środa, 1 kwietnia 2026

Od Delty - " Nie ma to jak życie" (prima aprilis post)
















Od Hiekki CD Całki

- W każdym razie. Jak u ciebie?
Basior zastukał niezręcznie pazurem w szkło ciemnobrązowej butelki, zastanawiając się, czym w ogóle mógłby się podzielić. Zabolało go jej brak melancholii względem…kogo, siebie? Czy watahy ogółem. Podał jej drugą butelkę, którą trzymał w łapach, za co ta podziękowała cicho.
- Cóż, sporo tych, których znałaś, dawno odeszło.- Zamyślił się.- Niewiele zostało starych twarzy. Nie pamiętam czy odeszłaś jeszcze zanim wojna się skończyła, czy już po, ale bywało gorąco.- Wstał i zaczął gestykulować na tle kamiennej ściany.- Jakieś grupy buntownicze, protesty, obalanie alf, nożownicy, zamachowcy, ruch oporu, wioski renegatów, okropne rzeczy, jak to wojna. Mieliśmy nawet bitwę, krwawa sieczka. - Splunął w bok.- Byłem wtedy na flance, przymusowo nas brali na mięso armatnie. Poległo kilku honorowych. Później Admirała, tego idiotę, przewrotowca, w końcu sprzątnęli.
- Nie nudziliście się.- Całka usadowiła się wygodnie na dywanach wyłożonych na przepołowionej kłodzie. 
- Krótko po tym przylazł jakiś nowy doradca alf, kolejny ptak, co ich tak do nas ciągnie to sam bym chciał wiedzieć, naprawdę.- Westchnął i łyknął z butelki.- I cóż, trochę się tu pokręcił, szybko znikł mi z oczu. Nie zanudzam cię mam nadzieję.
- Nie, nie, mów. - Ponagliła go.Hm, no to cóż. -Pociągnął za warkoczyk z wplecionym koralikiem na brodzie.- Gdybyś spytała, czy jest mi lepiej czy gorzej, to bym się zawahał. Każdemu tutaj się wiedzie jakby trochę gorzej, więc w końcu się rozumiemy.- Zaśmiał się.- Myślałem o otworzeniu browaru gdzieś tu, widziałem nawet stare, puste drzewo, idealne na ladę z zapleczem. - Widział kątem oka jak jej źrenice rozświetlają się zaintrygowaniem. 
- Patrząc na to, że zawsze masz zapas…może nie jest to taki zły pomysł. Zawsze lepsze to niż sprzedawanie opium w biały dzień. - Powiedziała to jako oczywisty, absurdalny żart.
- Heh, próbowałem, nigdy więcej.- Zaśmiał się, a jego oczy zatonęły we wspomnieniach gdzieś w oddali. 
Wadera chrząknęła głośno jakby z dezaprobaty, ale również z niepohamowanej ciekawości.
- To co, więcej polityki?- Szybko zmienił temat, uśmiany w głębi duszy.
- ...N-nie możesz zarzucać czymś takim, a potem tak po prostu…proszę cię. 
Wzruszył ramionami nadal rozbawiony jej irytacją i popił winem. 
- Może pozwolę ci usłyszeć to innym razem.
-Ha. - Nie brzmiała na zadowoloną.
- Choróbsko mieliśmy jakoś na zimę. - Tym razem jego zmianie tematu nie protestowano.- Em, co jeszcze, młoda Alfa nam zmarła. Trochę szkoda. Ale mamy też drugi miot, że tak powiem, królewski. Złote dzieci, które zostawiła jakaś krewna Agresta, nie pamiętam już od kogo strony. Agrest tak się wokół nich kręci, że zaczynam podejrzewać, że chce wsadzić jedną z nich na tron, gdyby nie fakt, że są jeszcze na to za młode. - Rozlał sobie trochę wina na pierś przypadkiem.- Och, cholera... No, ale pomyśl tylko, co by na to powiedział Legion.  
- Wyobrażam sobie. - Pokiwała głową zmartwiona, ale przejęta.- Myślisz, że by się postawił?
- Wiesz, to on w końcu jest pierwszy w kolejce. - Hiekka zbliżył się, żeby mógł ściszyć głos.- Co z tego że trochę średnio się do tego nadaje. Ja bym go widział na miejscu generała, może stratega. - Podał jej swoją butelkę, widząc, że jej jest pusta.- Możliwe, że czekają nas kolejne buntownicze zamieszki. Słaby czas na stawianie browaru...
- Sporo musisz myśleć o tym browarze.- Wyłożyła się wygodnie, widocznie już spojona procentami.
- Jest naprawdę mało rzeczy, które są warte tak intensywnej kontemplacji.
- Kiedyś pisałeś. - Przypomniała sobie, a co pasowało jako przykład w rozmowie.
- Tak, to prawda.- Spochmurniał.- Nikt i tak nie chciał tego czytać. Kiedyś nawet, dobre kilka lat temu próbowałem wystawić to na deski teatru, ale nie zebrało to zainteresowania, nawet wśród, pożal się boże, naszych aktorów.- Zupełnie zrezygnowany położył głowę na łapach. Ile można było pchać się na świecznik, kiedy nikt wokół nie wiedział, do czego służy świeczka?
Całka milczała, lustrując swoimi wielkimi oczami szybko zmieniające się rysy basiora. Lata bólu odcisnęły się na jego licu głębokimi bruzdami i posiwiałym podszerstkiem. Różowy nos falował rytmicznie.  
- Ech, i tak kartek brakowało co chwila.- Mruknął gorzko.- Wygasło to tak naturalnie, że nie spostrzegłem się nawet, kiedy przestałem potrafić pisać. 
- Wiem, że to w niczym nie pomoże, ale tak mi przykro.
Wzruszył ramionami, nadal unikając jej wzroku, zażenowany swoim wyrazem słabości. 
- Chcesz więcej tego wina? Sam tłoczyłem. Z lokalnych jabłek. 
- Skąd?
- Nikt nie pilnował.- Kąciki ust basiora wróciły na swoje miejsce.

(Całka?)

Nasz Głos — nr.55

Aktualności

No cześć~ Kopa czasu, co nie? Pozwólcie, że przejrzymy, co się zmieniło w naszych progach,

  • Dotarli do nas: Kalina, Venus – w sumie 2 postaci
  • Dorośli w naszych progach:Dalia, Talia – w sumie 2 postaci
  • Odeszli od nas: Laponia, Almette, Domael, Oliwia, Alta, Szklanka, Mi, Frezja, Konstancja Krzemkowa, Brzoza, Nymeria, Kali, Ruka, Szalka, Piwonia, Cykoria, Domino, Tiska, Falvie, Kamael, Yolotl, Olivier, Theodore, Miguel, Harpia, Kezuko, Mikaela, Arteus, Xochicoatl, Szalej, Mediana, Pi, Sigma, Variaishika – w sumie 34 postaci (epidemia zebrała potężne żniwa

Żart numeru

Co ma tata?

Hakuna

Coś ze świata

Szczęśliwych świąt wielkanocnych i smacznego jajka! Czy wiedzieliście, że Słowianie również posiadali swoje wiosenne święto? W końcu wiosna to okres narodzenia na nowo, koniec śmiertelnej zimy, a początek nowego roku. To dlatego niegdyś mówiło się, że ktoś ma X wiosen, a nie lat – przeżycie zimy było okazją do świętowania! Nadejście wiosny świętowano poprzez Jare Gody, które miały miejsce w dzień równonocy wiosennej. Ważną tradycją było palenie bądź topienie ręcznie robionej Marzanny, czyli bogini zimy i śmierci; miało to zapewnić obfite plony w nadchodzącym sezonie.

Związany z Jarymi Godami jest także Śmigus-dyngus, czyli tradycja oblewania się wodą albo smagania po nogach wierzbowymi witkami. Miało to służyć oczyszczeniu duszy, a kobietom zapewnić płodność w nowym roku.

Mlecz i Bławatek dziękują za przeczytanie!

wtorek, 31 marca 2026

Podsumowanie marca!

Kochani!
Skończył nam się marzec - nasz watahowy miesiąc wiosenny. Czas więc, w WSC oczywiście, powitać pierwszy dzień lata. Jako że w naszej ziemskiej rzeczywistości jeszcze sobie na nie poczekamy, życzę Wam wielu ciepłych dni i pięknego, wiosennego słoneczka, aby radowało i dawało nam wszystkim witaminkę D.
A teraz do rzeczy. Podium miesiąca!

Na miejscu pierwszym tym razem widzimy... mnie, czyli Agresta, z 3 opowiadaniami,
na miejscu drugim plasuje się natomiast w przenośni i dosłownie silne trio, CałkaKataraktaSmoła i Talia z 1 opowiadaniem.

Innymi postaciami, które mogliśmy podziwiać w naszych opowiadaniach, były Mezularia, Miodełka, Eilert, Misung, Nicpoń, Koyaanisqatsi i Szkliwo.

Pozdrowienia ze słonecznej WSC!

                                                                    Wasz samiec alfa,
                                                                       Agrest

Od Talii (Kaja) - "Pijany na koniec mesiąca" cz. nie wiem

Kaj chciałby powiedzieć, że dobrze mu się w życiu powodzi i w ogóle, że ma świetne relacje ze wszytkimi wokół, ale to byłoby kłamstwo. Kłamstwo i oszczerstwo, bo jedyne co miałl dobre w tym życiu to pożycie z alkoholem. A to, moi drodzy, bardzo niewdzięczna kochanka. Nic tylko tobą miota po kątach i kłdzie spać w najdziwniejszych miejscach.

Kaj dobrze wiedział i znał to uczucie, więc nie zdziwiło go jak z rana przywitał go kac. No właśnie. Niektóre kochanki pozostawiały po sobie miłośc, inne dzieci, a alkohol - największy pod tym zasranym niebemm ból głowy. 

Kaj nie rozpaczł jednak, nie było bowiem po co. Przywykł. Tak patrzył się na te wszystkie słodkie rodziny wokoło i zastanawiał się czy z alkoholu mogą zordzić się dzieci i czy on w ogóle jakieś by chciał! Ale to myśl na kiedy indziej. Może lepiej żeby się w ogóle nie zagłębiał w ten temat? Oh.. ojcem? Za wiele zobowiązań!

W każdym razie. Każdy miał swój dołek .Mezularia spała w jednym z Raną. Miodełka zawsze znalazła sobie kąt pod tym szerokim niebem, a wraz z kątem wielu znajomych i przyjaciół. Ta to miała szczęście. Eilert też był udany. niby taki niezdara i trochę niepoukładane z głowie, a i tak lubią go bardziej niż Kaja. Jakaż to jest niesprawiedliwość! Misung ostatnio stracił swoją ukochaną to się go coraz rzadziej widuje poza jego norą, to chociaż tyle. Nie! Kaj! Nie ciesz się z czyjegoś nieszczęścia, to niedobrze wróży. biednak. Niech sobie odpłacze co potrzebuje i żyje sobie dalej i nóż może znajdzie sobie kolejną miłość. No.. W każdym razie. W tej watasze to nawet pies sobie miejsce znalazł. Jak on miał? nicpoń ,chyba. W każdym razie. Nawet psa! Tego wilka kuzyna, którego nikt nie kocha, ktoś pokochał! No patrzcie się ich wszystkich jak się kochają nawzajem, a Kaj sam...

Może miodełka skusi się na jajka... kiedyś. Na razie jedyna dobra i znana kochanka dla Kaja to spirytus z karczmy.





poniedziałek, 30 marca 2026

Od Smoły

Smoła leżała oparta o mokry od potu bok Szpaka. Wrócili do lekcji latania, gdy ich, lekko mówiąc nieporozumienie poszło w niepamięć. Najpierw epidemia, potem śmierć jej matki, a później jeszcze sroga zima sprawiła, że jakoś szukali kogoś, komu można było się wygadać. Niedobitki tego ciągu nieszczęść naturalnie szukały oparcia po tym wszystkim. Smoła w zasadzie zaproponowała ich ponowne schadzki…przyjacielskie oczywiście. Już jasno wiedziała, na czym stoi. A treningów nigdy za wiele. - Widziałeś? Ptaki wróciły do lasu. Cały tabun gęsi. - Ta. Myślałem że nas stratują powiem szczerze.- Uśmiechnął się. - Rozwiązałeś sprawę z Daną? - Zaczęła niewygodny temat. Jej głos lekko spoważniał. - Mhm. W zasadzie to już dawno. - I on podobnie sposępniał.- Musiała sobie dać w końcu spokój... Poczuła przebłysk satysfakcji pod fasadą ze zmartwienia. Bardzo głęboko zakopała to cenne dla niej uczucie. - Z resztą nieważne. Naprawdę, jesteśmy za młodzi na takie zobowiązania.- Machnął na to symbolicznie łapą. - Mam ci przypomnieć, że jesteś staruch? - Zarzuciła haczyk. - Pff.- Napuszył się.- A widziałaś ty kiedyś Agresta od przodu? Prychnęła rozbawiona, mierząc go wzrokiem. - Z przodu muzeum, z przodu…wykopaliska.- Wstała powoli z ziemi, obolała od wysiłku.- Zakład, że nastąpi rotacja władzy w tym sezonie? - Hazard to trochę nie mój konik.- Wypowiedział to z taką wyższością, że aż Smole poszedł dym z nosa. - O przekonanie tylko…to nie hazard jak nie jest na pieniądze.- Postanowiła zmienić temat.- Swoją drogą, kto według ciebie pójdzie następny na posadkę? - Chyba oczywiste, że Legion.- Poszedł za nią.- Puchacz jest trochę nieogarnięty na przywódcę, nie? - Nie wiem, Legiona też średnio lubię. - Machnęła skrzydłami.- Straszny buc. - Ta, ty pewnie byś była idealna.- Posłał jej wieloznaczne spojrzenie.- Urodzona liderka, ulubienica młodzieży! Nie umiała rozpoznać, czy tylko robi sobie z niej żarty, czy naprawdę tak o niej myśli. Nie mogła przebić się przez jego maski, ale ego podszeptywało jej, że może naprawdę sądzi o niej lepiej niż przypuszczała. Chciała tak myśleć. - Z tylko jednym przydupasem.- Na ten komentarz dostała łapą pod bok. - Ała! - Mam rozumieć, że te maślane oczy to tylko dla przydupasów?- Szpak oparł się o jej ramię, zawisł nad nią i karykaturalnie cmoknął w powietrze. - Zamknij się.- Czuła się wyśmiana trochę zbyt dotkliwie.- Bo dostaniesz mocniej. - Jakbyś umiała.- Rozszerzył kły w triumfalnym grymasie. Szarpnęła jego przednie łapy, ale ten też zaparł się o ziemię. Do większych rękoczynów nie doszło, chociaż chwila przepychanki na gołe pięści potrafiło zmęczyć. Smoła dała sobie pierwsza spokój. - No już, bo nie dojdę do tego jeziora.- Wstała z miękkiej, topniejącej zaspy.- A ty mógłbyś dać sobie spokój z takimi zagrywkami! Przecież ci jasno powiedziałam, po co mi to było. Już się pobawiłam, starczy. Nie robiłam nic więcej poza testowaniem granic.- Jej palec trafił prosto na środek piersi czarnego basiora.- A ty nie wiadomo co sobie wyobrażasz. Pokiwał porozumiewawczo głową. Nie pospieszał się do odpowiedzi, nie chcąc najwyraźniej dolewać oliwy do ognia. - Przodem zatem.- Machnął łapą w kierunku jaśniejącego świtu nad horyzontem. - Wybacz moje niezrozumienie. - Wysupłał spomiędzy zębów te wyartykułowane słowa dla uspokojenia znajomej. Oboje rozumieli się jednak zbyt dobrze.

czwartek, 26 marca 2026

Od Katarakty CD Puchacza - „Powrót z Wygnania”

 Kapanie w stęchłej części jaskini wojskowej roznosiło się rytmicznym pluskiem po korytarzach. Skazana leżała skulona, wciśnięta pomiędzy wilgotne, pobielane wapnem stalagmity. Wiosenne roztopy sprawiły, że najniższe dołki w rozpadlinie były ciągle pełne od zimnej wody, co nie zostawiało jej zbyt wiele miejsca na leżenie o suchej łapie. Pomimo wilgoci i zimna, nie ruszyła się z tego miejsca od…w zasadzie nie wiedziała jak dawna, nie miała dostępu oglądać słońca. Nieopodal niej stała nienaruszona szarawa breja w kawałku wklęsłej kory, którą wojskowi czasami podrzucali jej w dół osuwiska, żeby nie czuć, że głodzą więźniów. Dzisiaj wyjątkowo głośno szczury chrobotały w szczelinach. Wyjątkowo cicho rozmawiali szeregowi. Coś się stało? Ich ognisko nadal jaśniało w górze korytarza, pozwalając jej widzieć cokolwiek w tej ciemności. Katarakta łypnęła w górę, strosząc uszy. Kropla wody zwisała ze skalnego kła nad jej głową. Wisiała tam w roli jej jedynej wyroczni i co kilka  być może minut, może godzin, uderzała z pluskiem albo w podłogę albo w jej czoło. Był to jej osobisty metronom, po którym liczyła upływający czas. Osiem i pół kapnięć dzieli jeden posiłek od drugiego. Niedługo nastąpi szósty. Pokuśtykała do drewnianej miski. Piski szczurów drapały jej czaszkę od środka. Odwróciła się nagle, żeby zobaczyć kilka biegnących przez ciemności kształtów. Przynajmniej to było realne.
***
Rzucała kamieniami w ściany, żeby przegonić te piszczące szkodniki. Gdy kamienie się skończyły, rzuciła garściami z papką.Te jednak zamiast uciekać, przychodziły na dno jej osuwiska jeszcze liczniej, żeby zlizywać breję ze ścian. Czarne i szare kształty przemykały na krawędzi jej pola widzenia, a gdy próbowała je przyłapać, wydawało się jej, jakby to cienie cofały się z powrotem do szczelin, przestraszone światłem jej jasnego futra. Podchodziła bliżej, a ciemność rozstępowała się, lecz czuła, że nie z przestrachem, ale ze wstrętem.  
***
Czasami latające kształty przylatywały, żeby wyłapać muchy latające nad jej niedojedzonym glutem. Skrzydlate, bezgłośne demony, jeszcze bardziej nieuchwytne i niedostrzegalne od tych drepczących. Wadera nigdy nie umiała ocenić, czy właśnie przelatują kilka metrów stąd czy wiszą dosłownie przed jej pyskiem. Czasami niejeden się pomylił i zanurkował w jej futro, a jego ostre, szpilkowate palce skrobały ją po grzbiecie. Katarakta nazwała je szperaczami. Ich ugryzienia nie były bolesne, ale mało rzeczy w jej aktualnym padole były równie nieprzyjemne.
***
Kapnięcie metronomu. Leżała na plecach, do połowy zanurzona w płytkiej kałuży lodowatej wody. Jeden ze piskaczy przebiegł jej po brzuchu, ta jednak nie drgnęła.
- Chesz trochę? -Wyszeptała, jak poczuła, że coś ją podgryza.- Masz.- Rzuciła kawałek sarniej chrząstki w ciemność. 
Ciche dreptanie po mokrej podłodze, małe łapki przystają, cień cichnie, praktycznie nie oddycha. Znowu ciche kroki, po nim szuranie chrząstki po granitowej posadzce. Kolejne piski, reszta stada zbiega się do łupu. 
Często rozmawiała z piskaczami, będącymi jej jedynymi stałymi towarzyszami. Rzadko była w stanie je odróżnić, ale nie mogła się ich pozbyć, więc uznała to za zrządzenie losu. Jednego nazwała Kapryś, drugi Jełop, inny Zgredek, Tłusty i Tyci. Większość była w odcieniach brązu i szarości, ale tak długo się im przypatrywała, że jakoś nauczyła się je rozpoznawać. Głównie wtedy, gdy wojskowi akurat palili ognisko. Zdążyło się nawet, że obudziła się, a jeden z nich spał przytulony do jej pleców.
***
– Dzień dobry. - Usłyszała z góry osuwiska, co wnet przegoniło jej towarzyszy z powrotem do szczelin. Coś spadło z głuchym tąpnięciem na dno.– Jedzenie. Dzisiaj pierwszy dzień pracy. Jedz. 
Spojrzała w górę. Dawno nie widziała takiego kształtu cienia. Był ogromny w porównaniu ze szperaczem. 
- Wrócę w południe z listami od Agresta i torbą.- kontynuował.- Dzisiaj idę z Tobą. Zapoznasz się z drogą, z załogą Sekretarza i może nim samym.
Rozpoznawała ten głos jak przez mgłę. Słyszała go już gdzieś, ale oczami wspomnień widziała tylko wirujące, złoto-krwawe płomienie, a nie twarz, do którego należał głos. Pomyślała więc, że musi być bardzo ciepły, ale lepiej nie podchodzić zbyt blisko. Cień znikł zanim zdążyła przypomnieć sobie, jak wypowiedzieć odpowiedź. 
Znów oplotła ją obezwładniająca, lodowata cisza.
- Zostawiłaś mnie.- Z głębi jaskini dobiegło szeptanie dziecka…z jednej ze szczelin.
Kataraktę przeszył dreszcz lęku. Szukała w bladym, nikłym blasku kogokolwiek. Obeszła niepewnie rzędy formacji skalnych, brodząc przez płytkie kałuże aż do ściany naprzeciw niej. Widziała tylko delikatny zarys jej własnych łap wystawionych na wprost, błądzące skały.
- Halo?- Wyszeptała.
- Jak mogłaś.- Znów ten cichy głosik. Usłyszała, skąd dochodzi.
- Ja?- Jakiś gruchot upadającej skały dobiegł z prawej. Spojrzała wprost na dziurę po odłamanym kamieniu w rogu jamy. We wnętrzu błysnęły żółte, wilcze ślepia. 
- Tak się bałam. Nikt mnie nie zauważał. A potem jeszcze ty.- Znała ten głos…nie słyszała go od dawna.
- Domael…? - Szepnęła z niedowierzaniem, jakby miała już nigdy nie użyć tego imienia.
- Zostawiłaś mnie. -Jej głowa sterczała w ciemnościach otworu, a wzrok wlepiony miała prosto na nią.- Nawet nie przyszłaś, żeby się pożegnać. Byłam ci tak obojętna?
- Siostrzyczko, ja nie wiedziałam, jak mogłam.- Zaczęła się plątać we własnych słowach, śmiejąc się nawzajem i przepraszając.
- Porzuciłaś nas. Dla czego? Dla tych wilków, którzy również cię nie zaakceptowali? Bo byłaś obca?
- Wcale nie.- Cofnęła się.- Byli wielokrotnie bardziej otwarci niż wy wszyscy.
- A ja?- Słyszała płacz przebijający się przez słowa.- Czym ja ci zawiniłam siostro, żeby o mnie tak zapomnieć.
- Nie, Domael to nie tak. - Rzuciła się w kierunku szczeliny i próbowała wyciągnąć ją ze środka. -Jej łapa zatrzymała się na nicości.
- Może pożegnasz się jak przystało na rodzinę, co?- Męski głos za jej plecami, odwróciła się w jego kierunku.- Tak się odpłacasz po tym, jak cię wychowałem?
Biała podkuliła łapę pod brzuch. Jej umysł nie potrafił sklecić jednej dobrej myśli w obliczu przerażenia.
- “Dobrze mu tak”?- Warknął z ciemności, już dużo bardziej agresywnie. Był krok od skoczenia jej do gardła.
- RUSZAMY! - Trzeci głos, tym razem ze szczytu osuwiska.
Przerażona łypnęła w górę na wilka, nie będąc do końca pewną, czy to nie kolejna zjawa.Stała w bezruchu aż sam podirytowany nie ruszył w jej kierunku.
- Nie przypominam sobie, żebyś ogłuchła. No, tu jest worek.- Zarzucił jej na plecy.- Idziemy.- Zirytowany, ale niegroźny.
Jej oczy prawie wyskoczyły z orbit. Pamiętała jednak. Ogień. Ciepły, nie zbliżać się. Wzdrygnęła się na jego dotyk, oczekując poparzenia. Gdy ten wskazał jej drogę, w górę jaskini, musiała mimo wszystko w końcu się ruszyć. Przeszła niczym cień obok wojskowych, oczekując jakiegoś zagrożenia z ich strony. Gdy dotarli do wyjścia, blade słońce zimowego poranka paliło jej oczy. Wszystko wydawało się tak okropnie białe, jakby skierowane było na nią kilka słońc. Chodziła przez to praktycznie nie patrząc, gubiła się na trakcie.
- Matko, no chodź.- Ciągnął ją co chwilę na właściwe tory, aż oczy przestały piec. - Zaczynam rozumieć dlaczego potrzebujesz przewodnika. 
Odnajdywała pewnego rodzaju komfort w byciu prowadzoną pod bok. Uspokajała ją świadomość, że nie musi zwracać aż takiej uwagi na otoczenie. Nawet gdy jej oczy już przywykły do światła dnia to celowo opierała się na Ogniu. Jak w zasadzie cień miał na imię? Zapytała go o to, czuła się dziwnie słysząc swój własny, chrapliwy, potykający się o sylaby głos-
- Hm? Puchacz. Myślałem, że się znamy
- Puchacz. Ty?- Zapytał z konwenansu.
- K…Ka…ra…kta…ta.- Jej pamięć i język nie chciały współpracować. Była wyczerpana samym próbowaniem, żałowała że w ogóle musiała mówić.
- Wiesz co, zostańmy przy Ra
- Ra.
- Ra. Mi też będzie prościej.- Westchnął. 
W lesie, przez który się przeprawiali, nie dostrzegła żadnych piskaczy. Dyskomfort z tym związany potraktowała jako tęsknotę. Zaczęła sobie przypominać wydarzenia sprzed ciemności. To, jak zmusili Puchacza, żeby ją doglądał. Czuła jego frustrację, że w ogóle musi w tym brać udział, winę, że to ona jest powodem tego wszystkiego. Oj jak lepiej byłby wskoczyć wtedy w ten ogień…albo do morza. Skądkolwiek, dokądkolwiek, byleby w nicość. Nie, nie mogła tak biczować się nienawiścią innych. Zdepczą ją, jak tylko nadarzy się okazja. Musi się bronić, bo będzie dla nich wiecznie tylko workiem treningowym. Rzeczą godną pogardy, niewartą traktowania jak wilk, tylko jako problem. Kto ma czelność mówić, że jest problemem? 
Zerkała na niego dużo bardziej nerwowo. Puchacz czuł to spojrzenie, a więc jej nagły zryw nie był niespodziewany. Popchnęła go z furią w krzaki malin i pognała w las, gubiąc po drodze worek z pakunkami, śmiejąc się triumfalnie w niebo. Nie ważne były dla niej wicie malin raniące ją po kostkach, chwilowa wolność od całego świata był upajający dla jej umysłu. Do tej mieszaniny determinacji i wściekłości wlała się jednak kropla dziegciu, w postaci tęsknoty za cieniami. Jej cieniami, do których zdążyła się już przywiązać. Zatrzymała się, nie mogła ich tak zostawić. Dyszała na szczycie trawiastego wzgórza, lecz nawet nie dbała o to, dokąd dobiegła. Z paraliżu wybiło ją uderzenie ciężkiego, wilczego cielska zza jej tyłu.
(Puchacz?)