wtorek, 28 lipca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Witaj w domu, aniołku”, cz. 17

Było raz miejsce pełne niejednoznaczności,
w którym zarówno „tak”, jak i „nie”
znaczyło „być może”,
a „być może” zawsze równało się kłamstwu.


Było raz miejsce, w którym o przeszłości nikt nie pamiętał, teraźniejszość każdy nazywał przyszłością, a o przyszłości nikt nie potrafił powiedzieć ani słowa. Do tego miejsca przybyła raz pewna młoda istota.
Nie była sama.
Po prostu nie mogła znieść przedłużającej się ciszy. Wolała, gdy ojciec mówił. Wiedziała wtedy, o czym myśli. Odkąd zostali sami, każda chwila milczenia przesiąknięta była oczekiwaniem. Przybyli do tego pełnego wilków miejsca w jakimś celu, ale jeszcze go nie poznała. Mama już dawno wszystko by jej wyjaśniła. Przytuliłaby ją mocno, zapewniając, że niedługo znowu będą w domu i pójdą poskakać po kamieniach nad strumykiem. I moczyć kamyki, które odsłoniły się, gdy długo nie padało. Wyglądały na smutne i spragnione. Wrzucone do wody od razu nabierały bajkowych kolorów.
- Co to za drzewko? - zapytała cicho, bokiem zerkając na siedzącego obok basiora. Ten nawet nie spojrzał na rozłożyste gałęzie, które dawały im cień. Był wpatrzony w dal, w grupę wilków, która zatrzymała się przy drodze, prowadząc ożywioną rozmowę.
- Chyba śliwa.
Podniosła wzrok wysoko w górę, mrużąc oczy od słońca, które przyświecało przez gęstwinę w liści. Rozchyliła pysk.
- Tato, a zerwiesz mi tego owocka?
- Tak - odrzekł basior obojętnie. - Jeśli raczysz podejść do tamtego wilka z siwym pyskiem i sprawisz, że się do ciebie uśmiechnie. Będę obserwował.
- Czyli co mam zrobić?
- Gadaj głupoty, jak gadasz, gdy jesteśmy sami. Bądź miła. Sprawdź, co podziała.
Ildiria z całą mocą pokiwała łebkiem i już zrobiła krok naprzód, raptem jednak chude palce zacisnęły się na skórze tuż nad jej ogonem.
- Tylko bądź łaskawa - uniósł kąciki pyska, napinając wargi - rozmawiać po równo z nimi wszystkimi i udawać, że przywiał cię tam czysty przypadek.
Ta drobna misja poszła wilczycy wcale nieźle. Właściwie całkiem lubiła przebywać wśród innych wilków. Traktowała to jako miłą odskocznię od chłodu, który towarzyszył jej na co dzień. I tak mijały dni beztroskie. Gdy jednego z kolejnych dni ojciec znowu przydzielił jej podobne zadanie, wykonała je z ochotą. Wszyscy byli tacy mili.
- Cześć! Co u was?
- Cześć. A może już dobranoc? - zauważył jeden z basiorów, przesiadujących pod ścianą wielkiego, prostokątnego budynku. Jego mury w świetle zachodzącego słońca wyglądały, jakby pomalowano je czystym ogniem. Pod purpurowym niebem ścigały się ze sobą maleńkie, czarne, skrzydlate stworzonka. - Kto to do nas zawitał? Skąd tu taka młoda dzieweczka? - Ukłonił się nisko.
- To córka posłańca - odrzekł drugi, przygryzając śliwkę. Widywała go w tym miejscu niemal codziennie wieczorem, a gdy zapadał zmrok, basior kładł się spać wśród drzew, przez cały czas jednak mając na oku wejście. Był strażnikiem. - Chcesz wina? Ej, krzyknijcie dziewczynom, żeby dały jej wina!
Ildiria wyciągnęła szyję, zaglądając w ciemność, za wejście, za którym zniknął inny z towarzystwa. Zapach nie kłamał. Musiało być tam o wiele więcej niż soczyste jabłka i wino. Zdawało jej się, że słyszy też śpiewy; śmiechy. To tam znikał ojciec każdego wieczoru.
Zagadywała wilki, gdy rankiem odprowadzała go na poligon lub do urzędu. Zagadywała wilki, gdy przedpołudniami samotnie włóczyła się po ścieżkach i kopała kamyki. Zagadywała wilki, gdy o zmierzchu ojciec szedł na kolację. Kilka razy nawet wymknęła się z domu, by nocą czekać na niego pod wyjściem z remizy. Miała nadzieję, że to da mu radość, bo wypytywał o każdego jej nowego znajomego z wyjątkowym zaciekawieniem. Jednak liście opadły z drzew, a on coraz częściej przestawał słuchać w połowie jej zeznania, zaciskał zęby i rzucał mrukliwe komentarze o tym, że powinien być z nim któryś z jej braci, najlepiej w ogóle zamiast niej.
Aż pewnego dnia tak się stało, że gdy pod wieczór wyszedł z urzędu, z uśmiechem na pysku oświadczył, że znalazł jej pracę. A tak głośny był to uśmiech, że jej serce ścisnęło się jak potrącony pszczelim skrzydłem listek mimozy.
- Awi, potrząśniesz tą gałązką, żeby poleciały z niej płatki?
Ildiri wzdrygnęła się rzucając szybkie spojrzenie najpierw swojej przyjaciółce, a potem małej Kornicji, przednimi łapkami opierającej się o pień czereśni. Żadna z nich nie nie podłapała tego gestu, i dobrze. Rozmowa zepsułaby urok tej chwili. Już prawie udało jej się zdrzemnąć.
Cień przepłynął po jej pysku. Usłyszała szelest, który od razu zmieszał się ze słodkim, szczenięcym śmiechem. Kilka delikatnych, białych drobin otarło się o jej nos w drodze na ziemię.
- Patrz! - Kornicja stała przed nią, trzymając na wierzchu łapki jedną z nich. - Ten jest inny od pozostałych.
Rzeczywiście, płatek miał brązową plamkę. Wilczyca z lekkim uśmiechem przewróciła oczami.
- Pewnie grzyb. - Zacisnęła powieki, ściskając łapą przeciwległe ramię. Otaczające ją głosy rozpłynęły się gdzieś w powietrzu.
Przysnęła chyba.
- Kim jest ta wilczyca, która szwenda się z tobą po wiosce? -  Tłusty urzędnik ścisnął podsunięty mu list, przyozdobiony wojskową pieczęcią. - Ildiria, zdaje się. Przybyliście razem? To twoja partnerka?
- Nie, żadna partnerka. - Nakideron wzruszył ramionami. - Ale tak, Przybyła ze mną.
- Tak właśnie myślałem. Mało kto tutaj ma jakieś zobowiązania. A nawet jeśli, szybko się ich pozbywa. Ta dziewczyna jest całkiem miła. Tylko co tu robi?
- Pasożytuje - mruknął bez zastanowienia. - Choć z natury swej jest bardzo pracowita. Po prostu nie ma okazji, żeby się tu wykazać. A ja pracuję za nas oboje.
- A ty kim jesteś, że tak się nią opiekujesz?
Chudy wilk przełknął ślinę.
- Powiedzmy, że została mi w spadku po partnerce. A ja jestem... wilk poczciwy, który troszczy się o każde życie, nawet to małe, słabiutkie i nieprzydatne.
Basior przetoczył się na drugą stronę korytarza. Z suchym stęknięciem uwiesił się na klamce, by otworzyć drzwi do jednego z gabinetów.
- No, no... Więc mówisz, że szuka pracy.
- Może szukać - mruknął. - Każdy może szukać. Komu z nas nie przydałoby się coś lepszego?
Wilk zaśmiał się, aż worki tłuszczu pod jego szyją zadrżały wdzięcznie.
- Ja ze swojej jestem bardzo zadowolony. A ty nie? - Zatrzymał wzrok na rozmówcy, w zadumie pociągając nosem. - No, no, kto wie, może dobrze trafiłeś.
Od szczenięcego śmiechu nie dało się uciec.
Zwłaszcza, gdy Kornicja skoczyła jej prosto w ramiona, by zdmuchnąć jej z czoła te białe wiórki. Ildiri uśmiechnęła się leniwie, oplatając malutką wilczycę ramionami. Ziewnęła, licząc na chwilę spokoju. Trawa była tak miękka. Słońce grzało tak przyjemnie...
Ildiria przesunęła się po zakurzonej podłodze i wdrapała na materac. 
- Ale wiesz? - Zardzewiałe sprężyny zabrzęczały w półmroku, a do jej nozdrzy napłynął silny zapach koziej skóry. - Jakby mnie tu nie było, to bym cię nie poznała!
- Oj, dziewuszko, znalazłabyś sobie młodego, przystojnego basiora. Co ja ci mogę dać?
- Ważne, że jesteś. A w ogóle, to ty jeszcze wcale nie jesteś stary - oświadczyła, wtulając głowę w sierść na jego piersi. Birast tylko pogładził ją łapą. Bez okularów celował na ślepo, więc nie gniewała się, że przypadkowo pacnął ją w czoło.
Wietrzyk poruszył gałęziami i strącił jej na pysk jeszcze kilka miękkich płatków. Fuknęła, by je strząsnąć. Pod przymkniętymi powiekami pociemniało. Czyja postać zasłoniła jej słońce?
Ach, niczyja. Ono tylko zaszło za chmury.
Tak to bywa, że słońce nawet w dzień najpiękniejszy czasem zachodzi za chmury.
- Hej! - Głos rozbrzmiał w ciemności. - Ty jesteś córką tego nowego ciula z ochrony? - Czyjeś łapy przygniotły ją do ściany, zanim wzięła wdech, by odpowiedzieć. - Mam sprawę.
- Co chcesz? - Szarpnęła, kątem oka spoglądając w głąb pustego korytarza. Jeszcze kilka skoków i dopadłaby drzwi. Nie zdążyła.
Świat zadrżał, ściany się przekrzywiły. Skóra na policzku zapiekła. Wilczyca przycisnęła łapę do pyska.
- To żebyś lepiej zapamiętała - warknął. Jego śmierdzący zepsutym mięsem oddech poruszył sierść na jej uchu. - Przekaż mu, że żaden kwas nie znikł. Jeden gnój przypadkowo zniszczył dwie paczki.
Otworzyła oczy. Wiatr niósł po równinie tylko woń kwiatów śliwy. A ona drzemała pod śliwą, w cieple i miękkości traw.
- Dziewczyny! Kolację trzeba szykować! - Skrzekliwy głos Fijki podniósł na nogi cała grupę wylegującą się w cieniu drzew. Kornicja wyswobodziła się z uścisku. Wilczyce stłoczyły się przed wejściem i już po chwili ułożonym szykiem zaczęły znikać w cieniu korytarza.
Pamiętała czasy, gdy ten głos nie był jeszcze tak zachrypły i gdy co kilka słów nie przerywały go ciężkie oddechy.
- Ildiri! A ta to na co tu czeka? Urzędnicy ci się skończyli?
Ildiria podniosła głowę, ale nie zdobyła się na oderwanie grzbietu od ściany.
- Spać mi się chce. Jest środek nocy.
- Wyśpisz się rano, a teraz do pracy! Mam ten bajzel sama ogarniać? Żreć to pierwsza, a potem od razu nogi za pas. Już mam na ciebie oko... - Wadera zaczęła gwałtownie przeczesywać jej sierść łapami. Gęsta kryza układała się w zbite kosmyki. - Natychmiast wyczesz z siebie te kłaki. Dostałaś od pana inspektora taki piękny prezent, bogaty, i co? Ochędoż się i biegiem na salę.
- Jaki prezent? - Ildiria zamrugała, licząc, że dzięki temu opuchlizna zejdzie z powiek, choć na to się nie zapowiadało. - Ale ja nic nie dostałam.
- Jak to, jaki? - Fijka już brała głęboki wdech, gdy nagle zacięła się jak zepsuta zabawka. Tylko wykrzywiła wargi. - To pewnie jakaś inna dziewczyna wzięła. No, już, na salę! Pazurami sobie wyczesz te kłaki!
- Jaki prezent!? - Młoda wilczyca zerwała się z miejsca. - Od Birasta? Dlaczego ja o niczym nie wiem?
- Jakiś taki grzebień z kamykami przyniósł, wracając z wyprawy. Brzydki. Ale wzięłam go i widać, ktoś był szybszy niż ty. Trzeba było pracować, a nie szwendać się gdzie popadnie!
- Czego na nią krzyczysz? - Ktoś szedł ścieżką od strony lasu. To strażnik wrócił z jednej ze swoich wieczornych wycieczek nad rzekę. Wciąż pachniał wodorostami. Ponoć ryby najlepiej brały o zmierzchu. - Po to ma takie ładne oczy, żeby płakała?
- Niech się weźmie do roboty, zamiast udawać. - warknęła Fijka. - Ty też!
Były kiedyś czasy, gdy ten głos nie był jeszcze tak zachrypły. I gdy co kilka słów... nie przerywały go ciężkie oddechy. Teraz jednak było inaczej. A tak naprawdę zupełnie nic się nie zmieniło.
Kornicja przytuliła się do boku Awi. Mrok ogarnął ją na moment przed tym, jak uderzył w nich przeciąg z głębi remizy. Echo kroków niosło się po ścianach, a puszyste ogony gdzieś z przodu kiwały się do jego rytmu. Wilczyce jedna po drugiej skręcały za potężne, drewniane drzwi. Tego wieczora trzeba było uważać, żeby sierść nie przeszła octem. Nikt nie chciał iść na kuchnię, a potem tłumaczyć się z tego zapachu przed Fijką. Ale kolację ktoś przygotować musiał.
- Korni! - Ildiri zrównała kroku z młodszą i starszą wilczycą. - Pomożesz mi przygotować kolację. Ja będę trzymała mięso nad ogniem, a ty zmieszasz sos i polejesz. Chcesz być tu przydatna i jeść razem z nami?
- Tak! - Wilczątko podskoczyło na dwóch łapkach.
- To musisz się uczyć ważnych rzeczy.
Zatrzymały się przed wejściem na zaplecze. Każdy rozchodził się do swoich obowiązków. Płomień już buchał pod oknem i mimo przeciągu zadymił całe pomieszczenie. W pokojach za zasłonkami było jeszcze pusto.
Zupełnie tak samo, jak wtedy. Tamtego wieczora, choć równie dobrze mógł być to tylko jeden z wielu podobnych wieczorów, które zapadły jej w pamięć.
- Nie będę dłużej tak żyć. - Spięła się, czując, że kolacja podchodzi jej do gardła. Nienawidziła, gdy milczał. Byleby tylko zabić ciszę, sama zaczynała wtedy mówić. A w głowie nie miała niczego ponad to, czego nie mogła wykrzyczeć mu prosto w pysk, nawet jeśli bardzo chciała. Och, naprawdę chciała o wiele więcej.
Odkąd po raz pierwszy zobaczyła, jak jedna ze starszych współpracowniczek wraca ze szpitala, w uszach dzwoniło jej milczenie, które słyszała w odpowiedzi na wszystkie pytania.
Tak nauczyła się wybierać właściwe pory na spotkania. Siemisz miał mało czasu przed kolacją, zajęty przygotowaniami swojego kącika. Birast cierpiał wieczorami, ledwie włożył coś do pyska. Fakult musiał wychodzić szybko, bo nocą zaczynał wartę na obrzeżach wioski. Robiła co mogła, by nie niepokoić ojca. Ale czasem przychodziły wieczory bez drogi ucieczki.
Nie chciała bólu. Nie chciała choroby. Nie chciała być karmiona proszkiem do utraty przytomności. Nie chciała chodzić po kątach i płakać, jak one potem płakały.
- Coś waćpannie nie odpowiada? Wiesz, jak żyła twoja matka? Twoja matka żyła tak samo i dzięki temu się poznaliśmy. Dzięki temu mamy teraz to wszystko.
- My mamy? Ja nic nie mam. Nic nie mam! - powtórzyła dobitniej. - To ty przez cały czas wspinałeś się po cudzych grzbietach!
- Co za barwna historia! Tęskno waśćce za dziczą, której waśćka nigdy nie poznała. Masz ochotę na samotną wyprawę? Ostatni płot wioski stoi tam sobie i skrzypi na wietrze. Jeśli tak cię ciągnie jego wołanie, idź. Zobaczysz, że krok za nim wszystko to się skończy. Myślisz, że jesteś Ildiri, moją córką, znaną i lubianą. Wyjdź stąd, a przekonasz się, że tylko to wypożyczyłaś. - Basior zbliżył się, obejmując ją łapą. - Wiesz już, dokąd pójdziesz? Czy będziesz włóczyć się od watahy do watahy i wszędzie słyszeć to samo pytanie: „A ty to kto”? Chcesz przekonać się, jak to jest, prosić o łaskę obcych?
- Jestem Ildiria... nie żadna Ildiri. - Skuliła się w odpowiedzi na ciepło, którego tak łaknęło jej serce, a które cała reszta usilnie próbowała od siebie odepchnąć.
- Pamiętaj o swoich braciach, Ildi - szepnął jej do ucha.
Czas w remizie mijał powoli. Tak się działo, że każdego dnia działo się wiele, ale ciągle to samo. Odkąd pamiętała, te same rozmowy. Te same ruchy. Ten sam czarodziejski zmierzch malował się na frontowej ścianie. Tylko płacz bezsilności z czasem coraz cichszy, krótszy, ostatecznie został zastąpiony niemą, wilgotną powłoką. I ta powoli zasychała na dobre.
- Wyciągnij mnie stąd jakoś, proszę... - Gdy wciskała czoło w grzbiet nadgarstka, szum w głowie przycichał. Niewiele pamiętała z tamtego wieczoru. Tylko tyle, że za oknem coś stukało o parapet, a Birast przejął jej łapę, by ucałować ją delikatnie.
- Ja tu już pewnie nie popracuję długo. Lato i zimę, może dwie. Męczy mnie to wszystko. A potem wyruszymy do mojej watahy. Co ty na to?
- Dobrze - szepnęła, mimo że ściśnięte gardło prosiło o krzyk. Prosiło, żądało, tym mocniej, im wyrazistszy obraz ojca stawał jej przed oczami. Widziała, jak unosi brew i wolno kręci głową. Przy każdym westchnieniu miała wrażenie, że jej nos drażni zapach soli i wina, w których tonęły kolacje, które jadała ramię w ramię z jego zajadłymi wrogami.
Ten sam deszcz siąpił wiosną i ziemia pachniała po nim tak samo. I mięso, i wino nie traciły aromatu. I ona nic się nie zmieniła. Wciąż tylko witała lub żegnała. I zaprawdę, czasem wolała żegnać.
W praktycznym ujęciu Kornicje były dwie. Jedna stonowana, grzeczna i nieco nieśmiała. Druga budziła się, gdy w pobliżu pojawiała się Awi, z nią bowiem mała istotka najszybciej znalazła wspólny język. Tej wszędzie było pełno; wesoła, skoczna, zaglądała we wszystkie kąty. Choć jej śmiech nie był donośny, budziła uśmiechy starszych wilczyc etykietalnym dyganiem na powitanie i słodkim kręceniem główką, gdy próbowała coś zrozumieć. Wychwyciwszy ten zabawny zwyczaj, niektóre zaczęły raczyć ją niejednoznacznymi, choć często dość prostackimi żartami, których nie miała jeszcze prawa rozumieć.
- Dlaczego pan przewodniczący siedzi smutny i nie je kolacji? - zawołała swoim tęgim głosem Stelkia, wadera, która ledwie mieściła się w kąciku socjalnym i to bynajmniej nie dlatego, że była gruba.
- Bo dziś nie dostał! - odpowiedziała któraś i wszystkie razem wybuchły śmiechem.
- Dobrze, już wystarczy tego dobrego. - Awi wzięła za małą łapkę. - Chodźmy, musisz się wyspać, a one niech gdakają.
- Mogę spać z tobą?
- Pewnie, kochanie. Ale przyjdę do ciebie trochę później.
I podreptały przez korytarz, i rozpłynęły się w słodkiej woni lawendy, w tajemniczych szelestach, w westchnieniach.
Ildiri wstała i przeciągnęła się, by podążyć ich śladem.
Nawet nie zauważyła, jak już późno. O tej porze zazwyczaj przyłaził jaszczur. Tym razem znowu miał to być kto inny. Ciężko jej było w piersi i szyja jakoś sztywniała. Prawie już zdołała zapomnieć to uczucie. A może zdołałaby namówić Birasta na czysto przyjacielskie spotkanie? Tak dawno nie mieli okazji porozmawiać na osobności. Przecież choć raz mogliby po prostu pobyć razem. Zgodziłby się to dla niej zrobić.
„Ostatnio przesiąkłaś zapachem piór i piasku”, zadźwięczało jej w głowie. „Wybacz, Ildiri. Po prostu nie mogę się rozluźnić, gdy czuję to samo, co codziennie w pracy”. Zwarła palce w ciasnym uścisku. Rozumiała go. Chociaż oboje wiedzieli, że to nie jej wina.
Największe boleści chwytały go właśnie po kolacji. Wzięłaby go do pokoju, zasłoniła kocem dziurkę od klucza. Mogłaby pomasować mu brzuch. Może nie chciałby niczego więcej.
Był wyjątkiem wśród tych świń. Za to właśnie go kochała.
Od lat ciągle to samo. Z urzędu też nie wywietrzał chłód i zapach stęchlizny był równie silny. Jak wtedy. Gdy jeszcze miewała potrzebę, aby się tam pojawiać.
- No, no... Nie spodziewałem się takiego gościa. - Grubas usiadł w rozkroku, opierając się o ścianę. Między jego łapami leżała sterta papierów. Jakie to znamienne.
- Przyszłam w sprawie osobistej.
- No, tak, tak, nawet spodziewam się, w jakiej. Znam twojego ojca. 
- Wiem.
- To ja załatwiłem mu tę fuchę. Nie powiem, dobrze nam się współpracuje. - Podetknął sobie pod pysk jeden z palców i pociągnął nosem.
- Wiem, słyszałam.
- Wyjątkowo obrzydliwy wilk, a ma tak przeuroczą córkę. Co by tu z nim zrobić... - wymamrotał na głębokim wydechu. - Bo, jak mniemam, w końcu zebrał się na odwagę, żeby prosić mnie o więcej. Posadka pomocnika w ochronie mu nie wystarczy? Na co ostrzy sobie ząbki?
- Ja... nie chciałam o niego prosić. Jest taki jeden wilk. Inny.
- No, wysłówże się, dziecko.
- Nazywa się Trelik. On jest jeszcze młody, ale też chciałby pójść do ochrony. A w ochronie wszyscy mówią, że marnuje się, przerzucając papiery w sekretariacie u Żamichy.
- No, no, i ty byś mu, biedulko, chciała pomóc? - Spojrzał na nią pobłażliwie. Westchnął i wzruszył ramionami, łaskawie skinąwszy głową.
Wilczyca pochyliła się. Nie była pewna, czy to już, ale wiedziała, że weszła do tego gabinetu, by działać. Delikatnie wzięła w łapy kilka plików dokumentów i zaczęła odkładać je na bok, jeden po drugim. Najpierw powoli, potem nieco niecierpliwie, szybciej, aby ukryć drżenie łap.
Basior mierzył ją uważnym wzrokiem.
I tak to było.
Było raz miejsce pełne niejednoznaczności, w którym zarówno „tak”, jak i „nie” znaczyło „być może”, a „być może” zawsze równało się kłamstwu. Gdzie chmury ścinało się kosą, a zboże deptało.
W miejscu tym żyło pewne przeźroczyste stworzenie. Choć czasem bywało też poza jego granicami.
Na łące rozległ się terkot drewnianych kół.
- Ja idę od razu do remizy. - Kirłan wyprężył się i ziewnął głęboko. - Gramy dzisiaj?
- Nie mam siły. Przepraszam.
- Zatem jutro. Odpoczywaj! Omal nie zapomniałem, że masz tu pracę.
Chmury błękitniały pod wieczór. Wiatr gonił po drodze suchy liść. Tylko z poligonu dobiegały krzyki jakiejś musztry, a na ścieżce do remizy panował odległy gwar.
Chatka asystentów stała pusta i kusiła swoim spokojem, a siennik w izdebce na piętrze pewnie zdążył już rozsypać się po całej podłodze. Głód okazał się jednak silniejszy.
Tego dnia ptak nie zbliżał się do stałego miejsca asystentów wschodnich. Przystanął przy pierwszej lepszej tacy ze strawą, przy której nie kłębiły się już wilki. Orzeźwiająca woń świeżej bazylii konkurowała z ostrym zapachem alkoholu. Mięso rozgrzewało podniebienie. Po języku przepłynęła słona fala, która w miarę jedzenia ustępowała wrażeniu słodyczy. Danie musiało być mocno doprawione.
Coś ukłuło go w dziobie. Splunął na ziemię. W sosie, którym polano mięso, pływała jakaś struktura. Zmarszczył brwi. Kształt przypominał kiść maleńkich fasolek z zakrzywionymi szypułkami... Nie. To palce. W język zadrapał go cienki pazurek.
Podniósł najbliższy kubek z niedopitym winem i duszkiem wlał jego zawartość do gardła.
Od strony ogniska dobiegły jakieś krzyki. Ktoś komuś dał w mordę i kłótnia zginęła w dudnieniu metalowych bębnów. Szkliwo wycofał się do przejścia na korytarz. Nie dojrzał ani Rasza, ani inspektora; o tej porze byli już po kolacji.
Pod ścianą omal nie wdepnął w żółtą kałużę, którą zostawił po sobie jakiś uczestnik uczty. Krople były rozbryzgane na ścianie, a na podłodze jeszcze było widać mokre ślady łap. Ptak ominął pozostałość słabego pęcherza szerokim łukiem. Nieprzyjemny, gryzący zapach przebijał się nawet przez aromat zamorskich przypraw.
Lawenda pachnie wszak o wiele milej. A w blasku zawieszonej w kącie pochodni noc jest spokojniejsza niż na głośnej hali przy wielkim ognisku.
- Och. Wróciłeś - zauważyła wilczyca, siadając w wejściu na zaplecze i krzyżując ramiona. Fakt ten wzbudzał w niej mieszane uczucia. Z jednej strony miała już dosyć jego dumnej sylwetki i frajerskiego gadania o zbawieniu świata przez udawanie, że się nie istnieje. Z drugiej, nadal był najbardziej przystępną opcją na bezpieczne spędzenie nocy bez towarzystwa pijanych basiorów i ciągłego nadzoru Fijki.
- Ildiri, wszystko przemyślałem. Przepraszam cię.
- Co przemyślałeś? - Takiego powitania się nie spodziewała. Co nie znaczy, że zapomniała ich ostatnie spotkanie!
- Jeśli naprawdę uważasz, że nie ma lepszego wyjścia... to ja pomogę w jakikolwiek sposób. Wiesz, możemy udać, że...
- Tak? - Uniosła brwi, a całe jej ciało poruszyło się lekko. Łapy drgnęły, jakby chciała je rozpleść. To jednak ostatecznie to nie nastąpiło. - No to świetnie. Serio, świetnie. Jestem, jak to się mówiło? W zobowiązaniu.
Kątem oka zerknął na swój płaszcz. Otrzepał go z jednej strony, z drugiej. W drodze nadrzecznym traktem cały spłowiał od kurzu.
- Tylko niestety trochę się spóźniłeś. - Zamarł ze skrzydłem na kołnierzu. Wilczyca ominęła go, zatrzymując się na chwilę przy jakiejś koleżance wylegującej się na poduszkach, przy dzbanku pełnym suszków.
- Gdzie Korni?
- A tam, gdzie słyszysz. - Ta machnęła głową; można by uznać, że lekceważąco, ale jakoś nazbyt gwałtownie. Dopiero teraz Ildiri rzeczywiście usłyszała przyciszoną rozmowę; nie, tylko jeden, stłumiony ciężkimi zasłonami głos wilczycy. Zatrzymała się przy kotarze. Co dalej? Tego nie przemyślała.
- Ja... nie wszystko powiedziałam - wydukała, nie odwracając pyska. - Pamiętasz, jak wspominałam ci o ojcu? - Zabębniła palcami w drewniany słup. - A właściwie powiedziałam. Nie moja wina, że nie słuchałeś. Chodź - mruknęła i pierwsza wsunęła się do środka.
Spokojny głos należał do Awity. Siedziała pochylona nad istotką, która wydawała się dziś jeszcze mniejsza niż zwykle. Mruczała jej cichą piosenkę. 
- Korni.
Dostrzegając przybyszów, szczenię otworzyło pyszczek, ale nie wydostały się z niego żadne słowa. Zastygło, a jego oczy napełniły się łzami.
Nagły wybuch płaczu szybko przeobraził się w pisk. Ciężkie krople zaczęły kapać na ziemię. Łapki dygotały, a oddech urywał się i cichł na krótkie chwile dopiero, gdy straciła siłę, by łkać. Awita przygarnęła ją do piersi.
- Wyjdźcie - syknęła. - Ildiri, spieprzaj stąd.
Słysząc dźwięk jej głosu, ucichła. Co chwilę tylko wciągała powietrze, poddając się niepohamowanym wstrząsom. Sięgnęła puszystej kryzy wilczycy i zaczęła przesuwać po niej palcami.
- No, Korni, powiedz jeszcze raz - rozkazała Ildiri, nie dbając o piorunujący wzrok koleżanki.
- Złapał mnie za szyję - wychrypiała mała wilczyca. - Nie mogłam się ruszyć, bolało, a on darł się „Patrz mi w oczy!” i trzymał...
- Ćśśś. - Opiekunka zacisnęła powieki, kładąc głowę na jej głowie.
- I tylko szczerzył zęby, jak prosiłam, żeby przestał...
- Cicho, cicho. Już dosyć.
- ...Już dosyć. - Powtórzyła Kornicja, ciągnąc i puszczając ten sam kosmyk sierści w kółko. Mechanicznie, bez świadomości. Awita delikatnie przykryła jej łapę swoją. Szczenię znieruchomiało. Dopiero po chwili wróciło do powtarzania tego samego ruchu.
- Słyszeliście, co powiedziałam? - warknęła wadera, rzucając im spojrzenie z ukosa. - Zostawcie nas.
- Poczekaj - szepnął Szkliwo. - Znacie Cispesję?
Siedząca obok niego wilczyca w milczeniu przechyliła głowę.
- Nie wiem. Kto to? - Oczy Awity podniosły się spod zmarszczonych brwi.
- ...Kto to? - Szept Kornicji zabrzmiał niczym odległe echo.
- Starsza wadera. Była tu kiedyś psychologiem.
- A, ja znam. - Ildiri wyprostowała się, najwyraźniej grzebiąc w pamięci. - Przychodzi co jakiś czas po mleko.
- Może powinna z nią porozmawiać?
- Psycholodzy to gnidy. Nie umieją pomagać, oni tylko robią idiotów z nowych urzędników.
- Nie Cispesja. Jeśli nie pomoże, to przynajmniej zajmie jej myśli. Kornicja potrzebuje opieki, nie Fijki, która dba o nią tylko na tyle, by móc jej używać.
- No nie wiem - mruknęła druga wilczyca, powoli wdychając i wydychając powietrze przez czuprynę siedzącego w jej ramionach szczeniaka. - A załatwisz nam to? Ja... się jakoś odwdzięczę.
- Załatwię. To raczej nie kłopot.
- ...Się jakoś odwdzięczę - wyszeptało szczenię, wpatrując się w pustkę.
- Co się miało stać, to się stało. - Ildiri swoim zwykłym, wyniosłym spojrzeniem zmierzyła swojego towarzysza od stóp do głów, chyba już tylko z przyzwyczajenia.
- Ty się nie odzywaj. - Awita mocniej ścisnęła drobne ciało w swoich objęciach. - Już nigdy więcej.
W środku nocy po wsi hulał wiatr. Rozwiewał opadłe z krzewów kwiaty; wyściełał nimi piaskowe ścieżki. Świstał w pęknięciach między cegłami i huczał w pustych oknach.
Pukał o ościeżnicę gałęziami starej czeremchy. Ginęły w nim szepty i westchnienia, rozmywało się chrapanie urzędników w ich chatkach. Trzasnął drzwiami w biurze ochrony i zagłuszył kroki na stromych schodach. Psotnie rozwiał kartki wyciągane z szuflady i potrząsnął płomieniem pochodni, która miała rzucić nowe światło na wszystko, co w ostatnich dniach działo się w urzędzie i tuż obok niego.
Noc była podobna do każdej innej, gdy ostatni goście remizy zdążyli już wrócić do domów i ulica pustoszała. Wtedy z ciemności wyłoniły się już tylko dwie sylwetki: ptasia i wilcza.
- Czego?
Uschnięte kwiaty chrzęściły pod nogami.
- Pięknie jest patrzeć na spaloną gałązkę. Tak jak na drzewo bezbronne w obliczu pożaru. - Ślepia widma iskrzyły w mroku jak dogasający żar. Jego oddech osiadał rozmówcy na kołnierzu. Popędzał, lecz nie otrzymał odpowiedzi. - Zostało ci jeszcze coś, czego nie sprzedałeś? Chętnie zobaczę, jak wypuszczasz to ze szponów, żeby sięgnąć po zapłatę. Już wiesz, że przyjdzie ci przegrać. Ale graj, graj. W końcu już po nic więcej nie żyjesz. Graj ze świadomością, że przedłużasz swoją agonię. Graj, wiedząc, że niezależnie od wygranej sumy, zostawisz ją na skraju najbliższej przepaści.
Chrzęst ucichł. Na ścieżce stała już tylko jedna sylwetka; nieruchomo, przez długi czas.
A potem wiatr ustał. Poranek przyniósł woń świeżych ziół i traw oraz przymarzniętej ziemi, którą szybko rozgrzewało wschodzące słońce. Kiedyś w każdym domu tak pachniał spokój i nadzieja. W Najwyższej Izbie... nazywano to raczej zapachem wspomnień.
- Szkliwo? - Inspektor wyprostował grzbiet, aż do momentu, w którym zderzył się ze ścianą. - A ty nie miałeś być na południu?
- Przecież byłem. - Ptak doczłapał się do wolnego miejsca pod ścianą, wśród papierów. - Już wróciliśmy.
Birast nie odpowiedział; wychylił się, szukając czegoś na stojącej obok komodzie. Ostatecznie nie znalazłszy, przesunął w palcach wiszące na swojej szyi kółko. Wreszcie kaszlnął znacząco, przekładając świeżo spisane rozporządzenie sprzed swoich łap na bok, w kierunku asystenta.
- Halo, nie opowiesz nam jak było? - Donośny głos Rasza nadleciał zza drzwi. - Specjalnie rano nie pytałem, żebyś nie musiał mówić dwa razy!
- W porządku.
Skrzydlaty przejął od przełożonego dokument gotowy do zarejestrowania i udał się do ich gabinetu.
- A co ty taki cichy? - szepnął wilk, gdy usiedli, każdy nad swoim zajęciem. Przyjaźnie zamachał ogonem. Z jednej strony wszystko było jak co dzień. Przez ostatnie trzy dni dziwnie było mu być jedynym asystentem. Budzić się i zasypiać w pustej chatce, od śniadania do kolacji siedzieć z inspektorem sam na sam. Odkąd wrócił Szkliwo, wszystko miało być po staremu. A jednak coś było inaczej. - Nie wyspałeś się?
- Nie pierwszy raz.
- No w sumie. - Wzruszył ramionami. - Ależ ty jesteś nudziarz - stwierdził, choć uśmiechał się przy tym szelmowsko.
Drobny deszczyk kapał na dach chatki za krzewem czeremchy. Cispesja wsłuchiwała się w niego, siedząc przy oknie, zgarbiona i pochłonięta robótką. Kolejna makatka wyłaniała się z plątaniny barwnych nici. Dunio uwił sobie iście królewskie łoże z kilku innych i urzędował na nich, polerując paluszkami swoje lśniące wibrysy.
Spośród monotonnego stukania kropel o dachówki, wyłoniło się stukanie pazurów na klepisku.
- Szkliwo, co za miła niespodzianka! - Chyba nikt inny w całym NIKL-u nigdy nie ucieszył się tak na jego widok. - Wiedziałam, że do mnie wrócisz. Zobacz, co dla ciebie uszyłam. To ptak-anioł. Taki sam, jak ty. - Stara wilczyca łapą namacała leżące obok siebie, już skończone dzieło.
- Dzię... dziękuję.
Makatka była dość spokojna, dominowała na niej zieleń drzew i złoto słonecznych promieni. Dziwne stworzenie, rzeczywiście mogące nosić miano zarówno ptaka, jak i świetlistego stworzenia pozaziemskiego, stało nad brzegiem rzeki, wpatrzone w jej lśniący nurt. Tuż obok, w cieniu jego skrzydeł, stały... dwie małe istotki. Szczenięta?
- Mam nadzieję, że ci się podoba. Dawno nie szyłam. W zimę szybko robiło się ciemno i oczy strasznie mi się męczyły.
- Tak. Bardzo - stwierdził cicho, choć nie uśmiechał się i wcale na nią nie patrzył.
- Chyba cię zaskoczyłam.
Wreszcie się mu udało, choć z lekkim opóźnieniem.
- Dziękuję, babciu. - Zamrugał. - Jest piękna. Bardzo chciałbym lepiej okazać, co czuję. Ale, wybacz mi, bo przyszedłem ze smutną sprawą.
Jak wstała, tak usiadła z powrotem. Jej ogon przestał się poruszać.
- Mówże zaraz.
- W remizie jest młoda wilczyca. Jeden basior zrobił jej straszną krzywdę.
- Och...
- Czy babcia mogłaby z nią porozmawiać? Jako psycholog?
- Och, Szkliwo. Oczywiście, przyprowadź ją do mnie. Jak najszybciej. - Choć jej beztroska energia wyparowała, w słowach wciąć było czuć przekonanie. Można było tylko przypuszczać, ile stara wilczyca wie o podobnych przypadkach.
- Dziękuję.
Za ptasim grzbietem rozległo się stukanie drutów do robótki, które wznowiła, nim jeszcze zszedł ze schodka. Szczur zwinął się w kłębek na miękkiej włóczce.
W tym samym czasie, przesiadujące pod drzewami wadery prowadziły ożywioną dyskusję o wszystkim i o niczym. Do grupy przysiadły się dwie kolejne, które właśnie wróciły znad rzeki, na grzbietach susząc jakieś świeżo wyprane szmatki. Delikatne krople lecące z nieba nie przedostawały się przez baldachim śliwowych liści. Było jeszcze trochę czasu, zanim dzień schowa się za lasem, a Fijka wyjrzy ze swej jamy, donośnie zaklaszcze i chrypliwym głosem zwoła wszystkie wilczyce do pomocy przy kolacji.
- A co to? - Między nie giętkim krokiem wsunął się basior. Przy każdym podmuchu wiatru apaszka jak szalona powiewała na jego karku. - Ja nie jestem jeszcze gotowy na koniec świata! Bóstwa, czy anioły? Nieważne, proszę wracać do siebie, na chmurki, bo przyprawiacie uczciwe wilki o palpitacje! - Wśród zgromadzenia rozbrzmiała salwa śmiechu. - No co? Ja czytałem te wszystkie mądre księgi. Wiem, że taki ruch istot pozaziemskich na zwykłej, szaroburej ulicy, ma prawo odbyć się najwcześniej pod koniec świata!
- Oj, Halast, Halast! - Stelkia musiała się pochylić, żeby zalotnie musnąć nosem jego nos. Bujnęła przy tym swoją kształtną miednicą. - A ty znasz jakieś pozaziemskie sztuczki?
- Nawet niejedną, proszę ja ciebie! - Wypiął pierś jak żołnierz na porannym apelu, być może, ale tylko być może, aby choć czubkami uszu dosięgnąć do jej głowy. - Ale moje sztuczki mają moc tylko w ciemności i tylko wybrańcy mogą je zobaczyć... albo wybranki. Kogo by tu dziś wybrać?
- A co ty sobie myślisz? - Wzięła się pod boki. - Ja nie jestem pierwszą lepszą dziwką! Nasze usługi to luksus! Co nie, laski?
- Tak jest!
- Jak szukasz takich, co już im się od machania jęzorami kręgosłupy pokrzywiły, to w drugą stronę!
- Tak, ich nora jest za rozdrożem, w centrum wsi!
- U nas to se jeszcze trzeba zasłużyć! - I znowu wszystkie wybuchły śmiechem.
Basior zawtórował im leniwie. Myślami był już gdzie indziej. Potoczył wzrokiem po ścieżce, planując zaszyć się na zapleczu dziewcząt i uszczknąć coś smacznego, zanim wszystko zostanie wyniesione do sali. Oto jednak wzrok jego napotkał idącego ścieżką jegomościa. Dwunożna postać zwolniła, nie pozostawiając złudzeń, że skrzyżowanie ich spojrzeń mogło być dziełem przypadku.
- Ale... - Zwrócił ku rozmówczyniom jedno ucho. - Zaraz spotkamy się w tutejszym niebie. Nie wiem, jak wy, ale ja na pewno tam pójdę! - Nie słuchając frywolnych pomruków ani dalszych docinek, wrócił na trasę.
Ptak przyspieszył dopiero, pozwoliwszy mu zrównać ze sobą krok.
- Więc Kornicja przybyła z tobą?
- Tak jest! Mała, słodka Korni. - Halast machnął ogonem. Zagadka szybko się rozwiązała. To tylko kolejna sprawa biznesowa. - Poznałeś ją już? Jesteś asystentem wschodniego inspektora, prawda?
- Tak. Skąd właściwie wytrzasnąłeś tego dzieciaka?
- Z sierocińca starej Atozy. Bardzo lubię to miejsce. Jak będziesz kiedyś na zachodzie, musisz je odwiedzić.
- Nie zapowiada się na to. A Kornicja? Wiesz, skąd się tam wzięła? Nie ma żadnej rodziny?
- Typowo. Dziecko jakiejś małoletniej, która puściła się z żołnierzykiem. Jakiejś z południa. Nie wiem, czy jej matka jeszcze żyje, czy opuściła sierociniec, czy co.
- Z południa? Przecież tam nic nie ma.
- No, teraz już nie. Ale dużo słodkich dzieciaczków nam po nich zostało.
Żuraw przeniósł wzrok w głąb korytarza, w którym mieli znaleźć się lada chwila. Wieczór zbliżał się wielkimi krokami.
- Mówisz o Orłach?
Odpowiedziało mu milczenie. Na pysku Halasta zastygł szeroki, pusty uśmiech.
- No tak. - Zaśmiał się w końcu głupawo. - Słyszałeś o nich?
Szkliwo wzruszył ramionami.
- Jakoś nie mogę tego wszystkiego zrozumieć. Wiesz, że tutejsze wilczyce też czasem zachodzą w ciążę, prawda?
- No tak, tak właśnie wszyscy powstaliśmy, przyjacielu!
- A wiesz, co się potem dzieje ze szczeniętami?
Basior cofnął głowę, a jego ślepia przez nieuchwytny moment krążyły po trawie.
- Co się dzieje?
- Są zabijane.
- To potworne! - Wilk prawie wszedł mu w słowo. Postawił pierwszą łapę na betonie po drugiej stronie wejścia. Zerknął w ptasie oczy i bez trudu wyczytał z nich pytanie. - Ale ja w to nie wchodzę. Co my, maluczcy, możemy z tym zrobić...
- To prawda. Nic - odparł żuraw krótko. Zatrzymał się przed progiem, choć deszcz robił się coraz gęstszy.
Halast skinął mu na pożegnanie, wydłużył krok i zniknął za ciężkimi drzwiami.
Do remizy napływali wciąż nowi goście. Wilczyce zaczynały znosić do sali coraz bardziej wyszukane kąski. Jeszcze gorące, kozie mięso w chrupiącej panierce z bażancich jaj i jeleni udziec naszpikowany kandyzowanymi borówkami. Znajomi szukali się wokół rozstawionych potraw i wykorzystywali ostatnie chwilę względnej ciszy na rozmowy oraz żartowanie z kelnerkami.
- Szkliwo, pijesz?
- Nie, dziękuję.
- A idź szukać pod ziemią krasnali i złota. - Rasz demonstracyjnie chwycił własny kubek i zanurzył w nim pysk. Wyciągnął gwałtownie, podrywając się przy tym na nogi i rozbryzgując wokół czerwone kropelki. - Patrz no, kto przylazł! Gdy go widzisz, pierwsze idą muskuły, a za nimi... wielkie bary, a za nimi cała reszta. - Szeroko rozłożył łapy. - Pir! Siadaj z nami. Ciągle w biegu ostatnio, w ogóle nie mogę cię złapać, słowa zamienić! - Z wyrzutem ściągnął brwi.
- Ostatnio cały jestem w nerwach. Wiecie, co? - Basior zawahał się, ale niemal od razu westchnął i klapnął na ziemię obok nich. - Szkoda gadać. Wiecie, co dziś powiedział nam Irosył? Że ma teraz kłopot, bo w żadnym z nas jeszcze nie ma potencjału na inspektora, a innych opcji brak.
- I tym się tak przejmujesz?
- Jak dziś do nas przyszedł, byłem święcie przekonany, że w końcu kogoś wskaże. A tu klops. Od śmierci Labura mamy pomieszanie z poplątaniem.
- Wasz inspektor nie żyje? - Szkliwo wyprostował się sztywno.
- To nie wiedziałeś? Bracie, to się stało już kawał czasu temu, przeszło z pół księżyca. A teraz cały czas nie wiadomo, kto wejdzie na jego miejsce.
- Ale...
- Najprędzej chyba Ksaron.
- Przecież widziałem go kilka dni te... - Żuraw potrząsnął głową, choć spojrzenia pozostałej dwójki biesiadników zdążyły już na nim osiąść. Przed oczami stanął mu stary, zmęczony pysk, wyczerpany głodem i pracą; czekający na kolejne uderzenie zuchwałego szczeniaka. - Rzeczywiście to musiało być wcześniej.
Wbił wzrok w leżącą między nimi pieczeń. Koza była pulchna i wyrośnięta. Chore koźlątko zostało wykorzystane w inny sposób.
- Co mu się stało? - zapytał cicho.
- Zeżarła go w końcu ta jego choroba. Jeszcze za przeszłej wiosny ledwo się w drzwiach mieścił. A potem? Skóra i kości! Ale żadne zaskoczenie. Niedawno był u medyczki i od razu powiedziała, że źle z nim i za długo już nie popracuje. Zna się na rzeczy,  jakby mu wywróżyła! Podobno znalazł go któryś inspektor rano w jego pokoju i już był sztywny.
- To chyba jakieś plotki - wtrącił Rasz, oblizując pysk z tłuszczu. - A mi Ksaron coś wspominał, że listonosz go znalazł przed południem, jak jakieś zaległe listy mu przynosił.
- Może i tak. Biedaczysko nie przyszedł do pracy. I się okazało, że zostawił nas na stałe, jak tę dziatwę we mgle.
Muzycy przygotowywali już swoje dziwaczne instrumenty. Póki co nad jedzeniem dudnił tylko śmiech pijanych urzędników. Pod ścianami dym ogniska mieszał się z dymem palonych ziół. Ogień podsycony smalcem buchał wysoko w górę, a w jego cieple zbierał się zespół graczy, którym tego wieczora przyniesiono planszę do ruletki. Kirłan rozkładał figury na szachownicy.
Ktoś był tam po raz pierwszy; ktoś po raz dziesiąty. Setny. Ostatni. Wszystko jak zwykle.
Noc zapadła na dobre. Kłęby chmur zasłoniły maleńkie gwiazdy, ale wciąż wyglądał zza nich księżyc, zimny, milczący, świadek westchnień, chichotów i płaczu. Oświetlał drogę wszystkim, którzy wracali do domów, aż wreszcie, gdy ścieżka opustoszała, i on zsunął się w głąb pierzyny obłoków.
Lecz pochodnia w kącie gabinetu dowódcy ochrony nie gasła. Gdy dopalał się koniec, wierny Denkin zamieniał jeden kij na drugi, poprzedni ciasno obwiązując lnem i na zapas uzupełniając kozim tłuszczem z żywicą. Ślepia jego przełożonego były zbyt cenne, by ja nadwyrężać.
- Powiedz mi, najmilsza Ildiri. - Chudy basior postukał pazurem w leżącą przed sobą kartkę. - Czym różni się ten raport... od tych? - Drugą łapą chwycił kilka innych. - Skup się. Nie ma ich wiele. Staram się jak tylko mogę oszczędzać twoją delikatną główkę.
- Tu jeszcze nie zdążyłam zrobić inicjałów - odpowiedziała głosem na granicy szeptu. Nakideron westchnął głęboko i długo.
- Od pierwszej chwili miałaś pół roboty zrobionej za siebie. Przyprowadziłem ci go zalanego jak trup w formalinie, a ty tego nie wykorzystałaś?
- Widocznie za słabo, bo i tak nie zasnął! Już tyle raz się przymierzałam, ale ten jaszczur zawsze się budził... Dawałam mu nawet prochy na sen!
- Dawałaś? - głos basiora niespodziewanie zabrzmiał pół tonu wyżej.
- Dawałam! Raz przy kolacji dosypałam mu do wody, ale akurat wtedy do mnie nie przyszedł. Innym razem, jak już u mnie był, ale i tak się jakoś wyczołgał. Za trzecim razem bym go miała, ale wtedy już w ogóle przestały działać...
- Pozwolę sobie powtórzyć: dawałaś mu prochy na sen.
- No tak!
- Tępa suko. Oczywiście, że by działały. Gdyby je brał! Ile profili w życiu przeczytałaś, co, Ildiri? Jeden, dwa? Czy pięćdziesiąt? - Chwycił ją za sierść na szyi. Skrzywiła się i oparła przednie łapy na jego piersi, próbując go odepchnąć. Jednak trzymał sztywno, starannie, wszystkimi palcami, za równe kosmyki sierści. - A czytałaś typowy profil lękowca? Obudzona w środku nocy powinnaś umieć wyrecytować, że jeśli takiego oszukałaś, to znaczy, że chciał zostać oszukany. Jeśli odpowiedział tak, jak tego chciałaś, to odpowiedział tak, bo tego chciałaś! - Szarpnął. Od ścian odbił się pogłos ciała padającego na podłogę. - Dałaś się ograć jak dzieciak.
- Tak? Może i tak, wiesz? - Zadrżała, łapczywie chwytając powietrze. - Może dlatego, że... nigdy nie przestałam... nim być? - Łzy pociekły z jej oczu, a z gardła wyrwał się szloch. Pazury Nakiderona zacisnęły się na ziemi, przypominając przy tym szpony sępa. Splunął pod nogi.
- Ale się łachudra pilnuje. Nie szkodzi. Ja nie wypuszczam towarów bez metek.
- Ta... tato, powiedziałeś mu? - pisnęła, pod łapą ocierającą oczy skrywając niepowstrzymany grymas.
- No jasne - warknął już odwracając się do okna, jakby temat był zamknięty. Na jego pysku mignął ślad rozbawienia; a może pogardy? Jej przerażenie nie śmieszyło go jednak tak mocno, jak jej głupota.
- Kłamiesz! - Nowa fala łkania rozdarła ciężkie powietrze.
Światło w kącie zadrżało. Pomocnik po cichu zamieniał pochodnie.
Rankiem, gdy dziesiątki wilczych łap znów stąpało po podłogach urzędu, papiery szeleściły, a świeże mleko już się wylało, wszystko było jak nigdy jak zwykle. Jak w bezpiecznym, sprawdzonym scenariuszu lubianego przez widzów przedstawienia.
Żuraw podniósł jedną stronę ze stosu listów do zarejestrowania, które nie zmieściły się w pysku drugiego asystenta. Odłożył. Podniósł drugą. Ścisnął, aż na kartce pojawiło się załamanie.
List za listem przewijały się przez ich stanowisko. Rasz zajął się już czymś innym, pozostawiając kilka ostatnich egzemplarzy bezładnie rozłożonych na podłodze. Ich treść była równie nudna jak zazwyczaj. Dwie skargi na karczmarkę, złożone przez porządnych obywateli WSJ. Podanie o pomoc w poszukiwaniu zaginionego sąsiada. Podziękowanie za odpowiedź na list sprzed księżyca. Inspektor odpisał na niego chyba tylko z litości dla autorki, która najwyraźniej właśnie wpadła w duże kłopoty, nie wywiązując się z umowy z jakimiś „bardzo ważnymi wilkami”. Jeszcze ze dwa podania, których rozpatrywanie absolutnie nie należało do obowiązków inspektora Ziem Wschodnich czy jakichkolwiek innych.
Każdy z papierków został odpowiednio podpisany, streszczony i zapisany wraz ze swoim nadawcą na liście przeznaczonej do zarchiwizowania.
Skrzydlaty zawiesił wzrok na wypełnionej tabelce. Z westchnieniem zebrał zarejestrowane pisma z powrotem w jeden stosik.
- Zaraz wrócę.
- Gdzie idziesz? - Rasz wyprostował się, wcześniej przygarbiony nad jakimś segregatorami. Obok niego leżała plątanina tasiemek, które po kolei kończyły równo przewleczone przez dziurki w papierze i zawiązane na kokardę.
- Wszystko jedno.
- Ej no, nie ma tak!
- Miałem dać znać, jak już będę w urzędzie. Pewnie odejmą mi coś z urlopu. Czy coś.
- Ach... jak tak, to spoko. - Wilk znów zgarbił się ospale. - To możesz potem od razu iść do domu. Jak skończę, nie chce mi się na ciebie czekać.
Kiwnął głową, już z korytarza.
- Cześć.
Zgięty nad jakąś drewnianą płytą kark Irosyła drgnął. Basior zamrugał, sięgając po stojący na blacie kubek mleka. Uniósł go do pyska.
- Cześć. Jak sprawy?
- Jestem ciekaw, czy pamiętasz jeszcze, o co cię dawno, dawno temu prosiłem.
- Archiwum? Myślałem, że to już nieaktualne.
- Potrzebuję danych na temat poprzednich turnusów szkoleń. I jeszcze... jednej historycznej rzeczy.
Basior odchylił się do tyłu, równocześnie rozciągając przednie łapy i zbierając poduszkami kurz z podłogi. Ściągnął wargi w grymasie zadumy.
- Ech, towarzyszu. Powiem szczerze. Szukałem tego klucza. Nikt go nie ma.
- Ale archiwum ktoś musi otwierać. Czyż nie?
- Ktoś musi.
- I zamykać. Prawda?
Irosył nie odpowiedział. Tylko pokiwał głową i przez chwilę było to jedyne, na co się zdobył. Wreszcie smętnie rozłożył łapy.
Ptak odetchnął z subtelnym drżeniem.

Cdn.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Delty - niespodzianka

 Czasem nie mam najmniejszej ochoty pisać opowiadań, ale mam nadal ochotę opowiadać o moich postaciach. Rysowanie to moja duga natura co nie? W końcu sporo jest tutaj komiksów, które wyszły spod mojej łapy.

Ale bloger jest ciulowy pod względem wstawiania opowiadań obrazkowych. Przerwy między zdjęciami, problemy z piskelizacją i wielkością, inne problemy. Rozwiązaniem mogłaby być canva, ale to wymaga wielu, wielu więcej kroków do wstawienia opowiadania w formia ala prezentacji.

Jest jednak strona. Piękna, rosta w użytkowaniu i darmowa, która pozwala także na wielu autorów, dzeli się na rzozdizały i można tam naet zrobić własny temlate (nie mam na to siły na razie tho lol)

i nawet jeśli nie liczymy tego co tutaj wyczynię jako legitne opowiadania, nadal będzie mi miło robić doodle i rozwijać postacie graficznie.

Tho moje komiksy zostały zrobione w języku angielskim ze względu na to że komiksy są publiczne, a i jest mi w ten sposób ostatnio zwyczajnie prościej.

https://watahasrebrnegochabra.thecomicseries.com/


Niespodzianka by Delta

:3

czwartek, 9 lipca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Warunek krańcowy”, cz. 16

Tak się zarządza podwładnymi.
Żeby mieć pożytecznych pomocników,
trzeba ich sobie samodzielnie wyszkolić.


Pasiaste, bukowe liście zadrżały tuż nad ich głowami. Jeszcze zanim wyszli na łąkę, dosłyszeli echa rozmowy dwójki szczeniąt, którą co chwila zakłócało głośne beczenie.
- Czyż one nie wspaniałe? - zapytał Kirłan, odsuwając się o krok, aby jego kompan mógł zobaczyć całe stado rogatych stworzeń. Kilka gładkich nosów odwróciło się w ich stronę. Prostokątne źrenice przesuwały się po ich sylwetkach, a długie uszy trzepały w rytm wygrywany przez skrzydełka natrętnych gzów, latających nad twardymi, kozimi grzbietami. - Niektóre są trochę kościste po zimie, ale to normalne. Zapowiada nam się piękne, słoneczne lato i niedługo wszystkie będą tłuściutkie. Moje wilki już o to zadbają.
Ptak przystanął tuż przy przewodniku, na lekko sztywnych nogach, choć zwierzęta nie zwracały na niego najmniejszej uwagi. Były przecież podobne do stada jeleni, które widywał we własnej watasze. Nawet mniejsze i zapewne o wiele słabsze. A może nie o niego i nie o te kozy chodziło. To otaczający je spokój zjeżył mu pióra na karku. Właśnie wszedł w stado ofiar u boku drapieżcy, a one nawet nie drgnęły. Między ich nogami przepychały się dwa mięsożerne szczenięta.
- A oto i nasz król! - Basior wkroczył pomiędzy swoich synów i wysokie, białe zwierzę. Nie omieszkał wypiąć piersi. Wszystko to było jego. Wśród bliskich ciężko było o podziw, ale ilekroć przybywał do jego rezydencji nowy pracownik, wręcz wypadało wdrożyć go w realia z poczuciem wielkości i misji. - Chłopcy nazwali go Caperro. Nasz najlepszy kozioł. Daje wspaniałe potomstwo! W tym sezonie połowa młodych to jego dorobek.
Szkliwo nie zdążył nawet przyjrzeć się potężnemu rogaczowi, bo Eugisk wcisnął mu w szpony plik czystych kartek i kawałek węgla.
- Dzisiaj się wykociła jeszcze jedna kózka! - zawołał Selpik, prowadząc w głąb stada i wciąż oglądając się na ojca.
- Wspaniale! To będzie ostatnia. Zaraz zobaczymy. Czy wszystkie suche są tu wydzielone?
- Tak jest!
- W takim razie weźcie wilki i przestawiajcie je nam do liczenia. Szkliwo, sumuj. Najpierw mamy dorosłe samice, w tym roku bez młodych.
Ptak ściskał w dziobie narzędzie, a w szponie kartki i na jednej nodze skakał za przewodnikiem. Ten szybko przedzierał się przez stado, w skupieniu słuchając Eugiska, który przyciszonym głosem opowiadał o minionych dniach i gestykulował z takim znużeniem, jakby do każdej łapy przywiązany miał głaz.
W pewnej chwili między zwierzętami przemknął cień. Szkliwo zamrugał, nie zdoławszy choć w przelocie złapać go wzrokiem. Stworzenie było, przynajmniej na pierwszy rzut oka, brązowe, stanowczo za wielkie na szczura i nie tak puchate jak lis, choć poruszało się szczurzo-lisim krokiem.
- To będzie czternasta. - Kirłan klepnął kozę w bok, nagle zmieniając kierunek marszu. - Ostatnia zarazem. Zapisałeś?
Żuraw stanął kilka kroków za nim, w pośpiechu przedłużając linię roboczo nakreślonej tabelki. Strona nie miała pewnego podparcia i, leżąc na kępie trawy, gięła się pod naciskiem. Na do niedawna gładkim papierze powstawały przecinające się szramy i bruzdy.
- Teraz mamy większą część, kozy i koźlęta. - Basior odwrócił się przez ramię. - Młode pisz od razu przy każdej matce.
Ptak skakał więc dalej, nadal nieco z tyłu, prawie nie odrywając wzroku od wypełnianego rejestru i tylko nasłuchując kolejnych liczb do zapisania. Pozwolił sobie na chwilę przerwy dopiero, gdy Kirłan zatrzymał się i pochylił nad małym, zwiniętym na ziemi kłębuszkiem.
- To jest ta dzisiejsza? - mruknął basior. Zdawało mu się, że skądś zna te łaty; że już się zdążyli zobaczyć. - Nie.
- Ta jest z drugiej nocy po nowiu. Mało co przybiera - sapnął Eugisk, stając tuż nad jego uchem. Rzeczywiście, nóżki tylko przez swoją patykowatość wyglądały na nowonarodzone.
- No to zabiorę ją, jak będziemy jechać. Do remizy w sam raz. Trzeba korzystać, póki nie padła. - Napotykając pytający wzrok pomocnika, wilk wzruszył ramionami i rozkazał: - Zapisz ją jako wydatek.
Był dumny; szedł z wypiętą piersią. Koźlęta biegały wokół niego, jakby był nie łowcą, a drzewem rozciągającym ponad nimi opiekuńcze ramiona. Wkroczył pomiędzy kilka starszych osobników, rozpychając się łapą i pyskiem. Z ociąganiem zeszły mu z drogi.
Gdzieś na obrzeżach pola widzenia, Szkliwu znów mignęło to dziwne stworzenie. Tym razem stało się jasne, że ma do czynienia z jakimś dużym psowatym, ale nie miał czasu, by się za nim rozglądać. Ktoś z pozostałych również musiał zauważyć go, przecinającego ich ścieżkę, jednak nikt nie podniósł alarmu.
- Mamy czternaście kóz bez młodych i dwadzieścia kóz z dwudziestoma ośmioma młodymi. Osiemnaście samic i dziesięć samców. - Odruchowo przetarł czoło skrzydłem. - I dorosłych kozłów siedem.
- Wspaniale. Prawie trzydziestka młodych w tym roku. Wszystkie co do jednego urodzone żywe! Jest się czym chwalić. Dorodny przychówek i nasz bezcenny zasób na najbliższe lato i zimę. - Szary wilk przeciągnął się beztrosko. Przednie łapy, tylne, potem kark. - Wiesz, co to znaczy? Przede wszystkim jedno: pokonaliśmy chaos natury. Jak się podoba? - Jego ogon zatoczył zgrabny okrąg.
- Jestem... pod wrażeniem - odrzekł Szkliwo tonem dalekim od odzwierciedlenia gatunku wrażenia, które sugerował. - A tam co? - Kiwnął dziobem na podłużną dziurę w ziemi, która znikała między bukowymi pniami.
- Rowy do odprowadzania krwi po uboju. Gdzie chłopaki?
- Polecieli odstawić wilki - rzucił Eugisk z boku.
- Dzielne młokosy. Szkliwo! Podpisz, proszę, arkusz inwentarzowy. Standardowa procedura przy zewnętrznym kontrolerze. O, tu, pod spodem. - Uprzejmie wskazał łapą pusty kawałek kartki. - Wspaniale. Chodźmy.
Bek odprowadził ich aż nad rów. Dno było całkiem gładkie i piaszczyste, jak koryto niedawno wyschniętej rzeki, ale żadnej krwi nie było widać. Nic nie płynęło tamtędy przynajmniej od ostatniej wizyty Kirłana w domu, chyba że jakaś ogromna ulewa spłukała czerwone ślady do...
Rów biegł w dół, najpierw łagodnie, potem coraz bardziej stromo. Zmierzali teraz do podnóży leśnego pagórka.
Nagle skulona sylwetka przebiegła im drogę. Tym razem łatwo było się jej przyjrzeć: to nie lis, a tym bardziej nie szczur, lecz prawdziwy, zupełne zwyczajny wilk. Białka jego ślepiów błysnęły, gdy wciskał się między krzewy. Niewielki rozmiar okazał się jedynie złudzeniem. Pod szczątkową warstwą mięśni ukryte było całkiem spore ciało.
Kilka skoków za nim, w cieniu drzew, siedział drugi wilk. Właściwie dwa wilki. Milczały, patrząc na przybyszów jak widma uwięzione poza czasem, przywiązane do swoich miejsc osłuchaną legendą sprzed wieków.
Czy to zwierzęta, czy szkielety obciągnięte futrami dawno wygryzionymi przez mole? Szeroko otwarte ślepia patrzyły na nich z obawą. Uchylone pyski bez ani jednego kła ziały pustką. 
Wilgoć unosiła się znad piasku, choć trawa była sucha. Do leśnego wietrzyku przyklejał się subtelny, kwaśny zapach. Coś poruszyło się po przeciwnej stronie rowu. Było ich więcej.
Szkliwo obejrzał się, dostrzegając, że Eugisk gdzieś zniknął. Kirłan za to beztrosko wszedł pomiędzy więźniów, bo tak można ich było już nazwać z całą pewnością. Nie dało się ich zliczyć; co chwila pojawiali się kolejni. Niektórzy coś szeptali. Niektórzy wyciągali łapy, lecz cofali w porę, nie próbując ich dotknąć.
Wtem lodowaty impuls zmroził żurawia od nóg do czubka głowy. Pazury same poderwały się z ziemi i zesztywniały w powietrzu.
To tylko popielaty wąż przepełzł mu po palcach i zniknął w trawie.
- Mój boże. - Wypuścił powietrze przez gardło, wciąż ściskające się w rytm pędu serca. Jeden z wilków zerwał się z miejsca i kłapnął pyskiem zanurzonym głęboko w trawie, lecz nie zdążył schwytać jaszczurki.
- Co tam, ptaszku?
- Kto to jest?
- Nasze wilki.
- Oni wyglądają jak trupy.
Kirłan wysunął język, oblizując krawędź wargi. Dopiero po chwili namysłu energicznie kiwnął głową. Nic nie robił sobie z tłumu, który powoli zbierał się na polanie. Tylko unoszący się wokół, ostry zapach zmuszał go do płytszego oddechu.
- Mieliśmy tu ostatnio epidemię świerzbowca. Ale nie bój się, jeśli nie będziemy się o nie ocierać, nie powinny nas zarazić.
- Ale... Dlaczego są tacy chudzi?
- Potrzebujemy robotników. Do dojenia kóz, do karmienia kóz, do pilnowania kóz i do zaganiania kóz. Jest trochę pracy. Gdyby zżerały nam to, co uda się tu wytworzyć, biznes nie miałby sensu. Kózki mają swoją moc przerobową. Walisa ma fantazję i przeznacza im część tego, co upoluje, ale przecież biedna nie może się zatyrać.
- Dlaczego oni wszyscy stracili zęby?
- Żeby nie gryzły. To głównie dla ochrony stada. Oczywiście, że doliczyłbym się straconego koźlęcia, ale prawdziwym sukcesem jest skuteczna prewencja. Bezzębny nie pogryzie kości, a więc zostawi ślady. - Kirłan kopnął niewielki kamień prosto pod czyjeś nogi.
- Skąd oni wszyscy tutaj?
Basior zaśmiał się pojedynczym, znudzonym tonem.
- Najwyższa Izba to układ zamknięty.
Pił z nimi i bawił się w remizie. Tylko po to, by potem bez mrugnięcia okiem patrzeć na ich pyski wyniszczone głodem, zaropiałe oczy. A chwilę później wracał ze śmiechem grywać w karty i przejadać to, co wyrwali ziemi, liżąc pękające pęcherze na łapach.
Widma otoczyły ich ze wszystkich stron. Na wierzchu złożonego skrzydła Szkliwo poczuł ciepły bok towarzysza. Zanim zdążył się odsunąć, bark w bark z nimi stanął Drik, wtóry wypuścił z pyska pakunek owinięty w stare szmaty. Ptak wziął pół wdechu... i natychmiast wypchnął go z krtani. Mdławy zapach rozkładu już osiadł mu w gardle. Cofnął się o krok, czując, że jego pióra wichrzą sierść Kirłana. Skulił się, jakby tym sposobem mógł jeszcze wymazać swój ruch.
Basior tak czy inaczej nie zwrócił na niego uwagi. Z niesmakiem zmarszczył nos i odsunął się również, robiąc miejsce dla wilków, które otoczyły poczerniałe mięso ciasnym wianuszkiem. Skóra trzęsła się, nagie dziąsła z mlaskaniem miażdżyły skrawki, a ogony poruszały się tak zamaszyście, jakby właśnie celebrowano tu najlepsze kąski iście królewskiej uczty. Ktoś zesztywniał i warknął, gdy ktoś inny próbował wyrwać mu z pyska kawałek tkanki porośniętej pleśnią.
Jeden z basiorów miał na wyłysiałym karku dwa niewielkie znamiona. Wyglądały jak czarne cętki, dopóki nie skupił się na przeżuwaniu i nie przestał drżeć. Gdy uważniej się przyjrzeć, układ zawijasów wydawał się nieprzypadkowy.
- No to jak, jest tu jeszcze twój kolega?
Szkliwo zmrużył oczy. Jeśli oni wszyscy byliby urzędnikami, Kirłan musiałby zbierać ich przez długie lata i zimy. Jednak jeszcze bardziej zastanawiająca była obecność wśród zgromadzenia kilku wilczyc. A zatem z całą pewnością nie tylko urzędnicy.
Wolno przestawił nogę, pod spodem czując chrzęst suchego mchu. Obrócił się wokół własnej osi. Przesuwał wzrokiem po wynędzniałych sylwetkach i resztkach sierści na plackach łysej skóry. Pokręcił głową, nie znajdując odpowiednich, a właściwie żadnych słów.
- Nie wiem. Nikogo tu nie poznaję - wykrztusił w końcu. - A jeśli znajdę, wypuścisz go?
- Wypuścić? - W pierwszym odruchu skrzywił się. Gdyby ojcostwo nie nauczyło go anielskiej cierpliwości, byłby się rozgniewał. - A zresztą, bierz go sobie. I co z nim zrobisz? - Obojętnie potrząsnął barkami i ruszył wolnym krokiem.
Jego towarzysz wodził wzrokiem po gąszczu ciał. Brak zębów, potworna chudość, aż w końcu sierść wypłowiała od kurzu i głodu zniekształcały rysy pysków. Lecz przecież poznałby go. Nie było szansy pominąć tak znajomą twarz wśród obcych.
Posiłek dobiegał końca. Tłum przerzedził się i już tylko nieliczni oblizywali suche kości, w nadziei na wysączenie z nich jeszcze choć jednej kropli cennego tłuszczu.
- Nie widzę go - stwierdził. - Może pracuje?
- Nie. Wszystkich spędziliśmy na jedzenie.
Skinął głową. Kto inny zwrócił jego uwagę: młoda wilczyca. Była w niej świeżość, której brakowało pozostałym. Jej skóra nie ślizgała się po kościach przy każdym oddechu. Nie otwierała pyska, by ziać. Zaciskała blade, zapadnięte wargi. Siedziała wyprostowana. Siedziała samotnie.
Ona również go obserwowała. Odwrócił wzrok, gdy tylko ich oczy się spotkały.
- A gdybym poprosił cię, abyś ją wypuścił? - mruknął, tak cicho, że ledwie sam siebie usłyszał. - To też moja znajoma.
- Mój najświeższy nabytek? Jej jeszcze na całe lato starczy sił, żeby doić kozy. Umawialiśmy się na konkretnego osobnika. Nie chcesz chyba nadużyć mojej gościnności?
- Jak to jest, że nikt stąd nie ucieka? - Szybko przykrył pytanie własnym.
- Dokąd mieliby uciec? - Kirłan natomiast życzliwie udał, że nowy temat zaabsorbował go do ostatka. - Na zachodzie rzeka szeroka na osiem jelenich skoków, której nie przekroczą. Na wschodzie dzikie góry, które zabiją ich szybciej niż uczciwa praca tutaj. Brak zębów ma jeszcze jedną istotną zaletę.
- Ach tak - chrząknął. - W istocie. Nie tylko bezbronni, ale i uzależnieni od tego, co inni upolują.
- Za to dalej na południe mieści się malutki garnizonik.
- Na południu stacjonuje wojsko?
- Nie ma tam żadnej watahy, tylko stepy i rozległe równiny. Można tam spotkać niemiłe stada wędrownych rozbójników. Mimo to wszystko byli w naszej wilczarni tacy, co próbowali dać nogę. Od tego mamy też własnych nadzorców.
- Nadzorców - powtórzył ptak głosem echa ulatującego w dal.
- Tak jak w NIKL-u, ale nasi nadzorcy pilnują granic.
- A oni są lojalni?
- Każdy schwytany uciekinier to kilka dodatkowych racji żywnościowych. Najlepszych, na jakie można liczyć. Świeżego, wilczego mięsa razem z podrobami.
Słowa wsiąkały w ziemię. Szkliwo przyspieszył kroku, zostawiając je za sobą. Rozejrzał się raz jeszcze. Napotkał jakiś pysk, suchy, zesztywniały; tylko tkwiące w nim ślepia lśniły jak plaster pełen miodu.
Po drugiej stronie kuliła się sylwetka pomarszczonego basiora, z którego głowy siwe włosy wyrastały niczym siewki w szczerym polu. Odwrócił wzrok, zanim zdążył sobie przypomnieć, czy skądś go zna.
Dumne oczy wadery odprowadziły ich, dopóki nie zniknęli w tłumie.
- Więc mówisz, że wykołowałeś niejakiego Hapenira, a teraz trochę ci go żal. - Kirłan uniósł głowę na spotkanie z łagodnym słońcem. Gdy mówił tym, wystudiowanym emocjonalnie tonem, słuchacze zwykle byli najuważniejsi, wykorzystywał go więc z lubością. - Zdradzić ci mój mały sekret? Znam procedurę, którą przeszedłeś, żeby zająć jego miejsce. Jestem głęboko przekonany, że był ci wdzięczny, że postanowiłeś go nie zabijać. I jakie praktyczne znaczenie ma ta wdzięczność, jeśli jego imię znikło z rejestru? A tobie pewnie lżej było na duszy, żeś go nie tknął. Tylko co z tego, jeśli i tak w naszych aktach nie figuruje ten, kto uderzył, a ten, kto potwierdził zasadność procedury?
Jego skrzydlaty pomocnik został w tyle. Jeden z jego palców trafił na dziurę w ziemi i zatrzymał się na czymś twardym. Wilk rzucił mu tylko krótkie spojrzenie.
- Widzę, że nie śpieszno ci na kolację? Pewnie, popatrz sobie na to stado błaznów. Nawet dla mnie za każdym razem to wielce ciekawy widok. Oni wszyscy wierzyli, że uda im się skończyć inaczej. Jak wielu przed nimi i wielu po nich, każdy był przekonany, że jego to nie dotyczy. - Uśmiechnął się z ukosa, nie zwlekając już dłużej. Gdzieś z przodu rozległa się rozmowa jego i jego doradcy. Zapytał o coś podniesionym głosem; otrzymał obojętną odpowiedź. Zaśmiał się.
Ptak został sam, pośród przygarbionych szkieletów. Uniósł szpon i ścisnął węzeł na piersi, aby zagłuszyć przechodzące po całym ciele dreszcze. Do pazura przyczepiło się trochę zakurzonej sierści. Wytarł go o piasek, znów wpadając nogą w tę samą dziurę. Ze środka wystawało coś białego. Kości były jeszcze połączone w stawach i wyglądały na fragment łapy, choć przyklejony do nich strzępek futra przypominał już bardziej kolce jeża.
Robotnicy milczeli. Część z nich spała w przypadkowych miejscach, bez moszczenia w trawie legowisk i kopania dołków. Niektórzy łypali na niego ślepiami, z których nie sposób było wyczytać ni uczucia, ni myśli. Jego uwagę przykuło ożywienie w głębi stada; puszyste futerka dwójki szczeniąt. Zdawało się, że znowu dokądś pędzą, ale nagle ruch ustał.
Huk. Szkliwo podniósł i natychmiast opuścił wzrok. Jeden z synów Kirłana zamachnął się łapą, trafiając w bok jakiegoś starego wilka, który tylko zwinął się na ziemi, nie wydając ani jednego pisku. Dostał jeszcze raz.
Żuraw już podniósł nogę, gotów jak najszybciej oddalić się w ślad za przewodnikiem, gdy mały Turtanisk po raz kolejny naparł na leżącego całym ciałem. Skrzydła na grzbiecie ptaka spięły się odruchowo. Szczeniak coś krzyknął i już, już wydawało się, że to koniec całej sprawy. Starzec leżał w bezruchu.
Naraz padł jeszcze jeden cios.
- Dlaczego go tłuczesz?
Turtanisk postawił łapę na ziemi, biorąc jeszcze kilka głębszych oddechów, na które wcześniej zabrakło mu czasu. Siedzący obok Selpik machnął ogonem na widok gościa zainteresowanego ich zabawą.
- A co? - Pierwszy ze szczeniaków pokonał zadyszkę i hardo uniósł głowę. Znów zamierzył się na swój cel... gdy nagle jego kończyna została zamknięta w bolesnym uścisku. - Co ty robisz?! - wrzasnął, błyskając ostrymi ząbkami. - Jak powiem ojcu...
- Ojcu? Po co ci ojciec? - Lotnik puścił, a wilczek odskoczył jak oparzony, ale na jego wargi wykrzywiły się złośliwie.
- No co, boisz się go?
Szkliwo zmrużył oczy i z namysłem poruszył ogonem.
- Gdybyś był od niego słabszy czy głupszy, rozmawiałbym z nim, a nie z tobą.
- To ja pójdę już do taty - wtrącił drugi brat i, nie czekając na pozwolenie, prędkim kłusem wtopił się w tłum. Dwaj rozmówcy stali naprzeciwko siebie, wśród bezliku cichych i obojętnych.
- Ponawiam pytanie. Dlaczego go uderzyłeś?
- Bo nie zszedł nam z drogi! Przez niego prawie się przewróciłem!
- Dlaczego to on ma schodzić ci z drogi, a ty nie możesz uważać, którędy lecisz?
- To wyrzutek. Ojciec mówi, że oni żyją tylko po to, żeby dla nas pracować.
- A po czym to ocenia? Jakoś patrzę i patrzę... - Szkliwo pochylił się, oglądając wilka ze wszystkich stron. Starzec odsunął się na jednej nodze, nie ośmielając się liczyć na nic ponad kolejne uderzenie. - I wydaje się zupełnie taki sam, jak ty albo twój ojciec.
- Chyba kpisz!
Żuraw zastygł, w myślach przetwarzając każdą linię rzeźbiącą pysk basiora. Był pewien, że już gdzieś się widzieli, ale w tym stanie wilk był podobny do całej reszty. Wielu z nich było starych. Wszyscy - wygłodzeni. Nie miał żadnych cech charakterystycznych. Może tylko jakby... trochę za dużo skóry. Fałdy na szyi, obwisłe policzki.
- Możesz mi wytłumaczyć, czym on się od was różni? - mruknął, nie spuszczając wzroku z sędziwego pyska.
- Jest głupi. A my rządzimy.
- Nie rozumiem. Myślisz, że nie miał ojca, który był dla niego wzorem, jak ty? Albo że nie polował na bażanty?
- Nie wiem. - Turt wzruszył ramionami.
- Jedyna różnica, która mi osobiście przychodzi do głowy, jest taka, że jest u końca drogi, na którą ty właśnie wchodzisz. - Wreszcie Szkliwo cofnął się o krok. Odwróciwszy się, dostrzegł, że podbródek malca drży.
Niespodziewanie jego wzrok zderzył się z postacią górującą nad chłopcem i wianuszkiem śpiących. Eugisk najwyraźniej czekał aż skończą rozmowę.
- No, no, a to ciekawostka. - Pod ciężarem jego spojrzenia Szkliwo zgarbił się lekko. - Lubisz szczenięta?
- A... - Otworzył dziób, ale minęła chwila, zanim za czynem poszły myśli. - Tak samo, jak wszystkie wilki.
- Tak też można - wymamrotał basior. - No, idziemy. Walisa już szykuje kolację. Jeśli chcesz, żeby coś dla ciebie zostało, lepiej się pośpiesz.
Tupot czterech, małych łap oddalił się jako pierwszy, nieubarwiony żadną skargą. Turtanisk postanowił zachować swoją wymianę zdań z tym paskudnym osobnikiem dla siebie.
- Doradzę ci z życzliwości - odezwał się Eugisk, pozwalając, by skrzydlaty, który jeszcze nie odważył się wyprostować karku, dogonił go na ścieżce. - Spędzanie czasu w naszej wilczarni nie działa najlepiej na samopoczucie. Sam nie lubię tu przychodzić, ale nie ufam pomocnikom na tyle, żeby pozwolić im doglądać naszego majątku.
- Kirłan często przyprowadza ze sobą pomocników?
- Miałem na myśli Drika. Tacy jak ty pojawiają się tu tylko podczas kontroli inwentarza.
Szkliwo otworzył dziób i zamknął bez słowa, zanim basior spostrzegł, że ma w głowie jeszcze jakieś pytanie.
- Też grasz w szachy? - rzucił w końcu bezdźwięcznie.
- Nauczyłem tego Kirłana. A teraz uczę jego szczenięta. - Wilk stęknął, wspinając się po zboczu, choć jego ruchy nie były mniej sprężyste od ruchów młodzieży, której kształceniem się zajmował. Przyspieszył na prostej drodze. - Ha! A ty naprawdę uważasz, że oni są nam równi?
- Zdjąłem z siebie odpowiedzialność oceniania tego - odrzekł ptak gdzieś zza jego grzbietu.
- I próbujesz zdjąć tę odpowiedzialność z innych.
- A kto ma uprawnienia, by być sędzią we własnej sprawie? - Głos z tyłu zbliżył się. Zanim wilk zdążył ponownie odwrócić pysk, szli już obok siebie.
- Musi, gdy innego brakuje, a ma dowody.
- Jakie dowody?
- Czyżbyś czuł, że twoje kompetencje właśnie wzrosły?
- Wybacz. To tylko ciekawość. - Żuraw opuścił głowę, śledząc swoje kroki.
W oddali zameczała jedna z kóz. W koronach buków sprzeczały się ze sobą dwa gołębie. Wilczarnia znikła za wzgórzem, a polny wiatr rozwiał gryzący zapach niewoli.
Niebo zasnuwały popielate chmury. Każde stuknięcie mogło być pierwszą kroplą deszczu uderzającą o parasol z liści.
- Jak podlewa się nasionko? - Odruchowo podkulił ogon i od razu machnął nim dla rozluźnienia. Pytanie padło, gdy tylko rozbrzmiało w jego głowie. Jeszcze krok i by go nie zadał.
- Jakie znowu nasionko? - Eugisk spojrzał na niego kątem oka. - Ach. Zapamiętałeś tamto nasionko. - Przez chwilę milczał. Być może nazbyt przywykł do szczeniąt, ich naturalnej ślepoty symbolicznej i głuchoty metaforycznej. Wiedział już, jaki będzie temat kolejnych zajęć ze sztuki słowa. - Dlaczego cię to interesuje?
- Mówiłeś o obcych. Ja jestem obcy. Jestem ptakiem wśród wilków: tu, w dawnej watasze, wszędzie. Kiedyś myślałem, że to przekleństwo. Potem przestałem o tym myśleć. A tu proszę, okazuje się, że może być to nawet zlecenie. - Kącik jego dzioba uniósł się, nie odróżniając niczym od mimowolnego skurczu. Zaraz po tym opadł. Został tylko ucisk nieco głębiej, w gardle. Przełknięcie śliny nie pomogło.
- No, odważny jesteś. Może trochę aż, aż za... - Basior w zamyśleniu poruszył nosem, błyszczącym jak węgielek na tle złotego piasku. Z lekka kiwnął głową. - Ale lubię uczciwych rozmówców. Jest więc wataha i jej goście. Różnice między ich zwyczajami i konflikt interesów.
- A jeśli nie ma takiego konfliktu?
- Zawsze jakiś jest. Nawet gdyby na ślepo wybrać, kogo do kogo wysłać.
- Jak rozumiem, wszystko sprowadza się do spowodowania zamieszek. Destabilizacja jest jak gęsta mgła.
Basior odetchnął, przez chwilę w milczeniu wpatrując się w ścieżkę. Nie był pewien, czym odpowiedzieć na otwartość pomocnika. Na całe szczęście nie miało to już zbyt dużego znaczenia.
- Macie u siebie na wschodnich ziemiach trzy watahy. Dzieli je kawałek lasu. Śmiechu warte. A jednak stereotypy nie biorą się znikąd. Mówi się, że WSC to ci gościnni. Rzeczywiście kolejne wasze alfy podtrzymują tradycję przyjmowania z otwartymi ramionami każdego, kto się napatoczy. Przybysze ładnie się u was asymilują. Ale czy wyobrażasz sobie, żeby WWN przyjmowała nowych w takim samym trybie, jak wy? Jest bardziej zmilitaryzowana, a dobrze wie, że niebezpiecznie przyjmować do swoich służb przybyszy znikąd.
Szkliwo wsunął pazur w wiązanie płaszcza i delikatnie odsunął od szyi.
- Wiele wiesz o wschodnich watahach. Chyba długo zajęło zdobywanie tych informacji.
Eugisk ozdobił pysk protekcjonalnym uśmieszkiem i potrząsnął głową.
- Uwierz mi, nie. - Zakończył nisko, na wypadek gdyby ptakowi przyszło na myśl pytać dalej. - Jeśli połączyć dwie watahy w jedną, powstanie stado wilków z dwóch różnych systemów, a to prędzej czy później stanie się zarzewiem konfliktów. Jeśli zbyt długo nie wyklułyby się same, mogłyby zostać łatwo sprowokowane.
Przecisnąwszy się między jodłowymi pniami, odstąpił, by towarzysz również zmieścił się w przejściu. Mimo nie tak późnej pory wokół zrobiło się szaro i już prawie ciemno, toteż chłodne krople lądujące na sierści nie były zaskoczeniem. Na szczęście gęstwina igieł pokrywających każdą gałąź była obietnicą ochrony przed wilgocią jeszcze przez długi czas.
- Tato! A Drik powiedział, że od kichania rosną włosy na języku.
- Bzdury gada. - Kirłan przewrócił oczyma.
- A Selpik mu uwierzył.
- Nieprawda! - ryknął szczeniak z białą plamką na piersi i wyprężył się, dwukrotnie zwiększając jej wymiary.
- Eugisk, wreszcie! Uspokójcie się i lepiej powiedzcie, czego nauczyliście się dziś na zajęciach? - Ojciec rozsiadł się wygodnie, splatając palce na brzuchu, który lada chwila miał zostać napełniony długo wyczekiwaną kolacją.
- Była historia i fizyka - odparł Turtanisk, uprzedzając brata.
- No i co było na fizyce?
- Uczyliśmy się obliczać drogę na podstawie czasu i prędkości.
- Wspaniale! - Basior rozplótł palce. Słuchanie o osiągnięciach synów w nauce należało do jego ulubionych zajęć, gdy wracał do domu. Widział wtedy najwyraźniej, że odwieczna idea tworzenia i przekazywania, budowania wszelkiej spuścizny, utrwali jego moc na kolejne wieki. - Szkliwo, umiesz takie rzeczy?
- Nie - rzucił ptak głosem pozbawionym melodii. Krzątająca się po polance Walisa właśnie podała mu kawałek mięsa obdartego z barwnych piór: zapowiadanego na kolację bażanta. Chłopcy wywiązali się i z tego zobowiązania.
- A mnożyć chociaż umiesz?
- Może i umiem.
- Świetnie. Selpiku, naucz go, czego nauczył was dziś Eugisk. W trzech zdaniach.
- Nie martw się, to proste, trzeba tylko znać wzór - oświadczył szczeniak bez namysłu. - Wzór mówi, że droga równa się czas podzielony przez prędkość... Yyy, nie.
- Droga to prędkość pomnożona przez czas! - Brat wszedł mu w słowo.
- Dobra! - Selpik wydął policzki. - A wzór można przekształcać. Nieważne... Jeśli wilk biegnie z prędkością cztery metry na sekundę i biegnie tak przez trzydzieści sekund, to ile metrów przebiegnie?
- Sto dwadzieścia. - Szkliwo ściągnął brwi, niecierpliwie wbijając pazur w swoją porcję. Jego żołądek zaczynał tęsknie mruczeć. Malec opuścił uchylony pysk, łapiąc się na przemian za wszystkie palce jednej z łap.
- Dobrze! - zawołał.
Kirłan zaklaskał, wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu.
- Będą z ciebie wilki, brawo! Tak się zarządza podwładnymi. Żeby mieć pożytecznych pomocników, trzeba ich sobie samodzielnie wyszkolić.
- A na historii mieliśmy dziś o historii najnowszej! - Podbudowany pochwałą syn uniósł się na paluszkach przednich łap.
- Porozmawiamy o tym jutro, co? - Ojciec przestał klaskać. Podparł się na ziemi i przechylił z jednego boku na drugi. - Pora na wieczorne zajęcia, zanim oczy wam się pokleją.
- Idźcie otworzyć swoje księgi. Ja muszę skończyć kolację - oznajmił Eugisk, unosząc brwi i ostentacyjnie wkładając do pyska kawał mięsa. Szczenięta pokiwały łebkami, bez słowa pozbierały przeżute, niedojedzone chrząstki i rzuciły je tam, gdzie matka rankiem. Poprzednia partia przepadła. Nietrudno było zgadnąć, w jaki sposób została „zutylizowana”.
Gdy tylko dzieci znikły u siebie, Kirłan przeciągnął się rozkosznie.
- Kochanie, polejesz nam dereniówki? Łatwiej się będzie trawić.
Kubki były tylko trzy. Wadera rozlała aromatyczny płyn po równo dla partnera, dla gościa i dla siebie. Eugisk kontynuował posiłek, jakby napitek dla niego nie istniał.
Zagajnik na nowo pogrążył się w ciszy. Wielobarwne kwiaty kołysały się gdzieś na granicy lasu, powoli gasnąc wśród wieczornej szarości. Cała czwórka w milczeniu kończyła kolację. Walisa wytarła kącik pyska dwoma palcami i ujęła w łapy kępkę suchego mchu, z którego zaczęła układać malutkie gniazdko. Oczy Szkliwa wróciły na ziemię.
Wstał, podpierając się skrzydłem. Przez mięśnie nóg przepłynęła piekąca fala sprzeciwu. Cały dzień pracy dał się im we znaki.
- A ty dokąd? - Kirłan postawił uszy, choć nie zmył z pyska beztroskiego uśmiechu.
- Chyba nie będzie mocno padać. Przespaceruję się. Jutro wracamy do wioski, prawda?
- W rzeczy samej.
- Więc jeszcze choć przez chwilę nacieszę oczy tym miejscem. - Odwrócił się jeszcze na moment, choć nie ku rozmówcy. Jego wzrok jeszcze raz musnął plecionkę w łapach wadery.
- Jak chcesz. Tylko przypadkiem nie odwiedzaj naszej trzódki. Wliczając w to wilczą. Może bezzębne, ale jak zbiorą się wszystkie razem, to chętnie przygarną udko z żurawia. Poza tym płaszcz ci przejdzie ich zapachem.
- Może gdyby nie musieli siedzieć jeden na drugim - Walisa odezwała się po raz pierwszy odkąd zebrali się na kolację - przestaliby śmierdzieć moczem i stęchlizną. - Koszyczek w jej łapach nabierał kształtów. Do środka wpadło kilka kawałków suchej kory.
- Rozmawialiśmy już o tym. - Skrzywił się jej partner. - Przypominam, kto zaprojektował i rozkręcił nam wilczarnię. Zdajmy się na jego żyłkę do interesów.
Ich głosy szybko ucichły. Powierzchnię jodłowych igieł oświetliły pierwsze iskierki ogniska, które wyrosło na rozpałce z mchu i kory. Znów wieczorny spokój. Znów tylko trzask drewna w bystrym płomieniu.
- Głupie te pierwiastki!
- Pisz, zanim się zrobi ciemno.
- Już mi się nie chce. Jak Eugisk przyjdzie, to powiem, żeby zrobił to ze mną.
Szkliwo zatrzymał się, mijając zakątek szczeniąt. Selpik siedział do niego tyłem, pochylony nad kartką, której zawartości nie dało się odszyfrować z oddali. Brat przycupnął naprzeciwko, grzebiąc w zębach patykiem. Jego spojrzenie co chwila uciekało na boki i tak się stało, że za którymś razem padło prosto na ptaka.
- A ty tu czego szukasz? - Uniósł głowę, marszcząc brwi.
Przybysz objął wzrokiem miejsce, w którym znajdowali się malcy. Między czterema pniami, pod potężnymi liśćmi paproci, zostały starannie umoszczone dwa łóżeczka z suchej trawy. Tuż obok mieniły się delikatne płatki w najróżniejszych kształtach. Było ich jeszcze więcej niż tam, w pobliżu ogniska.
- Wasza mama posadziła tu te kwiaty?
- Tak, a co?
- Nic. Musi je kochać. I was. - Zbliżył się tylko o krok, nie decydując się przekroczyć granicy ich kącika.
- No... - Wilczek skrzyżował łapy na piersi. Gdyby choć w procencie tak ciekawił go ów dziwaczny gość, jak on sam był ciekawy dla gościa. Ale Turtanisk zdążył już obrazić się śmiertelnie, a dziecięce uczucia bywają gorętsze od ognia.
Niestety, przytrafiło mu się bycie potomkiem pewnego wpływowego wilka. Nierozsądnie było dla wszelkich gości rozstawać się z nim w nieprzyjaźni.
- Mam nadzieję, że nie masz mi za złe tego, co powiedziałem w waszej wilczarni. To był tylko taki... wolny wniosek.
- Tata zawsze uprzedza, żebym nie brał do siebie opinii innych. Zwłaszcza tych, którzy nie osiągnęli w życiu tyle, ile my.
Żuraw energicznie pokiwał głową. Tylko jego palce dziwnie pobladły przy krawędziach pazurów.
- Oczywiście, każdy patrzy przez własny pryzmat.
- Pryzmat?
- Takie szkiełko. - Jeszcze kilka kroków. W obrębie dziecięcego kącika czuł się jak osioł przypadkowo wpędzony w stado owieczek. Powoli uniósł szpony do kieszeni. - A takie coś kiedyś widzieliście?
Dwie pary błyszczących ślepek niczym szpileczki wbiły się w białawy przedmiot.
- Co to jest? - Turtanisk poruszył nosem, chwytając cząsteczki powietrza, które mogłyby powiedzieć mu coś więcej o kostce, kształtem niepodobnej do niczego.
- Chcecie? - Szkliwo obrócił ją w palcach. - To macie i dobrze mnie wspominajcie.
- Ja już wiem, co to. - Selpik delikatnie wziął ją w łapki. - Takie zabawki były w spisie rzeczy, które zostały po Orłach.
- Po kim? - rzucił, końcówką dzioba wygładzając sterczące na piersi pióro.
- Nie słyszałeś o Orłach?
- Głupio przyznać, ale nie, nigdy.
- Masz zatem braki w wiedzy! - Drugi brat zadarł nos, spoglądając na gościa z wyższością.
- Więc może mnie dokształcisz?
- Tata mówił, że o historii rozmawia się tylko z tymi, którzy potrafią ją zrozumieć.
- Wiem tyle, że ta kostka pochodzi z północy. - Ptak wzruszył ramionami.
- Niemożliwe - odparł Turtanisk ogniście.
- Możliwe - mruknął Selpik. - Przecież ich szczenięta były rozsyłane po wszystkich ziemiach.
- A, faktycznie.
- Turt, wracaj do zadania. Zaraz Eugisk przyjdzie.
- Sam se wracaj, jak chcesz. - Szczeniak przechwycił kościane pudełeczko i oparł się grzbietem o drzewo. Przekładał je z łapy do łapy, oglądając z każdej strony.
Nie mówiąc nic więcej, Szkliwo wycofał się ze szczenięcego kącika. Na łąkach zapadał zmrok.
Długo wlókł się bezdrożem, strącając z traw krople wody. Chmury rozstępowały się, wiatr zdmuchiwał popiół z powierzchni wieczoru. W ciemności można było tylko wyobrażać sobie soczystość zieleni łodyg, które sprężynowały pod stopami. Ochładzało ją światło miliona srebrnych drobin na niebie, które odbijały się w milionie maleńkich luster na ziemi. Gwiazdy zdawały się teraz dziwnie bliskie i ważne. Chciało się przymrużyć oczy, by ułagodzić ich osobliwie ostry blask.
Nieprzenikniona cisza tworzyła swój własny horyzont. Gdziekolwiek się nie odwrócić: nic. Zatrzymał się pośrodku pustkowia.
Gdzie się właściwie znajdował? U krańca, a może w samym centrum? A może w ogóle poza obiegiem? Jakoś nie potrafił określić swojego położenia na żadnej mapie struktur, w których obracał się do tej pory, z naiwną nadzieją, że i cel można wskazać na nich palcem.
Spójrzcie na żałosny półprodukt systemu.
I znowu było cicho. Owinął wokół szponu okrągłe źdźbło trawy i pociągnął. Zakończony kłosem wierzchołek z piskliwym dźwiękiem wysunął się z rurkowatej łodygi.
„Przedrzeźniając uczonych, można się co najwyżej ośmieszyć. Powtarzając po niedoukach, można im tylko dorównać. Nie jestem pewien, co właśnie robisz”.
Wiesz, kim jestem.
Jeszcze krok. Wyprostował się, czując, że nie tylko jego nogi, ale i brzuch aż po żebra jest mokry od brodzenia w trawie.
„Tak, tak. Wiem”.
Jestem mordercą. Ale tobie nic nie grozi, boś mi bratem.
„Nie zabiłem...”.
Nie zabiłeś! Tylko słowo ciałem się stało, za to idea rozpłynęła się w powietrzu. Jesteś krwiopijca.
„Nie zabiłem żadnego wilka”.
Czy ma to jeszcze znaczenie?
Upuścił kłos i usiadł, nie dbając już o wilgoć na piórach oraz materiale płaszcza. Ziemia pachniała deszczem. Z westchnieniem wyciągnął się w trawie.
Powinien coś czuć. Jakiś żal, jakiś ból. Wzrok wilczycy ugodził jako ostrze. Wspomnienia bezzębnych pysków i wystających kręgosłupów, trzęsących się nad spleśniałym mięsem, lały się jak krew i lepiły do jego piór. Widział, że cierpnie mu skóra. Nie mógł przełamać sztywności kończyn. I to wszystko.
Ze snu wybudziły go dreszcze.
Jeden bok jesionki był już suchy i nawet skutecznie odgradzał od chłodu poranka, ale drugi przesiąkł do suchej nitki. Szkliwo zsunął z siebie ciężki od wody materiał i trzepnął skrzydłami, rozrzucając wokół krople rosy.
Wsunął go z powrotem. Wilgoć nie była aż tak dotkliwa.
Z dołu łąka wyglądała, jakby ginęła w nieskończoności. Senność odeszła, ale mimo to ciało zdawało się cięższe i bardziej zmęczone niż wieczorem.
Gdy dotarł z powrotem do jodłowego zagajnika, Eugisk już siedział na swoim stałym miejscu i popijał mleko. Ciasno zwinięty sznurek, na którym trzymał drugą łapę, podsunął sobie pod nogi. W cieniu drzew, tuż nad kwiatami, Walisa rozczesywała sierść iglastą gałązką. Odwróciła się, gdy tylko usłyszała kroki.
- Szkliwo, zjedz śniadanie - poleciła niepodziewanie twardo. - Zaraz wyruszacie. Nalać ci mleka do mięsa?
- Dziękuję, nie trzeba.
- Kirłan, budź się - zawołała w głąb zagajnika. - Wszyscy już czekają!
Od strony sypialni gospodarzy dobiegło głośne trzepanie uszami. Basior wyszedł ku nim, rytmicznie machając ogonem.
- Jak minęła noc? - Przysiadł się do śniadających. - Gdzie dzieciaki?
- Selpika w nocy bolał brzuch i obaj przez to słabo spali - odparła wilczyca. - Niech wyśpią się przed zajęciami.
- A ty?
Uśmiechnęła się i pogładziła łapą jego przedramię.
Kończyli jeść, gdy na ścieżce rozległ się terkot kół. Na polankę zawitał Drik. Sierść pod jego szyją zdążyła już trochę rozczochrać się od uprzęży. Opiekunka ogniska poczęstowała go kubkiem mleka i bażancim skrzydłem.
- Chłopcy pokazali mi prezent, który od ciebie dostali. - Przechyliła głowę, niespodziewanie zwracając się do ptaka. Było w tym geście coś ciepłego, choć wargi nie uniosły się, a lekko zmrużone powieki zdradzały, że nie spała od dawna. - Jak miło, że o nich pomyślałeś. W wiosce pewnie trudno było zdobyć szczenięcą zabawkę.
- Zabawkę? - Jej partner uniósł uszy. - A ja nic im nie przywiozłem! Co ze mnie za wyrodny ojciec. Ale następnym razem załatwię im coś wystrzałowego.
- Może twój zaradny pomocnik i w tym ci pomoże.
Eugisk przelotnie oblizał dolną wargę, choć jego kubek był już pusty. Kirłan zapatrzył się na resztę swojego posiłku, nie biorąc następnego kęsa. Przez chwilę zdawało się, że na tym miała skończyć się rozmowa.
- No cóż... - Wreszcie nachylił się, by musnąć nosem jej pysk. - Wiesz, że nie lubię zmieniać planów, ale dla ciebie wszystko.
Siedzący obok stary basior chrząknął, zakrywając pysk zaciśniętą łapą.
- To nierozsądne - rzucił w przestrzeń. Przeciągnął się, orając pazurami dywan z igliwia i zaciskając palce na swojej lince.
Szkliwo odsunął od dzioba kostkę nie do końca obdartą z mięsa. Zgodnie ze zwyczajem domostwa zostawił ją na stosiku obok ogniska.
- Poczekam przy wózku. - Gdy odpowiedziała mu cisza, machinalnie przyspieszył kroku.
- Czy powinnam towarzyszyć ci dziś w obchodzie włości? - Wilczyca tymczasem sięgnęła po puste naczynie Eugiska.
- Nie trzeba. - I już kocim krokiem sunął w głąb puszczy.
Czterokółka uginała się pod bańkami pełnymi mleka. Tym razem na jej dnie, zamiast zgniłych resztek, leżało zwinięte w kłębek koźlątko.
Gdy przywódca wyprawy wreszcie do nich dołączył, skrzydlaty skinął głową pani domu, jeszcze raz zerknął na biało-purpurową chmurę tańczących na wietrze onętków i ruszył pół kroku przed pozostałymi.
Przystanął dopiero, gdy wyjechali na łąkę, zawieszając wzrok na rosnącej przy ścieżce kępie koniczyny. Liście wielkości wilczych jęzorów kiwały się leniwie, potrącane przez trzmiela, który nie mógł wzbić się w powietrze. Trzy czterolistne obok siebie.
Szary wilk stanął tuż przy jego boku.
- Też lubisz szukać tych wybryków natury? Eugisk twierdzi, że gdy się pojawiają, jest dobra pora na zamianę pastwisk. Coś czuję, że gdy wrócę za parę dni, będzie wesoło. Kózki będą miały tu używanie. - Wyprzedził go, a jego śladem podążył zgrzyt kółek drewnianego wózka. - I jak ci się podobała nasza wycieczka? - Odwrócił się przez ramię. Wzrok ptaka podniósł się o wiele wolniej, niż oczekiwał.
- Nie obawiasz się, że ktoś, kogo tu kiedyś przywiedziesz, mógłby po powrocie rozpowiedzieć wszystkim, co widział?
Basior otworzył pysk z bezgłośnym śmiechem.
- Szkliwo. - Jego głos zawisł na tym wstępie, pozwalając myślom starannie ułożyć ciąg dalszy. - Czy nie było przyjemnie wyrwać się z wioski? Myślę, że to początek naszej przyjaźni. Świat czeka na tych, którzy mają odwagę go odkryć.
Cisza po słowie z każdą chwilą nabierała ciężaru. Coraz głośniej wybrzmiewały miarowe kroki na ścieżce. Przy drodze leżały kolorowe kamyki i martwe liście. Trochę ułamanych gałęzi obrośniętych mchem. Żuraw odetchnął, wolno prostując przygarbiony grzbiet.
- Muszę pomyśleć.
Najwyższa Izba była wszędzie, bo pośredniczyła w wymianach. A Kirłan był jej przedstawicielem.
Rzeczywiście, sprytnie się urządził. NIKL zapewniał mu siłę roboczą. On kazał tylko pakować towary na wózek i przywoził je do rozdzielni w remizie. Tam zajmowali się nimi inni, dwoili się i troili, by z byle patyczka wystrugać mu dzieło sztuki: za trochę darów przyrody, trochę dobrze rozumianej polityki oraz kilka niepisanych słów swojej własnej legendy pozyskać wszelkie luksusy. Gdy chciał z nich korzystać, miał je na wyciągnięcie łapy. A gdy się znudził, wracał do swojej sielankowej samotni na południu, której NIKL strzegł dla niego jak... oka w głowie.
- Nad czym niby?
Karmił kozy i karmił wilki. Ubijał kozy dla wilków, ale w jego łapach te same wilki zdychały jak kozy. Każdy urzędnik jadł jego mięso, pił jego mleko, spał na jego skórach, uzależnił swoje ciało od jego soli i tłuszczu. Kirłan dosłownie krążył w ich organizmach.
- Poukładać sobie to w głowie. Nic ważnego.
Oto opowieść o wilku, który zapragnął stać się jedynym warunkiem istnienia świata.

Cdn.