Puchło w normalnych warunkach nie piło, ale akurat ten jeden dzień musiało sobie pozwolić. W jakiś niesamowity sposób widziało jeszcze tego samego dnia, jak Miodełka i Szkliwo wygrzewali się razem pod liśćmi złotego berberysu, jednak na szczęście nie zostało na tyle długo, by słyszeć bardzo dwuznaczne jęki od obu rublii. Gdzieś po drodze dokładnie to samo robili Kaj i Mezularia, choć oni znacznie mniej się kryli ze swoimi nagimi przygodami (tak nagimi, jak nagie ptaki mogą być). Ktokolwiek zajrzałby do umysłu Puchła, byłby w pełni świadomy traumy, jakie zwierzątko przeżyło.
Na szczęście wesoły czas nie obejmował Eilerta, który miał swoje własne zajęcia, składając kwiaty na grób swojego przyjaciela Yolotla. Puchło nie miało tak głębokich uczuć jak miłość, ale mogło stwierdzić, że Eilert w głębi duszy bolał.
Misun i Nicpoń nie byli sami, przebywali w towarzystwie żywych wilków, każde w swoim własnym kręgu znajomości, który pozwalał na rozwijanie się w pragnionych polach. Puchło bardzo cieszyło się na ten spokojny widok.
Tylko kto mu powie, że to wszystko był jeden dziwny sen spowodowany nadmiarem sfermentowanych jabłek?
Świt przyszedł cicho. Bez fanfar, bez światła, które natychmiast obiecuje nowy początek. Raczej jak nieśmiałe cofnięcie się nocy o krok, jakby sama nie była pewna, czy powinna już odejść.
Yrsa oddychała.
To był pierwszy fakt, który miał znaczenie.
Oddech nie był jeszcze równy ani głęboki, ale był jej własny. Nie urywał się już w panice, nie zawisał na granicy decyzji. Płuca wypełniały się powietrzem powoli, niechętnie, jakby dopiero uczyły się na nowo swojego zadania. Gorączka nie zniknęła całkiem, ale przestała być ogniem - stała się żarem, który można było znieść.
Jej duch wrócił.
Nie od razu. Nie jednym ruchem. Raczej jak ptak, który po długim locie krąży nad ziemią, zanim w końcu zdecyduje się usiąść. Yrsa czuła to wyraźnie: ciężar ciała znów należał do niej. Łapy były ciężkie, gardło obolałe, każdy ruch kosztował wysiłek - ale wszystko to było jej. Nie oddalone. Nie obce.
Xiv spało, opierając pysk o jej bok.
Spało po raz pierwszy od wielu dni naprawdę. Nie czuwając jednym okiem, nie nasłuchując każdego oddechu. Jego własna gorączka wreszcie zaczęła ustępować, pozostawiając po sobie wyczerpanie tak głębokie, że ciało w końcu wymusiło odpoczynek. Kaszel był rzadszy. Oddech wciąż chrapliwy, ale stabilny.
Yrsa patrzyła na nie długo, w ciszy, która tym razem nie była groźna.
Zrozumiała wtedy - z tą swoją spokojną, późną mądrością - że śmierć naprawdę była blisko. Nie jako wizja, nie jako głos, lecz jako realna możliwość, która czekała cierpliwie, aż ktoś się zgodzi. I że to nie siła ciała ją odepchnęła. Ciało zawiodło pierwsze.
Zatrzymała ją obecność.
Ciepło. Ciężar drugiego istnienia, które uparcie mówiło „tu”, nawet wtedy, gdy ona sama zaczynała się rozmywać.
Kiedy Delta w końcu przyszedł, nie robił hałasu. Zatrzymał się przy wejściu do nory, obserwując ich przez dłuższą chwilę, niż pozwalała na to zwykła rutyna medyka. Widział już wiele granic - i wiedział, jak wygląda ta, którą ktoś przekroczył i wrócił.
— No — mruknął w końcu, ciszej niż zwykle. — Naprawdę jesteś uparta.
Yrsa spróbowała się uśmiechnąć. Wyszło to ledwie zauważalnie, ale Delta i tak to dostrzegł.
Zbadał ją dokładnie, bez pośpiechu. Gardło wciąż było zaczerwienione, płuca osłabione, serce zmęczone, lecz rytmiczne. Gorączka spadała. Organizm, kruchy od urodzenia, wyraźnie zapłacił cenę - ale walka została wygrana.
— Było blisko — powiedział wprost, jak zawsze. — Bardzo blisko.
Nie było w tym straszenia. Tylko fakt.
Podał jej lekarstwo. Potem Xiv. Obu kazał pić, nawet jeśli nie chcieli. Obu zabronił wychodzić jeszcze długo. I po raz pierwszy nie narzekał, że ktoś zajmuje mu przestrzeń, że musi pilnować kwarantanny, że los znów dorzucił mu pracy.
— Odpoczywajcie — rzucił na koniec. — Oboje.
Kiedy odszedł, w norze znów zapadła cisza. Ale była inna niż wcześniej. Lżejsza. Oddychająca.
Xiv obudziło się chwilę później, zdezorientowane, gotowe natychmiast zerwać się na łapy — dopóki nie zobaczyło jej otwartych oczu.
Zatrzymało się.
— …Yrsa?
— Jestem — odpowiedziała cicho. Głos był słaby, zdarty, ale obecny. — Nadal.
Xiv nie odpowiedziało od razu. Po prostu położyło się bliżej, opierając czoło o jej szyję, jakby musiało się upewnić, że to nie jest kolejny sen, kolejny objaw gorączki.
— Myślałem… — zacząło, ale nie dokończyło.
— Wiem — odparła spokojnie. — Ja też.
Leżeli tak jeszcze długo. Dwoje wilków, którzy przeszli przez coś, czego nie dało się opowiedzieć jednym zdaniem. Choroba ustępowała. Śmierć cofnęła się o krok, niezadowolona, ale posłuszna.
A Yrsa - słaba, wyczerpana, żywa - wiedziała jedno z całą jasnością:
Yrsa czuła, jak jej ciało powoli przestaje być czymś, nad czym ma realną władzę. Jakby była w nim tylko gościem, który został zbyt długo i teraz ktoś bardzo uprzejmie, bardzo cierpliwie sugerował mu wyjście. Gorączka nie bolała już w prosty sposób, była raczej wszechobecna, jak ciężkie powietrze przed burzą, które wciska się w płuca i myśli jednocześnie. Każdy oddech był płytki nie dlatego, że brakowało jej tlenu, lecz dlatego, że głębszy wdech wymagał decyzji, a decyzje stały się męczące.
Czuła Xiv przy sobie. Naprawdę czuła - jego ciepło, jego zapach, rytm, który nie był jej własnym. To było jedyne, co jeszcze wyraźnie odróżniało „tu” od „tam”. Reszta zaczynała się rozmywać. Ściany nory traciły ostrość. Cienie nie układały się już logicznie. A cisza… cisza nie była pusta.
Głos nie należał do nikogo, kogo mogłaby sobie wyobrazić. Nie miał barwy ani kierunku. Nie dochodził z zewnątrz, ale też nie był w jej głowie w sposób, do którego była przyzwyczajona. To było raczej tak, jakby ktoś pomyślał coś bardzo blisko niej - a ta myśl zahaczyła o jej świadomość.
Już wystarczy
Powtórzenie nie było natarczywe. Nie przyspieszało. Nie zmieniało tonu. Jak kropla wody spadająca w to samo miejsce. Jak rytm, który z czasem zaczyna wydawać się naturalny. Yrsa wiedziała, że to niebezpieczne. Wiedziała, że byty, które mówią najłagodniej, często chcą najwięcej. Ale wiedza wymagała energii, a tej miała coraz mniej.
Jej ciało… od zawsze było słabe. Wiedziała o tym całe życie. Nauczyła się z tym żyć, myśleć ostrożniej, planować uważniej, oszczędzać siły tam, gdzie inni ich nie liczyli. Teraz jednak choroba obnażała każdą z tych kruchych granic naraz. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Serce biło za szybko, a potem zbyt wolno. Przełknięcie śliny było jak wspinaczka. Picie jak walka, której nie zawsze chciała już podejmować.
Głos wracał.
Nie musisz już dźwigać
I to było najgorsze - bo brzmiało rozsądnie. Jak coś, co sama powiedziałaby komuś innemu w chwili słabości. Jak mądrość, którą nosiła w sobie przez lata, teraz obrócona przeciwko niej. Poczuła, jak jej myśli zaczynają się od tego zdania odsuwać, jakby świat po drugiej stronie był… prostszy. Lżejszy. Bez bólu gardła. Bez gorączki. Bez ciężaru ciała, które nigdy nie było w pełni jej sprzymierzeńcem.
Na moment poczuła strach. Prawdziwy. Ostry. Nie przed śmiercią - przed tym, że mogłaby się zgodzić.
— …Xiv… — wyszeptała, a głos zabrzmiał tak cienko, jakby należał do kogoś innego.
Czuła jego reakcję szybciej, niż ją zobaczyła. Łapa na jej boku. Ciepło bliżej. Ciężar, który mówił: tu. Kiedy przemówił, jego głos był jak lina rzucona w mgłę.
— Jestem. — Proste. Stałe. — Jestem tutaj. Z Tobą.
Yrsa spróbowała odpowiedzieć, ale słowa rozsypały się gdzieś pomiędzy myślą a oddechem. Zamiast nich przyszło uczucie - to nie było już tylko zmęczenie. To było odklejanie się. Jakby coś, co przez całe życie było ciasno dopasowane, zaczynało się luzować, puszczać szwy, odchodzić od środka ku brzegom.
Najpierw przestała czuć ciężar własnych łap. Potem brzuch, klatkę piersiową. Ciało stawało się odległe, jak przedmiot leżący obok, a nie coś, czym jest. Zostawało tylko ciepło Xiv i to dziwne, niepokojąco łagodne poczucie, że nic nie trzeba już robić. Że wszystko, co było wysiłkiem, mogłoby się wreszcie skończyć.
Głosy nie podnosiły tonu. Nie nalegały. To była ich największa siła.
Zrobiłaś już dość.
Byłaś wystarczająca.
Odpocznij
Każde z tych zdań osiadało w niej jak miękka warstwa śniegu. Tłumiło ból. Tłumiło myśli. Tłumiło odpowiedzialność. I przez krótką, przerażającą chwilę Yrsa poczuła ulgę - prawdziwą ulgę, taką, jakiej nie dawała żadna filozofia, żadna mądra akceptacja świata. Ulgę z faktu, że coś innego mogłoby wreszcie przejąć ster.
Ale gdzieś pod tą ciszą tliła się jeszcze cienka nić świadomości. Słaba, drżąca, lecz uparta.
„Głosy mogą kłamać” — pomyślała, choć ta myśl była już bardziej wspomnieniem myśli niż myślą samą w sobie. Wiedziała to od zawsze. Wiedziała, że to, co chce odejścia, rzadko nazywa je śmiercią. Zawsze mówi o odpoczynku. O ukończeniu drogi. O zasłużonym spokoju.
Jej duch… czuła go teraz wyraźniej niż ciało. Był lekki. Zbyt lekki. Jakby unosił się tuż nad nią, jakby wystarczyło jedno przyzwolenie, by odsunął się jeszcze bardziej. Jakby już stał jedną łapą po drugiej stronie granicy, której nie potrafiła nazwać, ale zawsze przeczuwała, że istnieje.
To było kuszące. Przerażająco kuszące.
I właśnie wtedy dotarło do niej coś jeszcze - nie głosem, nie obrazem, lecz prostym faktem. Gdyby odeszła teraz, Xiv zostałoby z pustką. Z ciałem, które przestało oddychać. Z ciszą, która nie byłaby już łagodna.
Ta myśl bolała bardziej niż gardło. Bardziej niż gorączka.
— Nie… — wyszeptała, choć nie była pewna, czy dźwięk faktycznie opuścił jej pysk. — Jeszcze nie.
Głosy na moment ucichły. Jakby nasłuchiwały. Jakby oceniały, czy opór ma sens.
Yrsa skupiła się na tym, co było najbliżej. Na łapie Xiv na swoim boku. Na jego oddechu, który czuła przy sobie, nierównym, ale prawdziwym. Na fakcie, że ktoś jest. Że nie leży w tej norze sama, dryfując ku czemuś bezimiennemu.
Jej duch nie wrócił całkiem do ciała. Jeszcze nie. Nadal był zbyt lekki, zbyt blisko odejścia. Ale przestał się oddalać.
Zawisł.
A Yrsa, ostatkiem sił, których nie była już pewna, trzymała go tam - pomiędzy bólem a obecnością, pomiędzy ciszą a głosem, pomiędzy końcem a tym jednym, upartym „zostań”.
Xiv po raz pierwszy tego dnia usiadło, bo musiało.
Nie dlatego, że chciało odpocząć - odpoczynek był czymś odległym, niemal nieistniejącym - ale dlatego, że kiedy podniosło się zbyt szybko, świat na moment przesunął się w bok. Nie zniknął. Po prostu zrobił krok w tył, jakby dystans między nim a rzeczywistością nagle się zwiększył. Xiv odczekało chwilę, opierając się barkiem o chłodną ścianę nory, aż wszystko wróciło na swoje miejsce.
Yrsa leżała nieruchomo, zbyt cicho nawet jak na swoją osobę. Jej oddech był nierówny, płytki, a gorączka sprawiała, że jej ciało raz było lodowate, raz nienaturalnie gorące. Xiv podeszło do niej natychmiast, jakby sam ruch w jej stronę miał znaczenie ochronne. Przesunęło łapę pod jej kark, poprawiło ułożenie głowy, upewniło się, że oddycha swobodniej.
Dopiero wtedy poczuło ból w gardle.
Nie był ostry. Raczej tępy, nieprzyjemny, jakby ktoś zostawił tam coś obcego, drażniącego. Przełknęło ślinę odruchowo i skrzywiło się, ale zaraz odsunęło tę myśl. Teraz nie było na nią miejsca. Nachyliło się nad Yrsą, wsłuchując się w rytm jej oddechu, licząc go w myślach - powoli, uparcie, jakby to było zaklęcie, które utrzyma ją przy świecie.
— Jestem — powiedziało cicho, bardziej dla siebie niż dla niej.
Nie było pewne, czy słyszy.
Kiedy później sięgnęło po wodę, znów zakręciło mu się w głowie. Tym razem mocniej. Musiało przymknąć oczy na krótką chwilę, oprzeć pysk o kamień z zagłębieniem. Gardło zapiekło przy pierwszym łyku, a kaszel wyrwał się nagle, suchy i szorstki. Xiv odwróciło się od Yrsy, instynktownie, jakby chciało ukryć przed nią ten dźwięk. Kiedy kaszel ucichł, stało jeszcze przez moment nieruchomo, oddychając powoli.
Wróciło do niej, pomagając jej napić się tak ostrożnie, jak potrafiło. Każdy jej łyk był zwycięstwem. Każde przełknięcie kosztowało ją wysiłek, który Xiv widziało aż za dobrze. Gdy odsunęła pysk, nie nalegało. Nie było w tym rezygnacji - tylko akceptacja granic, które choroba stawiała coraz wyżej.
Położyło się obok niej ponownie, pozwalając, by ich ciała stykały się bokami. Jej gorączka była wyczuwalna jak żar pod skórą. Xiv poczuło, że własne czoło również jest cieplejsze niż zwykle, ale zignorowało to bez wahania. Ważniejsze było to, by Yrsa nie drżała.
Oddychało powoli, celowo, jakby próbowało narzucić rytm również jej ciału. Liczyło oddechy, nie wiedząc już nawet, czy liczy jej, czy swoje. Co jakiś czas unosiło głowę, sprawdzając, czy jej pysk nie opada w złą stronę, czy gardło nie pracuje zbyt ciężko. Delikatnie poprawiało jej ułożenie, przesuwając łapę, kładąc ją wyżej, niżej, aż oddech znów stawał się choć odrobinę spokojniejszy.
Zmęczenie narastało w nim powoli, ale nie było to zwykłe zmęczenie po długim dniu. Było lepkie, gęste, osiadające w stawach i mięśniach, sprawiające, że każdy ruch wymagał krótkiego namysłu. Gardło bolało coraz wyraźniej, a przy każdym głębszym wdechu czuło nieprzyjemne pieczenie w klatce piersiowej. Xiv wiedziało, co to oznacza.
Nie było głupie.
Rozumiało aż za dobrze, czym jest ta choroba i jak się rozprzestrzenia. Wiedziało też, że jeśli ono zaczyna czuć pierwsze objawy, to już jest za późno na cofanie czegokolwiek. Myśl ta pojawiła się w jego głowie spokojnie, bez paniki, bez dramatyzmu. Przyjęło ją jak fakt.
„To w porządku” - pomyślało. - „Tak miało być.”
Przesunęło pysk bliżej jej szyi, sprawdzając oddech, czując gorąco jej skóry. Yrsa poruszyła się niespokojnie, jej łapy drgnęły, jakby próbowała coś powiedzieć lub się odsunąć. Xiv natychmiast zareagowało, uspokajając ją delikatnym naciskiem łapy, cichym, niskim pomrukiem, który zwykle działał lepiej niż słowa.
— Cicho — szepnęło. — Odpoczywaj.
Jej oczy na moment się otworzyły. Spojrzała na nie nieostro, jakby przez mgłę, ale w tym spojrzeniu było coś jeszcze - cień zrozumienia, przebłysk świadomości. Zmarszczyła lekko brwi, a jej wzrok przesunął się po jego pysku, zatrzymując się na chwilę dłużej niż wcześniej.
Xiv wiedziało, co widzi.
— Nie — powiedziało odruchowo, zanim ona zdążyła cokolwiek wyrazić. — Nie teraz. Nie o mnie.
Jeśli próbowała zaprotestować, jej ciało nie było już w stanie tego zrobić. Gardło odmówiło posłuszeństwa, a zamiast słów pojawił się tylko cichy, chrapliwy dźwięk. Xiv nachyliło się bliżej, niemal zasłaniając jej pole widzenia własnym ciałem, jakby chciało odgrodzić ją od tych myśli.
— Skup się na oddychaniu — mówiło spokojnie, rytmicznie. — Resztą zajmę się ja.
Nie było w tym bohaterstwa. Nie było poczucia poświęcenia, które wymagałoby uznania. Była tylko prosta, jasna hierarchia rzeczy: ona była ważniejsza. Zawsze była.
Jeśli miało zapłacić za to własnym zdrowiem - zapłaci.
Poprawiło jej posłanie jeszcze raz, ułożyło się tak, by osłaniać ją przed chłodem nocy i przeciągiem przy wejściu do nory. Oddychało coraz ciężej, ale wciąż miarowo, pilnując, by jej oddech nie przyspieszał zbyt gwałtownie. Każdy jej ruch obserwowało uważnie, reagując natychmiast, zanim dyskomfort zdążył przerodzić się w panikę.
Na zewnątrz zapadła głęboka noc.
A w środku nory Xiv czuwało, chore, zmęczone, świadome tego, co się z nim dzieje - i całkowicie gotowe to zignorować.
Bo dopóki Yrsa oddychała, dopóty nic innego nie miało znaczenia.
Gorączka narastała powoli, podstępnie, jak coś, co najpierw sprawdza, ile może sobie pozwolić. Yrsa czuła ją w kościach, w karku, w skroniach, gdzie puls stał się zbyt wyraźny, zbyt natarczywy. Leżała nieruchomo, oddychając płytko, bo każdy głębszy wdech kończył się bólem, a każde przełknięcie było świadomym wysiłkiem.
Xiv nie spało.
Czuwało, opierając się bokiem o jej grzbiet, uważnie, niemal zbyt uważnie. Co jakiś czas unosiło głowę, jakby nasłuchiwało zmian w jej oddechu. Liczyło je w myślach, choć samo nie wiedziało po co - rytm był jedyną rzeczą, nad którą miało jakąkolwiek kontrolę.
Gdy Yrsa poruszyła się niespokojnie, natychmiast zareagowało. Delikatnie przesunęło się bliżej, tak by jej było cieplej, ale nie duszniej. Jej ciało było rozpalone, a jednocześnie drżała z zimna - sprzeczność, którą Xiv wyczuwało pod łapami. Przesunęło pysk ku jej karkowi, ostrożnie, niemal pytająco, i zostało tam, oddając jej swoje ciepło.
— Spokojnie — szepnęło, choć wiedziało, że ona i tak ledwo je słyszy. — Jestem.
Woda stała przy wejściu do nory, w zagłębieniu płaskiego kamienia, który Delta zostawił tam wcześniej, nie podchodząc bliżej, zgodnie z zasadami. Xiv uniosło się powoli i ostrożnie podniosło kamień pyskiem, starając się nie rozlać ani kropli. Krótki zawrót głowy przemknął przez nie jak cień, ale zignorowało go bez namysłu. Ważniejsza była Yrsa.
Wsunęło kamień głębiej do nory i ustawiło go tuż obok posłania. Najpierw nachyliło się samo, biorąc kilka oszczędnych łyków - gardło zapiekło nieprzyjemnie, lecz nie zatrzymało się nad tym dłużej. Potem delikatnie przesunęło kamień bliżej Yrsy. Pomogło jej unieść pysk, pozwalając, by napiła się tyle, ile była w stanie. Każde przełknięcie było dla niej wysiłkiem, więc nie nalegało, cofając kamień przy pierwszym sygnale zmęczenia.
Gdy skończyli, Xiv wyniosło kamień z powrotem i odłożyło go dokładnie tam, gdzie stał wcześniej, przy wejściu do nory, tak, by Delta mógł go później bezpiecznie zabrać lub uzupełnić. Dopiero wtedy wróciło do Yrsy i ułożyło się obok niej ponownie, osłaniając ją swoim ciałem, jakby ten prosty gest miał wystarczyć, by zatrzymać chorobę na zewnątrz.
Czas płynął dziwnie. Świat poza norą niemal przestał istnieć. Docierały tylko stłumione dźwięki lasu i echo własnych myśli. Yrsa raz po raz zapadała w płytki sen, z którego wyrywał ją kaszel lub nagłe uczucie duszności. Za każdym razem Xiv reagowało natychmiast, podnosząc jej głowę, układając ją tak, by łatwiej było oddychać, mrucząc cicho, bez słów.
Nie pytało, czy coś ją boli. Widziało to.
Czasem jej spojrzenie stawało się nieobecne, jakby patrzyła gdzieś obok, przez ściany nory, w miejsce, którego Xiv nie mogło dostrzec. Wtedy czuło niepokój, taki cichy, gęsty, ale nie pozwalało mu dojść do głosu. Zamiast tego przesuwało łapę po jej boku, powoli, jednostajnie, jakby chciało zakotwiczyć ją tu i teraz.
— Zostań — powiedziało raz, nie wiedząc nawet, czy mówi do niej, czy do samego siebie.
Odpowiedzi nie było. Tylko jej oddech, nierówny, gorący.
Dopiero później, gdy samo usiadło na chwilę przy wejściu do nory, poczuło, że coś jest nie tak. Gardło zapiekło przy przełykaniu. Krótki, suchy kaszel wyrwał się z jego pyska, niekontrolowany. Zmarszczyło brwi, zaskoczone, ale niemal natychmiast wróciło do niej, jakby to nie miało znaczenia.
Nie teraz.
Położyło się z powrotem obok Yrsy, osłaniając ją własnym ciałem. Gorączka nie ustępowała. Wręcz przeciwnie, zdawała się wypełniać całą norę, zagęszczając powietrze. Xiv czuło, jak jej ciało drży, jakby walczyło z czymś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.
— Wytrzymasz — szepnęło, tym razem pewniej. — A ja… ja nigdzie się nie ruszam.
Na zewnątrz zapadła noc.
A w środku, w ciasnej przestrzeni nory, dwoje wilków oddychało tym samym powietrzem, nie wiedząc jeszcze, że choroba nie zna pojęcia poświęcenia i że cisza, którą dzielą, dopiero zaczyna nabierać znaczenia.
Yrsa obudziła się gwałtowniej niż zwykle, jakby coś przycisnęło jej gardło od środka. Pierwszy oddech był szorstki, kolejny już trudniejszy, a przełknięcie śliny zapiekło tak mocno, że zmrużyła oczy. Spróbowała odezwać się choćby do siebie, krótkim, uspokajającym pomrukiem, lecz z jej pyska wydobył się tylko chrapliwy, suchy dźwięk, pozbawiony siły. Potarła łapą szyję, jakby to miało coś zmienić.
W teorii nie było to nowe doświadczenie. Jej ciało przez całe życie przypominało jej o swojej kruchości - raz delikatnym kaszlem, kiedy indziej niespodziewanym zmęczeniem czy bólem stawów.
Ale dzisiejsza słabość była inna. Bardziej uporczywa. Mniej… logiczna.
Powoli, z tą charakterystyczną dla siebie dostojnością, która przetrwała nawet najgorsze chwile, podniosła się i wyszła z nory. Zimny poranek owiał ją od razu. Powietrze pachniało wilgocią i zbliżającą się zmianą pogody, a choć niebo było jasne, w lesie unosił się ciężar, którego nie potrafiła nazwać.
Kiedy ruszyła w stronę strumienia, drapanie w gardle z każdą chwilą stawało się ostrzejsze, jakby ktoś poprowadził po jej wnętrzu cienką linię ognia. Im bliżej była wody, tym mocniej świat zaczął jej się wymykać. Najpierw lekki zawrót głowy. Potem kolejne. Aż w pewnym momencie droga przed nią oddaliła się o krok, jakby znajdowała się za cienką, przezroczystą szybą.
Przystanęła. Wciągnęła powietrze. Oparła się o pień.
„To minie” - pomyślała.
Zwykle mijało.
Ale nie tym razem.
Zanim wykonała kolejny krok, w krzakach coś zaszeleściło. Odruchowo uniosła głowę, a niemal natychmiast dostrzegła znajomą sylwetkę. Xiv. Choć tym razem jeno spojrzenie było inne. Nie rozbiegane. Nie rozkojarzone. Jakby skamieniał od środka gdy tylko się jej przyjrzał.
— Yrsa — powiedziało ledwie słyszalnie. Żadnego chaosu, żadnej nerwowej gestykulacji. Tylko napięcie, które wyróżniało się bardziej niż zwykle. — Ty… wyglądasz bardzo źle.
Spróbowała odpowiedzieć, ale znów z gardła wydobył się jedynie zgrzyt powietrza. Zmarszczyła brwi, wyprostowała się z godnością, jakby nawet choroba nie miała prawa jej upokorzyć.
— Rozumiem — powiedziało cicho Xiv, jakby wypełniało za nią lukę w rozmowie. — Delta. Musimy iść do Delty. Teraz.
Wcześniej próbowała bagatelizować drobne sugestie, ale dziś poczuła, że jej ciało traci posłuch szybciej, niż pozwalało na jakiekolwiek dyskusje. Skinęła więc głową. To wystarczyło.
Xiv ruszyło tuż obok niej, ostrożnie, dopasowując tempo do jej powolnych kroków. Gdyby była w pełni zdrowa, zapewne skomentowałaby jego ciszę jakąś lekką, ironiczną refleksją. Teraz jednak nie miała siły. Tylko ból. I to dziwne poczucie, że powietrze robi się coraz gęstsze.
Droga do jaskini Delty wydawała się dłuższa niż zwykle. Parę razy musiała się zatrzymać, a raz nawet przymknęła oczy, by świat znów „doszedł” na swoje miejsce. Xiv patrzyło wtedy, jakby bało się, że upadnie. Nie musiał nic mówić - jego milcząca troska wyrażała więcej niż wszystkie chaotyczne monologi z poprzednich miesięcy.
Gdy dotarli do jaskini, Delta od razu podszedł do nich szybkim, nerwowym krokiem.
— Gardło — mruknął, zanim jeszcze zdążyli cokolwiek wyjaśnić. — Pokaż.
Yrsa uniosła pysk, choć ruch ten kosztował ją wiele. Delta zajrzał do środka, a jego minę przeszedł cień, który mówił wszystko.
— No pięknie — mruknął poirytowanym tonem, który zwykle rezerwował nie tylko dla najbardziej opornych pacjentów. — I kolejna. Jakby mi mało było roboty.
Spojrzał na Xiv, a potem na Yrsę, jakby zastanawiał się, jakich argumentów użyć.
— Musisz zostać w izolatce. Natychmiast.
To była propozycja, albo nie? ale brzmiała jak rozkaz.
Yrsa uniosła na niego spojrzenie - chłodne, przenikliwe, pełne mądrej, nieprzesadzonej stanowczości.
Potrząsnęła głową.
— Wiesz, że tak jest bezpieczniej. — Delta zmrużył oczy. — I tak będę musiał cię izolować. Gardło wygląda… źle.
Ponownie bezgłośny ruch głową. Jeszcze jeden.
Delta westchnął ciężko, jakby naga upartość była mu bardziej znajoma, niż chciałby przyznać.
— Oczywiście. Zawsze muszę trafić na filozofkę — burknął, ale po prawdzie było mu to na łapę, im mniej pacjentów na głowie tym lepiej. — Dobrze. Zostaniesz w swojej norze. Ale ktoś musi z tobą być. Nie ma dyskusji.
Zanim Yrsa zdążyła wyrazić jakąkolwiek opinię, Xiv zrobiło krok naprzód z odwagą, której zwykle w nim nie było.
— Ja — powiedział stanowczo. — Zajmę się nią.
Delta spojrzał na niego ze zdziwieniem, które jednak po chwili ustąpiło aprobaty.
— Dobrze. — Spojrzał na Yrsę. — I nie próbuj twierdzić, że sobie poradzisz sama. W tej chwili nawet twoja mądrość cię z tego nie wyciągnie.
Nie odpowiedziała. Nie mogła. Ale jej spojrzenie - chłodne, eleganckie, przesycone pokorą wobec faktów - powiedziało wystarczająco.
Do nory wracali powoli. Bardzo powoli. Xiv szedł przy jej boku, gotów w każdej chwili ją podeprzeć, choć robił to z szacunkiem, zostawiając jej godność. A ona - mimo narastającego zmęczenia - nadal zachowywała swój spokojny sposób bycia, nawet jeśli stawanie kroków zaczynało wymagać coraz większej koncentracji.
Kiedy w końcu dotarli, świat wokół jakby przygasł.
Yrsa położyła się w swoim posłaniu, oddychając płytko. Zimno zaczęło wpełzać pod skórę - chłód nienaturalny, nie pasujący do temperatury jaskini.
Xiv zauważył, jak drobne drżenia przebiegają wzdłuż jej grzbietu.
— Zimno…? — zapytał cicho.
Skinęła ledwie zauważalnie.
Bez wahania ułożył się obok niej, ostrożnie, z szacunkiem, jakby bał się naruszyć jej przestrzeń. Jego ciepło rozlało się stopniowo, łagodnie, tworząc wokół niej miękką barierę przed nocą.
Yrsa zamknęła oczy.
Wreszcie.
Czuła, jak chłód w jej wnętrzu powoli ustępuje, choć wcale nie znika.
Czuła też, jak krew pulsuje w jej skroniach - zwiastun gorączki, której jeszcze nie dało się nazwać.
A jednak…
jakoś łatwiej było oddychać.
Nie przez zdrowie.
Przez obecność.
To była pierwsza noc, od dawna, w której Yrsa nie zasypiała sama.
Głos Yrsy wydawał się odległy, ledwo dotarł do uszu Xiva, ale wilczę nie miało wątpliwości, że usłyszało swoją boginię. Informacja ta była słodko-gorzka: nie było przynajmniej samo w tym świecie, tylko ze wszystkich wilków Yrsa powinna być tu najmniej. To nie było dla niej miejsce. Ona powinna być w norze i wygodnie spać.
Próbowało ją znaleźć, podążyć za głosem, który no nawoływał. Niewiele to dało, zważając na to, że choć widoczność wcale nie była ograniczona, niczego w tym wymiarze nie dało się dostrzec. Tak jakby horyzont był tylko iluzją, za którą chowa się rzeczywistość. Wilczę postanowiło się odezwać.
– Yrsa? – zawołało z ciężką dozą niepewności w głosie. – Jesteś tutaj?
Cisza, nieprzerwana nawet szuraniem pazurów o ziemię. Coś jakby błysk obecności, wiatr utworzony machnięciem ogona, ale te doznania szybko się rozmyły i Xivo nawet nie było pewne, że w ogóle je zarejestrowało. Równie dobrze mogły być to tylko halucynacje.
– Yrsa? – Wilczę próbowało powtórzyć swój krzyk jeszcze głośniej, choć prędzej jeno głos rozpłynął się niczym krew w wodzie aniżeli poniósł się po najbliższej okolicy.
To bez sensu, pomyślało do siebie. Musiało mi się wydawać, przecież Yrsy by tu nie było! Gdzie ona w takim miejscu… Ale przecież słyszałom jej głos. Czy ona też mnie słyszała? Nawet jeśli… jak się znajdą? Xiv nic nie widziało poza bielą i czaszkami, żadnego śladu innego wilka, żadnych wizji ciemnego futra. Tylko biel, czaszki i pustka gorsza od tej tlącej się w jeno sercu.
Nie no, żart, jeno serce nie było wcale takie puste. W szczególności teraz, gdy wypełniała je miłość do Yrsy.
Znaczy, co-
Xiv potrząsnęło głową, wyrzucając z siebie myśli łamiące czwartą ścianę. Nie potrzebowało w tym momencie załamania nerwowego wynikającego z kryzysu egzystencjalnego.
Rozejrzało się po raz kolejny, jakby miało to cokolwiek zmienić w otoczeniu; tak jak człowiek kilka razy z rzędu zagląda do lodówki, bo a nuż widelec magicznie pojawi się coś nowego. Szczątki nadziei dla atramentowego żywego trupa namówiły go do zawołania ponownie, ostatnia szansa.
– Yrsa!
Wilczę samo nie potrafiło określić, co mu odpowiedziało.
Nie tak jak ta z jej północy - nie drąc nieba na strzępy, nie szarpiąc świata wściekłym wichrem. Przyszła miękko. Śnieg spadał lekkimi płatkami, tańcząc nad ziemią Watahy Srebrnego Chabra jak drobne, białe ćmy. Las oddychał równo. W jaskiniach tliło się ciepło, młode wilki drzemały, starszyzna mruczała coś półprzytomnie przez sen.
Wokół panował spokój, jakiego Yrsa wciąż nie potrafiła przyjąć. Zbyt wiele zim w jej życiu wyglądało inaczej.
Szła powoli, zostawiając za sobą ślady, które znikały po chwili, zasypywane świeżym puchem. Nie bała się zgubić, znała już te lasy, wiedziała, gdzie prowadzą ścieżki, gdzie strumień zamarza cienką warstwą lodu. Ale mimo tej znajomości czuła się jak ktoś, kto przychodzi z innego świata i jeszcze nie zdążył nauczyć się nowego języka zimy.
Ta tutaj była łaskawa.
A ona pamiętała tylko te, które nie były.
Północne zimy nie miały miękkości. Były ciężkie, ostre, nieokiełznane. Tam śnieg nie sypał - on ciął po oczach. Tam mróz nie szczypał - zapadał się w ciało aż do kości. Tam wiatr nie śpiewał - wył jak coś, co chce wilka połknąć. Tam nikt nie mógł pozwolić sobie na zawahanie, bo zawahanie kosztowało czyjeś życie.
Yrsa zatrzymała się na wzgórzu i spojrzała przed siebie. Świat był biały, ale nie w ten sposób, który znała. Tutaj biel nie była groźbą. Była spokojem.
— To nie moja zima… — wyszeptała sama do siebie.
A jednak ciało pamiętało tamtą, bardziej niż chciała. Każdy jej oddech był jak przypomnienie. Każdy dźwięk gałęzi pękającej pod ciężarem śniegu brzmiał jak echo dawnych krzyków. Im dłużej wędrowała, tym wyraźniej wracały obrazy, które zwykle udawało jej się zasypać codziennością.
Widziałą ojca, jak stąpał przede nią po śniegu, zostawiając głębokie ślady.
Matkę, która tuliła ją, kiedy mróz był zbyt silny, by zasnąć.
Rodzeństwo, które śmiało się nawet wtedy, gdy ich łapy zgrabiały od zimna.
I widok, którego żaden czas nie potrafił przytłumić - biel przesiąknięta czerwienią.
Zimowy wiatr musnął jej policzek. Zamarła na chwilę, bo przypomniał jej tamten, ostry i surowy. Ale to nie był tamten wiatr. Ten niósł zapach sosny, mokrego mchu i dalekiej rzeki.
A mimo to w środku poczuła znajomy ucisk.
Zima, choć inna, wciąż ją bolała.
Najchętniej przeszłaby przez nią zamkniętymi oczami, tak, by nie musiała czuć ani wspominać. Marzyła, by zima tym razem przeszła szybko, by nie zdążyła zranić. Chciała wiosny, nawet jeśli dopiero się do niej przyzwyczajała. Ciepła, w którym nie trzeba czuwać. Zapachu ziemi, która nie chce nikogo pochłonąć. Światła, pod którym mogłaby zobaczyć siebie i nie odwrócić wzroku.
— Może kiedyś… — mruknęła cicho.
Może kiedyś przestanie bać się, że zima znów coś jej zabierze.
Może kiedyś przestanie bać się siebie.
Jeszcze chwilę milczała, pozwalając, by śnieg siadał na jej grzbiecie. Czuła jego ciężar, ale nie był to ciężar tamtej zimy. Był zwyczajny. Łagodny. Możliwy do zniesienia.
Dopiero gdy poczuła, że jej samotność zaczyna przelewać się poza własne granice, drgnęła.
Ale było już za późno.
Usłyszała krok.
Nie odwróciła się. Wiedziała, kto potrafi chodzić po śniegu tak nieporadnie, że każdy krok brzmi jak pytanie.
— Yrsooooo — jęknął głos, który potrafił być jednocześnie dziecinny i nosić w sobie ciężar czegoś bardzo starego. — Wiedziałaś, że jak się wyjdzie w taką noc, to albo duchy znajdziesz, albo mnie?
Yrsa uniosła powoli wzrok, choć nie na niego. Odetchnęła lekko, jak ktoś, kto spodziewał się, że cisza nie potrwa długo - i miał rację.
— To nie jest noc sprzyjająca spotkaniom — odparła spokojnie, niemal łagodnie, bez cienia ostrości.
— A na co jest noc? — Xiv przysiadło obok niej z naturalnością właściwą tylko jemu. — Bo jak trzeba, mogę zapytać paru duchów, czy pozwolą zrobić z niej dzień. Albo lato. Albo pięć minut wiosny.
— Nie ma takiej potrzeby — powiedziała miękko. — Świat wystarczająco często się zmienia bez naszej ingerencji.
— Szkoda. Jeden duch ostatnio i tak się nudził. Mówił, że może poudawać zachód słońca. Albo świt. Albo… kwitnienie kwiatów.
Jego lekkość była jak ciepło, które topi pierwszą warstwę lodu - nie nachalnie, a po prostu przez samo istnienie.
Przez chwilę milczeli. Xiv nie zagadywało jej natrętnie. Patrzyło na śnieg, jakby czytało w nim historie, które nikt inny nie widział.
— Ty boisz się zimy — stwierdziło nagle, z zaskakującą delikatnością. — Ale nie tej tutaj. Tamtej. Tej, co cię ukształtowała… i nadwyrężyła.
Yrsa nie odpowiedziała od razu.
W przypadku jej milczenia to była odpowiedź.
— Wiesz… — podjęło Xiv cicho. — W zimie jest sekret. Ona nie chce nikogo skrzywdzić. Ona po prostu… nie rozumie. I czasem trzeba jej powiedzieć: „hej, spokojniej”.
— Obawiam się, że mój wpływ na pory roku jest raczej symboliczny — odrzekła łagodnie. — A zima bywa nieustępliwa, nawet wobec najbardziej racjonalnych próśb.
— To ja powiem za ciebie — Xiv rozjaśniło pyskiem w szerokim uśmiechu. — Mam dobre kontakty z tymi, co nie oddychają. Śnieg też kiedyś miał problem z oddychaniem. Pogadaliśmy.
Yrsa parsknęła cicho.
Subtelnie, ale jednak.
Xiv odwróciło łeb w jej stronę - wtedy jego oczy nie były już żartobliwe. Były miękkie, przenikliwe.
— Nie chcę, żebyś przechodziła przez zimy sama — powiedziało. — Nawet jeśli wolisz samotność, mogę iść obok. Dyskretnie. Tak, żebyś mogła udawać, że mnie nie ma.
— To dość nietypowa propozycja — zauważyła z lekką ironią, ale bez złośliwości.
— A ja jestem nietypowy — Xiv wzruszyło ramionami, zadowolone ze stwierdzenia faktu. — I lubię, jak ktoś jeszcze potrafi widzieć świat. Nawet jeśli chwilowo patrzy na niego przez śnieg. Bo w tobie i tak jest wiosna. Gdzieś. Wiem takie rzeczy.
Yrsa spojrzała w bok. Nie uciekająco, raczej jak ktoś, kto rozważa słowa, których się nie spodziewał.
— Lęku nie pozbywa się z dnia na dzień — stwierdziła spokojnie. — Ale być może można nauczyć się go… nie karmić.
— O! To brzmi mądrze. Jak coś, co powinienem sobie zapisać! — Xiv ożywiło się i podskoczyło lekko. — Tylko nie mam czym pisać, i nie mam gdzie, i nie zapamiętam. Ale i tak świetne!
Uśmiechnęła się prawie niedostrzegalnie.
To było więcej, niż zwykle pozwalała.
Śnieg padał dalej, ale nie osiadał jej na karku tak ciężko jak wcześniej. Coś w niej drgnęło. Nie od razu wiosna. Ale zalążek czegoś, co mogłoby kiedyś zakwitnąć.
Xiv podniosło się.
— Chodź — oznajmiło radośnie. — Nie dlatego, że musisz. Dlatego, że ja mogę się przewrócić, a jak się przewrócę, to pociągnę cię za sobą, i chcę mieć świadka.
— Twój sposób rozumowania jest… osobliwy — zauważyła z łagodnym politowaniem.
— Dziękuję! — odparło z dumą.
Ruszyła pierwsza.
A potem on, tuż obok, w swoim niezdarnym rytmie.
Szli przez śnieg.
Xiv poskakiwało, potykało się, łapało płatki pyskiem, a każdy jego odgłos był jak drobne, jasne światełko odbijające się w jej wewnętrznym mroku.
Yrsa patrzyła ukradkiem. Nie raz.
Nie dwa.
Zaczynała rozumieć.
W pewnym momencie Xiv zatrzymało się przed nią, pochylając głowę lekko na bok.
— Wiesz… nie trzeba być twardym jak lód. Lód pęka. Zawsze. — Głos miało cichy, jakby z troską. — Czasem wystarczy pozwolić komuś być obok. Nie żeby cię zmienić. Tylko żebyś nie niosła wszystkiego sama.
Yrsa spojrzała na nie długo, uważnie.
— To niełatwa sztuka — powiedziała spokojnie. — Dopuszczenie kogokolwiek zbyt blisko bywa ryzykowne. Dla obu stron.
— Ryzyko jest fajne! — Xiv rozpromieniło się. — A jakby co, jak się rozpadniesz, to cię pozbieram. Znam się na składaniu… różnych rzeczy.
Powinno zabrzmieć przerażająco.
Ale nie brzmiało.
Raczej… uczciwie.
— Jesteś doprawdy… jedyny w swoim rodzaju — stwierdziła Yrsa.
— Wiem! — zawołało Xiv z entuzjazmem, podskakując. — I lubię to!
Zrobiła coś, czego zwykle sobie odmawiała.
Pozwoliła, by uśmiech uniósł jej kącik pyska odrobinę wyżej.
Zrozumiała wtedy, że może ta zima nie musi być jak wszystkie poprzednie.
Może wcale nie musi przez nią przechodzić samotnie.
Może ta lekka, niewinna radość Xiva - ten jeno świergot, to jeno obce ciepło - jest dokładnie tym, czego przez lata jej brakowało.
Równowaga.
Światło obok cienia.
Ciepło obok mrozu.
Nie powie tego na głos.
Jeszcze nie.
Ale gdy Xiv znów potknęło się o własne łapy i roześmiało się głośno, a ona ruszyła dalej obok niego, poczuła coś, co nie bolało.
Coś, co mogło kiedyś stać się wiosną.
Może ta zima naprawdę była początkiem.
Bo pierwszy raz od dawna nie była w niej zupełnie sama.
Nie był to sen spokojny, lecz czuwający jak oddech starego boga, który drzemie, ale słyszy każdy szept.
Mgła pełzała między drzewami, gęsta i srebrna, rozświetlana przez blady blask księżyca.
Nie było wiatru. Nie było też ptaków.
Tylko cisza - głęboka, jakby zamarła w niej sama ziemia.
Yrsa stąpała powoli przez wilgotny mech, każdy jej krok rozlewał się cichym pomrukiem wśród korzeni.
Powietrze pachniało ziołami - szałwią, jałowcem, mchem i krwią wspomnień.
Była Noc Dziadów.
Ta, w której granica między światem żywych a umarłych staje się cienka jak pajęcza nić, i wystarczy szept, by ją przebić.
Na skraju polany czekało Xiv.
Stało nieruchomo, jak cień wśród cieni - jeno sierść, ciemna jak atrament, zlewała się z nocą.
Jedynie oczy błyszczały w blasku księżyca, jak dwa kawałki szkła, w których odbijało się coś starszego niż czas.
Nie powiedziało nic, gdy Yrsa do jeno podeszła.
Nie było potrzeby słów.
Wiedzieli, po co tu przyszli.
Zatrzymali się pod starym jesionem - drzewem, którego konary wyglądały jak szpony chwytające niebo.
Ziemia wokół była wilgotna, pachniała życiem i śmiercią zarazem.
Yrsa pochyliła głowę i zamknęła oczy.
— Nam Przodkowie odpowiedzą — wyszeptała. — Bo już wiedzą… niech nas wiedzą…
Słowa zadrżały w powietrzu jak modlitwa, której echo nie potrzebuje odpowiedzi, by być wysłuchane.
Gdzieś w oddali zaszeleściły liście. Nie od wiatru a od obecności.
Ziemia pod łapami drgnęła, jakby coś pod nią oddychało.
Xiv przymknęło oczy, czując, jak przestrzeń wokół gęstnieje, jak noc staje się czymś więcej niż tylko ciemnością.
Było przecież wilkiem śmierci. Znało to drżenie.
To była brama.
I wtedy pojawiły się one.
Nie przyszły z mgły. Nie z nieba.
Po prostu były - stare wadery i basiory, o sierści jak popiół i oczach jak bursztyn.
Ich sylwetki migotały, raz wyraźne, raz ulotne, jakby wciąż decydowały, czy chcą zostać zauważone.
Nie było w nich strachu. Była duma.
Była pamięć.
Yrsa uniosła łeb.
Poczuła, jak serce bije wolniej.
Jak coś większego od niej samej obejmuje ją jak ciepły cień.
— Stara wiedza, wiedza lasu… wiedza grzybów, wiedza czasu… — wyszeptała, a słowa same wypływały z jej gardła. — Z ziemi, wody, słońca, skały… od zarania doskonały…
Cienie przybliżyły się.
Wokół zaczęły migotać świetliki - jak dusze maleńkich istot, które też przyszły słuchać.
Las szeptał.
Ziemia nuciła.
A gdzieś pomiędzy nimi brzmiały głosy tych, co byli przed nimi.
„Bez nas to skóra i kości…
Bez kolebki i tożsamości…”
Echo drżało w ich uszach. Nie był to głos jednego ducha. To była pieśń Rodu.
Xiv uniosło łeb, a jeno żółte oczy odbijały światło księżyca niczym dwie latarnie wśród mroku.
Nie było przestraszone. Było spokojne.
Tu, wśród duchów, czuło się jak w domu.
Yrsa przymknęła oczy.
— Jesteśmy Wami — wyszeptała. — Pradziadami. W tym, co kochamy. W tym, co czynimy. Podlewam, co sprzyja wraz. Wasza wiedza, wiara Wasza… swoją moc mi, Rodzie, daj.
Wtedy wszystko ucichło.
Cienie zastygły. Świetliki przestały tańczyć.
A potem… ciepło.
Nie ognia. Nie ciała. Ducha.
Jakby całe powietrze zaczęło pulsować jednym, spokojnym rytmem, jak wspólne serce dawno zmarłej watahy, która teraz oddychała razem z nimi.
Xiv zrobiło krok w stronę Yrsy, ich barki musnęły się lekko.
Nie spojrzeli na siebie.
Nie musieli.
Oboje czuli, że coś w nich się poruszyło.
Nie miłość, nie lęk, nie ciekawość.
Pamięć.
Jakby dawne dusze przeszły przez nich i zostawiły po sobie ślad, którego nie zmyje żadna rzeka.
Cisza po ich słowach nie była pusta.
Drżała.
Jak struna, która wciąż pamięta dotyk łapy, choć muzyka już umilkła.
Mgła wokół zacieśniła krąg, a księżyc przygasł, jakby światło nie chciało razić tych, którzy nie znoszą blasku.
Zanim którekolwiek z nich zdążyło coś powiedzieć, ziemia pod jesionem zadrżała po raz drugi.
Nie z siły, lecz z bólu.
Z ciemności zaczęły wyłaniać się inne cienie.
Nie te pełne blasku i spokoju.
Nie duchy przodków, które przyszły błogosławić.
To były inne, cięższe, poszarpane, jak dym z popiołu, który nie znajduje wiatru, by się rozwiać.
Xiv zmrużyło oczy.
Znało ten zapach.
Zatrzymane dusze. Te, które nie umiały wrócić do lasu snów.
— One nie odeszły — powiedziało cicho, jakby samym głosem mogło je zranić. — Zostały.
Yrsa spojrzała w mrok.
Pierwszy z duchów miał sylwetkę starego wilka, którego ciało dawno rozpadło się w ziemi, lecz jego oczy wciąż błyszczały niespokojnym światłem.
— Dlaczego nie idziecie? — zapytała łagodnie. — Las was woła. Ród czeka.
Odpowiedział jej jęk. Nie z bólu, lecz z żalu.
Wtedy zrozumiała - one boją się odejść.
Bo nie wiedzą, kim są. Bo nie pamiętają.
Xiv zrobiło krok naprzód.
Nie bało się duchów - było z nimi spokrewnione.
Ziemia przy jego łapach pociemniała, jakby otworzyło się w niej echo dawnej śmierci.
— Wróćcie — wyszeptało.
Nie ma już waszych ciał, nie ma waszych trosk.
Nie ma gniewu, nie ma winy.
Tylko rzeka, która płynie dalej.
Ale duchy nie słuchały.
Ich postacie migotały coraz gwałtowniej, a z ich pysków wyciekał cień wspomnień - bitwy, głód, zimno, rozpaczliwe walki o przetrwanie.
To były dusze tych, którzy umierali sami.
Bez pożegnania. Bez głosu watahy.
Zatrzymane w chwili lęku, jak w bursztynie.
Yrsa zrobiła coś, czego nigdy wcześniej nie potrafiła.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by jej wspomnienia zaczęły mówić.
Wspomnienia śniegu, głodu, utraconych.
Była jak naczynie, w którym przeszłość miesza się z teraźniejszością.
Jej głos zabrzmiał w nocy miękko, głęboko, jak stary pieśniarz śpiewający o domu:
Bez was to skóra i kości, bez kolebki i tożsamości…
Ale już czas, byście odpoczęli.
Nie ma winy. Nie ma głodu.
Las was pamięta.
Głos rozlał się po polanie jak miód po dłoni.
Cienie przystanęły.
Niektóre zaczęły się rozjaśniać, jakby wreszcie zrozumiały.
Jedna z wader podeszła bliżej - jej sylwetka była niemal przezroczysta, ale w oczach błyszczało coś jak wdzięczność.
Dotknęła pyska Yrsy.
Nie czuła jej. Ale zrozumiała.
A potem rozpadła się w świetle.
Nie zniknęła. Wróciła do ziemi.
Xiv patrzyło w milczeniu, jego żółte oczy drżały w blasku księżyca.
Czuło, że i ono powinno coś zrobić.
Położyło łapę na ziemi i wyszeptało:
— Każda śmierć jest tylko snem. A każdy sen bramą. Idźcie. Las was woła.
I wtedy wszystko się zmieniło.
Powietrze nabrało blasku.
Cienie zaczęły znikać, nie w mroku, ale w świetle - jak mgła wchłaniana przez wschodzący świt.
Każdy duch odchodził spokojniej niż poprzedni.
Każdy szept brzmiał jak „dziękuję”.
Zostały tylko dwa wilki - śmierć i zima.
Stali jeszcze chwilę, słuchając, jak ziemia oddycha.
Jak las wraca do życia po długim bezdechu.
Jak wszystko znów jest na swoim miejscu.
Yrsa podniosła łeb ku księżycowi.
Jej głos był spokojny, miękki jak wiatr:
Bo to żyto już przeżyto. Już tu byli. Odpuścili.
Nam przodkowie odpowiedzieli…
Bo już wiedzą.
A Xiv dodało cicho, jak echo w półśnie:
Niech nas wiedzą.
Mgła rozstąpiła się, a wschodzący świt przyniósł zapach wilgotnej ziemi.
Nie był to mrok, nie były to koszmary, które wgryzały się w jej myśli jak lodowate kły wspomnień. To było coś innego. Coś dziwnie cichego. Coś… białego.
Podłoże pod jej łapami nie skrzypiało, nie dawało oporu. Nie czuła zimna, a jednak nie było też ciepła. Patrzyła przed siebie i widziała tylko nieskończoność. Biel. Mleczną, bezkształtną, wszechobecną.
I czaszki.
Nie wiedziała, skąd tam były, ani czemu ich nie czuła wcześniej. Leżały porozrzucane w pozornej przypadkowości - jedne ledwie widoczne w oddali, inne niemal pod jej łapami. Niektóre małe jak łapy nowo narodzonego wilczka, inne tak wielkie, że mogłyby należeć do pradawnych bestii.
Yrsa zamarła. Oddech zaciął się w gardle, jakby świat - ten dziwny, czwarty wymiar - na chwilę również wstrzymał tchnienie.
— Xiv…? — wyszeptała, choć jej głos zabrzmiał jak echo we wnętrzu pustej muszli.
Nie było odpowiedzi. Przynajmniej nie tej, której się spodziewała.
Nieopodal coś poruszyło się. Nie szelest. Nie krok. Raczej wrażenie, że przestrzeń się zgięła. Jakby coś przesunęło się w tym dziwnym, białym świecie, ale nie zostawiło za sobą śladu. Nie miała pewności, czy to Xiv… czy coś zupełnie innego.
Nagle poczuła ciężar na piersi. Nie fizyczny, a wspomnieniowy. Obrazy zaczęły przewijać się przed jej oczami - obrazy nie ze snu, ale z pamięci. Lśniące oczy matki. Ostatni oddech ojca. Mokre ciała rodzeństwa, które nie przetrwały zimy. Głos Wiatru. Smak śniegu.
Zacisnęła oczy. Ale wspomnienia nie zniknęły.
— Nie teraz — warknęła, niemal błagalnie. — Nie chcę widzieć. Nie chcę czuć.
Ale biel nie była litościwa.
I wtedy jeno zobaczyła.
Xiv. A raczej coś, co przypominało Xiva. Cień wśród bieli. Sylwetka z atramentu. Krocząca powoli, jakby przez wodę, a jednak bezszelestnie. Głowa pochylona, ogon nisko, uszy wyraźnie poruszone. Yrsa poczuła skurcz w sercu. Nie ze strachu. Z rozpoznania. Jakby zobaczyła echo.
— To sen — szepnęła sama do siebie. — To tylko sen.
Ale nie była już tego taka pewna.
Kraina śnieżnej ciszy nie miała wyjścia. Nie miała wejścia. Była jak odbicie duszy w pustym jeziorze. Odbicie, które nie zawsze pokazuje prawdę, ale zawsze coś ujawnia.
Widziało zamknięte oczy, więc nic nie powiedziało. Yrsa teraz odpoczywała, jej pytanie rozpłynęło się w powietrzu, nie oczekując odpowiedzi. W głowie Xiva zaś ta odpowiedź zakwitła, pytanie zmusiło no do rozmyślań, które zazwyczaj nie zaprzątały jeno głowy. Tak, nie bało się. Nie bało się śmierci, ale to tylko dlatego, że wiedziało, co czeka po jej drugiej stronie. Znało kilkanaście różnych możliwości, każda prawidłowa i tak samo prawdziwa jak pozostałe. Tak to już było, kiedy było się wilkiem urodzonym w zaświatach. Tak żywych jak obecny świat, a jednak zupełnie innych. Ale inności nie trzeba się bać.
Yrsa bała się zimy. Dla Xiva wydawało się to niedorzeczne, było wilkiem polarnego pochodzenia, tak jak ona i zawsze kochało zimę. Wydawała nu się piękna, eteryczna. Boska. Przypominała sen świata, a sny są zazwyczaj piękne. Mogą być też koszmarami, owszem, ale atramentowe wilczę rzadko je miewało. Raczej kojarzyło sny pozytywnie.
A mówiąc o śnieniu. Choć ratownicze bardzo nie chciało, powoli czuło, jak jeno powieki stopniowo opadają. Leżenie zaraz obok jeno śmiertelnej bogini, w wykopanej przez nieno norze, ciepłej i bezpiecznej powodowało, że atakowała no senność. Nie chciało się jej poddawać, to nie było odpowiednie miejsce na drzemkę. Ale co zrobić, kiedy jest się bardzo słabym?
Można tylko iść spać.
》* 。• ˚ ˚˛ * 。° 。 •˚《
Nie wiedziało, kiedy dokładnie zasnęło, ale poczuło za to, jak jeno umysł opuszcza fizyczne ciało, by po raz kolejny zwiedzać obce światy. Jakby świadomość, ale tylko świadomość, spadała w górę, zamiast w dół, przyciągana przez grawitację czegoś, co wcale nie istnieje. Nigdy nie było to zbyt przyjemne uczucie, jednak teraz, w miarę upływu czasu i po niejednej takiej przygodzie, zdawało się być coraz gorsze. Bolało, kuło, szarpało na siłę. Zdarzył się raz, kiedy Xiv miało problem z wróceniem do swojego fizycznego ciała. Oby ta wyprawa taka nie była.
Trafiło do miejsca białego jak piana morskich fal uderzająca o brzeg. Otoczenie nie było pokryte śniegiem, po prostu wszystko, jak leci, miało biały kolor. Podłoże, skałopodobne twory, czaszki...
Cisza była niczym gruby, biały koc śniegu otulający świat w półmroku polarnej nocy. Wnętrze nory wydawało się Yrsie niemal odrealnione – ciepłe w porównaniu do chłodu, jaki znała, a jednocześnie surowe, jakby wciąż niepewne, czy przyjmie ją na stałe. Pachniało wilgotną ziemią, lasem i Xivem – delikatnie, nie narzucająco, ale na tyle wyraźnie, że czuła jego obecność, nawet gdy nie patrzyła w jego stronę.
Ściany były nierówne, wykopane wprawnie, choć bez przesadnej precyzji – jakby tworzył je ktoś, kto bardziej kierował się troską niż doświadczeniem. Ziemia nosiła jeszcze ślady świeżości, a w powietrzu unosił się lekki aromat korzeni i żywicy z pobliskich sosen. Trawy rozłożone na ziemi były miękkie, lekko pachnące ziołami – zapewne wyjęte z zapasów Xiva. Na jednym z nich odbijało się słabe światło dnia, które wpadało przez wąski otwór wejścia, malując na ścianie drżące cienie.
Yrsa przymknęła powieki, wsłuchując się w rytm własnego oddechu. Przez chwilę mogła udawać, że świat się zatrzymał, że nie ma przeszłości, że nie ma nic poza cichym, spokojnym teraz. Ale nie umiała długo trwać w tym złudzeniu. Myśli wracały, pulsowały pod czaszką jak echo kroków na zamarzniętym jeziorze.
Wilk śmierci.
Tak by o nim powiedzieli. O tym, który kroczy w ciemnościach. A jednak Xiv zrobiło dla niej norę. Schronienie. Miejsce, które miało chronić przed chłodem, zmęczeniem, przed nocą. Wilk śmierci budujący norę dla wilka zimy. Dwa stworzenia, których obecność kojarzyła się z końcem, z zatrzymaniem oddechu świata – a jednak teraz jedno z nich czekało, a drugie znalazło schronienie.
Zamrugała i uniosła łeb, spoglądając na sylwetkę Xiva siedzącego tuż przy wejściu. Nie odchodziło. Nie narzucało się. Po prostu tam było. Jego kontury rozmywały się lekko w półmroku, jakby nie należało całkiem do tego świata, jakby zawieszone było gdzieś między snem a jawą, między rzeczywistością a tym, co tylko przeczuwalne.
Czy nie tak właśnie wyglądała lojalność? Nie w słowach, nie w pustych zapewnieniach, ale w samej obecności – cichej, niewymuszonej?
Przesunęła łapą po ziemi, wsłuchując się w odgłos pazurów drapiących o grunt. Odgłos ten był głuchy, przytłumiony miękkością ziemi – jakby sama nora słuchała jej gestów, przyswajała je, akceptowała.
— Xiv. — Jej głos nie był rozkazem ani prośbą, raczej konstatacją, czymś pomiędzy myślą a faktem.
Wilczę uniosło łeb, jego uszy poruszyły się lekko, ale nie powiedziało nic. Czekało.
— Nie musisz tam siedzieć. Możesz wejść.
Czy to była oferta? Sugestia? Może coś więcej? Sama nie była pewna, skąd się to w niej wzięło. Nie była typem, który zapraszał do swojego świata kogokolwiek, a jednak Xiv... cóż, Xiv nie było kimkolwiek.
Obróciła łeb w jego stronę. — Nie gryzę — dodała, a na jej pysku pojawił się cień uśmiechu.
Odpowiedź Xiva była cicha, niemal niewidoczna – ledwie dostrzegalny ruch łapy, powolne uniesienie sylwetki, jakby samo nie wierzyło, że otrzymało zaproszenie. Yrsa nie patrzyła już w jego stronę. Spojrzenie wbiła w przeciwległą ścianę nory.
Wilk śmierci i wilk zimy.
Dwoje istot, które niosły w sobie koniec – choć w różny sposób. Xiv, z tą dziwną, niepojętą aurą, która owijała się wokół niego niczym mgła o zmierzchu. Niosło w sobie śmierć nie jako zniszczenie, ale jako przemianę – łagodną, konieczną, cichą jak westchnienie. Nie było w tym nic brutalnego.
Było... łaskawe. Przejmujące. Jak pierwszy mróz po gorącym lecie – nieuniknione, a mimo to piękne w swojej ciszy.
A ona?
Yrsa była zimą.
Zimna nie dlatego, że tak wybrała – ale dlatego, że nic innego jej nie zostało. Tak, jak śnieg przykrywał ziemię i zamykał wszystko w bezruchu, tak ona od lat okrywała swoje serce ciszą. Zamarzła – powoli, warstwa po warstwie, gdy kolejne głosy przestawały odpowiadać, gdy kolejne futra znikały z jej życia, zostawiając po sobie tylko ślady, które zasypał czas.
I teraz… te dwa żywioły spotkały się tutaj. Śmierć, która nie zabiera, i zima, która nie zapomina. Może dlatego ta cisza między nimi nie bolała. Była znajoma. Była zrozumieniem.
Xiv wszedł do środka z taką ostrożnością, jakby nie chciał zakłócić spokoju tego miejsca. Yrsa wyczuła, jak jego obecność zmienia temperaturę przestrzeni – nie dosłownie, nie fizycznie, ale jakby coś w niej samej odrobinę się rozluźniło. Napięcie w łapach zelżało, a powietrze stało się mniej duszne. Wreszcie poczuła, że może oddychać pełniej.
Nie spojrzała na niego od razu. Przeciągnęła się powoli, z cichym jękiem, który zdradził zmęczenie głęboko zalegające w jej kościach. Potem zsunęła się niżej, kładąc głowę na łapach, nie odwracając wzroku od ściany.
— Czy czujesz, jak ten grunt oddycha? — spytała nagle, jej głos był miękki, lekko zachrypnięty od zmęczenia. — Jakby tu, pod nami, tliło się coś więcej. Ciepło, którego się nie spodziewałam. Może to twoja obecność. Może ta nora. A może po prostu jestem zbyt zmęczona, żeby odróżnić iluzję od prawdy.
Milczała przez chwilę, słuchając swojego oddechu mieszającego się z jego. Po raz pierwszy od dawna nie czuła się zagrożona. Nawet samotność, która zwykle była jej cieniem, jakby wycofała się na bok, ustępując miejsca czemuś nowemu. Nieufności? Ostrożnej ciekawości?
A może tylko ciepłu.
— Ty… nie boisz się tego, co niesiesz, prawda? — zapytała jeszcze ciszej, bardziej do siebie niż do niego. — Ja się boję. Zimy. Siebie. Tego, że kiedyś przestanę topnieć.
Całe to zamieszanie związane z Projektem Różowego Słońca przyprawiało Xiva o ból głowy. Istniały inne eksperymenty, ludzie cały czas tworzyli nowe, a teraz się okazuje, że dorwali jeno ciotkę Skinterifiri, czy raczej jej ciało i z niej też zamierzali zrobić takie coś. Tata Paki wróciłby do żywych, gdyby się o tym dowiedział. Xiv nie mogło pozwolić, by ludzie tak zbezcześcili pamięć jeno cudownej cioci.
– Nie wiem, co kombinujecie, ale się dołączam. – Choć wilczę bardzo chciało brzmieć na pewne siebie, złamania głosu nie dało się nie słyszeć. Nie zmieniało to jednak prawdziwości stwierdzenia.
– Xiv, nie-
– Xiv, tak. Nikt cioci Skinterifiri nie będzie wykorzystywać do robienia bestii! Bez obrazy.
– Nic nie szkodzi. – Variaishika i Zuva brzmieli przerażająco identycznie, gdy mówili jednocześnie. Humanoidalny kot przejął inicjatywę w rozmowie. – Masz pełną rację w swoich słowach, młodzieńcze. Widać w tobie tą samą pasję i rozsądek, które posiadał twój ojciec.
– Znałeś moich rodziców?
Uśmiech, który pojawił się na ustach stwora, przypominał raczej bliznę niż przyjazny grymas.
– Dużo im zawdzięczam. Oni mi zresztą też, ale można uznać, że nasze uczynki się wyrównały. Dobrze wspominam czas spędzony u ich boku.
– Oczywiście – wymamrotało pod nosem wilczę, nie do końca przekonane do pozytywnych wspomnień Zuvy. Pamiętało coś z opowieści rodziców, jak wspominali o wielkim, przypominającym człowieka kocie, ale nigdy te historie się nie rozwinęły i w oczach Xiva świadczyło to, że wydarzyło się coś nieprzyjemnego.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, Vari chwycił młodszego brata za kark i odciągnął na bok, na tyle daleko, by Zuva ich nie widział.
– Nie ufasz mu. – W zdaniu wypowiedzianym przez rudzielca nie było pytania, ale też na szczęście nie było pouczającego tonu, który świadczyłby o dezaprobacie ze strony starszego.
– Jasne, że nie! Nie mam powodu mu ufać, rodzice nigdy o nim nie wspominali. Co jeśli próbuje nas oszukać?
– Nie jest w stanie oszukać mnie.
– Może, ale wasza dwójka jest w stanie oszukać mnie.
Ciężką ciszę, jaka zapadła po tym oskarżeniu, można było ciąć ostrzem, a jej kawałki wciąż dusiłyby zakryte wilki. Xiv właśnie zdradziło, jakie uczucia w rzeczywistości żywi do rudego eksperymentu i choćby ruszyło niebo i przeniosło góry, nie było już w stanie cofnąć wypowiedzianych słów.
Choć Vari nigdy nie pokazywał uczuć, tym razem w jego oczach szklił się smutek. Stały się matowe, niemal szare, straciły błysk, dokładnie tak samo, jak oczy Yira, kiedy starego basiora dopadało identyczne uczucie.
– Jeśli uważasz, że nie jestem wart twojego zaufania, nasza podróż powinna zakończyć się tutaj. Mam z Zuvą sprawę do załatwienia i napad nie będzie bezpieczny, szczególnie jeśli nie możemy sobie zaufać. Porozmawiamy w domu. – Wilk wziął głęboki wdech. – Nie mam ci tego za złe, Xiv. Ale nie chcę ryzykować twojego życia. Rodzice by mnie zatłukli.
Z tymi słowami rudzielec odszedł, zostawiając wilczę w samotności. Xiv kopnęło w przypływie gniewu Hukowi winną gałązkę, po czym skierowało się ku rodzinnym terenom.
Wilczę siedziało na zewnątrz nory, kawałek od wejścia, czekając spokojnie na Yrsę. Wykorzystało ten czas na rozmyślaniem nad odpowiedzią dotyczącą kwiatów.
Plamy krwi kwitnące na kamieniach i odporna na zimno roślinność. Przypominało to coś Xivowi, coś znajomego, co kiedyś słyszało. Opowieści o roślinach wytrzymalszych niż wilki, niż ogólnie zwierzęta. Drzewa trzymające się korzeniami skał w miejscach, gdzie nie ma wody, zielone mimo panującego mrozu doliny.
Innymi słowy, opowieści z rodzinnych terenów Yira.
Xivo wiedziało, że jeno ojciec pochodzi z terenów bardzo północnych od Watahy Srebrnego Chabra, a tutaj trafił tylko dzięki mrocznej magii. Inaczej nigdy nie spotkaliby się z Paketenshiką i Yir nigdy nie dołączyłby do WSC. Ojciec wspominał nawet czasem nazwę tamtych terenów. Alaska? Syberia? Co prawda były to nazwy nadane przez ludzi, ale stary, atramentowy wilk zdawał się uśmiechać, wypowiadając te słowa.
Yrsa musiała pochodzić z identycznych terenów. Zimnych, nieprzyjaznych, ale wciąż utrzymujących jakimś cudem życie.
W sumie ciekawe zrządzenie losu. Wilk o przeważającej ilości genów podbiegunowych spotyka waderę pochodzącą właśnie z takich terenów. Najpierw spotkali się we śnie, potem na żywo, a teraz Xivo siedziało przed norą przygotowaną specjalnie dla tej gwiazdy północnej, czekając na znak, czy ma sobie iść, czy wciąż ma robić za towarzystwo. Nie przeszkadzało nu to, absolutnie, ale martwiło się, że jeno obecność zaraz stanie się męcząca dla wadery. Najgorzej będzie, jak Yrsa nic takiego nie powie, a będzie tak się czuła. Na szczęście wydawała się dość bezpośrednia w swoich prośbach i potrafiła wyrazić swoją opinię.
Ogon wilcza zaczął nagle machać na boki, pozornie bez powodu, choć Xivo dobrze znało źródło tego zachowania. Yrsa pochwaliła norę od atramentowego, a pochwała wydawała się bardzo szczera. To właśnie w takich sytuacjach w wilku budzi się szczenię i zaczyna głupio się cieszyć. A może była to wina zauroczenia, jakie wciąż trzymało serce Xiva w niewoli i prawdopodobnie wcale nie zamierzało puścić.
Gdyby Yrsa zgodziła się wziąć no za partnera, musieliby albo rozkopać obecną norę wadery, albo przeprowadzić się do nory Xiva, która w sumie i tak musi być rozkopana…
Cholera, Xiv! O czym ty, do licha, myślisz? Ledwo poznałoś waderę, a już byś się chciało z nią wprowadzać. Wstydziłobyś się, naprawdę.
Szybkie uderzenie łapą w policzek ocudziło zbereźne myśli wilcza i mogło skupić się na czekaniu na jakieś wieści. Miało nadzieję, że Yrsa cały czas miała zamknięte oczy i nie widziała tego nagłego i z perspektywy trzeciej osoby bezpodstawnego plaskacza, bo zaraz będzie twierdzić, że Xiv to jednak jakieś takie dziwne wilcze i niech to trzymają od niej z daleka. W sumie może wilk śmierci zasługiwał na takie traktowanie. Może nie powinien się wychylać przed szereg, z pewnością znajdzie się masa normalniejszych basiorów zainteresowanych piękną Yrsą. Może popełnia błąd, myśląc, że gwiazda północy mogłaby się nim w jakikolwiek sposób zainteresować. Może…
Słowa Xiva pobrzmiewały w jej głowie niczym echo odbijające się od lodowych ścian wspomnień. Nietypowe kwiaty. Głupie, pozornie niewinne pytanie, ale pod jego powierzchnią czaiło się coś więcej. Coś, co kazało jej zwolnić kroku, coś, co na chwilę sprawiło, że zapomniała o bólu w łapach, o zmęczeniu, o ciężarze przeszłości, który zwykle przyginał ją do ziemi.
Cisza między nimi nie była niezręczna. Była znajoma, jak delikatny dotyk wiatru, jak dźwięk trzaskającego lodu gdzieś w oddali. Yrsa podniosła wzrok na Xiva, przyglądając się jeno postawie, jeno oczom wpatrzonym w niebo, jakby szukało tam odpowiedzi na pytania, które nawet nie zostały jeszcze zadane. Zawsze takie było? Zatopione w myślach, błądzące pomiędzy światami? Być może.
Odetchnęła głęboko. Powietrze było ciężkie, przesiąknięte zapachem wilgotnej ziemi i zimy, która czaiła się na horyzoncie. Gdzieś w oddali zaszeleściły krzewy, ale nie przejęła się tym szczególnie. Nie teraz.
— Widziałam kwiaty, które rosły na skałach, gdzie żaden nie powinien przetrwać. — Jej głos był spokojny, choć miała wrażenie, że każde słowo wydobywa z jej gardła coś więcej niż dźwięk. — Były jak plamy krwi na kamieniu, ostre, wyraziste. Widziałam też takie, które nie miały prawa kwitnąć w zimnie, ale mimo to piły słońce i walczyły, choć nikt nie wiedział, po co.
Spojrzała na Xiva, zastanawiając się, co zrobi z tą odpowiedzią. Może uzna, że to tylko dziwna metafora. A może zrozumie.
— Czasem myślę, że niektóre rzeczy istnieją tylko po to, by udowodnić, że wciąż można przetrwać. Nawet tam, gdzie nie powinno się dać.
Droga ciągnęła się jeszcze przez chwilę, aż w końcu Xiv zwolniło kroku i wskazało pyskkiem w stronę niewielkiego zagłębienia. Norę.
Yrsa zatrzymała się, spoglądając na dzieło Xiva. Wejście było nieco niższe, na tyle, by zapewnić osłonę przed wiatrem, ale wystarczająco szerokie, by mogła się tam swobodnie wczołgać. Wilgotna ziemia wokół nosiła ślady pracy – świeżo rozkopana, miejscami ubita łapami, jakby Xiv kilkukrotnie sprawdzało, czy dno jest odpowiednio miękkie. Wnętrze było głębsze, niż się spodziewała. Wystarczające, by schronić się przed chłodem i drapieżnikami.
Xiv spojrzało na nią, jakby oczekiwało reakcji.
Yrsa podeszła bliżej, wsunęła łeb do środka i powoli wpełzła do wnętrza. Pachniało wilgotną ziemią, ale była też nuta lasu, szeleszczących liści, a nawet samego Xiva. Ciepły zapach innego wilka – znajomy, uspokajający. Może nie przypominało to domowej nory, ale było... dobre.
Położyła się ostrożnie, testując miękkość podłoża. Było chłodne, ale suchsze, niż się spodziewała.
— To dobra nora — powiedziała cicho, zamykając na moment oczy.
W ciemności nory, otoczona zapachem lasu i wilka, który postanowił jej nie zostawiać, przez chwilę czuła, że nie jest sama.
Xiv chciało coś odpowiedzieć. Że my też nie wybieramy. Że cierpienie ciągnie się za nami niczym przyczepiona pijawka, wiecznie głodna, wiecznie żądająca pożywienia. Możemy sobie wmawiać, że decydujemy, kogo kochamy, za czym tęsknimy, ale gdy zapada słońce, gdy najmroczniejsze tajemnice wypełzają na powierzchnię, prawda pozostaje taka sama – jesteśmy żywi, więc kochamy. Kochamy, więc cierpimy. W taki sposób powstaje sztuka. W taki sposób powstaje serce. Cierpienia nie da się wybrać, ono jest częścią nas i nie możemy go porzucić. Różnica między nami a ziemią jest taka, że ziemia nie krwawi. Zazwyczaj.
Żadne z tych przemyśleń nie opuściło ust wilczęcia.
Kiwnęło głową, nadrabiając niewielki dystans, jaki zdążył no podzielić z Yrsą. Przez krótką chwilę w jeno umyśle tkwiło świeże wspomnienie grymasu na pysku wadery, który przypominał szczery uśmiech. Nawet ten grymas był ładny, jeśli pojawiał się akurat u niej, ale na obecną chwilę Xiv postanowiło zapomnieć o swoim szczenięcym zauroczeniu i skupić się na spacerze.
Szło obok Yrsy, gotowe złapać ją, gdyby jej nagły przypływ energii okazał się niewystarczający. Miało nadzieję, że tak się nie stanie, ale lepiej czasem dmuchać na zimne.
Na co cierpieć mogła Yrsa? Czy mówiła o obrażeniach, jakie odniosła podczas podróży? Raczej nie, ciężar, jaki w sobie nosiła, był o wiele gorszy niż zmęczone kości i wycieńczone mięśnie. Nie chciała nawet o nim mówić, a Xivo nie zamierzało naciskać. Takie sprawy często najlepiej zostawić przemilczane.
Teraz wilczę właściwie nie mówiło nic. Gdyby ktoś trzeci na nich spojrzał, mógłby pokusić się o stwierdzenie, że atramentowy ledwo zwracał uwagę na swoją towarzyszkę. Może od czasu do czasu łypał na nią okiem, by sprawdzić jej samopoczucie, ale poza tym zdawał się ją ignorować. Nikt tylko nie potrafił powiedzieć, o czym ratownik myślał.
Zresztą, ono samo tego nie mógł o sobie powiedzieć. Jeno myśli wirowały w różnych stronach światów, kręciły się niespokojnie, dotykając różnych, czasem nieprzyjemnych tematów. Wilkowi przypominała się rodzina, podróże, ale też nieuzupełniona apteczka w domowej norze, którą wciąż zapominał zapełnić. W jednym momencie myślał o tym, jak zapewni Yrsie bezpieczeństwo, a zaraz po tym wspominał zapach srebrnych chabrów, za którym och tak bardzo tęsknił. Może było zbyt rozkojarzony, żeby rozmawiać.
A może odzywało się jeno ADHD i zamiast skupiać się na jednej rzeczy, wciąż znajdowało inne do zajęcia jeno myśli.
Nagle do głowy przyszło nu pytanie, głupie i banalne, ale być może akurat na rozluźnienie atmosfery. Albo chociaż żeby rozkojarzyć Yrsę, by przestała skupiać się na negatywach.
– Czy widziałaś w swojej podróży jakieś nietypowe kwiaty?
Zaskoczone oczy spojrzały na nieno, a ono poczuło silną potrzebę się wytłumaczyć ze swojego toku myślenia.
– Wiesz, tak jak masz rude lub szare wiewiórki, ale czasem trafiają się albinosy. Tak jak masz normalnie niebieskie chabry, ale tu, na naszych terenach, kwitną srebrne, nawet jeśli ich jeszcze nie widziałaś. Albo tak, jak koniczyny zazwyczaj mają trzy liście, ale, gdy masz szczęście, trafi się czterolistna. – Żółte ślepia powędrowały z jakiegoś powodu ku niebu, ponuremu i coraz ciemniejszemu. – Jedna z moich sióstr lubi kwiaty, dlatego pytam.
Xivo nie oczekiwało odpowiedzi, równie dobrze mogło zapełnić ciszę jakimś bezsensownym monologiem. Mogłoby samodzielnie opowiadać o roślinach i kwiatach, gdyby Yrsa na to pozwoliła. Może nie miało rozległej wiedzy, ale była ona i tak dość szeroka jak na ratownika, więc jakiś temat z pewnością by się znalazł. Yrsa musiała tylko wyrazić jakieś zainteresowanie.
Yrsa uniosła lekko głowę, łapiąc ostatnie słowa Xiva, które na moment wydawały się zawieszone w chłodnym, suchym powietrzu.
"Miejsca też mają swoje ciężary, wiedzą, jak to jest cierpieć."
Zdanie odbiło się echem w jej umyśle, zderzając się z własnymi myślami i wspomnieniami, które próbowała zakopać głęboko pod warstwami śniegu, jak stary trop wilka. Zamrugała powoli, jej kryształowe, lśniące oczy wpatrzone były w horyzont, gdzie fale piasku zdawały się falować w rytm cichnącego wiatru.
"Ciężary miejsc..." — pomyślała. Czy to było możliwe, że ziemia, ta sama, która unosiła i pochłaniała ich kroki, mogła naprawdę znać ciężar cierpienia? Czy każda drobina piasku niosła w sobie ślady dusz tych, którzy tu byli wcześniej, ich radości, smutków, porażek?
Yrsa milczała przez dłuższą chwilę. Myśli, jak wilki wędrujące po śnieżnym lesie, błądziły w różne strony. Słowa Xiva wywołały w niej coś, co trudno było zdefiniować — mieszaninę refleksji, melancholii i... gniewu? Nie na Xiva, ale na siebie, na wspomnienia, które wypływały na powierzchnię, choć starała się je przytrzymać pod lodem.
Przymknęła oczy, pozwalając wiatrowi smagać swoją sierść, jakby próbował ją obudzić z tej chwilowej zadumy. Jej serce biło powoli, miarowo, ale gdzieś głęboko czuła, jak coś w niej wibruje, jak nuta niewyśpiewanej pieśni, której melodia została zapomniana.
—Ciężary, Xiv... każdy z nas je dźwiga. Ziemia może i cierpi, ale ona nie wybiera. My możemy, a mimo to ciągle wybieramy ból.
Jej głos był cichy, szorstki, jakby zimowy wiatr przeciągał się po powierzchni lodu.
Zrobiła krok do przodu, czując pod łapami suchy, skrzypiący piasek. Był inny niż miękki, biały puch, który pamiętała z rodzinnych stron, a jednak w jakiś sposób równie znajomy. Piasek i śnieg — dwa żywioły, które wydawały się tak różne, a jednak łączyła je pustka, otwartość, gotowość do pochłonięcia każdego kroku, każdej historii.
— Nie wiem, czy kiedykolwiek będę gotowa iść dalej. — przyznała w końcu, unosząc wzrok na Xiva. — Ale idziemy, prawda? Nie dlatego, że chcemy. Dlatego, że musimy. Może to właśnie jest ten ciężar, o którym mówiłeś.
Na chwilę jej spojrzenie złagodniało, choć w jej oczach nadal czaił się cień. Westchnęła, pozwalając, by wiatr rozwiał jej myśli, przynajmniej na moment.
Patrzyła na Xiva, na jego delikatną, czarną kępkę sierści, która falowała pod wpływem wiatru. Było w tym coś niemal komicznego, coś tak prostego i przyziemnego, co kontrastowało z ciężarem rozmowy.
— Dziwny jesteś, wiesz? Ale w dobry sposób.
Na jej pysku pojawił się cień uśmiechu, nieco zmęczony, ale szczery.
Otoczenie wydawało się nagle cichsze, jakby cały świat wstrzymał oddech. Piasek szeleścił delikatnie pod ich łapami, a niebo, pomalowane odcieniami fioletu i bladego różu, zwiastowało rychły zmierzch. Na horyzoncie wiatr unosił drobiny piasku w wirujące kształty, które wyglądały niemal jak tańczące duchy.
Yrsa przymknęła na moment oczy, a gdy je otworzyła, jej spojrzenie było zdecydowane.
— Chodźmy. Może ten wiatr pokaże nam drogę.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na horyzont, jakby szukając tam odpowiedzi na pytania, które jeszcze nie zdążyły paść. Następnie ruszyła powoli, choć jej kroki były pewniejsze, jakby ta rozmowa, choć trudna, pozwoliła jej zostawić za sobą kawałek ciężaru.
Variemu brakowało pewności, co ma zrobić. Dla niego wydawało się logicznym, że pójdzie powstrzymać ludzi, ale zaczynał powątpiewać, czy ryzykowanie życia Xiva było dobrym pomysłem. Xiv w niczym nie zawiniło, żeby mieszać się w ludzkie sprawy. To był osobisty wątek rudzielca.
Przez myśl przemknęło wilkowi, by zostawić brata w tyle i pójść samemu do tego domniemanego laboratorium. Mógł wtedy rozprawić się z problemem, tylko że Xiv prawdopodobnie obraziłoby się na niego, albo co gorsza postanowiłoby za nim podążyć bez jego wiedzy i w ten sposób narazić się na ludzki atak.
Zdążyło minąć kilka bezowocnych dni, zanim Variaishika zadecydował, co chce robić. Jego decyzja była wręcz samolubna, można by rzec, a podejście do tego planu nie mogło skończyć się niczym dobrym, ale nie zamierzał odpuszczać gatunkowi ludzkiemu. Podzielił się swoją decyzją z rodzeństwem.
– Jesteś pewien, że tam tylko zajrzymy? – Xivo nie było przekonane, i słusznie, bo w głębi duszy Vari pragnął zrobić coś więcej.
– Ty tak. Ja nic nie obiecuję. Mam na pięcie z ludźmi i się tego nie wstydzę.
– Bo cię stworzyli?
Vari zacisnął usta. W jego kolorowych oczach zabłysła groźna iskierka, która zmusiła Xiva do odsunięcia się na krok.
– Nie tylko mnie. Rosea Sol Consilium to olbrzymi projekt, który ma na celu stworzyć śmiertelnie niebezpieczną żywą broń. – W umyśle rudzielca przemykały wszystkie obrazy i myśli ludzi, którzy brali udział w jego powstaniu. – Chcą, by była żywa, bo żywa tkanka się sama regeneruje. Martwa broń tego nie robi. – Jego wzrok zaczął krążyć po otoczeniu, po ziemi, po drzewach, po niebie. – Wiem, że nie jestem jedynym RSC. Nazywają nas Różowymi Słońcami ze względu na potęgę, jaką w sobie nosimy. Każde nowe udane RSC powoduje, że pragną więcej, choć nie zauważyli, że każde udane RSC od nich ucieka. Uciekłem ja, uciekł Zuva, jest nas jeszcze kilku. – Xiv słuchało tego wszystkiego z uwagą do nieno niepodobną. – Póki co każdy z nas podszedł do życia pokojowo, ale jeśli pojawi się ten jeden eksperyment, który postanowi sprawić światu taki sam ból, jaki czuł on…
– Wtedy nie ma dla was ratunku – dokończył głos z tyłu. Nie był on ani męski, ani żeński, bardziej coś pomiędzy, a jednocześnie zupełnie spoza gamy głosów. Był taki sam, jak głos Variego, przez co Xiv subtelnie schowało się za starszym bratem. Nawet dobrze, bo Vari wiedział, z czym mieli do czynienia.
Z innym Projektem Różowego Słońca.
– Szczerze mówiąc, myślałem, że gdy zniszczę laboratorium, w którym mnie stworzyli, to zrezygnują z Rosea Sol Consilium. – Z cienia wyłonił się humanoidalny, różowy, łysy kot, prawdopodobnie najbliższy celowi RSC. Czteroogoniasty basior go poznał, był to Zuva, jeden z pierwowzorów i jedyny udany. – Nie spodziewałem się, że zaczną tworzyć więcej.
– Myślę, że nikt się nie spodziewał.
Dwójka eksperymentów patrzyła na siebie, jakby byli starymi znajomymi, ale nie widzieli się tyle lat, że nie wiedzieli, jak się przywitać. Gdzieś z tyłu zostało Xivo, bardzo niechętne do udzielenia się w rozmowie.
– Wiesz, ile nas w sumie jest, prawda, Zuvo? – Variaishika wcale nie bał się wielkiego stwora, ale dla zachowania pozorów schował młodszego braciszka za ogonami. Kot zastanowił się przez chwilę.
– Dwunastu minus jeden. Jeden z RSC śpi pod głazami, które sam na siebie położył. Raczej nie obudzi się prędko, od początku miał charakter sennego melancholika.
– Chwila. – Xiv w końcu opuściło swoje schronienie. – Vari nie jest przypadkiem RSC-091? To nie powinno być was co najmniej 91? Czy to jakieś inne liczenie?
Westchnienie Zuvy szybko zmusiło no do powrotu do sztucznego azylu. Vari na chwilę nawiedził jeno umysł, by usłyszeć ostre “po cholerę się, Xiv, odzywałoś”.
– W momencie powstania Variaishiki, ludzie podeszli do 91 projektów w sumie. Z tej grupy 79 umarło albo zostało zabite. Na obecną chwilę projektów jest więcej, myślę, że numeracja minęła już 110, ale albo zdążyli umrzeć, albo minął jeszcze za krótki czas, by decydować o ich losie.
– A przyszedłeś do tego nowego projektu, bo…? – Choć Variego cieszyła obecność sojusznika, nie chciał mieszać się w coś, co stanowiło aż zbytnie zagrożenie dla Xiva.
– Ma związek z moją przyjaciółką, Skinterifiri. Ludzie porwali jej ciało dawno temu i w końcu udało mi się namierzyć laboratorium, w którym przetrzymują jej DNA. Muszę pozbyć się tego miejsca w jej imieniu.
– Ciocię też dorwali… – wyszeptało Xivo. Dla Variego te słowa nie były dobrym znakiem, bo jeśli ta Skinterifiri jest związana z ich rodziną, wilczę właśnie zostało wkręcone w cały problem z Projektem Różowego Słońca.
Odpowiedź Xiva nie pojawiła się od razu. Słowa wadery odbijały się miękkim echem po jeno umyśle, tym razem nie ze względu na przyjemny dla ucha głos, a ze względu na ich znaczenie.
Jaki ciężar możemy mieć w sobie? Ciężar przeszłości, ciężar naszych mocy i obowiązku z nimi związanego. Ciężar sekretów, jakie tkwią w naszych sercach. Z pewnością żadne z nich nie było lekkie, jednak tym jednym pytaniem Yrsa nieświadomie doprowadziła Xiva do refleksji, których ono samo się po sobie nie spodziewało. Nie było typem myśliciela, przynajmniej nie wierzyło, że tak jest, a tu proszę.
Chyba pierwszy raz, odkąd przybyło do Watahy Srebrnego Chabra, faktycznie zastanowiło się nad tym, skąd przybyło. Jeno przeszłość wypełniona była śmiercią, ale nie tą zabierającą. Nie, w jeno oczach śmierć była dobra, przynosiła na swoich ramionach nowych przyjaciół. Czy żywe wilki mogły widzieć śmierć tak samo? Jako siłę twórczą równą życiu, jak nie od niego potężniejszą? Może powinno kiedyś się kogoś o to zapytać.
W końcu władało śmiercią, ale ponownie, tą twórczą, nie zabierającą. Jeno śmierć sprowadzała do otoczenia dusze zmarłych, którzy zostali zmuszeni do odprawienia pokuty. A jeśli moc ta wyrwie się spod kontroli…
Nie było to teraz ważne.
Xivo skupiło się ponownie na Yrsie. Nie mogło pozwolić, by myśli przejęły nad niem kontrolę, nie kiedy już udało nu się je opanować po przybyciu do świata prawdziwie żywych.
Wzięło oddech, choć miało przeczucie, że Yrsa wcale nie chciała odpowiedzi na swoje pytanie.
– Miejsca przyjmą cię zawsze, jak ziemia, w której zostaniesz położona, gdy skończy ci się nitka. Miejsca też mają swoje ciężary, wiedzą, jak to jest cierpieć.
Czy słowa te miały sens? Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie wcale nie odpowiedziały na pytanie wadery tak, jakby sobie na to życzyła, ale Xivo nie umiało określić się inaczej. To musiało wystarczyć.
Przynajmniej wiatr wydawał się zadowolony, sądząc po tym, jak zabawił się włosami ratownika. Tą malutką, czarną kępką. A potem zawiał piaskiem prosto w oczy, zupełnie tak, jak robił to Paki, kiedy był rozzłoszczony, ale próbował rozładować atmosferę, zamiast się wyżywać.
Czasem potrafiło być tęskno do rodziny, nawet jeśli się ją porzuciło z własnej, nieprzymuszonej woli, kiedy wszyscy namawiali cię, żebyś tego nie robił. Płakanie nad rozlanym mlekiem w niczym nie pomoże.
– Powiedz, kiedy będziesz gotowa iść dalej.
Xiv pozwoliło swojemu umysłowi krążyć w zmyślonych światach. Wszystko było lepsze od wspominania rodziny.
Przyjaźń ze szczenięciem była dziwna, delikatnie mówiąc. Eilert wiedział, że rublie i wilki są gatunkami mocno ze sobą współpracującymi, potrafiły nawet się ze sobą mieszać, jednak sam nigdy nie doświadczył relacji z osobnikiem psowatych. Był zbyt odizolowany od świata, wiecznie twierdząc, że jego własne towarzystwo mu w pełni wystarczyło. Oczywiście była to tylko przykrywka dla faktu, że Talerz nie potrafił utrzymać długo relacji i dodatkowo wolał być w podróży niż osadzać się w miejscu, ale skoro to wilcze dziecię tak go polubiło, to czemu miałby stąd odchodzić. Ten jeden raz postanowił pozwolić przyjaźni się rozwinąć.
Gdy spędzali kolejny dzień razem – szczeniak twierdził, że nie miał kto się nim opiekować, więc mógł spędzać całe dnie z rublią – Eilert zauważył ciekawy wisiorek na szyi młodego. Cóż, wizualnie nie był ciekawy, gdyby ptak nie nosił własnego, pewnie nawet nie zwróciłby uwagi, ale przy obecnym stanie rzeczy naszyjniki wydawały się dobrym tematem rozmowy. Mały, granatowofioletowy kryształ skrywający w sobie ledwo widoczne pioruny zawinięty był w kawałek drutu, a całe mizerne dzieło wisiało na szyi za pomocą sznurka i modłów. Eilert swoim wprawnym okiem twórcy szybko ocenił, że było to słabej jakości dzieło. Własnołapnie wykonane, ale słabej jakości, czego w sumie można było się spodziewać po szczeniaku.
– Co to za naszyjnik? – zapytał w końcu starszy, zwracając tym uwagę szczeniaka, który dotychczas skupiony był na tłumaczeniu, dlaczego króliki są smaczniejsze od zajęcy.
– To? A, sam zrobiłem.
Widzę, pomyślał do siebie Eilert, chociaż miał na tyle oleju w głowie, by nie powiedzieć tego na głos.
– A z czego jest zrobiony?
To zakłopotało młodzika, który zaczął się rozglądać na lewo i prawo. Uszy położył po sobie, ogon zawędrował między tylnymi łapami. Na ten widok rublii zrobiło się żal szczeniaka i już miał zapewniać, że młody nie musi odpowiadać, gdy żółte oczy spojrzały się prosto na niego.
– Obiecujesz, że nikomu nie powiesz?
Eilert spojrzał się dziwnie na małego przyjaciela.
– Masz moje słowo.
– Dobra. – To zaskakujące, jak mało potrzeba, żeby przekonać do siebie dzieci. – Znalazłem ten kryształ w jaskini pełnej takich kryształów reprezentujących różne żywioły. Szczerze, gdyby nie różnorodność wzorów, nie zainteresowałoby mnie to, ale to chyba niemożliwe, żeby jaskinia składała się z tylu przeróżnych kryształów, nie?
– No nie. – Rublia przytaknęła na odpowiedź głową.
– A dosłownie w momencie, gdy założyłem naszyjnik, zacząłem strzelać piorunami z łap!
W to już Eilert nie uwierzył, no bo jak to tak, nie mieć od urodzenia mocy, a potem nagle ją dostać, bo założyło się na szyję ładnie wyglądający kamień. Ptak wiedział zaś, że dzieci u większości gatunków chętniej opowiadają prawdę niż kłamstwa. Często można było dużo wyciągnąć z takich brzdąców. Wystarczyło je tylko odpowiednio poprowadzić.
– No proszę – udawał zdumienie. – Pokażesz mi, jak to działa?
– Jasne! Tylko się odsuń, bo nie chcę ci przypadkiem spalić piór.
Podążając za wskazówkami, Talerz odsunął się o kilka kroków, dając młodemu dużo miejsca do popisu.
Wilczek się skupił, wyprostował jedną łapę przed siebie, jakby na coś wskazywać, a gdy Eilertowi już wydawało się, że małemu jednak się coś przywidziało, z palców ssaka wyskoczyły malutkie pioruny. Młodzik odwrócił się do dorosłego z przysłowiowym rogalem na pysku, podczas gdy rublii już bardziej dosłownie opadła szczęka.