一
Tu nawet, gdy wszystko obudzi się do życia,
nadal będzie martwe.
一
Droga Marleno,
od początku byłem zdania, że ten prostacki łgarz nie jest odpowiednim materiałem na partnera dla Bajonki. Tak czy inaczej już wspominałem, że możesz traktować mnie jako osobę zupełnie postronną w tym sporze. Jeśli chcesz, postrasz go, że wezwiesz Inspektora Ziem Wschodnich i, służbowo czy prywatnie, podziurawi mu uszy. Ale kiedy się tam zjawię - tego nie wiem ani ja sam, ani chyba nawet gwiazdy na niebie.
Przypomnij mi, z czego robiłaś ten zbawienny wywar na trawienie. Od jakiegoś czasu męczą mnie ogromne boleści brzucha. Przychodzą ni stąd, ni zowąd. Powiedziałem o tym pielęgniarce, która nas odwiedza, ale ta ropucha tylko machnęła łapą. Oto, co powiedziała: „Starość nie radość”. I zostawiła mnie bez pomocy. Jeśli zdradzisz, z czego zrobić twoje lekarstwo, może jakoś zdobędę składniki i sam je przygotuję.
Dziś już kończę, bo słońce zaczyna zachodzić. Po ciemku, to sama wiesz, jak radzę sobie z pisaniem. Pozdrawiam Ciebie i rodzinę.
Birast
Szkliwo w zadumie przesunął palcem po krawędzi dzioba. Złożył kartkę po linii zagięcia i rzucił ją na stosik innych.
- Dzięki.
Stary basior, zajęty pisaniem, tylko kiwnął głową i poruszył swoim wielkim nosem. Jego świszczący oddech odbijał się od dwóch gołych ścian niewielkiego pomieszczenia. Dwie pozostałe obstawione były półkami, na których spoczywały wysokie słupki papieru. Kroki dwóch nóg w sionce zanikły o wiele szybciej niż cięższe od nich, wilcze.
Ocieplało się. Powietrze złagodniało, śnieg zaczął uginać się pod łapami, a następnie zapadać prawie do samej ziemi. Co mniejsze i drobniejsze wilki chodziły po nim okrakiem, próbując utrzymać się na powierzchni. Choć wszędzie było jeszcze biało, w powietrzu czuć było atmosferę przemijania. Masa topiąca się pod palcami oznaczała wilgoć, czyli chłód, który trzymał się ciała dłużej. Szkliwu przypominała też, ile czasu już minęło od dnia, w którym opuścił dom. Wciąż nie wiedział najważniejszego. Ile czasu jeszcze minie, zanim zobaczy go znowu? Czy zdąży spaść kolejny śnieg? Czy zdąży stopnieć?
Wreszcie solidna, twarda pokrywa stała się tylko miałkim artefaktem, który lepił się do nóg i przybierał taki kształt, w jaki się go kopnęło. Z dachu urzędu krople leciały całym wodospadem, a raz na jakiś czas obrywała się z niego i śnieżna poduszka. Mknęła po eternitowych dachówkach i spadała komuś na głowę.
„Próżne staranie opiekunki wyobraźni. Szepcze, że gdy spod lodu wyjrzy zieleń, a wszechobecna biel ustąpi wszelkim barwom kwiatów, to miejsce stanie się przyjaźniejsze. Tak nie będzie. Tu nawet, gdy wszystko obudzi się do życia, nadal będzie martwe”.
Coraz niższe trawy wychylały się spod białego koca. Aż wreszcie, wreszcie... pewnego razu, gdy wyszedł z budynku poczty, chowając za pazuchą kolejny list z domu, pod starym modrzewiem rosnącym na skraju wsi dostrzegł kawałek odsłoniętej ziemi. Prawie zapomniał już, jak ona wygląda. Kilka źdźbeł gniecionej przez całą zimę trawy nadal się zieleniło. Pośniegową wilgoć wchłaniał dywan z rudego igliwia.
Kochany Szkliwo.
Piszę dziś razem z dziadkiem. Każe przeprosić, że nie odzywa się do Ciebie ostatnio. Stało się wielkie nieszczęście. Babcia Nymeria umarła. Frezja także. To znaczy, że już do nas nie wrócą. Dziadek płacze.
Powiedziałam mu, że to nieprawda i na pewno niedługo wrócą, tak jak Ty, ale nie chce mi uwierzyć. W ogóle ostatnio dużo wilków chorowało na to samo, co ja. Trochę mi szkoda, że nie mogłam pójść do babci i sama zapytać, kiedy wróci. Delta powiedział, że nie można wchodzić do chorych, ale ja przecież też byłam chora i wtedy mogłam wchodzić do szpitala! Może chcesz powiedzieć dziadkowi coś na pocieszenie? Ciocia Osełka powiedziała mi, że dobrze jest mieć kogoś obok siebie, gdy jest się tak bardzo smutnym, jak dziadek teraz. Powiedziała też, żebyśmy my, Sasanka i ja, nie były smutne, bo babcia i Frezja dobrze przeżyły swoje życie i przyczyniły się do tego, że nasza Wataha jest tak wspaniała. Mówiła, że teraz, gdy zobaczymy wokół siebie coś dobrego, to tak, jakby babcia nas przytulała.
Dziadek mówił, że poszły do nieba, ale Ziutka uważa, że niebo to tylko bajki. Tak powiedział jej tatuś. Ja jednak wierzę dziadkowi i uważam, że jeśli on tak mówi, to znaczy, że wie.
Na szczęście od kilku dni nikt już się nie zaraził. U nas w domu wszyscy zdrowi. Dziadek każe, żebyś się nie martwił.
Daj nam znać, co u Ciebie.
Twoi Prymula i Agrest
Wodził wzrokiem po starannie nakreślonych literach, szukając momentów, w których stara łapa mogła wesprzeć malutką przy zawahaniu mechanicznym lub myślowym. Wyglądało na to, że szczenię pisało samo. W gruncie rzeczy nie było już zupełnie malutkie.
Nymeria umarła. Nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie na nią pora. Ta nowa choroba to rzeczywiście okropne dziadostwo. Frezji prawie nie znał, ale wyobrażał sobie, ile zamieszania musiała wywołać w watasze śmierć jedynego psychologa. A co tu mówić o przywódczyni?
„Pewnie w jaskini alf też będą musieli przeorganizować pracę. Szkoda tylko Agresta. Zostaną z Legionem sami na posterunku. Może i dobrze, że staruszek ma chociaż szczenięta Kawki. To ostatnia jego szansa, by przelać na nie resztę miłości, którą zazwyczaj ojcowie darzą córki. A może i cała ta sytuacja ma pewne plusy...”.
Prymulko,
niezwykle przykro słyszeć o nieszczęściach, które na Was spadły. Przekaż dziadkowi i Legionowi wyrazy współczucia.
„Jak pusto to brzmi. Co jeszcze? Wyrazy najszczerszego współczucia? Daruj sobie ten fałsz.”. Potarł czoło wierzchem palców. „Ale czy naprawdę ci ich nie żal? Przypomnij sobie... czym jest żałoba”.
Wiem, że nie znajdę odpowiednich słów, jako że słowa podobno nie mają w takich chwilach znaczenia. Cieszę się, że jesteś obok dziadka. Ciocia Osełka ma rację. Obecność jest najważniejsza. On potrzebuje teraz Twojej obecności, Twojego serduszka i Twojego niezwykłego ciepła. Jestem pewien, że jeśli ktoś może mu pomóc, to właśnie Ty.
U mnie wszystko dobrze. Bardzo chciałbym, by i u Was było teraz równie nudno. Miałbym wyrzuty sumienia, rozprawiając tu o błahostkach. Może wystarczy jedno spostrzeżenie: na tutejszych równinach wiosna zbliża się wielkimi krokami. Nawet jeśli w WSC jeszcze nie widać jej znaków, też niebawem je ujrzycie. Nie znasz jeszcze wiosny, więc rozglądaj się uważnie. Z pewnością niedługo dostrzeżesz wyraźne zmiany w całej przyrodzie. Poczekaj, aż zakwitną hiacynty... Poproś dziadka, żeby pokazał Wam miejsce na północy terenów watahy, gdzie rosną te piękne kwiaty. Nie jest daleko, powinien dotrzeć tam nawet mimo bólu nóg. A może na chwilę oderwie się od złych myśli.
Dziękuję za Wasz list.
Szkliwo
Zamienił kartki: zapisaną na czystą, automatycznym, wyćwiczonym ruchem. Zamoczył pióro w kałamarzu.
✘
Agrest,
jednak przyjęli mnie do tej ochrony. Nie wiem, co według Irosyła mam dzięki temu znaleźć, ale na razie jeszcze się rozglądam. Zmieniło się tyle, że mogę teraz czytać cudzą korespondencję. Jak dotychczas nie ma w niej nic ciekawego.
Szkliwo
Zamrugał, gdy coś ukłuło go pod powieką. Pochodnia na ulicy dopalała się tej nocy dosyć wcześnie. A może to on wyjątkowo długo siedział nad listami.
Położył te do wysłania pod kilimkiem, który ofiarowała mu niegdyś Cispesja. Dorzucił trochę siana i ułożył się do snu, przykrywając je dodatkowo własnym ciałem. Mimo, że teoretycznie był już w tym domu jedynym, który jest zdolny zaglądać do nieswoich przesyłek, pozbawiona rzeczowego uzasadnienia obawa zakorzeniła się w nim głębiej niż zwykła ostrożność. Wcale nie zdziwiłby się, gdyby w NIKL-u funkcjonowały jeszcze dziwniejsze od ochrony służby, odpowiedzialne za nadzór nad samą ochroną.
Chłód poranka podniósł go na nogi; drapanie lnianego materiału dochodzące z dołu sprowadziło do głównej izby. Nie czekał na współmieszkańca. Wychylił się na zewnątrz i zeskoczył ze schodków. Obiema nogami wylądował w wodzie.
Widok był cudaczny. W nocy śnieg stopniał praktycznie do ostatka, a ulica przemieniła się w jezioro. Wzbudzona fala poniosła się daleko za ścieżkę i uderzyła w ścianę domu naprzeciwko.
Odwrócił się, wzrokiem przebijając półmrok chatki. Rasz ziewnął, wygiął grzbiet w pałąk, pociągnął nosem i ominął go w przedogródku. Dopiero gdy zorientował się, że stoi w ogromnej kałuży, zaklął półgłosem.
- Wiosna idzie. Nie cieszysz się? - zapytał ptak, doganiając towarzysza.
- Co mi tam. Wiosna. Przyjdzie i pójdzie.
- I lato przyjdzie.
- I pójdzie. Idź do cholery ze swoim latem.
Szkliwo wypuścił powietrze bez kolejnych słów. Chętnie by poszedł. Jeśli nie do cholery, to gdziekolwiek, byle dalej od urzędu i swojego naburmuszonego współpracownika.
- Przepraszam - burknął nagle wilk. Jego ogon wykonał jeden mocniejszy podryg.
- W porządku. Chciałbym poprawić ci nastrój.
- To mi powiedz, co się w tym durnym łbie uroiło, żeby odejść bez pożegnania?
Żuraw milczał przez chwilę, mimo że łatwo było odgadnąć, co burzy myśli jego kolegi, jeszcze zanim się z tym zdradził. Odpowiedzieć delikatnie, nieadekwatnie do swojej wiedzy, nie było już tak prosto.
- Może tamta wilczyca. Miłość ma na niektórych zaskakujący wpływ.
- Jaka tam miłość. Tyle czasu się nie widzieli. A on nagle coś takiego. Denkin mówił, że przed zniknięciem pytał na poczcie o wskazówki, jak dotrzeć do jakiejś watahy na zachodzie.
- Denkin? - chrząknął Szkliwo, stawiając drobniejsze kroki, subtelnie, żeby nie dać wilkowi znaku, że zwalniają. „Denkin, kozik”.
- Kiedyś był asystentem inspektora od zachodu. Potem przeszedł gdzieś wyżej, nie wiem. Jedyny z zachodu, z którym można normalnie pogadać. Ech, Hap, aleś ty żałosny... I nawet skrzypce zostawił. Może jeszcze po nie wróci...
- Miejmy nadzieję, że przynajmniej będzie szczęśliwy. - Oczy ptaka zatrzymały się na połyskującej powierzchni wody.
„Gdybym tylko mógł podzielić się z tobą wszystkim, co wiem o jego losie. Zresztą za bardzo biorę to do siebie. To jak z telekinezą. W obliczu zdarzeń niecodziennych można czasem zapełnić swoją lukę poznawczą wrażeniem sprawczości. A przecież to nic ponad zwykłe urojenia. Niektórzy są na nie podatni...”.
Birast dotarł na swoje stanowisko później niż zwykle. Wielce rozżalony zrzucił swoje spóźnienie i swój parszywy humor na karb łap mokrych od „klęski żywiołowej rozgrywającej się na ulicy”.
- Szkoda. Szkoda, że Hapenir nas zostawił. Nie potrzebujecie trzeciego asystenta? - zapytał ojcowskim głosem zza swego biurka. - Poprosiłbym o rekrutację. Może ktoś dobry by się znalazł.
Spojrzeli po sobie. Na to pytanie nikt nie miał dobrej odpowiedzi. Rasz owszem, chciałby trzeciego; mógł nawet wymienić go z imienia, ale dobrze wiedział, że inspektor nie może tego życzenia spełnić. Szkliwo za to doskonale zdawał sobie sprawę, że pojawienie się w ich małym zespole kolejnego członka, dołożyłoby mu pracy wywiadowczej. Z drugiej strony... może to byłaby szansa, aby wprowadzić do struktur NIKL-u jeszcze jednego szpiega Wschodnich Ziem?
Doczekał do przerwy na kubek mleka i wymknął się z pokoju pod byle pretekstem.
Gabinet, w którym czasami widywali się z Irosyłem, stał pusty. Brakowało wskazówek, gdzie szukać urzędnika. Nie mając lepszego pomysłu, zaczął po prostu iść przed siebie, mijać kolejne zakręty i zawieszać wzrok na przypadkowych przedmiotach. Z uśmiechem kiwnął głową Denuvelinowi pędzącemu na złamanie karku z jednego pokoju do drugiego. Oczy basiora zrobiły się okrągłe ze zdumienia, zupełnie jakby takie proste powitanie zostało skierowane do niego pierwszy raz. Szkliwo rozumiał już, dlaczego pozostali asystenci Birasta tak lubili się z nim droczyć. W jego obliczu było coś bardzo do tego zachęcającego.
Wreszcie znalazła się i zguba. Irosył stał w cieniu bocznego korytarza, rozmawiając z jakimś wilkiem. Kątem oka dostrzegając wspólnika, pośpieszył swój język i zaczął energicznie kiwać głową, by wywrzeć lekki nacisk również na rozmówcę. Pożegnali się dosyć szybko.
- Szkliwo. Chodź proszę tutaj. - Łapą pchnął drzwi do pierwszego z rzędu pokoi. - Lepiej, byśmy nie spacerowali razem po urzędzie. Kojarzenie nas ze sobą nikomu nie jest do niczego potrzebne.
- Ma się rozumieć. - Ptak podążył za nim, wdychając zatęchłą woń najwyraźniej od dawna nieotwieranego pomieszczenia. Było zupełnie nieurządzone. Wrażenia obskurności nie przemogło do końca nawet duże okno z widokiem na zarośnięty krzakami dziedziniec. Po jego drugiej stronie musiał się mieścić gabinet zachodniego inspektora. - Jak tu sympatycznie.
- To pokoje dla gości. Gdy przybywają tu delegaci ze wszystkich stron, udzielamy im ich na noclegi. No, mniejsza o większość. Ostatnio nie było okazji porozmawiać. Mów, bo szalenie jestem ciekaw. Jak idzie w ochronie?
- Zbyt wiele się nie dzieje. - odrzekł, zawieszając wzrok na dyndającej pod sufitem, zwiewnej pajęczynie. Przylgnęło do niej tyle kurzu, że była równie szara, jak całe to miejsce. - Powiedz raczej... Żeby dać mi to stanowisko, Nakideron musiał usunąć innego wilka. Sam wpadł na taki pomysł?
- Nie powiem, że nie przyspieszyłem trochę tego procesu - odrzekł wilk, prostując szyję, jakby nie był pewny, czy pozwolić sobie na dumę, czy też przygotować się na wyrzuty. Nie doczekał się jednak żadnej emocjonalnej reakcji. - Niemniej dowódca ochrony sam nadzoruje swoich podwładnych i nie zwalnia ich, gdy nie ma ku temu powodu. Tylko pamiętaj, Szkliwo: nie popełnij błędu swojego poprzednika! Ani, w miarę możliwości, żadnego innego błędu. Nie chciałbym musieć wyciągać cię potem z żadnego bagna. Zakładając, że w ogóle zdążyłbym wyciągnąć.
- A wiadomo ci chociaż coś o wilkach, z którymi ochrona kończy współpracę?
- Nie - odparł szybko. - Nie wiem, gdzie się znajdują, nigdy się tym nie zajmowałem i raczej nigdy nie będę.
- Mniejsza z tym. Birast zaproponował nam dziś, że poprosi o zrekrutowanie trzeciego asystenta. Może udałoby się nam wprowadzić na to miejsce kogoś z naszych?
Basior przysiadł na piętach, nie namyślając się długo. Pokręcił głową.
- Chciałbym, ale nie ma na to szans. Dwóch szpiegów tuż obok siebie, to byłoby zbyt ryzykowne. Niechby któryś czymś się wydał. Zaraz poleciałby i drugi. A potem Nakideron szepnąłby im słówko o swoim gołębim sercu i obaj w końcu wskazaliby na mnie. Nie to, że ci nie ufam, Szkliwo. Ale im mniej szpiedzy wiedzą o sobie nawzajem, tym są bezpieczniejsi. Ja również.
- Ach, teraz jasne. To dlatego nie znam żadnych innych członków tej statki?
- Cieszę się, że rozumiesz. A co do propozycji inspektora, dlaczego nie mielibyście wziąć sobie kogoś nowego? Pamiętaj, że gdy za podobne zadania odpowiada wiele osób, odpowiedzialność każdej z nich się rozmywa.
- Sądząc po zmianach w regulaminie, które wprowadzili jakiś czas temu, wręcz przeciwnie. Każdy błąd to odpowiedzialność zbiorowa. Niech już lepiej to miejsce zostanie puste.
- Jak sobie chcesz. - Uśmiechnął się beztrosko. Naraz jednak jego brwi uniosły się gwałtownie, a pysk otworzył mimowolnie. - Ach! Już pamiętam, dlaczego ucieszył mnie twój widok. Mam nowe wieści.
- Zamieniam się w słuch.
- W wojsku mobilizacja. Poszły poselstwa o przybycie wyszkolonych w poprzednich turach żołnierzy, na razie rzekomo na jakieś szkolenia przypominające. Taki rarytas Najwyższa Izba organizuje chyba po raz pierwszy w historii, a przynajmniej na pewno po raz pierwszy odkąd ja tu jestem. I zgadnij, co jeszcze. Zaproszono żołnierzy ze wszystkich stron, poza...?
- ...Wschodnimi - mruknął ptak, nerwowo stukając pazurami w beton. - To bardzo złe wieści. Bardzo, bardzo złe.
- Myślę, że mamy jeszcze trochę czasu. Zanim ta banda rezerwistów przybędzie i przejdzie szkolenia, minie parę ładnych księżyców. Zdążymy jeszcze przyjrzeć się, ile ich będzie i jakie mogą stanowić zagrożenie.
- Świetnie, tylko co z tego, jeśli nie zdołamy ich powstrzymać - zniżył głos, czując, że żebra zaczynają szybciej nieść każdy jego oddech. - Jeśli wyprawa NIKL-u na wschód dojdzie do skutku, wszystko się zawali.
„A ja nadal nie wiem, co robić, by temu zapobiec. Nie wiem, czy w ogóle się da. Czuję, że to zupełnie poza naszym zasięgiem. Krążymy po urzędzie jak myszy w labiryncie, a prawdziwe decyzje są podejmowane poza nim, w przestrzeni, której istnienia nawet nie jesteśmy świadomi. Co z tego, że Irosył osobiście zna przewodniczących, jeśli nie ma na nic wpływu? Co z całego mojego wywiadu, jeśli ściągam tylko osad z wierzchu, a wywar gotuje się gdzieś pod spodem?”.
- Zawali się, czy się nie zawali, nie wolno tracić nadziei.
Szkliwo odetchnął głęboko.
- Masz rację.
„Gdybym wiedział, że się przewrócę, to bym się położył. Niestety tego jakoś nigdy zawczasu nie wiadomo, więc trzeba stać na nogach i robić, co do mnie należy. Czyli... Czyli co? Dobre pytanie”.
Gdy popołudniem wyszedł z urzędu, uliczne jezioro zmalało nieznacznie, a woda, choć zmieszana z błotem już dziesiątkami łap przestała być nieskazitelnie czysta, to nadal ładnie odbijała promienie, przebijające się przez chmury niepostrzeżenie, ostrożnie, jak goście z dalekich krain. Nie zostawały na długo i nie szkodzi. Po takim czasie zanurzenia w szarościach, nagle oświetlone ostrym blaskiem kąty wyglądały obco. Trochę jakby Szkliwo znowu był w siedzibie Najwyższej Izby po raz pierwszy. Od nowa ją poznawał; raz jeszcze uczył się sprawnie poruszać po wiosce z białej cegły.
A może to wcale nie słońce sprawiło. Może naprawdę czegoś uczył się od nowa.
- Szkliwo! - delikatny głosik zawrócił go w pół kroku. Babcia Cispesja dreptała od strony remizy, niosąc przewieszony przez grzbiet, chyba dosyć ciężki ładunek. Nie mógłby pozwolić, by dalej męczyła się z nim sama, brodząc w wodzie po nadgarstki i pięty. Uśmiechnął się na powitanie, energicznie ściągając go z jej łopatek. - Zaczynałam myśleć, że już cię tu nie ma - oznajmiła niewinnie, ze swoją łagodną troską. Tylko tyle, lecz wystarczyło, by jego uśmiech niespodziewanie zniknął. Słowa sprawiły, że lodowata woda nagle mocniej zaczęła szczypać go w stopy, a lekki wietrzyk przeniknął do kości.
Co ona mogła wiedzieć? Chyba nic. Po prostu dawno się nie widzieli, więc miała prawo pomyśleć, że odszedł z Najwyższej Izby albo jest na urlopie. To tylko jego zjadły nerwy. To tylko jemu przypomniał się związany i pobity wilk, pod osłoną nocy wywieziony gdzieś, gdzie nikt już go nie znajdzie.
- Niech babcia wybaczy. Miałem ostatnio mało czasu, ale nigdzie się raczej nie wybieram.
- Oczywiście. Oczywiście, wiem, jak to jest. Dziękuję za twoją pomoc!
„I tak nie mam nic lepszego do roboty”, stwierdził w myślach.
- Nie ma o czym mówić.
- Zapraszam cię na świeże mleczko.
„Świeże. Czyli Kirłan musiał dziś wrócić z wyprawy”.
- Chętnie, dziękuję. - Rozpogodził się, przekraczając próg zaraz za nią. Razem z nimi do chatynki wsunął się powiew wiosennego wiatru. Poruszył pęk sznurków zawieszony w kącie sieni i frędzelki wystające z przybitej do ściany makatki. Już niebawem w pokoiku rozległ plusk słodkiej cieczy. - Jak tam się babci żyje? - zapytał, nie wysilając się, by zacząć rozmowę czymś pomysłowym.
- Byliśmy wczoraj z Duniem na spacerku aż za rzeką, w lesie. Rozruszałam stare kości i wiesz? Myślę, że muszę zacząć chodzić na takie spacery! Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w lesie.
- Inny świat, prawda?
- Oj, taki, który trzeba sobie czasem przypomnieć. - Łyknęła mleka. Zrobił to samo. - A ty nadal piszesz listy do bliskich?
- Tak.
- Wspaniale. Naprawdę już mało kto ze starszych urzędników to robi...
- Do mnie też głównie rodzina pisze. A ja odpowiadam, gdy trzeba.
- A lubisz chociaż dostawać te listy?
- Tak, czytać lubię. Skoro mnie tam nie ma, wiem przynajmniej, co się u nich dzieje.
- Masz czasem wrażenie, że nie poradzą tam sobie bez ciebie?
- Nie, nie w tym rzecz. Świetnie sobie poradzą.
- Więc pewnie brakuje ci ich bliskości? - pytała dalej i z troską kiwała głową. Wolno zacisnął szczęki, ubierając ruch w nieco suchy uśmiech.
- Niczego mi nie brakuje.
- A jednak wciąż jesteś smutny. - Na te słowa tylko wzruszył ramionami. - Bardzo, bardzo dawno nie spotkałam nikogo tak odciętego od emocji. Cenniejsze jest dla ciebie, aby tam być i działać, niż żeby wiedzieć, czy wszystko u nich dobrze. Żałujesz, że tyle rzeczy cię omija?
- Tak.
- Że nie masz nad nimi kontroli?
- Może...
- W porządku, Szkliwo. Niektórzy tak mają.
- Po prostu tęsknię za domem.
- Jak byłam w lesie, trafiłam na bardzo miłą polankę. Choć wczoraj jeszcze leżał tam śnieg i unosiła się nad nią mgła, a to wyglądało magicznie. Dziś pewnie jest tam błoto. A ty kiedy ostatnio widziałeś jakieś piękne miejsce?
- Dawno.
- Ale pewnie masz jakieś w pamięci?
- Ano mam.
- Pomyśl o nim. Przypomnij sobie jego barwy, zapach, szum wiatru, jego spokój. Nasyć oczy, chociaż w wyobraźni. Nie idź dalej, dopóki nie będziesz gotowy i pewny, że nie odwrócisz się z tęsknotą. I wiedz, że gdy odejdziesz, to po to, aby zobaczyć równie piękne miejsca, a potem wrócić i cieszyć się nim dalej. Tym razem naprawdę. Być może już na zawsze.
- Dziękuję, babciu.
Wilczyca westchnęła, gładząc łapą barwny kilimek, leżący na szczycie stosiku.
- Nie można rezygnować z rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy trochę lepsi. A tovna przykład piękna muzyka, zapach kwiatów, albo takie miejsca. Najgorsze w silnych systemach jest to, że z troski zrobią wszystko.
- Nie rozumiem. - Przechylił głowę, nieprzygotowany na nagłą zmianę wątku. Poruszył się, podwijając nogę głębiej pod ciało.
- Zamkną wilka w klatce, żeby ochronić go przed nim samym. Kiedyś też myślałam, że ten, kto przychyli swoim wilkom nieba, zbuduje im najszczęśliwsze miejsce na świecie. - Kąciki jej pyska uniosły się delikatnie. Nie przestała głaskać kawałka materiału, nie zważając na to, że jego powierzchnia zaczęła mechacić się od szorstkich poduszek jej łap. - Proszę, nie pozwól ochronić się przed sobą samym.
Wstała i podeszła do okna. Zapatrzyła się w dal, odetchnęła łagodnym wiaterkiem. Gałęzie czeremchy stukały o oścież.
- O! - pisnęła z zachwytem. - Już widać pączki!
Jak okiem sięgnąć, wszędzie przylegająca do ziemi trawa i nagie krzewy. Taki świat - chłodny, świeży, wygładzony - pozostawiła zima wiośnie do przystrojenia. Już niebawem każde drzewo zazielenić się miało zupełnie inaczej, słońce miało rozświetlić oblicze polan, a drobne płatki wszelkiego kwiecia: wyłonić się z pustki.
Zachód tego dnia był ognisty. Soczysta łuna zastąpiła szarą godzinę, która do tej pory królowała wieczorami.
Rasz jak zwykle nadawał dobre tempo w drodze do remizy. Ze zbolałą miną obejrzał się przez ramię, gdy Szkliwo na chwilę został w tyle.
- Ładny zmierzch. U nas nie zobaczysz takiego słońca. - Ptak zarejestrował to tylko kątem oka. - Za mało przestrzeni. Nie znika za horyzontem, wszędzie najpierw chowają je jakieś drzewa albo góry. Nawet ze stepów widać je tylko dopóki nie ukryje się za lasem.
- Eee. - Basior pochylił się, by tylną nogą podrapać się po brzuchu. Było jeszcze dosyć wcześnie. Odkąd zostali tylko we dwóch, zaczęli docierać na kolację jako jedni z pierwszych. Przynajmniej tyle współpracownik mógł zrobić, aby poprawić mu nastrój.
Przed wejściem rozlegały się głośne rozmowy i dźwięczne, dziewczęce śmiechy. Całe stadko wilczyc korzystało z uroku kończącego się, wyjątkowo ciepłego dnia. Żuraw wyszukał wzrokiem burą sierść pokrytą jasnymi plamkami. Przytulia stała nieco z boku. Wyglądała trochę niewyraźnie i z jakiegoś powodu chyba nie nadążała za trajkotaniem koleżanek. Gdy zobaczyła wpatrzone w siebie oczy, objęła się jedną łapą i zadrżała lekko. Nie potrafił ocenić, czy jej wzrok uciekł w bok, aby uniknąć kontaktu, czy też po prostu chciała sprawdzić, na ile dostrzeżone zostanie oddalenie się od grupy.
- Rasz, stary byku! - głos z tyłu należał do Pira, jednego z północnych znajomych wcześniej wspomnianego. Skrzydlaty nie zaprzątał sobie głowy ich spotkaniem. Prawie nigdy nie angażowali go w swoje rozmowy. Wychwytywał tylko pojedyncze zdania, zazwyczaj i tak nieistotne.
- A do ciebie z domu nic nie pisali? - Płowy wilk po chwili już jęczał na swój ostatnio ulubiony temat.
- Wczoraj dostałem list. Celowo pytałem o Hapa, ale nic o nim nie piszą. Nie ma go w domu. Epei też nie ma, ale nie dopytywałem, co z nią, bo to by dziwnie wyglądało. Arki pomyślałby, że dalej się w niej kocham...
- Jak dzieci. Nic nie dać nam znać...
Szkliwo powoli wyprostował szyję. Jeden z jego pazurów zaczął kopać dołek w miękkiej ziemi i to zajęcie na chwilę całkowicie go pochłonęło.
„Czyżby Epea również zniknęła? Gdzie zatem jest? Szkoda, że Pir o to nie dopytał. Czy jest szansa, że została o wszystkim powiadomiona i odeszła razem z Hapenirem gdzieś w bezpieczne miejsce, w którym będą mogli żyć spokojnie? Ale dlaczego NIKL miałby się o to martwić? Miał za zadanie usunąć z pola widzenia jedynie jego”.
Ktoś nieśmiało chrząknął tuż przy jego ramieniu.
- Jestem. Miałam przyjść? - Wilczyca uśmiechnęła się ze zmieszaniem.
- Tak. Mam coś dla ciebie. - Strzepnął błoto ze szponów i zanurzył palce w kieszeni. - Krótka notka dla Agresta, żeby zapewnił ci stanowisko i jakieś miłe miejsce do zamieszkania. Nie przejmuj się tym, co jest na drugiej stronie. Pisałem na kawałku listu z domu.
Miało to w sobie coś ponad zwykłą oszczędność papieru. Choć nie spodziewał się, by ktoś mógł łatwo podrobić jego obrzydliwe pismo, przypuszczał, że alfa może inaczej spojrzeć na wiadomość napisaną na kartce, którą sam wcześniej wysłał.
- Dziękuję! - Przytulia uśmiechnęła się słodko i prawie podskoczyła, przejmując list. Chyba tylko dlatego zrezygnował z pytań o samopoczucie. Jeszcze chwilę wcześniej wyglądała na dziwnie osłabioną, ale wrażenie to bezpowrotnie minęło.
- Epidemia opanowana. Możesz wyruszać. Mam nadzieję, że dotrzesz do domu bez przygód. Co jeszcze... powiedziałbym, żebyś uważała, mijając WSJ, ale to pewnie wiesz.
- Spokojnie, dam sobie radę! - zawołała, lecz szybko zniżyła głos. - Pójdę południową częścią ich terenów. Tam powinno być w miarę luźno. - Zrobiła kilka kroków, omijając go i schodząc ze ścieżki. - Dziękuję - szepnęła jeszcze raz. Jedna z jej łap wyciągnęła się lekko i zaczęła zgrabnie tańczyć nad ziemią. Przez chwilę śledził jej ruch zza pleców. Na wilgotnym piasku powstał jakiś zawijas.
- Co to jest? - mruknął, stając obok. Wadera obejrzała się, na moment krótszy niż kropla spada z dachu. Inne wilki nadal beztrosko debatowały w oddali. Nie odpowiedziała, tylko uniosła łapę znad ziemi i zbliżyła do jego piersi, zatrzymując ją w pół ruchu. W jej oczach dostrzegł coś, czego za nic nie mógł zrozumieć; uważność, której nie tłumaczyło ani jedno słowo.
Ostatni ruch łapą i po znaku pozostało tylko trochę poruszonej ziemi pod przywiędłymi źdźbłami trawy. Wilczyca odwróciła się do swoich towarzyszek i zmieszała z tłumem, nie posyłając mu nawet spojrzenia.
„Ciekawe, czy kiedyś będzie okazja zapytać o jej prawdziwe imię. Cóż, to wymagałoby założenia, że jeszcze kiedyś się zobaczymy”. Myśl pojawiła się znikąd. Zmarszczył brwi. „Dlaczego mielibyśmy się już nie zobaczyć? Zmierzamy przecież w to samo miejsce”.
Przytulia znikła, Ildiri dla odmiany wciąż siedziała pod drzewem ze skrzyżowanymi na piersi łapami i uważnie śledziła wszystkich i wszystko wokół. Z jakiegoś powodu przypomniało mu się ich pierwsze spotkanie. Patrzyła wtedy tak samo zimno i oceniająco, jakby wypatrywała ofiary w stadku owiec.
Tym razem jednak nie miała już na kogo się czaić. Skinął jej głową i wycofał się do swojego współpracownika, który nadal dyskutował z Pirem, uzupełniając słowa ożywionymi ruchami całego ciała.
- Niepotrzebny jest nam nikt nowy. Wcale niepotrzebny, niech sobie Birast...
- Hej, hej, wystarczy! - Kolega z północy zaśmiał się, uciszając basiora łapą. - Czemu przelewasz złość na biednego Birasta? To on Hapowi w głowie zawrócił? Stało się, jak się stało, nie ma sensu drążyć.
- W co dziś gramy? - Rasz uciął wątek, omijając strażnika stojącego przy wejściu. Uważne ślepia przesunęły się po nich jak zwykle. Ostatnio nawet Szkliwo przestał kiwać mu na powitanie. Wcześniej robił to z suchej uprzejmości, ale nigdy nie otrzymał odpowiedzi. Był ciekaw, czy ktoś kiedyś rzeczywiście został zatrzymany przy wejściu lub wyjściu, czy też obecność tego wilka miała oddziaływać czysto psychologicznie. Może gdyby ktoś wynosił z remizy całe worki z jedzeniem...
Głównym daniem było tego dnia kilka dużych, kozich tułowi, ze wszystkimi znajdującymi się wewnątrz podrobami, zanurzonymi w słodkim sosie, który jakąś tajemną metodą wpompowano do środka. Potrawa przypadła do gustu urzędnikom, bo na całej sali panował gwar, jakiego Szkliwo od dawna nie słyszał. Wilki krążyły wokół tych pokaźnych delicji, dobierając się do środka z dziką zuchwałością. W wielu z nich najwyraźniej obudził się instynkt łowiecki, który nie miał w Najwyższej Izbie zbyt wielu okazji do natchnionych wybuchów. Sos rozlewał się po podłodze, by już niedługo zostać rozdeptanym daleko poza obręb części jadalnej.
Skrzydlaty stał nieco z boku, skubiąc przywiędłą marchew. Ostatnio mięso coraz trudniej przechodziło mu przez gardło. Nie było niesmaczne; właściwie mało co mogło się z nim równać. A jednak jego nienaturalnie mocny smak, przyprawy, od których kręciło się w nosie, przeróżne dodatki lepiące się od cukru, aż wreszcie atmosfera ogólnego uwielbienia, która wychodziła poza zwykły apetyt, a którą otoczone tu były mięsne przysmaki, fundowała zbyt wiele wrażeń naraz. Ptak był tym wszystkim zmęczony. Tęsknił za borówkami zrywanymi prosto z krzaka, jeszcze zielonymi orzechami laskowymi i chudą sarniną uszczkniętą z resztek po obiedzie w jaskini wojskowej.
- Wszystko w porządku? - zapytał bez namysłu, widząc, że jeden z wilków, choć dopiero podszedł do jedzenia i wziął ledwie kilka kęsów, nagle odsunął się i zasłonił pysk łapą. Stali teraz obok siebie.
„Zadławił się czymś? A może jednak w tym jedzeniu jest jakaś trucizna?”, przeszło mu przez myśl, ale ponieważ osobnik nie dusił się, a cała reszta nadal w najlepsze zajadała to samo, szybko odrzucił i jedną i drugą możliwość. Zresztą basior nie wyglądał najlepiej, nawet jak na swój dość niemłody wiek. Skóra wisiała na nim, jakby była o rozmiar za duża, futro miał matowe, a oddech ciężki. Podniósł oczy, które, w połączeniu z dziwnym opóźnieniem odpowiedzi, zdały się nagle zupełnie zagubione. Pokręcił głową.
- Nie, wszystko dobrze. - Ledwie to powiedział, pochylił się i gwałtownie naciągnął wargi, wpuszczając na pysk wymuszony, sardoniczny uśmiech. Szkliwo w bezruchu śledził to wzrokiem, nawet nie zauważając, że jego własny oddech zatrzymał się w piersi.
Ciało wilka wyprężyło się i zesztywniało. Z jego podbródka spłynęła kropla śliny, jedna, druga... a potem na ziemię chlusnęła żółta struga pełna niestrawionych kawałków mięsa i czarnych kropek suszonych ziół. Wokół rozniósł się ostry, kwaśny zapach.
Ptak poczuł, że jego mięśnie napinają się w gotowości do działania. Odciążona odruchowo noga zawisła tuż nad ziemią... a potem odsunęła go o pół kroku, zanim zdążyła się ubrudzić.
„Nie wygląda na umierającego. Nie ma sensu być zbyt wyrywnym”.
Jeden czy dwóch uczestników uczty obejrzał się z nikłym śladem zainteresowania i wrócił do napełniania żołądka. Ktoś zaśmiał się w przelocie, ktoś inny ominął kałużę, przemieszczając się pomiędzy wiktuałami. Wymiociny mieszały się z wypływającym z tułowi sosem. Starzec tymczasem zgarbiony przysiadł na ziemi. Otarł usta drżącą łapą. Język poruszył się w jego pysku, choć trudno stwierdzić, czy próbował sklecić jakieś słowa, czy tylko przełknąć ślinę. Ptak niecierpliwie stuknął pazurami o ziemię. Wrażenie, że ten wilk jednak potrzebuje pomocy, wciąż próbowało zdominować jego ruchy i zmusić do reakcji.
- Inspektorze, inspektor pozwoli na zewnątrz. - Wreszcie od wesołej gromady oddzielił się jeden z biesiadujących, Ksaron, asystent od północy. Bez pytania wsunął bark pod ramię dotkniętego niedyspozycją basiora. Z okoliczności nietrudno było wywnioskować, że musi on być jego zwierzchnikiem, choć fakt, że dwaj pozostali północni asystenci nadal zajadali się w najlepsze i posłali mu kilka krótkich spojrzeń, za to ani jednego gestu wsparcia, nieco zbijał z tropu.
Dwie sylwetki znikły w tłumie, kierując się do wyjścia. Tak kryzys został zażegnany, nie wymagając od Szkliwa kiwnięcia palcem.
„Dobrze. Niech każdy martwi się o swoich. Tak powinno być”.
Uczta toczyła się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. Wszyscy byli tak zajęci wyborną zabawą jedzeniem, że kącik po drugiej stronie ogniska stał prawie pusty. Nie trzeba było nawet wyciągać szyi i długo szukać w nim Kirłana. Siedział z wachlarzem kart w łapie i w skupieniu wykładał kolejne na stosik leżący pomiędzy nim i przeciwnikiem. Ptak zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie widział go jedzącego. Zawsze gdy kończyli kolację, on już siedział z kubkiem wina w łapie i śledził toczące się rozgrywki lub w nich uczestniczył. Wyglądało na to, że przychodził do remizy wcześnie i jadł przed wszystkimi.
Tym razem lotnik nie podszedł do niego zameldować się na ich zwyczajowej partii szachów. Nie mógłby się skupić. Od czasu rozmowy, która miała miejsce przed remizą, jego myśli były już w innym miejscu: za rzeźbionymi drzwiami, w korytarzu, w którym szelest falującej zasłony zagłuszał echo szybkich oddechów.
Klamka podskoczyła; kawał ciemnego drewna przesunął się powoli.
Jak zwykle wszedł bez pukania. Zauważywszy wilczą sylwetkę zmierzającą w przeciwną stronę, ku wyjściu, cofnął się o krok, aby ją przepuścić... i dopiero wtedy podniósł wzrok, by przyjrzeć się uważniej. Naprzeciwko niego zatrzymał się dowódca ochrony. Stał swobodny, wyprostowany. Uśmiechał się szeroko, uśmiechem w pełni intencjonalnym, skierowanym bezpośrednio do niego. Mięśnie na policzkach Szkliwa drgnęły w odruchu odwzajemnienia gestu, jednak nie zdołały go dokończyć. Obecność Nakiderona sprawiała, że jego kark sztywniał.
Wreszcie wilk ruszył bez słowa, ominął go, a rzeźbione drzwi zatrzasnęły się za jego grzbietem. Od jasnych tęczówek żarzących się w ciemności, od poruszonego w przelocie powietrza i od ciszy, która pozostała, gdy się uspokoiło, żurawia przeszedł dreszcz.
„No dobrze, czas do pracy. Nie pozwól okolicznościom się rozproszyć. Żadnych wątpliwości”.
- Szkliwo. Już myślałam, że nie przyjdziesz... - Ildiri wysunęła się zza zasłony, po czym oparła głową o krawędź ściany.
„I żadnych czułości”.
- A co? Myślałaś, że zacząłem rozglądać się za jakąś, która nie będzie mnie wyzywać?
- Nie... Słyszałam o wszystkim. O tym, że ona odchodzi - ściszyła głos. - Ale nikt inny nie może się o tym dowiedzieć, rozumiesz?
- Nikt się nie dowie. Za kogo mnie masz? - Zmarszczył brwi. Przez chwilę nie odpowiadała, a nawet nie zmieniała zajętej wcześniej pozycji. Tylko jej ślepia wodziły po ścianach.
- Już nie wiem.
- W każdym razie dla ciebie chyba najistotniejsze, że nie za wilka.
- A może właśnie za takiego samego wilka, jak wszyscy tutaj.
- Wybacz, nie rozumiem.
- Czy w świecie, gdzie wszyscy chodzą jak w kieracie, jest jeszcze choć jeden prawdziwy wilk?
Jego myśli na krótką chwilę zatrzymały się na jej słowach. Ostatecznie tylko wzruszył ramionami. Tego wieczora chyba była nie w humorze. Wolała raczej milczeć niż się rozgadywać, brakowało też jej zwyczajnej, natarczywej zalotności.
„Może zdążyła się już przyzwyczaić do rytmu naszych spotkań”, przyjął, gdyż nagle zdał sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu wadera zachowywała się wobec niego spokojniej. Wiedziała, że i tak przyjdzie każdej nocy, ale przestała też na próżno naciskać, by zostawał dłużej. Ten stan rzeczy mu odpowiadał, z jednym wyjątkiem. Po rozmowę przychodził tam bardziej niż po cokolwiek innego. Zasadniczo już nic ponad to go tam nie trzymało. Ani dowódca, ani żaden inny wilk nie zwróciłby pewnie uwagi, gdyby zaczął znikać po kolacji i wracać do domu, jak dawniej. A jednak, jeśli już postanowił się w to bawić, musiał spróbować stworzyć sobie dodatkowe źródło informacji - jeśli nieprzydatne watasze, to przynajmniej zapewniające materiał na pomniejsze nowinki, które chętnie pochłaniała komoda z biura ochrony.
Oprócz rzeczy ważnych i ważniejszych, które rozdzielał pomiędzy obie swoje prace, przyłapał się na zainteresowaniu pewnym zupełnie postronnym zagadnieniem. Dotyczyło kogoś obiektywnie nieistotnego, z kim nie miał ani wspólnych, ani przeciwnych interesów, a spisywanie jego dziejów komodzie byłoby czystą nadgorliwością. Tym bardziej nie zaliczało się do ważnych dla przyszłości Watahy Srebrnego Chabra. Mimo to, nieoczekiwanie nawet (w sumie tylko) dla siebie, zaczął poświęcać temu zagadnieniu oraz tej istocie czas i uwagę.
- A ty nie myślałaś nigdy nad opuszczeniem tego miejsca? - Przeciągnął się, wciąż jeszcze lekko dysząc, wdychając zapach zakurzonego siana.
- To bez znaczenia, mówiłam ci już.
- Rodzina nie mogłaby ci pomóc?
- Nie. Mój... - Uchyliła wargi i zapatrzyła się na plamy wilgoci zdobiące ścianę. Coś, co boleśnie ją gryzło, siedziało zbyt głęboko, by mogła strzepnąć to z siebie jednym wyznaniem. Postanowił nie naciskać. Zaczął myśleć nad jakimś bezpiecznym tematem, który przyniósłby ulgę jej myślom. Wtem jednak powietrze zasyczało w jej gardle. - Przecież ty go znasz.
- Kogo?
- Ojca. - Pazury obu jej przednich łap zaczęły nerwowo szukać się nawzajem. Zetknęły się po chwili ciszy. Dostrzegł, że drżą. - Chcesz wiedzieć, co tutaj robię? Powiem ci, jeśli potem się odczepisz. - Prychnęła i nawet nie kazała mu odpowiadać. - To było tak... Najpierw był on.
- Ojciec?
- Tak. Wyciągnął moją matkę z zamkniętego domu... płatnej miłości, gdy okazało się, że podczas jednego ze spotkań zrobił jej szczenięta. Zabrał ją do swojej nory, odciął od poprzedniego życia. Dał mi i moim braciom przyjść na świat, a ona go za to pokochała. Przez chwilę była szczęśliwa, ale nigdy nie pozwolił jej zapomnieć, że mu to wszystko zawdzięcza. To było tak... dziwne, niczego nie rozumiałam. Nie wiedziałam, jak można cieszyć się i tak często płakać jednocześnie. Ale nie myślałam nad tym. Była taka, odkąd pamiętałam. Aż zeszłej zimy zachorowała na ciężkie zapalenie płuc. Wtedy oprócz śmiania się i płakania, zaczęła kaszleć i pluć krwią. Niedługo później umarła. A on wpadł na pomysł, żeby załapać się na fuchę w NIKL-u. Zabrał mnie tu. Chciał wkupić się w ich łaski, więc mnie poświęcił. Miałam robić, co mi każą, a on powiedział, że dzięki temu oboje będziemy tu szczęśliwi... Miałam kręcić się wokół najbardziej wpływowych urzędników, dopytywać. Przekazywać mu, czego się o nich dowiedziałam. I w końcu mu się udało.
- Ildiri... Kim jest twój ojciec?
- Powiedział, że nigdy nie będę płakać, tylko się śmiać i cieszyć innych. Bo to właśnie robią ładne dziewczyny. Mówił, że tu nikt nie będzie chciał zrobić mi nic złego. Wszyscy będą mnie kochać.
Podkurczyła nogi; przednie powoli uniosła do pyska. Zanim zakryła oczy, dostrzegł ostro zarysowany grymas. Przez jego głowę bez pytania, lotem błyskawicy przemknęły wszystkie oblicza odpowiednio starszych od niej basiorów, które oglądał w ostatnim czasie.
- Stań pod ścianą. Nie chcesz stanąć pod ścianą, Ildi? Nigdy - urwała, przełykając ślinę. - Nigdy nie zapytał, dlaczego...
- Co? - Podniósł się z wahaniem i oparł na jednym skrzydle. Wilczyca leżała skulona, a spod jej palców, ściskających własny pysk, wydobył się cichy jęk. Szkliwo zawahał się. - Przepraszam. Nie chciałem cię zranić.
- To się do cholery nie odzywaj! - jej ryk przy ostatnim słowie przeszedł w pisk. Obie łapy uderzyły w ziemię. Zatrzymały się na niej i poruszyły wraz z ruchami klatki. Wdech. Wydech. - Jak widzisz, każdy ma swoją historię, panie wszystkowiedzący - dodała ciszej. - Ty urodziłeś się, żeby zdobywać świat i spacerować dumnym krokiem romantyka, a ja, wiesz, po co? Żeby leżeć na wysypisku jak odpadek. Żeby takim padliniarzom jak ty czasem spuścić napięcie, żeby wkładali więcej siły w ciągnięcie swojego kieratu dla paru frajerów, którzy myślą, że zdobyli świat! A... A wiesz co jest najzabawniejsze? Że w rzeczywistości ty i ja robimy dokładnie to samo. Czym się różnimy? Godzinami pracy? Dobre sobie.
Z wolna przeciągnął palcem po długim piórze na swojej piersi. Trudno było przytaknąć, jeszcze trudniej się nie zgodzić. Mimo to w słowach wilczycy było tyle jadu, że skłonny był potraktować je przynajmniej częściowo jako odzwierciedlenie emocji.
Jej historia należała więc do tragicznych. Po co chciał ją poznać? Jeszcze nie był pewien, ale był ogromnie ciekaw szczegółów. Nic nie przedstawia obrazu pełniejszego niż dramat; nikt nie opowiada bardziej szczerze niż ten, kto właśnie klęczy i zbiera swoje życie z rozsypanych kawałków.
Zaspokojenie ciekawości musiał jednak zostawić na kolejne spotkania. Wilczyca co prawda uspokoiła się, a nawet mruknęła coś, żeby przytulił ją na zgodę, ale potencjał informacyjny został już do ostatka wykorzystany. Nie czekając i nie licząc na nic więcej, pożegnał się krótko i zniknął jak kamfora.
Kochany Szkliwo!
Upolowałam dziś mojego pierwszego zająca. Ale to była przygoda! Tropiłam go przez pół dnia, a on ciągle uciekał. Trzy razy go goniłam. Ale za trzecim razem, śnieg się pod nim zarwał, a pod spodem była taka pośniegowa woda (pewnie wiesz, o czym mówię). Skąpał się w niej i go dopadłam. Dziadek był ze mnie dumny. Podzieliłam się z całą naszą jaskinią.
Posłał krótkie spojrzenie ulicy za oknem. Od ostrości światła musiał przymrużyć oczy. Ściana domu naprzeciwko jaśniała niczym powłoka świeżego śniegu, chociaż o samym śniegu w siedzibie NIKL-u już od ładnych kilku dni nie mogło być mowy. Ostatecznie przepadły nawet ostatnie, ukryte w cieniu resztki zasp, które niegdyś obwarowały się w dołkach i nielicznych mrocznych zaułkach, gdzie malały powoli lecz nieuchronnie.
Wyobraź sobie, że po wszystkich perturbacjach (towarzysz Sahel nauczył nas ostatnio tego słowa. Oznacza ono „trudności”) dziadek z Deltą postanowili rywalizować, kto dłużej pożyje. Delta jest trochę młodszy, ale ma cięższą pracę, więc uważam, że ta rywalizacja jest uczciwa.
Towarzysz sekretarz uważa, że i jeden i drugi może niedługo przegrać, ale żadnemu w żadnym wypadku tego nie życzy. Powiedziałam o tym dziadkowi, a on strasznie się rozgniewał.
Prymula
Westchnął przeciągle. Wolałby, żeby unikali tematów politycznych w listach przesyłanych za pośrednictwem poczty. Nie wiadomo, przez ile łap tam przechodziły oraz komu i na co tego rodzaju wiadomości mogły się przydać. Musiał pogodzić się z tym, że niektóre wieści będą czasem przenikać na zewnątrz. Może to dodawało ich korespondencji życia i wiarygodności? A może wręcz przeciwnie. Trudno. Był jeszcze jeden list.
✘
Kochany Szkliwo,
dziadek powiedział, że gdybyś tu był, „to może razem wzięlibyście tych wszystkich kmiotów za łby”. Był zły jak osa, więc nie pytałam, o jakich kmiotów mu chodzi. Twierdzi, że oni na pewno wysłali Cię tak daleko specjalnie, żeby popsuć mu szyki. Mówi, że właśnie dlatego towarzysz sekretarz nie pisze do ciebie listów i każe ci przekazać, że towarzysz sekretarz ostatnio wysłał przez Kaja list do tego drugiego, z WWN.
Przytuliłam go i powiedziałam, że jesteś przecież niezniszczalną ćmą i na pewno niedługo wrócisz, a wtedy będziemy wszyscy razem i będziemy śpiewać przy ognisku. Dobrze zrobiłam?
Ja też czekam, aż wrócisz. Chciałabym, żebyśmy mogli się lepiej poznać.
Prymula
Słodkie dziecko. Właściwie już prawdziwy, mały wilk. Musiała się niewyobrażalnie zmienić od czasu, gdy widział ją po raz ostatni. Była pewnie z pięćdziesiąt razy większa i nie przypominała już żółtego kreta. Był ciekawy, jak wyglądała. Nie opuszczała go jednak myśl, że gdy wreszcie wróci do domu, Prymula i wszystko wokół niej zdąży zmienić się jeszcze wiele razy.
Jeśli wróci.
To znaczy, jeśli wróci tak prędko, jak ma nadzieję.
✘
Prymulko,
przekaż dziadkowi, żeby się nie niepokoił. Sekretarz pewnie po prostu wysyła list do tego drugiego, jako do swojego koordynatora. On na pewno przekaże mi wszystko, co potrzeba. Ja nie jestem tu aż tak ważny.
Ostatnio mam trochę mniej czasu, żeby pisać. Zacząłem drugą pracę. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.
Szkliwo
Cdn.