Kaj chciałby powiedzieć, że dobrze mu się w życiu powodzi i w ogóle, że ma świetne relacje ze wszytkimi wokół, ale to byłoby kłamstwo. Kłamstwo i oszczerstwo, bo jedyne co miałl dobre w tym życiu to pożycie z alkoholem. A to, moi drodzy, bardzo niewdzięczna kochanka. Nic tylko tobą miota po kątach i kłdzie spać w najdziwniejszych miejscach.
Kaj dobrze wiedział i znał to uczucie, więc nie zdziwiło go jak z rana przywitał go kac. No właśnie. Niektóre kochanki pozostawiały po sobie miłośc, inne dzieci, a alkohol - największy pod tym zasranym niebemm ból głowy.
Kaj nie rozpaczł jednak, nie było bowiem po co. Przywykł. Tak patrzył się na te wszystkie słodkie rodziny wokoło i zastanawiał się czy z alkoholu mogą zordzić się dzieci i czy on w ogóle jakieś by chciał! Ale to myśl na kiedy indziej. Może lepiej żeby się w ogóle nie zagłębiał w ten temat? Oh.. ojcem? Za wiele zobowiązań!
W każdym razie. Każdy miał swój dołek .Mezularia spała w jednym z Raną. Miodełka zawsze znalazła sobie kąt pod tym szerokim niebem, a wraz z kątem wielu znajomych i przyjaciół. Ta to miała szczęście. Eilert też był udany. niby taki niezdara i trochę niepoukładane z głowie, a i tak lubią go bardziej niż Kaja. Jakaż to jest niesprawiedliwość! Misung ostatnio stracił swoją ukochaną to się go coraz rzadziej widuje poza jego norą, to chociaż tyle. Nie! Kaj! Nie ciesz się z czyjegoś nieszczęścia, to niedobrze wróży. biednak. Niech sobie odpłacze co potrzebuje i żyje sobie dalej i nóż może znajdzie sobie kolejną miłość. No.. W każdym razie. W tej watasze to nawet pies sobie miejsce znalazł. Jak on miał? nicpoń ,chyba. W każdym razie. Nawet psa! Tego wilka kuzyna, którego nikt nie kocha, ktoś pokochał! No patrzcie się ich wszystkich jak się kochają nawzajem, a Kaj sam...
Może miodełka skusi się na jajka... kiedyś. Na razie jedyna dobra i znana kochanka dla Kaja to spirytus z karczmy.
Wiem że dużo do ciebie piszę, ale muszę się czasami wyżalić.
Moja siostra wdała się w bójkę z jakimiś wilkami, bo wróciła cała poobijana. Do
tego wszystkiego, pamiętasz tę waderę co
przyszła do nas urodzić swoje dzieci? Umarła.
To dopiero była dla mnie niespodzianka. Nie dość, że po raz
pierwszy widziałam poród na własne oczy to do tego wszystkiego Delta nazwał go
traumatycznym. Trauma. Coś czego nie używa się często czy lekko. Tylko wtedy
kiedy coś dzieje się naprawdę nietypowo i źle. No. Wadera ta nazywała się
Hudemonia i miała półtorej roku. Delta mi mówił jakiś czas temu, jak tylko
urosłam, żebym uważała ze spaniem z basiorami, bo młode ciąże są bardzo
obciążone różnymi zagrożeniami. Między innymi śmiercią. Jej szczenięta były dwa
i też nie miały się za dobrze. Jedno z nich leży teraz i ledwo dycha, a drugie
musieli zakopać z matką.
I to nasunęło mi na myśl.. co jeśli ja też tak skończę? Nie
tylko młodzieńcze ciąże są bardzo obciążone. I trzymanie tych małych szczeniaczków
w łapach, paniczne uciskanie ich piersi i nic… ich małe duszyczki tak po prostu
nas opuściły przedwcześnie. I Delta nawet nie mrugnął, a ja… co ja biedna miała
zrobić jak nie załkać?
To było straszne. Tyle krwi. Widziałam już śmierć. Epidemia
przyniosła jej wiele i praca w tym polu pewnie przyniesie jeszcze więcej, ale
jednak ciężko się na to patrzyło. Serce mnie boli do tej pory i jak myślę że
moje szczenięta mogą nie przeżyć porodu to chce mi sie jeszcze bardziej płakać.
Ale wiem że jeśli chcę mieć szczenięta to muszę się na toryzyko zgodzić. Nie ułatwia to niczego, ale
jakoś się z tym pogodzę. Na wszystko mam jeszcze czas.
A teraz przepraszam cię za tak krótki wpis, ale Dally ma
rację. Pisanie w pamiętniku ułatwia rozumienie własnych emocji. Jak się je
przeniesie na kartkę to prościej je zobaczyć, prościej sobie z nimi poradzić. I
ja chyba musiałam poradzić sobie ze stratą tych dwóch szczeniąt. Idę… pomogę
Mino kopać dla nich groby. Niech on wykopie dla matki a ja… zrobię miejsce tym
maluchom. Chyba czuję potrzebę żeby się z nimi pożegnać w ten sposób.
Dally polecił mi żebym opisała trochę swojej przyszłości i
czego chcę w przyszłości. Podobno to pomaga poukładać sobie wszystko w głowie.
Wiec tak. Urodziłam się daleko stąd. Daleko od tej watahy i
od tych gór, które tak lubię. Dobre spacery zapewniają. W każdym razie, urodziłam
się daleko. Nie pamiętam dokładnie gdzie i nie pamiętam już za bardzo z kim.
Wiem tylko, że moja mama w miarę szybko przepadła. Potem zajmowała się nami
babcia. Ale tam było inaczej. Nas była czwórka na początku. Potem tylko trójka.
Potem tylko ja i siostra. Dalia widziała co stało się z naszym bratem, a ja chyba
wyparłam to z pamięci.
No i babcia musiała dla nas polować. I wszyscy wokół byli w
miarę niemili. Wręcz agresywni. To oni zabili mi mamę, oni pozbyli się moich
braci. Nie wiem czemu ktokolwiek w ogóle chciałby mieszkać w watasze jak tamta.
Tutaj wszyscy pracują dla wszystkich. Jako medyk nie muszę polować żeby być
najedzoną. Musze tylko leczyć. Jedzenie jest nam przyniesione, bo pracujemy na
dobro naszej watahy, więc przykładamy się do jej funkcjonowania. Tam każdy
walczył i bił się o swoje.
Potem babcia, ciocia… nie pamiętam już dokładnie. Tamte
miesiące i dni zamazały mi się już w pamięci. W każdym razie dała nas jakiemuś
ptaku i on nas wyniósł aż tutaj. Jeśli dobrze pamiętam była to Miodełka. Dawno
jej nie widziałam, a w końcu to ona przyjaźniła się z moją rodziną. Może kiedyś
się jej o to spytam, jak uda mi się ją spotkać. W każdym razie – zaadoptował nas,
mnie i Dalię, Delta. Medyk. I to on zasiał we mnie ziarno miłości do medycyny.
Potem podrosłam, a potem przyszła epidemia.
Tak poznałam czym dokładnie pachnie śmierć. Zapach rozkładającego
się chorego ciała jest dziwnie silny i ma słodkawy posmak. Może dlatego osoby
zabijające innych tak bardzo go lubią. Mi się średnio podobał, ale ja nie mam
akurat co tu gadać. Wybrałam ścieżkę medyka i to jest bardzo związane ze śmiercią.
W każdym.. nadużywam tego stwierdzenia jak tak czytam…
Tutaj jak już jestem, to wybrałam stanowisko pomocnika
medyka. Moja siostra szpiega, ale już ci o tym mówiłam. Ja w przyszłości
chciałabym zostać medykiem, ale mam jeszcze wiele lat do nauczenia się
wszystkich sztuczek, które zna Delta. Chciałabym też w miarę szybko znaleźć sobie
kogoś bliskiego i może się pobrać, chociaż to jest bardziej opcjonalne.
W przyszłości marzą mi się też dwa mioty. Chciałabym mieć
jeden w wieku około 3 lat o ile mi się uda. I mieć kogoś z kim te szczenięta będę
mogła wychować. Jakby to były dwa szczeniaki to byłoby najlepiej, ale jak
będzie więcej to jakoś dam sobie radę. Najważniejsze aby mieć towarzysza w
swojego boku. Jak mi się nie uda w wieku 3 lat to może w wieku 5. 3 i 6 lat, dwa
mioty albo 5 i 8. Wtedy mam trochę odstępu i czasu aby nacieszyć się i spokojem
i dziećmi.
Ale tak. Marzą
mi się dzieci. Moje własne. Nie chciałabym adoptować, a zajść w ciążę i nosić
te małe skarby pod własnym sercem. Nie to że mam coś do adopcji. Może jak już
wychowam swoje to mi się trafi jakieś do adopcji, ale pierwsze chciałabym odchować
z własnej puli genetycznej.
Muszę już iść, bo wzywa mnie sen. Jutro ciężki dzień. Straciliśmy
niedawno położną i teraz to Delta i ja musimy sobie odświeżyć wiedzę. Jakaś wilczyca
z WSJ przyszła urodzić szczeniaki i ja osobiście nie wiem co może się wydarzyć.
Wiesz właściwie dlaczego w ogóle do ciebie piszę? Dally mi
to polecił. Mówił że to dobre ćwiczenie pisma i także dobre dla mojej psychiki
jako medyka. Ale Delta bardzo dobrze się trzyma. A może to właśnie tak się
trzyma dlatego że jest medykiem. Dzisiaj ten stary wilk z innej watahy umarł.
Śmierć to część naszego życia, ja to wiem. Nie da się tego uniknąć. Ja też nie
znałam tego wilka, więc nie wiem czy jakoś mnie to obchodziło. Ale jakby umarł
ktoś kogo znam dobrze… nie wiem jakbym zareagowała. Delta tylko wzruszył
ramionami jak się go spytałam. Powiedział mi że stracił tak wiele osób w swoim
życiu, że już go tak bardzo nie rusza. Czasami tęskni, ale to normalne.
Dally jest dobrym kolegą, ale jak mam być szczera to brakuje
mi kogoś w moim wieku. Wszyscy są ode mnie starsi i „mądrzejsi” i niektórzy
uważają, że z racji mojego wieku w ogóle nie zasługuję na ich przyjaźń. Ciężko
się przyjaźni z osobami, które tego nie do końca chcą. I okej, Dally jest fajny
ale nasze tematy się kompletnie mijają. On lubi Bleu, robótki które ten wilk
wykonuje, pisanie i historię. Lubi tez politykę i interesuje się gwiazdami. Ja
z kolei lubię zioła, długie spacery i wodę. Lubię też zwierzęta i długie
opowieści. No i pisanie, ale trochę inaczej niż Dally. On jest kronikarzem, to lubi
pisać o tym co się dzieje, a ja lubię spisywać romantyczne historie.
Ostatnio bawiłam się też z Sasanką. Ona jeszcze nadal jest
trochę szczeniakiem, ale też powoli rośnie. Ja byłam starsza jak dołączyłam do
watahy to szybciej urosłam. Ale no… Sasanka jest ciekawa. Chociaż ma wiele
więcej energii ode mnie. Nie lubię biegać, wolę spacery. Powolne, podziwiające
naturę wokół mnie. Jak wszystko kwitnie to w ogóle ładnie się to ogląda. Nie
mogę doczekać się lata. Wtedy wszystko jest takie śliczne. Przejdę się nad
Różany Wodospad i posiedzę sobie tam.
Casami zastanawiam się jak to będzie z miłością. Ja
chciałabym kogoś pokochać wiesz? Tak romantycznie i w ogóle. Nie chcę skończyć
jak Delta. Chociaż jemu chyba dobrze samemu. Mi niekoniecznie. Marzę o dobrym
kochanym basiorze, który ogranie mnie opieką i miłością. I będziemy chodzić na
spokojne i ciche romantyczne spacery nad morzem. Problem jest taki, że
wszystkie basiory jakie znam w watasze są ode mnie dużo starsze i … nudne.
No bo popatrzmy na moje opcje! Hyarin i Duch. Dwa stare
wilki niechętne do bycia parą. I tak umrą zanim porządnie będę mogła w ogóle
pomyśleć o rodzinie, dzieciach, małżeństwie. Szkoda marnować własne uczucia na
… nich. Mino i Luka też już nie są młodzi. Może i by się udało z nimi jakoś zapoznać,
ale oboje jakoś tak… nie są chętni do rozmów. Takie trochę gbury jeden z
drugim. Siebie warci.
Hiekka to… ćpun. Nie dziękuję. Bleu .. no… nie. Nie chcę być
mamą dla dorosłych już dzieci. To dziwne jakby taka młódka jak ja była młodsza
od jego dzieci i nagle chciała się z nim ożenić. Nie… nie dziękuję. Amensir
jest… specyficzny. Aiden zajęty, zresztą takiego gbura to ja bym nie chciała za
partnera. Skupiony na walce, walce i walce. Nie wiem jak jego wilczyca z nim
wytrzymuje. I jego dzieci…
Xiv… może mógłby być opcja jakby plotki nie nosiły na
wietrze, że chodzi za Yrsą. O Szpaku pomyślałam parę razy. Tez lubi spacery,
ale ta cała sytuacja z Daną i jej chorobliwą zazdrością sprawia, że nie mam najmniejszej
ochoty pakować się w to bardziej niż tylko pobieżna konwersacja. Ahkirrin jest
zajęty. Tak jak Irys. Jojo to staruch z kijem w dupie, a Ry jest podstarzałym
wdowcem.
Legion jest synem alfy i może mogłabym coś próbować się koło
niego zakręcić, ale to on też strasznie kręci. To nie dla mnie, cała ta
polityka. No i jego sposób mówienia mnie irytuje, ale to da się wytrzymać.
Przyzwyczaić się. Ale przejmuje dużo cech swojego ojca, a z takim wilkiem jak
Agrest to ja bym nie chciała być w związku i mieć dzieci.
Danny jest… zagadką. Nie lubię go, ale muszę go znosić bo
siostra moja znienawidzona i ukochana ciągle go gdzieś ze sobą targa. A on za
nią łazi. I jest jeszcze Moss, bo Puchacza w ogóle nie liczę. Moss jest…
głuchoniemy. Komunikacja z nim jest urywana, ciężka czasami. Lubię go. Też lubi
długie spacery i podziwianie natury w ciszy. Ale… nie jest to ktoś z kim
chciałabym spędzić resztę swojego życia.
Jak widzisz więc pamiętniczku. Moje wybory są bardzo…
limitowane. Wąskie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Moss wyrośnie w trochę
innego wilka i może w przyszłości będę mogła się do niego przekonać. Albo… zjawi
się ktoś bardziej przystosowany. Może będę miała opcje założenia rodziny.
A teraz już czas na mnie. Muszę się wyspać. Jutro idę z
Deltą zbierać zioła. Muszę się trochę ich jeszcze poduczyć.
Dzisiaj zapoznałam się z jarzębiną. Do tej pory była zima i
było ciężko o cokolwiek nowego co nie było suche albo już zrobione w maść. Ale
teraz kiedy jest taka piękna wiosna znacznie lepiej poznaje mi się nowe
zioła.Delta pilnuje żebym miała co robić.
W każdym razie, Jarzębina. Bardzo ciekawa rzecz. Delta używa jej kiedy komuś
źle krew płynie, ale ja nie wiem jak on to odróżnia. Mówi mi że mi się kiedyś
uda i sama zrozumiem, ale to trudne.
Poznałam też dzisiaj Dannego. Dalia zadaje się z nim dość
często co mi się nie podoba. Ten wilk jest dość… specyficzny. On wygląda jakby
bił się z każdym kto wejdzie mu pod łapę i Dalia może też będzie wdawać się w
bójki i co? Nie powinna. Dalia w ogóle zapisała się na szpiega. Nie sądzę, że
to praca dobra dla niej, ale jest tam zapisana. No cóż. Przyuczanie się do
zawodu jest ważne, ale ja rzadko widzę Dalię w jaskini wojskowej. Zamiast tego
podobno się szlaja po watasze jak duch. Ale to tylko plotki. Ja nie wiem.
Jestem grzeczna i dzielnie uczę się żeby w przyszłości zostać medykiem obok
taty.
Co jeszcze? Piszę listy czasami. Bleu nauczył mnie bardzo
ładnie pisać. Powiedział mi że sam nauczył się od pewnego ptaka, ale ja nie
wiem jak ptak może pisać. Jedyny ptak jakiego znam to Kaj i on jest trochę…
głupkowaty. Tępy – tak mówi Delta, ale ja jestem grzeczniejsza, nie wyrażam się
tak. Jeszcze przynajmniej. Chyba że w stosunku do mojej siostry. W każdym
razie. Bleu nauczył mnie pisać i niektóre wilki przychodzą do mnie żebym im
pisała. Delta podobno tez umie pisać, ale od kiedy ja się nauczyłam to ja
notuję wszystko. Niedawno dowiedziałam się dlaczego. Jak Delta pisze to chyba
nawet on nie może się rozczytać!
No ale dobrze.Kończy
mi się czas i chęci. Kończy mi się w ogóle wszystko, włącznie z ziołami. Delta
wysyła mnie zaraz na poszukiwania odpowiednich ziół, bo potrzebuje rumianku na
herbatkę dla chorego starszego wilka z WSj, który do nas przyszedł się
wyleczyć. Delta mówi że ten „staruch to ma niewiele czasu na tej ziemi”, ale
jakoś nie widzę żeby odmawiał mu leczenia. Może to na tym polega? Że mam leczyć
każdego? Ale co jeśli są naszymi wrogami? To nie są pytania na które jestem
zdolna odpowiedzieć. Szkoda.
Brzemię śmierci zawsze spada na tych, którzy albo z nią pracują, albo się jej nie spodziewają. Bliscy odchodzą, a ty możesz się tylko przyglądać jak dusza twojego ukochanego odchodzi w zaświaty. W miejsce, którego nie znamy, nie widzimy. Ta jedna nieznana, która czeka na każdego.
Talia była tego świadoma, ale patrzenie na swoją siostrę, chorą i leżącą na posłaniu,, było ciężkie. Samiczka starała się utrzymywać uśmiech na pysku, miły ton dla wszystkich wokół, ale zagrożenie śmierci, dla kogoś tak dla niej ważnego jak jej siostra wisiało nad nią jak gilotyna. Straszyło ją w snach, mieszało w jej głowie. Jej łapy trzęsły się kiedy mieszała kolejne maści. Kiedy spoglądała na salkę, pełną ciał i żałości, pełną oczekiwania na koniec.
Pośród chorych znalazło się wiele Wików, których Talia nigdy wcześniej nie widziała. Delta wymieniał je dla niej po imieniu, aby mogła zapoznać się z każdym z bliska. Wiedziała, że niektórzy z nich nigdy nie wyjdą z jaskini żywi. Że będzie ostatnią osobą, której w oczy spojrzą zanim odejdą. Pogodziła się z tą myślą. Była dla niej komfortem. Pewnością, że ona będzie komfortem dla umierających, kiedy będą tego potrzebować.
— To naturalne, że czuję się z tym tak źle? Że to takie niesprawiedliwe? Yolotl był niewiele starzy ode mnie…— Talia podkuliła ogon i oparła swój bok o bok Delty.
— Tak. To całkowicie normalne. Jesteś jeszcze szczeniakiem. — Delta pogłaskał ją po głowie. — Mi zajęło wiele lat aby nawet nie mruknąć na śmierć, a i tak czasem łapie mnie z zaskoczenia. Z żalem. —przyznał.
Talia poznała Falkę w bardzo zimne południe. Wadera weszła do jaskini medycznej i otwarła pysk przez Delta, który zaraz posłał ją do sali głównej. Samica wyglądała śmiesznie. Jej szczęka była nie na miejscu i chodziła trochę dziwnie. Ale miała bardzo ładny ogon, który kręcił się w dziwny sposób. Niestety nie przeżyła za długo. Przyszła do nich za późno. Talia patrzyła jak Delta zamyka jej oczy.
Opalit i Dalia zachorowali prawię w tym samym momencie i oboje martwili Talię bardzo mocno. Ale oboje wyzdrowieli, pomimo trudności jakie ich zastały. Siedzenie w miejscu nie było ich silną stroną.
Danny pojawił się niechętnie. Z raną ciętą na ramieniu i pierwsze co zrobił to posłał wściekłe spojrzenie Delcie, kiedy ten nakazał mu rozewrzeć pysk. Ale to zrobił. Z Deltą nikt się z jakiegoś powodu nie kłócił. Konstancja mówiła, że to tak zostało już od czasów wojny. Talia nie kwestionowała. Danny był chory i nie był zadowolony jak Delta uziemił go w sali głównej jaskini medycznej, z dala od swoich bijatyk. Talia nie rozumiała jak ktoś może chcieć się tak bić. Ale wilk wyzdrowiał. Z epidemii przynajmniej. Jego blizny przerażały Talię, ale musiała się przyzwyczaić do ich widoku. Taki los medyka.
Miguel, Yrsa i Duch dalej chorowali, dzielnie walcząc o swoje życia. Aiden za to – wyzdrowiał. Niestety Yrsa zaraziła swojego towarzysza Xiva i teraz oboje siedzieli w norze, zaryglowani i chorzy. W swoim słodkim towarzystwie.
I potem przyszła Domino. Wadera była w bardzo złym stanie i Talia pierwszy raz doświadczyła Delty, którego nie widziała nigdy wcześniej. Deltę, który z paniką w oczach, ale staraniem w łapach pracował nad swoją przyjaciółką z cierpliwością. I na jej szczęście, zdążyła uniknąć spotkania ze śmiercią. Przeżyła, ale co to za życie?
A Szpak? Ten skrzydlaty wilk, wszedł chory i w ciągu tygodnia podniósł się na nogi i wyszedł, zdrowy. Jakaś doza dobrego humoru w tym całym zamieszaniu.
Konstancja jednak, biedna, tak często przebywająca w jaskini medycznej, w końcu musiała znaleźć się na Sali chorych. To było nieuniknione, tak mówił Delta. Starsza wadera musiała otrzymać swoje leki i przejść obok chorych. W końcu się zaraziła i wkrótce Talia siedziała obok niej, jej futro wciśnięte w jej, trzymając ją za łapę.
— Mój mąż na mnie czeka. — mruknęła w końcu i zamknęła oczy. To była chyba najspokojniejsza śmierć, jaką Talia do tej pory widziała. Staruszka po prostu odeszła w ciągu paru sekund, bez oporu. Delta powiedział, że to nie chorobą ją zabrała, a starość. A starość tak już ma, że po prostu idzie się spać i już nie wstaje. Talia zaakceptowała to jako fakt.
Następna była Brzoza. Przyszła na badania, rutynowe. Chciała być matką tak bardzo, że próbowała tak wiele sposobów. I w końcu kiedy jej się udało, życie zabrało jej to na co tak ciężko pracowała. Choroba położyła ja na głównej sali.
—Czuję się tak szczęśliwa. — przyznała Talii, któregoś dnia. Spojrzała na nią zaszklonymi oczami. — Będę mamą… — ale nigdy się nie doczekała. Brzoza umarła jeszcze tej nocy, krztusząc się na własnych wymiotach.
Potem pojawił się Ahkirrin ze smutnymi oczami. Theodore został znaleziony niedaleko swojej jaskini. Delta poszedł sprawdzić jego ciało. Podobno strateg się udusił. Nie przyszedł do medycznej, kiedy choroba wdarła się do jego zdrowia.
Potem przyszedł Legion. Puchacz był niemożliwie zły na brata, że ten śmiał chorować. Jego siostra też nie była zadowolona, chociaż i ona wkrótce podupadła na zdrowiu. Oboje leżeli obok siebie, chorzy i smutni. I tylko jedno z nich przeżyło. Delta wyglądał na bardzo smutnego tej nocy. Talia skuliła się mocniej obok niego. Delta poszedł na jej pogrzeb, osobiści położył suszone kwiaty różny na jej grobie. Frezja – jego córka nie córka, straciła swoje młode życie. Za wcześnie… za wcześnie.
Delta rzadko płakał. I wtedy też nie płakał, ale Talia widziała jak chodził z głową bardziej spuszczoną w dół i jak wieczorami spoglądał w niebo ze znużeniem i zmęczeniem, jakie było obce Talii.
Talia też patrzyła czasami w niebo i zastanawiała się „Czy ona też kiedyś umrze?”. Tak. To było pewne, ale kiedy? I czy może się tego dowiedzieć? Czy chce to wiedzieć?
Koyaanisqatsi. Takie wdzięczne imię, które otrzymal od matki. Piękne, dźwięczne. Takie znamienite, jakby miała dla niego ta kobieta jakieś plany. A tu okazało się, że Kaj był nie tylko leniwy, ale też dureń. Eh. Sam siebie bym durniem nie zazwał! Ale sporo wilkow tak do mnie mówi. Parszywce. Nie dosięgają mi do moich pięknych stópek! Nie znają sie. Ja jestem wilki i ... ja jestem pijany.
Pijany jak zwykle i zamknięty we własnej głowie, w którą Misung wkładał magiczne wierszyki ostatnio, które teraz tak mi krązą tam i mnie męczą. Jak tak można!
Znalazłbym Miodełkę, może. Kuci mnie żeby się z kimś przespać, ale ... mała szansa z tym niebieskim ptakiem. Ona jest wariatką i nie chce takiego przystojniaka jak ja! A szkodza, dzieci byłby ładne. Ładniejsze, niż dzieci tego... durnia Szkliwa. Ha!
Mezularia się nie da. Ona sypia z wilkiem. I niech ją by wilk zjadł na zawsze! Za to że mnie nie chce! Za to że nikt mnie nie chce.
Bo co mi jeszcze zostało? Spanie z tym... Eilertem? Z facetem?! I jeszcze czego! Brzydki i głupi jest. nie to co ja. Ja zasługuję na ładną kobietkę! Mezularia i Miodełka nie pasują do tego opisu, bądźmy szczerzy! Kawka... Kawka by sie nadawała. Dlaczego musiała kochać tego idiotę...
- Jeszcze jedno piwo! - zawołał do karczmarki.
- Nie mamy piwa idioto! - podała mu spirytusu. Może być!
Talia wstała z samego rana. Rozciągnęła się i rozejrzała po
ich małym pokoiku. Dalia była nadal zawinięta wokół Puchacza, jej skrzydła
wygodnie ułożone na jej bokach. Sohea była wyłożona zaraz na nich, jednak
nigdzie nie było śladu Delty. Stary medyk pewnie wyszedł już do pacjentów. On
zawsze spał tak krótko, ale dbał żeby Talia i Dalia usypiały wygodnie. I
samiczka wiedziała też, że rola medyka wymagała wielu poświęceń, chociaż Delta
nigdy nie wyglądał bardzo mocno zmęczony, tylko zirytowany. Talia wstała
powoli, wyjmując swoje łapy spod ogonów i sierści innych wilków śpiących w tym
miejscu. Było ciasno, ale domowo – przyjemnie.
Talia wyłoniła się zza zasłonki i podążyła za zapachem
świeżych ziół do stołka, gdzie już czekał na niej kawałek zajęczej nogi.
Pochłonęła ją, głodna po całej nocy snu i niewielkiej kolacji. Delta nie
podniósł na nią wzroku ale przywitał się z nią wesoło. Mieszał właśnie jakieś
maści które pachniały miętą. Ktoś musiał mieć zapalenie.
—Ktoś ma zapalenie? — spytała wycierając pyszczek.
—Tak. Russer z WSJ — odpowiedział. —
Dobry nos. — i nacisnął na jej nosek. Talia roześmiała się, komplement lecąc
prosto do jej serca. Zadowolona z siebie chwyciła za więcej mięty i pod
uważnymi instrukcjami Delty sama zaczęła kręcić.
Po zajęciach z medycyny i po zajęciach z łowiectwa Talia
odłączyła się od swoich znajomych, żeby pójść na spacer. Jej łapy prowadziły ją
przez zarośnięty las i wydeptane ścieżki, gdzie dzikie kwiaty w kolorach bieli,
czerwieni i złota mieniły się w letnim słońcu. Południe już przeszło, więc nie
było aż tak parnie i ciepło, chociaż nadal promienie grzały i miziały po pysku.
Talia przekraczała zgrabnie każdą przeszkodę, jej dodatkowa para łap pozwalając
na zgrabne manewrowanie i doskonałe zachowanie równowagi. W końcu od tego ma
się supermoce!
Talia przekroczyła w końcu nad kawałkiem drewna prosto nad jeziorko pod
wodospadem różanym. Te piękne kwiaty przywitały ja prawie duszącą wonią.
Wszystko wokół zawirowało na chwilę, kiedy tlen w jej płucach wypełnił się
pyłem i zapachem róży. Ale mimo to było tu pięknie. Czerwienie, róże i zieleń
wystawały z każdego kąta, a woda chlapała chłodnymi drobinkami przy każdym
uderzeniu w spokojną taflę. Talia odetchnęła. Tu było tak spokojnie, prawie jak
w niej. Życie z przeszłości zacierało się na rzecz nowych odkryć i wiadomości.
Wadera podeszła bliżej i skuliła się pod jednym z niskich krzaków róży, aby
schować się nieco przed słońcem. Może nie było już tragicznie ale cudownie też
nie. Jej sierść była nieco targana przez kolce, które definitywnie nie miały
dobrych zamiarów, ale Talia była jeszcze na tyle drobna aby nie wbiły się w jej
skórę i nie zrobiły krzywdy. Siedząc tak pod krzakiem, jej oczy obserwowały
otoczenie. Delta i Salvatore mówili, że to bardzo dobre ćwiczenie i na medyka i
na łowcę. Więc obserwowała. Motyle i pszczoły przelatywały pomiędzy kwiatami ,
w pośpiechu, jakby pyłek w głowach róż miał zaraz wyparować. Gdzieś jakaś
myszka, pod liściem, szukała czegoś w trawie, jej wąsy poruszając się przy jej
intensywnych ruchach nosa. I tak sobie siedziała, dopóki coś miękkiego nie
przylgnęło do jej łapy. Sierść na jej karku zjeżyła się, a ciało zastygło w bezruchu.
Aiden mówił jej że to jest jej reakcja na panikę i że to nie dobrze. Zastyganie
jest niedobre, ale ona nie była w stanie tego kontrolować, nie była w stanie
tego zmienić. Powoli, z bijącym w piersi sercem spojrzała co raczyło ja
dotknąć. W myślach już widziała niedźwiedzia z ostrymi szponami, wilka ze złymi
zamiarami czy nawet tygrysa, bo ponoć i
one bywają czasami widziane na terenach watahy. Ale nic takiego nie znajdowało
się u jej boku. Zamiast strasznych drapieżników Talia spoglądała na małe białe
zawiniątko. Po krótkim namyśle, tknęła to łapką, a to wydało z siebie tylko
prychnięcie. Samiczka tak jeszcze chwilę na to patrzyła, aż stworek nie
przesunął się dalej, idąc wzdłuż jej ciała, jakby ta była górą do przejścia, a
nie wilkiem do przeskoczenia. Dwa uszka wystawały z tego dziwactwa jak sunęło
po drodze niczym ślimak. Nie za szybko, nie za wolno, z wyrafinowaniem jakiego
Talia nie spodziewała się po czymś co zdawało się nie mieć oczu. Co to było?
Talia powiedziałaby, że to miejsce było cudowne, gdyby nie
fakt że byłoby przesadzenie. To był ich wcześniejszy dom, który był
nieporządny. Watahy wokoło, nawet WSJ, które podobno działało w anarchiiw tym momencie, miały pewien ład. To ich
wataha była nieładem. Talia wiedziała też, że jej wyjątkowość – tutaj nie była taka wyjątkowa. Może i miała dwie
łapy więcej niż inne wilki, ale były tu wilki z dwiema głowami, z czterema
parami skrzydeł i niewidome wilki, widzące co tylko chcą. To było cudowne, być
wśród takich jak ona. Babcia może i też była jak ona, ale babci już na tym
świecie nie było.
Umarła staruszka. Ale teraz wszystko było lepiej. Talia
mogła zwinąć się rano na ciepłym futrze, pachnącym siostrą i nowym opiekunem.
Delta. To była ciekawa osoba. Był cierpliwy, ale jednak stanowczy. Kiedy mówił
do swoich pacjentów nikt nie odważał się nawet zaprzeczyć. Krzyki ustawały
kiedy tylko rzucił gniewnym spojrzeniem w ich kierunku, a marudzenie na leki
kończyło się posłusznym wylizywaniem po nich miski. Basior był wielkości Talii,
może trochę większy, ale z pewnością marniejszy mięśniowo. I też karmił je
lepiej od siebie. Talia była też zafascynowana jego oczami. Dwa kolory
błyszczące w porannym słońcu, kiedy popijał sobie napar z ziółek i oglądał
taniec rosy na mchu. Czasami i Talia przysiadała się obok i też zaglądała na to
zjawisko. Zdarzało się że wypatrzyła mrówkę albo chrząszcza. Czasem przysiadał
się do nich Puchacz. A czasem nawet Sohea.
Właśnie. Sohea. Ona była ciekawa. Chodziła z głową wysoko,
pewnym krokiem i nie wahała się mówić co jej się nie podoba. Jak Delta. Było w
ich zachowaniach pewne podobieństwo, pewien zapał do tego co kochają. A Sohea
kochała biegać i walczyć. Przychodziła z zadrapaniami i nosem ubrudzonym
ziemią. Kochała węszyć i myśleć. I Talia sama mogła się teraz w spokoju
zastanowić co ona kocha. Bo w domu tego nie było. Cztery miesiące siedzenia w
norze nie sprzyjało rozwijaniu jej umiejętności. A tu?
Już była na zajęciach z walki. Były ciekawe, chociaż nie dla
niej. Nauczyciel był bardzo wymagający i Talia popłakała się na drugich
zajęciach z histerią, że ona wcale nie chce się tego uczyć. Delta powiedział,
że musi chociaż trochę, żeby umieć się chociaż trochę bronić, więc Talia
chodziła, bo musiała. Dobrze ,że u jej boku była Dalia. Jej siostra zawsze
szczekała i gryzła mocniej od niej. I teraz też latała.
Kiedy Dalia szła na swoje zajęcia z latania, Talia miała
chwilę dla siebie. Czasem spędzała ją z innymi dziećmi, bawiąc się w różne
zabawy, a czasem spacerowała sama. Lubiła długie spacery. Okazało się, że ruch
jest jednak czymś dla niej przyjemnym. Ale znacznie bardziej wolała
wieczoryz Deltą. Mogła wtedy siedzieć
przy kamiennym stoliku i zaglądać na leki i maści. Delta tak zgrabnie tworzył
wszystko, z taką łatwością i równowagą. I wszystko pachniało tak znakomicie. I medyk
dawał jej też do powąchania zioła i uczył ją tego co sam już wiedział. A Talia
chłonęła to.
Jaskinia medyczna stała się jej domem, jej oazą.Była cudowna, chociaż – jak Dalia słusznie
wspomniała – była pełna śmierci. Ale też życia, tak mówił Delta. To tu się
wszystko kończy i wszystko zaczyna. Rodzi się i umiera. I Talia była ciekawa,
chociaż Delta nie pozwalał im jeszcze za bardzo podchodzić do wilków, które
były bardzo chore. Coś, że jeszcze są za małe żeby widzieć śmierć tak
bezpośrednio. Tak nago. Dalia wzruszyła ramionami. To ona widziała jak Alia
umierał i jak babcia padła na trawę martwa. Talia nigdy nie widziała tego wszystkiego,
więc tylko pokiwała na tak. To była zasada. A Talia słuchała się zasad. To
zasady trzymały ją przy życiu tak długo. Chociaż zdawało się ,że Delta nie
zabiłby ich od razu za złamanie zasady.
Raz Dalia spóźniła się i przyszła po czasie do jaskini.
Delta czekał już na nią przy wejściu. Talia była przekonana, że zaraz stanie
się coś złego. Za łamanie zasad kary były srogie w domu. Tfu.. w tamtej
watasze. To już nie był dom.
—Dlaczego się spóźniłaś? —
—Przepraszam, myślałam, że tą drugą drogą wrócę szybciej, ale się zgubiłam. —
Dalia odpowiedziała szczerze. Prawda też zawsze była zasadą w starym życiu.
—Rozumiem. Następnym razem lepiej zaplanuj drogę. — Delta pchnął ją łapą do
środka, bardzo delikatnie. Dalia poszła. A potem była kolacja. Jakby zasady nie miały konsekwencji?
—Oczywiście że są konsekwencje. Ale są one adekwatne do
przewinienia. Dalia spóźniła się tylko parę minut. Drobny błąd, nie zna jeszcze
terenu tak dobrze. To jest wybaczalne, bo wróciła od razu, przyznała się,
przeprosiła. Jakby wróciła w środku nocy byłbym bardzo zły. — Delta wytłumaczył
kiedy Talia zapytała przy kolacji.
—Więc … czasem można trochę nagiąć zasady? — Talia dopytała.
—Czasem. Ale jeśli za często się to będzie robić to także i za to są
konsekwencje. — Delta był bardzo cierpliwy.
—Rozumiem. — Talia pokiwała głową i kontynuowała jedzenie swojego kawałka
zająca.
Następnego dnia uczyli się podstaw z tą dziwną zieloną wilczycą.
Czy wilki mogły być zielone? Mogły. Skoro mogły mieć skrzydła i sześć łap?
Talia bardzo lubiła zajęcia o naturze, które czasem się pojawiały na tych
zajęciach. I ogólnie, fajnie było. Zabawa z innymi szczeniętami też była
cudowna. Ale najcudowniejsze były momenty kiedy Talia mogła być sobą, tą śmiałą
samiczką. I te momenty kiedy uczyła się medycyny. I szycia! I życia…