一
Oglądasz oczko po oczku
i myślisz, że robisz coś dobrego.
一
Czwartego księżyca roku letniego, po lecie ognistym lat pięć, gdy biała wioska zastygała pod kocem opadłych liści w oczekiwaniu na długie noce i sny o śniegu, stanęła u jej bram jedna świeża jeszcze para wilków.
Byli piękni i młodzi. I pełni nadziei. I troszkę zdenerwowani: zwykła rzecz w takich przypadkach.
- Pamiętaj wszystko, co ci mówiłam.
- Dobrze, dobrze. Pa - zniżył głos, wstępując na schody prowadzące do urzędu.
- Reskier! - Odwrócił się na pięcie. Wadera podniosła zaciśniętą łapę w geście mocy i zachichotała cichutko. Przewrócił oczyma, ale zanim zniknął w przedsionku, posłał jej jeszcze krótkiego całusa.
Wiedziała, że partner ma przed sobą rozmowę, od której wiele zależy. Na nią zresztą też czekały nowe obowiązki. Nie była pewna, gdzie ma się stawić. Szczęśliwie tajemnicza machina obiegowa działała bez zarzutu. Obowiązki znalazły ją same. Tak zaczyna się większość historii, które tu właśnie się kończą.
- Hej, ty jesteś ta nowa? - Smukła łapa została do niej wyciągnięta znienacka.
- Tak by wychodziło.
- Czemu nie wchodzisz?
- Nie wiedziałam, że też pracujemy w urzędzie. Właśnie miałam...
- Tylko bywamy. Wiesz, jakie będą twoje zadania?
- Mniej więcej tak.
- Więc chodź. Muszę pokazać ci rejestry. Skąd jesteś?
- Z Watahy Wrzosowych Wojowników.
- Aż z północy? Jak ten Eugisk tam na ciebie trafił! Czyli do tej pory pracowałaś gdzie?
- Zawsze na swoim stanowisku, ale w różnych miejscach. Trochę w naszej jaskini medycznej, przez jakiś czas w sierocińcu. Właściwie to tam poznałam jego pomocnika. Tego z waszego programu adopcji sierot.
- Tak, tak, znam Merapika. Miałaś szczęście, czy taka jesteś dobra w tym, co robisz? - Po pysku przewodniczki przebiegł figlarny uśmiech. - Zresztą, widać, że dobrze ci z oczu patrzy. Ależ się cieszę, że cię mam. Ależ mi się przydasz!
Zapach starego drewna i chłód murów prowadził je korytarzami za kolejne zakręty.
- Jeśli do tej pory pracowałaś w psychologii medycznej, to wolę przypomnieć ci o jeszcze jednej rzeczy. W naszej branży psycholog jest skuteczny tylko wtedy, gdy nie wdaje się ze swoimi podopiecznymi w dyskusje o środkach, jakich używa. Nie możemy w pełni ufać urzędnikom, których mamy przyjmować i pilnować. Od tego zależy bezpieczeństwo naszego systemu. Dobrze?
- Rozumiem! Merapik już mnie uprzedzał, że w tym miejscu dyskrecja jest szczególnie ważna.
- I miej na uwadze, że ten pokój jest dostępny tylko dla nas. Urzędnicy wchodzą tu tylko w naszym towarzystwie. Takie są procedury.
Ciężkie, szczelne drzwi otworzyły się przed nią z rozmachem. Jak polecono, tak postąpiła. Była to pierwsza z wielu rzeczy, które jej pokazano.
- Przypomnij, jak się nazywasz? - Wysoka wilczyca odwróciła się od otwartej szuflady. Jej łapy ani na chwilę nie przestały grzebać w zakopanych w niej skarbach.
- Cispesja.
- Tak, właśnie. Przepraszam, ale wstyd. - Stuknęła się w czoło. - Niedługo chyba zapomnę, jak sama mam na imię.
- A jak masz na imię?
- Cholerka, wybacz! Imroza. Dobrze, jeśli wszystko mamy ustalone, to od jutra zaczynasz. Ach! Zapomniałabym. Codziennie rano przynoszą nam mleko. Dla nas, ale i gości możesz nim częstować. Wiesz, jak dasz komuś co od siebie, łatwiej mu się otworzyć.
W przydzielonym im domu mieli mieszkać razem z drugą psycholog. Mogli zająć całą izbę na końcu długiej sieni, z widokiem na ulicę. W sam raz na wspólne wieczory w ciepłym świetle pochodni, które wpadało do wnętrza. Ostatnie listki tańczyły na krzewach, a ich cienie rysowały w oknie ogniste mozaiki. Brakowało tylko szczegółów, by ten pokoik uczynić przytulnym.
- Muszę wiesz co? - szepnęła, gdy pierwszej nocy leżeli już przytuleni na legowisku ze świeżego siana.
- Co? - wymamrotał w półśnie.
- Dostać gdzieś włóczkę.
- Mhm... Pomyślimy o tym. Może w urzędzie mają jakieś dojścia...
Poranki były chłodne. Wszystko toczyło się zgodnie z naturalną uprzejmością jesieni, która, choć krótka, chciała dobrze przygotować mieszkańców wioski na nadejście surowej zimy.
Cispesja podsunęła sobie pod pięty świeżo upleciony, trzcinowy dywanik. Trzech nowych asystentów jednego dnia. Od siedzenia na kafelkach, w dodatku krzywo ułożonych, można było dostać odcisków. Jej marzenie o wielkim kłębku włóczki szybko przybierało na sile. Nie mogła pojąć, dlaczego nikt przed nią nie wpadł jeszcze na ten pomysł, jeśli wszyscy siedzieli zamknięci całymi dniami w zimnych, surowych gabinetach.
- Godność? - Ujęła w łapy zgrabny formularzyk. Przyjmowanie urzędników i rozmowy z nimi były jednym z jej ulubionych zajęć, a jednocześnie najbardziej nudnych w swojej formule. Każda odpowiedź miała swoje miejsce. Każdy rozmówca zostawał jakoś sklasyfikowany, w oparciu o normy, które już dawno opracowali jej poprzednicy, nie zostawiając jej żadnego pola do popisu. Tak zresztą robi się po dziś dzień.
- Labur.
- Słyszałam, że pochodzisz z północy. To tak jak ja i mój partner. On też jest tu teraz asystentem inspektora. - Uśmiechnęła się, sięgając po stojącą w kącie, metalową bańkę. - Proszę, opowiedz coś o sobie.
Mleko zachlupotało w dwóch kubeczkach.
- Przybyłem z Watahy Cieni. Odkąd siostrze urodził się miot, zaczęła mnie męczyć, że ciasno w jaskini. Żebym może poszukał własnej. No to pokazałem jej, jakie miejsce potrafię zdobyć! - Dziarsko machnął łapą.
Przesunęła wzrokiem po swoim formularzu. Jedno z pól przykuło jej uwagę. Suche, techniczne: „Czy urzędnik przybył sam?” z sekcji służącej psychologom do opiniowania wyznaczonego dla pracownika lokalu mieszkalnego. Na dole dorysowała jeszcze jedną kreskę, żeby litery trzymały się linii. Drobnymi literami dopisała krótką uwagę: „Siostra wciąż jest z nim w pokoju”.
Zupełnie czym innym niż rozmowy rekrutacyjne była praca w remizie. Tam także wszystko było mechaniczne i proceduralne, a dodatkowo nie dawało możliwości kontaktu z wilkami, nie licząc codziennie tych samych wader, które przygotowywały posiłki.
- Dziś potrzeba więcej sosu. Nie sięga połowy garnka. - Zajrzała do środka bulgoczącej masy. Dym z ogniska uciekał przez wielkie okno, ale po drodze krążył jeszcze po całym pomieszczeniu i szczypał w oczy. Po kilku razach, gdy zapomniała, że na trasie przeciągu jest go najwięcej, zaczęła w końcu uczyć się, gdzie stawać, aby nie łzawić.
- Ale przecie wczoraj było dużo sosu - zaskrzeczała malutka, młodziutka wilczyca, mieszając patykiem w wielkim garze.
- I dziś też musi być. Pamiętasz schemat? Dwa-jeden-jeden-jeden.
- Dziewczyny, jeszcze wody i mleka!
Cispesja cofnęła się pod ścianę i przysiadła z westchnieniem. Od stania przy ogniu rozbolały ją już nogi.
- Czy dodatki są już przygotowane?
- Suszone śliwki w palonym cukrze dziś. Jedna na dwóch, jak tam liczyłyście.
- Dobrze. - W pamięci odhaczyła kolejny punkt przygotowań do kolacji. - Imroza prosiła, żeby zaopatrzyć dziś kącik gier w szyszki i planszę do ruletki.
- Zrobi się! Poprzednio jeden pijak czy inny diabeł połknął otoczaka, którym kręcili w misce, ale którą to dziewczynę ostatnio widziałam, że przyniosła nowy. A właściwie po co jednego dnia dajemy więcej sosu, a innego mniej?
- Tak każe schemat porcjowania - odrzekła bez namysłu. Właściwie sama nie miała jeszcze okazji, by się nad tym zastanowić. Dostała po prostu instrukcje, których należało się trzymać, wyręczając główną psycholog w nadzorowaniu przygotowania posiłków.
- Sprawdzamy - wyjaśniła na jednym wydechu Imroza, gdy następnego ranka spotkały się w urzędzie - jak wpłyną nasze pomysły na poziom zadowolenia urzędników i ich chęć do uczestnictwa w codziennych ucztach.
Te można było z całą pewnością ocenić wysoko. Wieczorami, gdy Cispesja wychodziła z kuchni, w remizie były już zebrane tłumy. Reskier czekał na nią przy wejściu do sali, za każdym razem obdarowując całusem w czoło.
- Bardzo zmęczona?
- Wiesz, gorąco tam niemożebnie!
- Co ty tam właściwie robisz? - Zaśmiał się, obejmując ją łapą i prowadząc na ich miejsce. - Chyba nie mają za mało kucharek?
- Żeby jedzenie było smaczne, musimy pilnować, żeby robili je zgodnie z naszymi wytycznymi.
- Dziwne te nowoczesne wynalazki. U nas nikt nie przyrządzał jeleni zgodnie z wytycznymi, a wszyscy się zawsze najedli.
- Ale smakuje ci? To, nad czym pracujemy? - Zbliżyła pysk do policzka basiora. Pod wibrysami czuła jego ciepło.
- Jeszcze jak. To jedno na pewno: wszystko macie tu przepyszne.
- Więc może ta nowoczesność nie jest taka zła, co? - zachichotała.
Popołudniami, w stygnącym szumie drzew, nieopodal wejścia do remizy, przesiadywały grupki wilków. Basiory opowiadały dowcipy, czasem sprzeczały się między sobą, a ich towarzyszki śmiały się do rozpuku. Miewała ochotę się do nich przysiąść, ale zawsze brakowało czasu.
- Wchodź. Nie zgadniesz, co! - Imroza nalała im po kubku mleka i rozsiadła się wygodnie na dywaniku z trzciny. Niestety nie był zbyt trwały; wysechł i pokurczył się przez zimę. Cispesja zerknęła jednym okiem, jak źdźbła rozchodzą się pod łapami współpracowniczki. Trzeba było pomyśleć o nowym siedzisku. - Przed chwilą wykonawczy przewodniczący zagadnął mnie na korytarzu. Mój schemat przygotowywania posiłków tak im się podoba, że jeśli utrzymamy wyniki, obiecali dać mi nagrodę.
- A co to takiego będzie?
- Żartujesz? Zdobędą, co sobie zażyczę! Myślałam o kilku wygarbowanych skórach do mojego pokoju, ale nie takich kozich, tylko owczych, z wełną. Na legowisko.
- To musi być strasznie drogie. Pewnie ze dwie kozy trzeba będzie za to wymienić? I znaleźć dzikie owce, albo ukraść ludziom...
- Mają najlepszego psychologa? Niech szukają!
- Często dostajesz takie nagrody?
- Pierwszy raz. - Wadera wyszczerzyła się. - A co, też byś chciała?
Cispesja wzruszyła ramionami.
- A w ogóle, to chodzi mi po głowie taki jeden pomysł. - Imroza odstawiła kubek. - Potrawy związane ze wspomnieniami. Na przykład takie, które przypominają pierwsze polowanie albo pachną trochę jak mleko matki.
- Och. Zapowiada się ciekawie.
- Myślę o opracowaniu receptury sosu, który przywodziłby na myśl matczyne mleko. Oczywiście na bazie mleka, podawanego zawsze na ciepło, zagęszczonego dodatkowym tłuszczem, z korzenną, słodką nutą i ziołami, których często wykorzystuje się w leśnych watahach do wicia legowisk szczeniętom. Co myślisz?
- Czy ja wiem... - Młoda psycholog wzruszyła ramionami po raz drugi. - Można spróbować. Trzeba by zobaczyć, jak to się sprawdzi w praktyce. - Zawahała się. Pomysł wydawał się genialny w swojej prostocie. Kilka łatwo dostępnych składników, trochę prób i oto na zwykłej kolacji przywrócone zostają wspomnienia z dzieciństwa. Coś przy tym jednak kazało jej zatrzymać się przez oblaniem współpracowniczki falą pochlebstw. - Nie wiedziałam, że możemy... sięgać tak głęboko.
Jako pierwszy odpowiedział jej serdeczny śmiech.
- Też pytanie! Może niech tak już zostanie, że ja się zajmuję jedzeniem, a ty gadaj z tymi swoimi urzędnikami, co? W ten sposób obie najlepiej się zrealizujemy.
W tej spokojnej rutynie minęło kilka księżyców długiej zimy. Na byciu tu i teraz upływały dni, dopóki pierwsze wiosenne ptaki nie zaśpiewały nad zielonym pustkowiem.
- I wtedy... - Reskier podniósł się z miejsca. Zanim dokończył, wrzucił sobie do pyska zawiniątko z młodego liścia nadzianego kozim smalcem i popił dużym łykiem wina. - Alfa kazał nam zerwać wszystkie te winogrona, co do ostatniego owocka. Chciał mnie awansować za odkrycie tego krzaka... dopóki nie zjadł dwóch tuzinów winogron zupełnie sam. Muszę mówić, czym się to skończyło?
Całe towarzystwo wybuchło śmiechem, jeszcze przez dłuższą chwilę to cichnącym, to falami wznoszącym się ku wysokiemu stropowi, pod którym kłębił się czarny dym z ogniska. Inspektor Ziem Północnych, wciąż chichocząc, pokręcił głową. Dwie wilczyce, które przysiadły się do nich na moment, zwijały się w czymś przypominającym zawodzenie. Labur otarł łezkę spod oka i bez namysłu sięgnął po kolejną łopatkę, jakby śmiech był u niego równoznaczny z apetytem. Sądząc po tuszy, jakiej nabrał przez kilka księżyców, Reskier musiał mieć wybitne poczucie humoru. Cispesja nagle nabrała wielkiej ochoty, by przytulić partnera. Jej serce skakało pod sam zadymiony sufit, gdy widziała, że wreszcie przestał się wstydzić i nie był już tak zamknięty w sobie, jak zaraz po przybyciu do tego miejsca.
To była jedna z ich ostatnich wspólnych kolacji w remizie.
- Hej, pani kochana! - Pewnego wieczora głos Imrozy dogonił ich na korytarzu remizy, zanim znikli w sali. - Trochę się pozmieniało.
- Co takiego? - Cispesja cofnęła krok, prawie już postawiony po drugiej stronie drzwi.
- Dostaliśmy specjalne miejsce do jedzenia. Reskier, ty możesz iść już tam gdzie zawsze.
- Ale dlaczego? - Wilczyca pokręciła głową. - Chciałabym, żebyśmy jedli razem. Jesteśmy przecież parą.
- To związane z pracą. Później ci opowiem.
- W porządku, nie przejmuj się. - Basior objął ją ramieniem, jak robił to często. - Baw się dobrze. Po kolacji znowu będziemy parą.
- No więc dlaczego nie mogę zjeść wspólnie z partnerem? - zapytała, gdy zmierzały już do swojego nowego, osobistego kącika biesiadnego.
- Rozwinęłam trochę jeden z moich pomysłów. Więc takie mamy teraz procedury.
- Który pomysł?
- Zbliżenia składu potraw do matczynego mleka.
- Czego jeszcze dodałaś do kolacji? - Opuściła jedną brew, ale towarzyszka tylko się zaśmiała.
- Ty się zajmuj naszymi podopiecznymi. Kuchnię miałaś zostawić mi.
Zakwitły bzy i rozłożysta czeremcha pod ich oknem. Cispesji podobała się jej praca. Wstawała wcześnie, nawet wcześniej niż partner, aby jak najszybciej usiąść do swoich notatek i uzupełnić wszystko, czego nie zdążała popołudniami, prowadząc rozmowy z urzędnikami.
A czasem miewała też pacjentów, których nie podsuwał jej urząd, ale z którymi widywała się z własnej inicjatywy. Niektórzy powiadają szumnie: z powołania.
- Cis! Ktoś do ciebie! - stłumiony głos Imrozy dobiegł z sieni. Młoda psycholog wylała resztę wody z bańki do stojącej pod krzewem miski, w której kąpały się czasem gołębie i wróble. Podbiegła do okna, by zajrzeć do własnego pokoiku.
- Już, już idę, kochana! - Uśmiechnęła się szeroko, widząc jedną ze znajomych wilczyc, która nieśmiało weszła do środka. Pamiętała ją. Spotkały się jednego z poprzednich dni, gdy Cispesja zastępowała swoją koleżankę przy nadzorowaniu przygotowań do kolacji. Stała wtedy nad garem, mieszała bulgoczące mięso wielką, drewnianą łychą i topiła w sosie nieposłuszne łzy, które spływały jej po policzkach.
- Mam nadzieję, że nie robię kłopotu, ale koleżanki wszystkie też polecały, że jesteś takim dobrym psychologiem...
- Przyszłaś w porę! Cieszę się, że przemyślałaś moją sugestię. Napijesz się mleczka?
- Tak, czemu nie.
- To opowiadaj, jak to było z tamtym strażnikiem? Był strażnikiem, dobrze pamiętam? - Gospodyni postawiła w kącie pustą bańkę, którą wykorzystała do uzupełnienia poidełka. Dźwignęła drugą, jeszcze pełną mleka. Wyciągnęła dwa kubki.
- Dobrze, że odszedł z pracy. Podobno do przenieśli go do jakiegoś wojska w terenie. To nie miało przyszłości. Gdzie ja, gdzie on... Ale tamten dzień cały czas widzę w snach, jak jakiś koszmar. Ja chyba nigdy nie przestanę sobie tego wyrzucać. Znaczy to, że wszystko mu wtedy powiedziałam. On nic nie wiedział, że w remizie nie tylko robimy jedzenie...
Cispesja w milczeniu pokiwała głową. Otworzyła swój błękitny notatnik, wyciągnęła korek z szyjki kałamarza i zamoczyła w nim duże, gęsie pióro.
- Dlaczego mu o tym powiedziałaś? To pewnie samo w sobie było trudne.
- Bo... myślałam, że może on mi pomoże skończyć z tym wszystkim. Może mógłby mi załatwić lepszą pracę, albo odeszlibyśmy razem. Ale on się załamał.
- Myślisz, że to właśnie prawda go przestraszyła? - Podniosła wzrok znad zeszytu. Odruchowo ściągnęła brwi na czole, widząc, jak wadera przygryza wargi.
- To, że sypiam z innymi.
- I to było właśnie to? - miękko powtórzyła pytanie.
- Albo zobaczył, ile dla mnie znaczy. Że na niego czekałam i wałkowałam sobie w głowie jakieś życie, którego on nawet... nie obiecał na poważnie. - Opuściła pysk. Łzy jak grochy zaczęły spadać na podłogę.
„Nawiązała więź z wilkiem, który uciekł, a ona nadal cierpi”. Cispesja zatrzymała łapę z piórem wiszącym tuż nad kartką, po czym skreśliła zapisaną linijkę.
„Nawiązali ze sobą więź. Uciekł, gdy zdał sobie z tego sprawę”.
- Myślę, że on tak naprawdę wcale mnie nie kochał, nigdy...
„Jego rola w jej życiu nie skończyła się na ucieczce”.
Westchnęła, wpatrując się w swoje notatki. Choć takie chwile pokazywały, jak ograniczone były jej możliwości pomocy pacjentom, jak na ironię to właśnie one sprawiały, że chciała próbować jeszcze mocniej. Szczęściem w nieszczęściu miała całe życie, żeby szukać ścieżek, którymi mogłaby zajść dalej w swojej pracy z pacjentami.
Odłożyła pióro i spojrzała przez okno, na pustą jeszcze ścieżkę, którą Reskier zwykle wracał do domu.
Tego ranka, a było to kilka dni przed przybyciem delegatów ze wszystkich ziem Najwyższej Izby, po raz pierwszy nie wyszli z domu razem. Basior nie podniósł się z posłania, mimo że wołała kilka razy.
- Kochany, zaraz się spóźnimy! A ja mam dziś kogoś do przyjęcia. - Poprawiła kryzę, przeglądając się w kawałku okiennej szybki. Gdy odpowiedź nie nadeszła, wilczyca odwróciła się, mrugając, by przyzwyczaić oczy do półmroku pomieszczenia. - Wszystko w porządku?
- Nie... Łeb mnie boli.
- Znowu?
- Co poradzić. Daj mi wody. Proszę.
Z westchnieniem zanurzyła kubek w stojącym pod ścianą wiadrze i postawiła obok jego głowy. Całe szczęście, że pomyślała wczoraj, aby je uzupełnić. Reskier w swoim stanie za nic nie doczłapałby się do studni.
Usiadła przy posłaniu.
- Pewnie macie ostatnio kołowrót przed tymi całymi obradami? Okropnie dużo przygotowań?
- Tak...
- Pójdę do inspektora. Poproszę o urlop dla ciebie.
- Jesteś wielka - wymamrotał, zanurzając głowę po uszy w sianie.
Jak obiecała, tak zrobiła, choć w gabinecie powitał ją nie inspektor Ziem Północnych, a jeden z jego asystentów.
- Czy mogę pomówić z inspektorem? - Uśmiechnęła się blado.
- Jest teraz na jakiejś rozmowie, ale gdy tylko wróci, wszystko przekażę. - Labur skłonił się uprzejmie. - Czy chodzi o Reskiera?
- Źle się dziś czuje. Prosi o dzień urlopu.
- Ach, to dlatego nie przyszedł do pracy! - Basior ze ściągniętymi na czole brwiami i zatroskaną podkówką na pysku. - Oczywiście, że wszystko załatwimy. Niech się nic nie przejmuje, tylko odpoczywa.
- Dziękuję. Serdecznie dziękuję. - Wiedziała, że urlop w Najwyższej Izbie nie jest częstym przywilejem, zwłaszcza dla niskich urzędników.
Pod gabinetem psychologów już czekał młody, drobnej postury wilk, dodatkowo przykurczony jak zwiędły listek. Kiwnęła mu na powitanie. W końcu na nią spojrzał, choć przelotnie, błyskając białkami i bardziej przypominając przy tym wypłoszonego lisa.
- Och. - Kilka z papierów wysunęło się z teczki, którą trzymała w pysku. Złapała je w locie, ale basior i tak zrobił wielkie oczy, jakby papier miał roztrzaskać się o podłogę. - Pomóż mi, proszę. Utrapienie z tą setką formularzy.
- Oczywiście! Już to biorę! - Rzucił się na ratunek, wyrywając jej dokumenty tak gwałtownie, że omal nie rozsypał po podłodze całego zestawu. Jego łapy trzęsły się jak galareta. - Nie wiedziałem właśnie, czy czekać tutaj, czy szukać innego o pokoju, bo powiedzieli mi, że gabinet psychologa to tutaj...
- Wszystko dobrze, mój drogi. To właśnie tutaj. - Szeroko otworzyła drzwi. - Dziękuję ci za pomoc! Masz może ochotę na kubek mleka? Będzie nam się milej rozmawiało.
- To znaczy, ja... Poproszę. Jeśli to nie kłopot. - Mogłaby przysiąc, że poczerwieniał pod sierścią.
Każdy stawał się spokojniejszy po łyku koziego mleka i nic dziwnego. Było pyszne. Może Imroza miała rację? Miało zbawienny wpływ na każdego nieśmiałego nowicjusza. Zwłaszcza podane łapami przemiłej pani psycholog.
Wciąż uśmiechała się pokrzepiająco, a on opowiadał o tym, jak został nakłoniony przez ojca do służby w wojsku. Jak nocami ze zmęczenia płakał na wartach i jak silniejsi żołnierze podbierali mu racje żywnościowe. W końcu westchnął, wypiął pierś i przeszedł do dnia, w którym powiedział: „Dość. To nie dla mnie”.
Nie przerywała. Kilka razy zerknęła na swój formularz do wypełnienia. Coraz częściej przy podobnych rozmowach wstępnych miała wrażenie, że brakuje w nim kilku punktów. Urzędnicy byli określani na podstawie predyspozycji i przydatności. Ten porządny, z lekkim rysem nerwicowym, ten słaby psychicznie - ograniczyć kontakt z dokumentacją. Tamten znów, zbyt dominujący na proponowane stanowisko. Ale gdzie w tym wszystkim oni sami? Czy po to tylko istnieje psycholog, żeby sprowadzać wilki do roli nieczułych narzędzi systemu?
Dlaczego by nie wejść głębiej? Czyż nie mogłoby to pomóc obu stronom lepiej pracować?
- I jak zareagował na to ojciec?
- Ojciec? Na co?
- Na twój zamiar ubiegania się o stanowisko w Najwyższej Izbie.
- Myślałem, że mnie zje. Ale... - Basior wypuścił powietrze luźnymi wargami. - Bardzo szybko to przyjął. Myślę, że on tak naprawdę jest dumny. Albo raczej będzie, jak dostanę tę pracę.
- Mhm. - Szybko zapełniła formularz i odwróciła kartkę, ukazując czystą, białą stronę. Przymknęła oczy. Powiodła palcem po gładkiej dutce pióra.
- Czy wśród tamtych żołnierzy był ktoś, o kim pomyślałeś, gdy mówiłeś „dość”?
- Żołnierze? Nie sądzę. - Wzruszył ramionami.
- Mhm... - Zanurzyła pióro w kałamarzu i wróciła do swoich papierów.
- Był jeden. Starszy, z poprzedniego zaciągu. Wszyscy się go bali. - Urwał, odstawiając kubek. W zamyśleniu oblizał pysk. - Właściwie on nawet nie wiedział, że odchodzę. Ale gdy po rozmowie z generałem po raz ostatni schodziłem z warty, bardzo chciałem zobaczyć jego zdębiały pysk!
„Ojciec. Kreska. Syn. Kreska. Żołnierz (nie zna swojej roli)”.
Choć dni stawały się coraz dłuższe, mijały jej coraz szybciej. Imroza co prawda narzekała, że współpracowniczka na dwie rozmowy przeznacza prawie cały dzień, a trzeba jeszcze powystawiać opinie, zgody i wypełnić rejestry, ale Cispesja nie zwracała na to szczególnej uwagi.
- Pamiętasz? Ty zajmujesz się planowaniem uczt. Ja rozmawiam z urzędnikami - przypominała pogodnie.
Wtenczas zdarzało się, że z Reskierem spotykali się dopiero w drodze na kolację lub już w remizie. Zamieniali wtedy ledwie kilka zdań, głodni i zmęczeni, a potem rozchodzili się na miejsca, które wyznaczały ich funkcje. Jednak ostatnim wspomnieniem każdego jej dnia było ciepło basiora moszczącego się na legowisku. Czasami dzieliła się z nim jeszcze kilkoma spostrzeżeniami, jakąś zabawną historią z pracy, ale nie otrzymywała tego samego. Basior już przysypiał i co najwyżej mamrotał jakieś nieskładne półsłówka.
Kwiaty przekwitły, dni znów stawały się coraz krótsze. Gdy pewnego dnia po raz kolejny położyła się sama, na chłodnym legowisku, i w ciemności czekała na powrót Reskiera z remizy, jakoś mimowolnie pomyślała o formularzu. O polu „Czy urzędnik przybył sam?”. Oni przybyli razem, ale ostatnio coraz mniej było w nich tego „razem”.
Aż pewnej nocy się nie doczekała. Zasnęła na zimnym legowisku.
Przebudziła się nad ranem. Słowik w gałęziach czeremchy wciąż wyśpiewywał swoją melodię.
Wybiegła z domu, omiatając wzrokiem uliczne zaułki, do których powoli napływały pierwsze słoneczne promienie. Wszędzie jeszcze było pusto i głucho. Pierwsze kroki skierowała do remizy, gotowa szukać wszędzie i pytać kogokolwiek.
Prawie potknęła się o wilka leżącego w wysokiej trawie przy drodze.
- Reskier! - Padła na ziemie tuż przy nim. Żył, spał. A dokładniej rzecz biorąc, właśnie się obudził.
- Co się dzieje? - bąknął, ziewając.
- Co z tobą? - Chwyciła go za ramiona. - Dlaczego tu śpisz?
- Po prostu... - Skrzywił się, opierając czoło na łapie. - Upiłem się, dobra? Każdemu się zdarza.
- Ale ty spałeś przy drodze! Martwiłam się, że cię napadli... Dasz radę wstać?
- Trzeba - mruknął.
Coś błysnęło w trawie. Butelka. Dwie.
- A to co ma być?
- Zabraliśmy z remizy, żeby skończyć po drodze. Ale nie bój, nikt nie zauważył.
- Wstawaj. Wracaj natychmiast do domu! - Zacisnęła łapę na jego barku, nieco mocniej niż chciała. Zabrali dwie butelki. A w trawie spał sam.
Zdawało jej się, że od tamtego dnia nic się nie zmieniło. Przełożony nie dowiedział się o wypadku Reskiera, a on sam dał słowo, że będzie wracał z kolacji, gdy tylko napełni żołądek. Cispesja nie pytała, czy go dotrzymuje. I tak prawie każdej nocy zastawał ją już w krainie snów. Musiała wstawać o świcie, żeby pozałatwiać wszystkie swoje sprawy.
Aż pewnego dnia Reskier nie dotrzymał obietnicy.
Wpadła na ścieżkę prowadzącą do remizy. O tej porze, zanim rosa zeszła z traw, nie spodziewała się zastać go nigdzie indziej i nie myliła się. Wszystko było tak, jak poprzednio. Z tym, że tym razem nie była pierwsza. Labur stał nad przyjacielem, drapiąc się w nos.
- Oj, niedobrze to wygląda - stwierdził, kątem oka dostrzegając wilczycę. - Za dużo to dziś nie popracuje. Jak kilka dni temu. Ostatnio często źle się czuje.
- Posłuchaj... - Pochyliła się nad partnerem, upewniając się, że jego oddech jest równy i spokojny.
- Nie ma o czym mówić. Zabierz go do domu. Niech się niecnota wyśpi, bo chyba tego mu teraz najbardziej potrzeba. Ja to załatwię z inspektorem.
- Myślisz, że znowu zgodzi się dać mu dzień wolnego? - Niemal zadławiła się westchnieniem wdzięczności.
- To już stary dziadzio. - Basior pochylił pysk z lekkim uśmiechem. - Nie przejmuje się takimi drobnostkami.
Gdy tego dnia uchyliła drzwi do gabinetu psychologów, zastała Imrozę nad notatkami ze swojej rozmowy z nowym urzędnikiem. Wyglądała, jakby zatrzymała się obok kartki z formularzem tylko na chwilę i rzuciła na nią okiem zupełnie przypadkowo. Przechylała głowę, by rozczytać jego treść, a jednak nawet nie podniosła wzroku, gdy współpracowniczka weszła do środka.
- Cześć. Przepraszam za spóźnienie. Wszystko w porządku? - Cispesja niepewnie machnęła ogonem. Ślepia wadery sunęły po tekście; wolno, wnikliwie.
- Idź z tym do przewodniczącego - rozkazała tonem, który sam w sobie niczego nie sugerował.
- Dlaczego? Coś się stało?
- Nie, nie! Weź i mu to pokaż.
- Po co miałby chcieć rozmawiać z podrzędnym psychologiem o jego notatkach?
Wilczyca wypuściła powietrze i przez chwilę pozostała na głębokim wydechu. Wreszcie pokiwała głową.
- W każdym razie będzie.
Z pękiem formularzy w pysku, Cispesja znalazła się z powrotem na korytarzu i dopiero po kilku krokach uświadomiła sobie, że nie wie nawet, w jakiej sprawie ma zawrócić przełożonemu głowę. Wycofać się jednak już nie wypadało.
Na końcu korytarza stanął inspektor Ziem Północnych. Szedł z naprzeciwka i zawahał się na jej widok, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał.
- Cispesja. Dobrze, że cię widzę. Chciałem sam ci to powiedzieć, zanim dowiesz się inaczej. - Kroczył wolno, a mimo to dyszał przy każdym ruchu. Nie powstrzymała nóg; wyszła mu na przeciw. - W sprawie Reskiera. Wiesz, ja od dawna widziałem, że ma gorszy czas. Takie rzeczy się zdarzają, nie ma się czym martwić. Zdecydowaliśmy, że najlepszym wyjściem będzie zorganizowanie mu na jakiś czas mniej obciążającej pracy. Labur już wszystko załatwił.
- Jakiej pracy? - Zesztywniała, czując, jak pod jej skórę napływa fala gorąca. Papiery poszybowały na podłogę. - Czy to znaczy, że... zostanie zwolniony?
Inspektor zaśmiał się chrypliwie.
- Skądże. Wybierze się na nasz teren, na południe. Będzie miał tam ciszę, spokój. Nie ma tam też... codziennych uczt z winem. Gdy poczuje się lepiej, wróci do naszego piekiełka. Idź już. Słyszałem, że przewodniczący na ciebie czeka. - Uśmiechnął się pokrzepiająco i ruszył dalej. Odwróciła się, ale w głowie miała pustkę, a basior już zniknął za rogiem.
Pod jej łapą zaszeleściła kartka zapisana starannym, drobnym pismem. Zgarnęła wszystkie w jeden plik, razem z okruchami betonu i kurzem. Nieśmiało zapukała do gabinetu w centrum holu. Nie wiedziała, czy w ogóle zastanie przewodniczącego na stanowisku; nie było to oczywiste. Gdy stłumiony głos zaprosił ją do środka, wygładziła łapą sierść na szyi i weszła.
- Zapraszam. Co to za odkrycia zaszły w naszej sekcji psychologicznej? - Nawet nie podniósł wzroku. Ziewnął, wczytując się w jakiś dokument.
- Czy to jakieś wielkie odkrycie... - Usiadła z łapami blisko ciała. - Po prostu standardowy formularz przyjmowania urzędników skupiał się na kwestiach technicznych, a mnie, jako psychologa, ciekawi też ich kondycja psychiczna. Nie chciałam rezygnować z przyjemności pracy z pacjentami, więc zaczęłam robić sobie takie różne notatki. Czasem udało mi się coś komuś doradzić. To największa radość w tej pracy.
- Rozumiem. - Subtelnie wykrzywił kącik pyska. - Proszę pokazać te notatki.
Papier zaszeleścił i zmienił dysponenta.
- Jakieś klamry. Nie słyszałem o tym.
- To tylko... - Odruchowo zaczęła dreptać w miejscu przednimi łapami. - Takie moje spostrzeżenia co do relacji i motywacji tych, którzy tu przybyli. Każdy ma jakiś powód. Często jest nim czyjeś oddziaływanie lub opinia. Pozytywna klamra może wilka zwolnić, przebaczając, umierając, wyrażając dumę. Klamra negatywna ma tę szczególną właściwość, że nigdy tego nie zrobi. Trwa w nieskończoność, bo nawet nie wie, że trzyma. Bo nie ma żadnego zdarzenia, które mogłoby zamknąć rachunek.
Basior odłożył kartki na ziemię i skrzyżował ramiona.
- Interesujące spostrzeżenia. - Poruszył nosem. Przez okno do jego gabinetu napływała woń suchych traw. - Naukę warto wspierać. I znajdować jej mądre zastosowanie. Liczę, że zechcesz uczestniczyć w rozwoju naszego zaplecza naukowego. Będziemy wdzięczni.
- Zawsze... z miłą chęcią. - Skinęła, nie wiedząc, co zrobić z łapami.
Za oknem wiał ciepły wiatr. Liście krzewów, gęsto wypełniających dziedzińczyk urzędu, migotały w słońcu. Otworzyła pysk, jakby chciała coś dodać, i zamknęła bez słowa. Zacisnęła wargi.
- Czy mogłabym poprosić o coś drobnego? Włóczkę. Na kilimki. Odkąd zaczęłam tu pracę, siedzę na betonie.
Przewodniczący uniósł brew. Potem skłonił głowę.
- Naturalnie.
Było to po lecie ognistym lat trzynaście, piątego już księżyca roku zimowego, gdy drzewa kończyły kwitnąć, a krótkie noce ledwo dawały sowom czas na łów.
Tego to dnia, z samego ranka, do chatki za krzewem czeremchy zapukały dwie wilczyce. U progu powitał ich ciekawski gryzoń, a wraz z nim okrąglutka staruszka.
- Wejdźcie, proszę. Naleję wam mleczka.
Starcza z dwóch wilczyc przekroczyła próg, ale pokręciła głową. Trudno jej było powstrzymać grymas. Wciąż huczało jej w głowie po nieprzespanej nocy i rozmowie z szefową, a drobna łapka, za którą trzymała, nie przestawała drżeć, odkąd opuściły remizę.
- Przywitaj się, Korni - mruknęła, w zamian otrzymując tylko ciut mocniejszy uścisk.
- W porządku. - Gospodyni wprowadziła ich do zacienionego pokoiku. W izdebce było ubogo, ale przytulnie. Kolorowo od wielobarwnych plecionek i niezliczonych kłębków włóczki. - Rozgośćcie się.
Awita podkuliła nogi, wciskając grzbiet w chropowatą ścianę. Jej łapa stanęła na czymś ciepłym. Wyszywany obrazek; jeszcze niedokończony. Na nim jakieś sarenki. Las. Słoneczne promienie. Jedno ze zwierząt miało dopiero trzy nogi i wystającą nitkę zamiast czwartej, ale już stało swobodnie i wystawiało długie uszy prosto ku niebu.
Kiedyś była w takim lesie, ale zapamiętała go inaczej. Czy w ogóle go jeszcze pamiętała?
- Proszę mi powiedzieć, że to tylko koszmar - wyszeptała. Splotła palce i potarła nimi o siebie. - Jak się uwolnić z tej pułapki...
- ...Pułapki - powtórzył cichy głosik.
Cispesja usiadła obok szczeniaka. Przez chwilę przyglądała się, jak zwija splątany sznureczek, którym wcześniej bawił się Dunio, z powrotem w równy kłębek. Lubiła mówić, lecz tym razem milczała. Zaskrzypiały drzwi szafy pokrytej ciemną, błyszczącą okleiną. Wilczyca wyjęła niewielką ramkę. Ujęła w łapy inny kłębek.
- Proszę powiedzieć, co ja mam robić? - Awita pogładziła swoją młodą towarzyszkę po ramieniu. - Jak ją ochronić? Zrobię wszystko. - Naraz jednak opuściła łapę, czując, że ciężar głęboko w piersi wydusza jej z oczu łzy.
Stara psycholog przesuwała tępą igłę z wełną na napiętych nitkach osnowy, a po każdym rzędzie dobijała splot drewnianym grzebykiem. Barwna włóczka splatała się w ramce linia po linii.
Kornicja ścisnęła kłębek, aż na palcach zaznaczyły się kosteczki. Przelotnie spojrzała na jedną z wiszących na ścianie, gotowych prac. Igła staruszki zatrzymała się na chwilę. Potem wróciła do swojego rytmu.
- Ma wielkie łapy i ciepłe ramiona, żebyśmy już więcej nie musieli się bać.
- Żebyście już więcej nie musieli się bać - powtórzyła wadera delikatnie.
- ...Nie musieli się bać. - Tym razem głos był już tylko pustym echem. Potem została cisza. Żebra Cispesji uniosły się bezgłośnie.
Do pokoju co chwila wpadało trochę ciepłego światła, odbitego od ścian domów po drugiej stronie ulicy. Czas mijał, a zza okna dobiegały coraz liczniejsze echa rozmów, wołania i śmiechy urzędników, którzy zaczynali cieszyć się popołudniową swobodą. Było już bliżej wieczora niż południa, gdy u wejścia do pachnącej kurzem chałupki znów rozległy się kroki.
- Dzień dobry, babciu. I jak?
- Oj, Szkliwo. Jest trudno. Ciężko mi będzie jej pomóc. - Wadera ruchem łapy zaprosiła go do środka. Wsunął się do pokoiku jak cień. - Powinna zostać stąd odesłana.
Smętnie kiwnął głową.
- Spróbuję z nimi porozmawiać.
Małe, bure zwierzątko, zakopane na stosie kilimków, przeciągnęło się i zeskoczyło na ziemię. Zaczęło nadgryzać jedno z piór na ogonie gościa. Wilczyca machnęła łapą, odganiając szczura, chociaż ptak nawet tego nie spostrzegł. A może spostrzegł, ale milczał, skupiony na niewyraźnym odbiciu na powierzchni mleka, które właśnie stanęło przed jego dziobem. Na drżącej powierzchni nie dało się rozróżnić kształtów.
- Porozmawiaj, kochany, bo serce się kraje. - Cispesja przysiadła, podpierając łapę na oknie. - Ktoś mi urwał tę niteczkę, zanim zdążyłam ją złapać. Takie rzeczy trudno się naprawia.
- Rozumiem.
- Pewnie jesteś głodny? Wiesz, co wczoraj dostałam? Myślę, że by ci posmakowało.
- Dziękuję, że o mnie pomyślałaś, babciu, ale zatrzymaj to dla siebie.
- Ale tym razem to jeszcze świeże podroby z koźlęcia!
- Nie, dziękuję. Niedługo kolacja.
Dunio znowu podkradł się do jego ogona i chwycił w zęby sztywną sterówkę. Tym razem nie odpędziła go od razu. Podrapała się za uchem, patrząc, jak koniec chorągiewki pióra powoli strzępi się w pyszczku gryzonia.
- A u ciebie coś nowego?
Znieruchomiał na krótką chwilę. Pokręcił głową. Wadera podparła pysk łapą.
- Wiesz, co jest najtrudniejsze w tej pracy? Nie wiedzieć, co uszyjesz. Oglądasz oczko po oczku i myślisz, że robisz coś dobrego. Czasem rzeczywiście robisz. A czasem, gdy potem spojrzysz na to z odległości, okazuje się brzydkie. I strasznie zamotane.
Żuraw podniósł kubek. Cispesji zdawało się, że przełykał mleko z oporem, ale może to tylko złudzenie.
- I co wtedy?
Na chwilę opuściła nos, w zadumie przesuwając łapą po wardze.
- Widzisz, gniew jest silniejszy niż żal. Frustrację też łatwiej znosi się nim przetkaną.
- Na pewno tak właśnie jest - odrzekł wolniej. - A wtedy?
- Na to już każdy ma własną odpowiedź.
- Brzydkie i zamotane - powtórzył ciszej. - Dlatego sił braknie. - Przesunął kubek po ziemi, wzbudzając w resztce mleka miękkie fale. Wilczyca westchnęła, podnosząc ramkę z jakąś niedokończoną pracą.
- Braknie, czy nie braknie... Pamiętaj, że większość nigdy nie oceni twojej siły. Za to chętnie ocenią znaki, które im dajesz. - Igła znowu powiodła po robótce. Grzebień dociskał do siebie świeżo splecione nitki. Wilczyca uśmiechnęła się lekko, widząc, że gość wstaje z miejsca, ale naraz jej uśmiech zgasł. Dlaczego tak szybko wstał, odwrócił wzrok, jakby miał już więcej się nie obejrzeć? Westchnęła cicho, przechylając głowę ku swojej pracy. - Obyś miał wzrok, który sięga horyzontu, a nogi poniosą cię, dokąd zechcesz.
Zatrzymał się na chwilę. Skinął jej krótko i wyszedł.
Uniosła makatkę wyżej do światła. Robiło się ciemno. Na szczęście latarnik był niezwykle punktualnym wilkiem.
W remizie panował już gwar, a intensywne zapachy unosiły się wraz z ciepłymi podmuchami znad ogniska. Sos spływał z mięsa gęstymi kroplami i tworzył wokół aromatyczną, bursztynową kałużę. Wystarczyło się zaciągnąć, by na podniebieniu osiadł słodkawy posmak anyżu.
Stanowisko zajęte przez asystentów inspektora Ziem Zachodnich tętniło życiem.
- Zapytał, czy to w porządku, jeśli terez wypije truciznę. - Denuvelin konspiracyjnie nachylił się nad jedzeniem. - Powiedziełem, żeby nejpierw tylko spróbował.
Dźwięczny chichot basiora zmieszał się z rechotem dwa razy od niego większego kompana. Tylko siedząca obok wilczyca była cicha i nie żartowała jak zwykle.
- A ty co, niedobrze ci? - Zebkin kilkoma zrywnymi ruchami drapnął się w kark. Lwia grzywa na jego szyi, gęsta, choć trochę przerzedzona wiosennym linieniem, zatrzęsła się gibko.
- Głowa mnie boli - mruknęła Awita.
- Dej jej spokój. - Denuvelin chrząknął. - Pewnie zmęczyła się pracą.
- Jesteście obrzydliwi. Zaraz stąd pójdę.
- Ale ja miełem na myśli pracę przy tym mięsie! - Mały basior szeroko otworzył oczy i uderzył się w pierś, nieco zbyt mocno i niezdarnie, aby posądzać go o nieszczerość. Wadera zmierzyła go kątem oka.
- Chyba, że tak.
Jej wzrok padł na znajomą, skrzydlatą postać, stojącą przy wejściu. Nie jadł, nie pił i był sam. Wyraźnie na coś czekał. Na coś, lub na kogoś. Sprawa wyjaśniła się, gdy nawiązali kontakt wzrokowy.
- Dokończcie beze mnie.
- Jasne, kotku. Wróć po kolacji, dobra? - Zebkin posłał za nią głośnego całusa, gdy oddaliła się bez słowa. - A co jej się tak... E. - Splunął kościaną drzazgą. - To ten zakichaniec od Birasta, nie?
- Ta, jeden z nich. - Jego towarzysz siorbnął łyk wina.
- No to chodź, powiem mu parę słów, gdzie się kończy ich rewir - wymamrotał i już napiął mięśnie, żeby udźwignąć ociężałe ciało, ale krótka łapa Denuvelina bez trudu posadziła go z powrotem na swoim miejscu.
- Nie pajacuj, upiłeś się.
Tymczasem wilczyca i ptak zniknęli w ciemnościach korytarza.
- Już nic nie wiem - ściszyła głos, popychając drzwi. - Czuję się bezsilna.
- Cispesja twierdzi, że trzeba ją jak najszybciej stąd zabrać.
- Chciałabym to zrobić. - Przesunęła łapą po czole. - Naprawdę bardzo bym chciała.
- Rozmawiałem o tym z Ildiri.
- Z Ildiri? - Jej głos nagle stracił barwę.
- Mogę napisać list do alfy mojej watahy. Gwarantuję, że przyjmą Kornicję i zapewnią jej wszystko, co będzie trzeba. Ale samej jej nie wyślemy. Może ty mogłabyś wyruszyć tam razem z nią? - Zamarła z uszami sztywno położonymi po sobie. Ptak odetchnął powoli, cierpliwie czekając, lecz nie śpieszyła się z odpowiedzią. Pazurami postukał w podłogę. - Nie ufasz mi, prawda?
- Jestem ci wdzięczna za umówienie nas z Cispesją - oznajmiła, starannie dobierając słowa. - Ale wybacz, nie zdecyduję się na to.
- Jak ona ma żyć w miejscu, w którym będzie traktowana jak przedmiot, a na korytarzach będzie mijać się z kimś, kto zrobił jej taką krzywdę?
- Ja... mam inny pomysł. Wierzę, że masz dobre zamiary. Po prostu nie wiesz o tym wilku wszystkiego. Nie mogę narazić nas na jego gniew. Sprawa Korni jest za świeża.
- Jaki pomysł?
- Inny - odparła twardo, na nieuchwytny moment odsłaniając kły. - Muszę z kimś... Zresztą nieważne. Jeszcze raz przepraszam.
Był to jeden ze zwykłych wieczorów, jakie powszednieją, zanim jeszcze wilk zdąży się nimi zauroczyć. Krótka noc tuż po nim każdym swoim oddechem zapowiadała nadchodzące lato. Aż wreszcie trawy zamieniły cykanie na poranne brzęczenie. Wstał dzień jak każdy inny. Było to kilka dni przed nowiem, lecz dni w tamtym czasie nikomu liczyć się nie chciało. Szary ptak w bordowym płaszczu, którego widywano czasem spacerującego brzegiem rzeki, i tego dnia zupełnie zwyczajnie zjawił się w tamtym miejscu.
Usiadł na mostku i rozprostował złożoną na cztery stronę, dość mocno już pofalowaną od leżenia na mokrej ziemi. Na szczęście litery nie rozmazały się. Były wyraźne, stabilne i zapisane mocną, pewną siebie łapą.
Towarzyszu Rzeczniku,
jeśli pomyliłem się, ufając Wam bardziej niż któremukolwiek z naszych wilków, to dajcie mi tego dowód. Wtedy uwierzę.
Ableharbin
List zwieńczył prosty, krótki podpis. Żadnego „Z szacunkiem”, żadnego „Sekretarz WWN”. Po prostu „Ableharbin”.
Palce trzymające kartkę zastygły, oparte o podmurówkę metalowej poręczy; tylko jeden z nich przesunął się po krawędzi, zatrzymując tuż przed podpisem. Powoli zgięły się przy akompaniamencie stłumionego wilgocią szelestu, zamieniając białą płaszczyznę w bezkształtną bryłkę. Jak zazwyczaj, po przeczytaniu listu znalezionego nad rzeką.
Wykonywały ruchy, proste, oczywiste, wyuczone w niepamiętnych czasach najdrobniejszymi codziennymi gestami. Bez pośpiechu czy namysłu; skutecznie, metodycznie, choć nikogo nie było już w środku.
Cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz