Czy Kaj przyznałby się kiedykolwiek do błędu?
Nie.
Przecież on był doskonały. Najdoskonalszy pod słońcem.
Czy to znaczy, że nie popełniał błędów?
O w żadnym wypadku.
A zatem usiądźcie sobie moi kochani i posłuchajcie pewnej historii.
Kej obudził się z kacem. Kacem tak potężnym, że powiedziałbym jako oczywiście bardzo zaufany narrator, że to był największy kac życia tego nieszczęsnego ptaka.
A mimo to wstał ze śniegu, otrzepał pióra i poszedł dalej, bo był już przyzwyczajony do tego stanu ciągłego napierdalania w głowie.
Powiem wam teraz trochę o Kaju, bo nie wiem czy wszyscy go dobrze znacie. Kaj to taki ptak. Taki ptak, który przekonany jest święcie, że jest najlepszy pod słońcem i nie ma od niego nikogo lepszego. I jego ogromne ego jest tak wielkie, że jakby je wyjąć i zrobić z niego przedmiot to byłby nie przedmiotem, a górą. Taką legitnie wielką górą, na której podejście trzeba poświęcić dobrych parę dni i znajdują się na niej co najmniej dwa schroniska na drzemkę po drodze. Kaj jest też ptakiem zabójczo zakochanej w pewnej waderze. Ona jest już martwa, ale na potrzeby narracyjne załóżmy dobre zakończenie jej historii i jej nie zabijajmy tak od razu. W każdym razie. Ta wadera to Kawka.
Ja wam teraz opowiem trochę o Kawce. Bo jest to wadera widzicie. Z macicą, z chęcią na dzieci i rodzinę. Jest to wadera w miarę inteligentna, ale jej rodzice byli swoim kuzynostwem, więc niewiele można stwierdzić jak dziwna jest ta kobieta od środka. Ale jest. I zakładamy że żyje. I zakochana jest w swoim przydupasie Szkliwie.
Czy coś o szkliwie? Myślę że nie ma potrzeby. On jest postacią podrzędną tego opowiadania. Jego imię właściwie potrzebne jest nam tylko fabularnie, abyśmy wiedzieli jak zakochana jest w nim Kawka.
W każdym razie. Powracając do historii. Kaj pozbierał się z tego śniegu, na tej swojej ulubionej polance, która nie do końca była jego ulubioną, bo mieszkał na niej Szkliwo. A Kawka przecież kochała Szkliwo, nie Kaja.
Więc nasz Kaj w ramach zemsty wykombinował bardzo genialny plan. Ponieważ przecież jest najlepszy pod słońcem i nie da się go nie kochać! Kawka po prostu boi się wyznać mu swoje uczucia, bo jest taki nieprzystępny, wiec decyduje się pozostać z innym ptakiem niż on. Więc najprościej jest sprawić aby ta wadera, z piękną macicą i całkowicie nie martwym ciałem, zrobiła się o niego zwyczajnie zazdrosna. Wtedy na pewno porzuci tę szmatę Szkliwo, dla niego! Tak. To był plan bez żadnych dziur.
Och gdyby tylko tak było, to nie mielibyśmy tej pięknej historii prawda?
Kaj zaczął od swojego własnego gatunku. Miodełka i Mezularia były ciężkie do namówienia do czegokolwiek, jednak odrobina alkoholu rozluźniała każdą atmosferę. Jednak Kawka tylko mu pogratulowała. Nawet nie mrugnęła okiem.
No dobra… Niech jej będzie. Kaj spojrzał na tę watahę z góry, podczas jednego ze swoich pięknych i wielkich lotów.
Więc przespał się z Misungiem. Proszę nie wnikać. Alkohol naprawdę nie służył takim sytuacjom. I jak się potem okaże ta noc, której nie pamiętał skończyła się więcej niż jednym męskim spotkaniem. No cóż… Kaj się o tym jeszcze dowie.
Potem zwrócił się do wader tej watahy, tak? Tak. Przespał się z jedną, z drugą. Była tam Pelasza, Całka, Smoła. Rana, bo przecież dobre rzeczy chodzą parami, a z Mezularią już się spotkał na bliższe spotkanie. Była tam Espoir, Simone, Saroe - w końcu nie dyskryminował ze względu na wiek. No i była te Wrona. Jakoś mu się to udało. Sądził, że w tan sposób zbliży się do swojej ukochanej.
Ale ta tylko uśmiechnęła się i mu pogratulowała. Jakież to fustrujące! Jego plan się nie udał!
Więc Kaj o nim zapomniał. Zapomniał dopóki Miodełka nie podrzuciła w nocy pod jego pióra dwóch jajek. „Zajmuj się teraz nimi sam!” oświadczyła i zniknęła. HOLA! Kaj! Jajka? Jak to? To było niemożliwe!
Ale to nie był koniec zaskoczenia. Mezularia i Rana wkrótce także się zjawiły. Mezularia miała przepięte przez ramię w chuście przepięknej jedno jajko, a brzuszek Rany się zaokrąglił. „Będziesz za to płacil, czy tego chcesz, czy nie!” oświadczyła. A przecież jej ojciec nie był straszny! Dopóki się nie uświadomiało jak wiele osób go lubiło i jak wiele wpływów miał to tu, to tam.
Więc Kaj będzie płacił.
A potem przyszła Espior i Simone. I Saroe. I Smoła. I Całka. I Pelasza. I każda która przed nim swoje łapy rozłożyła tak ochoczo… i czasem mniej ochoczo. Ale każda. I każdy brzuszek się zaokrąglał. I co dziwne…
Przyszedł także Misung, także zaokrąglony jak mały balonik. I zły. Bo przecież to było praktycznie niemożliwe… a jednak. I przyszedł Nicpoń, nieco skonsternowany tym zajściem. I przyszedł Eilert, z jajkiem. A nawet trzema! Widać oprócz zdrowego ego, Kaj miał także zdrowe plemniki. I to jak!
Każdy tylko nie tan, który Kaj chciał aby się z jego … ręki zaokrąglił. O ile to ręką można nazwać. Może lepiej pierwszym mózgiem, bo przecież zdaje się, że Kaj ze swojego penisa używa więcej , niż swojego realnego umysłu.
I w końcu te dzieci się urodziły. I wszystkie były nieco dziwne, bo jednak jak się połączy ptaka z wilkiem to wychodzi całkiem dziwna hybryda. Ni to gryf ni ptak. Takie ot coś dziwnego.
A Kaj musiał płacić, bo to wszystkie były jego. W końcu tylko on w tej watasze miał tak piękne pióra, koloru słońca. Chociaż jeśli mam być szczera to one bardziej koloru postarzałej słomy są niż słońca, ale niech mu będzie. Niech ma cos od życia, ojciec od siedmiu boleści.
Kaj płacił teraz dużo alimentów w mięsie i robocie i opiece nad bachorami. Ale nie poddawał się względem swoich zapędów wobec Kawki. Do czasu…
Kawka także się zaokrągliła. Zaokrągliła się i wkrótce urodziła. Szczęśliwie, bo jak mówiłem w tej historii darujemy jej życie. Nie jesteśmy takimi parszywcami co by pozbawiać dzieci ich rodziców. Nie wysyłam Kawki za grób, a Szkliwa w niewiadomo jakie zadupia nie wiadomo jak daleko.
W każdym razie. Dzieci urodziły się dziwnie Szkliwowe. I Kaj tak na nie patrzył, bo przecież z nimi mieszkał i coś go tknęło.
Że to nie on zapłodnił Kawkę. Jego Kawkę. Jedyną o której miłość się tak ubiegał.
Zdradziła go.
Kaj nie mogąc już tego dłużej znieść odnalazł jakieś ludzkie tory i się położył. I patrzy, a tam pociąg. Bo oczywiście, że rzucić się pod pociąg to najlepszy sposób na śmierć. Wcale nie brutalne i krwawe.
Ale pociąg przejechał po torze obok i Kaj się zniecierpliwił czekając na kolejny. Niech to PKP i twoje opóźnienia. Zawsze psujecie tak piękne podróże. Czy to na drugi koniec kraju czy to w zaświaty. Oczywiście jak jesteście na czas to jedziecie jakimś objazdem ,bo tory są w robocie. A jak macie być na dobrej trasie to macie godzinę opóźnienia… W każdym razie.
Kaj wyżłopał flaszkę czystej i poszedł spać ,żeby rano wstać do pięknych kwiatów kwitnących z butelki. Dziwne…
No dobra. Pociąg się nie udał. Ale przecież ta wataha ma niedaleko morze. Wystarczy się rzucić w fale!
„No i chuj.” Stwierdził Kaj po tym jak odkrył, że w jego krwi płynie jednak trochę genów kaczki, bo przecież inne ptaki tak nie unosiły się na wodzie jak on. I nie ważne jak próbował tak się utopić nie mógł. Więc skończyło się tylko tym, że miał pióra w wodzie i piachu… Jak przyjemnie.
Kaj wyżłopał więc jeszcze jedną flaszkę czystej i poszedł spać ,żeby rano wstać do pięknych kwiatów kwitnących z butelki. Dziwne… Dwa razy? Dwie różne butelki? Teraz se tam stoją i się na niego patrzą z rogu polany.
Pociąg i morze nie wypaliły. Można rzucić się z klifów. Na swoje nieszczęście Kaj niestety ma instynkty i jest ptakiem, więc nie ważne ile razy skacze z tego klifu za każdym razem rozkłada skrzydła w ostatniej chwili. I nie może tego wyłączyć. A jak raz mu się udało, to klif okazał się za mały i tylko kostkę se skręcił…
Kaj wyżłopał więc jeszcze, jeszcze jedną flaszkę czystej i poszedł spać ,żeby rano wstać do pięknych kwiatów kwitnących z butelki. Dziwne… Trzy już dla niego zakwitły.
Latać umie za dobrze, pływać umie za dobrze, a PKP spóźnia się za dobrze! Pozostało tylko wygrzebać skądś pistolet. Proszę nie pytać w jaki sposób ptak miałby go odpalić, albo chociażby trzymać. Na potrzebę narracji Kaj w tym momencie posiada kciuki przeciwstawne albo magiczną umiejętność trzymania pistoletu w piórach skrzydeł co by sobie strzelić w głowę. No i spróbował. Ale karabinek był pusty, bo przecież amunicję kupuje się osobno, a z powodu tych wszystkich alimentów nie było go na nią stać. ..
Wiec Kaj spojrzał w swoją flaszkę. I zanim ją wypił ta zakwitła na żółto. Jak pięknie. I on tak wbił ten wzrok w te piękne chryzantemy i potem rozejrzał się. Niebo było różowe, czy nie takie powinno być? Ziemia była zrobiona z lodu, bo jakoś dziwnie się po niej ślizgał, ale wyglądała jakby zrobiona była z futra. Szara jakaś i w pręgi. I wszystko drżało. I jak Kaj się przyjrzał stał na plecach Agresta. Złego Alfy. I wokół były jego dzieci. Wszyscy tacy wielcy. I wszyscy się na niego gapili tak złośliwie. I był Szkliwo, który jako jedyny był jego wielkości, bo wszyscy wydawali się być olbrzymami. I on zaśmiał się z niego. „I to ja mam dzieci z Kawką, nie ty.” Drwił. Jak brutalnie, bo Kaj jak próbował się odezwać, to jedynie kwiaty wylewały się z jego dzioba.
I wtedy Kaj się obudził… Uchylił oczy z przerażeniem i spojrzał na pole chryzantem przed sobą. Tam, niewielka kupka ziemi była usypana naokoło kamienia… Kawka. Martwa. Stracona.
– coś ty mi dał Misung? – Kaj zapytał zbierając się z trawy. Wcześniej balował z tym lisem. I ten podał mu coś mocnego w proszku. Cóż… Kaj miał całkiem zryty łeb teraz. Więc pozostawmy tę historię w miejscy gdzie ponownie kładzie się w trawie, wypija resztkę swojej czystej i idzie dalej spać.
<CDN>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz