Patrz
zamarznięta rzeka
Poślizgam się przy brzegu
Cóż, lód pode mną pęka
Lecz ugrzęznąć nie ma gdzie
Dawno zastygł wartki nurt
Wysuszyli ją na wiór
Nie utonę
nie utonę
Chociaż stoję już na dnie
Tylko co mam odpowiadać
Na wołanie
„Odbij się”
Nie utonę, nie utonę
Choćbym stał tu kilka lat
Jak to drzewo powalone
Nie wyskoczę już na brzeg
Zakopię się w mule
Przeczekam
i zniknę
Kto pamięta o szczególe
Ogół walczy o przeżycie
Nie słyszy
nie widzi
On też potracił zmysły
Nie stój nad brzegiem
nie kiwaj głową
Idź dalej
i słuchaj szumu drzew
Nim się obejrzysz
spotkamy się pod lodem
Choćbyś przemierzył puszczę wzdłuż i wszerz
一
A jeśli kto chce iść za mną,
niech wzniesie toast!
一
Czym różni się fałszywy prorok od prawdziwego do chwili, gdy proroctwo się spełni? Stoi ponad, czy na równi? Czy sam to wie, czy oceni? Kto to osądzi, historia? Wtedy prawdy nie pozna nikt z umarłych. Co więcej, będzie im ona zupełnie obojętna.
- Co robisz pod samą granicą, Eugisku?
- Pracuję. A ty? - Młodzieniec odetchnął głęboko, nawet na nią nie patrząc.
- Szukałam cię. Alfy wzywają. Zostało kilka zajęcy z obchodów Dnia Rzeki i rozdzielają je w podziękowaniu za pomoc.
- Już idę. - Ostatni raz przygryzł długie źdźbło tymotki, po czym wypluł je gdzieś na bok.
- A nad czym pracujesz?
- Szacuję długość granicy.
- Po co to robić?
- Żeby obliczyć powierzchnię łąki. Dobrze nasłoneczniona i dobrze nawodniona, bo na wzgórzu objętym zakolem. Trawa szybko tu rośnie.
- Kiedy ze stratega przebranżowiłeś się na ogrodnika? - Zaśmiała się krótko.
- Chodźmy. Podobno wzywają. - Ruszył przodem.
Niekiedy to, czy słowo jest prawdą, czy kłamstwem, zależy tylko i wyłącznie od interpretacji.
- Smacznego. - Gdy przybyli, stary alfa już chrupał zajęcze kości, garbiąc się nad tłuściutką tuszką. - A ty gdzie tak długo dziś wędrowałeś?
- Sprawdzałem granice. Właściwie miałem o tym mówić jutro, na zebraniu wojskowym, ale czuję, że ta sprawa nie powinna czekać.
- Co też się stało?
- Kręcą się tam ostatnio podejrzane jednostki. Obce basiory łażą parami, chyba wojskowi.
- Po naszych rubieżach?
- Nie przekraczają granic. Jeszcze, chociaż obawiam się, że to kwestia czasu. Ale wtedy mogą już wrócić całym szpalerem.
- Jak to? - Zajęcza skórka wypadła przywódcy z pyska. Podniósł głowę.
- Za każdym razem przychodzą z terytorium tej pseudo-watahy, która tworzy się na północ od naszej.
- Ci, którzy żyją na jednej łące z kozami? Rodzina i kilku pomocników?
- Tak, właśnie ci. Ostrzą sobie kły na większe pastwiska. Żołnierze, którzy wałęsają się w pobliżu naszych ziem, nie są od nich, a z garnizonu należącego do wioski z Centrum. Ale mają z nimi jakieś konszachty.
- A więc... Mówisz, że grozi nam napaść?
- Jeszcze nie teraz. Jeszcze są za słabi, nawet ze wsparciem kilku żołnierzy. Ale nie bez powodu wkupują się w łaski wojska. Jeśli przekonają wioskę, żeby udzieliła im oficjalnego wsparcia, naszą watahę może czekać wojna.
Alfa zafrasował się, przeżuwając ostatni kęs.
- Na szczęście, jak sądzę, do tego jeszcze daleko. - Eugisk delikatnie wziął w zęby kawałek mięsa. - A tymczasem, kto to był ten młody, który wczoraj razem z nami polował na bobry? Ten, co od razu zaczął żartować, jakbyśmy znali się od szczenięctwa.
- Merapik, pewnie. Dzieciak jeszcze, ale ma dar. Nawet babka zielarka zaprosiła go na wieczerzę, ledwie go poznała.
- Miły chłopak. - Oblizał wargi i wrócił do jedzenia.
A co, jeśli granica między kłamstwem a proroctwem... niekiedy w ogóle nie istnieje? Następuje wtedy paradoks. Sprawczość rodzi fakt. Najgorsze kłamstwo staje się prawdą, usprawiedliwia się samo.
- Proszę, wejdź. Kim jesteś? - Szary wilk patykiem trącił płonące gałęzie. Z ogniska uniosła się chmara iskier.
- Eugisk z Klanu Wieczornej Mgły. W mojej watasze jestem strategiem.
- Alnirik - przedstawił się krótko. - I czego potrzebujesz, Eugisku z Klanu Wieczornej Mgły? - Rozsiadł się w cieple płomieni, sennie podparł podbródek łapą i począł znów grzebać kijkiem w popiele. Biły od niego znużenie i jakieś ledwie uchwytne zmęczenie.
- Chcę zawrzeć porozumienie.
- W imieniu swojej watahy?
- Swoim. Do rzeczy. Za trzy dni moja wataha dokona napaści na twoją ziemię.
Czym jest wataha, która ufa jednemu głosowi? Nie jest już watahą. Może jest więc pozbawionym hierarchii stadem?
Zanim wstał od ogniska i podziękował za gościnę, zerknął na leżący nieopodal materiał.
- To żołnierska pałatka, o ile się nie mylę?
- Nie mylisz się - odparł Alnirik. - Podarła się jednemu z garnizonu, więc zgodził się oddać ją nam do noszenia siana.
- Mogę ją pożyczyć?
- A oddasz?
- Sam odbierzesz.
A jeśli stadem, to czy i nie majątkiem staje się taka wataha? Pozostaje wtedy jedynie określić jego przynależność. Oraz przeznaczenie.
Eugisk sapnął ciężko, opierając się na skaleczonej nodze.
- Na wszystkie wilki dobrej woli, co oni ci zrobili? - Alfa załamał łapy. - Poślijcie po medyka. On jest ranny.
- Nic. Nic mi nie jest. Drobny... incydent z żołnierzami.
- Znowu! Wyobraź sobie, że ledwie chwilę przed twoim powrotem, nie dalej, jak o zmierzchu, stróż wyłowił z rzeki podarty, wojskowy płaszcz. Na naszych ziemiach.
- Oburzające, acz spodziewane.
- Trzeba zaopatrzyć twoją ranę. Czego się dowiedziałeś? - Stary z niecierpliwością potrząsnął głową. Kilka ślepiów z wyczekiwaniem wlepiło się w przybysza.
- Koziarze kompletują siły. Nie mają, jak my, szkolonych strategów, więc nie będą przygotowywać skomplikowanego planu, ale gdy tylko ułożą się z Centrum, wilków będą mieli dostatek. Uderzą wszystkimi ścieżkami.
- Przecież my tego nie obronimy! Nie wystarczy nam szeregowców, żeby obstawić każdą ścieżkę!
- Musimy się śpieszyć - podniósł ktoś z boku. W jego łapach wisiała jeszcze wilgotna, zielona pałatka. - Inwazja już się zaczyna. Tylko co robić, jeśli nie szanują nawet naszego poselstwa?
- Uderzmy pierwsi - krótkie, ale ostre hasło młodego stratega wybiło się ponad zgromadzenie.
- Wszystkim, co mamy - zawtórował mu ktoś. - Nie ma innego wyjścia.
- Też tak uważam. - Eugisk skinął głową. - Nie mają sensu podchody, które tylko dadzą im czas do namysłu. Prostota bywa najskuteczniejsza, dopóki wróg nie zdąży się zorientować, że powinien się bronić.
- Chwileczkę. - Alfa poruszył siwymi wąsami. - Jaką mamy gwarancję, że nie dadzą rady odeprzeć ataku?
- To ledwie garstka cywili bez wojska - odparł. - Nie dojdzie do przelewu wilczej krwi. Zostawimy ich przy życiu. Zabijając kozy, pobawimy ich środków, którymi dziś próbują kupić sobie żołnierzy. Zdusimy zagrożenie w zarodku.
- Jeśli zdążymy, zanim zainstaluje się u nich oddział z garnizonu, drugi raz nie odważą się zaatakować! - Generał uderzył łapą w ziemię.
- Nawet nie będą mieli czym atakować - mruknął Eugisk. - Bez zapłaty pies ze złamaną nogą nie będzie za nich walczył.
- Niech niebiosa mają cię w opiece. - Łapa przywódcy spoczęła na jego ramieniu. Poczuł, jak lekko, choć uchwytnie zadrżała z emocji. - Chciałbym mieć takiego syna.
Czy istnieje dla stada bardziej szlachetny koniec niż rzeź, aby pożywić gospodarza i jego potomstwo? Czy jest większy dobroczyńca na tym łez padole niż ofiara, która poświęca życie, aby żyć szczęśliwie mógł ktoś inny? Z pewnością nie.
- Z czym dziś przychodzisz, Eugisku z Klanu Wieczornej Mgły?
- Już wszystko wiem. Mogę potwierdzić, że atak nastąpi jutro, gdy księżyc zejdzie z nieba.
- Dobrze. - Szary basior skrzyżował łapy na piersi i przez długą chwilę nieruchomo wpatrywał się w światło paleniska. W zamyśleniu przesunął językiem po zębach. - Żołnierze oczywiście zgodzili się na twoje warunki. Zapewnią nam ochronę i rozprawią się ostatecznie z każdym warchołem. Połowa ziemi klanu będzie nasza, a połowa poszerzy teren ich garnizonu. Ale wiesz... - Pokręcił głową. - To przypomina mi trochę zasadzkę bandy rabusiów. Nie wiem, czy słusznie postępujemy.
- Przecież to klan zaatakuje cię pod osłoną nocy.
Czy świat nie trwa tylko dzięki temu, że jedni drugich zjadają?
Dwa basiory stąpały po wydeptanej trawie. Poranna rosa podbarwiła się na różowo, ziemia spurpurowiała, ale pastwisko było nadal bujne, rozległe i wreszcie milczało.
- Po tym wszystkim ojciec chyba się mnie wyprze - westchnął Alnirik. - Dotychczas o wszystkim decydował sam. Nie wiem jak przyjmie moją samowolę.
- Będzie musiał się przyzwyczaić.
- Mimo wszystko jestem twoim dłużnikiem, Eugisku.
- Bądź wspólnikiem. - Gdy strateg przystanął, uważnym spojrzeniem wiodąc po wzgórzu, przypominał posąg wykuty z antracytu. Łąka była zupełnie pusta. Tylko zarośla gdzieś u podnóża wzniesienia wyznaczały linię rzeki. - Twój ojciec oszczędził ciężarną kozę i stworzył coś, czego sam jeszcze nie rozumie. Ale wydaje mi się... - wymamrotał - że ja rozumiem.
Czy przyjmowanie darów może być darem? A może raczej transakcją, ofiarowaniem satysfakcji w zamian za przedmiot?
Żołnierze nie zatrzymali się na długo. Wbili w ziemię trzy słupki i odeszli, rozmawiając o czymś podniesionymi głosami.
- Wyjdą nam bokiem te układy z wojskiem z wioski. Oni chcą tej łąki. - Szary basior krążył wokół ogniska, nie mogąc ustać w miejscu. - Całej, od rzeki po sam las. Mówią, że to pod garnizon i że przyjdą po nią, czy się zgodzimy, czy nie. I co mam teraz zrobić? Oddać im nadrzeczne pastwisko? A kozom nosić wodę wiadrami? Przecież to nas wykończy!
- Możesz oddać ziemię wiosce. - Eugisk zamrugał leniwie, polerując swoje nowe, szachowe figury. Odkąd zaczęli wspólnie podróżować, przynosili z wypraw wiele ciekawych rzeczy. - Albo możesz kupić sobie wioskę.
- Żartujesz, prawda? - Wilk usiadł tam, gdzie stał. Byłby się wściekł, gdyby nie to, że Eugisk nie zwykł żartować. W ogóle.
- Nie. Twój ojciec spędził lata i zimy, ucząc się pielęgnować kozy, kiedy inni dawno by je zjedli albo wypuścili. Centrum chce rozwijać garnizon, żeby dalej prowadzić swoje wojenki, i nie rozumie, co może mieć o wiele większą wartość.
- Czyli co mam robić?
- Jutro każesz pomocnikowi załadować na wózek dzisiejszy i jutrzejszy udój wraz z całym zapasem koziego puchu. Zabijemy cztery największe kozy i wyruszymy do wioski.
- Mam ich przekupić kilkoma bańkami mleka? To tylko mleko!
- Na razie.
Co dokładnie tak naprawdę określa stado? Jeśli dany teren zapełniony jest zwierzętami, gdzie kończy się stado, a gdzie zaczyna się bezkształtne pogłowie pojedynczych osobników, które tylko przypadkiem znalazły się w danym miejscu i czasie?
- Niech to - burknął inspektor, zatrzymując łapę w połowie drogi po żeberko w słodkim sosie. Zamiast tego pogładził wiszące na szyi złote kółko. - Zapomniałem zdjąć odznakę.
- Ładna ozdóbka - odezwał się nieznajomy, który właśnie przysiadł się do ogniska. - Czy to prawda, co się o niej mówi? Co ona przedstawia?
- Słońce, jak mniemam. Każą nosić je w urzędzie, odkąd zacząłem służbę.
- A więc dobrze słyszałem. To niebo nad wszystkimi ziemiami, a to... - Pazur wilka zawisł w powietrzu, tuż przed obrączką na niebieskiej wstążce. - Jego oko, które wszystko obserwuje i oświetla.
- Ładnie ujęte. - Inspektor w zadumie ściągnął wargi. - Czym się tu zajmujesz? Chyba nigdy się nie spotkaliśmy.
- Rzadko bywam we wiosce. Właściwie tylko czasem, żeby dopilnować transportu mleka.
- Ach, zatem ten wspaniały napój to również twoja zasługa.
- Istotnie. Cieszę się, że tak dobrze się u was przyjął. Samo zdrowie.
- Kogo obchodzi mleko, inspektorze! - Siedzący obok Merapik objął kompana ramieniem. - Eugisk to mój drogi przyjaciel. Zawdzięczam mu nie tylko pracę tutaj, ale i życie.
- Życie? - Urzędnik uniósł brwi.
- Stare dzieje - przerwał antracytowy basior.
- To bohater bitwy na południu!
- Ach, coś słyszałem o tej bitwie, ale nie wiem, o co dokładnie chodziło. - Inspektor siorbnął wina z kubka i z zainteresowaniem kiwnął głową, by zachęcić rozmówcę do dalszej opowieści.
- Nasz nieudolny alfa wciągnął nas w konflikt z silniejszym sąsiadem. Mniejsza o większość. Eugisk pozwolił mi schować się w jego norze podczas pacyfikacji klanu. Moja matka, ojciec... wszyscy poszli do piachu. Ja jeden przeżyłem. A gdy zaczął pracować dla Najwyższej Izby, znalazł tu miejsce też dla mnie.
- Po prostu masz dar do zjednywania sobie wilków, a tu przyda się ktoś taki - Towarzysz wzruszył ramionami. - Wystarczyło, że przewodniczący cię poznał i nawet nie musiałem go namawiać.
- Dzięki temu mogę teraz kontynuować twoje dzieło. Ty uratowałeś mnie, a ja wyciągam zdolne wilki za uszy z tych ich zubożałych watah. Nigdy ci tego nie zapomnę!
- No cóż. - Eugisk podparł się na obu przednich łapach, by rozprostować tylne. - Doceniam to. Zawsze myślałem, że to krzywdy pamięta się na całe życie, a pomoc już niekoniecznie.
Najważniejszym pytaniem dla każdego praktyka jest: Jakim sposobem połączyć wszystkie niezależne okazy w jedno wielkie stado, by skutecznie zoptymalizować zarządzanie?
Na to jest wiele sposobów. Wystarczy na chwilę się zatrzymać i zastanowić.
- Kto to był? - zapytała jedna z wilczyc, spodem łapy podnosząc i strosząc swoją bujną kryzę.
- Mówią na niego Eugisk, ale ja tam nie wiem - zaskrzeczała druga, doganiając ją za rzeźbionymi drzwiami.
- Przystojniak. Biorę go.
- Nie bierzesz! To jaki nowy dyplomata, z delegacją tu przybył z południa. Zresztą on na ciebie ani nie spojrzy, głupia.
- Bo co, bo ty tak mówisz? Ty to się dopiero ostatnio roztyłaś jak świnia. Zamknij się, Fi, nie jesteś tu kierowniczką. A może byś chciała, co? - Wydęła usteczka w złośliwym uśmiechu. - Mleko spod nosa najpierw wysmarkaj.
- Bierz się za robotę lepiej, bo powiem wszystkim, że łasisz się do obcych, żeby tylko złapać jakiego na partnera!
- Fijka owijka! Do basiorowego kijka!
- Zamknij mordę! - Podskoczyła, by dosięgnąć głowy oponentki. Jej szczęki zatrzasnęły się na miękkiej sierści.
W chwili, gdy dwie furie wpadły prosto w wiszącą na drągu zasłonę, z zaplecza wysunęła się wysoka, szczupła sylwetka. Psycholog rzuciła notatnik na podłogę.
- Normalne jesteście całkiem czy tylko z lewej strony?! - ryknęła, chwytając za tę czuprynę, która bardziej wystawała. Wilczyca zapiszczała i tak walka została przerwana. - Jak dwa bezmózgi. - Imroza sapnęła i choć schyliła się już po swój zeszyt, nadal mierzyła je kątem oka. - O co wam poszło?
- To ta chce złapać partnera i się na nas wypiąć! - Fijka wzięła się pod boki.
- Ty mała... - Zza wyszczerzonych kłów jej towarzyszki wystrzeliło kilka kropel śliny.
Cispesja przysłuchiwała się kłótni jednym uchem, zza ściany zaplecza. Miała nadzieję, że współpracowniczka wybawi ją od uczestniczenia w tej ponurej maskaradzie. Ona lepiej załatwiała takie sprawy, więc po cóż angażować jeszcze kogoś, kto nie zagrzał na stanowisku nawet pełnego księżyca?
Chrząknęła, starając się wczytać w naprędce sporządzone notatki z wykładu o tajnikach słodzenia mięsa.
- Wiesz, co on powiedział, jak wstawał od kolacji? Że wilk nigdy nie zapomina, kto go skrzywdził, nawet jak wszystko inne zapomni!
- A co, tak go uważnie słuchałaś? To leć za nim do urzędu, czego stoisz?
- To o tobie mówił, Fi, bo wszyscy wiedzą, coś przedwczoraj wyczyniła! I wiesz co jeszcze mówił? Żebyś wsadziła sobie swoje rozkazy tam, gdzie słońce nie dochodzi!
Cispesja podniosła wzrok znad zapisek. Na chwilę zatrzymała go na stojącej pod ścianą piramidzie słoików. Ktoś wsunął się na zaplecze.
- O, pani psycholog - stropiła się wilczyca. - Miałam nadzieję, że dziś też tu panią spotkam. Wiem, że wy jesteście od urzędników, ale chciałam zapytać... Bo dziś wieczór kazali mi grać w karty... - Spuściła wzrok, a jej wargi wykrzywiły się w gwałtownym odruchu. - Chciałam tylko zapytać...
Cispesja uśmiechnęła się ciepło.
- Siadaj, kochana. Siadaj i opowiadaj. Widzę, że ktoś sprawił ci jakąś przykrość.
Kto jest bardziej wolny: ten, kto nic nie posiada, czy ten, kto nie wie, ile jest winien? System zależności to wszak forma wyzwolenia od ciężaru świadomości zniewolenia.
Czy w ogóle, kształtując świadomość wilka, działa się dla jego dobra? Czy tylko zyskuje się możliwość obarczenia go większą odpowiedzialnością?
- Mam dosyć. - Szczeniak z całą mocą odepchnął szachownicę. Drewniane figury z terkotem stoczyły się na ziemię. - Przegrałem!
- Przecież miałeś nauczyć go wygrywać - mruknął Alnirik.
- Jeszcze będzie wygrywał - westchnął Eugisk, układając pionki z powrotem na planszy. - No, już, od nowa.
- W takim razie ja będę czarnymi!
- Proszę bardzo. Więc zaczynam. - Kątem oka zerknął na szczeniaka, który wiercił się na swoim miejscu. - Zaraz pobiegniesz bawić się z koźlętami. Ale tę partię musisz wygrać.
- A widziałeś moją nową kózkę? Jest zupełnie taka sama jak dziadzia Biała Królowa, tylko jeszcze mała.
- To zupełnie tak jak ty i twój ojciec. - Eugisk zawahał się przez chwilę, zanim przestawił kolejną figurę.
- Haha, wziąłem wieżę wieżą!
- Pięknie.
- A dlaczego nigdy nie gracie w szachy z dziadkiem?
Starsze basiory wymieniły się krótkimi spojrzeniami.
- On nie lubi tej gry.
- Aha. - Przez chwilę dało się słyszeć tylko stukanie.
- Poczekaj, Kirłan. Przyjrzyj się centrum szachownicy. Zobacz. - Basior nachylił się nad planszą. - Ruch królową, widełki. A teraz, niezależnie od mojej odpowiedzi, masz kolejny ruch...
- I mat!
Czy silnym jest wilk, który nie potrafi ocenić siły innych? Siła, jak piękno, jak miłość i nienawiść, jest względna. Opiera się tylko na porównaniu. Niektórzy nierozsądnie boją się słabości. Słabość natomiast jest nie wyrokiem, a, podobnie jak siła, tylko formą przydatności. Czy różnią się czymś więcej niż ewentualnymi różnicami w poziomie życiowej wygody, jaki ofiarują osobnikowi? Dostrzeganie słabości innych jest zaś organizacyjną uczciwością. Umożliwia rozsądne dysponowanie środkami.
Ile warte jest to, czego nikt nie ocenił? Czyż wartość nie istnieje wyłącznie tam, gdzie jest rejestrowana i wymieniana?
- Ciszej. Już cicho.
Koścista łapa przesunęła się po miękkiej sierści. Ildiri skuliła się, jakby dotyk parzył ją niczym rozpalone żelazo.
- Likselm... - pociągnęła nosem. - Napisał do mnie ostatnio. Dziś odebrałam z poczty.
- No, i co pisze? - zapytał delikatnie, jak zwykle, gdy rozmawiali o braciach.
- Że z okazji zaręczyn dostał polanę od alfy. Dobrą polanę, gdzie po deszczu nie ma błota i od rana do wieczora jest po równo słońca i cienia. Bardzo ci dziękuje.
- Napisz mu, że polana sama odnalazła swego suwerena. Ja tylko poleciłem niezależnego eksperta, aby znalazł sposób na zwiększenie przyrostu naturalnego watahy. Jakże miło czasem być promyczkiem, dzięki któremu wzrok wszechwidzącego oka sięga naszej zagrzybiałej północy. - Zachichotał. - O tym, co to za ładny znaczek został alfie na karku po ostatniej delegacji do NIKL-u, przypomniała mu wszak sama panna młoda. Nawet trochę szkoda, że tak szybko się zgodził. Rad bym usłyszeć, jak opowieść o przygodach przywódcy poprawiłaby dzień jego partnerce i podwładnym. Najlepiej długa. Z wieloma szczegółami. - Raz jeszcze pogładził wilczycę po głowie, lekko zgniatając w palcach czarne kosmyki. - A jak się miewa twoja szlachetna koleżanka po swojej brawurowej akcji?
- Podobno jest już w drodze z powrotem. - Wilczyca opuściła pysk.
- Gdy się tu zjawi, przekaż, że będzie jej to zapamiętane.
Każdy akt tworzenia czegoś wiekopomnego musi zostać ukryty pod maską oczywistości. Co jest starsze: odwieczne prawo, czy ten, kto je spisał i nazwał prawem? Czy ten, kto poddaje się ocenie i podlega temu prawu, może mieć prawdziwą władzę?
- Dowiedziałem się, że Najwyższej Izbie wadzi jedna z watah, które sąsiadują z twoimi ziemiami. - Eugisk usiadł pod jodłą, stawiając przed sobą kubek mleka. Z błogością rozciągnął kończyny, nie przyznając się, że zmęczył je całodzienny przegon z kontrolą stada. Mógł tłumaczyć sobie, że to ono rozrastało się z każdą wiosną, ale byłoby to tylko po części prawdą.
- Nie może być! - Kirłan ostentacyjnie uniósł brwi. - Co za wataha? Czy przypadkiem nie nasi śmierdzący siarką górale z łapami utaplanymi w pyle ze swoich cennych złóż?
- Owszem.
- A więc Orzełki, skąd wiedziałem! - Wargi młodego wilka napięły się, odsłaniając krzywy uśmieszek. - Co z tym zrobimy?
- Wesprzemy rozsądną ilością środków. Przyda się trochę dodatkowych wilków do pracy przy kozach. I kilka dodatkowych płos ziemi.
Czym różni się proroctwo od kłamstwa, zanim naprawdę się spełni?
Któż to wie. Któż w ogóle się nad tym zastanawia. Nie ma to żadnego znaczenia. Proroctw i kłamstw słucha się przecież z jednakowym uniesieniem i z jednakową wiarą.
Remiza zdążyła już roztańczyć się na dobre.
- Wstąpmy na chwilę na salę - zaproponował Kirłan i, nie czekając na odpowiedź, skręcił ku światłu ogniska. - Napiłbym się.
- Przed kolacją? - mruknął Szkliwo gdzieś z tyłu.
- Na naszej kolacji nie ma alkoholu. - Zatrzymał się nad stanowiskiem wciąż pełnym jedzenia, choć najwyraźniej dawno porzuconym przez biesiadujących. Machnął łapą do jakiejś wilczycy. - Hej! Przynieś nam po czystym kubku!
- Ja dziękuję. Nie lubię wina.
- Nie wygłupiaj się. Ja dowodzę tą misją. Jeden kubek i idziemy. - Uniósł brwi, odwracając się przez ramię, tylko na chwilę. Nie potrzebował potwierdzenia. Wydając polecenia nigdy nie czekał, aż podwładni zaczną mu przytakiwać.
Już po chwili wspinali się po szerokich, starych schodach na końcu korytarza. Deszcz ściekający rynnami szumiał gdzieś za ścianą. Kirłan po omacku popchnął drzwi na piętro. Zatrzymał się kilka kroków dalej, zauważywszy, że towarzysz nie idzie za nim.
- A tobie co? Ach, no tak. - Nad ich głowami, w ciemności mignęła szara sierść wilczej postaci. Podniósł pysk ku wiszącemu pod sufitem połamanemu lustru. Pod ścianami nadal błyszczało kilka większych odłamków, które lata temu ktoś zepchnął w kąt, zamiast uprzątnąć. - Faktycznie za pierwszym razem można się zdziwić. Nie pytaj, po co ktoś powiesił tam to zwierciadełko.
Weszli do sali oświetlonej przez rząd pochodni przytwierdzonych do ścian na wygiętych gwoździach. Silna woń oleju i żywicy uciekała z powrotem na korytarz, a potem do góry, szczeliną w drzwiczkach prowadzących na dach. Przy jednej z pochodni krzątała się Fijka. Przechylała się lekko, napinała policzki. Machała łapą, drugą osłaniając świeży płomień.
- Wiesz, co najbardziej lubię w mojej pracy? - Basior uśmiechnął się szeroko, odwracając głowę, by sprawdzić, czy ptak słucha. - Że ogranicza się do pokonywania trasy. Gdy już tu jestem, mam wolne. Dlatego zawsze przychodzę jako jeden z pierwszych.
Na kamiennej podłodze nie leżał ani jeden przypadkowy okruch. Na środku rozłożone były świeże śliwki i winogrona, a wokół nich porcje surowego mięsa, dokładnie tyle, ilu miało zjawić się gości. Przy każdej stała szklana miska pełna czerwonego płynu. Tym razem nie wina. Nie, to wyglądało trochę inaczej: było mniej przejrzyste, gęstsze. Krew.
- Jak minął dzień? - Kirłan przysiadł się do wilka o nawykowo zmarszczonym pysku, który już czekał przy swojej porcji. Nie wypadało przedłużać milczenia po krótkich ukłonach, które wymienili przed remizą. Teraz jegomość oblizywał pysk i, łakomie spoglądając na swój posiłek, przyciszonym głosem rozmawiał z siedzącą obok Żamichą.
- Przeczytałem to, o co prosiłeś - mruknął tamten. - Jeśli tak spojrzeć na sprawę, może to i pora.
- Eugisk twierdzi, że najwyższa pora.
- A ja musiałam całe popołudnie wysłuchiwać ględzenia archiwisty - wtrąciła wadera. - Jeszcze nie posprzątał wszystkiego, co zostało mu po ostatniej interwencji. Ale następnym... - nagle urwała, mierząc wzrokiem siedzącego razem z nimi żurawia, jakby dopiero go zauważyła.
- Zresztą najpierw zjedzmy. - Kirłan umościł się wygodnie, wesoło zamiatając ogonem ziemię. - Nie wiem, jak wam, ale mi tam nie chce się rozmawiać o interesach przed kolacją.
- W ogóle mi się nie chce - odparł basior, pazurem obracając leżący przed sobą kawałek mięsa. - Jednak dobrze policzyłem, że jest dziś o jedno miejsce więcej. A to, właściwie... kto? - Spojrzał na ptaka, nie zdradzając żadnych uczuć. - Oblicze wydaje mi się znajome, ale nie wiem, skąd.
- Jest tutaj już od jesieni. To Szkliwo, mój przyjaciel ze Wschodnich Ziem.
- Ach, jak ja. - Skinął, przenosząc wzrok z powrotem na swój posiłek. - Ale to stare dzieje.
- Szkliwo, poznaj Cuaplera, głównego przewodniczącego Najwyższej Izby Kontroli Leśnej.
- Zanim zapomnę. - Przewodniczący chrząknął, unosząc palec. - Północ spóźnia się z dostarczeniem nam wodorostów. A trzeba w końcu przygotować pałatki dla zimowych rekrutów.
- Słyszałem - dobiegł głos z naprzeciwka. Szczupły, wysoki basior o długim i wąskim pysku kiwnął im głową. - Bez obaw, zajmę się waszymi pałatkami. Należy w tym celu wystosować pismo do przymorców. Mi nie odmówią. Jeszcze przed pełnią przyniosą w zębach co do sztuki.
- Wiedziałem, że zawsze można na was liczyć - wymamrotał Cuapler. - Brata dziś z nami nie będzie?
- Został w domu, pilnować interesów. Przygotowujemy się, by przeniósł się przyszłą wiosną. Stary strateg ma rację. Nie ma potrzeby, żebyśmy wchodzili sobie w drogę. Długo dyskutowaliśmy, aż w końcu padło na Zachód.
- Zachód! A czyj to pomysł? - zapytał Kirłan. - Niechże go uściskam. Dodatkowe zaplecze tam zawsze jest w cenie.
- Ojca, rzecz jasna. Lubi czasem ze swojej kryjówki porządzić dalekimi krainami.
- Całe szczęście, że dziś się spóźnia, bo by się teraz rozgniewał. - Szary wilk zachichotał. Przewodniczący zawtórował mu basowo.
- Rozgniewał? - Spojrzenie basiora o strzelistej figurze nie wyrażało niczego, ale pozostawało świdrujące. - Przecież to wilk o gołębim sercu.
Znajdowali się dokładnie nad salą, w której cały urząd właśnie jadł kolację, ale z dołu nie było słychać ani rozmów, ani dudnienia metalowych instrumentów. Tylko od strony wejścia co chwila dobiegały kolejne kroki.
- Zachodnie Ziemie. - Kirłan splótł łapy na brzuchu. - Dawno tam nie byłem. Wiesz, Szkliwo... Chodzi mi po głowie jakaś wyprawa. W ogóle ostatnio nabieram ochoty na te wszystkie rzeczy, które nudziły mnie już, gdy nie miałem towarzystwa. Drik to straszna maruda.
- A Eugisk?
- Wieki temu znużyły go podróże. Nawet do klientów już się nie fatyguje. Czasem przekazują mu listy przez Drika, gdy przywozimy mleko.
- Klientów?
- W końcu jest strategiem.
- Myślałem, że to stanowisko działa z zasady w obrębie watah.
- Ach, mój słodki, niewinny przyjacielu. - Basior nachylił się i zniżył głos. - Tacy jak on nie ograniczają się do klientów po jednej stronie barykady. Wilki nie dziękują mu za lojalność. Są mu dłużne za dowiedzioną skuteczność i doskonale wiedzą, że jest tylko jedna osoba, przeciwko której na pewno nie zostanie użyta - dokończył na jednym, dłuższym wydechu, który poruszył gładkimi piórami, wystającymi spod bordowego kołnierza. Podniósł leżącą na stosiku śliwkę i podrzucił ją z brwiami uniesionymi na znak samozadowolenia. - Wracając. Zachód! Jesienią chciałem zabrać tam Walisę, żeby przywieźć nowe sadzonki jej ulubionych kwiatków. Ale odłożyliśmy to, aż synowie podrosną i będą mogli sami dopilnować pomocników.
Uśmiechnął się pytająco, widząc, że ptak zapatrzył się na jego pysk.
- Pięknie razem wyglądacie - powiedział i zaraz spuścił wzrok, unosząc szpon, żeby podrapać się po karku.
- Przemiło. - Kirłan przechylił głowę i rozciągnął palce przednich łap. - No, to jak? Kiedy ruszamy? Pewnie nigdy jeszcze nie byłeś na zachodzie.
Znów spostrzegł, że wzrok Szkliwa zawisł w wyjściu na korytarz, a myśli uciekły w nieznane. Odwrócił się, by sprawdzić, co zajęło je tym razem.
Znów spostrzegł, że wzrok Szkliwa zawisł w wyjściu na korytarz, a myśli uciekły w nieznane. Odwrócił się, by sprawdzić, co zajęło je tym razem.
- Jest i nasz samotny wędrowiec! - Rozłożył łapy. - Strasznie jesteśmy głodni, ale przecież nie zaczęlibyśmy bez pana dowódcy.
Żółty, kościsty basior zatrzymał się tuż nad nimi.
- Głodni jak wilki. - Jego wargi rozciągnęły się pod same uszy, choć ślepia pozostały niewzruszone. - Raczcie wybaczyć zwłokę. Zatrzymały mnie pilne obowiązki. - Obszedł ich ciasnym okręgiem i usiadł na miejscu obok żurawia, które inni uczestnicy kolacji pozostawili puste. Nie spojrzeli na siebie nawet przelotnie.
- Przemyśl, Szkliwo, moje pytanie. - Szary wyciągnął łapę po naczynie pełne krwi. - Gdy dostaje się szansę, żeby żyć naprawdę, trzeba ją wykorzystać. Troszczyć się nie tylko o ciepłą norkę i pełny żołądek. Potrzeby ciała nie są równe potrzebie samospełnienia. Wilk, który przez całe życie dąży tylko do tego, by przetrwać, zatrzyma się na etapie poszukiwania prostych mechanizmów, które mu to umożliwią. Wilk, który to wszystko już osiągnął, zaczyna szukać dalej. Zaczyna szukać w sztuce, zaczyna łaknąć wielkości, aż w końcu sam zaczyna tworzyć. Nie twierdzę że bogactwo czyni wielkim. Bogactwo to za mało! Ale jestem głęboko przekonany, że otwiera prostą drogę do wielkości tym, którzy postanowią nią pójść.
- Jak mniemam, podobnie do ciebie. - Ptasie palce wolno obróciły szklaną miskę. Kirłan pogodnie poruszył nosem.
- A jeśli kto chce iść za mną, niech wzniesie toast! - wykrzyknął, unosząc ponad głowę obie łapy z kryształowym naczyniem.
Podniosło się więcej naczyń. Zebrani wyciągali ramiona. Dźwięczało błyszczące szkło. Światło pochodni załamywało się na czerwonym płynie i rzucało na ziemię między nimi purpurowe plamy.
W końcu rozległo się mlaskanie i trzask rozgryzanych kości.
- Tylko nie zagoń się za bardzo w podróżach, przynajmniej nie teraz. - Przewodniczący wziął łyk. Gęsta ciecz osiadła mu na wargach. - Jest parę rzeczy do zrobienia.
- A kiedy niby nie ma czegoś do zrobienia? Przecież to wszystko bez nas już dawno obróciłoby się w bagno. - Kirłan z rozbawieniem wyszczerzył kły. - Ale trzeba też umieć wygospodarować chwilę na oddech. No, ewentualnie... - położył niespodziewany nacisk na ostatnie słowo. - Połączyć przyjemne z pożytecznym. Po to przyprowadziłem wam dziś na kolację mianowanego rzecznika Watahy Srebrnego Chabra.
Nikt nie przerwał jedzenia, ale kilkoro ślepiów na mgnienie uniosło się znad posiłku. Ktoś z uznaniem kiwnął głową. Ptasie szpony zastygły, a płyn w misce, na której spoczywały, przestał falować.
Mówca przechylił się na bok, opierając na jednej łapie.
- No tak, Szkliwo, ty jeszcze nie wiesz, o czym mamy do pomówienia ze Wschodem. Ale jesteś rozsądny, więc mnie zrozumiesz. - Łapą potarł powiekę i zamrugał. - Myślę, że czas odnowić nasze stosunki i trochę wychować tych dzikusów. Co prawda nie mają dla nas nic ciekawego na handel, ale za to jak wiele cennych osobników marnuje się w tym lesie. Wśród nich bystra młodzież, już odchowana, ba, z waszym wschodnim rozmachem nauczona nawet czytać i pisać. Można by wygrzebać najlepsze sztuki na przykład z sierocińca, gdzie i tak nie są nikomu potrzebne. Słyszałem, że w waszej watasze też jest jakiś sierociniec, prawda? Powiedz... pewnie znasz wilka, który się nim zajmuje?
- O tak, Halast na pewno chętnie by się z nim zaprzyjaźnił - gdzieś z boku dobiegł pełen przekonania głos Merapika. - Ten to jest dopiero koń. Nie wiem, jak on to robi, ale z samym diabłem by pożartował i wina popił! Radzi sobie jeszcze lepiej niż ja w jego wieku.
Skrzydlaty zacisnął szpony na ziemi, pod sobą. Owinął ogon wokół nóg, ukrywając blednące palce.
- Dawno mnie tam nie było. Dużo mogło się pozmieniać.
Kirłan skrzywił się, unosząc jeden kącik pyska.
- Tak dawno? Bez przesady. A listów przypadkiem nie pisałeś?
Naprzeciwko nich jakieś basiory rozmawiały szeptem, swobodnie, słysząc tylko nudne pytanie o korespondencję, którą prowadziło wszak wielu urzędników. Na ich pyskach tańczyło światło pochodni. Szkliwo zmrużył oczy.
- Pisałem - odparł cicho.
Podrapał się w kark. Cieplejszy punkt po lewej stronie, tuż za szyją, zaczął lekko szczypać.
- Więc znasz też tamtejszych nauczycieli. Jak doskonale wiesz, wilki takie jak my najlepiej zdają sobie sprawę z ich wartości.
Nie był nawet pewien, czy chciał, czy musiał znieruchomieć. Zaczął z dziwną uchwytnością... czuć na sobie własną skórę. Nie był to ani ucisk, ani mrowienie. Jednak... czuł. Coś czuł.
- To jak, pamiętasz jeszcze imiona? - ciągnął Kirłan. - Na przykład ze szczenięcych listów? Tych, które odbierałeś z poczty. - Beztrosko wyciągnął łapę do leżącej na stosiku kiści winogron. Zerwał jedno z gałązki i włożył do pyska.
- Nie pamiętam.
Basior przeżuł owoc i z bezdźwięcznym chichotem pokręcił głową.
- Oczywiście, że nie.
Ból w ściśniętych palcach zmusił ptaka do ich gwałtownego rozprostowania. Otworzył dziób, by coś jeszcze powiedzieć, lecz niemal natychmiast zamknął go z powrotem. Nadal nie wiedział: ucisk, mrowienie... wszystko jedno. Narastało. Nie mógł się ruszyć.
Oddech zatrzymał mu się w piersi. Mięśnie na darmo szarpały żebrami; każdy wdech kończył się w połowie. Zesztywniałe gardło nie mogło wypuścić ani nabrać powietrza.
„Zaraz zemdleję”.
Od serca po ramiona przeszedł gorący dreszcz. Po kończynach rozpełzło się pieczenie. Opuścił wzrok na swoją nogę. Palce znów były przykurczone.
„Muszę stąd wyjść. Jeśli zdążę”.
- Szkliwo. Co się dzieje? - Uśmiech Kirłana zastygł, zawieszony pomiędzy zniknięciem a przerodzeniem się w serdeczny śmiech. - Coś taki niewyraźny?
- Nie, nic - rzucił najprostsze, co nasunęło mu się na język.
„Otruł mnie?”.
Wilczy pysk w świetle ognia rozmywał się, aż chwila po chwili, wreszcie zamienił się w rdzawą plamę. Zamrugał. Na powiekach zbierały mu się łzy.
„Nie, nie zadawałby tylu pytań”.
- Będę się zbierać.
No i spłynęły. Wolne, błyszczące. Opuszczenie wzroku nie zdołało ich ukryć. Tylko wzmogło uwieranie pod powiekami. Basior poruszył się na swoim miejscu; przysiadł się bliżej, przy każdym oddechu lekko naciskając teraz bokiem na jego skrzydło.
- Ależ o czym ty znowu? - Podniósł łapę, aby go objąć, delikatnie, jak skamlącego szczeniaka, który zgubił zapach matki.
Szkliwo spojrzał w górę. Gdyby tylko mógł dostrzec bezkresne niebo; dosięgnąć chmur lub gwiazd. Jednak dusiły go wilgotne ściany i strop pokryty grzybem. Powinien się odsunąć, a przyjął ciepło wilczej łapy, jakby miało mu w czymś pomóc.
„No, dalej. Udowodnij, że tego nie udźwigniesz. Że nawet szpieg z ciebie żaden”. Gdyby złamali go siłą. Gdyby przyznał się do wszystkiego na przesłuchaniu, z nożem na gardle! Może by to sobie wybaczył. Ale nie... w tak głupi sposób.
„Co teraz?”. Podniósł się. Własne nogi pod nim zadrżały, a kończyna wilka zsunęła się na podłogę.
„Walcz. I tak nie masz już innego wyjścia”.
- Wybacz, średnio się czuję - stwierdził sucho. - Może po tym winie. Jestem wdzięczny za zaproszenie, ale możemy wrócić do tego później?
Kirłan uchylił pysk. Cisza zdawała się trwać wiecznie.
- Oczywiście. Może wyjdziemy się przewietrzyć i jeszcze się rozbudzisz? Ledwo co zjadłeś.
„Oddychaj!”.
- Innym razem. - Kiwnął głową wszystkim zebranym i nikomu konkretnemu zarazem. Wilk już nie odpowiedział; w milczeniu powiódł za nim wzrokiem.
Wycofał się, przyciągając jeszcze jedno spojrzenie, siedzącego tuż obok dowódcy. Wyprostował kark i spojrzał mu prosto w oczy. Oblicza aktorów spotkały się w przelocie poza sceną, obojętne, trochę zmęczone, i minęły się, zanim obaj złapali za maski.
Po kilku krokach znalazł się w korytarzu. Przystanął, słysząc tylko skrobanie własnych pazurów po podłodze. Urywany oddech pozostał jego jedynym towarzyszem. Myśli rozpierzchły się, zanim zdołał je złapać.
„Ciemno. Strasznie tu ciemno”.
Poruszył głową. Gdzieś z tyłu zamajaczył mu jeszcze słaby snop światła. Nasłuchiwał, ale niczego nie wychwycił. A może wychwycił: jakieś pojedyncze słowa z daleka. Nie wiedział, o czym rozmawiali, ale mówili lekko, spokojnie. Kirłana nie słyszał.
„Nasyć oczy, chociaż w wyobraźni”. W końcu ją miał i na niej uwiesił się kurczowo.
Na skórze poczuł powiew wiatru. Może to żywica z pochodni, a może... woń jodłowych igieł. W cieniu krzewów migotały barwne kwiaty, a gdzieś w górze obłoki leniwie płynęły po niebie.
„Dziękuję, babciu”.
Powietrze wokół nadal było ciężkie, ale wreszcie docierało do płuc. Skóra na karku piekła niemiłosiernie. Podniósł powieki.
Smukła sylwetka patrzyła na niego z lustra, czarna jak noc na tle światła wypływającego z sali. Tylko zaszklone oczy lśniły w mroku; nieruchomo, wyczekująco.
Czy tak właśnie miało być? Czy nie po to przybył do tego miejsca, by usłyszeć takie pytania? Czy dało się odnieść większe zwycięstwo... a potem ponieść większą porażkę?
Chłodna fala przepłynęła wzdłuż jego grzbietu.
„Czy wszystko stracone? Tylko właściwie co? Źródła informacji? Szansa, którą mógł... chciał dać mi Kirłan? Jego przyjaźń? Nie, nie wydawał się szczególnie przejęty faktem, że jego cenny rzecznik zwiał jak ofiara, którą przecież i tak jest od skorupki”.
„Rzecznik. Listy. Niech by to szlag. On wie. Ale jeśli wie, musi wiedzieć i Nakideron, a jemu nie drgnęła powieka! A jeśli tylko podejrzewał, prowokował... Zresztą teraz już wszystko jedno. Właśnie przestałem być szpiegiem”.
Kim więc był?
Z sali na parterze dobiegało dudnienie instrumentów i wyczerpane głosy tych, którzy jeszcze dopychali żołądki ostatkami. Minął jakąś wilczycę, która niosła pustą tacę z powrotem na zaplecze. Wyszedł prosto na zamarłą scenę świerszczej orkiestry. Teraz wypełniał ją tylko szum deszczu. Gałęzie kilku drzew leniwie kiwały się na wietrze, a równina za nimi niknęła w ciemności.
Mokry piasek chrzęścił pod nogami.
„Co teraz?”.
Nie wiedział. Wiedział tylko, że coś właśnie skończyło się bezpowrotnie, a jeśli gra nadal trwała, to liczba możliwych ruchów drastycznie zmalała. Właściwie... widział już tylko jedno posunięcie, które mogłoby uratować go przed matem.
Zatrzymał się po kilku krokach i odetchnął głębiej. Noc. Skromna, świeża i przyjazna. Odwrócił głowę.
- Gdzie znajdę klucznika?
Sylwetka stojąca u wyjścia z remizy nie poruszyła się. Strażnik uniósł jedną brew i przez chwilę patrzył na niego, jakby pytanie było bardzo niestosowne.
- Klucznika? Pierwsze słyszę.
- Wilk, który ma klucze. Klucze do pomieszczeń w urzędzie, które są zamykane.
- Klucze? - Basior skrzywił się lekko, ale głos miał spokojny. Ptak odetchnął powoli.
- No cóż. Dobrej nocy. - Nogi same poniosły go dalej.
- To ty jesteś ten trzeci? - usłyszał za sobą. - Ten od Chabrów? - Jeszcze jeden krok. Znów się obejrzał. - Tak myślałem - dodał wilk, nie czekając na odpowiedź. - Od początku tak czułem. Co, kolacja poszła nie po naszej myśli?
- Dobrej nocy. - Przełknął ślinę i ruszył, już się za siebie nie oglądając.
„Co teraz?”, wciąż brzmiało w głowie, choć odpowiedź była już jasna. Odejść poza zasięg czujnych oczu strażnika. Potem znaleźć jakąś pochodnię, która jeszcze nie wygasła. „A co później? Później coś się wymyśli”.
Podskoczył, ot tak, omijając jeden krok zupełnie bez powodu. Po piórach widział, że trzęsie się jak galareta, ale już wcale tego nie czuł. Z każdym ruchem łatwiej szło się tą drogą. Myśli stawały się bliższe, wyraźniejsze.
Tuż nad ścieżką, w ciemności wyrosła biała ściana, a gdzieś w górze szerokie, ciemne okno. Z tego okna często wyglądała na ulicę samotna para oczu. Teraz jednak było puste.
- Spójrz, jakie wspaniałe życie ci dałem. Dałem ci zrozumienie. Nowe spojrzenie - głos rozległ się tuż nad jego uchem, choć obok stał tylko zimny mur.
- Nie.
- Żal skakać w przepaść, co? - Kły wyszczerzyły się. Bordowe futro zafalowało, choć wiatr nie poruszył ani jednym źdźbłem trawy. - A przepaść i z jednej, i z drugiej, i z trzeciej, i z czwartej strony.
- Nie - głos załamał mu się jak rozstrojone skrzypce, ale nie zwrócił już na to uwagi. Nie spodziewał się tego spotkania. I wcale nie szkodzi. - Niech morze kiwa statkiem, a wiatr wieje do woli. Ja jestem tu kapitanem. Jeśli zaczniesz wlewać wodę do środka, to polecisz do wody na pysk. Nawet kamień u szyi nie będzie ci potrzebny.
To tylko chwila, tylko krok. Wiedział, że to dobry ruch. Potem będzie po wszystkim.
Mięśnie sztywniały; kręciło się w głowie. Piętno na karku paliło żywym ogniem, jakby własne ciało próbowało dobić go upokarzającym wspomnieniem. Impuls do walki lub ucieczki hulał po żyłach. Drżała każda komórka rozgrzanej skóry, wibrowała w uszach pieśń na setki głosów.
Skrzydła zaszumiały i uderzyły kilka razy. Zacisnął szczęki, na język łapał drobne krople krwi. Wiedział, że żyje; czuł, że już właściwie... umiera. Jednak czuł się pewniej niż kiedykolwiek. Czy kiedykolwiek wcześniej tak bardzo się bał?
Mając pod palcami chropowatą powierzchnię ościeżnicy, zwarł szpony i przeskoczył na drugą stronę. Wiatr poruszył białymi prześcieradłami. W kącie, jak zwykle, wisiała pochodnia. Zimna, z leżącymi pod spodem kamieniem i nożykiem, przygotowanymi do rozpalenia.
- No, gdzie jesteś? - rzucił. - Ucichłeś?
Nadrzeczne trzciny były gęste i wyższe od niego. Nachylały się nad ścieżką i zaczepiały o pióra.
Na horyzoncie ani jednej sosny, delikatnej brzózki czy nawet uschniętego pnia. Wszędzie wokół tylko bagienne zarośla zmierzwione wiatrem, przypominające sierść chorego kota. A nad nimi niebo pokryte grubą warstwą chmur, z których nie dało się wyodrębnić żadnych kształtów. Drobny deszczyk osiadał na piórach.
Droga prowadziła do martwego lasu. Pomiędzy drzewami wiła się wstążka żółtawych, śmierdzących szlamem kałuż.
- Co sprawiło, że wpadłeś na pomysł, by mi się odszczekiwać? Wiesz, kim jestem?
- Wiem. Iluzją.
Jedną z nóg odstawił nieco do tyłu, by dać sobie lepsze oparcie. Wilcze cielsko stało po kolana w bagnie i właśnie napięło mięśnie, szykując się do skoku. Z wody tuż obok wystawały połamane konary, przypominające opadłe poroże lub kościste kończyny topielców.
- Nieroztropnie tak mnie nazywać.
- Nie wszystko kręci się wokół ciebie. Twoje miejsce jest w piekle, nie w moich snach. A ja... właśnie podjąłem dobrą decyzję. Więcej nie będę pytać o pozwolenie.
Bure zarośla rozstępowały się. Gałęzie zaczęły znikać pod wodą. Rozłożył skrzydła. Na niezmąconej tafli ostatni raz dostrzegł swoje odbicie. Nie było już lasu ani wilka.
Chwycił za drewniany trzonek pochodni; kamień i nożyk wylądowały w kieszeni. Wspiął się na wnękę okienną i skoczył. Ulica była pusta.
- Strach - ten głos był inny. Szkliwo spiął się, czując, że zimne powietrze jak pęk igieł wkłuwa się prosto między żebra. - Zupełnie jak ty, nie potrafi się przyznać do swojego imienia.
Gałąź czeremchy stukała o ścianę. Wokół rosły purpurowe onętki. Dziesiątki, setki onętków. A gdzieś pomiędzy nimi wiła się droga donikąd.
- Ty. To ty. Poczekaj. - Przełknął wilgoć spływającą do gardła. - Posłuchaj. Ja wiem. Jedna połowa... to za mało.
Raz po raz ciemność przecinały purpurowe błyski, ale nie znać w nich było zapowiedzi świtu ani odbicia płomieni. Światła tańczyły jak zorza, ale nie po niebie, a po ziemi, wokół niego. Błękit nieba rozlał się w powietrzu, czerwień i róż mieszały się jak barwne mgły, wiotkie, ulotne, gotowe rozpłynąć się przy najlżejszym dotknięciu.
Wioska była tylko zawieszonym wśród nocy, zagubionym cieniem bez źródła. Wyzbyła się konsystencji, została jedynie płaskim obrazem. Szkliwo nie czuł podłoża, powiewu wiatru, chłodu nocy, ani ciepła własnych piór.
- Jedna połowa? Powtórz. Mówiłeś przecież: „Ciebie nie ma”. A jednak przez cały czas... - Smukła sylwetka zbliżyła się, sztywno opuszczając głowę. - Przez cały czas tu jestem.
- Jesteś. Czego ci potrzeba? - wyszeptał. - Muszę to zrozumieć. Proszę.
Widmo zatrzymało się tuż przed nim. Spojrzało mu w oczy jego własnymi oczyma. A on, patrząc z bliska, nie znalazł w nich ni cienia goryczy, ni zaciętości złego ducha. Dopiero teraz widział wyraźnie, że zjawa uśmiecha się lekko; jego własnym uśmiechem.
- Mnie niczego nie potrzeba. A tobie? Pamiętasz jeszcze, czego ci potrzeba?
- Mnie, czy... mojej watasze?
- A zatem to już dwie różne odpowiedzi.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj, Szkliwo. Po co przepraszać? Nie tego chciałem.
- Wiem. Ale na to zasługujesz. - Przysunął się bliżej do ściany i zsunął na trawę. Gdzieś w górze zostało okno. Puste okno.
- Nie będziesz wiecznie śnić, a żyć pewnie nawet dwa razy. Nie zmienisz świata kilkoma słowami, a właściwie w ogóle.
- Więc co robić? Ja już nawet siebie nie mam. Za co mam walczyć, jeśli dla jednych i drugich zawsze będę tylko narzędziem. Do wykorzystania, do zdarcia i połamania, a potem do wyrzucenia. Nikt nie powie „Dość, odpocznij”, bo narzędzie się testuje, a nie z nim rozmawia.
- A kim chcesz być?
Zamilkł. Wcisnął grzbiet mocniej w ścianę.
- Nie wiem. Po prostu nie chcę niczego więcej stracić. - Głos uwiązł mu w gardle. Zmienił się w szept. - Nie mam już nic do oddania.
- Więc zobacz, co się stanie... - Ptak wzruszył ramionami. - Gdy przestaniesz oddawać.
Opuścił wzrok. W przykurczonych palcach ściskał pochodnię.
Wsunął ją za pazuchę, żeby nie nasiąkła deszczem.
Cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz