czwartek, 8 października 2026

Od Dalii - "Młoda Krew" cz. 1.3

Dalia uśmiechnęła się krzywo. Jej skrzydła były nieco obolałe, po kolejnym długim locie. Chciała je rozciągnąć, jednak je mięśnie zaprzeczyły boleśnie, więc przestała. Poddała się.
Od jakiegoś czasu jej dni wyglądały bardzo podobnie. Wstawała, ciągle w tym samym miejscu, w tej zasranej jaskini medycznej. Witala się z ojcem i kłóciła się z siostrą. Potem wychodziła, ćwiczyła i odnajdywała Dannego.
I on prowadził jej kolejne ćwiczenia, tym razem walki. Potem trochę pracowała, ale na razie w watasze szpiek był zbyteczny, niepotrzebny. Mogła skupić się na swoich pasjach.
A jej największą pasją na ten moment było naparzanie się z Dannym, oglądanie zachodów słońca oraz analizowanie podziemnych walk, kiedy nikt nie patrzył.
Podrosła od czasu, kiedy pierwszy raz odwiedziła arenę. Jej skrzydła urosły, jej mięśnie stwardniały, a i ona sama nieco spoważniała. Jej wybuchowy charakterek dobrze jej służył w codziennych treningach. Jej złość w końcu znalazła ujście.
Jednak nigdy jeszcze nie walczyła.
Od Dannego nauczyła się czytać ludzki zegar, który wisiał w jaskini do walk. Było to ciekawe doświadczenie, gdyż niewiele wilków przyznawało się do tej umiejętności, jednak każdy w środku zawsze wiedział kiedy chce wyjść.
Od Dannego nauczyła się też jak na pierwszy rzut oka rozpoznawać wilki, którym może ufać. Poznała parę imion, parę sztuczek i jeszcze więcej informacji.
Od Belli nauczyłą się wiele o frakcjach. Było ich pięć. Frakcja Psów, była prowadzona przez nią. Znajdowały się w niej psy oraz parę okazjonalnych wilków lub mieszańców. Bella sama w sobie opiekowała się bardzo dobrze swoimi podopiecznymi. Ufundowała im treningi, opiekę medyczną i tak jak Danny mówił, przyjmowała pod swoje skrzydła każdego kto czuł się zagrożony w tym miejscu.
A jej reputacja zapewniała jej pewnego rodzaju immunitet. Jedno jej spojrzenie uspokajało walki i płoszyło wilki napastujące innych. Bella była łagodna… do czasu.
Potem były Ognie. Najbardziej znana frakcja wśród nich wszystkich, jednak najmniej liczna w prawdziwych środkach. Zawierała w sobie wilki dobrze zbudowane i przyozdobione krwią i czerwoną farbą. Robili za pewnego rodzaju ochroniarzy i posiadali wewnętrzną hierarchię. Ognie mieli swoich praktykantów. Wilki, które jeszcze nie zostały zaakceptowane i robiły to co im się każe. A potem im wyżej się wchodziło tym więcej walk dany wilk miał wygranych, a na samym szczycie siedział Hades “Pożar”. Był to wilk bardzo milczący i brutalny w swoim rządzie. Jednak jeśli ktoś zaczepiał jego “dzieci”, Pożar upewniał się, że to nie stanie się już nigdy więcej.
Potem były Diamenty. Błyszczące, zdobione kryształkami i kamieniami, z kolczykiem w nosie i błyszczącymi się zębami. Przerażające wilki, gdyż próże i pewne siebie. Ich przywódczynią była “Szafir” Ruda. Piękna wadera o płomiennym umaszczeniu z intensywnie niebieskimi oczętami. Wadera, która flirtuje z każdym z kim może. Która jest próżniejsza niż ktokolwiek inny i jak sroka napalona na błyskotki. Naiwna, głupiutka, ale zabójcza. Zabójcza na tyle wystarczająco, aby jej frakcja nadal miała prawo istnienia.
Orły były trochę inne. Znacznie bardziej śmiałe, ale łagodniejsze dla swojego otoczenia. Ozdobione białymi znakami i piórami, są najszybszą frakcją wśród nich wszystkich. Chude, zwinne i zabójcze, a dowodzone przez “Mamę” Orlikę. Mamę, gdyż jak mamusia trzyma swoje dzieci blisko swojego serca i walczy o ich dobre imię, jednocześnie trzymając je w rygorystycznej dyscyplinie.
I byli jeszcze Wolni. Wilki, które nie miały frakcji. Walczyły kiedy chciały i jak chciały. Zarabiały jednak mniej, nie miały opieki częściej niż ją miały i wszelkie zabójcze rany, często kończyły się grobem, nie blizną. Takich wilków i innych stworzeń było najwięcej. Ta frakcja zapisywała się u głównego organizatora jako wolny i walczyła. po prostu walczyła.
I Dalia zastanawiała się czasami, po co w ogóle powstały frakcje. Jednak nie komentowała na głos. Frakcje czyniły wszystko… ciekawszym.
A kiedy Dalia osiągnęła jeden rok i mogła być zaklasyfikowana jako wilk w miarę dorosły poznała także alkohol. Ten gorzki, palący gardło trunek, który niebyt jej posmakował. Jednak żeby wtopić się w tłum, upewniła się, że z każdym kolejnym napitkiem będzie wzdrygać się coraz mniej.
Ale na tym się skończyło. Danny nie zabierał jej tam zbyt często. Jakby się czegoś obawiał, a Dalię niezwykle to wkurzało. Więc wyładowywała swoją frustrację na nim.
I po roku treningów udało jej się nawet wygrać parę razy.
I w końcu nadszedł dzień, który zmienił wszystko.
Dalia wstała o poranku, jak zwykle do zapachu ziół i choroby, przylegającej do każdego kamienia tych ścian. Podniosła się z miękkiego posłania i rozciągnęła. Upewniła się, że jej skrzydła nie przewrócą niczego w pomieszczeniu i wysunęła się do głównej jamy.

— Dzień dobry tato. — przywitałą się z Deltą.

— Dzień dobry. – starszy wilk nie rzucił jej nawet spojrzenia. Skupiał się na dodawaniu ziół do jakiejś maści. — Mogłabyś mi sięgnąć rumianek z tamtej półki? Suszony. — wskazał jej odpowiednie miejsce.

— Pewnie. — Dalia dla swojego taty zrobiłaby właściwie wszystko. Do tej pory była tak wdzięczna, że wziął je pod swoje skrzydła, kiedy nikt inny ich nie chciał. Jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej gdyby nie Miodełka i Delta.

— Dziękuję. Jakieś plany na dzisiaj? — zapytał medyk.

— Tak. Dzisiaj melduję się na chwilę w jaskini wojskowej i … może poszukam dalej jakiegoś miejsca do wyprowadzki. Mogę wrócić późno… albo rano.

— Dobrze. Baw się dobrze. — odparł Delta. — Daj znać czy znalazłaś coś ciekawego.

— Pewnie…

Wychodząc w progu minęła się ze swoją siostrą. Talia rzuciła jej zdenerwowane spojrzenie i odłożyła koszyk z ziołami, który niosła.

— Znowu wybywasz na cały dzień co? — odetchnęła. — Nie chce ci się nam pomóc co?

— Macie wystarczająco łap. Ja wam nie jestem potrzebna do niczego. Mam swoją pracę. — zmarszczyła nos niezadowolona.

— Ach… ta twoja ciężka praca. — Talia przewróciła oczyma — Bardzo dużo w niej robisz co?

— Na ten moment może niewiele, a jednak robię coś. — Delia wzruszyła ramionami. — Nie twoja sprawa. Mam pracę, muszę ją wykonywać, tak? Zupełnie jak ty. Za to mnie tu karmią. A to co mi każą robić to nie twoja sprawa. Lepiej trzymaj się swoich własnych obowiązków, co? Zamiast ciągle wciskać się w moje życie.

— Phi! Twoje życie… Jesteś moją siostrą, więc wciskać się będę gdziekolwiek chcę. Bo się o ciebie martwię. Wstajesz i znikasz na całe dnie. Wracasz poobijana i z bliznami.

— Martw się lepiej o swoje własne futro nie o to co ja robię. Bo ja… przynajmniej mam co i z kim robić. — odgryzła się Dalia. Talia wkurzała ją niemiłosiernie. I po tych słowach odeszła. Rozłożyła skrydła i wzbiła się w powietrze.
Wylądowała dopiero przed jaskinią wojskową i odetchnęła ciężko. Jej praca na razie nie była wymagająca, ale fakt że w ogóle musiała się tutaj stawiać było denerwujące.

— Dzień dobry nikomu… — odparła samica po tym jak weszła do środka i okazało się… że jest w nim całkowicie pusto. — No i co? I jak zwykle… pustka. — prychnęła do siebie i usiadła sobie w rogu. Czasami pojawiali się szeregowcy po treningach, okazjonalnie posłowie czy śledczy, ale każdy był zajęty swoim życiem. Wojna nie zapowiadała się żadna na ten moment, więc nikt nie pofatygował się żeby trenować kto wie jak ciężko, a cała ta mgiełka spokoju uśpiła chęci szeregowców do samodoskonalenia. Dalia sama byłaby szeregowcem w miarę aktywnym, jednak nie cierpiała kiedy ktoś kazał jej coś robić.
Posiedziała chwilę w ciszy po czym i jej się znudziło. Wstała i wyszła z tego zapyziałego miejsca. Po drodze minęła się z Soheą, witając się z nią pobieżnie. Po czym udała się w swoją własną drogę.
Przez część dnia szukała miejsca, gdzie mogłaby sobie upleść mały i ciepły domek, jednak nic ciekawego nie rzuciło się jej w oczy. Jakaś dziura w ziemi jej nie wystarczała. Nie chciała też mieszkać pod gołym niebem, gdyż jej pióra marnie znosiły wilgoć.

Skończyło się na tym, na czym zawsze się kończyło. Dalia zaczęła szukać Dannego. Chciała poćwiczyć, chciała wyżyć się na czymś co przyniosłoby jej też pewne korzyści. Aż się nie zawahała. Jej łapy po prostu zatrzymały się w pewnym momencie pozwalając jej myśleć w spokoju. Po co ona tak właściwie miałaby go szukać? Dzisiaj pewnie i tak go nie znajdzie. Wilk ostatnio zaprzyjaźnił się z jakimś psem, z który się tu kręci. Dalia nie była pewna o czym rozmawiają, ale ten pies zaczął zajmować większość czasu starszego wilka.
Nie szkodzi. Dalia znajdzie sobie coś sama do roboty. Tylko co?
Dalia nastroszyła się na własne myśli, wyraźnie zirytowana. Nie chciała już szukać domu, zniechęciła się na ten dzień. nie mogła trenować bo nie miała z kim, więc co? Co teraz?
Odpowiedź przyszła do niej jak piorun i sprawiła że jej kości zadrżały w ciele. Bo mogłaby… mogłaby. Tak. To nie był dobry pomysł, ale to był jej jedyny pomysł. Na ten moment przynajmniej.

— Minęła wiosna, lato i część jesieni… — mruknęła Dalia do siebie, a jednak mimo to jej nogi poprowadziły ją przed siebie. — Ciekawe czy ktokolwiek mnie jeszcze pamięta…

Jej łapy zaprowadziły ją pod pewne wzgórze. Bez śniegu wszystko wyglądało znacznie bardziej dziwnie, jednak nadal w miarę niepozornie. Dalia przesunęła się do ukrytego wejście i rozejrzała dokładnie. Wsunęła się do środka i zsunęła w głąb.
Zjazd nadal był zaskakujący, jednak nie taki przerażający jak za pierwszym razem. Dalia zgrabnie wylądowała na ziemi i rozejrzała się po tym miejscu. O tej godzinie, tłum już zlewał się w masę, przed walkami. Wilki w nagolennikach kursowały między nimi zbierając pieniądze i zakłady, podając alkohol i zachęcając wszystkich do zbliżenia się do areny. Dalia uśmiechnęła się pod nosem i z całą pewnością ruszyła przed siebie. Czuła na sobie wzrok wielu osób, jednak zignorowała to dzielnie.
Nigdy wcześniej nie stawiła się tu sama. Danny upierał się jak była młodsza, że ma chodzić tylko z nim, a potem że w ogóle, bo “nie ma czasu”. Cóż… trudno. Dalia poszła sama.

— Dzień dobry. — Dalia odwróciła się, żeby zmierzyć wzrokiem wysokiego basiora z szerokim uśmiechem. Przypominał jej kogoś z wyglądu. Szara mętna sierść, kucyk upięty złotymi, drogimi pierścieniami…

— Zobaczymy czy taki dobry. — odparła wadera i odwróciła się całkowicie. — Kto zaszczycił mnie swoją rozmową?

— Moje imię Kono! — odparł młodzik i puścił jej oczko. — Pierwszy raz cię tu widzę, piękności. — Dalia puściła jego komentarz mimochodem. Wolała na razie nie zadzierać z nikim, zwłaszcza nie wiedząc kim jest. mierzyła wielka wzrokiem ponownie i zastanowiła się. Nie należał do żadnej frakcji, więc szansa była, że był Wolnym. Nie nosił nagolenników, nie miał wpiętych w ucho pierścieni dziwek, więc… może był po prostu gościem.

— Okej… I czego ode mnie chcesz?

— Muszę czegoś chcieć, żeby zagadać do pięknej damy? — machnął łapą i poprawił swoje bujne loki ozdabiające jego głowę.

— Tak. A skoro nie chcesz nic, to do widzenia. — odparła uskrzydlona wadera i odeszła od niego. Wilk wydał z siebie przedziwny dźwięk, jakby nie dowierzał że został zbyty w taki bezczelny sposób. Jednak nie zatrzymał jej, a jedynie wbił w nią swoje ciekawskie oczka i zacmokał.
Dalia poruszała się w tłumie jak taran. Tam gdzie chciała pójść, po prostu szła. Nie była jedyną, która przepycha się w ten sposób, ale była jedną w niewielu, która dawała radę.

— Zakładzik? — jeden z pracowników zagrodził jej drogę wystawiając koszyczek z “datkami” przed jej nos.

— Nie dzisiaj. Nie wiem kto gra. — odparła.

— Dzisiaj sześć zestawień. — odparł wilk szerokim uśmiechem i już miał jej mówić, ale Dalia machnęła łapą.

— Nie wie kto gra i mało o to dbam… Lepiej mi powiedz gdzie się zapisać. — uśmiechnęła się szeroko. Pracownik zamilkł na chwilę, a potem zaśmiał się pod nosem. W końcu codziennie mieli jakiegoś świeżaka, który sądził, że ma jakieś szanse w ringu.

— Tam. Ten czerwony i żółty parasol. Pod nim znajdują się zapisy dla nowych i starych. Każdy kto chce walczyć dzisiaj tam się wpisuje. Jak jest miejsce to cię wrzucą do dzisiejszej rotacji. — wilk wzruszył ramionami i poszedł dalej. Dalia zajrzała w kierunku, który jej wskazał i od razu ruszyła przed siebie. Przepchnęła się przez tłum i stanęła w niewielkiej kolejce do biureczka. Podobne stały w jaskini wojskowej. Porządne kamienie, płaskie na szycie aby wygodnie układać na nich papiery i korę. Tutaj nie było inaczej. To biurko było pokryte kartkami, zapiskami i korą na której wpisywane były imiona chętnych i ustawiane w rosterze walczących na ścianie niedaleko. Były wsuwane na wystające drewienka, tak aby każdy kto pragnął mógł przeczytać kto danego dnia walczy z kim.

— Witamy. — za biurkiem siedziała młoda wadera. Nie miała na sobie żadnej blizny, żadnego kolczyka, nic. Była tutaj najnormalniej wyglądającym wilkiem w całym tym miejscu. Miała piękne brązowe futro, delikatnie kręcone z piękną grzywą opadającą na jej pysk. Miała prześliczne zielone oczy i wyglądała na bystrą. — Większy zakład czy zapiski?

— Zapiski. — odparła Dalia i kopnęła wilka za sobą. Jego łapy zawędrowały na jej tyłek i się jej to nie spodobało. Basior za nią sapnął i niezadowolony wycofał się o dwa kroki, tak jak powinien stac od samego początku. Grzecznie i w kolejce.

— Dobrze. Już chwilę… — wadera wyciągnęła czystą korę i wybiła w niej dwie dziurki z pomocą ostrego kamienia. — Frakcja?

— Wolni.

— Wolni? — uniosła na nią wzrok. — Okej. — wyjęła kartkę. — Koszt zapisu to… — Dalia rzuciła parę drobnych kamyczków na stolik. Pamiętała ile, pamiętała jak je zdobyć. Sprzedała swoja kolację, więc lepiej aby to było warte. — Widzę, że jesteś przygotowana!

— Tak.

— Imię? I przezwisko. Preferencje, płeć, data urodzenia.

— Dalia, Jaskółka, nie mam preferencji, jestem waderą, nie pamiętam, około 2 lata temu, z paroma tygodniami.

— Nie pamiętasz swojej daty urodzenia? — wadera uniosła na nią wzrok.

— Nie. Nie urodziłam się w tasze, która zapisywała takie rzeczy. Wiem że dwa lata i dwie wiosny minęły od kiedy przyszłam na świat.

— I jesteś pewna?

— Tak. – Dalia kiwnęła łbem.

— Dobrze. Wpiszemy… późną zimę?

— Może być. Coś jeszcze? — Dalia podrapała się za uchem.

— Tak, twój poziom?

— Nie wiem. Gdzieś bliżej dołu. — przyznała Dalia. Wadera pobierająca jej dane podniosła na nią zaskoczone oko.

— Bliżej dołu? Cenię sobie szczerość. — pokiwała łbem. — Znasz swoje możliwości, co?

— Znam swoje, nie znam innych. — odparła zimno Dalia. Nie była tutaj aby prowadzić jakieś zbędne rozmowy.

— Dobrze. Twoje imię będzie na dzisiaj obok Duriana. Walczysz … zaraz, więc podejdź do Borysa – wskazała na wielkiego basiora siedzącego na wzniesieniu obok areny. — Wpuści was na arenę we właściwym momencie, po tym jak zbierzemy zakłady. Po prostu słuchaj się pracowników, a wszystko będziesz wiedziała. Nie bój się zadawać im pytań.

— Dziękuję… — kiwnęła jej głową.

— Na imię mi Sasha! — odparła wadera biorąc jej zawahanie za zaproszenie do przedstawienia się. Dalia miała ochotę odetchnąć ze zirytowanym, jednak się powstrzymała. — Powodzenia!

— Dziękuję, Sasha. — i z tymi słowami odeszła od biurka. Jej kroki były pewne jak zbliżyła się do Borysa. Spojrzała na niego z dołu, a on na nią z góry. Wilk był bardzo potężnie zbudowany i miał cztery nagolenniki, nie tylko na przednich łapach lecz i na tylnych. Był wysoki, pokryty bliznami i miał zamknięte jedno oko, jakby wcale go tam jednak nie miał. To miejsce na jego pysku było także nieco zapadnięte. Jego pysk nie wyrażał żadnych emocji, a jednak wydawał się być niezbyt niebezpieczny. Wyglądał na typa, którego określają jako łagodnego giganta. I Dalia wiele w swoich odczuciach nie była. Borys nie uśmiechnął się, ale kiedy nadszedł jej czas podał jej łapę i poprowadził w odpowiednie miejsce w milczeniu.

— Wyjdziesz… jak cię przedstawią. Tymi drzwiami. — pokazał jej dziurę w ścianie zasłoniętą zasłoną. — Powodzenia.

— Zanim uciekniesz… Wiesz kim jest ten Durian może?

— Hymm… Gdyby miał należeć do frakcji, należałby do Diamentów. — i na tym skończyły się porady Borysa. Jednak Dalii to wystarczyło. Usiadła sobie blisko kurtyny i zatrzęsła uszami.
I ta walka zakończyła się wygraną Brutusa! nieokiełznany jak zwykle! Poproszę o zawycie dla naszego chempiona! Tłum na zewnątrz zawył na rozkaz. I niech ktoś wyniesie Jaskra z areny.
Przez kurtynę wkroczył wysoki i dobrze umięśniony wilk ze świeżą raną na piersi. Basior rzucił jej ciekawskie spojrzenie i zatrzymał się na chwilę.

— Hej… — przywitał się. Dalia uraczyła go swoim własnym spojrzeniem. Szare futro, dwa kozie rogi i brązowe oczy. Nic wyjątkowego, poza tymi nietypowymi naroślami na jego czole.

— Hej.

— Nowa?

— Nowa.

— Jak cię wołać?

— Jaskółka.

— Pasuje ci. — wskazał na jej słowa. — Przeciw komu walczysz?

— Durian

— Ach… — i zapadła chwila ciszy. — Uważaj na jego ogon. Jest twardszy niż myślisz. I śmierdzi… stąd imię.

— Durian?

— To taki owoc. Naprawdę ochydnie pachnie, ale jest słodki. Zupełnie jak ten wilk. Śmierdzi z wierzchu, ale w rzeczywitości to słodziak. Nie pobije cię za mocno.

— Ktoś go tutaj kocha? Mocniej niż normalnego Wolnego? — Dalia miała przeczucie, że zna odpowiedź.

— Och tak… Tak. Ktoś się w nim podkochuje, i wiele wilków go szanuje.

— Nie bić go za mocno?

— Pewna siebie, co? — uniósł brew. — Tak. Nie bić go za mocno.

— Dzięki. — odparła Dalia i wsłuchała się znwou w ogłoszenia, które właśnie wybrzmiały.

Następny an arenie król zapachów i skunksich trików, twardy ogon i twarda głowa Durian! Tłum zawył nieco słabiej niż przy okazji Brutusa i jego wygranej, jednak nadal było w tym trochę powietrza.
A naprzeciw niemu, nowość, nowinka, ubrana w kolorowe pióra Jaskółka!
Dalia wybrała to imię na poczekaniu. Nie była pewna dlaczego akurat ten ptak przyszedł jej do głowy. może powinna była wybrać Rublię? Miałoby to mniej sensu, ale więcej sentymentu. Jednak co się stało to się stało. Dalia wyskoczyła zza kurtyny i miękkim krokiem podeszła do wyraźnie zaznaczonego miejsca startowego. Dwa kamienie na dole areny stały naprzeciw siebie, oczekując na jej przybycie. Jej przeciwnik już siedział na swoim z szerokim, naiwnym uśmiechem. I rzeczywiście, jego zapaszek było czuć od razu jak tylko młoda wadera się do niego zbliżyła.

— Hej! — przywitał się. Arena zagłuszała wiele rozmów odbywających się ku ziemi. Dalia nigdy właściwie nie słyszała o czym dokładnie rozmawiają zawodnicy. Krzyki na górze były za głośne. Najwyraźniej z Durianem rozmowa zaczynała się słodko.

— Hej. — odparła. Durian uśmiechnął się szeroko.

— Słyszałem, że to twój pierwszy raz w arenie! — Wilk przeskoczył z łapy na łapę podekscytowany.

— Tak. — potwierdziła wadera i poprawiła swoje skrzydła. Musiała uważać, żeby mu nimi za mocno go nie uderzyć. — Nie ograniczaj się.

— Och? Chcesz walki na serio, serio? Tak szybko? Zawsze dajemy trochę forów początkującym!

— Nie trzeba. Im szybciej się nauczę tym lepiej. Pokaż mi jak się w to gra. — oznajmiła z pełną pewnością. — Bez forów.

— Nie ma dzisiaj na stanie aktywnego medyka. — Durianowi zrzedła trochę mina.

— No cóż… Poradzę sobie bez. Na ziołach znam się wystarczająco dobrze. — wzruszyła ramionami.

— Och? — basior przekrzywił głowę. — Na pewno?

— Wychowałam się w jaskini medycznej. Dam sobie radę. Dawaj… — Dalia podniosła się na nogi, gdyż zdążyła sobie usiąść.

— Dobra. Ty też nie idź na łatwiznę, okej. Ja wiem że niektórzy nigdy nie biją mnie za mocno, ale to frustrujące. Dawaj… wpierdol mi!

— Nie krakaj. — Dalia zaśmiała się pod nosem.

START!
I się zaczęło. Durian od razu wypadł do przodu. Był zwinny, jednak niezbyt szybki. Przewidywalny. Dalia odstąpiła na bok i otworzyła skrzydło, którego zgięcie zderzyło się z głową basiora. Oba wilki mruknął z bólu i zachwiały się. Durian sobie przysiadł, Dalia złożyła skrzydło i nastała chwila ciszy.

— Twarda głowa…

— Twarde skrzydła!

I oba wilki zaśmiały się. I walka kontynuowała się. Unik tu, uderzenie tu. Ale nic nie zdawało się zatrzymywać ani jednego z walczących. Oboje atakowali jednak ich mocne strony wykluczały siebie nawzajem, więc żadne nie mogło wydzielić odpowiednio silnego uderzenia żeby wygrać.
W końcu Dalia stanęła zrezygnowana i spojrzała na Duriana. A Durian na nią.

— Dobra jesteś. — podrapał się po głowie, poobijanej, ale nadal myślącej.

— Ty też. — odparła wadera. — Ale chyba czas to zakończyć.

— Dokładnie… — Durian kiwnął głową i napięcie na a renia się zmieniło.

Dalia zmieniła strategię, Durian szybko to załapał. Jednak mimo wszystko odrobinę za późno. Do tej pory wadera prawie wcale nie używała swoich skrzydeł. Teraz jej ataki były szersze, trudniejsze do uniknięcia. Jednocześnie nie traciła na szybkości, wznosząc się na swoich lotkach.
W końcu udało jej się trafić Duriana odpowiednio mocno aby się zachwiał, aby mogła podstawić mu łapę i… sobie na nim usiąść.
Jej tyłek wylądował na jego żebrach. Durian sapnął cichutko i spojrzał na nią zaskoczony.

— Teraz musisz się poddać. — oznajmiła bezczelnie. — Bo ja nie zamierzam nigdzie iść.

Basior próbował się wykręcić, jednak Dalia miała sporo mięśnia na sobie pod tym niepozornym futrem. Jej skrzydła były potężne i równie silne aby unieść jej masę. Jej pazury były wbite ciężko w ziemię, a ona sama nie reagowała na zęby i pazury Duriana jakimi ją potraktował. Nie ruszała się nigdzie. Zwłaszcza że wilk był od niej nieco mniejszy i chudszy. Nie miał szans się wyrwać.

— Dobra…. Wygrałaś. — basior machnął wściekle ogonem a potem wydał odpowiedni dźwięk do sędziego.

Kto by pomyślał proszę państwa! Durian przegrał z nowinką poprzez… najbardziej niekonwencjonalną strategię jaką do tej pory widziałam! Komentatorka wrzasnęła ze śmiechem. Poproszę o wycie dla naszego zwycięzcy! Jaskółki! Trochę wilków zawyło, ale nie obchodziło to Dalii. Wybrała jedną walkę. Zażyła tej adrenaliny. Nie pokazała wszystkich swoich kart, nie mogła. Jeszcze nie czas. Walczyła lekko i dawała fory Durianowi. W końcu rok wak z Dannym sprawił, że mogłaby Duriana powalić w paru ruchach. Bawiła się w ten cały taniec wyłącznie dla swojego stanowiska. Zależało jej żeby się jeszcze nie wychylać.

— Dalia! — znany jej głos zbliżył się do niej kiedy tylko wyszła z areny. Uskrzydlona wadera podniosła wzrok. Bella, ten piękny Borzoi, podeszła do niej z wielkim uśmiechem. — Gratuluję pierwszej wygranej. To była ciekawa taktyka!

— Nie chciałam go… za mocno pokiereszować.

— Tak. Dobry wybór. Sasha, córka założyciela tego miejsca, jest w nim zakochana po szczyt swojej głowy. — pies zaśmiał się w głów. — Ale teraz jesteś pogryziona. Chodź… wezmę cię do naszej medyczki.

— Nie trzeba.

— Trzeba! Trzeba! Zanim złapie cię jakieś chróbsko. — Bella pchnęła ją łapą i zaprowadziła w kierunku usytuowania swojej frakcji. Była to mała wnęka w jaskini ozdobiona roślinnością i oświecona świeczkami. Kręciło się tam wiele psów, ale Bella od razu pokierowała ją do jednego konkretnego. Był to mały piesek krzątający się pośród kupek ziół.

— Pedro. Miśku! — Bella schyliła się prawie do ziemi żeby spojrzeć mu w oczy.

— Tak, moja droga? — Pedro szczeknął szczęśliwy.

— Zająłbyś się moją koleżanką? Jest trochę poobijana?

I tak też było. Ten nieduży piesek zaczął krzątać się wokół niej. Dalia musiała się schylić i położyć aby ten mógł na niej pracować. nie szło mu to też bardzo dobrze, ale było wystarczające.

— Dziękuję. — mruknęła Dalia jak skończył.

— Nie ma sprawy! Dla przyjaciół Belli zawsze!

— chciałabyś obejrzeć jak walczy Księżniczka? — belle uśmiechnęła się do młódki. Ten dzień nie był wcale stracony, jak wydawał się na samym jego początku…

<CDN>

środa, 30 września 2026

Podsumowanie września!

Drodzy!
No i nadchodzi ona: piękna polska złota jesień!
A co nowego w WSC? Ano sześć potężnych opowiadań, które określają wrzesień jako niezwykle udany. Nie regulujcie odbiorników! W tych sześciu dziełach pojawiły się bowiem, zupełnie niezależnie, cztery różne gatunki literackie i publicystyczno-literackie. Za takie właśnie niespodzianki kochamy nasz maleńki leśny domek.
A teraz do rzeczy. Dziś kończy się nam wrzesień, a wraz z nim lato, które już od jutra ustąpi jesieni.

Na miejscu pierwszym w tym miesiącu znalazł się król Agrest z 3 opowiadaniami,
Na miejscu drugim piękna Saża z 2 opowiadaniami,
Na miejscu trzecim zaś mocarna Dalia z 1 mocarnym opowiadaniem.

Innymi postaciami, które podziwialiśmy w opowiadaniach, były w tym miesiącu, żadne zaskoczenie, Mezularia, Miodełka, Eilert, Misung, Nicpoń, Koyaanisqatsi i Szkliwo.

Tegomiesięczni pisarze są proszeni o zgłaszanie się po świeżutkie punkty umiejętności.
A tymczasem do zobaczenia za miesiąc!

                                                                      Wasz samiec alfa,
                                                                        Agrest

Od Dalii (Od Kaja) - Pijany na koniec miesiąca cz. 23

Kaj już od poranka jak zwykle żłopał trunki.

Z Miodunką się już poddał, choć miał porachunki.

Mezularia tak jak zawsze, z kijem w dupie lata.

Siedzi sobie z Raną, sama, jak ta stara szmata.

Misung już się zapił, choć jeszcze nie dziesiąta.

Jakieś Puchło małe coś się przy nim krząta.

Nicpoń zażył trochę świeżego powietrza.

Poszedł jakby w długą, już tutaj nie mieszka.

A może i mieszka gdzie pod jakim krzakiem.

Może się już stał prawionym rodakiem.

Szkliwo w końcu wrócił, przywiały go wiatry.

A wywiać go powinny prosto do psychiatry.

Eilerta Kaj chciałby odwiedzić. Gdzieś w jego kniejach.

Ale Kaj pijany, chybota się nawet w marzeniach.

Bo poszedłby, ale z jakiegoś powodu stoi.

Siedziałby, ale chyba zwyczajnie się boi.

Latałby, ale skrzydła ma jak z ołowiu.

Oddychały ale, jakoś ciężko mu w tłowiu.

Wiec dlatego o zachodzie,

Można kaja znaleźć w wodzie…

Usnął sobie nieszczęśnik zuchwały

W kałuży, w te jesienne „upały”

czwartek, 24 września 2026

Od Saży - Pachnidła cz.6

Roztopy z pewnością nie ułatwiały wędrówki. Szlaki i wydeptane w lesie ścieżki erodowały pod naporem spływających z wyższych pięter śniegów, przez co chodzenie nimi mogło skutkować w najlepszym przypadku brudnym zadem, a w najgorszym skręceniem łapy lub spowodowaniem błotnego osuwiska. Kaj miał to oczywiście głęboko w poważaniu, skoro i tak był drogowskazem na niebie nie na ziemi, Saża natomiast…mogła tylko narzekać. I narzekała, każdego dnia, wyzywając go od przerośniętego kurczaka, a w nocy przymierzając go do niedoszłego rosołu. 

Mijały tygodnie, a ona wyjadła już wszystkie zapasy prowiantu, jakie schowała w tobołku. W podróży nie dało się polować. Nie żeby Saża rozważała tę opcję dłużej niż 5 sekund, nie pamiętała, kiedy ostatnio tknęła łapą surowizny...uch, i ta krew! Nie chciała się przed Kajem przyznać, że nawet nie wiedziała, JAK się poluje. NIKL może i był najgorszym miejscem na ziemi, ale dbał o swoich więźniów jak o królów. Musiała wydłubywać z ziemi dziką marchew żeby cokolwiek mieć w żołądku.
Gdy zatrzymali się nad rzeką, Kaj wskoczył na jedną z płynących z nurtem lodowych wysepek i wbił dziób w wodę. Z gracją wydłubał z rzecznego dna śliskiego, niepozornego okonka, który widać jeszcze nie obudził się z zimowego otumanienia. Saża wlepiła wzrok w ptaka, ślina ciekła jej po pysku, jak patrzyła na tego idiotę połykającego zdobycz w całości. Gdy zauważył, że jest obserwowany, zaśmiał się pobłażliwie.
- Nie jest ci za lekko na żołądku? Te korzonki chyba nie były zbyt pożywne.
Wadera zagryzła język ze złości.
- Co się ze światem stało, żeby mnie kurczak nadziewany pouczał.- Wymamrotała.- Tylko poczekaj aż..
- Czekam.- Zamachał ponętnie ogonem po czym wzbił się w powietrze.
Saża nie miała wyboru jak pobiec za nim przez lodowaty nurt, żeby go nie zgubić. Nawet nie myślał na nią czekać, zaklęła. Wszystkie ptaszyska są takie same. Samolubne i butne.

***
Równiny watahy nie wyglądały zbyt malowniczo o poranku. Kłębowiska zgniłych traw koloru rdzy położyły się stęchłym dywanem po pofalowanych polach, poprzykrywane na czubkach czapkami z brudnego, zlodowaciałego śniegu. Mgła unosiła się nisko nad trzęsawiskiem, psując widoczność i przyprawiając o dreszcze.
- Doberek.- Zawołał ptak, chyląc czoła do stróża granicznego; młodej, jasnej jak żonkile wilczycy.
- Kaj.- Sasanka kiwnęła łebkiem.- Przynosisz jakieś pilne wieści? Mam zawołać gońca?
- Nie trzeba.- Podał jej pogięty i rozmokły na krawędziach liścik - Możesz przeczytać sama. Ale to nie jedyna z dzisiejszych niespodzianek. Słuchaj tego, miałem przekazać wam wasz nowy nabytek!
Machnął skrzydłem na człapiącą w oddali opalaną wilczycę z przerzuconym przez bok skórzanym tobołkiem, z głową przykrytą czerwoną, haftowaną chustką. Smętny widok strudzonej podróżniczki.
- Cóż, teraz to wasze zmartwienie, ja jestem padnięty.- Kaj kłapnął z przekąsem dziobem i odfrunął bez pożegnania.
Opalana wadera dotarłwszy do granicy, sapnęła przeciągle i odgarnęła chustkę z czoła. Jej brzuch wyglądał zupełnie normalnie, pewnie dzięki temu, że wilczyca nie miała nic treściwego w zębach od tygodni.
- Przedstawi się?- Sasanka kiwnęła witająco na nieznajomą, nie ukrywając nieufności.
- P..- Ugryzła się w język, na co strażniczka zmarszczyła brwi.- Saża. Przepraszam, język mi się plącze, nie piłam nic od wczoraj. Z kim mam przyjemność?
- Na pogawędki może potem. - Odwróciła się w kierunku gór i zerknęła na towarzyszkę, by ta poszła za nią.

***

Saża upuściła na ziemię tobołek, jednocześnie zrzucając z siebie emocje po odbytej przed momentem audiencji u Agresta. Alfa Agrest, nieco podsiwiały i niedołężny już starszy basior o śmiesznym, chrapliwym susłowatym głosiku i srebrnym futrze poprzetykanym bielą. Ta Strażnika usiadła wyjątkowo blisko niego, pomyślała. Wydawało jej się że wysoko postawieni nie zniżają się do takich robót jak patrolowanie granic. Było to coś, co w jej starym domu było niespotykane. Może początkowo źle ją oceniła, jako kogoś, komu nie trzeba poświęcać zbyt wiele uwagi, bo i nic się z tego nie wyciągnie. Kim była? Za młoda na alfę, no chyba, że ten Agrest miał swoje...ciekawe upodobania. Wzdrygnęła się. Po jego prawej stronie usiadł ktoś jeszcze, dużo młodszy od niego, podobny jak dwie krople wody srebrny basior. To musiał być syn. Słuchał uważnie wszystkiego, co alfa miał Saży do powiedzenia, jednocześnie nie dbając o dobre maniery za grosz, gdyż świdrował ją wzrokiem bez przerwy. Wzięłaby to za groźbę, albo niezwykle gburowaty charakter, gdyby nie to, że szybko zmieniał obiekt zainteresowania, gdy tylko przyłapywała go na gapiostwie. 
Usłyszała za sobą czyjeś ciężkie kroki.
- Ten wasz Szkliwo musi być tu dość szanowany, skoro jedno jego słowo wystarczyło, żebyście przyjęli mnie z miejsca.- Rzuciła rozbawione spojrzenie w tył i nie ukrywała rozbawienia, gdy zgadła, do kogo należały kroki.
- Coś w tym jest. Ojciec darzy go zaufaniem.- Legion wzruszył ramionami. - Nie jestem pewien dlaczego, ale wydają się znać od bardzo bardzo dawna.- Posłał przelotne spojrzenie na oddalającego się, kuśtykającego starca, którego chcąc nie chcąc nazywał ojcem.
- Macie tu dość spokojnie.- Saża nie chciała kończyć pogawędki, skoro już nadarzyła się jej okazja. Nie mogła zmarnować tego, że młody alfa jest nią zainteresowany.
-  To coś nowego. - Srebrny basior strzepnął z brwi wizję zarazy, wojen i krwawych powstań. 
- Naprawdę?- Bawiła się kosmykiem na ogonie.- Możesz mi co nieco opowiedzieć, jak już mnie będziesz oprowadzał po okolicy.
Basior zamrugał kilka razy, nim doszło do niego, co mu zasugerowano. Zanim zdążył odpowiedzieć, wilczyca podniosła z ziemi tobołek i podała mu go, jednocześnie płynąc ciałem do przodu w czymś przypominającym pływanie, jak to robiła na scenie. 
- Może zaczniemy od spichrza? Umieram z głodu. - Koniuszek ogona posłużył jako wabik na jego ślamazarne, rozbiegane oczęta. Jest to jakaś ciekawa odmiana, pomyślała, śmiejąc się w duchu. Pierwszy raz nie musiała pytać Ildiri o pozwolenie. Sama sobie była sterem i okrętem, skoro mapę znała na pamięć.

C.D.N

czwartek, 17 września 2026

Od Saży - "Pachnidła" cz.5

 










Od Agresta - „Oko nieba. Dziecko dwóch idei”, cz. 24


Jak jest? Jest jak jest. I tak chyba jest dobrze.
Wierzę w sprawiedliwość, ale wydaje mi się, że jest nieosiągalna wśród śmiertelników.
Było to tuż przed wschodem słońca, gdy przez lekki szum wiatru i gwizdy kosów w gałęziach drzew przebiło się dudnienie kroków. Nagła sztywność chwyciła jego żebra. Otworzył oczy, gotów w każdej chwili zerwać się na równe nogi, jednak nie ruszył się ani o włos. Kogo miałby się bać we własnym domu?
- Towarzyszu Szkliwo. - Dwa postawne basiory wkroczyły na polanę i zatrzymały się nad nim.
- Tak? - zamrugał, sennie marszcząc brwi.
- Sekretarz czeka.
- Od kiedy straż WWN osobiście fatyguje się na nasze tereny?
Wilki wymieniły się krótkimi, rozbawionymi spojrzeniami.
- Długo za granicą, co? - Jeden z nich wyciągnął łapę, dając subtelny znak, że w razie potrzeby jest gotów natychmiast pomóc mu wstać. - Szybko przywykniecie.
Ptak posłał jeszcze jedno spojrzenie berberysowym krzewom, które wciąż beztrosko kiwały się na wietrze. Westchnął i dźwignął się z ziemi.
Szukam prawdy, ale wydaje mi się, że każdy ma swoją, a ten, kto pozna wszystkie, nie pojmie żadnej.
Igiełki jałowców, gęsto pokrywających połać lasu, zadrżały, przeczesując sierść dwójki wilków, które właśnie wyszły na polanę, wciąż dysząc po pościgu.
- Nieźle polujesz. Ale ja umiem lepiej. - Sasanka figlarnie zerknęła na Legiona, który przegryzał skórę na brzuchu martwego jelenia.
- E, dzieciak jeszcze jesteś.
- Z nieba mi spadliście! - Znad lasu dobiegł ich głos Hiekki. - Zechcecie poratować strudzonego gońca racją żywnościową, która przecież mu się za tę ciężką pracę należy? Dorzucę jeszcze najnowsze doniesienia ze świata polityki. - Wyciągnął się tuż obok nich, bez pytania biorąc w zęby jelenią nogę.
- Proszę, spróbuj zaskoczyć mnie politycznymi nowinkami - odparł z rozbawieniem młody alfa. Przesunął się, robiąc mu więcej miejsca.
- Mam świeżutkie rozporządzenie sekretarza. Teraz nikt spoza Wschodnich Ziem nie może już adoptować naszych szczeniąt, nieważne jak bardzo by chciał. Słyszałeś?
Uśmiech znikł z pyska Legiona.
- Sekretarz zatem oszalał. Chce rozporządzać naszymi szczeniętami? Dlaczego on ma decydować o tym, czy będą cisnąć się w sierocińcu, czy dostaną prawdziwą rodzinę?
- Za wielką władzę trzyma. - Sasanka przytaknęła mu spode łba.
- Nic nie wiecie - mruknął goniec, z tajemnicza miną rozgryzając kawał mięsa.
- A ty pewnie wiesz? Stary ćpun. - Wilczyca przewróciła oczyma.
- Właśnie że wiem. Wszystko przez teczki.
- Jakie znowu teczki?
- Teczki z hakami. Na ciebie, na mnie. Na wszystkich! W NIKL-u takie mają. To znaczy, chyba mieli, bo nasi szpiedzy je wykryli i zniszczyli.
- Po co?
- Jak to? Za wolność waszą i naszą!
Szanuję wielkie słowa, ale wydaje mi się, że dla każdego z nas są zupełnie czymś innym.
- A w ogóle komu te teczki przeszkadzały? Ja tam nic złego nie zrobiłam i niczego się nie boję.
Legion milczał, w zamyśleniu przesuwając ogon po ziemi.
- Rzeczywiście, ojciec wspominał mi o jakichś aktach - mruknął. - Ten jego skrzydlaty pachołek ostatnio wrócił z NIKL-u. Pewnie on coś tam usłyszał.
- Nie mają czym się zajmować, tylko szpiegować na zachodzie. - Sasanka położyła przed Hiekką jeszcze jedną porcję. - Masz, pysk zatkaj.
- O wilku mowa! - Basior oblizał pysk, kiwając głową w stronę ścieżki, na której właśnie pojawił się ptak oraz dwóch strażników. - I to już z kumplami z WWN. Hej, może wy wiecie coś więcej o tych teczkach? Słuchajcie teraz - zwrócił się znowu do współbiesiadników. - Ja wiem, jak się załatwia takie informacje.
- Teczki? - Szkliwo zatrzymał się na ich wysokości. - Tak się to już rozniosło?
- Słyszycie. On wie.
- Nie ma o czym mówić. Teczki zostały zniszczone.
- Tak, zniszczone... - Legion skrzyżował łapy na piersi, zerkając na żurawia, a potem na basiory w jego towarzystwie. - To samo powiedziałeś ojcu. I wiesz co? Nie wierzę w to. Nikt rozsądny w to nie uwierzy. Nie zrobiłoby się o nich tak głośno, gdyby nie były potężną bronią. A potężnej broni się nie niszczy, tylko chowa dla siebie. To znaczy... - rzucił jeszcze jedno, ostentacyjne spojrzenie na strażników. - Dla sekretarza.
- Nie ma już na was żadnych teczek - odrzekł bezbarwnie ptak, czując na ramieniu łapę jednego z towarzyszy. Ruszył bez dalszej zwłoki.
Wyznaję własne wartości, ale wydaje mi się, że każda w pewnych warunkach może być podważalna.
Słońce rozweselało świat, a wiatr wyszywał na niebie śnieżnobiałe wzory.
Sekretarz rozmawiał przed swoją jaskinią z jakimś bardzo zdenerwowanym wilkiem. Uśmiechnął się ciepło, łapą dotknął jego łopatki. Na krzyk odpowiedział milczeniem. Widząc, że zbliżają się strażnicy, otwartą łapą grzecznie zaprosił go z powrotem do lasu. Przez chwilę zdawało się, że to nie poskutkuje. Osobnik odetchnął głośno, jakby w gardle zbierały mu się jeszcze jakieś słowa... ale ostatecznie tylko zacisnął wargi, spuścił wzrok i zniknął wśród drzew.
- Pozwolicie, towarzyszu rzeczniku, na krótki spacer. - Ableharbin jako pierwszy wstąpił na ścieżkę w głąb puszczy. Szkliwo podążył za nim, kątem oka dostrzegając, że dwa basiory, choć zostały w tyle, nie zamierzają ich odstępować. - Jutro rano wyrusza poselstwo do WSJ. Jeśli mają choć krztynę rozumu, tym razem nie odrzucą już naszej współpracy. - Przez chwilę przywódca nic nie mówił. W zadumie poruszył nosem. - Dzisiaj dostałem ostatnią wiadomość od Irosyła. Od tej pory do odwołania żadni listonosze nie będą wpuszczani do siedziby Najwyższej Izby. Spłonęła cała piwnica.
- Mam nadzieję, że Irosył jakoś się tam utrzyma.
- Ma być przesłuchiwany. Zaproponowałem mu powrót do domu, ale twierdzi, że nic mu nie grozi.
Ptak w milczeniu wpatrywał się w leśną ściółkę, omijając gałęzie leżące na najwyraźniej słabo uczęszczanej przez wilki ścieżce.
Po cóż komu cała wiedza świata? Wystarczy wiedzieć tylko kilka prostych rzeczy.
To, że czegoś nie rozumiemy, nie znaczy, że nie ma to wyjaśnienia.
- Uważam, że dobrze wywiązałem się ze swojej obietnicy wobec was i szczeniąt zmarłej Kawki, towarzyszu rzeczniku. Prymula to wyjątkowo pojętna... po prostu wyjątkowa wilczyca.
- Zapewne tak - odpowiedział cicho.
- A w ostatnich dniach wprowadziłem rozporządzenia zgodne z waszymi uwagami.
- Dziękuję, że mnie wysłuchaliście.
- Nie bez przyczyny jesteście rzecznikiem Watahy Srebrnego Chabra. Nie martwcie się. Na pewno nie sprzedamy naszych szczeniąt.
- Słyszałem o tym przed chwilą.
- Jaskinie medyczne mają natomiast gwarancję i obowiązek apolityczności, a każdy, kto przeprowadza się w związku z pełnionym stanowiskiem, ma mieć zapewnione tyle miejsca, by móc wziąć ze sobą bliskich. Nikomu nie wolno tego prawa odbierać.
Minęli grupkę wilków zmierzających w stronę podmokłych łowisk. Jedna z wader zwolniła na moment. Szkliwo posłał jej lekki uśmiech, a ona odpowiedziała mu tym samym. Uniosła łapę, tak samo jak kiedyś, wśród śliw przed remizą, ale tym razem na nic nie wskazywała; po prostu pomachała na powitanie, zanim przywołał ją ktoś z przodu.
- ...I jeszcze jedno. Cały las jest wspólnym dobrem watahy, zarządzanym przez jej przywódców, dostępnym dla każdego wilka.
Żuraw stąpał u jego boku, ponownie wbijając wzrok w ścieżkę.
- A co do was, towarzyszu: zadanie wypełniliście po dwakroć. Potwierdziliście to, czego się obawialiśmy, ale i odebraliście im broń, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Chciałbym powiedzieć, że to koniec. Niestety to dopiero początek. Będą was szukać, bo nie wiedzą, co dokładnie zostało zniszczone... a co tylko zaginęło.
- Mam im wysłać oficjalny list, że wszystkie ich teczki zabrał ogień?
- To nie żarty. Niepokoję się o wasze życie.
- Z waszego niepokoju, towarzyszu, dziwnie najczęściej nic dobrego dla mnie nie wynika.
Zwolnił i obejrzał się. Strażnicy wciąż byli kilkanaście kroków za nimi.
To, że czegoś nie widzimy, nie znaczy, że tego nie ma.
- Długo myślałem, zanim podjąłem tę decyzję. Nie chciałbym, abyście czuli, że ktoś was wykorzystał, nawet z wami nie rozmawiając i nie pytając o zdanie. - Sekretarz skrócił krok, by znów mogli się zrównać.
„Technicznie rzecz biorąc, rozmawiamy, rzeczywiście...”.
- Ale wasza misja dobiegła końca, a przy okazji, jak rozumiem, w domu nie ma nikogo, komu musielibyście tłumaczyć się ze swojej nieobecności. Doszedłem więc do wniosku, że najbezpieczniejsze będzie dla was czasowe zejście z widoku. Oczywiście gdy alfa WSC będzie potrzebował jakiejś pomocy, będziecie mogli go odwiedzać.
Szkliwo przystanął i odetchnął głębiej. Dwoma placami chwycił krawędź jesionki i w zamyśleniu przesunął je w dół, wzdłuż poły. Agrest miał następcę. Prymula miała rodzinę. Sasanka pewnie nawet nie pamiętała jego imienia. Coś ścisnęło go w gardle, chociaż przecież sekretarz miał rację. Jak zwykle zresztą. To chyba właściwa pora, by w końcu... dać sobie spokój.
Tego dnia tyle właśnie mu zostało.
To, że czegoś nie słyszeliśmy, nie znaczy, że mówca milczał.
Gdy otworzył oczy, światło wpadło do nich tak szybko, że zakręciło mu się w głowie. Podniósł się na skrzydle, by usiąść. Przechylił głowę, wiodąc wzrokiem za ptakiem, który właśnie przepłynął po niebieskim tle i zniknął ponad koronami potężnych jesionów. Poleciał na zachód.
Nie bez powodu mówią: Nie sposób bezkarnie kontaktować się z szaleństwem.
Można co najwyżej udawać, że nie ma się ochoty zjeść mięsa pieczonego z solą w słodkim sosie. Pewnie przez jakiś czas chodzi to za każdym, kto wie, że już nigdy tego nie skosztuje. Ale kiedyś przechodzi. Ciało musi odcierpieć, a potem ozdrowieje.
„Ciekawe, co dzieje się teraz na Południu. Czy kozy wyskubały już z trawy wszystkie czterolistne koniczyny. Czy Walisa zebrała nasiona ze swoich kwiatów”.
A na Wschodzie? Po horyzont tylko lasy i łąki, znajome każde drzewo i każda ścieżka. Zapach kwiatów lipy i gładkie pnie brzóz. Zielony mech mokry po deszczu i barwne wrzosy. Rude pnie sosen i ich kłujące igiełki, ozdobione lśniącymi koralikami z czystej wody. Poranna mgła, zapach polnych traw i wieczorny chłód.
To, że czegoś nie poczuliśmy, nie znaczy, że nie może zaboleć.
- Wszystko w porządku? - Łagodny głos dobiegł znad skraju lasu.
- W porządku, Prymulko. Sekretarz pozwolił ci mnie odwiedzić?
- Powiedział, że mogę przychodzić zawsze, kiedy chcę. A szłam akurat do niego i pomyślałam po prostu, że tak tu siedzisz... Dziadek pyta, czy chcesz, żeby przekazać ci świeże dokumenty z jaskini wojskowej.
- Przy następnej okazji. Dziś muszę pomyśleć.
- O czym?
- O niczym szczególnym. I pogrzać się na słoneczku.
- A jak cień z lipy tu przyjdzie? 
- To się przeniosę tam, gdzie słoneczko dalej świeci.
Młoda wilczyca odwróciła się, planując zapewne odejść, ale zatrzymała się w pół kroku.
- Wiesz, że ja przez cały czas myślałam... jak cię nie było...
- Że jestem wilkiem?
- Tak - wymamrotała, niepostrzeżenie podkulając ogon. - Przepraszam. Po prostu spodziewałam się kogoś trochę innego...
- I ten ktoś inny nie wrócił. - Kątem oka zauważył tylko, że położyła uszy. - To ja przepraszam.
- Ale i tak jesteś moim bohaterem.
Uśmiechnął się blado. Jej ślepka wciąż patrzyły na niego tak samo, jak wcześniej. Spod ściągniętych brwi, z uwagą, właściwie do głębi badawczo, jakby nadal nie była przekonana, czy naprawdę do tego zwierzęcia pisała listy, odkąd tylko dziadek nauczył ją pisać.
Zanim odwrócił głowę, jej już nie było na polanie.
Jakkolwiek myślimy, być może znaczy to, że ktoś już pomyślał za nas.

***


Cicho. Pusto.
Przed oczami błękit nieba. Gałęzie drzew rosnących na skraju lasu poruszają się wraz z bezgłośnym podmuchem wiatru. Ziemia jest ciepła od dotyku słońca.
Patrząc na źdźbła trawy od dołu, czuje się trochę, jakby był martwy. Odkąd tylko rozpłynęły się deszczowe chmury, odkąd błysnęła za nimi niebieska przestrzeń... wszystko jest jakieś inne. Bezkres wydaje się z tej perspektywy tak dziwnie bliski.
Zawiał wiatr. Poruszył trawami. I znów jest spokojnie.
Przez sine pióro, które trzyma w palcach, przebijają się cieniutkie wiązki światła. Mruży oczy.
I, co by się nie działo, pamiętać:
Udzielać pomocy, ale nie udzielać kredytów.
„Oddałem ci wszystko, co miałem. Czy to coś da, zmieni przyszłość, a historię uchroni od powtórzenia się? Nie mam pojęcia”.
Popiół ze spalonych listów, raportów i teczek osiadł na polnych ścieżkach, odsłaniając miejsce, które powoli będzie zapełniać się na nowo. W barku wciąż stoją dwie butelki; jedna z naderwaną etykietą. Kościana zabawka będzie dalej przekazywana z łap do łap, dopóki nie zostanie porzucona pod paprocią, pamiętając historię, której już nigdy nikomu nie opowie.
Przyjmować pomoc, ale się nie zadłużać.
A ziemia milczy, ale, choć w milczeniu, przyjęła go przecież tym, czego nikt inny nie może mu dać. Przyjęła go z powrotem między swoich. W miejscu, w którym żaden wilk nie będzie przedmiotem.
„Czy naprawdę tego chciałem? Nie wiem. Ale to nie ma znaczenia. Nie każdy ruch musi być transakcją”.
Musi być tylko ziemia pod stopami. Wietrzyk, który krąży po ścieżkach nawet, gdy nikt nimi nie chodzi. Ciepło promieni na skórze. Bezkresny błękit gdzieś nad głową, nawet gdy zakrywają go chmury. I słońce u jego szczytu.
Życzliwością kształtować umysły.
„Ale jeśli ruch ten jest ceną za to, bym mógł kochać cię jeszcze bardziej i, nadal niczego nie rozumiejąc, znajdować w tym sens, to zapłacę ją za każdym razem, gdy tego zażądasz”.
Przyjemnie jest zwinąć się w kłębek i schować oczy w głębokiej trawie. To pewnie przez silne światło zaczęły tak szczypać.
Wybaczać. Zachować siły na tych, którzy chcą zranić z rozmysłem.
„Lecz ty wciąż milczysz. Tymczasem z pokorą przyjmuję więc i wolność; od gry, od oczekiwań, od zobowiązań. Pozwól mi przez chwilę wierzyć, że każdy krok to już nie tylko wspomnienie, ale i zapowiedź przeżywania tego samego bez końca. Że zdołam zapomnieć, jak to jest, pragnąć, łaknąć i pożądać nienasycenie. Osiągnąć ostateczny cel: spokój. Nigdy więcej walki, nigdy więcej lęku, że ten spokój może zostać odebrany”.
Letnie niebo powoli już łagodnieje, a na gałęziach jesionów odbijają się pierwsze pomarańczowe odbłyski.
Szukać odpowiedzi w przyrodzie: najmniej zawodnym ze wszystkich doradców.
Wiecznie zielone mchy i szum sosen zagłuszają tętent stada jeleni biegnących przez las. Srebrne chabry, żywe, świeże, razem z nim wylegują się na rozgrzanej ziemi. Myśli ulatują; na ich miejscu zostaje lekka senność, która namawia, by przymknąć powieki. I nie ma w tym nic ponad uczucie podobne zasypianiu po ciężkim dniu. I dobrze.
Słuchać rozsądku uważniej niż zasad, bo zdrowe zasady zwykły wynikać z rozsądku.
Pragnienie jest pierwszym słowem przekleństwa, jako i pierwszą drogą do odkupienia, choć nie zawsze wiesz, do czego zmierzasz. Czasem bywają to pojęcia w pełni tożsame.
A może po prostu nic już nie znaczą.

Żyć dobrze ze sobą, a po śmierci życiu pozostawić cokolwiek dobrego.



Koniec.

środa, 16 września 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Akta przemocy”, cz. 23

一
Nie słońce, a księżyc,
który tylko odbija światło.
一


Przetarł oczy, które wciąż piekły od dymu. Gdy wdrapał się na ostatni stopień, wreszcie zdołał je otworzyć.
Kilka kroków przed nim stał stróż. Ślepia miał okrągłe, a łapy sztywne, jakby właśnie wyhamował z pełnej prędkości.
- Co ty tu robisz? Co to za zapach?! - Spadając po schodach niczym kula armatnia, basior zepchnął go na ścianę. Przez krótką chwilę z piwnicy nie dobiegał żaden dźwięk, poza stłumionym szelestem uczty płomieni. Szkliwo zresztą nie zamierzał czekać. Ruszył korytarzem w kierunku najbliższego okna bez szyby. - Kurwa mać! - dobiegło w końcu gdzieś z dołu. Zaraz potem kroki zaczęły znowu gwałtownie się zbliżać. - Skończony jestem, skończony... Ty! Stój!
Ptak wskoczył na parapet w tym samym pokoju, przez który wszedł, i odwrócił się na moment, by oszacować odległość pomiędzy sobą a wilkiem.
- Na Wschodzie jest jedna gościnna wataha, w razie gdybyś rozważał przeprowadzkę - odparł i wskoczył między imponujące pędy różowej malwy, porastającej pobocze drogi.
Świtało. Purpurowa łuna rozrastała się i rozkwitała na złoto, gdy w wiosce wszczęto alarm.
- Pożar! Pożar! - Stróż biegał pomiędzy budynkami i wołał przez puste okna.
Ktoś biegł już do studni z dwoma pustymi wiadrami. Z metalicznym hukiem wpadł w dwójkę asystentów inspektora Ziem Północnych, którzy taszczyli wodę w wielkiej balii.
Jeden z wilków przystanął na uboczu, nie udzielając się w ogólnej panice. Zasłonił pysk, ziewając ukradkiem, po czym przeciągnął się, rozbudzając zaspane ciało. Żuraw podkradł się do niego, torując własną ścieżkę między krzewami.
- Na oczy Matki Natury, Szkliwo! - Irosył drgnął i rzucił ostatnie spojrzenie w tłum wilków. Nadal biegały w popłochu i nawzajem wydawały sobie polecenia. - Wiesz, co tam się stało? Podobno urząd się pali.
- Kończę pracę. Już nic więcej tu nie zrobię.
- Dlaczego? Co to znaczy?
- Byłem w archiwum.
Basior zacisnął wargi i w zamyśleniu machnął ogonem.
- Wstąp do mnie. Niezbyt bezpiecznie tu teraz stać. Bez obaw, wszyscy pobiegli gasić.
- Nie zauważą twojej nieobecności?
- W tym chaosie? Żartujesz. Wystarczy że przesiąknę od ciebie zapachem spalenizny. - Skryli się za budynkami. - Archiwum. Teraz już nic nie rozumiem.
Dom wyższych urzędników był wielki, za to wnętrze pokoju na pierwszym z dwóch pięter: proste i ubogie. Niczym nie wyróżniało się spośród innych we wsi. Przez wielkie pęknięcie w zewnętrznej ścianie można było przecisnąć całą łapę.
- Wiedziałeś, że NIKL... - Ptak zatrzymał się zaraz za wejściem. Nie był przekonany, czy w jego sytuacji jakiekolwiek miejsce w siedzibie Najwyższej Izby mogło jeszcze zostać nazwane bezpiecznym. Współpracownikowi należało się jednak choć szczątkowe wyjaśnienie. - Że pozakładali sobie teczki na wszystkie watahy na swoich ziemiach? I na ich mieszkańców?
- Teczki osobowe? W starociach? - Irosył zanurzył nos w szafce wiszącej na ścianie.
- Tam za archiwum było jeszcze jedno pomieszczenie. Bez żadnego piasku. A w nim dziesiątki, jeśli nie setki teczek. - Zmierzył rozmówcę od stóp do głów. Uszy wilka zesztywniały, a ruchy zwolniły. Zza jego grzbietu dało się dostrzec stojącą na półce białą zastawę i szklane flaszki.
- A ty po prostu... spaliłeś te teczki? Jak tam w ogóle wlazłeś?
- Tak samo, jak wchodzi się do każdego innego miejsca w tym miejscu. Przez drzwi.
Basior wypuścił powietrze z długim pomrukiem.
- Muszę przyznać, że przerosłeś moje oczekiwania. A wcale się na to nie zapowiadało. - Odwrócił się, trzymając w łapach dwie butelki. Nie były pełne, ale w każdej przelewało się tyle samo przeźroczystego płynu. Jedna miała lekko naderwaną etykietę. - No, opowiadaj, co było w tych teczkach, bo umrę z ciekawości.
Ptak lekko zmarszczył brwi. W zamyśleniu przesunął pazurem po szczelinie w drewnianej podłodze.
- Czy to wódka?
- Myślałeś, że przekupili mnie tutaj swoim winogronowym soczkiem? Aż tak nisko nie upadłem. - Zaśmiał się, a jedna z jego łap drgnęła w stronę gościa. Zawahał się na moment; wyciągnął drugą i postawił przed nim butelkę. - A to coś pod twoim płaszczem, to nie przypadkiem jedna z tych teczek?
- Nie martw się, nie twoja. - Szkliwo opuścił wzrok na swoje palce, które bezmyślnie skrobały spróchniałe deski. - Ty nie chcesz wracać do domu?
- To mi obiecano. Ale to nie byłoby dobre wyjście. - Rozsiadł się wygodniej, opierając o wysokie łóżko pokryte zwichrzoną, zieloną narzutą. Dopiero teraz ptak zauważył ułożone na nim kępy mchu i dawno zaschniętych, leśnych kwiatów, które pokruszyły się od conocnego ugniatania. - To ostatnie chwile spokoju. Chcę wiedzieć, jak to zdarzenie wpłynie na decyzje Najwyższej Izby. Jeśli jest tak, jak mówisz, to właśnie przepadł arsenał, który budowali przez lata. Albo nasze słońce zgaśnie... albo niebo stanie w ogniu.
- Słońce. Nie słońce, a księżyc, który tylko odbija światło. Wystarczy zaćmienie, by niczego więcej nie oświetlił. To chyba odpowiednia chwila, żeby coś rzuciło ten cień.
- Och, żeby tak prosto było to znaleźć... - Irosył wyciągnął korek i przechylił butelkę. Odkaszlnął, gdy język nie powstrzymał zbyt dużego łyku przed wlaniem się do gardła. Wzrokiem zaprosił wspólnika do uczestnictwa w toaście. - Jeśli w domu spotkałbyś wilczycę imieniem Jemiołka, to powiedz jej... - urwał. Podrapał jednym nadgarstkiem o drugi, zastanawiając się przez dłuższą chwilę. - Przepraszam.
- W porządku. Nie śpieszy mi się. - Szkliwo posłał krótkie spojrzenie na wpół otwartej szafce. Oprócz butelek i fajansowych dzbanuszków stały w niej i kubki, podobne do tych, z których w remizie piło się wino.
- Nic jej nie mów - zakończył wreszcie, głosem ciężkim jakimś niewidzialnym ciężarem. - Pewnie już o mnie zapomniała. A nawet jeśli nie, po co rozdrapywać te rany. Wszystko miało być inaczej... Trzeba być twardym.
- Uważaj. Przy okazji można stać się kruchym, a to droga w jedną stronę. - Ptak dwoma palcami obrócił swój napitek na podłodze. Strzępek naderwanej etykiety zaszeleścił mu pod pazurem. - W każdym razie...
- I tak zostawisz mnie bez słowa więcej? Naprawdę umrę z ciekawości. Nigdy nie byłem w archiwum.
- Nie. Jeszcze jedno. - Ścisnął szyjkę butelki. - Napij się tego, proszę. - Przesunął ją w stronę wilka.
- Po co? - Ten przelotnie uniósł brwi. - Nie rozumiem.
- Nie musisz. Po prostu weź łyk. - Pochylił się, by przysunąć flaszkę jeszcze trochę bliżej. - Z butelki, którą mi dałeś.
Zapadła cisza. Irosył wyprostował się niespokojnie. Wciąż patrzył tym samym wzrokiem, jakby głębokie zaskoczenie przyrosło mu do pyska.
- Nie, Szkliwo - odrzekł wreszcie bezdźwięcznie. - Chyba rozumiem. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy w miejscu, gdzie nikomu nie można ufać, ale chyba zapominasz, z kim rozmawiasz. Boisz się, że chciałem cię otruć, prawda?
- Dlaczego po prostu się nie napijesz? Za zakończenie misji. Zwyczajnie zamieniamy się naczyniami.
- Wyobrażam sobie, co czujesz po tym wszystkim. Ale błagam, opamiętaj się. Nie mogę grać w tę grę i pogłębiać paranoi, w którą wpadasz.
Szkliwo wstał z westchnieniem.
- Wiem, że najlepszym dowodem twojej wierności Najwyższej Izbie byłoby ciało własnoręcznie zabitego zamachowca. Ale, wybacz, nie dziś, gdy wracam do domu.
Wilk przez bardzo długą chwilę trwał w bezruchu.
- Jednak ptaki mają coś z gadów.
- To działo się z każdym szpiegiem? Został ci już tylko strażnik uwiązany do drzwi remizy? Zakładam, że żyje, bo nie wie niczego ciekawego.
- Wie dużo ciekawych rzeczy. - Irosył opuścił wzrok na swoje pazury, które przez chwilę manewrowały po gładkiej powierzchni butelki. - Niestety tylko to, co może zobaczyć, nie ruszając się z miejsca.
- Jego szczęście. - Skrzydlaty wycofał się o krok w stronę drzwi. - Bywaj zdrów i wracaj do nas, gdy już pozałatwiasz wszystkie sprawy. Może jednak powinienem przekazać coś Jemiołce?
- Nie. - Nie poruszając głową, basior odwrócił wzrok gdzieś na ścianę. - Już nic.
Żuraw skrzywił się lekko, a może uśmiechnął, sam nie był już pewien. Był zbyt zmęczony, żeby o tym rozmyślać.
- Chciałbym umieć kłamać tak jak ty.
Na skwerku przed remizą trwał zwyczajny poranek. Stelkia wyprostowaną łapą zbierała sierść z rozłożonego na trawie koca, wyciągnięta nad nim jak wąż, aby nie deptać go tylnymi łapami, ubłoconymi od mieszaniny rosy z pylistą ścieżką. Obok niej szybko rósł stosik kłaków o przeróżnych kolorach, długości i strukturze.
- Jest Ildiri?
Wadera stęknęła i obejrzała się. Widząc niewilkokszałtne stworzenie, tylko przewróciła oczami.
- A czego ty od niej o tej porze chcesz?
- Poszła na spacer. Na spacer nad rzekę - wtrąciła Linami, która właśnie stanęła w wyjściu z budynku. - Stelki, przerwij na chwilę i chodź po miskę! Mówią, że w urzędzie coś się pali. Fijka każe wszystkim lecieć gasić.
- Niech se sama idzie stara ropucha. Ja zajęta jestem.
- No już, bo będzie awantura - warknęła i znikła wewnątrz budynku.
- No już! - huknęła za nią potężna wilczyca, ciężkimi, niewielkimi krokami złażąc z koca. Obie utonęły w mroku korytarza.
Na wodzie pod mostkiem pojawiło się drugie odbicie.
- Dzień dobry, Ildiri.
Sierść na jej karku zjeżyła się gwałtownie. Wilczyca zerwała się na równe nogi i natychmiast odwróciła do niego frontem. Otworzyła pysk, lecz nie wydostała się z niego ani odpowiedź, ani pytanie.
- Jak się czujesz? - położył skrzydła na poręczy. Przez dłuższą chwilę trwała cisza.
- Wiesz, ja...  - odparła w końcu półgłosem. - Czy ty wiesz, pamiętasz...
- O czym mówisz?
- Tak mi... - Uniosła łapę, jakby chciała poprawić uczesanie, choć to jak na złość już wyglądało nienagannie. - Przepraszam cię.
- Za co? - Podniósł głowę, czując na czole błogosławieństwo słonecznych promieni. Mieniła się od nich ciemna tafla wody, przez liście porzeczki i wierzby tryskała z nich świeża zieleń. Równina w oddali i stojące na niej domy jaśniały jak złoto.
- Bo... wczoraj w ogóle nie było mnie w pracy.
„Ależ proszę. Mnie również tam nie było”.
- Po tym wszystkim, po tym, jak Korni... Ale już dzisiaj będę.
„No cóż. A ja nie”. Skinął głową, lekko w bok, nieco obojętnie.
- Przynajmniej przez jakiś czas - dokończyła na jednym wydechu. Żuraw mocniej oparł się na barierce.
- Do czego zmierzasz?
- Potem będę miała przerwę, ale tylko na chwilę. - Przystanęła obok niego i również ścisnęła metal łapami. - Jestem w ciąży.
- O nie. - To, co usłyszał, musiał odtworzyć w myślach słowo po słowie. - Te szczenięta...
- Nie musisz liczyć księżyców. Tak czy siak będą szczeniakami, nie pisklakami - stwierdziła chłodno.
- Jeszcze raz proszę: uciekaj stąd. Kilka dni drogi i jesteś na Wschodzie. Tam cię przyjmą. Twoje dzieci będą żyły, a ty już nigdy nie będziesz musiała robić tego, co robisz.
- Nie.
- Zajmę się tobą jak siostrą. Jedzenia i miejsca będzie pod dostatkiem.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Nie zrozumiesz. - mruknęła. - Oni mają na ojca masę haków. Naraził się już wielu moim ważniejszym... pacjentom. Wszyscy, co o nich wie więcej, niż powinien. Wszyscy ci, co spotykają się z dziewczynami, które mają z nim na pieńku. Jak mnie zbraknie, to oni go zniszczą.
- Co sprawia, że tak ci na nim zależy? Przez całe życie wykorzystywał cię jako przepustkę. Jako szpiega. Nigdy nie traktował cię jak córki, więc dlaczego usilnie próbujesz grać tę rolę? Możesz mi to wytłumaczyć?
- Mogę nawet jednym słowem, co tak się go boisz. Mił...
- A czy on tak samo cię kocha? - przerwał jej cicho.
Właśnie w tamtej chwili, gdy wodził wzrokiem po czarnych kosmykach na jej szyi, zdał sobie sprawę, że widzi ją po raz ostatni. Oczy wilczycy błyszczały, tego dnia wyjątkowo wyraźnym blaskiem, a pod nimi, na powiekach, tworzyły się pojedyncze zmarszczki goryczy.
„Nakideron... Oby twoje królestwo zepsucia upadło, ciągnąc cię za sobą. I obyśmy się więcej nie spotkali”.
- Nadal nie wiadomo, co z Awitą?
- Ona odeszła. - Wilczyca objęła łapą przeciwległe ramię.
- Dokąd?
Wzruszyła ramionami. W milczeniu zaczęła zdzierać z poręczy grudki rdzy.
- Skąd to wiesz?
- Odeszła do swojej rodziny. Może być? - burknęła.
„Po prostu odeszła. Dobry losie, niechby to była prawda...”.
Jej słowa zastąpiło skrobanie pazurów o metalową rurę. Nie wyglądała, jakby miała jeszcze coś dodać, a on nawet nie wiedział, o co mógłby zapytać. Ominął ją płynnie.
- A ty dokąd? Nie do pracy? - usłyszał za plecami.
- Z pracy.


Po jednej stronie szumiał mu las, po drugiej wróble świergotały na łące. Bujna trawa uginała się pod stopami. Wszystko było jakoś tak. Jakoś tak... że nawet nie chciało mu się przyspieszać kroku. Unoszące się nad ścieżką bielinki i cytrynki wyglądały jak zerwane przez wiatr liście baśniowych drzew. Od wschodu wiał lekki wiatr. Niósł woń suchego, sosnowego drewna.
Został sam. Właściwie nic się nie zmieniło. Dalej miał płaszcz na grzbiecie. Pióra na piersi drżały przy każdym powiewie, na kilku pazurach widniały drobne rysy po otarciu kamieniami.

Ile zim, ile lat
Ile wody upłynęło
Ile życia minęło beze mnie
Ile żyć odeszło ode mnie

Im dalej na wschód, tym bardziej pochyła była ścieżka, to w górę, to w dół. Usiadł w trawie, na zboczu łagodnego wzniesienia. Spał na nim kiedyś; dawno, gdy szedł tą drogą pod raz ostatni. Wtedy też obok nie było nikogo. Choć dopiero tym razem czuł, że naprawdę nikt nie patrzy. Nikt niczego nie oczekuje. Nikt właściwie wcale na niego nie czeka.
A na co on czekał? Co czekało go w domu?
Położył się wśród żółtych oczek wrotyczy. Zbliżał się wieczór.
Zdawało mu się, że spał krócej niż trzy uderzenia serca, a mimo to sen przyniósł mu ciszę w głowie i pustkę w myślach. Była jeszcze noc, gdy ruszył dalej.
Im bliżej był celu, im dalej odpływała biała wioska, tym mocniej czuł, że nie ma żadnego planu. Czy musiał go mieć? Stało się coś, czego ciągu dalszego nie dało się jeszcze w pełni przewidzieć. Pozostało mu czekać - bez próżnych pytań.

Po wysokiej, wysokiej trawie
Pójdę wyprostowany
Pełną piersią zaczerpnę powietrza z tych pól
Których smak już dawno zapomniałem

Rankiem dnia trzeciego obudził go blask pioruna. Niebo zasnute szarością i wielkie krople, które bez opamiętania chłostały gałęzie krzewów, nie zachęcały do dalszej podróży, ale był już zbyt blisko, żeby myśleć o zwlekaniu. Na ziemi Watahy Szarych Jabłoni nie spotkał żywej duszy. Wszyscy zapewne przysypiali w swoich norach.
Oto i ostatnia granica, orientacyjnie wyznaczona na przełomie jednej z polan i krawędzi lasu. Stała tu stabilnie, nieruchomo, tak samo, jak ją zostawił; jakby było to ledwie wczoraj. Wszystko tak zwyczajnie. Słyszał tylko wszechobecny szum i nieskończony stukot.
Zwyczajnie. Właśnie tak. Przecież nic tu się nie zmieniło. Tylko jemu gardło ściskało się przy każdym wdechu i skrzydła zaczęły drżeć. Rozłożył je lekko, by poczuć odbijające się od nich chłodne drobiny. Kałuże na ścieżce pluskały mu pod stopami.
Szarość chmur przybrała tak dziwnie ciepły odcień. Promienie lądowały prosto na rudych pniach sosen. I oczy od nich pojaśniały. I w piersi coś zaczęło mrowić. Deszcz kapał na czoło, przecierał strużki na policzkach, choć chyba nie sam.

Wśród stogów wysokich
Złote ściernisko
Postawię bosą stopę
Ziemia przyjmie mnie życzliwym ciepłem

Dokąd indziej mógłby udać się najpierw, jeśli nie do jaskini alf... lecz dziwnie byłoby tak po prostu zameldować się w środku. Nie ostrzegł, że wraca. Zasadniczo kazał im już nawet nie pisać do siebie listów.
„Ale obiecałem, że wrócę. No, to jestem”.
Jak to możliwe, że kiedyś nie było dla niego żadnego NIKL-u? Że jego świat ograniczał się do berberysowej polanki i tej jaskini, do której codziennie właził bez pukania?
Przystanął.

Parę kroków
I pole mnie wspomni
Witaj z powrotem, powie, w domu
Witaj w domu, stary

- Słyszysz? - Nie rozpoznał tego głosu, choć z pewnością należał on do wilczycy. - Ktoś tam się kręci przy wejściu. Czy to nie goniec z wiadomością?
Kroki zaczęły gwałtownie przybliżać się do jego bezpiecznej pozycji. Zamarł.
- Jaki goniec? Hiekka po prostu by wkroczył. - Drugi, chrypliwy... To był Agrest. Nawet przez szumną zasłonę deszczu czuć było czas, który upłynął, odkąd Szkliwo słyszał go po raz ostatni. - Malutka, wyjdź zobaczyć, co to za spóźnialski zawraca głowę o tej porze! - Udawał poirytowanie, lecz beztroska, która przez nie przebijała, jasno świadczyła, że, nie bacząc na popołudniową już porę, wcale nie jest znużony przyjmowaniem interesantów.

Ni domu, ni klamki
Ktoś powie z wyrzutem
Niczego nie zdobyłem, nie odłożyłem
Tylko służyłem - wiernie i uczciwie

Brzmiał jak dawno zapomniana piosenka. Szkliwo słuchał każdego dźwięku, jakby poznawał ją na nowo, i jakoś nie mógł uwierzyć, że to wciąż ten sam utwór.
Wtedy z jaskini wysunął się zgrabny pysk o uniesionych z zaciekawieniem brwiach i szeroko otwartych oczach. Wilczyca strzepnęła uchem, na które spadła duża kropla. Złączyli spojrzenia.

Lecz bogatszych ode mnie
Nie ma na świecie
Odkąd na ziemi rodzimej stanąłem
Odkąd przeszedłem po niej boso

Ptak przypominał kilka innych, które musiała znać, lecz jego oblicze było jej obce. Zastygli naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem. Cień niepewności w jego oczach naraz przerodził się w uśmiech; dziwnie przeźroczysty, jakby uśmiechnął się do siebie samego. On rozpoznał tę złotą sierść, a na niej beżowe plamy, po wielokroć większe niż ostatnim razem.
„A więc to ty. To szczeniątko, które pisało listy... to ty”.
- Dzień dobry... - Wilczyca subtelnie odchyliła głowę, by zawołać do wnętrza jaskini. - To jakiś... Nie, to nikt z WSC. To jakiś ptak.
- Ptak?! - Zachrypnięty głos wybrzmiał z mocą. Głęboko w jaskini rozległo się sapnięcie; wilk zerwał się na nogi. Zaraz po nim jednak dało się słyszeć zadyszkę i klapnięcie na piach. - No gdzie on jest, niechże wejdzie!
Odwróciła głowę i uprzejmie odsunęła się od przejścia. Deszcz wybawił jaskinię od pogrążenia się w ciszy.
- Szkliwo, niech mnie jasność nie opuści - stary głos w połowie zdania przerodził się w szept. Chude łapy wyciągnęły się najdalej, jak mogły. - Bracie ty mój.
Posłusznie zbliżył się na tyle, by owinęły się na jego karku. Przełknął ślinę. Zdawały się kruche; tak znajome, tak bliskie, a jakoś dziwne obce. Drżący oddech basiora urwał się na jego ramieniu i rozbrzmiał ponownie.
- Ale... jak to? - dobiegło z tyłu. Zagłębił palce w chłodnym piasku. Czując, że uścisk starego wilka słabnie, odsunął się delikatnie i odwrócił. Wilczyca spuściła wzrok, jakby z nieśmiałości, choć nie zatrzymała go na ziemi, a gdzieś na jego nogach; dwóch nogach i bordowym płaszczu. - Cześć, Szkliwo.
- Cześć, Prymulko.
Zdumienie, które przed chwilą uniosło jej brwi, powoli więdło. Pomimo niezręczności chwili, nie mógł oderwać wzroku. Obserwował, jak czerń źrenic zaostrza się, jak zaczyna błyszczeć. Wreszcie ukazało się w pełnej krasie ono: szczere, niewinne rozczarowanie. Spodziewany ciąg zjawisk dopełnił się co do szczegółu.
- Sia... siadaj. - Stary wilk sam usadowił się wygodniej. - Prymulka zaraz pójdzie do łowców. Pewnie zgłodniałeś w podróży.
- Nie, nie! Dziękuję, nie kłopoczcie się. I tak najpierw muszę odwiedzić sekretarza.
- Sekretarza? - Agrest skrzywił się przelotnie. - Po deszczu będziesz biegał? Dopiero co wróciłeś, pewnie ledwo na nogach stoisz. Po co ci teraz sekretarz?
- Nie chcę, żeby dowiedział się od przypadkowych świadków, że już jestem.
- No dobrze, niech ci będzie. Więc wróć wieczorem. Rozpalimy ognisko. Będziesz miał duuużo do opowiadania. Prawda, Prymulko? Odkąd przestałeś pisać, bez końca suszyła mi głowę, żebym pisał do NIKL-u o urlop dla ciebie, żebyście mogli razem wybrać się na polowanie. - Zaśmiał się z cichym świstem, a oni jak na komendę zaczęli wzrokiem szukać czegoś w piasku. Odkaszlnął.
- Jasne, przyjdę wieczorem.
Wilczyca jeszcze niżej opuściła pysk, podniosła łapę i w jednym mgnieniu przesunęła nią po policzku. Spojrzeniem odprowadziła żurawia do wyjścia, nie wypowiadając ani słowa.
I to wszystko. Znowu był w domu. Nagle byli blisko: Prymula, Agrest i sosnowy las. A jednak praca jeszcze się nie skończyła.
Ścieżka na południe w kilku miejscach zaczęła zarastać, w innych nieco zmieniła kształt. Nie spodobała mu się ta zmiana. Kto nią chodził? Banda pijaków? Dopóki Agrest deptał ją codziennie, od początku do końca na swoich obchodach, trzymała się w lepszej formie.
Znad jeziora dobiegały jakieś krzyki. Wyjrzał z lasu. Na Polanie Życia zebrało się całkiem spore grono znajomych pysków z obu watah.
- Dziś miał być dzień naszego zebrania!
Lagimira. Jedna z towarzyszek z rady sekretarza. Za nią stali i inni jej członkowie. Co robili w WSC?
- Wykluczone. Dziś w nocy będę ze szczeniętami podchodzić tu zwierzynę. Wszystko przepłoszycie! Nie macie w swojej watasze miejsc na zebrania?
- Dogadamy się. - Wilczyca potarła czoło łapą. - Przyjdźcie z dziećmi na zebranie. Gonić dziki możecie codziennie, a okazja do obcowania z ideą to już nie oczywistość.
- Wiesz co? Pluję na tę waszą ideę - warknął nauczyciel. Odwrócił się, by odejść. Szkliwo niemal równocześnie zrobił to samo, by nie rzucić się w oczy nikomu ze zgromadzenia. Wtem znów rozległo się wołanie.
- Towarzyszko Prymulo! Jesteście wreszcie. Nie wiem, jak mam to rozumieć. Czy towarzysz Agrest nie zgodził się na dzisiejsze zebranie w WSC?
- Zgodził się, oczywiście, że się zgodził! - Wybiegła z lasu. Ptak odwrócił się jeszcze na chwilę. - Przecież trochę wilków od nas też chciało uczestniczyć.
Zatrzymał się, zanim ruszył swoją drogą. Skrzydłem mocniej przycisnął do siebie gruby plik kartek. 
„Irosył miał jednak trochę racji. Najwyższa Izba wypaczyła mnie bardziej, niż myślałem, jeśli wszędzie widzę podstęp i kalkulację. A jednak... nie umiem inaczej”.
Zamiast do WWN, skręcił na inną ścieżkę.
Po sosnowych igłach spływały lśniące krople. Każda gałąź, ozdobiona dziesiątkami koralików, błękitniała, odbijając obraz piór oświetlonych świeżym słońcem. Pod sam wieczór wyjrzało po deszczu i nagle cały las zaczął inaczej mówić spokojniejszym głosem.
Wszelkie ziele na mokrej ziemi, wilgotna kora i igliwie pachniały po stokroć mocniej. Chciało się wdychać tę świeżą woń pełną piersią.
- Delta. - Ptak zajrzał do jaskini medycznej, cofając się o pół kroku, gdy tylko dostrzegł krzątającego się wewnątrz medyka.
- O, wróciłeś już z krain dalekich?
- Potrzebuję pomocy.
- Nie wyglądasz. Pilne?
- Nie, mogę poczekać.
- To czekaj.
Usiadł więc przed jaskinią, w głębokiej trawie. W zadumie powiódł po niej skrzydłem. Ze stojącej naprzeciwko sosny ze stukotem spadła sucha gałązka.
Niebawem z jaskini wyszła dwójka wilków. Nawet ich nie znał. Możliwe, że przybyli z Watahy Wielkich Nadziei. A może to jacyś wędrowcy korzystający z miejscowej gościnności?
- No dobrze, co ci tam potrzeba? - chrypliwy głos starego basiora dobiegł zza wejścia. Delta nie fatygował się na zewnątrz. Gdy ptak ponownie znalazł się w jego czterech ścianach, on już stał przy swoim schowku z lekami. - Zwalili się dzisiaj ci od Nadziei na łeb, że ledwo przyszło zaopatrzyć szczeniakowi skręconą łapę. Kiedy ja mam się nimi niby zajmować? - gderał, przekładając swoje słoiczki z miejsca na miejsce. Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że wykonuje zupełnie przypadkowe ruchy, jednak po dłuższej chwili nie dało się nie zauważyć, że obok siebie kończą tylko te same liście i identyczne kolory proszku. Jednym ślepiem obejrzał się przez ramię, a spojrzawszy, rozluźnił pysk i zatrzymał łapy. - No, mów. Już mam czas.
- Na karku mam kawałek skóry do wycięcia.
- Co też ci przyszło do głowy. - Odbił się od ścianki z suchych gałęzi, w które powtykane były flakoniki i pudełeczka. - Zapamiętaj sobie, że ostatnie zdanie w tej sprawie ma wilk uczony.
- Widzisz, głupia sprawa. - Nachylił się, aby malutki basior mógł zapoznać się z powodem wizyty.
- A co to za zawijas? No, jest tu wokoło lekki stan zapalny, ale księżyc o połowę się skurczy i wszystko się zagoi, jak dwa i dwa to cztery.
- Muszę się tego pozbyć.
- Zmyć się nie da? Albo zetrzeć?
- Owszem, razem ze skórą.
- Ki diabeł - wymamrotał Delta, gładząc łapą wibrysy na swoim pysku. - Zaklęcie jakieś? Co to robi?
- Teraz już nic - odrzekł ciszej.
- W takim razie nie ma sensu tego ruszać. I tak nie widać pod piórami.
- Delta. - Ptak chrząknął. - Proszę. Jak mi nie pomożesz, to sam jakoś to zrobię. Okaż trochę współczucia i zajmij się tym tak, żeby mniej bolało.
- Zostanie ci po tym blizna jak stąd nad morze.
Nie słysząc już w ustach medyka bezwzględnego zacięcia, Szkliwo uśmiechnął się łagodnie.
- Wszystko jedno. Wolę taką pamiątkę.
Mały wilk poruszył nosem, zastukał palcami w ziemię. W końcu pokręcił głową.
- Czekaj, przyniosę nożyk i spirytus... i nici, tak. - Westchnął. - Ech, wy politycy. Uparte toto jak kozioł.
Noc osiadała na trawach, a cienie z rodzącego się właśnie ogniska tańczyły po skałach i drzewach. Agrest samotnie siedział przed swoją jaskinią i stękał, jedną łapą wachlując płomień liściem paproci, a drugą namiętnie trącając go giętkim patyczkiem. Jego tylne nogi ułożone były krzywo, jakby mięśnie przestały już trzymać je w ryzach. Grzbiet wyginał się przy każdym mocniejszym ruchu.
Ptak przysiadł się do ognia.
- Jesteś wreszcie! I co powiedział sekretarz?
- W końcu u niego nie byłem. Gdzie Prymula? I Sasanka, i Legion?
- Prymulka poszła do łowców. Pewnie jesteś głodny? Może uda się coś jeszcze dostać, to od razu będziemy mieli na śniadanie.
- Dla mnie nie trzeba. Najadłem się po drodze liści chrzanu.
- Nie można tak o samej trawie, bo ci twoje piękne berberysowe oczka od tego zzielenieją!
- A Sasanka i Legion?
- Ach, Legion. Legion dyżuruje dziś w jaskini wojskowej. Ostatnio w ogóle dużo czasu tam siedzi. A Sasanka pewnie przyjdzie na noc. Albo i nie.
Ogień sunął po równo ułożonych gałęziach. Dotarł do kępy mchu, która zasyczała i zaczęła się kurczyć.
- Tyle czasu... I nic nie powiesz? - mruknął stary wilk. - Nie kazałeś do siebie pisać, a teraz zachowujesz się, jakby twojej wyprawy w ogóle nie było. - Gdy spojrzał na niego, być może mając nadzieję do czegoś go tym zachęcić, ptak w bezruchu wciąż gapił się na ognisko. Na słowa, a następnie niecierpliwe chrząknięcie, nie odpowiedział wcale. W końcu basior przestał pytać. Tylko jego świszczący oddech mieszał się z trzaskiem płonących gałązek. - Powiem ci, że ja ostatnio już za niczym nie nadążam. Sekretarzowi uwidziało się, że może rządzić nami wszystkimi i robi nam tu wielki sojusz watah. Wiesz co? Czasem mam ochotę sam pójść do tego twojego NIKL-u i powiedzieć, żeby zrobili z nim porządek! Może dlatego tak drań chce z nimi walczyć? - zachichotał.
„I co ja mam niby mu odpowiedzieć?”.
Skrzydlaty podniósł się i ruszył ku jaskini.
- No i co z tobą się dzieje?! - zawołał Agrest, sztywno odwracając głowę, na tyle, by nie musieć zmieniać pozycji. - Martwy wróciłeś, czy co?
Zatrzymał się zaraz za ścianą, w zupełnej ciemności. Szumiało mu w głowie.
„Jeśli się wycofam, niczego nie zmienię. Wszystko pójdzie na marne”.
- Myślisz, że nikt nie widział, co się z tobą dzieje - dobiegający z zewnątrz głos basiora nieco przycichł. - A ja po każdym twoim liście się bałem, że to będzie ostatni.
W kątach jaskini tańczyły nikłe echa płomieni. Cienia wilka nie było stąd widać. Szkliwo zacisnął palce na chłodnym piachu. Jeden oddech, drugi, trzeci. Wszystko, byle nie pociekło z oczu.
- Masz czyste kartki? - rzucił za siebie.
- Są na dnie schowka - burknął alfa. - O, malutka, jesteś wreszcie! Łowcy mieli coś dla nas?
- Akurat zbierali się na polowanie. Powiedzieli, że z samego rana przyniosą.
„Zło dobrem zwyciężaj... a jeśli dobra nie ma?”.
Ptak wrócił po chwili, niosąc kilka żółtawych stron i zwęglone polano. Rzucił krótkie spojrzenie Prymuli, która usiadła tuż przy Agreście, wtulając się w jego sierść. Widział teraz wyraźniej, że w istocie była jeszcze dzieckiem. Jej zielone ślepia obserwowały teraz odbiorcę swoich dziecięcych listów spod nieznacznie ściągniętych brwi. Basior objął ją ramieniem i końcami palców zaczął gładzić jej złotą sierść.
„Mniejszym złem pokonuj większe”.
- Trzeba to wszystko spisać. - Szkliwo położył kartkę przed sobą, na trawie. 
- Co? - Alfa nieufnie uniósł głowę.
- To, co powinien wiedzieć sekretarz.
Agrest tylko westchnął ciężko. Uchylił pysk, ugryzł się w język. Zamknął pysk. Suchym kijkiem poruszył drewno w ognisku. Potem siedzieli w ciszy, słuchając długiej, monotonnej pieśni świerszczy.
Następnego ranka mgła unosiła się aż do koron drzew. Pogoda była leniwa. Kto mógł, otwierał tylko jedno oko, by sprawdzić, jak wysoko może być już słońce, i spał dalej. Kto zwlókł się z posłania, temu powieki kleiły się jeszcze przez dłuższy czas, a stopy szurały po przemoczonym piasku.
Szkliwo zawiesił się w stanie pomiędzy, zwinięty w kłębek wokół schowanej pod płaszczem, papierowej przesyłki. Nie chciało mu się spać, ale jakoś nie mógł pozbierać się z ziemi, choć podejrzewał, że jeśli będzie zwlekać, spóźni się na śniadanie do jaskini alf. Wszystko jedno; i tak nigdy nie zjadano tam wszystkiego za jednym razem. A jeśli nie zostałyby żadne ostatki, łąki były pełne szczawiu i nornic. Przeciągnął się więc i dalej wsłuchiwał w odgłosy pojedynczych kropel spadających na trawę z gałęzi berberysu.
„I co, gdy mniejsze zło pokona większe? Pozostanie mieć nadzieję, że zwycięzcy rozpoznają złe w gorszym i nie pozwolą historii powtórzyć się na własnej ziemi”.
Nieopodal jaskini sekretarzowskiej przesiadywała grupa bliżej nieokreślonych wojskowych. Okrzyk rozpoczynający pieśń poniósł się w niebo jak echo gromu po górskich szczytach. Mimo że słońce dopiero wzeszło, ogień już wesoło trzaskał w centrum i zdawał się bujać w rytm śpiewnych słów.
Przed samą siedzibą władzy stało kolejnych dwóch strażników.
- Kto idzie? - rzucił jeden z nich.
- Rzecznik WSC.
Wilk już odwracał się, by ruszyć do przywódcy z meldunkiem, gdy z wewnątrz dobiegł krótki rozkaz.
- Wpuścić!
Odstąpił od przejścia. Ptak wszedł do środka, prewencyjnie lekko pochylając głowę. Coś ścisnęło go w piersi. Minęło sporo czasu, odkąd rozmawiali oko w oko. Odkąd w ogóle rozmawiali, bo listy, które wymienili, rozmowy nawet nie przypominały. Tak wiele się zmieniło. A jeśli sekretarz oczekiwał... na przykład dalszej korespondencji i ustalenia kolejnych kroków? Jeśli postanowi wyciągnąć konsekwencje z samowolnego działania i powrotu swojego szpiega? Jeśli zebrane informacje nie wystarczą?
Ableharbin właśnie był w trakcie samotnego śniadania. Oblizał wargi i powitał gościa uśmiechniętym milczeniem. On był jak posąg. Wcale się nie zmienił.
- Towarzyszu sekretarzu, skończyłem pracę. - Sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej zgiętą na pół kartkę i położył przed wilkiem. Ten spojrzał na nią w milczeniu. - Wydaje mi się, że zrobiłem tyle, na ile pozwoliły mi okoliczności.
- Słucham was z pełną uwagą.
Szkliwo odetchnął, dając sobie czas do namysłu. Jego skrzydło poruszyło się pod płaszczem.
- NIKL ponad wszelką wątpliwość planuje interwencję na naszych ziemiach.
- Jak udało się to ustalić?
- Rozmawiałem z przewodniczącym.
Basior kiwnął głową, z lekka marszcząc brwi, choć ruch ten szybko przykrył pojedynczym mrugnięciem.
- Czy udało się ustalić, jakimi siłami dysponuje?
- Pozwalam sobie załączyć przykład.
Dwie teczki z hukiem uderzyły w głaz. Delikatnie uśmiechnięte oczy Ableharbina zatrzymały się na nich bez cienia czytelnych emocji.
„Jeśli ten okruszek władzy ma pomóc ci poznać smak chleba, którym karmiła się Najwyższa Izba... Przynajmniej teraz wiem, w czyich znajduje się łapach”.
- Zastrzeżone. Mundus, Szkliwo - przeczytał. Powolnym ruchem przesunął łapą okładkę leżącą na górze i odsłonił tę spod spodu. - Zastrzeżone. Ableharbin. Ach tak.
- Pomyślałem, że gdy się o nich dowiecie, będziecie woleli być spokojni o własną.
- O własną. - Basior skinął głową. - A to? - Podniósł plik dokumentów leżący na górze; otworzył.
- Akta jednej osoby, które wolno mi upublicznić. Wiem, co się z nimi stanie.
- Pieczęć NIKL-u... po wewnętrznej stronie okładki.
- Oznaczali dla siebie, nie na pokaz.
Basior kiwnął głową. Przekartkował zbiór, w kilku miejscach zatrzymując się na dłuższą chwilę. Szkliwo obserwował jego pysk, nie ważąc się poruszyć nawet piórkiem.
- No, no, ciekawe rzeczy.
- Zważywszy na to, do jakiej szczegółowości i cierpliwości jest zdolny NIKL nawet w przypadku najniższego urzędnika, Wataha Szarych Jabłoni raczej nie będzie wątpić, że ten sam aparat tak samo zdolny jest planować wojnę. Jest tam też... dowód na istnienie obozu pracy dla więźniów.
- Coś pięknego. - Ableharbin doczytał stronę i odłożył teczkę. Ujął w łapy drugą, podpisaną swoim imieniem. Otworzył, przerzucając kilka stron. - Nie pytam, czy do niej zaglądaliście.
- Nie odpowiadam.
- „Profil w trakcie uzupełniania”.
- Nie zdążyli jeszcze spisać wszystkiego, co ich interesowało.
- I już nie zdążą. - Basior umilkł, przesuwając łapą po krawędzi kartki. Wreszcie podniósł wzrok i westchnął głęboko. - Dobrze. W porę. Czy potraficie oszacować, ile podobnych mają w posiadaniu?
- Jedną.
- Słucham?
- Akta WSJ zostały przez kogoś wypożyczone. Reszta spłonęła przed kilkoma dniami.
- Spłonęła - powtórzył sekretarz wolno. Położył jedną teczkę na drugiej, swoją ponownie chowając pod spodem. - Przechowam je. Doskonale rozumiecie, że to zbyt ważne zasoby, aby chodzić z nimi po lesie. Ta jaskinia będzie najbezpieczniejszym miejscem.
- Miłej lektury.
Wilk uśmiechnął się uprzejmie.
- Chcę, żebyście wiedzieli, że doceniam tę ofiarę - oświadczył tonem równie oficjalnym co wcześniej.
Skrzydlaty skłonił się lekko.
„Ofiarę ze zgody na to, byście zobaczyli dokument wytykający mi odruchy, których jesteście w tej właśnie chwili beneficjentem?”.
Wziął wdech, zanim zdążył przemyśleć, co powinien powiedzieć. Przełknął ślinę.
- Polecam się na przyszłość.
- Fakt, jak spójne są ukryte w was sprzeczności, nie przestaje mnie zadziwiać, towarzyszu rzeczniku. - Wilk rozłożył łapy w uprzejmym geście pożegnania. - Cieszcie się wolnym dniem. Pewnie to wam teraz najbardziej potrzebne. Znajdę was, gdy zajdzie taka potrzeba.

Cdn.