środa, 26 sierpnia 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Dług niewdzięczności”, cz. 20



Będę rządził światem.
A ty będziesz mną rozporządzać.


Gdy tylko dym jaśnieje, bo wypalają się ostatnie kawałki żywicy wrzucone do drew na rozpałkę, dziadzio siada przy ognisku. Wyciąga do niego zmarznięte łapy i uchyla pysk, zwilżając wargi językiem. Ojciec siaduje tak samo jak dziadzio. I o ojcu dziadzia też tak mówiono. Nikt jednak nie jest dla Kirłana większym bohaterem niż dziadzio, choć mięśnie drżą mu przy gwałtowniejszych ruchach, a na karku wyrósł garb.
Gdy ojciec wyrusza w podróż, cały dom zostaje właśnie pod jego opieką. Dzielny wnuk też wie, z czym się je takie obowiązki. I on już nieraz siadał przy ognisku, bawiąc się suchymi szyszkami.
Jego pazur wpadł w dołek w ząbkowanej powierzchni. Przysunął ją do pyska, marszcząc brwi, by przyjrzeć jej się w słabym świetle. Jedna łuska się odłamała.
- Patrz. - Wręczył szyszkę siedzącemu obok basiorowi. - Ułamało się.
- Nie przejmuj się, wrzuć ją do ogniska. Jutro znajdziemy drugą. - Dziadzio uśmiechnął się, przygarniając malca łapą.
Nocą jednostajne, ciche brzęczenie świerszczy dociera do zagajnika aż znad wielkich łąk. Czasem gdzieś w górze zahuczy sowa.
Rano natomiast jada się świeże mięso z nocnych łowów. Pod lasem beczą kozy, a w koronach buków wieje wiatr.
- Puk, puk, kto tam, przyszłam poszukać Kirłana! - Cienki głosik rozbrzmiał wśród drzew. Szczeniak zerwał się z posłania.
- Gryzia! - zawołał, wpadając prosto w ramiona kuzynki. Roześmiała się piskliwie, wyplątując się z jego łaskoczących objęć.
- A Kirłan jest niedobry, nie zjawił się na śniadanie, jak mama wołała!
- No, przestań już. - Pozwolił jej uciec i skrycie przewrócił oczami. - A ty jadłaś?
- Ciocia najpierw wysłała mnie po ciebie!
- Więc niedobra to jest ciocia. Tak wykorzystywać małą, biedną Gryzię do pogoni za jakimś bumelantem! - Wziął ją za łapę, prowadząc z powrotem na polankę. - Przybyliście na długo?
- Na całe lato. Będziemy się razem uczyć u twojego nauczyciela. - Waderka zatrzepotała rzęsami i przechyliła swoją niewymiarowo dużą główkę.
Po polanie roznosił się zapach mleka i obfitego śniadania. W końcu wielki łoś nie zdarza się często. Gdy udaje się takiego upolować, mama i pomocnicy są wyjątkowo zadowoleni.
Nadmiar tego, co kozy dają każdego ranka, i tak nie zmieściłby się przy żadnym ognisku. Większość odjeżdża więc czterokółką do wioski w Centrum, gdzie uczone wilki umieją dobrze je wykorzystać, by dać szczęście pozostałym, dla których mleko pozostaje czymś niezwykłym; nie tak jak dla Kirłana, dla którego jest najwcześniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.
- Wystygło. - Zmarszczył nos, zamoczywszy w płynie czubek języka. - Ja lubię tylko ciepłe.
- Wystygło, bo długo nie przychodziłeś. A teraz pij takie. Nie będę podgrzewać, ognisko dawno wygasło. - Mama skrzyżowała ramiona.
- Nie słyszałem, jak wołasz!
- Grisa pije, widzisz? Już prawie wszystko wypiła. No, szybciutko. Zaraz zaczynacie zajęcia.
Porządek dnia nakazuje szczeniętom od razu po śniadaniu zjawić się w szkole, to jest, na ścieżce wśród paproci, gdzie Eugisk już czeka z otwartymi księgami.
- Co dziś w planie? - Szary szczeniak zatarł łapki. Chciał mieć już z głowy liczenie i pisanie. Chętnie wybrałby się nad rzekę łowić ryby.
Podczas szczenięcych lekcji ktoś musi doglądać kóz i pomocników. Zwykle robi to ojciec, żeby dziadzio nie musiał się fatygować. Gdy zaś ojciec jest w pracy, dziadzio czasem prosi Eugiska, aby skrócił zajęcia. Ale Kirłan wiedział doskonale, że świat mógłby płonąć, ale zajęcia nie zostaną skrócone.
- Od dziś mamy większą klasę - zauważył basior, choć z pewnością został o tym powiadomiony przez mamę już wcześniej. - W takim razie zaczniemy czymś przyjemnym. Pamiętasz jeszcze szachy, Griso?
- Pamiętam, jak ustawiało się figury. - Przekrzywiła główkę.
- Zatem kuzyn dziś przypomni ci resztę. On bardzo to lubi, prawda?
- No jasne! - zawołał młody.
- Pokaż nam swoje ulubione otwarcia.
Ojciec też grywa w szachy. Dziadzio nie. Kirłan, odkąd tylko po raz pierwszy zobaczył szachownicę, pokochał tę grę. Zawsze wygrywał.
- Dobrze ci idzie - stwierdził Eugisk pewnego popołudnia. Oczywiście nie musiał tego mówić. Wszyscy już to wiedzieli, nawet ojciec.
W tej rodzinie lubi się szachy. Ojciec grywa w nie z Eugiskiem, ale najczęściej przegrywa. Ciotka, matka Grisy, grywa w nie z ojcem i chyba częściej wygrywa, ale nikt nie prowadzi statystyk. Grywa też z Eugiskiem, ale on i z nią najczęściej wygrywa. On wygrywa prawie ze wszystkimi. Prawie. Z Kirłanem wygrał tylko raz. Ojciec się wtedy zdenerwował, chociaż nie dawał tego po sobie poznać. Syn za to nie kłopotał się długo tą niespodziewaną przegraną. Szybko rozpłynęła się w kolejnych zwycięstwach.
Po zajęciach zawsze sprawdza się, jak mają się kozy. Zwłaszcza ta stara, półdzika. Dziadek woła na nią po prostu „Biała”, ale Kirłan woli „Biała Królowa”. Gdy słyszy, jak inni członkowie rodziny odmawiają jej należnej tytulatury, przypomina, że wszystkie ich kozy są białe. To właśnie ją dziadzio przyprowadził jako pierwszą, gdy na świecie nie było jeszcze ani jego wnuka, ani nawet syna. Nie zdołała uciec ze swoim wielkim brzuchem, a on wpadł na pomysł, że wystarczy dać jej żyć jeszcze przez chwilkę i będzie miał dwie kozy zamiast jednej. To ona dała im aż dwa pierwsze koźlęta. Koźlęta tych koźląt chowały się razem ze szczeniętami dziadka. Od tamtej pory jest tak ze wszystkimi koźlętami, a koźląt, gdy się ich za szybko nie zjada, tylko chroni, jest coraz więcej.
- To jest najsłabsze. - Eugisk podrapał się w podbródek. - Zobacz, jest mniejsze od reszty, a od wczoraj prawie się stąd nie ruszyło. Nie doczeka jesieni. Trzeba je zabrać, gdy ojciec będzie wyruszał do Centrum.
- Jeśli jest słabe, to dlaczego idzie do Centrum? - Szczeniak pogłaskał ciepłe ucho śpiącej kózki.
- Bo umierające koźlę na miejscu to tylko umierające koźlę. Umierające koźlę w Centrum to towar. Ktoś tam zapłaci więcej za coś, czego już i tak nie da się uratować.
- Aha. - Kirłan podrapał młode po karku, choć i tak chyba tego nie zauważyło. 
Popołudniami wilczętom należy się rozrywka. Zrywają więc owoce z winorośli, których sporo rośnie na nasłonecznionych wzgórzach. Układają z pokręconych pędów wymyślne zwierzątka i inne dziwadła. Splatają, wyginają, łamią, dorabiają zwierzątkom grzywy i ogony z zielonych wąsów.
- Co to za wilki? - Dostrzegając ruch na ścieżce w zaroślach, upuścił winną gałązkę, którą Gryzia przechwyciła jednym skokiem. Pochód rosłych basiorów maszerował w równym tempie. Eugisk, wylegujący się pod drzewem, otworzył jedno oko.
- Żołnierze z Centrum.
- Kim są ci żołnierze? - Kuzynka przechyliła łebek.
- To nasi dzierżawcy. A teraz chcą rozszerzyć garnizon na część naszego zachodniego łowiska. Myślicie, że powinniśmy się zgodzić?
- Oczywiście, że nie. - Kirłan zmarszczył brwi. - Zjedzą nam nasze jelenie!
Pierś basiora zadrżała od chichotu.
- Właśnie o to chodzi.
Głębokie ziewnięcie ojca rozległo się na polanie. Basior przeciągnął się, wychodząc spod krzaka. Gestem łapy przywołał przedzierającego się przez wojskową kolumnę żółtawego posłańca, którego postura wyraźnie odbiegała od standardów typowego żołnierza. Sakwa wypchana listami obijała się na jego kościstym ramieniu.
- Wracasz do wioski? Zaczekaj. - Wcisnął mu w łapy zwitek kory. - Zanieś to Merapikowi. I powiedz swojemu przełożonemu, że jak jeszcze raz przyśle tu kogoś, kto się tak guzdrze jak poprzedni, to sam dostarczę mu odpowiedź, która mu się bardzo nie spodoba.
- Ten? On się nie guzdrze. - Eugisk ze śmiechem klepnął wilka w grzbiet, omal nie przewracając go swoją umięśnioną łapą. - Parę listów mi już dostarczył, gdy z Drikiem byliście na zachodzie.
Gdy tylko ciężar łapy ustąpił, posłaniec wyprostował się sztywno, lecz zaraz po tym grzecznie skłonił głowę, schował nową przesyłkę gdzieś z boku torby i tyle go widzieli.
Szczenięta uczy się polować od ich najmłodszych księżyców. Niekiedy najpierw używa się do tego zabawek, na przykład takich wydrążonych z kości, pachnących jeszcze świeżym tłuszczem. Gdy są starsze, zabiera się je na prawdziwe polowania. W końcu najlepszą nagrodą są samodzielnie złowione myszy, a potem kuropatwy i bażanty.
Wreszcie przychodzi dzień, gdy wie się, że są naprawdę dorosłe.
Wśród traw zachrzęściły nóżki cykady. Młody wilk przestał węszyć i zwolnił kłus, widząc grupkę pomocników zmierzających na pastwisko.
Przodem szła jedna z wilczyc. Zatrzymawszy się na chwilę na uboczu ścieżki, poduszkami palców roztarła łodygę rosnącego przy niej ziela, obsypanego maleńkimi, białymi kwiatami. Skryła pysk w łapach, a potem wmasowała orzeźwiający zapach w swoje skronie. Zaśmiała się na jakiś komentarz jednego z kolegów. Kirłan patrzył i nie musiał zamieniać z nią nawet słowa, by odnieść wrażenie, że zna ją jak własną siostrę, odkąd tylko pamięta. Znał jej imię, to już coś. I ona musiała przecież znać jego.
Coś zresztą usłyszał. Przyspieszył, bo mruczała pod nosem.
- Miękkie futerko wyrosło na trawach, na zimę znów schowa się w norce. Z futerka skrzaty uszyją czapeczki, a na mojej łące gęsi skubią gładki rdest. Jesienią liście obejmą nagą ziemię, a mnie tylko ziemia obejmie. - Jeszcze raz powiodła łapą po wysokich roślinach. - Wiosną deszcz spocznie w oczach jezior... a moje oczy wyschną wreszcie. Na zawsze.
Pomocnicy znikli za krzewami nad rowem. W oddali powitało ich niecierpliwe beczenie.
W poukładanym świecie każdy wilk ma swoje przeznaczenie. Jeden całymi dniami poluje, by wyżywić siebie i rodzinę. Inny doi kozy. Inny przegania je z pastwiska na pastwisko i zabija, gdy trzeba. Ten i ów podróżuje, jak na przykład ojciec. Ktoś inny, jak Eugisk, buduje i uczy, żeby zawsze przede wszystkim budować - a burzyć tylko po to, by zbudować coś nowego. Im prostsze jest przeznaczenie wilka, tym szybciej zazwyczaj zostaje odkryte. Tacy jak Kirłan mają czas, by je odnaleźć, próbują więc wszystkiego po trosze.
Tego wieczora Kirłan i Eugisk przytaszczyli z łowów ogromnego jelenia.
- Mamo - szepnął młodzieniec. Odkrztusił kawałek chrząstki i powiódł wzrokiem po rodzinie zebranej na kolacji. Rodzice przeżuwali w milczeniu, nauczyciel dopijał resztę mleka, a dziadzio przysypiał przy ognisku. - Zakochałem się.
- Cóż znowu? W kim? - Wadera zrobiła wielkie oczy.
- Znacie ją.
- Grisa? - Ojciec zerknął na niego spode łba, manewrując żuchwą.
- Co? Nie. - Pokręcił głową z uśmiechem, jakby nie był pewien, czy zrozumiał żart. Matka i ojciec wymienili się krótkimi spojrzeniami. - Walisa. Ta, która...
- ...Ta, którą przyprowadziliśmy ostatnio do pomocy przy zaganianiu kóz? - Matka wbiła wzrok z powrotem w swój kawałek mięsa.
- I co w związku z tym planujesz? - dodał ojciec.
- Jak to, co? Pójdę i jej o tym powiem. Tato, daj mi jedno z tych pawich piór, które przyniosłeś z ostatniej wyprawy.
- To... wspaniale, synku. - Matka położyła partnerowi łapę na ramieniu, wcale na niego nie patrząc. - My cię zawsze będziemy wspierać.
Ojciec chrząknął i raz jeden kiwnął głową.
Przewodzenie polowaniom to zaszczyt dla każdego młodego wilka. To pierwsza chwila, gdy to już nie ojciec ani matka, lecz on sam wyznacza trasę i wydaje polecenia pomocnikom. Czasem podejdzie zwierzynę od złej strony i wprowadzi zespół w krzaki, które spowolnią pościg. To jednak jest zwykła część procesu nauki i nikt nie robi mu z tego powodu wyrzutów. Saren jest wiele, zawsze można znaleźć jeszcze niejedną.
Kirłan wyskoczył na ścieżkę i otrzepał się z suchych liści jeżyn. Kolce pokłuły go w stopy, ale nie zwracał na to uwagi. Tuż za nim pojawiła się matka.
- A gdzie Drik? - burknął.
- Jak to? Pognał drugą stroną.
- Przecież nie kazałem!
- Ach, my zrozumieliśmy, że właśnie tak miał zrobić z twojego polecenia.
Basior już nabrał powietrza głęboko w płuca, by westchnąć demonstracyjnie, gdy z oddali dobiegł piskliwy szczek sarny.
- Dopadł ją! - Matka z radości zamerdała ogonem. - Nie wrócimy z niczym. Widzisz, jak dobrze się sprawiłeś? I my wszyscy.
Basior nie odpowiedział, kłusując już w kierunku źródła dźwięków. Tylko obojętne mruknięcie wyrwało mu się z pyska.
- A jak tam twoja... - Wilczyca dogoniła go po kilku krokach. - Ta twoja dziewczyna? Nic ostatnio o niej nie mówiłeś.
- Za kilka dni będziemy zmieniać pastwisko. Wtedy zawołam ją do pomocy, a potem zabiorę na kolację. I wtedy jej powiem.
- Ojciec w ostatniej podróży był tam u nich, w tamtej watasze, z której pochodzi. Po grzybowy proszek od medyka. Dużo dziewanny tam rośnie.
- I co?
- A pamiętasz takie przysłowie? Gdzie rośnie dziewanna... - Popatrzyła na niego kątem oka. - Tam z ubogich łowisk panna.
- Jakoś żyją. Na szczęście nasze łowiska są bardzo obfite.
- Zrobisz jak zechcesz. Ale z tamtej watahy już kilka wilczyc przeniosło się do wioski.
- Nic dziwnego. Ten rekruter, koleżka Eugiska, jak mu tam było?
- Merapik.
- Właśnie! Ma tam z wioski całkiem blisko, więc pewnie często ich odwiedza.
- Nie musi. Wskazuję mu, o które dziewczęta warto pytać. Te, które przychodzą do nas szukać pracy na sezon, a widać, że w domu nie mają czego szukać. Robimy im przysługę. - Matka chrząknęła i przez chwilę szła w milczeniu. - Wiesz, gdzie są bogate łowiska? Na zachód od naszych, u cioci i wujka. Pamiętasz? Byliśmy tam, na wycieczce, gdy byłeś mały.
- I co z tego?
- No, wiesz. To wszystko razem to prawdziwa potęga w jednych łapach. Dziadek dobrze zrobił, że zachował sobie dwoje szczeniąt.
Na wspomnienie o dziadku Kirłan w zadumie machnął ogonem. To dobra zasada, choć dziadzio jeszcze o niej nie wiedział. Po prostu kochał szczenięta, to znaczy, ojca i ciocię, tak, jak kochał koźlęta, więc miał dwoje szczeniąt i tuziny koźląt. Dopiero gdy ojciec poznał Eugiska, okazało się, że dziadek miał dobrą intuicję, nie tylko oszczędzając ciężarną kozę. Nowa zasada była prosta: jedno szczenię dla utrzymania majątku, dwa przy planach dalszego podboju. Oczywiście działa najskuteczniej, gdy wszystko zostanie w rodzinie. A żeby tak się stało...
- Wiesz, gdzie jeszcze drzewa rosną na piachu? - Uśmiechnął się krzywo.
- Nie rozumiem, dlaczego o tym teraz mówisz?
- Tak, tak, mamo. Na twoich rodzinnych ziemiach. Byłaś terytorialnie bezużyteczna, a jednak ojciec jakoś cię chciał.
- Jak możesz! - Zamrugała i zmarszczyła wargi. - Ojciec wiedział co robi. Nigdy ci nie wspomniał, co ze sobą przyniosłam?
- A co niby miałaś przynieść? Nigdy mi się nawet nie chwaliłaś, skąd dokładnie jesteś.
- Medycyna na moich ziemiach była dalece lepiej rozwinięta niż gdziekolwiek na Południu. Przyniosłam zioła. I wiedzę, jak je stosować, żeby koza nie zdechła od skaleczonej nogi. Wasz dziadek uczył się tego ode mnie, nie odwrotnie.
- Niech ci będzie. - Roześmiał się beztrosko. - Nie martw się. I tak to wszystko będzie moje.
Gdy jesień nadchodzi, jodłowe szyszki rozpadają się, uwalniając nasiona, a na gałęziach zostają po nich tylko trzpienie, przypominające cienkie grzybki. Ognisko płonie dłużej, żeby we wszechobecnej szarości pojawiło się chociaż trochę ciepła i koloru.
W świetle płomieni pawie pióro było jeszcze piękniejsze niż za dnia. I tajemnicze zupełnie jak ona. Zatknął je za jej ucho, w gęstwinie jedwabistej, jaśminowej sierści.
- Jesteś piękna jak złota róża.
- Nie ma złotych róż, Kirłan.
- Są! Ojciec widział takie na wyprawach. Ja też je zobaczę, a wtedy ci taką przyniosę. Całą łąkę takich róż.
- Na jesieni wrócę do mojej watahy, jak już nie będę potrzebna.
- Czego się boisz?
- Nie, proszę, nie mów tak więcej. Ja tu jestem tylko pomocą. Tylko, żeby pracować. Odejdę i zaraz o mnie zapomnisz.
- Nie zapomnę! Powiedz mi jakiś swój wiersz. Słyszałem ten o trawie i deszczu.
- Nie wiem, o czym mówisz. - Odwróciła pysk, chowając go wśród bujnej kryzy.
- Wybacz, nie chciałem cię zawstydzić. Ale jesteś taka piękna. Tak jak twoje wiersze. - Przysunął się bliżej. - Kocham cię.
- Proszę, nie mów tak więcej. - Wstała. Jej kroki na wysypanej korą ścieżce wmieszały się w trzask ogniska. W ostatniej chwili chwycił ją za łapę.
- Nie możesz po prostu odejść! Co zrobić, żebyś się zgodziła? Dla ciebie mogę wszystko!
Zatrzymała się. Zamrugała, gdy jej oczy zalśniły w świetle ogniska. Potem tylko pokręciła głową. Pawie pióro upadło na trawę.
- I tak będziesz moja! - zawołał, zanim skryły ją leśne drzewa. Drapnął kępę kostrzewy. Raz, drugi, aż wreszcie wyrwał ją z ziemi. Gdy wrzucił ją do ognia, płomień zadrżał i zasyczał. Młody basior chwycił się łapami za głowę i zasyczał razem z nim.
Ziemia należy do wilków. Nie pytają, dlaczego tak jest, tak jak ptaki nie pytają, dlaczego dane jest im królować w przestworzach. Ziemia należy do wilków i dlatego należy uczyć się, jak czerpać z niej jak najwięcej.
- I jak było wczoraj? - Matka liznęła syna w czoło. Skrzywił się. Kątem oka dojrzał, jak dziadzio zza ogniska puszcza mu oczko.
- Świetnie. Dziękuję.
- Bardzo się cieszę. - Wilczyca zmięła w łapie kawałek kory, a jej wargi zacisnęły się, jak zawsze, gdy intensywnie myślała. Kirłan odwrócił wzrok. Miał ochotę rzucić jej w twarz całą swoją bezsilność, ale nie wypadało, zwłaszcza w obecności reszty rodziny. - A ty co myślisz, Eugisku? Wiesz, o tej wybrance naszego syna. - Nachyliła się, patrząc na niego z niewyraźną miną. Ojciec wylegiwał się na skraju polany i, odwrócony do nich grzbietem, pogryzał nagą kość, wpatrując się w słońce spływające za korony drzew.
- Niech ją bierze - odmruknął nauczyciel, racząc się łykiem mleka. - Jak dziewczyna w głowie ma dobrze, to przyda mu się bardziej niż kawałek lasu.
- A zachodnie tereny?
- Wiele rzek spływa do morza. - Na te słowa wilczyca uchyliła pysk.
- Ot, jak raz dobrze powiedział! - Dziadzio pokiwał swoją starą głową i posłał wnukowi czuły uśmiech. - Niech się kochają.
- Słyszysz? - Matka ujęła syna za ramiona. Zawahała się, spojrzała mu w oczy... a potem mocno przytuliła. - Jeśli Eugisk tak mówi, to znaczy, że wie co mówi i ma plan.
Kirłan wzruszył ramionami. Wziął wdech, żeby odpowiedzieć, opowiedzieć wszystko ze szczegółami, ale coś kazało mu zacisnąć szczęki. Wstał i wyszedł.
Zwyczaje i obyczaje zajmują w wilczym życiu ważne miejsce. Jednak nie wszyscy obowiązkowo muszą im podlegać.
- Gryzia? - Przetarł zaspane powieki.
- Czy Kirłan kiedyś przestanie spóźniać się na śniadanie? Powinnam cię codziennie pilnować! - Zamrugała i przechyliła głowę, ruchem zarezerwowanym chyba tylko dla niej jednej na świecie.
- Kiedy przybyliście?
- Przed chwileczką!
Na polanie było wyjątkowo tłoczno. Rodzice, wujostwo, dziadzio, a na dodatek jeszcze jakiś obcy wilk, który rozsiadł się przy wygaszonym ognisku, jakby nie był tylko pomocnikiem.
- Chcieliśmy ogłosić radosną nowinę! - Wuj zaklaskał w łapy, gdy wszyscy już się zebrali. Kirłan czujnie postawił uszy. Matka nie podniosła wzroku znad dziczej tuszy i tylko uśmiechnęła się pod nosem. Czy wcześniej rozmawiali?
- Dziś zmienia się nasze życie. Od dziś mamy, można rzec, nie tylko córkę, ale i syna.
- Co? - Kirłan usiadł na trawie, przez chwilę nie mogąc z podanych mu, poplątanych nitek spleść niczego sensownego. Chyba był jeszcze śpiący.
- Walnirik z Klanu Rzecznego Utopca zostaje moim partnerem, głuptasie! - Kuzynka złapała go za ramię.
- Aha... - Uniósł jedną z tylnych nóg do ucha i podrapał się bezmyślnie. - No to... gratulacje. - Uśmiechnął się najszerzej jak potrafił.
- O co tu chodzi? - zapytał półgłosem, gdy udało mu się odciągnąć matkę gdzieś na bok. Zza drzew dobiegały stłumione śmiechy. - Co to za Walnirik?
- Bardzo dobry kandydat dla naszej Grisy! Zwykły wilk, ze zwykłej watahy, żołnierz. Wujek się na to zgodził, bo Eugisk mu poradził tak jak tobie: żeby młodzi szli za głosem serca i wszystko będzie dobrze. A przecież każdy wie, że z Eugiskiem nie może się równać żaden strateg.
- Nic już nie rozumiem.
- Ale my mamy tego stratega po swojej stronie - zniżyła głos, mówiąc mu prosto do ucha. - No, wracajmy do gości. Zaprosiliśmy ich do nas jak kiedyś, gdy Grisa uczyła się razem z tobą. Zaprzyjaźnijcie się. W końcu jesteście rodziną, prawda?
Oczywistość jest oczywistością, choć czasem nie wiadomo, co to dokładnie znaczy. A może wcale nie o to chodzi, aby wiecznie szukać sensu tam, gdzie go nie ma?
- Drik, chodź ze mną.
- Dokąd?
- Jeszcze nie wiem. Pamiętasz, gdzie ojciec był na wyprawie zeszłego lata?
- Gdzieś... w zachodnich górach. Daleko.
- A więc my też właśnie tam zmierzamy.
- Kiedy ja nie mogę. Tu jestem potrzebny. Trawę trzeba rwać, bo nie starczy na zimę. A za dwa dni jest ubój i mamy wyruszać do wioski z mięsem. Co rodzice powiedzą? Jak wrócę z twojej wyprawy, każą mi pracować w wilczarni!
- Nie, nie każą. Niedługo to ja przejmę po nich to wszystko, więc przede wszystkim mi masz być posłuszny. To sprawa życia i śmierci!
- Przecież we dwóch w tych górach niczego nie zdołamy upolować. Nie, nie, zły pomysł.
- A kto powiedział, że we dwóch? Wezmę z nami jeszcze dwóch żołnierzy.
- Żołnierzy! A skąd ich weźmiesz?
- Jak to, skąd? Z garnizonu. Wcinają mięso z naszych łowisk? To pobiegną z nami w podskokach, inaczej mięso się skończy.
Noce u progu jesieni zaczynają się późno i kończą się szybko. Kto kocha błękit nieba, ten nad tym nie płacze, tylko dobrze wykorzystuje czas ciemności.
Gdy rankiem rodzice trafiają do kącika, w którym sypia ich mały synek, zaniepokojeni jego nieobecnością na śniadaniu, a jego wcale tam nie ma i nic nie wskazuje na to, by w ogóle był tam w nocy, oznacza to między innymi, że ich mały synek nie jest już mały. Choć można wyciągnąć z tego różnorodne wnioski, fakt jest jeden: czasu nie da się cofnąć.
Tej nocy Kirłan zostawił wiadomość na kawałków brzozowej kory, dokładnie taką, jakie pisywał jako szczeniak, gdy bawił się literami, pod okiem Eugiska stawiając pierwsze kroki w składaniu ich w poprawne zdania.
Napisał, że podróż nie będzie długa - i rzeczywiście nie była. Gdy wrócił, ani słowem nie tłumacząc się rodzicom zagonił wilki do pracy na jednej z łąk. Ojciec złapał się za głowę, patrząc, jak dziesiątki łap rozkopują ziemię, która już szykowała się do zimowego snu. Syn jednak powtarzał tylko, że wie, co robi.
Zima jest długa, nudna i zimna. I bezbarwna. Kozy sterczą przez cały czas na niewielkiej łączce, która, o ile nie zostanie szybko pokryta grubą warstwą śniegu, do wiosny doczeka jako błotniste, ogryzione ze wszystkiego pobojowisko. W takich momentach można zostawić pomocnikom obrządek, a samemu wybrać się na przykład w gości.
- Dlaczego mam coś od nich pożyczać? - żachnął się Kirłan, gdy byli już blisko granicy ziemi zajmowanej przez jego kuzynkę. - Świetnie radzimy sobie bez węgla. Wilki zawsze naniosą drewna, gdy trzeba rozpalić ognisko.
- Zaufaj mi i po prostu to zrób - mruknął Eugisk. - Musicie zacieśnić stosunki.
Ostatni odcinek drogi minął im w milczeniu.
- Kirłan! Eugisk!
- Gryzia! Walnirik! - Roześmiał się. Dwójka kuzynów rzuciła się sobie w objęcia. - Wreszcie. Po takim czasie!
- Od jesieni nie dawałeś znaku życia. Jak tak można? - Grisa przekrzywiła głowę. - Jak rodzice? Dziadzio? Opowiadaj.
- Byłem na wyprawie. Mniejsza z tym! Dziadzio ma się świetnie, chociaż ostatnio już nie poluje. No i dobrze, odpocznie sobie. Dużo siedzi z kozami. Nawet do nich mówi, jak nikogo nie ma. - Zachichotał. - Rodzice też w porządku. Mieliśmy odwiedzić was razem, ale prawie wszyscy pomocnicy wrócili do domów na zimę i ktoś musiał zostać na włościach.
- Tak się cieszę, że was widzę. Siadajcie.
- Właściwie, zanim siądziemy... Mam jedną głupią sprawę. - Przełknął ślinę. Obrzydliwe słowa coraz ciężej przechodziły mu przez gardło. - Nie chciałbym żerować na waszej wielkoduszności! Nie mógłbym, gdyby tylko nie... zmusiła mnie do tego sytuacja. Nie mielibyście z Walnirikiem pożyczyć odrobiny węgla? Przydałoby nam się do palenia ognisk. Zima w tym roku tak miałko się zaczęła, że całe drewno u nas strasznie mokre. Oddamy wam w mięsie, w soli, w czym chcecie. Trochę handluję z wilkami z Centrum, mam dostęp do wielu ciekawych rzeczy.
Oczy wilczycy zajaśniały. Nie spodziewała się, że kiedyś nastąpi dzień, w którym kuzyn z rodziną poprosi ją o pomoc. Obejrzała się na swojego partnera. Ten uśmiechnął się jak jeden ze słoneczników, za którymi tęskniły zimowe łąki.
- Pewnie, że tak - oświadczył. - Przecież wiecie, że zawsze chętnie wesprzemy brata mojej najdroższej.
Eugisk i jego uczeń przez całą drogę powrotną szli w ciszy.
Torbę pełną kamieni węgielnych rzucili gdzieś pod jodły i chyba do samej wiosny nie spożytkowali całego zapasu. Jednak pożyczkę spłacili z nawiązką, taką samą ilością bielutkiej soli.
- Oj, do czego my to zużyjemy! - Roześmiała się Grisa, zakrywając pysk łapą. - Toż to nie węgiel, po co aż tyle?
- Dla mnie to prawie nic. Dostaliśmy to wszystko z wioski, od wilków, które jeszcze dziękowały, żeśmy wzięli. A wy bardzo nam pomogliście.
Z nawiązką spłacili też kolejną pożyczkę, za trochę ziela, które u kuzynostwa wcześniej wyrosło, oddając dwa razy tyle późnej odmiany z własnej ziemi.
Zima jest długa i nudna. Ale za to na wiosnę! Na wiosnę do lasu na południu przylatują najpiękniejsze motyle.
Gdy tylko zobaczył ją... gdy wraz z dwójką innych wilków przybyła do ich rezydencji, by znów pomagać w sezonie zmian pastwisk, w końcu doskonale wiedział, co robić. Bez pytania i proszenia wziął ją za łapę. Pociągnął.
Polana złociła się tysiącem kwiatów; wielkich kwiatów. Tonęła w słodkiej, zmysłowej woni.
- Ależ... - szepnęła. Potem długo, długo milczała.
- No i co? Powiedziałem, że przyniosę? I przyniosłem. Ale strasznie się myliłem. - Wilczyca otworzyła pysk, zbyt szybko, by zdołać cokolwiek odrzec. Wyprostował się i mówił dalej: - Ty jesteś o wiele piękniejsza od tych róż. Wstyd mi, że daję ci tylko te głupie kwiatki. Ale jeśli zostaniesz moją partnerką, dam ci wszystko. - Przerwał na krótką chwilę. Jego podbródek zadrżał. - Zdobędę dla ciebie cały świat.
- Ty to wszystko naprawdę dla mnie posadziłeś?
- Nikt inny się dla mnie nie liczy. Nikt na świecie.
- Ale twoi rodzice - zniżyła głos. - Pozwolili ci posadzić róże na calutkiej łące? Dla mnie?
- A co mieli nie pozwolić? Cieszyli się, wiedząc, że to dla ciebie. Oni są nam przychylni.
- Kirłan... - wyszeptała, bo na nic więcej nie było jej stać.
- Będę rządził światem. A ty będziesz mną rozporządzać.
Upadł do jej łap i objął je jak szczeniak, który szuka utulenia w tęsknocie, choć nie rozumie, za czym to tęsknota. A ona go utuliła. Już razem usiedli na ziemi, wśród różanych krzewów, pozwalając sobie świętować w swoim niewinnym uniesieniu. I mogliby tak jeszcze długo, gdyby młody wilk nie zerwał się na nogi, nie chwycił jej w objęcia i nie obrócił wokół siebie.
- Moja, moja, na zawsze moja! - wykrzyknął. Poczuł, że drży w jego ramionach. I on drżał, choć nie ze wzruszenia, a z pasji.
Z latem nadchodzą nowe wspaniałości i nowe kolory. Zieleń dojrzewa na drzewach, trawa rośnie jak szalona.
- Piękny kawał ziemi. - Kirłan kopnął jakąś starą gałąź, krocząc przez łąkę u boku partnera swojej kuzynki. Ostatnio zbliżyli się do siebie prawie jakby sami byli braćmi. - Ale chyba niezbyt dużo zwierząt tu macie?
- Nie, dlaczego? - Basior strzepnął jednym uchem, odganiając od siebie brzęczącego bąka. - Dla naszej rodziny wystarczy.
- Widzę, że w tym roku polana wam nieźle zarasta. Wszędzie siewki. O, tu, tam... - Machnął łapą. - Szkoda takiego jedynego odkrytego kawałka. Wszędzie wkoło już macie las, nie to co my.
Walnirik  płożył uszy po sobie, zawieszając wzrok na pobliskich drzewach. Rzeczywiście siewki klonu wystawały w wielu miejscach spośród gęstej trawy. Nigdy wcześniej nie zwracał na nie uwagi, bo skąd jako prosty żołnierz miałby wiedzieć takie rzeczy?
- I co teraz z tym zrobić?
- Wiesz co? Niech mnie. Chcesz kozę? Dam ci nawet trzy!
- Kozę? Ja nic nie wiem o kozach.
- Nie szkodzi! Jedzenia będą tu miały w bród. Przez lato wygryzą ci tu pięknie wszystkie siewki, a na zimę będziecie mieli trzy tłuściutkie kozy, które sami zjecie. Oszczędzicie też dzięki temu kilka własnych roślinożerców. Widzę, że waszym terenom wyjdzie to na dobre.
- Ale nie możemy... - zaczął Walnirik, lecz towarzysz przerwał mu gwałtownym ruchem łapy. - Nie będziemy mieli czym odwdzięczyć się za pożyczkę takiej wagi.
- Za tyle, ile nam pomogliście, to i tak jest drobiazg z czystej wdzięczności. Ja jestem wilkiem ziemi. I nie mogę patrzeć, gdy taka połać niszczeje.
- No dobrze.
Przez całe lato roślinożercy pracują, żywiąc się zieleniną i pielęgnując las. A potem pracują mięsożercy, regulując populację roślinożerców.
- Tak zupełnie szczerze? Nadal niezbyt mi się to podoba. - Kirłan pokręcił nosem. - Ale może aż tak dobrze się nie znam. Eugisku, co o tym powiesz?
Jego towarzysz kiwnął głową.
- Tu siewki nadal nieruszone, a tam wszystko wygryzione i wydeptane - sapnął, przekraczając potężną kępę trawy. Po drugiej stronie oparł łapę o pień. - To drzewo trzeba zastawić jakimiś gałęziami, bo obumrze, a nie o to nam chodzi. Powinniście tego pilnować, bo nawet kozy same wam tu nie pomogą.
- Ale my nie umiemy. - Walnirik bezsilnie wzruszył ramionami. - Co będzie, to będzie.
- Nie można tak mówić! - zawołał Kirłan. - Głęboko wierzę, że się nauczycie. My was nauczymy, tylko musicie chcieć.
- Wiem, wiem, przyjacielu. Naprawdę to doceniam. - Basior usiadł i poduszkami palców rozmasował spięte czoło. - Ale na co dzień zajmujemy się czym innym i uwierz mi, mamy co robić. A nie mamy tylu pomocników, co wy.
Szary wilk zafrasował się.
- Żebym tylko nie musiał wozić z ojcem towarów i był w domu, to bym chętnie trochę u was pomieszkał. Tego zrobić nie mogę. Ale! Co przyszło mi do głowy. Dziadzio przesiaduje przecież z naszym stadkiem ostatnio przez cały czas. Zwolnię pomocnika albo dwóch i wyślę ich do was.
- Ale Kirłan, my w to lato nie będziemy mieli ci czym zapłacić. Widzisz, że mamy w lesie mało zwierząt. Nie utrzymamy nawet twoich pomocników.
- Nie miałbym serca, gdybym żądał od was w takiej chwili czegokolwiek! Pracownikami sam się zajmę. A wy, gdy się trochę odkujecie, za lato, za zimę, za dwie, za ile będzie trzeba, i będziecie już mieli nadwyżkę mięsa lub swoich wyśmienitych, leczniczych ziół, wtedy może zrobicie nam jakiś drobny prezent, żebyście dobrze się z tym czuli. Tylko żeby było jasne! To ma być symboliczne. Żadnej góry mięsa. Jedna czy dwie wspólne kolacje. Dowód przyjaźni. Między rodziną przecież!
- Tak. To rozsądne - dodał cicho Eugisk.
- Jak my się wam odwdzięczymy - wymamrotał basior, odwracając wzrok. Skulił uszy i skinął głową. - Ale jeśli dzięki temu naprawimy łąkę, to niech tak będzie. Nie mogę zmarnować tego, co dostałem jako partner Grisy.
Po lecie nadchodzi jesień. Jesienią zrywa się winogrona i układa się z gałązek finezyjne kształty. Jesienią spycha się opadłe liście z polany w głąb lasu i zbiera się nasiona ze zbrązowiałych główek onętków, aby wysiana wiosną biało-purpurowa mgławica kwiatów latem znów wzbiła się nad polanę.
- Spójrz, tu pod paprocią przygotowałam posłania. - Walisa dotknęła pyskiem szyi partnera. - Dla naszych dzieci.
Basior dumnie wypiął pierś. Dzieci. Ich dzieci. Jego rodzina. Jego... moc i przedłużenie.
- Szkoda, że dziadzio nie dożył prawnuków.
- Często o nim myślisz. - Objęła go swoimi delikatnymi łapami. - Wierzę, że nadal jest w jakiś sposób razem z nami.
- A ja nie. - Opuścił głowę. - Nie wiem.
- Jest. Został na świecie i w twoim ojcu, i w tobie, i w naszych dzieciach. Przecież wy jesteście częściowo nim.
- Wracajmy. Eugisk obiecał mi dziś partię szachów.
- Kirłan. Jak to teraz będzie?
- Ale z czym?
- Z Grisą i Walnirikiem. - Stanęła tuż przy jego barku i wtuliła pysk w sierść. Wyglądał tak dostojnie, gdy po prostu był obok niej i spokojnym wzrokiem sprawdzał wzrost przydomowych roślin. Pragnęłaby zawsze móc widzieć go takim. Takim... po prostu. Blisko. Tylko jej.
- A czego byś chciała? Są zadowoleni, że w moich łapach ich ziemia w końcu zaczęła rozkwitać. - Po jego pysku przebiegł nagły skurcz uśmiechu. - Sami stwierdzili, że tak będzie lepiej. Nasze kozy lepiej zajmą się roślinami. A my kozami. A im dwie zachodnie płosy terenu w zupełności wystarczą, żeby się wyżywić. Grisa powiedziała, że gdy ziemi jest mniej, w końcu zna każdy jej kawałek. Mają tam przytulny i bezpieczny kąt.
Jesienią winogrona, których nie zje się w porę, spadają z krzewu i zaczynają pachnieć czymś zupełnie nowym. Ale latem nikt jeszcze o tym nie myśli.
Przed wieczorem białe ściany wydają się ogniście pomarańczowe. Przed wieczorem wilczyce stoją nad kotłami pełnymi mięsa i sosu, a ryby w rzece biorą najlepiej. Przed wieczorem leśne ptaki kładą się do snu, w remizie za to rozlewa się wino do wielkich mis.
- Jest kto poinformowany, czy Awita to się w końcu znalazła? - zaskrzeczała Fijka, wiodąc podejrzliwym wzrokiem po waderach, które przysiadły w kąciku, w przerwie pomiędzy innymi zajęciami.
- Ona odeszła. - Ildiri opuściła wzrok na poduszki. - Ona... - Brwi wilczycy ściągnęły się lekko. Pokręciła głową. - Ja nie wierzę, że ona mogła to zrobić Korni. Musiała odejść, a Korni za nią poszła. Chciała za nią iść - szepnęła.
Fijka wzruszyła ramionami.
- Też mi coś. A niech tam z głodu zdechnie, księżniczka z morskiej pianki! Myśli, że nie będzie żadnej na jej miejsce! Jutro zaraz z rana piszę do Halasta, żeby szukał nam jeszcze jakiej. - Uwiesiła się na wyprostowanych przednich łapach i podniosła z ciężkim stęknięciem. - Wszystko jedno. Do pracy! Jakby która potrzebowała klucza albo czego, to niech mnie nie szuka, tylko bierze. Ja nie będę miała dla was czasu.
W niektóre wieczory w powietrzu unosi się dziwne napięcie i wilki rozglądają się po sobie nawzajem, szukając jego źródła. Potem najczęściej okazuje się, że to po prostu jakaś nowa gra za ogniskiem lub popisowe danie kucharki.
Dowódca ochrony otworzył drzwi do swojego gabinetu na pełną szerokość, właśnie w chwili, gdy jego dwunożny nadzorca wkładał do komody kilka stron nowego raportu. Szpony zastygły, wciąż trzymając przednią ścianę błękitnej szuflady.
- Uwielbiam zapach wieczoru. - Basior przeciągnął się na schodach i zszedł na dół, machając ogonem. - Wiatr znad łąki, gdy złote oko niebieskie miłosiernie daje odetchnąć po gorącym dniu wszystkim umęczonym przez siebie istotkom. Robi to ot tak, za darmo i bez warunków! Stosuje przy tym tak konsekwentną powtarzalność, że sam mam czasem ochotę pomówić z nim o tym, z pokorą, gotów za radą mistrzów wciąż udoskonalać moje narzędzia per... swazji. Może ono wie coś, czego ja nie wiem. - Zatrzymał się tuż przy ptaku. - A ty, Szkliwo? Lubisz wieczory? O gamę zapachów cię nie zapytam, ale może o gamę barw? - Nie czekał długo, bo do tej pory nigdy nie było takiej potrzeby. Gdy jednak skrzydlaty milczał, nawet na niego nie spojrzawszy, Nakideron już wiedział, że stary klucz w końcu zaciął się w zamku.
Ptasie pazury mocniej zacisnęły się na ścianie szuflady. Wilk uniósł brwi i wziął wdech, lecz właśnie wtedy nadeszła odpowiedź. Inna, niż się spodziewał.
- Gdzie jest Awita?
- A to ci historia - odrzekł bez zawahania. - Z lubością jej posłucham, raczy dobrodziej kontynuować!
- To proste pytanie. - Wreszcie Szkliwo popchnął szufladę i odwrócił się do rozmówcy.
- Czy nie powiedziano ci, że najpewniej uciekła, ujrzawszy martwe ciałko swojej ulubienicy dryfujące po rzece? No cóż, może nie byliście w wystarczająco bliskich stosunkach.
- Bzdura - syknął. - Kornicja zmarła nie wcześniej niż nad ranem. Awita nie dokończyła pracy i zniknęła poprzedniego dnia. Ona, ona... nie... zostawiłaby tej małej i nie odeszła. A jeśli spotkało ją coś innego, to ty o tym wiesz.
- Och, szkoda, szkoda, że nie nadajesz się na pomocnika. - Basior opuścił brwi do granicy znużenia. - Łeb paranoika już masz, zrobiłbym z ciebie tylko nieco sprawniejszego pochlebcę. Na szczęście bardziej potrzebujący wybawiają mnie od pokusy gromadzenia zepsutych zabawek. Tymczasem pozwól do mnie na chwilkę. - I, nie czekając na znak zgody lub protest, wspiął się z powrotem po schodach. Za sobą usłyszał kroki dwóch nóg, a po chwili również i czterech kolejnych. Trelik, czuwający w komórce pod schodami, jak zawsze był niezawodny.
- Otóż wolę łaskawemu dobrodziejowi przybliżyć najpierw bardziej praktyczną sprawę. - Nakideron przelotnie zerknął za okno i odwrócił się do wnętrza gabinetu. - Niejeden filozof uznawał pokorę za najwyższą cnotę. Ja też do nich należę. - Przysiadł na tylnych łapach, jakby szukał wygodnej pozycji do rozmowy. - Zaraz sprawdzimy, czy rzeczywiście jesteś z tych, którzy się nie wyrywają. - I odbił się od ziemi. Jego kościste przedramię zacisnęło się na szyi Szkliwa. Siła szarpnięcia zaplątała nogi ptaka prawa o lewą i obróciła, aż grzbiet znalazł się w miejscu dzioba. Runął na ziemię, a wilk razem z nim, na chwilę tracąc uchwyt. - Żeby ci się przypadkiem nie wydało, że znaczysz coś więcej niż cała reszta tałatajstwa, na które mi grzecznie donosisz. - Zacisnął palce jednej łapy na skórze za głową żurawia i oparł się na niej, dźwigając przód własnego ciała. Drugą chwycił za pióra na karku. Zapadła chwila ciszy.
- A więc jednak - mruknął. - Tak właśnie można ufać własnym wilkom. No i za co mam to uznać, za złą wolę, nieudolność? Tak się dla niej starałem. Powiedz mi, Treliku, który ojciec dałby tak wiele? Jak dobrze, że zaczęło się lato. Rozgrzewa zmarznięte kości biedaków i budzi miłe, leśne żyjątka. Widziałeś kiedyś mrowisko, Treliku?
- Pewnie, że tak.
- Wyśmienicie. Przyprowadź mi Ildiri.
Kroki postawnego wilka ucichły na schodach. Dowódca westchnął, moszcząc się na materiale jesionki jak na legowisku. Kątem oka zerknął na jej właściciela. Nie, nie mógł uderzyć się w głowę. Był przytomny, po prostu milczał.
- Jak pewnie zauważyłeś, jestem wilkiem niezwykle uczuciowym. Pamiętasz, co mówiłem przy okazji naszego pierwszego spotkania? - Cisza. - Pewnie nie. Choć dotyka mnie do głębi, że moje słowa okazały się dla ciebie nieistotne, pozostaje jakoś z tym żyć. Wszelako powinieneś zapamiętać jedno: wilk zawsze będzie wilkiem. Każdy czasem będzie chciał wytarzać się w padlinie.
Nagle jego zęby stuknęły o siebie, a całe ciało podskoczyło, ledwie znajdując podparcie. Pisnął, czując, że jego ogon kłuje kilka ostrzy naraz. Szpony. Druga ptasia noga już stała na podłodze.
- Poczekaj, sukinsynu - syknął, z całą mocą upadając prosto na jego grzbiet. - Nie słyszysz? Idzie! - Spiął się, gotowy w każdej chwili odeprzeć następny atak. - Zaraz przyjdzie tu Ildiri, żeby w spokoju wykonać swoją pracę. - Ścisnął materiał jesionki do drżenia palców, ale kolejny zryw nie następował. Wolno wypuścił powietrze. - Ona robi to każdemu. Setki razy. Nigdy nikt się nie odzywa, bo wszyscy śpią. Jeśli teraz będzie wiedziała, że wszystko czułeś, to będzie jedyna różnica między tobą a nimi, którą zostawisz jej na resztę życia.
Jego ogon swobodnie poruszył się po ziemi. Nie czuł już też oporu mięśni pod łapami. Podniósł się powoli, uwalniając ptaka spod swojego ciężaru. Rozpłaszczone na ziemi skrzydła płynnie złożyły się na bokach, ale reszta ciała leżała zupełnie nieruchomo.
Sięgnął za siebie, zdzierając z jednego z mebli białą płachtę. Zwinął ją pośpiesznie i rzucił na głowę żurawia. Milczenie i bezruch pod zmiętym prześcieradłem były dla niego wystarczającą deklaracją.
Drzwi skrzypnęły, uchylając się powoli.
- No i proszę. - Nakideron powitalnie rozłożył łapy. - Nie przyleciała pszczoła do słonecznika, przyleciał słonecznik do pszczoły.
- O nie, nie... - Wadera cofnęła się gwałtownie, trafiając prosto w stojącego tuż za nią pomocnika. Ten nawet nie drgnął. - Co ty mu zrobiłeś? - jęknęła. Odwróciła się bezradnie, być może szukając drogi ucieczki.
- Lepiej zajmijmy się tym, co zrobisz teraz.
- Czego znowu ode mnie chcesz? - Odsłoniła kły, choć własne łzy wpadały jej do pyska. - Co mu zrobiłeś?! Nie, nie, mogę, nie dzisiaj, nie po... - urwała. - Ona była... Czego ty chcesz?
Basior nie odpowiedział, tylko zajrzał pod biurko. Wyjął słoiczek z kleistym, czarnym płynem i małe, papierowe pudełeczko, identyczne z tymi, które nocami walały się puste wokół ogniska w remizie.
- Jak to, co? - Wyciągnął łapy w jej stronę. - Rób swoje.
Zamarła w pół szlochu.
- Jak to? - wydusiła. Minęła chwila, zanim otarła oczy i odwróciła wzrok. Nie wzięła przedmiotów. - Co z nim? Ale on żyje, tak? Żyje?
- No, już. Rób swoje, zanim prochy przestaną działać. Spójrz, czym się różni praca od partactwa i ucz się. - Wcisnął przyrządy w jej łapy. Odetchnęła głęboko, choć oddech wciąż jej się rwał. Otworzyła pudełeczko.
- Tato, ja tak nie mogę... Cała się trzęsę.
- Przykra sprawa. Widziałaś kiedyś mrowisko?
- Proszę, nie... - głos jej się załamał. 
- A widziałaś takie maleńkie mróweczki? Całe ich tabuny krzątające się wokół swojego mrówczego domu?
Ostatecznie po prostu skuliła się, jak kuliła się już nieraz, gdy mówił, czekając na uderzenie ostatnich słów, a potem na ciszę, upragnioną i obmierzłą zarazem.
- Ich jad podobno działa dobroczynnie na wszelkie dolegliwości. Tylko troszeczkę kłuje. Zwłaszcza, jeśli ktoś na przykład wepchnie twój pysk w mrowisko i przytrzyma. - Nacisnął na jej grzbiet, sadzając na miejscu pracy.
Przeczesała swoją czarną grzywę. Pośpiesznym ruchem obmacała ziemię wokół, zanim trafiła na słoik. Jeszcze raz wytarła nadgarstkiem nos i wargi, zastygając w tej pozycji na dłuższą chwilę. W końcu ostrożnie chwyciła za materiał jesionki i powoli ściągnęła go z ptasiego karku. Sztywne źdźbło krzycy zanurzyła w sadzy rozpuszczonej w kozim tłuszczu. Drugą łapą ścisnęła igłę. Pochyliła się nad ciałem, opierając łokieć na jego grzbiecie. Jeden, cięższy oddech, który wyrwał jej się z gardła, poruszył piórami.
Gdy kończy się dzień pracy, wszyscy są zadowoleni. Gdy zaczyna się noc pracy, świerszcza orkiestra stroi skrzypki, a w biurze ochrony z reguły robi się albo ciszej, albo głośniej.
Basior zatrzasnął drzwi tuż za ogonem córki. Strzepnął prześcieradło i zarzucił je z powrotem na biurko.
Szkliwo podparł się na skrzydłach, wciąż przygarbiony, z szyją lekko zgiętą w stronę, której chwilę wcześniej dotykała Ildiri. Ostatni raz spojrzał na już zamknięte drzwi.
- I co? Nie było tak źle. - Wilczy pazur podniósł jego dziób, ale bez oszczędności, z jaką robił to wielokrotnie wcześniej. Basior pochylił się, zaglądając mu głęboko w oczy. I patrzył tak, długo, jakby nie mógł dojrzeć tego, czego w nich szukał. - Ty to się za mocno życia nie trzymasz - mruknął. - Uważaj. Bycie ptakiem, twoja strata. Nikt cię nie ochroni, tak jak chroni się swoich. - Puścił. Podszedł do okna. - No, mniejsza z tym. Teraz uciekaj. Zaraz mam ważne spotkanie.
Skrzydła pozwoliły żurawiowi złapać równowagę na dwóch nogach. Jednym z nich dotknął karku.
- Gdzie jest Awita?
- Gdybym wiedział, znaczyłoby to, że jest już dawno za późno. - Nakideron wyjrzał na ulicę, gdzie urzędnicy zbierali się w grupki i rozmawiali wesoło, zmierzając na kolację.
- Za późno?
- Trelik! Pokaż mu drogę do wyjścia.
Gdy nocą zbiera się na deszcz, świerszcze milkną. Nagle robi się ciut chłodniej i wilgoć zaczyna unosić się w powietrzu. Wtedy, na całe szczęście, wilki są już w suchej, wesołej remizie i nie dbają o widmo przemoczonej sierści.
- Kirłan, przyjdziesz dziś do mnie? - Linami zatrzepotała rzęsami.
- Dziś już raczej nie zdążę. - Uśmiechnął się do niej w przelocie. Wyszedł na zewnątrz i zatrzymał się u boku strażnika. Z uśmiechem skłonił się jakiemuś basiorowi, który właśnie zbliżał się ścieżką. Osobnik odpowiedział tym samym, po czym zanurzył się w korytarzu.
Przed remizą było już pusto. Wszyscy tłoczyli się wewnątrz. Tylko on rozkoszował się ostatnimi chwilami bez deszczu i głęboko wdychał ciepło unoszące się ponad trawami. Na ścieżce pojawiła się kolejna sylwetka, skurczona ze starości, nieco drżąca, lecz krocząca dumnie i pewnie.
- Powitać, powitać naszego dobroczyńcę! Cieszę się, że udało ci się dotrzeć na spotkanie, Merapiku.
- Dobrze wrócić na stare śmieci - Starzec zaśmiał się ciężko. - Halast jeszcze u was, czy już w podróży?
- Z tego, co wiem, wyruszył wczoraj.
- Ależ to niespokojny duch. - Basior pokręcił głową.
Wiatr gonił ciężkie chmury po niebie. Ani jedna gwiazda nie wyglądała zza ich zasłony. Pojawił się i cień mniejszy od poprzednich, szczuplejszy, o długiej szyi i jasnych oczach, które jednak niemal nie podnosiły się ze ścieżki.
- Nie śpieszyło ci się. Co taki niewyraźny? Wieczór taki piękny! Życie jest piękne. Coś nie tak?
Ptak pokręcił głową.
- To chodźmy. Część gości już jest na miejscu. - Basior uwierzył w zapewnienie i już nie zawracał sobie głowy troskami przyjaciela. Strzepnął z ucha pierwsze, chłodne krople. Skinął zachęcająco i poprowadził w głąb budynku.

Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz