środa, 11 lutego 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Persyflaż”, cz. 8



Tu się nie puka!


Kochany Szkliwo!
Ostatnio jestem w domu często sama i okrutnie mi się nudzi. Dlatego ucieszyłam się, jak napisałeś list. Szkoda, że nie możemy naprawdę porozmawiać, to znaczy nie pisać, tylko mówić, tak, żeby nie trzeba było czekać na listy! Jesteś fajny. Pytałeś, co opowiadał mi towarzysz Ableharbin o historii. Opowiadał, jak wybuchła wojna. Mówił, że odpowiadało za nią warcholstwo i wrogowie z daleka, którzy wysłali wilki, które wznieciły bunt. Podobno tak jest zawsze, gdy w szczęśliwej watasze wybucha wojna. Powiedział, że niektórzy mieszkańcy WSC zostali zmanipulowani, ale potem wszystkie wilki były nieszczęśliwe i marzyły o tym, żeby to już nigdy się nie powtórzyło. Wtedy on ze swoimi przyjaciółmi myślał, co zrobić, żeby wojny już nie było.

„Towarzyszu sekretarzu, może mi się zdawać... ale zakończenie wojny było sprawą naszą i starego sekretarza. A może jednak tylko mi się wydaje, co?”.

Towarzysz Ableharbin chce, żeby wszyscy się przyjaźnili, ale mówi, że my z Sasanką jesteśmy dla niego wyjątkowo drogie, bo obiecał dbać o nas jak o własne córki (chociaż jeszcze nie wiem, dlaczego. Sasanka mówi, żeby go o to zapytać, jak będzie miał fajny humor i wtedy na pewno wszystko powie). Przedwczoraj rano zaprosił nas do WWN na obiad, żebyśmy poznały jego przyjaciół z rady watahy, ale dziadek nie pozwala nam iść. Mówi, że musimy być większe, bo inaczej nakarmią nas tam propagandą. Legion też tak mówi. To mnie zasmuciło, ale Sasanka powiedziała, że i tak niepotrzebny nam jest obiad z WWN. Mówiłeś, żeby obserwować innych, więc tak robię. Zaobserwowałam, że dziadek nie chce, żebyśmy chodziły do WWN, a Legion w ogóle nie lubi, gdy mówię o towarzyszu Ableharbinie.
Ostatnio trochę się rozchorowaliśmy, ale nie martw się. Sasanka nie chorowała, a ja już jestem zdrowa.
Pozdrawiam, Prymula

Zauważył, że jej pismo stabilizuje się wraz z każdym kolejnym listem. Agrest naprawdę się postarał, ucząc ją władania piórem, czy też raczej zwęglonym polanem.
„Szkoda, że siostra najwyraźniej nie ma do tego drygu. A może jednak się uczy, ale po prostu nie chce jej się pisać do kogoś, kto jest dla nich równie rzeczywisty, jak te litery na papierze”.
Na wpół świadomie obrócił kartkę, sprawdzając, czy nie ma na niej nic więcej. Nie. To jedyny list. Agrest tym razem milczał.
Wyciągnął spod siana jedną z niezapisanych kartek i przerwał ją na pół.

Kochana Prymulko!
Dziękuję Ci za list. Fakt, że bierzesz do serca moje rady, jest dla mnie zaszczytem. Tę z pełnym przekonaniem ponawiam: nigdy nie przestawaj obserwować innych wilków. Dzięki temu dostaniesz odpowiedź na pytania, które zrodzą się z ich słów.
Proszę, nie przejmuj się obiadem w WWN. Ableharbin zrozumie, że rodzina chce poczekać z wysyłaniem Cię na wycieczki daleko od domu. Już niedługo, gdy będziesz będziesz trochę wyższa i silniejsza, łatwiej będzie wybrać Ci się na taką wyprawę. Wtedy na pewno poznasz jego przyjaciół.
Uściski dla Ciebie i całego domu,
Szkliwo

Papier zaszeleścił. Teraz leżała przed nim druga, czysta połowa.

Agrest.
W sprawie mojego przeniesienia do struktur ochrony nic się nie rusza. Nie sądzę, żeby w ogóle chcieli tam pierwszego lepszego asystenta. Do archiwum pewnie się nie dostanę. Ostatnio kręcę się w kółko i niestety nie mam żadnych nowych wieści. Niczego już nie wiem, niczego nie szukam. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co robić dalej. Proszę, porozmawiaj z sekretarzem. Niech wyśle tu kogoś innego, kto będzie miał lepsze pomysły i więcej siły, żeby odnaleźć się w tym środowisku. Nie chcę na darmo spędzić tu całego życia.
Szkliwo

Palce zmarzły mu od pisania. Trzeba było jeszcze wysłać listy.
Zima przechodziła pełen rozkwit. Śnieg stwardniał tak, że w niektórych miejscach nawet najcięższe basiory przestały się w nim zapadać, wszyscy chodzili więc po wierzchu gładkiej pokrywy jak po ogromnym jeziorze, w którym do połowy zatonęły krzewy, niższe drzewka i piwniczne okienka niektórych budynków.

Samotnie, jak wędrowiec
Tworzył swój świat
Widział wszystko, co poza nim
Żył jak pielgrzym

Za każdym razem, gdy rano przychodził do urzędu lub gdy po południu wracał do domu, musiał strząsać z kołnierza zamarznięte kropelki własnego oddechu, który na zewnątrz przybierał postać mlecznej chmurki. Mrozy trwały już tak długo, że zdążyli zapomnieć, czym było ciepło lata. Przypominało je tylko ognisko płonące wieczorami w remizie, ale nawet wtedy dreszczyk na grzbiecie uświadamiał, że to nie do końca to samo.
Gdy zostawił list nad rzeką, słońce już skryło się za odległą linią drzew, a bezchmurne niebo przybrało swój piękny, brzoskwiniowo-purpurowy kolor. Księżyc zawisł na nim już dobrą chwilę wcześniej, niczym srebrny koralik wśród bezkresu. Szkliwo zatrzymał się, żeby nacieszyć nim oczy; tylko na chwilę, żeby nie skostniały mu nogi zatopione w cienkiej warstwie świeżego śniegu. Ruszył dalej do remizy. Pozostali asystenci już pewnie tam byli.

Przechodząc przez progi
Przyjmował wszystko jak dar
Projektował tworzenie
Wewnątrz siebie

- Moi drodzy - szepnął Hapenir, nachylając się do towarzyszy. - Napisała do mnie.
- Co, kto? - Rasz położył uszy, naraz postawił je na sztorc. Znowu położył. - Chyba nie ta twoja...
- Tak. Wyobraźcie sobie, co za historia. Dziś po pracy spotkałem Ksarona, który przed chwilą wrócił z poczty. List z północy leżał tam od kilku dni i pytali, czemu nikt go nie odbiera. „Jaki list!”, pytam. A on wręcza mi... list od Epei.
- I co pisze?
- Że często o mnie myśli. Wspomina naszą dawną przyjaźń i twierdzi, że w watasze jest teraz pusto. Chce mnie odwiedzić. Porozmawiać w cztery oczy - głos brązowego wilka rozbrzmiał z ciepłym wzruszeniem.
- Oooch, brakowało nam tu zakochanego kundla. - Jego kompan przewrócił oczami. - I jak to sobie wyobrażasz? Nie może tu mieszkać.
- Gdy przybędzie, poproszę Birasta o dwa dni wolnego.
- Dwa dni, ho ho...
- Nie brałem urlopu odkąd tu pracuję! Musi mi pozwolić. Zabiorę ją do lasu. Spędzimy razem dwa piękne dni, bez żadnego pośpiechu i deklaracji. A potem pomyślę, co robić dalej. Jeśli coś miałoby szansę z tego wyjść, nie mogę udawać ślepca!
- Rozważasz w takim przypadku zrezygnowanie z pracy? - do rozmowy włączył się Szkliwo, mechanicznie obracając w palcach pusty kubek.
- Hap! No chyba sobie czegoś takiego nie wymyśliłeś? - Poszerzone ślepia Rasza nieznacznie poruszyły się na boki, jakby szukały wokół siebie niemego wsparcia.
- Nie wiem. Wszystko zależy od tego, czy będziemy potrafili... się razem odnaleźć. Tyle czasu minęło. Ona do tej pory nie myślała o mnie jak o potencjalnym partnerze. Byliśmy przyjaciółmi.
- No to co się nagle zmieniło?!
- Napisała, że odkąd wyniosła się z rodzinnej jaskini, jest zupełnie sama. I że za mną tęskni.
- A ty tak po prostu za nią polecisz. No nie wiem, jakoś mi ten jej list pachnie dobrze sfermentowanym winem.
- Przestań. Ona nigdy nie wzięła alkoholu do pyska.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. - Naburmuszony basior pociągnął nosem i z gniewnym grymasem otarł go wierzchem nadgarstka.
- A w zęby chcesz? - Hapenir zerwał się z miejsca. Jego przyjaciel wstał również, choć wolniej, z nieuchwytnym wahaniem.
- Co, ze mną chcesz się lać, cherlaku? Rozum ci odjęło?
- Ale chłopaki, przestańcie. - Szkliwo poruszył się, powstrzymując mimowolne pragnienie rozdzielenia ich skrzydłem. - Wszystko się wyjaśni, gdy się spotkają.
- No, to kiedy się do ciebie wybiera? - mruknął Rasz, tym razem już bez kpiny.
- Jutro lub pojutrze ma być u nas listonosz z północy. Napiszę jej, że będę czekać o każdej porze dnia i nocy.
- Ech, idź do diabła z tą swoją miłością. - Zapchał pysk pierwszą rzeczą, którą zdążył złapać ze stołu. Okazała się nią kość pełna świeżego szpiku.
- No dobrze... Pójdę pograć w karty. Może i w tym będę mieć dziś szczęście! A wy?
- Tak, tak, idź popatrzeć, jak rozwalają sobie łby za lewe asy. - Płowy wilk porzucił niedojedzone danie i również podniósł się na nogi. - Nasi obiecali dziś rozwalić zachód. Już widzę, że polecą kłaki. Ja tam idę spać, bo jak jeszcze raz mnie Birast złapie na tłuczeniu Zebkina, to nie będzie miło. A ten baran będzie szukał guza, jak nic. Trudno, wracam do domu. - I powlókł się w stronę wyjścia. Pozostała dwójka popatrzyła za nim.
- Przejdzie mu - stwierdził Hapenir. - Przez tyle czasu byliśmy tu we dwóch. Zresztą! Chętnie zostanę, jeśli z Epeą nie wyjdzie. Albo jeśli jakimś cudem udałoby mi się ją tu sprowadzić.
- Tylko mnie tu nie zostawcie samego - odrzekł skrzydlaty, choć obawa nie zakorzeniła się w jego sercu szczególnie głęboko. Lubił ich, najbardziej za to, że już zdążył ich poznać. Ale pracy u inspektora nie było aż tyle, żeby musiała być dzielona między trzech, a i perspektywa błogiej ciszy w domu asystentów, bez sprzeczek czy półżartobliwych wyzwisk, była bardzo kusząca. Niestety, niezbyt realna. - No cóż, też już pójdę. Do jutra.
Miał nadzieję, że Rasz jest już daleko, ale ten sunął przez remizę jak ślimak i nie było możliwe uniknięcie jego towarzystwa bez zwracania na siebie uwagi. Ptak bez słowa zrównał z nim kroku.
- A ty co, ten biznesmenik od szachów nie zaprosił cię dziś na partyjkę? - Basior rzucił mu zblazowane spojrzenie.
- Nie sprawdzałem. Miał gdzieś wybyć w interesach.
- Aha - skwitował. Minęli wyjście z sali, a na korytarzu owiał ich zimny przeciąg. - No to zostaniemy we dwóch kawalerów.
- Jeszcze nikt tak nie mówi.
- Miałem nadzieję, że zapomni o tej lasce, ale mówi się trudno.
- Może, jeśli odejdzie, przyjmą kogoś na jego miejsce.
- Nie chcę żadnego nowego na jego miejsce. - Wilk skrzywił się. - Wiesz, ile lat my jesteśmy przyjaciółmi?
- Wspominał mi o tym.
- Ale co mi tam! - Wyprzedził go o kilka susów. Śnieg zachrzęścił, a lodowe drobinki posypały się naokoło. - Powinienem był wypić więcej wina! - zawołał, otrzepując się dla rozgrzania na mroźnym wietrze. Towarzysz, podążając za nim, tylko szczelniej okrył się płaszczem. Nagle zwolnił i przystanął.

Połam, skrusz wszystkie te ściany
Za plecami płoną mosty
Jestem przewodnikiem, prowadzę - idź
Za mną moja historia

Widok nie był niczym niezwykłym. Ot, góra zwiotczałych mięśni i futra, leżące na poboczu ścieżki wydeptanej w białej masie. Niejeden był już taki, któremu przysnęło się tak mocno, że został wyrzucony z remizy przy sprzątaniu biesiady. Jeśli nie zbudził się i na noc nie zdołał doczołgać się do domu, nazajutrz mogła czekać go nieprzyjemna niespodzianka w postaci zakończenia pracy w Najwyższej Izbie Kontroli Leśnej. W urzędzie nie tolerowano kłującego w oczy uzależnienia; spanie na ulicy traktowano jako najpodlejszy przejaw utraty kontroli nad nałogiem, który, tak powszechny i tak oswojony w tym miejscu, nie znał wielu granic, oprócz tej właśnie: demonstracyjnej, wyznaczonej dumnie i stanowczo przez najwyższych urzędników.
Wilk spał jak zabity. Wokół jego warg i na wibrysach osiadł szron. Szkliwo obszedł go dookoła, ze szczególną uwagą przypatrując się żebrom.
- Ciekawe, ile czasu tu leży. Przymarzł do ziemi - stwierdził, dostrzegając, że sierść przykleiła się do warstwy śniegu. Skrzywił się lekko. Że też akurat oni musieli w niego wdepnąć.
- Pewnie niedawno przylazł. - Rasz wzruszył ramionami. - Taki naprany raczej nie wyszedł przed kolacją.
- Pomóż mi, weź za przednie łapy. Mimo wszystko trzeba go wnieść z powrotem do środka.
- Chyba żartujesz! Ja tego trupa nie tykam. Co chwila leżą tacy przy drodze. Jutro dostanie wilczy bilet od swojego inspektora i skończy się wielka przygoda w Najwyższej Izbie.
- Tylko że dziś jest nie minus pięć, tylko minus dwadzieścia pięć, a on jest kompletnie pijany. On jutro już niczego nie dostanie.
- A co, masz w dziobie termometr? Weź, nie pajacuj. Idziemy. - I bez słowa ruszył przed siebie. Pod jego łapami rozległo się dynamiczne skrzypienie. Ptak odetchnął ciężko, czując, jak mroźne powietrze drapie go w gardło.
Stanął na jednej nodze, a szponami drugiej chwycił łapę leżącego. Sierść była lodowata, zesztywniała, jakby przymarznięta do kości. Ścisnął z całej siły. Pazury weszły głębiej niż planował; dotarły do strefy podskórnego ciepła. Pociągnął. Chrzęst gniecionego śniegu zmieszał się z trzeszczeniem odrywanego od niego futra. Głowa basiora obróciła się bezwładnie. Szkliwo zacisnął szczęki i przez chwilę walczył z ochotą wbicia pazurów jeszcze głębiej w nieruchomą kończynę. Zamiast tego szarpnął gwałtownie, jednym ruchem wyciągając ciało z dołka.

Jak woda o kamienie
Rozbijałem się
Nie znajdując przystani
By zarzucić kotwicę

Wtem pośpieszne kroki rozległy się raz jeszcze, zbliżyły szybko i ucichły tuż obok.
- Patałach jesteś - warknął Rasz, z głośnym pacnięciem łapiąc za drugą łapę denata.
- Dzięki - mruknął skrzydlaty prawie bezgłośnie.
Przenikliwy wzrok strażnika powitał ich z powrotem przy wejściu.
- Przepraszam, czy można go zanieść do sali? On zamarznie, leżąc tu do rana. - Żuraw wyprostował się z ulgą i rozciągnął grzbiet. Wilk uniósł jedną brew.
- Zaraz będą wszystko sprzątać i znowu go wywloką. Jeszcze mnie będą do tego wzywać. Nie ma spania na sali. Tam muszą wszystko na jutro przygotować, a nie skakać po trupach!
- To może chociaż w korytarzu go położymy?
- Chyba kpicie, żeby ktoś sobie po ciemku nogi na nim połamał?!
- W takim razie co mamy z nim zrobić?
Strażnik wzruszył ramionami, taksując nieprzytomnego przez całą jego długość.
- On wygląda, jakby już tu nie pracował.
- Zlitujże się, może i nie, ale niech chociaż żywy stąd wyjdzie! - Ptak ponownie zacisnął szpony na bezwładnej łapie. Rosły basior przez chwilę nie odpowiadał i nie było jasne, czy zamierza jeszcze cokolwiek dodać. Wreszcie nieznacznie skinął głową.
- Możecie go zabrać do dziewczyn. Może jakby się obudził, to któraś by go wzięła - po tych słowach odsunął się o krok od przejścia i łapą wskazał na korytarz tonący w mroku.
Wtaszczyli ciało za próg.
- Dobra, jak chcesz, to baw się w to sam - rzucił Rasz, strzepując ze swojej nogi ostre okruchy lodu. - Ja idę do domu. Laski są za tamtymi drzwiami, kocie. - Mimo zmęczenia na pysku, jego brwi uniosły się dyskretnie, markując coś na kształt przewrócenia oczami. Gdy odwracał się na pięcie, w blasku księżyca ostatni raz dało się dostrzec jego podpuchnięte powieki.
- Dzięki - powtórzył Szkliwo, omijając leżącego pośrodku podłogi basiora. Ten zamruczał coś pod nosem.
Z początku nikt nie odpowiadał na pukanie. Drewniane drzwi z prostym, schludnym rzeźbieniem stały cicho i spokojnie, jakby niczego za nimi nie było. Stuknął jeszcze raz, trochę mocniej. Gdy wahał się pomiędzy próbowaniem po raz kolejny, a wtargnięciem do środka, wreszcie zamek trzasnął, a do korytarza wlało się słabe światło.
- Ach, a kogo my tu mamy! Wchodź. Tu się nie puka! - Wadera, której nie znał, zaśmiała się beztrosko, słodkim, dziwnie kontrastującym z jej potężną sylwetką głosem. Gdy usiadła na tylnych łapach, końcówki jej uszu prawie dotykały framugi, a klatka piersiowa przypominała napompowany z najwyższym staraniem balon.
- Ja kolegę przyprowadziłem. - Kiwnął głową przez ramię. Zmrużyła oczy, wychylając się dalej w ciemność.
- Ojej. On chyba bawi się dziś inaczej.
- Weźcie go, proszę. Okropnie zimno dziś na dworze. Nie przetrzyma.
- My tylko przytomnych obsługujemy - odparła niespodziewanie sucho.
- Jest może Ildiri?
- Sprząta po kolacji chyba. - Obejrzała się za siebie, wiodąc wzrokiem po najwyraźniej całkiem sporym pomieszczeniu, po czym wydarła się, na ile tylko gardło pozwalało: - Ildiri!!! Chodź tutaj! - Ściszyła głos. - Jakiś szmaciarz do ciebie.
Druga, mniejsza sylwetka pojawiła się w drzwiach. Gdy przystanęła, jej ruchy zwolniły. Grzbietem oparła się o ścianę, przednie łapy skrzyżowała na piersi. Na jej pysku, otulonym światłem odległego płomienia, zagościł krzywy uśmiech.
- No proszę. Co to się stało?
- On się stał. - Ptak wskazał na basiora, który chrapał teraz w najlepsze. - Uchlał się na umór. Albo będzie leżał przy drodze i zamarznie, albo weźmiecie go do siebie.
- My nie bierzemy nieprzytomnych.
- Chcesz, żeby zdechł na mrozie? Chyba znajdzie się tam jakiś kąt, w którym mógłby przenocować.
- Znajdzie się, nawet cały pokój. - Skrzyżowane łapy z dumą poprawiły pozycję. Uśmiech wadery poszerzył się, oczy za to zwęziły. - Ale już mówiłam, nie przyjmujemy zgonów. Potem taki padnie i jeszcze będzie na mnie. Albo nawet gorzej, koc zasika.
- Zresztą wszystko jedno. Ja swoje zrobiłem. Trzeba było pilnować się z winem. - Żuraw poprawił płaszcz na piersi i cofnął się o krok, uważając, żeby nie nastąpić na którąś z wyciągniętych nóg. Ildiri westchnęła ciężko i donośnie, kątem oka upewniając się, że zwróciła tym jego uwagę.
- No, chodź tu z nim. - Wyraz jej oczu złagodniał, choć lekki uśmiech nadal przyozdabiał wargi. - Chodź, sama go nie wniosę. Ale może ci z tym czołgiem pomogę, ciężki chyba jest, nie? - dodała, w kilku mgnieniach przenosząc wzrok to na rozmówcę, to na rozłożonego na ziemi basiora.
- Nie ma potrzeby - mruknął, chwytając za tylne nogi. Sprawnie ukrył zadyszkę, powoli przesuwając wielkie ciało po podłodze.
Gdy tylko minęli uchylone drzwi, uderzył w niego silny zapach nieznanych mu do tej pory ziół. Hałas był nie do opisania. Po drugiej stronie sali kilka wilczyc prowadziło głośną dyskusję, ale nawet po części nie maskowało to jęków i trzeszczeń dochodzących zza grubej, szarej, podzielonej na wiele furkoczących części kotary, ciągnącej się przez całe pomieszczenie. Było ono wyjątkowo długie, ale nie dorównywało pod tym względem hali, w której odbywały się codzienne uczty. Ponieważ budynek remizy był niewyszukanym prostokątem, łatwo można było wywnioskować, że gdzieś w głębi kryją się jeszcze jakieś drzwi.
- Tu go daj. - Ildiri zatrzymała się i przez chwilę miętoliła w łapie kawałek zasłony. Zanim jednak Szkliwo przytaszczył denata na miejsce, w zamyśleniu napięła wargi, nad czymś jeszcze rozmyślając. Puściła kotarę i ruszyła dalej. - Nie. Chodź tu. - Jej ogon poruszył się gibko, gdy podeszła do grupki śmiejących się wilczyc, przesiadujących w przyjemnie urządzonym i oświetlonym pochodnią kąciku. Miejsce było duszne, małe, ale bezsprzecznie znajdowało się pod czyjąś troskliwą opieką. Pośrodku stał biało-niebieski wazon, a w nim bukiet suszków. Wokół walały się poduszki, zwleczone chyba z całej wsi. Za kącikiem widoczne były jeszcze dwa pomieszczenia: jedno z drzwiami i jedno bez nich. - Fijka, potrzebuję pokoju - oznajmiła przewodniczka. Zdyszany, podniósł wzrok, szukając wywołanej wśród pozostałych. Wadera była wyraźnie starsza od reszty i, podobnie jak niejeden inny mieszkaniec siedziby głównej NIKL-u, zamiast chodzić, toczyła się na swoich nieproporcjonalnych do brzucha nóżkach. Bez ani jednej emocji na pysku mrugnęła przyzwalająco i, nie zaszczycając nietypowych gości nawet spojrzeniem, wróciła do przejmującej wymiany zdań. Ildiri poprowadziła dalej.
Oto i tajemnicze drzwi. Identyczne jak te w korytarzu, z ciemnego drewna, z wyrzeźbionym pionowym rzędem prostokątów. Szczelnie zamknięte.
- Właź. - Ustąpiły, gdy popchnęła je bez kurtuazji. - Zostaw go pod ścianą.
Pokój był cichy i zaopatrzony jedynie w górę słomy, leżący na wierzchu, pomarańczowy koc oraz trochę starych szmat. Jedno, duże okno wyglądało prosto na ośnieżoną równinę. Gdzieś bardzo daleko majaczył las.
Wilczyca zatrzymała się na środku pomieszczenia i przeciągnęła bez pośpiechu, jakby szykowała się długa rozmowa. Wreszcie odwróciła się i zaczęła obserwować, jak żuraw układa wilka na boku i porządkuje jego porozrzucane na wszystkie strony świata kończyny.
- Samotny rycerz. Jakie to typowe - wypluła słowa z chłodem, który w jej głosie zadźwięczał niespodziewanie, niczym spleciony z nicości. - Zamknął się w swoich ideałach i zapomniał o życiu. Wiesz, co jeszcze jest typowe?
- No, słucham. - Podniósł się z ulgą.
- Ten twój ból istnienia. Prawie jak z jakiejś ballady.
- Doprawdy? A czuję się bardziej jak lis, nad którym zawaliła się nora.
- Całkiem romantyczne.
- Chyba inaczej rozumiemy to słowo.
- Nie wierzę, że ta historia ma skończyć się tak żałośnie. Zawsze serce takich romantycznych bohaterów komuś w końcu udaje się wypełnić. Inaczej to głupie i nie ma sensu.
- Zatem to głupie. Ale to nie książka, Ildiri. - Ptak westchnął. Nie chciał się na nią gniewać. Zakładał, że jej słowa nie wynikały ze złej woli. Robiła tylko to, co nakazywała praktykować z oddaniem myśl przewodnia jej pracy. Poza tym była jedyną osobą, która zgodziła się jednak udzielić pomocy potrzebującemu. - Doceniam twoje chęci, ale moje serce naprawdę jest już pełne. Po prostu jest puste. - Zmarszczył brwi, naraz zrozumiawszy, co powiedział. Wilczyca zachichotała.
- Lubię cię - stwierdziła.
- Ja... też cię lubię. - Potarł dziób brzegiem skrzydła, bez pomysłu, jak zareagować na takie wyznanie. - Będę się zbierać. Jestem strasznie zmęczony.
- Och, doprawdy? - Wolne kroczki przybliżyły ją do drzwi, jakby miała nad nimi pełną władzę. - Przecież mówiłam, że nie przyjmujemy zgonów. Na pewno mnie z nim nie zostawisz.
- Oczywiście, że zostawię - mruknął, jeszcze raz omiatając wzrokiem pomieszczenie. - Właśnie go przyjęłaś.
- Przyjęłam ciebie. Każdy może tu przynieść ze sobą, co chce. Nawet nieżywego kolegę. Wiesz, ja nie oceniam.
- On żyje. - Ich oczy spotkały się, gdy wadera stanęła tuż przed nim. - Być może dzięki tobie. A teraz wybacz, nie chciałbym popychać kobiety.
- Nie krępuj się. Ta słoma jest taka miękka - zniżyła głos. Nawet nie spuściła wzroku, gdy jej łapa znalazła się na jego kołnierzu.
- No cóż. - Jego palce oplotły się wokół nogi ściskającej materiał. Pociągnęły na bok. Dopiero w połowie ruchu myśli wilczycy nadążyły za jego zamiarem. Zanim zdążyła uczepić się go z powrotem, wylądowała w słomie.
Długie pazury zaskrobały we wnękę okna... i już był po drugiej stronie. Przeszywające powietrze otrzeźwiło go od razu. Księżyc świecił tak jasno, że malował na śniegu splątaną sieć nagich gałęzi.
- Cholerny idiota! Co ja z nim teraz zrobię?! - Wadera dopadła do okna. - Będę miała przez ciebie kłopoty!
Jego szpony mimowolnie wbiły się w śnieżną pokrywę. Odwrócił się z cieniem wahania.
- Jak wytrzeźwieje, wyjdzie na własnych nogach i nikt się nie zorientuje, że był pijany. W razie czego powiesz, że ten drugi musiał zniknąć przed końcem - rzucił. Ildiri zamarła na moment, po czym obiema łapami uderzyła w oścież. Dopiero po chwili mięśnie na jej pysku zaczęły powoli się rozluźniać.
- Głupi jesteś. Wiesz? - zawołała, głosem, który wreszcie zaczął przypominać jej zwyczajny, nieco zmanierowany przez wieczne znużenie.
- Tak, już słyszałem. Nawet nieraz. Dziękuję ci za pomoc.
- Nie ma za co - burknęła, znikając w cieniu pokoju.

Przechodząc obok
Widzisz - jestem bez maski
Prawda nie zabiła
Uczyniła silniejszym

Gdy dotarł do domu, po chatce roznosiło się już słodkie chrapanie współlokatora. Najwyraźniej jemu też nie zaszkodziło trochę odpoczynku od codziennego szaleństwa w remizie.
Ostatnio coraz więcej ich asystenckich obowiązków było związane z utrzymaniem swojego pokoju oraz gabinetu Birasta w jakim-takim porządku. Prawie codziennie spadała cienka warstwa nowego śniegu, który należało wygrzebać z pęknięć w murze i wymieść na zewnątrz. Prowadzili nierówną walkę z przeciągiem, który hulał po korytarzach i wdzierał się do pokojów, robiąc zamęt w gęstwinie stosików dokumentów. Próbowali kłaść na nich kamienie, wiązać sznurkami, ale za każdym razem jakaś niepokorna kartka oddzieliła się od reszty i powędrowała po przygodę. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że inspektor za nic miał trud swoich podwładnych, nigdy nie chowając uzupełnionych papierów na ich miejsce. Zaginione pisma były już na porządku dziennym. Jednego z kolejnych dni nastąpiło nawet lekkie spięcie ogólnogabinetowe.
Szkliwo wracał akurat z sekretariatu, niosąc plik podpisanych kart założonych petentom. Bokiem ominął stojącego w wejściu do ich pokoju, malutkiego, lecz okrągłego, szarego wilka o krótkim pysku i wysokim czole, który właśnie wykłócał się o coś z Raszem. Żuraw znał go tylko z widzenia.
- Tak nie może być! - zawołał gość, wymachując ściskaną w łapie kartką. - Gdzie są te dokumenty, pytam się? W zeszłem tygodniu poszły do biura Żamichy, a potem miały pójść do was!
- Nie dostaliśmy żadnych regulaminów! - Rasz wyciągnął szyję, by krzyknąć mu prosto w pysk. Po jego rozszerzonych powiekach łatwo można było odgadnąć stan jego uczuć, cienko graniczący z rękoczynem.
- Kto ma ich teraz szukać, może ja?
- Może ty!
- Poczekajcie. - Hapenir wysunął się zza biurka inspektora. - Te dokumenty ostatnio były u Żamichy? A jej pytałeś?
- Nie pytał! - warknął jego przyjaciel. - Od razu do nas przyleciał z pretensjami.
- Pytałem! - huknął mały wilk. - Tydzień temu powiedzieła nam, że teraz wasza kolej!
- Mam propozycję. Rasz, przetrząśnijcie ze Szkliwem cały nasz pokój. Ja poszukam tutaj. Denuvelin, ty pójdź do niej i spróbuj jeszcze raz sprawdzić, gdzie mogły zostać wysłane, albo, może, czy wcale nie zostały przekazane dalej.
- Wariacie, wiesz, ile to roboty? - syknął drugi asystent. - My ich na pewno nie mamy. Nie widziałem żadnych regulaminów na oczy.
- Mimo wszystko upewnimy się, dobrze? Den, możesz nam pomóc i powiedzieć w sekretariacie, że wszystko wskazuje na to, że dokumenty nie zostały wysłane dalej?
- Wyście je zgubili, to sami z nią rozmawiejcie!
- Myśmy ich raczej nie zgubili, bo nikt z nas ani przez chwilę nie miał ich w łapach. Sprawdzimy tu wszystko i zobaczymy. I proszę. „Rozmawiajcie”, nie „rozmawiejcie”. „Powiedziała”, nie „powiedzieła”. Ranisz moje uszy. - Muzyk powoli położył po sobie duchowo pokrzywdzone narządy. Denuvelin burknął pod nosem krótkie „Niech będzie” i odszedł bez pożegnania.
- To wrobiłeś nas w remanent. Dziś będzie długi dzień. - Rasz skrzyżował łapy na piersi.
- Ale przynajmniej wszystko sobie posprzątamy. Miałem inne wyjście? Inaczej by sobie nie poszedł, a musimy jakoś udowodnić, że nie dostaliśmy tych dokumentów.
- No dobrze już, dobrze! My z dziobakiem zmieniamy lokal. Wiesz, gdzie nas szukać.
Praca zdawała się nie mieć końca. Milczący, zmęczeni i głodni, poprosili o jeszcze po dodatkowym kubku mleka, które potem z mniejszym lub większym smakiem wypili.
- Jak ten ćwok przyjdzie, powiedzieć nam, że jego durne regulaminy znalazły się u Żamichy, dostanie ode mnie w nos - fuknął płowy wilk.
- Nie denerwuj się! - odpowiedział mu głos z drugiego pokoju. - Jeśli Denuvelin nie wrócił, to znaczy, że nie mają tych dokumentów, czyli albo musza być gdzieś u nas, albo poszły do kogo innego, a to już nie nasza wina.
Wrócili do domu później niż zwykle, ale wciąż na tyle wcześnie, by mieć chwilę na odsapnięcie przed wyprawą do remizy. Szkliwo wdrapał się po schodach i wyciągnął na sienniku, by rozprostować grzbiet zmęczony pochylaniem się nad dokumentami.
Początkową ciszę przerwał pojedynczy, skrzypiący dźwięk. Potem drugi, a potem cała harmonia. Zawsze tak zaczynał się popołudniowy koncert. Choć świerszcze zniknęły po pierwszych mrozach, ten jeden nie schodził z posterunku. Szkliwo lubił, gdy wilk grał. Udawało mu się wydobyć ze skrzypiec zarówno niskie, głębokie tony, jak i pełną życia, radosną melodię.
Zszedł na dół i przystanął pod piecem, opierając się o gładkie, zielonkawe kafle.
- Co teraz tworzysz?
- Chciałbym skomponować coś tylko dla niej - oznajmił, nie przestając przesuwać smyczkiem po strunach. Raptem przerwał, a drewniane pudełko jęknęło. - Hej, Rasz! - zawołał. - Twoja prababcia słucha z nieba i kręci głową z wielkim rozczarowaniem!
- Czego słucha? - Ptak kątem oka zerknął na wyjście. Choć nie widział drugiego wilka, który znajdował się na zewnątrz, mógł domyślić się, że nerwowo przestępuje już z nogi na nogę, obserwując znajomych z innych domów, którzy powoli zaczynają wyruszać na kolację.
- Jak zwykle wyklina nas pod nosem za swój wilczy apetyt. Jeszcze sąsiedzi usłyszą i pomyślą, że asystenci Birasta to jakieś bagno.
- Ej, gumowe ucho! Wypchaj się sianem! - odkrzyknął Rasz gdzieś z podwórza.
- Czasami naprawdę mam go dosyć - podsumował skrzypek i ponownie przykleił swój instrument do podbródka. - Ale podobno muzyka łagodzi obyczaje. To mu to zagram od nowa. - Zachichotał z iście wężową perfidią.
Skromny koncert jednego muzyka rozpoczął się jeszcze raz. Utwór był prosty, ale wolne, płynne dźwięki niosły ze sobą cały bagaż niewypowiedzianych słów. Szkliwo słuchał do końca.

Uspokój się.
Najmilszy, chciałbym ci pomóc, nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo! Niestety nie mam jak porozmawiać teraz z sekretarzem. Wybacz też, że ostatnio nie zdołałem napisać do Ciebie listu, który wyjaśniłby ten cały harmider. W watasze znowu panuje epidemia. Nie wiem, czy VCIG zmutował, czy to jakieś inne, nowe parszystwo. Delta mówi o tym: nalotnik gardła. Siedzimy w jaskiniach i modlimy się, żeby się od tego uchować. A raczej inni siedzą. My z Nymerią już chorzy. O swoje szczeniaki się nie martw. Wszystko z nimi w porządku.
Agrest.

Pierwszy od wielu dni list, suchy i techniczny, opatrzony opasłym krzyżykiem z kategorii „A teraz wracaj do roboty”, rzeczywiście brzmiał zupełnie jakby jego nadawca walczył z silnym bólem głowy. Szkliwo dwa razy upewniał się, czy oprócz tego świstka znalezionego nad rzeką nie ma jeszcze czegoś na poczcie, ale tam stanowczo odesłano go do wszystkich diabłów.
„Nalotnik gardła? Pierwsze słyszę”. Opuścił kartkę, a jego wzrok powędrował w stronę okna. Przez chmury przebijało się łagodne słońce. Ulica była pusta. Tylko gałęzie rozłożystej śliwy tańczyły z lekkim wiaterkiem. Przyszło mu na myśl, że odkąd jego zmory urządziły sobie wspólną wycieczkę do jego głowy, wszystko dziwnie ucichło. Bywały już takie chwile. Zazwyczaj nie znaczyły nic ponad zawiedź kolejnego nawrotu, ale postanowił korzystać ze spokoju, dopóki tylko miał możliwość.
Poczuł, że tym razem to on jest daleko od kłopotów i było mu z tą myślą bardzo dziwnie. Siedział w oknie i oglądał chmury, podczas gdy jego bliscy walczyli z zimową epidemią.
„Trzymaj się, Agrest. Walcz, staruszku. A dla Delty sił...”.

Cdn.

niedziela, 8 lutego 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Siedem nieszczęść”, cz. 7

Wszystko, co mówisz, jest straszne!
Jednak, przyjacielu najmilszy,
tylko się tam nie poddawaj
w szukaniu odpowiedzi na nasze pytania.


Witaj, Szkliwo!
Ostatnio każdego wieczora czekałam do późna, żeby poznać listonosza, który przynosi nam listy od Ciebie. Jest ptakiem i nazywa się Kaj. Jest bardzo miłym zwierzęciem, więc został moim nowym przyjacielem.
Miałeś rację, że towarzysz Ableharbin też jest sympatyczny. Dowiedziałam się, że jest sekretarzem Watahy Wielkich Nadziei (WWN). Czyli kimś podobnym do alfy, ale ponieważ nie mają tam alfy, takiego jak dziadek Agrest, sekretarz musi im wystarczyć. Ableharbin interesuje się historią. Opowiadał mi dużo o historii naszej watahy oraz watahy WWN.
Przyśniło mi się, że byłeś z nami w domu. Poszliśmy popływać w rzece i złowiłeś mi wodną ćmę. Wczoraj dziadek próbował mi złapać jedną w naszej jaskini, ale ciągle wyślizgiwała mu się z łap! Za to Legion zabrał mnie ze sobą do jaskini wojskowej. Powiedział, że tak naprawdę sekretarz nie jest naszym przyjacielem. Dziadek Agrest powiedział, że po prostu każdy z nich myśli, że dla naszej watahy jest lepsze co innego. To mnie smuci, bo chciałabym, żeby oni też się zaprzyjaźnili.

„Ech, Legion...”. Szkliwo odruchowo pokręcił głową. „Niedobrze. Jest jeszcze niedoświadczony. Żeby tylko nie powiedział czegoś nieostrożnego i nie narobił nam kłopotów. Sekretarz ciągnie Prymulkę na swoją stronę. Jeszcze chwila i powtórzy mu każde słowo Legiona. I sam mówiłem jej, by się z nim zaprzyjaźniła... Niedobrze. Dlaczego w tej watasze każdy musi za wszelką cenę forsować własną wizję?”.

Dziadek Agrest mówi, że szczęśliwa rodzina i przyjaźń jest najważniejsza.

„Ot i przyszło mu się nawrócić na stare lata...”.

Pytałeś, jak podobały mi się zajęcia w WWN. Były wspaniałe! Opiekowała się nami ciocia Osełka, która urządziła konkurs na najładniejsze ziarno piasku. Wykopałam ich dużo i nie mogłam się zdecydować, bo wszystkie były ładne. Jedno było przeźroczyste i błyszczące jak kryształ! Ale upuściłam je na ziemię i potem nie mogłam go już znaleźć. Drugie było duże i czerwone. Trzecie było podobne do pierwszego, ale nie było tak przeźroczyste, więc je wyrzuciłam. A czwarte było niebieskie i to pokazałam cioci. Powiedziała, że wszyscy wygraliśmy, bo wykazaliśmy się duchem współpracy, i że razem jesteśmy jak te ziarenka. Czyli, że wszyscy jesteśmy piękni, nieważne, czy jesteśmy z WSC, czy z WWN, bo wszyscy razem tworzymy jedność, na której można się stabilnie oprzeć.
Nie mogę już doczekać się Twojego kolejnego listu!
Pozdrawiam, Prymula

„Narracja sekretarza, zbliżająca obie watahy, ma się wyśmienicie. Żeby się tylko Nadzieje za bardzo w niej nie zagalopowały. Prędzej czy później to pewnie nastąpi. Nie wolno przegapić tego momentu”.
Otworzył słoiczek z atramentem i przygotował pióro.

Kochana Prymulko,
widzę, że czerpiesz z każdego dnia ciekawe doświadczenia. Cieszy mnie, że znajdujesz radość w swoich zajęciach. Jeśli moje porady przyjęłaś ostatnio z życzliwością, pozwolę sobie i dziś doradzić Ci: na propozycje przyjaźni odpowiadaj przyjaźnią, ale w pierwszej kolejności zawsze obserwuj wilki, a potem dopiero słuchaj, co mówią. Wszyscy czasem mają rację, a czasem się mylą. A czasem po prostu widzą różne strony tej samej monety.
Pamiętasz, co opowiadał Ci Ableharbin o historii naszych watah? Może opowiesz mi, jak wygląda jego strona monety?

Podniósł wzrok. Nagle zdało mu się, że oddech, który słyszy... nie pasuje do jego własnego. Wciągnął powietrze głębiej i zatrzymał w płucach. Odgłos nie ustawał.
Nie poruszając głową, powiódł wzrokiem po pokoju. Wszystkie kąty puste. A jednak gdzieś obok siebie, poza zasięgiem nikłych promieni zachodzącego słońca, słyszał czyjąś obecność. Może to tylko podmuch wiatru w szparach między cegłami murów? Nie. Szum był rytmiczny, wyraźny. Nasilał się. Delikatny wdech; wydech z żywym drżeniem.
Wstał z oporem, cały czas licząc, że po tej przerwie wszystko ucichnie. Może po kolejnej? Nie. Stąpając delikatnie, podszedł do wyjścia. Na schodach było pusto. Za oknem też ani żywej duszy. Klatka piersiowa zaczęła mu ciążyć, a obcy oddech wciąż rozbrzmiewał jakby wokół niego. Wycofał się na środek pomieszczenia. Miał wrażenie, że jeden gwałtowny krok i wpadnie prosto w zjawę.
- Czy ktoś tu jest? - wyszeptał. Dopiero gdy własne słowa wybrzmiały, zrozumiał, co naprawdę znaczą. Coś ścisnęło go w środku.
„Nie. Nie ma tu nikogo oprócz mnie. A więc... Dobry losie. Miej mnie w opiece”.
Im dłużej słuchał, tym wyraźniej klarował się w jego głowie przewidywalny rytm i tym więcej melodii rozbrzmiewało w bezpostaciowym do tej pory szumie. Jakby ktoś przywrócił do życia echo milczące od wielu księżyców. Znał ten głos.
- Kim jesteś? - Stanął w bezruchu, nasłuchując. Napięcie trzymało go za gardło. Nie wiedział, czy większy lęk budzi w nim obecność zmory, czy widmo jej spłoszenia. - Kto dziś do mnie przyszedł? - to nie było już pytanie, a prośba, choćby i o kłamstwo. Pod powiekami poczuł pieczenie, ale zaschnięte ze zmęczenia oczy nie chciały dać mu ukojenia łzami. - Czy to... ty, Kawka?
Chciał wyjść z pokoju, ale zatrzymał się wpół kroku. A jeśli i tam to nie ucichnie? Jeśli podąży za nim? Oszaleje... Jednak oszaleje też, jeśli zostanie, by nadal dręczyło go w ciszy...
- Kimkolwiek jesteś, nie przychodź do mnie, proszę.
Szkliwo, nie uniosę więcej niepowodzeń... Chcę umrzeć.
Wzdrygnął się, gdy uderzyło w niego wyraźne echo zabłąkane w pamięci. „Czym sobie na to zasłużyłem? Dlaczego inni nie słyszą rzeczy, których nie ma? Ha, bo ich nie ma, oczywiście... Co się we mnie zepsuło?!”.
„Choroba zwana tu rozszczepieniem umysłu. Ciężka psychoza”. Nie wiedział, czy głos w jego głowie był tylko wspomnieniem, głuchym odbiciem ostatniej rozmowy z Cispesją, wreszcie wypowiedzianymi słowami właściciela oddechu, czy też należał do niego samego i w podświadomości został już opatrzony aktem oskarżenia.
„Mój Boże, przecież to się zgadza. To wszystko... To rozwijająca się choroba”.
Poczuł, że marzną mu nogi; potem skronie.
Instynktownie przesunął się w kąt pomieszczenia. Przysiadł na sienniku i owinął się płaszczem, jakby jego ciepło i ucisk mogły ochronić przed całym złem świata. Na nowo zaczął wsłuchiwać się w ciszę. Odgłosy zza okna i najlżejsze szmery z dolnej izdebki, wszystko podstępnie wypełniało przestrzeń. Ukryć się za tą ścianą dźwięków było łatwo nawet świstowi wiatru. Wyłapywał każdy szelest, każdy głos, wszystkie spotęgowane niepokojem. Wcisnął głęboko w siano skostniałe z zimna palce. Sam już nie był pewien, czy oddech ustał, czy tylko zrównał się z tym w jego własnej piersi, ale targane adrenaliną żebra nie były już w stanie znieruchomieć, by to sprawdzić.
Pierwszy raz od dawna poczuł się zupełnie bezbronny; sam w obliczu czegoś, czego nie rozumiał.
Wolno przesunął nogę po ziemi i położył się na sienniku, próbując dosięgnąć leżącego nieopodal listu. Dosięgnął. Delikatnie, by papier nie zaszeleścił zbyt głośno, przycisnął go do piersi. Rozum bardzo chciał oszukać sam siebie. Poczuć, że ci, którzy pisali, są blisko; żyją i mogą przyjść z pomocą. W końcu zdołali przekazać mu tę kartkę, a to znaczy, że jeszcze mają na coś wpływ. W końcu dotykały jej ich łapy. Wciąż widnieją na niej słowa, które chcieli wypowiedzieć.
Jednak w tym miejscu, codziennie dudniącym od setek kroków, był zupełnie sam. Jedno, nieistotne życie, czarno-białe jak naprędce maźnięty szkic, płaskie jak z obrazka w książce. A może nawet nie życie, a iluzja? Opowiastka wymyślona zimowym wieczorem. Niezależnie, jak się zakończy, nikt nie dostrzeże różnicy.
Skrzydła szybko nagrzały kartkę. Sprawiała teraz wrażenie, jakby sama wydzielała żywe ciepło. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze.
- Hej, kocie! - Krzyk z dołu zabrzmiał jak lawina sunąca wprost z górskiego zbocza. Szkliwo skurczył się jeszcze bardziej. Zesztywniałe do bólu kończyny nie potrafiły wstać, a ściśnięte gardło nie mogło wydobyć z siebie ani słowa. - Czas na nas, kolacja wzywa!
- Możecie... iść sami? - wydusił półgłosem. - Potem do was dołączę!
- A co to za obyczaje?! - O ile wcześniej Rasz zdawał się wesół na myśl o wieczornej uczcie, o tyle teraz nie zdołał ukryć wzburzenia. Nie lubił, gdy sprawy przestawały iść po jego myśli; zwłaszcza przed posiłkiem.
- Coś się stało? - drugi głos również jeszcze starał się udawać beztroski. Na schodach rozległy się nieśmiałe kroki.
- Idźcie, niedługo będę. - W pośpiechu odsunął od siebie list. Strach wreszcie pozwolił poruszyć odrętwiałymi członkami. Znów mógł usiąść. Przetarł oczy skrzydłem i zdołał wziąć głębszy oddech. - Albo dajcie mi chwilę.
Do pokoju zajrzał Hapenir. Niepokój w jego oczach był tak wyraźny, jakby wilk spodziewał się zastać współmieszkańca jeśli w ogóle żywego, to na pewno co najmniej w dwóch częściach.
- Wybacz - powiedział cicho, spostrzegając, że żuraw, choć w całości, siedzi skulony na posłaniu. Wilk zobaczył i leżący przed nim list. Podszedł bliżej; powoli, na wypadek, gdyby zaraz miał usłyszeć zakaz. Adresat jednak, bez szczególnego zainteresowania, tylko podążył za nim wzrokiem. Skrzypek ujął kartkę w łapy i zmarszczył brwi.
- Piasek - zauważył. - Rzeka, listonosz. Szkliwo, o co chodzi? Wyglądasz, jakbyś przed chwilą zobaczył ducha.
- Nie - odrzekł, choć sam nie był pewien, czemu konkretnie zaprzecza. - Mówiłem, że zaraz do was dołączę. Po prostu... nie najlepiej się czuję. Miałem nadzieję chwilę się przespać. - Podniósł się i rozciągnął najpierw jedno, potem drugie skrzydło. Umilkł na chwilę. Wokół panowała błoga cisza. Poczuł, jak pod powiekami zbierają mu się łzy ulgi.
- To jakiś szczeniaczek, prawda? - Basior jeszcze raz obejrzał kartkę z obu stron i odłożył na ziemię.
- Wnuczka przyjaciela.
- Przesłodka.
- Tak. Chodźmy.
Czekający na dole Rasz już przebierał nogami z niecierpliwości. Gdy tylko pozostała dwójka asystentów znalazła się obok, basior, mamrocząc, obrzucił ich wiązanką niepochlebnych epitetów, które konsekwentnie uzupełniał przez całą, na szczęście niedługą drogę.
- Żebyś ty chciał być taki punktualny na kolację, jak do roboty - burknął wreszcie, kończąc swój bogaty wywód i ciężko usiadł na chłodnej podłodze, zastawionej cudacznymi potrawami. Wilki odpowiadające za ich przygotowywanie nie pozwalały gościom znudzić się jadłospisem. Prawie każdego dnia wkraczało coś nowego. Niektóre dania znikały, inne pojawiały się lub powracały po dłuższym czasie. Nikt nie wiedział, co czeka na nich tego dnia i dzięki temu wszyscy jeszcze chętniej wyruszali wieczorami ze swoich domostw, by to sprawdzić. - Nawet nie chcę słyszeć, że dziś się zrywasz przed końcem.
„Dziś powinienem odpocząć bardziej niż kiedykolwiek. A może gorszy będzie powrót do domu i czekanie na kolejne halucynacje? Co się ze mną dzieje? Nie wierzę już do końca ani własnym oczom, ani własnym uszom. Za grosz zaufania nie mam do żadnego wilka tutaj. Wciąż żyję w przeświadczeniu, że każde słowo może być fałszem, a każda wyciągnięta na powitanie łapa może zaraz chwycić za nóż. Nie ufam nawet jedzeniu, którym mnie tu raczą”.
- Wszystko gra? - Obok rozbrzmiał nagle ciepły głos Hapenira.
- Jak najbardziej - odrzekł Szkliwo, chwytając leżącą wśród innych delicji, nieco przywiędłą marchew. Jego głos był najwyraźniej dostatecznie pogodny i przekonujący, bo wilk w odpowiedzi uśmiechnął się i wrócił do jedzenia.
- Winka? - Rasz rzucił pytanie w powietrze i nalał sam sobie.
- Mi też - wtrącił jego przyjaciel, przeżuwszy szybko ostatni kęs jakiegoś rybiego filetu. Skrzydlaty tylko pokręcił głową, zajęty rozdrabnianiem warzywa na drzazgi.
Czas dłużył się niezmiernie. Goście jedli i jedli, pili, a jedzenia i trunku nie ubywało. Mając dużo czasu, Szkliwo z ciekawością obserwował to, co działo się nieopodal. Wpierw pojedyncze, potem coraz liczniejsze wilki, zmożone alkoholem, zaczynały pokładać się po kątach i odpływały w mroczną otchłań krainy snów, którą pozbawiono snów. Leżeli jak martwi, czasem jedynie mamrocząc coś nieskładnie. Ptak nie zauważył nawet, gdy znajomy mu już pysk doczołgał się do słupa, wokół którego już niebawem owinęło się pijane ciało. Ostatnio wychodził z remizy tak wcześnie, że dawno go nie widział, jednak gdy to nastąpiło, stwierdził, że powoli znieczula się na widok wyciągniętych na ziemi ciał odciętych od rzeczywistości. Dla innych to zjawisko zdawało się już od dawna czymś zupełnie zwyczajnym.
- Czas na nas. - W pewnej chwili Rasz przeciągnął się i ziewnął. - Chodźcie.
Szkliwo nie pytał, czy to oznacza, że uczta dobiega już końca, bo zamiast do wyjścia, skierowali się w przeciwną stronę. Żar ogromnego ogniska sprawiał, że powietrze w pobliżu było gorące i suche. Przechodząc obok, ominęli dwa basiory, które stały naprzeciwko siebie, wykonując nienaturalne, falujące ruchy. Ich oczy były nieprzytomne, a pyski bezwładnie uchylone, ale mięśnie nadal prężyły się z regularnością przypominającą taniec.
W kącie ukrytym za ścianą ognia, wilki siedziały w kręgu. W centrum ktoś rozrzucił garść kości i talię kart. Kilku graczy w grobowym milczeniu wykładało kolejne kolory na środek, a zgromadzony wokół nich wianuszek widzów niewybrednie komentował stan rzeczy.
- Gracie tu o coś? - zapytał Szkliwo, rozglądając się po tym zakątku sali. Oprócz zgromadzonego w nim tłumu, nie różnił się niczym od jej głównej części, zastawionej jedzeniem. „Oczywiście, hazard to ostatnia rzecz, jakiej mogłoby tu zabraknąć”.
- Ha! Iskry bożej ci nie brakuje, jeśli wpierw nie pytasz, w co tu grywamy, a: o co! W każdym razie nie można stawiać niczego materialnego. - Rasz z ukosa spojrzał na skrzydlatego kompana. - Żeby się nie zatracić i żeby nikomu nie przyszło do głowy na przykład... okradać Najwyższą Izbę. To gra dla samej przyjemności grania. Umiesz grać w karty?
- Nie.
- A w ogóle w coś umiesz grać, czy całe życie w swojej betoniarni tylko nosiłeś za alfą pióro i kałamarz?
- W szachy, ale tylko troszkę.
- O masz. A skąd u was pomysł na takie kaprysy?
- Alfa kazał mi kiedyś, żebym nauczył go w to grać, więc najpierw sam musiałem zrozumieć zasady. Zapłaciłem kotu z pobliskiej wsi, żeby zdobył mi jakąś instrukcję, a potem rysowałem szachownice na piasku. A na końcu się okazało, że alfa tylko żartował.
- Wiesz co, to nawet do ciebie podobne. - Rasz zaśmiał się serdecznie. Niespodziewanie zawtórował mu ktoś z tłumu.
- Dobrze słyszałem? - Spośród znajomych i nieznajomych pysków wychylił się niepozorny, jasnoszary wilk o drobnej posturze i bystrym spojrzeniu, z którego buchał żar młodości. - Szachy! A to co, jakiś nowy? - Zmierzył przybysza wzrokiem. Uśmiech na jego pysku zamienił się w skupienie.
- E tam, nowy! Już od jesieni tu jest, tylko nigdy nie mogłem go namówić, żeby został do końca kolacji!
- A to niedobrze. Co to za izolowanie się?
- Ale teraz będzie już zostawał do końca. Prawda? - Rasz, zadowolony z uzyskanego poparcia, objął Szkliwo łapą jak starego przyjaciela. Ten, niewiele myśląc, zdjął ją z siebie delikatnie. Napotkał przy tym oczy nieznajomego, które zwęziły się nieznacznie.
- Jasne, o ile będę mieć siłę.
- Nie grałem w szachy przynajmniej milion lat i ze trzy miliony zim! - zawołał nieznajomy. Wśród jego towarzyszy zapanowało poruszenie. - Jutro ze mną zagrasz!
- Tylko jeśli grasz tak sprawnie, jak liczysz. - Ptak grzecznie skinął mu głową. - Przegrywanie przywraca trzeźwość, a ja lubię być pijany.
Wilk raz jeszcze ryknął śmiechem.
- Przyprowadźcie go tu jutro, choćby podstępem!
- Słyszysz, płaszczaku? Nie puszczamy cię jutro do domu - mruknął mu nad uchem ogólnodzielnicowy król przezwisk.
- A kto powiedział, że się wybieram? - Szkliwo uśmiechnął się, odchylając głowę, by na niego spojrzeć. Decyzję podjął właśnie w tym momencie; tylko połowicznie z ciekawości tego nowego wilka, którego do tej pory nie widział ani w remizie, ani w urzędzie. Zrobienie Raszowi na przekór było po prostu silniejsze od niego.
- Wreszcie zaczynasz mówić z sensem! No, chłopaki, jak tam rozgrywka? - On tymczasem stanął za grzbietami dwóch basiorów, które właśnie oglądały swoje karty ze wszystkich stron, analizując szanse na wygraną.
- Pilnuj własnej mordy, bo ci ją na lewo wywinę! - odwarknął jeden z nich, a drugi tylko mrukliwie mu zaakompaniował.
- Gracie w Pamfila? - Ciągnął wesoło, jakby nie usłyszał uwagi. Rzucił pobieżne spojrzenie kartom leżącym pośrodku.
- Ta.
- Wyjaśnię ci zasady - ponownie zwrócił się do Szkliwa, jednak jeszcze szybciej przeniósł uwagę na ich trzeciego towarzysza, który właśnie zaczął zlewać się z tłumem. - Hap! A ty nie grasz? - zawołał za nim, wyraźnie zawiedziony.
- Wolę dziś co innego! - I znikł za jednym z wyjść z głównej sali.
- No dobrze. Słuchaj, Szkliwo. Hierarchia kart jest taka... dajcie no tu talię!
- Odpuść sobie, Rasz - burknął jeden z graczy, wykładając kartę na środek. - Niech po prostu popatrzy, to załapie. I tak już nie pogracie. Mamy dziś tylko jedną talię.
- Zgadzam się. Mi się nie śpieszy - oznajmił sam zainteresowany, po czym usadowił się nieco z boku, pod ścianą. W głębi duszy miał nadzieję, że nauka mechaniki karcianej jednak go ominie. Był już zbyt śpiący, żeby zagłębiać się w jej zasady.
Siedzący obok basior spojrzał na niego spode łba. Dopiero teraz Szkliwo dostrzegł kawałek papieru zwinięty w jego łapach.
- Chcesz? - Niespodziewanie zwitek został mu podsunięty pod dziób. Z wykrzywionego znudzeniem pyska wydobył się chrypliwy głos. - Zapalić trzeba.
- Nie, dziękuję. Co to jest?
- Taki... postój. Na oddech dla ciała i ducha. Zmienia podejście do świata.
- Ach tak.
„Ciekawe, czy to o tym wspominała Cispesja, gdy użyła określenia „odurzyć się”...”.
Wilk był nieco starszy od większości obecnych. Był też, podobnie jak niektórzy mieszkańcy Najwyższej Izby, gruby jak beczka. Uformował z papierka ścisły zwitek i wsadził go sobie między palce. Podniósł się z głośnym sapnięciem i podpełzł do ogniska słabym krokiem. Wyciągnął z niego żarzącą się gałąź i zaczął odpalać od niej swój rulonik.
- Mi też daj - rzucił mu jakiś wilk w przelocie, już kierując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą siedział palacz. Skórzany mieszek, który tam po sobie zostawił, pękał w szwach od podobnych papierków.
- Mam jeszcze inne. Takie pobudzające wyobraźnię - oznajmił tymczasem basior, wracając do swoich skarbów. Z zapalonego zwitka w jego łapie wydobywał się dym oraz silny, mdły zapach. - Rasz, chcesz? - zapytał nagle trochę głośniej, zwracając się do stojącego nieopodal drugiego asystenta.
- Po partyjce. Liczę, że jednak się tu za chwilę dobiję!
- Teraz będą grali zachód z północą - burknął jeden z widzów emocjonującego przedstawienia. - Potem Pir chciał wojnę. A z nim to, wiadomo, pewnie potrwa.
- No to daj mi skręta, Siemisz.
- Czekaj, już szykuję - wywołany do tablicy sapnął i wygrzebał ze swojego worka nowe zawiniątko. - Sam będziesz palił?
- No co ty, ze Szkliwem! On jeszcze nie próbował. - Rasz z entuzjazmem poklepał żurawia po ramieniu. Nie poczuł, jak pod jego łapą mięśnie naprężają się w odruchu obronnym.
- Chyba podziękuję. Ten zapach jest okropny.
- E tam, okropny. Jest piękny. Wiesz, co to robi z głową? - Wilk wsunął sobie rurkę w zęby i wygodnie rozłożył się pod ścianą.
- W twoim pysku to jakoś nie zachęca - odmruknął ptak, choć jego kompan nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, o wiele bardziej przejęty podpalonym kawałkiem papieru z ziołami. Szkliwo zapragnął jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Każda cząsteczka świeżego powietrza zimowej nocy wydała mu się nagle nieopisanym bogactwem.
Zaczął układać plan ucieczki, w międzyczasie rozglądając się po zebranych. Wilki siedzące wokół graczy śmiały się i rozmawiały głośno, a niekiedy rzucały sobie nawzajem docinki i wszczynały kilkuzdaniowe dyskusje. Zauważył, że basiora, który zaproponował mu partię szachów, nie było już wśród obecnych. Rzucił jeszcze jedno, oględne spojrzenie Raszowi, aby upewnić się, że siedzi spokojnie i delektuje się swoim śmierdzącym papierkiem.
- Co to za wilk od szachów? Nie kojarzę go - zapytał, nie zatrzymując się na żadnym ze słów. Rasz wzruszył ramionami.
- Nazywa się Kirłan, ale nie wiem dokładnie, czym się tu zajmuje. Jakieś wytwórczo-kupieckie bzdury. Czasem przychodzi pograć z nami w karty, ale o wiele częściej od razu po kolacji leci do dziewczyn. I w ogóle na kolacji jest chyba tylko czasem. Pewnie ma pracę w terenie, poza główną siedzibą. O, dziś też już poszedł.
Dmuchnął dymem ze spalonego zioła prosto przed siebie. Powietrze wokół zmętniało.
Pod ścianą, w rogu sali, za tłumem widowni karcianej rozgrywki, jakiś wilk jęknął żałośnie, przyciągając spojrzenia obu towarzyszy.
- A to co? - mruknął ptak.
- Ktoś właśnie wybiera się w podróż.
- To znaczy?
- Tam kwas biorą. To dopiero przeżycie! Chociaż na mnie nie działa dobrze. Raz próbowałem... nie mam głowy do takich rzeczy. Ale ty spróbuj, to się przekonasz. Łykasz i otwiera się drugi świat.
- I po co to wszystko?
- Jak to, po co? Dla rozrywki!
Szkliwo zmarszczył brwi, ale wstał bez komentarza i ostrożnym krokiem przemknął pomiędzy rozkrzyczaną kompanią otaczającą graczy. Dopiero co rozpoczęta partia przyniosła im nowe emocje, więc żywiołowo dodawali sił swoim faworytom.
Odetchnął powietrzem ciężkim od dymu i tuzinów innych oddechów. Po drugiej stronie jego wzrok napotkał kilka ciał, które leżały w abstrakcyjnym wzorze, pogrążone w czymś na kształt snu. Ich łapy podrygiwały raz na jakiś czas, uszy niezbornie tańczyły na głowach. Nierówny oddech uginał żebra, a pyski otwierały się i zamykały. W półprzymkniętych oczach widział całą gamę emocji odciętych od rozumu. Jakiś wilk zaśmiał się, inny ronił rzewne łzy. Jeden węszył ziemię tak, jakby pod nią zakopana była druga sala bankietowa, po tysiąckroć większa i bardziej wystawna niż ta, w której ucztowali co noc; drugi lizał powietrze, zachwycony smakiem, którego nikt inny nie mógł poczuć. Ktoś zastygł w bezruchu, z pyskiem wykrzywionym w niemym grymasie. Ktoś inny miotał się w miejscu, kalecząc powietrze pazurami, jakby walczył z niewidzialnym przeciwnikiem. Dyszał ciężko, chaotycznie poruszając kończynami. Jego nozdrza falowały, zęby zaciskały się. Szkliwo podszedł bliżej, przystanął nad nim i dopiero wtedy dostrzegł oczy, które próbowały otworzyć się w panice.
- Odejdź! Odejdź! - wybełkotał, w końcu podpierając się na jednej łapie, by podnieść się z ziemi. - Nie odwracaj się, bo twój pysk, twój pysk się rozpływa... O! Masz trzy pyski, co się śmieją. To piękne, ale boję się... Już nigdy nie znajdę końca! Boję się... kocham ten strach. Kocham go, jak księżyc, gdy gryzie ci gardło, a ty nadal chcesz więcej!
Szkliwo odsunął się o krok, niepewny, do czego może być zdolny wilk, który wdaje się w bójki z księżycem.
„Smutne”, skwitował w myślach.
- A ty co, chcesz trochę? - Zza jego pleców nagle wyłonił się wilk, który wcześniej podpalał innym zwitki w ognisku. Oczekując na odpowiedź, przetoczył się między swoimi podopiecznymi, uważnie ich obserwując.
- Chyba nie - odrzekł Szkliwo lakonicznie.
- Haha, nerwy cię zjadły? Nic się nie bój, ja tu wszystkiego pilnuję. To jest bezpieczne. Prawie każdy kto skorzysta, bardzo sobie chwali takie doświadczenie.
- Może innym razem. - I już postawił pierwszy krok, by odejść. Wtem poczuł na swoim grzbiecie czyjś nieśmiały dotyk.
Odwrócił się. Wszystkie wilki trwały jednak w tym samym stanie, zanurzone w niedostępnych dla innych światach. Swoich lub wręcz przeciwnie: obcych. Wszystko jedno. Wędrujący pomiędzy nimi także nic już nie robił sobie z przybysza, który odmówił zaszczytu dołączenia do ich grona.
Tymczasem uczucie dotyku pojawiło się znów, tym razem z drugiej strony. Lekko, jakby drażniła się z nim czyjaś łapa; wilcza, choć delikatna, drobna, choć nie szczenięca. Znów błyskawicznie odwrócił głowę. Miał ochotę pytać, ale rozsądek podpowiadał mu, że jego pretensje nie są skierowane do nikogo spośród obecnych na sali. Zdawało mu się, że jest obserwowany, lecz nie mógł dostrzec pary ciekawskich oczu. Nikt nie byłby przecież w stanie ich dostrzec.
„Kimkolwiek jesteś. Proszę, nie przychodź do mnie”, powtórzył w myślach to samo zdanie, które od popołudnia zawzięcie próbowało wwiercić mu się w czaszkę. Nie wiedział, po co właściwie się odzywa. Nie oczekiwał odpowiedzi.
Twoje serce milczy.
„Co proszę?”.
Kłamstwem się dusi.
„Cholera jasna, Wrona...”.
Ruszył przed siebie, bez słów pożegnania, by jak najszybciej opuścić to miejsce. Odetchnąć świeżym powietrzem, posłuchać ciszy i zasnąć spokojnym snem.
„To wszystko już tylko powtórka przedawnionej sztuki. Dlaczego? Dlaczego do mnie wracacie, zjawy, wspomnienia, złudzenia? Kim jesteście, jeśli nie mną samym, dlaczego więc mnie straszycie? Za małośmy jeszcze sobie porozmawiali? A może wracacie, bym się wreszcie do was przyzwyczaił? Próżny wysiłek. Boję się. Boję się siebie, jak nigdy dotąd. Słyszę was, czuję. Już tylko odbieram bodźce. Przestaję je krytycznie przetwarzać. Kiedy w końcu wejdę prosto w ognisko albo nie zatrzymam się na brzegu rzeki?”.
Mroźny wiatr hulał po ścieżce. Ścigał się sam ze sobą, gwizdał i gryzł; ostry, nieubłagany, pełen siły. Szkliwo maszerował na sztywnych nogach, powstrzymując drżenie, które dopadło go po opuszczeniu ciepłej sali. Zaciągnął kaptur aż po sam dziób. Zimne krople zaczęły krzepnąć mu na policzkach.
„Mam pewnie jeszcze trochę czasu. Może zanieść list na pocztę? Nie, nie. Jutro. Zaraz usnę na stojąco. Zresztą muszę napisać jeszcze jeden”.
I powlókł się prosto do domu.

Agrest,
postanowiłem poszukać w archiwum dokumentów, które potwierdzałyby lub zaprzeczały planom zamachu NIKL-u na nasze ziemie. Nie wiem jeszcze, jak się tam dostanę, ale spróbuję. Ta sprawa nadal jest dla mnie bardzo nieczytelna.
Szkliwo

Wyjrzał za okno. Tylko dwie małe sylwetki żołnierzy, stojące w prześwicie pomiędzy budynkami, prowadziły ożywioną rozmowę. Na gałęzi jakiegoś krzewu rosnącego po drugiej stronie ulicy przysiadł gołąb.
Opuścił wzrok na kartkę i naraz podniósł go znowu. Żółty odblask na ziemi nie pasował mu do zimowej szarości siedziby Najwyższej Izby. Dźwignął się z ziemi i stanął w oknie. Oboma skrzydłami podparł się na ościeży.
Tylko maleńki kawałek metalu dzieli mnie od zajęcia twojego miejsca.
Złote pióra połyskiwały na śniegu, w łagodnym świetle popołudniowego słońca. Dostojna, ptasia sylwetka stała pośrodku drogi. Przez chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa.
„Jesteś naprawdę ostatnią osobą, którą chcę teraz widzieć. Nie masz nad nic wpływu, a jako moje własne urojenie nie masz na nic wpływu sto razy bardziej”. Odwrócił się od okna. Z bezgłośnym westchnieniem przysiadł z powrotem na ziemi i zawiesił wzrok na swoim liście.
Przez chwilę miał ochotę napisać więcej. Wreszcie wyrzucić z siebie wszystko, z czym zetknął się w tym zepsutym miejscu. Miałby tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Jednak... po co? Nie szukał ani zrozumienia, ani rady, nie liczył na pomoc czy nawet proste współczucie. Doskonale wiedział, że Agrest, przeczytawszy list, zasępiłby się tylko i odpowiedział oczywistym „Wszystko, co mówisz, jest straszne! Jednak, przyjacielu najmilszy, tylko się tam nie poddawaj w szukaniu odpowiedzi na nasze pytania”. Podpisał się więc, postawił ostatnią kropkę nad i, po czym nieśpiesznie złożył kartkę na cztery. Oprócz odwiedzenia poczty, czekała go jeszcze wycieczka nad podleśny potoczek.
Tego dnia gruba warstwa chmur odebrała światu blask i barwy. Długie gałęzie starej wierzby zwisały nad wodą strumyka, którego zwykły chlupot dawno ucichł, skuty lodowymi okowami.
Przez pasy biało-niebieskiej farby, która pokrywała metalową poręcz mostka, przebijała się gęsta rdza. Szkliwo oparł się o barierkę i spojrzał w dół. Pod lodem falowały tylko źdźbła wodnej trawy. Nie widział dokładnie swojego odbicia; z początku było tylko szarą plamą. Wreszcie zidentyfikował je wzrokiem.
Tuż obok dostrzegł drugie oblicze. Odsunął się odruchowo, jakby metal sparzył jego skrzydła.
- Co znowu? - szepnął, odruchowo licząc, że wydobycie z siebie głosu może mieć moc odepchnięcia złudzenia. Przez chwilę po prostu stał pośrodku ścieżki biegnącej przez mostek. Wreszcie zrobił krok naprzód i jeszcze raz położył skrzydło na barierce. Znowu to czuł: łzy cisnęły mu się do oczu. Niewiele dzieliło go od tego, by pozwolić im płynąć.
- Straciłem rozum, prawda? Nie śnię, a jednak cię widzę. Widzę cię, chociaż nie istniejesz. - Obawa, od dawna zakrzepła w jego sercu, teraz powoli się roztapiała. W żarze emocji, z bezkształtnej masy formowało się coś nowego: surowe przeświadczenie. Duszące brakiem nadziei; bolesne aż po wymiar fizyczny. Odbicie na lodzie, sylwetka o sierści ciemnej jak noc, pozostawała tymczasem nieruchoma; wpatrzona przed siebie zmętniałą jasnością szeroko otwartych oczu. A jednak czuł, że ona żyje. Że czeka.
- Kim jesteś? Porozmawiajmy - odezwał się głośniej, choć jego ciało nadal było zesztywniałe. - Nie chcesz? Dobrze. Sam pogadam. Sam do siebie, w końcu jestem... już i tak zwichnięty psychicznie. - Podniósł skrzydło znad barierki, by pochylić się niżej nad wodę. Usiadł na skraju mostka. - Jestem chory, wiesz...
Zadrżał, czując, że jego jesionka przemięka od topniejącej szadzi. Przez długą chwilę wpatrywał się w zastygłe na lodzie oblicze, choć ono nie patrzyło na niego, ale prosto ku bezkresowi nieba.
- Przypominasz mi kogoś - stwierdził szeptem. - Ale ty nie istniejesz. Może tam, w WSC, jako zbiorowe urojenie. Legenda dla pokrzepienia serc.
Zakładasz, że kiedyś byłam czymś więcej, niż twoim urojeniem.
Podniósł mały kamyk. Starł z niego szron i rzucił z mostka w dół. Kamyk z głuchym stukotem upadł na lód. Znów nastała martwa cisza.
- Jak bardzo brak mi poczucia stałości. Chciałem być wsparciem sam dla siebie, a sam dla siebie jestem największym koszmarem - powiedział, próbując nie ściszać już głosu, co okazało się trudne, gdy jedynym co słyszał, był własny półszept. - Ilekroć patrzę w taflę wody, nie wiem, na kogo lub na co właściwie patrzę. Odwracam się i nie wiem, na czyich nogach idę. Robię krok w prawo lub w lewo i widzę się z zupełnie nowej strony. - Skronią oparł się o poręcz i przycisnął skrzydła do boków, czując, że trzęsą się z zimna. Podwinął też nogi, okręcając je miękkim materiałem. W tej pozycji było mu całkiem wygodnie i stosunkowo ciepło. - Nie potrafię powiedzieć o sobie słowa, którego byłbym pewien.
Pióropusze suchych trzcin poruszyły się delikatnie pod naporem wiatru. Liście na pobliskich krzewach zadygotały.
Przez moment miał wrażenie, że oczy poruszyły się, jakby chciały na niego spojrzeć. A może to tylko coś przepłynęło pod lodem, z prądem strumyka.
- Szkliwo? - głos dobiegł znad ścieżki wiodącej do siedziby NIKL-u. Na szczęście jego mniej przytłaczający współlokator tym razem był sam. - Żyjesz?
- A co mam nie żyć. Skąd się tu wziąłeś? - odpowiedział ze stłumionym westchnieniem, nie poruszając się ani o włos. Miał cichą nadzieję, że wcale nie będzie musiał tego robić.
- Spacerowałem... - Basior zawahał się, przystanąwszy z jedną przednią łapą w górze. Wreszcie przydreptał o parę kroków bliżej i usiadł. - Muszę ci się przyznać, że wybierałem się na spacer z myślą, że cię znajdę. I chyba dobrze zrobiłem. Na co tak patrzysz?
- Na nic. Na wodę.
- Zdaje się, że coś do niej mówiłeś. Mam nadzieję, że ci nie przeszkodziłem. Kto inny nas zrozumie, jeśli my, artyści, nie będziemy rozumieć się nawzajem.
- Artyści. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
- Ja komponuję, a ty piszesz i rozmawiasz z rzeką. Eviva l'arte!
- Piszę tylko listy. To chyba poza granicą najniższej sztuki.
- No dobrze, dobrze. - Przerwał na chwilę, również spoglądając w dół, na bieg strumyka. - Ja wiem swoje. Szkliwo... Martwię się o ciebie.
Ptak milczał. Miał ochotę rzucić suche „Nie ma potrzeby”, ale wrażenie, jakby powtarzał to już setki razy, kazało mu się powstrzymać. Kogo próbował oszukać?
- Ja po prostu taki jestem. Za wiele się z tym nie zrobi - odparł w końcu.
- Dlatego siedzisz tu sam i patrzysz w wodę, jakbyś chciał się w niej utopić, gdyby nie była za płytka?
- Właśnie dlatego. I nie zamierzam się topić.
- Więc po co to robisz?
- Jaźń lubi odzywać się w ciszy.
„Lecz kto wtedy mówi i do kogo?”, zapytał już tylko w myślach. Hapenir nie odzywał się przez chwilę. Spuścił palce przednich łap z mostka i położył pysk na barierce. Szkliwo odetchnął bezgłośnie. „Wiem tylko, o czym, bo jestem w stanie zrozumieć to na płaszczyźnie prostego: widzę, słyszę, czuję. Jednak sam dla treści pozostaję tylko próżnym schowkiem, jak muszla dla szumu morza. Nawet całe moje zrozumienie ogranicza się do wiązania z tych słów nitek delikatniejszych od dymu i wyszywania haftów, które uważam, że mogłyby tworzyć w takim czy innym zestawieniu”.
- Chodźmy do domu - powiedział na głos. - Zaraz zacznie się ściemniać i Rasz znowu będzie narzekał, że spóźnimy się na kolację.
- Nie przejmuj się nim. - Wilk z lekka wzruszył ramionami. - Chociaż w sumie masz rację, chodźmy. Ja też jestem głodny. I napiłbym się czegoś.
Już po chwili dreptali własnymi śladami wydeptanymi w śniegu któregoś z poprzednich dni. Pod remizą, jak zwykle, minęli tego co zawsze strażnika. Stał prosto, wpatrzony w dal, i tylko, gdy przechodzili przez wejście, prześlizgiwał się po nich jego czujny wzrok. Z jakiegoś powodu zdawało się, że strażnicze oko dostrzega każdy szczegół i nie ukryją się przed nim nawet myśli wkraczających do strzeżonej przez niego świątyni rozpusty. Być może nie silne barki, a ta przenikliwość spojrzenia była najcenniejszym jego atutem w tej pracy. Nikt nie mógł mieć pewności, co dokładnie się za nią kryje.
Minęła kolejna chwila i obaj wilczy asystenci Inspektora Ziem Wschodnich wypchali gardła mięsem. Szkliwo rozejrzał się po stole wyłożonym wystawnymi daniami. Skubnął trochę suszonej żurawiny, a potem wziął się za kozie żeberka. Gdy Rasz podniósł miskę z winem, bez słowa położył skrzydło na kubku.
- Co zakrywasz, co zakrywasz! - burknął wilk, próbując naczyniem zepchnąć kończynę ptaka na ziemię. Kilka kropel czerwonej cieczy chlupnęło na pióra.
- Zabieraj łapę. Szkoda wina. - Skrzydlaty spojrzał na kompana kątem oka.
- Hej, a może ty chcesz zostać tym... Hap, jak to było?
- Ascetą - mruknął ten, opuszczając głowę, żeby podrapać się w nos. Jego oczy przez chwilę biegały po podłodze. Szkliwo chrząknął.
- Po prostu mam dosyć wina. Smakuje jak zepsute owoce. - Ledwie to powiedział, coś zadrapało go w gardle. Ostry, lecz słodki zapach zmaterializował się w pomieszczeniu, jakby nagle posiała go tam niewidzialna ręka. Procenty zawisły w powietrzu, ale na pewno nie był to zapach wina.
„Cóż znowu”, zapytał w myślach. „To już nawet nie jest śmieszne. Czyżby mój mózg znalazł bardziej wyrafinowany sposób, żeby dalej mnie dręczyć?”.
Odwrócił się gwałtownie, czując, że ktoś oparł się o niego całym bokiem. Obok nikogo jednak nie było.
Nie boisz się, że jeśli ci się nie uda... To twoje życie straci wartość?
Głos był wyraźny i bliski w wielu znaczeniach. Jego dźwięk przypominał o lepszych czasach, lecz słowa były zimne, takie, jakie w usta przyjaciela jest w stanie włożyć tylko własna wyobraźnia; lęk o zamknięcie drogi biegnącej przez szczere pole.
„Co tym razem? Idź precz, ja już naprawdę nie mam siły. Ja już... nie żyję, ja tylko przed wami uciekam. A jeśli jesteście, niechże któryś powie coś nowego, zamiast powtarzać to, co już dawno słyszałem. Jak mam się bronić, jeśli nie wiem, czego chcecie? Nie będę tylko gościem we własnym ciele”.
Podniósł się na sztywnych nogach.
„Nie będę. Rozumiesz? Nawet po moim trupie. A do tego czasu... jestem jedynym kapitanem tego statku”.
- Idę grać - rzucił współpracownikom na pożegnanie.
Wiesz, kim jestem?
Zamarł wpół kroku, jednak trwało to tylko mgnienie oka. Płomień ogniska nadal chybotał się w dusznym kącie. Wilki, które nie były jeszcze wystarczająco pijane, by wstawać od stołu, nadal prowadziły ożywione dyskusje.
Nie odpowiedział. Ruszył przed siebie.
Nowy znajomy znalazł się szybko; siedział tam, gdzie poprzedniego dnia. Popijał wino i wyraźnie na coś czekał. Tym razem bardziej wyróżniał się z tłumu, gdyż pod pachą trzymał szachownicę. Nie dawał jej do łapy innym wilkom, a one nie narzekały, zaaferowane toczącą się właśnie partią Pamfila. Gdy dostrzegł żurawia, jego bystre oczy rozbłysły. Skinieniem łapy zaprosił go do swojego kąta i wysypał figury na podłogę. Wokół rozniósł się przyjemny zapach drewna i oprawionej skóry. Jego łapy przygotowały planszę prawie po omacku, jakby robiły to już tysiące razy. Na polu bitwy zapanował ład, pierwsze pionki poruszyły się o nieśmiały kroczek.
- Więc mówisz, że wasz alfa nie grywa w szachy. - Szary basior przestawił hetmana na obrzeże szachownicy.
- To praktyczny umysł, który woli wykorzystywać swój potencjał do pomocy obywatelom.
- Szkoda. To rozwijająca rozrywka. Myślałem, że politycy powinni ją lubić, bo przypomina ich pracę. Trzeba inteligentnie dysponować figurami i planować kilka kroków naprzód.
- Być może - odrzekł ptak zdawkowo, przyglądając się planszy. Wolno przesunął jeden z pionków.
- Pssst! Teraz nie obroni króla. Będzie mat.
- Cholera.
- Nie widziałem tego. - Wilk demonstracyjnie odwrócił pysk i zasłonił go łapą. - Próbuj jeszcze raz. Ledwie zaczęliśmy, a ty już próbujesz kończyć. - Rozsiadł się wygodnie, całym sobą pokazując, że nigdzie mu się nie śpieszy. Jego przyjacielski, a jednak lustrujący wzrok zaczynał działać Szkliwu na nerwy. - Więc wschodniak. A młodego sekretarza znasz?
- Tak, znam. Jak i szachy.
- Czyli zapewne doskonale. - Kirłan roześmiał się. - Grałem z nim raz, jak byłem w interesach w Watasze Wielkich Nadziei. Niezły z niego przeciwnik. - Z uznaniem wydął wargi, ale Szkliwo nie odpowiedział, znów zajęty swoim ruchem. „Ciekawe, kto wtedy wygrał”, przeszło mu przez myśl.
- Oczywiście ja.
Skrzydlaty gwałtownie podniósł wzrok. Współzawodnik nie patrzył na niego, przestawiając właśnie pionek na szachownicy. Zresztą to nie do niego należał głos, który właśnie rozległ się w pomieszczeniu. Nawet przez chwilę Szkliwo nie miał wątpliwości i jeśli coś powstrzymało go przed ostatecznym osądem, to tylko resztki naiwnej wiary w swoje zdrowie. Uśmiechnął się mimowolnie, jakby nie chciał obojętnością ubliżyć własnemu urojeniu.
„Towarzyszu sekretarzu, nie wątpiłem w to ani przez moment”.
- Słusznie, towarzyszu rzeczniku.
- Powiedziałem coś śmiesznego, czy tylko wspominasz... No właśnie, co? - Tymczasem Kirłan skończył wykonywać swój ruch, przeciągnął palce i oparł się o ścianę. Ptak zawahał się. Nie miał dobrej odpowiedzi na to pytanie.
- Lato - odrzekł w końcu łagodnie.
Zawsze w was wierzyłem, towarzyszu Szkliwo.
„Tak, tak, a moja strategia wygląda na skuteczną, jeśli złe sny przestają mnie dręczyć. Jak widzicie, towarzyszu sekretarzu, tak na pół gwizdka jest skuteczna ta strategia”.
Przez dłuższą chwilę tylko figury stukały o drewnianą płaszczyznę planszy.
- Dobry ruch - stwierdził wilk, krzyżując przednie łapy na piersi. W zamyśleniu poruszył nosem. - Jutro wybywam stąd na kilka dni. Jak wrócę, mam nadzieję, że znowu zagramy.
- Niestety, orłem nie jestem.
- Bo łatwo się rozkojarzasz, jak do ciebie mówię. Następnym razem będę milczał jak grób. Ty przynajmniej znasz zasady, w przeciwieństwie do reszty tego zaplutego konsorcjum.
„Już nie wiem, co gorsze. Jego gadanie, czy milczenie i taksatorskie spojrzenie”.
- Zagramy, zagramy - przytaknął. Rzeczywiście wolał to od uczestniczenia w rozrywkach pozostałych urzędników i jakoś niespodziewanie nawet sam dla siebie stwierdził, że ten rozmówca może zrozumieć go przynajmniej częściowo. - To przyjemniejsze od siedzenia w dymie z tych mdłych ziół. Do niedawna zaraz po kolacji wracałem do domu i myślę, że niewiele traciłem.
- No cóż. Okazało się, że traciłeś partię szachów ze mną. Jakie szczęście, że przypadkiem podnieśli ten temat. - Kirłan uśmiechnął się pod nosem. - Mat. Jeszcze jedną partyjkę?
- Pewnie. Znowu pobiegam sobie samotnym królem po szachownicy.
- Co za okrutny pesymista - burknął, ustawiając figury od nowa, lecz wesołość nie spływała z jego bystrego pyska. Szkliwo mimowolnie odwzajemnił uśmiech.

Cdn.