- Tak, zabił. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Jest mordercą. Nadal tak ci go żal?
- To samo powiecie mojemu następcy - bardziej stwierdził, niż zapytał. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Nie zamierzał przykładać do morderstwa choćby kawałka pióra. Nawet, jeśli miałby... wataha miałaby zyskać dzięki temu dostęp do nowych informacji. Są chyba jakieś granice, których przekraczać nie można. Prawda?
Ten wilk nic złego mu nie uczynił. Donosił, być może, i co z tego? Szkliwo nie zdradził się przed nim ani słowem.
„Ach, siła. Wpływy. To ciągnie. Trzymaj się w garści, Szkliwo. Nie sprzedaj się jak dziwka na zakręcie, tylko tyle i aż tyle. Wytrwaj”.
- Tak to u nas działa. Twojemu następcy niczego nie powiemy, jeśli będziesz się sprawdzał w tej pracy. Ale gdybyśmy wypuszczali każdą niedojdę, nasze wewnętrzne rozwiązania szybciutko rozwiałyby się z wiatrem po całych naszych ziemiach. Jak się spodziewasz, mogłoby to mieć przykre skutki.
Ptak napiął palce i w zadumie stuknął nimi o ziemię. Cóż jeszcze pozostało sobie poradzić? Walcz dopóki tylko możesz. Zawsze zdążysz się poddać.
- Hapenir dostał ostatnio list z domu. Od jakiejś swojej dawnej miłości. Planowali do siebie wrócić. Chciał opuścić Najwyższą Izbę. Po co wyważać otwarte drzwi? On ma dla kogo żyć, nie będzie szedł z wami na wojnę.
Nakideron uśmiechnął się lekko.
- Widzę, że już wchodzisz w swoją rolę. Bardzo dobrze. I mówisz, że sumienie już cię gryzie. To niedobrze. Ale co ja poradzę, nie znam się na sumieniu ptaszków. Wilcze łatwiej mi rozgryźć. Niemiła bogu ofiara? Chodź, cielę, do domu.
- Co to znaczy?
- Powiedzmy, że nie będziesz musiał go zabijać. Wyobraźmy sobie, że opuszcza Najwyższą Izbę cały i zdrowy, a ty mimo wszystko zaczynasz pracę.
- Zróbmy to.
- Ale, ale! On nie wróci do domu. Stanowi zbyt duże zagrożenie. - Jego pysk wykrzywiło złowróżbne zadowolenie, które nie pozostawiało wątpliwości, że fakt ten niezbyt mu przeszkadza.
„Coś tu nie gra”.
- Zatem co z nim zrobicie?
- Już znajdziemy dla niego miejsce. Ciche, spokojne. Czyste prawie jak twoje nieskazitelne sumienie. Zostanie usunięty jeszcze dziś, jakby nigdy go tu nie było. - Wilk z cichutkim kliknięciem rozprostował nogi i rozciągnął grzbiet. Zamaszystym ruchem podwinął płachtę okrywającą staroświeckie biurko.
„Ach tak. Już wiem, co nie gra. On wcale nie chciał, bym zabił Hapenira. Czyhał na mnie z tym rozwiązaniem i liczył tylko na to, że sam zacznę o nie prosić. Dałeś sobą rozegrać udaną partię, Szkliwo, nie ma co”.
- On ma powód, żeby milczeć. Dlaczego nie może po prostu wrócić do domu? - zapytał bezdźwięcznie.
- Żartujesz? Pozwalam ci darować mu życie. - Basior odwrócił się gwałtownie. Jego zęby błysnęły w przelocie, zanim schowały się pod zaciśniętymi wargami. W łapach trzymał kartkę. - Jeśli nie ty, następny zrobi to z pocałowaniem łapy. Myślisz, że mało mamy chętnych? - Przystanął, zanim zbliżył się na odległość wyciągniętej nogi. Westchnął ciężko. - Szkliwo. Na pewno wiesz, jak to jest, martwić się o wspólne dobro. Gdyby było inaczej, siedziałbyś beztrosko na swoich śmieciach, a nie pracował dla Najwyższej Izby Kontroli Leśnej. Nie wolno nam narazić całej wspólnoty na niebezpieczeństwo przez jednego nieudolnego pracownika. - To mówiąc, położył przed nim dokument i podsunął pióro z kałamarzem. - Jeden podpis. A potem jesteś na stanowisku i nigdy więcej do tego nie wracamy.
PROTOKÓŁ DOSTOSOWANIA OBSADY STANOWISKA NADZORCZEGO
W wyniku stwierdzonej niewydolności dyspozycyjnej jednostki .........., dotychczasowo pełniącej funkcję nadzorcy, podjęto decyzję o zmianie jej statusu bytowego. Z dniem .......... zostaje ona wyłączona z obiegu jawnego i przeniesiona w tryb zamknięty.
Nowy nadzorca potwierdza zasadność zastosowanej procedury oraz przyjmuje wynikające z niej konsekwencje operacyjne.
..........
Szkliwo ujął gęsią lotkę bez pośpiechu, wpatrzony w rząd czarnych kropek, zwieńczający tchnienie bezimiennego jeszcze, biurokratycznego hycla. Kartka była czysta; biała i pozbawiona skaz w postaci zagięć czy wyrw. Spisana z kronikarską pieczołowitością.
- Mogę wiedzieć, gdzie zostanie przeniesiony? To nie brzmi dobrze.
- Zgodzisz się chyba, że w obliczu wszystkiego, co powiedziałem, czas mu najwyższy na emeryturę, albo raczej... na rentę dla niewydolnych. Każdego z nas kiedyś w jakiś sposób to czeka. Więc jak, chcesz jego stanowisko, czy mam brać następnego? Możesz jeszcze nie znać dobrze najbardziej lubianych kursów obieranych przez moje łapy, ale w takim wypadku powinieneś próbować nadążać za kontekstem. A kontekst mówi, że nie każdemu wręczam pismo, które właśnie przed tobą leży. - Jego głowa poruszyła się lekko, ale oczy pozostały niedyskretnie wbite prosto w czaszkę żurawia.
Na dokument padł nikły cień pióra. Trzymające je szpony poruszyły się nieznacznie. Jeszcze jedno zatrzymanie w powietrzu, niezauważone przez nikogo drgnięcie. Wreszcie nakreśliły podpis. Potem bezgłośnie zetknęły się z ziemią. Nakideron podniósł kartkę powolutku, jakby w każdej chwili mogła się rozpaść.
- W takim razie wszystko uzgodnione. Witam w moich szeregach!
- Jak rozumiem, nie muszę już zgłaszać się z niczym bezpośrednio do ciebie?
- Znajdę waćpana sam, gdy tylko będzie mi waćpan potrzebny.
- Do czego potrzebny?
- Zależy, czy umiesz się bawić, czy lepiej idzie ci bycie zabawką. Mam pewne podejrzenia, ale przez swoją wrodzoną delikatność jeszcze ci ich oszczędzę.
Szkliwo sztywno skinął mu głową na pożegnanie, mówiąc sam sobie, że nie rozumie za grosz. Niestety, coś jednak dotarło do niego przez ścianę przekonań. Czuł, że powinien bać się tego osobnika. Unikać go jak ognia. Z drugiej strony był on, w tym miejscu pełnym wilków wypranych z emocji, pozbawionych marzeń, z popędami uwiązanymi i prowadzanymi na postronku przez szczodre kierownictwo, wyjątkowo... intrygujący.
Wyszedłszy z budynku, pozwolił zimnemu powietrzu napłynąć do swojego gardła i wypełnić płuca. W oddali coś zagwizdało. Zmrużył oczy, szukając wzrokiem drobnego ptaszka. To kos, który usadowił się na szczycie jednego z dachów.
„Niektórzy uważają, że zawsze trzeba być dobrym, a dusza zapamięta to na zawsze. Czy to możliwe, by taka chwila na Ziemi wpływała na wieczność? Chyba w to nie wierzę. Zresztą nie wiem”.
Wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Kolacja pewnie już czekała, nie opłacało się więc wracać do domu. Tego dnia mieli biesiadować sami z Raszem.
„Ciekawe, czy ktoś jakoś go powiadomił, że Hapenir opuszcza Najwyższą Izbę i więcej się nie spotkają”.
Nie rozglądał się, nie szukał ptaków na drzewach ani znajomych sylwetek w cieniu murów. Coś właśnie się skończyło. Jakiś rozdział został tym spotkaniem zamknięty i to on napisał jego ostatnie słowo. Niepokój osiadł mu na karku, ciężki i brudny jak ołowiany pył.
„Żeby coś osiągnąć, trzeba czasem się komuś narazić. A najwyższy czas, żebym osiągnął wszystko, co od początku miałem w planach”.
- Hej, płaszczaku! Widziałeś Hapa? Nie byliście razem? - Pełna energii łapa zatrzymała go wpół kroku. Podniósł wzrok z nieuchwytnym oporem. Napięte czoło basiora wyrażało podniecenie zbliżającą się ucztą, a jednocześnie zdradzało pierwsze oznaki niewypowiedzianego jeszcze złego przeczucia.
- Nie.
- Może jest już w remizie. Nie poczekał na nas, zdradziecki knur!
Jednak Hapenira oczywiście nie było w remizie. Jego biedny przyjaciel zaczął pytać miłych kolegów i piękne panie, ale wszyscy zbywali go wzruszeniem ramion lub krótkim zaprzeczeniem.
- Idę. - Szkliwo podniósł się i przeciągnął.
- Ja tu jeszcze zaczekam. Może on zaraz przyjdzie.
„A jeśli nie przyjdzie? Co zrobisz? Czy ochrona ma procedury na usuwanie wilków po cichu? Jakieś musi mieć. A może wszyscy są przyzwyczajeni, że czasem urzędnicy odchodzą bez pożegnania, a jedynie nadgorliwe uczuciowo jednostki są w takich chwilach zostawiane same sobie?”. Ale nie zastanawiał się nad tym długo. Ledwie współpracownik znikł mu z oczu, troski zgubiły się wśród panującego wokół graczy harmidru. Karty strzelały w łapach, ciskane na ziemię, jakby na świecie nie liczyło się już nic poza nimi. Gdzieś z tyłu siedział i Kirłan z kubkiem wina w łapie. Gdy tylko zobaczył nadchodzącego żurawia, zamachał do niego przyjaźnie. Jego drewniany skarb już czekał na nich w kąciku, gotowy do rozgrywki.
- Dobrze cię widzieć - przywitał go Szkliwo, kierując od razu na właściwe miejsce. - Bez twoich szachów strasznie tu nudno.
- Jestem o tym głęboko przekonany! Aż mam ochotę zostać jeszcze parę dni, zamiast znowu wybywać.
- No tak, praca jest najważniejsza. Jak idzie biznes? Czym ty właściwie się zajmujesz? - rzucił mimochodem, przestawiając jeden ze swoich pionków.
- Wytwórstwo! To, na czym opiera się świat zwycięzców.
- Czyli co wytwarzasz?
- Ja? Osobiście nic. Ja tylko spinam handel.
- Mhm. - Milczenie pozwoliło partii rozwinąć się trochę, jednak przeciwnik był w stanowczo zbyt dobrym nastroju, żeby grać w ciszy. Wziął taki łyk wina, że nastroszyła się szara sierść pod jego brodą.
- Żeby wykarmić dziesiątki urzędników i wszystkich, którzy ich tu obsługują, stada gości z różnych stron i żołnierzy na szkoleniach, jak myślisz, ile trzeba? NIKL to wielka kobyła, pełna robactwa, którego ogromna większość nie kala się polowaniem. Kilku tutejszych łowców nigdy nie zaspokoiłoby ich potrzeb. Jestem głęboko przekonany, że prawdziwa potęga tego miejsca to produkcja. Produkcja i handel. Za kozie mięso, skóry i mleko zachodnie ziemie przysyłają nam frykasy, jak cukier, sól czy owoce, których tutaj się nie zna.
- Kozy? Zajmujesz się tymi ich kozami?
- Ja tylko spinam handel. Od głaskania kóz po wymionach mam swoje wilki.
- Ciekawe. Do tej pory słyszałem o nich jedynie legendy.
- Ale mleko, które pijasz, nie jest chyba tylko legendą, co? - Basior przymrużył jedno oko. - Jakoś musi się tu materializować.
- Więc ty je przywozisz?
- Dokładnie tak!
Szkliwo skinął głową, wpatrując się w szachownicę. Zabawna sytuacja. Po obu stronach dwie wieże, dwa pionki i król.
- Teraz coś mi się wykrzaczy - wymamrotał, stukając pazurami w ziemię.
- Przyjrzyj się uważnie... A zresztą nic nie mówię, bo zaraz mnie ograsz.
Jeszcze kilka ruchów. Odkąd Szkliwo wbił sobie do głowy schemat poruszania się skoczka, bardzo polubił tę figurę i zaczął wykorzystywać zupełnie nowe posunięcia. Kirłanowi coraz trudniej przychodziło szachowanie. Może miał na to wpływ opróżniony przez niego kubek wina, a może rzecz w jego ulubionych strategiach, które w trakcie gry coraz częściej zaczynały się powtarzać. Chyba za to nie zauważył jeszcze, że wymiana hetmanów na początku partii nie robi mu najlepiej.
- Pat - oświadczył z lekkim zawodem, oblizując krawędź swojego kubka. - Ale widzę, że oczy ci się już zamykają. Kolorowych snów. Jutro mnie nie ma, wyprawiam się na południe. Ale jak wrócę gramy dalej?
- Pewnie - odrzekł skrzydlaty, odkładając zbite figury na miejsce.
- Wracasz teraz do domu, czy śpisz tu?
- Skąd pomysł, że miałbym nie wracać do domu?
- Nie chodzisz przypadkiem do dziewczyn?
- Jakie to ma znaczenie?
- Ha! Pytasz, jakie. Dla mnie wszystko, co się dzieje w remizie, ma znaczenie. Już wyjaśniam! Im więcej wilków... ach, pardon! Im większe powodzenie mają dziewczyny, tym więcej potrzeba ich do pracy. Im więcej ich tu jest, tym więcej jedzenia i towarów trzeba im zapewnić. A więc potrzeba więcej mleka, więcej mięsa, mój biznes kwitnie!
- Teraz rozumiem. Muszę cię zmartwić. Póki co nie zajmuję dziewczynom wiele czasu.
- Chcesz mnie wykończyć nie tylko w grze. - Zaśmiał się serdecznie. - No nic, i tak cię lubię.
Punkt pierwszy wieczoru odhaczony. Zdobywanie znajomości szło mu opornie, ale przynajmniej zagrał w szachy. Pora na punkt drugi. Dużo trudniejszy. Inna rozgrywka strategiczna jeden na jeden, w ciemności i za zamkniętymi, rzeźbionymi drzwiami. Bez podpowiedzi i możliwości poddania partii, gdy coś pójdzie nie po jego myśli.
- Och, to ty, słodziaku. - Ildiri machnęła ogonem po przesadnie dużym okręgu, aż całe jej ciało poruszyło się sprężyście. - Poczekaj chwilę. - Odprowadził ją wzrokiem do kącika, gdzie dwie wilczyce rozmawiały przyciszonymi głosami, co chwilę chichocząc i kiwając się rozkosznie. Ominęła je jak powietrze; znikła w pomieszczeniu bez drzwi, do którego jeszcze nie zaglądał. Co się w nim kryło? Nie miał dobrego wytłumaczenia na wtargnięcie tam bez pytania.
„No cóż, Szkliwo. Dałeś się wciągnąć w tę grę, więc teraz przynajmniej naucz się w nią grać”.
Jego wzrok mimowolnie padł na wydzielone pokoiki za zasłoną. Tego wieczora było cicho, ale momentami i tak rozlegały się niejednoznaczne odgłosy, przypominające, do jakich celów służył ów zakątek. Miejsce łączyło cechy prymitywnej obrzydliwości z dziwnie przytulną atmosferą, którą nie sposób nawet stwierdzić skąd się pamięta. Zmuszało, by przestać zwracać uwagę na urywane wdechy, pojękiwanie zza kotary i ślady rytmicznych ruchów na jej fałdach. A zapomnienie okazywało się zaskakująco łatwe. To wszystko stawało się tu tak... oczywiste. Jak codzienna kolacja albo jedna z gier, którym oddawano się całymi, wesołymi grupami. Robili to wszyscy. Urzędnicy przychodzili tu, powierzając wszystkie swoje troski miłym paniom, a te z radością uwalniały ich od smutków i napięć dnia powszedniego, do przesytu zatapiając w poczuciu bezpieczeństwa.
Czy ktoś jeszcze przychodził tu nie po to, by nie czuć... ale mimo tego, że czuje?
Zza kotary wysunął się jeden z asystentów inspektora z północy. Nie podniósł wzroku na stojącego w półmroku żurawia. Złożył pocałunek na okrągłym policzku wadery i powlókł się do wyjścia. Gdy tylko znikł, zalotny uśmiech wilczycy przerodził się w czystą obojętność.
- Mam go dosyć! - dał się słyszeć jej podniesiony głos, gdy przysiadała się do koleżanek. - Dureń, miał mi załatwić kamforę...
Przy akompaniamencie oburzonych pomruków, Ildiri wyłoniła się z tajemniczego pomieszczenia. Ocierając się bokiem o swojego gościa, łapą uchyliła jedną z zasłon.
- No chodź, zrobię powtórkę. Wypiłam kubek gorącego mleka - szepnęła z przewrotnym uśmiechem. - Poparzyłam sobie język, ale będzie ci dobrze.
Przeszedł go dreszcz wstrętu. To wybitnie zły moment, żeby przypominać sobie cokolwiek z poprzedniej nocy. Uśmiechem jej więc odpowiedział; krótkim, odruchowym, jakim reaguje się na formułę grzecznościową.
- Masz gest, Ildiri, ale dziś wolę co innego.
Ledwie znaleźli się na własnej, wydzielonej przestrzeni, ciało postanowiło przejąć inicjatywę. Oddech pogłębił się sam, wbrew nieustającej czujności. Po mięśniach przebiegło napięcie, które pamiętało urok chwili słabości przy ich pierwszym spotkaniu. Tym razem jednak umysł był trzeźwy i obecny. Wyrazistszy był i smak wstydu, pozostawał jednak, bardziej niż kiedykolwiek, tylko przykrą koniecznością; kosztem operacyjnym.
Ujął jej łapę, zanim dosięgła granic, poprzednio zupełnie zatartych.
- Połóż się.
Jej z lekka krzywy uśmieszek znikł. Nie była przyzwyczajona do poleceń wypowiadanych tonem, w którym brakowało miejsca na afekt i niewinne gierki. Stał w bezruchu, dopóki nie wykonała polecenia. Zlekceważył nasilające się bicie serca.
„Opanuj się, Szkliwo. Masz tylko proste zadanie do wykonania. Żadnego fałszywego kroku... jakbyś stał przed lustrem”.
Tak więc, jak kazano zapomnieć - zapomniał. Nie słyszeć - nie słyszał. I było mu dalej życzliwie wszystko jedno, od początku, aż do końca.
- Cicha woda! Wiedziałam, że masz doświadczenie z wilczycami.
- Prawie żadnego - mruknął, odsuwając się pod ścianę. Ildiri przeciągnęła się z błogim westchnieniem i przekrzywiła głowę. Siedzieli naprzeciwko siebie, w bezruchu, jak dwoje dzieciaków chowających się w komórce przed gośćmi, którzy nawiedzili ich dom w święta, po latach całkowitej nieobecności.
- No widzisz, to takie proste było, a ty tak długo nie mogłeś się zdecydować. Żebyś jeszcze został na noc. Wtedy miałabym święty spokój od reszty tych pijanych frajerów.
- Od spania mam własny dom.
„Jeśli wierzyć temu, co mówił Kirłan, wader musi wystarczyć dla wszystkich urzędników, a zatem im bardziej są zajęte, tym więcej kierownictwo musi rekrutować kolejnych. Do tego też nie mam ochoty przykładać choćby palca... chociaż nie przestaje mnie ciekawić, jak się to odbywa”.
- Ale ja... jakoś to załatwię. - Chrząknęła. - Może chociaż jutro przyjdziesz wcześniej?
- A może wcale. Jeszcze nie wiem.
- To straszne - jej głos ochłodził się, a postura zmęczonego ciała przygarbiła lekko. - Że też nie trafił mi się wcześniej żaden bezpłodny. Albo impotent. Już bym go nie wypuściła. A ja musiałam wkopać się w najbardziej bezduszną łachudrę w NIKL-u, tylko dlatego, że ma skrzydła zamiast łap.
- Wcześniej, wieczorem, mamy partię szachów.
- Z Kirłanem? Zostawił dziś Fijce to swoje pudełko na przechowanie. Ale ma go teraz nie być przez kilka dni.
- Tak, właśnie z nim. Znasz go?
- Nie... Nie jest moim pacjentem.
- Pacjentem. Dorabiasz na boku jako medyk?
- Idiota! - żachnęła się. - Nie nazywam wilków, które tu przychodzą, klientami, tylko pacjentami. Oni wszyscy są bardzo chorzy. - Jej wzrok na chwilę zabłądził w chyboczącym się w przeciągu materiale zasłony. Szybko jednak rozchmurzyła się, by skończyć myśl. - A ja zdrowię dusze.
- Chciałaś powiedzieć, uzdrawiam.
- Wszystko jedno.
- Czy dusze, tego nie byłbym pewny. Ale bezsprzecznie jeden z układów. - Na te słowa wadera prychnęła głośno.
- Miałam nadzieję, że będziesz wyjątkiem - burknęła, poduszką łapy ścierając kurz z ziemi. - Nie tylko dlatego, że nie wrobisz mnie w szczeniaki... Zresztą nieważne. Jeśli jesteś tu, gdzie jesteś, to jesteś taki sam, jak oni.
- „Tu”, to znaczy, gdzie? W siedzibie Najwyżej Izby? W remizie? W tym pokoju?
- Wszystko naraz.
- Interesujące jest zwłaszcza to ostatnie. - Oparł się wygodniej o ścianę. Z tej perspektywy łatwiej mu było objąć ją wzrokiem, choć nie wiedział, jakiej wskazówki w niej szukał. Prześliznął się po wilczycy i zatrzymał na oczach, które skierowały się ku ziemi i za nic nie chciały podłapać tego spojrzenia. - Ja nie proszę. Ty tego chcesz. Mnie to nic nie kosztuje, ty tylko marnujesz na to czas i energię, ale i tak oferujesz. Musisz więc coś z tego mieć. Nie ode mnie, więc od kogo? Komu na tym zależy?
- Oj, Szkliwo. - Poruszyła się, a jej miednica zafalowała umiejętnie, jak łódka zagubiona na morzu. - Już ci to tłumaczyłam.
- Nie. Nie wyjaśniłaś, dlaczego w ogóle tu jesteś. Jakie korzyści daje ci ta praca? Mogłabyś być gdziekolwiek indziej, robić cokolwiek innego. Tyle watah przyjęłoby cię z otwartymi ramionami.
- Cóż możesz wiedzieć - odparła gorzko i odwróciła pysk. Jej ruchy nagle straciły płynność.
- Przepraszam. - Westchnął. - Przecież choćbym się tu pokroił, i tak nie powiesz. Masz rację, idiota.
- Oj, nie chciałam tak powiedzieć! - Chyba przypadkowo wcisnął jakiś ukryty guzik, bo Ildiri przysunęła się do niego, zapamiętale trzepocząc rzęsami. Wyprostował się, by jej mokry nos nie znalazł się za blisko jego policzka.
- Przestań. Nie tak łatwo mnie obrazić. Chyba, że w ramach zadośćuczynienia podzielisz się choć kawałkiem swojej historii. Masz jakąś rodzinę?
- Ta.
- Daleko?
- A co cię właściwie to obchodzi? - rzuciła podejrzliwie, choć nie dosłyszał w jej głosie złości.
- Jestem po prostu ciekaw.
- A ty masz? - Uniosła pysk, jakby oddawała cios, a nie zadawała pytanie.
- Już nie.
- Mam ojca - oświadczyła nagle. - Tyle z istotnych rzeczy, jeśli tak bardzo cię to interesuje.
- No dobrze. Mam nadzieję, że niczym cię nie uraziłem. Będę się zbierać.
„Nierozsądnie byłoby dociskać ją mocniej. Nastroszyła się jak jeż zwinięty w kulkę”.
- A idź. Wcale mi nie zależy, żebyś tu siedział, jeśli mam znosić te przesłuchania. Wolę już twoich rozrywkowych kolegów.
O ileż łatwiej było wracać do domu tej mroźnej nocy, niż poprzedniej. Nawet mimo senności, zmysły pozostawały w gotowości do odbioru kolejnych bodźców, a umysł wiernie je przetwarzał. Śnieg chrobotał na ścieżce, z nagie gałęzie krzewów stukały o siebie cicho, jak mysie cymbałki.
W chatce asystentów nie było nikogo; nic zresztą dziwnego. Hapenir miał się więcej w niej nie pojawić. Być może już był daleko. Gdzieś... w drodze. Za to Rasz pewnie wciąż czekał na niego w remizie. Wypytywał kolejne wilki i nie otrzymywał odpowiedzi. A może zaszył się w kącie pełnym dymu, żeby zdusić w nim niepokój i troskę. A może już zgłosił zaginięcie? Jedno było pewne: nieobecny już przyjaciel towarzyszył tej nocy nie tylko Szkliwu.
W ciemności majaczyły zarysy pokoju. Nikłe światło dogasającej pochodni wpadało przez okno i osiadało na płaszczyźnie drewnianego stołu. Ptak oparł się o niego grzbietem. Zerknął na leżący na piecu futerał, który troskliwie obejmował dawno niestrojone skrzypki.
Było cicho i ta cisza kłuła w uszy, jakby była ostateczna; jakby już nigdy nie miała zostać przełamana muzyką.