Była zima. Chłód śniegu i lodu przesiąkał ściany i wżynał się w kości każdego kto śmiał wyściubić nosa poza granice swojego bezpiecznego domostwa. Ognisko w wejściu do jaskini Bleu paliło się zażarcie, aby zagrzać wymarznięty kamień jego domu. Skóry leżały samotnie, zakurzone. Skrawki drewna rzucone były na bok jakby całkowicie zapomniane. Kartki papieru zrobione z brzozy i traw leżały na boku zapisane do połowy, jakby coś przerwało ich autorowi jego pracę.
Sam Bleu leżał w swoim łóżku pogrążony we śnie.
Była zima.
Było zimno, a Bleu czuł ten chłód jeszcze mocniej niż normalnie. Obrazek łapek jego córek wisiał na ścianie i spoglądał na niego, pogrążonego w smutnych snach.
Bleu tęsknił. Żałoba nie była prosta, chociaż to nie był pierwszy raz kiedy dotykała jego serce. Jałonka odeszła tak młodo, a była bliska jego sercu. Tyle czasu spędzał z tym biednym dzieciątkiem swoich matek. Teraz Laponia dołączyła do grona umarłych, a Simone nie trzymała się znacznie lepiej. Jej zdrowie zawodziło ją coraz bardziej, a odejście jej niby ukochanej dobiło ją mocniej niż jej syna.
Oli i Oliwia opuścili ten świat tak brutalnie. Delta od początku nie dawał im wielu szans na przeżycie choroby. Cudem było, że i tak przeżyli tak długo. Jego dzieci, nawet jeśli do końca nie były biologicznie jego. Kochał je i serce łamało mu się na kawałki, kiedy te dwa złączone ze sobą życia odeszły tak szybko…
I Atlanta także odeszła. Pozostawiła swojego ukochanego lisa na tym świecie samego. Misung przeżywał to tak samo silnie jak Bleu, tylko z innego powodu. Ich miłość była do niej identyczna w nasileniu, ale pochodziła z zupełnie różnych źródeł. Misung kochał ją jak swoje słońce. Jak cały swój świat.
Bleu kochał swoja córkę. Kochał ją jak świat, jak życie, jak tlen. Ale kochał ją z daleka. Cieszył się jej szczęściem, jej sukcesem, ale pozwalał jej istnieć poza sobą. Nie była jego własnością. Była jego córką. Jego i Jaśminy, która żyła gdzieś poza ich zasięgiem…
A teraz była zima. I nawet ciał umarłych nie dało pochować się w ziemi.
Była wiosna. Wiosna przyniosła roztopy i odrobinę ulgi. Zapach świeżego drewna i żywicy toczył się po ścianach, jak Bleu przecinał kolejne kawałki. Na pół i na pół. Praca wrzała pod jego łapami. Śmierć jego rodziny pozostawał w jego głowie, jednak już mniej burząca. Siedziała w rogu jego myśli, chociaż już nie toczyła łez. Ściskała go za serce, jednak już nie tak mocno jak kiedyś.
Ciała w końcu dało zakopać się w grobach, i Bleu właśnie składał resztki drewna w mozaikę, którą przenieść miał na nagrobki wbite gdzie leżała jego córka, matka i siostra i całą reszta jego rodziny. Chciał pamiętać o nich. Wszystkie dobre wspomnienia, które jeszcze się go trzymały. Nie mógł pozwolić aby uleciały, całkowicie zapomniane w pośpiechu życia.
Więc Bleu postarał się aby mozaika była piękna, a nagrobki trwałe. W końcu był rzemieślnikiem. Jego umiejętności zawodziły go tylko niekiedy, a teraz nie mogły. Nie powinny. Nie w takim momencie.
Niech te ozdoby dla zmarłych przeżyją jego egzystencję.
Bleu ułożył mozaikę ostrożnie na kamieniu i przytrzymał ją tam aby przykleiła się klejem, który do niej stworzył. Powoli opuścił łapę i wbił smutny wzrok w nagrobki. Wszystkie ozdobione na swoje własne sposoby. Świeże kwiaty i wianki, piękne litery wyryte w kamieniu i teraz ta śliczna mozaika. Wszystko to zbierało się na nagrobkach od początku wiosny.
Aby pamiętać zmarłych…
– Synku… – cichy głos przerwał cieszę jaka zapadła na tym małym cmentarzysku. Simone usiadła obok Bleu. Jej oczy otaczały ciemne worki, jej łapy ledwo trzymały jej ciało w odpowiedniej pozycji. Bleu nie kochał swojej matki najmocniej w świecie, jednak teraz było mu jej żal. Straciła wnuczkę, córkę, żonę. Tak jak on… Straciła tak wiele rodziny. Tyle, że Bleu miał znacznie więcej czasu na tej ziemi zanim do nich dołączy. Simone zdawała się pchać do grobu całkiem niedługo. – Ozdobisz mój grób tak samo?
– Oczywiście… – odparł Bleu. Oczywiście, że go ozdobi. Oczywiście, że będzie matkę wspominać samymi dobrymi wspomnieniami. Przecież tak należało traktować zmarłych. Nie wszystkich, ale jednak… Tak było dla basiora łatwiej.
– Już niedługo. – mruknęła staruszka pod nosem. Jej wzrok nie był wbity w syna, a w grób Laponii. Za życia kochały się i nienawidziły na raz. Ciągłe kłótnie towarzyszyły ich związkowi, a później oficjalnemu małżeństwu. Teraz, kiedy jedna z nich odeszła, drugiej spieszył się aby do niej dołączyć. Bleu nie skomentował słów swojej matki. Nie miał na to siły na ten moment. Za dużo śmierci ciągnęło się za nim jak cień.
Bleu odłożył dłuto. Dally siedzący niedaleko nad kartką z brzózki i traw nie podniósł nawet wzroku. Jego łapy dokładnie zapisywały kolejne słowa w pięknych i ozdobionych literach.
– Podobają się nowe kartki z tego co widzę. – mruknąl rzemieślnik z szerokim uśmiechem.
– Oczywiście. Są niego dziwne w teksturze, ale są znacznie cieńsze niż kora z brzozy i lepiej po nich sunie węgiel. Lepiej też w nim zostaje i prościej jest wydobyć z liter ich zamierzone kształty. Kto by pomyślał, że trochę trawy i pracy, może stworzyć takie cudo.
– Trochę pracy? – Bleu uniósł brew w rozbawieniu. – To było bardzo dużo pracy. I zima przeszkodziła…
– Co nie znaczy, że nie jest to sukces! – oświadczył młody wilk poprawiając swoja brodę. – Oczywiście zwykły papier ludzki zawsze będzie pierwszym wyborem, ale kiedy go nie ma… to jest idealny zamiennik.
– Cieszy mnie to. – rzemieślnik ponownie chwycił za dłuto i uderzył nim o twardą powierzchnię kamienia. Dźwięk ten odbił się od ścian. Nie był tak głośny jakby mógł by być, gdyż futra na ścianach wchłonęły część jego impaktu i odesłały jedynie słabe echo. Cisza wypełniona dźwiękiem pracy zapadła nad wilkami.
To była coraz częstsza sytuacja. Młody Dally uciekał od swojej rodziny, kiedy tylko mógł. A Bleu doskonale wiedział już dlaczego, gdyż kronikarz nigdy nie chował swoich uczuć względem tego co jego rodzeństwo wyprawiało. Danny ciągle wdawał się w bójki i warczał na rodzeństwo ilekroć to raczyło skomentować jego nowe rany i to jak agresywny się staje. Dodatkowo młoda Dalia zaczęła kręcić się wokół niego i chociaż miło było widzieć swojego brata sprawiającego siebie przyjaciół, młódka nie miała na niego lepszego wpływu. Wręcz przeciwni. Bójki się nasiliły, a Danny nie wracał już tak często do domu. Jedyny plus był taki, że basior jak wracał, to jego rany były zaopiekowane i zadbane. Nie bliźniły się już tak mocno. Z kolei Dana była bardzo zakochana w wilku, który w ogóle nie spoglądał w jej kierunku. I ciągle tylko padało imię Szpak. Szpak to… Szpak tamto. Wadera nie odpuszczała swoich podchodów miłosnych i zdawała się popadać w coraz większą obsesję. Wszystko to męczył młodego Dalliego, gdyż on był wilkiem cichym i ceniącym sobie spokój. Najchętniej siedziałby w jaskini swojej albo kronikarzy i pisał. Zamiast tego po jego głowie stąpało rodzeństwo, którego nie mógł się pozbyć bez brzmienia jakby nie dbał o ich sprawy. A przecież ich kochał. Tylko czasem potrzebował odpocząć od ich ciągłych problemów i temperamentów.
Więc chował się w jaskini rzemieślnika i wykonywał cierpliwie swoją pracę, notując uważnie wszystkie wydarzenia watahy jakie mógł. Nawet drobniejsze rzeczy lądowały na kartach kroniki. Śluby, związki, imiona, wiek, płeć, miejsca zamieszkania. Piękne pismo wylewało się na kartki spod jego łap, we względnym spokoju tejże pracowni.
Bleu przywykł do obecności młodego kronikarza. Po długich latach bez córek w jaskini, stęsknił się za ciągłym towarzystwem innego wilka. A młody Dally był dobrym towarzyszem i w ciszy i do rozmowy. Tematy ciągle przeplatały się pomiędzy nimi, po czym zapadał spokój i oboje poświęcali się ponownie pracy.
Była to przyjemna odmiana od jego codzienności.
Było lato. Żałoba przeszła, wspomnienia zostały, a praca ruszała do przodu. Zbieranie traw i drewna zawsze było najlepsze w gorące, przyjemne lato, kiedy wszystko kłaniało się od ciężaru owoców. Bleu także zaglądał na jabłonki, odkąd nieszczęście spotkało brzozę. Upewniał się, że mają wodę, a jak nie mieli to wysyłał pomocnika do podlania ich, gdyż sam miał wiele więcej obowiązków niż jabłonki.
Z drewnem wracał do domu. Domu, który pachniał żywicą i schnącą trawą. Tam rozłożył swoją zdobycz przed jaskinią do względnego wyschnięcia z wilgoci porannej rosy. Wszedł do jaskini omijając nierozpalone ognisko w jego progu. Ciepło lata nie zmuszało go na razie aby musiał je rozpalać.
W środku jednak nie było tylko ciszy, którą oczekiwał zastać. Nie przywitał go także Dally, który zapowiedział swoją wizytę dopiero na wieczór, w celu organizacji paru nowych świeczek, do jaskini kronikarzy. Nie. Była to Myszka z Irysem u boku. Basior był sporo od niej starszy, jednak odpowiedzialny. Bleu ufał mu, że dobrze zajmuje się jego córką, a e ta promieniała, Bleu pozostawał dla niego uprzejmy.
– Cześć tato! – wadera podbiegła do niego i przytuliła się. Bleu nie mógł być bardziej szczęśliwy. Jego kochana córeczka go odwiedziła.
– Cześć skarbie. – przytulił ją mocno. Tak dawno jej nie widział. Tęsknił za swoimi córeczkami. – Ciebie też dobrze widzieć, Irysie. – dodał jak jego córka w końcu odeszła na krok, dając mu pole do rozprostowania łap. Irys kiwnąl głową delikatnie zmieszany. Wyraźnie nadal nie był powinien jak ma zachowywać się w obecności ojca swojej ukochanej.
– Mam wielkie wieści tatko! – oświadczyła Myszka klaskając w łapy. Na jej pysku malował się wielki uśmiech, wiec żadna obawa nie narodziła się w sercu Bleu.
– Tak? – zagadnął nie pozwalając aby cisza zagościła w progach jego domu ponownie.
– Jestem w ciąży! – oświadczyła Myszka. Bleu zamrugał dwa razy i pozwolił aby radość ogarnęła go od samego środka.
– To cudownie! – wciągnął swoją córkę ponownie w objęcia. – Gratulacje!
– Tak bardzo się cieszę. – mruknęła Myszka wtulając się w jego sierść mocniej. – Nigdy nie byłam pewna, czy chcę zostać mamą… ale teraz tak bardzo się cieszę!
I Bleu także się cieszył. Już planował w głowie ubranka i posłania, które przekaże swojej córce i jej partnerowi zanim dzieci się urodzą. Już nie mógł się doczekać… zostanie dziadkiem!
Była zima. Przyniosła ze sobą tyle śmierci. Była wiosna. Roztopiła resztki łez. Jest lato. Lato przyniosło nowe życie. Nowe szczęście. Pozostało tylko na nie poczekać.
<CDN>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz