poniedziałek, 31 marca 2025
Podsumowanie marca!
Od Delty (od Kaja) - "Pijany na koniec miesiąca" cz.6
Jako Kaj. Ten ja wyjątkowy i niesamowity, mógłbym powiedzieć
że nie ma lepszego spędzenia zimnego wieczoru niż w karczmie. Gorzej jak cię z
niej wywalą a ty na tych swoich szczudłach masz problem ustać, bo się trzęsą i
w ogóle. Ale no. Jak mnie już tak wywalili to prawie się potknąłem o Miodełkę.
Miodełka… zgrabna. Ostatnio wygląda coraz lepiej. Może jednak z tego jakieś
jajka wyjdą. Jak już się przekona do moich pięknych piór i zgrabnych ruchów,
które aktualnie zaprowadziły mnie w zaspę. Brrrr. Śnieg jest koszmarnie zimny.
Parszywiec. Ale no, należy wstać. Dwa kroki, cztery i .. jak ja się znalazłem
na polance Kawki. Chociaż czy to już jej. To nawet już nie Szkliwa, bo ten
wylazł w świat jako polityczna zabawka Sekretarza i Agresta. Te dwa potwory rządzące
tak nieumiejętnie tym całym terenem. Ja to bym się nadał lepiej od nich… jakbym
wytrzeźwiał oczywiście. Ale co tam. Krok, dwa. Zwiedzam sobie po pijaku tereny
i ledwo wiem jak ja przechodzę przez te lasy. Plaża. Ona zawsze jest zimą taka nieprzyjemna,
a jednak gdzieś tam na terenie widzę Mezularię z jej wilkiem u boku. Te dwa lowelasy
wpychające tą swoją miłość prosto w moje bolące oczy. Ah księżycu, słodki
księżycu, czy mi winne za winny zawsze samotnym? Kto wie… może. Kawka odeszła.
Poetycko. Poezja. Może to czas znowu odwiedzić Misunga i jego wilczycy. Oni
oboje mają trochę zioła i lepszych rzeczy niż alkohol i jeszcze ta poezja…
A najgorsze w tym wszystkim dzisiaj, dzisiaj jakoś wyjątkowo, że wpadam na
własnych nogach w ptaka za ptakiem. Miodełka, Mezularia, ja! Nawet Szkliwo
siedzi w mojej głowie i oczywiście. Eilert! Ten dzban zostawił… swoje ciało na
ziemi. Em. Chyba spał, jak się o niego potknąłem. Cholera…
<cdn>
niedziela, 30 marca 2025
Od Janki CD Almette - „Swój pozna swego” cz. 9
piątek, 21 marca 2025
Od Agresta - „Oko nieba. Usłyszeć spokój”, cz. 1
Od Yrsy - Coś się kończy, coś się zaczyna cz.3
Wiosna nie przyszła gwałtownie. Nie zerwała z nieba chmur, nie rozdarła ciszy jak krzyk. Przyszła powoli, z cierpliwością kogoś, kto zna cykl życia aż nazbyt dobrze. Najpierw przyszły zmiany w powietrzu – lżejszym, bardziej rozedrganym, niosącym w sobie zapach obietnic. Potem przyszło światło – miękkie, jeszcze nieśmiałe, jakby nie do końca pewne, czy wolno mu zagarnąć zimową biel. I wreszcie przyszła ona: zieleń. Nie gwałtowna eksplozja, lecz subtelne przebudzenie – jakby ziemia znów przypomniała sobie, jak to jest oddychać.
Yrsa poczuła to, zanim jeszcze to dostrzegła. Jej nos, przyzwyczajony do mroźnych nut zimy, wychwycił coś nowego – wilgotny zapach pąków, słodką nutę pierwszych kwiatów przebijających się przez glebę. Jej łapy wreszcie stąpały po ziemi, która była miękka, nasiąknięta deszczem i tętniąca życiem, a nie skuta lodem jak wcześniej. A kiedy dotarła do skraju lasu i spojrzała na otaczające ją tereny, wiedziała już na pewno: zima odeszła.
Wataha Srebrnego Chabra budziła się powoli. Słychać było pojedyncze odgłosy – kroki, westchnienia, przeciąganie się zaspanych ciał. Świat nie odżył jeszcze w pełni, ale drgał, jakby przygotowywał się do ponownego tańca. Ptaki zaczynały swoje pieśni ostrożnie, z wahaniem, jakby sprawdzały, czy już wolno im śpiewać.
Yrsa szła wzdłuż potoku, którego lodowy pancerz w końcu pękł. Woda płynęła jeszcze powoli, leniwie, ale już mówiła innym językiem – językiem odrodzenia, językiem nadziei. Jej kryształowe oczy, chłodne jak lodowce, śledziły grę światła na powierzchni nurtu. Jeszcze wczoraj lód skrzypiał pod łapami, dzisiaj lśniła tafla jakby srebro pociągnięte światłem poranka.
To wszystko było dla niej nowe. I obce. Yrsa nie znała wiosny. Nie takiej – ciepłej, żywej, łaskawej. Na dalekiej północy, skąd pochodziła, pora po zimie była krucha, krótka, ledwie zauważalna – jak błysk w ciemności. Tam śnieg co najwyżej topniał nieco wcześniej, a słońce błądziło niżej po horyzoncie. Tam nie było tej miękkości, tego bujnego drżenia powietrza od energii rodzącego się życia. Tam wszystko było ostre, surowe, nieprzebaczające.
A tutaj… Tutaj ziemia pulsowała. Nie tylko dźwiękiem, nie tylko światłem – ale czymś więcej. Czymś, co poruszało jej wnętrze, jakby dawno zamarznięta część niej zaczęła się nagle kruszyć. To nie był tylko koniec zimy – to był początek czegoś, czego nie znała. Czego może nawet się bała.
Myśli Yrsy błądziły. Wiosna była dla niej porą najtrudniejszą. Nie tak jednoznaczną jak zima, która wyciszała wszystko i nie wymagała niczego prócz przetrwania. Nie tak melancholijną jak jesień, z jej szeptami przemijania. Wiosna… Wiosna była jak pytanie. Jak otwarte drzwi. Jak ścieżka, która kusiła, ale nie dawała gwarancji.
– Co jeśli to nie dla mnie? – pomyślała, zatrzymując się na brzegu i zanurzając łapy w chłodnej wodzie. – Co jeśli nie potrafię już rozkwitać?
Zadrżała, choć nie z zimna. Wiosna miała w sobie coś bezwzględnego. Wzywała do życia. Do zmian. Do ruszenia naprzód. Ale co, jeśli ktoś nie miał sił? Co, jeśli ktoś nauczył się być ciszą, a nie chciał być krzykiem odrodzenia?
Uklękła przy brzegu, przymykając powieki. Każdy oddech niósł zapach mokrej kory, świeżej trawy, słońca jeszcze zawstydzonego, ale już próbującego ogrzać jej boki. Czuła, jak z wnętrza ziemi wydobywa się szept – nie język wilków, nie melodia świata, którą znała, ale coś nowego. Coś jak wezwanie. Subtelne, ale nieuniknione.
– Czy można się obudzić… po tylu zimach? – szept przepadł między gałęziami.
W ciszy, która ją otaczała, słyszała bijące serce lasu. Czuła, jak zapachy się zmieniają, jak ziemia się porusza, jak świat wciąż wierzy w kolejne początki. I choć nie miała pewności, czy kiedykolwiek będzie potrafiła zakwitnąć tak jak dawniej, to w tej chwili pozwoliła sobie na jedno: na bycie. Po prostu.
Była jak liść, który nie wie, czy rozwinie się w pełni. Jak pąk, który waha się, czy rozchylić płatki. Jak echo, które jeszcze nie zdecydowało, czy chce wrócić.
Ale była. Tu. Wiosną.
I może – choćby tylko na moment – to wystarczyło.
Bo może właśnie tym była wiosna: nie nagrodą za przetrwanie, ale nową szansą. Nie była obietnicą, że wszystko się ułoży – była zaproszeniem, by spróbować jeszcze raz. By otworzyć oczy, by stanąć na rozmiękłej ziemi i poczuć pod łapami drżenie świata, który budził się mimo wszystko.
Wiosna była życiem. Tak po prostu. I życie, jak wiosna, nie pytało, czy jesteśmy gotowi. Po prostu przychodziło. A coś w niej – mimo lęku, mimo bólu – pragnęło zostać. Nie przetrwać. Nie przeczekać. Zostać.
Bo coś się kończyło. A coś właśnie się zaczynało.
Od Yrsy CD. Xiva – "Ostatnia z Wilczej Paszczy" cz.17
Cisza była niczym gruby, biały koc śniegu otulający świat w półmroku polarnej nocy. Wnętrze nory wydawało się Yrsie niemal odrealnione – ciepłe w porównaniu do chłodu, jaki znała, a jednocześnie surowe, jakby wciąż niepewne, czy przyjmie ją na stałe. Pachniało wilgotną ziemią, lasem i Xivem – delikatnie, nie narzucająco, ale na tyle wyraźnie, że czuła jego obecność, nawet gdy nie patrzyła w jego stronę.
Ściany były nierówne, wykopane wprawnie, choć bez przesadnej precyzji – jakby tworzył je ktoś, kto bardziej kierował się troską niż doświadczeniem. Ziemia nosiła jeszcze ślady świeżości, a w powietrzu unosił się lekki aromat korzeni i żywicy z pobliskich sosen. Trawy rozłożone na ziemi były miękkie, lekko pachnące ziołami – zapewne wyjęte z zapasów Xiva. Na jednym z nich odbijało się słabe światło dnia, które wpadało przez wąski otwór wejścia, malując na ścianie drżące cienie.
Yrsa przymknęła powieki, wsłuchując się w rytm własnego oddechu. Przez chwilę mogła udawać, że świat się zatrzymał, że nie ma przeszłości, że nie ma nic poza cichym, spokojnym teraz. Ale nie umiała długo trwać w tym złudzeniu. Myśli wracały, pulsowały pod czaszką jak echo kroków na zamarzniętym jeziorze.
Wilk śmierci.
Tak by o nim powiedzieli. O tym, który kroczy w ciemnościach. A jednak Xiv zrobiło dla niej norę. Schronienie. Miejsce, które miało chronić przed chłodem, zmęczeniem, przed nocą. Wilk śmierci budujący norę dla wilka zimy. Dwa stworzenia, których obecność kojarzyła się z końcem, z zatrzymaniem oddechu świata – a jednak teraz jedno z nich czekało, a drugie znalazło schronienie.
Zamrugała i uniosła łeb, spoglądając na sylwetkę Xiva siedzącego tuż przy wejściu. Nie odchodziło. Nie narzucało się. Po prostu tam było. Jego kontury rozmywały się lekko w półmroku, jakby nie należało całkiem do tego świata, jakby zawieszone było gdzieś między snem a jawą, między rzeczywistością a tym, co tylko przeczuwalne.
Czy nie tak właśnie wyglądała lojalność? Nie w słowach, nie w pustych zapewnieniach, ale w samej obecności – cichej, niewymuszonej?
Przesunęła łapą po ziemi, wsłuchując się w odgłos pazurów drapiących o grunt. Odgłos ten był głuchy, przytłumiony miękkością ziemi – jakby sama nora słuchała jej gestów, przyswajała je, akceptowała.
— Xiv. — Jej głos nie był rozkazem ani prośbą, raczej konstatacją, czymś pomiędzy myślą a faktem.
Wilczę uniosło łeb, jego uszy poruszyły się lekko, ale nie powiedziało nic. Czekało.
— Nie musisz tam siedzieć. Możesz wejść.
Czy to była oferta? Sugestia? Może coś więcej? Sama nie była pewna, skąd się to w niej wzięło. Nie była typem, który zapraszał do swojego świata kogokolwiek, a jednak Xiv... cóż, Xiv nie było kimkolwiek.
Obróciła łeb w jego stronę. — Nie gryzę — dodała, a na jej pysku pojawił się cień uśmiechu.
Odpowiedź Xiva była cicha, niemal niewidoczna – ledwie dostrzegalny ruch łapy, powolne uniesienie sylwetki, jakby samo nie wierzyło, że otrzymało zaproszenie. Yrsa nie patrzyła już w jego stronę. Spojrzenie wbiła w przeciwległą ścianę nory.
Wilk śmierci i wilk zimy.
Dwoje istot, które niosły w sobie koniec – choć w różny sposób. Xiv, z tą dziwną, niepojętą aurą, która owijała się wokół niego niczym mgła o zmierzchu. Niosło w sobie śmierć nie jako zniszczenie, ale jako przemianę – łagodną, konieczną, cichą jak westchnienie. Nie było w tym nic brutalnego.
Było... łaskawe. Przejmujące. Jak pierwszy mróz po gorącym lecie – nieuniknione, a mimo to piękne w swojej ciszy.
A ona?
Yrsa była zimą.
Zimna nie dlatego, że tak wybrała – ale dlatego, że nic innego jej nie zostało. Tak, jak śnieg przykrywał ziemię i zamykał wszystko w bezruchu, tak ona od lat okrywała swoje serce ciszą. Zamarzła – powoli, warstwa po warstwie, gdy kolejne głosy przestawały odpowiadać, gdy kolejne futra znikały z jej życia, zostawiając po sobie tylko ślady, które zasypał czas.
I teraz… te dwa żywioły spotkały się tutaj. Śmierć, która nie zabiera, i zima, która nie zapomina. Może dlatego ta cisza między nimi nie bolała. Była znajoma. Była zrozumieniem.
Xiv wszedł do środka z taką ostrożnością, jakby nie chciał zakłócić spokoju tego miejsca. Yrsa wyczuła, jak jego obecność zmienia temperaturę przestrzeni – nie dosłownie, nie fizycznie, ale jakby coś w niej samej odrobinę się rozluźniło. Napięcie w łapach zelżało, a powietrze stało się mniej duszne. Wreszcie poczuła, że może oddychać pełniej.
Nie spojrzała na niego od razu. Przeciągnęła się powoli, z cichym jękiem, który zdradził zmęczenie głęboko zalegające w jej kościach. Potem zsunęła się niżej, kładąc głowę na łapach, nie odwracając wzroku od ściany.
— Czy czujesz, jak ten grunt oddycha? — spytała nagle, jej głos był miękki, lekko zachrypnięty od zmęczenia. — Jakby tu, pod nami, tliło się coś więcej. Ciepło, którego się nie spodziewałam. Może to twoja obecność. Może ta nora. A może po prostu jestem zbyt zmęczona, żeby odróżnić iluzję od prawdy.
Milczała przez chwilę, słuchając swojego oddechu mieszającego się z jego. Po raz pierwszy od dawna nie czuła się zagrożona. Nawet samotność, która zwykle była jej cieniem, jakby wycofała się na bok, ustępując miejsca czemuś nowemu. Nieufności? Ostrożnej ciekawości?
A może tylko ciepłu.
— Ty… nie boisz się tego, co niesiesz, prawda? — zapytała jeszcze ciszej, bardziej do siebie niż do niego. — Ja się boję. Zimy. Siebie. Tego, że kiedyś przestanę topnieć.
Zamknęła oczy.
Nie potrzebowała odpowiedzi.
W tej chwili wystarczyło, że nie była już sama.
<Xiv?>
piątek, 14 marca 2025
Od Yolotla – "Rodzina zaczyna się od trzech" cz.3
Bez rodzeństwa było cicho i smutno. Yolotl dobrze wiedział, że Faolan i Makatza nie mieli czasu go odwiedzać, szykując się na test, a on nie powinien im przeszkadzać. Nie zmieniało to jednak faktu, że strasznie mu się nudziło.
Postanowił skupić się na nauce, tak jak oni. Długo zastanawiał się nad stanowiskiem, jakie planował zająć, ale mając dostęp do kryształów pozwalających używać magii żywiołów, tytuł nauczyciela owych żywiołów wcale nie brzmiał źle.
To też stało się celem Yolotla. Choć kryształ burzy był dla niego najbardziej komfortowy, basior trenował też z innymi, by w przyszłości mieć jak najbardziej rozległą wiedzę. Nie tylko trenował, ale także podejmował się różnych eksperymentów, które pomagały mu lepiej zrozumieć działanie poszczególnych żywiołów. Oczywiście nie był w stanie pokryć wszystkiego, istniały żywioły tak niszowe, że kryształy związane z nimi mogły nawet nie istnieć.
Yolotl wciąż miał powszechniejszą wiedzę niż przeciętny wilk.
A co ważniejsze, gdyby jakiś szczeniak bardzo chciał posiadać żywioł, a nie był z żadnym urodzony, Yolotl mógł zapewnić zamiennik. Słaby żywioł wciąż był lepszy, niż żaden, jeśli komuś bardzo zamierzało, by jakiś mieć.
Okazało się, że specjalizacjami beżowego basiora były nie tylko burza, ale także woda i powietrze; z kolei ziemi i ognia nie potrafił opanować i często wymykały mu się spod kontroli, powodując mały, niełatwy do naprawienia chaos. Roślinność wcale się go nie słuchała, ani pozytywnie, ani negatywnie, ale potrafił wyczuć energię lasu wokół niego oraz trawy pod łapami, więc to wciąż był jakiś plus. Lód–ułamek–śnieg były zabawne, bo choć przypominały połączenie wody i powietrza, wcale nie były tak proste do opanowania, a jednocześnie nie szły tak opornie jak pozostałe ciężkie żywioły. Największym problemem dla młodzika był chłód, jaki obejmował jego łapy za każdym razem, gdy próbował korzystać z zimowego kryształu. Nieprzyjemne uczucie zmusiło go do zrezygnowania z treningów.
Wystarczyło kilka krótkich tygodni, by Yolotl czuł się znawcą w temacie żywiołów. Może nie umywał się do wilków, które z żywiołami miały do czynienia od urodzenia, ale jego wiedza pozwoliłaby szczeniakom odkryć ukryte w nich moce, a to było najważniejsze w stanowisku nauczyciela żywiołów.
Wilk był dumny ze swoich postępów, ale wraz z upływem czasu coraz bardziej martwił się o rodzinę. Nie wiedział, kiedy miał odbyć się ten cały test, a ani Makatza, ani Faolan się nie pokazywali. Gdyby należeli do jakiejkolwiek innej watahy, Yolotl spróbowałby ich odwiedzić, ale nie miał odwagi najść na Watahę Cieni.
CDN
czwartek, 13 marca 2025
Od Variaishiki – "Plaga Nagiego Serca: Skryty Las" (AU) cz.5
Variaishika począł robić w swojej norze listę, korzystając z informacji, jakie dotarły do jego uszu. Kto jest już zarażony, z jakiego powodu, czy śmierć została potwierdzona – wszystko to było skrupulatnie zapisywane w tym samym notatniku, w którym Xiv opisało objawy plagi nagiego serca. Rudzielcowi bardzo podobało się prowadzenie takich zapisków, czuł się jak szalony naukowiec. Być może ludzie zaimplementowali w nim więcej niż odporność na choroby.
Jednej nocy, krótko po zniknięciu Luki, postanowił przespacerować się po Skrytym Lesie, niby zupełnie bez celu. Jakimś trafem była też tam Ruka, emerytowana staruszka, która swoim zachowaniem wcale do swojego wieku nie pasowała. Vari przyuważył ją, gdy wycierała pysk w kawałek mchu. Na jej czarnym futrze widniały wilgotne plamy śmierdzące zgniłą posoką.
– Kogo znalazłaś? – zapytał młody wilk, całkowicie pomijając jakiekolwiek przywitanie czy inne wymagania dobrego wychowania. Ruka musiała nie spodziewać się towarzystwa, bo stanęła jak wryta, w pozycji zaskoczonego konia, z kawałkami mchu przyklejonymi do twarzy.
– Huku, Vari, nie strasz tak! Rany. – Wadera szybko starła łapą mech z pyska. – Skąd pomysł, że kogoś znalazłam?
– Śmierdzisz zgnilizną.
Kolejna poza przestraszonego konia, choć teraz Ruka bardziej przypominała jelenia oślepionego przez światła samochodu. Vari mógł przysiąc, że słyszał trybiki pracujące w jej głowie i decydujące, co powinna powiedzieć.
– Nie mów nikomu! – syknęła w końcu, jej głos ostry, ale niezdolny ukryć strach. – I jak myślisz, kogo mogłam znaleźć? Luka jest w tym lesie. Chociaż z tego całego Luki mało co zostało.
Rudzielec kiwnął głową, dobrze rozumiejąc, do czego odnosiła się czarna. Xiv opisało to w swoich notatkach, w fazie trzeciej ofiara miała zaledwie ostatki świadomości, a wyglądem mało co przypominała pierwowzór. Z głębokim westchnieniem wilk wyjął notatnik i zaczął w nim pisać, co zwróciło uwagę Ruki.
– Co tam masz?
– Spis ofiar, właśnie cię dopisuję.
– Nawet się nie waż!
Intensywne spojrzenie kolorowych, niebezpiecznych oczu zdawało się przypomnieć waderze o pochodzeniu szczeniaka probówki. Stała się mniejsza, już nie tak pewna siebie, jej zdanie przestało się tak bardzo liczyć. Spuściła głowę, unikając nacisku od strony młodego, silniejszego, a przede wszystkim nienaturalnego basiora.
– Jesteś ofiarą, Ruka i tego nie zmienisz. Jeśli cię to jednak pocieszy, lista ta jest tylko dla mnie i nikt nie będzie miał do niej wglądu. – Na te słowa zjeżone futro wadery nieco się wygładziło. – Czy był ktoś z tobą?
– Ze mną nie, ale… – Ruka na chwilę zwątpiła, ale ostatecznie zdecydowała się mówić dalej. – Usłyszałam czyiś krzyk. Myślę, że brzmiało jak Sigma? Nie znalazłam go jednak, zamiast niego spotkałam to coś.
Vari kiwał głową i jednocześnie notował to, co słyszał. Postanowił opuścić Rukę, i tak by nic nie zdziałał, i ruszyć na poszukiwanie wilka, którego on sam nie słyszał. Rozkazał tylko waderze opuścić las i ostrzec inne wilki, że Luka się znalazł i mają go spisać na straty.
Znalezienie uciekiniera było nie lada wyzwaniem, dopóki nie pojawił się Xochicoatl, który z jakiegoś powodu był akurat w okolicy. Podbiegł do Variego z przerażeniem jarzącym się w oczach tak jasno, że rudzielec myślał, że goniec zaraz się przed nim popłacze. Z bliska było widać, że pysk brązowego basiora zdobiła stara krew, a nie błoto, jak wcześniej Variaishika myślał.
– Mamy dwie nowe ofiary! – Co? – Widziałem uciekającego Sigmę pokrytego krwią. – Aha. – A ja… głupio się przyznać, ale potknąłem się i wpadłem pyskiem prosto w kałużę. – No faktycznie głupie. – To tak jakby wszechświat starał się nas pozbyć! – Nikt nie mówi, że tak nie jest. – Co myśmy mu zrobili? Jesteśmy zgubieni!
Xochi pobiegł dalej, zostawiając rudego w tyle. Nieprzejęty Vari wzruszył ramionami, wyjął notatnik i dopisał dwa nowe imiona. W sumie plaga nagiego serca dotknęła już trzynaście wilków. Ładna liczba. Bardzo ładna.
Przez moment Variaishika zastanawiał się, czy dopisać siebie. Ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu.
CDN