niedziela, 30 sierpnia 2026

Od Yrsy - ,,Niemy ból''


Yrsa zawsze uważała, że dobrze znosi ciszę.

Nie było w tym zresztą niczego szczególnie godnego podziwu. Cisza, podobnie jak chłód, stawała się łatwiejsza, kiedy obcowało się z nią dostatecznie długo. Na Dalekiej Północy potrafiła trwać całymi godzinami, rozciągnięta pomiędzy jednym podmuchem wiatru a drugim, tak głęboka, że własny oddech wydawał się czymś niemal nieprzyzwoicie głośnym. Yrsa nauczyła się jej wcześnie. Później, kiedy została sama, nauczyła się jej jeszcze lepiej. Dlatego długo nie widziała niczego niepokojącego w tym, że coraz częściej wybierała własne towarzystwo. Samotność była przecież czymś znajomym. Bezpiecznym. Przewidywalnym. Ostatnio unikala pytań, na które nie miała siły odpowiadać, nie oczekiwała uśmiechu, kiedy nie miała ochoty się uśmiechać, i co najważniejsze, nie mogła jej odrzucić.

Tego dnia wracała do nory późnym popołudniem. Większość dnia spędziła poza głównymi terenami watahy, z dala od miejsc, gdzie zwykle gromadziło się więcej wilków. Nie unikała nikogo świadomie. Przynajmniej tak sobie tłumaczyła. Ostatnio rozmowy zwyczajnie ją męczyły. Nawet te dobre. Nawet z wilkami, które lubiła. Pytania były niewinne: 

Jak się czujesz, 

Gdzie byłaś, 

Zostaniesz z nami, co o tym sądzisz? 

Dawniej odpowiadała bez większego wysiłku. Teraz każde zdanie wymagało chwili przygotowania, jakby słowa leżały głębiej niż wcześniej i trzeba było po nie sięgać. Yrsa nie widziała w tym niczego dramatycznego. Nie należała przecież do wilków szczególnie rozmownych, odzywała się wtedy, kiedy miała cos wartościowego do powiedzenia. Nie czuła potrzeby zapychania ciszy. Po prostu ostatnio mówiła jeszcze mniej. Tyle.

Ścieżka prowadząca ku jej norze przecinała miejsce, w którym kilka wilków odpoczywało razem. Yrsa zapewne minęłaby je bez zatrzymania, gdyby nie śmiech. Nie był szczególnie głośny. Nie wydarzyło się też nic wyjątkowego. I właśnie dlatego zwolniła. Jeden z wilków opowiadał coś z przesadnym przejęciem, drugi co chwilę mu przerywał, najwyraźniej prostując szczegóły, trzeci leżał na boku i śmiał się z obu. Nieopodal młodszy wilk zaczepiał starszego z cierpliwością właściwą stworzeniu, które nie przyjmowało do wiadomości, że ktoś może nie mieć ochoty na zabawę. Ktoś wracał od strony lasu. Jedna z leżących postaci podniosła głowę natychmiast, zanim tamten zdążył się odezwać.

Ten drobny gest zatrzymał uwagę Yrsy.

Wilk wrócił.

Ktoś go zauważył.

To wszystko.

A jednak stała pomiędzy drzewami nieco dłużej, niż zamierzała, patrząc na grupę z uczuciem, którego nie lubiła określać zazdrością. Zazdrość kojarzyła się z pragnieniem odebrania komuś tego, co posiadał. Ona niczego takiego nie czuła. Nie życzyła im ciszy zamiast śmiechu. Nie chciała, żeby przestali być sobie bliscy. Wręcz przeciwnie.

Dobrze, że to mają, pomyślała.

I niemal natychmiast przyszło drugie, cichsze:

Chciałabym wiedzieć, jak to jest.

Yrsa zmarszczyła lekko brwi.

Nieprawda.

Doskonale wiedziała.

Wspomnienie przyszło bez zaproszenia. Śnieg. Daleka Północ. Młode wilki biegające pomiędzy zaspami. Ona stojąca nieco dalej.

To nie była jeszcze samotność, którą wybrała.

Wtedy nikt nie pytał jej, czy chce być sama.

Po prostu często zostawała z tyłu.

Była córką alf. W klanie Wilczej Paszczy samo to wystarczało, by od początku oczekiwano od niej więcej. Jej rodzina należała do tych, na których patrzono. Których decyzje miały znaczenie. Od potomstwa alf oczekiwano siły, rozsądku i wytrzymałości. Na Północy zresztą wymagano tego od wszystkich, bo mróz nie interesował się pochodzeniem. Śnieg nie ustępował przed godnością, a głód nie miał szacunku dla nikogo.

Yrsa była więc pod pewnym względem wyjątkowo niefortunnym szczeniakiem swoich rodziców.

Najbardziej chorowitym.

Najsłabszym ogniwem.

Tym, które pierwsze zaczynało kaszleć po zbyt długim przebywaniu na mrozie. Tym, które szybciej się męczyło. Tym, które podczas zabaw i ćwiczeń musiało odpoczywać wtedy, gdy pozostałe szczenięta dopiero się rozgrzewały. Na Dalekiej Północy słabość nie była wadą charakteru. Była po prostu niebezpieczna.

Problem zaczynał się wtedy, kiedy inni zapominali o tej różnicy.

Rówieśnicy nie potrzebowali wielkiej filozofii, by uznać ją za łatwy cel. Szczenięta rzadko potrzebowały skomplikowanych powodów.

Za wolna.

Za delikatna.

Zawsze chora.

Córka alf, która nie potrafiła dotrzymać im kroku.

Pamiętała jedno z zimowych popołudni. Nie wiedziała już, ile dokładnie miała wtedy miesięcy. Była dostatecznie młoda, by bardzo chcieć uczestniczyć w zabawie, i dostatecznie duża, by zauważyć, kiedy inni tego nie chcieli. Grupa rówieśników urządzała coś na kształt pościgu pomiędzy zaspami. Yrsa próbowała dołączyć. Przez pierwsze kilka chwil jeszcze się śmiali. Potem zaczęła zostawać w tyle. Ktoś westchnął ostentacyjnie.

– Przez ciebie musimy zwalniać.

Nie odpowiedziała.

Spróbowała przyspieszyć.

Po chwili zabrakło jej tchu.

Reszta pobiegła dalej.

Nikt nie zrobił tego z dramatycznym okrucieństwem. Nikt jej nie ugryzł.

Po prostu przestali czekać. Czasem spotykała wyśmiewanie, a większości gadanie za plecami, szepty.

To chyba właśnie dlatego pamiętała tamten dzień tak dobrze.

Dużo łatwiej było nienawidzić jawnego okrucieństwa niż obojętności.

Później przyszły wizje.

A wraz z nimi głosy.

Tutaj również pamięć była nieprzyjemnie dokładna. Budziła się nocami, czasem gwałtownie, czasem zbyt cicho, z sercem bijącym tak szybko, że przez kilka pierwszych chwil nie potrafiła złapać oddechu. Widziała rzeczy, których jeszcze nie rozumiała. 

Obrazy śmierci. Śnieg. Krew. 

Sylwetki niknące w zamieci. Czasem słyszała szepty, których nie słyszał nikt poza nią.

Na początku mówiła o tym.

Popełniała więc błąd właściwy szczeniętom: zakładała, że skoro coś jest dla niej prawdziwe, inni również potraktują to poważnie.

Niektórzy się bali.

Inni śmiali.

Jeszcze inni traktowali jak dar od bogów. 

Dla niej to było bardziej przekleństwo.

– Znowu coś słyszysz?

– Może duchy powiedzą ci, gdzie schowałaś postradany rozum.

– Może zobaczyłaś przyszłość, w której w końcu nauczysz się biegać.

Były też spojrzenia.

One bywały gorsze.

Dorosłe wilki nie zawsze drwiły. Czasem po prostu milkły, kiedy przechodziła. Przyglądały się jej trochę z niepokojem, trochę z ciekawością, podziwem. Jak czemuś, czego nie rozumiały i nie były pewne, czy powinny się obawiać.

Córka alf.

Słabe szczenię.

Dziwne szczenię.

To było osobliwe połączenie. Formalnie należała do rodziny stojącej najwyżej. W praktyce często czuła się tak, jakby zajmowała miejsce gdzieś na obrzeżu własnego stada.

Rodzina była wyjątkiem.

Przy nich nie musiała udowadniać, że zasługuje na obecność. Matka nie pytała, czy koszmar był „prawdziwy”, zanim pozwoliła Yrsie położyć się bliżej. Brat potrafił się z niej droczyć, ale kiedy inni robili to zbyt długo, przestawało go to bawić. Ojciec wymagał od niej wiele, być może czasem zbyt wiele, lecz nigdy nie pozwalał jej zapomnieć, że należy do Wilczej Paszczy.

Była ich.

To słowo miało wtedy niewielkie znaczenie.

Dopiero później zrozumiała jego wartość.

Kiedy wszystko zniknęło.

Yrsa zamrugała i wróciła do teraźniejszości. Przed nią nadal leżały wilki z Watahy Srebrnego Chabra. Nadal rozmawiały. Nadal się śmiały.

Jedno z nich zauważyło ją w końcu.

– Yrsa?

Kilka głów obróciło się w jej stronę.

Poczuła na sobie uwagę grupy i niemal odruchowo cofnęła ciężar ciała.

– Chodź do nas.

Zaproszenie było szczere.

Widziała to.

I właśnie ta szczerość skomplikowała sprawę.

Spojrzała na wolne miejsce pomiędzy nimi. Mogła podejść. Nikt jej przecież nie odpędzał. Nikt nie patrzył na nią tak jak dawne szczenięta. Nie była już chorowitym szczeniątkiem próbującym nadążyć za zabawą rówieśników.

A jednak w głowie natychmiast pojawiła się lista tego, co nastąpi później.

Ktoś zapyta, gdzie była.

Ktoś inny rozpocznie rozmowę.

Trzeba będzie słuchać.

Odpowiadać.

Uśmiechnąć się we właściwym momencie.

Nic trudnego.

Nic, czego nie potrafiła.

I nic, na co miała dziś siłę.

– Dziękuję – powiedziała uprzejmie. – To bardzo miłe, ale obawiam się, że dzisiaj byłabym raczej miernym dodatkiem do towarzystwa.

– Wszystko dobrze?

Oczywiście.

To pytanie.

– Tak. Jestem tylko trochę zmęczona.

Nie było to nawet kłamstwo.

Pożegnała się i ruszyła dalej.

Nikt jej nie zatrzymywał.

Uszanowali jej decyzję dokładnie tak, jak powinni.

Dlaczego więc po kilku krokach obejrzała się za siebie?

Grupa wróciła do rozmowy.

Oczywiście, że wróciła.

Yrsa patrzyła jeszcze przez moment, po czym skierowała się ku norze.

W środku było ciepło i spokojnie. Dokładnie tak, jak chciała, kiedy Xiv szukało dla niej tego miejsca. Ułożyła się w głębszej komorze, oparła głowę na łapach i zamknęła oczy.

Cisza.

Na początku przyjemna.

Po kilku minutach już mniej.

Yrsa otworzyła oczy.

Nic się nie zmieniło.

Nora była taka sama jak zawsze.

Spokojna.

Bezpieczna.

Pusta.

Westchnęła.

– Interesujące – mruknęła.

Nie chciała wracać do grupy. Gdy wyobraziła sobie rozmowę, nadal czuła zmęczenie.

Nie chciała jednak również leżeć tutaj sama. Przez chwilę uznała te dwie potrzeby za sprzeczne. Potem uznała, że to mało eleganckie wyjaśnienie. Pozorne sprzeczności zazwyczaj oznaczały, że pytanie zadano źle.

Nie chciała rozmowy.

Chciała...

Obecności.

Yrsa uniosła lekko głowę.

– Ach.

Odkrycie było tak proste, że niemal poczuła zażenowanie, iż zajęło jej tyle czasu.

Potrzeba ciszy nie była potrzebą samotności.

Można było nie mieć siły mówić i nadal chcieć słyszeć czyjś oddech obok.

Można było nie pragnąć pytań, ale pragnąć, żeby ktoś został.

Można było chcieć spokoju bez konieczności całkowitego znikania z życia innych.

Ta ostatnia myśl zatrzymała ją na dłużej.

Znikanie.

Dobrze znała ten mechanizm.

Nauczyła się go dużo wcześniej, niż została pustelniczką.

Jako szczenię też z czasem przestała podchodzić do grupy pierwsza. Jeśli inne młode chciały się bawić, pozwalała im. Jeśli ktoś zapraszał ją z wyraźnego obowiązku, odmawiała. Jeśli po koszmarze słyszała głosy, coraz częściej zatrzymywała to dla siebie.

Nie dlatego, że przestało boleć.

Dlatego, że nauczyła się nie pokazywać, że boli.

To było znacznie łatwiejsze.

Jeżeli nie mówiła o wizjach, nikt się z nich nie śmiał.

Jeżeli nie próbowała dołączyć, nikt nie mógł zostawić jej z tyłu.

Jeżeli pierwsza odchodziła, nie musiała sprawdzać, czy ktoś poprosi ją, żeby została.

Yrsa znieruchomiała.

Ta myśl była nieprzyjemnie celna. Przez lata sądziła, że nauczyła się samotności. Być może nauczyła się przede wszystkim uprzedzać odrzucenie. To rozróżnienie nie przypadło jej do gustu. Niestety, prawda rzadko troszczyła się o to, czy jest mile widziana.

Położyła ponownie głowę na łapach.

Po utracie rodziny mechanizm tylko się pogłębił. Nie było już nikogo, przy kim musiała być Yrsą niezależnie od nastroju. Mogła milczeć całymi dniami. Mogła cierpieć bez świadków. Mogła przeżyć koszmar, obudzić się z przyspieszonym oddechem i nikomu o nim nie powiedzieć.

Z początku wydawało jej się to siłą.

Nie potrzebować.

Nie prosić.

Nie obciążać.

Być łatwą do pozostawienia samej.

Yrsa zmarszczyła brwi.

To ostatnie brzmiało znacznie gorzej, kiedy wypowiedziała je w myślach w pełnej formie.

Łatwą do pozostawienia samej.

Czy naprawdę właśnie do tego dążyła? Chciała być dla innych tak niewymagająca, żeby nikt nie musiał się o nią martwić. Tylko co właściwie pozostawało, kiedy udało jej się to zbyt dobrze?

Nikt nie pukał do wejścia, bo wszyscy wiedzieli, że Yrsa ceni spokój.

Nikt nie nalegał, bo Yrsa zawsze odmawiała uprzejmie.

Nikt nie pytał drugi raz, bo pierwszą odpowiedzią zwykle było „wszystko dobrze”.

I trudno było mieć o to pretensje. Sama ich tego nauczyła. Ta świadomość bolała bardziej niż jakakolwiek niesprawiedliwość.

Niesprawiedliwość można było komuś przypisać.

Tutaj nie było winnego.

Był tylko stary mechanizm, który kiedyś ją chronił, a teraz zaczął robić coś zupełnie innego.

Yrsa długo patrzyła w wejście do nory.

Gdyby jutro nie wyszła, kto zauważyłby pierwszy?

Pytanie pojawiło się samo.

Natychmiast uznała je za mało uczciwe.

Znaczenia wilka w życiu innych nie mierzyło się czasem potrzebnym do wykrycia jego nieobecności.

Wiedziała o tym.

Emocje najwyraźniej nie uważały tego argumentu za szczególnie przekonujący.

Gdyby nie pojawiła się przez kilka dni?

Gdyby odeszła?

Nie zamierzała.

To nie było pragnienie odejścia.

Chciała tylko wiedzieć, czy pozostałaby po niej pustka. Czy ktoś tęskniłby za nią nie dlatego, że pomagała, słuchała, doradzała albo przynosiła coś przydatnego.

Tylko dlatego, że była Yrsą.

I wtedy pomyślała o Xivie.

Nie musiała nawet szukać odpowiedzi.

Xiv zauważyłoby.

Ta pewność pojawiła się zbyt szybko.

Yrsa westchnęła.

– Naturalnie.

Xiv prawdopodobnie zauważyłoby nieobecność wcześniej, niż Yrsa uznałaby ją za wartą zauważenia. Potem zjawiłoby się przy wejściu do nory. Zadałoby jedno pytanie, drugie i trzecie, zanim Yrsa zdążyłaby odpowiedzieć na pierwsze.

Kącik jej pyska uniósł się.

Po chwili Yrsa zauważyła własny uśmiech.

I przestała się uśmiechać.

To również wymagało analizy.

Ostatnio reagowała na Xiva inaczej.

Nie potrafiła wskazać konkretnego momentu. Relacje rzadko miały uprzejmość zmieniać się w sposób tak uporządkowany, by później można było oznaczyć granicę.

Zauważała jednak symptomy.

Za łatwo rozpoznawała jego głos.

Jeśli Xiv pojawiało się w większej grupie, jej uwaga kierowała się ku niemu zanim zdążyła podjąć świadomą decyzję.

Pamiętała rzeczy, które mówiło.

Często zupełnie bezużyteczne.

I zaczęła zauważać jego nieobecność.

To było chyba najdziwniejsze.

Nieobecność większości wilków pozostawała zwyczajnie brakiem obecności.

Kiedy nie było Xiva, czasami brak ten stawał się czymś wyraźnym.

Jak cisza po głosie, który znało się wystarczająco dobrze.

Próbowała już wyjaśnić to przywiązaniem.

Wdzięcznością.

Przyzwyczajeniem.

Wszystkie trzy hipotezy były rozsądne.

Żadna nie wydawała się pełna.

Jeszcze bardziej kłopotliwe okazywały się chwile, gdy widziała Xiva z kimś innym. Nie czuła gniewu. Nie posiadała przecież żadnego prawa do wyłączności na jego czas czy uwagę.

A jednak czasem pojawiało się drobne ukłucie.

Smutne.

Ciche.

Niemal zawstydzające.

Yrsa długo nie chciała nazywać go zazdrością. Nie dlatego, że słowo było nieprzyjemne. Po prostu nie miała jeszcze wystarczających danych. Miłość była kolejną możliwością, którą rozważała z ostrożnością właściwą komuś badającemu zjawisko potencjalnie niebezpieczne.

Kochała wcześniej.

Matkę.

Ojca.

Brata.

Rodzinę.

Znała więc miłość dobrze.

Znała również cenę jej utraty aż nazbyt dokładnie.

Ale to, co obserwowała czasem pomiędzy innymi wilkami, różniło się od więzów krwi. Rodzina nie wybierała jej na początku. Była po prostu ich córką.

Siostrą.

Należała.

Miłość innego rodzaju wydawała się bardziej zagadkowa. Ktoś mógł znać dziesiątki wilków, a mimo to szukać spojrzeniem jednego.

Wracać właśnie do niego.

Chcieć dzielić z nim ciszę.

Wybrać.

Yrsa poczuła delikatny ucisk pod żebrami. To słowo było chyba najważniejsze.

Wybrać.

Jako córka alf przez dużą część dzieciństwa była zauważana niezależnie od tego, czy tego chciała. Jako chorowite, dziwne szczenię często miała jednocześnie poczucie, że nikt nie wybrałby jej dobrowolnie, gdyby nie pochodzenie.

Rodzina kochała ją.

Ale rodzina była rodziną.

Xiv nie miało wobec niej żadnego obowiązku.

A jednak wracało.

To było... interesujące.

Yrsa prychnęła cicho.

– Zaczynam nadużywać tego słowa.

Usłyszała kroki przed norą. Znieruchomiała.

– Yrsa?

Przymknęła oczy.

Oczywiście.

– Jestem.

Atramentowy pysk pojawił się przy wejściu.

– Mogę wejść?

Yrsa spojrzała na nie przez chwilę. Jeszcze niedawno zapewne odpowiedziałaby, że jest zmęczona.

– Możesz.

Xiv wsunęło się do środka.

– Nie przeszkadzam?

– Skoro przed chwilą pozwoliłam ci wejść, byłoby dość osobliwe, gdybym teraz miała o to pretensje.

– Pytam tylko.

– Wiem.

Xiv usiadło niedaleko. Przez kilka sekund było cicho. Potem, zgodnie ze swoją naturą, przestało.

– Widziałom cię wcześniej.

– To niepokojące. Byłam przekonana, że pozostaję widzialna.

– Nie o to chodzi. Przy innych. Stałaś z boku.

– Ach.

– Zaprosili cię.

– Istotnie.

– Ale poszłaś.

Yrsa spojrzała na nie spokojnie.

– Widzę, że obserwacja była wyjątkowo szczegółowa.

Xiv poruszyło uszami.

– Martwię się trochę.

– Podejrzewałam.

– Skąd?

– Przyszłoś do mojej nory i od kilku minut próbujesz znaleźć uprzejmy sposób, żeby zapytać, czy coś jest ze mną nie tak.

Xiv otworzyło pysk.

Zamknęło go.

Yrsa uniosła lekko brew.

– Czy moja ocena była niesprawiedliwa?

– Nie.

– W takim razie możemy pominąć etap ostrożnego krążenia wokół problemu.

– Coś jest nie tak?

Yrsa już miała odpowiedzieć.

Nie.

Słowo było gotowe.

Wygodne.

Znajome.

Tak samo jak za młodu, kiedy po koszmarze ktoś pytał, czy wszystko w porządku, a ona z czasem nauczyła się odpowiadać, zanim rozmówca zdążył przyjrzeć jej się dokładniej.

Zatrzymała odpowiedź. To było trudniejsze, niż powinno.

– Nie wiem – powiedziała w końcu.

Xiv od razu spoważniało.

– Och.

– To nie musi oznaczać katastrofy.

– Nie powiedziałom, że oznacza.

Yrsa zerknęła na jego uszy.

– Twoja mowa ciała jest mniej powściągliwa niż ty.

Xiv natychmiast poruszyło uszami.

– Ostatnio jestem zmęczona – zaczęła Yrsa.

– Wiem.

– Nie fizycznie. A przynajmniej nie wyłącznie.

Xiv nie przerwało.

Yrsa doceniła to bardziej, niż zamierzała.

– Rozmowy zaczęły mnie męczyć. Czasami nawet takie, które w innych okolicznościach sprawiałyby mi przyjemność. Kiedy ktoś mnie zaprasza, pierwszą myślą zwykle jest odmowa. Chcę wrócić tutaj, mieć spokój i nie musieć niczego mówić.

– Rozumiem.

– Ja dopiero zaczynam.

Xiv spojrzało na nią pytająco.

– Problem polega na tym – ciągnęła – że kiedy już wracam, odkrywam, że wcale nie chciałam być sama.

– Och.

– Istotnie.

– To trochę bez sensu.

Yrsa skinęła głową.

– Początkowo również tak uznałam. Później doszłam do wniosku, że błędnie utożsamiałam dwie różne rzeczy. Nie chcę rozmowy. To nie oznacza, że nie chcę obecności.

Xiv patrzyło na nią przez kilka sekund.

– Czyli mam iść?

Yrsa zamrugała.

– Przyznam, że droga, którą dotarłoś do tego wniosku, pozostaje dla mnie zagadką.

– Powiedziałaś, że rozmowy cię męczą.

– Powiedziałam również, że nie chcę być sama.

– Czyli mam zostać?

To pytanie było tak proste, że odpowiedź prawie ją zabolała.

– Jeśli chcesz.

– Chcę.

Bez zawahania.

Za szybko, żeby można było udawać obojętność.

Yrsa poczuła pod żebrami znajome ciepło.

– W takim razie zostań.

Xiv ułożyło się niedaleko.

Po kilku sekundach zaczęło:

– Mogę też być cicho. Naprawdę. Potrafię. Czasami. Inni powiedzieliby pewnie coś innego, ale...

Urwało.

Yrsa spojrzała na nie.

– Co?

– Miałom milczeć.

– Nie prosiłam o to.

– Ale rozmowa cię męczy.

– Rozmowa wymaga odpowiedzi. Twoje mówienie niekoniecznie.

Xiv zmarszczyło brwi.

Yrsa westchnęła cierpliwie.

– Możesz mówić. Po prostu nie zakładaj, że odpowiem za każdym razem.

– Naprawdę?

– Doprawdy.

– To mogę opowiedzieć ci, co dzisiaj...

– Możesz.

Xiv zaczęło.

Yrsa położyła głowę na przednich łapach.

Nie słuchała wszystkiego. Część słów przepływała obok niej. Niektóre zdania zatrzymywały uwagę, inne nie. Xiv opowiadało o czymś, co wydarzyło się wcześniej, po drodze zgubiło własny wątek, znalazło drugi, potem trzeci.

Yrsa nie musiała niczego robić.

Nie musiała być interesująca.

Nie musiała odpowiadać.

Nie musiała być mądra.

Nie musiała nikomu pomagać.

Nie musiała udowadniać, że zasługuje na towarzystwo.

Była zmęczona.

Milcząca.

I Xiv nadal chciało tutaj być.

Ta myśl uderzyła w coś bardzo starego. W obraz szczenięcia stojącego z boku, bo nie nadążało. W wspomnienie rówieśników, którzy biegli dalej. W noce, kiedy po koszmarze leżała nieruchomo, by nikt nie usłyszał, że nie śpi. W lata uczenia się, że najlepiej być łatwą do zniesienia. A teraz ktoś leżał kilka kroków od niej i najwyraźniej nie potrzebował, żeby była łatwa.

Po pewnym czasie Xiv przestało mówić.

Yrsa otworzyła jedno oko.

– Dlaczego przestałoś?

– Myślałom, że zasnęłaś.

– Nie.

– Nudziłom cię?

– Nie.

– Na pewno?

Yrsa uniosła głowę.

– Xiv.

– Tak?

– Jeżeli odpowiem „nie”, czy istnieje choć niewielka szansa, że uznasz moją odpowiedź za wiarygodną bez dalszego przesłuchania?

Xiv zastanowiło się uczciwie.

– Niewielka.

– Doceniam tę rzadką chwilę samowiedzy.

Xiv prychnęło.

Yrsa ponownie położyła głowę.

Tym razem Xiv nie zaczęło mówić.

Cisza wróciła.

Ta sama cisza, która wcześniej była ciężka.

A jednak teraz Yrsa słyszała oddech drugiego wilka. Cichy ruch sierści. Drobne przesunięcie łapy.

Nic więcej.

I to wystarczało.

Po chwili spojrzała na Xiva.

Leżało z zamkniętymi oczami.

Przyszło tutaj, bo się martwiło.

Zostało, bo Yrsa powiedziała, że może.

Nie potrzebowało od niej rady, pomocy ani żadnej szczególnej wersji jej samej.

Ta myśl była niemal nieprzyjemnie ciepła.

– Xiv?

Otworzyło oczy.

– Mhm?

– Mogę zadać ci pytanie?

– Jasne.

Yrsa przez chwilę milczała.

Pytanie pojawiło się wcześniej, ale dopiero teraz zdecydowała się je wypowiedzieć.

– Dlaczego właściwie tak często mnie szukasz?

Xiv zamrugało.

– Co?

– Nie sądzę, żeby pytanie było szczególnie skomplikowane.

– Nie, tylko... nie wiem. Bo chcę?

Yrsa uniosła lekko brew.

– Zdumiewająco oszczędne wyjaśnienie.

– A potrzebuję powodu?

To ją zatrzymało.

Nie odpowiedziała od razu.

Xiv patrzyło na nią z autentycznym zdziwieniem.

– Lubię z tobą być.. – dodało. – To chyba wystarczy?

Yrsa przez moment nic nie mówiła.

Lubię z tobą być.

Nie: potrzebuję czegoś.

Nie: martwię się, bo jesteś chora.

Nie: przyszłom pomóc.

Po prostu chciało.

Wybrało.

Słowo wróciło.

Yrsa poczuła coś znajomego i niepokojącego zarazem.

– Rozumiem – powiedziała w końcu.

– Na pewno?

– Nie. Ale byłoby nieuprzejmie przeciągać przesłuchanie.

Xiv uśmiechnęło się.

Yrsa odwróciła wzrok.

Przez większą część dzieciństwa uważała, że przynależność jest czymś, co się posiada albo traci. Rodzina była jej miejscem. Stado, mimo całej obcości, było czymś danym z urodzenia. Po śmierci bliskich została bez obu.Teraz po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że może istnieć jeszcze trzeci sposób.

Nie dostać miejsca.

Nie odziedziczyć go.

Stworzyć je z kimś.

Powoli.

Z drobnych wyborów.

Z powrotów.

Z obecności.

Z prostego „chcę”.

To była myśl jednocześnie piękna i bardzo niebezpieczna. Yrsa doskonale wiedziała, co dzieje się z rzeczami, które zaczynają znaczyć zbyt wiele.

Traci się je.

Właśnie dlatego przez tak długi czas starała się nie potrzebować. Samotność miała jedną niewątpliwą zaletę. Nie można było stracić kogoś, kogo nigdy nie dopuściło się dostatecznie blisko. Cena była jednak coraz bardziej oczywista. Nie można było również zostać przez niego wybranym.

Xiv poruszyło się lekko.

– Znowu myślisz.

Yrsa spojrzała na nie.

– Niepokoi cię to?

– Trochę.

– Rozsądnie.

– O czym?

– O wielu rzeczach.

– O mnie?

Yrsa rozważyła odpowiedź.

– Między innymi.

– Och.

To „och” znowu ją rozbawiło.

– Co?

– Nic.

– Yrsa.

– Doprawdy nic. Po prostu zaczynam podejrzewać, że pewne tematy wywołują u ciebie wyjątkowo powtarzalne reakcje.

– Jakie tematy?

– Właśnie takie.

Xiv wyglądało na jeszcze bardziej zmieszane.

Yrsa pozwoliła sobie na odrobinę dłuższy uśmiech.

Potem spoważniała.

Nie wiedziała, co dokładnie czuje do Xiva.

Przywiązanie było pewne.

Bliskość również.

Wdzięczność niewątpliwie.

A dalej zaczynał się teren, którego nie chciała jeszcze opisywać z przesadną pewnością.

Być może brakowało jej miłości innej niż rodzinna.

Być może dopiero teraz zaczynała rozumieć, że jej pragnie.

Być może dlatego widok dwóch wilków wybierających siebie nawzajem budził w niej ostatnio więcej smutku niż dawniej.

A być może odpowiedź leżała kilka kroków od niej i właśnie próbowała udawać, że wcale nie obserwuje jej z ukosa. Yrsa nie była jeszcze gotowa, by to rozstrzygnąć. Co zaskakujące, nie przeszkadzało jej to. Nie wszystko trzeba było nazwać w chwili, gdy zaczynało istnieć.

Czasem wystarczyło zauważyć.

A ona zauważała coraz więcej.

Zauważała, że przy Xivie łatwiej było jej milczeć bez poczucia, że znika.

Że jego obecność nie wymagała od niej wysiłku, którego ostatnio brakowało.

Że kiedy przychodziło, coraz rzadziej zastanawiała się, kiedy pójdzie.

Czasami łapała się na myśli zupełnie przeciwnej.

Jak długo zostanie.

– Xiv?

– Tak?

Yrsa nie patrzyła na nie tym razem.

– Zostaniesz jeszcze trochę?

Cisza trwała może sekundę.

Dla niej wystarczająco długo, by uświadomiła sobie, jak rzadko prosi kogokolwiek o coś podobnego.

– Jasne.

Bez pytania dlaczego.

Bez zdziwienia.

Bez próby zmuszenia jej do rozmowy.

Po prostu odpowiedź.

Yrsa wypuściła powietrze.

– Dziękuję.

– Nie musisz. 

Miała już odpowiedzieć, że o tym, za co czuje wdzięczność, wolałaby jednak decydować samodzielnie.

Nie zrobiła tego.

Uśmiechnęła się tylko pod nosem.

Po chwili Xiv przysunęło się odrobinę bliżej. Nie dotknęło jej. Zmniejszyło tylko odległość.

Yrsa zauważyła.

Nie odsunęła się. 

Przez długi czas sądziła, że jej samotność zaczęła się po śmierci rodziny.

Teraz nie była już tego taka pewna.

Być może zaczęła się dużo wcześniej, kiedy jako szczenię po raz pierwszy stanęła z boku i zdecydowała, że łatwiej będzie nie podchodzić. Potem tylko doskonaliła tę umiejętność. Najpierw nie przeszkadzać rówieśnikom. Potem nie mówić o głosach.

Nie budzić nikogo po koszmarach.

Nie pokazywać, że boli.

Nie prosić o pomoc.

Nie zatrzymywać.

Nie potrzebować.

Była w tym naprawdę dobra. Może aż za dobra. Samotność nie była jej wrogiem. Nadal jej potrzebowała. Czasami cisza naprawdę była ukojeniem. Czasami chciała iść sama, myśleć sama, odpoczywać sama.

Problem zaczynał się wtedy, kiedy samotność przestawała być wyborem, a stawała się odruchem. Kiedy mówiła „zostawcie mnie”, choć tak naprawdę miała na myśli „nie mam siły mówić”.

Kiedy odchodziła, zanim ktokolwiek zdążył zdecydować, czy chce, żeby została.

Kiedy ukrywała ból, żeby nikogo nim nie obciążyć, a potem zastanawiała się, dlaczego nikt go nie zauważył.

To było być może najbardziej gorzkie odkrycie.

Nie można całe życie zamykać drzwi i później traktować ciszy po drugiej stronie jako dowodu, że nikt nie chciał wejść.

Yrsa zamknęła oczy.

Obok oddychało Xiv.

Pomyślała o Północy.

O młodych wilkach biegnących dalej bez niej.

O rodzinie, która mimo wszystkiego zawsze robiła dla niej miejsce.

O tym, jak długo później próbowała udowodnić światu, że żadnego miejsca już nie potrzebuje.

A potem o Xivie.

O jego prostym:

Bo chcę.

Być może to właśnie było najtrudniejsze do przyjęcia.

Nie pomoc.

Nie litość.

Nie obowiązek.

Czyjś wybór.

Yrsa nie wiedziała jeszcze, co z nim zrobić.

Na razie pozwoliła mu istnieć.

I po raz pierwszy od bardzo dawna cisza nie wydawała się pusta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz