czwartek, 9 lipca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Warunek krańcowy”, cz. 16

Tak się zarządza podwładnymi.
Żeby mieć pożytecznych pomocników,
trzeba ich sobie samodzielnie wyszkolić.


Pasiaste, bukowe liście zadrżały tuż nad ich głowami. Jeszcze zanim wyszli na łąkę, dosłyszeli echa rozmowy dwójki szczeniąt, którą co chwila zakłócało głośne beczenie.
- Czyż one nie wspaniałe? - zapytał Kirłan, odsuwając się o krok, aby jego kompan mógł zobaczyć całe stado rogatych stworzeń. Kilka gładkich nosów odwróciło się w ich stronę. Prostokątne źrenice przesuwały się po ich sylwetkach, a długie uszy trzepały w rytm wygrywany przez skrzydełka natrętnych gzów, latających nad twardymi, kozimi grzbietami. - Niektóre są trochę kościste po zimie, ale to normalne. Zapowiada nam się piękne, słoneczne lato i niedługo wszystkie będą tłuściutkie. Moje wilki już o to zadbają.
Ptak przystanął tuż przy przewodniku, na lekko sztywnych nogach, choć zwierzęta nie zwracały na niego najmniejszej uwagi. Były przecież podobne do stada jeleni, które widywał we własnej watasze. Nawet mniejsze i zapewne o wiele słabsze. A może nie o niego i nie o te kozy chodziło. To otaczający je spokój zjeżył mu pióra na karku. Właśnie wszedł w stado ofiar u boku drapieżcy, a one nawet nie drgnęły. Między ich nogami przepychały się dwa mięsożerne szczenięta.
- A oto i nasz król! - Basior wkroczył pomiędzy swoich synów i wysokie, białe zwierzę. Nie omieszkał wypiąć piersi. Wszystko to było jego. Wśród bliskich ciężko było o podziw, ale ilekroć przybywał do jego rezydencji nowy pracownik, wręcz wypadało wdrożyć go w realia z poczuciem wielkości i misji. - Chłopcy nazwali go Caperro. Nasz najlepszy kozioł. Daje wspaniałe potomstwo! W tym sezonie połowa młodych to jego dorobek.
Szkliwo nie zdążył nawet przyjrzeć się potężnemu rogaczowi, bo Eugisk wcisnął mu w szpony plik czystych kartek i kawałek węgla.
- Dzisiaj się wykociła jeszcze jedna kózka! - zawołał Selpik, prowadząc w głąb stada i wciąż oglądając się na ojca.
- Wspaniale! To będzie ostatnia. Zaraz zobaczymy. Czy wszystkie suche są tu wydzielone?
- Tak jest!
- W takim razie weźcie wilki i przestawiajcie je nam do liczenia. Szkliwo, sumuj. Najpierw mamy dorosłe samice, w tym roku bez młodych.
Ptak ściskał w dziobie narzędzie, a w szponie kartki i na jednej nodze skakał za przewodnikiem. Ten szybko przedzierał się przez stado, w skupieniu słuchając Eugiska, który przyciszonym głosem opowiadał o minionych dniach i gestykulował z takim znużeniem, jakby do każdej łapy przywiązany miał głaz.
W pewnej chwili między zwierzętami przemknął cień. Szkliwo zamrugał, nie zdoławszy choć w przelocie złapać go wzrokiem. Stworzenie było, przynajmniej na pierwszy rzut oka, brązowe, stanowczo za wielkie na szczura i nie tak puchate jak lis, choć poruszało się szczurzo-lisim krokiem.
- To będzie czternasta. - Kirłan klepnął kozę w bok, nagle zmieniając kierunek marszu. - Ostatnia zarazem. Zapisałeś?
Żuraw stanął kilka kroków za nim, w pośpiechu przedłużając linię roboczo nakreślonej tabelki. Strona nie miała pewnego podparcia i, leżąc na kępie trawy, gięła się pod naciskiem. Na do niedawna gładkim papierze powstawały przecinające się szramy i bruzdy.
- Teraz mamy większą część, kozy i koźlęta. - Basior odwrócił się przez ramię. - Młode pisz od razu przy każdej matce.
Ptak skakał więc dalej, nadal nieco z tyłu, prawie nie odrywając wzroku od wypełnianego rejestru i tylko nasłuchując kolejnych liczb do zapisania. Pozwolił sobie na chwilę przerwy dopiero, gdy Kirłan zatrzymał się i pochylił nad małym, zwiniętym na ziemi kłębuszkiem.
- To jest ta dzisiejsza? - mruknął basior. Zdawało mu się, że skądś zna te łaty; że już się zdążyli zobaczyć. - Nie.
- Ta jest z drugiej nocy po nowiu. Mało co przybiera - sapnął Eugisk, stając tuż nad jego uchem. Rzeczywiście, nóżki tylko przez swoją patykowatość wyglądały na nowonarodzone.
- No to zabiorę ją, jak będziemy jechać. Do remizy w sam raz. Trzeba korzystać, póki nie padła. - Napotykając pytający wzrok pomocnika, wilk wzruszył ramionami i rozkazał: - Zapisz ją jako wydatek.
Był dumny; szedł z wypiętą piersią. Koźlęta biegały wokół niego, jakby był nie łowcą, a drzewem rozciągającym ponad nimi opiekuńcze ramiona. Wkroczył pomiędzy kilka starszych osobników, rozpychając się łapą i pyskiem. Z ociąganiem zeszły mu z drogi.
Gdzieś na obrzeżach pola widzenia, Szkliwu znów mignęło to dziwne stworzenie. Tym razem stało się jasne, że ma do czynienia z jakimś dużym psowatym, ale nie miał czasu, by się za nim rozglądać. Ktoś z pozostałych również musiał zauważyć go, przecinającego ich ścieżkę, jednak nikt nie podniósł alarmu.
- Mamy czternaście kóz bez młodych i dwadzieścia kóz z dwudziestoma ośmioma młodymi. Osiemnaście samic i dziesięć samców. - Odruchowo przetarł czoło skrzydłem. - I dorosłych kozłów siedem.
- Wspaniale. Prawie trzydziestka młodych w tym roku. Wszystkie co do jednego urodzone żywe! Jest się czym chwalić. Dorodny przychówek i nasz bezcenny zasób na najbliższe lato i zimę. - Szary wilk przeciągnął się beztrosko. Przednie łapy, tylne, potem kark. - Wiesz, co to znaczy? Przede wszystkim jedno: pokonaliśmy chaos natury. Jak się podoba? - Jego ogon zatoczył zgrabny okrąg.
- Jestem... pod wrażeniem - odrzekł Szkliwo tonem dalekim od odzwierciedlenia gatunku wrażenia, które sugerował. - A tam co? - Kiwnął dziobem na podłużną dziurę w ziemi, która znikała między bukowymi pniami.
- Rowy do odprowadzania krwi po uboju. Gdzie chłopaki?
- Polecieli odstawić wilki - rzucił Eugisk z boku.
- Dzielne młokosy. Szkliwo! Podpisz, proszę, arkusz inwentarzowy. Standardowa procedura przy zewnętrznym kontrolerze. O, tu, pod spodem. - Uprzejmie wskazał łapą pusty kawałek kartki. - Wspaniale. Chodźmy.
Bek odprowadził ich aż nad rów. Dno było całkiem gładkie i piaszczyste, jak koryto niedawno wyschniętej rzeki, ale żadnej krwi nie było widać. Nic nie płynęło tamtędy przynajmniej od ostatniej wizyty Kirłana w domu, chyba że jakaś ogromna ulewa spłukała czerwone ślady do...
Rów biegł w dół, najpierw łagodnie, potem coraz bardziej stromo. Zmierzali teraz do podnóży leśnego pagórka.
Nagle skulona sylwetka przebiegła im drogę. Tym razem łatwo było się jej przyjrzeć: to nie lis, a tym bardziej nie szczur, lecz prawdziwy, zupełne zwyczajny wilk. Białka jego ślepiów błysnęły, gdy wciskał się między krzewy. Niewielki rozmiar okazał się jedynie złudzeniem. Pod szczątkową warstwą mięśni ukryte było całkiem spore ciało.
Kilka skoków za nim, w cieniu drzew, siedział drugi wilk. Właściwie dwa wilki. Milczały, patrząc na przybyszów jak widma uwięzione poza czasem, przywiązane do swoich miejsc osłuchaną legendą sprzed wieków.
Czy to zwierzęta, czy szkielety obciągnięte futrami dawno wygryzionymi przez mole? Szeroko otwarte ślepia patrzyły na nich z obawą. Uchylone pyski bez ani jednego kła ziały pustką. 
Wilgoć unosiła się znad piasku, choć trawa była sucha. Do leśnego wietrzyku przyklejał się subtelny, kwaśny zapach. Coś poruszyło się po przeciwnej stronie rowu. Było ich więcej.
Szkliwo obejrzał się, dostrzegając, że Eugisk gdzieś zniknął. Kirłan za to beztrosko wszedł pomiędzy więźniów, bo tak można ich było już nazwać z całą pewnością. Nie dało się ich zliczyć; co chwila pojawiali się kolejni. Niektórzy coś szeptali. Niektórzy wyciągali łapy, lecz cofali w porę, nie próbując ich dotknąć.
Wtem lodowaty impuls zmroził żurawia od nóg do czubka głowy. Pazury same poderwały się z ziemi i zesztywniały w powietrzu.
To tylko popielaty wąż przepełzł mu po palcach i zniknął w trawie.
- Mój boże. - Wypuścił powietrze przez gardło, wciąż ściskające się w rytm pędu serca. Jeden z wilków zerwał się z miejsca i kłapnął pyskiem zanurzonym głęboko w trawie, lecz nie zdążył schwytać jaszczurki.
- Co tam, ptaszku?
- Kto to jest?
- Nasze wilki.
- Oni wyglądają jak trupy.
Kirłan wysunął język, oblizując krawędź wargi. Dopiero po chwili namysłu energicznie kiwnął głową. Nic nie robił sobie z tłumu, który powoli zbierał się na polanie. Tylko unoszący się wokół, ostry zapach zmuszał go do płytszego oddechu.
- Mieliśmy tu ostatnio epidemię świerzbowca. Ale nie bój się, jeśli nie będziemy się o nie ocierać, nie powinny nas zarazić.
- Ale... Dlaczego są tacy chudzi?
- Potrzebujemy robotników. Do dojenia kóz, do karmienia kóz, do pilnowania kóz i do zaganiania kóz. Jest trochę pracy. Gdyby zżerały nam to, co uda się tu wytworzyć, biznes nie miałby sensu. Kózki mają swoją moc przerobową. Walisa ma fantazję i przeznacza im część tego, co upoluje, ale przecież biedna nie może się zatyrać.
- Dlaczego oni wszyscy stracili zęby?
- Żeby nie gryzły. To głównie dla ochrony stada. Oczywiście, że doliczyłbym się straconego koźlęcia, ale prawdziwym sukcesem jest skuteczna prewencja. Bezzębny nie pogryzie kości, a więc zostawi ślady. - Kirłan kopnął niewielki kamień prosto pod czyjeś nogi.
- Skąd oni wszyscy tutaj?
Basior zaśmiał się pojedynczym, znudzonym tonem.
- Najwyższa Izba to układ zamknięty.
Pił z nimi i bawił się w remizie. Tylko po to, by potem bez mrugnięcia okiem patrzeć na ich pyski wyniszczone głodem, zaropiałe oczy. A chwilę później wracał ze śmiechem grywać w karty i przejadać to, co wyrwali ziemi, liżąc pękające pęcherze na łapach.
Widma otoczyły ich ze wszystkich stron. Na wierzchu złożonego skrzydła Szkliwo poczuł ciepły bok towarzysza. Zanim zdążył się odsunąć, bark w bark z nimi stanął Drik, wtóry wypuścił z pyska pakunek owinięty w stare szmaty. Ptak wziął pół wdechu... i natychmiast wypchnął go z krtani. Mdławy zapach rozkładu już osiadł mu w gardle. Cofnął się o krok, czując, że jego pióra wichrzą sierść Kirłana. Skulił się, jakby tym sposobem mógł jeszcze wymazać swój ruch.
Basior tak czy inaczej nie zwrócił na niego uwagi. Z niesmakiem zmarszczył nos i odsunął się również, robiąc miejsce dla wilków, które otoczyły poczerniałe mięso ciasnym wianuszkiem. Skóra trzęsła się, nagie dziąsła z mlaskaniem miażdżyły skrawki, a ogony poruszały się tak zamaszyście, jakby właśnie celebrowano tu najlepsze kąski iście królewskiej uczty. Ktoś zesztywniał i warknął, gdy ktoś inny próbował wyrwać mu z pyska kawałek tkanki porośniętej pleśnią.
Jeden z basiorów miał na wyłysiałym karku dwa niewielkie znamiona. Wyglądały jak czarne cętki, dopóki nie skupił się na przeżuwaniu i nie przestał drżeć. Gdy uważniej się przyjrzeć, układ zawijasów wydawał się nieprzypadkowy.
- No to jak, jest tu jeszcze twój kolega?
Szkliwo zmrużył oczy. Jeśli oni wszyscy byliby urzędnikami, Kirłan musiałby zbierać ich przez długie lata i zimy. Jednak jeszcze bardziej zastanawiająca była obecność wśród zgromadzenia kilku wilczyc. A zatem z całą pewnością nie tylko urzędnicy.
Wolno przestawił nogę, pod spodem czując chrzęst suchego mchu. Obrócił się wokół własnej osi. Przesuwał wzrokiem po wynędzniałych sylwetkach i resztkach sierści na plackach łysej skóry. Pokręcił głową, nie znajdując odpowiednich, a właściwie żadnych słów.
- Nie wiem. Nikogo tu nie poznaję - wykrztusił w końcu. - A jeśli znajdę, wypuścisz go?
- Wypuścić? - W pierwszym odruchu skrzywił się. Gdyby ojcostwo nie nauczyło go anielskiej cierpliwości, byłby się rozgniewał. - A zresztą, bierz go sobie. I co z nim zrobisz? - Obojętnie potrząsnął barkami i ruszył wolnym krokiem.
Jego towarzysz wodził wzrokiem po gąszczu ciał. Brak zębów, potworna chudość, aż w końcu sierść wypłowiała od kurzu i głodu zniekształcały rysy pysków. Lecz przecież poznałby go. Nie było szansy pominąć tak znajomą twarz wśród obcych.
Posiłek dobiegał końca. Tłum przerzedził się i już tylko nieliczni oblizywali suche kości, w nadziei na wysączenie z nich jeszcze choć jednej kropli cennego tłuszczu.
- Nie widzę go - stwierdził. - Może pracuje?
- Nie. Wszystkich spędziliśmy na jedzenie.
Skinął głową. Kto inny zwrócił jego uwagę: młoda wilczyca. Była w niej świeżość, której brakowało pozostałym. Jej skóra nie ślizgała się po kościach przy każdym oddechu. Nie otwierała pyska, by ziać. Zaciskała blade, zapadnięte wargi. Siedziała wyprostowana. Siedziała samotnie.
Ona również go obserwowała. Odwrócił wzrok, gdy tylko ich oczy się spotkały.
- A gdybym poprosił cię, abyś ją wypuścił? - mruknął, tak cicho, że ledwie sam siebie usłyszał. - To też moja znajoma.
- Mój najświeższy nabytek? Jej jeszcze na całe lato starczy sił, żeby doić kozy. Umawialiśmy się na konkretnego osobnika. Nie chcesz chyba nadużyć mojej gościnności?
- Jak to jest, że nikt stąd nie ucieka? - Szybko przykrył pytanie własnym.
- Dokąd mieliby uciec? - Kirłan natomiast życzliwie udał, że nowy temat zaabsorbował go do ostatka. - Na zachodzie rzeka szeroka na osiem jelenich skoków, której nie przekroczą. Na wschodzie dzikie góry, które zabiją ich szybciej niż uczciwa praca tutaj. Brak zębów ma jeszcze jedną istotną zaletę.
- Ach tak - chrząknął. - W istocie. Nie tylko bezbronni, ale i uzależnieni od tego, co inni upolują.
- Za to dalej na południe mieści się malutki garnizonik.
- Na południu stacjonuje wojsko?
- Nie ma tam żadnej watahy, tylko stepy i rozległe równiny. Można tam spotkać niemiłe stada wędrownych rozbójników. Mimo to wszystko byli w naszej wilczarni tacy, co próbowali dać nogę. Od tego mamy też własnych nadzorców.
- Nadzorców - powtórzył ptak głosem echa ulatującego w dal.
- Tak jak w NIKL-u, ale nasi nadzorcy pilnują granic.
- A oni są lojalni?
- Każdy schwytany uciekinier to kilka dodatkowych racji żywnościowych. Najlepszych, na jakie można liczyć. Świeżego, wilczego mięsa razem z podrobami.
Słowa wsiąkały w ziemię. Szkliwo przyspieszył kroku, zostawiając je za sobą. Rozejrzał się raz jeszcze. Napotkał jakiś pysk, suchy, zesztywniały; tylko tkwiące w nim ślepia lśniły jak plaster pełen miodu.
Po drugiej stronie kuliła się sylwetka pomarszczonego basiora, z którego głowy siwe włosy wyrastały niczym siewki w szczerym polu. Odwrócił wzrok, zanim zdążył sobie przypomnieć, czy skądś go zna.
Dumne oczy wadery odprowadziły ich, dopóki nie zniknęli w tłumie.
- Więc mówisz, że wykołowałeś niejakiego Hapenira, a teraz trochę ci go żal. - Kirłan uniósł głowę na spotkanie z łagodnym słońcem. Gdy mówił tym, wystudiowanym emocjonalnie tonem, słuchacze zwykle byli najuważniejsi, wykorzystywał go więc z lubością. - Zdradzić ci mój mały sekret? Znam procedurę, którą przeszedłeś, żeby zająć jego miejsce. Jestem głęboko przekonany, że był ci wdzięczny, że postanowiłeś go nie zabijać. I jakie praktyczne znaczenie ma ta wdzięczność, jeśli jego imię znikło z rejestru? A tobie pewnie lżej było na duszy, żeś go nie tknął. Tylko co z tego, jeśli i tak w naszych aktach nie figuruje ten, kto uderzył, a ten, kto potwierdził zasadność procedury?
Jego skrzydlaty pomocnik został w tyle. Jeden z jego palców trafił na dziurę w ziemi i zatrzymał się na czymś twardym. Wilk rzucił mu tylko krótkie spojrzenie.
- Widzę, że nie śpieszno ci na kolację? Pewnie, popatrz sobie na to stado błaznów. Nawet dla mnie za każdym razem to wielce ciekawy widok. Oni wszyscy wierzyli, że uda im się skończyć inaczej. Jak wielu przed nimi i wielu po nich, każdy był przekonany, że jego to nie dotyczy. - Uśmiechnął się z ukosa, nie zwlekając już dłużej. Gdzieś z przodu rozległa się rozmowa jego i jego doradcy. Zapytał o coś podniesionym głosem; otrzymał obojętną odpowiedź. Zaśmiał się.
Ptak został sam, pośród przygarbionych szkieletów. Uniósł szpon i ścisnął węzeł na piersi, aby zagłuszyć przechodzące po całym ciele dreszcze. Do pazura przyczepiło się trochę zakurzonej sierści. Wytarł go o piasek, znów wpadając nogą w tę samą dziurę. Ze środka wystawało coś białego. Kości były jeszcze połączone w stawach i wyglądały na fragment łapy, choć przyklejony do nich strzępek futra przypominał już bardziej kolce jeża.
Robotnicy milczeli. Część z nich spała w przypadkowych miejscach, bez moszczenia w trawie legowisk i kopania dołków. Niektórzy łypali na niego ślepiami, z których nie sposób było wyczytać ni uczucia, ni myśli. Jego uwagę przykuło ożywienie w głębi stada; puszyste futerka dwójki szczeniąt. Zdawało się, że znowu dokądś pędzą, ale nagle ruch ustał.
Huk. Szkliwo podniósł i natychmiast opuścił wzrok. Jeden z synów Kirłana zamachnął się łapą, trafiając w bok jakiegoś starego wilka, który tylko zwinął się na ziemi, nie wydając ani jednego pisku. Dostał jeszcze raz.
Żuraw już podniósł nogę, gotów jak najszybciej oddalić się w ślad za przewodnikiem, gdy mały Turtanisk po raz kolejny naparł na leżącego całym ciałem. Skrzydła na grzbiecie ptaka spięły się odruchowo. Szczeniak coś krzyknął i już, już wydawało się, że to koniec całej sprawy. Starzec leżał w bezruchu.
Naraz padł jeszcze jeden cios.
- Dlaczego go tłuczesz?
Turtanisk postawił łapę na ziemi, biorąc jeszcze kilka głębszych oddechów, na które wcześniej zabrakło mu czasu. Siedzący obok Selpik machnął ogonem na widok gościa zainteresowanego ich zabawą.
- A co? - Pierwszy ze szczeniaków pokonał zadyszkę i hardo uniósł głowę. Znów zamierzył się na swój cel... gdy nagle jego kończyna została zamknięta w bolesnym uścisku. - Co ty robisz?! - wrzasnął, błyskając ostrymi ząbkami. - Jak powiem ojcu...
- Ojcu? Po co ci ojciec? - Lotnik puścił, a wilczek odskoczył jak oparzony, ale na jego wargi wykrzywiły się złośliwie.
- No co, boisz się go?
Szkliwo zmrużył oczy i z namysłem poruszył ogonem.
- Gdybyś był od niego słabszy czy głupszy, rozmawiałbym z nim, a nie z tobą.
- To ja pójdę już do taty - wtrącił drugi brat i, nie czekając na pozwolenie, prędkim kłusem wtopił się w tłum. Dwaj rozmówcy stali naprzeciwko siebie, wśród bezliku cichych i obojętnych.
- Ponawiam pytanie. Dlaczego go uderzyłeś?
- Bo nie zszedł nam z drogi! Przez niego prawie się przewróciłem!
- Dlaczego to on ma schodzić ci z drogi, a ty nie możesz uważać, którędy lecisz?
- To wyrzutek. Ojciec mówi, że oni żyją tylko po to, żeby dla nas pracować.
- A po czym to ocenia? Jakoś patrzę i patrzę... - Szkliwo pochylił się, oglądając wilka ze wszystkich stron. Starzec odsunął się na jednej nodze, nie ośmielając się liczyć na nic ponad kolejne uderzenie. - I wydaje się zupełnie taki sam, jak ty albo twój ojciec.
- Chyba kpisz!
Żuraw zastygł, w myślach przetwarzając każdą linię rzeźbiącą pysk basiora. Był pewien, że już gdzieś się widzieli, ale w tym stanie wilk był podobny do całej reszty. Wielu z nich było starych. Wszyscy - wygłodzeni. Nie miał żadnych cech charakterystycznych. Może tylko jakby... trochę za dużo skóry. Fałdy na szyi, obwisłe policzki.
- Możesz mi wytłumaczyć, czym on się od was różni? - mruknął, nie spuszczając wzroku z sędziwego pyska.
- Jest głupi. A my rządzimy.
- Nie rozumiem. Myślisz, że nie miał ojca, który był dla niego wzorem, jak ty? Albo że nie polował na bażanty?
- Nie wiem. - Turt wzruszył ramionami.
- Jedyna różnica, która mi osobiście przychodzi do głowy, jest taka, że jest u końca drogi, na którą ty właśnie wchodzisz. - Wreszcie Szkliwo cofnął się o krok. Odwróciwszy się, dostrzegł, że podbródek malca drży.
Niespodziewanie jego wzrok zderzył się z postacią górującą nad chłopcem i wianuszkiem śpiących. Eugisk najwyraźniej czekał aż skończą rozmowę.
- No, no, a to ciekawostka. - Pod ciężarem jego spojrzenia Szkliwo zgarbił się lekko. - Lubisz szczenięta?
- A... - Otworzył dziób, ale minęła chwila, zanim za czynem poszły myśli. - Tak samo, jak wszystkie wilki.
- Tak też można - wymamrotał basior. - No, idziemy. Walisa już szykuje kolację. Jeśli chcesz, żeby coś dla ciebie zostało, lepiej się pośpiesz.
Tupot czterech, małych łap oddalił się jako pierwszy, nieubarwiony żadną skargą. Turtanisk postanowił zachować swoją wymianę zdań z tym paskudnym osobnikiem dla siebie.
- Doradzę ci z życzliwości - odezwał się Eugisk, pozwalając, by skrzydlaty, który jeszcze nie odważył się wyprostować karku, dogonił go na ścieżce. - Spędzanie czasu w naszej wilczarni nie działa najlepiej na samopoczucie. Sam nie lubię tu przychodzić, ale nie ufam pomocnikom na tyle, żeby pozwolić im doglądać naszego majątku.
- Kirłan często przyprowadza ze sobą pomocników?
- Miałem na myśli Drika. Tacy jak ty pojawiają się tu tylko podczas kontroli inwentarza.
Szkliwo otworzył dziób i zamknął bez słowa, zanim basior spostrzegł, że ma w głowie jeszcze jakieś pytanie.
- Też grasz w szachy? - rzucił w końcu bezdźwięcznie.
- Nauczyłem tego Kirłana. A teraz uczę jego szczenięta. - Wilk stęknął, wspinając się po zboczu, choć jego ruchy nie były mniej sprężyste od ruchów młodzieży, której kształceniem się zajmował. Przyspieszył na prostej drodze. - Ha! A ty naprawdę uważasz, że oni są nam równi?
- Zdjąłem z siebie odpowiedzialność oceniania tego - odrzekł ptak gdzieś zza jego grzbietu.
- I próbujesz zdjąć tę odpowiedzialność z innych.
- A kto ma uprawnienia, by być sędzią we własnej sprawie? - Głos z tyłu zbliżył się. Zanim wilk zdążył ponownie odwrócić pysk, szli już obok siebie.
- Musi, gdy innego brakuje, a ma dowody.
- Jakie dowody?
- Czyżbyś czuł, że twoje kompetencje właśnie wzrosły?
- Wybacz. To tylko ciekawość. - Żuraw opuścił głowę, śledząc swoje kroki.
W oddali zameczała jedna z kóz. W koronach buków sprzeczały się ze sobą dwa gołębie. Wilczarnia znikła za wzgórzem, a polny wiatr rozwiał gryzący zapach niewoli.
Niebo zasnuwały popielate chmury. Każde stuknięcie mogło być pierwszą kroplą deszczu uderzającą o parasol z liści.
- Jak podlewa się nasionko? - Odruchowo podkulił ogon i od razu machnął nim dla rozluźnienia. Pytanie padło, gdy tylko rozbrzmiało w jego głowie. Jeszcze krok i by go nie zadał.
- Jakie znowu nasionko? - Eugisk spojrzał na niego kątem oka. - Ach. Zapamiętałeś tamto nasionko. - Przez chwilę milczał. Być może nazbyt przywykł do szczeniąt, ich naturalnej ślepoty symbolicznej i głuchoty metaforycznej. Wiedział już, jaki będzie temat kolejnych zajęć ze sztuki słowa. - Dlaczego cię to interesuje?
- Mówiłeś o obcych. Ja jestem obcy. Jestem ptakiem wśród wilków: tu, w dawnej watasze, wszędzie. Kiedyś myślałem, że to przekleństwo. Potem przestałem o tym myśleć. A tu proszę, okazuje się, że może być to nawet zlecenie. - Kącik jego dzioba uniósł się, nie odróżniając niczym od mimowolnego skurczu. Zaraz po tym opadł. Został tylko ucisk nieco głębiej, w gardle. Przełknięcie śliny nie pomogło.
- No, odważny jesteś. Może trochę aż, aż za... - Basior w zamyśleniu poruszył nosem, błyszczącym jak węgielek na tle złotego piasku. Z lekka kiwnął głową. - Ale lubię uczciwych rozmówców. Jest więc wataha i jej goście. Różnice między ich zwyczajami i konflikt interesów.
- A jeśli nie ma takiego konfliktu?
- Zawsze jakiś jest. Nawet gdyby na ślepo wybrać, kogo do kogo wysłać.
- Jak rozumiem, wszystko sprowadza się do spowodowania zamieszek. Destabilizacja jest jak gęsta mgła.
Basior odetchnął, przez chwilę w milczeniu wpatrując się w ścieżkę. Nie był pewien, czym odpowiedzieć na otwartość pomocnika. Na całe szczęście nie miało to już zbyt dużego znaczenia.
- Macie u siebie na wschodnich ziemiach trzy watahy. Dzieli je kawałek lasu. Śmiechu warte. A jednak stereotypy nie biorą się znikąd. Mówi się, że WSC to ci gościnni. Rzeczywiście kolejne wasze alfy podtrzymują tradycję przyjmowania z otwartymi ramionami każdego, kto się napatoczy. Przybysze ładnie się u was asymilują. Ale czy wyobrażasz sobie, żeby WWN przyjmowała nowych w takim samym trybie, jak wy? Jest bardziej zmilitaryzowana, a dobrze wie, że niebezpiecznie przyjmować do swoich służb przybyszy znikąd.
Szkliwo wsunął pazur w wiązanie płaszcza i delikatnie odsunął od szyi.
- Wiele wiesz o wschodnich watahach. Chyba długo zajęło zdobywanie tych informacji.
Eugisk ozdobił pysk protekcjonalnym uśmieszkiem i potrząsnął głową.
- Uwierz mi, nie. - Zakończył nisko, na wypadek gdyby ptakowi przyszło na myśl pytać dalej. - Jeśli połączyć dwie watahy w jedną, powstanie stado wilków z dwóch różnych systemów, a to prędzej czy później stanie się zarzewiem konfliktów. Jeśli zbyt długo nie wyklułyby się same, mogłyby zostać łatwo sprowokowane.
Przecisnąwszy się między jodłowymi pniami, odstąpił, by towarzysz również zmieścił się w przejściu. Mimo nie tak późnej pory wokół zrobiło się szaro i już prawie ciemno, toteż chłodne krople lądujące na sierści nie były zaskoczeniem. Na szczęście gęstwina igieł pokrywających każdą gałąź była obietnicą ochrony przed wilgocią jeszcze przez długi czas.
- Tato! A Drik powiedział, że od kichania rosną włosy na języku.
- Bzdury gada. - Kirłan przewrócił oczyma.
- A Selpik mu uwierzył.
- Nieprawda! - ryknął szczeniak z białą plamką na piersi i wyprężył się, dwukrotnie zwiększając jej wymiary.
- Eugisk, wreszcie! Uspokójcie się i lepiej powiedzcie, czego nauczyliście się dziś na zajęciach? - Ojciec rozsiadł się wygodnie, splatając palce na brzuchu, który lada chwila miał zostać napełniony długo wyczekiwaną kolacją.
- Była historia i fizyka - odparł Turtanisk, uprzedzając brata.
- No i co było na fizyce?
- Uczyliśmy się obliczać drogę na podstawie czasu i prędkości.
- Wspaniale! - Basior rozplótł palce. Słuchanie o osiągnięciach synów w nauce należało do jego ulubionych zajęć, gdy wracał do domu. Widział wtedy najwyraźniej, że odwieczna idea tworzenia i przekazywania, budowania wszelkiej spuścizny, utrwali jego moc na kolejne wieki. - Szkliwo, umiesz takie rzeczy?
- Nie - rzucił ptak głosem pozbawionym melodii. Krzątająca się po polance Walisa właśnie podała mu kawałek mięsa obdartego z barwnych piór: zapowiadanego na kolację bażanta. Chłopcy wywiązali się i z tego zobowiązania.
- A mnożyć chociaż umiesz?
- Może i umiem.
- Świetnie. Selpiku, naucz go, czego nauczył was dziś Eugisk. W trzech zdaniach.
- Nie martw się, to proste, trzeba tylko znać wzór - oświadczył szczeniak bez namysłu. - Wzór mówi, że droga równa się czas podzielony przez prędkość... Yyy, nie.
- Droga to prędkość pomnożona przez czas! - Brat wszedł mu w słowo.
- Dobra! - Selpik wydął policzki. - A wzór można przekształcać. Nieważne... Jeśli wilk biegnie z prędkością cztery metry na sekundę i biegnie tak przez trzydzieści sekund, to ile metrów przebiegnie?
- Sto dwadzieścia. - Szkliwo ściągnął brwi, niecierpliwie wbijając pazur w swoją porcję. Jego żołądek zaczynał tęsknie mruczeć. Malec opuścił uchylony pysk, łapiąc się na przemian za wszystkie palce jednej z łap.
- Dobrze! - zawołał.
Kirłan zaklaskał, wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu.
- Będą z ciebie wilki, brawo! Tak się zarządza podwładnymi. Żeby mieć pożytecznych pomocników, trzeba ich sobie samodzielnie wyszkolić.
- A na historii mieliśmy dziś o historii najnowszej! - Podbudowany pochwałą syn uniósł się na paluszkach przednich łap.
- Porozmawiamy o tym jutro, co? - Ojciec przestał klaskać. Podparł się na ziemi i przechylił z jednego boku na drugi. - Pora na wieczorne zajęcia, zanim oczy wam się pokleją.
- Idźcie otworzyć swoje księgi. Ja muszę skończyć kolację - oznajmił Eugisk, unosząc brwi i ostentacyjnie wkładając do pyska kawał mięsa. Szczenięta pokiwały łebkami, bez słowa pozbierały przeżute, niedojedzone chrząstki i rzuciły je tam, gdzie matka rankiem. Poprzednia partia przepadła. Nietrudno było zgadnąć, w jaki sposób została „zutylizowana”.
Gdy tylko dzieci znikły u siebie, Kirłan przeciągnął się rozkosznie.
- Kochanie, polejesz nam dereniówki? Łatwiej się będzie trawić.
Kubki były tylko trzy. Wadera rozlała aromatyczny płyn po równo dla partnera, dla gościa i dla siebie. Eugisk kontynuował posiłek, jakby napitek dla niego nie istniał.
Zagajnik na nowo pogrążył się w ciszy. Wielobarwne kwiaty kołysały się gdzieś na granicy lasu, powoli gasnąc wśród wieczornej szarości. Cała czwórka w milczeniu kończyła kolację. Walisa wytarła kącik pyska dwoma palcami i ujęła w łapy kępkę suchego mchu, z którego zaczęła układać malutkie gniazdko. Oczy Szkliwa wróciły na ziemię.
Wstał, podpierając się skrzydłem. Przez mięśnie nóg przepłynęła piekąca fala sprzeciwu. Cały dzień pracy dał się im we znaki.
- A ty dokąd? - Kirłan postawił uszy, choć nie zmył z pyska beztroskiego uśmiechu.
- Chyba nie będzie mocno padać. Przespaceruję się. Jutro wracamy do wioski, prawda?
- W rzeczy samej.
- Więc jeszcze choć przez chwilę nacieszę oczy tym miejscem. - Odwrócił się jeszcze na moment, choć nie ku rozmówcy. Jego wzrok jeszcze raz musnął plecionkę w łapach wadery.
- Jak chcesz. Tylko przypadkiem nie odwiedzaj naszej trzódki. Wliczając w to wilczą. Może bezzębne, ale jak zbiorą się wszystkie razem, to chętnie przygarną udko z żurawia. Poza tym płaszcz ci przejdzie ich zapachem.
- Może gdyby nie siedzieli jeden na drugim - Walisa odezwała się po raz pierwszy odkąd zebrali się na kolację - przestaliby śmierdzieć moczem i stęchlizną. - Koszyczek w jej łapach nabierał kształtów. Do środka wpadło kilka kawałków suchej kory.
- Rozmawialiśmy już o tym. - Skrzywił się jej partner. - Przypominam, kto zaprojektował i rozkręcił nam wilczarnię. Zdajmy się na jego żyłkę do interesów.
Ich głosy szybko ucichły. Powierzchnię jodłowych igieł oświetliły pierwsze iskierki ogniska, które wyrosło na rozpałce z mchu i kory. Znów wieczorny spokój. Znów tylko trzask drewna w bystrym płomieniu.
- Głupie te pierwiastki!
- Pisz, zanim się zrobi ciemno.
- Już mi się nie chce. Jak Eugisk przyjdzie, to powiem, żeby zrobił to ze mną.
Szkliwo zatrzymał się, mijając zakątek szczeniąt. Selpik siedział do niego tyłem, pochylony nad kartką, której zawartości nie dało się odszyfrować z oddali. Brat przycupnął naprzeciwko, grzebiąc w zębach patykiem. Jego spojrzenie co chwila uciekało na boki i tak się stało, że za którymś razem padło prosto na ptaka.
- A ty tu czego szukasz? - Uniósł głowę, marszcząc brwi.
Przybysz objął wzrokiem miejsce, w którym znajdowali się malcy. Między czterema pniami, pod potężnymi liśćmi paproci, zostały starannie umoszczone dwa łóżeczka z suchej trawy. Tuż obok mieniły się delikatne płatki w najróżniejszych kształtach. Było ich jeszcze więcej niż tam, w pobliżu ogniska.
- Wasza mama posadziła tu te kwiaty?
- Tak, a co?
- Nic. Musi je kochać. I was. - Zbliżył się tylko o krok, nie decydując się przekroczyć granicy ich kącika.
- No... - Wilczek skrzyżował łapy na piersi. Gdyby choć w procencie tak ciekawił go ów dziwaczny gość, jak on sam był ciekawy dla gościa. Ale Turtanisk zdążył już obrazić się śmiertelnie, a dziecięce uczucia bywają gorętsze od ognia.
Niestety, przytrafiło mu się bycie potomkiem pewnego wpływowego wilka. Nierozsądnie było dla wszelkich gości rozstawać się z nim w nieprzyjaźni.
- Mam nadzieję, że nie masz mi za złe tego, co powiedziałem w waszej wilczarni. To był tylko taki... wolny wniosek.
- Tata zawsze uprzedza, żebym nie brał do siebie opinii innych. Zwłaszcza tych, którzy nie osiągnęli w życiu tyle, ile my.
Żuraw energicznie pokiwał głową. Tylko jego palce dziwnie pobladły przy krawędziach pazurów.
- Oczywiście, każdy patrzy przez własny pryzmat.
- Pryzmat?
- Takie szkiełko. - Jeszcze kilka kroków. W obrębie dziecięcego kącika czuł się jak osioł przypadkowo wpędzony w stado owieczek. Powoli uniósł szpony do kieszeni. - A takie coś kiedyś widzieliście?
Dwie pary błyszczących ślepek niczym szpileczki wbiły się w białawy przedmiot.
- Co to jest? - Turtanisk poruszył nosem, chwytając cząsteczki powietrza, które mogłyby powiedzieć mu coś więcej o kostce, kształtem niepodobnej do niczego.
- Chcecie? - Szkliwo obrócił ją w palcach. - To macie i dobrze mnie wspominajcie.
- Ja już wiem, co to. - Selpik delikatnie wziął ją w łapki. - Takie zabawki były w spisie rzeczy, które zostały po Orłach.
- Po kim? - rzucił, końcówką dzioba wygładzając sterczące na piersi pióro.
- Nie słyszałeś o Orłach?
- Głupio przyznać, ale nie, nigdy.
- Masz zatem braki w wiedzy! - Drugi brat zadarł nos, spoglądając na gościa z wyższością.
- Więc może mnie dokształcisz?
- Tata mówił, że o historii rozmawia się tylko z tymi, którzy potrafią ją zrozumieć.
- Wiem tyle, że ta kostka pochodzi z północy. - Ptak wzruszył ramionami.
- Niemożliwe - odparł Turtanisk ogniście.
- Możliwe - mruknął Selpik. - Przecież ich szczenięta były rozsyłane po wszystkich ziemiach.
- A, faktycznie.
- Turt, wracaj do zadania. Zaraz Eugisk przyjdzie.
- Sam se wracaj, jak chcesz. - Szczeniak przechwycił kościane pudełeczko i oparł się grzbietem o drzewo. Przekładał je z łapy do łapy, oglądając z każdej strony.
Nie mówiąc nic więcej, Szkliwo wycofał się ze szczenięcego kącika. Na łąkach zapadał zmrok.
Długo wlókł się bezdrożem, strącając z traw krople wody. Chmury rozstępowały się, wiatr zdmuchiwał popiół z powierzchni wieczoru. W ciemności można było tylko wyobrażać sobie soczystość zieleni łodyg, które sprężynowały pod stopami. Ochładzało ją światło miliona srebrnych drobin na niebie, które odbijały się w milionie maleńkich luster na ziemi. Gwiazdy zdawały się teraz dziwnie bliskie i ważne. Chciało się przymrużyć oczy, by ułagodzić ich osobliwie ostry blask.
Nieprzenikniona cisza tworzyła swój własny horyzont. Gdziekolwiek się nie odwrócić: nic. Zatrzymał się pośrodku pustkowia.
Gdzie się właściwie znajdował? U krańca, a może w samym centrum? A może w ogóle poza obiegiem? Jakoś nie potrafił określić swojego położenia na żadnej mapie struktur, w których obracał się do tej pory, z naiwną nadzieją, że i cel można wskazać na nich palcem.
Spójrzcie na żałosny półprodukt systemu.
I znowu było cicho. Owinął wokół szponu okrągłe źdźbło trawy i pociągnął. Zakończony kłosem wierzchołek z piskliwym dźwiękiem wysunął się z rurkowatej łodygi.
„Przedrzeźniając uczonych, można się co najwyżej ośmieszyć. Powtarzając po niedoukach, można im tylko dorównać. Nie jestem pewien, co właśnie robisz”.
Wiesz, kim jestem.
Jeszcze krok. Wyprostował się, czując, że nie tylko jego nogi, ale i brzuch aż po żebra jest mokry od brodzenia w trawie.
„Tak, tak. Wiem”.
Jestem mordercą. Ale tobie nic nie grozi, boś mi bratem.
„Nie zabiłem...”.
Nie zabiłeś! Tylko słowo ciałem się stało, za to idea rozpłynęła się w powietrzu. Jesteś krwiopijca.
„Nie zabiłem żadnego wilka”.
Czy ma to jeszcze znaczenie?
Upuścił kłos i usiadł, nie dbając już o wilgoć na piórach oraz materiale płaszcza. Ziemia pachniała deszczem. Z westchnieniem wyciągnął się w trawie.
Powinien coś czuć. Jakiś żal, jakiś ból. Wzrok wilczycy ugodził jako ostrze. Wspomnienia bezzębnych pysków i wystających kręgosłupów, trzęsących się nad spleśniałym mięsem, lały się jak krew i lepiły do jego piór. Widział, że cierpnie mu skóra. Nie mógł przełamać sztywności kończyn. I to wszystko.
Ze snu wybudziły go dreszcze.
Jeden bok jesionki był już suchy i nawet skutecznie odgradzał od chłodu poranka, ale drugi przesiąkł do suchej nitki. Szkliwo zsunął z siebie ciężki od wody materiał i trzepnął skrzydłami, rozrzucając wokół krople rosy.
Wsunął go z powrotem. Wilgoć nie była aż tak dotkliwa.
Z dołu łąka wyglądała, jakby ginęła w nieskończoności. Senność odeszła, ale mimo to ciało zdawało się cięższe i bardziej zmęczone niż wieczorem.
Gdy dotarł z powrotem do jodłowego zagajnika, Eugisk już siedział na swoim stałym miejscu i popijał mleko. Ciasno zwinięty sznurek, na którym trzymał drugą łapę, podsunął sobie pod nogi. W cieniu drzew, tuż nad kwiatami, Walisa rozczesywała sierść iglastą gałązką. Odwróciła się, gdy tylko usłyszała kroki.
- Szkliwo, zjedz śniadanie - poleciła niepodziewanie twardo. - Zaraz wyruszacie. Nalać ci mleka do mięsa?
- Dziękuję, nie trzeba.
- Kirłan, budź się - zawołała w głąb zagajnika. - Wszyscy już czekają!
Od strony sypialni gospodarzy dobiegło głośne trzepanie uszami. Basior wyszedł ku nim, rytmicznie machając ogonem.
- Jak minęła noc? - Przysiadł się do śniadających. - Gdzie dzieciaki?
- Selpika w nocy bolał brzuch i obaj przez to słabo spali - odparła wilczyca. - Niech wyśpią się przed zajęciami.
- A ty?
Uśmiechnęła się i pogładziła łapą jego przedramię.
Kończyli jeść, gdy na ścieżce rozległ się terkot kół. Na polankę zawitał Drik. Sierść pod jego szyją zdążyła już trochę rozczochrać się od uprzęży. Opiekunka ogniska poczęstowała go kubkiem mleka i bażancim skrzydłem.
- Chłopcy pokazali mi prezent, który od ciebie dostali. - Przechyliła głowę, niespodziewanie zwracając się do ptaka. Było w tym geście coś ciepłego, choć wargi nie uniosły się, a lekko zmrużone powieki zdradzały, że nie spała od dawna. - Jak miło, że o nich pomyślałeś. W wiosce pewnie trudno było zdobyć szczenięcą zabawkę.
- Zabawkę? - Jej partner uniósł uszy. - A ja nic im nie przywiozłem! Co ze mnie za wyrodny ojciec. Ale następnym razem załatwię im coś wystrzałowego.
- Może twój zaradny pomocnik i w tym ci pomoże.
Eugisk przelotnie oblizał dolną wargę, choć jego kubek był już pusty. Kirłan zapatrzył się na resztę swojego posiłku, nie biorąc następnego kęsa. Przez chwilę zdawało się, że na tym miała skończyć się rozmowa.
- No cóż... - Wreszcie nachylił się, by musnąć nosem jej pysk. - Wiesz, że nie lubię zmieniać planów, ale dla ciebie wszystko.
Siedzący obok stary basior chrząknął, zakrywając pysk zaciśniętą łapą.
- To nierozsądne - rzucił w przestrzeń. Przeciągnął się, orając pazurami dywan z igliwia i zaciskając palce na swojej lince.
Szkliwo odsunął od dzioba kostkę nie do końca obdartą z mięsa. Zgodnie ze zwyczajem domostwa zostawił ją na stosiku obok ogniska.
- Poczekam przy wózku. - Gdy odpowiedziała mu cisza, machinalnie przyspieszył kroku.
- Czy powinnam towarzyszyć ci dziś w obchodzie włości? - Wilczyca tymczasem sięgnęła po puste naczynie Eugiska.
- Nie trzeba. - I już kocim krokiem sunął w głąb puszczy.
Czterokółka uginała się pod bańkami pełnymi mleka. Tym razem na jej dnie, zamiast zgniłych resztek, leżało zwinięte w kłębek koźlątko.
Gdy przywódca wyprawy wreszcie do nich dołączył, skrzydlaty skinął głową pani domu, jeszcze raz zerknął na biało-purpurową chmurę tańczących na wietrze onętków i ruszył pół kroku przed pozostałymi.
Przystanął dopiero, gdy wyjechali na łąkę, zawieszając wzrok na rosnącej przy ścieżce kępie koniczyny. Liście wielkości wilczych jęzorów kiwały się leniwie, potrącane przez trzmiela, który nie mógł wzbić się w powietrze. Trzy czterolistne obok siebie.
Szary wilk stanął tuż przy jego boku.
- Też lubisz szukać tych wybryków natury? Eugisk twierdzi, że gdy się pojawiają, jest dobra pora na zamianę pastwisk. Coś czuję, że gdy wrócę za parę dni, będzie wesoło. Kózki będą miały tu używanie. - Wyprzedził go, a jego śladem podążył zgrzyt kółek drewnianego wózka. - I jak ci się podobała nasza wycieczka? - Odwrócił się przez ramię. Wzrok ptaka podniósł się o wiele wolniej, niż oczekiwał.
- Nie obawiasz się, że ktoś, kogo tu kiedyś przywiedziesz, mógłby po powrocie rozpowiedzieć wszystkim, co widział?
Basior otworzył pysk z bezgłośnym śmiechem.
- Szkliwo. - Jego głos zawisł na tym wstępie, pozwalając myślom starannie ułożyć ciąg dalszy. - Czy nie było przyjemnie wyrwać się z wioski? Myślę, że to początek naszej przyjaźni. Świat czeka na tych, którzy mają odwagę go odkryć.
Cisza po słowie z każdą chwilą nabierała ciężaru. Coraz głośniej wybrzmiewały miarowe kroki na ścieżce. Przy drodze leżały kolorowe kamyki i martwe liście. Trochę ułamanych gałęzi obrośniętych mchem. Żuraw odetchnął, wolno prostując przygarbiony grzbiet.
- Muszę pomyśleć.
Najwyższa Izba była wszędzie, bo pośredniczyła w wymianach. A Kirłan był jej przedstawicielem.
Rzeczywiście, sprytnie się urządził. NIKL zapewniał mu siłę roboczą. On kazał tylko pakować towary na wózek i przywoził je do rozdzielni w remizie. Tam zajmowali się nimi inni, dwoili się i troili, by z byle patyczka wystrugać mu dzieło sztuki: za trochę darów przyrody, trochę dobrze rozumianej polityki oraz kilka niepisanych słów swojej własnej legendy pozyskać wszelkie luksusy. Gdy chciał z nich korzystać, miał je na wyciągnięcie łapy. A gdy się znudził, wracał do swojej sielankowej samotni na południu, której NIKL strzegł dla niego jak... oka w głowie.
- Nad czym niby?
Karmił kozy i karmił wilki. Ubijał kozy dla wilków, ale w jego łapach te same wilki zdychały jak kozy. Każdy urzędnik jadł jego mięso, pił jego mleko, spał na jego skórach, uzależnił swoje ciało od jego soli i tłuszczu. Kirłan dosłownie krążył w ich organizmach.
- Poukładać sobie to w głowie. Nic ważnego.
Oto opowieść o wilku, który zapragnął stać się jedynym warunkiem istnienia świata.

Cdn.

wtorek, 30 czerwca 2026

Podsumowanie czerwca!

Kochani!
To był potężny miesiąc, nie ma co... WSC jak zwykle niezwykle aktywna w tym gorącym okresie, ale tym razem dodatkowo dosłownie płonęliśmy w pięknym, letnim słońcu. Wszyscy członkowie naszej watahy leżeli do góry brzuchami i odpoczywali, jak przykazała Matka Natura w tę piekielną pogodę.
Wszyscy? Nie!
Dwójka... nie! Trójka nieugiętych obywateli popisała się swą radosną twórczością i podtrzymała honor całej społeczności. Powitajmy ich brawami, bo oto przed nami...

Na pierwszym i jedynym miejscu Talia, Xiv oraz Agrest z 1 opowiadaniem!

Natomiast innymi postaciami, które oglądaliśmy w naszych opowiadaniach, były Mezularia, Miodełka, Eilert, Misung, Nicpoń, Koyaanisqatsi i Szkliwo.

Pogratulujmy im wszystkim przeżycia upałów mimo swojej opowiadaniowej bieganiny. Przypominam o zgłaszaniu się po punkty!
Ach, i byłbym zapomniał: dziś zaczyna nam się nowy rok!

                                                    Wasz samiec alfa,
                                                      Agrest

Od Xiva (Eilerta) – "Sinice"

Fale uderzały o piasek plaży zaskakująco leniwie, ledwo rozrzucając swoje białe grzywy. Eilert z chęcią zamoczyłby swoje zmęczone szczudła, gdyby woda nie wyglądała jak gęste błoto, śmierdzące zgnilizną i depresją sezonalną. Ach, nie ma to jak zanieczyszczenia spowodowane przez ludzie gdzieś hen, daleko poza światem watah i magicznych wilków, które i tak docierają do tych odległych wód, które miały być bezpieczną przystanią dla odizolowanych, rozmownych stworzeń. A może była to wina globalnego ocieplenia? W każdym razie coś, do czego przyczynił się gatunek Homo Sapiens.

Ptak natrafił stopą na muszelkę. Nie była w żaden sposób specjalna, ta sama jak tysiące innych na Wschodniej Plaży, ale hej! Przynajmniej była w całości, a nie pokruszona, jak zazwyczaj się znajdowało. Eilert złapał ją sprawnie palcami i włożył pod swój kapeluszowy talerz. Oby trzymał tak dobrze, jak zaraz po pierwszym upleceniu, bo dosłownie wczoraj samiec rublii musiał go ratować po ataku jakże agresywnego zająca. Eilert podejrzewał, że lagomorf jest wściekły, bo żadne rzucanie kamieniem nie pomagało. Ewentualnie był aż tak grzeszny, że go już to nie ruszało.

O, muszelka nie wypadała. Dobrze. Zrobi z niej naszyjnik i podaruje w przyszłości ukochanej jako prezent zaręczynowy, taki ładny i ręcznie robiony. O ile swoją ukochaną kiedykolwiek znajdzie.

Od Talii (Kaja) - Pijany na koniec miesiąca cz. 20

Szuje! To było to czym byli wszyscy wokół. Szuje i nic więcej, nic mniej! Wszyscy mną pomiatają jakbym był jakim śmieciem leżącym obok śmietnika i na nic się już nie nadającym. Miodełka tyle razy mi odmówiła miłości, Kawka nawet pewnie nie odchodziła się moją osobą, a Mezularia ma dupę za wysoko nad swoją głową żeby zwracała uwagę na kogoś tak moralnie lepszego od nich jak ja. Tak! Too nie alkohol przemawia, nie! Pomimo że wypiłem tak z …
– Ile ja wypiłem, karcmarko? – pytam się jak odstawiam pusty kufelek.
– Za dużo. – pada odpowiedź. Za dużo wypiłem. Nie ma czegoś takiego jak za dużo! W żadnym wypadku nie ma czegoś takiego. To można wmówić Misungowi czy Eiletrowi że za dużo istnieje, ale nie mi. Nie najwyższemu i najwybitniejszemu Kajowi! Wypiłem, ale mówię prawdę.
– Ale mówię wam! Mówię wam wszystkim, że na mnie się ta rasa skończy, bo jak któraś z nich będzie chciała jajka to ja odmówię. Odmówię tak szczerze i od serca bo one ciągle odmawiają mi. I żaden wilk ani rublia nie będą mieć już dostępu do tego serca zaniedbanego przez ten świat. I mogą wyklinać i przeklinać mnie ponad wszystkie demony i piekła, a ja i tak nie ulegnę. Żadna w tym budynku i poza nim dama nie zasługuje na takie dzieło, prosto spod palców boga wybrane służyć w najlepszym wypadku. Ja dowoziciel listów za granice. Beze mnie to by im się to wszystko rozpadło w proch i niechaj zapamiętane moje słowa będą, ja jeszcze na laurach spocznę jako władca i pan i ktoś wartościowy i podziwiany, i wszyscy będą się mnie kłaniać i ja będę najlepszy i jedyny w źrenicy ich oka! Ja, nie jakiś łajdak Szkliwo, którego tak na laury składają. Przejrzą na oczy wszyscy wokoło i na stos go złożą, jak jego plany i knowania na niechaj i ułudę pójdą. Jak wszyscy na oko przejrzą i zobaczą prawdę największą, że przeto ja! Ja jedyny i prawdziwy przynoszę tej watasze… OUMP… – mój monolog zakończył się wylądowaniem w śniegu. W Dziubie śnieg, w piórach śnieg, wszędzie zimno ,a ja bez przyjaciela do otworzenia pyska i co gorsza bez alkoholu. Nawet Nicponia to by lepiej potraktowali niż mnie. Ale niech im będzie. Kiedyś jeszcze oni wszyscy pożałują!

CDN.

sobota, 20 czerwca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Z łaski woli płanetnik”, cz. 15



Tak, tak, znam to gadanie o oku nieba.
Oko jest ładne, błyszczące.
Dobrze się sprzedaje, ale samo jest do niczego.


Tego wieczoru asystent Birasta wcześniej wyszedł z kolacji. Do wyjścia odprowadziło go suche spojrzenie, ale nie musiał się tłumaczyć. Inspektor został już powiadomiony, że na kolejne kilka dni znów zostanie mu tylko jeden pomocnik. O dziwo przyjął to dość łatwo. Rzeczywiście wystarczyło mu wiedzieć, że chodzi o kozy.
Oddech nocy osiadał na płaszczu pod postacią kropelek mgły, która nieśmiało napływała nad wioskę. Skrzydlaty zadrżał, stąpając po wilgotnym gruncie. Obszedł budynek remizy dookoła.

Nade mną cisza
Niebo pełne deszczu
Deszcz przechodzi mnie na wskroś
Lecz bólu już nie ma

Już z daleka widać było prostokątny kształt i krzątające się przy nim dwa wilki. Kształtem okazał się niewielki wózek, do którego właśnie zaprzęgał się jakiś słusznej postury basior. Drugim towarzyszem podróży był oczywiście Kirłan.
- To jak, gotów? - Dostrzegłszy żurawia, potarł przednimi łapami jedna o drugą i zastukał w koło.
- Czy to... - Ptak wyciągnął szyję, biorąc głębszy wdech. Na dnie czterokółki, oprócz kilkunastu pustych baniek po mleku, leżały utaplane w sosie skrawki przywiędłego mięsa, sterta kości i zawilgotniałe kawałki niegdyś wysuszonych owoców. Zapach wydobywający się z ładunku nie wzmagał apetytu. - Jedzenie?
- Tak to się kiedyś nazywało. Teraz to już resztki do utylizacji.
- Nie da się tego zrobić na miejscu? Musisz wieźć je aż na południe?
- Wszystko się da, nie wszystko trzeba. Dobry przedsiębiorca dla każdego śmiecia znajdzie zastosowanie. Ruszajmy.
W głębokiej roślinności rozległ się terkot kół. Wózek toczył się jako pierwszy, po kępach trawy, co i rusz wpadając w dołki ze skrzypieniem. Minęli rozległy, uśpiony poligon i weszli do lasu. Czarne zarysy drzew osłoniły niebo. W miejsce ciepła, które na otwartej przestrzeni wydzielała nasłoneczniona za dnia ziemia, wkradł się chłód.
Barczysty wilk w zupełnej ciemności pokonał zakręt między kilkoma drzewami, na pamięć lub na podstawie tylko sobie znanych wskazówek. Koła zsunęły się prosto w brunatne koleiny i z mlaśnięciem zatonęły w igliwiu. Powietrze pachniało wilgocią i chyba czymś jeszcze. Jakby padłą rybą.
Przez jakiś czas w ciszy poruszali się wzdłuż brzegu rzeki. Tylko w niektórych miejscach dawała o sobie znać łagodnym pluskiem. Szkliwo dreptał za pochodem, z przygiętym karkiem i leniwie opuszczoną głową. Miał nadzieję, że przywódca wyprawy przewidział choćby krótką przerwę na sen. Wcześniej spodziewał się, że gdy wreszcie opuści wioskę, w granicach puszczy, za którą tak tęsknił, ogarnie go cały wachlarz uczuć. A jednak marzył tylko o tym, by ułożyć się pod pierwszym lepszym drzewem i pozwolić żołądkowi w spokoju pracować nad przypalonym żeberkiem.
Noc trwała dwie wieczności. Las się nie kończył. Tylko w gąszczu koron migał granatowy nieboskłon, a nogi stawały się coraz cięższe. Odkąd ruszyli, nikt nie wypowiedział ani słowa. Wyglądało na to, że ten stan utrzyma się jeszcze przez długi czas, jednak w pewnej chwili cztery koła stanęły na ścieżce, a basior, który wcześniej wprawiał je w ruch, wysunął się z uprzęży.
- Muszę na chwilę odejść - oświadczył i zniknął wśród krzewów.
- Świetnie. Jak już i tak stoimy, zatrzymamy się tu na drzemkę. - Szare futro Kirłana legło na kępie mchu, z dala od wiezionego ładunku i jego zapachu. Szkliwo poszedł w jego ślady, moszcząc się w korzeniach starego buka. Jeszcze na moment z westchnieniem dźwignął się na skrzydle i pociągnął za krawędź płaszcza. Wysunął spod siebie kieszeń, której zawartość wbijała mu się w pierś. Zupełnie zapomniał o tej zabawce. Miał ją przy sobie chyba tylko dlatego, że w jego i tak małym pokoiku tylko zabierałaby miejsce, a wyrzucić teoretycznie funkcjonalny przedmiot jakoś było mu szkoda. W duszy liczył, że zgubi ją gdzieś po drodze i tak w naturalny sposób uwolni się od rozterki. Kieszeń była jednak głęboka.

Pod chłodnym szeptem gwiazd
Spaliliśmy ostatni most
I wszystko spadło w przepaść

Zamknęli oczy na ledwie chwilę, a już gdzieniegdzie, między gałęziami, dało się zauważyć czerwone przebłyski. Nic więcej nie było potrzebne, by niestrudzony tragarz zwlókł się z naprędce przygotowanego posłania i zarzucił sobie na barki skórzany pas, przymocowany do wózka. Słysząc go, skrzydlaty uniósł powieki.
- Czas się zbierać! - z boku dobiegł głos, jeszcze nie niecierpliwy, lecz donośny i pełen poczucia obowiązku.
- Już, chwilę. - Szary wilk przeciągnął się z rozkoszą.
Dzień wstawał szybko; był blady, duszny, lecz chłodne podmuchy znad pobliskiej wstęgi rzeki podążały za nimi krok w krok. Kirłan wyciągnął z jednej z baniek kawał świeżego mięsa. Bez słowa rzucił swoim kompanom po sporym kęsie, a sam zaopiekował się resztą.
- Nadal nie do końca rozumiem. - Szkliwo odkaszlnął, gdy nitka ścięgna utknęła mu w gardle. - Dajesz Najwyższej Izbie tyle dóbr. Mleko, mięso, jakieś podroby, jakieś skóry. A czym oni ci za to płacą?
- A ja mam tę wioskę całą dla siebie. - Zaśmiał się krótko. - Mogę brać co chcę, mogę zjeść całą remizę, co dzień do białego rana pić wino, zajadać się krewetkami, palić trawkę albo tańczyć z dziewczynami. A oni to wszystko dla mnie zdobywają. A najważniejsze: informacja.
- Informacja.
- Informacja! - zawołał, kładąc przesadny nacisk na każdą literę. - Przyjemność jest dla smutnych. Informacja to prawdziwa potęga.
- Do czego ci ona?
- Nie musisz palić mostu, jeśli wszyscy są przekonani, że nigdy nie istniał. Proste jak drut!
- Ta przenośnia chyba wykracza poza moją wyobraźnię. I wszystko właśnie po to?
- Rzecz tylko i wyłącznie w skali. Myślę, że jeszcze będziesz mógł to zrozumieć. - Zmienił pozycję, by zrobić między nogami więcej miejsca na brzuch, który właśnie napełnił się śniadaniem.
Zanim ruszyli dalej, oświadczył, że dla rozbudzenia musi zażyć kąpieli. Rzadko któryś z wilków miewał tak ekscentryczne potrzeby, a w siedzibie Najwyższej Izby było to zupełnie nie do pomyślenia. Nikt z urzędników nie biegł rankiem nad rzekę; większość walczyła z bólem głowy, aby w ogóle wstać do pracy.

Stanę się wolny
Od zła i od dobra
Moja dusza była na ostrzu noża

Pod jego nieobecność Szkliwo jeszcze na chwilę zwinął się w kłębek. Jego myśli zaczęły oddalać się od miejsca, w którym zatrzymali się na odpoczynek. Wróciły do białej wioski, dziwnie skołowane odkąd wyrwano je z codzienności, do której przetwarzania zdążyły się już przyzwyczaić.
„Ciekawe, co dziś jedzą na kolację”.
Tragarz już owinął się uprzężą i siedział wpatrzony w dalszą drogę, a może w stadko kruków, które wydziobywało coś z ziemi w leśnym prześwicie. Dla niego podróż nie była niczym niezwykłym. Czy jego rola w świecie Kirłana ograniczała się jedynie do ciągnięcia wózka?
„Ciekawe, co u Ildiri. I reszty. Co z tą małą”.
Zza wysokiego brzegu dobiegł plusk i trzepanie mięsistymi uszami. Szary wilk wyskoczył z wody i z szerokim uśmiechem na pysku ruszył ku pozostałym.
„Ildiri twierdziła, że go nie zna. Dałbym jednak głowę, że ktoś kiedyś mówił, że Kirłan swego czasu często zaraz po kolacji chadzał do dziewczyn. Jeśli zajmuje się zaopatrywaniem remizy i ma władzę nad ilością przekazywanych na jej rzecz środków, wybiera się tam jeszcze jako klient, czy może, nawet jeśli pośrednio, już pracodawca? Jak duży wpływ ma na wszystko, co się tam dzieje?”.
Nie zapowiadało się, by Szkliwo znalazł rozwinięcie którejkolwiek z tych kwestii. Kolejny szmat drogi przemaszerowali w milczeniu.

Mógłbym z tobą być
Mógłbym o wszystkim zapomnieć
Mógłbym cię kochać
Ale to tylko gra

- Masz rodzinę? - zapytał w pewnej chwili.
- Już niedługo, przyjacielu! Daj nam dotrzeć do domu.
- Czyli masz? Byłem po prostu ciekaw, kogo poznam u celu. W Najwyższej Izbie chyba mało kto ma obok siebie bliskich. - Wzruszył ramionami. - A trochę szkoda - dodał, domniemując, że basior uznał temat za zakończony. - Niektórzy ich potrzebują.
- Jeśli ktoś płacze, na moment oddzielony od rodziny, wcale nie powinien pracować w Najwyższej Izbie.
- Może i masz rację. - Ptak skinął głową, nieco krzywo, z wahaniem. - Niektórzy z nich, gdyby mogli, może nawet wybraliby inaczej.
- Kto na przykład? - Basior uniósł kąciki warg i tylko szybki krok, który mógł poskutkować zadyszką, powstrzymał go przed zachichotaniem.
- Dzieci.
Skórzany pas drgnął o włos. Tragarz, pochylony w uprzęży, na moment przestał ciągnąć. Nikt nie zwrócił na to uwagi.
- Gdzie ty masz dzieci w Najwyższej Izbie? Wiesz, do czego tam służą?
- Zdaje się, że niestety wiem.
- Och, ach, „niestety” - przedrzeźnił przedmówcę. - Wilki traktują szczenięta jak cudy świata. Szczenięta, których jest za dużo, które kończą w sierocińcach, szczenięta z wadami, głupie wpadki, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Chroni tego każde prawo! Myślimy o nich jak o czymś niezwykłym, mistycznym niemalże! A dlaczego nie jak o surowcu?
- Surowiec? Masz na myśli zżeranie ich, które ma miejsce w remizie? To chore. To są wasze dzieci. - Szkliwo sam nie wierzył, że to powiedział. Naprawdę powiedział to po miesiącach jedzenia kolacji w remizie. Co więcej... mówił dalej. - Czym one się różnią od ciebie czy twoich przyjaciół?
- Nie myślą, nie pamiętają, jeszcze niczego nie rozumieją. Na przykład tym. A jak serwujemy na kolacji nóżki jagnięce, to już nie chore?
- Prawem natury jest jeść, by żyć, by podtrzymać sieć powiązań i porządek w środowisku. Tak samo znamiennym prawem natury jest dla wilka troszczyć się o młode wilki. Przecież o to w tym wszystkim chodzi. Tylko dzięki szczeniętom gatunek trwa.
- Najwyżej wyginie! - Basior zaśmiał się, szeroko rozkładając łapy. - Co z tego? Jestem głęboko przekonany, że zastąpi nas inny. Na przykład Rublia vulgaris caerulea. A jeśli nie, to świat się rozpadnie. I co z tego?
„Ale... Ach, tak”.

W szumie wiatru za plecami
Zapomnę twój głos
I od tej ziemskiej miłości
Która spalała nas na popiół
Od której traciłem rozum

- Wyobraź sobie, że nic z tych rzeczy wcale mnie nie obchodzi - mówił, a jego lekki krok potwierdzał słowa. - Jestem całkowicie wolny. Wpływy, ziemia, wszelkie dobra. Wilki są w stanie dopuścić się wszystkiego, by móc je gromadzić, ciągle więcej i więcej. Ale gdy masz już wszystko, naprawdę wszystko na wyciągnięcie łapy... - Jego nadgarstek poruszył się płynnie, a palce zacisnęły się w powietrzu, jakby chwytały pyłek topoli. Przyjrzał się im uważnie, zapominając, że są puste. - Gdy orientujesz się, że nigdy nie zabraknie ci niczego, zaczynasz uwalniać się od prymitywnego przymusu ciągłej pogoni. Gdy wszystkie potrzeby już zaspokojone, przypominasz sobie o swoich najskrytszych pragnieniach. Wtedy zaczynasz naprawdę korzystać.
- Na przykład?
- Podróżować.

W mojej duszy nie ma już dla ciebie miejsca

- Ale ty chyba nie podróżujesz.
- Już mi się znudziło. Zwiedziłem całe ziemie NIKL-u, a nawet to, co trochę dalej. Drik w moim imieniu woził towary, a ja brałem sobie kilka basiorów z poligonu, żeby nie narażać się na niewygody i niebezpieczeństwa samotnego wędrowca. I w drogę.
Wilk westchnął i trzepnął uchem, strącając z niego żółty płatek. Chłodne powietrze szło im naprzeciw, a na ich głowy leciały kwiaty i jakiegoś drzewa.
- A potem?
- Wyobraź sobie, że cała polityka, która dzieje się gdzieś pod tobą, staje się nudnym, nic nieznaczącym środkiem do podtrzymania aparatury ciągłej satysfakcji. A ty trwasz w niej i trwasz, wpadasz na coraz ciekawsze pomysły, żeby nie zrobiło się nudno od tego absolutnego zaspokojenia. Ktoś tam robi wszystko za ciebie, ty mu tylko płacisz ze swoich nieograniczonych środków. I próbujesz nowych rzeczy, tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. Stajesz się szczęśliwcem, a szczęśliwców wszyscy chcą się trzymać. Wiedzą, że z tobą nigdy nie będzie głodu, nigdy nie będą musieli walczyć. Wszystkie, naprawdę wszystkie te twoje rozterki tracą znaczenie.
- Więc co ma jeszcze wtedy znaczenie? I jak długo? Przyjemność?
- Tak - odrzekł mgliście. - Widzisz, po wygranej na szachownicy robi się pusto i martwo. Ale wygrana nie musi oznaczać końca. Wszystko zależy od tego, jak jesteś pomysłowy. Co gdybyś na przykład postanowił stać się... nieśmiertelny?
Szkliwo rzucił mu spojrzenie z ukosa. Rozmowa zaczęła zmierzać w kierunku zupełnie innym, niż zaplanował, ale najwyraźniej nikt nie zamierzał jej przed tym powstrzymywać.
Buczynowe pnie rozstąpiły się znienacka. Gdy wózek wytoczył się na otwartą przestrzeń, ich oczy zalało światło, a roślinność zaczęła łaskotać prawie po szyję. Ogromna połać ziemi, obrośnięta gęstą trawą i mnogością ziół, które trudno było nawet wymienić z nazwy, ciągnęła się w dół i znikała za kolejnym wzgórzem. Wśród zieleni drżały tysiące puchatych główek dmuchawców.
- A tymczasem witam na moich włościach. - Kirłan przekrzywił głowę, rozciągając kark, jakby już zapomniał o swoim wyznaniu, którego echo jeszcze tańczyło po lesie.
„Będziemy razem przez parę dni. Jeszcze mi opowiesz o swojej nieśmiertelności”.

Nade mną cisza
Niebo pełne ognia
Światło przechodzi przeze mnie
I znów jestem wolny

Znad łąki wiał ciepły wiatr, niosąc słodką woń nektaru z nutą suszonego siana. Miejsce, w którym się znaleźli, nie było w żaden nadzwyczajny sposób piękne, lecz miało w sobie coś niezwykłego. Zapraszało, by zajrzeć głębiej. Szkliwo obejrzał się na drzewa, które, w miarę jak się od nich oddalali, znikały za ścianą zieleni. Ich wózek zostawiał za sobą ślad pokładających się traw.
- O, tu się ukryła nasza ścieżka! - zawołał szary wilk, który zdążył już wyprzedzić towarzyszy o kilka kroków. - Drik, zjedź w te bruzdy!
Ptak przyspieszył, by ich dogonić. Ponieważ nie widział niczego innego, wodził wzrokiem po soczystej zieloności. Przez dłuższą chwilę próbował zdefiniować, co jest z nią nie tak. A może wręcz przeciwnie? Łąka wyglądała podobnie do łąk, które widywał przez całe życie o tej porze roku, a jednak czymś bardzo się wyróżniała. Delikatne, puszyste kule kołysały się prawie na wysokości jego oczu. Spośród nich, jak zdolni kuglarze, wychylały się podobne im, siwe główki łopianu, a każda z nich mrugała swoim karminowym oczkiem.
- Nigdy nie widziałem tak wysokich dmuchawców - zauważył. - I w ogóle, roślin na łące. - Nagle zdał sobie sprawę, co wzbudziło jego niepokój. Czuł się jak mrówka; jakby wkraczając do tej tryskającej zielenią doliny nagle skurczył się o kilka wielkości.
- Trafne spostrzeżenie! - Kirłan zwrócił pysk nieznacznie w jego stronę, nie odwracając wzroku od ścieżki. - Nasze polany leżą na ciemnych ziemiach. Najciemniejszych ze wszystkich stron. Poza tym dużo słońca robi swoje.
Skrzydlaty kiwnął głową.
„Czyżby dlatego w przeciwieństwie do wszystkich innych ziem południe świeciło pustkami? Żyzne gleby i sprzyjający klimat. Nic dziwnego, że NIKL tak desperacko ich pilnuje”.

Jestem wolny od miłości
Od nienawiści i od plotek
Od przepowiedzianego losu
Od ziemskich kajdan
Od zła i od dobra

W oddali rozległ się jakiś cichy, wysoki dźwięk. Pisk myszy? Nie. Stali bywalcy południa byli już przyzwyczajeni do powracania na tę ziemię, gdy witała ich tak specyficzna melodyjka. Tylko ptak zwolnił, czujnie unosząc głowę.
- A oto i moja rodzina. - Ledwie przywódca wyprawy zdążył wymówić te słowa i pochylić się, spośród łodyg wypadła dwójka malców. Równie szare jak on szczenięta cienkimi głosikami krzyczały coś skakały wokół basiora, jakby nie widziały go od wieków. Szkliwo uśmiechnął się szczerze i ciężko mu się dziwić. Ta dziecięca energia i niezmordowany zachwyt drobnostkami były fascynujące.
Podniósł wzrok. Na szczycie wzgórza stanęła filigranowa sylwetka.
- Jak minęła wam podróż? - Jej jedwabista, jaśminowa sierść zadrżała na wietrze, gdy w kilku drobnych podskokach zbiegła na dół. Uniosła łapę i z całej siły objęła Kirłana. - U nas wszystko spokojnie. Seplik skończył zadanie, które mu dałeś.
- To wspaniale! - Wilk zwrócił się do jednego z synów. - Wierzyłem w ciebie głęboko!
- Ja mu pomogłem! - zawołał drugi ze szczeniaków, zanim Selpik w ogóle zdążył otworzyć pysk.
- Jestem z was obu nieziemsko dumny.
- A kogo nam dziś przyprowadziłeś? - Uśmiech wilczycy zdawał się niezwykle ciepły. Trudno było oderwać od niego wzrok. Żuraw nawet nie próbował tego robić; po prostu go odwzajemnił.
- To Szkliwo, pomoże mi z liczeniem trzódki. Szkliwo, to moja wspaniała Walisa i nasi dwaj synowie: Selpik i Turtanisk - mówił z pasją, biorąc głębokie wdechy. Szczenięta były do siebie bardzo podobne. Na pierwszy rzut oka odróżniała je biała plamka, która widniała tylko na piersi Selpika. - Chodźmy. Jestem okrutnie głodny! Drik, odstaw wózek i możesz wracać do siebie.
- Tobie też zaraz przyniosę kolację - dodała wadera za tragarzem, który bez słowa odwrócił się i zaczął manewrować czterokółką, by już po chwili zniknąć po drugiej stronie wzgórza.
I oni tam właśnie zmierzali, choć trochę zboczyli ze ścieżki. Zza zbocza wyłoniły się czubki jodłowego zagajnika. Nie były strzeliste - miały równo pourywane wierzchołki - bujność gałęzi była natomiast imponująca. Drzewa rzucały jednolity cień. Po ziemi biegło kilka krzyżujących się ścieżek wysypanych korą. Gdy z nich zstąpić, łapy zapadały się w dywanie z igliwia, miękkim i tak głębokim, że niezależnie od pogody nie łamały suchych gałązek ani nie chlupały w błocie.
- Chłopcy, idźcie do siebie - poprosiła wilczyca. - Tata musi trochę odpocząć.
- A jutro pójdziemy z wami na liczenie kóz?
- A na polowanie?
- Pewnie, że tak. Kto lepiej niż wy umie naganiać koźlęta? - Szary poklepał po grzbietach za jednym zamachem obu stojących obok siebie synów. - Ale porozmawiamy o tym jutro, co?
Ostatnie zakręty wyprowadziły ich z przytulnego, jodłowego zakątka, do prawdziwego, sędziwego lasu o wysokich koronach, grubych pniach, migotaniu liści i stukocie dzięciolego dzioba. Zatrzymali się na granicy, gdzie korowe dróżki zbiegały się w większy prześwit, w którego centrum leżał świeży, jeleni udziec. Kirłan zabrał się na niego bez cienia skrupułów.
- Wy już jedliście? - zapytał, nagle uświadamiając sobie, że nie jest sam.
- Tak, tak. Ale górny zrazik zostaw dla gościa! - Walisa usiadła obok partnera i zaczęła starannie przerywać mięso wzdłuż powięzi, by następnie podać kawałek ptakowi. - Jedz, proszę.
Z wdzięcznością skinął głową. Mięso było surowe, błyszczące; w porównaniu do tego, które jadał w remizie, praktycznie bezwonne. Wziąwszy pierwszy kęs poczuł, jakby gryzł zestalone powietrze... świeże powietrze. Dziwne to było uczucie na podniebieniu przyzwyczajonym do duchoty przypraw.
Oderwał kolejny kawałek, zatrzymując go na języku. Smak docierał jakby z daleka. Łagodny, bez krzty goryczy; nieco krwisty. Już prawie go zapomniał.
- Mamy jeszcze jakiś zapas dereniówki? - wtrącił basior z pełnym pyskiem.
- Oczywiście! Jeszcze trochę zostało. Zaraz przyniosę. - Okrążyła ich płynnym łukiem i znikła.
- To specjał Walisy. Zaraz zobaczysz. - Zanim się obejrzeli, stanęła między nimi butelka bursztynowego płynu. Gospodarz wziął łyk i podał szkło towarzyszowi. - Przepyszna. W to lato musimy znowu zrobić. Hej, a Eugisk to w ogóle jest? - Mlasnął w kierunku partnerki, unosząc wargę po jednej stronie pyska.
- U kóz.
- Co on tam robi o tej porze?
- Spodziewaliśmy się, że dziś wrócisz, więc poszedł nadzorować przygotowania do oddzielenia młodych przy liczeniu.
Kirłan westchnął.
- Dobrze, skończę chociaż kolację.
- Czy dziś zaczynamy pracę? - Żuraw pośpiesznie przełknął resztę swojej porcji.
- Broń cię siło przedwieczna! Zarządzę to jutro rano, a teraz rozejdziemy się w pokoju. Możesz spać tutaj. To takie nasze miejsce dla gości.
Zza pierwszych, leśnych krzewów, dobiegały wesołe głosiki szczeniąt, którym nie śpieszyło się do krainy snów. Basior pochłaniał ostatki swojej kolacji, a wadera przesiadła się nieco dalej i zaczęła układać stosik z gałęzi pod palenisko. Szkliwo potoczył wzrokiem po polance. Za plecami miał tylko niewielkie lecz rozłożyste jodełki, przed sobą ciżbę najrozmaitszych drzew, potężnych i chropowatych jak oblicza przedwiecznych mędrców. A gdzieś z boku, gdzie biegła granica tych dwóch światów, wzrok przykuwało kilka barwnych punktów, bujających się do własnego, leniwego rytmu, mimo że wokół wiatr nie poruszał najlżejszą gałązką.
Widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi, skrzydlaty wstał i zbliżył się do tego niezwykłego przedstawienia. Choć białe, czerwone i różowe kwiaty wyglądały na zawieszone w powietrzu, w rzeczywistości unosiły się w mgławicy splątanych łodyg, cienkich prawie jak babie lato. Stojąc tuż obok było widać, że zasiedlany przez nie pas graniczny ciągnie się daleko i kończy w zaroślach.
- Śliczne, prawda? - za sobą usłyszał dźwięczny głos wilczycy. - Różnie na nie mówią: kosmosy, onętki. W tym roku wyjątkowo wcześnie zakwitły. Liczę, że będą z nami przez całe lato.
- Ciekawy widok w takim stonowanym zakątku.
- Przyniosłam z łąki nasiona i mi wyrosły. Zawsze przyjemniej, gdy ma się na wyciągnięcie łapy trochę koloru.
- Rzeczywiście.
Pochylił się i musnął palcem aksamitne płatki. Nie wiedział już, co robi w tym miejscu i co właściwie powinien. Po prostu patrzył na piękne kwiaty i to było zupełnie w porządku.

Jestem wolny

Dopiero teraz, wieczorem ta kraina odkryła swoje prawdziwe piękno. Piękno czułe, przytulne, przywołujące wspomnienia, których Szkliwo chyba nawet nigdy nie doświadczył. Słońce z niska przebijało przez lasu, czyniąc ją jeszcze bardziej żywą i soczystą. Kładło na trawie subtelną, bursztynową powłokę. Nigdy jeszcze nie widział tak wielu liściastych drzew. W borach WWN rosło co prawda trochę jesionów, a w WSC można było napotkać brzozy czy topole, ale były to raczej pojedyncze okazy wśród sosnowej toni.

Jestem wolny
Zapomniałem co to strach

Las był żywy, dziki, lecz przy tym czuły jak przyjaciel. Czuć już było zapach palonego drewna, ale nie na tyle mocny, by dym szczypał w oczy. Szkliwo dawno nie widział ognia, którego nie krępowały żadne ściany. Choć w koronach drzew wicher huczał groźnie, krzewy sprawujące pieczę nad leśnym runem otulały drobniejsze roślinki, wspierały źdźbła traw i jakby magiczną mocą odgradzały zwierzęta od żywiołu.

Jestem wolny
Na równi z dzikim wiatrem

Ze szczeliny pnia, ponad jedną z gałęzi wystawał maleńki nosek wiewiórki. Spała spokojnie, ukołysana bujaniem jodły.
Skrzydlaty ułożył się na igliwiu, opierając potylicę o pień. Dopiero teraz zauważył, że od pewnego czasu niczego nie nasłuchiwał. Jednostajny szum, przełamywany trzaskiem płonących polan, stopniowo pochłaniał jego zmysły. Ciężkie powieki zsunęły się na źrenice. Ciemność zaczęła zasnuwać się wielorakimi barwami, a te powoli przyjmowały kształty plam, potem sylwetek i twarzy, które siedziały gdzieś we wspomnieniach.

Jestem wolny
Na jawie, a nie we śnie

Jedna z nich stała się wyraźniejsza. Złota, potem beżowa jak piasek na samym szczycie gór. Zamrugał. To Walisa usiadła nad płomieniem, rwąc na kawałki dużą, doskonale okrągłą kępę mchu, którą następnie wrzuciła do środka. Jej futro oblane ostrym blaskiem zdawało się jeszcze gładsze niż w przygaszonym zmierzchu. Szczupła postać pochyliła się nad swoim dziełem, by potrząsnąć gałęziami i zrzucić popiół na dół. Miękka sierść na jej szyi zafalowała, wysycona światłem, jakby okrywała anioła.
Odwrócił się na drugi bok.
O tej porze byłby w remizie. Korzystałby z uroków zupełnie inaczej zaaranżowanego wieczora.
- Nie śpisz? - usłyszał.
- Nie. Kirłan poszedł do siebie?
- Poszedł jeszcze sprawdzić, czy na pastwisku spokój - oznajmiła łagodnym głosem, któremu nie sposób było nie uwierzyć. - Niedługo wróci.
Selpik i Turtanisk najwyraźniej już się położyli, bo dziecięcy śmiech rozpłynął się w oddali i dał o sobie zapomnieć. Niebawem kroki wilczycy także się oddaliły, pozostawiając ptaka pośród ciszy i ciemności, sam na sam z tańczącym beztrosko płomieniem.
Gdzieś za nim pojawiło się drugie źródło światła. Odwrócił się, szukając wzrokiem ognia, lecz jasność wypływała z czegoś bardziej stabilnego, jednolitego. Nawet jodłowe pnie nie stały jej na drodze. Czyżby wstawało słońce?
Soczysty blask oblał świat. Nad ścieżką płynęła w smugach słońca jakaś postać; sylwetka wilczycy. Zmrużył oczy. Mógł patrzeć na nią z boku, zawieszony w pustce bezdroży.
- Chciałoby się czasem wiecznie śnić - dobiegło zewsząd. Rozejrzał się, nie dostrzegając mówcy, choć i bez tego jego głos znał doskonale; słyszał go przecież każdego dnia. - Przeżywać to, co nieopisywalne. Co noc odkrywać kilka nowych żyć, ale w żadnym nie zostać na stałe. A może to jedno życie tak samo jest snem, w którym znaleźliśmy się mimo woli, bez planu, tylko na chwilę, by poddać się lub przeciwdziałać siłom losu, obserwować, odczuwać, tworzyć i tracić wspomnienia. Czego od niego chcesz, Szkliwo?
- Niczego już nie chcę - odpowiedział bez namysłu. Nie miał pojęcia, co odrzec na takie pytanie. Na pewno mógł chcieć jeszcze wielu rzeczy, ale nie miał siły, by o tym myśleć. Wygodnie było spać przy ognisku. Bezpiecznie było wisieć w powietrzu, nad polną dróżką bez początku i bez końca, obserwować świetlistą postać, która płynęła po niej w nieznane i nic nieznaczące.
- A to, kto to? - zapytał głos.
- Nie wiem. Już poszła.
- Nie dogonisz zapytać? Nie przypomina ci nikogo?
- Nie.
- „Nie, boję się”.
- Daj spokój z tymi zagadkami. Wystarczy, że...
- „Wystarczy, że sam nie wiem, kim jestem” - dopowiedziało złudzenie. - Nie boisz się, doprawdy? Ty żyjesz swoim lękiem. Boisz się, co będzie dalej.
- Nie boję się - zamrugał wolno. - Dalej po prostu niczego nie ma.
Odwrócił głowę, nieoczekiwanie krzyżując spojrzenia ze stojącym obok żurawiem. Odsunął się, omal nie tracąc równowagi.
- Ależ jest. Ty jesteś - Czoło widma było lekko zmarszczone, a powieki wyglądały, jakby miały ochotę osunąć się na oczy. - Dlaczego reagujesz na mnie tak nerwowo? Czy ja ci kiedy co złego zrobiłem? Powiedz mi, kto kogo pogrzebał?
- Och, to bzdury!
- Bo to nie ty leżysz pod ziemią - mruknęło, nie poruszając się o włos. - Unikasz przyszłości, bo się jej boisz. A boisz się jej, bo boisz się sam siebie. A boisz się, bo wszedłeś na drogę donikąd. I kroczysz nią, powoli stając się kimś, kim bardzo nie chcesz być.
Szkliwo pokręcił głową. Mimo że w gardle nagle zrobiło się za mało miejsca na powietrze, zdobył się jeszcze na głos.
- Nie dręcz mnie. Ciebie... nie ma... Nie ma.
Gwałtowny skurcz w piersi zmusił całe ciało do szarpnięcia. Powietrze stało się namacalne; jeszcze przez moment trzymało go w sztywnym uścisku. Dopiero gdy otworzył oczy i napotkał tylko drzemiące jodły pod bladym, spokojnym niebem, spięte mięśnie odpuściły. Poczuł, jak do kończyn na nowo dociera krew, a serce zwalnia.
Na jego płaszczu osiadła świeża, poranna rosa. Nie śpiewał jeszcze ani jeden ptak, a gniewny wiatr zupełnie ucichł, zmęczony nocną hulanką. Chłód obejmował za ramiona, ale słońce już wypuszczało na świat wesołe, ciepłe promyki, zapowiadające nadejście pięknego dnia.
Lotnik przeciągnął się z błogim westchnieniem i usiadł. Przed nim, na ziemi widniała teraz czarna plama lśniącego, opalonego drewna. W głębi zagajnika usłyszał szelest. Ktoś również już nie spał. Wśród plątaniny wysypanych korą ścieżek rozległy się ciężkie kroki. Szkliwo nie odwracał się; postanowił poczekać, aż wilk zjawi się na polance. Ktoś sapnął i, przechodząc, otarł się o pień.
Tuż obok stanął kubek pełen mleka.
- Smacznego. - Starzec usiadł w podobnej odległości od ogniska. Przednią łapą przesunął po swojej głowie, tłumiąc ziewnięcie. - Miało być dla mnie, ale ja się jeszcze zdążę napić dziesięć razy, a wy zaraz idziecie.
- Dziękuję - odrzekł nieco zaskoczony życzliwością osobnika, którego pierwszy raz widział na oczy. - Z kim mam przyjemność?
Basior był duży, dawno temu wzniesiony z bezsprzecznie solidnego materiału i najwyraźniej wciąż pielęgnowany życiem pełnym ruchu i słońca. Był umięśniony i wyraźnie sprawny, choć jedną z tylnych łap stawiał trochę krzywo. Oznaki sędziwego wieku widniały głównie na pysku, w postaci siwizny i półkolistych zmarszczek pod powiekami. Antracytowa sierść w czarne pręgi wciąż była bujna, mimo że lekko zmierzwiona.
- Eugisk - rzucił bez dodatkowych wyjaśnień. Napój wyglądał dokładnie jak mleko. Pachniał jak mleko. - Pij śmiało. Jeszcze ciepłe smakuje zupełnie inaczej niż te rozrobione z wodą popłuczyny, które rozdają we wsi.
- Proszę o wybaczenie, ale źle bym się czuł, gdyby sobie czegoś dla mnie odmawiano. Zresztą dla mojego żołądka to chyba za wcześnie na śniadanie.
- Jak wolisz. Śniadanie też zaraz będzie. - Basior posłał obojętne spojrzenie naczyniu, które postawiły przed nim szpony ptaka. - Dlaczego właściwie Kirłan cię tu przyprowadził?
- Powiedział, że potrzebuje kogoś dodatkowego do pisania.
- Tak, tak. Ale takich w NIKL-u jest pełno. - Uniósł kubek i już po chwili dało się słyszeć chlupanie. - Dlaczego ciebie? - rzucił półgębkiem.
- Może dlatego, że graliśmy razem w szachy.
- A, teraz ma to więcej sensu. Czasem mi się zdaje, że mógłby nie robić w życiu niczego innego. Zresztą jest dobrym graczem. Wygrałeś z nim?
- Może dwa na dwadzieścia razy i chyba tylko czystym przypadkiem.
- Teraz wszystko jasne.
Szkliwo opuścił wzrok na jedną z rosnących w zagajniku kęp sinej kostrzewy. Jego rozmówca przeciągnął się.
- Tak czy inaczej, czuj się tu jak u siebie w domu. Skąd właściwie jesteś?
- Ze wschodu.
- Mhm. - Kiwnął głową ruchem nieco obszerniejszym niż było trzeba dla zwykłego potwierdzenia. - I mocno czujesz, że jesteś stamtąd?
- Co masz na myśli?
- Jesteś patriotą, jak niektóre wilki? - zapytał, dziwnie akcentując kluczowe słowo. Dopiero wtedy jego ślepia uważniej spojrzały na gościa. Ten milczał.
- Nie wiem, czy chciałbym być - gdy wreszcie się odezwał, zniżył głos.
- Wschód czy zachód - sapnął Eugisk. - Północ czy południe. Co za różnica.
- Uważasz, że nic ich nie różni?
- To śmieszne, właściwie trochę groteskowe. Gryzą się, wojują. A potem przychodzi zima i wszystkim jednakowo zimno.
- Polityka czasem tak działa - napomknął żuraw ostrożnie. - Czy jednak nie można kochać, nie czując przy tym nienawiści? Myślę, że troska o własną watahę wcale nie musi oznaczać wrogości wobec innych.
- Dziel i rządź. Słyszałeś o tym kiedyś?
- Nawet nieraz - mruknął. - Jeśli tak stawiasz sprawę, znaczy to, że mam rację.
- Doprawdy? Uzasadnij. - Eugisk uniósł brwi, z marsowym pyskiem pochylając się, by postawić kubek daleko przed sobą, jakby przygotowywał dzieło sztuki do otwarcia wystawy.
- Miłość do ojczyzny nie ma nic wspólnego z oddziaływaniem z zewnątrz.
- Całkiem bystre, ale to działa tylko w przypadku naiwnych marzycieli. Pewnie z wieloma mechanizmami już się zetknąłeś. Za to nigdy chyba niczym nie zarządzałeś z góry, co?
- Czy ja wyglądam jak ktoś, kto może pełnić w watasze ważną funkcję?
- Tak, w rzeczy samej - stwierdził wilk bez wahania. - Na pewno potrafisz nie tylko dać głos, ale i zabrać głos. To nie takie trudne.
Szkliwo westchnął.
- W każdym razie służyłem na niższych stanowiskach.
- Służyłeś, mówisz, i mówisz to bez odrazy. A więc jednak. Trochę zostało w tobie przywiązania do swojego stada.
- Tak mi się życie ułożyło.
- Oczywiście, każdy osobnik jakoś wtapia się w swoje środowisko. Wyrywając go stamtąd, rozdziera się sieć. Działa to nawet w tak sztucznej sforze, jak ta w naszej wiosce. Miałeś już okazję tam kogoś zastąpić?
- Nie wiem, czy myślimy o tym samym. - Ptak nieznacznie zmrużył oczy.
- O tym samym. Nie krępuj się.
- Zdaje się, że tak.
- Kogo?
- Miał na imię Hapenir. - Dźwięk imienia, którego dawno nie słyszał, zadrżał mu pod czaszką.
- Kto to, jakiś inspektor? Przewodniczący?
- Nie, asystent. - Szkliwo zmarszczył brwi. Nie wiedział, że mając jakiekolwiek powiązania z Najwyższą Izbą, da się nie znać imion przewodniczących.
- A, to diabli z nim. Tacy są przeznaczeni do jednego celu.
- Od kiedy wilk przeznaczony jest tylko do jednego celu? Myślałem, że to spoiwo sieci powiązań.
- To niteczki do zerwania i ponownego związania.
- Jego bliscy powiedzieliby co innego.
- Po to są bliscy. Żeby kochać i opiekować się wilkiem. - Basior ze zrozumieniem kiwnął głową. - A on jest po to, żeby żyć dla bliskich. Samonapędzające się błędne koło, które z zewnątrz w ogóle nie ma sensu! - Jego łapa gwałtownie opadła na piach, choć pysk pozostał kamienny.
Gałęzie przybrane chłodną zielenią zachwiały się. Walisa wysunęła się zza jodełek.
- Dzień dobry wszystkim! - Uśmiechnęła się promiennie i, nawet się nie zatrzymując, zniknęła po drugiej stronie polany, w wąskim przejściu między rosnącymi gęsto drzewami.
- Tak to, widzisz, jest, z tym usuwaniem elementów wilczych. I na odwrót. - Eugisk w zadumie odprowadził ją wzrokiem.
- Na odwrót?
- Tak.
- Pewnie powinienem już rozumieć. - Chrząknął, ze wszystkich sił trzymając głos w ryzach obojętności.
- Każdy wysłannik, dołączając do watahy, przynosi ze sobą swoją kulturę i obyczaje, względnie ich, jak to mówią, brak.
- A reszta wilków zwalcza ją lub daje na nią przyzwolenie.
- Czasem nawet ją podejmuje. Wtedy już wiadomo, co nam z tego wyrośnie.
- Nam?
Basior uśmiechnął się mechanicznie.
- Jak sam zauważyłeś. - Przystawił kubek do pyska. Zapadła cisza. Niebo rozjaśniało się powoli, a gdzieś w górze budziły się leśne ptaki.
- A co wyrośnie?
- Zazwyczaj malutkie nasionko zniszczenia. Które podlejemy albo nie.
Ptak zawiesił wzrok na kubku, który przechylił się prawie do pionu, wlewając w pysk wilka ostatni łyk białego płynu. Na język cisnęły się kolejne pytania, a jednak rozum podpowiadał, że zadawanie zbyt wielu wzbudzi podejrzliwość prędzej, niż przyniesie uczciwe odpowiedzi. Lecz czy istniał w tej grze ruch pozbawiony ryzyka?
- W takim razie pieczołowicie je podlewacie.
Eugisk wolno postawił naczynie na ziemi i oblizał wargi.
- Gdy zachodzi taka potrzeba.
- Ciekawe. NIKL z naszej perspektywy wydawał się nieosiągalny. - Żuraw bezmyślnie wyrwał z ziemi jedno z nielicznych źdźbeł cienkiej trawy. - Myśleliśmy, że jest daleko. A jednak oko naprawdę widzi wszystko.
„Zastanawia mnie tylko, kim w tym wszystkim jesteś ty, Eugisku”.
- Tak, tak, znam to gadanie o oku nieba. - Basior z gardłowym świstem wciągnął powietrze. - Oko jest ładne, błyszczące. Dobrze się sprzedaje, ale samo jest do niczego. Za nim ciągnie się wiązka brzydkich sznureczków i mazi, która w rzeczywistości jest prawdziwą centralą. Ona działa w ukryciu.
Szkliwo splótł palce na ziemi, nie dając żadnego znaku, że zrozumiał przekaz. Oczywiście, był on więcej niż jasny. Przy tym po prostu trudny do przyjęcia. Tak dotkliwie... bezpośredni. Aż się prosiło, by zacząć go roztrząsać, szukać drugiego i trzeciego dna pod dnem właśnie beztrosko rozkopanym przez Eugiska; zalać basiora kaskadą pytań. Może starzec właśnie na to liczył, w milczeniu siorbiąc mleko.
Tymczasem jednak wróciła Walisa. Niosła kilka wielkich, powiązanych jeden z drugim kawałów świeżego mięsa. U jej boku kroczyły wpatrzone w śniadanie szczeniaki.
- Kochanie, wstawaj! Wszyscy już na nogach! - Upuściła swój ładunek, rozdzielając go na uczciwą porcję dla każdego z obecnych. Mięso było surowe. Żadnych dodatków. Jeszcze wyciekała z niego krew.
- Oooch, moja złota, a co to, nie kozie nóżki? - Szary basior wyciągnął przednie nogi i rozczapierzył palce, wyłaniając się z ich kącika.
- Jelenina, mój drogi. Myślałeś, że próżnowałam, gdy cię nie było? Już mówiłam, że kozy to nasz żelazny zapas. Chłopcy też muszą uczyć się prawdziwego życia, a nie lenistwa i przejadania wszystkiego, co mamy.
- Najświętsza racja! - Kirłan klasnął w łapy. - Jestem przekonany, że pod twoim okiem wyrosną z nich przedni łowcy - dodał, na tyle donośnie, by słowa dotarły do najciemniejszych kątów w umysłach wszystkich obecnych. Zatopił kły w swoim kąsku, jakby nie jadł od wieków. Memłając sprężysty kawałek, odwrócił głowę ku Szkliwu, który również zaczął skubać swoją część. - Jak minęła noc? - Wykrzywił pysk, natrafiwszy na chrząstkę.
Ptak wyciągnął szyję, by przełknąć. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję, by pożywić się o tej porze.
- Wspaniale. Dawno tak dobrze nie spałem.
- Widzisz, ciągnie wilka do lasu! Wilka, rublię, jeden pies. Kulenie się w murach to nigdy nie będzie to samo.
Przez chwilę zagajnik wypełniał tylko odgłos żucia. Cała rodzina posilała się kruchym, aromatycznym mięsem. W pewnej chwili Turtanisk wydął policzki i splunął bratu prosto w nos.
- Mamooo! - Selpik zaskamlał, wycierając pysk z białawej, pogryzionej masy.
- Co „mamo”? Stań ze mną do walki!
- Turt, co ty wyczyniasz! - zawołała Walisa, prostując grzbiet i opierając łapę na biodrze.
- Zjadł swoje i czaił się na mój kawałek!
- Nieprawda!
- Chłopcy. Skończyliście jeść? Nie ma co tracić dnia na wzajemne dogryzanie. Dziś musicie złowić nam na kolację dwa piękne bażanty. Pamiętacie, czego was uczyłam? Jeden...
- Goni, a drugi podchodzi z zarośli i chwyta - wyrecytował Turtanisk. - Ja dziś gonię!
- Tata i jego pomocnicy będą głodni po pracy. Jeśli już skończyliście, zapraszam na zajęcia. Czas otworzyć swoje księgi.
Szczenięta zniknęły. Jeszcze przez chwilę między drzewami roznosiło się echo ich ożywionej dyskusji. Eugisk oblizał pysk. Sierść nad jego wargami nadal była zaczerwieniona i posklejana.
- Te małe dranie ostatnio przechodzą samych siebie. - Pokręcił głową, lecz uśmiechnął się przy tym ze znużeniem. - Nie nadążam z wymyślaniem im nowych ćwiczeń.
- Mamy zdolnych synów! - Kirłan dumnie wypiął pierś i kątem oka zerknął na gościa, jakby chciał upewnić się, że fakt ten nie umyka jego uwadze.
- To wszystko twoja zasługa, Eugisku. - Pani domu rozgarniała właśnie popiół w miejscu wieczornego ogniska. Kilka chrząstek, które zostały po śniadaniu, wylądowało na kupce, obok niedopalonego drewna. - Nie mogliśmy wymarzyć sobie dla nich lepszego nauczyciela.
Promienie słoneczne wyjrzały zza lekkich obłoczków. W jednej chwili ogrzały całą polanę. Dzień rozbudził się już na dobre i zapraszał, aby dobrze go wykorzystać.
- No, czas na nas. - Szary wilk przeciągnął się z donośnym pomrukiem. - Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę koźlątka. Jestem absolutnie przekonany, że nie ma na świecie niczego słodszego, w przenośni i dosłownie!
- Chcesz, żeby chłopcy byli z wami przy liczeniu? - Eugisk uniósł łapę i pstryknął palcami.
- Ach, tak. - Basior dynamicznie kiwnął głową. - Obiecałem im to wczoraj.
- W takim razie daj nam chwilę, a po ich zajęciach pójdziemy wszyscy. Ptaku, jak nazywał się ten twój odsunięty poprzednik?
Szkliwo zatrzymał się wpół przełkniętego kawałka. Pośpiesznie przecisnął mięso przez gardło.
- Hapenir.
- Dobrze. Kirłan? Masz tu kogoś takiego?
- I to wielu. - Ten zachichotał frywolnie. - Ale czy właśnie tego, cholera wie. Ich imiona nie są w obszarze moich zainteresowań. Dobrze. W takim razie chłopcy niech się uczą, a my zrobimy sobie mały spacer. Sprawdzę, czy drogi nie pozarastały pod moją nieobecność. - Po czym zamaszystym krokiem ruszył przed siebie, ścieżką w głąb swojej posiadłości.
Na poboczu siedziały szczeniaki. Każdy miał przed sobą otwartą księgę. Szkliwo zatrzymał się przy nich, przechylając głowę.
- Czego się uczycie?
Kirłan podskoczył na jednej łapie, drugą obejmując towarzysza i lekko popychając naprzód.
- Taki szczenięcy elementarz. Chodź, mamy co innego do roboty.
- Wybacz. Zawsze ciekawiły mnie systemy edukacji.
Ptak dreptał u boku przewodnika ze wzrokiem wbitym w ziemię. Przekroczył kępę koniczyny, dostrzegając wśród okazów rozłożystych jak motyle skrzydła przynajmniej jeden czterolistny. Nieco dalej kolejny, z aż pięcioma liśćmi.
Byli  już blisko otwartej przestrzeni. Potwierdzało to światło, szerokimi pasmami wdzierające się do cienia. Znad łąki, wprost na nich, płynęła chmura białych okruszków. Każda z nich, otoczona delikatną poświatą, leciała własną ścieżką, omijała gałęzie buków, krążyła wokół wilczych uszu, po czym leciała dalej, niepomna bycia podziwianą, jak duch nawiedzający niezmierzoną puszczę.
Wreszcie słoneczne promienie oblały sierść basiora. Wypiął pierś w kierunku, z którego wiał wiatr, a jego nozdrza zafalowały.
- Coś nam tu przypędzi.
- A zapowiadała się taka śliczna pogoda.
- E tam. Tu każdy ranek jest słoneczny, potem niebo się chmurzy, trochę popada, a pod wieczór znowu się rozpogadza. Walisa napisała kiedyś taki wiersz. Do dziś go pamiętam. - Przechylił głowę. Sam siebie zaskoczył prawdziwością tego stwierdzenia.
- Zamieniam się w słuch.
- Tu na nas, na dole, już czai się grom. Ołowiane chmury zasnują niebo po horyzont. A nad nimi, na górze, przestrzeń tonie w błękicie. Kremowe obłoczki oświetla złociste słońce. Tam nie ma granic, podłogi ani ścian; schodów ni poręczy.
- Ładny.
- Zawsze o nim myślę, gdy tu wracam. Nasza samotnia to jeszcze trochę dół, a trochę już góra.
- Bardzo tu... spokojnie. Nawet kiedy huczy ten wiatr.
- Bo ten wiatr to składowa ciszy. W wiosce go zakrzykują. - Szedł dalej, prowadząc przez trawy sięgające im do piersi.
- Mogę o coś spytać? - Żuraw, zerknął na niego kątem oka. Kirłan powoli pokiwał głową, napawając się powietrzem, które mierzwiło jego futro. Z drugiej strony polany dolatywała słodka woń bzu.
- Ależ, że pytaj.
- Obaj twoi synowie mają imiona kończące się na jedną literę, podobnie jak twój pomocnik i twój doradca. I tak, jak inspektor od Ziem Południowych.
- Taaak. To typowo południowy zwyczaj.
- A twoje imię jest zupełnie inne.
- Ja też jestem z południa, jeśli o to chodzi. Tylko matka była bardziej...
- Ze wschodu?
- Tak. Dlaczego pytasz?
- Z ciekawości. Rzadko słyszę „Ł” wśród imion wilków w NIKL-u.
- Chyba też rzadko je wymawiasz, co?
- Wręcz przeciwnie.
- Aha! Już wiem, w czym rzecz. - Wilk czujnie postawił uszy. - Ty też jesteś z południowego wschodu.
- Zatem powinienem zwać się Szkłiwo.
Kirłan zaśmiał się półgębkiem.
- Teraz jeszcze lepiej rozumiem, dlaczego tak cię polubiłem. - Jego łapy zatonęły w bieli. Śnieg? Nie. Topolowy puch, który osiadł w zagłębieniu między kępami traw. Część drobin wciąż unosiła się wokół, po kilka razem, zwiewne i bezszelestne.
Ich ścieżka zaczęła zakręcać. Ziemia w niektórych miejscach była wydeptana, a gałęzie niższych drzew ponadgryzane i pozbawione liści. Gdy zawęszyć, już całkiem wyraźnie czuło się i zapach: słony, trochę metaliczny. Przypominał ten powszechnie znany we wsi, unoszący się co rano w urzędzie, gdy każdy z pracowników otrzymywał swój kubek mleka.

Cdn.