poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Podsumowanie sierpnia!

Drodzy!
Spójrzcież, co to tam daleko stoi takie bure, mokre i rozczochrane? Czyżby to jesień?
A nie, to tylko Wodnik Szuwarek. A Wy już myśleliście, że to lato się kończy, a jesień wygląda zza winkla, co? No to sobie jeszcze poczekacie!
Dziś wszak tylko podsumowanie miesiąca i długo wyczekane podium, które przyniesie naszym bohaterom nowe punkty czystej satysfakcji i dyskusyjnego znaczenia fabularnego! Oto i ono:

Na pierwszym miejscu zapierdzielacz Agrest z 4 opowiadaniami,
Na miejscu drugim nasz bystry Xiv z 3 opowiadaniami,
Na miejscu trzecim zaś dwie zaradne damy Saża i Yrsa z 2 opowiadaniami.
A poza podium? Kozaki, o których nie należy zapominać, dzielni Delta i Bleu!

Innymi postaciami, które bardzo intensywnie wystąpiły w naszych tego miesięcznych opowiadaniach, były Mezularia, Miodełka, Eilert, Misung, Nicpoń, Koyaanisqatsi i Szkliwo.

Na koniec pamiętajcie. Punkty, punkty, punkty!

                                                                   Wasz samiec alfa,
                                                                      Agrest

Od Xiva - "To opowiadanie to iluzja", cz. 2

Od Delty (Od Kaja) - "Pijany na koniec miesiąca - tylko trochę przy okazji naćpany" cz. 22


Czy Kaj przyznałby się kiedykolwiek do błędu?
Nie.
Przecież on był doskonały. Najdoskonalszy pod słońcem.
Czy to znaczy, że nie popełniał błędów?
O w żadnym wypadku.
 
A zatem usiądźcie sobie moi kochani i posłuchajcie pewnej historii.

Kej obudził się z kacem. Kacem tak potężnym, że powiedziałbym jako oczywiście bardzo zaufany narrator, że to był największy kac życia tego nieszczęsnego ptaka.
A mimo to wstał ze śniegu, otrzepał pióra i poszedł dalej, bo był już przyzwyczajony do tego stanu ciągłego napierdalania w głowie.
Powiem wam teraz trochę o Kaju, bo nie wiem czy wszyscy go dobrze znacie. Kaj to taki ptak. Taki ptak, który przekonany jest święcie, że jest najlepszy pod słońcem i nie ma od niego nikogo lepszego. I jego ogromne ego jest tak wielkie, że jakby je wyjąć i zrobić z niego przedmiot to byłby nie przedmiotem, a górą. Taką legitnie wielką górą, na której podejście trzeba poświęcić dobrych parę dni i znajdują się na niej co najmniej dwa schroniska na drzemkę po drodze. Kaj jest też ptakiem zabójczo zakochanej w pewnej waderze. Ona jest już martwa, ale na potrzeby narracyjne załóżmy dobre zakończenie jej historii i jej nie zabijajmy tak od razu. W każdym razie. Ta wadera to Kawka.
Ja wam teraz opowiem trochę o Kawce. Bo jest to wadera widzicie. Z macicą, z chęcią na dzieci i rodzinę. Jest to wadera w miarę inteligentna, ale jej rodzice byli swoim kuzynostwem, więc niewiele można stwierdzić jak dziwna jest ta kobieta od środka. Ale jest. I zakładamy że żyje. I zakochana jest w swoim przydupasie Szkliwie.
Czy coś o szkliwie? Myślę że nie ma potrzeby. On jest postacią podrzędną tego opowiadania. Jego imię właściwie potrzebne jest nam tylko fabularnie, abyśmy wiedzieli jak zakochana jest w nim Kawka.

W każdym razie. Powracając do historii. Kaj pozbierał się z tego śniegu, na tej swojej ulubionej polance, która nie do końca była jego ulubioną, bo mieszkał na niej Szkliwo. A Kawka przecież kochała Szkliwo, nie Kaja.
Więc nasz Kaj w ramach zemsty wykombinował bardzo genialny plan. Ponieważ przecież jest najlepszy pod słońcem i nie da się go nie kochać! Kawka po prostu boi się wyznać mu swoje uczucia, bo jest taki nieprzystępny, wiec decyduje się pozostać z innym ptakiem niż on. Więc najprościej jest sprawić aby ta wadera, z piękną macicą i całkowicie nie martwym ciałem, zrobiła się o niego zwyczajnie zazdrosna. Wtedy na pewno porzuci tę szmatę Szkliwo, dla niego! Tak. To był plan bez żadnych dziur.

Och gdyby tylko tak było, to nie mielibyśmy tej pięknej historii prawda?

Kaj zaczął od swojego własnego gatunku. Miodełka i Mezularia były ciężkie do namówienia do czegokolwiek, jednak odrobina alkoholu rozluźniała każdą atmosferę. Jednak Kawka tylko mu pogratulowała. Nawet nie mrugnęła okiem.
No dobra… Niech jej będzie. Kaj spojrzał na tę watahę z góry, podczas jednego ze swoich pięknych i wielkich lotów.
Więc przespał się z Misungiem. Proszę nie wnikać. Alkohol naprawdę nie służył takim sytuacjom. I jak się potem okaże ta noc, której nie pamiętał skończyła się więcej niż jednym męskim spotkaniem. No cóż… Kaj się o tym jeszcze dowie.
Potem zwrócił się do wader tej watahy, tak? Tak. Przespał się z jedną, z drugą. Była tam Pelasza, Całka, Smoła. Rana, bo przecież dobre rzeczy chodzą parami, a z Mezularią już się spotkał na bliższe spotkanie. Była tam Espoir, Simone, Saroe - w końcu nie dyskryminował ze względu na wiek. No i była te Wrona. Jakoś mu się to udało. Sądził, że w tan sposób zbliży się do swojej ukochanej.

Ale ta tylko uśmiechnęła się i mu pogratulowała. Jakież to fustrujące! Jego plan się nie udał!

Więc Kaj o nim zapomniał. Zapomniał dopóki Miodełka nie podrzuciła w nocy pod jego pióra dwóch jajek. „Zajmuj się teraz nimi sam!” oświadczyła i zniknęła. HOLA! Kaj! Jajka? Jak to? To było niemożliwe!
Ale to nie był koniec zaskoczenia. Mezularia i Rana wkrótce także się zjawiły. Mezularia miała przepięte przez ramię w chuście przepięknej jedno jajko, a brzuszek Rany się zaokrąglił. „Będziesz za to płacil, czy tego chcesz, czy nie!” oświadczyła. A przecież jej ojciec nie był straszny! Dopóki się nie uświadomiało jak wiele osób go lubiło i jak wiele wpływów miał to tu, to tam.
Więc Kaj będzie płacił.
A potem przyszła Espior i Simone. I Saroe. I Smoła. I Całka. I Pelasza. I każda która przed nim swoje łapy rozłożyła tak ochoczo… i czasem mniej ochoczo. Ale każda. I każdy brzuszek się zaokrąglał. I co dziwne…
Przyszedł także Misung, także zaokrąglony jak mały balonik. I zły. Bo przecież to było praktycznie niemożliwe… a jednak. I przyszedł Nicpoń, nieco skonsternowany tym zajściem. I przyszedł Eilert, z jajkiem. A nawet trzema! Widać oprócz zdrowego ego, Kaj miał także zdrowe plemniki. I to jak!

Każdy tylko nie tan, który Kaj chciał aby się z jego … ręki zaokrąglił. O ile to ręką można nazwać. Może lepiej pierwszym mózgiem, bo przecież zdaje się, że Kaj ze swojego penisa używa więcej , niż swojego realnego umysłu.
I w końcu te dzieci się urodziły. I wszystkie były nieco dziwne, bo jednak jak się połączy ptaka z wilkiem to wychodzi całkiem dziwna hybryda. Ni to gryf ni ptak. Takie ot coś dziwnego.
A Kaj musiał płacić, bo to wszystkie były jego. W końcu tylko on w tej watasze miał tak piękne pióra, koloru słońca. Chociaż jeśli mam być szczera to one bardziej koloru postarzałej słomy są niż słońca, ale niech mu będzie. Niech ma cos od życia, ojciec od siedmiu boleści.

Kaj płacił teraz dużo alimentów w mięsie i robocie i opiece nad bachorami. Ale nie poddawał się względem swoich zapędów wobec Kawki. Do czasu…

Kawka także się zaokrągliła. Zaokrągliła się i wkrótce urodziła. Szczęśliwie, bo jak mówiłem w tej historii darujemy jej życie. Nie jesteśmy takimi parszywcami co by pozbawiać dzieci ich rodziców. Nie wysyłam Kawki za grób, a Szkliwa w niewiadomo jakie zadupia nie wiadomo jak daleko.
W każdym razie. Dzieci urodziły się dziwnie Szkliwowe. I Kaj tak na nie patrzył, bo przecież z nimi mieszkał i coś go tknęło.
Że to nie on zapłodnił Kawkę. Jego Kawkę. Jedyną o której miłość się tak ubiegał.

Zdradziła go.


Kaj nie mogąc już tego dłużej znieść odnalazł jakieś ludzkie tory i się położył. I patrzy, a tam pociąg. Bo oczywiście, że rzucić się pod pociąg to najlepszy sposób na śmierć. Wcale nie brutalne i krwawe.
Ale pociąg przejechał po torze obok i Kaj się zniecierpliwił czekając na kolejny. Niech to PKP i twoje opóźnienia. Zawsze psujecie tak piękne podróże. Czy to na drugi koniec kraju czy to w zaświaty. Oczywiście jak jesteście na czas to jedziecie jakimś objazdem ,bo tory są w robocie. A jak macie być na dobrej trasie to macie godzinę opóźnienia… W każdym razie.
Kaj wyżłopał flaszkę czystej i poszedł spać ,żeby rano wstać do pięknych kwiatów kwitnących z butelki. Dziwne…
No dobra. Pociąg się nie udał. Ale przecież ta wataha ma niedaleko morze. Wystarczy się rzucić w fale!
„No i chuj.” Stwierdził Kaj po tym jak odkrył, że w jego krwi płynie jednak trochę genów kaczki, bo przecież inne ptaki tak nie unosiły się na wodzie jak on. I nie ważne jak próbował tak się utopić nie mógł. Więc skończyło się tylko tym, że miał pióra w wodzie i piachu… Jak przyjemnie.
Kaj wyżłopał więc jeszcze jedną flaszkę czystej i poszedł spać ,żeby rano wstać do pięknych kwiatów kwitnących z butelki. Dziwne… Dwa razy? Dwie różne butelki? Teraz se tam stoją i się na niego patrzą z rogu polany.
Pociąg i morze nie wypaliły. Można rzucić się z klifów. Na swoje nieszczęście Kaj niestety ma instynkty i jest ptakiem, więc nie ważne ile razy skacze z tego klifu za każdym razem rozkłada skrzydła w ostatniej chwili. I nie może tego wyłączyć. A jak raz mu się udało, to klif okazał się za mały i tylko kostkę se skręcił…
Kaj wyżłopał więc jeszcze, jeszcze jedną flaszkę czystej i poszedł spać ,żeby rano wstać do pięknych kwiatów kwitnących z butelki. Dziwne… Trzy już dla niego zakwitły.
Latać umie za dobrze, pływać umie za dobrze, a PKP spóźnia się za dobrze! Pozostało tylko wygrzebać skądś pistolet. Proszę nie pytać w jaki sposób ptak miałby go odpalić, albo chociażby trzymać. Na potrzebę narracji Kaj w tym momencie posiada kciuki przeciwstawne albo magiczną umiejętność trzymania pistoletu w piórach skrzydeł co by sobie strzelić w głowę. No i spróbował. Ale karabinek był pusty, bo przecież amunicję kupuje się osobno, a z powodu tych wszystkich alimentów nie było go na nią stać. ..

Wiec Kaj spojrzał w swoją flaszkę. I zanim ją wypił ta zakwitła na żółto. Jak pięknie. I on tak wbił ten wzrok w te piękne chryzantemy i potem rozejrzał się. Niebo było różowe, czy nie takie powinno być? Ziemia była zrobiona z lodu, bo jakoś dziwnie się po niej ślizgał, ale wyglądała jakby zrobiona była z futra. Szara jakaś i w pręgi. I wszystko drżało. I jak Kaj się przyjrzał stał na plecach Agresta. Złego Alfy. I wokół były jego dzieci. Wszyscy tacy wielcy. I wszyscy się na niego gapili tak złośliwie. I był Szkliwo, który jako jedyny był jego wielkości, bo wszyscy wydawali się być olbrzymami. I on zaśmiał się z niego. „I to ja mam dzieci z Kawką, nie ty.” Drwił. Jak brutalnie, bo Kaj jak próbował się odezwać, to jedynie kwiaty wylewały się z jego dzioba.

I wtedy Kaj się obudził… Uchylił oczy z przerażeniem i spojrzał na pole chryzantem przed sobą. Tam, niewielka kupka ziemi była usypana naokoło kamienia… Kawka. Martwa. Stracona.
– coś ty mi dał Misung? – Kaj zapytał zbierając się z trawy. Wcześniej balował z tym lisem. I ten podał mu coś mocnego w proszku. Cóż… Kaj miał całkiem zryty łeb teraz. Więc pozostawmy tę historię w miejscy gdzie ponownie kładzie się w trawie, wypija resztkę swojej czystej i idzie dalej spać.

<CDN>

niedziela, 30 sierpnia 2026

Od Yrsy - ,,Niemy ból''


Yrsa zawsze uważała, że dobrze znosi ciszę.

Nie było w tym zresztą niczego szczególnie godnego podziwu. Cisza, podobnie jak chłód, stawała się łatwiejsza, kiedy obcowało się z nią dostatecznie długo. Na Dalekiej Północy potrafiła trwać całymi godzinami, rozciągnięta pomiędzy jednym podmuchem wiatru a drugim, tak głęboka, że własny oddech wydawał się czymś niemal nieprzyzwoicie głośnym. Yrsa nauczyła się jej wcześnie. Później, kiedy została sama, nauczyła się jej jeszcze lepiej. Dlatego długo nie widziała niczego niepokojącego w tym, że coraz częściej wybierała własne towarzystwo. Samotność była przecież czymś znajomym. Bezpiecznym. Przewidywalnym. Ostatnio unikala pytań, na które nie miała siły odpowiadać, nie oczekiwała uśmiechu, kiedy nie miała ochoty się uśmiechać, i co najważniejsze, nie mogła jej odrzucić.

Tego dnia wracała do nory późnym popołudniem. Większość dnia spędziła poza głównymi terenami watahy, z dala od miejsc, gdzie zwykle gromadziło się więcej wilków. Nie unikała nikogo świadomie. Przynajmniej tak sobie tłumaczyła. Ostatnio rozmowy zwyczajnie ją męczyły. Nawet te dobre. Nawet z wilkami, które lubiła. Pytania były niewinne: 

Jak się czujesz, 

Gdzie byłaś, 

Zostaniesz z nami, co o tym sądzisz? 

Dawniej odpowiadała bez większego wysiłku. Teraz każde zdanie wymagało chwili przygotowania, jakby słowa leżały głębiej niż wcześniej i trzeba było po nie sięgać. Yrsa nie widziała w tym niczego dramatycznego. Nie należała przecież do wilków szczególnie rozmownych, odzywała się wtedy, kiedy miała cos wartościowego do powiedzenia. Nie czuła potrzeby zapychania ciszy. Po prostu ostatnio mówiła jeszcze mniej. Tyle.

Ścieżka prowadząca ku jej norze przecinała miejsce, w którym kilka wilków odpoczywało razem. Yrsa zapewne minęłaby je bez zatrzymania, gdyby nie śmiech. Nie był szczególnie głośny. Nie wydarzyło się też nic wyjątkowego. I właśnie dlatego zwolniła. Jeden z wilków opowiadał coś z przesadnym przejęciem, drugi co chwilę mu przerywał, najwyraźniej prostując szczegóły, trzeci leżał na boku i śmiał się z obu. Nieopodal młodszy wilk zaczepiał starszego z cierpliwością właściwą stworzeniu, które nie przyjmowało do wiadomości, że ktoś może nie mieć ochoty na zabawę. Ktoś wracał od strony lasu. Jedna z leżących postaci podniosła głowę natychmiast, zanim tamten zdążył się odezwać.

Ten drobny gest zatrzymał uwagę Yrsy.

Wilk wrócił.

Ktoś go zauważył.

To wszystko.

A jednak stała pomiędzy drzewami nieco dłużej, niż zamierzała, patrząc na grupę z uczuciem, którego nie lubiła określać zazdrością. Zazdrość kojarzyła się z pragnieniem odebrania komuś tego, co posiadał. Ona niczego takiego nie czuła. Nie życzyła im ciszy zamiast śmiechu. Nie chciała, żeby przestali być sobie bliscy. Wręcz przeciwnie.

Dobrze, że to mają, pomyślała.

I niemal natychmiast przyszło drugie, cichsze:

Chciałabym wiedzieć, jak to jest.

Yrsa zmarszczyła lekko brwi.

Nieprawda.

Doskonale wiedziała.

Wspomnienie przyszło bez zaproszenia. Śnieg. Daleka Północ. Młode wilki biegające pomiędzy zaspami. Ona stojąca nieco dalej.

To nie była jeszcze samotność, którą wybrała.

Wtedy nikt nie pytał jej, czy chce być sama.

Po prostu często zostawała z tyłu.

Była córką alf. W klanie Wilczej Paszczy samo to wystarczało, by od początku oczekiwano od niej więcej. Jej rodzina należała do tych, na których patrzono. Których decyzje miały znaczenie. Od potomstwa alf oczekiwano siły, rozsądku i wytrzymałości. Na Północy zresztą wymagano tego od wszystkich, bo mróz nie interesował się pochodzeniem. Śnieg nie ustępował przed godnością, a głód nie miał szacunku dla nikogo.

Yrsa była więc pod pewnym względem wyjątkowo niefortunnym szczeniakiem swoich rodziców.

Najbardziej chorowitym.

Najsłabszym ogniwem.

Tym, które pierwsze zaczynało kaszleć po zbyt długim przebywaniu na mrozie. Tym, które szybciej się męczyło. Tym, które podczas zabaw i ćwiczeń musiało odpoczywać wtedy, gdy pozostałe szczenięta dopiero się rozgrzewały. Na Dalekiej Północy słabość nie była wadą charakteru. Była po prostu niebezpieczna.

Problem zaczynał się wtedy, kiedy inni zapominali o tej różnicy.

Rówieśnicy nie potrzebowali wielkiej filozofii, by uznać ją za łatwy cel. Szczenięta rzadko potrzebowały skomplikowanych powodów.

Za wolna.

Za delikatna.

Zawsze chora.

Córka alf, która nie potrafiła dotrzymać im kroku.

Pamiętała jedno z zimowych popołudni. Nie wiedziała już, ile dokładnie miała wtedy miesięcy. Była dostatecznie młoda, by bardzo chcieć uczestniczyć w zabawie, i dostatecznie duża, by zauważyć, kiedy inni tego nie chcieli. Grupa rówieśników urządzała coś na kształt pościgu pomiędzy zaspami. Yrsa próbowała dołączyć. Przez pierwsze kilka chwil jeszcze się śmiali. Potem zaczęła zostawać w tyle. Ktoś westchnął ostentacyjnie.

– Przez ciebie musimy zwalniać.

Nie odpowiedziała.

Spróbowała przyspieszyć.

Po chwili zabrakło jej tchu.

Reszta pobiegła dalej.

Nikt nie zrobił tego z dramatycznym okrucieństwem. Nikt jej nie ugryzł.

Po prostu przestali czekać. Czasem spotykała wyśmiewanie, a większości gadanie za plecami, szepty.

To chyba właśnie dlatego pamiętała tamten dzień tak dobrze.

Dużo łatwiej było nienawidzić jawnego okrucieństwa niż obojętności.

Później przyszły wizje.

A wraz z nimi głosy.

Tutaj również pamięć była nieprzyjemnie dokładna. Budziła się nocami, czasem gwałtownie, czasem zbyt cicho, z sercem bijącym tak szybko, że przez kilka pierwszych chwil nie potrafiła złapać oddechu. Widziała rzeczy, których jeszcze nie rozumiała. 

Obrazy śmierci. Śnieg. Krew. 

Sylwetki niknące w zamieci. Czasem słyszała szepty, których nie słyszał nikt poza nią.

Na początku mówiła o tym.

Popełniała więc błąd właściwy szczeniętom: zakładała, że skoro coś jest dla niej prawdziwe, inni również potraktują to poważnie.

Niektórzy się bali.

Inni śmiali.

Jeszcze inni traktowali jak dar od bogów. 

Dla niej to było bardziej przekleństwo.

– Znowu coś słyszysz?

– Może duchy powiedzą ci, gdzie schowałaś postradany rozum.

– Może zobaczyłaś przyszłość, w której w końcu nauczysz się biegać.

Były też spojrzenia.

One bywały gorsze.

Dorosłe wilki nie zawsze drwiły. Czasem po prostu milkły, kiedy przechodziła. Przyglądały się jej trochę z niepokojem, trochę z ciekawością, podziwem. Jak czemuś, czego nie rozumiały i nie były pewne, czy powinny się obawiać.

Córka alf.

Słabe szczenię.

Dziwne szczenię.

To było osobliwe połączenie. Formalnie należała do rodziny stojącej najwyżej. W praktyce często czuła się tak, jakby zajmowała miejsce gdzieś na obrzeżu własnego stada.

Rodzina była wyjątkiem.

Przy nich nie musiała udowadniać, że zasługuje na obecność. Matka nie pytała, czy koszmar był „prawdziwy”, zanim pozwoliła Yrsie położyć się bliżej. Brat potrafił się z niej droczyć, ale kiedy inni robili to zbyt długo, przestawało go to bawić. Ojciec wymagał od niej wiele, być może czasem zbyt wiele, lecz nigdy nie pozwalał jej zapomnieć, że należy do Wilczej Paszczy.

Była ich.

To słowo miało wtedy niewielkie znaczenie.

Dopiero później zrozumiała jego wartość.

Kiedy wszystko zniknęło.

Yrsa zamrugała i wróciła do teraźniejszości. Przed nią nadal leżały wilki z Watahy Srebrnego Chabra. Nadal rozmawiały. Nadal się śmiały.

Jedno z nich zauważyło ją w końcu.

– Yrsa?

Kilka głów obróciło się w jej stronę.

Poczuła na sobie uwagę grupy i niemal odruchowo cofnęła ciężar ciała.

– Chodź do nas.

Zaproszenie było szczere.

Widziała to.

I właśnie ta szczerość skomplikowała sprawę.

Spojrzała na wolne miejsce pomiędzy nimi. Mogła podejść. Nikt jej przecież nie odpędzał. Nikt nie patrzył na nią tak jak dawne szczenięta. Nie była już chorowitym szczeniątkiem próbującym nadążyć za zabawą rówieśników.

A jednak w głowie natychmiast pojawiła się lista tego, co nastąpi później.

Ktoś zapyta, gdzie była.

Ktoś inny rozpocznie rozmowę.

Trzeba będzie słuchać.

Odpowiadać.

Uśmiechnąć się we właściwym momencie.

Nic trudnego.

Nic, czego nie potrafiła.

I nic, na co miała dziś siłę.

– Dziękuję – powiedziała uprzejmie. – To bardzo miłe, ale obawiam się, że dzisiaj byłabym raczej miernym dodatkiem do towarzystwa.

– Wszystko dobrze?

Oczywiście.

To pytanie.

– Tak. Jestem tylko trochę zmęczona.

Nie było to nawet kłamstwo.

Pożegnała się i ruszyła dalej.

Nikt jej nie zatrzymywał.

Uszanowali jej decyzję dokładnie tak, jak powinni.

Dlaczego więc po kilku krokach obejrzała się za siebie?

Grupa wróciła do rozmowy.

Oczywiście, że wróciła.

Yrsa patrzyła jeszcze przez moment, po czym skierowała się ku norze.

W środku było ciepło i spokojnie. Dokładnie tak, jak chciała, kiedy Xiv szukało dla niej tego miejsca. Ułożyła się w głębszej komorze, oparła głowę na łapach i zamknęła oczy.

Cisza.

Na początku przyjemna.

Po kilku minutach już mniej.

Yrsa otworzyła oczy.

Nic się nie zmieniło.

Nora była taka sama jak zawsze.

Spokojna.

Bezpieczna.

Pusta.

Westchnęła.

– Interesujące – mruknęła.

Nie chciała wracać do grupy. Gdy wyobraziła sobie rozmowę, nadal czuła zmęczenie.

Nie chciała jednak również leżeć tutaj sama. Przez chwilę uznała te dwie potrzeby za sprzeczne. Potem uznała, że to mało eleganckie wyjaśnienie. Pozorne sprzeczności zazwyczaj oznaczały, że pytanie zadano źle.

Nie chciała rozmowy.

Chciała...

Obecności.

Yrsa uniosła lekko głowę.

– Ach.

Odkrycie było tak proste, że niemal poczuła zażenowanie, iż zajęło jej tyle czasu.

Potrzeba ciszy nie była potrzebą samotności.

Można było nie mieć siły mówić i nadal chcieć słyszeć czyjś oddech obok.

Można było nie pragnąć pytań, ale pragnąć, żeby ktoś został.

Można było chcieć spokoju bez konieczności całkowitego znikania z życia innych.

Ta ostatnia myśl zatrzymała ją na dłużej.

Znikanie.

Dobrze znała ten mechanizm.

Nauczyła się go dużo wcześniej, niż została pustelniczką.

Jako szczenię też z czasem przestała podchodzić do grupy pierwsza. Jeśli inne młode chciały się bawić, pozwalała im. Jeśli ktoś zapraszał ją z wyraźnego obowiązku, odmawiała. Jeśli po koszmarze słyszała głosy, coraz częściej zatrzymywała to dla siebie.

Nie dlatego, że przestało boleć.

Dlatego, że nauczyła się nie pokazywać, że boli.

To było znacznie łatwiejsze.

Jeżeli nie mówiła o wizjach, nikt się z nich nie śmiał.

Jeżeli nie próbowała dołączyć, nikt nie mógł zostawić jej z tyłu.

Jeżeli pierwsza odchodziła, nie musiała sprawdzać, czy ktoś poprosi ją, żeby została.

Yrsa znieruchomiała.

Ta myśl była nieprzyjemnie celna. Przez lata sądziła, że nauczyła się samotności. Być może nauczyła się przede wszystkim uprzedzać odrzucenie. To rozróżnienie nie przypadło jej do gustu. Niestety, prawda rzadko troszczyła się o to, czy jest mile widziana.

Położyła ponownie głowę na łapach.

Po utracie rodziny mechanizm tylko się pogłębił. Nie było już nikogo, przy kim musiała być Yrsą niezależnie od nastroju. Mogła milczeć całymi dniami. Mogła cierpieć bez świadków. Mogła przeżyć koszmar, obudzić się z przyspieszonym oddechem i nikomu o nim nie powiedzieć.

Z początku wydawało jej się to siłą.

Nie potrzebować.

Nie prosić.

Nie obciążać.

Być łatwą do pozostawienia samej.

Yrsa zmarszczyła brwi.

To ostatnie brzmiało znacznie gorzej, kiedy wypowiedziała je w myślach w pełnej formie.

Łatwą do pozostawienia samej.

Czy naprawdę właśnie do tego dążyła? Chciała być dla innych tak niewymagająca, żeby nikt nie musiał się o nią martwić. Tylko co właściwie pozostawało, kiedy udało jej się to zbyt dobrze?

Nikt nie pukał do wejścia, bo wszyscy wiedzieli, że Yrsa ceni spokój.

Nikt nie nalegał, bo Yrsa zawsze odmawiała uprzejmie.

Nikt nie pytał drugi raz, bo pierwszą odpowiedzią zwykle było „wszystko dobrze”.

I trudno było mieć o to pretensje. Sama ich tego nauczyła. Ta świadomość bolała bardziej niż jakakolwiek niesprawiedliwość.

Niesprawiedliwość można było komuś przypisać.

Tutaj nie było winnego.

Był tylko stary mechanizm, który kiedyś ją chronił, a teraz zaczął robić coś zupełnie innego.

Yrsa długo patrzyła w wejście do nory.

Gdyby jutro nie wyszła, kto zauważyłby pierwszy?

Pytanie pojawiło się samo.

Natychmiast uznała je za mało uczciwe.

Znaczenia wilka w życiu innych nie mierzyło się czasem potrzebnym do wykrycia jego nieobecności.

Wiedziała o tym.

Emocje najwyraźniej nie uważały tego argumentu za szczególnie przekonujący.

Gdyby nie pojawiła się przez kilka dni?

Gdyby odeszła?

Nie zamierzała.

To nie było pragnienie odejścia.

Chciała tylko wiedzieć, czy pozostałaby po niej pustka. Czy ktoś tęskniłby za nią nie dlatego, że pomagała, słuchała, doradzała albo przynosiła coś przydatnego.

Tylko dlatego, że była Yrsą.

I wtedy pomyślała o Xivie.

Nie musiała nawet szukać odpowiedzi.

Xiv zauważyłoby.

Ta pewność pojawiła się zbyt szybko.

Yrsa westchnęła.

– Naturalnie.

Xiv prawdopodobnie zauważyłoby nieobecność wcześniej, niż Yrsa uznałaby ją za wartą zauważenia. Potem zjawiłoby się przy wejściu do nory. Zadałoby jedno pytanie, drugie i trzecie, zanim Yrsa zdążyłaby odpowiedzieć na pierwsze.

Kącik jej pyska uniósł się.

Po chwili Yrsa zauważyła własny uśmiech.

I przestała się uśmiechać.

To również wymagało analizy.

Ostatnio reagowała na Xiva inaczej.

Nie potrafiła wskazać konkretnego momentu. Relacje rzadko miały uprzejmość zmieniać się w sposób tak uporządkowany, by później można było oznaczyć granicę.

Zauważała jednak symptomy.

Za łatwo rozpoznawała jego głos.

Jeśli Xiv pojawiało się w większej grupie, jej uwaga kierowała się ku niemu zanim zdążyła podjąć świadomą decyzję.

Pamiętała rzeczy, które mówiło.

Często zupełnie bezużyteczne.

I zaczęła zauważać jego nieobecność.

To było chyba najdziwniejsze.

Nieobecność większości wilków pozostawała zwyczajnie brakiem obecności.

Kiedy nie było Xiva, czasami brak ten stawał się czymś wyraźnym.

Jak cisza po głosie, który znało się wystarczająco dobrze.

Próbowała już wyjaśnić to przywiązaniem.

Wdzięcznością.

Przyzwyczajeniem.

Wszystkie trzy hipotezy były rozsądne.

Żadna nie wydawała się pełna.

Jeszcze bardziej kłopotliwe okazywały się chwile, gdy widziała Xiva z kimś innym. Nie czuła gniewu. Nie posiadała przecież żadnego prawa do wyłączności na jego czas czy uwagę.

A jednak czasem pojawiało się drobne ukłucie.

Smutne.

Ciche.

Niemal zawstydzające.

Yrsa długo nie chciała nazywać go zazdrością. Nie dlatego, że słowo było nieprzyjemne. Po prostu nie miała jeszcze wystarczających danych. Miłość była kolejną możliwością, którą rozważała z ostrożnością właściwą komuś badającemu zjawisko potencjalnie niebezpieczne.

Kochała wcześniej.

Matkę.

Ojca.

Brata.

Rodzinę.

Znała więc miłość dobrze.

Znała również cenę jej utraty aż nazbyt dokładnie.

Ale to, co obserwowała czasem pomiędzy innymi wilkami, różniło się od więzów krwi. Rodzina nie wybierała jej na początku. Była po prostu ich córką.

Siostrą.

Należała.

Miłość innego rodzaju wydawała się bardziej zagadkowa. Ktoś mógł znać dziesiątki wilków, a mimo to szukać spojrzeniem jednego.

Wracać właśnie do niego.

Chcieć dzielić z nim ciszę.

Wybrać.

Yrsa poczuła delikatny ucisk pod żebrami. To słowo było chyba najważniejsze.

Wybrać.

Jako córka alf przez dużą część dzieciństwa była zauważana niezależnie od tego, czy tego chciała. Jako chorowite, dziwne szczenię często miała jednocześnie poczucie, że nikt nie wybrałby jej dobrowolnie, gdyby nie pochodzenie.

Rodzina kochała ją.

Ale rodzina była rodziną.

Xiv nie miało wobec niej żadnego obowiązku.

A jednak wracało.

To było... interesujące.

Yrsa prychnęła cicho.

– Zaczynam nadużywać tego słowa.

Usłyszała kroki przed norą. Znieruchomiała.

– Yrsa?

Przymknęła oczy.

Oczywiście.

– Jestem.

Atramentowy pysk pojawił się przy wejściu.

– Mogę wejść?

Yrsa spojrzała na nie przez chwilę. Jeszcze niedawno zapewne odpowiedziałaby, że jest zmęczona.

– Możesz.

Xiv wsunęło się do środka.

– Nie przeszkadzam?

– Skoro przed chwilą pozwoliłam ci wejść, byłoby dość osobliwe, gdybym teraz miała o to pretensje.

– Pytam tylko.

– Wiem.

Xiv usiadło niedaleko. Przez kilka sekund było cicho. Potem, zgodnie ze swoją naturą, przestało.

– Widziałom cię wcześniej.

– To niepokojące. Byłam przekonana, że pozostaję widzialna.

– Nie o to chodzi. Przy innych. Stałaś z boku.

– Ach.

– Zaprosili cię.

– Istotnie.

– Ale poszłaś.

Yrsa spojrzała na nie spokojnie.

– Widzę, że obserwacja była wyjątkowo szczegółowa.

Xiv poruszyło uszami.

– Martwię się trochę.

– Podejrzewałam.

– Skąd?

– Przyszłoś do mojej nory i od kilku minut próbujesz znaleźć uprzejmy sposób, żeby zapytać, czy coś jest ze mną nie tak.

Xiv otworzyło pysk.

Zamknęło go.

Yrsa uniosła lekko brew.

– Czy moja ocena była niesprawiedliwa?

– Nie.

– W takim razie możemy pominąć etap ostrożnego krążenia wokół problemu.

– Coś jest nie tak?

Yrsa już miała odpowiedzieć.

Nie.

Słowo było gotowe.

Wygodne.

Znajome.

Tak samo jak za młodu, kiedy po koszmarze ktoś pytał, czy wszystko w porządku, a ona z czasem nauczyła się odpowiadać, zanim rozmówca zdążył przyjrzeć jej się dokładniej.

Zatrzymała odpowiedź. To było trudniejsze, niż powinno.

– Nie wiem – powiedziała w końcu.

Xiv od razu spoważniało.

– Och.

– To nie musi oznaczać katastrofy.

– Nie powiedziałom, że oznacza.

Yrsa zerknęła na jego uszy.

– Twoja mowa ciała jest mniej powściągliwa niż ty.

Xiv natychmiast poruszyło uszami.

– Ostatnio jestem zmęczona – zaczęła Yrsa.

– Wiem.

– Nie fizycznie. A przynajmniej nie wyłącznie.

Xiv nie przerwało.

Yrsa doceniła to bardziej, niż zamierzała.

– Rozmowy zaczęły mnie męczyć. Czasami nawet takie, które w innych okolicznościach sprawiałyby mi przyjemność. Kiedy ktoś mnie zaprasza, pierwszą myślą zwykle jest odmowa. Chcę wrócić tutaj, mieć spokój i nie musieć niczego mówić.

– Rozumiem.

– Ja dopiero zaczynam.

Xiv spojrzało na nią pytająco.

– Problem polega na tym – ciągnęła – że kiedy już wracam, odkrywam, że wcale nie chciałam być sama.

– Och.

– Istotnie.

– To trochę bez sensu.

Yrsa skinęła głową.

– Początkowo również tak uznałam. Później doszłam do wniosku, że błędnie utożsamiałam dwie różne rzeczy. Nie chcę rozmowy. To nie oznacza, że nie chcę obecności.

Xiv patrzyło na nią przez kilka sekund.

– Czyli mam iść?

Yrsa zamrugała.

– Przyznam, że droga, którą dotarłoś do tego wniosku, pozostaje dla mnie zagadką.

– Powiedziałaś, że rozmowy cię męczą.

– Powiedziałam również, że nie chcę być sama.

– Czyli mam zostać?

To pytanie było tak proste, że odpowiedź prawie ją zabolała.

– Jeśli chcesz.

– Chcę.

Bez zawahania.

Za szybko, żeby można było udawać obojętność.

Yrsa poczuła pod żebrami znajome ciepło.

– W takim razie zostań.

Xiv ułożyło się niedaleko.

Po kilku sekundach zaczęło:

– Mogę też być cicho. Naprawdę. Potrafię. Czasami. Inni powiedzieliby pewnie coś innego, ale...

Urwało.

Yrsa spojrzała na nie.

– Co?

– Miałom milczeć.

– Nie prosiłam o to.

– Ale rozmowa cię męczy.

– Rozmowa wymaga odpowiedzi. Twoje mówienie niekoniecznie.

Xiv zmarszczyło brwi.

Yrsa westchnęła cierpliwie.

– Możesz mówić. Po prostu nie zakładaj, że odpowiem za każdym razem.

– Naprawdę?

– Doprawdy.

– To mogę opowiedzieć ci, co dzisiaj...

– Możesz.

Xiv zaczęło.

Yrsa położyła głowę na przednich łapach.

Nie słuchała wszystkiego. Część słów przepływała obok niej. Niektóre zdania zatrzymywały uwagę, inne nie. Xiv opowiadało o czymś, co wydarzyło się wcześniej, po drodze zgubiło własny wątek, znalazło drugi, potem trzeci.

Yrsa nie musiała niczego robić.

Nie musiała być interesująca.

Nie musiała odpowiadać.

Nie musiała być mądra.

Nie musiała nikomu pomagać.

Nie musiała udowadniać, że zasługuje na towarzystwo.

Była zmęczona.

Milcząca.

I Xiv nadal chciało tutaj być.

Ta myśl uderzyła w coś bardzo starego. W obraz szczenięcia stojącego z boku, bo nie nadążało. W wspomnienie rówieśników, którzy biegli dalej. W noce, kiedy po koszmarze leżała nieruchomo, by nikt nie usłyszał, że nie śpi. W lata uczenia się, że najlepiej być łatwą do zniesienia. A teraz ktoś leżał kilka kroków od niej i najwyraźniej nie potrzebował, żeby była łatwa.

Po pewnym czasie Xiv przestało mówić.

Yrsa otworzyła jedno oko.

– Dlaczego przestałoś?

– Myślałom, że zasnęłaś.

– Nie.

– Nudziłom cię?

– Nie.

– Na pewno?

Yrsa uniosła głowę.

– Xiv.

– Tak?

– Jeżeli odpowiem „nie”, czy istnieje choć niewielka szansa, że uznasz moją odpowiedź za wiarygodną bez dalszego przesłuchania?

Xiv zastanowiło się uczciwie.

– Niewielka.

– Doceniam tę rzadką chwilę samowiedzy.

Xiv prychnęło.

Yrsa ponownie położyła głowę.

Tym razem Xiv nie zaczęło mówić.

Cisza wróciła.

Ta sama cisza, która wcześniej była ciężka.

A jednak teraz Yrsa słyszała oddech drugiego wilka. Cichy ruch sierści. Drobne przesunięcie łapy.

Nic więcej.

I to wystarczało.

Po chwili spojrzała na Xiva.

Leżało z zamkniętymi oczami.

Przyszło tutaj, bo się martwiło.

Zostało, bo Yrsa powiedziała, że może.

Nie potrzebowało od niej rady, pomocy ani żadnej szczególnej wersji jej samej.

Ta myśl była niemal nieprzyjemnie ciepła.

– Xiv?

Otworzyło oczy.

– Mhm?

– Mogę zadać ci pytanie?

– Jasne.

Yrsa przez chwilę milczała.

Pytanie pojawiło się wcześniej, ale dopiero teraz zdecydowała się je wypowiedzieć.

– Dlaczego właściwie tak często mnie szukasz?

Xiv zamrugało.

– Co?

– Nie sądzę, żeby pytanie było szczególnie skomplikowane.

– Nie, tylko... nie wiem. Bo chcę?

Yrsa uniosła lekko brew.

– Zdumiewająco oszczędne wyjaśnienie.

– A potrzebuję powodu?

To ją zatrzymało.

Nie odpowiedziała od razu.

Xiv patrzyło na nią z autentycznym zdziwieniem.

– Lubię z tobą być.. – dodało. – To chyba wystarczy?

Yrsa przez moment nic nie mówiła.

Lubię z tobą być.

Nie: potrzebuję czegoś.

Nie: martwię się, bo jesteś chora.

Nie: przyszłom pomóc.

Po prostu chciało.

Wybrało.

Słowo wróciło.

Yrsa poczuła coś znajomego i niepokojącego zarazem.

– Rozumiem – powiedziała w końcu.

– Na pewno?

– Nie. Ale byłoby nieuprzejmie przeciągać przesłuchanie.

Xiv uśmiechnęło się.

Yrsa odwróciła wzrok.

Przez większą część dzieciństwa uważała, że przynależność jest czymś, co się posiada albo traci. Rodzina była jej miejscem. Stado, mimo całej obcości, było czymś danym z urodzenia. Po śmierci bliskich została bez obu.Teraz po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że może istnieć jeszcze trzeci sposób.

Nie dostać miejsca.

Nie odziedziczyć go.

Stworzyć je z kimś.

Powoli.

Z drobnych wyborów.

Z powrotów.

Z obecności.

Z prostego „chcę”.

To była myśl jednocześnie piękna i bardzo niebezpieczna. Yrsa doskonale wiedziała, co dzieje się z rzeczami, które zaczynają znaczyć zbyt wiele.

Traci się je.

Właśnie dlatego przez tak długi czas starała się nie potrzebować. Samotność miała jedną niewątpliwą zaletę. Nie można było stracić kogoś, kogo nigdy nie dopuściło się dostatecznie blisko. Cena była jednak coraz bardziej oczywista. Nie można było również zostać przez niego wybranym.

Xiv poruszyło się lekko.

– Znowu myślisz.

Yrsa spojrzała na nie.

– Niepokoi cię to?

– Trochę.

– Rozsądnie.

– O czym?

– O wielu rzeczach.

– O mnie?

Yrsa rozważyła odpowiedź.

– Między innymi.

– Och.

To „och” znowu ją rozbawiło.

– Co?

– Nic.

– Yrsa.

– Doprawdy nic. Po prostu zaczynam podejrzewać, że pewne tematy wywołują u ciebie wyjątkowo powtarzalne reakcje.

– Jakie tematy?

– Właśnie takie.

Xiv wyglądało na jeszcze bardziej zmieszane.

Yrsa pozwoliła sobie na odrobinę dłuższy uśmiech.

Potem spoważniała.

Nie wiedziała, co dokładnie czuje do Xiva.

Przywiązanie było pewne.

Bliskość również.

Wdzięczność niewątpliwie.

A dalej zaczynał się teren, którego nie chciała jeszcze opisywać z przesadną pewnością.

Być może brakowało jej miłości innej niż rodzinna.

Być może dopiero teraz zaczynała rozumieć, że jej pragnie.

Być może dlatego widok dwóch wilków wybierających siebie nawzajem budził w niej ostatnio więcej smutku niż dawniej.

A być może odpowiedź leżała kilka kroków od niej i właśnie próbowała udawać, że wcale nie obserwuje jej z ukosa. Yrsa nie była jeszcze gotowa, by to rozstrzygnąć. Co zaskakujące, nie przeszkadzało jej to. Nie wszystko trzeba było nazwać w chwili, gdy zaczynało istnieć.

Czasem wystarczyło zauważyć.

A ona zauważała coraz więcej.

Zauważała, że przy Xivie łatwiej było jej milczeć bez poczucia, że znika.

Że jego obecność nie wymagała od niej wysiłku, którego ostatnio brakowało.

Że kiedy przychodziło, coraz rzadziej zastanawiała się, kiedy pójdzie.

Czasami łapała się na myśli zupełnie przeciwnej.

Jak długo zostanie.

– Xiv?

– Tak?

Yrsa nie patrzyła na nie tym razem.

– Zostaniesz jeszcze trochę?

Cisza trwała może sekundę.

Dla niej wystarczająco długo, by uświadomiła sobie, jak rzadko prosi kogokolwiek o coś podobnego.

– Jasne.

Bez pytania dlaczego.

Bez zdziwienia.

Bez próby zmuszenia jej do rozmowy.

Po prostu odpowiedź.

Yrsa wypuściła powietrze.

– Dziękuję.

– Nie musisz. 

Miała już odpowiedzieć, że o tym, za co czuje wdzięczność, wolałaby jednak decydować samodzielnie.

Nie zrobiła tego.

Uśmiechnęła się tylko pod nosem.

Po chwili Xiv przysunęło się odrobinę bliżej. Nie dotknęło jej. Zmniejszyło tylko odległość.

Yrsa zauważyła.

Nie odsunęła się. 

Przez długi czas sądziła, że jej samotność zaczęła się po śmierci rodziny.

Teraz nie była już tego taka pewna.

Być może zaczęła się dużo wcześniej, kiedy jako szczenię po raz pierwszy stanęła z boku i zdecydowała, że łatwiej będzie nie podchodzić. Potem tylko doskonaliła tę umiejętność. Najpierw nie przeszkadzać rówieśnikom. Potem nie mówić o głosach.

Nie budzić nikogo po koszmarach.

Nie pokazywać, że boli.

Nie prosić o pomoc.

Nie zatrzymywać.

Nie potrzebować.

Była w tym naprawdę dobra. Może aż za dobra. Samotność nie była jej wrogiem. Nadal jej potrzebowała. Czasami cisza naprawdę była ukojeniem. Czasami chciała iść sama, myśleć sama, odpoczywać sama.

Problem zaczynał się wtedy, kiedy samotność przestawała być wyborem, a stawała się odruchem. Kiedy mówiła „zostawcie mnie”, choć tak naprawdę miała na myśli „nie mam siły mówić”.

Kiedy odchodziła, zanim ktokolwiek zdążył zdecydować, czy chce, żeby została.

Kiedy ukrywała ból, żeby nikogo nim nie obciążyć, a potem zastanawiała się, dlaczego nikt go nie zauważył.

To było być może najbardziej gorzkie odkrycie.

Nie można całe życie zamykać drzwi i później traktować ciszy po drugiej stronie jako dowodu, że nikt nie chciał wejść.

Yrsa zamknęła oczy.

Obok oddychało Xiv.

Pomyślała o Północy.

O młodych wilkach biegnących dalej bez niej.

O rodzinie, która mimo wszystkiego zawsze robiła dla niej miejsce.

O tym, jak długo później próbowała udowodnić światu, że żadnego miejsca już nie potrzebuje.

A potem o Xivie.

O jego prostym:

Bo chcę.

Być może to właśnie było najtrudniejsze do przyjęcia.

Nie pomoc.

Nie litość.

Nie obowiązek.

Czyjś wybór.

Yrsa nie wiedziała jeszcze, co z nim zrobić.

Na razie pozwoliła mu istnieć.

I po raz pierwszy od bardzo dawna cisza nie wydawała się pusta.

sobota, 29 sierpnia 2026

Od Yrsy CD. Xiva – „Ostatnia z Wilczej Paszczy” cz.21

(Hoho, wielki powrót serii! Czekaliście? )


https://www.youtube.com/watch?v=MlL6Gv0liiA&list=RDMlL6Gv0liiA&start_radio=1


– Yrsa!

Głos przeciął ciemność tak nagle, że wilczyca uniosła głowę. Nie odpowiedziała od razu. Stała nieruchomo, nasłuchując, dopóki ostatnie brzmienie jej imienia nie rozpłynęło się w pustce. Nie było tutaj drzew, skał ani nieba, od których dźwięk mógłby się odbić, a jednak przez chwilę miała wrażenie, że słyszy echo. Przed nią i za nią rozciągała się wyłącznie czerń. Nie noc, bo noc miała przecież niebo, ziemię, zapach i chłód. Ta czerń nie przypominała również zamknięcia oczu. Była przestrzenią samą w sobie, bezkresną i niemą, tak głęboką, że wzrok nie miał się na czym zatrzymać. Pod łapami Yrsa wyczuwała jednak coś gładkiego, podobnego do powierzchni bardzo płytkiej wody. Przy każdym ruchu rozchodziły się po niej łagodne kręgi, choć wilgoć nie osiadała na futrze. Znała to miejsce. Nie w taki sposób, w jaki zna się ścieżkę albo własną norę, ale dostatecznie dobrze, żeby jego widok nie wzbudził w niej zdumienia. Bywała w podobnej pustce podczas swoich wizji. Nigdy z własnej woli i nigdy na tyle długo, by przestała czuć wobec niej nieufność.

– Xiv? – odezwała się wreszcie.

– Yrsa? Jesteś tutaj?

To było ono. Nie wspomnienie jego głosu ani jeden z tych szeptów, które od lat przychodziły do niej w snach i wizjach, przemawiając głosami zmarłych, bogów lub istot, których pochodzenia nie potrafiła określić. Tamte bywały niepokojąco czyste, pozbawione zawahania, czasami nawet wyraźnego źródła. Xiv brzmiało inaczej. Trochę za głośno, trochę za szybko, z napięciem, które usiłowało ukryć z godnym podziwu, choć umiarkowanie skutecznym rezultatem.

– Jestem – odpowiedziała.

– Gdzie?!

Yrsa powoli obróciła głowę. W lewo czerń. W prawo również. Za nią dokładnie to samo.

– Obawiam się, że nie potrafię udzielić ci szczególnie użytecznej odpowiedzi.

– Jak to?

– Mogłabym powiedzieć „tutaj”, ale podejrzewam, że nie tego oczekujesz.

– Nie bardzo.

– W takim razie oszczędzę nam obojgu rozczarowania.

– Widzisz mnie?

– Nie.

– Ja ciebie też nie. Słyszę cię, tylko nie wiem skąd. Twój głos jest jakby wszędzie. Albo w mojej głowie? Nie, chyba nie. Gdybyś była w mojej głowie, pewnie brzmiałabyś inaczej. Chociaż właściwie nie wiem, nigdy nie miałom Yrsy w głowie przecież...

Nastąpiła krótka pauza.

– To zabrzmiało źle.

Kącik pyska Yrsy uniósł się nieznacznie.

– Istotnie. Niemniej sens wypowiedzi zdołał przetrwać, więc nie widzę powodu, żebyśmy się nad tym dłużej zatrzymywali.

– Dobrze. To dobrze.

– Xiv.

– Tak?

– Mów dalej.

– O czym?

– O czymkolwiek.

– Mam po prostu gadać?

– Podejrzewam, że tym razem możemy znaleźć dla tej skłonności praktyczne zastosowanie.

– To było trochę złośliwe.

– Zapewniam, że bardzo nieznacznie.

Xiv prychnęło, lecz zaczęło mówić. Najpierw chaotycznie, jak zwykle przeskakując pomiędzy kilkoma myślami, które najwyraźniej wszystkie uznały, że należy wypowiedzieć je jako pierwsze. Yrsa słuchała tylko częściowo. Treść miała drugorzędne znaczenie. Sam głos był ważniejszy. Stanowił jedyną rzecz w tej pustce, której pochodzenia była względnie pewna, a względna pewność wydawała jej się obecnie czymś bardzo cennym.

Ruszyła przed siebie. Każdy krok wywoływał cichy plusk, a wokół łap rozchodziły się ciemne kręgi, szybko niknące w czerni. Przeszła kilka długości własnego ciała, potem kilkanaście. Głos Xiva nie stawał się ani bliższy, ani dalszy. Skręciła. Nic. Zawróciła. Nadal nic. Zatrzymała się więc i przez moment patrzyła na niewidoczną granicę pomiędzy własnymi łapami a powierzchnią, na której stała.

– Xiv.

Potok słów urwał się natychmiast.

– Jestem.

– Czy ty również chodzisz?

– Tak. Próbuję cię znaleźć.

– W takim razie zatrzymaj się, proszę.

– Dlaczego?

– Ponieważ oboje od pewnego czasu wykonujemy tę samą czynność bez najmniejszego rezultatu. Kontynuowanie jej wyłącznie dlatego, że nie mamy lepszego pomysłu, byłoby raczej przywiązaniem do nawyku niż działaniem.

– Czyli mam stać?

– Na razie.

– A ty?

Yrsa spokojnie usiadła.

– Również.

– I co teraz?

– Teraz pomyślimy.

– Och.

Uniosła lekko brew.

– Zabrzmiało to niemal jak rozczarowanie.

– Nie! Po prostu myślałom, że już wiesz, co robić.

– Mam kilka przypuszczeń. To nie to samo co wiedza. Mylenie jednego z drugim jest zwykle początkiem bardzo efektownych pomyłek.

Przez chwilę Xiv milczało.

– Mogę znowu mówić?

– Wręcz nalegam.

Xiv podjęło więc monolog, a Yrsa zaczęła porządkować fakty. Czerń była znajoma. Sposób, w jaki nie posiadała prawdziwego horyzontu, również. W jej wizjach przedmioty, miejsca i obrazy nie musiały istnieć stale. Pojawiały się wtedy, kiedy miały coś pokazać. Czasami widziała fragment wydarzenia, czasami obce miejsce, innym razem tylko pojedynczy obraz, którego znaczenia nie rozumiała jeszcze długo po przebudzeniu. Głosy były czymś innym. Nie musiały mieć twarzy. Właściwie najczęściej nie miały. Bywały bliskie, odległe, szeptały tuż przy uchu albo rozlegały się tak, jakby mówiła sama przestrzeń. Niektóre należały do zmarłych. Inne tylko twierdziły, że do nich należą. Yrsa dawno nauczyła się, że różnica pomiędzy tymi dwiema możliwościami jest ważniejsza, niż mogłoby się wydawać.

Najbardziej zastanawiające było więc nie samo miejsce.

Najbardziej zastanawiające było Xiv.

Nie powinno tutaj być.

Zanim zdążyła rozwinąć tę myśl, usłyszała:

– Yrso.

Znieruchomiała.

Xiv nadal mówiło. Coś o tym, czy ich ciała zostały w norze i czy Delta zdołałby ich skrzyczeć za nieumyślne opuszczenie własnych ciał. Yrsa przestała słuchać sensu jego słów.

Yrso.

Ten drugi głos był cichszy.

Bliższy.

I znajomy.

Nie odwróciła głowy. Nie było po co. Wiedziała już, że niczego tam nie zobaczy. Przez lata próbowała odruchowo szukać źródła podobnych głosów i niemal zawsze kończyło się to spojrzeniem rzuconym w pustą przestrzeń.

– Yrsa? – odezwało się Xiv. – Wszystko dobrze?

Wilczyca milczała jeszcze przez moment.

– Nie jestem pewna.

Xiv natychmiast ucichło.

– Co się dzieje?

– Słyszę kogoś jeszcze.

– Kogo?

Yrsa spojrzała przed siebie, choć czerń nie miała jej niczego do pokazania.

– Głos mojej matki.

Powiedziała „głos”. Nie „matkę”.

Różnica była istotna.

– Myślisz, że to ona?

– Nie wiem.

Yrso.

Tym razem głos zabrzmiał niemal przy jej uchu.

Miękko.

Dokładnie tak, jak go pamiętała.

Serce Yrsy przyspieszyło, lecz jej ciało pozostało nieruchome. Jedynie uszy obróciły się lekko, próbując wychwycić coś, czego kierunku nie dało się właściwie ustalić.

Wróć do nas.

Przymknęła oczy.

To jedno słowo okazało się znacznie bardziej niebezpieczne niż jakakolwiek groźba.

Wróć.

Nie „chodź”. Nie „podejdź”. Wróć.

Jakby nadal istniało miejsce, do którego mogła wrócić.

Czerń przed jej zamkniętymi oczami zadrżała i na krótką chwilę pojawił się obraz. Nie duch. Nie stojąca przed nią matka. Fragment czegoś dawnego, wyrwany z czasu z dokładnością, której pamięć nie powinna posiadać. Śnieg przy wejściu do legowiska. Jasne światło odbite od zasp. Futro rodzeństwa. Matka leżąca blisko nich, jeszcze silna, jeszcze ciepła. Ojciec gdzieś dalej. Przez ułamek chwili Yrsa poczuła nawet zapach domu.

Potem obraz zniknął.

Czerń wróciła.

– Ach – powiedziała cicho.

– Co? – zapytało Xiv.

– Muszę przyznać, że to dość skuteczna metoda.

– Jaka metoda?

Yrsa otworzyła oczy.

– Gdyby cokolwiek tutaj chciało mnie przestraszyć, miałoby do dyspozycji wiele prostych środków. Najwyraźniej jednak strach uznano za niewystarczający.

– Nie rozumiem.

– Tęsknota jest skuteczniejsza.

Xiv zamilkło.

– Myślisz, że coś robi to specjalnie?

Yrsa zastanowiła się nad odpowiedzią.

– Nie wiem. I wolałabym jeszcze nie przypisywać temu miejscu intencji. Burza może zabić wilka, nie mając wobec niego żadnych osobistych zamiarów. Nie wszystko, co nas krzywdzi, musi robić to świadomie.

– Ale to zna głos twojej matki.

– Tak.

– I wie, co ci pokazać.

– Tak.

Tym razem milczenie Xiva trwało dłużej.

– To trochę przerażające.

Yrsa lekko skinęła głową.

– To bardzo rozsądna reakcja.

– Ty się nie boisz?

Pytanie nie uraziło jej. Przeciwnie, przez chwilę zastanowiła się nad nim z pełną powagą.

– Boję się – odpowiedziała. – Nie widzę jednak powodu, dla którego miałabym pozwolić strachowi podejmować za mnie decyzje. Nie ma ku temu szczególnych kwalifikacji.

Xiv parsknęło cicho.

– Tylko ty możesz powiedzieć coś takiego w takim miejscu.

– Wątpię. Ale przyjmę to jako komplement.

Yrso.

Inny głos.

Yrsa znów znieruchomiała.

Tym razem rozpoznała go jeszcze szybciej.

Ojciec.

Czekamy.

A potem następny.

Brat.

Yrsa.

Jej oddech stał się płytszy.

Czerń pozostała czernią. Nie pojawiła się żadna sylwetka. Żadna zjawa nie wyszła jej naprzeciw. I właśnie to czyniło głosy tak nieznośnymi. Nie miała na czym zatrzymać wzroku. Nie mogła obserwować pyska rozmówcy, jego oczu, sposobu poruszania się. Nie mogła szukać nieścisłości. Pozostawał sam dźwięk, niemal doskonały.

Wróć. – powtórzyła matka.

Na powierzchni przed Yrsą pojawił się śnieg.

Nie jako stopniowa przemiana pustki. Po prostu przez moment czerń ustąpiła miejsca obrazowi. Zobaczyła własne dawne ślady, prowadzące w stronę legowiska. Dalej wejście. Fragment futra któregoś z rodzeństwa. Wszystko było spokojne.

Wystarczyłoby pójść.

Yrsa przesunęła łapę.

Zatrzymała ją nad czarną powierzchnią.

Przez kilka sekund patrzyła na własne palce.

Potem bardzo powoli cofnęła kończynę.

– Sprytne – powiedziała.

– Co się dzieje? – zapytało Xiv.

– Pokazuje mi drogę do domu.

– Do twojego starego domu?

– Tak.

– Nie idź.

Yrsa uniosła głowę.

W głosie Xiva nie było rozkazu. Była prośba.

– Nie zamierzałam.

– Wiem. Po prostu… chciałom, żebyś to usłyszała.

Przez chwilę milczała.

– W takim razie dziękuję.

Obraz śniegu zniknął.

– Yrsa.

Głos Xiva był teraz słabszy.

– Jestem.

– Mów do mnie.

– Słucham?

– Ty mów. Teraz ty.

Yrsa milczała przez chwilę, po czym nieznacznie przechyliła głowę.

– Obawiam się, że wybrałoś sobie do tego zadania dość niewdzięczną rozmówczynię. Ostatnimi czasy znacznie lepiej wychodzi mi słuchanie.

– Wiem. Ale chcę cię słyszeć.

Tym razem nie odpowiedziała od razu. Xiv nie prosiło o rozmowę dla zabicia ciszy. Chciało mieć pewność, że nadal tam jest. Głos stanowił dowód obecności, być może jedyny, jakim obecnie dysponowali.

– Rozumiem – powiedziała łagodniej. – W takim razie postaram się chwilowo ograniczyć milczenie do rozsądnego minimum.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. Chociaż uprzedzam, że rozmowa dla samej rozmowy nigdy nie należała do moich szczególnych talentów.

– Możesz mówić o czymkolwiek.

Yrsa pozwoliła sobie na nikły uśmiech.

– To bardzo szeroka propozycja. Możesz jej jeszcze pożałować.

– Zaryzykuję.

– Odważnie.

Przez moment zastanawiała się nad tematem. Głosy nadal istniały gdzieś na obrzeżu świadomości, ale kiedy skupiała uwagę na Xivie, stawały się mniej wyraźne.

– Mogłabym opowiedzieć ci o swoich przypuszczeniach dotyczących tego miejsca – zaczęła. – Obawiam się jednak, że byłby to wykład oparty przede wszystkim na niewiedzy, a te bywają szczególnie niebezpieczne.

– Czyli nie wiesz, gdzie jesteśmy?

– Nie.

– Dziwnie brzmi, kiedy ty czegoś nie wiesz.

Na pysku Yrsy pojawiło się subtelne rozbawienie.

– Zapewniam cię, że lista rzeczy, o których nie mam pojęcia, jest imponująco długa. Staram się jedynie nie wypowiadać o nich z przesadnym przekonaniem.

– A ja?

Yrsa zastanowiła się przez moment.

– Ty masz pewną skłonność do wypowiadania myśli, zanim zdążą przejść pełną kontrolę jakości.

Zapadła cisza.

– To była obelga?

– Nie. – Uśmiechnęła się odrobinę szerzej. – W gruncie rzeczy uważam to za dość ujmujące.

Xiv umilkło.

Yrsa cierpliwie czekała.

– Och.

Uniosła lekko brew.

– Zadziwiające.

– Co?

– Nie sądziłam, że istnieje tak skuteczny sposób na pozbawienie cię słów.

– Nie pozbawiłaś!

– Naturalnie.

Cichy śmiech Xiva rozszedł się w pustce.

I wtedy Yrsa coś zauważyła.

Głos było słychać wyraźniej.

Nie głośniej.

Wyraźniej.

Głosy rodziny natomiast odsunęły się gdzieś dalej.

– Powiedz coś jeszcze – poprosiła.

– O czym?

– O czymkolwiek.

– Znowu?

– Tym razem mam ku temu konkretny powód.

– A wcześniej nie miałaś?

– Miałam. Teraz mam lepszy.

Xiv zaczęło mówić. O ich ciałach pozostawionych w norze, o Delcie i o tym, czy medyk byłby bardziej zły, czy zainteresowany faktem, że jego pacjenci najwyraźniej postanowili opuścić własne ciała. Yrsa słuchała coraz uważniej.

Głos znowu się przybliżył.

– Xiv.

– Tak?

– Od chwili, kiedy poprosiłam, żebyś się zatrzymało, zrobiłoś choć jeden krok?

– Nie.

– Jesteś pewne?

– Tak.

Yrsa powoli skinęła głową.

– Interesujące.

– Co?

– Słyszę cię coraz wyraźniej.

– Może jesteśmy coraz bliżej?

– Być może. Tyle że żadne z nas się nie porusza.

Przez moment panowała cisza.

Yrsa spojrzała w czerń. Kilka wcześniejszych obserwacji zaczęło układać się w logiczną całość.

– Chyba popełniliśmy dość podstawowy błąd.

– Jaki?

– Próbowaliśmy znaleźć się tak, jak szuka się kogoś w lesie.

– A to źle?

– Tutaj prawdopodobnie tak.

– Dlaczego?

Yrsa spojrzała pod łapy.

– Bo nie jestem przekonana, czy znajdujemy się w miejscu w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Jeżeli nasze ciała pozostały w norze, to tym, co znalazło się tutaj, jest przede wszystkim świadomość. Nie widzę powodu, by zakładać, że musi ona przestrzegać tych samych zasad co ciało.

– Czyli chodzenie nic nie daje?

– Tak podejrzewam.

– I co teraz?

– Ty będziesz mówić.

– A ty?

Yrsa zamknęła oczy.

– Będę słuchać.

Nie szukała już kierunku. Kierunek wymagał przestrzeni, a właśnie jej znaczenie zaczynała kwestionować. Skupiła się na Xivie. Na sposobie, w jaki jego głos przyspieszał, gdy kilka myśli usiłowało jednocześnie przedostać się na zewnątrz. Na drobnych zawahaniach przed czymś szczerym. Na oddechu pomiędzy słowami. Na wszystkim tym, co czyniło Xiva Xivem.

– …i jeśli naprawdę leżymy teraz w twojej norze, to mam nadzieję, że nikt nas nie znajdzie, bo właściwie nie wiem, jak wyglądamy z zewnątrz. Ty pewnie jak śpiąca, ale ja normalnie wyglądam trochę jak martwe, więc w moim przypadku różnica może być mało czytelna…

Yrsa poczuła obecność.

Nie zapach. Nie ciepło. Nie dotyk.

Po prostu nagłą, absolutną pewność, że nie jest już sama.

Otworzyła oczy.

Xiv stało kilka kroków dalej.

Atramentowa sierść niemal stapiała się z czernią. Najwyraźniejsze były żółte oczy, szeroko otwarte ze zdumienia. Pod jego łapami rozchodziły się delikatne kręgi.

Przez chwilę żadne się nie odezwało.

Na pysku Yrsy pojawił się niewielki, spokojny uśmiech.

– Ach.

Xiv zamrugało.

– Co „ach”?

– Jednak jesteś.

– Oczywiście, że jestem!

– W obecnych okolicznościach pozwolę sobie uznać to za hipotezę, którą właśnie udało się dość przekonująco potwierdzić.

– Yrsa.

– Tak?

– Jak mnie znalazłaś?

Wilczyca spojrzała na Xiva z dyskretnym rozbawieniem.

– Nie znalazłam miejsca, w którym jesteś.

– Co?

– Znalazłam ciebie.

Xiv przez chwilę patrzyło na nią bez słowa.

– To brzmi bardzo mądrze, ale niczego mi nie wyjaśnia.

– Podejrzewałam, że możemy napotkać ten problem. Pozwólmy więc sobie przez chwilę cieszyć się rezultatem bez przesadnego zainteresowania metodologią.

Xiv parsknęło i podeszło bliżej. Yrsa obserwowała je przez moment. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wiele napięcia nosiła w karku i barkach. Widok znajomej sylwetki pośród pustki przyniósł ulgę większą, niż chciałaby przyznać. Nie odsunęła się, kiedy Xiv zatrzymało się obok.

– Wszystko z tobą dobrze? – zapytało.

Yrsa niemal się uśmiechnęła.

Oczywiście.

Ratownik.

Można było wyrwać Xiva z ciała, wrzucić w głąb cudzej wizji i pozbawić większości znanych praw rzeczywistości, a ono po odnalezieniu drugiego wilka i tak zaczynało od sprawdzenia jego stanu.

– Fizycznie, o ile słowo to ma tutaj jakiekolwiek zastosowanie, nie odczuwam niczego szczególnie niepokojącego.

– A poza fizycznie?

Tym razem odpowiedziała dopiero po chwili.

– Słyszę moją rodzinę.

Xiv nastawiło uszu.

Yrsa obserwowała je uważnie.

– Teraz?

– Tak.

– Ja nic nie słyszę.

Nie była zaskoczona.

Właściwie ta odpowiedź przyniosła jej pewną ulgę. Była informacją. A informacja, nawet niepokojąca, zawsze była lepsza od domysłu.

– Rozumiem – powiedziała.

– To źle?

– Jeszcze nie wiem.

– Yrsa…

– Nie mówię tego, żeby cię niepokoić. Po prostu nie mam wystarczających podstaw, żeby uczciwie odpowiedzieć inaczej.

Xiv przysunęło się odrobinę bliżej.

– Co mówią?

Yrsa spojrzała przed siebie.

W czerni nie było niczego.

A potem usłyszała matkę.

Tak blisko, jakby stała pomiędzy nimi.

Yrso.

Wilczyca zesztywniała.

Xiv natychmiast to zauważyło.

– Znowu?

Yrsa skinęła głową.

Głos matki odezwał się ponownie.

Nie powinnaś była przeżyć.

Całe wcześniejsze ciepło zniknęło z jej spojrzenia.

Nie poruszyła się.

Nie odpowiedziała od razu.

Xiv czekało.

Yrsa patrzyła w pustkę z tą szczególną nieruchomością, która pojawiała się u niej wtedy, gdy pod spokojem zaczynało dziać się zbyt wiele.

– Co powiedziała? – zapytało cicho.

Wilczyca przełknęła ślinę.

– Że nie powinnam była przeżyć.

Xiv odwróciło się ku niej całym ciałem.

Yrsa jednak nadal patrzyła przed siebie.

Z czerni odezwał się kolejny głos.

Brat.

Ten sam, który kiedyś kazał jej odejść.

Ten sam, który umarł, żeby mogła żyć.

To miałaś być ty.

Tym razem Yrsa nie zdołała całkowicie ukryć reakcji.

Jej uszy cofnęły się.

Tylko na moment.

Ale Xiv to zobaczyło.


<Xiv?>

czwartek, 27 sierpnia 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Jedno słowo nad niczym”, cz. 21

Patrz
zamarznięta rzeka

Poślizgam się przy brzegu


Cóż, lód pode mną pęka
Lecz ugrzęznąć nie ma gdzie


Dawno zastygł wartki nurt

Wysuszyli ją na wiór




Nie utonę
nie utonę
Chociaż stoję już na dnie

Tylko co mam odpowiadać
Na wołanie
„Odbij się”                                      


Nie utonę, nie utonę
Choćbym stał tu kilka lat

Jak to drzewo powalone
Nie wyskoczę już na brzeg




Zakopię się w mule

Przeczekam
i zniknę


Kto pamięta o szczególe
Ogół walczy o przeżycie

Nie słyszy
nie widzi
On też potracił zmysły




Nie stój nad brzegiem
nie kiwaj głową

Idź dalej
i słuchaj szumu drzew

Nim się obejrzysz
spotkamy się pod lodem

Choćbyś przemierzył puszczę wzdłuż i wszerz




Nie utonę
nie utonę
Chociaż stoję już na dnie

Już od dawna nikt nie woła
„Przyjacielu, odbij się”                   


Nie utonę, nie utonę
Choćbym stał tu kilka lat

Jak to drzewo powalone

Nie odbiję się
od
dna