Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Variaishika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Variaishika. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lutego 2026

Variaishika odchodzi!

Variaishika - powód: podróż na obczyznę

czwartek, 31 lipca 2025

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.8

Atramentowe wilczę było na skraju krzyczenia, świadczył o tym jeno wściekły, ale zdradzający oznaki wysiłku wzrok. Wysiłku biorącego się od powstrzymywania ukrywanych emocji, które powinny już dawno wystrzelić. Dlaczego Xiv się powstrzymywało? Być może było zbyt zmęczone, by się wykłócać i wyzywać. Posiadanie takiego dzbana za brata prawdopodobnie było strasznie męczące.

– Powiem ci, czasem widać po tobie, że jesteś jedną z najpotężniejszych istot na Ziemi. Ale czasem to mam wrażenie, że zadaję się z rudym idiotą.

Variaishika nie miał na to odpowiedzi.

(—)

Herbata, ciepłe legowisko i gruby kocyk, wszystko to zapewnione przez wspaniałe Xivo. Vari miał tylko leżeć i się nie ruszać, a na wyjście nawet nie patrzeć. Było to do załatwienia. Było mu tak wygodnie, że miał ochotę zostać nawet po wyleczeniu się. Może Xiv się zgodzi, wszak obecnie nie było żadnych szczeniąt, którymi Vari musiał się opiekować, mógł spać gdziekolwiek.

Xiv również wyglądało na zadowolone, w końcu rudy idiota, którego musiało nazywać bratem, się ogarnął i przestał wymyślać.

Koniec

środa, 28 maja 2025

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.7

Xiv nic nie mówiło w trakcie drogi do domu. Prowadziło, jeno kroki równe i zdecydowane. W ogóle nie przypominało nieco bojaźliwego młodszego brata Variaishiki, oglądającego się za każdym dźwiękiem i podekscytowanego najmniejszym pięknem. Teraz było poważne. Dostojne wręcz. Wydawało się taki… dojrzałe. A jeszcze przedwczoraj przypominało nastolatka.

A, racja. Przecież obaj mieli sześć już lat. Byłoby dziwne, gdyby wciąż pozostali dziećmi w środku.

Chociaż do Xiva taki wygląd nie pasował. Jeno oczy były zawsze wesołe, z promykiem oglądające świat dookoła. Atramentowe ogony często kiwały się względnie bez powodu, tylko dlatego, że atmosfera była przyjemna. Szeroki i szczery uśmiech stanowił zwieńczenie młodzieńczej twarzy. Xivo zawsze wyglądało tak młodo, niczym nastolatek. Fizycznie się nie starzało. Być może bycie żywym trupem jednak miało jakieś swoje plusy.

– Naprawdę myślałem, że to coś innego niż zwykła choroba.

Vari nie wiedział, czemu to zdanie padło z jego ust. Myślał, że jak je otworzy, to skomentuje obecny sposób bycia swojego brata, a nie poruszy temat, który spowoduje kłótnię. Wilczę odwróciło się zbyt szybko, by móc cofnąć słowa.

CDN

poniedziałek, 26 maja 2025

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.6

Zmęczony umysł Variaishiki jednocześnie spodziewał się zobaczyć Xiva, jak i zupełnie go to zaskoczyło. Coś w obecności atramentowego wilcza było uspokajające, zapewniające, że nie wszystko jest takie złe, jak się Variemu wydawało. Bardzo chętnie by się przytulił, ale nie chciał no zarazić.

A z resztą, co on będzie się przytulać do żywego trupa? Był ponad nim. Był ponad wszystkimi. Był bogiem chodzącym wśród śmiertelników, nawet jeśli sam był bardzo śmiertelny.

– A co ciebie to obchodzi, co? To moje życie. Jestem dorosły, mogę robić, co mi się żywnie podoba.

Wściekła mina Xiva wydawała mu się komicznie zabawna. Jakby wilk miał założoną maskę do występu na scenie. Wyglądał głupio. Vari pewnie też tak wyglądał, chociaż nie miał zewnętrznej pary oczu, żeby na siebie spojrzeć.

– Variaishika. – Xiv wypowiadało słowa przez zęby, przez co momentalnie przestało być zabawne. – Bycie dorosłym to zdolność do podejmowania rozsądnych decyzji. Ty podjąłeś decyzję niczym pijany nastolatek z ognistym temperamentem. Wracamy do domu. T e r a z.

Rudzielec nie miał odwagi się kłócić. Pociągnął za sobą wszystkie swoje cztery ogony i grzecznie podążył za młodszym bratem.

CDN

sobota, 24 maja 2025

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.5

Nie zajęło długo, zanim zorientował się, że ktoś za nim podąża. A może właśnie potrwało to długo, w końcu minął dzień, odkąd Vari opuścił granice Watahy Srebrnego Chabra. Do tego wszystkiego kilka razy zrobiło mu się słabo, raz niemal zapomniał, dokąd szedł, przy jeszcze innej okazji zgubił kierunek. Nie “prawie”, zgubił go całkowicie, nie wiedząc, gdzie znajduje się północ i reszta kierunków. Trochę to było straszne.

Jednak nie tak straszne jak fakt, że nie zauważył, że ktoś za nim idzie. Gdzie była jego głowa? Jego wszechświadomy umysł?

Może umarł i dlatego ich nie było. Tylko jego ciało jeszcze nie zrozumiało, że już za późno na nadzieję.

Rudzielec odwrócił się w kierunku, z którego wyczuł cudzą obecność. Jego głos był o wiele słabszy, niż się spodziewał, gdy otworzył usta.

– Kto tam jest?

Miał cichą nadzieję, że nie dostanie odpowiedzi, że wilk, który go śledził, ucieknie w popłochu, ale były to tylko marne mrzonki. Spomiędzy liści wysunęła się znajoma twarz, a potem jeszcze bardziej znajome ciało.

– Delta powiedział przecież, że masz grypę. – Głos Xiva był surowy, niczym ojciec karzący swoje dziecko. – Gdzie się szwendasz?

CDN

czwartek, 22 maja 2025

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.4

Nie zabrał ze sobą nic. Po co? Było lato, jedzenia po uszy, o wodę nietrudno. Zresztą, był RSC, śmiertelne potrzeby go nie obejmowały. Był lepszy. Znacznie lepszy. Żaden śmiertelnik mu nie dorównywał.

Nawet Xiv mu nie dorównywało. Było tylko żywym trupem, nie chodzącą bronią jak Variaishika. Nosicielem zagłady z bijącym sercem. A może tego serca nie było. Może w klatce piersiowej była dziura, głęboka i pusta.

Ludzie mieli na wszystko odpowiedź.

Wędrówka została rozpoczęta wcześnie rano, jeszcze zanim słońce wyjrzało zza horyzontu. Jutrzenka wyglądała pięknie, niczym nadzieja na lepsze jutro. Jutro, które nigdy nie nadejdzie. Nie dla udanego eksperymentu, który nawet nie wiedział, co się z nim działo.

Zawsze był taki wszechwiedzący. Co się stało?

To musiała być ta choroba. Jednak nie był taki odporny jak mu się zawsze wydawało. Ciekawe, ile rzeczy o sobie jeszcze nie wiedział. Może nic o sobie nie wiedział, wszystko było tylko iluzją, a jego umysł potrzebowałcoś wymyślić, żeby nie czuć się obco.

CDN

środa, 21 maja 2025

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.3

– Masz objawy grypy – wymamrotał Delta. – Zmęczenie, drażliwość, ból gardła. Musisz to wyleżeć.

Vari na początku nie wierzył. Przecież on nigdy nie chorował, jego organizm był odporny. Ludzie o to zadbali. Nie, medyk się mylił. Coś innego się działo. Rudy był tego pewien. To było coś innego, coś złego się działo i tylko ludzie mieli odpowiedź. Nie wilczy medyk. Co on mógł wiedzieć?

Tylko ludzie znali prawdę.

Vari musiał ich odnaleźć. Nie było Pinezki ani Wayfarera, by go pokierowali, więc musiał zdać się na własną pamięć, która ostatnio zaczęła go zawodzić.

A może była to grypa?

Nie. On przecież nie choruje. Coś innego się działo. Musiał odkryć, co, bo nikt w Watasze Srebrnego Chabra nie dałby mu poprawnej odpowiedzi. Sam musiał ją znaleźć. I zrobi to. Do licha, zrobi to, chociaż miałby umrzeć.

Nie, o czym on myśli, przecież on nigdy nie umrze.

Nie jest w stanie. Nie ważne, jak bardzo by chciał.

CDN

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.2

Z początku Vari nie chciał odwiedzić medyka. Nie sądził, żeby nawet Delta był w stanie mu pomóc, jednak ciągłe naciskanie Xiva w końcu zmusiło go do zmiany zdania. Wolałby od razu ruszyć na poszukiwania dwunożnych stwórców, którzy postanowili pobawić się w bogów i przepłacili za to życiem, ale Xiv tak bardzo błagało…

Szybka wizyta i tyle. Nic więcej. Dla spokoju ducha Xiva i dla świętego spokoju Variaishiki.

Mimo to ociągał się niemiłosiernie z tą wizytą, parę razy nawet niemal wymknął się ze swojej nory, ale jakimś magicznym cudem Xiv zdążyło go znaleźć, zanim rudzielec zdołał uciec. Robiło się to nieznośne.

– Obiecałeś! – biadoliło atramentowe wilczę. – Umówiliśmy się, że pójdziesz najpierw do medyka.

– W czym może mi pomóc medyk?

– Delta jest świetnym medykiem! Na pewno będzie z miejsca wiedział, co się z tobą dzieje.

Vari przez chwilę milczał, zastanawiając się nad odpowiedzią. Musiał być uważny w swoich słowach.

Ostatecznie nic nie wymyślił. Czekała go wizyta.

CDN

poniedziałek, 19 maja 2025

Od Variaishiki – "Kiedy słońce choruje" cz.1

Letnie słońce uparcie paliło skórę, nie dając wytchnienia nawet w cieniu. Upał trwał w najlepsze, osiągając swój szczyt, a przynajmniej tak wydawało się zmęczonemu Variaishice.

O dziwo nie był zmęczony tymi upałami, ani pracą, ani czymkolwiek innym, czym powinien być zmęczony. Nie męczyły go koszmary ani ciężar istnienia, nie wisiała nad nim choroba – wszak nigdy nie chorował.

Właściwie to nie wiedział, czym jest zmęczony.

Wiedział tylko, że przez cały dzień lepiły mu się oczy, a noce przesypiał od zachodu do kilku godzin po wschodzie. Zatrważająco dużo jak na niego. Kiedyś nawet tego snu nie potrzebował i nie rozumiał, co się zmieniło.

Może jego nietypowe właściwości zaimplementowane przez szalonych naukowców zaczęły z jakiegoś powodu zanikać? Wydawało mu się to bezsensowne, DNA nie rozkładało się od tak po prostu, zmieniając swoją budowę. Nie miał prawa przemieniać się w normalnego, naturalnego wilka. Co by się wtedy stało z jego podwójnymi narządami płciowymi?

Może najwyższa pora odwiedzić ludzi.

CDN

środa, 16 kwietnia 2025

Od Variaishiki – "Kolorowe oczy"

Variaishika przyglądał się w swoim wodnym odbiciu, obracając głowę raz w jedną, raz w drugą stronę. Ktoś z zewnątrz zapewne pomyślałby, że wilk napawa się swoim widokiem niczym zakochany w sobie narcyz. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Rudzielec nie napawał się sobą, on badał swoje ciało i jego reakcje, a w szczególności te dwoje kolorowych oczu umieszczonych w czaszce.

Nie posiadały jednej barwy. Każda tęczówka mieniła się co najmniej dwoma różnymi kolorami, czasem było ich więcej, czasem miały inne odcienie. Zawsze jednak były minimalnie dwa i nigdy obie tęczówki nie wyglądały identycznie jednocześnie.

Wyjątkowo ciekawym dla Variego zjawiskiem była ich zmienność w miarę rozszerzania się i zwężania źrenicy, a przede wszystkim zależność od emocji. Gdy wilk myślał o czymś negatywnym, kolory blakły i ciemniały, zazwyczaj dodatkowo przybierając zimne odcienie. Kiedy myśli powodowały u niego coś na podobieństwo złości, tęczówki wyglądały, jakby były wypełnione toksycznymi, jaskrawymi substancjami, wołającymi wszem i wobec, że nie należy się zbliżać do właściciela.

Pozytywne emocje ukazywały się w formie barw najbardziej zbliżonych do tych naturalnie występujących w otoczeniu. W jednym momencie lewe oko przypominało plażę słonecznego dnia, a drugie las po deszczu. Widoki, które Variaishice kojarzyły się bardzo pozytywnie.

Wilk nie spodziewał się natomiast tego, co ujrzał, gdy pomyślał o swoich rodzicach. Kolory nie były w żaden sposób związane z emocjami. Paketenshika powodował, że jedna tęczówka stawała się pomarańczowa z niemal piaskowymi detalami, a druga była całkowicie żółta. Ten jeden, jedyny raz, posiadała tylko jedną barwę.

W przypadku Yira było jeszcze ciekawiej. Ta sama tęczówka, która pozostała w dwóch kolorach, teraz stała się pomieszaniem atramentu, błękitu i czerni. Żółta barwa drugiego oka zanikła, zastąpiona przez wciąż zmieniającą się tęczę. Wyglądało to tak, jakby tęczówka nie mogła się zdecydować, jakiego ma być koloru.

– A więc to po Yirze mam kolorowe oczy… – wymamrotał do siebie, jakby to była nowa informacja.

Koniec

czwartek, 13 marca 2025

Od Variaishiki – "Plaga Nagiego Serca: Skryty Las" (AU) cz.5

Variaishika począł robić w swojej norze listę, korzystając z informacji, jakie dotarły do jego uszu. Kto jest już zarażony, z jakiego powodu, czy śmierć została potwierdzona – wszystko to było skrupulatnie zapisywane w tym samym notatniku, w którym Xiv opisało objawy plagi nagiego serca. Rudzielcowi bardzo podobało się prowadzenie takich zapisków, czuł się jak szalony naukowiec. Być może ludzie zaimplementowali w nim więcej niż odporność na choroby.

Jednej nocy, krótko po zniknięciu Luki, postanowił przespacerować się po Skrytym Lesie, niby zupełnie bez celu. Jakimś trafem była też tam Ruka, emerytowana staruszka, która swoim zachowaniem wcale do swojego wieku nie pasowała. Vari przyuważył ją, gdy wycierała pysk w kawałek mchu. Na jej czarnym futrze widniały wilgotne plamy śmierdzące zgniłą posoką.

– Kogo znalazłaś? – zapytał młody wilk, całkowicie pomijając jakiekolwiek przywitanie czy inne wymagania dobrego wychowania. Ruka musiała nie spodziewać się towarzystwa, bo stanęła jak wryta, w pozycji zaskoczonego konia, z kawałkami mchu przyklejonymi do twarzy.

– Huku, Vari, nie strasz tak! Rany. – Wadera szybko starła łapą mech z pyska. – Skąd pomysł, że kogoś znalazłam?

– Śmierdzisz zgnilizną.

Kolejna poza przestraszonego konia, choć teraz Ruka bardziej przypominała jelenia oślepionego przez światła samochodu. Vari mógł przysiąc, że słyszał trybiki pracujące w jej głowie i decydujące, co powinna powiedzieć.

– Nie mów nikomu! – syknęła w końcu, jej głos ostry, ale niezdolny ukryć strach. – I jak myślisz, kogo mogłam znaleźć? Luka jest w tym lesie. Chociaż z tego całego Luki mało co zostało.

Rudzielec kiwnął głową, dobrze rozumiejąc, do czego odnosiła się czarna. Xiv opisało to w swoich notatkach, w fazie trzeciej ofiara miała zaledwie ostatki świadomości, a wyglądem mało co przypominała pierwowzór. Z głębokim westchnieniem wilk wyjął notatnik i zaczął w nim pisać, co zwróciło uwagę Ruki.

– Co tam masz?

– Spis ofiar, właśnie cię dopisuję.

– Nawet się nie waż!

Intensywne spojrzenie kolorowych, niebezpiecznych oczu zdawało się przypomnieć waderze o pochodzeniu szczeniaka probówki. Stała się mniejsza, już nie tak pewna siebie, jej zdanie przestało się tak bardzo liczyć. Spuściła głowę, unikając nacisku od strony młodego, silniejszego, a przede wszystkim nienaturalnego basiora.

– Jesteś ofiarą, Ruka i tego nie zmienisz. Jeśli cię to jednak pocieszy, lista ta jest tylko dla mnie i nikt nie będzie miał do niej wglądu. – Na te słowa zjeżone futro wadery nieco się wygładziło. – Czy był ktoś z tobą?

– Ze mną nie, ale… – Ruka na chwilę zwątpiła, ale ostatecznie zdecydowała się mówić dalej. – Usłyszałam czyiś krzyk. Myślę, że brzmiało jak Sigma? Nie znalazłam go jednak, zamiast niego spotkałam to coś.

Vari kiwał głową i jednocześnie notował to, co słyszał. Postanowił opuścić Rukę, i tak by nic nie zdziałał, i ruszyć na poszukiwanie wilka, którego on sam nie słyszał. Rozkazał tylko waderze opuścić las i ostrzec inne wilki, że Luka się znalazł i mają go spisać na straty.

Znalezienie uciekiniera było nie lada wyzwaniem, dopóki nie pojawił się Xochicoatl, który z jakiegoś powodu był akurat w okolicy. Podbiegł do Variego z przerażeniem jarzącym się w oczach tak jasno, że rudzielec myślał, że goniec zaraz się przed nim popłacze. Z bliska było widać, że pysk brązowego basiora zdobiła stara krew, a nie błoto, jak wcześniej Variaishika myślał.

– Mamy dwie nowe ofiary! – Co? – Widziałem uciekającego Sigmę pokrytego krwią. – Aha. – A ja… głupio się przyznać, ale potknąłem się i wpadłem pyskiem prosto w kałużę. – No faktycznie głupie. – To tak jakby wszechświat starał się nas pozbyć! – Nikt nie mówi, że tak nie jest. – Co myśmy mu zrobili? Jesteśmy zgubieni!

Xochi pobiegł dalej, zostawiając rudego w tyle. Nieprzejęty Vari wzruszył ramionami, wyjął notatnik i dopisał dwa nowe imiona. W sumie plaga nagiego serca dotknęła już trzynaście wilków. Ładna liczba. Bardzo ładna.

Przez moment Variaishika zastanawiał się, czy dopisać siebie. Ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu.

CDN

niedziela, 2 marca 2025

Od Xiva CD. Variaishiki – "Krew jest gestsza od śmierci" cz.7

Całe to zamieszanie związane z Projektem Różowego Słońca przyprawiało Xiva o ból głowy. Istniały inne eksperymenty, ludzie cały czas tworzyli nowe, a teraz się okazuje, że dorwali jeno ciotkę Skinterifiri, czy raczej jej ciało i z niej też zamierzali zrobić takie coś. Tata Paki wróciłby do żywych, gdyby się o tym dowiedział. Xiv nie mogło pozwolić, by ludzie tak zbezcześcili pamięć jeno cudownej cioci.

– Nie wiem, co kombinujecie, ale się dołączam. – Choć wilczę bardzo chciało brzmieć na pewne siebie, złamania głosu nie dało się nie słyszeć. Nie zmieniało to jednak prawdziwości stwierdzenia.

– Xiv, nie-

– Xiv, tak. Nikt cioci Skinterifiri nie będzie wykorzystywać do robienia bestii! Bez obrazy.

– Nic nie szkodzi. – Variaishika i Zuva brzmieli przerażająco identycznie, gdy mówili jednocześnie. Humanoidalny kot przejął inicjatywę w rozmowie. – Masz pełną rację w swoich słowach, młodzieńcze. Widać w tobie tą samą pasję i rozsądek, które posiadał twój ojciec.

– Znałeś moich rodziców?

Uśmiech, który pojawił się na ustach stwora, przypominał raczej bliznę niż przyjazny grymas.

– Dużo im zawdzięczam. Oni mi zresztą też, ale można uznać, że nasze uczynki się wyrównały. Dobrze wspominam czas spędzony u ich boku.

– Oczywiście – wymamrotało pod nosem wilczę, nie do końca przekonane do pozytywnych wspomnień Zuvy. Pamiętało coś z opowieści rodziców, jak wspominali o wielkim, przypominającym człowieka kocie, ale nigdy te historie się nie rozwinęły i w oczach Xiva świadczyło to, że wydarzyło się coś nieprzyjemnego.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, Vari chwycił młodszego brata za kark i odciągnął na bok, na tyle daleko, by Zuva ich nie widział.

– Nie ufasz mu. – W zdaniu wypowiedzianym przez rudzielca nie było pytania, ale też na szczęście nie było pouczającego tonu, który świadczyłby o dezaprobacie ze strony starszego.

– Jasne, że nie! Nie mam powodu mu ufać, rodzice nigdy o nim nie wspominali. Co jeśli próbuje nas oszukać?

– Nie jest w stanie oszukać mnie.

– Może, ale wasza dwójka jest w stanie oszukać mnie.

Ciężką ciszę, jaka zapadła po tym oskarżeniu, można było ciąć ostrzem, a jej kawałki wciąż dusiłyby zakryte wilki. Xiv właśnie zdradziło, jakie uczucia w rzeczywistości żywi do rudego eksperymentu i choćby ruszyło niebo i przeniosło góry, nie było już w stanie cofnąć wypowiedzianych słów.

Choć Vari nigdy nie pokazywał uczuć, tym razem w jego oczach szklił się smutek. Stały się matowe, niemal szare, straciły błysk, dokładnie tak samo, jak oczy Yira, kiedy starego basiora dopadało identyczne uczucie.

– Jeśli uważasz, że nie jestem wart twojego zaufania, nasza podróż powinna zakończyć się tutaj. Mam z Zuvą sprawę do załatwienia i napad nie będzie bezpieczny, szczególnie jeśli nie możemy sobie zaufać. Porozmawiamy w domu. – Wilk wziął głęboki wdech. – Nie mam ci tego za złe, Xiv. Ale nie chcę ryzykować twojego życia. Rodzice by mnie zatłukli.

Z tymi słowami rudzielec odszedł, zostawiając wilczę w samotności. Xiv kopnęło w przypływie gniewu Hukowi winną gałązkę, po czym skierowało się ku rodzinnym terenom.

Koniec

sobota, 1 marca 2025

Od Variaishiki – "Plaga Nagiego Serca: Efekt domina" (AU) cz.4

Co? A, tak. Słyszał o nowej chorobie, oczywiście, że słyszał, cała wataha o niej mówi. O pladze nagiego serca. Nie, nie martwi się, czy przeżyje, dlaczego on, Variaishika, miałby się tym przejmować? Został nienaturalnie wprowadzony do tego świata to może nienaturalnie z niego zniknąć. To naprawdę nic wielkiego.

Poczuł w sobie zgniliznę w bardzo krótkim czasie od zabicia Pinezki. Cóż, “zabicia”, bo gdy wrócił po nią na następny dzień z opałem i zapałką, ciało zniknęło, zostawiając po sobie ciemnoczerwony ślad i wytłoczone w trawie kroki, bez śladu ciągnięcia truchła. Wilk szybko zrozumiał, że jego siostra padła ofiarą plagi i powstała z martwych, by zarazić więcej ofiar. Ta choroba robiła z nich trudne do zabicia zombie, które na celu miały tylko roznieść patogeny dalej. Cokolwiek było odpowiedzialne za istnienie plagi, bardzo chciało trwać dalej z nieznanych przyczyn. W tym celu zamierzało zabić wszystkie wilki.

Z początku Variaishika myślał, że najwyższa pora dla niego kopać sobie grób, jednak objawy plagi w ogóle się u niego nie pojawiały. Nie bolała go głowa, nie miał jadłowstrętu, nie piekło go w klatce piersiowej. Jedynie czuł w ustach, że jego ślina miała smak zgnilizny. To wszystko.

Chował to przed innymi wilkami. Samolubnie, owszem, ale prowadziła go ciekawość, dlaczego nie pojawiały się u niego objawy. Najprawdopodobniej odpowiadało za to jego pochodzenie, powstał jako forma wyższa wilka, z myślą, że będzie wojownikiem dla ludzi. Jeśli ludzie byli w stanie maczać w tym palce, z pewnością sprawili, że Vari był bardziej odporny na rany i choroby. Czasem rudzielec miał wrażenie, że miał nawet znacznie przyspieszoną regenerację i przez to był nieśmiertelny. Rany goiły się jeszcze w trakcie cięcia.

Nie udało mu się znaleźć Pinezki, ale za to doszły go słuchy o Florze. Zniknęła, tak samo jak Szalka na jakiś czas przed przemianą. Tym razem reakcja była o wiele szybsza, wyprawy poszukiwawcze zorganizowano niemal od razu, próbowano kurczowo odkryć obecne miejsce przebywania byłej medyczki. Chcieli ją odgrodzić od wszystkich, jeśli dadzą radę. No, wielkie powodzenia im w tym.

Martwe ciało Szalki zostało znalezione po kilku dniach w miejscu, w którym ostatnio widzieli ją strażnicy. Podobno ktoś w okolicy usłyszał mrożący krew w żyłach krzyk, a gdy dotarł na miejsce, potwór będący niegdyś Szalką leżał nieruchomo, bez oddechu, a odsłonięte serce nie biło.

To dawało trzy trupy: Szalkę, Xiva i Pinezkę. Zniknięcie Flory było niewątpliwym sygnałem, że można już policzyć cztery. Jeśli nie znajdą jej poszukiwacze, ktoś ostatecznie usłyszy wrzask świadczący o dokonaniu żywota i przy dobrych wiatrach połączą kropki, że to Flora.

Problem był taki, że według historii Pinezki ofiarą ataku Szalki padł jeszcze Luka. Gdy ostatni raz Variaishika go widział, basior miał się całkiem dobrze, choć kiepsko szło mu ukrywanie stresu, jaki go zżerał. Rudzielec zauważył też podkrążone oczy i spadek masy ciała, co prawda to drugie ledwo widoczne, ale zdecydowanie obecne. Luka będzie piątym trupem.

W całym tym horrorze szczenię probówki było tylko obserwatorem, nie udzielał się w poszukiwaniach, nie odwiedzał wilków, które podejrzewał o bycie zarażonymi, nawet jeśli była to dla niego cała wataha. Variego prowadziła ciekawość. Mógł ich wyleczyć.

Ale nie chciał, panika spowodowana plagą nagiego serca była zbyt satysfakcjonująca.

Można powiedzieć, że Variaishika czuł się w tym wszystkim niczym naukowiec, obserwujący naturalne wydarzenie, w którym nie wolno mieszać. Wszystko musiało dziać się z własnej, nieprzymuszonej woli.

No dobra, zabił Pinezkę, przyspieszając tym jej transformację. Ale więcej nie zamierzał się mieszać!

Tak jak można było przewidzieć, jakiś czas po Florze zniknął Luka. Jego również od razu zaczęto szukać, jako że basior zdołał złamać prowizoryczną klatkę, w której sam się zamknął i uciec. Poszukiwania były jeszcze bardziej skrupulatne niż w przypadku Flory, bo teraz już wszyscy przysłowiowo srali w gacie, co się dzieje ze znikającymi wilkami.

Pinezki nikt nie szukał, Vari ogłosił, że popełniła samobójstwo.

W wyniku poszukiwań Luki cztery wilki natrafiły na Florę. Całka, Mino, Harpia i Aiden stworzyli – podobno przypadkiem – całkiem zgraną grupę, która przeczesywała Trawiaste Góry i Polanę Krów. To na tej drugiej trafili na wydrapaną, dość głęboką dziurę, gdzie leżało połamane cielsko umaszczeniem przypominającym starą waderę. Wiedzieli, że nie powinni się zbliżać, więc odsunęli się od krawędzi, gdy tylko dobrze przyjrzeli się ofierze.

Podobno z dziury wystrzeliła czarna, zgniła krew i spadła na ich czwórkę niczym obrzydliwy deszcz. Och, jak bardzo Variaishika żałował, że nie było mu dane tego obejrzeć na żywo. Może nawet pośmiać się w duchu z ich przerażonych min, bo tu już nic innego nie pozostawało, jak śmiać się przez łzy.

Delta nie wpuścił ich do medycznej, nawet pogroził im, że poprosi silne wilki o wyrzucenie ich, jeśli spróbują wcisnąć się na siłę. Podobno mieli łzy w oczach.

Ciężko było być śmiertelnym, prawda?

Almette podczas swoich podróży po terenach watahy podobno napotkała Pinezkę, a raczej to, co z niej zostało. Głowa była w połowie oderwana, pysk przedarty został wpół, a nogi wyginały się we wszystkie strony. Wadera nie lewitowała, ale charakterystyczne umaszczenie nie pozostawiało możliwości, kogo Serka znalazła. Zanim zdążyła uciec, Pinezka się na nią rzuciła i ją ugryzła, a potem uciekła, wydając z siebie dźwięki podobne do płaczu.

Plaga roznosiła się po watasze w zatrważającym tempie, a usłyszane w ciągu jednej nocy dwa śmiertelne wrzaski wcale nie podniosły morale wilków. Nie było już pewności, kto był zdrowy, a kto nie, srebrne chabry zaczęły powoli tracić w panice rachubę. Umysł Variego pozostał natomiast czysty, niezachwiany i bardzo ciekawy, jak to wszystko się potoczy.

CDN

środa, 29 stycznia 2025

Od Variaishiki CD. Xiva – "Krew jest gętsza od śmierci" cz.6

Variemu brakowało pewności, co ma zrobić. Dla niego wydawało się logicznym, że pójdzie powstrzymać ludzi, ale zaczynał powątpiewać, czy ryzykowanie życia Xiva było dobrym pomysłem. Xiv w niczym nie zawiniło, żeby mieszać się w ludzkie sprawy. To był osobisty wątek rudzielca.

Przez myśl przemknęło wilkowi, by zostawić brata w tyle i pójść samemu do tego domniemanego laboratorium. Mógł wtedy rozprawić się z problemem, tylko że Xiv prawdopodobnie obraziłoby się na niego, albo co gorsza postanowiłoby za nim podążyć bez jego wiedzy i w ten sposób narazić się na ludzki atak.

Zdążyło minąć kilka bezowocnych dni, zanim Variaishika zadecydował, co chce robić. Jego decyzja była wręcz samolubna, można by rzec, a podejście do tego planu nie mogło skończyć się niczym dobrym, ale nie zamierzał odpuszczać gatunkowi ludzkiemu. Podzielił się swoją decyzją z rodzeństwem.

– Jesteś pewien, że tam tylko zajrzymy? – Xivo nie było przekonane, i słusznie, bo w głębi duszy Vari pragnął zrobić coś więcej.

– Ty tak. Ja nic nie obiecuję. Mam na pięcie z ludźmi i się tego nie wstydzę.

– Bo cię stworzyli?

Vari zacisnął usta. W jego kolorowych oczach zabłysła groźna iskierka, która zmusiła Xiva do odsunięcia się na krok.

– Nie tylko mnie. Rosea Sol Consilium to olbrzymi projekt, który ma na celu stworzyć śmiertelnie niebezpieczną żywą broń. – W umyśle rudzielca przemykały wszystkie obrazy i myśli ludzi, którzy brali udział w jego powstaniu. – Chcą, by była żywa, bo żywa tkanka się sama regeneruje. Martwa broń tego nie robi. – Jego wzrok zaczął krążyć po otoczeniu, po ziemi, po drzewach, po niebie. – Wiem, że nie jestem jedynym RSC. Nazywają nas Różowymi Słońcami ze względu na potęgę, jaką w sobie nosimy. Każde nowe udane RSC powoduje, że pragną więcej, choć nie zauważyli, że każde udane RSC od nich ucieka. Uciekłem ja, uciekł Zuva, jest nas jeszcze kilku. – Xiv słuchało tego wszystkiego z uwagą do nieno niepodobną. – Póki co każdy z nas podszedł do życia pokojowo, ale jeśli pojawi się ten jeden eksperyment, który postanowi sprawić światu taki sam ból, jaki czuł on…

– Wtedy nie ma dla was ratunku – dokończył głos z tyłu. Nie był on ani męski, ani żeński, bardziej coś pomiędzy, a jednocześnie zupełnie spoza gamy głosów. Był taki sam, jak głos Variego, przez co Xiv subtelnie schowało się za starszym bratem. Nawet dobrze, bo Vari wiedział, z czym mieli do czynienia.

Z innym Projektem Różowego Słońca.

– Szczerze mówiąc, myślałem, że gdy zniszczę laboratorium, w którym mnie stworzyli, to zrezygnują z Rosea Sol Consilium. – Z cienia wyłonił się humanoidalny, różowy, łysy kot, prawdopodobnie najbliższy celowi RSC. Czteroogoniasty basior go poznał, był to Zuva, jeden z pierwowzorów i jedyny udany. – Nie spodziewałem się, że zaczną tworzyć więcej.

– Myślę, że nikt się nie spodziewał.

Dwójka eksperymentów patrzyła na siebie, jakby byli starymi znajomymi, ale nie widzieli się tyle lat, że nie wiedzieli, jak się przywitać. Gdzieś z tyłu zostało Xivo, bardzo niechętne do udzielenia się w rozmowie.

– Wiesz, ile nas w sumie jest, prawda, Zuvo? – Variaishika wcale nie bał się wielkiego stwora, ale dla zachowania pozorów schował młodszego braciszka za ogonami. Kot zastanowił się przez chwilę.

– Dwunastu minus jeden. Jeden z RSC śpi pod głazami, które sam na siebie położył. Raczej nie obudzi się prędko, od początku miał charakter sennego melancholika.

– Chwila. – Xiv w końcu opuściło swoje schronienie. – Vari nie jest przypadkiem RSC-091? To nie powinno być was co najmniej 91? Czy to jakieś inne liczenie?

Westchnienie Zuvy szybko zmusiło no do powrotu do sztucznego azylu. Vari na chwilę nawiedził jeno umysł, by usłyszeć ostre “po cholerę się, Xiv, odzywałoś”.

– W momencie powstania Variaishiki, ludzie podeszli do 91 projektów w sumie. Z tej grupy 79 umarło albo zostało zabite. Na obecną chwilę projektów jest więcej, myślę, że numeracja minęła już 110, ale albo zdążyli umrzeć, albo minął jeszcze za krótki czas, by decydować o ich losie.

– A przyszedłeś do tego nowego projektu, bo…? – Choć Variego cieszyła obecność sojusznika, nie chciał mieszać się w coś, co stanowiło aż zbytnie zagrożenie dla Xiva.

– Ma związek z moją przyjaciółką, Skinterifiri. Ludzie porwali jej ciało dawno temu i w końcu udało mi się namierzyć laboratorium, w którym przetrzymują jej DNA. Muszę pozbyć się tego miejsca w jej imieniu.

– Ciocię też dorwali… – wyszeptało Xivo. Dla Variego te słowa nie były dobrym znakiem, bo jeśli ta Skinterifiri jest związana z ich rodziną, wilczę właśnie zostało wkręcone w cały problem z Projektem Różowego Słońca.

Xiv?

piątek, 27 grudnia 2024

Od Xiva CD. Variaishiki – "Krew jest gęstsza od śmierci" cz.5

Minęły już dwa dni, odkąd bracia rozpoczęli swoją podróż. Tematy na rozmowy znajdowały się szybko, jednak równie szybko się kończyły i choć dwójka zbliżyła się do siebie i dowiedziała różnych rzeczy na swój temat, Xivo odnosiło wrażenie, że coś w tej wycieczce brakuje. Nie mogło tylko wymyślić, czego.

Może była to odrobina adrenaliny. Może jakiś większy cel niż „do przodu” i „na zachód”. Myślało, ile mogło, żeby dojść do sedna, jednakże nie przynosiło to efektów.

Trzeciego poranka w powietrzu zawisła zmiana. Miało ono inny zapach, wiatr zmienił kierunek. Powinno to być całkowicie normalne i nie zwracać uwagi dwóch basiorów, tylko że nowy zapach nie był w niczym naturalny. Xivo nie wiedziało, jak pachną ludzie, jednak teraz nie miało wątpliwości, że to, co wyczuli, było związane właśnie z ludźmi. Podejrzliwości te potwierdził Variaishika.

– Ludzkie chemikalia. Kojarzę je jeszcze z czasów bycia w probówce. – Rudzielec zasępił się. – Nie jesteśmy tak daleko od wilczych terenów. Co robią tutaj ludzie?

– Tworzą armię genetycznie modyfikowanych wilków? – rzuciło atramentowe wilczę. Jeno pomysł nie spotkał się z aprobatą. – Tylko nie gadaj, że powinniśmy to sprawdzić. – Spojrzenie Variego wskazywało na potwierdzającą odpowiedź. – Vari, nie! To nie sprawa na nasze możliwości.

– Mów za siebie, żywy trupie.

Określenie było jednocześnie obraźliwe i zbyt prawdziwe, by się na nie faktycznie obrazić, więc Xivo tylko zrobiło minę zaskoczonej ryby. Zaraz potem stanęło na drodze starszego.

– Rozumiem, że czujesz się na siłach i tak dalej, ale czy jest jakiś sens iść prosto w ręce ludzi? Tylko żartowałom o tych modyfikowanych wilkach.

– Xivo, to nie jest żart. – Zimny, surowy głos wilka spowodował ciarki na plecach młodszego. – Nie mam wątpliwości, że to te same chemikalia co w laboratorium, gdzie mnie stworzyli.

– Może to tylko przypadek…

– Tutaj nie ma przypadku, nie rozumiesz? Nie ma możliwości, by były to inne chemikalia!

Atramentowe wilczę musiało nieświadomie zrobić szczenięcą twarz strachu, bo Variaishika nagle się opamiętał. Jego oczy straciły na neonowych, agresywnych barwach, sierść położyła się po ciele, zamiast sterczeć na styl jeżowych kolców.

– Przepraszam – odezwał się cicho, niemal szeptem.

– Dlaczego krzyczysz? Co jest w tym domniemanym labolatorium takiego ważnego, że musisz tam iść.

Vari milczał.

– Gdybyś usłyszało o kamieniu, który okazałby się magiczny i miałby się z niego wylęgnąć szczeniak, zależałoby ci, żeby znaleźć ten kamień? Dla tego szczeniaka? – zapytał w końcu i tym razem była to pora dla Xivo, żeby milczeć.

Vari?

wtorek, 17 grudnia 2024

Od Variaishiki CD. Xiva "Krew jest gęstsza od śmierci" cz.4

Początkowo spacer nie przyniósł niczego produktywnego. Vari wciąż myślał o sierocińcu, a Xivo, choć bardzo próbowało, nie mogło rozpocząć żadnej głębszej konwersacji. Rudzielec nie mógł zaprzeczyć, że była to częściowo jego wina, ale póki co nie potrafił znaleźć w sobie wystarczająco energii do rozmowy. Wolał iść w ciszy, nawet jeśli spowodowałaby ona niekomfortową atmosferę.

Kroki Xiva były krótsze i częstsze niż jego. Były też cięższe, mocniej uderzały o ziemię, roznosząc głośniejsze dźwięki. Bardzo ciekawą zaś cechą kroków młodszego było to, że tylne łapy trafiały idealne w ślad przednich, pozostawiając nie cztery, a tylko dwie łapy wyryte w glebie. Nie był to naturalny chód dla wilków, jednak Xivo zdawało poruszać się nim bezbłędnie. Variaishika obserwował to wszystko za pomocą wibracji roznoszących się w podłożu. Ani jeden krok, żadne oparcie kończyny miednicznej o ziemię nie chybiło.

Gdy nic się nie zmieniło przez kilkadziesiąt metrów, pomimo zmiany kierunków czy podłoża, rudzielec postanowił wykorzystać tą obserwację jako podstawę do rozmowy.

– Wiedziałoś, że ciekawie chodzisz?

Żółte oczy wylądowały na nim w trybie natychmiastowym, i choć starszy nie odwrócił głowy, był w pełni świadomi, że właśnie nieźle zaskoczył ratownika. Zapewne gdyby spojrzał, zobaczyłby oczy okrągłe jak księżyc w pełni i, przy dobrych wiatrach, nieznacznie otwarty pysk.

– Ciekawie, znaczy…?

– Kładziesz tylne nogi idealnie w miejsce przednich. Obserwowałem to już od jakiegoś czasu i nie chybiłoś ani razu. Zwróciłoś kiedyś na to uwagę?

– A, to. – Słowa zostały wypowiedziane w sposób świadczący o obecności wiedzy na ten temat. – No tak, mam takie dziwactwo. Paki często się śmiał, że jakby ktoś mnie próbował śledzić to pomyślałby, że brakuje mi dwóch łap. Samo się czasem na tym przyłapywałom.

– Widziałoś swoje własne ślady i myślałoś, że to jakiś wilk o dwóch łapach? – Vari nie potrafił ukryć swojego rozbawienia.

– Tak.

Dwójka roześmiała się na głos, tak jak śmieją się przyjaciele, gdy rzucą między sobą jakiś głupi, pozornie nieśmieszny żart. Nagle atmosfera stała się przyjemna, spacer przestał być taki sztywny, a przede wszystkim Vari nie odczuwał go jako przymus. Teraz już wiedział, że skoro bez problemu rozmawiali o sposobie chodzenia, to może poruszyć jakikolwiek temat i Xivo chętnie się w nim udzieli. Tak jak się spodziewał, ale nie miał wcześniej pewności.

– A tak w ogóle to w jaki sposób mnie niby obserwowałeś? – Tym razem to Xivo miał swoją rundę pytania. – Idę za tobą i ani razu się nie odwróciłeś w moją stronę.

Opiekun sierocińca wzruszył ramionami.

– Poprzez wibracje w ziemi.

– A. Jak tata.

Choć Vari wcześniej twierdził, że nie miał czym się zainteresować w opowieściach o rodzicach, ten komentarz zwrócił jego uwagę.

– Paketenshika potrafił wyczuwać wibracje w ziemi?

– Włada żywiołem piasku, potrafi dużo rzeczy z nim zrobić – zaczęło swoje tłumaczenie Xivo. – Wyczuwanie wibracji to jedna z bardziej podstawowych umiejętności dla niego. Bardziej ciekawe jest wywoływanie wirów piaskowych, wiesz, takich małych tornad. I potrafi tworzyć figurki piaskowe, często to wykorzystywał, gdy nam o czymś opowiadał.

Rudzielec kiwnął głową. Jednak były rzeczy, których nie wiedział o swojej rodzinie, a powinien.

Xiv?

piątek, 29 listopada 2024

Od Xiva CD Variaishiki – "Krew jest gęstsza od śmierci" cz. 3

Martwe z urodzenia serce biło radośnie w piersi atramentowego wilcza. Ach, jak dobrze było odbyć w końcu podróż, która tak długo krążyła po jeno głowie, i to w towarzystwie kogoś tak zaufanego jak Variaishika! Znaczy no, dla Xiva był to zaufany wilk, bo pewnie inni członkowie watahy polemizowali by z tym stwierdzeniem. Ale to nieważne! Xiv, czy tam Xivo (Xiv musiało przyznać, że ta wersja jeno imienia mocno przypadła nu do gustu), uważało Variego za w pełni godnego zaufania, a to najważniejsze, gdy podróżuje się tylko w dwójkę. Gdyby tylko Vari darzył no takim samym zaufaniem…

Początkowy plan był prosty: przedostać się przez rzekę, ominąć wieś ludzką dużym łukiem (bo oczy Variego nabierały agresywnych barw, ilekroć wspominano przy nim o ludziach), przemknąć przez tereny lisów i podróżować dalej na zachód, aż będą w stanie ominąć Watahę Szarych Jabłoni również wielkim łukiem. Dalej niech zadecyduje los, co będą ze sobą robić.

Pokonanie rzeki wpław nie było dobrym pomysłem, szczególnie teraz, gdy temperatura była tak niska, a woda w rzece lodowata. Nie ma co kłamać, w swoim planie Xivo nie wzięło pod uwagę tego problemu, ale nie zamierzało się tak łatwo poddawać. Jeśli nie mostem blisko wsi, to na pewno znalazło by się jakieś przewrócone drzewo, po którym mogli przejść. Coś musi tu być.

Na ratunek – o dziwo – przyszedł nu lis, który wkroczył na tereny WSC w poszukiwaniu jakiegoś szczura do zjedzenia. Tyle z pozostania niezauważonymi, ale lepiej, że trafił się lis, a nie wilk z obcej watahy.

– Znajdziecie przejście kawałek na północ. Rosną tam dwa drzewa skrzyżowane nad rzeką, nazywamy je Zakazanymi Kochankami.

Atramentowe wilczę podziękowało za wskazówkę i poprowadziło starszego brata według wskazówek na północ. Zakazanych Kochanków znaleźli stosunkowo szybko i przedostali się po ich pniach na drugą stronę lodowatej, płynącej wody.

Dalej ich zmyślona droga prowadziła, tak jak Xivo założyło, na zachód, gdzieś w obce tereny, w których żadne z nich nigdy nie było. A przynajmniej w to wierzył ratownik, bo w sumie nie miał pojęcia, skąd pojawił się Vari. Zapytałby Wayfarera, ale go już nie było, a Pinezka ostatnio jakoś często znikała, i to na parę dni, a jak już była to nie miała czasu rozmawiać. Variaishika za dużo o swojej przeszłości nie mówił, właśnie to Xivo miało nadzieję z niego wyciągnąć podczas podróży, ale najpierw musieli się ze swoją oswoić.

Ponieważ wystartowali wcześnie rano, tuż po wschodzie słońca, mieli przed sobą cały dzień spaceru, ale jakoś żaden z nich nie kwapił się do rozmowy. Wędrowali w ciszy, krocząc do przodu po wilgotnych liściach i wychwytując gdzieniegdzie białe plamki śniegu, który spadł w nocy. No tak, była późna jesień, bardzo późna, wielkimi krokami zbliżała się zima.

– Myślisz, że podróżowanie o takiej porze roku był dobrym pomysłem? – odważył się zapytać młodszy basior, spoglądając kątem oka na swojego towarzysza podróży.

– Nie. – Bezpośrednia odpowiedź wywołała u Xivo słabo ukryte zażenowanie. – Ale ostatecznie wolę to niż siedzieć i myśleć o dzieciach. Dziękuję, że mnie wyciągnęłoś.

Zaskoczony ratownik zatrzymał się w swoich krokach i odwrócił głowę, oglądając szeroko otwartymi oczami przechodzącego obok rudzielca. Starszy nawet się nie spojrzał, tylko przejął prowadzenie, kierując się wciąż na zachód.

Vari?

czwartek, 28 listopada 2024

Od Variaishiki CD Xiva – "Krew jest gęstsza od śmierci" cz.2

Jeszcze w dniu rozpoczęcia wyprawy Variaishika nie był pewien, czy podjął należytą decyzję. Ostatni raz był poza terenami watahy tuż po swoim stworzeniu, gdy dopiero tu podróżował. Wtedy była inna pora roku, towarzyszyły mu inne wilki, oba dobrze zaznajomione z koncepcją podróżowania i dbania o siebie. Dodatkowo wędrówka posiadała swój cel, mieli dotrzeć do domu. Co teraz dwójka wilków miała zrobić? Po prostu iść? Tak… do przodu? Bez celu?

Gdy umawiali się z Xivem, gdzie się spotkają na starcie, Vari zapytał, co będą robić. Xiv w odpowiedzi wzruszyło ramionami.

– Bo ja wiem. Iść.

To samo robił Wayfarer, gdy wołała go jego natura. Szedł. Szedł tam, gdzie wiatr tańczył w innym takcie, a liście śpiewały w obcym języku. Gdzie promienie słońca przebijały przez nieznane chmury, a ptaki uczyły go nowych piosenek. Zazwyczaj były to też miejsca, gdzie o spotkanie innego wilka było niezwykle trudno.

Choć Vari rzadko odczuwał prawdziwe emocje, na te myśli przechodził go dreszcz zaniepokojenia. Nie chciał iść tak daleko, wolał się trzymać domu. Nie chciał wiedzieć, co kryje horyzont.

Nie chciał spotkać ludzi.

Stając pod rozłożystym drzewem, którego liście już dawno obumarły i ich kolorowe zwłoki tworzyły mokry dywan pod łapami, uświadomił sobie, że już za późno, że już nie może się cofnąć i będzie zmuszony towarzyszyć swojemu młodszemu bratu w jego nieistniejącej przygodzie. Miał ochotę czmychnąć z miejsca zdarzenia, jeszcze zanim atramentowy basior pojawi się na horyzoncie i udawać, że zapomniał, albo nagle źle się poczuł. Zanim jednak podjął się działania, tuż za nim znikąd wyrosła znajoma, dwu-ogonowa sylwetka. Rudzielec co prawda na ten widok nie podskoczył, ale jego oczy diametralnie się rozszerzyły, a tęczówki nabrały toksycznie żywych kolorów.

– Vari! Gotowy? – zapytało Xiv z podnieceniem godnym szczeniaka.

Dla RSC-091 nie było już odwrotu, patrząc na minę Xiva, więc tylko głęboko westchnął.

Let’s go, Xivo – wymamrotał, a jego cztery ogony podwinęły się w miarę możliwości pod ciało, co stanowiło wielki kontrast w porównaniu ze śmigłami helikoptera umieszczonymi na tyłku młodszego.

Zadowolone Xiv poprowadziło tą dwuosobową wycieczkę, podczas gdy Vari powłóczył się za niem, ledwo podnosząc nogi. Oj, to będzie długa wędrówka.

Xiv?

czwartek, 21 listopada 2024

Od Xiva – "Krew jest gęstsza od śmierci" cz.1

Teraz, gdy sierociniec był już pusty, bo wszystkie szczeniaki przyprowadzone przez Wayfarera i Almette wyrosły, Variaishika zdawał się nie wiedzieć, co ze sobą zrobić. Kręcił się z miejsca do miejsca, pozostając w okolicy fizycznego sierocińca, czasem, gdy został o to poproszony, to komuś pomógł. Xiv widziało to zachowanie i nie mogło pozbyć się wrażenia, że już je kiedyś spotkało.

A, tak. Jeno tata, Paketenshika, zachowywał się tak samo, gdy jego trójka kamiennych dzieci wyrosły i nie miał już kim się opiekować. W końcu ktoś zaproponował, by rudzielec założył przedszkole i basior przestał się boczyć. Przedszkole było otwarte zarówno dla wilków, jak i dla lisów i swoje szczeniaki mógł przyprowadzić każdy, kto z jakiegoś powodu nie mógł przez dłuższy czas się nimi zajmować.

Tutaj, w świecie żywych, gdzie zasady były bardziej rygorystyczne, a szczeniąt było znacznie mniej, Vari nie miał jak założyć takiego przedszkola. Już sam fakt, że miał pod sobą sierociniec, był dużym plusem dla jego opiekuńczej osobowości, ale szczenięta nie rodzą się regularnie przez cały rok, a tym bardziej nie są regularnie porzucane. Zazwyczaj znalazła się chociaż jedna osoba, która mogła się takim szczeniakiem zająć, tak jak miało to miejsce w przypadku Yolotla.

Nie mając lepszego pomysłu, atramentowy basior postanowił zaproponować swojemu starszemu bratu wycieczkę poza tereny Watahy Srebrnego Chabra, by i on być może przestał się dąsać. A przynajmniej przestał się dąsać tak bardzo, bo z perspektywy wilka, który nigdy nie miał zapędów macierzyńskich, takie zachowanie wydawało się ździebko żałosne.

– Hej, Vari? – zagadało, siadając obok rudego wilka. Ten nie podniósł się na nogi, wciąż uparcie leżał na boku, wyciągnięty i udający śpiącego. Xiv dobrze wiedziało, że Vari nie sypia za dnia, a jak już to tylko w wyniku zaspania na rano. Było południe. – Tak sobie myślałom… Mamy sobie dużo do poopowiadania, ja o rodzicach, ty o życiu śmiertelnym, a jakoś tak nigdy nie mamy kiedy spędzać ze sobą czasu. Nie chciałbyś może… udać się ze mną na przygodę? Taki spacerek poza tereny Srebrnych Chabrów. Chętnie bym zobaczył, jak bardzo świat śmiertelników różni się od zaświatów.

– A różni się czymś? – mruknął rudy na wydechu, nie będąc w stanie normalnie rozmawiać w swojej obecnej pozycji.

– O dziwo, tak. Przede wszystkim istoty się tu starzeją, u nas tego nie ma.

– Ty się zestarzałeś, nie?

– Nie, właściwie to nie – przyznało Xiv. – Z kamienia wyszłom praktycznie dorosły, tylko trochę mniejszy. To samo siostry.

Na ostatnie słowo Variaishika podniósł w końcu głowę i nawet zużył swoją cenną energię, by spojrzeć na młodsze rodzeństwo. Wygiął się przy tym w koci sposób, wykręcając kręgosłup pod zazwyczaj niemożliwym dla psowatych kątem.

– Jakie one są? Nasze młodsze siostry?

Xiv zastanowiło się chwilę, przypominając sobie obrazy z przeszłości, jak bawiło się z kamiennymi bliźniaczkami, jak w trójkę dostawali reprymendę od taty, podczas gdy ojciec stawał po ich stronie. Albo dostawali reprymendę od ojca, i to tata wtedy ich bronił. To były piękne czasy, za którymi Xiv tęskniło, ale zgodziło się na zostawienie tego za sobą, gdy przeniosło się do świata żywych. Mając wspomnienia przed oczami, basior zaczął opisywać odległą rodzinę.

– Rifka wygląda jak ty, ale ma trzy ogony, żółte oczy jak moje i nie ma włosów, a tylko sterczące futro. Ma też plamy w kształcie piorunów na barkach. Jest wesoła, często się uśmiecha i bardzo fascynują ją ryby. Naida wygląda z kolei jak ja, ale z jednym ogonem, twoimi kolorowymi oczami i długimi, czarnymi włosami. Też jest wesoła, ale jest głośniejsza, dużo się śmieje i nie potrafi zainteresować się czymś na dłużej niż jeden dzień. Właściwie to wyglądają jak młode, dziewczęce kopie naszych rodziców.

– Żadna z nich nie przypomina Pinezki?

– Nie, ale… – Xiv się zawahało. – Szaman powiedział, że ma krople na jeszcze jedno szczenię, ale są one nieco inne od wcześniejszych. Wykonane z innych materiałów. Opowiadał, jak nauczył tej techniki swoją uczennicę, białą waderę z jelenimi rogami. Według taty to mogła być ta sama, która stworzyła eliksir, z którego jest Pinezka. Jeśli się zdecydują i szaman się zgodzi, spróbują stworzyć jeszcze jedno dziecko i może okazać się, że będzie wyglądać jak Pinia.

Vari skrzywił się na wypowiedziane słowa. Jego oczy nabrały wyblakłych, ciepłych barw.

– Nie za dużo tych dzieci?

Xiv wzruszyło ramionami.

– Powstrzymaj geja, który zawsze chciał być matką. A swoją drogą, odzywa się wilk, który miał dwadzieścia cztery szczeniaki pod opieką i jeszcze mu mało.

Rudzielec położył z powrotem głowę na zimnej ziemi. Ruch ogonów wskazywał, że kąśliwa odpowiedź niekoniecznie mu się podobała, ale nie mógł jej zaprzeczyć. Wziął głębszy oddech.

– Pójdę z tobą – powiedział na wydechu. – Nie wiem, gdzie, ale pójdę. Potrzebuję czasu dla siebie.

CD. Variaishika

niedziela, 14 maja 2023

Od Variaishiki - "Ostatnia pieśń przyniesiona przez wiatr" (opowiadanie konkursowe)

Variaishika doskonale wiedział, kiedy śnił. Wiedział też, w jaki sposób manipulować swoimi snami, kiedy tylko chciał. Nauczył się tej umiejętności naturalnie, tkwiąc w tubie jeszcze w laboratorium. Śnił wtedy o świecie na zewnątrz, o drzewach i łąkach, które wspominali naukowcy, o innych wilkach, które domyślał się, że istniały, bo przecież skądś jego DNA musiało się wziąć. Na tych wyśnionych łąkach ganiał się z wiatrem, śpiewał wraz z ptakami niczym nie przypominającymi tych prawdziwych, czasem nawet odważył się przywołać obrazy swoich ojców, dawców genów, którzy zapewne w rzeczywistości wyglądali zupełnie inaczej, jednak Vari nie miał okazji się o tym przekonać. To wszystko były marzenia senne istoty stworzonej w laboratorium, przekonanej, że nigdy się stamtąd nie wydostanie, o ile nie zdarzy się żaden cud.

A jednak się wydostał. Poczuł prawdziwą trawę opuszkami swoich łap, wysłuchał pieśni wiatru własnymi uszami, zamiast opierać się na wyobrażeniach i opowieściach naukowców dookoła niego. Świat był o wiele piękniejszy w rzeczywistości, gdy można było go podziwiać własnymi zmysłami.

Umiejętność świadomego snu pozostała jednak Variemu nawet po wydostaniu się z laboratorium. Gdy nadarzała się okazja, wilk zapadał się w stworzony przez własny umysł świat, pragnąc zobaczyć nowe miejsca, poznać nowe osoby, albo zobaczyć te już znane z innej strony. Zdarzało mu się śnić o własnej rodzinie, wtedy wyobrażał sobie, jak spędzają razem czas, a on jest normalnym wilkiem, a nie wynikiem eksperymentu, gdzie ludzie próbowali posiąść tą samą potęgę, którą odznaczali się bogowie. Bawili się wspólnie, nikt nie patrzył na niego spode łba, nawet Pinezka uśmiechała się przyjaźnie, szczerze, w przeciwieństwie do wymuszanego uśmiechu, którym zawsze się do niego zwracała. Way nie czuł się przy nim nieswojo. Te sny były piękne i Vari zawsze oczekiwał ich z wytęsknieniem, a przynajmniej odczuciem, które je przypominało

Innymi razy wilk śnił o swoich ojcach. Nie rozumiał, dlaczego mózg podsuwał mu te obrazy, dlaczego był zmuszony rozmawiać ze swoimi rodzicami, których nigdy nie poznał. Wiedział tylko, że ilekroć próbował odejść, budził się w zimnych dreszczach, z sercem uderzającym w jego piersi niczym dziki rumak pragnący wydostać się z ograniczającego boksu. Rozmowy też nie przynosiły czegokolwiek wartych rezultatów, Variaishika nie dowiadywał się nowych rzeczy, a gdy zadawał pytania sięgające głębiej, jego rodzice odchodzili bez słowa, powodując tą samą reakcję, co jego własne odejście. Vari nie wiedział, czy właśnie odczuwa strach, był za to pewien, że nie lubił tego uczucia. I dlatego nie lubił tych snów. Do licha z nimi, i niech nigdy nie wracają.

Tej nocy księżyc widoczny był idealnie w połowie, więc Variaishika spodziewał się jakiegoś snu. Większości nocy były one losowe, czasem przychodziły, czasem nie, jednak gdy księżyc był w kwarcie, nieważne, czy była to pierwsza, czy ostatnia, rudzielec mógł być pewien, że coś mu się przyśni. W wieczory poprzedzające te noce odczuwał coś, co zwykłe wilki nazwałyby stresem, ale on nie był pewien, czy to to samo. Żeby się uspokoić chwytał gitarę ukradzioną od ludzi (bo wilki miałyby spore problemy z wykonaniem tego instrumentu ze względu na słabą dostępność strun) i grał na niej dosłownie cokolwiek. Czasem przeglądał cały znany sobie repertuar, czasem tylko brzdękał losowe dźwięki, by poczuć drżenie pudła rezonansowego na klatce piersiowej. W jakiś sposób działało to na niego uspokajająco, być może z tego samego powodu Paketenshika nauczył się, jako pierwszy wilk w Watasze Srebrnego Chabra, grać na klasycznej gitarze.

Po swoim wieczornym koncercie Variaishika ułożył się do snu z uczuciem podobnym do nadziei, że tym razem nie przyśnią mu się jego rodzice, a jakaś nierealistyczna, dziwaczna scena, łamiąca zasady zdrowego rozsądku, która byłaby całkiem normalnym snem.

-O-

Kiedy wilk otworzył oczy, zobaczył nic więcej, jak czerń. Z początku zgupiał. Śni? Nie śni? Nora się zapadła? Jego sen był po prostu czarny? Próbował wyczuć na skórze, czy jest zimno, czy ciepło. Nie czuł nic. Nie czuł też żadnej ziemi, która mogłaby go przyciskać. Wychodziło na to, że faktycznie śni, tylko że absolutnie nic nie widzi. Czuł, że leży na ziemi, na boku, pośrodku... czegoś. Podświadomość podpowiadała mu, że znajduje się pośrodku pustej przestrzeni, coś w stylu leśnej polany albo pola, choć gdy podnosił głowę i próbował się rozejrzeć, totalnie nic się nie zmieniało. Ten stan rzeczy bardziej go irytował, niż martwił. To tak jakby komuś zaczął psuć się ekran od komputera i zamiast martwić się, że coś jest nie tak, irytuje się, że nie może w spokoju oglądać kreskówek. Ta irytacja stanowi wystarczającą motywację, by udać się do serwisu komputerowego, żeby naprawili ten komputer. Irytacja Variaishiki wystarczyła mu, żeby się podnieść, potrząsnąć głową i wysilić wszystkie gałki oczne, by łaskawie postanowiły zacząć działać. Był nad wyraz ciekawy, gdzie tym razem wylądował w swoim śnie.

Ha! Udało się! Przed jego oczami zaczął pokazywać się krajobraz. Dość ponury krajobraz. Wszystko było mroczne, wyblakłe z kolorów. Choć pieśń trwała w powietrzu, była ona niesłyszalna dla zwyczajnego ucha, w tym dla ucha Variego, który słyszał zaledwie jej szepty. I w miarę, jak mgła ustępowała z pola widzenia rudego wilka, zauważał on coraz więcej martwych ciał leżących wśród wyblakłej trawy, tak surrealistycznie zielonej w tym całym momencie, że aż miał ochotę się śmiać. Ale nie mógł. Wiedział dobrze, że jest to bardzo poważna chwila, jedna z tych, gdzie uniesienie kącików ust w próbie powstrzymanego uśmiechu było oznaką absolutnego braku szacunku. Choć nie był wilkiem, który przejmował się tradycją i powszechnym rozsądkiem, nie chciał się w tym momencie uśmiechać, choćby miał sobie odciąć całą kufę, by temu zapobiec.

Ciała, które widział, były mu w pełni znane. Rozpoznawał umaszczenie, budowę, widział w nich swoich towarzyszy z watahy, z którymi zamienił chociaż kilka słów. Widział, że były martwe. Że życie wypłynęło z nich niczym z pękniętego naczynia, gdzie zostało uszkodzone samo dno, więc nie było szans, że cokolwiek z zawartości się ostanie. Wiedział też, że nie rozumie, dlaczego umarli. Ani że w ogóle umarli. Było to takie dziwnie uczucie, wiedzieć, że ktoś odszedł na zawsze, ale jednocześnie tego nie rozumieć. Mieć nadzieję, że zobaczy się tego kogoś w pełni żywego następnego dnia, porozmawia z nim, rzuci pojedynczym żartem tylko po to, by zobaczyć jego uśmiech. Variaishika w tym momencie nie był pewien, czy nie rozumie śmierci, czy po prostu nie chciał przyjąć jej do świadomości, jak wiele załamanych nagłym odejściem bliskich osób.

Wśród leżących ciał zauważył jedno szczególnie charakterystyczne. Znał je nie tylko ze swoich snów, ale także z prawdziwego życia, gdyż widywał je po kilka razy w tygodniu, i to kiedy miał pecha, bo przy szczęściu miało to miejsce kilka razy dziennie. Ciało to miało w przewadze białe futro, jednak łapy, ogon oraz grzywka były zdecydowanie bardziej kolorowe, co nadawało tej waderze wrażenia buntowniczki, chociaż w rzeczywistości była bardzo ułożona i dobrze wychowana. Co więcej, była jedyną osobą, którą Vari szczerze mógł nazwać swoją rodziną, gdyż nosiła te same geny, co on, chociaż wyglądała zupełnie inaczej. Wynik eksperymentu podszedł do swojej siostry, wykorzystując całą siłę, jaką miał zgromadzoną w mięśniach, po czym upadł tuż obok niej niczym Jezus sromotnie upadający pod krzyżem. Rudzielec miał wrażenie, że sam niesie krzyż, potężny i niezwykle ciężki, jednak powód jego założenia nie był mu znany.

Variaishika przemyślał dokładnie, od czego powinien zacząć rozmowę ze swoją umierającą siostrą. Wiedział, że śni i może powiedzieć cokolwiek, co zapragnie, ale chciał, by ten sen choć trochę przypominał prawdziwy, nienaruszony, dziwaczny i bez sensu. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo mu zależało, żeby ten sen nie miał większego sensu, nie mógł się powstrzymać od najbardziej rozsądnego w tej sytuacji pytania.

– Co tu się stało?

Pinezka podniosła w jego stronę głowę. W miejscu, gdzie powinny znajdować się różowe oczy, widniały dwie świeże dziury powstałe w wyniku usunięcia gałek ocznych. Variaishika poczuł zimny dreszcz przebiegający po grzbiecie i dobrze wiedział, że jego fizyczne ciało znajdujące się po drugiej stronie też je odczuło. Choć wadera została oślepiona, bezbłędnie skierowała głowę w stronę swojego młodszego brata, jakby jednak na niego patrzyła.

– Wojna się stała, braciszku – wyszeptała. – Powybijali nas. Byliśmy tacy przyjaźni. Gościnni. Śpiewaliśmy im nasze pieśni, graliśmy na naszych instrumentach, a oni nas zabili. Wadery i dzieci gwałcili, basiory torturowali, aż nie zdechły z wycieńczenia. Wydłubałam sobie oczy, by nie patrzeć na to cierpienie. Ale jestem ciekawa, jak to wygląda. Jak to się skończyło. – Szept wadery przypominał Kostuchę przemawiającą ustami strażniczki. Był stabilny, jak gdyby wadera wcale nie umierała, a tylko układała się do zwyczajnego snu i nie miała ochoty wysilać się, by coś powiedzieć. – Nie mogę sobie wybaczyć tej ciekawości, czuję się jak grzesznik. Ale opowiadaj, drogi braciszku. Jak to wygląda? Co widzisz?

-O-

Vari opowiadał. Opisywał porzucone ciała bez życia, sztywne, z których wyciekała ciemna, lepka posoka, zalegająca na czarnej ziemi, która nie miała już miejsca na wchłanianie całej tej krwi. Niektóre truchła wydawały się nienaruszone, one nie wymagały swoich opisów. Jednak ofiary tortur były tak charakterystyczne, że dało się je poznać z daleka. Połamane kończyny wystawały pod nienaturalnym kątem, niektóre były wręcz pokruszone tak, że nawet gdyby miały jeszcze jakąkolwiek szansę, nigdy by się nie zrosły. Częściowo zdarta skóra zwisała z grzbietów wilków niczym obrzydliwa peleryna, zbyt mała, by zakryć ciało i za bardzo poszarpana. Czasem trzymała się dość stabilnie, u niektórych wisiała na strzępkach, trzymając się z całych sił, by nie odejść od swojego właściciela. Zbite, podrapane ciała. Jeden z wilków, Variaishika był przekonany, że był to Agrest, miał rozcięty na oścież brzuch, z którego wysypały się wszystkie wnętrzności. A raczej zostały wyciągnięte na siłę, gdyż leżały za daleko od ciała, by było to naturalne wypadnięcie. W jednym miejscu jelito było całkowicie rozcięte. Czaszka basiora została rozbita, by stworzyć otwór prowadzący do mózgu. Prawdopodobnie tego organu już tam nie było, bo w jego miejscu zostało wciśnięte serce. Pinezka płakała po cichu, wciskając głowę w klatkę piersiową swojego brata, ale wciąż namawiała go, by kontynuował opisywanie.

– Dziękuję – powiedziała w końcu. – Mam nadzieję, że wszyscy są już po drugiej stronie i na nas czekają. Bo my też umrzemy, braciszku, prawda? Wkrótce będziemy tacy jak oni, zimni, sztywni. Być może uda nam się zobaczyć rodziców... Tęsknię za nimi. Papa Yir był zawsze taki kochany i troskliwy. Zawsze mnie trzymał na sznurku, gdy byłam mała. Szkoda, że nie udało ci się go poznać, gdy jeszcze żył.

– Tak, szkoda.

Leżeli przez jakiś czas otuleni sobą, wynik eksperymentu wykorzystujący swoje trzy ogony jak koc, by nie tracili tak szybko ciepła. Była to cisza bardzo zabójcza, wręcz niechciana, jednak żadne z nich nie miało pomysłu, jak ją przerwać. Variaishika musiał sporo się wysilić, by na coś wpaść.

– Nie lewitujesz – skomentował. Było to wręcz idiotyczne spostrzeżenie w tak ponurej chwili, ale gdy potrzebujesz coś powiedzieć, wykorzystasz nawet najgłupsze coś. Zupełnie tak jak tonący w przypływie chwili chwyciłby się nawet paskudnie ostrej brzytwy.

– Uziemili mnie. Nie wiem, co mi zrobili, ale gdy się do mnie dorwali... przestałam czuć się lekka. Coś we mnie pękło i opadłam na ziemię. Proszę, nie mówmy o tym. Opowiedz mi za to jakąś historię.

Historia nie była długa, ani za bardzo ciekawa. Bardzo standardowa, zaczęła się od "za siedmioma górami, za siedmioma lasami" i opowiadała o historii pewnego basiora, który urodził się malutki i taki pozostał do końca życia. Była w tej historii wilcza królewna i wilcza zła czarownica, która rzuciła klątwę na królewnę i powiedziała, że zdejmie czar dopiero, gdy ktoś zdoła ukraść jej specjalną monetę. Wielu próbowało, wykorzystywali różne metody, ale nikomu nie udało się wejść w posiadanie monety i się z nią wydostać. Aż w końcu pojawił się mały basior, tak mały, że przemknął tuż pod nogami złej czarownicy, gdy ta gotowała magiczny wywar i nawet nie został zauważony. Chwycił magiczną monetę w zęby i wymknął się z domu w dokładnie ten sam sposób. Czarownica była wściekła, ale o wiele bardziej na siebie, niż na bohatera, gdyż była za bardzo nieostrożna. Uratowana królewna poślubiła odważnego basiora, który stał się księciem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Pinezka zachichotała na to ostatnie zdanie.

– Wszyscy zawsze żyją długo i szczęśliwie. Chciałabym, żeby nasze życie okazało się taką bajką. Żeby teraz przyszła wróżkowa matka chrzestna i uratowała całą naszą watahę. I wtedy i my moglibyśmy żyć długo i szczęśliwie. Jaka szkoda, że nie żyjemy w baśni.

– Nie, ale żyjemy we śnie – podsunął Vari, sam nie wiedząc, dlaczego. Jego siostra się uśmiechnęła, ale jej kolejna wypowiedź nie miała żadnego związku z tym stwierdzeniem.

– Mogę mieć jeszcze jedną prośbę, braciszku? Ostatnią.

– Tak?

– Zaśpiewaj mi. Zaśpiewaj to, co śpiewaliśmy zawsze wieczorem, niedługo przed odejściem Wayfarera na południe. Boję się odejść na drugą stronę. Ta piosenka mi pomoże.

Rudzielec poczuł, jak ściska mu się gardło. Słona kula stanęła w przełyku, nie pozwalając mu odezwać się choćby jednym słowem. Wiedział, co to za piosenka, choć w rzeczywistości nigdy jej nie śpiewał. Znał jej słowa, melodię. Ale nie potrafił jej zaśpiewać. Nie w tym miejscu, nie w tej chwili, gdy oboje leżą wtuleni w siebie, oczekując nadejścia Śmierci. Ta pieśń wydawała się tak bardzo nie na miejscu. Ale Pinezka o nią poprosiła i w głębi duszy Vari wiedział, że jemu też pomoże. Pomoże się mniej bać i oczekiwać w pokoju, aż jego serce zabije po raz ostatni. Wilk zapomniał, że to wszystko to jest sen. Być może od początku nie miał nad nim władzy. Teraz chciał tylko śpiewać, póki miał wystarczająco siły w płucach.

Delikatny wiatr, który postanowił znikąd się pojawić i roznieść zapach posoki, by zwabić padlinożerców, przyniósł ze sobą dźwięk tradycyjnych instrumentów. Mazanki ponuro podawały melodię pieśni, podczas gdy burczybas narzucał rytm niskimi dźwiękami. Vari nie chciał, ale musiał śpiewać. Jego usta ostatecznie same się otworzyły.

Jutrzenka zabierze nas stąd
Zostawimy swój dom
Nasze miana w piachu rozejdą się
Ale pieśni zostaną me
Jutrzenka zabierze ten strach
Dzisiejszego dnia
Opuści nas
Gdy pieśń w sercu zagra

Gdy skończył, Pinezka leżała nieruchomo, sztywna, z pyszczkiem zastygniętym w wiecznym uśmiechu. Wilk nie zmartwił się tym widokiem. Wiedział, że za niedługo do niej dołączy i będą mogli wspólnie zaśpiewać, nie tylko w dwójkę, ale także ze swoim tatą Paketenshiką, który za nimi czeka. Wiatr odszedł, a wraz z nim ostatnia pieśń, jaka tkwiła jeszcze w sercu rudego wilka. Gdy serce Variaishiki przestanie bić, imiona wilków z Watahy Srebrnego Chabra przepadną na zawsze. Melodie grane na tych ziemiach zakopią się w piachu, by już nigdy się nie wydostać. Nikt nie będzie pamiętać zabarwionych posoką srebrnych chabrów, watahy pełnej dobrych dusz, które tylko chciały być przyjazne. Dlaczego za dobroć trzeba tak słono płacić?

-O-

Variaishika obudził się z łzami cieknącymi po policzkach niczym słony wodospad. Zaraz obok niego lewitowała Pinezka, całkowicie żywa, patrząc na niego swoimi różowymi, przyjaznymi oczami. Na jej pyszczku malowało się zmartwienie, całkowicie szczere, jak u starszej siostry, która wystraszyła się o swojego brata.

– Szeptałeś moje imię przez sen. Wszystko w porządku?

Wilk zastanowił się przez chwilę.

– Nie.

Rodzeństwo przytuliło się bez słowa. Każdy miał swoje wewnętrzne rozterki, nie ważne, jak dobrze je ukrywał lub przekonywał się, że nie istnieją.

<Końec>