piątek, 14 sierpnia 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Za horyzont”, cz. 19



一
Wyjątkowo ciekawym przykładem są przypadki,
w których zupełnie obce danym wilkom osobniki
stają się ich dozgonnymi towarzyszami
nawet wiele lat i zim po swojej śmierci.
一


Dwa dni przed pełnią. Słońce w zenicie. Biuro dowódcy.
Drzwi otwierają się z hukiem. Wchodzą dwa wilki.
- A tu będziesz się zgłaszać codziennie wieczorem. - Wilk imieniem Baszin, o chmurnym spojrzeniu i sierści barwy burzowych chmur, krótkim gestem zaprosił towarzysza do środka. Chudy, żółtawy basior prezentował się przy nim licho, lecz niektórzy uważają, że tak właśnie ma być. Pomocnik nie powinien równać się z tym, komu służy. - Jak cię zwą?
- Nakideron.
- Skąd jesteś?
- Z północy.
- Mieszkasz tu razem z córką? Tak mi powiedziano. - Dostojnik rozsiadł się na swoim fotelu, prawą łapę zaciskając na podłokietniku. Pazury zaskrobały na chropowatym materiale. Nowy podwładny przelotnie rzucił na nie okiem.
- Tak.
- Ona pracuje w remizie?
- Tak.
- Mhm. - Baszin podrapał się w nos. - Jako kto?
- Jako i wszystkie - odparł wprost Nakideron. - Kelnerka. Kucharka. Służąca. A czasem świadczy również i inne usługi.
- No cóż, mniejsza z tym. Zaczynasz od jutra, dziś możesz odejść.
Wypełnił się księżyc. Wypełniły się dwa.
Dwudziesty dzień przed pełnią. Słońce schodzi z zenitu. Kolacja w remizie. Goście tańczą i się śmieją.
Sala biesiadna; nie wychodził z kolacji, dopóki nie obszedł jej wkoło. Najciekawsze rzeczy działy się zazwyczaj pod ścianami, tam, gdzie grzbiety zbitych w ciasne grupki biesiadników zatrzymywały światło ogniska. Tym razem wszystko było zwyczajnie. Paru pijaków bez duszy, porzuconych przez przyjaciół. Palone zioło.
A tuż przy ognisku? Paczuszka wędrująca z łapy do łapy. Pomocnik dowódcy czujnie podniósł głowę. Druga paczuszka. Ten, który trzymał teraz papierowe pakunki w czerwonym od wina pysku, rozpłynął się w tłumie, ale ten, który mu je przekazał, rozejrzał się jeszcze niespokojnie. Nakideron nie odwrócił się ani nie szukał dziur w podłodze. Ich oczy spotkały się, na krótką chwilę, zanim rozeszli się w swoje strony.
Piąty dzień przed pełnią. Noc; właściwie noc.
Wejście do remizy: puste. Strażnik pewnie wybrał się nad rzekę. Podobno ryby najlepiej biorą tuż po zachodzie słońca. Na scenę wkracza skryta w ciemności postać.
Z wielkiej sali dobiegały stłumione śpiewy, brzęk szklanych i fajansowych naczyń. Ucichły, gdy ciężkie drzwi zamknęły się tuż za kościstym zadem. Teraz o wiele łatwiej było usłyszeć własne myśli. Wszedł wolno, szukając przedziału z uchyloną kotarą. Był umówiony. Wreszcie w półmroku mignęły mu ślepia córki.
- Gdzie ona jest? - Potrącił bokiem zwisający z drąga materiał.
- Fijka nie będzie z tobą rozmawiać - odparła chłodno. Jej wargi były blade, a grzbiet napięty. - Ale się zgodziła.
- Wszystko jak proponowałem?
- Tak. Ta nowa jest w pokoju za zapleczem. Możesz do niej iść.
- Dobrze więc - mruknął. - A ty co tak siedzisz? - rzucił, już do połowy odwrócony ku wyjściu.
- Idź już stąd. Czekam na kogoś.
Wyszedł więc, nie poświęcając chwili nawet na wzruszenie ramionami, do kolejnych drzwi na końcu korytarza. Wziął głęboki wdech. Usztywnił łapy. Oblizał kły. W myślach szacował, ile kroków może dzielić go od wilczycy. Pięć. Wiedział, że się nie zatrzyma, zanim nie postawi wszystkich. Wiedział, co będzie potem. Musiał chronić gardło i delikatny nos. Resztę miała wyjaśnić praktyka.
Nacisnął na klamkę. Jeden. Dwa.
- Oszczędź sobie krzyku. - Trzy. Cztery. Pięć.
Chwycił za szyję.
Dwa dni po ostatniej pełni. Świt. Przy głosie wróbli na ścieżkę wchodzą dwa wilki z dwóch przeciwnych stron.
- Przekazała mi twoją wiadomość. - Uśmiechnął się, zbaczając o krok, żeby stanąć basiorowi na drodze. Na tle ścian białych domów jego rysy wyglądały inaczej niż oświetlone ostrym płomieniem w cieniu remizy, ale rozpoznać można było z łatwością. Nawet po smrodzie, którym ział jak smok na kilka długich skoków zająca. Złodziej zesztywniał; nie odpowiedział. - A zatem jakiś nieborak nieszczęśliwie przewrócił się przy kolacji i zniszczył dwie paczuszki. Zawsze powtarzałem dzieciom, że trzeźwość to najwyższa cnota i popłaca w najmniej spodziewanych momentach.
- Dobrze, że się rozumiemy...
- Jak świat światem, istotnie - odmruknął. - Chcesz handlować? To nie będziesz bawić się w to sam.
Minęło dnia dokładnie dwa i pół. Ten, który nosił dwie paczuszki, już ich nie nosił. Nikt nie zapytał, dokąd trafiły one i on. Dowódca dowiedział się o tym dwa dni po fakcie i zmarszczył nos, ale samowolna akcja pomocnika była zbyt skuteczna, żeby otwarcie ją potępić.
Ten, który sprzedawał, tego wieczoru do końca kolacji siedział przy ognisku, czekając na instrukcje. Ale o tym nie wiedział ani dowódca, ani nikt inny.
Przeszły trzy pełnie i trzy nowie. Drzewa już ogołocone z liści. We właściwych strukturach plotki rozchodziły się szybko.
Na zapleczu remizy krzątanina.
- Merapik, kto by pomyślał - gruby głos kierowniczki remizy odwrócił ku niej głowy Imrozy ślęczącej nad wielkim garem i basiora stojącego w drzwiach. - A ty tu czego? Najeść się przyszedł przed kolacją?
- Gdzie, nie, skąd... Tylko chciałem sprawdzić, czy nie znajdę znajomej. Kazała się szukać w waszej kuchni.
- Yhy. - Pulchna wadera przekolebała się przez zaplecze. - A co to niby za znajoma? Nasze dziewczyny znają zasady. Tu mamy do roboty miejsce, wy jak chceta się tłoczyć, to na korytarzu.
- Właśnie ta. - Skinął łbem na psycholog, która akurat coś zapisywała, uchylając się od dymu buchającego z paleniska.
- Chyba że ta. - Szefowa przybytku zmierzyła ich oboje krytycznym spojrzeniem i ominęła go w drzwiach. Jej kroki stopniowo cichły.
- Nie pamiętam, kiedy ostatnio cię tu widziałam. - Imroza nie odwróciła się od sagana z mięsem. - Chyba jeszcze przed równonocą. Jak interesy?
- Dobrze. Przyprowadziłem dwie nowe pracownice.
- Dwie naraz. A co to za dzień szczodrości? - Napięła wargi, robiąc nieuchwytną przerwę. - To nie ma przypadkiem związku z tym nowym basiorem z ochrony?
- A co z nim?
- Ponoć dogadał się z tutejszymi dziewczynami. - Ściszyła głos, wykorzystując moment, gdy w kuchni poza nimi nie było żywej duszy. Odłożyła notatnik na podłogę, kątem oka upewniając się, że nie ma na niej żadnych tłustych plam.
- Ach, prawda. Jego córka tu pracuje i przez nią jakoś zwąchał się z Fijką. Chce zrobić z kelnerek dodatkowe źródło informacji. Ciekawe co będą z tego miały. Patrząc na tę małą jędzę, kierowniczkę, u nich nie ma nic za darmo.
- Ale numer.
- Chociaż głupie to nie jest.
- No, nie jest - przytaknęła. - Jeśli gdzieś można wychwycić szpiegów, to najprędzej na kolacji, po łyczku wina.
- To też... - Basior wydął wargi. - Chociaż nie wiem, czy tu nie idzie przypadkiem o pilnowanie urzędników na stanowiskach. Dawniej niektórzy ściągali tu całe rodziny, teraz nikt by się na to nie odważył. Zaraz któryś szczeniak spytałby ojca, dlaczego się tak drapie. I w ogóle, z takim czymś na karku głupio wracać do domu i pokazać się partnerce.
- Ale z czym?
- No... z imieniem.
Spadł śnieg.
Remizę Nakideron odwiedzał po kilka razy w każdym księżycu, albo by zapoznać się z nową pracowniczką, albo by przypomnieć starym rysy swojego pyska.
Trzecia, którą przyjmował. Krótka sierść, natarta wonnymi liśćmi krwawnika. Przeszłość: sierociniec na zachodzie.
Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć kroków. Chwyt. Chwila szarpaniny. Ta krzyczała. Na przyszłość zapamiętać: Najpierw łapy, potem kły na gardle, a dopiero na końcu słowa. Do ostatniej chwili nie potrafiła odpowiedzieć mu na żadne pytanie. Wrócił następnego dnia. Wtedy już szybko się porozumieli.
Czwarta. Ruchliwe uszy i szeroko otwarte oczy, ze źrenicami powiększonymi przerażeniem.
Raz. Dwa. Trzy. Źle wymierzył odległość... nie, ta po prostu się nie wycofała. Ledwie wyciągnął łapę, jej szczęki kłapnęły o włos od jego policzka. Łapa śmignęła w powietrzu, a pazury zostawiły na jego skroni cztery czerwone bruzdy. Zatrzymał się, dotykając rany. Krew ściekała na szyję.
- Ciekawe. - Wytarł ją we własne futro. Wilczyca stała pod ścianą, dysząc szybko, gotowa do kolejnego ataku. Uśmiechnął się. - Szkoda, że nie mam czasu, żeby się tym dłużej pocieszyć. Zawsze kibicuję wilkom w ujawnianiu swojego niezwykłego potencjału.
Trzy dni później zniknęła z listy pracownic remizy. W raporcie: przeniesiona na własną prośbę.
Stopniał śnieg. Skaleczenia na skroni zbladły, ale wciąż było je widać, gdy światło padało pod odpowiednim kątem.
Korytarz urzędu. Wchodzi Nakideron, trzymając torbę pełną dokumentów. Zatrzymuje się pod ścianą. Puka we framugę nieistniejących drzwi.
- Pan dowódca raczył przysłać mnie z raportami, podobno niezwykle ważnymi. - Skłonił się uprzejmie waderze za biurkiem. Ta pokiwała głową, nie odrywając wzroku od leżącej przed sobą kartki. - I z góry przepraszam, że zajmuję czas oraz zapracowane i tak łapy dobrodziejki. - Dopiero teraz podniosła zaskoczony wzrok, niepewna, czy i jak odpowiedzieć. Widząc pochyloną nonszalancko głowę wilka, skryła uśmiech za uniesioną do pyska łapą.
- Przecież taka nasza rola! Treliku, weź proszę.
Siedzący obok niej basior zmierzył przybysza niechętnym spojrzeniem.
- Co to za dokumenty? - zapytał, wyciągając muskularną łapę po przesyłkę. Przekartkował papiery, marszcząc czoło. - Przeniesienie... Tu brakuje podpisu dowódcy.
- Istotnie. - Nakideron przestąpił z nogi na nogę. - Mogę wszakże prosić o sprawdzenie w raportach z poprzedniego księżyca, czy dowódca postawił podpis i poprzednim razem? Może się mylę, ale, dałbym głowę, że poprzednio podpisu również nie było i go od nas nie wymagano.
- Nie było? Niemożliwe.
- Poczekajcie, sprawdzę. Po to trzeba do archiwisty. - Wilczyca podniosła się z westchnieniem, wciąż jednak do połowy pochylona, jeszcze przez chwilę zapisując jakieś pośpieszne litery. Wreszcie znikła na korytarzu.
Żółty wilk sięgnął po pióro, które zostawiła na biurku. Bez pośpiechu nakreślił podpis na dole strony.
- Do podpisów pan dowódca nie ma zbyt wprawnej łapy. - Odłożył pióro dokładnie tam, gdzie leżało wcześniej. - Ale kogóż i po co miałaby kłopotać taka drobnostka.
Basior zza biurka odkaszlnął. Przesunął dokumenty po blacie, układając je z powrotem przodem do siebie. Przewrócił stronę. Jedną, drugą.
Gdy Żamicha wreszcie wróciła, na dowód niosąc plik starych raportów, chrząknął raz jeszcze.
- I co?
- Tu wszystko się zgadza. Tak jak myślałam, brak podpisu wyłapalibyśmy od razu.
- To dobrze. Bo tu też się zgadza. Spojrzałem na złej stronie - zakończył mrukliwie.
Nakideron uśmiechnął się szeroko i na odchodne jeszcze raz uprzejmie skinął głową.
- Niezwykle godny szacunku jest brak głupiego uporu.
Ostatnia kwadra księżyca, trzynaście dni przed piątą pełnią. Wzdłuż ścieżki kwitną kwiaty. Sień biura ochrony.
Ominął nieznajomego wilka, który odprowadził go niewyraźnym wzrokiem aż na szczyt schodów. Wkroczył do biura dowódcy jak co dzień wieczorem. Jego właściciel stał odwrócony tyłem, w zadumie wyglądając na ulicę. Miał zwyczaj podchodzić do okna, gdy podejmował trudną decyzję. Jedną nogę zawieszał w powietrzu lub skrobał nią podłogę i milczał, dopóki nie znalazł właściwego rozwiązania.
- Witam szacownego pana dowódcę. - Pomocnik skinął mu głową, delikatnie zaznaczając swoją obecność.
- Witaj, Nakideron - odparł, jeszcze przez chwilę nie odwracając się do pokoju. - Czy mój gość na dole już czeka?
- Czeka z całą swoją mocą. - Uśmiechnął się lekko, połową pyska. - Sylwetka pana dowódcy jest doprawdy imponująca, gdy spogląda pan przez to okno. - Gdy dostojny basior powrócił do cienia gabinetu, uśmiech został zastąpiony przez profesjonalną powagę.
- Tak, tak. Z pewnością. - Baszin podniósł plik kartek ze stojącego obok, masywnego, dębowego biurka, którego wygładzona powierzchnia nosiła ślady długiego użytkowania. Zagłębił się w swoim fotelu i ułożył łapę na prawym podłokietniku. - Głowa może rozboleć od tych wszystkich papierów. - Zmarszczył czoło, patrząc na kartkę, jakby miał w palcach kłujący liść pokrzywy.
- Mogę to przejrzeć za pana dobrodzieja, jeśli on wolałby zająć się czymś ważniejszym.
- Dziękuję. Szykuje się nam afera szpiegowska i muszę dziś zająć się przesłuchaniem jakiegoś żołnierza, którego przysłali nam na przeszkolenie. Dowódca wojska ma podejrzenia, że to kret. Trzeba to sprawdzić.
- Słowa nie opiszą, jak chętnie bym w tym potowarzyszył. Do tego stopnia nie opiszą, że pozwolę sobie skierować do pana dowódcy malutki wniosek. Przydałby się nam ktoś jeszcze. Ktoś od grzebania w papierach.
- Tu masz rację. I tak jesteś o niebo lepszy od swojego poprzednika, ale jeden pomocnik to mało, żeby obstawiać przesłuchania, pilnować nadzorców i wywiadowców.
- Może mógłbym...
- Poszukam kogoś. A teraz zawołaj mi tego wilka z dołu i idź zająć się raportami.
- Jeśli wolno, wezmę udział w przesłuchaniu, a potem zajmę się raportami. Pragnę się uczyć.
- Proszę bardzo. - Baszin obojętnie rozłożył łapy. - Zatem do dzieła. - Pochylił się nad biurkiem. Wyciągnął z szuflady teczkę z luźno powtykanymi w nią papierami i jeszcze coś. Opasły, błękitny notatnik. - Słyszałeś o teorii klamer?
- Proszę o wybaczenie...
- Nie szkodzi. Na tym najczęściej opieramy przesłuchania. Nasz podejrzany ma młodą partnerkę na zachodzie. Jeśli rzeczywiście jest szpiegiem, będzie się bał, że to na nią spadnie odpowiedzialność.
- Czy nie będzie się bał tak czy inaczej?
- To by oznaczało, że nie umiemy zadawać pytań. Musimy wydobyć z niego prawdę, a nie wymusić przyznanie się do cudzej winy.
Już po chwili do pokoju został zaproszony główny zainteresowany. Nakideron milczał, obserwując dowódcę z namysłem układającego pytania, jakby prawda była z cukru i płatków kwiatowych; jakby trzeba było nieśmiało wywabić ją na powierzchnię, zamiast po prostu wyrwać jednym ruchem.
Dziewięć dni przed pełnią. Gabinet dowódcy: pusty. Żółty wilk wsuwa się do środka.
Zaraz za drzwiami wyprostował się, z chrzęstem rozciągnął kark i lekkim krokiem podszedł do szuflady. To tam leżały ciekawostki. Otworzył błękitny notatnik i oparł się o kant biurka.
„Znane są liczne przykłady wilków, które jeszcze przez długi czas po odrzuceniu i utracie kontaktu regularnie wracają myślami do tych, przez których zostały odrzucone. Jest to tylko w pewnym stopniu zależne od ich pokrewieństwa czy zbudowanej uprzednio relacji”.
Bez pośpiechu zaczął przeglądać kolejne strony, zatrzymując się na kolorowych schematach, wciąż delikatnie pachnących atramentem z wiśni i gotowanych jagód. Na chwilę podniósł wzrok i powiódł nim po pokoju. Cichy, spokojny i przytulny.
Wybił się z ziemi i wdrapał na biurko. Rozsiadł się na nim wygodnie i postawił stopy na szczycie oparcia fotela.
„Wyjątkowo ciekawym przykładem są przypadki, w których zupełnie obce danym wilkom osobniki stają się ich dozgonnymi towarzyszami nawet wiele lat i zim po swojej śmierci. Skłania to, by to spojrzeć na stosunki międzywilcze nie tylko przez pryzmat tworzonych przez wilki relacji i więzi, ale również - w równej mierze - niezależnego przetwarzania świata, które odbywa się w samotności”.
Nagle drzwi skrzypnęły cichutko. W pierwszym odruchu basior drgnął, ale od razu zdało się jasne, że to nie gospodarz gabinetu zakradał się do niego z taką ostrożnością.
- Ojej, przepraszam. - To jakaś wilczyca. Zmęczona, wiotka, o bladych wargach i skórze wokół oczu. Nie znał jej jeszcze, więc nie pracowała w remizie. Musiała być urzędniczką. - Przyszłam chyba za wcześnie.
- Akurat na czas - mruknął, odkładając notatnik na otwartą stronę.
- Miałam się zgłosić na przesłuchanie.
- Pan dowódca raczy raczyć się spacerem. Zaczniemy bez niego. - Nie miał żadnych jej dokumentów. Nie szkodzi. Wystarczyło mu mieć giętki język. - Pozwoli dobrodziejka do środka, byłoby mi wstyd narażać gościa na przeciąg. Godność?
- Boza.
- Z Ziem Zachodnich, jak mniemam? Podobnie jak nasza psycholog, Imroza?
- Tak, z Watahy Złotej Łani.
- Proszę mówić. - Wskazał jej miejsce pośrodku pokoju, a sam wsunął zad na fotel. Było trochę za wysoko, by wspinać się na niego tyłem. Nie zdążył nabrać praktyki.
- Ale... nie wiem, o czym.
- Mi natomiast się zdaje, że dobrodziejka doskonale wie.
- Dostałam po prostu pismo dziś w pracy, że mam stawić się w biurze ochrony.
- Jako żywo! - jego głos podniósł się o ton. - Dobrze więc. Niczego dobrodziejka nie wie, ba, nawet o nic nie pyta. Zastanówmy się chwilkę. - Oparł prawą łapę od łokcia aż po palce na podłokietniku i zacisnął z całej siły. - Gdybyś miała wybrać najmilszą, najuczciwszą osobę ze swojej watahy, kto by to był? - Pozycja nie była zbyt wygodna. Zamienił prawą stronę na lewą.
- Nie wiem, co to ma do rzeczy. Ale, powiedzmy... Coposz.
- Dobrze się znacie?
- Wiem, że jest opiekunem szczeniąt. Łowi dla nich mniejszą zwierzynę. Ale nigdy nie zostawia nikogo bez pomocy.
- Znakomicie. Pisz list do domu. Zapytaj, jak się ma.
- Po co? Nigdy z nim nawet nie rozmawiałam.
- Kiedy dostaniesz odpowiedź, zgłosisz się do mnie. Ale! Nie do dowódcy. Do mnie, do gabinetu na parterze. - Po czym machnął łapą, jakby wyganiał z pokoju natrętną muchę.
Cztery dni przed pełnią. Księżyc chowa się za drzewami. Droga do remizy.
Dwoje ślepiów tliło się w ciemności jak dwie blade zapałki. Chudy cień wilka wolno przechadzał się ścieżką. Widział każdego, kto wracał do wsi.
Strażnik, który wylegiwał się pod śliwą, jednym okiem przez cały czas obserwując wejście do budynku, widział o wiele więcej. Rozpoznawał gości po sylwetkach i krokach. Wiedział od razu, kto ile wypił, kto dziś zapalił, kto odwiedził kącik wilczyc, kto zmęczył się grą w karty.
Drugie oko basiora otworzyło się. Chłodne spojrzenie taksująco przesunęło się po przybyszu, który właśnie zatrzymał się naprzeciwko.
- Zawsze niezmiernie mnie ciekawił ów jegomość, który noc w noc leży tu i czuwa - odezwał się ten. - Musi mieć ciekawą pracę. A jaką pożyteczną, gdyby została odpowiednio wykorzystana.
- A jakże. Już jest bardzo pożyteczna.
- Z pewnością, jednak czy domeną zwycięzców nie powinien być ciągły rozwój? Osobisty na przykład?
Drugie oko basiora zamknęło się. Odwrócił pysk w stronę remizy.
- Jak masz na imię? - ciągnął Nakideron, niezrażony chwilą ciszy. - Ile wilków je zna? Chyba niewiele, co? Na kolacje jesz resztki dopiero, gdy urzędasy pójdą do domu.
Znów odpowiedziało mu milczenie.
- Możesz nie wierzyć, ale ja wielce takich osobników szanuję, choć serce mnie boli, gdy marnuje się ich wysiłek. Widzisz tak wiele i nic z tym nie robisz. A tak łatwo byłoby sprawić, że twoje spostrzeżenia zaczną coś znaczyć.
Jednak wilk leżał cicho, niewzruszenie, wcale nie patrząc już na pomocnika dowódcy.
- Bez obaw, słyszę wyraźnie twoją odpowiedź - wymamrotał ten. - Nie będę rzucać grochem o ścianę. Lubisz łowić ryby, prawda? A przeglądałeś się kiedyś w rzece? Sprawdzałeś, od czego niedawno tak okropnie szczypał cię kark?
Strażnik uchylił powieki, mrugnął w zamyśleniu, po czym odwrócił się do niego grzbietem.
- Ilu jeszcze jest z tobą strażników pilnujących remizy? Tylko ty jeden, prawda? - zapytał mówca jeszcze raz, ale tym razem nie czekał na odpowiedź. - To ciekawe, bo twój przełożony jutro zaproponuje mi pracę. Przydałby się ktoś, kto nie jest podpisany imieniem wadery, z którą spędzał czas, gdy remiza zostawała niestrzeżona.
Basior poruszył się. Wolno podniósł głowę, a mięśnie na jego łapach dyskretnie zwiększyły obwód. Zanim jednak zdążył jakkolwiek odpowiedzieć, z korytarza wysunęła się jakaś postać.
- Jak sobie życzysz. Nie będziemy tracić na to czasu - rzucił Nakideron, już spoglądając w stronę gościa opuszczającego budynek. W wysokiej, muskularnej sylwetce rozpoznał basiora z sekretariatu, który właśnie zatrzymał się na ścieżce.
- To ty - stwierdził wilk, gdy tylko ich spojrzenia się spotkały. - Pomocnik dowódcy.
- Zmierzasz pewnie do domu. Przepysznie, bo akurat mam ochotę na spacer.
- Jak chcesz. - Trelik wzruszył ramionami. Nie uszedł jednak daleko. Ledwie oddalili się trochę i wyszli na puste pole, zmierzył kompana spojrzeniem z ukosa. - Czego chcesz?
- Żeby szczęściło się wszystkim, którzy mi pomogli.
- Aha?
- Cenię wilki z potencjałem, jeśli stają po dobrej stronie.
- A strażnik?
- Cóż, no, strażnik, jeśli słyszałeś tę rozmowę, sam możesz ocenić. Tak czy inaczej zrodzi ona pewien słodki owoc. Niedługo się o tym przekonasz.
- Nieważne. Jeszcze raz pytam: Czego ty ode mnie chcesz?
- Jeśli pytasz, zapewne podejrzewam właściwie... Znudziło ci się w tym dusznym, zakurzonym sekretariacie.
Idąc ramię w ramię, zanurzyli się w pokrytej nocną powłoką bieli murów.
Trzy dni przed pełnią. Trelik siedzi w dusznym, zakurzonym sekretariacie. Wie, że siedzi tam już ostatni raz.
Gdy wilczyca wbiegła do sieni, nawet płacz nie zagłuszył jej urywanego oddechu. Nakideron poznał od razu zmęczone gardło, które wydawało te dźwięki. Uchylił drzwi do klitki pod schodami.
- Coście mu zrobi... - Koścista, lecz ciężka łapa zakryła jej pysk.
- Och, proszę siadać, wydaje się dobrodziejka srodze roztrzęsiona. - Postawił nogę na zimnej podłodze, w miejscu, gdzie zamierzał posadzić waderę. Na liście, który przyciskała do piersi, widać było wyraźne ślady zębów, zostawione podczas drogi do biura. - Proszę siadać i opowiadać.
- On... Rankiem znaleźli tylko trochę krwi i porytej ziemi przy jego norze. On zginął - wypluła ze szlochem. - Coposz zginął!
- Zginął? Czy może zaginął? Dobrodziejka brzmi prawie, jakby zaraz miała zakrzyknąć: „Wy go zabiliście!”. Kto to słyszał. A może on po prostu osiągnął stan społecznego spoczynku? Czymże jest prostacka przemoc bez wyczucia. Ani narzędziem, ani ceremonią.
- Nie. To się nie dzieje. - Ukryła pysk w łapach. Zmrużył ślepia.
- Ciekawe, że akurat teraz zainteresowałaś się jego losem. - Przez chwilę przypatrywał się jej obliczu. - Niektórzy mogliby to źle zrozumieć.
- Ty kazałeś mi napisać ten list!
- Coraz bardziej pochłania mnie ta schadzka - stwierdził; trudno ocenić, czy odpowiadając na jej pytanie, czy też je ignorując. - Spójrz, ile już wiesz o Najwyższej Izbie. Wszechwiedząca i wszechwładna. A może dla równowagi ty powiesz nam coś o sobie? Na przykład, czy jesteś tu szpiegiem?
- Uchowaj, nigdy!
Basior westchnął, delikatnie kładąc łapę na sierści na jej karku. Ścisnął.
- Nauczę cię teraz odpowiadać na to pytanie.
- Kiedy nie jestem żadnym szpiegiem!
- Na takie pytania odpowiadasz zawsze: „Będę współpracować!”. Zrozummy się jak należy. Ja prawie do cna już zostałem przekonany, że nie jesteś szpiegiem - sapnął, zżymając wargi w teatralnie niewinną minę. - Istnieją jednak, wespół z zasadami współżycia towarzyskiego, procedury, których muszę się trzymać. Niemniej mam też propozycję, która zadowoli wszystkich.
Opór pod jego łapami osłabł. Wilczyca uważnie spojrzała mu w oczy, na tyle, na ile mogła, nie poruszając głową.
- Dzień czy półtora drogi stąd - kontynuował - na południu jest pewne ciche, spokojne miejsce. Wymarzone, aby pokazać chęć współpracy i przeczekać zawieruchę śledztwa. Co ty na to? Właściwie niewiele się zmieni. Nadal będziesz pracować w Najwyższej Izbie, tylko bardziej... w naszym oddziale terenowym. Odwiedzałem to miejsce niejednokrotnie. Niezwykle urokliwe.
- Ja... - W jej oczach zalśniły łzy.
Dzień przed pełnią.
Dziesięć okręgów nietoperza przed chwilą, gdy księżyc ukazał się na niebie. Biuro ochrony. Za sceną słychać zbliżające się głosy.
Dwaj pomocnicy weszli do gabinetu Baszina. Zastali go w swoim fotelu, zaczytanego w jakichś dokumentach. Podpierał się prawą łapą, jak zwykle.
- Nakideron. Dobrze, że cię widzę. - Dowódca podniósł wzrok. Nachylił się i wziął z biurka kartkę, którą wilk poznał od razu. - Co to jest?
- Rozkaz usunięcia strażnika ze stanowiska - odparł bez namysłu. - Miałem w zamyśle oszczędzić panu dowódcy pracy.
- Podpisany moim własnym podpisem.
Stojący obok Trelik zmierzył wzrokiem drugiego pomocnika. Nie spodziewał się, że będzie świadkiem tej rozmowy już drugiego dnia pracy.
- Działałem w dobrej wierze - oznajmił Nakideron, nie wkładając w te słowa ani krztyny przekonania czy skruchy.
- Żadne przeniesienie ani zwolnienie strażnika oczywiście nie dojdzie do skutku. - Baszin odłożył kartkę z powrotem na blat. - Nikt nie wysunął wobec niego żadnych oficjalnych podejrzeń. Na szczęście już odwołałem tę... decyzję. Odsuwam cię od jakiejkolwiek pracy z dokumentacją. Jeśli jeszcze raz dowiem się, że dotknąłeś raportu lub pisma, za które jestem odpowiedzialny, twoja noga więcej nie stanie w tym biurze.
- Proszę przyjąć moje serdeczne zapewnienie - odparł wilk tym samym, suchym tonem, skrytym pod maską sardonicznego uśmiechu - że nie będzie takiej konieczności.
Strażnik mógł pilnować wejścia do remizy. Nie zajmował wiele miejsca.
Piąta pełnia roku.
Szorstka sierść szeleści w ciemności, ocierając się o słomianą plecionkę na ścianie.
Gdy chuda łapa uchyliła drzwi, dostojny basior odwrócił się od okna. Jego pomocnicy weszli bez pytania.
- Przyszła pora, panie dowódco.
- O czym mówisz, Nakideron? - zapytał, choć nie był naiwny. Usiadł. Skrzyżował ramiona.
- Pozwoliłem sobie ustalić z wykonawczym przewodniczącym pewną optymalizację środków.
- I tak. - Jego głos był chłodny i sztywny, jak łapy ułożone na piersi. - Jednak mnie wygryzłeś.
- Nie muszę chyba tłumaczyć, że wszystko to z troski o przyszłość Najwyższej Izby. - Żółty wilk skłonił się lekko. - Jako że jest mi ona droższa od samego nieba.
Właśnie dlatego nie miało żadnego znaczenia, co odpowiedział strażnik. Ucho w pobliżu remizy albo podpis dowódcy. Przeoczenie decyzji podjętej przez sprawnego pomocnika albo odkrycie i dowód własnej niesprawności: bywa, że wszystkie drogi prowadzą pod ten sam adres.
Minął ledwie lot jaskółczy i Baszina nie było już na posterunku.
- No to... pijemy - gdzieś z tyłu dobiegł półszept Trelika. - Za wspólne zwycięstwo. Kolacja czeka.
- Idź, jeśli chcesz. - Nakideron usiadł przed oknem, delektując się promieniami zachodzącego słońca. - Ja muszę pomyśleć. Jest jeszcze wiele do osiągnięcia. Na początek wprowadzę kilka ulepszeń do procedury przyjęć nadzorców.
- A co zrobisz ze strażnikiem? Jeśli wyszło, że stary dowódca chronił szpiega, strażnika też musisz usunąć. Inaczej przegrasz własną kartą przetargową.
- Doprawdy? - Uśmiechnął się krzywo. - Jakże jestem szczęśliwy, że już niedługo pomogę ci zrozumieć, jak działa skuteczny wywiad. Właśnie dlatego Najwyższa Izba czekała na kogoś takiego jak ja. Ale najpierw trzeba przygotować pokój. Wybierzesz się jutro do urzędu, do szafarza. Da mi kilka prześcieradeł. Przykryjemy nimi meble.
- Po co?
- Spójrz na nie tylko. Nie szkoda byłoby je poplamić przy pierwszym przesłuchaniu? No, idź już jeść.
Pierwszy poranek po nocy pełni. Obszerna, zwiewna płachta pokrywa biurko. Druga opada na fotel; kolejne na stos krzeseł leżących w kącie. Pokój cicho i niepostrzeżenie chowa się pod białą kurtyną.
Odtąd to on podchodził do okna. Wyglądał przez nie przy każdej okazji, nawet gdy nie musiał niczego rozważać.
Strażnik za to został zamieniony w posąg. Nie odstępował już od remizy ani na krok. O tym, że byłby to jego ostatni krok w Najwyższej Izbie, dobrze wiedział on sam, przewodniczący wykonawczy oraz nowy dowódca ochrony.
Obraz sytuacji od tamtej pory: spokój, harmonia i rozwój.
Nów.
Choć pora była jeszcze wczesna. Wilga nie skończyła zawodzić w drzewach rosnących przed wejściem do remizy. Czasem przekrzywiała główkę, okrągłymi ślepkami odprowadzając wilki znikające w cieniu korytarza. Szczególnie zaciekawił ją pośpieszny krok pewnej wadery.
- Och, dawno się nie widzieliśmy - powitał ją ze swojego fotela, a jego uśmiech mógłby uchodzić za kurtuazyjny, gdyby nie przymrużone oczy, zdradzające zupełnie inny rodzaj przyjemności z jej obecności.
- Przyszłam w sprawie zawodowej. - Stanęła wyprostowana, zbliżając do siebie przednie łapy. Jej drobna sylwetka ginęła wśród prześcieradeł poruszanych przez przeciąg.
- Jakże mrozi moje serce waćpanny srogi głos. Albo ma waćpanna nietęgą pamięć, albo źle wspomina nasze ostatnie spotkanie. A może właśnie dobrze i życzyłaby sobie je powtórzyć? Proszę wyswobodzić mnie z pułapki mnogości interpretacji. - Basior zeskoczył z fotela i zbliżył się o dwa kroki. Na piersi poczuła ciepło jego oddechu. - Pamiętasz je? Ja na przykład należę do wilków ogromnie sentymentalnych. Zapamiętuję sobie każdy szczegół. Pamiętam, że to była noc po pierwszej wiosennej burzy.
- Przecież zgodziłam się na wszystko. - Usiadła, rozcierając drżące palce. - Pracowałam dla ciebie uczciwie.
- Owszem, pamiętam. - Przysunął pysk jeszcze bliżej, zatrzymując nos tuż nad jej szyją. - Mówiłaś, że zrobisz wszystko. Dla mnie wszystko. Chciałbym móc pracować tylko z takimi klejnotami.
- Pracowałam... dla ciebie uczciwie - wycedziła przez zęby, ściskając swoje łapy do granicy bólu. - Jeśli to można nazwać uczciwością.
- A zatem? - Odsunął się tylko na tyle, by objąć ją wzrokiem.
- I będę nadal, ale musisz mi pomóc. Trzeba odprawić Kornicję do zwykłej watahy. Ona nie daje sobie rady. Tak powiedziała psycholog.
- Cóż za pesymistyczne wnioski, spowodowane chyba tylko brakiem doświadczenia w negocjacjach. Nawet muł da sobie radę, otrzymawszy odpowiednie instrukcje. - Basior uśmiechnął się szeroko, lecz jego spojrzenie pozostało zimne. - Powtórzę je z ochotą.
- Pozwól jej odejść. Nic z niej nie będzie. Użyj swoich wpływów u Cieni. Oni też mają sierociniec, przyjmą ją. Wiem, że od twoich synów wiele tam zależy. Proszę! - Urwała i odetchnęła, czując, że następne słowo może zamienić się w szloch.
- Jedna rzecz mnie frasuje w całej tej zabawnej historii. - Oparł łapę o otulone bielą biurko i postukał pazurem w kant blatu. - Powiadasz, że przyszłaś w sprawie zawodowej. A ja tu widzę tylko prośbę. W sprawach zawodowych przychodzą zazwyczaj ci, którzy oferują coś w zamian. A ty, spójrz, wszystko już mi oddałaś. - Pozwolił ciszy zapaść, obserwując uważnie, jak jej wargi bledną, a ślepia wilgotnieją. - Denkin! Flakonik biały.
Wadera cofnęła się o krok. Drzwi wciąż miała tuż za sobą. Droga jeszcze była wolna, lecz czy było dokąd uciekać? Denkin ominął ją szerokim łukiem.
- Zbliż się, bez obaw. - Między pazurami dowódcy błysnęła szklana buteleczka. Wyciągnął ją daleko przed siebie. - Weź.
Jak kazał, przejęła przedmiot delikatnie, obiema łapami.
- Co mam zrobić? - szepnęła.
- Masz rację. Swoje obowiązki wypełniasz wystarczająco dobrze - mruknął. - Ale możesz pomóc Ildiri. Ostatnio nieboga leciutko się potknęła. Nie zdołała utrzymać zaufania jednego ze swoich gości. Ale tobie nie będzie miał powodu nie ufać. Nie jesteście ze sobą tak blisko.
- Kto to jest? - Opuściła wzrok. Biały proszek przesypywał się wewnątrz fiolki.
- Taki ptak. Asystent Birasta, na pewno poznasz. Wystarczy odrobina dodana do wina czy posiłku. Nawet łoś nie podniósłby się po tym przez całą noc. Ildiri będzie wiedziała, co robić dalej. - Rozluźnił pysk, obserwując, jak wilczyca przesuwa buteleczkę w palcach. - Wtedy ja pomogę tobie.
Jeszcze przez chwilę milczała. Wreszcie bez słowa odwróciła się ku drzwiom, ściskając proszek w pysku. Nie zatrzymywał jej już żadnym zbędnym słowem.
W oczy każdej wilczycy patrzył tylko jeden raz. Oceniał ją ledwie przez chwilę. Potem barwne obrazy, wyczytane z rozszerzonych źrenic, poczerwieniałych białek i błyszczących łez, przeradzały się w suchy profil przydatności do użycia. Liczyło się tylko to, jak skuteczna będzie w swojej pracy. Czy wystarczy jej determinacji, żeby przechytrzyć urzędnika.
W istocie wyjątkowo wyraźnie pamiętał dzień, gdy przedstawiono mu tę wilczycę. Spokojne zacięcie, z jakim patrzyła mu w oczy, gdy leżała pod nim na klepisku, bez łez, bez błagania, powiedziało mu o niej więcej niż cały życiorys. Mignęły w nim długie księżyce spędzone na szukaniu innych możliwości, widział w nim utratę nadziei. I pewność decyzji, która obiecywała trzymać waderę w jednym kawałku. Było tam też odbicie kogoś lub czegoś, co chciała chronić, ale czym lub kim mogło się to okazać, ani przez chwilę się nie zastanawiał.
Łąki cichły. Nad ciągnącym się po horyzont morzem traw ustawały nawet piski nietoperzy. Wilczyca poszła w swoich rozważaniach o krok dalej.
Wyjęła fiolkę spomiędzy słoi z przyprawami. Szkło zadzwoniło w drżących łapach. Nie mogła rozsypać proszku. Obejrzała się przez ramię. Z korytarza dobiegały głosy wilczyc, ale zaplecze na moment opustoszało. Teraz.
Substancja szybko rozpuszczała się na mokrej powierzchni porozcinanych na pół borówek. Połowa pracy już wykonana. Było prawie po wszystkim.
Poczuła, że napięcie powoli odpuszcza. Z całej siły ścisnęła w zębach metalową tacę pełną leśnych owoców. Jeszcze tylko zanieść to do sali. Znaleźć niebieskie pióra. Postawić na odpowiednim miejscu, po jego stronie.
Spojrzeć mu w oczy.
- A kogo to ja widzę! - Rasz po swojemu rozłożył łapy, jakby już czekał, aż rzuci mu się w ramiona. - Awi złotooka, o złotych ustach i złotym sercu. Siadaj z nami, lataśmy nie gadali!
Zatrzymała się nad nimi. Kły zwarte na tacy nie chciały wypuścić jej z pyska. Siedzieli wszyscy trzej: Birast i dwóch jego asystentów. Ktoś otarł się o jej ramię. Odsunęła się sztywno.
- Coś mnie ominęło? - Ildiri zatrzepotała rzęsami ze swoim wężowym uśmieszkiem i przysiadła się do pozostałych.
- Moje towarzystwo. - Basior zamrugał, parodiując jej gest. Awita cofnęła się o krok, by ich okrążyć. Właśnie wtedy zdała sobie sprawę, że szczęki zaczynają piec od ciężaru... a taca się przechyla.
Jedna jej łapa znalazła podparcie tuż przed dziobem ptaka, który dopiero teraz podniósł wzrok. Wyprostował skrzydło, instynktownie lub celowo, podtrzymując tacę z drugiej strony, zanim zawartość zsunęła się na ziemię.
- Przepraszam - odpowiedziała półgłosem.
Borówki nadal leżały na półmisku.
Odwróciła się i postawiła przygotowane danie za swoim grzbietem, na jakimś pustym miejscu. Ciężko usiadła obok Szkliwa i ukryła pysk w łapach.
- Hej, przecież nic się nie stało! - Pogodne słowa Rasza dobiegły gdzieś z boku.
Oczy, nos, język... wszystko zaczęło piec od łez; od strachu i pragnienia ucieczki. Łapy mocniej przywarły do policzków.
- Jak Kornicja? - Słysząc ciche pytanie, podniosła głowę, zaciskając palce tuż przed swoim pyskiem. Ptak wpatrywał się w nią z uwagą.
- Trochę śpi, w końcu. - Głos ugrzązł jej w gardle. - Ale nawet przez sen coś układa. Łapkami. W powietrzu. - Zawiesiła wzrok na leżącej w centrum upieczonej koziej tuszy. - I mówi, że pójdzie go szukać.
- Kogo?
Bezsilnie wzruszyła ramionami. Kątem oka dostrzegła jego zmarszczone brwi.
- Wybaczcie. Zapomniałam o polewie - mruknęła łamliwie. Namacała stojącą z tyłu tacę i podniosła się z miejsca. - Taką dobrą polewę dziewczyny zrobiły do tych owoców...
Podreptała do wyjścia, zabierając ze sobą tacę z deserem. Beztroski gwar na chwilę wypełnił po niej pustkę.
Gdzieś w oddali, za ogniskiem, rozległ się terkot drewnianych figur wysypywanych na ziemię. Kirłan wziął łyk wina i ustawił szachownicę na porowatej podłodze. Wyrównał delikatnie, czubkami pazurów. Gdy jego stały przeciwnik zjawił się wreszcie, wszystko było już gotowe.
- Grasz dziś czarnymi. Chcę przećwiczyć nieregularne otwarcia.
- Jak sobie życzysz - odparł ptak sucho, siadając po swojej stronie.
- Pojutrze planuję wybrać się do domu. Chcę pograć z dzieciakami. Zobaczę, co im zostało w głowie po lekcjach z Eugiskiem - oświadczył, przestawiając pierwszego pionka, na co Szkliwo odpowiedział tym samym. Wilk bez namysłu przesunął gońca po linii czarnych pól. - Ostatnio bardziej skupiasz się na grze. Znudziły cię moje wywody?
- Nawet nie wiem, co o tym mądrego powiedzieć.
- No cóż, jak wolisz. Myślałem, że teraz dopiero będziemy mogli rozmawiać naprawdę. - Uśmiechnął się figlarnie, jakby właśnie udało mu się zbić wieżę.
- Milczę. To wystarczy, czy żądasz więcej?
Kirłan westchnął z cieniem znudzonego chichotu.
- Wiesz, co mi się w tobie podoba? - Poprawił własną pozycję, swobodnie wyciągając jedną nogę. - Niczego nie udajesz. Przecież widzę, jak wielką masz ochotę wygarnąć mi różnice światopoglądowe. Ale i ty wiesz, i ja wiem, że żaden żadnego nie przekona. Trudno! Takie już jest życie.
- Masz rację.
- Ale właściwie cię oceniłem. Można do ciebie jak do przyjaciela. - Uśmiech basiora zmienił się. Oczy złagodniały. Zatrzymały się na Szkliwie na długą chwilę, patrząc tak, jak patrzy się na świeżo obdartą skórę, w myślach już oceniając, czy będzie wystarczająco ciepła na zimowe legowisko. - No żebyś jeszcze był odrobinę mądrzejszy! - Pacnął łapą w podłogę.
- Po co ci to?
- Nie zdążyłeś jeszcze zauważyć, że kocham wyzwania? Wygrywają tylko ci, którzy je lubią.
- Mhm. - Żuraw przestawił pionek chwiejnym ruchem, jakby wybór był przypadkowy, a myśli wędrowały już w zupełnie inne obszary. Nie było to zaskakujące. Kirłan znał tę chwiejność. Gdy się pojawiała, strącał z planszy najwięcej figur.
- A ty lubisz? - W końcu doczekał się odwzajemnienia spojrzenia, nie podążyła za nim jednak żadna deklaracja. Gdyby głowa żurawia była zajęta rozmową, dałby jakąkolwiek odpowiedź. W grze też jej nie było. Gdzie zatem była? - Wiesz co? Zabiorę cię jutro na kolację. - Basior przesunął hetmana, nie patrząc na planszę.
- Na co, słucham?
- Na kolację. Ale nie taką jak tutaj. Będzie kilku ciekawych gości, z którymi dzielę światopogląd. Jeśli oni cię nie przekonają... - Tylko wzruszył ramionami. - To i tak się przyda.
Promienie słoneczne rozświetliły poranek.
Awita usiadła na brzegu rzeki i pochyliła się, by zamoczyć w niej różową ściereczkę. Wartki nurt zmywał z niej kurz i wypłukiwał ziarna piasku z kosmatej powierzchni. Zimna woda sprawiała, że łapy kostniały.
Zaczęła energicznie rozcierać materiał. Plusk zagłuszył odległe gruchanie gołębia na skraju lasu. Wycisnęła ściereczkę i rozłożyła ją na trawie do wyschnięcia, po czym wzięła kolejną.
Wyprostowała się, słysząc zbliżające się kroki.
- I jak? - Basior zatrzymał się tuż za nią, wyprostowany, z uprzejmym uśmiechem na pysku. Zerwała się na równe nogi. - Jak mniemam, nasza umowa z sukcesem weszła w życie.
- Wyb... Wybacz. Nie udało mi się. 
- Och.
- Przepraszam! Może gdybym mogła zrobić coś innego, gdybyś dał mi inne zadanie...
- Nie, niczym się nie przejmuj. - Uniósł łapę, zatrzymując jej wywód. - Nieszczęsna istotko, tak wrażliwa na cudzą niedolę, kochająca szczeniaczki i ptaszki. Brzmisz, jakbym chciał cię za to zabić! A ja pragnę zaprosić cię do mojego gabinetu. Znajdziemy rozwiązanie tej kłopotliwej sytuacji.
- Wezmę tylko ścierki, żeby nikt nie zabrał...
- Nie kłopocz się nimi. - Łapą odwrócił ją w swoją stronę i ruszył w kierunku biura.
A ona poszła za nim - bo co innego mogłaby zrobić - przypuszczając, że to będzie kolejna, trudna rozmowa. Może licząc na łaskę drugiej szansy.
Wdrapując się po schodach, zwolniła, by swobodnie machający ogon nie dosięgnął jej pyska. Gdy otworzył drzwi, wiatr owiał pokój i zatrzepotał białymi skrzydłami prześcieradeł. Dwaj pomocnicy siedzieli obok siebie, pod ścianą. Nakideron rozłożył się na swoim fotelu, nonszalancko podpierając skroń lewą łapą, a ona przysiadła na podłodze, niepewna, jak się zachować.
- Spójrzcie tylko, moi drodzy, na dobrodziejkę. Wymizerowana, drobniutka, strwożona. Spodziewa się pewnie, że czeka ją tu coś strasznego. Jednak czy raz już ktoś mnie zawiódł? Czy raz pracownik okazał się niewydolny? A jednak narzuty na moich pięknych meblach wciąż są czyste.
- Przepraszam - wyszeptała. Z ociąganiem wzięła wdech. Trochę proszku nadal leżało ukryte w słoiczku na zapleczu remizy.
Przed oczami stanęło jej skrzydło, które w porę podtrzymało przechylającą się tacę. Zacisnęła zęby, nie dodając już ani słowa.
- Kochasz złote słońce nad horyzontem? - Ślepia dowódcy mrugnęły, a głowa przechyliła się niewinnie. Kiedy ostatnio podczas rozmowy w swoim biurze ani razu nie podniósł głosu? - To się tak szybko nie wybieraj za horyzont. Na tym łez padole nadal potrzebne jest twoje dobre serce i pragnienie uczciwej pracy - zakończył szeptem. - No, chłopcy. Dość gadania. Nieboga powinna trochę odpocząć przed podróżą. Denkin, lina.
Basior, zanim odpowiedział, niepewnie poruszył ogonem. Przez jego pysk przebiegł ulotny grymas, między brwiami na moment pojawiła się zmarszczka.
- Jeśli chcesz, to to zrób, Nakideron. Ale ja nie będę bez powodu brudzić sobie łap.
- Życzysz sobie dodać jeszcze słowo?
- Ona nie jest groźna. Nie jest szpiegiem ani wrogiem - mruknął wilk. - Chciała tylko pomóc dziecku.
Dowódca przechylił się lekko, mocniej opierając na lewym podłokietniku. Uniósł łapę do pyska i wierzchem pazura postukał w wargę. Wreszcie wolno odwrócił głowę nieco bardziej za siebie, ku drugiemu pomocnikowi.
- Trelik. Dwie liny. - Patrzył, wciąż ze swoim uprzejmym, choć teraz już prawie nieuchwytnym uśmiechem, aż od wykręcania rozbolała go szyja.
Wezwany przelotnie zwrócił pysk ku towarzyszowi. Przestąpił z łapy na łapę pod ciężkim spojrzeniem przełożonego. Wreszcie kiwnął głową i pchnął drzwi, po czym zniknął na schodach. W gabinecie zapadło milczenie.
- Nakideron... - Denkin zesztywniał, a w jego ślepiach zalśnił strach.
- Ćśśś. Zatrzymaj się choć o słowo od ziemi.
Drugiej nocy nowiu żaden srebrny błysk nie rozjaśnił nieba.


To się stało nad ranem, gdy nad równiną unosił się tylko szorstki rechot żab. Pośród świeżych źdźbeł traw leżało kilka kolorowych ściereczek przygotowanych do wyprania. I jedna czysta, potargana i zwinięta osobno od reszty.
Gdy Ildiri rozciągnęła grzbiet, wysuwając się spod zasłoniętej kotary, kierowniczka już krzątała się po lawendowym kąciku i szturchała jedną z wilczyc, która przysnęła tam na poduszkach.
Dopiero gdy słońce wzeszło w pełni, a nie wszyscy zjawili się na poranny kubek mleka, ktoś zapytał, gdzie podziały się dwie śpiące królewny.
- Nie widziałam ich od wczoraj. - Czarnowłosa wilczyca przetarła powiekę, by pozbyć się z oczu porannej mgły. - Awi ostatnio, jak szła prać nad rzekę. Korni wtedy spała.
- Ale nie ma jej w żadnym pokoju. Ani świeżego zapachu, ani nic. - Stelkia zastrzygła uszami, przysiadając się do pozostałych. - Obie jakby się pod ziemię zapadły.
Odsunęła łapę od oczu, mierząc spojrzeniem wszystkich zebranych. Zacisnęła palce na swoim kubku.
- Wypiję i pójdę ich poszukać - zaoferowała. Z tyłu głowy zaczęły kołatać jej się pewne podejrzenia, ale zdecydowała się ich wysłowić. Awita nie zwierzała jej się ze swoich planów, ale przecież musiała dostać od jaszczura tę samą propozycję, którą zdawał się raczyć każdą pracownicę remizy. Wschód płacił mu za szmuglowanie kurtyzan na swoje ziemie, czy co?
Wydeptany w trawie ślad doprowadził ją nad rzekę. Podniosła jeden z rozrzuconych nad brzegiem kawałków materiału. Zapach był już słaby. Niczego nie rozumiała. Przecież, nawet, gdyby chciały odejść, nie odeszłyby w ten sposób. Może po prostu wybrały się na przechadzkę. Czasem tak robiły. Tylko dlaczego Awita nie skończyła pracy?
Ruszyła brzegiem z nadzieją, że ich zapach będzie coraz silniejszy. I tak się stało. Głęboko, pod zapachem glonów i mułu, dało się wyczuć woń wilczej sierści. Kornicja była tam na pewno. A gdzie jej opiekunka?
W cieniu zarośli coś czerniło się nad powierzchnią wody. Zwolniła. Kawałek drewna, czy zgubiona przez kogoś płachta? Prąd kołysał tym powoli. To chyba nie drewno. Miękkie, matowe. To falowała... sierść.
Ildiri wbrew sobie zanurzyła czubki palców w lodowatej wodzie. Pod białymi refleksami widniały zarysy pyska.
Na wpół otwarty, sztywno ulegał rytmicznemu nurtowi rzeki.
To nie wiatr, niczyj krzyk z oddali. To zahuczało jej głowie. Cofnęła się o krok. Tylne nogi wpadły w zarośla.
Przez chwilę nie potrafiła się ruszyć. Woda była zimna, a Kornicja zawsze szybko marzła, nawet suchymi, wiosennymi wieczorami. „Ktoś powinien ją wyjąć”, pomyślała i choć wiedziała, że to bez sensu, chwyciła za łapkę. Pociągnęła, jakby spodziewała się, że zastygłe palce jej odpowiedzą, uczepią się jej i pozwolą wydobyć się na brzeg.
Ale pozostały wyprostowane, ani drgnęły pod jej dotykiem.
- Proszę mi pomóc! - wołanie rozeszło się po korytarzu. Wilczyca biegła na oślep, nie pamiętając nawet, w które drzwi powinna skręcić. Przełknęła zmieszaną ze łzami ślinę. - Słyszy mnie ktoś?
Barkiem oparła się o ścianę i opuściła głowę; ciemne plamy latały przed oczami. Zadrżała, czując, że w krtani zbiera jej się wycie. Z pokoi po obu stronach wyjrzało kilka głów.
- Ildiri! Co się stało?
To Birast. Znów poderwała się do biegu i zatrzymała dopiero przy jego ciepłej piersi.
- Nasza Korni... w rzece... Ona nie... - Poczuła, jak oplatają ją jego łapy. Za jego grzbietem dostrzegła wpatrzone w nią dwie pary oczu. Szkliwo, który wraz z drugim asystentem inspektora siedział gdzieś w głębi pomieszczenia, odłożył pióro. - Ona się utopiła...
- Biedne dziecko - miękki głos basiora otoczył ją jak osnówka bezpieczeństwa. - Koniecznie trzeba jak najszybciej to zgłosić. Wezwij na miejsce medyczkę. Ona zajmie się resztą. - Odsunął ją delikatnie.
- Ale... - Mokra powłoka zasnuła jej widok. Przygięła łapy, siadając, wciąż w jego objęciach, choć teraz już lżejszych i nie tak ciepłych.
- Gdzie to się stało? - Ptak zatrzymał się w drzwiach, na ich wysokości.
- Tam, tam... Tam niedaleko mostka. - Wadera pochyliła się naprzód, ponownie ukrywając pysk w sierści Birasta. Jego łapy postawiły jej lekki opór, ale ostatecznie przyjęły i przytuliły.
- Gdzie medyczka?
- W szpitalu, oczywiście! - tym razem uprzedził ją inspektor.
- Ale ja powinnam... - Przełknęła ślinę, czując w gardle narastający ciężar.
- Niech ona tu zostanie.
Birast posłał mu krótkie spojrzenie.
- Czy mam rozumieć, że prosisz o przerwę? - rzucił, zanim skrzydlaty zniknął za rogiem.
- Tak.
- Mówiłam, że jest delikatna... Mówiłam - szeptała, wsłuchując się w szelest sierści basiora, ocierającej się o jej nos przy każdym oddechu. - Głupia... Czegoś ty tam szukała? Dokąd chciałaś uciec?
Sterczące na drugim brzegu rzeki pnie uschniętych brzóz przyglądały się scenie jak bezimienne duchy.
Stare, spracowane łapy medyczki bez pośpiechu ścisnęły nogę szczenięcia, badając puls chyba już tylko z przyzwyczajenia. Starła z uchylonego pyska zielonkawy grzybek piany. Zapytała o imię zmarłej, o imię zgłaszającego. Przykryła ciało grubym kocem i oświadczyła, że zaraz powiadomi wilki, które je uprzątną.
- Taka młodziutka. - Zanim odeszła, pokiwała jeszcze głową. Potem został tylko koc na trawie, a pod nim nieruchome wybrzuszenie.
Tak. Taka młodziutka. Dopiero poznawała życie, tyle jeszcze mogło ją czekać. A jednak wystarczyła tak krótka chwila, która przylgnęła tak mocno, jakby miała stać się nieodłącznym towarzyszem na resztę życia, od którego można uwolnić się jedynie... znikając.
Popołudniem tylko wstęgi delikatnej mgły tańczyły nad pustą równiną. Czasem gdzieś wysoko, na niebie zapiszczał nietoperz. Gałęzie wierzby wisiały nisko nad wodą.
Asystent inspektora oparł skrzydła o poręcz. Wolno opuścił głowę i położył na nich czoło napięte do bólu. Powieki paliły żywym ogniem, ale nie wypływała spod nich ani jedna łza. Mocniej wcisnął je w pióra.
Woda chlupała przy brzegu, gdzieś pod jego nogami.

Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz