niedziela, 31 maja 2026
środa, 1 kwietnia 2026
środa, 31 grudnia 2025
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 13
Delta spojrzał na kartkę w swoich łapach i odetchnął. Oficjalnie już, mógł wpisać wielkimi literami : Koniec, zaraz pod danymi z epidemii. Ostatni pacjent wyszedł z medycznej, niekoniecznie o własnych łapach, ale wyszedł.
Amensir wyzdrowiał, cudem, ale wyzdrowiał i wyszedł o własnych łapach. Jego choroba była szybka, intensywna, ale skończona.
Puchacz zachorował zaraz po śmierci swojej siostry. Niedługo potem choroba rozłożyła Nymerię i Agresta. Akurat na święta. No cóż. Cała rodzina w chorobie. Poza Legionem, który siedział w jaskini alf, samotnie. Ale niedługo. Agrest, pomimo swoich własnych problemów zdrowotnych w miarę się wylizał, a niedługo potem wyzdrowiał Puchacz. Chociaż tylko ciałem, gdyż siostra była mu bardzo bliska. Niestety żona Agresta, samica alfa, najukochańsza wadera w tej watasze nie pozbierała się tak łatwo. Nie wyszła o własnych łapach. Fakt jest, że nie wyszła wcale żywa. Niestety, Puchacz, Legion i Agrest będą mieli za kim płakać.
Espir wylizała się chyba najszybciej ze wszystkich, pomimo swojego wielu. Z jaskini medycznej wyszła o własnych łapach, niecały tydzień po zachorowaniu.
Satrutn i Smoła przeszli przez chorobę lekko i wyzdrowieli z nową śmiałością. Ach ta młodzież…
Kali za to… Kali się nie poszczęściło. Mino miał kogo grzebać tego dnia, bo niedługo po niej padł Miguel.
Niedługo potem Delta wysłał Talię do Yrsy i Xiva. I tak jak Xiv wylizał się w miarę dobrze i przeszedł tę chorobę bez większych problemów, Yrsa potrzebowała jeszcze trochę czasu. Jednak zdrowie przyszło i do niej.
Prymula, z racji że to szczeniak, ponarzekała i wylizała się jak młody bóg. Gorzej że straciła babcię w tym procesie.
Dana i Hiekka chorowali, chorowali i napsuli trochę Delcie krwi. Hiekka ze swoimi poematami, a Dana miłosnym wyciem za basiorem, którego nie mogła dostać.
I na tym się dobro skończyło. Śmierć przyszła i zabrała ze sobą każdego kto został w jaskini medycznej, kiedy zdrowi tylko wystąpili jedną łapą na swoją zasłużoną wolność.
Najpierw poszła Ruka. Starsza wadera zamknęła oczy bardziej ze starości niż z choroby, chociaż ta wcale jej nie pomogła.
Potem umarła Szalka. Ta pomocna, wesoła i młoda wadera. Odeszła przerażona i Delta mógł tylko przytrzymać ją za łapę.
Harpia, Kezuko i Mikaela byli zaraz po niej. Tej samej nocy właściwie. Wszyscy po kolei poddali się chorobie, która powoli udusiła ich we śnie.
Miguel odszedł o poranku. Kiedy słońce przed nowym rokiem zaświeciło na świat.
Arteus i Xochi odeszli jednocześnie w południe. Smutno, bo boleśnie. Arteus oberwał atakami padaczki zanim choroba dobiła go kompletnie, a Xochi zachłysnął się wodą i niestety poległ z utopienia… albo uduszenia się. Ciężko powiedzieć. Choroba po prostu nie dała mu wyrzucić wody z płuc.
Piwonia i Cykoria umarły spokojnie, skulone w roku medycznej, zawinięte futrami jedna w drugą.
Szalej za to umarł wieczorem, wczesnym jeszcze. I wtedy na Sali została tylko jedna wadera.
Flavie poczekała ze swoją śmiercią. Prawie do nowego roku. Jej oczy zamknęły się, a oddech poddał niedługo przed północą.
I jaskinia medyczna zamilkła. Puchacz płakał w rodzinnej jaskini. Dalia wyszła i jeszcze nie wróciła ze spaceru. A Talia i Delta siedzieli przed medyczną i wpatrywali się w niebo w grobowej ciszy. Cóż za wesołe wieści na nowy rok… niestety podpisane krwią i zagubionym oddechem wszystkich tych, którzy odeszli.
<CDN>
wtorek, 30 grudnia 2025
Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz.6
Świt przyszedł cicho. Bez fanfar, bez światła, które natychmiast obiecuje nowy początek. Raczej jak nieśmiałe cofnięcie się nocy o krok, jakby sama nie była pewna, czy powinna już odejść.
Yrsa oddychała.
To był pierwszy fakt, który miał znaczenie.
Oddech nie był jeszcze równy ani głęboki, ale był jej własny. Nie urywał się już w panice, nie zawisał na granicy decyzji. Płuca wypełniały się powietrzem powoli, niechętnie, jakby dopiero uczyły się na nowo swojego zadania. Gorączka nie zniknęła całkiem, ale przestała być ogniem - stała się żarem, który można było znieść.
Jej duch wrócił.
Nie od razu. Nie jednym ruchem. Raczej jak ptak, który po długim locie krąży nad ziemią, zanim w końcu zdecyduje się usiąść. Yrsa czuła to wyraźnie: ciężar ciała znów należał do niej. Łapy były ciężkie, gardło obolałe, każdy ruch kosztował wysiłek - ale wszystko to było jej. Nie oddalone. Nie obce.
Xiv spało, opierając pysk o jej bok.
Spało po raz pierwszy od wielu dni naprawdę. Nie czuwając jednym okiem, nie nasłuchując każdego oddechu. Jego własna gorączka wreszcie zaczęła ustępować, pozostawiając po sobie wyczerpanie tak głębokie, że ciało w końcu wymusiło odpoczynek. Kaszel był rzadszy. Oddech wciąż chrapliwy, ale stabilny.
Yrsa patrzyła na nie długo, w ciszy, która tym razem nie była groźna.
Zrozumiała wtedy - z tą swoją spokojną, późną mądrością - że śmierć naprawdę była blisko. Nie jako wizja, nie jako głos, lecz jako realna możliwość, która czekała cierpliwie, aż ktoś się zgodzi. I że to nie siła ciała ją odepchnęła. Ciało zawiodło pierwsze.
Zatrzymała ją obecność.
Ciepło. Ciężar drugiego istnienia, które uparcie mówiło „tu”, nawet wtedy, gdy ona sama zaczynała się rozmywać.
Kiedy Delta w końcu przyszedł, nie robił hałasu. Zatrzymał się przy wejściu do nory, obserwując ich przez dłuższą chwilę, niż pozwalała na to zwykła rutyna medyka. Widział już wiele granic - i wiedział, jak wygląda ta, którą ktoś przekroczył i wrócił.
— No — mruknął w końcu, ciszej niż zwykle. — Naprawdę jesteś uparta.
Yrsa spróbowała się uśmiechnąć. Wyszło to ledwie zauważalnie, ale Delta i tak to dostrzegł.
Zbadał ją dokładnie, bez pośpiechu. Gardło wciąż było zaczerwienione, płuca osłabione, serce zmęczone, lecz rytmiczne. Gorączka spadała. Organizm, kruchy od urodzenia, wyraźnie zapłacił cenę - ale walka została wygrana.
— Było blisko — powiedział wprost, jak zawsze. — Bardzo blisko.
Nie było w tym straszenia. Tylko fakt.
Podał jej lekarstwo. Potem Xiv. Obu kazał pić, nawet jeśli nie chcieli. Obu zabronił wychodzić jeszcze długo. I po raz pierwszy nie narzekał, że ktoś zajmuje mu przestrzeń, że musi pilnować kwarantanny, że los znów dorzucił mu pracy.
— Odpoczywajcie — rzucił na koniec. — Oboje.
Kiedy odszedł, w norze znów zapadła cisza. Ale była inna niż wcześniej. Lżejsza. Oddychająca.
Xiv obudziło się chwilę później, zdezorientowane, gotowe natychmiast zerwać się na łapy — dopóki nie zobaczyło jej otwartych oczu.
Zatrzymało się.
— …Yrsa?
— Jestem — odpowiedziała cicho. Głos był słaby, zdarty, ale obecny. — Nadal.
Xiv nie odpowiedziało od razu. Po prostu położyło się bliżej, opierając czoło o jej szyję, jakby musiało się upewnić, że to nie jest kolejny sen, kolejny objaw gorączki.
— Myślałem… — zacząło, ale nie dokończyło.
— Wiem — odparła spokojnie. — Ja też.
Leżeli tak jeszcze długo. Dwoje wilków, którzy przeszli przez coś, czego nie dało się opowiedzieć jednym zdaniem. Choroba ustępowała. Śmierć cofnęła się o krok, niezadowolona, ale posłuszna.
A Yrsa - słaba, wyczerpana, żywa - wiedziała jedno z całą jasnością:
Nie odeszła nie dlatego, że nie mogła.
Nie odeszła, bo ktoś ją zatrzymał.
I to wystarczyło.
środa, 24 grudnia 2025
Od Delty - "Wiec to są święta" - opowiadanie świąteczne
Delta spojrzał smętnym wzrokiem na swoje łapy. Śnieg przywierał do nich jak rzepy do ogona latem. Nie było to przyjemne uczucie, ale przynajmniej staruszek poruszał się w miarę ponad warstwami zimnego puchu. Talia i Dalia nie miały tyle szczęścia. Obie przybrały na masie, zwłaszcza skrzydlata. Jej biegi przełajowe i ćwiczenia walki oraz długie spacery przyprawiły ją o porządne i dobrze zbudowane mięśnie. Samiczka zatem zrobiła się ciężka i barczysta, co za tym idzie, śnieg nie stał jej żadnym oporem. Przedzierała się przez niego jak mały niedźwiedź.
— Daleko jeszcze? — spytała w końcu Talia, jej oczka rozglądając się wokoło.
— Niedaleko. Te drzewa są zaraz, tam. Na brzegu. Stare i kruche, w sam raz. — Delta zmarszczył nos. — Żwawo. Żwawo dziewczynki, nie możemy zostawiać medycznej samej na za długo. — oświadczył dreptają w kierunku starych świerków. Dalia odetchnęła ciężko i z impetem rozdarła się przez kolejny kawałek śniegu, co by jej siostrze prościej było przejść za nią.
—I będziemy ją całą ciągnąc do medycznej? Przecież się nie zmieści! — Dalia skomentowała jak podeszli do drzewka, które Delta sobie upatrzył.
— Nie. Zabieramy sam czubek. — medyk wskazał na skrzydlatą i machnął łapą. Samiczka rozłożyła swoje błogosławieństwo od świata i zaraz była w powietrzu. Drobinki śniegu latały w powietrzu opadając z jej futra. Talia spojrzała na siostrę, zdejmując ze swoich pleców dość długa linę. Rzuciła nią do siostry i zaraz miały czubek świerku oplątany wokół korzenia. Potem zostało tylko ją przyciąć. To zajęło im najdłużej. Ciężko używa się nowelistycznych i ciekawych urządzeń ludzkich bez kciuków i bladego pojęcia jak działają. Na szczęście jakoś się udało.
So this is Christmas.
And what have you done ?
Another year over
and a new one just begun.
Choinka stanęła w jaskini medycznej. Wyjątkowo w środku. Wsparta paroma sznurkami, obwieszona starymi ziołami, które nie nadawały się na leki. Gdzieniegdzie wisiała szyszka, suszony kwiatek, jakiś zagubiony owoc, kości. Była to biedna choinka, smutna, ale ich. Przypomnienie, że nawet w chorobie i tragedii możliwa jest odrobina radości.
Delta zadbał nawet o dobry posiłek tego dnia. Wysłał Dalię do pomocy na polowaniu, a ta spisała się nawet dobrze. Myszka w końcu jeszcze trochę dobrzała po chorobie, więc skrzydlata dostała sporo pochwał.
— Dobry posiłek. Dobry nastrój. — Delta spojrzał na salkę pełną wilków szepczących do siebie ciche rozmowy. Talia siedziała obok niego, a Dalia nakładała na gałęzie jeszcze parę drobnostek od siebie. — Przydałoby się jeszcze zdrowie… —
— Przydałoby się… — przyznała Talia i zapadła chwila ciszy. — Wiesz… to nasze pierwsze święta. — wyszeptała w końcu. Delta położył łapę między jej łopatkami.
— Wiem. Dlatego mam dla was mały prezent. To niewiele. Zdobyczne rzeczy w większości, jeszcze przed tym całym zamieszaniem i chaosem. — medyk wstał i podszedł do swojego stolika. Bezczelnie wlazł na niego i z najwyższej wyżłobionej w kamieniu półki zdjął dwie małe błyskotki.
— Prezent… Dla nas? — Dalia podeszła bliżej. Jej pysk nie wyrażał za wiele emocji, jednak w oku świeciła się jej gwiazdka zainteresowania i radości.
— Dla was. W końcu w wielkiej teorii jestem waszym ojcem, nie? Adoptowanym, ale jednak. — Delta zeskoczył na ziemię i ciężko odetchnął. — Młodszy się nie robię. — parsknął i rozciągnął stare kości. — Podejdźcie. — machnął wolną łapą na swoje córy. Obie posusznie wykonały polecenie, siadając zaraz przed nim. Wadery górowały nad nim jak dwie góry nad samotną sosną. Jak słońce i księżyc nad światem. Jak każdy inny wilk nad Deltą. A mimo to, medyk zdawał się być największym wilkiem w tej jaskini.
—Co to? — Talia przebierała swoimi czterema przednimi łapkami z podekscytowaniem.
— Nic wielkiego jak mówiłem. Dla Talii, a znalazłem taki mały wisiorek. W środku jest suszona róża. — Delta podał jej wisiorek na sznureczku. — Niestety oryginalny łańcuszek nie przetrwał.
— Jest śliczny! Róża to mój ulubiony kwiat! — oświadczyła przysuwając błyskotkę do piersi po czym wpychając ją w łapy siostry. — Załóż mi! Załóż! — I Dalia zaraz przełożyła wisiorek przez szyję siostry, a Delta spojrzał na nie. Jeszcze niedawno były jego wielkości i zaglądały mu przez ramię na to jak robi leki. Zadawały głupiutkie pytania i przyzwyczajały się do tego spokojnego życia w tej jakże „spokojnej” watasze. A teraz obie spoglądały na niego z góry. Były prawie dorosłe, a jednak, ta ekscytacja na prezenty, na uwagę, na komplementy – to nadal były szczeniaki. To nadal były dzieci, łatwe do namawiania, posłuszne swojemu adopcyjnemu tacie i jakże szczęśliwe tu gdzie były.
— A dla Dalii?! — Talia klasnęła w łapy i spojrzała na Deltą z oczekiwaniem.
— No tak. Dla Dalii mam to. — Delta wysunął na łapie obrączkę. Wadery spojrzały na to i Dalia przekrzywiła nawet łepek, tak jak miała w zwyczaju to robić kiedy była jeszcze wielkości grzybka.
— Co to? — spytała, jakby nieco zawiedziona, nawet jakby nie chciała po sobie tego poznać.
— No tak. Przecież to idzie w parze… z tym. — Delta teraz sięgnął po igłę. — Od dawna szczekasz na prawo i lewo, że chcesz kolczyk. W prawym uchu, dobrze pamiętam? — stary medyk posłał jej szeroki uśmiech, ponieważ teraz nawet ta „silna i niezależna” Dalia zatrzęsła się z ekscytacji.
— Nie mówisz serio! — uśmiechnęła się szeroko, pokazując wszystkie zęby. — Serio!? Teraz! Mogę teraz?! — Delta pokiwał głową. I już wkrótce Dalia miała kolczyka na prawym uchu. Wadera machała nim, a ciężar metalu dokładał jej coraz to więcej szczęścia.
— O nie… Ale my nie mamy nic dla ciebie! — Talia w końcu spojrzała na tatę.
— Nie musicie nic dla mnie mieć. Ja swoje święta przeżyłem, swoje prezenty dostałem. Starczy mi, że się tak cieszycie. Chociaż… — Delta spojrzał na nie spode łba.
— Tak? — Dalia zaraz byłaby gotowa dla niego w zamian zrywać gwiazdy z nieba.
— Zajmijcie się na chwilę dla mnie medyczną, proszę. Chciałbym pójść nad grób przyjaciół. — Delta poprosił, a one obie zaraz kiwały głową.
And so happy
Christmas.
We hope you have fun,
the near and the dear ones,
the old and the young.
Delta odwiedził miejsce spoczynku Pakiego i Yra. Nie robił tego często. Nie miał już czasu i często siły. Porozmawiał chwilę z powietrzem w nadziei, że zimny zimowy wiatr przekaże jego przyjaciołom w zaświatach, że nadal o nich pamięta. Że nadal trzyma ich blisko swojej pamięci. Zostawił dla nich zwiędniętego kwiatka, to wszystko co mógł teraz znaleźć. Zima ich nie oszczędzała.
Po czym wrócił do jaskini medycznej. Przechodząc obok salki chorych odetchnął ciężko. Podszedł do ogniska i dorzucił do niego drewienko, co by paliło się jaśniej. Potem wszedł do sali. Parę oczu podniosło się na niego, oczekując leków, upomnień, ucieszeń. Delta zamiast tego podszedł do Agresta i Nymerii, którzy siedzieli spokojnie, zawinięci w swoje własne ciała.
— Już czas na leki? — wychrypiał stary zgred, znaczy się – Agrest.
— Nie. Święta. Może nadal za Toba nie przepadam, ale Wesołe Święta należą się każdemu. — odparł medyk. Nymeria posłała mu niemrawy uśmiech. — Podnieście tyłki. Będziemy jeść, pić — Delta spojrzał na Rukę podsłuchującą w legowisku obok. — Z umiarem… — dodał więc. — i komu gardło pozwoli to śpiewać. Dzisiaj odpoczywamy od choroby i zmartwień… na chwilę.
I potem Dalia wtargała do sali sarnę, kubeczki i odrobinę trunku. Odrobinę oczywiście w miarkach WSC, tak więc Delta musiał pilnować niektórych ewenementów, co by nie pogorszyli swojego stanu. I nagle jaskinia zawrzała. Ciepłe głosy, ciche podśpiewywania, rozmowy z wilkami, które wspólnie na ten wspaniały dzień utknęły razem w tym parszywym miejscu. I chociaż na chwilę, na ten jeden wieczór przy ognisku, jedzeniu i pod choinką to miejsce pełne było szczęścia, złudnego, ale jednak. Śmierć dała im chwilę odetchnienia na ten czas i nie zabrała ze sobą nikogo tego dnia. Może też z nimi siedziała i piła do cichej melodii starej kolędy, którą Hiekka skądś wygrzebał.
Jak przyjemnie było na chwilę odetchnąć.
War is over.
If you want it.
War is over, now.
Wesołych Świąt Kochani. Wesołych Świąt!
niedziela, 21 grudnia 2025
Od Talii - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 12
Brzemię śmierci zawsze spada na tych, którzy albo z nią pracują, albo się jej nie spodziewają. Bliscy odchodzą, a ty możesz się tylko przyglądać jak dusza twojego ukochanego odchodzi w zaświaty. W miejsce, którego nie znamy, nie widzimy. Ta jedna nieznana, która czeka na każdego.
Talia była tego świadoma, ale patrzenie na swoją siostrę, chorą i leżącą na posłaniu,, było ciężkie. Samiczka starała się utrzymywać uśmiech na pysku, miły ton dla wszystkich wokół, ale zagrożenie śmierci, dla kogoś tak dla niej ważnego jak jej siostra wisiało nad nią jak gilotyna. Straszyło ją w snach, mieszało w jej głowie. Jej łapy trzęsły się kiedy mieszała kolejne maści. Kiedy spoglądała na salkę, pełną ciał i żałości, pełną oczekiwania na koniec.
Pośród chorych znalazło się wiele Wików, których Talia nigdy wcześniej nie widziała. Delta wymieniał je dla niej po imieniu, aby mogła zapoznać się z każdym z bliska. Wiedziała, że niektórzy z nich nigdy nie wyjdą z jaskini żywi. Że będzie ostatnią osobą, której w oczy spojrzą zanim odejdą. Pogodziła się z tą myślą. Była dla niej komfortem. Pewnością, że ona będzie komfortem dla umierających, kiedy będą tego potrzebować.
— To naturalne, że czuję się z tym tak źle? Że to takie niesprawiedliwe? Yolotl był niewiele starzy ode mnie…— Talia podkuliła ogon i oparła swój bok o bok Delty.
— Tak. To całkowicie normalne. Jesteś jeszcze szczeniakiem. — Delta pogłaskał ją po głowie. — Mi zajęło wiele lat aby nawet nie mruknąć na śmierć, a i tak czasem łapie mnie z zaskoczenia. Z żalem. —przyznał.
Talia poznała Falkę w bardzo zimne południe. Wadera weszła do jaskini medycznej i otwarła pysk przez Delta, który zaraz posłał ją do sali głównej. Samica wyglądała śmiesznie. Jej szczęka była nie na miejscu i chodziła trochę dziwnie. Ale miała bardzo ładny ogon, który kręcił się w dziwny sposób. Niestety nie przeżyła za długo. Przyszła do nich za późno. Talia patrzyła jak Delta zamyka jej oczy.
Opalit i Dalia zachorowali prawię w tym samym momencie i oboje martwili Talię bardzo mocno. Ale oboje wyzdrowieli, pomimo trudności jakie ich zastały. Siedzenie w miejscu nie było ich silną stroną.
Danny pojawił się niechętnie. Z raną ciętą na ramieniu i pierwsze co zrobił to posłał wściekłe spojrzenie Delcie, kiedy ten nakazał mu rozewrzeć pysk. Ale to zrobił. Z Deltą nikt się z jakiegoś powodu nie kłócił. Konstancja mówiła, że to tak zostało już od czasów wojny. Talia nie kwestionowała. Danny był chory i nie był zadowolony jak Delta uziemił go w sali głównej jaskini medycznej, z dala od swoich bijatyk. Talia nie rozumiała jak ktoś może chcieć się tak bić. Ale wilk wyzdrowiał. Z epidemii przynajmniej. Jego blizny przerażały Talię, ale musiała się przyzwyczaić do ich widoku. Taki los medyka.
Miguel, Yrsa i Duch dalej chorowali, dzielnie walcząc o swoje życia. Aiden za to – wyzdrowiał. Niestety Yrsa zaraziła swojego towarzysza Xiva i teraz oboje siedzieli w norze, zaryglowani i chorzy. W swoim słodkim towarzystwie.
I potem przyszła Domino. Wadera była w bardzo złym stanie i Talia pierwszy raz doświadczyła Delty, którego nie widziała nigdy wcześniej. Deltę, który z paniką w oczach, ale staraniem w łapach pracował nad swoją przyjaciółką z cierpliwością. I na jej szczęście, zdążyła uniknąć spotkania ze śmiercią. Przeżyła, ale co to za życie?
A Szpak? Ten skrzydlaty wilk, wszedł chory i w ciągu tygodnia podniósł się na nogi i wyszedł, zdrowy. Jakaś doza dobrego humoru w tym całym zamieszaniu.
Konstancja jednak, biedna, tak często przebywająca w jaskini medycznej, w końcu musiała znaleźć się na Sali chorych. To było nieuniknione, tak mówił Delta. Starsza wadera musiała otrzymać swoje leki i przejść obok chorych. W końcu się zaraziła i wkrótce Talia siedziała obok niej, jej futro wciśnięte w jej, trzymając ją za łapę.
— Mój mąż na mnie czeka. — mruknęła w końcu i zamknęła oczy. To była chyba najspokojniejsza śmierć, jaką Talia do tej pory widziała. Staruszka po prostu odeszła w ciągu paru sekund, bez oporu. Delta powiedział, że to nie chorobą ją zabrała, a starość. A starość tak już ma, że po prostu idzie się spać i już nie wstaje. Talia zaakceptowała to jako fakt.
Następna była Brzoza. Przyszła na badania, rutynowe. Chciała być matką tak bardzo, że próbowała tak wiele sposobów. I w końcu kiedy jej się udało, życie zabrało jej to na co tak ciężko pracowała. Choroba położyła ja na głównej sali.
—Czuję się tak szczęśliwa. — przyznała Talii, któregoś dnia. Spojrzała na nią zaszklonymi oczami. — Będę mamą… — ale nigdy się nie doczekała. Brzoza umarła jeszcze tej nocy, krztusząc się na własnych wymiotach.
Potem pojawił się Ahkirrin ze smutnymi oczami. Theodore został znaleziony niedaleko swojej jaskini. Delta poszedł sprawdzić jego ciało. Podobno strateg się udusił. Nie przyszedł do medycznej, kiedy choroba wdarła się do jego zdrowia.
Potem przyszedł Legion. Puchacz był niemożliwie zły na brata, że ten śmiał chorować. Jego siostra też nie była zadowolona, chociaż i ona wkrótce podupadła na zdrowiu. Oboje leżeli obok siebie, chorzy i smutni. I tylko jedno z nich przeżyło. Delta wyglądał na bardzo smutnego tej nocy. Talia skuliła się mocniej obok niego. Delta poszedł na jej pogrzeb, osobiści położył suszone kwiaty różny na jej grobie. Frezja – jego córka nie córka, straciła swoje młode życie. Za wcześnie… za wcześnie.
Delta rzadko płakał. I wtedy też nie płakał, ale Talia widziała jak chodził z głową bardziej spuszczoną w dół i jak wieczorami spoglądał w niebo ze znużeniem i zmęczeniem, jakie było obce Talii.
Talia też patrzyła czasami w niebo i zastanawiała się „Czy ona też kiedyś umrze?”. Tak. To było pewne, ale kiedy? I czy może się tego dowiedzieć? Czy chce to wiedzieć?
<CDN>
sobota, 13 grudnia 2025
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 11
Winnych i niewinnych osądzać mogą tylko w zaświatach. I Delta to doskonale wiedział. Zdawał sobie sprawę z całego tego przedstawienia rozgrywającego się pod jego łapami.
Chorych przybywało coraz więcej. Ledwo jacyś zdrowi wyszli to już jakiś inteligent chory stawiał się w progu. Jeden drugiego przepychał w wejściu aby tylko pierwszym być na lepszym łóżku, co by się wygodnie dogorywało.
Deltę odwiedzały nie tylko wilki z WSC z powodu epidemii. Co to, to nie. Ktoś inteligentny musiał udać się na zebranie do WWN, ponieważ sporo wilków z tamtych stron także zjawiło się u jego progów, błagając o pomoc. I kim byłby nasz stary sceptyczny Delta, gdyby ze złością nie kazał im siadać na dupach i czekać aż przygotuje więcej łóżek.
Z samego WSC do listy chorych najpierw dołączyła Mi. Starsza wadera miała się dobrze na początku, jednak szybko wyszła w śnieg. Od razu do grobu, zamknięta w zimnej ziemi, ostatnim świadku jej cierpienia.
Potem był Byczeq. Ale jemu poprawiło się bardzo szybko. Wyjątkowo szybko. Ale to był szczeniak, Delta nie miał na co narzekać. Bez niego w jaskini zrobiło się o wiele decybeli ciszej.
Bleu – nieszczęśnik zaatakowany chorobą przez swoją córkę, która niedługo potem sama dołączyła w progi jaskini medycznej. Alta, Myszka i Bleu. Wszyscy razem w jednym miejscu. I wszyscy wyszli zdrowi, na różne sposoby. Myszka i Bleu wrócili do domu. Alta wyzdrowiała duchem i opuściła ten świat.
Dally i Szklanka zjawili się pewnego pochmurnego wieczorku, oboje z nalotem na gardle. Oboje z bardzo poważnymi minami. Dally wkrótce wrócił do swojego pisania w kronikach, w końcu tę epidemię należało udokumentować, jednak Szklanka, już nigdy nie otworzyła oczu.
Oliver i Olivia nie przetrwali długo. To była najszybsza śmierć jaką do tej pory Delta widział. Te dwa wilki po prostu rozsypały mu się w łapach. Ale nie było co się dziwić. Ich … przedziwne ułożenie ciała i organów nie pomagało im w przeżyciu tak ciężkiej infekcji.
Hyarin pozostawał chory i słaby pomimo wszelkich starań Delty. Jego wiek nie sprzyjał jego zdrowiu.
Podobnie jak Duch. Ten staruszek także miał już problemy z radzeniem sobie z chorobą, jednak trzymał się przy życiu, jakby mu na nim zależało. Delta skrzywił się nieco. Sam mógłby już pójść w odwieczny sen, ale coś go jeszcze przy tym świecie trzymało.
Yrsa… Była u siebie. Na kwarantannie. Zakaz wychodzenia, zakaz wchodzenia. Nie chciała siedzieć w jaskini medycznej dwa tygodnie to spędzi z miesiąc jak nie dłużej w swoim własnym zakamarku świata. Z Xivem czy bez, nie miało to dla Delty znaczenia. Ale jak z, to niech oboje siedzą zabici dechami i na dupie. I obiecał jej Delta, że jeśli odkryje, że wyłażą na zewnątrz jak im się podoba, to osobiście zaciągnie oboje do izolatki i tam ich zamknie. Będą mieć swoją prywatność, prawda?
Domael i Sasanka, zjawiły się u Delty przyniesione przez Agresta. Obie wylądowały na opiece, ale tylko jedna wydobrzała. Sasanka mogła wrócić do domu, Domael pogrzebali obok jej ojca.
Aiden chorował za to długo i po dwóch tygodniach dalej leżał w kącie jakini medycznej i zniesmaczony łypał okiem na każdego wokoło.
No i pacjent zero. Osoba, u której wykryto zalotnika na samym, samiutkim początku tego chaosu. Poległa w boju. Jej stare ciało poddało się i wkrótce mogła zostać zakopana w ziemi, jej pamięć na zawsze w sercach wszystkich.
<CDN>
środa, 10 grudnia 2025
Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz. 2
Yrsa obudziła się gwałtowniej niż zwykle, jakby coś przycisnęło jej gardło od środka. Pierwszy oddech był szorstki, kolejny już trudniejszy, a przełknięcie śliny zapiekło tak mocno, że zmrużyła oczy. Spróbowała odezwać się choćby do siebie, krótkim, uspokajającym pomrukiem, lecz z jej pyska wydobył się tylko chrapliwy, suchy dźwięk, pozbawiony siły. Potarła łapą szyję, jakby to miało coś zmienić.
W teorii nie było to nowe doświadczenie. Jej ciało przez całe życie przypominało jej o swojej kruchości - raz delikatnym kaszlem, kiedy indziej niespodziewanym zmęczeniem czy bólem stawów.
Ale dzisiejsza słabość była inna. Bardziej uporczywa. Mniej… logiczna.
Powoli, z tą charakterystyczną dla siebie dostojnością, która przetrwała nawet najgorsze chwile, podniosła się i wyszła z nory. Zimny poranek owiał ją od razu. Powietrze pachniało wilgocią i zbliżającą się zmianą pogody, a choć niebo było jasne, w lesie unosił się ciężar, którego nie potrafiła nazwać.
Kiedy ruszyła w stronę strumienia, drapanie w gardle z każdą chwilą stawało się ostrzejsze, jakby ktoś poprowadził po jej wnętrzu cienką linię ognia. Im bliżej była wody, tym mocniej świat zaczął jej się wymykać. Najpierw lekki zawrót głowy. Potem kolejne. Aż w pewnym momencie droga przed nią oddaliła się o krok, jakby znajdowała się za cienką, przezroczystą szybą.
Przystanęła. Wciągnęła powietrze. Oparła się o pień.
„To minie” - pomyślała.
Zwykle mijało.
Ale nie tym razem.
Zanim wykonała kolejny krok, w krzakach coś zaszeleściło. Odruchowo uniosła głowę, a niemal natychmiast dostrzegła znajomą sylwetkę. Xiv. Choć tym razem jeno spojrzenie było inne. Nie rozbiegane. Nie rozkojarzone. Jakby skamieniał od środka gdy tylko się jej przyjrzał.
— Yrsa — powiedziało ledwie słyszalnie. Żadnego chaosu, żadnej nerwowej gestykulacji. Tylko napięcie, które wyróżniało się bardziej niż zwykle. — Ty… wyglądasz bardzo źle.
Spróbowała odpowiedzieć, ale znów z gardła wydobył się jedynie zgrzyt powietrza. Zmarszczyła brwi, wyprostowała się z godnością, jakby nawet choroba nie miała prawa jej upokorzyć.
— Rozumiem — powiedziało cicho Xiv, jakby wypełniało za nią lukę w rozmowie. — Delta. Musimy iść do Delty. Teraz.
Wcześniej próbowała bagatelizować drobne sugestie, ale dziś poczuła, że jej ciało traci posłuch szybciej, niż pozwalało na jakiekolwiek dyskusje. Skinęła więc głową. To wystarczyło.
Xiv ruszyło tuż obok niej, ostrożnie, dopasowując tempo do jej powolnych kroków. Gdyby była w pełni zdrowa, zapewne skomentowałaby jego ciszę jakąś lekką, ironiczną refleksją. Teraz jednak nie miała siły. Tylko ból. I to dziwne poczucie, że powietrze robi się coraz gęstsze.
Droga do jaskini Delty wydawała się dłuższa niż zwykle. Parę razy musiała się zatrzymać, a raz nawet przymknęła oczy, by świat znów „doszedł” na swoje miejsce. Xiv patrzyło wtedy, jakby bało się, że upadnie. Nie musiał nic mówić - jego milcząca troska wyrażała więcej niż wszystkie chaotyczne monologi z poprzednich miesięcy.
Gdy dotarli do jaskini, Delta od razu podszedł do nich szybkim, nerwowym krokiem.
— Gardło — mruknął, zanim jeszcze zdążyli cokolwiek wyjaśnić. — Pokaż.
Yrsa uniosła pysk, choć ruch ten kosztował ją wiele. Delta zajrzał do środka, a jego minę przeszedł cień, który mówił wszystko.
— No pięknie — mruknął poirytowanym tonem, który zwykle rezerwował nie tylko dla najbardziej opornych pacjentów. — I kolejna. Jakby mi mało było roboty.
Spojrzał na Xiv, a potem na Yrsę, jakby zastanawiał się, jakich argumentów użyć.
— Musisz zostać w izolatce. Natychmiast.
To była propozycja, albo nie? ale brzmiała jak rozkaz.
Yrsa uniosła na niego spojrzenie - chłodne, przenikliwe, pełne mądrej, nieprzesadzonej stanowczości.
Potrząsnęła głową.
— Wiesz, że tak jest bezpieczniej. — Delta zmrużył oczy. — I tak będę musiał cię izolować. Gardło wygląda… źle.
Ponownie bezgłośny ruch głową. Jeszcze jeden.
Delta westchnął ciężko, jakby naga upartość była mu bardziej znajoma, niż chciałby przyznać.
— Oczywiście. Zawsze muszę trafić na filozofkę — burknął, ale po prawdzie było mu to na łapę, im mniej pacjentów na głowie tym lepiej. — Dobrze. Zostaniesz w swojej norze. Ale ktoś musi z tobą być. Nie ma dyskusji.
Zanim Yrsa zdążyła wyrazić jakąkolwiek opinię, Xiv zrobiło krok naprzód z odwagą, której zwykle w nim nie było.
— Ja — powiedział stanowczo. — Zajmę się nią.
Delta spojrzał na niego ze zdziwieniem, które jednak po chwili ustąpiło aprobaty.
— Dobrze. — Spojrzał na Yrsę. — I nie próbuj twierdzić, że sobie poradzisz sama. W tej chwili nawet twoja mądrość cię z tego nie wyciągnie.
Nie odpowiedziała. Nie mogła. Ale jej spojrzenie - chłodne, eleganckie, przesycone pokorą wobec faktów - powiedziało wystarczająco.
Do nory wracali powoli. Bardzo powoli. Xiv szedł przy jej boku, gotów w każdej chwili ją podeprzeć, choć robił to z szacunkiem, zostawiając jej godność. A ona - mimo narastającego zmęczenia - nadal zachowywała swój spokojny sposób bycia, nawet jeśli stawanie kroków zaczynało wymagać coraz większej koncentracji.
Kiedy w końcu dotarli, świat wokół jakby przygasł.
Yrsa położyła się w swoim posłaniu, oddychając płytko. Zimno zaczęło wpełzać pod skórę - chłód nienaturalny, nie pasujący do temperatury jaskini.
Xiv zauważył, jak drobne drżenia przebiegają wzdłuż jej grzbietu.
— Zimno…? — zapytał cicho.
Skinęła ledwie zauważalnie.
Bez wahania ułożył się obok niej, ostrożnie, z szacunkiem, jakby bał się naruszyć jej przestrzeń. Jego ciepło rozlało się stopniowo, łagodnie, tworząc wokół niej miękką barierę przed nocą.
Yrsa zamknęła oczy.
Wreszcie.
Czuła, jak chłód w jej wnętrzu powoli ustępuje, choć wcale nie znika.
Czuła też, jak krew pulsuje w jej skroniach - zwiastun gorączki, której jeszcze nie dało się nazwać.
A jednak…
jakoś łatwiej było oddychać.
Nie przez zdrowie.
Przez obecność.
To była pierwsza noc, od dawna, w której Yrsa nie zasypiała sama.
wtorek, 9 grudnia 2025
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 10
Delta spojrzał na swoje łapy i odetchnął głęboko. Jego wzrok powoli przeniósł się na Talię, która mieszała następną papkę potrzebną do opanowania tego… zamieszania. Delta doskonale wiedział co się stanie, w momencie kiedy Almette otworzyła pysk. Ta parszywa choroba rozprzestrzeniała się jak ogień po letnim lesie. Suchym, ciepłym i łatwym do spalenia.
Almette była pierwszym wilkiem, który zachorował. I Delta podniósł alarm bardzo szybko potem. „Trzymać się z dala od siebie. Badać się regularnie i z pierwszym objawem zjawić się u medyka. Każdym, nie ważne jak małym.”
Niewiele wilków na początku się go słuchało. No. Teraz spora część z nich miała za swoje!
Potem był Ry. Staruszek zjawił się z problemami z połykaniem i co? I chory. Od razu na legowisko. Delta już wiedział doskonale że chorych będzie dużo, więc normalna sala przyjęć stała się nową izolatką, a izolatka normalną salą przyjęć. Lepiej oddzielić tych, którzy nie chorują, od tych, którzy są chorzy niż odwrotnie. Zwłaszcza przy tak agresywnej chorobie. Agresywnej w zarażaniu oczywiście.
Potem Xochi przytupał z Yolotlem. Oba wilki od razu wylądowały na izolatce, bo już na gardle było widać nalot. Delta był niezwykle zirytowany faktem, że wszystkie badania zaczynał w progu jaskini zaglądając innym do gardeł.
Potem pojawił się Mika, Moss, Laponia i Janka. Wkrótce po nich Myszka, Oxide, Rana i Kamael. Wilków robiło się coraz więcej, a miejsca nie przybywało. Talia była za to bardzo dzielna. Pomimo że dalej była szczeniakiem, i że Delta zabronił jej się zbliżać, działała dzielnie mieszając leki.
Ostatnim wilkiem w pierwszej fali była Voqqunzie. Świeża wilczyca w watasze, a już posmakowała niedoli choroby.
Spokój i cisza nie towarzyszyły Delcie od dawien dawna. Cisza? Co to? – mógłby się wszystkich pytać, bo pomimo trudności z mówieniem, wszyscy ciągle mówili. I ktoś chciał kogoś ciągle odwiedzać Czy słowa : BARDZO ZARAŹLIWA, omijały komórki mózgowe wszystkich wilków? Najwidoczniej. Ta wataha nie świeciła nigdy inteligencją, ale Delta nie przypuszczał, że aż tak.
Na jego szczęście i nieszczęście, miejsca trochę się zrobiło w dwa tygodnie po rozpoczęciu. Voqqunzie wyszła zdrowa z jaskini jako pierwsza. Potem wyszedł Yolotl, ale martwy. Prosto do grobu. No cóż. Szczeniakowi się nie poszczęściło. Delta nie miał za bardzo czasu o tym myśleć, bo Kamael dostał zawału w międzyczasie. Kto by pomyślał, że tego wilka zgarnie serce, nie duchota jakiej doświadczał. Chociaż to pewnie się jakoś mogło do tego przyczynić.
Xochi i Mika przeżyli. Trochę poturbowani i słabi, ale zdrowi, zostali wygonienie do wypoczynku w swojej własnej jaskini. Oxide i Rana były następne. No i dobrze, ich rodziny przestaną go gnębić! Chociaż Myszka pozostawała chora, więc co do tego Delta nie był pewien.
Janka, Moss i Ry wyzdrowieli następni. Ry wydawało się że wykorkuje, jednak śmierć zdawała się darować mu tym razem życie pozwolić mu jeszcze pohasać. Chociaż jakie to życie bez swojej miłości, samotnie w jaskini, z bólem stawów na starość.
Almette dalej leżała chora i słaba. Staruszce nie wiodło się dobrze. I dobrze nie powiodło się także Laponii, która zaraz także szła do grobu. Jej rodzina chciała pogrzebać ją sama, jednak Delta tylko spojrzał na nich jak na idiotów. Jej ciał najpierw spędziło trochę czasu w śniegu, jak każde inne ciało chorego. Nie ma bata, że Delta najpierw nie wymorduje bakterii, które na nim są. Jeszcze następnej epidemii tego świństwa mu brakuje!
I ledwo miejsce się znalazło, a już następne osoby wlewały się do środka.
– Eh… Talia… Czeka nas tu przeprawa przez mękę.–
–Czemu przez mękę? Przecież… to tylko mała epidemia.–
–Nie ta epidemia jest tą męką, a ci którzy są zdrowi ,a zdaje się że zdrowi nie
chcą na długo pozostać…–
<CDN>
niedziela, 30 listopada 2025
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 9
Noc i dzień. Jak dwie twarze tej samej monety. Jak dwa pióra na tym samym pawiu. Jak dwie chmury na rozległym niebie. Jak zachód i wschód. Północ, południe.
Dalia… jej głos zawsze roznosił się wrzaskiem po lesie.
Talia jedynie przechylała głowę na bok, jej oczy pełne ciekawości.
Dalia biegała całe dnie po polach i łąkach, jej łapy znajdując
kamienie i polując na ryby.
Talia chodziła za ogonem Delty i wygrzebywała z ziemi korzenie, zbierała zioła
i uczyła się medycyny.
Dalia ćwiczyła walkę, agresja w jej sercu i jej nerwowość
wykorzystane w biegu i skoku.
Talia ćwiczyła mieszanie leków, jej spokój i nieśmiałość znikając w kubkach
kremów.
Łapy Dalii były pewne w walce. Łapy Dali były silne i dobrze
zbudowane, ciągle w biegu, ciągle w ruchu.
Łapy Talii były pewne w swojej własnej racji. Łapy Talii były delikatne, miękkie
od ziół, ciągle w ruchu, ciągle w mowie.
Talia była jak ten księżyc. Jak noc. Spokojna i cicha,
mówiąca tylko śpiewem ptaków, kiedy wszystko wokół milczało.
Dalia była jak to słońce. Jak dzień. Głośna i porywista. Ciepła, ale energiczna,
w biegu i pośpiechu, jak słońce po niebie.
I Delta stał i patrzył na nie obie i kwestionował, kto mu pozwolił na stare lata zająć się dwoma szczeniakami… Kto? Delta był zmęczony. Czy to już wiek czy to znowu fakt, że jego dni wypełnione były pytaniami o życie i świat. Może to był Agrest, który magicznie odmłodził się w oczach, ale nadal ubolewał na swoje własne serce. Może to było jego własne serce pragnące pożegnać się z tym światem, ale jednocześnie nie zgadzające się z nadchodzącym losem.
Jaskinia medyczna pachniała ziołami i śmiercią. Czyli tym co zawsze, tym co zwykle. Kto by pomyślał, że w ciągu jednego dnia coś mogłoby się zmienić. A jednak coś się zmieniło. Jaskinia była … pusta. Jesień i zima traktowały wszystkich jak swoje drobne dzieci, delikatne listki na wietrze, które nie zasługiwały na ciężkie traktowanie.
Delta rzadko kiedy miał szansę na wolną chwilę, ale teraz? Dzisiaj? Kiedy jaskinia stała pusta, Talia przysypiała na posłaniu obok stołu z ziołami. Delta mógł odetchnąć i zostawić w jej prawie dorosłych łapach jaskinię na chwilę. Mógł… pójść na spacer.
Skorzystał z tego. Pozostawił jaskinię za sobą i odwiedził miejsce tak bliskie jego sercu, a którym dawno nie był. Delta przysiadł na kamieniu, wielkie, gołe drzewa wznoszące się do nieba. Ich gałęzie patrzyły na niego ze zniecierpliwieniem, ale Delta nie zwracał na nie uwagi. Gerania zjawiła się niedługo potem.
By do środka chat
Nie miał wstępu nikt
–Wolny dzień? – jej głos był echem w głowie Delty. Medyk nie spojrzał na nią, jego wzrok był skupiony na niebieskim niebie o wyjątkowo omdlałym kolorze.
–Wolny czy nie. Spokojny. – odparł. Jego własny głos rozniósł się po lesie jakby coś go nagłaśniało. Ten lasek zawsze tworzył sobie iluzje, straszne czy słodkie, zawsze były, jak ten cień wiszący nad szyją jak gilotyna.
– Spokojny… Nie długo…– Gerania uśmiechnęła się, jej oczy smutne. Delta nie spoglądał w jej kierunku. Dobrze wiedział co oznacza taka cisza. Kiedy się pojawiała… za każdym razem kiedy się pojawiała…
– Trzeba korzystać, póki mogę. – Delta przyznał. Niewiele dłużej spędzał czas z dawną znajomą. Coś popędzało go powrotem do domu, do jaskini medycznej. I kiedy zjawił się w progu przywitała go zmieszana Talia i Almette na trawiastym łóżku. Mech i słoma uginały się pod jej potężnym, ale starzejącym się ciałem. Wadera uśmiechnęła się, jej oczy nieco zamglone bólem. Delta przyjrzał się jej lepiej… Znał chorobę, która ją zaatakowała…
–Talia.. Wyjmij kartkę… Mamy problem! – Delta zmarszczył nos i spojrzał na Almette ponownie. Wadera spoglądała na niego wielkimi oczętami, zmartwiona jego słowami.
–Jaki problem? – Jej głos był zardzewiały i wychodził z trudnością, ale nikt jej nie odpowiedział. Delta zniknął z Talią w kąciku medycznym, pozostawiając Almette z jej własnymi myślami.
<CDN!>
środa, 30 kwietnia 2025
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Listy" cz. 8
Drogi Sekretarzu,
Moja droga Frezja pisze me słowa do Ciebie, toż żeby one były chociaż raz czytelne. Piszę, bo zima tragedią jedną i drugą nas potraktowała. Jako Sekretarz chyba bardzo interesuje cię co się dzieje w naszym małym kawałku ziemi, o której gówno wiesz i na której się nie znasz. Więc ci wytłumaczę, jako medyk, który wie lepiej uświadomię cię, że przesilenie wilków w jaskini medycznej z jednym medykiem, pomysłem nie było dobrym .Zima zabrała wiele wilków. Lato, Mszczuja, Satomiego, Romeo, ale to nasze wilki, z dala od Twojego zainteresowania, skoro żeś podjął decyzję bez konsultacji ze mną, wysyłając wilki z prawej i lewej pod moje łapy, płać teraz świadomością, że przesiliłeś moje predyspozycje i winny jesteś wysłania słomy a nie pomocy w moją stronę. Cztery wilki z Twojej własnej watahy zmarły, dwa na odmrożenia, jedno utonęło w pobliżu nas i czemu nie w waszej medycznej umarł, nie wiem, ale pogrzebany został u nas, jakbyś chciał jego ciao odzyskać. W każdym razie, ostatni zmarł na chorobę bardziej z winy jego własnego ciała, co winą było niczyją, ale z racji przesilenia i potrzeby zatłoczenia obu sal przyjęć, nie było czasu poświęcić uwagi każdemu kto tego potrzebował. Wilki z WSJ wcale losu lepszego nie poszły, bo aż pięciu z nich odeszło. Choroba jest mi nieznana do tej pory, a zabrała czworo z nich, zaskakujące to. Dwa wilki nasze odeszły też ze starości, co winą niczyją, więc wybaczone ci będzie. Ale wilk z WSJp, który trafił do mnie jak łóżka dla niego nie było już, zmarł z zimna. Prawdą jest że wiele wilków weszło chorych a wyszło zdrowych, a latem podobna ilość umiera na tonięcie lub choroby płuc, jednak wszystko to co mi zimą przyrządziłeś swoim idiotyzmem i nieumiejętnością i niewiedzą wybaczone nie będzie. Żadnej przysługi z mojej strony do czasu przeprosin ze strony Twojej. Moje 12-letnie ciało nie ma się tak jak kiedyś i niechaj ci los źle prowadzi w polityce. Jak się przeprosin nie doczekam być może potrzebne będzie mi odmówić przyjmowania wilków z WWN czego chciałbym uniknąć. Ale jednak nie mam siły aby tyle wilków trzymać przy życiu, kiedy ty grzebiesz się w polityce i szczekasz o wiedzy, której nie masz. Wepchaj sobie to siano w dupę i następnym razem wyślij list z zapytaniem czy coś takiego w ogóle zrobić się da. Łapy masz prawda? Głowę też, przypuszczam. Więc zacznij jej używać, ponieważ nie chciałbyś mnie mieć na swojej stronie złej. Nie chcę też bowiem z Twojej głupoty płacić życiem wilków niewinnych. Przeproś, a Ci wybaczę, może być listem. Ale wiedz, że nie zapomnę. Raz się tylko ze mną siłuje, żeby potem mnie sobie urazić. Stąpaj ostrożnie Sekretarzu.
Delta, Medyk WSC
PS. Wysyłam jednak w twoją stronę to ciało, jak tylko wiosna nadejdzie. Znajdź rodzinę tego nieszczęśnika, w końcu to problem ,który to ty spowodowałeś.
Droga Roso,
Frezja spisuje moje słowa do Ciebie, zdolna ta moja przygarnięta córka. Dobry psycholog. W każdym razie. Mam nadzieję, że zima ma się z Tobą dobrze i życie wiedzie się zdrowo. Z ust Miodełki słyszałem, że Twoja córa w końcu znalazła sobie miejsce w tym świecie i partnera. Do teraz pamiętam jak ją za młodu widziałem, ledwo z ciebie wyjętą, jak jeszcze nawet na stanowisku miesiąca mnie nie było. Teraz jestem siwy i ty jesteś siwa równie mocno co ja. Słyszałem, że twoja córa, mężatka już czwórkę szczeniąt urodziła i sama odeszła ze świata. Moje kondolencje. Jak się po tym trzymasz? Czy szczeniaki mają się dobrze? Świeżo bez matki to niedobrze, wysyłam wam w waszą stronę szponem Miodełki trochę formuły. Ludzka dla psów, skradziona na sytuacje takie jak ta. Dodać wody, niewiele, tak żeby konsystencja była mleka. Powinno wam pomóc. Czekam na Twoja odpowiedź Roso. Trzymajcie się tam.
Delta
Drogi Delto,
Miło od Ciebie słyszeć po tak długim czasie. Nie wiedziałam, że masz przybraną córkę! Cieszę się bardzo że jest dobrym psychologiem. U nas dobrze, chociaż bardzo ponuro. Mój kochany zmarł dwa lata temu i tak, moja córa też, teraz. Jej kochany zniknął kiedy tylko zaszła w ciążę i do tej pory nie wrócił. Dziękuję ci za formułę, naprawdę się przyda do wsparcia wadery, która zaoferowała nam pomoc. Ona sama ma czwórkę i osiem szczeniąt to dla niej naprawdę sporo pracy. Ale cieszę się. Wyprowadziliśmy się w WSJ na północ kawał czasu temu, teraz żyjemy na północy. Nowa wataha przyjęła nas z otwartymi łapami, ale nadal czasem czuję się jak obca tutaj. Zwłaszcza, że już ze mnie stara kobyła była jak się tu pojawiłam i tylko rok pracowałam w moim zawodzie, zanim w wypadku straciłam łapę. Tęskno mi do Naszych stron, ale to już nie było miejsce dla nas. Niestety. Ale północ traktuje nas w miarę dobrze. Nie ma tu za dużo spięć i wojen. Już pięć lat tu mieszkamy, więc z chęcią usłyszę co tam miłego u was. Wysyłam w Twoją stronę trochę naszych ziół, bo wiem że lubisz swoje rarytasy. Te zioła są podobno na demencję, ale ja w to bardzo nie wierzę. Zawsze działały lepiej na przeziębienia i wysokie gorączki niż zapominanie. Parzy się je i pije co z nich wycieknie, bo same te zioła są niezwykle palące. Kują bardziej niż pokrzywa.
Rosa
Droga Roso,
U nas od 5 lat podziało się tak wiele, że niewiele da się spisać w słowach. Mieliśmy inwazję z ręki Admirała, śmierci z powodu tej przeklętej choroby na V, wojnę i walkę. Ale zostałem medykiem po czasie wojny. Agrest potem zesłał na nas nieszczęście i teraz jesteśmy pod pewnego rodzaju kontrolą Sekretarza WWN. Ambitna bestia, nie jest zła, ale trochę znieważył mnie swoimi decyzjami. Ale miejmy nadzieję, że będzie miał więcej szacunku niedługo. No… I Flora umarła niedawno, chociaż po wojnie i jej komplikacjach związanych z jakimś dziwnym… klonem, przeszła na emeryturę. Paki i Yir opuścili też świat i zostawili mnie tu samego w mojej jaskini. Tęskno mi za nimi ilekroć idę obok morza. Wiele się pozmieniało. W wojnie Agrest znalazł w Nymerii miłość i doczekali się dzieci, niestety Agrest nie miał szansy wiele ich zobaczyć bo utknął gdzieś. Przed tym i moje dzieci pojawiły się w moich dniach. Czwórka z nich, ale poszły w świat i tylko czasem jakiś list przychodzi. Ale nie dziwę im się, one takie smutne tu były, wojna wypełniając ich dzieciństwo, a i ja nie byłem najlepszym ojcem. Parę problemów wywinęło się w czasie wojny w moim ciele i w mojej głowie. Do tej pory moja noga kuleje. Ale cieszę się że się odkrywają, nawet jak daleko. A dzieci Agresta po czasie mówiły mi już tato, nawet jak im tłumaczyłem że to nie ja. Bo widzisz, Nymeria leżała w jaskini medycznej po ataku na nią. Trójka ich jest, Legion, co mi jako jedyny woła wujku, zdolny i polityk po ojcu. Puchacz, on ma dobre serduszko, ale trochę ciamajda i Frezja, która może i cicha ale rwąca woda. Jest jeszcze Sohea, ale to jest dziecię dzikości co mi nerwów napsuło za swojego dawnego życia. Ale teraz zachowuje się lepiej, ciekawa tego świata. Już zaraz mi dorośnie. Dziękuję ci za zioła i ponownie wysyłam trochę formuły. Almette przytargała trochę więcej, słysząc o waszym problemie. A i jeślibyś mogła, Miodełce zerwał się kawałek pelerynki jak leciała, jakbyście tam na północy mogli ja zeszyć!
Delta
Drogi Delto,
Dziękujemy ci bardzo za twoje listy. Cóż za tragedia że wojna w ogóle się wywiązała u Nas na wschodzie. Na Północy spokój, aczkolwiek nasz alfa trochę głupiutki. Miodełce za jej usługę to ja i nową, żółciutką pelerynkę załatwiłam. Piękna, od naszych ludzi ukradziona, bo ludzi wszędzie da się okraść. Moje wnuki mają się teraz już coraz lepiej. Mają już prawie 5 tygodni i niedługo przestaną pić mleko od matki. Niestety jeden z chłopców pochorował się śmiertelnie i już go z nami nie ma. Pozostały mi już tylko dwie dziewczynki i mały basior. Dalia, Talia i Alia, a zmarł mały Galia. Dzieciaki rosną zdrowo, chociaż Talia zdaje się być wyjątkowa jak moja matka. Więcej niż cztery łapy to anomalia trochę, ale nadal ją kocham jak swoje małe słoneczko. Dalia dostała skrzydła, takie jak moje i mojej córy, piękne. I ma oczy jak mama. Tak niebieskie jak dwa małe kryształki. A Alia, jest piękny. Biały jak jego ojciec, taki piękny. Wszystkie trzy są moim szczęściem, które mi zostało po mojej kochanej córze. Wszyscy się w ogóle tu o ciebie pytają. Może kiedyś nas odwiedzisz? Wiem że starość żadna radość, ale taka podróż może dobrze zrobi temu sekretarzowi i tobie. Jak mu cię zabraknie to od razu pożałuje swoich słów lub decyzji! Mam nadzieję że trzymasz się dobrze. Wysyłam w twoją stronę zdjęcie, a raczej rysunek, nas. Trzymaj się tam dobrze i zdrowo!
Rosa
Droga Roso,
Pozdrowienia od Domino. Ona przyjmowała twoją córkę i bardzo miło jej się słyszało o tym że urodziła dzieci i także przesyła kondolencje. Niestety podróż dla mnie jest niemożliwa w tym czasie, gdyż zostałem sam w jaskini medycznej. Puchacz, może i serce ze złota ma ale nie nadaje się do przejęcia po mnie pracy. Tragedia będzie jak nie nauczę nikogo na swoje miejsce, a żaden szczeniak nie bardzo pcha się w moją stronę. Dzieci ze szkliwa, także pewnie niechętne. Nie będę się na nich pchał z pytaniem, niech maluchy same sobie wybiorą jak już dorosną. Jak któreś będzie chciało, ja przyjmę z łapami otwartymi nawet jak Agrest niechętny. Ten staruszek też w ogóle starzeje się w ciele. Nie wiem jak z jego głową, ale jego partnerka młodsza, to panuje nad nim, mam nadzieję. W każdym razie. Moja kochana, wyglądacie cudownie, tacy szczęśliwi. Wnuki masz przepiękne, cieszę się że doczekałaś się ich za swojego życia, bo mi się to nie zapowiada. Północ zdaje się trzymać was dobrze, oby tak było dalej i trzymam moje nieistniejące kciuki za dobrobyt twój i twoich malców.
Delta
Drogi Delto,
Przepraszam, że piszę tak nieczytelnie, ale… już nie wiem co poczynić. Nazywam się Opresje, jestem tą matką co wyżywiła te wszystkie maluchy. Twoja formuła wtedy nam wiele pomogła. Niestety, Rosa zachorowała i tak szybko jak zachorowała – odeszła. Dzieci nie mają tu już nikogo. Ani dziadka, ani babci, ani matki. Ja sama nie mogę przyjąć ich do siebie, bo jestem samotna i ledwo sobie ze swoją czwórką radzę. Dodatkowo mały Alia stracił życie w wypadku i teraz te dwie małe dziewczynki są całkiem same. Może to zabrzmi dziwnie i niepokojąco, ale… nasza wataha, ta północ którą znam, nie jest miejscem dla samotnych szczeniąt. Raczej tutaj nikt nie przyjmuje ich pod swoje dachy , a i szybko giną. Pewne wilki mają bardzo staroświeckie poglądy na temat słabych genów. A czyje geny są najsłabsze niż te przekazane przez matkę, która zmarła przy porodzie i ojca który spłoszył się ojcostwem. Długo z nami nie pożyją, któryś z tych radykalistów je dorwie. Wysyłam je w Twoją stronę, nie wiem jak na to zareagujesz, ale z listów i opowieści Rosy zdaje się że wasza wataha brzmi lepiej dla nich, nawet jakby miałyby zostać tymi sierotkami. Przepraszam cię, że przychodzą razem z tym listem, starsze już ale nadal takie małe i młode, ale chłonne. Miodełka obiecała szybko je dostarczyć, w parę dni, bez snu w nocy lecieć. Będę się modlić, aby dotarły bezpieczne. Przepraszam. I dziękuję.
Opresje.
Ps. Dziewczynki mają już 2 miesiące.
Delta odetchnął, resztki zimy uciekając w chmurce jego
oddechu. Podniósł oczy na dwa szczeniaki skulone pod długimi łapami Miodełki,
która zmachana spoglądała na niego zmęczonymi oczami.
—Zajmę się już nimi. Wyśpij się. Łóżka są wolne jakbyś potrzebowała. —
zaoferował ale ptak tylko pokręcił głową.
—Pójdę w swoje miejsce. W tydzień będę lecieć na Zachód, jakbyś chciał wysłać
im list. Słyszałam że tam wyniósł się jeden z młodych medyków w WSJ. Zanczy…
tych młodych co się uczyli kiedy ty już pracowałeś. Ten… Koroży?—
—Ah tak.. Koroży. Dziękuję Miodełko. Wiele dla mnie robisz. —
—Robię, bo wiem że jak wrócę z problemem to będę miała przyjaciela, który mi
pomoże. —
—O ile tego dożyję. — Delta zaśmiał się, siwizna na jego pysku błyszczała się w
chłodzie słońca. Do wiosny jeszcze kawałek, chociaż śniegu było coraz mniej.
—Nawet jak nie dożyjesz, ja i tak tam lecę. Mam po drodze. Nie oferowałabym
jakby to był mi nie na rękę. —
—Dziękuję. — Miodełka skinęła głową w jego stronę na te słowa po czym wyszła. I
Delta został w szumie oddechów chorych i cichym szemrotaniem przerażonych
szczenięcych serc. Nie jego, ale już jego.
Te dwa szczeniaki przed jego pyskiem stały tam. Talia i
Dalia, dwa tak różne stworzonka. Talia była mniejsza, jej oczy większe,
zielone, wpatrzone w niego z przerażeniem i niepewnością. Jej łapki, trzy pary,
przebierały jedna o drugą w stresie. Dwie skulone były pod jej puchatym ogonem,
dwie zawinięte pod szyją i dwie trzymające jej siostrę za furto na szyi. A
Dalia? Dalia była historią zupełnie inną. Jej oczy były pełne ognia, jej pysk
nieco zmarszczony, a oddech ciężki. Jej skrzydła opadły na jej bok, sierść na
karku się zjeżyła, a błękitne kryształki wbijały w Deltę z zabójczą determinacją.
—Mam dla was dwa wybory tutaj. — medyk jednak był cierpliwy. Te dwa malce
przeniosły się ze świata, w którym znały tylko babkę jako matkę i dwóch braci,
których nie ma już na świecie. — Możecie albo zostać ze mną, jak Opresje was
wysłała, ale pójść pod opiekę Variego, który zajmuje się sierocińcem. —
—Macie tu sierociniec? Co to jest? — Dalia mówiła dość spokojnie, ale w jej
głosie było słychać tą nutkę niepewności.
—Miejsce gdzie dzieci bez konkretnych rodziców albo nikogo kto może się nimi zająć
przebywają. Tam je karmią, stamtąd wysyłają je na uczenie polowania, podstaw i
latania w twoim przypadku. —
—chwila… To mnie nauczą latać? Stary Bredłomiej mówił, że skrzydła są tylko na
ozdobę! — Dalia oświadczyła, jej oczy nagle wielkie, podekscytowane… smutnie
zaskoczone.
—I że dzieci bez rodziców to zbędny bagaż! — Talia dodała zza jej pleców, jej
głos cichy, prawie niesłyszalny w rozmowie, która działa się za żywopłotem.
—Nie tu. Tu nie ma wilka, który byłby zbędny, nie ważne czy z rodzicami czy
bez. — Delta mówił do nich spokojnie, jakby wiatr miał je porwać gdzieś daleko
jakby tylko coś źle powiedział. — Moja córka także jest bez rodziców, a jednak
jest moja. Adoptowana od maleńkości. — dodał po chwili namysłu, widząc jak
Sohea wkracza w progi jaskini, jej osoba większa, szersza. Tak bliska
dorosłości. Wystrzeliła w górę i rozwinęła się prawie każdą swoją chwilę
spędzając u boku Puchacza i pomimo statusu ucznia, trenując z szeregowcami.
Delta martwił się co prawda, że ta sama choroba, która porwała jej życie raz
poprzedni, kiedy jeszcze kocie geny i nienawiść błądziły w jej krwi, porwie ją
i teraz. Za młodo, za szybko, ale niech żyje sobie do tego czasu życiem
piękniejszym niż wszystkie inne. Swoim własnym.
— I… mówisz że możemy zostać tutaj, albo pójść do sierocińca? — Dalia spojrzała na niego, jakby to wszystko
było tylko snem. Przyjemnym? Nieprzyjemnym? Ciężko określić po jej wyrazie
pyska.
—Tak. W sierocińcu zajmie się wami Vari. Tutaj, zajmę się wami ja. W sierocińcu
z pewnością jest mniej tłoku, ale tutaj jest więcej ciepła. Oba mają swoje
zalety, oba mają wady. Nie ma u nas nic perfekcyjnego, w obu miejscach będzie
ktoś kto się wami zajmie. Możecie na razie zostać tu. Jeśli się wam nie
spodoba, wyślę was w stronę sierocińca. — Delta odpowiedział nieco
bezuczuciowo. Jakby fakt. Ale to był fakt. Jeśli im się podobać nie będzie
kimże on jest aby je zmuszać.
—Ale… nauczysz mnie latać? — Dalia jeszcze zpytała, jej łapy podążając za nim
kiedy ruszył z Soheą do biureczka, przygotować napar na kichanie jakie
rozlegało się z głównej Dalki jaskini medycznej.
—No ja na pewno nie. — zaśmiał się w głos, jego pysk rozjaśniając nieco na tą
dawno zapomnianą dziecięcą ciekawość. Nawet na starość nie miał dość tej
energii iż jaką żyły szczenięta.
<CDN>
wtorek, 29 kwietnia 2025
Od Aidena - "Rytm"
Niebo nad lasem miało dziś dziwny kolor. Ani to świt, ani zmierzch, jakby dzień wahał się, czy ma w ogóle nadejść. Aiden siedział na skraju urwiska, z pyskiem uniesionym lekko ku wiatrowi, który niósł zapach wilgoci, kory… i czegoś jeszcze. Czegoś nowego.
Nowy ślad na ścieżce. Mały, jeszcze niepewny. Ale całkowicie prawdziwy.
Może nie potrafił mówić o miłości. Ale jeśli ktoś kiedyś zapytałby go, czym była — wskazałby właśnie na ten moment. Tę ciszę. Tę mgłę. I na ten jeden rytm serca, który miał za chwilę usłyszeć.
W końcu zrobił krok. Cichy, przemyślany — jak zawsze. Potem drugi. A potem kolejne, aż cień skalnych ścian objął go całkowicie, zamykając za nim świat, który znał.
Wewnątrz było cicho. Zbyt cicho, by poczuć się pewnie, i zbyt spokojnie, by się bać.
Pachniało ziołami. Krwią. Życiem.
Oxide leżała wśród pospiesznie ułożonego posłania z mchu i futra. Jej klatka piersiowa unosiła się wolno, zmęczenie malowało się na pysku, ale w oczach… w oczach był spokój. Głęboki, łagodny — inny niż ten, który znał. Aiden podszedł bliżej. Dopiero wtedy je zobaczył. Leżały obok niej. Dwa.
Dwa małe ciała wtulone jedno w drugie, jakby dopiero co zostały rozdzielone i jeszcze nie chciały tego przyjąć. Ich futerka były wilgotne, cienkie łapki poruszały się nieskoordynowanie, jakby świat był jeszcze zbyt duży, by go dosięgnąć. Jedno westchnęło cicho, niepewnie, jakby próbowało zapamiętać, jak się oddycha. Drugie poruszyło głową i przywarło do ciepła, które znało. Aiden wstrzymał oddech.
Nie jedno. Dwa.
Dwa serca. Dwa rytmy.
Poczuł, jak coś osiada mu w piersi, jakby świat przestał być obcy, choć na moment. Patrzył w ciszy, nie dotykając, nie pytając. Po prostu… był. Nie wiedział jeszcze, kim będą. Nie znał ich imion, głosów, spojrzeń. Ale wiedział jedno: są. A on — nie odejdzie. Nie zostawi, nie porzuci, nie wygna. Nie popełni tego błędu który zrobili jego rodzice. Ani rodzice Oxide. Leżała cicho przez dłuższą chwilę, jakby próbowała się złożyć z powrotem w jedną całość po wszystkim, co się wydarzyło. Jej wzrok błądził gdzieś pomiędzy Aidenem a ścianą jaskini, jakby myśli wciąż jeszcze nie wróciły na swoje miejsce.
— Nie mamy imion — wyszeptała w końcu, z lekkim westchnieniem. — Myślałam… myślałam, że mamy jeszcze chwilę.
W jej głosie nie było żalu, tylko to charakterystyczne dla niej znużenie, po którym czasem przychodziły najostrzejsze myśli. Aiden przeniósł na nią wzrok. Powoli. Głęboko. Nie przerywał ciszy, bo wiedział, że nie trzeba. Oxide spojrzała na jedno z dzieci. W jej oczach pojawiła się zamyślona łuna, jakby coś właśnie sobie przypomniała.
— Dziś w nocy… na niebie był Saturn — powiedziała cicho. — Widziałam go, zanim… Zanim się zaczęło.
Uniósł lekko kącik pyska. Mruknął tylko:
— Podoba mi się.
Znowu spojrzał na malca — ten był spokojniejszy, niemal nieruchomy, z czujnie poruszającym się pyszczkiem. Jakby już słuchał. Potem przesunął wzrokiem na drugie szczenię, które poruszyło się niespokojnie, jakby nie potrafiło jeszcze znaleźć swojego miejsca w tej nowej rzeczywistości. Oxide mówiła dalej, wolniej, jakby przez sen:
— A drugi… Drugi to będzie Opalit.
Aiden spojrzał na nią uważnie. Nie zapytał — nie musiał. Ale Oxide i tak szeptem wyjaśniła, bardziej do siebie niż do niego:
— Bo opalit… zmienia barwy, kiedy patrzysz pod innym kątem. Czasem błyszczy jak ogień, czasem jak lód. Nigdy nie wiadomo, jaki będzie. A ten malec wierci się tak chaotycznie, jak ty kiedy osa wpadła ci w futro...
Zaśmiała się cicho, znów opadając głową na przednie łapy. Zmęczenie zbierało swoje żniwo, ale na jej pysku zagościł cień uśmiechu — ten, który znał tylko Aiden. Spojrzał raz jeszcze na małe ciałka wtulone w siebie.
Saturn. Głęboko spokojny, jak nocne niebo.
Opalit. Zmienny. Odbijający światło inaczej za każdym razem. Chaotyczny.
Dwa światy. Dwa ślady.
Aiden przymknął oczy i pozwolił sobie na coś rzadkiego: spokój. Oxide z każdą chwilą zapadała głębiej w sen, aż w końcu jej oddech stał się równy i cichy, niemal niewidoczny. Zmęczenie w końcu wygrało, zabierając ją w krótką, zasłużoną ciszę. Aiden nie ruszał się, nie chciał zakłócać tej chwili. Patrzył na nią jeszcze przez moment, jakby upewniał się, że naprawdę śpi. Potem przeniósł wzrok na szczenięta.
Saturn spał spokojnie, wtulony w bok matki, zupełnie nieruchomy.
Opalit — ten drugi — zaczął się jednak wiercić. Niewielkie ciałko poruszyło się niespokojnie, drobne łapki rozcapierzyły się w powietrzu, jakby czegoś szukały. Cichy pomruk wydobył się z jego gardła, ledwie słyszalny, bardziej jak pytanie niż skarga. Aiden bez słowa wyciągnął łapy bliżej. Przysunął się tak, by między sobą a Oxide stworzyć coś w rodzaju bezpiecznego kąta. Opalit, jakby to poczuł, wtulił się w cieplejszy bok ojca.
I wtedy… ogon Aidena poruszył się.
Delikatnie. Powoli. Z początku prawie niezauważalnie, potem trochę śmielej. Niewymuszony ruch. Cichy gest.
Był szczęśliwy.
Nie tak, jak szczęście rozumieją inni. Nie był to wybuch, śmiech, łzy. Dla Aidena szczęście zawsze było ciche. Ukryte. Prawdziwe tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył. A teraz… nikt nie patrzył. Więc pozwolił sobie czuwać. Z tą dziwną ulgą w piersi i tymi dwoma małymi światami śpiącymi obok. Noc otulała jaskinię jak ciężki koc. Tylko oddechy — Oxide, Saturna, Opalita — rozcinały ciszę regularnym rytmem. Aiden siedział w bezruchu, ale w jego wnętrzu działo się więcej, niż kiedykolwiek potrafiłby wypowiedzieć na głos. Spojrzał na Opalita, który wtulił się w jego łapy i wreszcie zamarł w cichym śnie, a potem przeniósł wzrok na Saturna — nieruchomego, jakby zrodzonego ze spokoju samego kamienia.
I wtedy przyszły wspomnienia.
Niechciane. Chłodne.
Widział siebie — młodszego, chudszego, o oczach zbyt poważnych jak na swój wiek. Samotnego wśród drzew, gdzie wiatr zamiast kołysać, kąsał. Pamiętał puste noce, brak dotyku, głód... i ten jeden obraz, którego nigdy nie potrafił zapomnieć: sylwetki oddalających się rodziców, zbyt szybko znikających między pniami. Jakby go nigdy nie było.
Tamto dziecko milczało. Ale teraz — coś w nim odpowiedziało.
Spojrzał znów na swoje dzieci. I wtedy, cicho, bardziej w myślach niż na głos, przysiągł, że nie pozwoli ich nigdy skrzywdzić. Zbliżył pysk do Opalita i dotknął jego małego boku, pilnując oddechu, który wciąż był zbyt delikatny. Jego ogon raz jeszcze poruszył się wolno. Księżyc przesunął się na niebie, rzucając blade światło przez szczelinę skalną, i choć Aiden nie wierzył w znaki — tej nocy pozwolił sobie na jedną myśl:
Może ten świat wcale nie musi być tylko koszmarem.
୧‿̩͙ ˖︵ ♱ ︵˖ ‿̩͙୨
Kilka dni wystarczyło, by świat nabrał miękkości.
Zamiast ciszy — tupot małych łapek i niezdarne potknięcia. Zamiast grozy — ciepło, jakby to miejsce przestało być tylko jaskinią, a stało się sercem czegoś większego. Czegoś, co oddychało razem z nimi. Domem.
Saturn poruszał się ostrożnie. Krok za krokiem, niemal z namysłem, jakby każde przesunięcie łapy było decyzją. Przysiadł przy wejściu, patrząc na świat zza krawędzi skały. I wtedy Aiden zobaczył je wyraźnie — oczy. Fioletowe jak zmierzch, ciche i głębokie. Lustrzane odbicie spojrzenia Oxide, tyle że bez bólu, bez walki. Było w nich coś... kojącego. Jakby dziecko już teraz nosiło w sobie wewnętrzny spokój, którego nikt go jeszcze nie nauczył.
A tuż obok — żywioł.
Opalit przemknął obok Aidena jak błysk. Potknął się o ogon matki, poślizgnął, zaraz potem stanął dęba i zaczął obwąchiwać wszystko w zasięgu nosa. Oczy miał otwarte dopiero od niedawna, ale już teraz błyszczały intensywną zielenią. Tą samą, którą nosił Aiden — jaskrawą, niepokorną, nieprzejednaną. Pasowała do niego jak ogień do iskry. Umaszczenie miał jak Oxide, niemal identyczne… ale jego energia była zupełnie inna. Obaj byli podobni do niej — sierść, ubarwienie, nawet sposób, w jaki marszczyli nosy, przypominał Oxide.
Niedługo potem Saturn przespacerował do rodziców i wtulił się w bok Oxide, jakby tylko czekał na cichy moment, by odpocząć. Opalit natomiast wskoczył na łapę Aidena i próbował podgryźć jego sierść, jakby świat był grą, a on — bohaterem pierwszego rozdziału.
I wtedy Aiden się uśmiechnął. Znowu. Tak samo delikatnie i prawie niezauważalnie. Odsunął łapę, z której Opalit postanowił zrobić sobie prywatne legowisko. Szczenię wydało z siebie niezadowolone fuknięcie, ale szybko znalazło nowe zajęcie — jego ogon. Z dzikim entuzjazmem rzuciło się na niego jak na największego wroga, który właśnie wtargnął do ich jaskini.
— To tylko ogon — mruknął Aiden, patrząc z lekkim rozbawieniem, jak puchata kula zawzięcie próbuje zatopić mleczne ząbki w jego futrze. — On tu mieszka od dawna.
Opalit zignorował go zupełnie, co najwyraźniej było jego nowym hobby.
Tymczasem Saturn powoli, metodycznie wstał i podszedł do kamienia niedaleko, bliżej wejścia, po czym... usiadł. Ot tak. Po prostu. Jakby chciał kontemplować widoki i napisać o tym poemat. Aiden przekrzywił łeb, patrząc na tę ich dwójkę — jakby stworzeni z dwóch zupełnie różnych części jednej opowieści. Jeden gotów rzucić się z mostu, zanim sprawdzi, czy pod nim jest woda. Drugi — najpierw sprawdzi, potem zapyta most, czy ma odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa.
— Jesteście niemożliwi — szepnął, bardziej do siebie niż do nich.
W tym momencie Opalit — prawdopodobnie przez przypadek — przewrócił się na Saturna. Saturn spojrzał na niego z miną tak poważną, jakby przez moment zastanawiał się, czy warto brata wykluczyć z rodzeństwa. Ale zamiast tego po prostu westchnął i złożył głowę na łapach. Godność ponad dramatem.
Aiden zaśmiał się cicho. Wtedy też Oxide poruszyła się lekko, przez sen burknęła coś pod nosem, jakby chciała dodać swoje trzy grosze:
— Powinniśmy byli nazwać je Spokój i Zamęt…
Aiden parsknął śmiechem.
— Za późno, Śpiąca Królewno.
Słońce właśnie wlewało się do jaskini cienką smugą światła, która zatrzymała się na dwóch maluchach — jednej spokojnej kropce i drugiej wiercącej się jak po ósmej espresso.
Czymkolwiek było espresso.
wtorek, 15 kwietnia 2025
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce" cz. 7
Zima przyszła z zapowiedzią dobrze każdemu znaną. Jesienią jeszcze, kiedy Sekretarz tak bacznie wypinał swoimi wypowiedziami pierś i niewiele w kierunku pomocy robił, a jedynie oczekiwaniami strzelał we wszystkie strony, chłód wkradał się w każdy kąt. Jeszcze latem, kiedy słońce wisiało nad światem jak zabójczy gigant, zielarze i Delta zebrali wszystko co mogli. Jeszcze przez słoneczną jesień wiele z ziół wisiało ponad polanką przed jaskinią medyczną, grube sznury przeciągnięte od drzewa do drzewa służąc za najlepszy sposób na suszenie czegokolwiek. Zima jednak w końcu musiała nadejść. Śnieg w tym roku wyprzedził siarczyste mrozy, przykrywając świat białym puchem i zaskakując część wilków, kiedy z dnia na dzień zimno weszło do ich domów. Wataha usnęła spokojnie, jednak to nie był spokój, który Delta mógłby nazwać chcianym. Jego serce czuło, że coś szykuje się w tym wiecznie żyjącym sercu watahy. Starszy samiec odetchnął, jego łapy zajęte przesuwaniem kolejnych fiolek. Na sali leżało parę wilków, woń świeżej słomy wcinając się pomiędzy oddechy zimy, która uparcie próbowała wejść w gościnę do środka. Jednak żywy i zadbany żywopłot, palące się ogniska i skóry wiszące na ścianach uporczywie odmawiały jej zabiegom, pozostawiając środek jaskini medycznej cieplejszy i bardziej dymny niż białą polanę w zasięgu wzroku.
Delta do towarzystwa w tej coraz bardziej ponurej pogodzie miał Soheę, która marszcząc nos nad miętą mieszała ją do kolejnej maści. Był też i Puchacz, który niepewny co ze sobą począć plotkował i rozmawiał z chorymi, a nóż może w końcu wprawi się w określaniu co im dolega! I za rogiem też, tam w swoim gabinecie, Frezja zgrabnie sporządzała kolejne dokumenty monitorujące stan i zapasy jaskini medycznej. Każdy kto mógł włożył w przygotowania do tej parszywej pory roku co tylko mógł. Zielarze postarali się i Delta jednego był pewien, ziół to mu nie zabraknie. Czego się jednak obawiał to, że zabraknie mu sprawnych rąk do pracy. Sohea była szczeniakiem, co prawda na wyjściu w dorosłość, ale szczeniakiem. W jej krwi płynęło psotnictwo nie medycyna i to wyłaniało się z wadery dzień w dzień, kiedy myliła proste zapachy znanych jej już ziół. Starała się, Delta to wiedział, jego oczy śledząc każdy jej ruch i widział, że w jaskini medycznej jego adoptowana córka czuje się jak ptak zamknięty w klatce. Te wszystkie niewypowiedziane oczekiwania jakie ściany wokół nich nosiły, znamiona lat cierpień i chorób, śmierci i życia, niezrozumianych wydarzeń i przede wszystkich ciężaru na sercu, który każdy medyk nosi. I Sohea starała się to udźwignąć jak dzielny wilk, którym była, aczkolwiek Delta coraz częściej wysyłał ją tam gdzie wataha robiła rzeczy inne. I sama Sohea wracała często coraz później i coraz bardziej zafascynowana pracą bardziej polityczną. Szpieg. Tak chodziło jej to po myśli i Delta nie byłby sobą gdyby jej zakazał. Bo w medycynie nie ma gorszej tragedii niż medyk z całym asortymentem urazy i gniewu do własnej pracy. A Puchacz? Puchacz ledwo umiał zdiagnozować przeziębienie, o gorszych chorobach nic nie wspominając. Jego siła i masywność nadawały się do przekładania, tarcia czy wieszania ziół, ale jako medyk poległby bardzo szybko. To też nie tak, że chłopczyna się nie starał, ale los niektórych po prostu nie był przeznaczony do tej pracy. Czy była zbyt skomplikowana czy po prostu jej nie rozumiał, nie miało to znaczenia. Tak to w życiu bywa że nie wszystko przylega do umysłu tak jakby tego wilk chciał. I Delta był tego przykładem. Matematyka, medycyna, nawet odrobina polityki, trzymały się jego serca, ale dać mu kartkę i papier i kazać pisać to jak skazanie go na tortury. A raczej nie jego, a tego kto będzie musiał czytać jego pismo potem. Nie ważne ile lat starał się naprawić swoje błędy wyuczone w młodości, nadal bazgrał jak ślepa kura pazurem po suchym piasku. Ale była jeszcze Frezja. I Frezja trochę krzątała się czasem z Deltą przy pacjentach, jednak i ona niewiele wiedzy ciągnęła o samej medycynie jako środka do leczenia. Jej skupienie było gdzie indziej. Żeby nie leczyć ciała, a umysł. I Delty zdaniem i to było potrzebne, bo on sam niewiele umiał w tym sensie. Oczywiście, jego słowa ciężkie i prawdziwe zawsze uderzały tam gdzie powinny, strachem lub dezaprobatą, czasem tylko uśmiechem. A Frezja tak wyrafinowanie z wilka potrafiła wyjąć co mu w głowie siedzi i w milczeniu przeanalizować i dość do jakiejś konkluzji, a nawet porady. Bez oceniania, bez plotek, zawsze cicha i milcząca niczym ściana, słucha i odpowiada lakonicznie. Wyrosła na dobrego psychologa, świetnego zarządcę acz beznadziejnego medyka. Więc Delta sam był. Sam jak palec. I nie jedyny był, który miał z tym problemy. WWN, co prawda miało medyka, ale młodego i jednego pomocnika. WSJ za to jedną medyczkę i zielarkę na podorędziu. A polityków? Wszyscy mają w brud i każdy z nich uważać będzie że lepiej wie jak zarządzać wszystkim wokół niż specjaliści. Ale tak to już bywa. Delta mógł tylko liczyć i modlić się do jakiś bogów, jakichkolwiek, o dobre zimowe sprawowanie.
Ale bogowie milczą, o ile w ogóle istnieją. Delta czasem
wątpił, bo ilekroć zwracał pysk do księżyca z cichymi prośbami, nic wiele się
nie zmieniało. Ktokolwiek tam na górze osadzał nad władzą, albo go ignorował
albo nie lubił, bo niewiele po tym jak jesień przepadła pod mrozem w progu
jaskini medycznej zjawiła się Lato. Jej krok był wolny i ospały, jej oczy
zamglone starością i powolnym ślepnięciem, jak to często bywa w jej tym wieku.
Delta sam obawiał się tego kroku w jego życiu, momentu w którym jego
przeznaczeniem będzie tylko krążyć w kółku, ślepy i bez węchu, z dala od
medycyny. Chociaż kto wie, magia w jego krwi ma dziwne działania, podobnie jak
i u wielu wilków z magią. Ciekawa to była zależność, że im bliższa magia twoim
zmysłom, tym lepiej na starość dany zmysł się trzymał, razem z całością ciała,
niż u wilka który magii nigdy nie zaznał.
—Lato… — Delcie wystarczyło jedno spojrzenie na waderę. — Co cię sprowadza? —
żeby samemu odpowiedzieć na swoje pytanie.
—Nie wiem. — jej głos był zachrypiały, jej oczy oszklone świeżymi łzami. Ból?
Smutek? Kto wie. Delta przyjazną łapą zaprowadził ją na dostępne łóżko, jedno z
niewielu już. Wilki z WSJ chętnie korzystały z oferty Sekretarza i gościnności
Delty. Chociaż wszyscy doskonale wiedzieli, że nie wolno im naciskać na odcisk
starego medyka. Jeden z młodzików, któremu tylko katarek z noska cieknął za
dużo powiedział i zbyt obraźliwie i ani z katarem się nie rozstał jak w śniegu
na zewnątrz wylądował. Delta może i dwa razy mniejszy od większości wilków, ale
w żadnym wypadku nie powinno się go bagatelizować. A obrażać tym bardziej! Lato
ułożona na swoim miejscu tylko odetchnęła ciężko, jej łapy zdrętwiałe od mrozu,
teraz powoli grzały się w przyjemnym cieple.
—Wyglądasz bardzo marnie. — Delta przysiadł obok niej, jego oczy uważnie
obserwując jak jej pierś zadrżała pod nagłym atakiem kaszlu.
—Marnie i boleśnie. Zróbże coś z tym. — wadera mruknęła pod nosem.
—A co boli? —
—Kaszlę jak szalona, łeb mi pęka, żebra bolą jak diabli, do tego wszystkiego
nos zatkany a cieknie jak rzeka, wiecznie mi zimno, a i duszno tak że oddechu
nie da się wziąć. — poskarżyła się i Delta zmarszczył nos. Duszności, wysoka
temperatura na pewno, patrząc na rozszerzone źrenice i ciepło bijące od wadery
pomimo zimowego popołudnia. Do tego bóle w klatce piersiowej, nierówne oddechy.
—Pozwól że się przysłucham. Odkrztuszałaś coś przy kaszlu? —
—Tak. — Delta zacmokał słysząc chrapliwy oddech samicy. Niedobrze – pomyślał.
Jego łapy powoli przesunęły po jej kręgosłupie w górę, do karku zaciskając się
z delikatnością na bokach szyi. Wszystko wskazywało na zapalenie płuc. Poważne
zapalenie płuc. Delcie się to nie podobało, bardzo. W tym wieku nawet katarek
mógł by być zdradliwym powodem dla śmierci żeby zawitać w progi tego marnego
światka jaki sobie stworzyli. Z wielkimi wątpliwościami Delta zabrał się za
podawanie leków. Od naparów przeciwgorączkowych po wykrztuśne i maści na stawy.
Tego samego dnia, pod wieczór do jaskini wszedł Mszczuj. Z
ciężkim westchnięciem sam znalazł sobie drogę do pustego łóżka wykładając się
na nim z trudem. Delta zerknął jednym okiem w jego kierunku. Basior wyglądał
jakby zaraz łapy miały się pod nim zapaść na dobre, a kark ulec ciężarowi
głowy. Jednak obowiązki wzywały go ze wszystkich stron i basior musiał
zakończyć pracę, którą aktualnie miał na ręku. Wilk z WSJ, Bidegrud leżał przed
nim, stan gorączkowy uciekający spod kontroli i przekraczający zdrowe granice
rozsądku na jakie natura powinna pozwalać. Jeszcze chwila a ten nieszczęśnik by
się mu ugotował. Puchacz cierpliwie pracował razem z Deltą na nim już od 10
minut, stopniowo okładając go śniegiem i obniżając temperaturę. Gdy już się
biedak ustabilizował i zmókł od roztapiającego się białego puchu medyk nakrył
go kawałkiem skóry i powrócił do Mszczuja, który spoglądał na niego
zniecierpliwionym wzrokiem.
—Co boli, przyjacielu?—
—Serce boli. — i u Delty włączyło się czerwone światełko w głowie. Wilk
zmarszczył brwi i nachylił się przysłuchując się uważnie. Jego oczy zamknięte i
skupione otworzyły się momentalnie. Z rozpędem przypadł do swojej własnej
sypialni gdzie w małym schowku trzymali leki, które nie były tak łatwo
dostępne. Przebierając przez kartoniki z dziwnymi napisami, w końcu dokopał się
do tego czego chciał, ostatnia nadzieja. Kiedy sięga się po leki wyprodukowane
przez ludzi wiadomo od razu, że sytuacja nie jest najlepsza dla nikogo. Delta nie
cierpiał tego robić. Te leki były tak
nieprzewidywalne, obce i często szkodliwe, ale niekiedy były tez
ostatnią deską ratunku. Mała kapsułka siedziała w jego łapie śmiejąc się, kiedy
przeźroczysty płyn w środku przelewał się na boki z każdym jego ruchem. Jakby
śmieszyła go każda kolejna próba Delty założenia strzykawki. Kiedy w końcu się
mu udało chwycił ją z największą delikatnością w pysk i wrócił do starego
wilka, który zestresowanym i nieco rozbitym wzrokiem mącił po sali. Delta bez
wytłumaczenia czy zawahania zaczął swoją pracę. Kawałkiem ostrego noża ściął
furto staruszka zaraz na boku jego szyi, do samej skóry i znalazł żyłę, której
szukał. Dokładne wbicie strzykawki i aplikacja leku wymagała od niego zawołania
sobie pomocy. Puchacz zestresowany trzymał swoimi niezdarnymi i za dużymi
palcami skórę na szyi Mszczuja oczekując dalszych rozkazów. Ale Delta skupiony
na tym niezgrabnym narzędziu skupiał się wyłącznie na trafieniu w żyłę. I na
szczęście udało mu się już za drugim razem. Niestety ludzie nie pomyśleli że
wilki będą używać ich przedmiotów i nie przystosowali ich pod zwierzęta z
ograniczoną ilością kciuków. Oczywiście, nie żeby to jakoś znowu im teraz
przeszkadzało. Wszystko się dało zrobić nawet z dwiema lewymi łapami. Delta
zakleił ranę i jeszcze chwilę z nadzieją słuchał serca Mszczuja. Wszystko
zdawało się na chwilę uspokoić aby potem znowu zwolnić i uniesprawnić. Delta
mógł tylko ciężko odetchnąć i z żalem zajrzeć na swojego przyjaciela, który pod
jego łapami właśnie tracił życie.
–Przyjacielu…— szepnął, jego głos załamując się pod ciężarem pewnej wieści. —
Zawał serca… — i tyle wystarczyło żeby Mszczuj zmarszczył nos i z trudem
wyszeptał pewną prośbę. I już Puchacz rozpędzał się do wyjścia, jego łapy
przedzierając się przez grubą warstwę świeżego śniegu, pędząc na złamanie karku
pomimo zimnego powietrza duszącego jego płuca. Delta za to mógł tylko siedzieć
przy swoim przyjacielu i ze swoją łapą na karku towarzyszyć mu w tym ciężkim
momencie. Co innego Delta mógłby zrobić? Za daleko aby biec po pomoc ludzi , a
czy też to odpowiedzialne? Leki, które nie raz zadziałały na ten konkretny
problem, a przynajmniej na jego część. Ataki serca to wyjątkowo parszywa przypadłość
do wyleczenia, a raczej zatrzymania. Cokolwiek zostanie dokonane zanim zatrzyma
się ten atak. Każda konsekwencja pozostaje z wilkiem do końca życia, do końca
świata, ciągnąc się jak czarna duszący dym za każdym kolejnym krokiem.
Niezatrzymany atak to po prostu oczywista śmierć, a że Delta ma tylko jeden
sposób i to z ludzkich leków, które niekoniecznie przeznaczone są dla wilków,
to nie ma co sobie nawet obiecywać, że by mu się to udało za każdym razem
nieomylnie.
—Czy to znaczy… — Mszczuj w końcu wychrapał smutno, niedokończone zdanie
zawisło między nimi niczym gilotyna wisząca nad ich szyjami. Delta tylko
odetchnął, odpowiedź jasna i klarowna. Ostrze śmierci zabłyszczało nad nimi aż
zbyt widocznie, chociaż może to tylko błysk światła księżyca, które zatańczyło
na śniegu, kiedy do środka wpadł Puchacz ze starą Konstancją na plecach. Delta
rzucił jej smutne spojrzenie, a one tylko skuliła się przy mężu. Łzy i rozpacz
nagle zadusiły całe ciepło jakie biło od skór i ognia w jaskini medycznej.
—Zostawię was sobie. — i Delta odszedł powoli, jego krok wyjątkowo smutny.
Żal i smutek o poranku były już w każdym krańcu jaskini
wdzierając się między kamień i dusząc wszystkie słowa w gardłach. Konstancja
trwała u boku swojego męża do ostatniego oddechu, ciężkiego oddechu, który rwał
się i pojawiał całą noc. Serce Mszczuja walczyło do ostatka oddechu, jednak
wraz z porannym słońcem i ono poddało się. Delta w tym czasie krzątał się przy
Lato, jego nos marszcząc się i kręcąc nad jej pogarszającym się stanem.
Niewiele pomagał też Bidegrud, który załamywał się co chwilę pod ich łapami.
Puchacz płakliwie starał się nadążać nad wszystkim co się tu dzieje, jednak
zamieszanie i narastająca liczba problemów mu w tym nie pomagała. Nie pomagało
to też Delcie, który co chwilę latał od wilka do wilka.
—Martwy. Zawołać Mino, niech wykopie grób. Pucha… Nie… FREZJA! — Delta już
tylko szczekał rozkazy, miał dość tego zamieszania. Frezja, urocza pani
psycholog wyściubiła nos zza zasłonki, jej oczy szeroko otwarte. — Frezja. Moja
droga. Skocz po Szklankę i Szalkę i po Mino po drodze. I… nie wiem. Nie wiem
kogo jeszcze! Idź. Szybko. Żwawo! — pogonił ją. Potrzebował łap do roboty, a te
łapy były wszędzie tylko nie tu. Masując szybko i przelotnie swoje skronie
ruszył do dalszej pracy.
Lato się nie polepszało, Bidegrud prawie padał pod swoją gorączką, koce i skóry na jego ciele,
pysk ułożony na śniegu, który Szklanka dzielnie co chwilę dokładała i ścierała
roztopione pozostałości białego towarzysza udręki biednego pacjenta. Dodatkowo
w łapy Delty trafiła Sahara, jej kości poustawiane w strony, w które nie
powinny być ustawione. Ze słów Dante, który ją przyniósł, spadła z klifu przy
porannym patrolu, do którego została przyznana. Nie wiadomo czy nie był to
jakiś zamach czy tego podobne, jednak to nie miało znaczenia dla Delty. Dla
niego liczyło się czy uda mu się nastawić ją tak żeby znowu chodziła. Jakby
miał mało problemów w łapach, mało! Ta zima wyjątkowo jak na złość doskwierała
mu bardziej niż jakakolwiek inna. Chociaż, jakby cofnąć się myślami do pewnej
wojny i okupacji jego miejsca zamieszkania to mogłoby się okazać, że poprzez
porównanie ta zima wcale nie była taka zła. A jednak, to była przeszłość.
Przeszłość daleka, której winno nie zapomnieć, ale nie rozpominać. Niczym rany
zaskrzepłe starą krwią, strupy, blizny, które już spłowiały. Tego się nie
rozdrapuje niepotrzebnie, a zwłaszcza nie do marnego porównania.
—Puchacz… Oli, Oliwka… — Delta stanął nad Saharą, jego wzrok pewny i stanowczy.
— Przytrzymać ją. Delikatnie, ale mocno! Niech się nie rusza. — po czym wsunął
jej między zęby kawałek szmatki, nos zakrywając bardzo silnie pachnącą szmatką,
dosłownie na chwilę. Wadera zadrżała, nadal nieprzytomna, jednak teraz nieco
bardziej bezruchu. Puchacz i bliźnięta syjamskie przycisnęły ją do posłania,
kiedy Delta z wprawą naprawiał jej kolejne złamania i określał stan. Dwie
przednie łapy, jedna tylna, trzy złamane żebra z prawej cztery z lewej, rana
cięta na boku, nadal krwawiąca. Oznaki walki jasno widoczne na jej biodrach,
które wypadły ze swoich miejsc. Łopatka zszargana, kark… niepewny. Delta dwa
razy musiał upewnić się, że jej kość ogonowa była w całości. Ilość uszkodzęń na
jej ciele była wielka, a każde następne nastawienie coraz boleśniejsze. Sahara
wyrwała się z nieprzytomności dwa razy, wpadając w jej objęcia niemal od razu,
jej krzyk przeszywając ciszę jaskini medycznej. Dante spoglądał na nią smutnym
wzrokiem, łzy zbierając się w kącikach, żal w sercu. Zdawało się że tak właśnie
zakończyła się młoda miłość. Chociaż czy zakończyła się? Delta nie miał jeszcze
pewności. Nie wyglądało to kolorowo, w żadnym wypadku. Wadera była w stanie…
pod znakiem zapytania. Delta nie był pewien co dokładnie w jej środku się
działo. Słuchanie jej oddechu wskazywało na niewielkie uszkodzenia w środku
ciała, jednak nie wszystko dało się tak łatwo usłyszeć. Resztki jego magii co
prawda pozwalały mu jeszcze na lepsze diagnozowanie tego co lubiło chować się
przed wzrokiem i słuchem. Jednak nic nie wykrywał.
—Nie ma co płakać. — Delta wyszeptał , jakby sam do siebie. — Jeszcze nie ma co
płakać.— nad własnym losem oczywiście. To nad sobą na razie miał ochotę załkać,
jak szczenię. Frustracja na sytuację rosła w nim z każdą sekundą. Ledwie o
poranku stracił przyjaciela. Za nim gdzieś umierał młodzik, położony gorączką
tak parszywą, że Delta miał ochotę załamać nad nim łapy i tylko się modlić. Do
tego Lato, ta parszywa Lato, która tak zaszła mu za skórę za czasów wojennych,
sama nie radziła sobie najlepiej ze swoim zapaleniem płuc. Prawda, jej wiek już
robił swoje, ale to nie znaczyło że pierwsza lepsza choroba ma cię zdmuchnąć do grobu.
—Jeszcze nie? Nie płakać?— Głos Dante był ochrypły i pełen nadziei.
—Nad nią, jeszcze nie. Nad innymi…— Delta zerknął na Bidegruda, jego wzrok
wyjątkowo ponury.
—Rozumiem. Ja… Cieszę się. I nie…— Dante zamieszał się w swoich słowach, jego
pysk krzywiąc się w grymasie niepewności. Delta tylko zatrzepał uszami, jego
oczy momentalnie wbijając się w następną osobę, która wkroczyła przez wejście.
Noai’de stał tam chwilę, nieruchomy jak skała po czym podszedł bliżej i
przysiadł przy Dante bez słowa. Medyk nie przepadał za tym basiorem. Samiec za
dużo babrał się w czarnej magii i nieprzewidywalnych zaklęciach, ale
przynajmniej nie machał ozorem jak niektórzy goście tego przybytku. Z
nieufnością i ostrożnością Delta zabrał się za opatrywanie ran Sahary, jego
skupienie ograniczając się do okazjonalnego zerknięcia na Bidegruda i
wsłuchanie się w kaszel Lato, który pogorszał się z każdą godziną bez względu
na leki jej podane. Kiwając głową basior załatał młodą szeregową jak tylko
mógł, jego nieprzychylne spojrzenie od razu też uciszyło Ry, który wpadł
niewiele przed skończoną pracą. Wilk musiał poczekać. I czekał. Z jakiegoś
powodu humor Delty dało się wręcz wyczuć w powietrzu. Czy to jego oczy? Czy
może skrzywiony pysk? Może po prostu wszyscy już znali go na tyle dobrze żeby
nie mówić nieproszeni, a może po prostu sytuacja była tak zła że widoczna gołym
okiem zamykała słowa w gardle zanim zdążyły odbić się od ścian jaskini.
—Co cię sprowadza? — Delta w końcu zagadnął do niego, nakładając kolejną porcję
leków do prowizorycznej strzykawki do karmienia do gardła. Zrobiona była z
drewna przez Bleu. Mała wyskrobana rurka zakończona zwężeniem do której wsuwało
się kawałek jej wnętrza aby przepchnąć lekarstwo. Delta sprawnym ruchem wsadził
urządzenie do gardła Bidegruda i podał mu potrzebne płyny. W ten sposób też go
karmili i nawadniali od jakiegoś czasu. Odkąd się tego dorobił znacznie
prościej było utrzymać przy życiu wilki, które padły niefortunnym szponom
nieprzytomności. Naprawdę zacne caceńko. I to do tego proste w wykonaniu gdyż
Delta miał ich całkiem sporo, w razie gdyby jakieś miały być zepsute,
uszkodzone lub używane tylko i wyłącznie w jednym celu
—Co do Sahary…—
—Atak. Na jej ciele są widoczne ślady walki o życie zanim została zrzucona.
Wilk. Większy od niej. Jej biodra zostały wypchnięte z miejsca, na jej
podbrzuszu widać gdzie zatrzymały się pazury napastnika. Tak w ogóle… Ry… Co ty
tu robisz?—
—Je wiem… Wiem już na emeryturze jestem z Florcią. Ale Espoir zajmuje się czymś
innym, więc Agrest ubłagał mnie o pomoc przy tej sprawie. Zresztą, czasem i na
emeryturze nudno.—
—To prawda. Samemu nie marzy mi się jeszcze o tym losie. Mam nadzieję, że coś
ci z tego wyjdzie.—
—Też mam taką nadzieję. — Ry odetchnął ciężko, jego oczy spoglądając
jeszcze raz na leżącą na posłaniu Saharę, jej oczy zamknięte, pierś unoszącą
się w nierównych obolałych oddechach.
Sytuacja zdawała się polepszyć w nocy. Bidegrud stracił trochę gorączki, Lato w końcu usnęła, a Sahara otworzyła na chwilę ocz i coś zjadła. Wszystko pięknie ładnie. Można było posiedzieć na skraju wejścia do jaskini i spojrzeć w daleki las z myślą, jak długo to jeszcze potrwa? Ta cisza i spokój? Jaka burza na nich czeka i ile łap jeszcze więcej Delcie będzie potrzeba. Chociaż czy to miało znaczenie. Medyk czasem patrzył w niebo i miał wrażenie, że jest w nich już zapisany los każdego, kto kroczył po tym świecie. W końcu jak inaczej wytłumaczyć sobie ten gorzki zawód kiedy traci się w łapach kogoś o kogo życie walczyło się całym sobą. Prościej jest zrzucić winę na coś poza swoim wpływem, niż szukać błędów w swojej moralności i wilczości. W końcu łapy Delta nie Bóg, swoje za skórą miał i swoje błędy na starych łapach popełniał. Ale kto by go winił? Kto by winił medyka, który tak wiele już robi dla wszystkich wokół? Nikt do tej pory niczego mu nie zarzucił. Jeszcze? A może po prostu Delta zbyt wiele wiedział i umiał żeby go rzucić ze stanowiska? Kto go zastąpi kiedy jego życie dojdzie do momentu, w którym będzie musiał odstawić swoje działanie medyczne. To będzie smutny i ciężki czas, chociaż kto wie. Może do ustanej śmierci będzie w grzebał w krwi innych i bawił się w boga przed jego oczami. Śmiał się śmierci w twarz. Przecież od tak dawna to robi!
Wykrakane zostało głównie przez Puchacza to co nadeszło
prawie o poranku. Biedak jak wstał to odetchnął ciężko i podziękował na głos
hukowi za ten spokój. I oczywiście gromem by go Delta chciał cisnąc, ale akurat
Lato rzuciła się do takiego kaszlu że Delta miał wrażenie że wdechu powrotem
porządnego nie weźmie. I bardzo się nie mylił. Jej oddechy stały się
sporadyczne i rozbite, jakby ostatnie. Delta zebrał leki jakie mu były
potrzebne i podawał je kolejno waderze, ale zdawało mu się że na marne. Chociaż
czy nie wszystko będzie wydawać na marne, skoro humory i morale spadły pod łapy
i wdeptały się w ciepłe futra. Więc Delta próbował. Próbował jak mógł pozbierać
swoje myśli i działania, chociaż nawet rozproszone oko medyka wiedziało, że
Lato zwyczajnie się dusi. Nieprzyjemna to śmierć i czasem Delcie na myśl
przychodziło żeby po prostu takiego duszącego się trzasnąć w łeb ażeby nie czuł
za wiele. W końcu dwie najgorsze śmierci to utonąć i spłonąć. A duszenie się
niewiele się różniło od wody. Kiedy twoje płuca i mózg tak desperacko szukają
powietrza a to jest ci odmawiane. Ciało szaleje. Porównywalnie parszywa śmierć.
Zgadywać by tylko można czy woda nie jest gorszym skazaniem, kiedy wżyna ci się
ściany całego ciała i rozpiera je nieznośnie próbując poprzez skórę dołączyć
się do reszty kropelek wokoło. Ale brak powietrza zadusza życie nie ważne w
jaki sposób, zawsze jest bolesne, zwłaszcza kiedy umiera się w świadomości.
Lato spojrzała na niego, jej oczy zamglone, ale jeszcze widzące, łzy polewając
się po jej policzkach i znikając w sierści. Kropla krwi z jej nosa wyciekła w
pogoni za resztą cieczy jakie uciekały z jej ciała. Oddech nie wracał do niej,
jedynie uciekał, płuca nie chcąc przyjąć następnego pokładu pracy lub po prostu
nie mając miejsca pośród szlamu jaki się wlewał do nich z oskrzeli. Gorąco
uderzyło w Deltę jak w końcu zdał sobie sprawę, że Lato nie da się uratować.
Jej oczy jeszcze wodziły za nim jak stanął przed nią i jeszcze ostatkiem
nadziei wsunął długą metalową rurkę w jej gardło. Kaszel nie pomagał,
uciekające łzy i ciągłe zaciskanie mięśni także. I wyjmując ją, pełną krwi i żółtej
wydzieliny mógł tylko pochwycić jej pysk w łapy i wymówić niemą modlitwę do
czegokolwiek co czuwało nad nimi wszystkimi. Gwiazdy? Huk? Bóg? Ludzki czy
wilczy? A może legendy? Może to sama śmierć wisi nad nimi i boguje ze swojego
tronu z czaszek i dusz. A może po prostu nic poza ciemnością wszechobecną nie
ma po przejściu na tamtą stronę. A może… może, i to taka miła myśl, że wszyscy
mają swoje niebo i każdy dostanie to czego jego serce i dusza pragną w
odpoczynku wiecznym.
—Już Lato, już dobrze. Umieraj szybciej, niechaj ci cierpienia ulży.— szepnął
nad nią posyłając ciarki wzdłuż kręgosłupa Puchacza, który biedny założył łapy
na pysk jakby nigdy śmierci nie widział. Delta może nie powinien być
zaskoczony. On sam śmierci się naoglądał. W każdej porze roku odkąd w jaskini
medycznej łapę postawił, ktoś umierał. Dzieci, dorośli, starzy. Matka natura
nie darowała nikomu i nad nikim łez nie pocierała. „Przeżyją najsilniejsi” i
tak też było, bo kto chorobie uległ ten i jej polec może.
—Parszywa to śmierć. — rzekł jeszcze im bardziej ciało Lato w jego łapach
robiło się ciężkie i nieruchome, resztki śliny i krwi z pyska brudząc jego
furto. A jednak ją trzymał do końca. Do końca jak należało, aby samemu nie
umierać. Bo samemu to smutna śmierć kiedy w to choroba na drugi kraniec tęczy
cię przeprowadza. Co innego umierać samemu w spokoju duszy i zdrowiu ciała,
wpatrzony w księżyc lub ogarnięty młodzieńczym światłem słońca, kontemplując to
co za sobą pozostawia się w dalszej samotności. Tutaj, w jaskini medycznej nic
takiego nadejść by nie mogło. U twego boku inny pacjent, u pyska medyk, więc
może i nie żal umierać. Chociaż komu o tym decydować jak nie temu kto trafi
dech. Łapy lato osunęły się beztrosko na posłanie, oczy przymknęły, całkowicie
zamglone śmiercią. Jej mięśnie jeszcze ukrwione drgały w ostatnich spazmach
życia, kiedy serce jeszcze nie gotowe tak desperacko próbowało pchać krew przez
ciało. Tą samą krew, która już niewiele poza samą sobą mogła przenieść, a i
powoli zatrzymywała się na sobie aby torować dalszą drogę. I tak, minuta po
minucie Lato opadła z sił na dobre, jej dusza znikając z tego świata lub
pozostając przy nim na wieki. Kto ich tam wie. Delta odetchnął układając jej
pysk delikatnie na posłaniu i przymykając oczy. Puchacz obok niego wstał i wyszedł
do wejścia u którego brzegu siedział Mino, jego ślepe oczy zamknięte i
spokojne.
Satomi wstąpił w progi jaskini medycznej z krwotokiem z
nosa. Niby nic wielkiego, ale jednak po coś się zjawił. Od czasu śmierci Lato
na chwilę wszystko zamilkło, cisza przed burzą jak to mówią. I Delta czuł to w
kościach. A może to było po prostu zmęczenie? W końcu Bidegrud nie dawał mu
zbyt wiele odsapnięcia od ciężkich stanów chorobowych nad którymi musi
pracować. Biedak staczał się i wracał do siebie naprzemiennie. A do tego
podrzucili Delcie jego młodszego brata, który wcale nie był w lepszym stanie.
Oboje cierpieli na bardzo wysoką gorączkę, duszności i do tego wszystkiego ich
krew przelewała się przez łapy jak woda.
—Co cię sprowadza? — Delta zagadnął, jego łapy uklepując poszuka ze śniegu pod
pyskiem Jereguda., młodzik ledwie 5 lat, a już staczał walkę ze śmiercią.
—Krwotok. Zaczął się… Dwa dni temu. Z nosa, trochę z pyska. — Satomi wymruczał,
jego wzrok chłodny i niejasny jak zawsze. Widocznie czuł się niezbyt dobrze.
—Krwotok z nosa może nie mieć problemu żeby dostać się do pyska. Jak dużo
ciekło z tego pyska?—
—Trochę. Ciężko określić. —
—Dobra. Usiądź sobie gdzieś, zaraz na ciebie zerknę i ocenię czy w ogóle musisz
tutaj zostać. — odesłał go łapą
poprawiając jeszcze biednego Jareguda i sprawdzając jego temperaturę. Zanim
przeszedł do Satomiego musiał zaaplikować kolejną dawkę leków Saharze. Wadera
nadal nie wróciła do siebie, jej stan podejrzenie nie poprawiając się. Nie
pogarszał się, ale też się nie poprawiał. Delcie się to nie podobało. Bardzo
nie podobało. Ale też nie mógł nic zrobić. Sahara musiała sama przejść przez
swoją chorobę i pełne wygojenie się połamanych kości. Medyk za to mógł tylko
kręcić głową i cmokać nieprzychylnie na samą sytuację.
—To opowiadaj. Czy coś jeszcze boli?— Delta w końcu i dotarł do Satomiego,
który w ciszy i spokoju czekał niedaleko wejścia.
—Tak. Może odrobinę gardło od tego ciągłego krwawienia. — Delta pokiwał głową,
jego oczy uważnie lustrując każdy kawałek ciała starego wilka. Wkrótce tez i
łapy podążały po mięśniach i starych stawach, próbując nie przesuwać ich w
razie bólu i dyskomfortu, ale jednocześnie szukając powodów. No cóż. Delta i ów
powód znalazł dość szybko. Niby mała wypustka na potylicy, ale jednak wyraźnie
wskazywała na coś niepokojącego.
—Wiele ci powiedzieć nie mogę. Mogę podejrzewać raka, mogę podejrzewać narośle
czy guza. W każdym razie z łatwością mogę to przypisać do tego krwawiącego
nosa. Pasuje do miejsca. Pasuje do stanu i gęstości krwi. Częsty objaw zapalenia
opon mózgowych czy właśnie jakiegoś parszywego raka. Obolały jak wstajesz?—
—Czy na starość każdy nie jest obolały?—
—Osowiały? Ospały? — kiwnął głową. — Widzisz czasem podwójnie? Widzisz. Okej. Co
z dusznościami? Po biegach. Czemu ty jeszcze biegasz powiedz mi? Albo wiesz co…
lepiej mi nie mów. Wystarczająco mi ciśnienie wszyscy wokół podnoszą.— Delta
jeszcze chwilę się nad nim pochylał i badał. Zajęło mu to dłużej niż
przypuszczał.
—Jest bardzo nie tak? —
—Jest bardzo nie tak. Nie będę cię oszukiwał. To najprawdopodobniej
rzeczywiście rak i w tym stadium nawet ja nic mu nie zrobię. Jakby też był w
innym miejscu to może bym odważył się cię rozciąć i się go pozbyć, ale… nie na
głowie. Zabiłbym cię, chociaż może szybciej i bezboleśniej niż to cię zbije. —
—Ciekawe czy zdąży. Moje lata się kończą. — Satomi zaśmiał się ponuro je go
oczy wbite przed siebie.
—Żadne z nas już młódki. —
—Żadne. Chociaż ciebie to śmierć jeszcze omija. — Satomi odetchnął ciężko i
smutno zarazem. Zdawało się, że czasem nawet i nieśmiertelnym życie jedno lub
kolejne było bliskie.
—Nie łapie się, bo mnie lubi za bardzo. — Delta zażartował sobie pod nosem,
jego łapy opadając na ciepłe skóry. — W każdym razie. Jeśli ci się pogorszy,
miejsca dla ciebie tutaj zawsze się znajdzie. Zawsze. — podkreślił, a starszy
basior jedynie przytaknął mu w milczeniu. I tak rozeszli się, ciemne chmury
diagnozy zbierając się nad ich głowami.
Śnieg szumiał i bił na zewnątrz, jego siła rzucając drzewami na boki. Wiatr wył i poruszał każdym ogniskiem. W jaskini było w miarę ciepło chociaż zimno wdzierało się do środka uporczywie i bardzo chętnie. Żywopłot, zielony i utrzymywany w takim stanie pomimo zimy zrobił się z wrażenia nieco niebieski, jakby zaraz miał zamarznąć na kość. Delta rzucił tylko jedno spojrzenie na zewnątrz i odetchnął. Satomi leżał na posłaniu niedaleko, zmożony zaskakująco szybko postępującą chorobą, leki przeciwbólowe w jego systemie nieco tylko redukując cierpienie. Sahara sapała gdzieś w tle, jej sen niespokojny i coraz bardziej burzliwy, a jej stan gorszy z dnia na dzień. Bidegrud staczał się z każdą minutą i Szklanka pochylała się nad nim i robiła co tylko mogła z ogładami jakie miała, Młodszy brat nieszczęśnika leżał martwy , przykryty jedynie białą płachtą, a Mino spoglądał na niego z niepokojem. Delta mógł tylko zawarczeć pod nosem, ściągnąć brwi i na kartce papieru, wielkimi niezgrabnymi literami zapisać : Zima krwawej rzezi. Ofiary: Lato – zapalenie płuc, Mszczuj – zwał serca, Jaregud – nieznana choroba niezakaźna. Po czym podnieść wzrok i zmierzyć resztę pacjentów z niesmakiem w ustach. Co jeszcze pójdzie nie tak? Delta znał odpowiedź na to pytanie zbyt dobrze. WSZYSTKO.
Zaskakująco ledwie tego wieczoru stan Sahary pogorszył się
ponownie. Krew wylewała się z jej nosa, oddech zamierał w piersi, ale
jednocześnie Delta nie mógł namierzyć konkretnego powodu tego pogarszania się.
Nie pomagało też, że Dante, ten wiecznie zrównoważony szeregowiec wył ciągle
jakieś pytania obok jej posłania. Delta uciszał go już wielokrotnie, jego zęby
czasem kłapiąc na nieszczęśnika, myśli zbyt rozbiegane żeby dbać o to jak
traktuje innych. Najważniejsze było dopilnować aby Sahara nie wykrwawiła się
orz znaleźć element problemowy w tym całym naturalnym i pięknym mechanizmie.
—Jak nie zamkniesz mordy i nie dasz mi się skupić to gówno z tego będzie! — w
końcu żachnął się na Dante, a ten tylko spuścił swoje uszy płasko do szyi, oczy
pełne smutku i przerażenia. Delta nie maił czasu zbyt długo się temu
wszystkiemu przyglądać, pod jego łapami Sahara drgała niespokojnie, jej ciało
męczone dreszczami. Delta ponownie powąchał, posłuchał, ale nic… kompletnie
nic. Jej serce biło jak należy, oddech, może trochę nierówny, ale jednak
miarowy i pełny. Więc czemu z jej pyska z nagłym kaszlem wylatywała krew. Delta
z wrażenia zarzucił łapami ponad głowę jego starania uciekając bez żadnego
skutku. A jednak samiec nie chciał się poddawać. Nie mógł. Nie chciał, prawda?
Może i chciał. Czasem chciał, ale potem sobie przypominał że te wili polegają
na nim żeby przeżyć. Żeby czuć się dobrze. Łapy Delty nacisnęły ponownie na
klatkę piersiową Sahary, jego starania na marne. Wadera charczała i prychała,
płuca ubiegając się o powietrze.
—CHOLERA JASNA.— Delta przeklął, ściereczka której używał do wycierania
kropelek krwi z miejsc, które potrzebował czyste wylądowała po drugiej stronie
jaskini z nieprzyjemnym plaskiem. Dante i Szalka, którzy byli najbliżej
podskoczyli z wrażenia. Wszyscy bowiem wiedzą, że wściekły Delta to
niebezpieczny Delta i lepiej nie wchodzić mu pod łapy. Samiec zamachnął się
łapą na powietrze i ponownie wrócił do prób ustalenia co zrobić z Saharą.
Płuca, okej. Serce, okej. Chociaż oba coraz nabywały coraz to większe trudności
do funkcjonowania. A jednak nic konkretnego Delta ani nie słyszał ani nie czuł.
Jego moce, marne i może nieco zapomniane przez niego w czasach kiedy skupił się
na leczeniu naturalnym, też nic nie wykrywały. Zepsuły się? Niemożliwe. Jeszcze
przed paroma minutami, zanim Sahara zaczęła się staczać, Delta tą samą mocą
znalazł wrzód na żołądku. Więc co było nie tak!? W żołądku Sahary nic nie było!
Na jelitach nic! Delta sprawdził nawet kręgosłup i już kompletnie nie wiedział
co ma zrobić z tą nieszczęsną waderą. Jej krew ulatywała, pomimo braku ran. W
końcu Delta przysiadł sobie. Jego oczy ciemne, zamyślone. Jeśli to nie było nic
naturalnego, nic co mógłby znaleźć, czy możliwe było aby to był powód zupełnie
poza jego rozumieniem. Czy to możliwe, że Sahara umierała na chorobę
spowodowaną niczym innym jak magią? Tym co czyniło wilki w watasze Srebrnego
Chabra i nie tylko, wyjątkowymi, teraz przeżera się przez Saharę jak pasożyt.
Czyja magia? Jaka magia?
—Zawołajcie… Em… — kogo? Właśnie. Kogo? Kto się na tym zna na tyle żeby
wiedzieć co się tu dzieje? Prawie każdy w watasze miał jakąś moc. Ale kto by
wiedział i rozpoznał tą konkretną, która wżerała się w ciało wadery jak
parszywa choroba. Decyzja. Decyzja. Decyzja. Kolejna. Następna. Jak chmura
duszącego dymu wdziera się w płuca i zasnuwa myśli. Decyzja. Właściwie o życie.
I to nie jego. Decyzje. Jak zawsze. Jak zawsze wszystko na ramieniu Delty. Te
same decyzje, które zabiły i ocaliły tyle wilków w jego łapach. Te same, które
zakopały Kawkę w grobie. Może ktoś miałby mu to wtedy za złe, ale Delta
wiedział dobrze, nawet teraz po tym czasie, że nawet jakby nie wybrał dzieci,
Kawka miała marne szanse na przeżycie. A teraz. Sahara, jej zamknięte oczy,
spokojne tylko pozornie, ciało drgające pod napięciem mięśni, liczyła na niego.
Rubid. Rubid rozpoznaje moce innych wilków. Ale czy rozpozna moc, która była
użyta? Czy on nie rozpoznaje tylko tego co w wilku płynie z jego własnej
zrodzonej natury? Cóż.
Nymeria? Samica alfa wiele wie. Jednak czy wie na tyle o samej magii aby
rozwiedzieć się co dzieje się z nieszczęśniczką pod jego łapami? Czy to nie
będzie tylko stracony trop w złudnej nadziei.
Oxide mogłaby być tropem, który gdzieś mógłby ich zaprowadzić. Wadera i jej
umiejętności manipulacji umysłem mogły zdziałać… coś. Chociaż jak wiele jest w
stanie uzyskać jeśli umysł Sahary jest niczym jak samotną pustynią bez wody jak
bez myśli.
Agresta nie ma się co nawet pytać. Nawet pomimo wieku i wiedzy, sam wilk pewnie
niewiele wie o magii i jej nieprzewidywalności. Chociaż to wie chyba każdy
wilk. To co brane jest za pewne – magia we krwi – tak szybko obraca się w
niewiadomą kiedy wszystko w starzejącym się ciele zmienia się na gorsze lub
lepsze. Coś się traci, coś zdobywa. A magia pomimo że obecna z całą pewnością
nie zawsze może być przewidywalną siłą. Kiedyś zgubi ten lud, który podąża za
nią jak ślepcy – biorąc ją za gwarantowaną.
Delta spojrzał na Saharę, jej ciało słabe, łapy opadające w milczeniu na
posłanie, bok poruszający się nierówno i z trudnością.
—Poślij po… Rubida i Nymerię. Na wczoraj! — wyszczekał wysyłając dwójkę swoich
dzielnych pomocników. I potem mógł tylko czekać, a wiec zajął się innymi
nieszczęśnikami.
—Satomi.— jego głos był cichy, jakby atmosfera śmierci już
wysiała nad nimi wszystkimi.
—Niezłe zamieszanie. — wilk podniósł na niego głowę. Jego oczy były zmęczone i
targane bólem, który przebijał się przez jego ciało silniej i uporczywiej z
każdym dniem.
—Zamieszanie zamieszaniem, ale twoje leki. — Delta przesunął mu pod nos
miseczkę ze śmierdzącym naparem. Stary wilk ściągnął brwi, zwątpienie zawisło
na jego pysku jak zwiastun złej myśli w głowie.
—Nie sądzę, że… potrzebuję ich już na ten moment. —
—Satomi… — Delta podirytowany zerknął na niego spode łba.
—Mówię serio. Już… dość. Biorę te leki i boli. Nie biorę to boli. Co za
różnica. Podaj je komuś innemu, a ja sobie w spokoju umrę w bólu, jak matka
natura mi przeznaczyła. —
—Cóż. Nie mam czasu się kłócić. Tu masz leki. Weźmiesz jak będziesz chciał.—
Nymeria nie pomogła za wiele. Prawda, jej wiedza przekraczała
tą Delty, jednak nie pozwalała na dokładną identyfikację problemu. Potwierdziła
jedyni , że to magia. Bardzo parszywa na to wszystko. Bardzo… To wzbudzało
wielki niepokój w Delcie. Co jeśli to się rozniesie? Jeśli ktoś żeruje na
nieszczęśnikach pod jego opieką aby zyskiwać dusze lub inne magie na swoją
własną korzyść?
—Nie sądzę jednak, że jest to zaraźliwe. Ale tak, niepokojące.— Nymeria
przyznała rację jego zmęczonym oczom zadającym jej nieme pytanie. Delta
odetchnął ciężko.— Nie jestem w stanie jednak nic zrobić. —
—Ja też nie… I to mnie martwi. — medyk spojrzał na waderę. Tą nieszczęśniczkę,
która właśnie po raz kolejny dusiła się we własnej krwi płynącej przez jej
gardło. Delta odetchnął. Dodałby więcej rurek, oczyścił jej płuca, ale na co?
Wadera straciła już za dużo krwi i już tylko resztki jej życia uciekały w
parszywy sposób. Tonąć. Jak to jest jednak utonąć? Kiedy woda naciska na klatkę
piersiową i łamie żebra próbując wedrzeć się ze wszystkich stron do płuc. Ale jak to jest tonąć we własnej
krwi? Delta nie wiedział. Martwi w końcu nie przemawiają o tym, a topielców na
dnie rzeki, spopielonych i zgolonych przez szorstkie fale, ciężko znaleźć. Woda
daje życie i je zabiera z wielką radością.
—Musisz jej pomóc! — Dante załkał nad jej ciałem. Jego oczy wbijały się w
Deltę, który tylko poprawił ogon na swoich łapach i odetchnął. —Musisz!—
—Nic nie muszę Dante. — Delta odparł chłodno, jego oddech wirując w powietrzu,
ledwo widoczny pomimo wszechobecnego chłodu. — Ona już przepadła… Straciła za
dużo krwi. Jestem medykiem, nie bogiem. Nie umiem czynić cudów. — wzrok jaki
rzuciła mu Nymeria mógłby wzbudzać wątpliwości prawdziwości jego słow. Jednak
Delta to był żaden bóg ani bożek. Wilki patrzyły na niego jak na cudotwórcę,
kiedy kolejne wilki wracały do zdrowia, a ten niewielki i uparty wilk był
niczym innym jak właśnie wilkiem. Tak samo wadliwym i kruchym jak cała reszta.
Może tylko bardziej zapartym w swojej własnej głowie, żeby bez mrugnięcia okiem
patrzeć jak wilki umierają i rodzą się. Przychodzą i odchodzą, jego
przyjaciele. Bez łzy w jego dwukolorowych oczach.
—Nie…— Dante szepnął, jego głos złamany zbierającym się krzykiem.
—Pożegnaj się. Popłacz i pomóż Mino ją pogrzebać. FREZJA! — Delta wstał, a
Nymeria mogła tylko podążyć za nim wzrokiem zanim sama udała się w jego ślady
wychodząc z jaskini medycznej. Jej córka zastępując jej miejsce i zapisując
skrupulatnie miejsce i datę śmierci w dziennikach jaskini medycznej, które
teraz zamknięte były w twardych drewnianych oprawach. Piękna zasługa Bleu,
która tylko okalała piękne pismo Frezji i uprzednie bazgroły Delty, które niby
winne być słowami. A słowa nie były w stanie ująć jak sfrustrowany i zły Delta
był na tą całą sytuację. Bezsilny, kiedy śmierć zabiera ci życie jeszcze młode
prosto z łap. Bez uzasadnienia. W mękach. Cóż. Można było teraz tylko odetchnąć
i nabrać w płuca powietrza pełnego zapachu krwi i iść dalej. Świat nie
staje w miejscu dla miłości ani dla
śmierci. Żyć dalej. Żyć…
Życie było takie kruche. Delcie przypominało o tym każde uderzenie
serca odkąd tylko się urodził. Stracił rodzinę, przyjaciół, przeszedł pieszo
pół tego świata, a śmierć zaraz za nim, krok za krokiem. Kiedy był młodszy i
może nieco bardziej naiwny obiecał sobie, że nigdy już nie będzie patrzeć jak
jego przyjaciele umierają i cierpią, a jednak… A jednak był tutaj. W jaskini,
która przynosiła więcej nieszczęścia niż całe jego życie przed WSC, ciągle.
Zaczął od uczenia… skończył, jak? Mityczny cudotwórca, który zawodzi
oczekiwania kiedy wilkom przychodzi łkać nad ciałami swoich bliskich. Bezduszny
i nieugięty, kiedy musi na głos ogłosić śmierć tych, których szanował i kochał,
po swojemu. Kiedy jego uśmiechy, pocieszenie były niczym więcej jak tylko
pustym głosem odbijającym się od zimnych ścian.
—Zapisz… Martwy. Zapaść płuc, zatrzymanie serca. — Delta przedyktował te
właśnie zimne słowa, które Frezja przelała na kartkę, jej wzrok smutny i
żałosny. Niegodny medyka. Ale ona nie była medykiem. Jak Delta mógłby trzymać
kogoś tak delikatnego jak ona do standardów, które biły w jego sercu tej zimy?
Tej krwawej zimy. Matka Biedegruda załkała nad jego ciałem, Mino stojąc całkiem
niedaleko.
Delta odszedł od tej sytuacji żeby zająć się kolejnym pacjentem. Ufał swoim
pomocnikom. Bez nich… wszystko posypałoby się tylko gorzej. Gdyby Delta był sam… Ale nie był. I dobrze.
Miał pomoc. Ta zima i tak już była jednym wielkim nieszczęściem.
Nieszczęściem, które przylgnęło do ścian jaskini medycznej niosąc ze sobą tylko
szloch złamanych serc.
—Za mną nie będzie miał kto płakać. — Satomi zaśmiał się do niego ponuro. Jego
łapy były coraz słabsze, już ledwo unosząc się do pyska aby przetrzeć zadrwione
oczy.
— Zdziwiłbyś się. — Delta rzucił mu jedynie szybkie spojrzenie.
—Kto? Ty? —
—Ja? — tym razem medyk zaśmiał się szczerze i od serca. — Moje łzy dawno już
przepadły. Mam wrażenie że wyschły. — przyznał. — Wyschły razem z cierpieniem.
Oh.. Nieszczęsny ja. —
—Za tobą to będzie łkać cała wataha jak nie dwie. — Satomi dodał z uśmiechem.
Chwila ciszy i pogodnego spokoju nastała pomiędzy nimi. Rzadka chwila ostatnimi
czasy. Bardzo rzadka. Smutne to było jak rzadko w ciągu tej zimy spokój
wdzierał się w swobodę z jaką śmierć bawiła się w ich umysłach. Świadoma i
spokojna w głowie Delty, zaakceptowana w jego pracy i życiu, acz tak obca tym,
którzy nie obcują z nią na co dzień.
—Jak nie trzy i całe niebo. Ale mi nigdzie nie spieszno jeszcze. Jeszcze muszę
znaleźć dla siebie następcę… Zostawić was samych to myślę że szybko bym z grobu
wstał . — zaśmiał się ponuro. Znaleźć kogoś na swojego następcę. Brzmi to
prawie jak w jakimś królestwie, w hierarchii. Musi znaleźć syna aby oddać mu
ląd. A jednak wiedza więcej warta niż jakikolwiek skrawek ziemi, trzymana jak
największy skarb często pod kluczem. I tą wiedzę Delta musiał podać dalej.
Zadbać o tych których kochał nawet kiedy jego ciało będzie ropnieć i rozkładać
się pod ziemią.
—Nic tylko ci aureolkę nad głową postawić…—
—Już mnie do grobu wysyłasz? — Delta rzucił mu rozbawione spojrzenie.
—Nie śmiałbym. — Satomi zaśmiał się ponuro, spokój pryskając kiedy kaszel
zabrał powietrze z jego płuc.
—Pij… — Delta podsunął mu swoją łapą napar. Kolejny napar, który miał mu ulżyć
w stresie i cierpieniu, a jednak wiele nie dawał. Acz Satomi przyjął go z
nieodczytywanym wyrazem pyska. Czy to była ulga czy już oczekiwanie? Wypił.
Zakasłał. Dwie krople krwi ozdobiły jego białe futro na łapach. Oboje spojrzeli
na nie ponuro. Dwie czerwone kropelki, dwa zabójcze ślady słabości i rany. Dwa
ugryzienia śmierci.
— Zapowiada się że cię nie przeżyję. — Satomi oblizał łapę.
— Zdziwiłbyś się. Czasami życie zaskakuje nas na każdym kroku. — Delta
uśmiechnął się do niego, bez żadnej radości ukrytej za jego oczami.
—Delta?! — do jaskini medycznej
wkroczyła żwawo Espoir. Jej białe futro zlewało się na tle zimowego poranka.
Jej pysk otworzył się i zamknął, kiedy nabierała do zmachanych płuc ciepłego
powietrza jaskini.
—Tu jestem. — Delta odłożył swoją robotę. Parę dni spokoju, może nawet już parę
tygodni. Jednak nadal na łapach byłby w stanie zliczyć te wszystkie dni, które mógłby
uznać za udane. Czy cokolwiek w tej jaskini właściwie może się udać? — Coś wam potrzeba?—
—Potrzeba. — przyznała śledcza, błękit jej oczu zmęczony i zmartwiony. — Mamy
martwego wilka na naszych łapach. Trzeba go określić zmarłym i nie wiem.
Powiedzieć nam jak umarł? — wadera zmieszała się, a Delta odetchnął ciężko, ale
ruszył. Jego łapy nie przebijały się już przez grube warstwy białego puchu.
Zima dosięgała swojego szczytu i potem już tylko roztopy będę widziane w jej
przyszłości. Jednak do tego jeszcze kawałek. Na ten moment medyk mógł z
łatwością biec po twardym śniegu jak po wiosennej trawie. Espoir za to musiała
przebijać się przez śnieg, kiedy ten zapadał się pod jej łapami. Szli tak
kawałek, dopóki las nie ustąpił polanie. Polanie, która należała niegdyś do
Lato, zanim ta zmieniła zawód na zielarza, z wielką przyjemnością. Teraz to
miejsce zajmowane było przez Noai’de, pustelnika, który zmienił prace w
mordercę. Jednak chyba nie na długo. Jego wielkie ciało, dwa razy masywniejsze
od Delty, leżało na chłodnej kołdrze świata, jego krew wlewając się w biały
puch i brudząc go posmakiem śmierci.
— Ah… — Basior zatrzymał się przed kolosem, którego pelerynka z sarniej skóry
opadła na ziemię w bezruchu. Jego stara rana zaglądała na niego. Spalona,
różowa skóra marszczyła się i błyszczała w świeżej dawce krwi jaka spływała po
niej w dróżkach. Rany kłute zdobiły nierówno opadające boki basiora, którego
oczy już dawno straciły jakąkolwiek dozę świadomości.
—Toż to jeszcze żywe. — Delta odetchnął ciężko, jego łapy okrążając ciężkie
ciało, którego łapa poruszyła się niespokojnie. — Przynajmniej w ciele. —
mruknął podnosząc powiekę wilka. Oko nie ruszyło się w żadnym kierunku, nadal
opadnięte w kierunku wnętrza ciała, ich białka skalane krwią.
—Żywe? — Espoir odetchnęła, jej łapy zapisując coś na wolnej kartce u jej boku,
jej słowa bardziej jak niezgrabne obrazki, niż czytelny tekst. Delta nie był
lepszy w czytelności swojego bazgrania, więc nie zwrócił na nią większej uwagi.
—żywe. Nie długo. Hymm… — Delta wspiął się na tylne łapy aby obejrzeć
dokładniej rany kłute na ciele basiora przed nim. Jego ciało przechyliło się na
słabszej łapie, widok na szczyt zwalniającej klatki piersiowej wyraźniejszy niż
ze śniegu. — Cokolwiek w niego uderzyło… musiało zrobić to z wielką siłą. —
medyk oparł łapami na grubą skórę wilka. — przebić się przez masę tego futra, w
tym miejscu. Z pewnością robota kogoś, albo wykwalifikowanego, albo silnego. —
odetchnął. — Aczkolwiek, już widzę że nie ma co nawet starać się go ocalić. —
odparł, żaden cień smutku w jego głosu. Tylko czysty profesjonalizm, tak zimny
jak świat dookoła, który oblegał ich jak cień oblega ściany w nocy.
—Rozumiem. —
—No cóż. Noai’de… lat 10, zmarł...dzisiaj. powód:
wykrwawienie. — Delta opadł na śnieg, impakt jego łap przebijając się w końcu
przez warstwę śniegu. Wilk zapadł się po szczyt swoich łap, miękki i mokry puch
schowany pod ciężką warstwą zamarzniętej pokrywy przyległ do niego jak dziecko
przylega do matki. Jego chłód przedarł się przez futro i doszedł do ciała.
Dreszcz przeszedł przez całe plecy Delty kiedy ten wygrzebywał się ze swojego
problemu. Powoli acz skutecznie, stary medyk wrócił na stabilną pokrywę
otrzepując się intensywnie próbując strzepać z siebie ten przeszywający chłód.
— Moja praca jest skończona. — odparł, jego łapy nadal nieco niestabilne na
nietrwałej powłoce pokrywającej ten świat. Oby go nie pochłonęła po raz drugi.
— Espoir!! O! Delta. — przez śnieg przebiła się Szalka, jej pysk spanikowany,
oczy rozszerzone i płuca łapiące powietrze z wielką trudnością. — To Dante!
Dante się powiesił! — oznajmiła, w kącikach jej oczu zbierały się już łzy.
Delta odetchnął, jego oczy znudzone i nieczułe. Samobójstwo? Może.
Najprawdopodobniej. Co to za świat i co to za zima, że nosi ze sobą tak
intensywny zapach śmierci?
—Świeże? — spytał ponuro.
—Co? Co masz na myśli? — Szalka zawinęła ogon do góry, chroniąc go przed
przemielonym prochem zrobionym z chłodu.
—Nieważne. — odparł medyk. Przecież oczywiście, że nie będzie wiedzieć. Szalka
jest młoda, naiwna i jeszcze nie rozwinęła swoich skrzydeł w pełni. — Pokaż
gdzie. — Delta rzucił wymowne spojrzenie do Eso i wkrótce cała trójka ruszyła w
drogę. A droga nie była daleka. Delta uważnie obserwował swoje otoczenie,
trzymając się kawałek dalej z boku większych wilków, aby nie spotkać się znowu
z tym przeszywającym zimnem śniegu. A jednak mimo to medyk widział doskonale
jak w kierunku w którym idą ciągną się smutne ślady łap i krople krwi, kapiące
nierówno i wybijające się na białym i niewinnym puszku. I patrząc na wisielca
Delta był w stanie łatwo stwierdzić, że ta krew nie należała do niego. Co
prawda z nosa Dante sączyła się ciepła ciecz, już powoli lepka, już zastygająca
na powoli ochładzającym się ciele. Wieszanie poszło mu całkiem dobrze – Delta
musiał przyznać, zaglądając na Dante. Wilk złamał swój kark bardzo płynnie. I
bardzo skutecznie. Krew spłynęła już do czubków jego palców wiszących w dół.
Jego nos spłowiał, jego oczy zamglone i puste, bez życia spoglądały w dół,
jakby piekło go witało z otwartymi rękoma.
—Spójrz Espoir! — Szalka załkała, jej łzy takie młode i niewinne. Obok drzewa,
tak gdzie lina zginała puste gałęzie pod ciężarem ciała, oparty był nóż. Jego
ostrze nie błyszczało się w tym kawałku słońca,
które towarzyszyło im tego dnia. Pokryte krwią po samą rękojeść,
świadczyło o zajściach, które teraz tylko spekulacją mogli żywi za martwych
uzupełnić.
—O nie… — Espoir odetchnęła ciężko.
Przynajmniej jej sprawa rozwiązała się przed oczami. Ścieżka z krwi
wilka, który pozostawiony był pod jaskinią aby skonać do końca, nóż i trup
wiszący bez ruchu jak księżyc na niebie. Przemijający. — Czyli co? Dante
zadźgał swojego przyjaciela po czym się powiesił?—
—To tylko martwi wiedzą i martwi powiedzą, o ile jesteś w stanie sięgnąć za
grób. Ale tak, Dante z pewnością ma na sobie krew, która nie jest jego. I z
pewnością on sam powiesił się i sam przyniósł nóż. — żadnych więcej śladów na
śniegu, a nie padało. Ciała jeszcze nawet dnia nie miały, może parę godzin,
może mniej nawet niż jedna. — Świeże. Trupy są świeże, jeden jeszcze dogorywa.
Nie ma śladów, nie ma odbić lekkich stóp ptaka ani lisa. Tylko oni dwaj drążący
w śniegu. — Delta wypowiedział swoje myśli na głos, łeb zadarty w górę, nadal
spoglądający na wiszącą kupę furta przed nim.
—Rozumiem. — Espoir odrzuciła już kartkę, jak niepotrzebny balast. I Delta
rzucił z siebie niespokojne myśli. Przymknął swoje dwukolorowe oczka i w
milczeniu chwilę siedział w ciszy, umysł nieskalany słowem ani obrazem. A gdy
swoje oczy otworzył, trup nadal tam był, jak omen zesłany przez śmierć tylko
dla niego. Tylko on i trup, niby tak różni a tacy sami. Bo czy jeśli serce
bije, ale chłód i tak znajduje do niego drogę, to czy nie jest się w połowie
martwym? Czy jego wybory , uczucia i podejście w ogóle czyniły go żywym? „Ja tylko
wilk.” Takby mógł powiedzieć, ale czy to nie ubliża wilkom na świecie, które
bez strachu i wyrzutów śmieją się i płaczą nad martwym i żywym? Może po prostu
śmierć w jego oczach była normą po tylu latach spędzonych w jaskini w której
ona ciągle się przetacza. Najgłupsze sposoby się zdarzają i te
najnormalniejsze. Właśnie. Śmierć to norma. Norma, która tą swoją normalnością
stłumiła już żałobę w sercu Delty. I może dobrze. Gdyby miał płakać i załamywać
łapy nad każdym kto odszedł na jego oczach, może nigdy by się nie podniósł. Ale
kiedy przyjaciele zbierają się nad grobem, a jemu nawet łza nie kapie z oka,
czy to dobrze czy to źle? Może dobrze, może źle. Czy jemu winne to oceniać w
taki sposób? „Ja tylko wilk.” Powtórzył sobie. Powtórzył jak osłonkę dla serca,
które nieczule nawet nie załkało nad trupem ,którego niegdyś znał za życia.
—Wyślę Mino z łopatą. — odrzekł po prostu. — Niech zakopie, zanim zima
pochłonie ziemię… Biedny. Musi się namęczyć żeby glebę przebić w tą zasraną
pogodę. — i w ten sposób udał się w swoją stronę. Tylko śnieg i zimno na jego
futrze wdzierające się w ciepłe ciało poświadczały, że on jeszcze żyw.
Zdawałoby się, że zima nieco
zatrzymała się w miejscu, bez śniegu, ale z chłodem tak przeszywającym, że
nawet ogniska w jaskini medycznej nie były w stanie zatrzymać jego wejścia do
środka. Delta zadrżał, łapą nakrywając Satomiego kawałkiem futra.
—Zima.— odparł tylko wilk.
—Zima, doprawdy. Zabiera życie za życiem, tylko po to żeby potem wepchnąć mi
się w moje progi ze swoim wiatrem. Parszywa. — medyk skrzywił się. Jego łapy
były wyjątkowo sztywne od samego rana, kiedy ta cała pogoda szalała po
ścianach. Wesoła. Pozostawiając wilki wcale nie tak wesołymi.
— Życie za życiem, w tym moje. Wkrótce… — Satomi odetchnął, jego oczy nagle smutne,
odległe.
— Czujesz? —
— Głęboko w kościach. — przyznał, jego oczy już przymknięte, pysk wystawiony w
kierunku wpadającego do środka powietrza. Mierzwiło ono jego białą sierść i
wdzierało się do lekko otwartego pyska, jakby chciało udusić go od środka swoim
zimnem. Wilk zadrżał, jego obolałe mięśnie spinając się pod naciskiem chłodu. —Oby
wkrótce. —
—Wkrótce… — Delta smętnie powtórzył po nim. Jego łapy krótko jeszcze opierając
się o jego własny ogon i poprawiając swoje futro i zwiędłe kwiaty wplecione między
błękit i siwiznę łapiącą jego ciało. Po czym wstał i przemieścił się do swojego
własnego łóżka. Znikając w swoim w swoim małym gniazdku ułożył się na posłaniu.
Noc pochłonęła wszystkich w głęboki sen, więc i on ułożył się do swojego
odpoczynku. Ledwie dwie godziny minęły zanim jego oczy uchyliły się ponownie.
Normalnie, pomimo że spania wcale nie potrzebował za wiele, starał się trzymać
oczy zamknięte przez może cztery, może pięć godzin. A więc otwarcie oczu tak
szybko było nie lada zaskoczeniem.
—Pewnie jest u siebie. — Głos Szalki odbił się od ścian niczym zapomniany szept
uciekającego snu. Delta rozciągnął się i powoli wstał. Jego kroki były mozolne,
jeszcze zaspane, ewidentnie stare i zmęczone życiem. Kiedy wychodził ze swojego
małego zakątka Szalka mało nie wpadła w jego drobną osobę. Delta zadarł łeb do
góry i odetchnął.
—Jestem. Tutaj. Co potrzeba? — szczeknął zmęczony, ziewnięcie zbierając się na
jego pysku i zniekształcając go na chwilę. Siwizna jego pyska zabłyszczała w
świetle ogniska palącego się przy wejściu.
—To Flora! — Szalka pisnęła. — Potrzebują lekarza w domu. Nie może wstać, a nie
ma pod ręką nikogo kto mógłby mi pomóc go przenieść! — jej głos zadrżała. Ta
wadera była niesamowicie spanikowana i delikatna, taka młoda – przeszło przez
myśl Delcie. Czy był kiedyś czas kiedy on sam był tak naiwnie młody? Pewnie
tak. Chociaż patrząc na jego życie, czy możliwe było że był naiwny? Naiwność
zabiłaby go w tej parszywej walce o życie jaką toczył tak długo.
—Ruszajmy więc. — odetchnął ciężko i ruszył do legowiska Puchacza, który
położył się wyjątkowo z Frezją w gabinecie psychologa. —Ale najpierw… Puchaczu, Frezjo. Wstajemy. —
dwa młode wilki uchyliły na niego oczy niechętnie. Puchacz rozciągnął łapy
zaspany, sen na jego oczach sklejający jeszcze powieki. Frezja uniosła głowę,
jej oczy otwarte i aktywne, ale za tą iluzją aktywności jej umysł jeszcze
wstawał, łapiąc panicznie za linki świadomości.
—Poruszać się. Poruszać i wyjść na salę, dopóki nie wrócę. Muszę wyjść. —
—Za ile wracasz? — Puchacz wymamrotał, jego słabe łapy unosząc jego ciężkie
ciało z widocznym drżeniem.
—Nie wiem. Okaże się. — odpowiedział, jego łapy łapiąc za dawno już
przygotowaną torbę z materiałami. Bandaże, stare igły i nowe, trochę maści,
leków, naparów. Wszystko zimne, wszystko gotowe na każdą ewentualność. —Idę do
Flory. Tylko kawałek. Dacie radę. Nie uśnijcie. — po czym rzucił torbę na plecy
szakli zapinając ją zgrabnie zębami na jej plecach, zamiast boku.
—Ja ją niosę?— zapytała zaskoczona.
—Tak. Jeśli ja będę ją niósł to będziemy tam iść godziny. — mruknął. Lekkość
jego ciała jednak miała pewne zalety. Chude łapy wybiły się na wierzchnią
warstwę śniegu. — Jednak ta torba waży. Zapadnę się po sam czubek głowy. —
—rozumiem, ale.. nic nie zepsuję? —
—Nic nie zepsujesz Szalko. Ta torba i wszystko w niej przeżyły więcej niż ty w
swoim krótkim życiu. Nic się nie stanie jeśli coś pęknie. Nie pierwszy nie
ostatni raz. —
—Okej… — odpowiedziała niepewnie, jej ciało dzielnie przedzierając się przez
śnieg. Delta truchtem pędził przed nią, omijając zapadliny , które wilki
pozostawiły w śniegu. z trudem przeskakiwał przez część z nich, jego tylna łapa
pulsując starym i zdrętwiałym bólem, który dawno już został zapomniany. Dotarli
do Flory stanowczo za późno. Latem byłoby prościej, latem nie ma śniegu, który
spowalnia krok nawet kogoś tak lekkiego jak Delta.
—Jesteśmy! — Delta zanurzył się w miękkim śniegu przed jaskinią Flory, jego
łapy tracąc grunt i ciało na chwile znikając w morzu bieli. Medyk zadrżał
krótko aby potem wypaść ze swojej pułapki chłodu i szaleńczo otrzepując sierść
do cichego chichotu Ry. Ry, którego siwiejący pysk tylko na chwilę złapał
odrobinę radości. Zmartwienie i strach wróciły do jego oczu prawie od razu. —Co
się dzieje?— Delta spytał się wilka mijając go i bez zaproszenia wchodząc do
ich jaskini.
—Nie wiem. Jest słaba, jej oczy takie zamglone. Ciężko jej się oddycha.
Obudziła mnie żeby wysłać po ciebie. — Ry odetchnął ciężko, jego sierść zjeżona
w natłoku uczuć jakie w nim krążyły. Jaskinia nie była wielka, niska i niezbyt
przestrzenna ale przytulna. Z pewnością prostsza do ocieplenia i izolacji.
Flora leżała na mchu i paru futrach, w cieple gasnącego w wejściu ogniska.
Delta zaprosił Szalkę bliżej, jego łapa wędkując w torbie, stara, żółta
świeczka lądując w jego łapie, krzesiwo zaraz obok niego. Wilk odpalił sobie tą
świeczkę i mdławe światło opadło na ściany i ciało Flory. Wadera oddychała
bardzo powoli, jej oczy przesuwając się po formach innych wilków prawie
nieprzytomnie.
—Ry. — jej głos był słaby, łapy zdrętwiałe kiedy wysuwała je w kierunku
ukochanego. Ry nachylił się nad nią, jego pysk czule dotykając jej. Delta
odetchnął, jego oczy pełne zrozumienia i nagłego smutku. Dawno już, dawno, nie
czuł żalu w takiej sytuacji. Dobrze wiedział, widział w oczach Flory, co się
dzieje. Wiedział też, że Florka zdawała sobie doskonale sprawę z całej tej
sytuacji.
—Jesteś pewien, że to ona wysłała cię po mnie? — Delta odetchnął. Jego głos
ciężki, jak ostrze przerywające cieszę. Ry zastygł, jego ogon tylko raz drżąc w
powietrzu, nerwowo. — to nie była wola Flory, czy się mylę? —
—Nie mylisz się… To ja. Ja wołałem. Przepraszam. — Ry westchnął ciężko. — Nie
jestem gotowy żeby mnie opuściła. —
—Nigdy nie jesteśmy na to gotowi. Ale… Ry — Delta ułożył łapę na jego ramieniu.
Wilk podniósł na niego swoje dwukolorowe oczy. Te same, które były odbiciem
tych Delty. Tak samo żółte i niebieskie, pełne bólu i żalu. — Nadszedł czas. —
—Nie! Nie zgadzam się. —
—Wiem… ale nawet ja nie mam tu nic do gadania. Na nic tu moja obecność. Zgłoś
się rano… zgłoś się rano do Mino. Zgłoś się i… Ry… — Delta nie umiał dobrać
dobrych słów. Nic nie jest dobre na nazwanie śmierci na głos. Samo imię Mino w
tym zdaniu, przewidywanie poranka bez swojej ukochanej osoby. Co to za
przyszłość z pyska medyka? Prawdziwa, acz bolesna. I ten ból było już słychać,
jak z oczu Ry polały się łzy, z jego gardła krzyk pełen rozpaczy. Tracimy część
siebie kiedy tracimy miłość. Czy to prawda? Czy nie? Kto wie. Może tylko śmierć
ich obdarzy kiedyś tą odpowiedzią, kiedy to właśnie nasze ciała będą opłakiwać
Ci co nas kochają. Delta nigdy nie myślał czy ktoś będzie płakał nad nim. Czy
ktoś będzie? Pewnie tak. I to czyni umieranie tak ciężkim. To dla medyka nawet
nie odchodzenie jest ciężkim, tylko świadomość zostawienia wszystkich za sobą.
Czy to zła myśl? Zostawić i odejść do spokoju zamiast męczyć się z niektórymi
idiotami. Chociaż czy to nie jest też część życia, która w sekrecie poprawia
Delcie humor? Może. Ciężko powiedzieć. Monotonne życie też ma swoje zalety. Dla
Delty zwłaszcza. Śmierć i życie. Monotonia.
—Pożegnaj się. — medyk odetchnął, zerkając po raz ostatni na swoją starą
przyjaciółkę i znajdując że smutek wcale nie pożera jego duszy. Czy to już ta
monotonia, która wyżarła z niego te uczucia? Czy to już nieczułość na śmierć?
Za dużo jej widział? Za dużo polizał? A może to po prostu ulga, że flora
odchodzi tak spokojnie. Takie brzydkie śmierci widział ostatnio Delta. I mógł
odetchnąć, że Florę zabiera wiek, w spokojnym śnie przy duchu którego kocha.
Powoli. Bez pośpiechu. Samemu Delta życzył sobie śmierci takiej jak ta.
Spokojnej.
Dzień przywitał ich spokojnym
świtem. Puchacz zachrapał, owinięty wokoło Delty, który wyłożył łeb na jego
spokojnie opadającym boku. Nie usnął już, jego myśli krążąc po świecie rozmyślań,
a uszy słuchając kaszlu i nawoływań. Nikt nic nie chciał. Nastał spokój. Mino
zniknął sprzed wejścia do jaskini medycznej, gdzie zima zapędziła go na jakiś
czas. Nie mieszkał tu, spał gdzie chciał, ale tej nocy ułożył się w jednym z
łóżek dla pacjentów. Zima odstąpiła nieco chłodu, wiatr niósł wiosnę w ich
stronę. Jeszcze nie było jej widać, ale już dało się ją poczuć. Słońce jasno
świeciło na ziemię, śnieg pokrywający ją jak kołderka, błyszczał i lśnił w
promieniach. Delta uniósł ucho słysząc jak ktoś poruszył się we wnętrzu
jaskini, jednak nie ruszył się. Odrobina odpoczynku przydaje się każdemu, a
ciepło przybranego szczeniaka pod nim z pewnością był miejscem przyjemniejszym
niż zimna podłoga przy stanowisku medyka. A i tak słyszał wszystko co potrzebował.
Tak więc słyszał też kroki jakie weszły do jaskini przerywając cieszę poranka. Nie były paniczne, ale nie były też miarowe.
Ktoś się zataczał. Delta podniósł się ze swojego miejsca, zgrabnie na starych
nogach przeszedł nad ciałem Puchacza. Wilk tylko skulił się na sobie mocniej,
jego sen nadal mocny. Medyk wyszedł ze swojego małego kąta. W wejściu do
jaskini zachwiał się Romeo. Jego krok był prawie pijany i sam wilk też tak
pachniał, acz jego oczy wyrażały sam ból. Delta odetchnął ciężko i podszedł.
—Pijany jesteś. — stwierdził. Delta nie lubił pijaków w swojej jaskini. Zawsze
były z nimi problemy.
—Boli. — Romeo załkał, jego ciało zginając się w nienaturalnej pozycji. Delta
zmarszczył brwi.
—Bo trzeźwiejesz? — sam teraz nawet nie był pewien. Jego świadomość
podpowiadała mu – dramaturgia, ale medyk wewnątrz – coś jest nie tak. — Co
boli? — więc spytał.
—Wszystko…— odjęknął.
—To nie wystarczy. Gdzie najbardziej? —
—… Tu. — wilk wskazał na swoje pod brzusze. Bardzo spuchnięte i miękkie
podbrzusze. Delta zmarszczył nos w dodatku do swoich brwi. Czerwone lampki
paliły się w jego głowie, flagi machając na wszelkie strony. — I tu. — jego bok
nie wyglądał najlepiej. Delta przeszedł wokół i obrócił wilka pyskiem do
słońca. Jego oczy… nie białe, nawet nie przekrwione, a żółte. Żółte. Cholera.
—Całe życie pijesz? — medyk szczeknął krótko.
—Całe. Od wieku może dwóch czy trzech lat. — odsapnął, jego nogi załamując się
pod nim powoli/ Delta posłał go na posłanie, samemu szykując się do badania.
Wyjmował zioła i napary, aż tylko głośne charknięcie przerwało jego stukającą
słoikami ciszę. Delta w pośpiechu przeniósł tam wszystkiego co potrzebował.
Romeo nie doszedł na łóżko, padając w przejściu do salki z leżankami, jego pysk
pokryty zwymiotowaną krwią, a oddech nierówny. Czyżby… Delta zmarszczył brwi
ponownie.
Puchacz przytargał go do izolatki.
Nie było co ryzykować. Jego krew dawno już wyczyścili, a Delta zakręcił się
wokół Romeo i odetchnął. Nic zaraźliwego, przynajmniej nie dla innych wilków.
Alkoholizmem w teorii zarazić się nie można.
—I co z nim? — Sohea przysiadła sobie u boku Delty, jej oczy ciekawe chociaż
umysł pewnie niezbyt łapiący najprostsze objawy. Romeo miał podbrzusze pełne
płynu, oczy żółte, żylaki w krtani i niektórych kończynach. Historia picia,
całe życie. Wiek… 12 lat. Starszy – pijak. Wymiotowanie krwią, żółtaczka. Wilk
był chudy, niepokojąco chudy, jakby tracił wagę już jakiś czas i nie jadł za
wiele.
—Wątroba, jak to co. — Delta mruknął pod nosem. — Patrząc na to ,że nie raczył
pojawić wcześniej to teraz zdycha na własny alkoholizm. —
—To na to da się umrzeć? — Sohea zamrugała dwa razy . Delta tylko zaśmiał się
pod nosem.
—Tak. Za dużo alkoholu codziennie powoduje obumarłość wielu części ciała.
Mózgu… Wątroby… Żołądka. Ogółem, co za dużo to nie zdrowo, jeśli chodzi o
wszystko. — medyk wstał i zaczął po sobie sprzątać.
—Co teraz? —
—Jak to co? Ja wiele zrobić nie mogę na martwą wątrobę. Wątroby nie rosną na
drzewach. Umiera. Parę godzin i Mino znowu będzie miał zabawę w kopanie grobu w
zamarzniętej ziemi. —
—Cudownie… — jak na zawołanie wilk zjawił się w wejściu jaskini. — Kolejny?—
—Zapowiada się. Może nawet dwóch… — Delta szepnął, jego wzrok śledząc powoli
opadający bok Satomeigo. — Może. —
—Dużo to… ta zima. Ta zima zabrała dużo wilków. — Mino odetchnął, chmurka jego
oddechu wbijając się w powietrze.
—Tak. Ale tak to bywa z zimą. Ta była wyjątkowo zła, ale to może nam się tak
zdawać tylko. Tu umiera wilk za wilkiem ,a nasza zima długa. Latem umiera
drugie tyle, i drugie tyle się rodzi. Czas nadchodzi po każdego. —
—Po mnie też… —
—Po mnie też… Nikt tylko nie wie kiedy. Ich czas się… po prostu skumulował. —
Delta odetchnął. Jego sierść zjeżyła się nieco, ale zaraz opadła. Niech ten
flet gra i nuci. Może kiedyś zagra i dla niego. Na razie odprowadza każdego,
kto wokół niego odchodzi. Zarówno zdrowy przez drzwi jak i w grób, w zaświaty.
Miło. Czyż nie?
Delta odetchnął. Jego krok był
wolny i spokojny. Nigdzie się nie spieszył. Jaskinia medyczna leżała w łapach
jego drogich pomocników. Świeży śnieg pod jego łapami chrupał, jak kolejny
dzień i kolejna noc przepadła wraz z tą piękną zimą. Wszystko wokół było tak
ciche. Drzewa chyliły się ku ziemi, ich korony puste i może nieco smutne, ale
wypoczęte. Powietrze pachniało wiosną, a dni sobie mijały. Śnieg wracał i
przemijał, nadal obecny wszędzie i wdzierający się chłodem do płuc, jednak
powoli opadając w kierunku temperatur znośnych i przyjemnych. Ten dzień sam w
sobie nie był najgorszy, w porównaniu do innych. Romeo w końcu przepadł we
śnie, który pochłonął go parę dni temu. W końcu. Biedak męczył się i ledwo
dychał, ale łapał się życia jak tonący drzazgi. Delta odetchnął ciężko. Był już
zmęczony. Wszyscy tylko umierali i już nie mógł się doczekać wiosny. Chociaż
wtedy będzie można pooglądać jak małe sarenki i młode niedźwiedzie grasują po
równie świeżym jak one lesie. Jednak do tego był jeszcze kawałek, jeszcze
odrobina.
—Niechaj ta zima już mija. — szepnął sam do siebie, chmurka jego oddechu
zabrana przez delikatny wiatr. Słońce zaświeciło zza chmur na sekundę, jasne
światło błyszcząc się kryształkami w bieli poranka. Jego krok w końcu
przekroczył granicę lasu wstępując w Skryty Las. Jego oczy skupiły się
wyłącznie na przemieszczaniu się wprost ignorując długie cienie drzew, rzucane
na śnieg przez puste i wysokie drzewa. To był nie pierwszy nie ostatni raz
kiedy przechodził przez te terany. I nie pierwszy i nie ostatni jego kroki
zdawały się echem wracać do niego jakby to miejsce było jedną wielką, zamkniętą
jaskinią. Delta szybko przeszedł ten kawałek Lasu, który musiał przejść,
zatrzymując się dopiero nad niskimi klifami, które górowały nad morzem. Gdzieś
w dole fale morza burzyły się, już przebite przez ciężki lód, który spoczywał
na jego ciele przez większość zimy. Siadając na jego brzegu spojrzał w dół,
gdzie piana uderzała w skałę z niezłomną siłą. Tutaj mróz pachniał mocniej i
groźniej, jak by krzycząc na medyka aby wycofał się, uciekał. Jednak ten nie
ruszył nawet mięśniem, kiedy zimny wiatr muskał jego pysk.
— Brakuje cię tu przyjacielu. — rzucił te słowa naprzeciw wodzie, która runęła
akurat z hukiem. Kawałek klifu odłamał się gdzieś dalej, jego plusk ogłuszający
kiedy echo uderzyło w niebo. — Brakuje mi. Obu was, obu. — jednak nawet łza nie
spłynęła po jego psyku. W końcu obiecał sobie pamiętać tylko dobre czasy. —Tyle
razy umarłeś i wróciłeś… Czemu nie raz jeszcze? — mruknął. — Chociaż może to
dobrze. Śpij spokojnie… Ten świat popsuł się trochę. Szary jest. Smutny. Już
nie nasz. Nie nasza wataha, nie ta sama. — odetchnął ciężko. Jego ogon osłonił
jego łapy kiedy kolejny powiew wiatru buchnął w jego ciało. Zamknął oczy
pozwalając aby chłód tulił go jak kołderka małych noży wbijających się w jego
nos.
—Okropnie smutne czasy. Chociaż lepsze niż wojna. Chociaż Szkliwo zniknął,
poszedł w NIKL. Daleko. I jak go nie lubię, życzę żaby mu się udało. — mówił
dalej. — Kombinator jak on powinien dać radę, prawda? Oby. Konsekwencje NIKLU
tak blisko nas… Stary Las nie rozumiejący naszych zasad. Stary i zapomniany,
nie idący z duchem życia. Parszywcy. Gorsi niż aktualni politycy. Chociaż…
wszyscy politycy są… jacy są. Kłamcy… Kombinatorzy. Sekretarz podlizuje się, a
nie wie. Nie wie czego potrzeba. Może sobie siano w dupę wsadzić. — zmarszczył
nos i oburzony nawet warknął. — W każdym razie. Tęskno mi czasem do was.
Śpijcie dobrze, razem… — odetchnął i wstał. — Czas mi wracać do obowiązków. —
Wracając echo Skrytego Lasu zniknęło, morze w tle zagłuszając dźwięk całego świata. Oddalając się od klifów Delta nadal czuł ten chłód wdzierający się do jego serca. Samotne zimno, które otoczyło jego wnętrze i umysł rzucając cienie na cały świat, szarość którą trudno było przebić. Kiedy wszystko w przeszłości było malowane jak na pięknym sielankowym obrazku, a przyszłość wyglądała jak niepewny krok na linie nad przepaścią śmierci… wilkowi aż odechciewa się żyć. Nic tylko rzucić się w tą przepaść, nie dbać o nic, o nikogo. Zamknąć się na świat i nie dbać. Ale jak nie dbać, kiedy te dwie jedyne łapy medyka działały jeszcze. Jeszcze trochę. Może świat się nie zapadnie…
Tej nocy jeszcze, wiatr i śnieg
wtrąciły się w spokój tego świata. Śnieżyca pochylała drzewa i uginała noc w
swoją własną wolę. Nieprzyjemny chłód i śnieg wdzierały się do środka,
zasypując powoli wejście. Wróg tego świata największy nie byłby w stanie go
zobaczyć dalej niż własny nos, a nawet nie to. Delta siedział i spoglądał w
pędzący śnieg. Obok Satomi spoglądał na niego.
—Aniele… — mruknął, uwaga Delty zmieniając się na jego słabnące ciało. Ich oczy
spotkały się na sekundę, Deltowe, jasne i wyrozumiałe oraz jego, płonące
zaćmieniem — Czas mi iść… Może się jeszcze zobaczymy… —
—Oby… Oby Satomi.. Oby… — odpowiedział mu tylko Delta, jego ciało w bezruchu na
tle białego śniegu, czarne w cieniach ogniska.
A śnieg huczał i hulał. A flet grał i grał.
<CDN>







