(Hoho, wielki powrót serii! Czekaliście? )
https://www.youtube.com/watch?v=MlL6Gv0liiA&list=RDMlL6Gv0liiA&start_radio=1
– Yrsa!
Głos przeciął ciemność tak nagle, że wilczyca uniosła głowę. Nie odpowiedziała od razu. Stała nieruchomo, nasłuchując, dopóki ostatnie brzmienie jej imienia nie rozpłynęło się w pustce. Nie było tutaj drzew, skał ani nieba, od których dźwięk mógłby się odbić, a jednak przez chwilę miała wrażenie, że słyszy echo. Przed nią i za nią rozciągała się wyłącznie czerń. Nie noc, bo noc miała przecież niebo, ziemię, zapach i chłód. Ta czerń nie przypominała również zamknięcia oczu. Była przestrzenią samą w sobie, bezkresną i niemą, tak głęboką, że wzrok nie miał się na czym zatrzymać. Pod łapami Yrsa wyczuwała jednak coś gładkiego, podobnego do powierzchni bardzo płytkiej wody. Przy każdym ruchu rozchodziły się po niej łagodne kręgi, choć wilgoć nie osiadała na futrze. Znała to miejsce. Nie w taki sposób, w jaki zna się ścieżkę albo własną norę, ale dostatecznie dobrze, żeby jego widok nie wzbudził w niej zdumienia. Bywała w podobnej pustce podczas swoich wizji. Nigdy z własnej woli i nigdy na tyle długo, by przestała czuć wobec niej nieufność.
– Xiv? – odezwała się wreszcie.
– Yrsa? Jesteś tutaj?
To było ono. Nie wspomnienie jego głosu ani jeden z tych szeptów, które od lat przychodziły do niej w snach i wizjach, przemawiając głosami zmarłych, bogów lub istot, których pochodzenia nie potrafiła określić. Tamte bywały niepokojąco czyste, pozbawione zawahania, czasami nawet wyraźnego źródła. Xiv brzmiało inaczej. Trochę za głośno, trochę za szybko, z napięciem, które usiłowało ukryć z godnym podziwu, choć umiarkowanie skutecznym rezultatem.
– Jestem – odpowiedziała.
– Gdzie?!
Yrsa powoli obróciła głowę. W lewo czerń. W prawo również. Za nią dokładnie to samo.
– Obawiam się, że nie potrafię udzielić ci szczególnie użytecznej odpowiedzi.
– Jak to?
– Mogłabym powiedzieć „tutaj”, ale podejrzewam, że nie tego oczekujesz.
– Nie bardzo.
– W takim razie oszczędzę nam obojgu rozczarowania.
– Widzisz mnie?
– Nie.
– Ja ciebie też nie. Słyszę cię, tylko nie wiem skąd. Twój głos jest jakby wszędzie. Albo w mojej głowie? Nie, chyba nie. Gdybyś była w mojej głowie, pewnie brzmiałabyś inaczej. Chociaż właściwie nie wiem, nigdy nie miałom Yrsy w głowie przecież...
Nastąpiła krótka pauza.
– To zabrzmiało źle.
Kącik pyska Yrsy uniósł się nieznacznie.
– Istotnie. Niemniej sens wypowiedzi zdołał przetrwać, więc nie widzę powodu, żebyśmy się nad tym dłużej zatrzymywali.
– Dobrze. To dobrze.
– Xiv.
– Tak?
– Mów dalej.
– O czym?
– O czymkolwiek.
– Mam po prostu gadać?
– Podejrzewam, że tym razem możemy znaleźć dla tej skłonności praktyczne zastosowanie.
– To było trochę złośliwe.
– Zapewniam, że bardzo nieznacznie.
Xiv prychnęło, lecz zaczęło mówić. Najpierw chaotycznie, jak zwykle przeskakując pomiędzy kilkoma myślami, które najwyraźniej wszystkie uznały, że należy wypowiedzieć je jako pierwsze. Yrsa słuchała tylko częściowo. Treść miała drugorzędne znaczenie. Sam głos był ważniejszy. Stanowił jedyną rzecz w tej pustce, której pochodzenia była względnie pewna, a względna pewność wydawała jej się obecnie czymś bardzo cennym.
Ruszyła przed siebie. Każdy krok wywoływał cichy plusk, a wokół łap rozchodziły się ciemne kręgi, szybko niknące w czerni. Przeszła kilka długości własnego ciała, potem kilkanaście. Głos Xiva nie stawał się ani bliższy, ani dalszy. Skręciła. Nic. Zawróciła. Nadal nic. Zatrzymała się więc i przez moment patrzyła na niewidoczną granicę pomiędzy własnymi łapami a powierzchnią, na której stała.
– Xiv.
Potok słów urwał się natychmiast.
– Jestem.
– Czy ty również chodzisz?
– Tak. Próbuję cię znaleźć.
– W takim razie zatrzymaj się, proszę.
– Dlaczego?
– Ponieważ oboje od pewnego czasu wykonujemy tę samą czynność bez najmniejszego rezultatu. Kontynuowanie jej wyłącznie dlatego, że nie mamy lepszego pomysłu, byłoby raczej przywiązaniem do nawyku niż działaniem.
– Czyli mam stać?
– Na razie.
– A ty?
Yrsa spokojnie usiadła.
– Również.
– I co teraz?
– Teraz pomyślimy.
– Och.
Uniosła lekko brew.
– Zabrzmiało to niemal jak rozczarowanie.
– Nie! Po prostu myślałom, że już wiesz, co robić.
– Mam kilka przypuszczeń. To nie to samo co wiedza. Mylenie jednego z drugim jest zwykle początkiem bardzo efektownych pomyłek.
Przez chwilę Xiv milczało.
– Mogę znowu mówić?
– Wręcz nalegam.
Xiv podjęło więc monolog, a Yrsa zaczęła porządkować fakty. Czerń była znajoma. Sposób, w jaki nie posiadała prawdziwego horyzontu, również. W jej wizjach przedmioty, miejsca i obrazy nie musiały istnieć stale. Pojawiały się wtedy, kiedy miały coś pokazać. Czasami widziała fragment wydarzenia, czasami obce miejsce, innym razem tylko pojedynczy obraz, którego znaczenia nie rozumiała jeszcze długo po przebudzeniu. Głosy były czymś innym. Nie musiały mieć twarzy. Właściwie najczęściej nie miały. Bywały bliskie, odległe, szeptały tuż przy uchu albo rozlegały się tak, jakby mówiła sama przestrzeń. Niektóre należały do zmarłych. Inne tylko twierdziły, że do nich należą. Yrsa dawno nauczyła się, że różnica pomiędzy tymi dwiema możliwościami jest ważniejsza, niż mogłoby się wydawać.
Najbardziej zastanawiające było więc nie samo miejsce.
Najbardziej zastanawiające było Xiv.
Nie powinno tutaj być.
Zanim zdążyła rozwinąć tę myśl, usłyszała:
– Yrso.
Znieruchomiała.
Xiv nadal mówiło. Coś o tym, czy ich ciała zostały w norze i czy Delta zdołałby ich skrzyczeć za nieumyślne opuszczenie własnych ciał. Yrsa przestała słuchać sensu jego słów.
– Yrso.
Ten drugi głos był cichszy.
Bliższy.
I znajomy.
Nie odwróciła głowy. Nie było po co. Wiedziała już, że niczego tam nie zobaczy. Przez lata próbowała odruchowo szukać źródła podobnych głosów i niemal zawsze kończyło się to spojrzeniem rzuconym w pustą przestrzeń.
– Yrsa? – odezwało się Xiv. – Wszystko dobrze?
Wilczyca milczała jeszcze przez moment.
– Nie jestem pewna.
Xiv natychmiast ucichło.
– Co się dzieje?
– Słyszę kogoś jeszcze.
– Kogo?
Yrsa spojrzała przed siebie, choć czerń nie miała jej niczego do pokazania.
– Głos mojej matki.
Powiedziała „głos”. Nie „matkę”.
Różnica była istotna.
– Myślisz, że to ona?
– Nie wiem.
– Yrso.
Tym razem głos zabrzmiał niemal przy jej uchu.
Miękko.
Dokładnie tak, jak go pamiętała.
Serce Yrsy przyspieszyło, lecz jej ciało pozostało nieruchome. Jedynie uszy obróciły się lekko, próbując wychwycić coś, czego kierunku nie dało się właściwie ustalić.
– Wróć do nas.
Przymknęła oczy.
To jedno słowo okazało się znacznie bardziej niebezpieczne niż jakakolwiek groźba.
Wróć.
Nie „chodź”. Nie „podejdź”. Wróć.
Jakby nadal istniało miejsce, do którego mogła wrócić.
Czerń przed jej zamkniętymi oczami zadrżała i na krótką chwilę pojawił się obraz. Nie duch. Nie stojąca przed nią matka. Fragment czegoś dawnego, wyrwany z czasu z dokładnością, której pamięć nie powinna posiadać. Śnieg przy wejściu do legowiska. Jasne światło odbite od zasp. Futro rodzeństwa. Matka leżąca blisko nich, jeszcze silna, jeszcze ciepła. Ojciec gdzieś dalej. Przez ułamek chwili Yrsa poczuła nawet zapach domu.
Potem obraz zniknął.
Czerń wróciła.
– Ach – powiedziała cicho.
– Co? – zapytało Xiv.
– Muszę przyznać, że to dość skuteczna metoda.
– Jaka metoda?
Yrsa otworzyła oczy.
– Gdyby cokolwiek tutaj chciało mnie przestraszyć, miałoby do dyspozycji wiele prostych środków. Najwyraźniej jednak strach uznano za niewystarczający.
– Nie rozumiem.
– Tęsknota jest skuteczniejsza.
Xiv zamilkło.
– Myślisz, że coś robi to specjalnie?
Yrsa zastanowiła się nad odpowiedzią.
– Nie wiem. I wolałabym jeszcze nie przypisywać temu miejscu intencji. Burza może zabić wilka, nie mając wobec niego żadnych osobistych zamiarów. Nie wszystko, co nas krzywdzi, musi robić to świadomie.
– Ale to zna głos twojej matki.
– Tak.
– I wie, co ci pokazać.
– Tak.
Tym razem milczenie Xiva trwało dłużej.
– To trochę przerażające.
Yrsa lekko skinęła głową.
– To bardzo rozsądna reakcja.
– Ty się nie boisz?
Pytanie nie uraziło jej. Przeciwnie, przez chwilę zastanowiła się nad nim z pełną powagą.
– Boję się – odpowiedziała. – Nie widzę jednak powodu, dla którego miałabym pozwolić strachowi podejmować za mnie decyzje. Nie ma ku temu szczególnych kwalifikacji.
Xiv parsknęło cicho.
– Tylko ty możesz powiedzieć coś takiego w takim miejscu.
– Wątpię. Ale przyjmę to jako komplement.
– Yrso.
Inny głos.
Yrsa znów znieruchomiała.
Tym razem rozpoznała go jeszcze szybciej.
Ojciec.
– Czekamy.
A potem następny.
Brat.
– Yrsa.
Jej oddech stał się płytszy.
Czerń pozostała czernią. Nie pojawiła się żadna sylwetka. Żadna zjawa nie wyszła jej naprzeciw. I właśnie to czyniło głosy tak nieznośnymi. Nie miała na czym zatrzymać wzroku. Nie mogła obserwować pyska rozmówcy, jego oczu, sposobu poruszania się. Nie mogła szukać nieścisłości. Pozostawał sam dźwięk, niemal doskonały.
– Wróć. – powtórzyła matka.
Na powierzchni przed Yrsą pojawił się śnieg.
Nie jako stopniowa przemiana pustki. Po prostu przez moment czerń ustąpiła miejsca obrazowi. Zobaczyła własne dawne ślady, prowadzące w stronę legowiska. Dalej wejście. Fragment futra któregoś z rodzeństwa. Wszystko było spokojne.
Wystarczyłoby pójść.
Yrsa przesunęła łapę.
Zatrzymała ją nad czarną powierzchnią.
Przez kilka sekund patrzyła na własne palce.
Potem bardzo powoli cofnęła kończynę.
– Sprytne – powiedziała.
– Co się dzieje? – zapytało Xiv.
– Pokazuje mi drogę do domu.
– Do twojego starego domu?
– Tak.
– Nie idź.
Yrsa uniosła głowę.
W głosie Xiva nie było rozkazu. Była prośba.
– Nie zamierzałam.
– Wiem. Po prostu… chciałom, żebyś to usłyszała.
Przez chwilę milczała.
– W takim razie dziękuję.
Obraz śniegu zniknął.
– Yrsa.
Głos Xiva był teraz słabszy.
– Jestem.
– Mów do mnie.
– Słucham?
– Ty mów. Teraz ty.
Yrsa milczała przez chwilę, po czym nieznacznie przechyliła głowę.
– Obawiam się, że wybrałoś sobie do tego zadania dość niewdzięczną rozmówczynię. Ostatnimi czasy znacznie lepiej wychodzi mi słuchanie.
– Wiem. Ale chcę cię słyszeć.
Tym razem nie odpowiedziała od razu. Xiv nie prosiło o rozmowę dla zabicia ciszy. Chciało mieć pewność, że nadal tam jest. Głos stanowił dowód obecności, być może jedyny, jakim obecnie dysponowali.
– Rozumiem – powiedziała łagodniej. – W takim razie postaram się chwilowo ograniczyć milczenie do rozsądnego minimum.
– Dziękuję.
– Nie ma za co. Chociaż uprzedzam, że rozmowa dla samej rozmowy nigdy nie należała do moich szczególnych talentów.
– Możesz mówić o czymkolwiek.
Yrsa pozwoliła sobie na nikły uśmiech.
– To bardzo szeroka propozycja. Możesz jej jeszcze pożałować.
– Zaryzykuję.
– Odważnie.
Przez moment zastanawiała się nad tematem. Głosy nadal istniały gdzieś na obrzeżu świadomości, ale kiedy skupiała uwagę na Xivie, stawały się mniej wyraźne.
– Mogłabym opowiedzieć ci o swoich przypuszczeniach dotyczących tego miejsca – zaczęła. – Obawiam się jednak, że byłby to wykład oparty przede wszystkim na niewiedzy, a te bywają szczególnie niebezpieczne.
– Czyli nie wiesz, gdzie jesteśmy?
– Nie.
– Dziwnie brzmi, kiedy ty czegoś nie wiesz.
Na pysku Yrsy pojawiło się subtelne rozbawienie.
– Zapewniam cię, że lista rzeczy, o których nie mam pojęcia, jest imponująco długa. Staram się jedynie nie wypowiadać o nich z przesadnym przekonaniem.
– A ja?
Yrsa zastanowiła się przez moment.
– Ty masz pewną skłonność do wypowiadania myśli, zanim zdążą przejść pełną kontrolę jakości.
Zapadła cisza.
– To była obelga?
– Nie. – Uśmiechnęła się odrobinę szerzej. – W gruncie rzeczy uważam to za dość ujmujące.
Xiv umilkło.
Yrsa cierpliwie czekała.
– Och.
Uniosła lekko brew.
– Zadziwiające.
– Co?
– Nie sądziłam, że istnieje tak skuteczny sposób na pozbawienie cię słów.
– Nie pozbawiłaś!
– Naturalnie.
Cichy śmiech Xiva rozszedł się w pustce.
I wtedy Yrsa coś zauważyła.
Głos było słychać wyraźniej.
Nie głośniej.
Wyraźniej.
Głosy rodziny natomiast odsunęły się gdzieś dalej.
– Powiedz coś jeszcze – poprosiła.
– O czym?
– O czymkolwiek.
– Znowu?
– Tym razem mam ku temu konkretny powód.
– A wcześniej nie miałaś?
– Miałam. Teraz mam lepszy.
Xiv zaczęło mówić. O ich ciałach pozostawionych w norze, o Delcie i o tym, czy medyk byłby bardziej zły, czy zainteresowany faktem, że jego pacjenci najwyraźniej postanowili opuścić własne ciała. Yrsa słuchała coraz uważniej.
Głos znowu się przybliżył.
– Xiv.
– Tak?
– Od chwili, kiedy poprosiłam, żebyś się zatrzymało, zrobiłoś choć jeden krok?
– Nie.
– Jesteś pewne?
– Tak.
Yrsa powoli skinęła głową.
– Interesujące.
– Co?
– Słyszę cię coraz wyraźniej.
– Może jesteśmy coraz bliżej?
– Być może. Tyle że żadne z nas się nie porusza.
Przez moment panowała cisza.
Yrsa spojrzała w czerń. Kilka wcześniejszych obserwacji zaczęło układać się w logiczną całość.
– Chyba popełniliśmy dość podstawowy błąd.
– Jaki?
– Próbowaliśmy znaleźć się tak, jak szuka się kogoś w lesie.
– A to źle?
– Tutaj prawdopodobnie tak.
– Dlaczego?
Yrsa spojrzała pod łapy.
– Bo nie jestem przekonana, czy znajdujemy się w miejscu w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Jeżeli nasze ciała pozostały w norze, to tym, co znalazło się tutaj, jest przede wszystkim świadomość. Nie widzę powodu, by zakładać, że musi ona przestrzegać tych samych zasad co ciało.
– Czyli chodzenie nic nie daje?
– Tak podejrzewam.
– I co teraz?
– Ty będziesz mówić.
– A ty?
Yrsa zamknęła oczy.
– Będę słuchać.
Nie szukała już kierunku. Kierunek wymagał przestrzeni, a właśnie jej znaczenie zaczynała kwestionować. Skupiła się na Xivie. Na sposobie, w jaki jego głos przyspieszał, gdy kilka myśli usiłowało jednocześnie przedostać się na zewnątrz. Na drobnych zawahaniach przed czymś szczerym. Na oddechu pomiędzy słowami. Na wszystkim tym, co czyniło Xiva Xivem.
– …i jeśli naprawdę leżymy teraz w twojej norze, to mam nadzieję, że nikt nas nie znajdzie, bo właściwie nie wiem, jak wyglądamy z zewnątrz. Ty pewnie jak śpiąca, ale ja normalnie wyglądam trochę jak martwe, więc w moim przypadku różnica może być mało czytelna…
Yrsa poczuła obecność.
Nie zapach. Nie ciepło. Nie dotyk.
Po prostu nagłą, absolutną pewność, że nie jest już sama.
Otworzyła oczy.
Xiv stało kilka kroków dalej.
Atramentowa sierść niemal stapiała się z czernią. Najwyraźniejsze były żółte oczy, szeroko otwarte ze zdumienia. Pod jego łapami rozchodziły się delikatne kręgi.
Przez chwilę żadne się nie odezwało.
Na pysku Yrsy pojawił się niewielki, spokojny uśmiech.
– Ach.
Xiv zamrugało.
– Co „ach”?
– Jednak jesteś.
– Oczywiście, że jestem!
– W obecnych okolicznościach pozwolę sobie uznać to za hipotezę, którą właśnie udało się dość przekonująco potwierdzić.
– Yrsa.
– Tak?
– Jak mnie znalazłaś?
Wilczyca spojrzała na Xiva z dyskretnym rozbawieniem.
– Nie znalazłam miejsca, w którym jesteś.
– Co?
– Znalazłam ciebie.
Xiv przez chwilę patrzyło na nią bez słowa.
– To brzmi bardzo mądrze, ale niczego mi nie wyjaśnia.
– Podejrzewałam, że możemy napotkać ten problem. Pozwólmy więc sobie przez chwilę cieszyć się rezultatem bez przesadnego zainteresowania metodologią.
Xiv parsknęło i podeszło bliżej. Yrsa obserwowała je przez moment. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wiele napięcia nosiła w karku i barkach. Widok znajomej sylwetki pośród pustki przyniósł ulgę większą, niż chciałaby przyznać. Nie odsunęła się, kiedy Xiv zatrzymało się obok.
– Wszystko z tobą dobrze? – zapytało.
Yrsa niemal się uśmiechnęła.
Oczywiście.
Ratownik.
Można było wyrwać Xiva z ciała, wrzucić w głąb cudzej wizji i pozbawić większości znanych praw rzeczywistości, a ono po odnalezieniu drugiego wilka i tak zaczynało od sprawdzenia jego stanu.
– Fizycznie, o ile słowo to ma tutaj jakiekolwiek zastosowanie, nie odczuwam niczego szczególnie niepokojącego.
– A poza fizycznie?
Tym razem odpowiedziała dopiero po chwili.
– Słyszę moją rodzinę.
Xiv nastawiło uszu.
Yrsa obserwowała je uważnie.
– Teraz?
– Tak.
– Ja nic nie słyszę.
Nie była zaskoczona.
Właściwie ta odpowiedź przyniosła jej pewną ulgę. Była informacją. A informacja, nawet niepokojąca, zawsze była lepsza od domysłu.
– Rozumiem – powiedziała.
– To źle?
– Jeszcze nie wiem.
– Yrsa…
– Nie mówię tego, żeby cię niepokoić. Po prostu nie mam wystarczających podstaw, żeby uczciwie odpowiedzieć inaczej.
Xiv przysunęło się odrobinę bliżej.
– Co mówią?
Yrsa spojrzała przed siebie.
W czerni nie było niczego.
A potem usłyszała matkę.
Tak blisko, jakby stała pomiędzy nimi.
– Yrso.
Wilczyca zesztywniała.
Xiv natychmiast to zauważyło.
– Znowu?
Yrsa skinęła głową.
Głos matki odezwał się ponownie.
– Nie powinnaś była przeżyć.
Całe wcześniejsze ciepło zniknęło z jej spojrzenia.
Nie poruszyła się.
Nie odpowiedziała od razu.
Xiv czekało.
Yrsa patrzyła w pustkę z tą szczególną nieruchomością, która pojawiała się u niej wtedy, gdy pod spokojem zaczynało dziać się zbyt wiele.
– Co powiedziała? – zapytało cicho.
Wilczyca przełknęła ślinę.
– Że nie powinnam była przeżyć.
Xiv odwróciło się ku niej całym ciałem.
Yrsa jednak nadal patrzyła przed siebie.
Z czerni odezwał się kolejny głos.
Brat.
Ten sam, który kiedyś kazał jej odejść.
Ten sam, który umarł, żeby mogła żyć.
– To miałaś być ty.
Tym razem Yrsa nie zdołała całkowicie ukryć reakcji.
Jej uszy cofnęły się.
Tylko na moment.
Ale Xiv to zobaczyło.
<Xiv?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz