyfikowany, w oparciu o normy, które już dawno opracowali jej poprzednicy, nie zostawiając jej żadnego pola do popisu. Tak zresztą robi się po dziś dzień.
- Labur.
- Słyszałam, że pochodzisz z północy. To tak jak ja i mój partner. On też jest tu teraz asystentem inspektora. - Uśmiechnęła się, sięgając po stojącą w kącie, metalową bańkę. - Proszę, opowiedz coś o sobie.
Mleko zachlupotało w dwóch kubeczkach.
- Przybyłem z Watahy Cieni. Odkąd siostrze urodził się miot, zaczęła mnie męczyć, że ciasno w jaskini. Żebym może poszukał własnej. No to pokazałem jej, jakie miejsce potrafię zdobyć! - Dziarsko machnął łapą.
Przesunęła wzrokiem po swoim formularzu. Jedno z pól przykuło jej uwagę. Suche, techniczne: „Czy urzędnik przybył sam?” z sekcji służącej psychologom do opiniowania wyznaczonego dla pracownika lokalu mieszkalnego. Na dole dorysowała jeszcze jedną kreskę, żeby litery trzymały się linii. Drobnymi literami dopisała krótką uwagę: „Siostra wciąż jest z nim w pokoju”.
Zupełnie czym innym niż rozmowy rekrutacyjne była praca w remizie. Tam także wszystko było mechaniczne i proceduralne, a dodatkowo nie dawało możliwości kontaktu z wilkami, nie licząc codziennie tych samych wader, które przygotowywały posiłki.
- Dziś potrzeba więcej sosu. Nie sięga połowy garnka. - Zajrzała do środka bulgoczącej masy. Dym z ogniska uciekał przez wielkie okno, ale po drodze krążył jeszcze po całym pomieszczeniu i szczypał w oczy. Po kilku razach, gdy zapomniała, że na trasie przeciągu jest go najwięcej, zaczęła w końcu uczyć się, gdzie stawać, aby nie łzawić.
- Ale przecie wczoraj było dużo sosu - zaskrzeczała malutka, młodziutka wilczyca, mieszając patykiem w wielkim garze.
- I dziś też musi być. Pamiętasz schemat? Dwa-jeden-jeden-jeden.
- Dziewczyny, jeszcze wody i mleka!
Cispesja cofnęła się pod ścianę i przysiadła z westchnieniem. Od stania przy ogniu rozbolały ją już nogi.
- Czy dodatki są już przygotowane?
- Suszone śliwki w palonym cukrze dziś. Jedna na dwóch, jak tam liczyłyście.
- Dobrze. - W pamięci odhaczyła kolejny punkt przygotowań do kolacji. - Imroza prosiła, żeby zaopatrzyć dziś kącik gier w szyszki i planszę do ruletki.
- Zrobi się! Poprzednio jeden pijak czy inny diabeł połknął otoczaka, którym kręcili w misce, ale którą to dziewczynę ostatnio widziałam, że przyniosła nowy. A właściwie po co jednego dnia dajemy więcej sosu, a innego mniej?
- Tak każe schemat porcjowania - odrzekła bez namysłu. Właściwie sama nie miała jeszcze okazji, by się nad tym zastanowić. Dostała po prostu instrukcje, których należało się trzymać, wyręczając główną psycholog w nadzorowaniu przygotowania posiłków.
- Sprawdzamy - wyjaśniła na jednym wydechu Imroza, gdy następnego ranka spotkały się w urzędzie - jak wpłyną nasze pomysły na poziom zadowolenia urzędników i ich chęć do uczestnictwa w codziennych ucztach.
Te można było z całą pewnością ocenić wysoko. Wieczorami, gdy Cispesja wychodziła z kuchni, w remizie były już zebrane tłumy. Reskier czekał na nią przy wejściu do sali, za każdym razem obdarowując całusem w czoło.
- Bardzo zmęczona?
- Wiesz, gorąco tam niemożebnie!
- Co ty tam właściwie robisz? - Zaśmiał się, obejmując ją łapą i prowadząc na ich miejsce. - Chyba nie mają za mało kucharek?
- Żeby jedzenie było smaczne, musimy pilnować, żeby robili je zgodnie z naszymi wytycznymi.
- Dziwne te nowoczesne wynalazki. U nas nikt nie przyrządzał jeleni zgodnie z wytycznymi, a wszyscy się zawsze najedli.
- Ale smakuje ci? To, nad czym pracujemy? - Zbliżyła pysk do policzka basiora. Pod wibrysami czuła jego ciepło.
- Jeszcze jak. To jedno na pewno: wszystko macie tu przepyszne.
- Więc może ta nowoczesność nie jest taka zła, co? - zachichotała.
Popołudniami, w stygnącym szumie drzew, nieopodal wejścia do remizy, przesiadywały grupki wilków. Basiory opowiadały dowcipy, czasem sprzeczały się między sobą, a ich towarzyszki śmiały się do rozpuku. Miewała ochotę się do nich przysiąść, ale zawsze brakowało czasu.
- Wchodź. Nie zgadniesz, co! - Imroza nalała im po kubku mleka i rozsiadła się wygodnie na dywaniku z trzciny. Niestety nie był zbyt trwały; wysechł i pokurczył się przez zimę. Cispesja zerknęła jednym okiem, jak źdźbła rozchodzą się pod łapami współpracowniczki. Trzeba było pomyśleć o nowym siedzisku. - Przed chwilą wykonawczy przewodniczący zagadnął mnie na korytarzu. Mój schemat przygotowywania posiłków tak im się podoba, że jeśli utrzymamy wyniki, obiecali dać mi nagrodę.
- A co to takiego będzie?
- Żartujesz? Zdobędą, co sobie zażyczę! Myślałam o kilku wygarbowanych skórach do mojego pokoju, ale nie takich kozich, tylko owczych, z wełną. Na legowisko.
- To musi być strasznie drogie. Pewnie ze dwie kozy trzeba będzie za to wymienić? I znaleźć dzikie owce, albo ukraść ludziom...
- Mają najlepszego psychologa? Niech szukają!
- Często dostajesz takie nagrody?
- Pierwszy raz. - Wadera wyszczerzyła się. - A co, też byś chciała?
Cispesja wzruszyła ramionami.
- A w ogóle, to chodzi mi po głowie taki jeden pomysł. - Imroza odstawiła kubek. - Potrawy związane ze wspomnieniami. Na przykład takie, które przypominają pierwsze polowanie albo pachną trochę jak mleko matki.
- Och. Zapowiada się ciekawie.
- Myślę o opracowaniu receptury sosu, który przywodziłby na myśl matczyne mleko. Oczywiście na bazie mleka, podawanego zawsze na ciepło, zagęszczonego dodatkowym tłuszczem, z korzenną, słodką nutą i ziołami, których często wykorzystuje się w leśnych watahach do wicia legowisk szczeniętom. Co myślisz?
- Czy ja wiem... - Młoda psycholog wzruszyła ramionami po raz drugi. - Można spróbować. Trzeba by zobaczyć, jak to się sprawdzi w praktyce. - Zawahała się. Pomysł wydawał się genialny w swojej prostocie. Kilka łatwo dostępnych składników, trochę prób i oto na zwykłej kolacji przywrócone zostają wspomnienia z dzieciństwa. Coś przy tym jednak kazało jej zatrzymać się przez oblaniem współpracowniczki falą pochlebstw. -  Nie wiedziałam, że możemy... sięgać tak głęboko.
Jako pierwszy odpowiedział jej serdeczny śmiech.
- Też pytanie! Może niech tak już zostanie, że ja się zajmuję jedzeniem, a ty gadaj z tymi swoimi urzędnikami, co? W ten sposób obie najlepiej się zrealizujemy.
W tej spokojnej rutynie minęło kilka księżyców długiej zimy. Na byciu tu i teraz upływały dni, dopóki pierwsze wiosenne ptaki nie zaśpiewały nad zielonym pustkowiem.
- I wtedy... - Reskier podniósł się z miejsca. Zanim dokończył, wrzucił sobie do pyska zawiniątko z młodego liścia nadzianego kozim smalcem i popił dużym łykiem wina. - Alfa kazał nam zerwać wszystkie te winogrona, co do ostatniego owocka. Chciał mnie awansować za odkrycie tego krzaka... dopóki nie zjadł dwóch tuzinów winogron zupełnie sam. Muszę mówić, czym się to skończyło?
Całe towarzystwo wybuchło śmiechem, jeszcze przez dłuższą chwilę to cichnącym, to falami wznoszącym się ku wysokiemu stropowi, pod którym kłębił się czarny dym z ogniska. Inspektor Ziem Północnych, wciąż chichocząc, pokręcił głową. Dwie wilczyce, które przysiadły się do nich na moment, zwijały się w czymś przypominającym zawodzenie. Labur otarł łezkę spod oka i bez namysłu sięgnął po kolejną łopatkę, jakby śmiech był u niego równoznaczny z apetytem. Sądząc po tuszy, jakiej nabrał przez kilka księżyców, Reskier musiał mieć wybitne poczucie humoru. Cispesja nagle nabrała wielkiej ochoty, by przytulić partnera. Jej serce skakało pod sam zadymiony sufit, gdy widziała, że wreszcie przestał się wstydzić i nie był już tak zamknięty w sobie, jak zaraz po przybyciu do tego miejsca.
To była jedna z ich ostatnich wspólnych kolacji w remizie.
- Hej, pani kochana! - Pewnego wieczora głos Imrozy dogonił ich na korytarzu remizy, zanim znikli w sali. - Trochę się pozmieniało.
- Co takiego? - Cispesja cofnęła krok, prawie już postawiony po drugiej stronie drzwi.
- Dostaliśmy specjalne miejsce do jedzenia. Reskier, ty możesz iść już tam gdzie zawsze.
- Ale dlaczego? - Wilczyca pokręciła głową. - Chciałabym, żebyśmy jedli razem. Jesteśmy przecież parą.
- To związane z pracą. Później ci opowiem.
- W porządku, nie przejmuj się. - Basior objął ją ramieniem, jak robił to często. - Baw się dobrze. Po kolacji znowu będziemy parą.
- No więc dlaczego nie mogę zjeść wspólnie z partnerem? - zapytała, gdy zmierzały już do swojego nowego, osobistego kącika biesiadnego.
- Rozwinęłam trochę jeden z moich pomysłów. Więc takie mamy teraz procedury.
- Który pomysł?
- Zbliżenia składu potraw do matczynego mleka.
- Czego jeszcze dodałaś do kolacji? - Opuściła jedną brew, ale towarzyszka tylko się zaśmiała.
- Ty się zajmuj naszymi podopiecznymi. Kuchnię miałaś zostawić mi.
Zakwitły bzy i rozłożysta czeremcha pod ich oknem. Cispesji podobała się jej praca. Wstawała wcześnie, nawet wcześniej niż partner, aby jak najszybciej usiąść do swoich notatek i uzupełnić wszystko, czego nie zdążała popołudniami, prowadząc rozmowy z urzędnikami.
A czasem miewała też pacjentów, których nie podsuwał jej urząd, ale z którymi widywała się z własnej inicjatywy. Niektórzy powiadają szumnie: z powołania.
- Cis! Ktoś do ciebie! - stłumiony głos Imrozy dobiegł z sieni. Młoda psycholog wylała resztę wody z bańki do stojącej pod krzewem miski, w której kąpały się czasem gołębie i wróble. Podbiegła do okna, by zajrzeć do własnego pokoiku.
- Już, już idę, kochana! - Uśmiechnęła się szeroko, widząc jedną ze znajomych wilczyc, która nieśmiało weszła do środka. Pamiętała ją. Spotkały się jednego z poprzednich dni, gdy Cispesja zastępowała swoją koleżankę przy nadzorowaniu przygotowań do kolacji. Stała wtedy nad garem, mieszała bulgoczące mięso wielką, drewnianą łychą i topiła w sosie nieposłuszne łzy, które spływały jej po policzkach.
- Mam nadzieję, że nie robię kłopotu, ale koleżanki wszystkie też polecały, że jesteś takim dobrym psychologiem...
- Przyszłaś w porę! Cieszę się, że przemyślałaś moją sugestię. Napijesz się mleczka?
- Tak, czemu nie.
- To opowiadaj, jak to było z tamtym strażnikiem? Był strażnikiem, dobrze pamiętam? - Gospodyni postawiła w kącie pustą bańkę, którą wykorzystała do uzupełnienia poidełka. Dźwignęła drugą, jeszcze pełną mleka. Wyciągnęła dwa kubki.
- Dobrze, że odszedł z pracy. Podobno do przenieśli go do jakiegoś wojska w terenie. To nie miało przyszłości. Gdzie ja, gdzie on... Ale tamten dzień cały czas widzę w snach, jak jakiś koszmar. Ja chyba nigdy nie przestanę sobie tego wyrzucać. Znaczy to, że wszystko mu wtedy powiedziałam. On nic nie wiedział, że w remizie nie tylko robimy jedzenie...
Cispesja w milczeniu pokiwała głową. Otworzyła swój błękitny notatnik, wyciągnęła korek z szyjki kałamarza i zamoczyła w nim duże, gęsie pióro.
- Dlaczego mu o tym powiedziałaś? To pewnie samo w sobie było trudne.
- Bo... myślałam, że może on mi pomoże skończyć z tym wszystkim. Może mógłby mi załatwić lepszą pracę, albo odeszlibyśmy razem. Ale on się załamał.
- Myślisz, że to właśnie prawda go przestraszyła? - Podniosła wzrok znad zeszytu. Odruchowo ściągnęła brwi na czole, widząc, jak wadera przygryza wargi.
- To, że sypiam z innymi.
- I to było właśnie to? - miękko powtórzyła pytanie.
- Albo zobaczył, ile dla mnie znaczy. Że na niego czekałam i wałkowałam sobie w głowie jakieś życie, którego on nawet... nie obiecał na poważnie. - Opuściła pysk. Łzy jak grochy zaczęły spadać na podłogę.
„Nawiązała więź z wilkiem, który uciekł, a ona nadal cierpi”. Cispesja zatrzymała łapę z piórem wiszącym tuż nad kartką, po czym skreśliła zapisaną linijkę.
„Nawiązali ze sobą więź. Uciekł, gdy zdał sobie z tego sprawę”.
- Myślę, że on tak naprawdę wcale mnie nie kochał, nigdy...
„Jego rola w jej życiu nie skończyła się na ucieczce”.
Westchnęła, wpatrując się w swoje notatki. Choć takie chwile pokazywały, jak ograniczone były jej możliwości pomocy pacjentom, jak na ironię to właśnie one sprawiały, że chciała próbować jeszcze mocniej. Szczęściem w nieszczęściu miała całe życie, żeby szukać ścieżek, którymi mogłaby zajść dalej w swojej pracy z pacjentami.
Odłożyła pióro i spojrzała przez okno, na pustą jeszcze ścieżkę, którą Reskier zwykle wracał do domu.
Tego ranka, a było to kilka dni przed przybyciem delegatów ze wszystkich ziem Najwyższej Izby, po raz pierwszy nie wyszli z domu razem. Basior nie podniósł się z posłania, mimo że wołała kilka razy.
- Kochany, zaraz się spóźnimy! A ja mam dziś kogoś do przyjęcia. - Poprawiła kryzę, przeglądając się w kawałku okiennej szybki. Gdy odpowiedź nie nadeszła, wilczyca odwróciła się, mrugając, by przyzwyczaić oczy do półmroku pomieszczenia. - Wszystko w porządku?
- Nie... Łeb mnie boli.
- Znowu?
- Co poradzić. Daj mi wody. Proszę.
Z westchnieniem zanurzyła kubek w stojącym pod ścianą wiadrze i postawiła obok jego głowy. Całe szczęście, że pomyślała wczoraj, aby je uzupełnić. Reskier w swoim stanie za nic nie doczłapałby się do studni.
Usiadła przy posłaniu.
- Pewnie macie ostatnio kołowrót przed tymi całymi obradami? Okropnie dużo przygotowań?
- Tak...
- Pójdę do inspektora. Poproszę o urlop dla ciebie.
- Jesteś wielka - wymamrotał, zanurzając głowę po uszy w sianie.
Jak obiecała, tak zrobiła, choć w gabinecie powitał ją nie inspektor Ziem Północnych, a jeden z jego asystentów.
- Czy mogę pomówić z inspektorem? - Uśmiechnęła się blado.
- Jest teraz na jakiejś rozmowie, ale gdy tylko wróci, wszystko przekażę. - Labur skłonił się uprzejmie. - Czy chodzi o Reskiera?
- Źle się dziś czuje. Prosi o dzień urlopu.
- Ach, to dlatego nie przyszedł do pracy! - Basior ze ściągniętymi na czole brwiami i zatroskaną podkówką na pysku. - Oczywiście, że wszystko załatwimy. Niech się nic nie przejmuje, tylko odpoczywa.
- Dziękuję. Serdecznie dziękuję. - Wiedziała, że urlop w Najwyższej Izbie nie jest częstym przywilejem, zwłaszcza dla niskich urzędników.
Pod gabinetem psychologów już czekał młody, drobnej postury wilk, dodatkowo przykurczony jak zwiędły listek. Kiwnęła mu na powitanie. W końcu na nią spojrzał, choć przelotnie, błyskając białkami i bardziej przypominając przy tym wypłoszonego lisa.
- Och. - Kilka z papierów wysunęło się z teczki, którą trzymała w pysku. Złapała je w locie, ale basior i tak zrobił wielkie oczy, jakby papier miał roztrzaskać się o podłogę. - Pomóż mi, proszę. Utrapienie z tą setką formularzy.
- Oczywiście! Już to biorę! - Rzucił się na ratunek, wyrywając jej dokumenty tak gwałtownie, że omal nie rozsypał po podłodze całego zestawu. Jego łapy trzęsły się jak galareta. - Nie wiedziałem właśnie, czy czekać tutaj, czy szukać innego o pokoju, bo powiedzieli mi, że gabinet psychologa to tutaj...
- Wszystko dobrze, mój drogi. To właśnie tutaj. - Szeroko otworzyła drzwi. - Dziękuję ci za pomoc! Masz może ochotę na kubek mleka? Będzie nam się milej rozmawiało.
- To znaczy, ja... Poproszę. Jeśli to nie kłopot. - Mogłaby przysiąc, że poczerwieniał pod sierścią.
Każdy stawał się spokojniejszy po łyku koziego mleka i nic dziwnego. Było pyszne. Może Imroza miała rację? Miało zbawienny wpływ na każdego nieśmiałego nowicjusza. Zwłaszcza podane łapami przemiłej pani psycholog.
Wciąż uśmiechała się pokrzepiająco, a on opowiadał o tym, jak został nakłoniony przez ojca do służby w wojsku. Jak nocami ze zmęczenia płakał na wartach i jak silniejsi żołnierze podbierali mu racje żywnościowe. W końcu westchnął, wypiął pierś i przeszedł do dnia, w którym powiedział: „Dość. To nie dla mnie”.
Nie przerywała. Kilka razy zerknęła na swój formularz do wypełnienia. Coraz częściej przy podobnych rozmowach wstępnych miała wrażenie, że brakuje w nim kilku punktów. Urzędnicy byli określani na podstawie predyspozycji i przydatności. Ten porządny, z lekkim rysem nerwicowym, ten słaby psychicznie - ograniczyć kontakt z dokumentacją. Tamten znów, zbyt dominujący na proponowane stanowisko. Ale gdzie w tym wszystkim oni sami? Czy po to tylko istnieje psycholog, żeby sprowadzać wilki do roli nieczułych narzędzi systemu?
Dlaczego by nie wejść głębiej? Czyż nie mogłoby to pomóc obu stronom lepiej pracować?
- I jak zareagował na to ojciec?
- Ojciec? Na co?
- Na twój zamiar ubiegania się o stanowisko w Najwyższej Izbie.
- Myślałem, że mnie zje. Ale... - Basior wypuścił powietrze luźnymi wargami. - Bardzo szybko to przyjął. Myślę, że on tak naprawdę jest dumny. Albo raczej będzie, jak dostanę tę pracę.
- Mhm. - Szybko zapełniła formularz i odwróciła kartkę, ukazując czystą, białą stronę. Przymknęła oczy. Powiodła palcem po gładkiej dutce pióra.
- Czy wśród tamtych żołnierzy był ktoś, o kim pomyślałeś, gdy mówiłeś „dość”?
- Żołnierze? Nie sądzę. - Wzruszył ramionami.
- Mhm... - Zanurzyła pióro w kałamarzu i wróciła do swoich papierów.
- Był jeden. Starszy, z poprzedniego zaciągu. Wszyscy się go bali. - Urwał, odstawiając kubek. W zamyśleniu oblizał pysk. - Właściwie on nawet nie wiedział, że odchodzę. Ale gdy po rozmowie z generałem po raz ostatni schodziłem z warty, bardzo chciałem zobaczyć jego zdębiały pysk!
„Ojciec. Kreska. Syn. Kreska. Żołnierz (nie zna swojej roli)”.
Choć dni stawały się coraz dłuższe, mijały jej coraz szybciej. Imroza co prawda narzekała, że współpracowniczka na dwie rozmowy przeznacza prawie cały dzień, a trzeba jeszcze powystawiać opinie, zgody i wypełnić rejestry, ale Cispesja nie zwracała na to szczególnej uwagi.
- Pamiętasz? Ty zajmujesz się planowaniem uczt. Ja rozmawiam z urzędnikami - przypominała pogodnie.
Wtenczas zdarzało się, że z Reskierem spotykali się dopiero w drodze na kolację lub już w remizie. Zamieniali wtedy ledwie kilka zdań, głodni i zmęczeni, a potem rozchodzili się na miejsca, które wyznaczały ich funkcje. Jednak ostatnim wspomnieniem każdego jej dnia było ciepło basiora moszczącego się na legowisku. Czasami dzieliła się z nim jeszcze kilkoma spostrzeżeniami, jakąś zabawną historią z pracy, ale nie otrzymywała tego samego. Basior już przysypiał i co najwyżej mamrotał jakieś nieskładne półsłówka.
Kwiaty przekwitły, dni znów stawały się coraz krótsze. Gdy pewnego dnia po raz kolejny położyła się sama, na chłodnym legowisku, i w ciemności czekała na powrót Reskiera z remizy, jakoś mimowolnie pomyślała o formularzu. O polu „Czy urzędnik przybył sam?”. Oni przybyli razem, ale ostatnio coraz mniej było w nich tego „razem”.
Aż pewnej nocy się nie doczekała. Zasnęła na zimnym legowisku.
Przebudziła się nad ranem. Słowik w gałęziach czeremchy wciąż wyśpiewywał swoją melodię.
Wybiegła z domu, omiatając wzrokiem uliczne zaułki, do których powoli napływały pierwsze słoneczne promienie. Wszędzie jeszcze było pusto i głucho. Pierwsze kroki skierowała do remizy, gotowa szukać wszędzie i pytać kogokolwiek.
Prawie potknęła się o wilka leżącego w wysokiej trawie przy drodze.
- Reskier! - Padła na ziemie tuż przy nim. Żył, spał. A dokładniej rzecz biorąc, właśnie się obudził.
- Co się dzieje? - bąknął, ziewając.
- Co z tobą? - Chwyciła go za ramiona. - Dlaczego tu śpisz?
- Po prostu... - Skrzywił się, opierając czoło na łapie. - Upiłem się, dobra? Każdemu się zdarza.
- Ale ty spałeś przy drodze! Martwiłam się, że cię napadli... Dasz radę wstać?
- Trzeba - mruknął.
Coś błysnęło w trawie. Butelka. Dwie.
- A to co ma być?
- Zabraliśmy z remizy, żeby skończyć po drodze. Ale nie bój, nikt nie zauważył.
- Wstawaj. Wracaj natychmiast do domu! - Zacisnęła łapę na jego barku, nieco mocniej niż chciała. Zabrali dwie butelki. A w trawie spał sam.
Zdawało jej się, że od tamtego dnia nic się nie zmieniło. Przełożony nie dowiedział się o wypadku Reskiera, a on sam dał słowo, że będzie wracał z kolacji, gdy tylko napełni żołądek. Cispesja nie pytała, czy go dotrzymuje. I tak prawie każdej nocy zastawał ją już w krainie snów. Musiała wstawać o świcie, żeby pozałatwiać wszystkie swoje sprawy.
Aż pewnego dnia Reskier nie dotrzymał obietnicy.
Wpadła na ścieżkę prowadzącą do remizy. O tej porze, zanim rosa zeszła z traw, nie spodziewała się zastać go nigdzie indziej i nie myliła się. Wszystko było tak, jak poprzednio. Z tym, że tym razem nie była pierwsza. Labur stał nad przyjacielem, drapiąc się w nos.
- Oj, niedobrze to wygląda - stwierdził, kątem oka dostrzegając wilczycę. - Za dużo to dziś nie popracuje. Jak kilka dni temu. Ostatnio często źle się czuje.
- Posłuchaj... - Pochyliła się nad partnerem, upewniając się, że jego oddech jest równy i spokojny.
- Nie ma o czym mówić. Zabierz go do domu. Niech się niecnota wyśpi, bo chyba tego mu teraz najbardziej potrzeba. Ja to załatwię z inspektorem.
- Myślisz, że znowu zgodzi się dać mu dzień wolnego? - Niemal zadławiła się westchnieniem wdzięczności.
- To już stary dziadzio. - Basior pochylił pysk z lekkim uśmiechem. - Nie przejmuje się takimi drobnostkami.
Gdy tego dnia uchyliła drzwi do gabinetu psychologów, zastała Imrozę nad notatkami ze swojej rozmowy z nowym urzędnikiem. Wyglądała, jakby zatrzymała się obok kartki z formularzem tylko na chwilę i rzuciła na nią okiem zupełnie przypadkowo. Przechylała głowę, by rozczytać jego treść, a jednak nawet nie podniosła wzroku, gdy współpracowniczka weszła do środka.
- Cześć. Przepraszam za spóźnienie. Wszystko w porządku? - Cispesja niepewnie machnęła ogonem. Ślepia wadery sunęły po tekście; wolno, wnikliwie.
- Idź z tym do przewodniczącego - rozkazała tonem, który sam w sobie niczego nie sugerował.
- Dlaczego? Coś się stało?
- Nie, nie! Weź i mu to pokaż.
- Po co miałby chcieć rozmawiać z podrzędnym psychologiem o jego notatkach?
Wilczyca wypuściła powietrze i przez chwilę pozostała na głębokim wydechu. Wreszcie pokiwała głową.
- W każdym razie będzie.
Z pękiem formularzy w pysku, Cispesja znalazła się z powrotem na korytarzu i dopiero po kilku krokach uświadomiła sobie, że nie wie nawet, w jakiej sprawie ma zawrócić przełożonemu głowę. Wycofać się jednak już nie wypadało.
Na końcu korytarza stanął inspektor Ziem Północnych. Szedł z naprzeciwka i zawahał się na jej widok, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał.
- Cispesja. Dobrze, że cię widzę. Chciałem sam ci to powiedzieć, zanim dowiesz się inaczej. - Kroczył wolno, a mimo to dyszał przy każdym ruchu. Nie powstrzymała nóg; wyszła mu na przeciw. - W sprawie Reskiera. Wiesz, ja od dawna widziałem, że ma gorszy czas. Takie rzeczy się zdarzają, nie ma się czym martwić. Zdecydowaliśmy, że najlepszym wyjściem będzie zorganizowanie mu na jakiś czas mniej obciążającej pracy. Labur już wszystko załatwił.
- Jakiej pracy? - Zesztywniała, czując, jak pod jej skórę napływa fala gorąca. Papiery poszybowały na podłogę. - Czy to znaczy, że... zostanie zwolniony?
Inspektor zaśmiał się chrypliwie.
- Skądże. Wybierze się na nasz teren, na południe. Będzie miał tam ciszę, spokój. Nie ma tam też... codziennych uczt z winem. Gdy poczuje się lepiej, wróci do naszego piekiełka. Idź już. Słyszałem, że przewodniczący na ciebie czeka. - Uśmiechnął się pokrzepiająco i ruszył dalej. Odwróciła się, ale w głowie miała pustkę, a basior już zniknął za rogiem.
Pod jej łapą zaszeleściła kartka zapisana starannym, drobnym pismem. Zgarnęła wszystkie w jeden plik, razem z okruchami betonu i kurzem. Nieśmiało zapukała do gabinetu w centrum holu. Nie wiedziała, czy w ogóle zastanie przewodniczącego na stanowisku; nie było to oczywiste. Gdy stłumiony głos zaprosił ją do środka, wygładziła łapą sierść na szyi i weszła.
- Zapraszam. Co to za odkrycia zaszły w naszej sekcji psychologicznej? - Nawet nie podniósł wzroku. Ziewnął, wczytując się w jakiś dokument.
- Czy to jakieś wielkie odkrycie... - Usiadła z łapami blisko ciała. - Po prostu standardowy formularz przyjmowania urzędników skupiał się na kwestiach technicznych, a mnie, jako psychologa, ciekawi też ich kondycja psychiczna. Nie chciałam rezygnować z przyjemności pracy z pacjentami, więc zaczęłam robić sobie takie różne notatki. Czasem udało mi się coś komuś doradzić. To największa radość w tej pracy.
- Rozumiem. - Subtelnie wykrzywił kącik pyska. - Proszę pokazać te notatki.
Papier zaszeleścił i zmienił dysponenta.
- Jakieś klamry. Nie słyszałem o tym.
- To tylko... - Odruchowo zaczęła dreptać w miejscu przednimi łapami. - Takie moje spostrzeżenia co do relacji i motywacji tych, którzy tu przybyli. Każdy ma jakiś powód. Często jest nim czyjeś oddziaływanie lub opinia. Pozytywna klamra może wilka zwolnić, przebaczając, umierając, wyrażając dumę. Klamra negatywna ma tę szczególną właściwość, że nigdy tego nie zrobi. Trwa w nieskończoność, bo nawet nie wie, że trzyma. Bo nie ma żadnego zdarzenia, które mogłoby zamknąć rachunek.
Basior odłożył kartki na ziemię i skrzyżował ramiona.
- Interesujące spostrzeżenia. - Poruszył nosem. Przez okno do jego gabinetu napływała woń suchych traw. - Naukę warto wspierać. I znajdować jej mądre zastosowanie. Liczę, że zechcesz uczestniczyć w rozwoju naszego zaplecza naukowego. Będziemy wdzięczni.
- Zawsze... z miłą chęcią. - Skinęła, nie wiedząc, co zrobić z łapami.
Za oknem wiał ciepły wiatr. Liście krzewów, gęsto wypełniających dziedzińczyk urzędu, migotały w słońcu. Otworzyła pysk, jakby chciała coś dodać, i zamknęła bez słowa. Zacisnęła wargi.
- Czy mogłabym poprosić o coś drobnego? Włóczkę. Na kilimki. Odkąd zaczęłam tu pracę, siedzę na betonie.
Przewodniczący uniósł brew. Potem skłonił głowę.
- Naturalnie.
Było to po lecie ognistym lat trzynaście, piątego już księżyca roku zimowego, gdy drzewa kończyły kwitnąć, a krótkie noce ledwo dawały sowom czas na łów.
Tego to dnia, z samego ranka, do chatki za krzewem czeremchy zapukały dwie wilczyce. U progu powitał ich ciekawski gryzoń, a wraz z nim okrąglutka staruszka.
- Wejdźcie, proszę. Naleję wam mleczka.
Starcza z dwóch wilczyc przekroczyła próg, ale pokręciła głową. Trudno jej było powstrzymać grymas. Wciąż huczało jej w głowie po nieprzespanej nocy i rozmowie z szefową, a drobna łapka, za którą trzymała, nie przestawała drżeć, odkąd opuściły remizę.
- Przywitaj się, Korni - mruknęła, w zamian otrzymując tylko ciut mocniejszy uścisk.
- W porządku. - Gospodyni wprowadziła ich do zacienionego pokoiku. W izdebce było ubogo, ale przytulnie. Kolorowo od wielobarwnych plecionek i niezliczonych kłębków włóczki. - Rozgośćcie się.
Awita podkuliła nogi, wciskając grzbiet w chropowatą ścianę. Jej łapa stanęła na czymś ciepłym. Wyszywany obrazek; jeszcze niedokończony. Na nim jakieś sarenki. Las. Słoneczne promienie. Jedno ze zwierząt miało dopiero trzy nogi i wystającą nitkę zamiast czwartej, ale już stało swobodnie i wystawiało długie uszy prosto ku niebu.
Kiedyś była w takim lesie, ale zapamiętała go inaczej. Czy w ogóle go jeszcze pamiętała?
- Proszę mi powiedzieć, że to tylko koszmar - wyszeptała. Splotła palce i potarła nimi o siebie. - Jak się uwolnić z tej pułapki...
- ...Pułapki - powtórzył cichy głosik.
Cispesja usiadła obok szczeniaka. Przez chwilę przyglądała się, jak zwija splątany sznureczek, którym wcześniej bawił się Dunio, z powrotem w równy kłębek. Lubiła mówić, lecz tym razem milczała. Zaskrzypiały drzwi szafy pokrytej ciemną, błyszczącą okleiną. Wilczyca wyjęła niewielką ramkę. Ujęła w łapy inny kłębek.
- Proszę powiedzieć, co ja mam robić? - Awita pogładziła swoją młodą towarzyszkę po ramieniu. - Jak ją ochronić? Zrobię wszystko. - Naraz jednak opuściła łapę, czując, że ciężar głęboko w piersi wydusza jej z oczu łzy.
Stara psycholog przesuwała tępą igłę z wełną na napiętych nitkach osnowy, a po każdym rzędzie dobijała splot drewnianym grzebykiem. Barwna włóczka splatała się w ramce linia po linii.
Kornicja ścisnęła kłębek, aż na palcach zaznaczyły się kosteczki. Przelotnie spojrzała na jedną z wiszących na ścianie, gotowych prac. Igła staruszki zatrzymała się na chwilę. Potem wróciła do swojego rytmu.
- Ma wielkie łapy i ciepłe ramiona, żebyśmy już więcej nie musieli się bać.
- Żebyście już więcej nie musieli się bać - powtórzyła wadera delikatnie.
- ...Nie musieli się bać. - Tym razem głos był już tylko pustym echem. Potem została cisza. Żebra Cispesji uniosły się bezgłośnie.
Do pokoju co chwila wpadało trochę ciepłego światła, odbitego od ścian domów po drugiej stronie ulicy. Czas mijał, a zza okna dobiegały coraz liczniejsze echa rozmów, wołania i śmiechy urzędników, którzy zaczynali cieszyć się popołudniową swobodą. Było już bliżej wieczora niż południa, gdy u wejścia do pachnącej kurzem chałupki znów rozległy się kroki.
- Dzień dobry, babciu. I jak?
- Oj, Szkliwo. Jest trudno. Ciężko mi będzie jej pomóc. - Wadera ruchem łapy zaprosiła go do środka. Wsunął się do pokoiku jak cień. - Powinna zostać stąd odesłana.
Smętnie kiwnął głową.
- Spróbuję z nimi porozmawiać.
Małe, bure zwierzątko, zakopane na stosie kilimków, przeciągnęło się i zeskoczyło na ziemię. Zaczęło nadgryzać jedno z piór na ogonie gościa. Wilczyca machnęła łapą, odganiając szczura, chociaż ptak nawet tego nie spostrzegł. A może spostrzegł, ale milczał, skupiony na niewyraźnym odbiciu na powierzchni mleka, które właśnie stanęło przed jego dziobem. Na drżącej powierzchni nie dało się rozróżnić kształtów.
- Porozmawiaj, kochany, bo serce się kraje. - Cispesja przysiadła, podpierając łapę na oknie. - Ktoś mi urwał tę niteczkę, zanim zdążyłam ją złapać. Takie rzeczy trudno się naprawia.
- Rozumiem.
- Pewnie jesteś głodny? Wiesz, co wczoraj dostałam? Myślę, że by ci posmakowało.
- Dziękuję, że o mnie pomyślałaś, babciu, ale zatrzymaj to dla siebie.
- Ale tym razem to jeszcze świeże podroby z koźlęcia!
- Nie, dziękuję. Niedługo kolacja.
Dunio znowu podkradł się do jego ogona i chwycił w zęby sztywną sterówkę. Tym razem nie odpędziła go od razu. Podrapała się za uchem, patrząc, jak koniec chorągiewki pióra powoli strzępi się w pyszczku gryzonia.
- A u ciebie coś nowego?
Znieruchomiał na krótką chwilę. Pokręcił głową. Wadera podparła pysk łapą.
- Wiesz, co jest najtrudniejsze w tej pracy? Nie wiedzieć, co uszyjesz. Oglądasz oczko po oczku i myślisz, że robisz coś dobrego. Czasem rzeczywiście robisz. A czasem, gdy potem spojrzysz na to z odległości, okazuje się brzydkie. I strasznie zamotane.
Żuraw podniósł kubek. Cispesji zdawało się, że przełykał mleko z oporem, ale może to tylko złudzenie.
- I co wtedy?
Na chwilę opuściła nos, w zadumie przesuwając łapą po wardze.
- Widzisz, gniew jest silniejszy niż żal. Frustrację też łatwiej znosi się nim przetkaną.
- Na pewno tak właśnie jest - odrzekł wolniej. - A wtedy?
- Na to już każdy ma własną odpowiedź.
- Brzydkie i zamotane - powtórzył ciszej. - Dlatego sił braknie. - Przesunął kubek po ziemi, wzbudzając w resztce mleka miękkie fale. Wilczyca westchnęła, podnosząc ramkę z jakąś niedokończoną pracą.
- Braknie, czy nie braknie... Pamiętaj, że większość nigdy nie oceni twojej siły. Za to chętnie ocenią znaki, które im dajesz. - Igła znowu powiodła po robótce. Grzebień dociskał do siebie świeżo splecione nitki. Wilczyca uśmiechnęła się lekko, widząc, że gość wstaje z miejsca, ale naraz jej uśmiech zgasł. Dlaczego tak szybko wstał, odwrócił wzrok, jakby miał już więcej się nie obejrzeć? Westchnęła cicho, przechylając głowę ku swojej pracy. - Obyś miał wzrok, który sięga horyzontu, a nogi poniosą cię, dokąd zechcesz.
Zatrzymał się na chwilę. Skinął jej krótko i wyszedł.
Uniosła makatkę wyżej do światła. Robiło się ciemno. Na szczęście latarnik był niezwykle punktualnym wilkiem.
W remizie panował już gwar, a intensywne zapachy unosiły się wraz z ciepłymi podmuchami znad ogniska. Sos spływał z mięsa gęstymi kroplami i tworzył wokół aromatyczną, bursztynową kałużę. Wystarczyło się zaciągnąć, by na podniebieniu osiadł słodkawy posmak anyżu.
Stanowisko zajęte przez asystentów inspektora Ziem Zachodnich tętniło życiem.
- Zapytał, czy to w porządku, jeśli terez wypije truciznę. - Denuvelin konspiracyjnie nachylił się nad jedzeniem. - Powiedziełem, żeby nejpierw tylko spróbował.
Dźwięczny chichot basiora zmieszał się z rechotem dwa razy od niego większego kompana. Tylko siedząca obok wilczyca była cicha i nie żartowała jak zwykle.
- A ty co, niedobrze ci? - Zebkin kilkoma zrywnymi ruchami drapnął się w kark. Lwia grzywa na jego szyi, gęsta, choć trochę przerzedzona wiosennym linieniem, zatrzęsła się gibko.
- Głowa mnie boli - mruknęła Awita.
- Dej jej spokój. - Denuvelin chrząknął. - Pewnie zmęczyła się pracą.
- Jesteście obrzydliwi. Zaraz stąd pójdę.
- Ale ja miełem na myśli pracę przy tym mięsie! - Mały basior szeroko otworzył oczy i uderzył się w pierś, nieco zbyt mocno i niezdarnie, aby posądzać go o nieszczerość. Wadera zmierzyła go kątem oka.
- Chyba, że tak.
Jej wzrok padł na znajomą, skrzydlatą postać, stojącą przy wejściu. Nie jadł, nie pił i był sam. Wyraźnie na coś czekał. Na coś, lub na kogoś. Sprawa wyjaśniła się, gdy nawiązali kontakt wzrokowy.
- Dokończcie beze mnie.
- Jasne, kotku. Wróć po kolacji, dobra? - Zebkin posłał za nią głośnego całusa, gdy oddaliła się bez słowa. - A co jej się tak... E. - Splunął kościaną drzazgą. - To ten zakichaniec od Birasta, nie?
- Ta, jeden z nich. - Jego towarzysz siorbnął łyk wina.
- No to chodź, powiem mu parę słów, gdzie się kończy ich rewir - wymamrotał i już napiął mięśnie, żeby udźwignąć ociężałe ciało, ale krótka łapa Denuvelina bez trudu posadziła go z powrotem na swoim miejscu.
- Nie pajacuj, upiłeś się.
Tymczasem wilczyca i ptak zniknęli w ciemnościach korytarza.
- Już nic nie wiem - ściszyła głos, popychając drzwi. - Czuję się bezsilna.
- Cispesja twierdzi, że trzeba ją jak najszybciej stąd zabrać.
- Chciałabym to zrobić. - Przesunęła łapą po czole. - Naprawdę bardzo bym chciała.
- Rozmawiałem o tym z Ildiri.
- Z Ildiri? - Jej głos nagle stracił barwę.
- Mogę napisać list do alfy mojej watahy. Gwarantuję, że przyjmą Kornicję i zapewnią jej wszystko, co będzie trzeba. Ale samej jej nie wyślemy. Może ty mogłabyś wyruszyć tam razem z nią? - Zamarła z uszami sztywno położonymi po sobie. Ptak odetchnął powoli, cierpliwie czekając, lecz nie śpieszyła się z odpowiedzią. Pazurami postukał w podłogę. - Nie ufasz mi, prawda?
- Jestem ci wdzięczna za umówienie nas z Cispesją - oznajmiła, starannie dobierając słowa. - Ale wybacz, nie zdecyduję się na to.
- Jak ona ma żyć w miejscu, w którym będzie traktowana jak przedmiot, a na korytarzach będzie mijać się z kimś, kto zrobił jej taką krzywdę?
- Ja... mam inny pomysł. Wierzę, że masz dobre zamiary. Po prostu nie wiesz o tym wilku wszystkiego. Nie mogę narazić nas na jego gniew. Sprawa Korni jest za świeża.
- Jaki pomysł?
- Inny - odparła twardo, na nieuchwytny moment odsłaniając kły. - Muszę z kimś... Zresztą nieważne. Jeszcze raz przepraszam.
Był to jeden ze zwykłych wieczorów, jakie powszednieją, zanim jeszcze wilk zdąży się nimi zauroczyć. Krótka noc tuż po nim każdym swoim oddechem zapowiadała nadchodzące lato. Aż wreszcie trawy zamieniły cykanie na poranne brzęczenie. Wstał dzień jak każdy inny. Było to kilka dni przed nowiem, lecz dni w tamtym czasie nikomu liczyć się nie chciało. Szary ptak w bordowym płaszczu, którego widywano czasem spacerującego brzegiem rzeki, i tego dnia zupełnie zwyczajnie zjawił się w tamtym miejscu.
Usiadł na mostku i rozprostował złożoną na cztery stronę, dość mocno już pofalowaną od leżenia na mokrej ziemi. Na szczęście litery nie rozmazały się. Były wyraźne, stabilne i zapisane mocną, pewną siebie łapą.

Towarzyszu Rzeczniku,
jeśli pomyliłem się, ufając Wam bardziej niż któremukolwiek z naszych wilków, to dajcie mi tego dowód. Wtedy uwierzę.
Ableharbin

List zwieńczył prosty, krótki podpis. Żadnego „Z szacunkiem”, żadnego „Sekretarz WWN”. Po prostu „Ableharbin”.
Palce trzymające kartkę zastygły, oparte o podmurówkę metalowej poręczy; tylko jeden z nich przesunął się po krawędzi, zatrzymując tuż przed podpisem. Powoli zgięły się przy akompaniamencie stłumionego wilgocią szelestu, zamieniając białą płaszczyznę w bezkształtną bryłkę. Jak zazwyczaj, po przeczytaniu listu znalezionego nad rzeką.
Wykonywały ruchy, proste, oczywiste, wyuczone w niepamiętnych czasach najdrobniejszymi codziennymi gestami. Bez pośpiechu czy namysłu; skutecznie, metodycznie, choć nikogo nie było już w środku.

Cdn.