środa, 6 maja 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Każde oko czasem mruga”, cz. 14

Mówi się tu, że NIKL to niebo.
Urząd to jego oko i tak dalej.
Ale to tylko firmament, który widzimy.


Szkliwo ziewnął, jedną nogą zstępując ze schodka przed domem, by rozciągnąć całe ciało z dziką rozkoszą. Popołudnie było ciepłe, trochę duszne, zapowiadało zbliżający się deszcz.
- Rasz! Nie miałeś wracać dopiero jutro?
Płowy basior energicznie pokręcił głową, szybkim krokiem zbliżając się do chatki asystentów. Gdy odległość między nimi zmniejszyła się do szerokości snopka słomy, wreszcie wyrzucił z siebie z głębokim wdechem:
- Aaa, daj spokój. Awantura była taka, że na wieczór wyruszyłem, byle szybciej. Uwierzysz, że jeszcze dzień wcześniej tak mnie powitali, że zastanawiałem się, czy nie rzucić tego wszystkiego i z nimi nie zostać? Na szczęście kochana rodzinka szybko mnie z tego wyleczyła!
- A mama jak?
- Zdrowieje! Łoś jej na polowaniu coś w brzuchu przetrącił, ale wylizała się z tego pięknie.
- To wspaniale. Pewnie zmęczony jesteś po podróży?
- Jak siedem boleści. Odeśpię sobie teraz te przygody, ale na kolację przyjdę.
Żuraw kiwnął głową. Gdy zobaczył swojego współpracownika, przeszło mu przez myśl, aby odłożyć planowaną wizytę w biurze ochrony i najpierw przekazać mu listy, które bliżej nieokreślony czas przeleżały ukryte w piecu. Działanie takie, po wizycie Rasza w jego watasze, miałoby formę już chyba czysto porządkową, lecz Szkliwo porządek bardzo lubił.
- Więc widzimy się w remizie. Odpoczywaj. - Na przeglądanie korespondencji sprzed wielu księżyców było jednak wiele lepszych momentów. Machnął mu skrzydłem i ruszył ścieżką w kierunku centrum wsi.
Już niebawem siedział w mrocznym korytarzu, kreślił na kartce nowości dla dowódcy i, stukając pazurem w podłogę, nucił jakąś zasłyszaną dawno piosenkę. Poszarzałe firanki, osłaniające półki komody, chybotały się od przeciągu, a resztki błękitnej farby, która niegdyś czyniła mebel podobnym letniemu niebu, jaśniały w ciemności, malutkie, liczne, obecnie bardziej przypominające gwiazdy zawieszone w płachcie nocy. Wychylił się, aby dosięgnąć gałki szuflady. Była za wysoko. Wstał.
Drewno skrzypnęło, pochłaniając zapisaną stronę. Zaraz potem, niczym echo, rozległo się skrzypienie na szczycie schodów. Wiatr zawiał z całej siły, gdy Nakideron wyjrzał ze swojego gabinetu. Zatrzasnął za nim drzwi i ucichł.
- Świeża prasa, w sam raz na lekturę przy kolacji. Doskonały sposób na ćwiczenie szarych komórek i pozostanie wilkiem o prawdziwie wszechstronnej wiedzy. - Na schodkach rozległo się donośne stukanie poduszek jego łap. Szkliwo niezmiennie podziwiał pewność kroków dowódcy w zestawieniu z faktem, że kroczył po tym stromym zboczu w niemal zupełnej ciemności, na domiar złego wciąż patrząc prosto przed siebie, na stojącego przy komodzie podwładnego. - A ty, Szkliwo, czytujesz czasem prasę?
- Nie mam zbyt wielu okazji - odrzekł bezbarwnie, nie do końca rozumiejąc, skąd basiorowi przyszło do głowy... że mógłby cokolwiek czytywać.
- Zbyt wielu - powtórzył ten w zamyśleniu. - Szkoda. Tak czy inaczej, zapoznałem się z dobrodzieja ostatnimi doniesieniami, tymi o wyprawie współpracownika na urlop. Czekam na kolejny odcinek. Chcę wiedzieć, kiedy nasz mały Rasz zostanie sierotką. Od biuroszczurów, które zapomniały, że mają rodzinę, lepsze są tylko takie, które wcale jej nie mają.
- Na to się na razie nie zapowiada. Wrócił dziś rano. Mówi, że matka ma się lepiej. Rodzina ucieszyła się na jego widok, zaczęła namawiać, żeby opuścił Najwyższą Izbę i już z nimi został, ale jednego z kolejnych dni wybuchła jakaś kłótnia i czym prędzej zawinął się z powrotem. Jeśli dowiem się jeszcze czegoś nowego, na pewno przekażę.
- Świetnie, zapisz to.
- Właśnie zapisałem. Między innymi.
Nakideron usiadł, krzyżując łapy na piersi.
- Cieszy mnie też, że postanowiłeś posprzątać po swoim poprzedniku. A to zimny sukinsyn! Dałeś Raszowi listy, które ukrywał?
- Jeszcze nie. - Odruchowo odwrócił głowę ku drzwiom, by przekonać się, sam nie wiedział, po co, że są sami. - Bardzo mnie ciekawi, co się dzieje z tymi wszystkimi raportami.
- Tymi, które piszą nadzorcy? Co ciekawsze wiadomości zostają u mnie. Tutaj - Wilk rozplątał przednie kończyny, by przycisnąć palec jednej z nich do czoła. - Inne wykorzystujemy do rozwoju nauki.
- Hm. - Szkliwo nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Choć była szeroka, stawiała wszystko, w czym uczestniczył, w nieco innym niż dotychczas świetle. Był jednakowoż szczegół, którego przy ocenie rozmowy służbowej pomijać nie warto: nie był idiotą. Przynajmniej nie takim skończonym. - Ciekawe. Nie miałem jeszcze okazji zetknąć się z zapleczem naukowym Najwyższej Izby.
- A żałuj, bo jest bardzo bogate. Zwłaszcza na płaszczyźnie psychologicznej. Może w przyszłości będziesz miał okazję, by się o tym przekonać i liznąć trochę wiedzy. 
- Chętnie - odparł z grzeczną zwięzłością, pilnując, by jego głos się nie podniósł.
- Wyjdziesz stąd i zapewne będziesz powoli wybierać się do remizy?
- Pewnie tak - znów przytaknął zdawkowo, by uciąć wszelkie spekulacje o tym, co innego mógłby robić przed zachodem słońca.
- Tam na przykład co noc rozgrywa się przedstawienie iście znakomite, sycące zmysły. Na scenie rozwinięto nawet prawdziwą kurtynę. Jakby specjalnie dla mnie!
- Mówisz o części, gdzie pracują wilczyce - bardziej stwierdził, niż zapytał.
- Przeogromną radość sprawia mi obserwowanie takich spektakli. Przechodzę wtedy prawdziwe katharsis. Wiesz, czym jest katharsis, Szkliwo?
- Coś mi się obiło o uszy. Mówisz więc, że kolejnym twoim hobby jest podglądanie? - Przez oblicze ptaka przemknął cień pobłażliwego uśmiechu. - Masz w ogóle jakieś zgodne z obyczajem zainteresowania?
- Widzę, że jesteś równie daleko od zrozumienia, co od pojęcia. - Basior również uśmiechnął się pod nosem: szerzej, dłużej. Bardziej otwarcie. - Wiesz, co sprawia mi największą przyjemność? Reżyserowanie takich spektakli. Czasem po prostu wybieram się do remizy po kolacji, zabieram kogoś, kto jest w odpowiednim stopniu pijany lub jeszcze jedną nogą w krainie kolorowych marzeń. Koniecznie kogoś, kto wcale nie planował uczestniczyć w tej sztuce. Zabawa jest tylko, gdy wciąż czuje i jeszcze próbuje myśleć. Gdy nadal chce zachować swoją wilczą godność, ale wystarczy przytrzymać go jedną łapą, tak, żeby się przypadkiem nie zmęczyć, a zaczyna zachowywać się jak pies u weterynarza, który właśnie dostrzegł, że przez kaganiec nie może ugryźć. Sam akt nie jest ciekawy, ale to, co dzieje się w głowie, to już istny majstersztyk. Umysł panikuje i marzy tylko o tym, by natychmiast przerwać i uciec, ale ciało mówi: „To najlepsza rzecz, jaka dziś się wydarzyła, pędźmy dalej!”.
Żuraw milczał, przysłuchując się pełnej pasji opowieści już bez rozbawienia. Znowu usłyszał więcej, niż się spodziewał.
- To komiczne, widzieć, jak w tożsamej sytuacji jedni próbują się wyrywać, a inni poddają. A nazajutrz jedni i drudzy i tak nie pamiętają już niczego poza tym, że nocą przesadzili ze środkami i zabalowali. Czasem, gdy okoliczności temu sprzyjają, pozwalam im myśleć, że to ich wybór. Intrygujące, jak łatwo im uwierzyć, że naprawdę tego chcieli. - Pysk basiora uniósł się lekko. Jego ślepia wbiły się w rozmówcę na bardzo długą chwilę, bezczelną linią prostą, jakby liczyły, że odpowie im na pytanie, które nie zostało zadane. Najwyraźniej jednak ptak nie umiał czytać w myślach. - Tak, jak było na przykład z tobą - padło w końcu beztrosko.
Szkliwo zmrużył oczy. W myślach co rychlej przerzucił wspomnienia wszystkich swoich spotkań z Ildiri; wielu z nich nie potrafił już nawet przywołać, zlewały się w powtarzalną, nieważną całość, ale musiało to wynikać właśnie ze sztywnych granic, które postawił sobie i jej. Działał w sposób zorganizowany i schematyczny. Taki schemat nie zawodzi, a jeśli nawet, to się to zauważa. Za każdym razem był trzeź...
Chwileczkę. Strategia nie bierze się znikąd. Była jeszcze ta pierwsza noc.
- Powiedziałeś, że to wszystko, żeby nie wyróżniać się z tłumu. Nawet to było kłamstwo? - mruknął. - Polazłeś wtedy do remizy? - dodał głośniej, niż zamierzał sobie pozwolić. - Za mną?
„I naprawdę zrobiłeś to tylko dla własnej, kopniętej zachcianki?”, uzupełnił w myślach.
- Dlatego nie zdziwiło mnie zbytnio, że się nie wyrywałeś. - Kościsty łeb wilka wysunął się trochę do przodu. - Nie było okazji sprawdzić cię pod tym względem. Jak myślisz, potrafiłbyś sprawić, by ciało przestało czuć? Pokonać samego siebie i walczyć, gdy najbardziej podstawowy instynkt mówi, że dzieje się dobra rzecz?
Żuraw nie odpowiadał, zajęty wykładem stanowczego głosu, który przemawiał w jego własnej głowie. „Nie upilnowałeś się, Szkliwo. To mało powiedziane. A jednak dzięki temu jesteś tu, gdzie jesteś i dotrzesz jeszcze dalej. Może było warto? Prawie już nie pamiętasz tego... żałosnego wydarzenia, a korzyści będziesz czerpać jeszcze długo”.
- Kształtować reakcję zabawki można na trzy sposoby - mówił dalej Nakideron, nie zważając już na rozkojarzenie swojego jedynego słuchacza. - Po pierwsze: wzmocnić, pozwalając jej zobaczyć efekty swojej szarpaniny. Pozwolić jej przepchnąć strażnika, zerwać sznurek, przesunąć się o kilka kroków. Po drugie: wygasić siłą. Pokazać, że nic, co zrobi, nie przyniesie skutku. Po trzecie, co najbardziej lubię: modelować stopniowo. Nie uczyć bezradności, a budzić uważną akceptację.
„Zaprawdę, Ildiri miała rację... Tutejszy urzędnik nawet nie udaje, że różni się od tutejszej kurtyzany”.
- Spójrz na mnie. Albo nie patrz, jak wolisz. - Łapa wilka powędrowała w górę i zatrzymała się tuż pod głową ptaka, unosząc jego dziób. - Przestajesz się cofać. Zaczynasz grać w tę grę. O to właśnie chodzi. - Rzeczywiście basior wykonywał ten nieprzyjemny gest już kilkukrotnie. Skrzydlaty machnął ogonem. - Zrobię to jeszcze dziesięć razy. Za jedenastym zamiast łapy dotknę cię patykiem. Uwierzysz, że jeśli powtórzę to razy sto, a za sto pierwszym zamiast patyka przytknę ci do gardła nóż, ty z przyzwyczajenia nawet się nie odsuniesz? A jeśli tysiąc razy będziesz miał nóż na gardle, nawet nie spostrzeżesz, gdy za tysiąc pierwszym pozwolisz mi nacisnąć na tyle mocno, aby przekłuć skórę. No co, nie wierzysz? - Zachęcająco uniósł brwi. Jego ślepia, jaśniejące w półmroku jak dwie lśniące monety, zaokrągliły się.
- Wierzę - odrzekł, w znajomym milczeniu dowódcy wyczuwając oczekiwanie. Dopiero teraz cofnął głowę. - To wszystko bardzo ciekawe, ale nie chciałbym spóźnić się na kolację.
- Bez obaw, zostało dużo czasu.
- Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia.
- Lecisz więc? Leć, proszę. - Nakideron zniżył głos, odwracając się ku szufladzie pełnej zapisanych gęsto kartek, lecz jego oczy jeszcze przez chwilę nie odrywały się od podwładnego. Ten czym prędzej znikł na ulicy.
Właściwie nie było dokąd się śpieszyć. Zatrzymał się pod drzewem, jednym z kilku rosnących w pobliżu wejścia do remizy. Nie odmówił sobie oparcia o jego szeroki, niewzruszony pień. Zanurzył pazury w chłodnym piasku.
„Wieczorem będzie lać”. Z niezadowoleniem spojrzał w górę. W świecie, w którym każdą noc i niemal dowolnie długą część dnia spędzało się pod dachem, łatwo było odzwyczaić się od przemokniętego kołnierza i chłodnych kropel spływających po piórach. Czując, że jego nogi zaczyna nudzić stanie w bezruchu, podniósł jedną z nich ku kieszeni płaszcza. Bez namysłu wyjął z niej niewielką kostkę i zaczął obracać w palcach. „Jeśli się rozpada, Ildiri znowu będzie terkotać, że powinienem zostać na noc. Żebym tylko nie przysnął. Kilka dni temu omal mi się to nie zdarzyło”.
- A ty co tu robisz?
Na moment zesztywniał, słysząc zbliżający się głos wilka, który jeszcze nigdy wcześniej się do niego nie odezwał. Musiał spojrzeć, by upewnić się, że to właśnie on: Trelik.
- Nic. Czekam na znajomego. - Pytanie w jego głosie rozbrzmiało niezwykle wyraźnie, choć wcale tego nie planował. Pomocnik Nakiderona był sam i nie wyglądał, jakby miał zaatakować. Zwłaszcza biorąc pod uwagę miejsce, o tej porze dnia uczęszczane przez wilki ze wszystkich stron wsi i wszystkich gabinetów urzędu. Do tej pory jednak nigdy nie rozmawiali i Szkliwo był pewien, że tego typu interakcja nie nastąpi jeszcze długo, jeśli w ogóle kiedyś. - A dlaczego pytasz? - wyartykułował to, co chwilę wcześniej powiedział całym sobą.
- Po prostu stoisz przy drodze. Dziwnie. Pierwszy raz to widzę. Pomyślałem, że chcę sprawdzić, o co chodzi.
- Jesteś tak wyczulony na dziwne zachowanie innych z racji swojego stanowiska? - Rozmowa narzucała się sama, skoro basior już się napatoczył.
- Możliwe.
- Rozumiem. Co robiłeś, zanim zacząłeś pomagać dowódcy?
- Byłem nadzorcą.
- A oprócz tego?
- Co to za przesłuchanie? - Wilk zmarszczył brwi.
- Wybacz. Ja z ciekawości. Też byłeś urzędnikiem?
- Siedziałem w sekretariacie z Żamichą - odparł niechętnie. - Co tam masz?
- Takie coś. - Ptak wzruszył ramionami, w głosie Trelika wyłapawszy nutę zaciekawienia. - Było w piachu, w piwnicy. Spodobało mi się, to wziąłem. - Na końcu języka zaczęło klarować mu się kolejne pytanie.
- Aha. - Basior jednak odwrócił się, zanim zdążył je usłyszeć. Wstrzymał kroki na ulotną chwilę, jakby chciał upewnić się, że skutecznie zakończył rozmowę, po czym ruszył w kierunku wejścia do remizy. Dołączył do grupy wilków znanych Szkliwu tylko z widzenia, zapewne pełniących w urzędzie jakieś funkcje porządkowe.
Słońce ukryło się już za dachami domów, na wieczerzę ściągały coraz większe tłumy, a z wewnątrz zaczął wydobywać się słodko-słony zapach przypraw i pieczonego mięsa. Wreszcie na ścieżce dał się słyszeć znajomy śmiech. Rasz bawił się świetnie w towarzystwie jednego ze swoich ziomków z północy.
- A ty co, czekasz na mnie? - zawołał już z daleka. Wyprzedził Pira o kilka skocznych kroków.
- Chyba pierwszy raz byłbym w remizie przed tobą. Kto to słyszał? - Ptak przyjaźnie machnął ogonem. Nie musiał nawet podnosić głosu, bo rozmówca już stał tuż przed nim.
- Masz rację! Pytaliby potem, czy chory wróciłem z tego domu, czy co?! Zgłupiałbym od samego opowiadania.
- Rzeczywiście, to byłaby dla naszego zespołu niepowetowana strata. - Szkliwo podrzucił kostkę i złapał ją w drodze na ziemię. W zamyśleniu ścisnął nieco mocniej, przeciągając jednym palcem po zaokrąglonej krawędzi. Staroć był tak suchy i lekki, że dało się o nim zapomnieć, nawet trzymając go w łapie. - Hej. Widzieliście kiedyś coś takiego?
- Yyy. Nie. - Rasz pokręcił głową z pytaniem w oczach.
- A co to ma niby robić? - dodał jego towarzysz.
- Podobno to dziecięca zabawka. I podobno podobne były używane na północy. Dlatego pomyślałem, że może wy poznacie. Leżało w piachu, w naszej piwnicy, tak swoją drogą.
- Nie, ja niestety nie bardzo. - Pir wychylił się, oglądając przedmiot z drugiej strony. - Ale też kiedyś coś znalazłem w takiej piwniczce. Ciekawe drobiazgi można wykopać.
- Co znalazłeś?
- Połamaną korę z jakimiś znaczkami. Jakby cyferki?
- Ciekawe. Tylko po co ktoś tutaj miałby pisać na korze, jeśli NIKL sprowadza obie kartki od watah sąsiadujących z ludzkimi ziemiami, właściwie chyba odkąd istnieje?
- Szczerze to się nad tym nie zastanawiałem. Nie udało mi się wymyślić, co znaczyły tamte cyfry i chyba w końcu gdzieś to wyrzuciłem.
- Landrynkooki, a po kiego grzyba grzebałeś w naszej piwnicy? - Uszy Rasza drgnęły, jakby chciały położyć się na karku, do czego ostatecznie nie doszło. Basior tylko prychnął przez napięte wargi: - Że też ja na to nigdy nie trafiłem, a ty od razu.
- Jak chcesz, możesz to sobie wziąć. - Ptak wolno rozciągnął obydwa skrzydła. - Ciekawi mnie po prostu, czy któryś z poprzednich asystentów mógł przyprowadzić do tego domu jakiegoś szczeniaka. A może to była jakaś jego pamiątka z dzieciństwa. Tylko po co zakopałby ją w piachu i... dlaczego nie zabrałby jej ze sobą, odchodząc? - Przelotnie zerknął na oba wilki, składając skrzydła z powrotem na grzbiecie.
- Kto go tam wie. Może zapomniał. Hap nawet swoje durne drewnograjki zostawił.
- Tak. Masz rację. - Czując mrowienie u podstawy płuc, wziął głębszy wdech, włożył kostkę za pazuchę i wyprężył pierś. - Idziemy?
- No wreszcie mówisz z sensem!
W korytarzu jak zwykle ogarnął ich mrok. Z sali dobiegały krzyki i śmiechy, a setki łap uderzały w betonową podłogę. Pir wszedł jako pierwszy, kopiąc wilka leżącego w przejściu.
- Kolacja dopiero co się zaczęła, a ten już na ziołach.
- Kto to w ogóle jest? - Rasz ziewnął, robiąc wielki krok nad ciałem, które zwinęło się w kłębek niczym szturchnięty patykiem krocionóg.
- Egzekutor, dupek żołędny. Nie wiem, jak go zwą.
- Kto? - Szkliwo zmarszczył brwi, przeskakując nad wilkiem i zrównując z nimi kroku.
- Kierownik decyzji administracyjnych. - Pir przewrócił oczyma. - Jak Najwyższa Izba coś wymyśli, to tacy pilnują, żeby wszystko zostało wprowadzone jak należy. Czasami taki wybiera się na przykład z inspektorem na jego ziemie, jak jest coś do zrobienia. A jak nie ma, to się naćpie jak świnia i zagradza nam przejście. Ogólnie rzecz biorąc, wiele pożytecznego z nich nie wynika.
- No proszę, tyle czasu tutaj, a cały czas się uczę.
- Nie ma za co. - Uniósł łapę na pożegnanie i znikł, by zjednoczyć się z własnym zespołem. Obaj asystenci inspektora ziem wschodnich usiedli się na swoich miejscach. Jako ostatni na wieczerzy pojawił się sam inspektor.
- A zatem, Raszu, opowiadaj o swoich przygodach. - Cmoknął, zlizując sos, który spływał mu po brodzie. Tego wieczora remiza zaserwowała wyborne danie na słodko. Ciemne od pieczenia mięso, okraszone suszonymi owocami, znikało wyjątkowo szybko, przy akompaniamencie wszechobecnego mlaskania i chrzęstu zębów. Ciężki zapach karmelizowanego tłuszczu i kolorowych dodatków sprawiał, że nawet syci sięgali po następne kęsy, zanim poprzednie ułożyły się w żołądkach.
- Dziękuję za wszystko, inspektorze! - Asystent teatralnie złożył łapy. Znał swojego szefa ładnych kilka lat i zim. Doskonale wiedział, jak wywołać uśmiech na jego pysku. - To była jedyna w swoim rodzaju szansa, żeby sobie przypomnieć, jak mi tu dobrze! Z rodzinką najlepiej, ale w listach jednak.
- Cieszy mnie, że doceniasz naszą kompanię. - Birast dyskretnie otarł wargi. Uwadze Szkliwa nie umknął fakt, że przełożony nagle przestał jeść, choć ledwie zdążył skubnąć swoją porcję. Łapą dotknął nadbrzusza i rozmasował je lekko.
Ptak nie zdążył odwrócić wzroku. Ponieważ przypadkowo ujawnił się już ze swoją troską o samopoczucie inspektora, którego ślepia właśnie zawisły na nim, o włos od zdania sobie sprawy, że były obserwowane już od dłuższej chwili, musiał jeszcze wyciągnąć jakieś oficjalne wnioski ze swoich spostrzeżeń.
- Czy wszystko w porządku, inspektorze? - Przechylił głowę, obierając najprostszą i najbardziej poczciwą z dostępnych ścieżkę.
- W najlepszym - odparł krótko. Ujął w łapy niedojedzone mięso i uniósł je do pyska. Niezbyt mu się spieszyło. Kły ścisnęły przysmak tak łagodnie, jakby nadal był żywy i wszystkiego świadomy. Ponieważ kolacja wróciła na właściwe tory, obaj podwładni zostawili go sam na sam z kąskiem, całkowicie pochłonięci obcowaniem ze słodyczą własnych kawałków. - Pamiętam czasy, gdy byłem jeszcze tylko asystentem. Nie przeszłoby mi przez myśl, żeby nawiązywać do pewnych spraw. Niezwykłe, jak bardzo zmieniły się teraz obyczaje.
Ptak powoli przełknął swój kawałek. „Do jakich znowu spraw?”. Nie odpowiedział.
- Dużo się działo, jak mnie nie było? - zapytał Rasz półgębkiem, przypadkowo plując przeżutymi drobinami.
- Nie, na szczęście nie było wiele pracy. - Birast zagarnął kolejną porcję. - Wszystko jakoś działało.
Żuraw odkaszlnął i podniósł się znad suto zastawionej podłogi.
- Idziesz już? Znowu z tym frędzlem grać w szachy? - Drugi asystent zmierzył go kątem oka.
- Tak. Nie przeszkadzajcie sobie. Smacznego.
Nie lubił przechodzić środkiem sali. Niejednokrotnie został przy tym potrącony przez jednego z tańczących wilków, które, miotane rytmem dziwnej muzyki, nie zważały w swoich wygibasach na nic i na nikogo, a już na pewno nie na przypadkowego, chudego dwunoga, który zaplątał się im pod łapami. Nie patrzyły pod nogi. Nie patrzyły w ogóle. Wolał już przemykać się pod ścianą, gdzie niemal za każdym razem był świadkiem scen, których oglądanie nie było przeznaczone dla postronnych.
Nie wiedział, po co się zatrzymał. Znajomy pysk musiał przykuć uwagę. Psycholog, ów jegomość o znużonym pysku osadzonym na tułowiu w kształcie zwiędłej kuli, musiał zawsze kręcić się gdzieś z boku, bo Szkliwo nie przypominał sobie, by często widywał go w remizie. Teraz pochłaniał pieczony udziec niczym wąż, jakby próbował zmieścić go w sobie bez rwania na części. Gardło pracowało ciężko, a z warg sączył się rdzawy sok. Skapnął na podłogę, gdzie został natychmiast zlizany przez Linami, której ciało leżało rozciągnięte u boku wilka, niczym kawał wygarbowanej skóry. Z zalotnym uśmiechem dźwignęła się na przednich łapach. Przysunęła bliżej i zatrzymała pysk przy jego pysku, lecz nie patrzyła mu w oczy. Skosztowała kropel wciąż zwisających z kącików jego warg, ściekających z brody. Psycholog wymamrotał jakieś słowo. Ugrzęzło między jednym kęsem a drugim i ginęło w panującym wokół harmidrze. Objął towarzyszkę łapą lepiącą się od tłuszczu.
Szkliwo przesunął wzrokiem po szczupłej sylwetce wilczycy, zatrzymując wzrok na puszystym ogonie, który leniwie poruszał się po podłodze. Ruszył dalej, przesuwając się wzdłuż ściany i ostrożnie omijając brązowe plamy na podłodze, które mogły być czymkolwiek.
Z westchnieniem ulgi rozsiadł się naprzeciwko drobnego, szarego basiora, jak zwykle, gdy zastawał go w kąciku gier. Kirłan przez chwilę nawet go nie zauważył. Wpatrzony gdzieś w bok, jednym palcem gładził wibrysy otaczające swój lśniący nos.
- Och, jesteś wreszcie! Gotowy? - Jednym ruchem otworzył pudełko i wysypał z niego figury.
- Zawsze.
W istocie, tego typu rozrywka w ogóle mu się nie nudziła. Czasem miał wrażenie, że stanowiła jedyną szansę na wykazanie się umiejętnością myślenia w świecie, który na każdym kroku usilnie próbował myśleć za niego.
- Niech to. Dobrze ci dzisiaj idzie - wymamrotał basior, podciągając do góry jedną stronę pyska i przestawiając swojego hetmana. W oczach Kirłana reszta figur zdawała się tylko mizernym dodatkiem.
- W końcu uczyła mnie królowa. - Skoczek powędrował na środek szachownicy.
- A ty znowu o tamtej rozmowie? Nadal ją pamiętasz. - Wygodnie oparł się o ścianę i zaczął z zamyśleniem kiwać stopą. Lekkim ruchem popchnął do przodu jeden z pionków.
- To nie było tak dawno temu, żebym miał wymówkę. - Żuraw zawiesił szpony nad planszą. - Zresztą nic tutaj chyba tak mocno mnie nie zaskoczyło. A więc całym tym wilczym światem rządzą... kozy. Aż ciężko w to uwierzyć.
- A pamiętasz, czego jeszcze cię uczyłem? - Szary z cieniem uśmiechu zastrzygł uszami. Jego przenikliwe oczka przymrużone wyglądały jak dwa małe bursztyny wyrzucone na skalisty brzeg morza. - Przy rozmowie łatwo się dekoncentrujesz. I popełniasz głupie błędy - sapnął, pochylając się, by dosięgnąć swoich figur. Ptak zacisnął szczęki, widząc, jak łeb maleńkiego konika znika z szachownicy, złożony podstępnym ruchem ukrytego gdzieś w tłumie gońca. Te ancymony były niepozorne, ale wyjątkowo perfidne.
- Po prostu nie mogę się zdecydować. Chętnie bym z tobą i pograł, i porozmawiał. Opowiadasz ciekawe rzeczy.
Basior zaśmiał się leniwie.
- Ach, kozy, kozy. Gdybym zabrał im kozy, straciliby kontakty i wpływy. Skończyłyby się zamorskie delicje. Wilki przestałyby marzyć o szukaniu w tym miejscu nowego życia. Liczba urzędników zostałaby zmniejszona trzykrotnie, bo niemożliwe byłoby utrzymanie tylu darmozjadów. Tylko kwestią czasu byłoby, gdyby ten cały interes przestał się im opłacać. Wielki NIKL zamieniłby się w ruinę. Taką jak ta, którą niegdyś zostawili tu ludzie.
- A ty co z tego masz?
- Ja? - Po tym krótkim słowie nastąpiła chwila milczenia. - Słowa tego nie opiszą. - Pokręcił głową i przez chwilę w milczeniu przyglądał się sytuacji na szachownicy. - Ostatnio kozy nam się wykociły. Mamy teraz całe stado słodkich, tłustych koźlątek. Mówiłem już, że całkiem cię polubiłem?
- Yyy...?
- Jesteś... inny niż oni wszyscy.
Szkliwo nie był pewien, jak odnieść się do tego niespodziewanego spostrzeżenia. Jego źrenice przesunęły się w jedną, potem w drugą stronę.
- Niesamowite, jak szybko zauważyłeś - mruknął. „Nawet nie wiesz, w jak wielkim jesteś błędzie”.
- Ty i te twoje żarty. - Basior zarechotał, a poduszki jego łapy lekko uderzyły o ziemię. - Wiesz, o czym myślę? Żeby ci coś pokazać.
Na taką propozycję lotnik był gotowy o każdej porze dnia i nocy. I chociaż sam już nie wiedział, czy działa dla watahy, dla siebie, czy już tylko dla czystej rozrywki, uczepił się chwili, by poniosła go ku nowym poziomom dostępu.
- Nie wiem, jak mam się czuć z tym, że w coś mnie wtajemniczasz. - Zaśmiał się nerwowo. - To bezpieczne?
- A co, myślisz, że powiem ci teraz coś niewygodnego, a potem będę się zastanawiał, jak cię zlikwidować? Nie, nie bądź śmieszny. To nie jest żadna tajemna wiedza. Wystarczy mieć trochę oleju w głowie i być kimś interesującym. Większość urzędników po prostu nie spełnia jednego lub obu tych warunków.
- No cóż, jeśli tak... Wybacz. Jestem już trochę śpiący - stwierdził tak przekonująco, że ziewnięcie samo skłębiło mu się w gardle.
- Mówi się tu, że NIKL to niebo. Urząd to jego oko i tak dalej. Ale to tylko firmament, który widzimy. - Kirłan zniżył głos. Cisza wokół niego miała tendencję do gęstnienia, gdy mówił w ten sposób. Gdyby Szkliwo miał małżowiny uszne, teraz bez pytania powędrowałyby na sam czubek głowy. Na szczęście wystarczyło dopilnować oczu, które nagle zechciały porzucić grę i zwrócić się ku mówcy. - Za nim kryją się prawdziwe niebiosa. Niedostępne dla tłuszczy. Wiesz dlaczego? Bo nikt nie ma o nich pojęcia.
Dopiero teraz Szkliwo podniósł wzrok, jakby bał się spłoszyć siedzącego na gałęzi krzewu wróbelka.
- No dobrze, nad naszym niebem mamy drugie niebo. Na razie nadążam.
- Przydałaby mi się dodatkowa para łap władających piórem. Pozwól, że zabiorę cię na wyprawę. Na kilka dni.
- Jaką znowu wyprawę? - Skrzydlaty wyprostował się, zdawszy sobie sprawę, że przez długi czas siedział mocno nachylony do rozmówcy. - A moja praca?
- Kiwnę palcem. Tyle wystarczy.
Ptak mruknął, odruchowo napinając kark. Znał tego jegomościa już jakiś czas, ale czy to, że wiedział, czym się on trudni, podobnie jak to, że dobrze gra w szachy, raczej nie upija się na umór i nie walczy z Księżycem w kącie Siemisza, świadczyło, że można mu ufać? Nie, zupełnie nie.
A jednak śledztwo musiało trwać. Trzeba było je ciągnąć z całej siły i wszelkimi sposobami. Podróż sprzyjała takim sprawom. Mogła przynieść wiele ciekawego, z nowymi znajomościami na czele.
- To... kiedy?
- Jutro w nocy. Wyruszymy po kolacji. W pracy powiedz, że zabieram cię na spis inwentarza.
- Szkliwo! - Nagle ktoś zajrzał przez szare ramię basiora. - Ildiri prosiła, żeby cię zawołać - oświadczyła Awita, a jej szeroko otwarte oczy dodały krótkie „Natychmiast!”.
- No, cóż, dobrze. - Skrzydlaty zwrócił się do obojga. Wstał, nie bez trudu rozprostowując zdrętwiałe nogi.
- Jeszcze nie skończyliśmy partii! - zawołał Kirłan, a między jego brwiami pojawiła się pojedyncza lecz bardzo znacząca zmarszczka.
- Wybacz. Jutro nadrobimy. Co do naszej rozmowy, pozwolisz, że jeszcze prześpię się z tą myślą i rano porozmawiam z Birastem. Jeśli mnie puści, możemy być wstępnie umówieni.
- Tak, tak. - Kirłan posłusznie zaczął wkładać figury do drewnianego pudełka szachownicy. - To, co tam u Fijki mieszka, to się teraz „myślą” nazywa.
- Do jutra - rzucił ptak, zmierzając już za falującym w tłumie ogonem wilczycy. Jakiś pijany urzędnik siedzący pod ścianą pociągnął za jej łapę i począł szeptać coś na ucho. Odepchnęła go bez namysłu. Łomotnął w otynkowany mur, zachowując ciszę chyba tylko za sprawą szoku i mętności myśli.
- Wiesz, co się stało? - zapytał Szkliwo, doganiając przewodniczkę.
- Nic... - słowo mówiło coś zupełnie przeciwnego niż ton.
Widząc, że wadera zatrzymuje się przy wyjściu z sali, wyprzedził ją. Tym razem ledwie przekroczył próg, dosłyszał zupełnie nietypowe dla tego miejsca dźwięki. Szybko zlokalizował pokój, z którego dobiegało stłumione, gardłowe warczenie i... płacz. Bez chwili wahania wsunął się za kotarę. Ildiri siedziała na ziemi, z nisko opuszczoną głową. Naprzeciwko, tuż nad nią, stał dowódca ochrony.
- Co tu się dzieje? - słowa wyleciały jak z napiętej procy, zanim zdążył je powstrzymać. Nakideron nieśpiesznie odwrócił pysk w stronę wyjścia.
- Och, już się o dziewczynę upominają. Spokojnie, zaraz ci ją oddam. Nie śmiałbym odrywać jej od obowiązków na zbyt długo.
Szkliwo zerknął na wilczycę. Skulona, zaciskała powieki, wokół których zebrał się wianuszek łez. Poczuł się trochę osamotniony w obliczu decyzji, którą należało niezwłocznie podjąć.
- Nie, Nakideron. - Wyprostował się. Patrzył teraz na basiora lekko z góry. - Wyjdź teraz.
- Czyżbyś zamierzał mnie wyprosić?
- W rzeczy samej.
Dowódca pokręcił głową. Zniżył głos, nachylając się nad wilczycą.
- Weź sobie do serca naszą rozmowę.
Wolnym krokiem opuścił zajmowane stanowisko. Zatrzymał się nagle, tuż przed Szkliwem, tak, jak wcześniej stał przed Ildiri. Ani myślał ścierać z pyska pogodnego uśmiechu. Pod ciężarem jego spojrzenia serce ptaka wykonało kilka mocniejszych uderzeń. Basior tymczasem przechylił łeb, spojrzał na niego pobłażliwie i, nic nie mówiąc, opuścił pokój. Wraz z ruchem kotary, z korytarza do pokoju napłynęło trochę świeżego powietrza.
Wilczyca podniosła się na nogi, nadal zgarbiona i załzawiona.
- Czego za to chcesz? - Jej podbródek zatrząsł się, zmagając z nierównym oddechem.
Przełknął ślinę.
- Dobrze, że po mnie posłałaś. Bardzo dobrze. - Długie skrzydło okryło jej plecy. Znowu opadła na ziemię, nie dbając o swoją doskonale wyćwiczoną lekkość ruchów. Wcisnęła nos w materiał jesionki. Ciepły oddech przenikał przez tkaninę z szumem. Wdechy jeszcze przez chwilę były naglejsze; wydechy powoli się wygładzały, kolejne płynęły coraz spokojniej, już bez drżenia. Szkliwo milczał, pozwalając jej wsłuchiwać się w nie bez przeszkód. Po każdym następowała chwila głuchej ciszy, którą przebijały tylko odległe głosy dam gawędzących o czymś w swoim wspólnym kącie.
Wtem całe jej ciało zadygotało w silnych spazmach.
- Teraz on cię zabijeee! - zawyła, wbijając palce w futro przy swoim uchu. Znów łkała, ściskając głowę łapami.
- Nie zabije, nie martw się - odrzekł cicho, przyglądając się, jak szarpie czarną sierść na swoich skroniach. „Oj, Szkliwo, może i nie zabije, ale awans diabli wzięli. Widocznie za mało miałeś problemów”. - Co się właściwie stało? - zapytał głośniej. Przynajmniej już nie płacze”.
- Nieważne - wymamrotała. Nie dociekał. Byłoby to równie skuteczne, co taniec deszczu podczas suszy. Ulewa kiedyś i tak nadejdzie, lecz pospieszanie jej to próżny trud, gdy trzeba oszczędzać siły.
- Może wolisz, żebym poszedł?
- Ja nie mam wolnego - wydusiła, łapiąc za połę jego płaszcza. - Jak nie ty, to kto inny zaraz przylezie. Nie idź. Ale może... poczekaj chwilę na zewnątrz.
Postąpił zgodnie z jej prośbą, a gdy tylko znalazł się w korytarzu, dostrzegł coś, na co wcześniej, wchodząc, w ogóle nie zwrócił uwagi. Razem z wilczycami, w ich przytulnym zakątku, siedział ogniście rudy, radosny basior, na którego barkach powiewała apaszka z lekkiego, żółto-niebieskiego materiału. Opowiadał o czymś głośno, kiwając się raz w przód, raz w tył, a zaczesana lekko grzywka przy każdym kroku tańczyła mu na czole. Zniżał głos i udawał, że jego przednie łapy skradają się kocim ruchem, innym znowu razem zbliżał się do jakiejś wadery, by nagle krzyknąć tuż nad jej głową. Wszystkie wybuchały wtedy serdecznym śmiechem, a on tak się wczuwał w swoje wystąpienie, że chwilami musiał rozplanować sobie przerwy na branie wdechów.
- Jak powiedziałem im, że przybywam zza granicy, to jedno przez drugie zaczęły wołać: „A co z niedźwiedziem, co z niedźwiedziem?”. Pojęcia nie miałem, o jakiego niedźwiedzia idzie, ale wziąłem ten harmider za okrzyki przerażenia, więc mówię im: „Niedźwiedź zginął!”. A one wszystkie w pisk! - Basior złapał się za głowę i trwał tak, pozwalając chichotom słuchaczek wybrzmieć. - I wtedy... zobaczyłem na pysku starej opiekunki ogniste pioruny. I już wiedziałem, że nie wyjdę z tego cało, jeśli szybko czegoś nie wymyślę. Więc mówię dalej: „Ale ja go odnajdę i sprowadzę!”. A one znowu w pisk! Ja już cały głupi, a nadal nie wiem, co to za niedźwiedź! Wymknąłem się z jaskini pod osłoną nocy, zanim ich babula zdążyła mnie dogonić, ale przysiągłem sobie, że wyjaśnię tę sprawę. Dopiero tutaj cudowna Awita wytłumaczyła mi, że niedźwiedź to postać z jakiejś ich legendy. Krąży po świecie, by kazać wszystkich podłych, chciwych i zbrodniarzy. Maleństwa myślały, żem go spotkał na moich podróżach, a przecież gdyby tak się stało, nie rozmawialibyśmy teraz! - Tu sam nie wytrzymał i razem z nimi wybuchł krótkim śmiechem.
Szkliwo przypatrywał się scenie, nie wiedząc nawet, czego miała dotyczyć opowieść. Mówca miał dryg bajarza, to jedno na pewno.
Nagle Ildiri wysunęła się z mroku i stanęła tuż obok.
- Jak chcesz, to ci kogoś pokażę - jej szept był równy, chłodny.
Nie zapytał, co ma to na celu, bo i bez tego było jasne, że wilczyca po dawnemu realizuje swoje błyskotliwe knowania, o których jak zwykle nie rzekłaby ani słowa. Tajemnica była jej wierną towarzyszką i nic nie zapowiadało zmiany.
- Jeśli o niego chodzi, to już go widzę.
- Nie, nie o niego. Nie przybył sam.
- Kto to w ogóle jest?
- Halast. Czasem nas odwiedza. Wtedy, jak zaczyna brakować... łap do pracy. Miły, prawda? - rzuciła sucho.
- Sympatyczny. - Wzruszył ramionami. Coś zaczęło się układać. A więc wilk ten przyprowadził ze sobą kogoś, kto miał udzielić NIKL-owi swoich łap; pozostawało zagadką, dlaczego Ildiri wpadła na pomysł, by poświęcać ich wspólny wieczór na zapoznanie Szkliwa z tą tajemniczą osobą.
- Tak. I zawsze jak wraca, to ma do opowiedzenia nowe historie. To jeden z takich, co dzieci, jeże i wiewiórki za nimi przepadają. W ogóle za nim to wszystkie wilki przepadają.
- Dlatego łatwo mu je werbować - wtrącił, choć po jej napiętych w odpowiedzi wargach można było wnioskować, że po prostu dokończył jej myśl.
- Fijka mówi, że jakby się postarał, to mógłby być nawet i samym przewodniczącym. Kupiłby sobie łaski wszystkich po drodze.
„Znowu handel. Te przeżarte interesami łby widzą go wszędzie, od niewinnych gier, po najwyższą politykę”.
- No dobrze, ale podobno nie o nim chciałaś rozmawiać. - Dopiero teraz odwrócił się ku niej. Jej pysk pozostawał kamienny. Bez słowa ruszyła, prowadząc wprost ku zapleczu. Wejście do niego było ukryte za kącikiem socjalnym i nikt spoza pracowników remizy nie miał do niego wstępu. Teraz jednak wszystkie wilczyce obsługiwały klientów, wieczerzały z urzędnikami na głównej sali lub uczestniczyły w wieczorku autorskim Halasta. Jedna czy dwie z zebranych posłały im zaciekawione spojrzenia, ale nie śmiały ich zatrzymywać.
Gdy tylko minęli przejście, owiał ich mdławy zapach surowego mięsa i korzenia pietruszki oraz jasne światło ogniska, dużo większego niż to, które oświetlało korytarz. Pomieszczenie było duże i znikało za zakrętem. Pod ścianą leżały, jedno na drugim, ciała kilku martwych kóz. Rozprostowane nogi i wyciągnięte szyje zwisały ze stosu, sięgającego wilkom prawie po czubki głów. Skrzydlaty zatrzymał na nich wzrok.
- To na jutrzejszą kolację - wyjaśniła przewodniczka bez szczególnego przejęcia. Zza góry mięsa i spośród innych pyszności, wyłonił się siedzący w kąciku kształt. Puchata główka i szpiczaste uszy drgnęły na ich widok.
- Cześć. Przedstaw się. - Ildiri machnęła ogonem do szczenięcia o stalowoszarej sierści, okraszonej mahoniowym  nalotem i takimiż łatami na bujnej czuprynie.
- Jestem Kornicja. Miło mi - odpowiedziała mała istotka, dygając elegancko.
„Jest w wieku Prymuli... Nie, młodsza”.
- A ja Szkliwo - choć zwrócił się do młodej waderki, jednocześnie rzucił krótkie spojrzenie swojej towarzyszce. - Skąd właściwie wzięłaś się w Najwyższej Izbie?
- Od babci Atozy.
- Halast nam ją tu przyprowadził - mówiła dalej Ildiri. W pewnym momencie raptownie zniżyła głos do szeptu. - Zajmie miejsce Przytulii.
Kiwnął głową. „No pięknie. Pomoc czy zdrada... Jakie to tutaj nieważne. Wszystko jest tak samo miałkie. Da się tu w ogóle dokonać wyboru, na którym nie zamknie się koło przemocy?”.
- Teraz ją trochę poduczymy procedur, pokażemy, co i jak, żeby się od razu nie wyłożyła. Z nowiem zacnie pracować. No i dlatego mam do ciebie sprawę. Nie chciałbyś się z nią, wiesz, bliżej zaprzyjaźnić?
- Nie. Naprawdę nadal się zastanawiam, za kogo ty mnie masz.
- Ale poczekaj! Pomógłbyś...
- Trzymać ją tu i zająć jej czas, żeby zaraz sprowadzili kolejną, bo wciąż będzie brakować łap do pracy? Nie zamierzam napędzać tego mechanizmu.
- Och, jak ty nic nie rozumiesz!
- To mi wytłumacz, proszę. - Cofnął się o kilka kroków. Wadera podążyła za nim i po kilku kolejnych zdołali uwierzyć złudzeniu, że nie słychać ich zza stosu martwych, kozich ciał. - To jest szczeniak. Nie wilczyca. Szczeniak. Kto ją dopuścił do przebywania w tym miejscu? - Uniósł brwi. Zawahała się. To nie był ton, którego oczekiwała. 
- Jest taka sama, jak ja byłam - jęknęła, obejmując łapą przeciwległe ramię. Nawet już na niego nie patrzyła.
- Od kiedy tu jest?
- Od dziś rana. I co z tego?
- Nic. Z kim Halast uzgadniał jej przyjęcie tutaj?
- Z Fijką, oczywiście! - Wilczyca napięła wargi, mierząc towarzysza spojrzeniem. - Słuchaj. Jeśli chcesz wysłać ją do tej durnej watahy na waszym wygwizdowie, od razu mówię, że nic z tego! Ona jest za mała! Nie trafi tam, tylko zginie po drodze.
„No, może i tak. A jeśli nie zginie, to będzie musiała przejść przez ziemie WSJ. To jak z deszczu pod rynnę”.
- Poza tym, jak ucieknie - jej głos przycichł jeszcze bardziej - to on będzie wiedział, że to przeze mnie. Fijka się dowie. Ja nie chcę...
- Dobrze, spokojnie. Kto będzie wiedział?
- No... on. Wiesz, kto.
- Mówiłaś o niej ojcu?
- Tak...
Westchnął głęboko, co dało mu czas do namysłu i szansę na uchwycenie choć drobnego łyku świeżego powietrza.
- Po co?
- Nie twój interes! - Uniosła się nagle, dosłownie i w przenośni, ogonem zrzucając z niewielkiego stolika słój z przyprawami. Szczęśliwie spadł do skrzynki z jakąś zielenią i się nie rozbił. - Nie chcesz pomóc, to wynocha. Zaplecze to nie miejsce dla urzędasów.
- Dobrze. - Wyprostował się powoli, jeszcze raz tylko przelotnie spoglądając na skulonego w kącie szczeniaka. - Jak skończysz, widzimy się na korytarzu - zniżył głos, nachylając się ku Ildiri z uprzejmym uśmiechem. Machnęła swoją puszystą kitą tak ogniście, jakby chciała połamać mu nią żebra.
Nie wiedział, skąd ochota, żeby podrażnić się z waderą. Nie była niczemu winna. Z pewnością miała dobre intencje; po prostu jej pomysł uważał za próby szycia rany skażonymi nićmi. Nie miał też pojęcia, czy w ogóle istniało dobre wyjście, które było dla nich osiągalne. Tak czy inaczej sprawa Kornicji musiała poczekać. Jak wiele innych rzeczy. Wzywały obowiązki. Jego zadanie.
Ildiri dla odmiany nie kazała długo na siebie czekać. Gdy wyłoniła się z zaplecza, w skupieniu przechylając głowę, ściskała w zębach ucho glinianego kubka. Ominęła żurawia, nie posyłając mu nawet obojętnego spojrzenia. Dopiero znikając w jednym z pokoików, rzuciła za siebie suche:
- No właź.
Ruszył za nią bez słowa. Aż nazbyt wyraźnie dała do zrozumienia, że lepiej jej nie drażnić. Przez chwilę wyglądała, jakby miała już nigdy się nie odwrócić. - Masz - mruknęła wreszcie, wciskając mu w palce kubek i ochlapując je przy tym wodą.
- A czym sobie dziś zasłużyłem? Ostatnio nie proponowałaś. - Ostrożnie ubrał słowa w ton półżartu, na który jednak wilczyca nie miała nastroju.
- Dziś mi się przypomniało, że ty pijesz tylko jak coś zupełnie mdłe, albo jak język wypala. Spirytusu nie mam.
Pazury zgrzytnęły o gliniane naczynie. Zawiesił na nim wzrok, zanim uniósł je do dzioba. Woda była chłodna, krystalicznie czysta, kusząca. Zupełnie jak poprzednio, gdy został nią poczęstowany. To był miły wieczór, ale nie skończył się najlepiej. Ledwo wystarczyło mu sił, żeby wrócić do domu.
Właściwie było to zastanawiające. Po zwykłym dniu, po kolacji takiej samej jak zawsze, o dziwnie wczesnej porze dopadła go senność. Nie taka jak co dzień, a nieprzemożona. I to... to był już drugi raz.
Powoli uniósł wzrok, zdawszy sobie sprawę, że nieco zbyt długo wpatruje się w kubek. Wadera już nie zwracała na niego uwagi. Przeciągnęła się, moszcząc sobie miejsce w zakurzonej słomie.
„Przez dwa dni pod rząd, dwa razy dokładnie to samo. Dlaczego? Oczywiście: bo zostałem poczęstowany dokładnie tym samym. Cholerny ćwierćinteligent. Jakie znaczenie ma, skąd Ildiri bierze wodę, jeśli nie wiadomo, co do niej dodaje?”.
Nie spuszczając wzroku z wilczycy, której zad kiwał się beztrosko, gdy składała w kostkę wełniany koc, przesunął się o krok, powoli przeniósł kubek na bok i przechylił go tuż nad ziemią. Lśniący płyn pociekł wąską strużką, wsiąkając w podłogę. Szybko zostawił po sobie tylko niewielką plamę, praktycznie bezwonną i niewidoczną w ciemności. Szkliwo łukiem przemieścił się na drugi koniec pokoiku, by odstawić naczynie w zupełnie innym miejscu, a następnie stanąć tuż za Ildiri. Pochylił się i oparł skroń o jej kark.
„Wykorzystałaś moje pragnienie. A ja ci już prawie, prawie zdążyłem zaufać...”.
Noc była ciepła. W oddali rozbrzmiewała tylko monotonna piosenka świerszczych nóżek, tym głośniejsza, im dłuższą część korytarza miało się już za sobą. Gdy tylko skrzydlaty minął próg remizy, z rozkoszą odetchnął delikatnym zapachem wilgoci, wyczuwalnym po drobnym deszczyku, który spadł wieczorem. Rosnący nieopodal ścieżki krzew tawuły, przez całą zimę niepozorny i chuderlawy, teraz dumnie bielił się ponad równiną. Gałęzie były obsypane kwieciem, tylko na pierwszy rzut oka przypominającym śnieżną narzutkę, która przyozdabiała je jeszcze do niedawna. Nawet w środku nocy czuć było lekką, miodową woń. Całkiem lubił te samotne powroty do domu, zwłaszcza odkąd pogoda stała się bardziej przyjazna.
Przynajmniej dla niego jednego wszystko zaczęło się lepiej układać. Świadomość, jak przejrzysta okazała się Ildiri ze swoim podstępem, sprawiła, że cały skomplikowany świat NIKL-u wydał mu się nagle odrobinę prostszy. Wystarczyło uważnie się przyglądać. Być ostrożnym, może trochę ostrożniejszym.
A przynajmniej tak właśnie sobie powtarzał, sprężystym krokiem zmierzając w głąb wsi. W miarę, jak rozwikływało się zagadki Najwyższej Izby, stawała się ona prawdziwym niebem dla urzędnika. Zachowując czujność i pamięć o przebiegłości tutejszych wilków, Szkliwo mógł korzystać z jego uroków niczym młody bóg. Gdzie byłoby mu lepiej? Mógł czerpać, ile się da, a potem... Co potem? Potem należało wrócić do domu. Pieśń przyszłości.
Tylko ten szczeniak psuł mu humor.
„Brakuje na świecie dorosłych wilków, że wciągają w nasze bagno nawet młode? Kim w ogóle jest Kornicja? Dziecko z dobrego domu, wysłane po znajomości na wychowanie do centrum świata? Chyba nie. Musiałaby mieć tu przyjaciół, choćby i fałszywych, a ona siedzi sama. Może więc sierociniec. Adopcja dla takiego niebożątka to zawsze szansa, a adopcja przez Najwyższą Izbę brzmi jak złapanie przepustka do raju. Obietnica pełnego żołądka, bezpieczeństwa, obcowania z kulturą pisma, ognia i przypraw, mocą niepodzielnej władzy”.
Jakże ktoś się pomylił.

Kochany, Szkliwo!
Do naszej jaskini wpadła wczoraj prawdziwa ćma i od razu pomyślałam o Tobie. Szczerze mówiąc, to gdy towarzysz Brus opowiadał mi o ćmach, myślałam, że są większe, takie jak my. Może i lepiej, że nie są.
Nie mogę się doczekać, aż nas odwiedzisz chociaż na chwileczkę. Wybierzemy się razem na polowanie. Pokażę Ci wszystko, co się zmieniło w WSC odkąd odszedłeś. Na pewno dużo się zmieniło.
Agrest mówi, że wrócisz, gdy tylko będziesz mógł. Ostatnio opowiadał mi o Waszych wspólnych przygodach, ale czuję, że on coś okropnie kręci. Nie chce powiedzieć mi, dlaczego tak naprawdę zerwał sojusz z WWN. Chciałabym to usłyszeć od Ciebie. Tylko od Ciebie. I mam nadzieję, że ufasz mi tak, jak ja Tobie.
Jesteś moim ulubionym przyjacielem, chociaż jesteś tak daleko... Wiem, że ciągle myślisz, że jestem malutkim szczeniaczkiem. Ale tak naprawdę już nim nie jestem. Zobaczysz.
Prymula

Ptak szybko przebiegł wzrokiem po ostatnich słowach i podpisie, po czym wyciągnął spod spodu drugą kartkę. Jego pazury odruchowo zastukały w podłogę. W każdej chwili spodziewał się wołania głodnego Rasza, a musiał jeszcze nadać korespondencję. Obaj nie chcieli niepotrzebnego opóźnienia. Płowy basior co prawda z łaski na uciechę pozwoliłby współmieszkańcowi nadrobić drogi do remizy i zajrzeć na pocztę, ale nie miał pojęcia, że nie wszystkie listy są nadawane ścieżką urzędową.

Drogi Szkliwo!
Co powiesz na wieści od sekretarza? Dopytywał ostatnio o Ciebie. Oczywiście, że niczego mu nie powiedziałem! Po co Cię tam wysyłał? Niech się teraz zastanawia. Może to go odciągnie od wprowadzania w życie tych jego durnych pomysłów. Wyobraź sobie, że w WWN wszystkie szczenięta będą teraz uczyć się pisać i czytać. Mam nadzieję, że rozumiesz, jakie to marnotrawstwo czasu? Łowców uczyć czytać. Grabarza uczyć czytać. Albo zarządcę spichrza. Próbował mnie podejść, żebym zgodził się na to samo w WSC, i nawet nie chciał słuchać, że każdy powinien zająć się tym, co mu wataha powierzyła i za co mu daje mięso oraz lekarstwa. Nauczyciele zresztą też powinni uczyć tego, co młodzieży przyda się w życiu! Mówię Ci, on będzie na to naciskał. Mój Miły, nie piszę więcej, bo na samą myśl, że nic już ode mnie w tej watasze nie zależy, tak się zdenerwowałem, że aż mnie zatyka.
Ściskam,
Agrest

Zawiesiwszy wzrok na liście, Szkliwo wolno przesunął ogon po ziemi, w jedną, potem w drugą stronę. Jakże mnie już męczą te humory Agresta i jego opór przed wszelkimi zmianami”.
Nie namyślał się długo; w zasadzie ani chwili. Położył przed sobą pustą kartkę i zaczął pisać, zdając się na swoje pierwsze myśli. Zabrakło w nich miejsca na troskę o oczekiwania adresata. Było to zresztą zgodne z obowiązującą praktyką.

Agrest,
myślę, że pomysł sekretarza jest dobry. Rozważ go u nas, na pewno nie zaszkodzi szczeniętom. Gdyby ktoś kiedyś, tak jak ja, musiał opuścić WSC, umiejętność pisania umożliwiłaby mu porozumiewanie się z watahą listami. W razie wojny lub innego nieprzewidzianego zagrożenia dzięki pismu można przekazywać meldunki między ośrodkami. To tak na przykład.

„Zresztą świat idzie do przodu. Niech wilki umieją czytać kroniki i pisać historię”.
Zanurzył pióro w atramencie, przez chwilę bezwiednie mieszając złotą ciecz.
„Co więcej, niech decydują, co przeczytają i co napiszą. Oprócz wyrobników przydałaby się nam silna elita. Ma szansę odsiać się sama. Może wyłoni się z niej jakaś wybitna jednostka. Może pewnego dnia doprowadzi WSC do całkowitej niezależności”.
Strząsnął kilka nadmiarowych kropli płynu z powrotem do słoiczka.

Wybacz, że tak krótko. Mam parę spraw do załatwienia. Na razie do mnie nie piszcie. Odezwę się, gdy coś się zmieni.
Szkliwo

Nie brzmiało to przekonująco, ale nie musiało brzmieć. Myślami i tak był już w połowie drogi do drzwi. Nie chciał, żeby pod jego nieobecność listy leżały na poczcie, nie mówiąc już o tych nad rzeką. Poza tym ostatnio głównie zabierały czas, którego sam już nie wiedział, ile zostało.
„A może Agrest ma rację? Po co im to wszystko tu i teraz? Bo rozwija mózg? Większość z tych, którzy kończą jako szeregowcy czy pomocnicy, nie wie nawet o istnieniu takiego narządu i niczego to w ich życiu nie zmienia. Jednak dlaczego by im tego nie umożliwić, jeśli wataha ma do tego środki?”. Środki. Właściwie nie wiedział już nic o zapasach, planach, codziennych kłopotach watahy. Był daleko. Zgodził się na ten los i powinien go przyjąć. Nie rozpamiętywać, gdy na to nie pora. Może więc i doradzać nie było warto.
Czuł jednak, że zanim umilknie na dłuższy czas, powinien napisać coś jeszcze i domknąć pewną sprawę. Coraz mocniej gniotła go w miejscu, w którym serce uderzało o żebra. Owszem, przyjął swój los. Co właściwie z tego wynikało? Komu miał służyć i komu służył? Które dążenia się uzupełniały, które wykluczały? Jaką wagę miał każdy kolejny ruch? Ile właściwie to jeszcze dla niego znaczyło?
Odsunął stronę gdzieś poza zasięg swojego wzroku i wziął kolejną, czystą. Jeszcze raz zanurzył pióro w kałamarzu. Cień narzędzia na chwilę zawisł nad białą płaszczyzną. Zadrżał lekko, gdy palce mocniej ścisnęły dutkę. Wreszcie jej końcówka zetknęła się z kartką i z wahaniem nakreśliła na niej krzyżyk.
Jeszcze raz postanowił zdać się na instynkt.

Towarzyszu Sekretarzu,
Wybaczcie, że zwracam się do Was ze śmiałością, jaką rezerwuje się tylko dla przyjaciół. Ja wszak na to miano nie zasłużyłem, jednak dziś oprócz Was już nikt mi nie doradzi.
Proszę, sprawcie, bym przypomniał sobie, jak to jest, wiedzieć, po co to wszystko.

Wtedy wszystko było prostsze. A może nie? Wtedy nie miał wątpliwości, ale nie mógł pozbyć się lęku. Potem przestał się bać, jednak spokoju wciąż nie mógł zaznać.

Obawiam się tego, co się ze mną dzieje. Piszę ten list, nie pamiętając już, co kierowało mną, gdy tu przybyłem. Pozostała tylko pamięć, że byłem całym sercem oddany swojej watasze, naszemu sojuszowi, całym Wschodnim Ziemiom i Wam osobiście. Wystarczyło mi kochać moją Ojczyznę. Dziś czuję, że to przestaje wystarczać. Poznałem mechanizmy, którymi NIKL od siebie uzależnia i z pokorą przyznaję, że pozwoliłem się im wciągnąć. Brzydziłem się ich jedzeniem, a teraz cały dzień czekam, żeby go skosztować. Odwracałem wzrok, wstydząc się nawet patrzeć na urzędników umizgujących się do tutejszych kurtyzan - dziś jestem jednym z nich. Śmiałem się z wszystkich, którzy wychwalali wygodę i przepych tego miejsca, zapatrzony tylko we wspomnienie naszego lasu. Jednak, dobry losie... To wspomnienie, najpiękniejsze wspomnienie mojego życia, zaczyna blednąć.
Nie wiem nawet, co pisać i o co prosić. Nie powinienem Was tym martwić; nie zamierzam porzucić mojego zadania. Z poczucia obowiązku chcę po prostu przekazać Wam tyle, ile sam wiem. Jeśli zdecydujecie się odpowiedzieć, oznaczcie, proszę, swój list podobnym krzyżykiem, aby Koyaanisqatsi wiedział, gdzie ma go zostawić.
Niezmiennie z wyrazami uznania,
Szkliwo

Nie miał pewności, czy wszystko, co pisze, nie jest przypadkiem próbą politycznego samobójstwa. Jednak czy narzędzie zbrodni leżało jeszcze w jego zasięgu, czy też Najwyższa Izba już wyciągnęła mu je ze szponów? Trochę lżej mu było z myślą, że obok całej sterty wątpliwości pozostaje mu jeszcze uczciwość. Zwłaszcza gdy czuł, że jest poza zasięgiem jej konsekwencji.
„No, ciekawe, jak sekretarz poradzi sobie z takim wyzwaniem. Zwracam się do niego o pomoc, choć dziś... kto wie, być może to ode mnie zależy więcej. Na co właściwie liczę? Na prośbę, na groźbę, wyrzuty? Może wciąż jeszcze na pochwałę za szczerość? Jeśli przez to stracę jego względy, o ile zresztą już dawno się to nie stało, przynajmniej będę wiedział, na czym naprawdę stoję. Najwyżej zostanę tu na dłużej. Wystarczy mi sposobów, żeby dobrze się tutaj ustawić i czerpać z tego miejsca jak ze studni bez dna. Dom nie ucieknie. Jeszcze zdążę do niego wrócić”.
Już po chwili dreptał w stronę pocztowej chatki, wsłuchując się tylko w dźwięk własnych kroków i śledząc ruch palców, które dźwigały ciężar reszty ciała, by zaraz po tym wznieść się wiotko, jak kawałek mokrej szmatki, aż w końcu znów stabilnie oprzeć się na ziemi.
Wielki, bury chrabąszcz z bzykiem uderzył go w czoło i poleciał dalej. Ptak potrząsnął głową, na wypadek gdyby owad na zbyt długo uczepił się piór. Wtedy jego wzrok padł na budynek stojący nieopodal, przy krzyżującej się z jego drogą ścieżce, prowadzącej do remizy. Mimowolnie zerknął wyżej, na okno. Od pewnego czasu trudno mu było tego nie robić, gdy przechodził obok biura ochrony. Zazwyczaj było puste. Tym razem z mroku pomieszczenia błyskało dwoje oczu.
Basior kiwnął na niego łapą. Nie było pewne, skąd pomysł, że to właśnie na niego; ale gest wyglądał na bardziej bezpośredni, oczywisty niż te, którymi dowódca dawał polecenia swoim pomocnikom. Zresztą chyba nikt stojący z tyłu nie mógł go zobaczyć.
Żuraw zwolnił, zanim zdążył się powstrzymać. Ponowne przyspieszenie i zniknięcie za rogiem byłoby skrajnie nie na miejscu. Przełknął ślinę. Listy w kieszeni płaszcza nagle zaczęły palić go żywym ogniem.
Jednocześnie przypomniał sobie słowa, które wypowiedział poprzedniego wieczoru u Ildiri. Nie żałował ich, ale wolałby tym razem spotkać Nakiderona w innych okolicznościach. Niekoniecznie stanąć z nim oko w oko, sam na sam z wilkiem w jego gabinecie.
Dowódca siedział pośrodku pokoju, z lekko uniesioną głową i wysuniętą do przodu piersią. Jego wzrok był nieruchomy i jakby pozbawiony blasku. Tak właśnie zwykł przyjmować tych, którzy przychodzili nieproszeni; lecz tego konkretnego przecież sam przywołał.
- Umówimy się w ten sposób - ozwał się, jeszcze zanim gość postawił ostatnie kroki. - Masz jedną szansę na przeprosiny. Wystarczająco dużo dla takiego bystrego jegomościa.
- Porozmawiajmy - głos ptaka był pusty tą pustką, która może liczyć interpretacje w setkach.
- O czym dobrodziej chce rozmawiać? Och, niemądrze. Tym jednym słowem odrzuca dobrodziej wyciągniętą łapę, a jednocześnie daje mi jasno znać, że się mnie boi.
- Staram się mówić do ciebie jak do wilka. Nie jak do śliniącego się prosiaka. Sam tłumaczyłeś mi różnicę.
- Na dobrodzieja miejscu - wszedł mu w słowo, swoim zwyczajem grając własną sztukę - miałbym na uwadze, że ślepi czasem smutno kończą. Na przykład zderzają się ze ścianą.
- Nie jestem ślepy.
Basior pochylił się naprzód. Szerokie źrenice błysnęły przy tym gdzieś pod zmarszczkami czoła.
- Tylko dopóki masz oczy.
W pierwszej chwili ptak nie poruszył się o włos. Robił to jednak zawsze, gdy zaczynał się wahać, a to czyniło jego myśli przewidywalnymi. Odkaszlnął, przelotnie zbliżając skrzydło do dzioba.
- Nie wszystko, co można pokruszyć, warto sprawdzać do granic wytrzymałości. Przecież cenisz rzeczy użyteczne. Ja też. Dlatego staram się nie odmawiać pomocy.
„Nie oskarżysz mnie o bunt. Nie nagrodzisz za lojalność. Co zrobisz?”.
- Och, co za nieskazitelny idealista! Spójrzcie tylko. Stoi przede mną dobrodziej dumny, wyprężony jak struna, w swoich starannie ułożonych piórach i schludnie zawiązanym płaszczu. Rzuca mi dobrodziej pobłażliwe spojrzenie jak włóczędze wyciągającemu łapę po jałmużnę. Ale chyba zapomina, że stoi na mojej ziemi, a w łapach moich pomocników natychmiast stałby się bardzo, bardzo cieniutką szprotką. Widziałeś kiedyś szprotkę, Szkliwo? Widziałeś, jak szamocze się w piasku, gdy morska fala wyrzuci ją na brzeg? - Dowódca z rozmysłem przechylił głowę, najwyraźniej dając się już ponieść swojej bujnej wyobraźni. - Dawno temu, będąc jeszcze pełnym energii młodzieńcem, wybrałem się na stare, ludzkie wysypisko, z którym graniczyły tereny naszej watahy. Ileż tam znalazłem ciekawostek! Stare radio, kosiarkę, grzebień, telewizor bez ekranu, w którym zamieszkało bezdomne kociątko. Piękną, długą, stalową linkę, której ktoś bezdusznie pozbył się tylko dlatego, że była z deczka rozpleciona na końcach. Ona spodobała mi się najbardziej, do tego stopnia, że ją przygarnąłem. Jak myślisz, po co?
Niespodziewanie zapadła cisza. Solista tego przedstawienia dał podrzędnemu aktorowi szansę na wygłoszenie swojej roli.
- Po co?
- Żeby pomagała mi uczyć. Rozplotłem ją jeszcze trochę, aż z linki zrobiło się kilka cieńszych, drucianych włókienek. Masz pomysł, w jakim celu?
- Tak - odparł głucho. - Żebyś mógł nimi dokładniej tłumaczyć.
- Właśnie tak, Szkliwo! Żeby nie cięły skóry aż do mięsa, przynajmniej nie od razu.
Znów cisza. Żuraw wolno przesunął wzrok na przeciwległą ścianę. Potem na zakurzone prześcieradło, które okrywało biurko. Rytmicznie falowało pod naporem delikatnego wiatru.
- No, co nagle taki milczący? Chciałeś porozmawiać. - Nakideron przestąpił z nogi na nogę, błyskając zębami w krótkim grymasie. - A ja, wiesz, na co mam teraz ochotę? Tymi drucikami grzbiet ci przeorać jak szczere pole.
Zanim głos wybrzmiał, skrzydlaty wyraźniej poczuł ciepło skrzydeł i ciężar płaszcza na karku. Ciało, na które zwykle nie zwracał uwagi, zaczęło o sobie przypominać dopiero, gdy miało zostać naruszone.
I jakoś to ciepło i ten ciężar sprawiły, że wyznanie wilka brzmiało zupełnie abstrakcyjnie. Musiał porządnie się skoncentrować, aby odtworzyć w głowie wspomnienia choć w procencie przypominające tego rodzaju okaleczenie.
Wyprostował się. Wystarczyło wrócić myślami do krainy snów. Dostarczyły mu dosyć obrazków poglądowych.
- No, dalej. - Z westchnieniem podniósł wzrok na rozmówcę. - No, dalej - powtórzył, dodając słowom lekkiego nacisku. - W końcu za coś mi płacicie.
Dowódca przymrużył ślepia, a przez jego pysk przemknęło coś bliskiego rozbawieniu. Przykryło nieuchwytny moment wahania.
- Nie wierzę.
- Kobiety lubią, gdy się przez nie cierpi. Ulżyj sobie. Wiesz, kto mi to wynagrodzi. - Dopiero po chwili zorientował się, że kącik dzioba drgnął mu nieznacznie. „Oj, Szkliwo. Może uwierzysz jeszcze, że to było potrzebne? Kawał z ciebie sukinsyna. Ale cóż, tak bywa”.
Nakideron wysunął żuchwę, nieśpiesznie oblizując kły. Na jego łapach nie było już widać napiętych mięśni, a ogon poruszył się swobodnie.
- Skoro tak lubisz dla nich cierpieć, ciekawe, ile wytrzymasz, gdy przestaną być wdzięczne - rzucił już przez ramię, odwracając się do okna. - Idź. - Jego oczy pociemniały; uszy rozluźniły się i spoczęły po bokach czaszki. - Ach, i Szkliwo. Dziś był ostatni raz, gdy pytałem, czy chcesz się czegoś nauczyć.

Cdn.

czwartek, 30 kwietnia 2026

Podsumowanie kwietnia!

Drodzy!
Wesołego maja!!!

Na miejscu pierwszym w tym miesiącu... A właściwie na każdym miejscu zwycięzcami miesiąca zostali wszyscy razem, dumni i potężni: DaliaKalinaAgrestDelta i Hiekka!

Innymi natomiast postaciami, które w naszych opowiadaniach również znalazły swe miejsce, były MezulariaMiodełkaEilertMisungNicpońKoyaanisqatsi i Szkliwo.

Gratulacje dla wszystkich i zgłaszajcie się po punkty! Gdybym nie słuchał, to znaczy, że właśnie przesadziłem z popitką na grillu. Nie traćcie nadziei.

                                                    Wasz kochający samiec alfa,
                                                                  Agrest

Od Dalii (Od Miodełki) - "(nie) Pijany na koniec miesiąca" cz. 18

Noce były długie niebo szerokie,  moje skrzydła sięgały dalej niż jakikolwiek inny ptak, kiedykolwiek próbował sięgnąć.  Lata podróży, setki kilometrów i nic tylko ja i nocna bryza znajomych mi terenów. Morze było jeszcze kawałek stąd, jeszcze trochę zanim dotrę do granicy, a pomimo to powietrze tak wysoko już było pełne soli. Moje serce rzadko, kiedy ma dom. W końcu nie bez powodu opuściłam rodzinne strony. Wolna dusza szuka wolności, dopóki jej nie znajdzie. I nawet WSC tego nie zmieni. Dobrze jednak jest czasem tutaj powrócić. W końcu większego skupiska nieznajomych sobie Robli nie idzie znaleźć w żadnym innym miejscu. Chociaż ciężko mówić tu o skupisku, kiedy żaden z tych ptaków do siebie nie przemawia.

Mezularia, bywa dobrą rozmówczynią, jednak jest naiwna. Głupiutka wręcz… i zakochana w wilku, co jest wręcz niepoważne. Jednak wiem dobrze, że taka już krew Rubli, która woła do serca gatunku innego niż swój. W końcu jak kochać kogoś, kto ma pióra jak ty?

I zarówno Mundus jak i Szkliwo zdawali się podzielać tę myśl całymi sobą. Mundus jednak czasami zdawał się być bardziej wilkiem niż ptakiem. Przypłacił to życiem… Nieszczęśnik, ale taka jest dola tego kto zbyt mocno przekracza granice własnego gatunku. A Szkliwo? Poganiał się za dziewczyną trupa, aż nie zgodziła się go przyjąć jak bezdomnego psa. Aż przykro się na to patrzyło jak to wszystko się tu działo. I ona potem do ego trupa dołączyła i Szkliwo zniknął do tego całego… Niklu, gdziekolwiek to jest.

I Kaj. A raczej Koyaanisqatsi. Łeb ma nietęgi i wyporność na alkohol wyjątkowo słabą. Jego wątroba błaga o pomstę do wszelakich bogów jakich możemy znać. Stary pijak i tyle. Jeszcze kolejny co się do wilków łasi, a jak dziób otworzy to same głupoty wygaduje. Przykry widok. Nie dziwne, że go wtedy ta dziewczyna truposza przyjęła do siebie. Jakby miała tak niewiele szacunku do samej siebie to może też bym to zrobiła.

No i jest jeszcze Eilert. Interesujący ptak, chociaż jak na moje gusta zbyt gadatliwy. Wszędzie zdaje się wściubić ten swój długi dziób i mnie tym irytuje. Przyjazny, aż nadto! Chociaż wszyscy lepsi niż Kaj. Jak dobrze, że to pobocznik mojego gatunku i spokrewniony jest ze mną tylko częścią genów. Jakby był jednym z nas, porządnych Rubli to chyba bym mu wszystkie pióra wyrwała, aby się nie dało poznać że to nasze.

Wataha Srebrnego Chabra przywitała mnie jak zwykle szumem fal. To na plaży lądowało mi się najlepiej, bo było tam najwięcej miejsca na takie manewry. I tam też spotkałam innego bywalca watahy. Nie wilka, nie ptaka, a lisa. Lisy i te wilki miały jakieś swoje własne konszachty, które tak blisko zawiązywały ich więzy. Misung, jeśli dobrze pamiętam imię, siedział na brzegu morza i się w nie wpatrywał. Obok niego… pies, Nicpoń. Nowy nabytek. Ach.. ta wataha rozszerza się w kierunki mi doprawdy nieznane. Jeszcze chwila a będą obywateli robić z jeży czy myszy! Ale jednak Dorze tu wrócić. Zwłaszcza o tak pięknej porze roku!

 


sobota, 4 kwietnia 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Dom wspólnotowych sierot”, cz. 13

Kto tu na coś nie choruje?


Wiatr tańczył walca, a konary poruszały się w rytm wiatru. Długie, splątane palce kruchego olbrzyma krzyżowały się na tle bezbarwnego nieba. A Szkliwo chwiał się wraz z nimi, zawieszony w suchym powietrzu. Choć bezcielesny, był tam, gdzie był, wiedział, że jest, choć go nie ma; obserwował czarne linie na białym tle i wiedział, że widzi wszystko, co powinien. Życie, choć nie było życiem, było tak oczywiste, jak nigdy; jak nigdzie indziej.
„Tylko gdzie jest cień?”, zapytał i naraz zachciało mu się odwrócić, rzucić choć spojrzenie w drugą stronę, tam, gdzie pada światło słoneczne. Sprawdzić, czy na ziemi poćwiartowały je gałęzie. Drzewo tymczasem rosło, wydłużało się, korona była coraz wyżej, aż w końcu zniknęła.
Uświadomił sobie, że nie wisi w powietrzu, a leży u stóp pnia. Zdawało mu się, że ktoś odetchnął; ktoś leżał tuż obok. Rozejrzał się wreszcie. Zanim pojął, co widzi, poczuł silną woń mokrego piasku. U szczytu usypanego obok kopczyka wbity był patyk z tabliczką wyciętą z kawałka kory.
„WILK”.
Litery były rozwlekłe, zapisane niestarannie. Trochę schodziły w dół. Tylko tabliczka, patyk i piasek. Dalej mgła.
- Wiesz, kim... - głos dobiegł z boku, tuż przy nim. Szkliwo drgnął, czując, jak wzdłuż jego kręgosłupa płynie gorący dreszcz.
- „...Jestem?”. - Zerwał się z taką łatwością, jakby grunt sam wsunął mu się pod nogi. - Nikim. Tylko głupim snem!
Nie dostał odpowiedzi. Nie widział już tabliczki, patyka ani ogromnego drzewa.
Kończyny przesunęły się po ziemi. Usłyszał własny oddech. Kawałek po kawałku, ciało materializowało się w pustce; wokół niego zestalała się zimna podłoga i powoli narastał szum poranka.
Półcień powiadomił go, że na powrót znalazł się w swoim pokoju. Wszystkie jego członki były tak ciężkie, że równie dobrze mogłyby być zlane z podłożem. Nie silił się nawet na przeciągnięcie, tylko otworzył oczy i zatrzymał je na brudnej ścianie. Nici starej pajęczyny porastały nierówności i wyszczerbienia jak srebrzysty arras. Już o dawna nie zamieszkiwał jej żaden pająk; chyba nawet nie minęli się w tym miejscu. Obskurność i zapyziałość zajmowanej klitki była dla niego tak oczywista, że dopiero tego ranka zauważył wątpliwą ozdobę, mimo że zawieszał na niej wzrok już wielokrotnie. Mógłby trochę zadbać o ten pokój; na przykład ją zdjąć. Przyszło mu to do głowy po całkiem długim czasie - traktował swoje lokum jako krótkotrwałe rozwiązanie, nawet nie myślał więc o tym, by tracić czas na jego urządzanie. Do tej pory.
Jeszcze na chwilę przymknął powieki, pilnując się, by nie dopuścić do siebie senności i nie dać się jej ponieść ponownie. Miał na to ochotę, chociaż, wnioskując po oświetleniu, było już dosyć późno.
- Przecinku! - jak na zawołanie, dobiegło wołanie z dołu. Było dziś całkiem łagodne. Najwyraźniej Rasz miał przyjemne sny. Szkliwo za to czuł się tak wyczerpany, że jedynym jego pragnieniem było spać dalej. Myśli wciąż były czarno-białe, a przed oczami migał obraz plątaniny gałęzi.
- Idę! - Gdy tylko zebrał tyle sił, by zdołać zaufać nogom, niepozorna sztywność poły płaszcza przypomniała mu o kartce, którą poprzedniego dnia przyniósł z poczty, a której ze zmęczenia zapomniał nawet wyjąć zza pazuchy. Wygładził kieszeń krótkim ruchem skrzydła, mając nadzieję, że jej zawartość nie pogięła się w nocy. Powinien porozmawiać o niej ze współpracownikiem.
- Co taki zaspany dzisiaj? Chcesz się spóźnić do roboty? - Rasz ewidentnie miał tego dnia nastrój nieco lepszy, niż miewał ostatnimi czasy. Żal było go psuć, ale zatajenie wieści z domu byłoby bez dwóch zdań jeszcze gorszym wyjściem. Ptak zatrzymał się na ostatnim schodku z góry. Jego współmieszkaniec siedział przy wejściu do piwnicy, niecierpliwie przesypując łapami piasek i formując z niego jakieś kółka i zawijasy.
- A tobie, jak widzę, humor się poprawił?
- Tak jakoś. - Wzruszył ramionami. Wyartykułowanie tego spostrzeżenia nie było najszczęśliwszym pomysłem. Uświadomiło basiorowi, że wcale nie miał aż tak dobrego humoru, w urzędzie czekały nowe dokumenty do wypełnienia, a do kolacji została jeszcze wieczność. - Zresztą z czego niby się cieszyć. Kolejny dzień, znowu nuda. Wieczorem chyba pójdę spróbować kwasu od Siemisza. Idziesz ze mną?
- Mówisz o tym środku, po którym widzi się rzeczy, których nie ma? - Przechylił głowę. - Chyba sobie odpuszczę. Nie lubię takich rzeczy.
- A z Hapenirem kiedyś próbowaliśmy razem. Jemu to nawet się spodobało. Mówił, że go to inspiruje. - Pacnął łapą w podłogę; na chwilę tak ją zostawił, wyciągniętą i nieruchomą. - Dlaczego on odszedł...
- Może chciał zasmakować w życiu czegoś nowego. - Szkliwo również usiadł, opierając się o nogę od stołu. Mebel wydał jedno, urwane skrzypnięcie. - Przypomniała mu się dawna miłość, być może gdzieś w głowie pojawiła się myśl o założeniu rodziny.
- Mi też brakuje tu kogoś bliskiego. Z tobą to już inaczej. Ty żyjesz własnym życiem. Ciągle łazisz gdzieś sam.
- Co właściwie skłoniło cię do zamieszkania tutaj? W NIKL-u ciężko o bliskie relacje.
- Ja przyszedłem tu przyjacielem.
- No tak. Choć czasem przydałby się jeszcze jakiś bliski ogół. Jest nas tu tyle, ale czy NIKL to jakakolwiek wspólnota? Choćby wspólnota interesów? Każdy zdaje się dbać tu tylko o siebie. - Opuścił wzrok na swoje pazury. Kątem oka dostrzegając, że rozmówca podpiera się, by wstać, chrząknął. - Mam dla ciebie list.
- Jaki list? - Rasz wyprostował się i postawił uszy. Strzepnął z łap piasek.
- Dali mi go na poczcie. Nie odebrałeś.
- Pokaż to. - Ze zmarszczonymi brwiami wyciągnął łapę. W ciszy napięcie nagle zaczęło rosnąć. Skrzydlaty wyjrzał przez okno, ale o wiele bardziej interesujący był pysk wilka, który wczytywał się w pismo z najwyższą uwagą. Jego nos zadrżał. - Dobra. Idziemy - wycedził w końcu, już w połowie ruchu, nie czekając na drugiego asystenta.
Dzień był ciepły i pogodny. Szkliwo rozbudził się w czułych promieniach słońca i bez kłopotu dotrzymywał Raszowi pośpiesznego kroku, jednak z czystego obowiązku zadyszał się lekko, zanim zadał kluczowe pytanie.
- Rodzina? Co piszą?
- Gucio.
- Oj, Rasz.
- Hej. - Wilk zatrzymał się wpół kroku. - Nie wiesz, ile leżał ten list, zanim ci go dali? Nie ma tam nic o tym, kiedy był pisany...
- Nie mam pojęcia, przyjacielu - odrzekł skrzydlaty z całą dobrocią i zrozumieniem, na jakie umiał się zdobyć. - Ale widzę, że jesteś zdenerwowany.
- Ciotka pisze.
- Coś się stało? Mówiłeś, że od dawna nie pisała.
- Właściwie to... teraz już nie wiem. Chyba jakiś list zgubił im się po drodze, bo twierdzi, że to ja nie odpowiadam! Nieważne. Matka chora. Chcą, żebym odwiedził dom. Ciekawe tylko, jak. Naiwniaki.
- Byłeś w ogóle kiedyś na urlopie?
- Raz Birast dał mi dwa dni, jak się pochorowałem. Ale u rodziny nie byłem.
- A chciałbyś?
- Ta... Tak - stwierdził cieniej, tonem, na który jeszcze przed chwilą nic nie wskazywało. - Tęsknię.
- No to poprosimy inspektora o wolne dla ciebie. Przecież dam radę pilnować stanowiska przez kilka dni.
- Powiesz mu to? - Płowy basior zerknął na niego podejrzliwie, ale w jego ślepiach błysnęła nadzieja.
- Jasne, jeśli będzie potrzeba.
Jak ustalili, tak zrobili. Co prawda Rasz wahał się przez cały dzień i jeszcze na przerwie mlecznej wypytywał współpracownika, jak najlepiej będzie ułożyć pytanie, lecz w końcu, tuż przed zejściem ze stanowiska, czując na sobie wyczekujące spojrzenie towarzysza, zebrał się na odwagę.
- ...Mnie mama chce tylko zobaczyć, a Szkliwo przez ten czas zajmie się pracą, już obiecał. Żadnych problemów nie będzie!
Birast zmierzył obu swoich asystentów od stóp do głów. Z westchnieniem oparł łapy na biurku i splótł palce w powietrzu.
- A to ci historia. - Z irytacją kiwnął głową na boki. - Nie chcieliście rekrutacji trzeciego asystenta, ale każdy najchętniej wyprawiłby się na wczasy. A ja przez cały ten czas będę miał na zmianę tylko jednego, jako że Rasz wybierze się na urlop, a potem co? Ty, Szkliwo, pewnie też nas zostawisz? Nas i nie tylko nas, bo przecież już nie tylko w pracy ktoś na ciebie czeka - dorzucił na koniec, posyłając ptakowi spojrzenie, którego godny mógł być co najwyżej zeszłoroczny śnieg, podeptany i szary od kurzu. Szkliwo odruchowo uniósł brwi.
„Ach, więc w tym rzecz. Jaśnie inspektor zazdrosny o własnego asystenta. Cóż poradzę, że nas obu oplotła sobie wokół palca ta sama istota, a moje parametry z jednego tylko powodu nieco bardziej jej odpowiadają?”.
- Inspektorze, ja nie mam teraz żadnych pilnych spraw, ale jego matka jest ciężko chora. - I tak już wywołany do tablicy, wtrącił się delikatnie. - Sprawa wymaga szybkiego rozpatrzenia.
- Naprawdę tylko skoczę tam i wrócę! Nie widziałem jej od tylu księżyców, że nawet nie umiem do tylu liczyć!
- Chcecie mnie przyprawić o zgagę - mruknął Birast, wierzchem łapy pocierając swój mostek. - No dobrze. Pięć dni. Wystarczy?
- Tak, kochany inspektorze, dzięki ci, dzięki! - Rasz nieomal podskoczył z radości.
- Dobrze już, dobrze. Idźcie już do domu i widzimy się na kolacji. - Wilk skrzywił się, lekko przechylając na swoim miejscu. - Ale za pięć dni chcę cię widzieć z powrotem w urzędzie.
- Królu złoty!
Basior wyszedł z urzędu wyraźnie weselszy, a zarazem jeszcze bardziej niespokojny. Przeskakiwał z nogi na nogę, a jego język ślizgał się po wargach. Skrzydlaty wlókł się pół kroku za nim, jeszcze niezdecydowany, czy narzucać się z rozmową i zajmować jego myśli.
- Kiedy wyruszasz?
- Nie wiem. Po kolacji. Głodny jestem. Albo może się prześpię jeszcze... Więc raczej rano - zakończył fałszywą nutą, która brzmiała, jakby wcale nie miała być zakończeniem wypowiedzi. Wlepił wzrok w ziemię.
- Niczym się nie przejmuj. Zajmę się stanowiskiem.
- Jakiś taki lęk mnie bierze. Boję się, że za późno dostałem ten list.
- Nie mógł leżeć długo. - Szkliwo urwał, zaciskając szczęki. Omal się nie zdradził. - To znaczy, ten wilk z poczty... powiedział, że da mi go, bo ty i tak nie odbierzesz.
- Bo skąd miałem wiedzieć, że ciotka nagle się odezwie? Nie wiedziałem, że po ostatnim liście, na który odpowiedziałem, pisała jeszcze jakieś. Ciekawe, co w nich było.
„Nawet nie przypuszczasz, jak i ja jestem tego ciekaw. A najbardziej interesujące jest, co się z nimi stało. Komu było z twoimi listami nie po drodze i kto miał możliwość je przed tobą ukryć? To dość wąskie kryteria. Ciśnie się na myśl, że wystarczająco wąskie, ale o tym przekonamy się w domu”.
- No cóż, ważne, że dostałeś ten ostatni.
- Tak.
- Będziesz miał coś przeciwko, jeśli prześpię się trochę przed kolacją? To zarywanie nocy trochę mnie męczy, a dziś pewnie znowu wrócimy późno.
- Spoko - odparł Rasz lekko. - A ja może pójdę wcześniej i szybciej wyjdę. Też muszę się dziś wyspać.
Ptak wspiął się na górę i siedział tam cicho jak mysz pod miotłą aż do chwili, w której szuranie w głównej izbie i stukanie poduszek łap na klepisku nie ucichło. Drugi asystent, zgodnie z zapowiedzią, nie czekał długo przed wyprawieniem się na wieczerzę. Jak zwykle po południu nie mógł znaleźć sobie miejsca i gdy tylko uznał, że pierwsze oznaki wieczoru pojawiają się gdzieś na horyzoncie, tym razem nieograniczany przez swoich współlokatorów, wypadł z chatki bez namysłu. Szkliwo zszedł z powrotem na dół.
Powiódł wzrokiem po pęknięciach w ścianie. Wilgoć dawała się domowi we znaki. Na szczęście na jego piętrze, w małym pokoiku z wielkim oknem, nie było jej czuć.
Mniejsza o wilgoć. Coś innego chodziło mu po głowie. Niedostarczone listy. Z tego, co pisała ciotka Rasza, wynikało, że basior zerwał z nimi kontakt. To, co mówił on sam, świadczyło jednak o tym, że korespondencja z jakiegoś powodu wcale do niego nie docierała. Co było bardziej prawdopodobne?
Szkliwo wolnym krokiem okrążył pomieszczenie. Jego współpracownik był prostym wilkiem i nie miał szczególnego powodu, by wplątywać się w sieć kłamstw. W przeciwieństwie do...
Zatrzymał się przy zasypanym zejściu do piwnicy. Nabrał ochoty, by zanurzyć szpony w piasku i sprawdzić, czy nie natrafi na żaden ukryty przedmiot. Krzemowa masa była chłodna. Pod lśniącymi pazurami szybko powstał całkiem spory dołek. Miejsce zdawało się niezbyt odpowiednie na dokumenty, ale gdyby umieścić je w odpowiednim pudełku, nie powinny ulec zniszczeniu. Tylko komu chciałoby się przekopywać pół piwnicy? Listy musiałyby być ukryte naprawdę głęboko, bo Rasz czasem grzebał tam z nudów i mógłby znaleźć je czystym przypadkiem.
Szkliwo, dotarłszy do bezsprzecznie nienaruszonej od dawna warstwy geologicznej, zbierał się już do drogi powrotnej, gdy w jednolitej materii niespodziewanie dotknął czegoś twardego. Ostrożnie wyciągnął na powierzchnię szarawy przedmiot; niestety nie skrytkę na listy, a nieduży, ale masywny kręg, trochę za mały na wilka. Wrzuciłby go z powrotem do piachu i zakopał, nie zatrzymując na nim wzroku nawet na chwilę, ale jeden szczegół przykuł jego uwagę. Jaki to kręg? Lędźwiowy, piersiowy? Nie miał pewności. Wyrostki zostały nadpiłowane. Gdy przyjrzał się uważniej, dostrzegł, że trzon jest wydrążony, a w łuku wywiercono maleńką dziurkę. Choć przyrząd ów został już nadgryziony zębem czasu - kość była szorstka, twarda jak kamień i dawno utraciła swoją śnieżnobiałą barwę - a ptak nie miał pojęcia, do czego mógł służyć, sprawiał wrażenie wciąż w jakiś sposób zdatnego do użytku. Żal było posłać go na kolejne lata i zimy zapomnienia. Wylądował w kieszeni płaszcza.
Gdzie indziej w ich domu można było schować niedostarczony list? Izba była maleńka. Cóż; można było też go zniszczyć. To byłoby najbezpieczniejsze wyjście, ale czy kolega zrobiłby to koledze? Niedostarczone pismo można było przecież dostarczyć po czasie, gdy straci ważność, zrzucając winę na system pocztowy i oczyszczając swoje sumienie z ciężaru perfidnego fałszu. To byłoby dobre wyjście dla kogoś, kto zachowywał jeszcze resztki zniekształconej moralności oraz uczuć wyższych, nadal uważał się za przyjaciela i dysponował dobrą skrytką.
Wzrok żurawia padł na kaflowy piec. Długo nie był otwierany. Schowane w nim skrzypce pewnie dawno się rozstroiły.
Szkliwo pochylił się nad nim i przez chwilę manipulował zasuwką. Drzwiczki ustąpiły z metalicznym jękiem. W środku namacał futerał. Wyciągnął skrzypce. Oprócz nich, wewnątrz pieca było tylko trochę brudnego popiołu, kawałki nadpalonej kory, uschnięty pająk...
Płaska, chropowata powierzchnia oparta była o ściankę. Prawie ją przeoczył, jednak uciśnięta ugięła się pod palcami z charakterystycznym, papierowym trzaskiem. Jeszcze zanim wyciągnął ją z pieca, zorientował się, że wyjmuje nie jedną kartkę, a cały ich plik.
„Proszę, proszę. Dobry był z ciebie przyjaciel, Hapenir...”.
Otworzył arkusz, który okazał się pustą okładką, okrywającą kilka innych, które dzięki temu poczerniały od popiołu jedynie na brzegach. Pośpiesznie przerzucił stronę.

Drogi Raszu,
wiem, że zamieszkanie w Najwyższej Izbie Kontroli Leśnej jest dla Ciebie i dla całej naszej rodziny wielkim zaszczytem. Jeszcze raz powtórzę, że nie chcieliśmy robić Ci z tego powodu wymówek, nawet jeśli nasze rozstanie było chłodne. Cieszę się, że przyjąłeś moje przeprosiny.
Nie chcę zagłuszać Twojej radości z życia w tym pięknym, wielkim świecie, ale niestety znów muszę napisać do Ciebie w przykrej sprawie. Ostatnio jest nam bardzo trudno. Izelka ciągle płacze, a do tego coraz trudniej jej jeść. Nie możemy zostawiać jej samej, więc na zmianę z Twoją mamą pilnujemy jej w domu. Pracuje więc tylko jedna z nas. Babcia bardzo się przez to wszystko denerwuje. Dziś wyrwało jej się przy Izeli, że lepiej, gdyby już było po wszystkim. Oj, jak mama to usłyszała... Ostatnio żyje się w tym domu jak w piekle! Gdybyś tylko mógł wrócić choć na jakiś czas... Wiem, że proszę o wiele. Przepraszam.
Dancela

Drogi Raszu,
nie otrzymałam od Ciebie żadnej odpowiedzi. Wybacz, jeśli mój ostatni list jakoś Cię uraził. Chciałam tylko napisać Ci, że wszyscy bardzo Cię kochamy. Babcia i mama przesyłają Ci całusy. Proszę, nie miej do nas żalu. Izela tęskni. Przyślij jej jeden ze swoich rysunków.
Dancela

Drogi Raszu,
naprawdę przepraszam, jeśli poczułeś się dotknięty. Piszę ten list i nie mogę powstrzymać łez. Martwimy się o Ciebie, nie otrzymując żadnych odpowiedzi! Zapomnij o tym, co pisałam. Bądź szczęśliwy w swojej pracy, a my tu jakoś damy radę. Tylko napisz nam, jak Ci się wiedzie. Zdrów jesteś? U nas wszystko w porządku.
Dancela

Od biegania po tekście rozbolały go oczy.
„Co za smętna sprawa. Rasz odwodził Hapenira od pomysłu opuszczenia Najwyższej Izby dla Epei, a Hapenir chował listy, w których rodzina namawiała Rasza na powrót do domu, czego, jak się okazuje, w głębi duszy chciał. Gdzie tu sens, gdzie logika? Gdzie chowa się szczęście, którego nawzajem się pozbywali?”.
Poskładał kartki, chyba tylko z przyzwyczajenia do nadmiernej ostrożności, i umieścił z powrotem w piecu, z aptekarską dokładnością upewniając się, że spoczywają w tym samym miejscu, z którego je wyciągnął.
Została mu jeszcze chwila do zagospodarowania. Tego popołudnia, zamiast na spacer nad rzekę czy do babci Cispesji, nogi od razu zaniosły go do biura ochrony. Okazja była doskonała, aby wykorzystać potencjał swojego drugiego, obecnie priorytetowego stanowiska. Musiał postarać się o awans.
Wyjął z komody czystą kartką i usiadł, opierając się o kant mebla. Musiał poukładać w głowie zdobyte informacje. Nie miał pojęcia, czy Hapenir przekazywał dowódcy to, co wyczytał w zatrzymanych listach przyjaciela, ale jeśli nie, takie nowości mogły być wartościowe. Najciekawszy jednak był właśnie fakt, że korespondencja nie dotarła do adresata. To już wykraczało poza kompetencje nadzorcy i wątpliwe, aby mogło być powodem do przechwałek.
Nadzorca. Wciąż pozostawał dość enigmatycznym stanowiskiem. Inni nadzorcy... dobrze byłoby dowiedzieć się, kim są. A dzięki temu i mieć wiadomość, na kogo w Najwyższej Izbie trzeba szczególnie uważać.
Obejrzał się na mgnienie oka, by upewnić, że nikt za nim nie stoi, nikt nie wygląda zza drzwi, z komórki ani ze szczytu schodów; nikogo nie ma w pobliżu. Wolno uchylił jedną z szuflad. Ledwie zgrzytnęła, ukazała stos leżących w bezładzie raportów. Drżącymi palcami wyciągnął jeden z nich, do połowy, żeby tylko dojrzeć imię lub przynajmniej rzucić okiem na charakter pisma. Kobylaste szlaczki nie powiedziały mu niczego, ale na samym dole, dumnym zawijasem, podpisał się...
Ptak zmrużył oczy, przysuwając się bliżej, aby mimo półmroku rozczytać ów kod artystyczny.
Siemisz. No proszę. Wciągnęli w swoje szeregi nawet miejscowego opiekuna międzygalaktycznych wycieczek. Całkiem logiczne, że siedząc wieczorami w kąciku pełnym odurzonych wilków ze wszystkich poziomów urzędu, mógł usłyszeć wśród bełkotu również wiele prawdziwych szczególików.
Wsunął kartkę z powrotem do szuflady i wyciągnął spod spodu inną.
Cehir. Jeden z asystentów Inspektora Ziem Północnych. Szkliwo wcale go nie znał, toteż odłożył jego raport i zaczął losować kolejne. Na części z nich autorzy się powtarzali, ale gdy wyciągnął stronę zapisaną maleńkim, niemal obsesyjnie równym pismem, było jasne, że wreszcie znalazł kogoś nowego.
Denuvelin. Prychnął w duchu. Dowódca miał chyba jakiś szósty zmysł, albo jego informatorzy rekrutacyjni byli lepsi niż przedstawiał ich w swoich surowych ocenach.
Potarł czoło skrzydłem. Choć dzień nie różnił się niczym od wszystkich innych dni, kręcił się wokół tego samego rdzenia, prowadził jak po nitce od zejścia z posłania, przez korytarze urzędu, aż po remizę i ostatni świadomy oddech, chociaż swobodne wybory ograniczały się tylko do wyboru miejsca na spędzenie wolnej chwili po południu, a tych można było dokonywać tylko na skrzyżowaniach ścieżek, zmęczenie sunęło za ptakiem krok w krok. A może to tylko znużenie? Dałby radę jeszcze zerwać się na nogi, rozciągnąć skrzydła i lecieć na koniec świata, gdyby tylko wiedziałby, że znajdzie tam coś wartego zachodu. Tymczasem jednak siedział pod komodą dowódcy ochrony, w ponurym korytarzu, bezmyślnie lampił się w ścianę i nie miał nawet siły, żeby wstać i podreptać na kolację.
Zerknął na drzwi do komórki, ukryte w najciemniejszym kącie. Epea musiała już zostać zabrana. Wokół było cicho; zdawało się, że w całym biurze nie ma żywej duszy. Mimo to miał przeczucie, że Nakideron może siedzieć w swoim gabinecie, za drzwiami u szczytu schodów. Nigdy nie pokazywał się przecież nigdzie indziej. Co robił całymi dniami? Czytał raporty swoich donosicieli? Ze swojego mrocznego zamku patrzył przez okno, obserwując wilki przechodzące ulicą?
Ptak przeciągnął się, leniwie podpierając na skrzydłach. Wieczerza czekała.
Tuż za progiem oślepiło go złote słońce, ciskające ostrzami promieni prosto z zachodu. Omal nie wpadł na dwa basiory, ślimaczym tempem drepczące w głąb wsi. Od razu odrzucił myśl, że to pomocnicy Nakiderona. Obie obleczone światłem sylwetki były co prawda postawne, a głosy usłyszał dopiero po chwili, jednak Denkin i Trelik nie zwykli raczej spacerować bez celu uliczką pod biurem swojego szefa. Przez chwilę chciał ominąć wilki jak zazwyczaj większość urzędników. Czystym przypadkiem przysłuchał się ich rozmowie.
- Ja tam wierzę, że jeszcze wam się poukłada. Odpocznie sobie od ciebie i zapomni.
- A ja od niej! Ech, śmiesznie wrócić tu po tylu latach i zimach. Pamiętasz, jak skakaliśmy przez podpaloną kłodę? Trispin sfajszył sobie sierść na brzuchu. A jak leciał do rzeki... - Coś w słowach, które wymienili, wydało mu się bardzo interesujące. Zamiast w stronę remizy, zrobił kilka leniwych kroków ich śladem, w przeciwnym kierunku.
- Nie pamiętam tego - odrzekł drugi w zamyśleniu. - Ale pamiętam, że na pożegnanie strułeś się rybą, którą nam tu zaserwowali, mało nie zdechłeś.
- Takie rzeczy to zawsze pamiętasz! A tych śmiesznych w ogóle.
- Ja tam ubawiłem się za cały księżyc.
To nie urzędnicy. To żołnierze, w dodatku najwyraźniej nietutejsi. Rezerwiści Najwyższej Izby z prawie wszystkich stron NIKL-owego świata zaczęli już zbierać się na zapowiedzianych szkoleniach. Szkliwo przystanął na skraju ścieżki, pozwalając im zniknąć śród budynków; podążanie za tą dwójką byłoby podejrzane. Zamiast tego zawiesił wzrok na rozłożystym krzewie. Pod nim trzy gołębie stąpały po krawędzi emaliowanej miski z wodą. Stukanie ich łusek i pazurów o metal rozsypywało się wokół.
O czymś sobie przypomniał. Wciąż miał za plecami biuro ochrony. Tym razem jego tylną ścianę. Tę z oknem. Wolno wykręcił szyję, by spojrzeć w górę. Było puste. Nikt, kto by nie szukał, nie dostrzegłby wilka stojącego w cieniu pokoju, w takiej odległości, że z dołu widać było tylko zarys jego uszu i dwa jaśniejące tuż pod nimi punkty.
Popatrzyli na siebie. Echo rozmowy oddalających się spacerowiczów ostatecznie ucichło. Szkliwo skinął głową wyuczonym zwyczajem, którym zwykł pozdrawiać znajomych przechodniów, jednak połyskujące w ciemności ślepia pozostały nieruchome. Gdy wreszcie odwrócił od nich wzrok, zrobił to bez cienia emocji. Szedł za żołnierzami ledwie przez kilka kroków. Nie zdradził się. Nie było się czego obawiać.
Nagle wszystkie trzy ptaki ze swoim świszczącym, gołębim trzepotem wzbiły się w powietrze. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ich wodopój stoi pod znajomą, starą czeremchą. Gałęzie zatrzęsły się, a małe listki zadrżały lekko, gdy zahaczyło o nie posiwiałe futro.
- Szkliwo, przyszedłeś w odwiedziny? - rozległ się cienki głosik Cispesji. - Zauważyłeś moje poidełko dla ptaszków? Było schowane, bo woda zamarzała, i chociaż zrobiło się już cieplej, do wczoraj zupełnie zapomniałam go wystawić! Ale one nie zapomniały. Wróciły, gdy tylko postawiłam miskę. To tak miło, że pamiętały przez całą zimę.
Skrzydlaty uśmiechnął się lekko, widząc, jak staruszka ustawia prosto miedniczkę, która wysunęła się z piaskowego dołka.
- Właściwie zaciekawiło mnie, co tu robi ta miska. Szedłem akurat na kolację.
- Aha, w takim wypadku już cię nie zatrzymuję. Pewnie jesteś głodny.
- Troszeczkę. - To przypadkowe spotkanie mogło okazać się nawet przydatne. Z nieuchwytnym wahaniem uniósł szpony. Wyciągnął z kieszeni drobny przedmiot. Jeśli chciał się dowiedzieć, co to za ustrojstwo, warto było zapytać kogoś, kto miał szansę być równie stary, co ono. - Nie wie babcia przypadkiem, co to może być? To znaczy, widzę, że kręg, ale do czego mógł służyć?
Wilczyca nachyliła się, obrzucając kość uważnym, lecz krótkim spojrzeniem. Czas, po jakim w jej oczach zaświeciła się pewność, napawała nadzieją.
- Skąd go masz? - zapytała z czymś, co być może chciało być uprzejmą ciekawością, ale stało się bliższe zdumieniu.
- Znalazłem - odrzekł, wzruszając ramionami. - Zaciekawiło mnie, co ktoś przy nim majstrował.
- Kiedyś widziałam takie zabawki w sierocińcu na północy. Do środka wkładało się skrawki mięsa, a ta dziurka to miejsce na sznurek. Najmłodsi uczyli się na tym chwytać zdobycz. Teraz już chyba się takich nie robi.
„No proszę. Kościana zabawka. Dawno temu należała więc do jakiegoś szczenięcia. Ciekawe, skąd wzięła się w naszej piwnicy”.
- Ach tak. Miałem nadzieję, że jeszcze może się do czegoś przydać.
- Nadal można jej użyć!
- Tak. Tylko szczeniaków brakuje - rzucił bezbarwnie, chowając kosteczkę z powrotem do kieszeni.
- Dzieci w Najwyższej Izbie czasem się pojawiają... tylko nikt ich nie uczy polować.
- Tak. Same kończą jako posiłek.
- Niektóre zabiera wojsko, gdy mają akurat wolne miejsca. Waderki przyuczają do pichcenia posiłków w ichniejszej kuchni, a basiorki od małego uczą na żołnierzy.
- W takim razie może jeszcze kiedyś się przyda - mruknął, zerkając już w stronę remizy. „To nadal nie tłumaczy, skąd taka zabawka wzięła się w domu asystentów, zakopana najpewniej przed laty, głęboko w piwnicy... którą podobno zasypali ludzie”.
Z wielkiego, prostokątnego budynku płynęły już zapachy świadczące o czekających w sali wyżynach kulinarnej sztuki. Zatrzymał się przed wejściem.
„Ciekawe, co tam u Przytulii”, pomyślał odruchowo, zerkając na miejsce, w którym jeszcze niedawno stali razem i wpatrywali się w ziemię. „Co to był za symbol? Pewnie już nigdy się nie dowiem. Zresztą nawet nie pamiętam już dokładnie, jak wyglądał”.
Minął próg, nie rzucając się w oczy strażnikowi. Gdy dotarł na miejsce, Rasza już nie było. Nawet nie siadając, skubnął pieczone kozie żeberko, lepiące się od słodkiego sosu. Wątpliwym zdawało się, by jego współpracownik tak wcześnie wrócił do domu, Szkliwo uznał więc, że zapewne bawi się w najdalszym końcu sali, za ogniskiem. Przegrywa w karty, pali, czy wyżera sobie mózg kwasem: było mu wszystko jedno. Na niego samego czekała lepsza rozrywka.
- Jesteś wreszcie! - Pełna energii Ildiri wyskoczyła z zaplecza, gdy tylko któraś z koleżanek doniosła jej o oczekującym w korytarzu pacjencie. - Nie mogę sobie wydarować, że nie było jak się do was dziś przysiąść. No i nie przyniosłam ci wody. Aż żal bierze, jak męczysz się nad tym winem. Uschniesz mi i co? Pomyślałam sobie, że poproszę Fijkę, żebym mogła oprócz wina wystawiać wam też dzbanek z wodą. - W obliczu tego, po co przychodził, uczucia, które zaczynała mu okazywać, były trochę onieśmielające. Jej troska miała jednak uzasadnienie. W zimie, dopóki leżał śnieg, o zaspokojenie pragnienia było łatwo. Ten piękny czas już minął, a ponieważ deszczu chmury ostatnio poskąpiły, po każdy łyk wody trzeba było iść nad rzekę lub do którejś z w miarę czystych studni. - Pierwszy pokoik jest nasz, poczekaj tam na mnie. - Jednym szarpnięciem odsunęła przed gościem kotarę, odwróciła się na pięcie i znów zniknęła w niedostępnej dla jego oczu części ich królestwa. Niedługo potem wróciła wolnym krokiem, z kubkiem przeźroczystego płynu.
- Dziękuję. - Przysunął dziób do naczynia, napawając się chłodem i świeżością życiodajnego napoju. Po wewnętrznej stronie osadzały się maleńkie pęcherzyki powietrza, woda musiała więc być świeżo nalana. Trudno było mówić o jej smaku, ale miał nieodparte wrażenie, że ta z jakiegoś powodu nie pasuje ani do kilku wioskowych ujęć, ani do rzeki; choć czysta, to jakby odrobinę cięższa, bardziej metaliczna niż wszystko, co pił zazwyczaj. Poprzednio nie zwrócił na to uwagi. Był tak spragniony, że chętnie wypiłby nawet błoto z kałuży. „Ciekawe, skąd ją tu biorą. Remiza ma własną studnię? To by było dla nich całkiem wygodne. Przygotowanie kolacji musi pochłaniać sporo wody”.
- Czemu cię wczoraj nie było? - szepnęła mu do ucha. Łapa pokryta aksamitną sierścią wsunęła się pod jego płaszcz. Było to nawet dosyć przyjemne. - Za to zostaniesz dziś na noc.
- Nie zostanę. A wczoraj miałem pracę. - Odstawił kubek na ziemię, delikatnie, jakby najlżejszy wstrząs mógł spowodować pęknięcie. Wyprostował się i powierzył ścianie część swojego ciężaru. Chłód muru nie docierał do grzbietu przez materiał płaszcza.
- Jaką znowu pracę o tak późnej porze?
- Nijaką. Nie zrozumie waćpanna. - Jego ciało prosiło o westchnienie, lecz pozwolił sobie tylko na jeden głębszy, bezgłośny wydech. Obserwował i słuchał z uwagą.
- Gdzieś to już słyszałam - burknęła. Jak oczekiwał, zerknęła między wiersze. Pozostawało najważniejsze pytanie.
- Przypadkiem nie od ojca?
Ruchy jej zwinnej łapy ustały. Lekkie rozkojarzenie na zaokrąglonych policzkach nie zniknęło nawet, gdy odsunęła się wolno, żeby objąć go wzrokiem.
- Skąd wiesz?
- Domyśliłem się - odrzekł krótko. Strzał był zuchwały, sprowokowany jedynie kilkoma mętnymi poszlakami, ale szczęśliwym przypadkiem celny. A zatem Nakideron. Zrobiło mu się dziwnie z myślą, że właśnie ta wilczyca okazuje się córką jego szefa. „Ale masz szczęście do kobiet, Szkliwo... A raczej do ich ojców”.
Z drugiej strony być może właśnie ten scenariusz mógł co nie co wyjaśniać. Na przykład, dlaczego Ildiri nie chciała zdradzić, kim jest jej ukochany tatuś. Dlaczego nie chciała nawet myśleć o opuszczeniu Najwyższej Izby i kto był tajemniczym osobnikiem, nieoficjalnie czerpiącym z jej pracy. Niestety był to też wyraźny sygnał, że pod żadnym pozorem nie należy jej ufać.
- Kontynuuj - chrząknął. - Nie przyszedłem tu, żeby kontemplować rysy na suficie.
Ona jednak nie wykonała polecenia. W prawie całkowitym mroku, w jej oczach odbił się nikły odblask tańczącego po drugiej stronie zasłony płomienia pochodni.
- Zmieniasz się.
- Skądże.
- Zmieniasz - ściszyła głos do pomruku, w którym nie było już flirtu. - To wszystko jego wina.
- Nie zaprzątaj tym sobie głowy, kwiatuszku - odparł nieco niecierpliwie. - Nie zmieniam się. Zmieniam tylko punkt widzenia.
Swoimi ostrymi pazurami przeczesała czarną grzywę, okalającą jasną sierść na karku. Przez chwilę siedziała na ziemi, w leniwym rozkroku, patrząc przed siebie i zupełnie nie przejmując się gościem.
- Niczego swojego nie mogę mieć. Jestem albo jego córką, albo jego pomocnicą, albo własnością. Inne mnie tu nie cierpią... bo myślą, że wszystko mu donoszę. A to nie tak!
- A jak?
Wadera westchnęła, zbierając słowa.
- Nikt nie nienawidzi ojca tak mocno, jak nasze dziewczyny. Wiesz, zawsze, gdy pojawia się nowa, on każe mi organizować spotkanie. Wiem tylko, że wchodzi tam i pierwsze co jej mówi, to że nie będzie delikatny. Potem... zawsze zapowiada, że wróci następnego dnia. I wraca, tylko po to, żeby zobaczyć, jak okropnie jest przerażona. Chce mieć pewność, że lęk się w niej zakorzeni. Pocieszam ją potem i mówię, że żaden inny tutaj nie jest taki jak on. Ale one wszystkie i tak strasznie płaczą. Płaczą i odwracają się ode mnie...
„Och, jesteś wybitną kanalią, Nakideron”.
- Nie musisz być niczyją własnością ani pomocnicą.
- Jeśli znowu zaczniesz mówić, że przecież mogę odejść...
- Dla mnie możesz być czyjąkolwiek córką. Jesteś przede wszystkim Ildiri. - Choć nie przemyślał tych słów, przyniosły skutek, bo wadera w końcu na niego spojrzała. Odpowiedziała mu bladym uśmiechem.
- Wiesz, a ty, jakbyś był wilkiem, to myślę, że byłbyś nawet całkiem przystojny.
- Wiem, że w obecnej postaci nie jestem. Nie musisz mi o tym tak często przypominać.
- Przecież nie o to chodzi!
- No tak, tak. - Wyglądało na to, że kryzys został zażegnany, a operacja odtajniająca nie pochłonęła ofiar. Szkliwo rozluźnił się nieco, do końca opierając się na ścianie i zakładając nogę na nogę. - Kto właściwie według ciebie jest przystojny? Może nasz inspektor?
- Niczego se. A co, zazdrosny jesteś? Dżentelmen, w przeciwieństwie do ciebie, i nie taki męczący jak Nikrosz z zachodu, z tymi jego nerwicami. Młodszy niż ten zdziadziały słabiak Labur z północy, i przyjemniejszy niż tamten, jak mu tam było... Asbik z południa.
- Inspektor z południa - powtórzył w zamyśleniu. - Chyba nigdy go nie poznałem.
- Nie ty jeden. Kiedyś na kolacji ci go pokażę. Siedzi z boku. Nikt o nim nie pamięta. Ma tylko dwóch asystentów. Mało mają roboty, więc nie rzucają się w oczy. Przecież południe to pustkowie.
- Rozumiem. A Labur... Najwyraźniej niedawno go spotkałem. Choruje na coś? Rzeczywiście słabo wygląda.
- Kto tu na coś nie choruje? Chociaż prawda, z nim coś jest nie tak. Kiedyś przyszedł do Stelkii i omal tam nie wyzionął ducha. Ponoć łapy tak mu się trzęsły... Teraz już prawie nie przychodzi.
- Więc mówisz, że obsługujesz inspektorów.
- Opiekuję się - poprawiła go wolno i wyraźnie.
- Zatem pióra sprowadziły na mnie zaszczyt bycia jedynym chudym asystenciną w twoich łapach?
- Nie - odparła przeciągle. - Bywało paru innych. Do czego dążysz?
- Do zaspokojenia ciekawości. - Limit nowych wiadomości zaczynał się wyczerpywać. W wilczycy budziła się podejrzliwość. - No cóż, wróćmy do rzeczy.
Było już późno w nocy. Do ich kącika docierały tylko stłumione zasłoną, równe oddechy z wydzielonego pokoju obok. Wsłuchiwał się w nie bez siły, by wstać. Nie był pewien, ile czasu minęło, odkąd zaległ na podłodze. Była twarda, zimna, ale jakoś mu to nie przeszkadzało. Oczy mu się kleiły, nogi stały się ciężkie, skrzydła leżały na wpół rozłożone, luźno zsunięte z grzbietu na ziemię. Zmęczenie chyba powoli zbierało się do wysłania go w dalekie krainy, a on odwlekał moment, w którym miał zakończyć wizytę i udać się na spoczynek do własnego domu.
- Dobrej nocy, Szkliwo - jej głos przerwał ciszę. Choć wiedział, że jest tuż obok, słyszał ją z oddali. Rozpoznał ten ton: suchy, znużony. Przestała grać. Zatem spodziewała się... że już jej nie słucha.
Stopniowo zaczynał czuć coś, czego nie czuł przy niej nigdy wcześniej: serce mówiło, że coś jest nie tak, i nie była to łzawa przenośnia. Rzeczowy, czujny i niezawodny mięsień w jego piersi przyspieszył, chociaż reszta ciała była już spokojna. Lęk. Skąd się wziął, jeśli Ildiri wciąż leżała spokojnie?
Poczuł, jakiego kończyny robią się gorące od krwi gwałtownie napływającej do naczyń. Otworzył oczy, jakby podnosił wiadro pełne kamieni. Zamknął bez namysłu; i tak było ciemno. Dźwignął się na skrzydłach, choć głowa została gdzieś w dole.
- A gdzie ty do cholery idziesz? - teraz miał pewność. Była wściekła. Chwyciła go za skrzydło, ale nie miała odwagi przytrzymać, używając siły. Odsunął się bez trudu.
- Do domu - wymamrotał. Udało mu się namacać ścianę i złapać pion, chociaż ziemia ciągle próbowała odpłynąć spod nóg. Serce nie kłamało. Coś było nie tak.
„Wszystko jedno. Chce mi się spać. Po co Ildiri aż tak chce zatrzymać mnie tu na noc? Musi naprawdę bardzo jej zależeć, by nikt oprócz mnie tu nie przychodził. A przynajmniej nikt, kto fizycznie mógłby zostać ojcem”.
Chłodny wiatr na zewnątrz otrzeźwił go na tyle, by zdołał uwierzyć, że bez większych kłopotów dotrze do domu. Dreptał skulony, trzymając się ścieżki.
Coś pomiędzy pierwszymi budynkami przykuło jego wzrok. Od czasu zrekrutowania do struktur ochrony był bardziej niż kiedykolwiek wyczulony na podejrzane kształty i ruch w ciemności. Każdy krzak na obrzeżach pola widzenia choć trochę przypominający psowatego był dla niego potencjalnym wrogiem. Tym razem jednak nie stanął mu na drodze ani krzak, ani wilk. Mimo to poczuł, jak krew na chwilę zatrzymuje się w żyłach.
Szczupła sylwetka opierała się o ścianę jednego z domów, nonszalancko założywszy nogę na nogę, tak jak on sam niedługo wcześniej, rozmawiając z Ildiri. Gładkie pióra o chłodnej barwie lśniły na skrzydłach ścisło przylegających do grzbietu.
Zatrzymał się, chwiejąc lekko.
- To ty - powiedział niemal bezgłośnie. - Nie dręcz mnie, proszę. Nie rozumiem, czego chcesz. Niczego nie mogę ci dać.
- Mi dać? - Berberysowe ślepia zajaśniały w ciemności. W dojmującej ciszy nocy każde słowo brzmiało niemal tak wyraźnie, jak na scenie teatru. - Zabawne. Jak dotychczas tylko brałeś. Wziąłeś, co wygodne: dom, stanowisko, partnerkę.
- Tego wszystkiego już nie ma.
- Och, jak mi przykro. - Bok postaci oderwał się w końcu od jaśniejącego w ciemności muru. Krok za krokiem, zaczęła nieśpiesznie stąpać przez podwórze, w kierunku ścieżki. - Jedyne, co stałego ma się w życiu, to samego siebie. A ty, Szkliwo, co takiego masz?
- To, co każdy. Samego siebie. - Nie chciał się cofnąć; nogi same podjęły decyzję. Powstrzymał je. Przecież wiedział doskonale, że nie ma dokąd uciec.
- A imienia nie wziąłeś. Tak cię ono uwiera? Chciałeś wszystkiego, co moje... ale tak bardzo bałeś się być mną? - Widmo zatrzymało się trochę wcześniej, niż się obawiał. Nie przekroczyło granicy, ale zdołało już sprawić, że mięśnie zesztywniały mu, szykując się do obrony. - A teraz nadal się boisz?
- Nie boję się - szepnął. - Ja tylko nie wiem, co robić. Tak bardzo nie wiem, co robić... Miej trochę dobroci, chociaż ty.
- Cóż słyszę? Tęskno ci za dobrocią. Skąd nadzieja, że ode mnie ją dostaniesz? Po tym wszystkim, dlaczego nadal jej tutaj szukasz? Nie sprzeniewierzyłeś się jej przypadkiem?
- Wciąż jesteś moim koszmarem. A ja... nie mam już nikogo, oprócz ciebie.
- Sieroto wspólnotowa. - Dumna szyja wyprostowała się. Oczy popatrzyły na niego z góry. - Po co ci ja? Masz przecież wokół siebie tyle wilków. A gdzie twoja wataha? Czy nie powinieneś jej kochać, jak ja kochałem? Czy i temu się sprzeniewierzyłeś?
- Już nie wiem, gdzie ona w tym wszystkim jest i czy jest. Nie wiem, czy żyję tak, by dochowywać jej wierności i czy naprawdę tego chcę. Czy jeszcze czemukolwiek potrafię. Czuję, że niczego o sobie nie wiem - jęknął, lekko rozkładając skrzydła.
- Więc dlaczego - widmo ważyło każde słowo - oczekujesz akurat dobroci? „Ciebie nie ma”, mówiłeś. No proszę, a jednak cały czas tu stoję. - Powtórzyło gest rozmówcy, dumnie wypinając przy tym pierś.
- A przychodzisz tylko po to, żeby mnie dręczyć. Czego ode mnie chcesz?
- Pójdź po rozum do głowy. Może coś tam zostało, nawet jeśli nie za wiele.
Znów sam. Zawsze sam. W samotności sam wobec siebie, niepełny, a może tylko na samostanowienie jeszcze niegotowy. Czego brakowało? Uczucia, odruchu, myśli, nawyku?
W kompletnej ciszy coś trzasnęło. Nie; tyknęło. Szkliwo przetarł oczy, po czym zerknął na czerniące się wokół krzewy i bielejące ściany. Zupełny spokój. Tylko z oddali, od strony łąk dobiegł delikatny dźwięk. Cyk. Pióra na jego szyi nastroszyły się, choć wiatr już ucichł, a noc była ciepła.
Cyk. Cyk. Świerszcze powoli rozpoczynały swój pierwszy, letni koncert.
Ziewnął, rozciągając skrzydła na pełną rozpiętość. Jedno z nich uderzyło w pień śliwy. Kiedy zdążył dotrzeć do domu? Był już prawie u progu. Najwyższa pora, bo znowu poczuł, że przestaje sobie radzić z narastającym ciężarem powiek. Cyk. Cyk. Cyk. Zatonął w szeleszczącej melodii, która nie ucichła nawet wewnątrz, napływając przez duże, puste okna. Ominął śpiącego Rasza i wdrapał się po schodach. Potem zapadła ciemność. Świerszcze umilkły.

Cdn.