wtorek, 1 września 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Podtrzymywana narracja”, cz. 22



Jest dobrze.


Cała sala remizy huczała w ślepej euforii. Dwóch inspektorów dyskutowało w kłębach dymu, ściskając w zębach podpalone papierowe zwitki. Szafarz przekrzykiwał się z egzekutorem, oskarżając go o dopicie cudzego wina. Siedząca przy nim wilczyca gładziła jego pierś ochlapaną sosem, delikatnie całowała tłuste policzki i szeptała na ucho łagodzące słówka. Pijane wilki śmiały się, tańczyły, jak co dzień. Z centrum świata krzyczały wniebogłosy, niepomne, że ich głos kończy się na pierwszej ścianie.
A na zewnątrz cisza. Diabelska cisza. Deszcz ustał. Gwiazdy znikły. Nawet księżyc zamknął oko. Na rosnących przed remizą drzewach nie poruszył się ani jeden liść.
Nikt na pustej ulicy nie dostrzegł sylwetki wyłaniającej się z mroku.
Przygotowaną do rozpalenia pochodnię schował pod połą płaszcza. Zerwał kępkę suchej trawy i włożył do kieszeni wraz z kamieniem i nożykiem. Nie miał pojęcia, jak korzystać z takiego krzesiwa, ale czuł, że dobra podpałka tym bardziej będzie niezbędna. Nie wchodził na główną drogę. Przemykał się pod ścianami, za osłoną gałęzi krzewów, z dala od świateł. Noc zdawała się chłodna i duszna zarazem. Tylko ona znała jego plany i była mu świadkiem. Obserwowała w bezwietrznym milczeniu, potęgując każdy krok i każdy oddech. Nie wiedział, czy była mu przychylna, obiecując w ten sposób obnażenie każdego zagrożenia, czy drwiła, eksponując w swojej pustce kolejne jego ruchy. W nieprzeniknionej ciszy nawet dźwięk własnych pazurów na piasku stał się uciążliwy.
Okna urzędu straszyły pustką. Zapowiadały niespodziewane i pobudzały najczarniejsze scenariusze, jakie potrafił ułożyć w głowie. Zbliżył się do gabinetu, gdzie za dnia widywał swojego współpracownika. Położył skrzydło na oknie, ze wszystkich sił uciszając myśli, w których jego oczy nagle napotykają połyskujące w mroku ślepia stróża lub ciszę przedziera krzyk przypadkowego świadka.
Wskoczył na parapet. Ostatnie spojrzenie za siebie. Nic. Tylko spokojna noc, która już ułożyła świat do snu. Kolejnym skokiem znalazł się w środku.
Drzwi były tylko lekko przymknięte. Pozwoliły uchylić się bez najlżejszego skrzypnięcia i ukazały pusty korytarz. Ani żywej duszy. Jeszcze tylko kilka kroków, krok... Serce dudniło mu w piersi. Gdyby ktoś znalazł się w pobliżu, czułe, wilcze uszy wyłapałyby każdy ton. Jednak był sam. Sam u szczytu schodów prowadzących w mrok.
Raptem z oddali dobiegł czyjś głos. To echo śmiechu stróżów, którzy ucinali sobie pogawędkę, zanim jeden z nich rozpocznie nudną wartę, a drugi uda się na spoczynek. Było jak trzask gałęzi w pożarze trawiącym las kilka zagonów dalej. Dreszcze przebiegały po grzbiecie, lecz rozum podpowiadał, że jest jeszcze czas, by uchronić się przed płomieniem.
Piwnica w urzędzie była położona niżej niż ta w szpitalu. Do środka nie docierało już nawet światło nocnego nieba. Po omacku zsunął się na ostatni schodek. Klamkę na szczęście łatwo było namierzyć. Nacisnął. Drzwi zamruczały groźnie... i ukazały mu kompletną ciemność. Z wewnątrz wypłynęła leniwa fala chłodnego powietrza o wapiennym zapachu starych murów. Żadnego zamka, klucza. Nawet łańcuszka zawiązanego na niedbały supeł.
Korytarzyk był wąski i dość niski, ale przynajmniej nie było wątpliwości, że gdyby ktokolwiek czaił się w nim na nieproszonych gości, od razu zdradziłby się nawet najcichszym szelestem. Szkliwo zamknął za sobą drzwi. Oparł się o nie i odetchnął głęboko. Pozostało wierzyć, że każdego dnia zostawiał w urzędzie tyle swojego zapachu, że i tym razem jego obecność nie zaniepokoi stróża.
Wygrzebał z kieszeni swoje krzesiwo. Kilka razy bez skutku uderzył nożykiem o kamień, lecz wreszcie spod ostrza wyskoczyło kilka iskier. Jeszcze jeden ruch i z sykiem posypały się prosto na kruche źdźbła trawy. Po chwili światło pochodni wyrosło pośród ciemności jak wschodzące słońce. Przymrużył powieki, gdy rozbłysło z pełną siłą, tworząc na ścianach migotliwe wzory. Korytarz wydał się w nim ruchomy; żywy. Prowadził za zakręt, a potem do niewielkiego pokoiku. Tu w rządkach leżały starannie poukładane aż pod sufit stosy kartek. Szkliwo poczuł ciepłe ukłucie głęboko pod żebrami. Oto i jego archiwum. Co dalej?
„Skoncentruj się. Masz jedną noc, żeby dowiedzieć się, jak to tałatajstwo funkcjonuje na poziomie strategicznym. Znaleźć tu coś, co pozwoli ci odpowiedzieć Kirłanowi. Sam przecież powiedział, że nie ma cenniejszego towaru niż informacja”.
Przypatrzył się pierwszemu z brzegu stosikowi. Sprawozdania. Kolejny stosik: więcej sprawozdań. Streszczenia obrad. Podania i skargi z ziem północnych; dalej, ze wszystkich pozostałych. Relacje z wizytacji terenów. Dzienniki inspektorów. Karty osobistych spraw petentów. Stare rozporządzenia. Setki wypełnionych oświadczeń, różniące się głównie podpisami. Nawet ostatnie zamówienia na ryby i jagody w zamian za mleko. Można było dostać zawrotów głowy. A mimo to większość dokumentów była w oczach Szkliwa pozbawiona większej wartości. Czego właściwie miał tam szukać?
„Ród Kirłana. Nakideron z synami. Cuapler. Merapik. Jeśli mam jakiś wniosek z dzisiejszej kolacji, to taki, że NIKL-u ścierają się różne siły. Muszą mieć zatem, przynajmniej czasem, rywalizować, mieć odmienne wizje i sprzeczne interesy. Może tu udałoby się znaleźć jakąś instrukcję tej gry”.
Niczego podobnego nie widział. Jego wzrok padł za to na dane dotyczące szkoleń wojskowych. Tak, faktycznie. Musiał się w nie wczytać. Przecież od dawna to planował.
„Poprzednie szkolenia. Trzech żołnierzy ze wschodnich ziem. Został jeden. Cofnijmy się jeszcze... Również trzech żołnierzy. Ani jednego nie przyjęli. Z północy, z południa, z zachodu... brali wszystkich jak leci. Dopiero na kilka lat wstecz...”. Przewrócił stronę. „Odpada średnio połowa z każdej grupy i proporcje się wyrównują”. Odłożył raport na ziemię. To, co od początku podejrzewali, mogli nadal podejrzewać. Na co liczył?
W całym archiwum nie widział planów, nawet przestarzałych, ani wzmianek o zbrojnych interwencjach Najwyższej Izby. Nie było w nim właściwie niczego ponad to, co sam nosił codziennie z pokoju do pokoju jako asystent inspektora.
Usiadł pośrodku pomieszczenia. Gdy strach odszedł, na jego miejsce zaczęło podstępnie wkradać się zmęczenie. Przyszło mu do głowy, że z chęcią przysnąłby sobie w tej przytulnej klitce, z dala od wszystkich swoich urzędowych znajomych, wolny od obowiązków i na chwilę wyrwany spośród elementów bezdusznego mechanizmu. Chętnie przypomniałby sobie, o czym zwykł myśleć wieczorami, dopóki nie urządził się w nim jak w domu.
Ziewnął. „Podobno piwnica pod urzędem jest większa. Irosył wspominał coś o innych pomieszczeniach. Gdzie one są? Jest jeszcze jakieś inne wejście, o którym nie wiem? Nie, wszystkie muszą być jakoś połączone. Przecież sprzątając archiwum, przenosili piasek do sąsiednich pokoi”.
Uniósł pochodnię, aby oświetliła ściany. Z początku nie dostrzegł nic nadzwyczajnego. Podźwignął się ciężko. Zaczął zaglądać za dokumenty, oświetlać wszystkie kąty kawałek po kawałku. Wtem jego oczom ukazała się bielona deska drewnianych drzwi; nierzucających się w oczy, ale i niezbyt dokładnie ukrytych. Ścisnął pochodnię w dziobie i przesunął stos starych podań, które zagradzały do nich drogę. Na drzwiach przybita była kartka.

UWAGA! PIASEK
OTWARCIE GROZI ZASYPANIEM

Pomieszczenie trwale wyłączone z użytku.
W razie konieczności otwarcia drzwi:
Uprzednio spakować i odpowiednio zabezpieczyć dokumentację.
Opatrzyć każdy plik datą oraz nazwą kategorii!
W kolejności wskazanej przez archiwistę wynieść poza teren archiwum,
do pokoju gospodarczego na parterze.
Przed otwarciem drzwi przewietrzyć i dobrze oświetlić archiwum.
W przypadku otwarcia drzwi do pomieszczenia
drzwi do piwnicy muszą być zawsze otwarte, a korytarz drożny.
Otwierać drzwi w zespole co najmniej dwuosobowym.
Po otwarciu drzwi natychmiast się wycofać
i pozostać poza archiwum,
dopóki cały piasek nie wydostanie się na zewnątrz.
Dziękuję.

Przez chwilę przyglądał się instrukcji bez wielkiego zainteresowania. Nie dotarł tak daleko tylko po to, by dać się pogrzebać. A jednak z tego samego powodu, dla którego w ogóle znalazł się w siedzibie NIKL-u, każde zamknięte drzwi rozpalały jego ciekawość szybciej niż latarnik uliczne pochodnie. Obejrzał je. Drewniane, pomalowane śliską farbą. Okropnie brudne, pokryte kurzem i pyłem. Solidne i sporo wyższe od niego, a jednak nie miały nawet zamka; tylko metalową klamkę, którą wystarczyło nacisnąć. Wyglądało na to, że mógłby je otworzyć. Tylko po co? W szparze pod drzwiami jaśniała linia ziarenek piasku, które wydostały się dołem.
„Jakie ubogie archiwum. Czy w tym dziwnym miejscu, gdzie wynajmuje się psychologa do przyprawiania kolacji, w zakresie obowiązków ochrony jest likwidowanie samej siebie, wilk zjada własne szczenię a wąż własny ogon, to, co powinno być najbardziej skomplikowane, rzeczywiście mogłoby okazać się tak proste? A może dokumenty, które dałyby odpowiedzi na moje pytania... Istnieją, ale nie tutaj. Przecież w urzędzie ani w jego pobliżu nie ma bezpieczniejszego miejsca, w którym mogliby je przechowywać. Tylu mi podobnych mogłoby przecież ich tu szukać”.
Chętnie oszacowałby, do jakiego poziomu sąsiedni pokój wypełniał piasek. Postukał, ale dźwięk nie powiedział mu nic poza tym, że drewno było grube. Przesunął pazurem po zawiasach i otaczającej ich przerwie między drzwiami a ościeżnicą, tak wysoko, jak zdołał dosięgnąć. Była zupełnie szczelna.
„A gdyby coś tam jednak było, jak sami omijaliby taką przeszkodę? Może przez wejście w dachu? Kto wie, czy nie ma włazu w którymś z gabinetów. Tylko niby w którym... Zwiedziłem już chyba wszystkie w tej części budynku”.
Oświetlił zawiasy, by lepiej się im przyjrzeć. Górny, dolny... Pochylił się. Tym razem wetknął pazur w szparę pod drzwiami. Ta do końca szczelna być nie mogła. Mimo to zdziwiło go, jak jest szeroka na całej swojej długości. Wcisnął szpon prawie po kość. Wyjął go, wygrzebując przy tym jeszcze trochę piasku.
Niewiele myśląc, wstał i wrócił na korytarz, gdzie w migoczącym świetle pochodni znalazł pozostałości po podpałce. Wybrał jedno, nienaruszone źdźbło. Złote, długie, czułe jak kocie wąsy. Już po chwili znów przykucnął przed zamkniętymi drzwiami. Cieniutka słomka zanurkowała w szparze. Przesunął nią po ziemi to w jedną, to w drugą stronę, nie napotykając oporu. Wreszcie znowu się jej przyjrzał. Gładka powierzchnia nie nosiła śladu ani jednego załamania. Nie wyglądała jakby właśnie pokonała piaskowy mur; co najwyżej, jakby śmignęła wierzchem po kilku ziarenkach.
„Nie musisz palić mostu, jeśli wszyscy są przekonani, że on wcale nie istnieje... Dopóki jakiś wariat nie wymyśli sobie teorii spiskowej”. Znów stanął na nogach, przeciągnął się, żeby dać grzbietowi odpocząć. „Na przykład takiej, że za drzwiami jest pusto”.
Jeszcze raz odwrócił głowę; w kilku krokach mógłby wycofać się na korytarz. Nacisnął na klamkę.
Cofnął się, tylko o krok.