środa, 26 sierpnia 2026
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 25
Sam Bleu leżał w swoim łóżku pogrążony we śnie.
Była zima.
Było zimno, a Bleu czuł ten chłód jeszcze mocniej niż normalnie. Obrazek łapek jego córek wisiał na ścianie i spoglądał na niego, pogrążonego w smutnych snach.
Bleu tęsknił. Żałoba nie była prosta, chociaż to nie był pierwszy raz kiedy dotykała jego serce. Jałonka odeszła tak młodo, a była bliska jego sercu. Tyle czasu spędzał z tym biednym dzieciątkiem swoich matek. Teraz Laponia dołączyła do grona umarłych, a Simone nie trzymała się znacznie lepiej. Jej zdrowie zawodziło ją coraz bardziej, a odejście jej niby ukochanej dobiło ją mocniej niż jej syna.
Oli i Oliwia opuścili ten świat tak brutalnie. Delta od początku nie dawał im wielu szans na przeżycie choroby. Cudem było, że i tak przeżyli tak długo. Jego dzieci, nawet jeśli do końca nie były biologicznie jego. Kochał je i serce łamało mu się na kawałki, kiedy te dwa złączone ze sobą życia odeszły tak szybko…
I Atlanta także odeszła. Pozostawiła swojego ukochanego lisa na tym świecie samego. Misung przeżywał to tak samo silnie jak Bleu, tylko z innego powodu. Ich miłość była do niej identyczna w nasileniu, ale pochodziła z zupełnie różnych źródeł. Misung kochał ją jak swoje słońce. Jak cały swój świat.
Bleu kochał swoja córkę. Kochał ją jak świat, jak życie, jak tlen. Ale kochał ją z daleka. Cieszył się jej szczęściem, jej sukcesem, ale pozwalał jej istnieć poza sobą. Nie była jego własnością. Była jego córką. Jego i Jaśminy, która żyła gdzieś poza ich zasięgiem…
A teraz była zima. I nawet ciał umarłych nie dało pochować się w ziemi.
Była wiosna. Wiosna przyniosła roztopy i odrobinę ulgi. Zapach świeżego drewna i żywicy toczył się po ścianach, jak Bleu przecinał kolejne kawałki. Na pół i na pół. Praca wrzała pod jego łapami. Śmierć jego rodziny pozostawał w jego głowie, jednak już mniej burząca. Siedziała w rogu jego myśli, chociaż już nie toczyła łez. Ściskała go za serce, jednak już nie tak mocno jak kiedyś.
Ciała w końcu dało zakopać się w grobach, i Bleu właśnie składał resztki drewna w mozaikę, którą przenieść miał na nagrobki wbite gdzie leżała jego córka, matka i siostra i całą reszta jego rodziny. Chciał pamiętać o nich. Wszystkie dobre wspomnienia, które jeszcze się go trzymały. Nie mógł pozwolić aby uleciały, całkowicie zapomniane w pośpiechu życia.
Więc Bleu postarał się aby mozaika była piękna, a nagrobki trwałe. W końcu był rzemieślnikiem. Jego umiejętności zawodziły go tylko niekiedy, a teraz nie mogły. Nie powinny. Nie w takim momencie.
Niech te ozdoby dla zmarłych przeżyją jego egzystencję.
Bleu ułożył mozaikę ostrożnie na kamieniu i przytrzymał ją tam aby przykleiła się klejem, który do niej stworzył. Powoli opuścił łapę i wbił smutny wzrok w nagrobki. Wszystkie ozdobione na swoje własne sposoby. Świeże kwiaty i wianki, piękne litery wyryte w kamieniu i teraz ta śliczna mozaika. Wszystko to zbierało się na nagrobkach od początku wiosny.
Aby pamiętać zmarłych…
– Synku… – cichy głos przerwał cieszę jaka zapadła na tym małym cmentarzysku. Simone usiadła obok Bleu. Jej oczy otaczały ciemne worki, jej łapy ledwo trzymały jej ciało w odpowiedniej pozycji. Bleu nie kochał swojej matki najmocniej w świecie, jednak teraz było mu jej żal. Straciła wnuczkę, córkę, żonę. Tak jak on… Straciła tak wiele rodziny. Tyle, że Bleu miał znacznie więcej czasu na tej ziemi zanim do nich dołączy. Simone zdawała się pchać do grobu całkiem niedługo. – Ozdobisz mój grób tak samo?
– Oczywiście… – odparł Bleu. Oczywiście, że go ozdobi. Oczywiście, że będzie matkę wspominać samymi dobrymi wspomnieniami. Przecież tak należało traktować zmarłych. Nie wszystkich, ale jednak… Tak było dla basiora łatwiej.
– Już niedługo. – mruknęła staruszka pod nosem. Jej wzrok nie był wbity w syna, a w grób Laponii. Za życia kochały się i nienawidziły na raz. Ciągłe kłótnie towarzyszyły ich związkowi, a później oficjalnemu małżeństwu. Teraz, kiedy jedna z nich odeszła, drugiej spieszył się aby do niej dołączyć. Bleu nie skomentował słów swojej matki. Nie miał na to siły na ten moment. Za dużo śmierci ciągnęło się za nim jak cień.
Bleu odłożył dłuto. Dally siedzący niedaleko nad kartką z brzózki i traw nie podniósł nawet wzroku. Jego łapy dokładnie zapisywały kolejne słowa w pięknych i ozdobionych literach.
– Podobają się nowe kartki z tego co widzę. – mruknąl rzemieślnik z szerokim uśmiechem.
– Oczywiście. Są niego dziwne w teksturze, ale są znacznie cieńsze niż kora z brzozy i lepiej po nich sunie węgiel. Lepiej też w nim zostaje i prościej jest wydobyć z liter ich zamierzone kształty. Kto by pomyślał, że trochę trawy i pracy, może stworzyć takie cudo.
– Trochę pracy? – Bleu uniósł brew w rozbawieniu. – To było bardzo dużo pracy. I zima przeszkodziła…
– Co nie znaczy, że nie jest to sukces! – oświadczył młody wilk poprawiając swoja brodę. – Oczywiście zwykły papier ludzki zawsze będzie pierwszym wyborem, ale kiedy go nie ma… to jest idealny zamiennik.
– Cieszy mnie to. – rzemieślnik ponownie chwycił za dłuto i uderzył nim o twardą powierzchnię kamienia. Dźwięk ten odbił się od ścian. Nie był tak głośny jakby mógł by być, gdyż futra na ścianach wchłonęły część jego impaktu i odesłały jedynie słabe echo. Cisza wypełniona dźwiękiem pracy zapadła nad wilkami.
To była coraz częstsza sytuacja. Młody Dally uciekał od swojej rodziny, kiedy tylko mógł. A Bleu doskonale wiedział już dlaczego, gdyż kronikarz nigdy nie chował swoich uczuć względem tego co jego rodzeństwo wyprawiało. Danny ciągle wdawał się w bójki i warczał na rodzeństwo ilekroć to raczyło skomentować jego nowe rany i to jak agresywny się staje. Dodatkowo młoda Dalia zaczęła kręcić się wokół niego i chociaż miło było widzieć swojego brata sprawiającego siebie przyjaciół, młódka nie miała na niego lepszego wpływu. Wręcz przeciwni. Bójki się nasiliły, a Danny nie wracał już tak często do domu. Jedyny plus był taki, że basior jak wracał, to jego rany były zaopiekowane i zadbane. Nie bliźniły się już tak mocno. Z kolei Dana była bardzo zakochana w wilku, który w ogóle nie spoglądał w jej kierunku. I ciągle tylko padało imię Szpak. Szpak to… Szpak tamto. Wadera nie odpuszczała swoich podchodów miłosnych i zdawała się popadać w coraz większą obsesję. Wszystko to męczył młodego Dalliego, gdyż on był wilkiem cichym i ceniącym sobie spokój. Najchętniej siedziałby w jaskini swojej albo kronikarzy i pisał. Zamiast tego po jego głowie stąpało rodzeństwo, którego nie mógł się pozbyć bez brzmienia jakby nie dbał o ich sprawy. A przecież ich kochał. Tylko czasem potrzebował odpocząć od ich ciągłych problemów i temperamentów.
Więc chował się w jaskini rzemieślnika i wykonywał cierpliwie swoją pracę, notując uważnie wszystkie wydarzenia watahy jakie mógł. Nawet drobniejsze rzeczy lądowały na kartach kroniki. Śluby, związki, imiona, wiek, płeć, miejsca zamieszkania. Piękne pismo wylewało się na kartki spod jego łap, we względnym spokoju tejże pracowni.
Bleu przywykł do obecności młodego kronikarza. Po długich latach bez córek w jaskini, stęsknił się za ciągłym towarzystwem innego wilka. A młody Dally był dobrym towarzyszem i w ciszy i do rozmowy. Tematy ciągle przeplatały się pomiędzy nimi, po czym zapadał spokój i oboje poświęcali się ponownie pracy.
Była to przyjemna odmiana od jego codzienności.
Było lato. Żałoba przeszła, wspomnienia zostały, a praca ruszała do przodu. Zbieranie traw i drewna zawsze było najlepsze w gorące, przyjemne lato, kiedy wszystko kłaniało się od ciężaru owoców. Bleu także zaglądał na jabłonki, odkąd nieszczęście spotkało brzozę. Upewniał się, że mają wodę, a jak nie mieli to wysyłał pomocnika do podlania ich, gdyż sam miał wiele więcej obowiązków niż jabłonki.
Z drewnem wracał do domu. Domu, który pachniał żywicą i schnącą trawą. Tam rozłożył swoją zdobycz przed jaskinią do względnego wyschnięcia z wilgoci porannej rosy. Wszedł do jaskini omijając nierozpalone ognisko w jego progu. Ciepło lata nie zmuszało go na razie aby musiał je rozpalać.
W środku jednak nie było tylko ciszy, którą oczekiwał zastać. Nie przywitał go także Dally, który zapowiedział swoją wizytę dopiero na wieczór, w celu organizacji paru nowych świeczek, do jaskini kronikarzy. Nie. Była to Myszka z Irysem u boku. Basior był sporo od niej starszy, jednak odpowiedzialny. Bleu ufał mu, że dobrze zajmuje się jego córką, a e ta promieniała, Bleu pozostawał dla niego uprzejmy.
– Cześć tato! – wadera podbiegła do niego i przytuliła się. Bleu nie mógł być bardziej szczęśliwy. Jego kochana córeczka go odwiedziła.
– Cześć skarbie. – przytulił ją mocno. Tak dawno jej nie widział. Tęsknił za swoimi córeczkami. – Ciebie też dobrze widzieć, Irysie. – dodał jak jego córka w końcu odeszła na krok, dając mu pole do rozprostowania łap. Irys kiwnąl głową delikatnie zmieszany. Wyraźnie nadal nie był powinien jak ma zachowywać się w obecności ojca swojej ukochanej.
– Mam wielkie wieści tatko! – oświadczyła Myszka klaskając w łapy. Na jej pysku malował się wielki uśmiech, wiec żadna obawa nie narodziła się w sercu Bleu.
– Tak? – zagadnął nie pozwalając aby cisza zagościła w progach jego domu ponownie.
– Jestem w ciąży! – oświadczyła Myszka. Bleu zamrugał dwa razy i pozwolił aby radość ogarnęła go od samego środka.
– To cudownie! – wciągnął swoją córkę ponownie w objęcia. – Gratulacje!
– Tak bardzo się cieszę. – mruknęła Myszka wtulając się w jego sierść mocniej. – Nigdy nie byłam pewna, czy chcę zostać mamą… ale teraz tak bardzo się cieszę!
I Bleu także się cieszył. Już planował w głowie ubranka i posłania, które przekaże swojej córce i jej partnerowi zanim dzieci się urodzą. Już nie mógł się doczekać… zostanie dziadkiem!
Była zima. Przyniosła ze sobą tyle śmierci. Była wiosna. Roztopiła resztki łez. Jest lato. Lato przyniosło nowe życie. Nowe szczęście. Pozostało tylko na nie poczekać.
<CDN>
wtorek, 30 września 2025
Od Bleu - (Od Kaja) -"Pijany na koniec miesiąca" cz. 11
Latanie w tę w i we wtę jest naprawe nudne i męczące. Niech ten Szkliwo, darmozjad i dziad wsadzi sobie te listy w dupę. I to głęboko. Bez niego ten świat byłby lepszy. Piękniejszy. Jego barwy byłyby bardziej nazycone i wszystko żyłoby w wiecznej harmonii. Ale nie! Szkliwo musiał sobie być i prowadzić aktynie knowania polityczne z Agrestem. Oboje są siebie warci. Niech się kopną w dupy i niech im Misung na grobach wierszyki przeczyta to może się ogarną.
Zresztą, co ja mówię. Bez Agresta to nie byłoby to samo. Z Admirałem może było trochę lepiej, ale teraz mam przynajmniej prcę co mi płacą nawet dobrze. I własną polankę. Tą samą gdzie spała kiedyś Kawka. Ona jeszcze czasem śni mi się po nocach, kochana. Pieprzony Szkliwo.
- Alkohol mi źle robi - odetchnąłem i wstałem z ziemi. Butelkę jak zawsze porzuciłem gdzieś daleko, zapomnianą pod jakimś krzakiem. Pewnie znowu znajdzie go Miodełka i będzie miała do mnie wąty, ale kto by o to dbał.
Plaża była dla mnie uzdrowieniem. Może wytrzeźwiewiem? HAHA. Dobrze sobie. Ja nie trzeźwięję. Nigdy...
Nigdy...
Po dordze spotkałem Eilerta. W koncu nauczyłem się jego imienia, ale jego samego ignorowałem. Nie ma chuja, który by mnie zmusił żeby z nim gadac jak jestem tak nachlany. Nie. Nie dzisiaj , nie nigdy! Na plaży jak zawsze była Mezularia. Ta "jestem lepsza od ciebie" pieprzona ptaszyca. Phi! nie poznałą mnie od mojej najlepszej strony jeszcze to nie docenia takiego maczo pięknego ptaka jak ja!!!
W każdym razie. Wyłożyłem się na piasku. Tutaj dzisiaj śpię. Niech mnie woda ukołysze do snu. A jutro przestaję pić... Ha. Kogo ja oszukuję...
<CDN>
środa, 6 sierpnia 2025
Od Bleu - "Wątpliwości" cz.24
Mech. Zapach mchu był tak obcy, a jednak mile widziany w warsztacie Bleu. Leżał w wejściu, wilgotny i w sam raz. Poranna rosa jeszcze utrzymywała się na nim, ale letnie słońce, już w górze, paliło go i suszyło bardzo stopniowo. Ten, który był już w sam raz, nie za wilgotny nie za suchy lądował w łapach Bleu, który cierpliwie wybierał kawałek po kawału i wrzucał go takiego rozdrobnionego do koszyczka. Była to mozolna praca, ale potrzebna. Delta poprosił go o tkany kawałek łóżka. Linki już miał, wyschnięty i obrobiony len już wisiał w cienkich i długich kawałkach na podwieszonej pod sufitem jaskini linie. Słoma pachniała w rogu jaskini, sucha – schowana starannie przed wpływem sił przyrody. Wszystko poza mchem było gotowe. Tkane łóżka były dość niepopularne, a nadto Delta chciał wyłącznie jedno i to przenośne. To nadal było dużo pracy, ale to było tylko jedno łóżko. Na co to może się nadać jak jest samo? No cóż. Bleu nie wnikał, Bleu tworzył!
Jego łapy zgrabnie przesuwały po mchu, wplatając jego skrawki między len, dla miękkości i trwałości. Nie martwił się jego rychłą śmiercią po jednym sezonie, można go zastąpić potem nowym, wciskając nowy mech między szpary we wzorze. Ale początkowa warstwa także była potrzebna, aby te szpary dobrze się zaciskały i dobrze nosiły i trzymały tego wilka nad ziemią. „Niech się unosi, ledwo, ale unosi. Niech nie dotyka ziemi” – słowa medyka były jasne. Ma być nad ziemią. Dlatego Bleu już przygotował sobie dobre kawałki drewna. Dwie długie belki docięte do odpowiedniej wielkości jego sprawną łapą i paroma narzędziami. Były już gotowe aby umieścić na nich łóżko, tylko to łóżko trzeba było utkać do końca. Bleu robił to już trzy dni, na przemian z tworzeniem oprawek do kronik. Poprzednie trochę się uszkodziły od wilgoci. Nie szkodzi, Bleu był tu po to aby zastąpić je nowymi. Lepszymi. W końcu ciągle uczy się i ulepsza swój fach, może łatwiej poprawiać błędy przeszłości. Jego doświadczona łapa ma jeszcze większość jego życia aby douczyć się tam gdzie zawodzi teraz. Jeśli coś się rozpadnie zawsze można to jakoś naprawić!
Dzień przeszedł mu spokojnie, aż
Myszka nie wpadła do jaskini zziajana, ale z uśmiechem od ucha do ucha. Za nią
wpadł na polankę przed warsztatem Irys. Bleu siedząc przy świetle świecy,
uśmiechnął się pod nosem, kontynuując tkanie swojego dzieła. Stało się to już
prawie automatyczne, nie było potrzeby silnego światła. Świeca w zupełności
wystarczała.
—Tato! — Myszka roześmiała się opierając się o jego bok. — Wiesz… Ja chyba w
końcu się wyprowadzam! — zerknęła na niego.
—Tak? A dokąd? — Bleu uśmiechnął się
szeroko ,ale nie podniósł wzroku od swojej robótki. Droczył się z nią.
—Do mojego chłopaka. —
—To ty masz chłopaka? — zaśmiał się udając oburzonego. — Moja mała
dziewczynka?! Cóż za zaskoczenie! — szczeknął, jego łapa teatralnie upadając na
serce.
—Tak! Mam chłopaka i się do niego wprowadzam! Porzucam cię, oh! — a ona grała w
jego grę doskonale. Ah… jego krew w jej żyłach była jasno widoczna w tym
momencie. Irys tylko stał z brzegu, łapa na łapie, wzrok nieco niepewny.
—No dobra. A tak serio. Ah ty moja mała córeczko. — odłożył w końcu swoją pracę
i chwycił ją w ramiona. — Jestem dumny, że znalazłaś kogoś kogo kochasz. —
—Dzięki tato. — wtuliła się w niego, ich błękitne futra na chwilę zlewając się
w jedno w mdłym świetle tańczącego na świecy ognia. —Ale serio się wyprowadzam.
—
—I dobrze. Zawsze mówiłem Ci, że sądziłem, że będziesz pierwsza do wylotu z
naszego małego gniazdka. A tu proszę. Przesiedziałaś u ojca najdłużej ze
wszystkich moich córeczek. —
—Czas najwyższy mówisz? —
—Nigdy nie jest czas najwyższy, ja was tak kocham, że najchętniej to bym was
trzymał u siebie na zawsze, ale… wyprowadzka to część dorastania. I każdy
kiedyś musi dorosnąć. Ja w tym rozumieniu dorosłości, dorosłem szybko. Dla
niektórych za szybko, ale to też dobrze. A ty poczekałaś chwilę i teraz
rozkładasz sobie swoje skrzydełka. Oh.. jestem z ciebie dumny. Będziesz
odwiedzać swojego starego ojca od czasu do czasu? — odsunął się kawałek aby
spojrzeć Myszce w oczy. Ta tylko skrzywiła się i przewróciła oczami.
—Nie jesteś jeszcze wcale taki stary! — mruknęła. — Ale tak. Oczywiście, że
będę was odwiedzać!—
—I jeśli kiedykolwiek będziesz chciała wrócić, tutaj jest dla ciebie zawsze
miejsce. — Bleu odgarnął z jej pyska parę włosków, które niesfornie opadły jej
na oczy.
—Wiem. — przytuliła go raz jeszcze i podeszła do Irysa ocierając się o jego
bok. Po czym go porzuciła pod ciekawskim wzrokiem swojego ojca. Bleu zajrzał na
speszonego samca przed nim. Irys był bardzo smukłym wilkiem, średniego rozmiaru
o futrze tak nietypowym jak futro rzemieślnika. Tylko że było ono szarawe z
błękitnymi plamami i pasami, zamiast czysto niebieskie z przebłyskami bieli jak
u Bleu.
—Jak wam się wiedzie? Gdzie teraz zamieszkacie? — zagadnął go.
—U mnie na razie. Ale.. myślałem czy nie powiększyć tego co mamy. Moja jaskinia
jest bardziej norą. Ciasna. — odpowiedział, jego czerwone oczy krążąc po
przestrzennej ale niskiej jaskini, która robiła Myszce za dom i Bleu za
warsztat.
—Rozumiem. Jakbyście potrzebowali pomocy z czymś do domu, to zapraszam. Stoliki,
łóżka, kubeczki. — uśmiechnął się Bleu. Ramiona Irysa rozluźniły się nieco.
—Dzięki. Może… stołek?—
—Dobrze. Stołek.—
—Taki na świeczki… —
—Taki na świeczki. — Bleu się uśmiechnął i przysiadł tam gdzie wcześniej
siedział. Miał na łapach nowe zadanie. Stołek, dla jego kochanej córeczki.
Oczywiście Myszka wróciła bardzo szybko, jej rzeczy wisząc w nieco zużytej
torbie na jej ramionach. Bleu spojrzał
na nią i machnął łapą.
—Poczekaj jeszcze. — zagadnął i zniknął pomiędzy stosami tkanin, drewna i
innych materiałów. Wrócił z bandanką. Małą nieco, zakurzoną i poplamioną. Podał
ja swojej córeczce, której oczy zaświeciły się jasno.
—Moja bandanka! Zatrzymałeś ją?!— Myszka chwyciła zużyty kawałek bandany i
wrzuciła go na swojej torby.
—No wiesz… Zatrzymałem wiele rzeczy. — uśmiechnął się, jego wzrok zawieszając
się na kawałku drewna wiszącym na skalnej skale i odbiciami ich małych łapek.
—Wiem. Dziękuję tato! —
—Nie ma sprawy. Każda z Was zabrała ze sobą kawałek domu. Żebyście pamiętały. —
Wieczór dla Bleu był wyjątkowo dziwny, ale zarazem znajomy. Warsztat stał się pusty, świeca dawno wygasła, a jego łóżko było chłodne, ale miękkie. Przyjęło go w swoje kojące ramiona. Mech i tkaniny wokół jeszcze nosiły na sobie woń jego córeczek, w różnych nasyceniach. Alta gubiła się pod delikatnym zapachem Rany i Myszki, ale była gdzieś tam. A nad wszystkimi on. Ich ojciec. Nadal ojciec, tylko że jego dziewczynki wyrosły i wyszły w świat. Sam tez uciekła z domu, więc nie mógł ich winić. Usamodzielniły się, wydoroślały, znalazły sobie miejsce na ziemi, pracowały tam gdzie chciały, spełniając się w ramach życia. Miłość, żal, błędy – wszystko przed nimi i już za nimi, tak to bywa z życiem. I Bleu mógł być tutaj i czekać czy przyjdą do niego z płaczem, z powrotem czy po prostu go odwiedzą, szczęśliwe. I wierzył, że to zawsze będzie to drugie.
Tkał i tkał aż utkał i zaniósł
swoje dzieło do jaskini medycznej. Po czym wrócił do siebie. Zakurzone półki
skalne i drewniane stoły przywitały go swoją stęchlizną i otuliły go niczym
przyjemna kołderka komfortu. Bleu otarł łapą o kawałek starego dębu, który
oderwał od upadłego korzenia, a który teraz gościł w jego skromnym domku, zaraz
na skraju jego stołu. Bleu poprawił go i zamyślił się, co można by z tego
zrobić? Drewno było w miarę świeże, już suche, pewnie powoli mdlejące od środka
od tygodni leżenia martwym. A jednak pukanie pazurem wskazywało, że nie pojawiła
się w nim żadna stęchlizna. Był to doprawdy porządny kawałek drewna. Ładny.
Pełny. Zasługiwał na coś wyjątkowego, wykonanego pewną łapą rzemieślnika.
Zasługiwał na cel – przeznaczenie! I to nie byle jakie. Zamyślenie z pyska Bleu
zmiotły nagłe acz spokojne kroki. Basior obrócił głowę w kierunku wejścia zza
którego wynurzył się nieśmiały pysk Dalliego. Młodzik wkroczył w progi
warsztatu z oporem, nosem dość blisko ziemi i oczami wpatrzonymi we wszystko co
wisiało na niskich ścianach.
—Szukasz tam czegoś? — Bleu zaśmiał się wracając wzrokiem i łapami do swojego rozmyślania.
Drewno zaśmiało się pod jego pazurami, a może jęknęło?
—Nie. — basior odpowiedział szybko. Jego głos był cichy, niepozorny szept,
który z pewnością umarłby na wietrze gdyby nie cisza panująca wokół.
—A co cię sprowadza w takim razie? — odpowiedziała mu cisza. Chwilę tak oboje
żyli we własnych światach, dopóki Bleu nie odsunął się od swojego nowego ulubieńca
aby sięgnąć po odrobinę chrustu. Zarzucił go na kamienny krąg przy wejściu i dorzucił
trawy. Ogień buchnął przyjemnym ciepłem i światłem.
Dally siedział na jednym z wielu
dywanów pokrywających zimny kamień jaskini. Zapach mchu, drewna i tkanin otulał
go pewnym komfortem. W końcu wilk spędził w tym miejscu wiele godzin skrobiąc
niewyraźne literki w ziemi, w drewnie, na papierze. Teraz pisał ładnie, jego
ruchy pewne, prawie zdobiennicze.
—To nie dla mnie. — odetchnął. W jego sercu panował mętlik większy niż w jego
głowie. —Nie umiem uczyć dzieci. — przyznał. Próbował się odnaleźć w swojej
początkowej pracy. Wybrał pracę z dziećmi ,bo ta była wygodna, pozornie prosta.
—Więc ją zmień. — Bleu, ten rzemieślnik, który tyle miesięcy pochylał się nad
jego łapami i poprawiał jego błędy.
—Nie wiem co chcę robić. — odparł. Proste stwierdzenie, powinno zadowolić tą
niepewność, która go nie odstępowała od jakiegoś czasu.
—Próbuj. Jesteś młody, masz wiele przed sobą. —
—Mówisz jakbyś miał z osiem lat. — Dally parsknął cichym śmiechem.
—Czasem się tak czuję. — ich śmiech rozbił się o ściany. —Ale ja mówię serio.
Spróbuj się w… polowaniu? —
—O nie! To definitywnie nie dla mnie! —
—Nie nauka.. To może rzemieślniczka? — Bleu zastukał łapą w swój kawałek
drewna.
—Zdecydowanie nie. Już zdaje się nie pamiętasz ostatniego razu kiedy próbowałem
coś zrobić. —
—Pamiętam. Ale trening czyni mistrza. — Bleu zakręcił się po swoim domu
zbierając trochę porozrzucanych tkanin i sprzątając zagubione kawałki drewna.
Po czym dorzucił te skrawki do ognia.
—Trening… Wszyscy mi to powtarzają, ale ja nie czuję żebym był w czymkolwiek
dobry. Próbowałem już tylu rzeczy. —
—A pisanie? Może śledczy? — woda w małym
metalowym czajniczku zawyła pod presją ciepła.
—Śledczy… Może. Chociaż to bardzo militarne. Ja nie jestem też bardzo spostrzegawczy.
A to chyba potrzebne, prawda? —
—Prawda. —
—Politykiem też dobrym bym nie był. — Dally odetchnął ciężko.
—Prawda. —
—Nie pocieszasz mnie! — Dally parsknął w udawanej złości. Ciepły kubek jakiegoś
ziela wylądował w jego łapach. Zapach był miły i kuszący, jak ciepłe łóżko po całym
dniu pracy.
—No cóż. — Bleu wzruszył ramionami. — Może w takim razie pustelnik? Tam nie trzeba
nic robić tylko być.—
—Yhymm.. .z dala od wilków. — Dally mruknął, jego bok przyciśnięty do błękitu futra.
—Zwariowałbym chyba. Ja nadal śpię z rodzeństwem na moich plecach. —
—Tak? To miłe. Ja trochę za tym tęsknię. — Bleu przyznał, jego jasne oczy wbite
w swoje odbicie migające w kubeczku.
—Naprawdę? —
—A no tak. Myszka jeszcze niedawno spała ze mną łapa w łapę. Czasem jak śpię w
nocy to robi mi się smutno tak że się przebudzam z zimna i strachu. Bo skoro z
zimna to znaczy że dziewczynek nie ma. I potem sobie przypominam, że przecież
one są już takie duże i dawno rozłożyły skrzydła. —
—Nie są wiele starsze ode mnie a od razu wiedziały co chcą robić. — Dally
zamruczał.
—Nie do końca. Myszka była chyba jedyną, która od razu po urodzeniu zaczęła
polować. Alta zmieniła się, kiedy rosła. Uspokoiła, ale o edukacji zadecydowała
po próbie bycia szeregowcem i opiekunem szczeniąt. I w opiekuństwie odnalazła
właśnie drogę do uczenia maluchów. Rana… Tana chwilę pracowała ze mną, potem
chwile nie robiąc nic, a potem spróbowała aktorstwa z braku lepszego pomysłu i
może zachęty od Misunga. A Myszka… to Myszka, ona naprawdę urodziła się do tego
co robi. —
—W to akurat uwierzyli by nawet heretycy. Myszka naprawdę ma dryg do polowania.
Widziałem. — Dally powiał pyskiem, jego język nabierając go gardła odrobinę ziołowego
naparu. Cierpki, acz słodkawy smak zalał jego kubki smakowe i otulił przyjemnością.
—No widzisz. W każdym razie, co miałem zamiar przekazać to, że jeden znajdzie
sobie co chce robić zaraz po narodzinach, jeden znajdzie z zaskoczenia, a inny
będzie szukał aż coś się nie pojawi. Więc Dally… co lubisz robić? —
—Co lubię robić? — jego oczy wbiły się w płyn, niebieskie i niepewne. — Nie
wiem… Pisać. To przyjemne. —
—Hymmm… Pisać? — Bleu zamyślił się na chwilę. —A może kroniki? Może tam się
odnajdziesz? —
—Może… –
Bleu czuł się jakby właśnie złapał
słońce za ogon, zbliżył się do swojego upragnionego celu. Już, już na skraju języka
miał pomysł na to drewienko, które patrzyło się na niego od wczoraj. Ogień już
dawno zgasł, słońce wstało i już szło powoli w kierunku horyzontu, żeby znowu
zasnąć w spokojny sen, ukołysane pieśniami nocy. Już był tak blisko, ten cierpki
posmak frustracji już miał być zmieciony z jego serca.
Niestety czasem los ma swoje własne ścieżki, którymi podróżuje. Wilki mu tylko kwiatami
pod nogami, które zrywa, depta lub omija. Nic nie znaczą, małe czy duże, wszystkie
kończą zgnite na ziemi, przykryte chłodem zimnej śmierci. Więc Bleu już stukał
w drewienko, kiedy do jego domu wpadła Szalka, jej ślepe oko nieco spanikowane.
—Bleu! Bleu! — jej głos był zmachany, pierś unosiła za szybko, serce obijało
się tak mocno o jej żebra, że zdawało się przebijać na zewnątrz.
—Tak? — basior podniósł na nią oczy, ich błękit jeszcze spokojny.
—Jałonka jest w medycznej, podobno jest bardzo źle. — oświadczyła, panika nadal
w jej krwi. Bleu zmarszczył brwi, jego pysk zacisnął się unosząc górną wargę.
Biegł przez letnie polany zanim mrugnął. Jego siostrzyczka, już nie taka mała,
leżała w jaskini medycznej – znowu. To nie był pierwszy raz, nie ostatni,
zapewne, ale serce Bleu zawsze podskakiwało mu do gardła. Do jaskini medycznej
wszedł już spokojnie, krok żwawy, oddech urywany – jedyny zdrajca tego jak
szybko pędził.
—Delta… Jak tam z nią? — zapytał kiedy dopadł do jej łóżka, stary medyk nad jej
rosnącym ciałkiem.
—Nie za dobrze, ale nie powinno się pogarszać. —oświadczył jak zawsze prawie
bez tonu, bez ducha. Może to już starość, ale Delta i jego cynizm coraz
bardziej zlewały się w obojętność. Lata w obecności chorych prawdopodobnie Ci
to robią. Bleu nie komentował, usiadł tylko obok, czekając aż jego matki też
się zjawią. Zawsze się zjawiały. I tak było też tym razem. Posiwiałe futra,
powolne kroki, jakby nigdzie im się nigdy nie spieszyło.
—Synku. Dzień dobry. — jakby Jałonka nie leżała nieprzytomna pod ich łapami.
Bleu opuścił uszy po sobie próbując ukryć nastroszoną na szyi sierść. Simone uśmiechała
się do niego szeroko, bez zmartwień.
—Dzień dobry mamo. — przywitał się dość sztywno, gorzki posmak urazy w jego
gardle. Simone usiadła blisko, prawie ocierając się o jego futro, z kolei
Laponia, zawsze ta bardziej spostrzegawcza dała mu więcej miejsca.
—Jak tam z nią? —
—Podobno stabilnie. —
—Stabilnie? To chyba dobrze. — Simone żachnęła
się i zarzuciła łapę na ramię syna. Ten tylko odetchnął. Kiedyś ta ich postawa
radości skończy się. Brak pośpiechu dla rodziny sprawi, że kiedyś nie zdążą.
I nie zdążyły. Jeszcze tej nocy
Bleu wstał do Myszki wpadającej do jego
domu, jej oczy zapłakane.
—Jałonka. Jest gorzej! — i oboje byli u jej boku zanim księżyc zdążył przesunąć
się za drzewa. Oboje wisieli nad nią, jak Delta zgrabnie wcierał kolejne maści
i wpychał jej do pyska kolejne napary. I wszystko uspokoiło się, na chwilę.
Medyk odetchnął, a potem wszyscy za nim.
Jałonka obudziła się kiedy słońce wstawało, jej oczy zaszklone, nieco puste.
—Wiedziałeś, że mają tam fioletowe kwiaty? To mój ulubiony kolor… —
—Tak? — Bleu uśmiechnął się do niech pomimo zmartwienia szarpiącego jego serce.
—Tak. Mam tam przyjaciółkę… też jest fioletowa! — jej głos był cichy. I na tym
się skończyło. Zamknęła swoje oczka, jej pyszczek szczęśliwy. Ale oddech
zagubiony gdzieś z wiatrem. Tylko Bleu z Myszką nad jej ciałem.
Bleu spojrzał na to drewienko, ten kawałek dębu, który nadal leżał na jego stole pomimo upływu dni. I jego łapy same zaczęły pracować. Dzień zaszedł, noc i ciepły blask ognia dotrzymywały mu towarzystwa, czas płynął. I z ranka, kiedy ogień zamigotał ostatkiem swoich sił, na stoliku stał mały nagrobek. Nic wyjątkowego. Stary dąb pewnie spróchnieje niedługo, zanim żal i smutek zdążą wyjść z serc wszystkich wokół. Ale liczyła się myśl, pewien komfort w sercu Bleu, kiedy spoglądał na ten kawałek swojej pracy wkopany nad grobem swojej siostry.
<CDN>
piątek, 31 stycznia 2025
Od Bleu (Od Kaia) - "Pijany na koniec miesiąca" cz.4
poniedziałek, 18 listopada 2024
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 22
Ciche szuranie odbiło się od ścian. Bleu przesunął łapą po
gładkim papierze. Jego niestandardowa wielkość zapewniała równie wielką
niepewność. Cienki drewniany wytwór był niczym szklana ozdóbka w kopytach
dzika. Bleu musiał się nieźle namęczyć aby najpierw w ogóle je zrobić. Dni i
noce ciężkiej pracy nie mogły pójść teraz na marne. Około dwudziestu takich
kartek właśnie zostało włożone we wcześniej przygotowaną okładkę, która miała
utrzymać je stabilnie w miejscu, aby potem zostać zapełnione pełnym, dawnym i
teraźniejszym spisem wilków. A przynajmniej tych, których dane ostały się po
pożarze jaskini alf za czasów nie tak dawnej wojny. To nie tak, że Bleu mógłby
ją pamiętać. Poszczęściło mu się, że urodził się za czasów względnego spokoju.
Poza tym, jego stanowisko było raczej bezpieczne, nawet podczas naborów.
Rzemieślnicy w końcu tak pięknie wyrabiali nie tylko kartki i okładki do
książek. Nie tylko ubrania, prawda? Bleu na swoim kącie miał także metalowe
przedmioty. Co prawda te wymagały niezłego krążenia i kombinatorstwa, ale swój
młotek zrobił. Ten sam młotek, którym teraz kulturalnie przybijał sznury do
kartek, zalewając je żywicą, aby wszystko ładnie weszło na swoje miejsce.
—Chyba coraz lepiej mi idzie. — zza jego pleców odezwał się młody basior, który
na starej obszarpanej kartce malował piórkiem literki. Używał do tego jakiejś
starej farby. Nic trwałego, co mogłoby się przydać. A jednak do ćwiczeń się
nadawało. Bleu zerknął znad swojej wielkiej pracy i uśmiechnął się.
—Z pewnością. Piszesz lepiej ode mnie! — Rzemieślnik zaśmiał się, uderzając
młotkiem raz jeszcze i ciągnąc lniany sznur od drugiej strony. —Właźże na swoje
miejsce! — burknął do niego sfrustrowany.
—Czy ja wiem. — Dally odetchnął ciężko nad swoimi bazgrołami. — Nie sądzę, że
dałem radę cię przegonić. —
—Aj! Dajesz sobie za mało wiary. Jak
tylko skończę to będziesz pisał po okładce. —
—Ale to twoja praca! — Dally upuścił piórko na ziemię, jego oczy wielkie i
przerażone.
—Nie mówię że masz od razu żłobić w skórze. — zaśmiał sie basior naciskając
całą swoją wagą na następny kawałek materiału, który naciągał na liny z trudem,
aby zabezpieczyć kartki przez rozlewem żywicy kiedy będzie schła. — Namalujesz
mi szkic. Białą farbą, ładnym pędzlem. Jak ci się nie uda łebku to i zmazać
można. —
—Można? —
—Rzemieślnik nie artysta, nie rzeźbiarz. Wszystko da się zmazać i poprawić. —
Bleu stęknął naprężając mięśnie. — Prawie. Ale to czego się nie da robię od lat
z wprawą. A jak się zepsuje to się robi od nowa. Żaden koniec świata. —
—Mogę… spróbować więc. —
—Na pewno spróbujesz. Jeszcze chwila, a będziesz miał rok. Czas wybrać sobie
miejsce, nie? —
—Prawda. Ale ja się czuję tak niegotowy. — Dally oparł się głową o czerwone
literki, które łaskawie pozostawiły po sobie ślady na jego futrze. — Moja
siostra wie już doskonale, że będzie biegać. To samo Szpak. Część dzieci
odchodzi w ogóle. Daleko. Sam się waham czy nie iść. —
—Ale zdaje się, że… — Bleu w końcu odetchnął i przysiadł sobie. Kawałek
materiał leżał naciągnięty i napięty tam gdzie powinien. — coś cię tu
zatrzymuje. —
—Przywiązałem się. Miło było mieć w końcu stałe miejsce do zatrzymania się,
kogoś kto o ciebie zadbał i przyjął jak do siebie. Nie wszyscy to czuli,
niektórzy po prostu chcą już uciekać. —
—Są ciekawi świata. —
—Ale… zostawiają rodzinę w tyle. Tak bez miłości, bez wyrzutów. — Dally uniósł
się z oparcia, pół jego pyska w czerwonych smugach, powodując że Bleu parsknął
śmiechem w jego kierunku.
—Niekoniecznie. To że idą nie znaczy że nie kochają swojej rodziny. To może
znaczyć tyle, że to życie, które kocha ich rodzina nie jest dla nich. Rodzimy
się inni. Lubię myśleć, że ja urodziłem się jako domownik. Ja lubię siedzieć u
siebie i wziąć okazjonalny spacer. Masz też takiego Anubisa. On nie ma domu,
ale nigdzie nie idzie. Jest duszą pełną myśli i uśmiechu. I był też pewien
Wayfarer. Nie znałem go, wiesz. Ale podobno kochał swoją rodzinę bardziej niż
kogokolwiek, ale duszę miał wolną. I nie sposób było zagłuszyć chęć podróży. To trochę jakby wołało cię coś
ze środka, a bolało jak nie słuchasz. —
—A co jak woła cos bezsensownego? —
—Bezsensownego? Nie ma rzeczy bezsensownych. Wszystko ma sens jeśli mu ten sens
umiesz nadać. A tego się trzeba nauczyć, a teraz chodź. Pomóż mi, przeniesiemy
to cudo na kamień, niech schnie w słońcu, póki to jeszcze jest. —
Zastanawiające były te noce. Niby to nie chłodne, niby nie
ciepłe, a jednak z takim jakimś zaskakującym napięciem.
—Wiercisz się. — Bleu mruknął, jedno oko już zamknięte. Myszka fuknęła pod
nosem i poprawiła się raz jeszcze.
—Spać nie mogę dzisiaj. —
—Za mało biegania? — Bleu przygniótł ją łapą, porywając pod siebie. Samiczka pisnęła
i ze śmiechem próbowała go z siebie zdjąć. Może z założenia byłoby to proste
dla biegacza, w końcu Myszka wyrobiła sobie porządny mięsień od tego ciągłego
treningu jaki sobie wydawała na polowaniach. A jednak, Bleu miał od córki
więcej siły, nawet nie dlatego że był starszy, a że tyle robił z drewnem. Jak
się nie ma telepatii to mięśnie robią się zaskakująco twarde i silne przy
takich to wybrykach. Więc Myszka poddała się i rozłożyła łapy przed siebie,
przygnieciona przez ojca. Oboje chichotali pod nosami, udając naburmuszonych.
—Biegania było dobrze, wystarczająco. Upolowaliśmy dzisiaj jelenia, coś
rzadkiego. Częściej zdarzają się jakieś sarny, może czasem dzik. Ale jeleń,
pełen taki do tego, poroże piękne, bogate. A no, I Saroe wpadła, znalazła
poroże łosia po drodze. —
—Mymm.. Więc co cię trapi? —
—Co mnie trapi? To jest dobre pytanie, bo nie wiem. — Myszka odetchnęła z
udawaną ulgą kiedy Bleu położył sie obok niej.
—Jak nie polowanie… to miłość? —
—Może. Chociaż.. idzie mi z Irysem raczej dobrze. Ja wiem.. on jest wiele lat
starszy, ale nadal jest… fajnie. —
—Wiek nie do końca ma znaczenie, wiesz. Tak długo jak ci z nim dobrze. —
—Wiem, wiem. Ty to być się nawet ptakiem cieszył gdybym tylko była szczęśliwa. —
—Nie ty pierwsza w rodzinie. — Bleu zaśmiał się. A Myszka tylko spojrzała na
niego kątem oka zaskoczona. —W każdym
razie. Może idzie dobrze, aż szukasz dalej. Może to następny krok? —
—Ale że co? Ślub. Na to raczej za wcześnie. Nie wiem też czy chcę. Irys też
raczej się miga. To tak… tak się wiązać. Zawsze mówisz, że my to takie bardziej
wolne dusze. —
—Wolne nie znaczy, że nie możecie się pobrać. Ale ja nie o tym, skarb. —
—A o czym? O seksie? To już było. —
—Emm.. Tego wiedzieć nie musiałem. — Bleu zaśmiał się pod nosem. —Myślałem nad
mieszkaniem. —
—M… Mieszkaniem? — Myskza zawahała się. Na chwilę zapadła cisza. Noc wdarła się
do środka, jej słodkie noty i śpiewy wchodząc pomiędzy nich z radością, aby
pochwalić się swoimi własnymi harmoniami.
—Jak pomijamy ślub, to przecież to jest następny krok, tak? Niektórzy mieszkają
zanim się pobiorą. —
—Mieszkanie. — i Myszka położyła się, jej oczy wbite w wyjście, dopóki nie
zamknęły się porwane przez senność. Samica zapadła w niespokojny sen, z myślą o
przeprowadzce. Przerażała ja wizja opuszczenia domu, ale spanie na jednym
futrze z Irysem brzmiało naprawdę
przyjemnie.
—Czyli.. bardziej ozdobnie? — Dally dmuchnął na pędzelek,
biała farba ledwo trzymająca się sierści , z której był zrobiony.
—Tak. Leć na całość, pokaż co potrafisz! — Bleu nachylił się za nim. Dzieciak
zaczynał już go przerastać. Ciężko było uwierzyć, że już tak wyrośli. Cała trójka,
czasem do niego wpadali, czy to nauczyć się pisać czy pobawić z Jałonką. Jak
inne dzieciaki, Jak Szpak czy Barwinka z Dziewanką. A teraz? To już był młody
basior, zwinnie przebierający łapą w pełnym skupieniu nad kolejnymi literami w
wielkim napisie: Spis powszechny, robiąc go naprawdę pięknym. Dzieciak miał wrodzony
talent, a może po prostu się wyuczył?
—Zastanawiałeś się już kim chciałbyś zostać? — Bleu mruknął do niego
przemieszczając się do następnego, na razie dołożonego projektu. Metal, jego „ulubione”
zajęcie, patrzyło na niego z błyskiem nienawiści na lśniącym grzbiecie.
—Nie bardzo. Może mógłbym dołączyć tutaj do ciebie? — Dally sapnął, jego łapa
ścierając literę P raz po raz.
—Możnaby spróbować, chociaż czy ja wiem czy się nadasz. Bardziej z ciebie artysta
niż rzemieślnik.—
—Ale… ozdabiam przecież. —
—Niewiele mam książek, które należy tak adorować pięknym pismem. Większość
czasu to bicie młotkiem, tkanie lin i targanie drewna na opał i więcej drewna
na projekty. Z to drzew trzeba wybrać i ściąć , albo skraść. —
—Jak te kartki? —
—Te kartki to wiele krwi mi napsuły, ale sam je uczyniłem, więc nie są tak
białe jak te co Ci od WWN przynoszą na talerzyku często. —
—Może rzeczywiście się nie nadam. Ale nie wiem gdzie indziej miałbym iść.
Pozwolili mi polowania spróbować i nie poszło. Nie moja bajka. W wojsku też z
bratem byłem, ale tam nie moje miejsce też. Mówi, że za miękki jestem. —
—Bo jesteś, ale dla nich to wada, dla artystów zaleta. Każdy będzie ci to
widział jako co innego. — Bleu właśnie targał kawał drewna zabierając się za
opalanie z niego kory. Dally spojrzał tylko na to jak sprawnie i z jaką siłą
Bleu to robił i wrócił do swoich literek zrezygnowany. To rzeczywiście nie było
miejsce dla niego, zawsze otwarte i przyjazne, ale nie do tej pracy był
stworzony. Nie miał cierpliwości i siły aby się tak wysilać i uczyć fachu,
który wymagał tak wiele umiejętności. Pisane było jego ulubionym zajęciem, ale
kto potrzebowałby wilka, który umie pisać. Na co to się zda?
—Nie wiem co ze sobą zrobić i gdzie pójść. Politykiem nie zostanę, bo nie umiem
mówić. Kłamać może trochę, ale… to krępujące tak kłamać innym. Strategiem
byłbym złym, bo to jak żołnierka, trzeba się na tym znać. W wojsku w ogóle nie
powinno mnie być. —
—To wykreśla ci wiele zawodów. — Bleu uśmiechnął się do niego rzucając klocek
na bok i biorąc się za następny. Kora skrzeczała pod ogniem odchodząc płatami jak
skóra zdejmowana ze zdobyczy przez wieloletniego łowcę. — Może coś bardziej z
ruchem. Aktor? —
—Nie czuję się w tym. Uczenie się linijek i przedstawianie dla innych kiedy
robię to ciągle i ciągle. Już i tak nie czuję się sobą, trudno wtedy poczuć się
kimś innym. —
—To może… hymn… Coś w nauce? —
—Uczyć szczeniaki? Nie wiem. To chyba plan B jak nic mi innego nie wyjdzie, ale
wolałbym nie. Czego miałbym w końcu uczyć. Pisać? Nie ma takiego nauczyciela.
Na historii się nie znam, z polowania jestem łeb, medycyna leży i kwiczy. —
—Jaskinia medyczna ma TYLE — Bleu machnął łapą nad głową. — Miejsc. Słyszałem,
że stracili medyka teraz i ich tam dwoje na tyle nas i nie tylko nas.—
—Z medycyny jedyne co wiem to że trujący bluszcz swędzi jak się za mocno pod
sierść go włoży. Obawiam się, że ze mną to by tylko wolniej praca szła.
Potrzeba im kogoś kto by wiedział co robi, nawet odrobinę. —
—Możesz podpytać Agresta co mają wolne.—
—Pytałem, mówili że na mordercy, ale ja nie mam w sobie tej siły co by zabić.
Otwarte też jest właśnie nauczyciela, ale to same co ja.. nie do końca się
nadaję. W jaskini medycznej, ale to ja tam też na nic im. W szeregowcach zawsze
mają miejsce, ale nie dla mnie. Polowanie skreśliłem dawno. Więc … gdzie moje
miejsce? Nie mogę go znaleźć. — wilk z żalem odetchnął.
—to ja podpytam, co ty na to. Znajdziemy ci coś. —
—Dzięki, ja… Chciałbym przynależeć gdzieś w końcu nie tylko z czystej iluzji. —
mruknął dostawiając piękną kropkę nad i.
<CDN>
środa, 30 października 2024
Od Bleu (Od Kaia) - "Pinay na koniec miesiąca"
Taki piękny dzień, a ja gdzie, może się spytacie mnie? Otóż siedzę sobie na dachu domu we wsi i spoglądam na psy, które jojczą na mnie z dołu. Nieporadne, głupie to takie. Nic tylko ujada. Się zoriętowały że ze mnie żaden bocian i raczej szybko nie odpuszczą. No cóż. To wygląda na to, że się muszę wrócić do tego parszywego miejsca z wilkami. Ale przynajmniej jak się ładnie uśmiechnę i zagadam to mnie nakarmią. Skrzydła wyprostować i jechane!
Tak lecąc sobie nad połaciami zieleni i pól to pomyśleć można porządnie. Co ja
takiego mam zrobić? Szkliwo teraz tak ślini się za Kawką, że się ślina za nim
ciągnie po ziemi jak za psem, który się patrzy na kiełbasę. Albo na mnie.
Różnica wielka, niestety! A Kawka. Taka szuja! Nic mnie nie broniła kiedy ten
brutal tak rzucał moim spitym ciałem! Szmata! Jedno i drugie. Niech się całują
po tyłkach jak tam chcą pod tym berberysem czy innym, ale mnie już nie zobaczą.
Lądując w WSJ mało się nie wyjebałem łbem w piasek. Co za paskudna wataha,
doprawdy. Potknąłem się o jakieś puchło czy inne stworzenie. Puchate jest, ale mało
białe. Pewnie ktoś kłaczek porzucił i mi się zdawało. No cóż. Po drodze do baru
spotkałem nikogo innego jak Mezularię z jej … wilkiem. Co oni wszyscy mają do
pieprzenia się z wilkami? Doprawdy. Ja wiem, Kawka niczego sobie wadera, ale
żeby się tak z wilkiem na całe związywać.
Tylko jej głową kiwnąłem, ale mnie zignorowała, szuja. Nie najmilsza dla
mnie, nie wiem dlaczego. Ale niech jej będzie.
Potem wieczorem jak sobie miejsca szukałem, spruty w cztery
dupy, potykając się o własne szczudła, które robią mi zza nogi spotkałem jakiegoś
lisa. Minusuluga.. Minsunga. Jakoś tak mu. Rude takie, fioletowe oczy i chyba
też z wilkiem ,ale nie pamiętam. Nie obchodzi mnie to. Nie ma dla mnie korzyści
ze spoglądania w jego stronę chociażby! Jak się już wyłożyłem na polanie
jakieś, pod gwiazdami to mi coś je zasłoniło jak na złość.
—Kto mi pszeszkasa? — wybełkotałem.
—Ja. — oczywiście. Miodełka. Czasem na mnie zaglądała czy jeszcze żyję. Niemiła
i sarkastyczna, ale może szuka partnera i określa czy ja się nadaję. Może kiedyś
złoży moje jajka, haha. Kawka też mogłaby nie? O tak… Dzieci moje i Kawki, jes…
Ale może nie… Szuja z niej. I z ta myślą usnąłem.
<Tak… nie XDD END>
wtorek, 17 września 2024
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 20
Chmurka ciemnego dymu buchnęła pod sufit jak tylko kamień zetknął
się z krzesiwem. Kolejna nieudana próba wyleciała z jaskini na stopniały
światłem śnieg. Wiosna zaglądała w krtanie wszystkim wilkom po kolei. Ale Bleu
się nie przejmował, jego oczy skupione na krzesiwie. Ogień nie chciał do niego przyjść,
a zabawa w piromana była nieco niebezpieczna. Jednak czego się bać, kiedy na
dworze straszna siąpa. Cokolwiek by zapłonęło, łatwo byłoby ugasić . Ale to nie
był główny cel rzemieślnika. Otóż w skórze jaką chciał tak pięknie przyozdobić,
w tej księdze co sam ją zapisał swoimi coraz to piękniejszymi literami znajdowały
się piękne wspomnienia lat młodości jego dzieci. Jedna z wielu pamiątek, które
zachował. Obraz który uczynił, rozpadł
się po czasie, pozostawiając tylko szczątki. Zdało się że z wilgocią zimy
zsunął się ze ściany i runął o ziemię. Ale nie ma tego złego. Udało się Bleu
poskładać małe łapki do kupy i wklei ć w książkę, gdzie spisał swoje
najpiękniejsze wspomnienia. Teraz pochylał się nad skórą do oprawy, zapach
siarki i ognia wisiał w powietrzu dusząc wszystkie wonie wokół. Wielkie litery
ich imion spisane w ładnym rządku. Skosy i zawijasy oczywiście obecne aby
przyozdobić to dzieło. Dzieło, które spod łap artysty musiało wyjść idealne.
Perfekcyjne. Żadne inne. A więc starania były wielkie i dokładne. Ba! To wymagało
nawet wysunięcia języka z pyska aby skupić się całkowicie na zadaniu. Jakby skosztowanie gorzkiego dymu
i popiołu miało pomóc w czymkolwiek. Ale jego dzieło tworzyło się. Tworzyło
powoli.
W tym samym czasie, wcale nie tak daleko, bo zaraz w głębi warsztatu kręciły
się trzy wilki. Jałonka, siostra Bleu, która mu życzliwie wołała wuju, zamiast
bracie, spędzając tu wiele godzin swojego życia, aby potem ze smutkiem wracać
do domu. „Ja to jednak chciałabym czasem z tobą zostać na zawsze, wiesz?”
kiedyś powiedziała do Bleu, a temu aż serce skruszyło się, że mała musi tak
latać przez pół watahy dla chwilki spokoju. „Ja wiem. Ale mamy też cię kochają.”
„Ja wiem wujku. Ale tu jest lepiej.” I w ten sposób oprócz swoich córek, Bleu w
księgę wpisaną miał także Jałonkę. Mała jeszcze na początku zimy sięgała ledwo
jego kostki, zawinięta w kokardki. Potem większa, także dała mu swoje łapki do
odbicia i zawsze opowiadała mu dużo historii. Bawiła się tez w okolicy z
dziećmi z sierocińca. Teraz była już z niej mała rozrabiaka, zdecydowanie
większa, ale słuchająca się wujka jak ojca. Bo może tym stał się dla kolejnego
szczeniaka w swoim życiu. Cóż za zrządzenie losu. Własne szczeniaki miał przez
przypadek, a inne lgnęły do niego jak ćmy do światła. Ale to nie ważne. Nie
narzekał. Kochał dzieci, a dzieci kochały jego. Jałonka, więc przebierała w
materiałach i siedziała z igłą w niezgrabnych łapach próbując nie ukuć się przy
swoich próbach szycia. Każdy kiedyś się uczy, a Bleu niby by nie zabronił
swojej siostrzyczce próbować.
Obok, na jej łapki patrzył Talerzyk. To był jej taki mały przyjaciel, bo od
kiedy Brzoza wyrosła, trochę się usamodzielnił. Był nawet niewiele starszy od
Jałonki to i się dobrze dogadywali. Był strasznie ciekawski i nawet częściowo
wprowadził się do domu Simone. Co prawda wadera, zagrzybiała trochę, zrobiła
się wredna i szczekliwa, więc często przepędzała go na noc do sierocińca, ale
zdarzało się, że wkradał się do środka niespostrzeżony i mógł sobie z Jałonką w
jednym posłaniu pospać. Chyba tęskniło mu się do siostry, która teraz pracowała
i nawet zarabiała na swoje małe miejsce w tej watasze. W każdym razie, tyle tu
przesiadywał, że i za Jałonką wołał do Bleu wujku, chociaż zdawało się, że jest
świadomy, że nie ma między nimi żadnego połączenia krwi czy rodziny. Ale Bleu to w żadnym wypadku nie przeszkadzało.
Wiedział też, że był jednym z niewielu dorosłych, który był dla niego tak
życzliwy, bo Talerzy… no był dzieckiem specyficznym. Odrobinę wolnym i
przygłupim można by rzec, żeby ująć to bardzo łagodnie. Teraz siedział nad igłą
i patrzył na starania swojej przyjaciółki z wielką uwagą. Wcześniej to i on
próbował szyć i tak się wymieniali. Oboje kompletnie nienauczeni.
A trzecim przybyszem był Dally. Jako jeden z trojaczków trochę się też już usamodzielniał
i jego własna osobowość wychodziła na świat. Ciekawski, wygadany, pewny siebie,
ale pracujący zawsze porządnie i w skupieniu. Teraz siedział z boku, niedaleko
Bleu i patrzył na kartkę, patykiem grzebiąc litery w ziemi. Uczył się pilnie,
pisma, bo bardzo chciał przydać się na coś w tej watasze. Wybłagał Szkliwo żeby
go nauczył odrobinę, ale zdawało się, że temu ptaku coś nie tak szło w życiu to
i musiał sobie Dally nowego nauczyciela poszukać. Daleko nie szedł. Bleu zawsze
był otwarty na pomoc, więc kiedy Dally się go spytał zgodził się bez wahania.
Dzieciak nie był już taki mały. Ba! Można by powiedzieć, że niedługo wyrośnie
na dorosłego. Miesiąc… może niecały. Wraz z latem rozłoży skrzydła i wyleci z
sierocińca na swoje, to może i dobrze. Niech się już uczy. Młode umysły są
zawsze takie chłonne.
Kiedy to już cztery lata spadły mu na kark? Bleu zaśmiał się
pod nosem, bo niedaleko mu było do roku piątego. Prawie połowa życia, jeśli Huk
da mu krótkie przebywanie na ziemi. A patrząc na to, że bawi się z ogniem i
wdycha wiele różnych oparów to różnie może bywać.
—Nie wychodzi mi! — Dally odetchnął ciężko zza jego pleców.
—Za mokra ziemia? — Bleu prychnął czując jak popiół drażni go w nosie.
—Nie. Literka… B jest trudna. — odpowiedział mu basior. Jego ogon uderzył parę
razy o ziemię z wyczuwalną frustracją.
—Mogłoby się zdarzyć. Dwa małe brzuszki, jeszcze napisz to drobnym pismem na
kartce… — Bleu przyznał wbijając krzesiwo w skórę. Mały płomyk zabujał się pod
jego palcami. — Spróbuj najpierw większą. Musisz poćwiczyć ten kształt. —
—Większą… A potem małą? —
—A niedługo nawet na kartce! Na pewno uda mi się załatwić jeszcze parę. Jak nie
od Sekretarza to ostatnio podłapałem kontakt z psami we wsi. Całkiem zgrana
banda. Za parę kości i list to i mi kartek przyniosą. — odetchnął rzemieślnik.
Litera M powoli kleiła się w całość pod jego łapami. Pisał ostatnie imię. Myszka.
Jego kochana córeczka, która nadal uparcie trzymała się domu jak tonący deski.
Chociaż coraz częściej zdarzało się, że znikała do późna. Jak na przykład
ostatnio.
Noc była już głęboka. Jeszcze śnieg leżał na ziemi, więc
zwierzęce tropy były gorące, zwłaszcza w nocy, kiedy zwierzyna lubiła wyjść
sobie na przechadzkę.
—Co my… koty, żeby na myszy polować? — Prychnął Irys za jej plecami. Myszka
tylko pacnęła go ogonem.
—Szukamy lisa… —
—Lisa… To nie tak, że lisy jak wilki… mają.. wiesz… mowę i … — i znowu dostał
ogonem w pysk.
—Nie. Nie każdy wilk przecież szczyci się inteligencją. To samo z lisami.
Czasem to tylko zwykłe zwierzę.
—A po co my to tak właściwie robimy? —
—Chciałam skórę dla ojca. Na prezent na jego urodziny. — odpowiedziała. Irys
zawsze tyle narzekał, ale i tak chodził za nią. Głupio się było przyznać, ale
chodził i z nią. Mało to było znane komukolwiek, bo ta dwójka wiecznie na
siebie psioczyła i szczekała i skakała do gardeł na każdym możliwym kroku. Ale
z drugiej strony zawsze, wszędzie widziało się ich razem. Stanowili dwójkę
głośną i upartą. Każde chciałoby po swojemu. I dopiero z dala od oczu pewnego
dnia Irys nachylił się nad nią i stwierdził, że w sumie to… bez niej żyć już nie
może. Jak się na jeden dzień rozdzielili to doszedł do wniosku, że jakoś za
cicho i … czy może by nie spróbowali chodzić razem. Myszka zastanawiał się dwa dni, aż nie stwierdziła,
że skoro i tak tyle czasu spędzają, to czemu nie. Najwyżej pokłócą się na amen
i nigdy nie obejrzą na siebie, albo rozejdą w spokoju jak nie wyjdzie. I tak w
ten sposób chodzą za sobą i z sobą. Niewiele się zmieniło. Nadal się kłócą jak
stare małżeństwo, łażą za sobą i rywalizują, ale teraz na dowidzenia Irys daje
jej buziaka w czółko. Czasem podsuwa jej większą rację jedzenia. W chwilach
przerwy układają się na jakimś kamieniu, futro do futra i zaskakująco spokojnie
rozmawiają o swoich oczekiwaniach. Myszka okazała się być kompanem jakiego Irys
szukał. Nie naciskała tam gdzie nie chciał i szanowała jego zdanie, a
oczekiwała tylko tego samego w zamian. Więc dogłębnie poznawali się bardzo
powoli na swoich własnych zasadach. To było bardzo… miłe. Zmiana w ich życiu,
niespodziewana, ale bardzo uprzejmie traktująca ich z gracją. Przynajmniej na
tyle ile ich głupie dupy umiały sobie ją okazać. Bo przyznajmy sobie to teraz
czytelniku, złammy tą czwartą ścianę ten jeden raz i powiedzmy, że oni oboje
trochę tępi są. Jedno po matce, drugie po ojcu.
Więc tak się ich los słodko pisał.
—Dla ojca… no dobra. — Irys w końcu dorównał jej kroku.
i to dlatego wróciła późno do domu. Potem też… i potem też. Bo wieczorami coraz
częściej siadała z Irysem i rozmawiała. I śmiała się. Ona śmiała się z jego
żartów! I to tak.. na serio. I Irys odkrywał, że może wcale nie był takim
zwolennikiem ciszy i spokoju, samotności, kiedy przychodziło do tej wadery. Że
właściwie chętnie spędziłby z nią większy kawałek swojego życia, a przynajmniej
tą resztkę co z niego zostało. Kto by pomyślał, że taki dzieciak, młódka, podbije
jego dorosłe serce. Chociaż… czy one już taka młoda. Może i. Pamiętał Irys
przecie jak jeszcze ledwie szczeniak ganiała za nimi uparta, że ona chce się
nauczyć polować. Kto by pomyślał, że teraz będzie prowadziła jego na polowania.
Jeszcze jakiś czas temu zawarczałby na siebie, zły za ten komentarz. Jak to?!
Myszka, lepsza od niego?! Ale teraz, jak trochę ją poznał, poza warstwę
obronnego odpowiadania na jego dogryzki, to musiał przyznać, że nieźle nauczyła
się polować. Dorównała mu. I dobrze. Nie musi się o nią martwić w spotkaniach
ze stworzeniem większym od nich, bo wie co robić i jak się bronić.
Więc Bleu, jak to ojciec, miał swoje podejrzenia. Ale Myszka jak wracała tak kładła się szczęśliwa obok i niewiele mu zdradzała. A on jak dobry ojciec, nie naciskał. Skoro nie płakała, to i krzywda się jej nie działa. Pomimo ciekawości, jakoś coś czuł, że ona po prostu zakochała się. Zwłaszcza ,że zapachu Irysa coraz trudniej było się pozbyć z sierści, kiedy przyszła wiosna i ubyło śniegu, w którym można było się wytarzać dla niepozoru. Ale jeśli nie chciała zdradzić mu niczego… to niech tak będzie. Więc wiosna przyszła. Zakwitły kwiaty i nieco zaostrzyły stosunki z WSJ. Czego więcej chcieć. A otóż… Niedawno, bo parę dni temu, Bleu malował jeszcze na bardzo drogim płócienku. Niedużym, ledwie wielkości kartki, co by mu się zmieściło do książki. Otóż. Przed wiosną, ale jak już się odtajało powoli i widać było, że niedługo przyjdzie powiew świeżości przyszła do niego Atla.
—Tato! — przywitała się. Dzień był bardzo słoneczny. Bleu akurat siedział nad kawałkiem
papieru, Jałonka przewracała się w śniegu z talerzykiem, a Dally siedział i pisał
literkę Z w białym puchu, starając się sklecać słowa z tego co już miał w
głowie. Piękny obrazek malował się przez waderą, która tylko uśmiechnęła się
szeroko do swoich podopiecznych ze szkółki.
—Ah… Alta! Miło cię widzieć. — Bleu odłożył swoją pracę na bok aby od razu
przesunąć się w kierunku córki i ująć się w swoje ramiona. Ta, dwa razy prawie
większa, odwzajemniła uścisk z wielką radością.
— I Misung! Czemu zawdzięczam tą wizytę? —
—Mamy dobre wieści! — Atlanta zakręciła ogonem, aż śnieg wzburzył się za nią.
Koraliki na jej szyi i w jej małych warkoczykach na szyi zaszeleściły niczym
małe dzwoneczki. Uśmiech na jej pysku był tak szeroki, że udzieliłby się nawet
staremu Mszczujowi. — Będzie ślub! — zawołała.
—ślub?! Wasz?! — Bleu sam zaczał szczerzyć się jak szalony.
—Aha.— Misung przeskakiwał z łapy na łapę. — Zapraszamy rodzinę! — uśmiechnął
się.
—Coś was uszyć? —
—Ja to w sumie.. mógłbym… prosić krawat? — lis nieśmiało poprosił, na co Bleu
mu pokiwał głową.
—A ja nie potrzebuję nic. Tylko, żebyś był. — Atlanta przytuliła ojca jeszcze
raz, jej oczy szczęśliwe, błyszczące w świetle słonecznej zimy.
—Kiedy to? —
—Z pierwszym roztopem! Zaraz z wiosną! Agrest już nam udzielił błogosławieństwa
na międzygatunkowe małżeństwo! —
—Cudownie! — i to właśnie malował cierpliwie farbami. Swoją córkę, na ołtarzu,
która mówiła tak dla Misunga. Swojego nowego męża. Cóż za cudowna to była zima.
Urodziła się Jałonka. Myszka w końcu postąpiła krok dalej z relacją, która
kleiła się już od tak dawna, Atla wyszła za mąż. I wszystko to, Bleu cierpliwie
wpisywał w swoją książkę.
Teraz za to siedział i wyparzał litery. Uczył Dalliego
pisać. Patrzył jak jego siostra dorasta. Cztery lata i parę miesięcy i tyle
szczęścia. Więc kiedy Rana przyszła do niego pewnego wieczoru, mógł tylko się
uśmiechnąć.
—Cześć córeczko. —ziewnął. Książka stała sobie na stole, Mysz wpisane na samym
końcu, już wkrótce wykończone złocąca się farbą.
—Myszka jeszcze nie w domu? — spytała wchodząc bliżej i układając się u jego
boku jak za starych czasów. Wtuliła się w jego futro z westchnięciem.
—A nie. Teraz sporo czasu spędza z Irysem. —
—Nie jestem zaskoczona! — Przyznała Rana.
—Potrzeba ci czegoś? —
—Nie. Nie. Chciałam się tylko pochwalić. Niedługo, będziemy grać nasze pierwsze
przedstawienie! — Rana odrzekła, jej uszy postawione na baczność, ogon przebierający
za nią. Bleu uśmiechnął się szeroko.
—Będę w pierwszy rzędzie! —
Czy można chcieć czegoś więcej od życia niż takiego błogiego szczęścia.
CDN
piątek, 12 kwietnia 2024
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 18
Wkrótce Bleu klepał swoim młoteczkiem w drewno. Metalowe gwoździe, tak skrupulatnie kradzione z ludzkich śmieci i domów, wbijały się gładko w miękki kruszec. To było jego trzecie podejście nad tym parszywym projektem, ten nieszczęsny węgiel leżący na kamieniu obok jego pracy. Słońce, to piękne wiosenne słońce zaglądało na jego łapy, kiedy na skraju własnego domu siedział i uporczywie machał narzędziami.
-A co jakby chmurki były zrobione z waty cukrowej?- i oczywiście, ostatnimi czasy nie bywał sam. Ah, jego życie byłoby nudne i monotonne bez obecności tych jakże słodkich głosów. Pomimo, że szczeniaki bywały męczące, rzemieślnik nie miał na co narzekać.
-Hymm.. Myślę że byłaby to bardzo pyszna wizja. - zaśmiał się odkładając narzędzia. Jego ramię bolało już powoli, a jednak nie miał ochoty odkładać pracy. Jednak szczenięta, oh te słodziaki, zawsze dawały mu pretekst aby dać odsapnąć jego zmęczonemu ciału. Przysiadł sobie i spojrzał na trzy malce leżące plecach i wbijające swoje oczyska w dalekie niebo. Szalka, Dally i Jałonka. Trzy małe szczęścia żyjące bez wielkich zmartwień na karku. Oh jakież słodkie to były czasy, kiedy dzieci nie muszą bać się o wojnę wiszącą im nad łebkami.
-Ja tam myślę, że to by było nieco obrzydliwe. Tam jest dużo ptaków, a ptaki są brudne!- Szalka nakryła swoje łapki kocykiem, który targała wszędzie. Była to taka stara szmata, którą Bleu wielokrotnie już łatał i mył na ile tylko był w stanie, aby nie wyglądał jak zmemłany życiem jakie dawało mu szczenię.
-Trochę. Ale z drugiej strony, byłyby takie pyszne!- Jałonka zaklaskała, jej oczy, tak zielone jak ta młoda trawa otaczająca jej futro, zabłyszczały na samą myśl.
-I jak niby mielibyśmy je zjeść?- Dally zerknął na swoje koleżanki, a potem na Bleu, który zbliżył się na tyle aby móc zawisnąć nad nimi.
- Poprosimy Smołę! Albo Szpaka, chociaż on taki wredny trochę. - mała siostrzyczka Bleu wbiła w niego swoje oczka, a on uśmiechnął się szeroko.
-Ależ oczywiście. - basior zaśmiał się. Ten dźwięk zakręcił się wesoło w jego piersi, wstrząsając nią i unosząc delikatnie.
-Czyli chmury są zrobione z waty cukrowej? - Szalka mruknęła pod noskiem, marszcząc go nieco.
-Niestety nie. A może na szczęście, że nie. Chmury to dużo wody na niebie, co się tak do siebie skleja jak klejem i tam wisi. A wiatr pcha je przez niebo, bardzo wysoko. Dlatego tak nie widać ich dużo jak już się podlatuje. I dlatego tak mocno pada jak się zderzą.-
-To deszcz to nie łzy aniołków? - Dally prychnął oburzony. - Okłamali mnie?! -
-Okłamali czy nie. Może po prostu nie wiedzieli. - Bleu odpowiedział spokojnie. Dzieci zawsze ćwiczą cierpliwość, a Bleu miał jej stanowczo za dużo w sobie. Gdyby się dało, przekazałby ją dalej. Wlał w innych aby uczynić życie tych maluchów tyle razy lepsze. W końcu jego matki jakoś słabo sobie z tym radziły.
Dzień zakończył się dość szybko. Okładka jaką tak cierpliwie rąbał i układał Bleu, leżała, schnąć na wieczornym powietrzu. Niedługo należało ją schować, aby uniknęła styku z rosą i wilgocią. Bleu jeszcze nie zdążył pokryć jej warstwami wosku i miodu aby zabezpieczyć drewno przed niepotrzebnym puchnięciem, a więc należało się z tą kwestią obchodzić wyjątkowo delikatnie. Ale młody wilk zawsze był w stanie znaleźć chwilę czasu dla swojej rodziny, w końcu to ona budowała jego świat. Każda cegiełka tego domu, który stał w jego sercu była postawiona i sklejona wspomnieniami, które zapewniły mu wilki wokoło. Bleu odetchnął truchtając leśną ścieżką, w jego pysku zmęczone szczenię, już prawie pochłonięte przez słodkie sny, bujające się na boki przy rytmicznych ruchach przemieszczającego się ciała. Jałonka odetchnęła sennie, niesiona przez kolejne krzaczki, powstające do życia. Zima odchodziła w nieznane, ustępując ciepłu wiosennej pogody, a wkrótce przeradzając się w letnie upały i długie, ciepłe noce. Teraz jednak jeszcze powietrze bywało chłodnawe, deszcze uporczywe, a pyłki nieznośnie przeszkadzające w swobodnym oddychaniu. Ale jakież było przyjemne patrzeć jak zeschłe gałęzie opadają, jak drzewa wypuszczają maleńkie odnóżki, jak rozkładają świeże listeczki i łapią poranną rosę w młode korzenie. To wszystko składało się na cudowny obrazek nowego życia, nowego rozdziału, równie wybuchowego jak poprzedni, a jakże mile widzianego zarazem. Bleu wstąpił w polankę przed domem, jaskinią, swoich mam. Ta samą która prześladowała go w najgłębszych koszmarach z dzieciństwa, która czasami nawiedzały go pomiędzy słodkim snem o którejś z córeczek, a jego śnie o kolejnym upragnionym projekcie jaki wypadałoby zacząć robić. Wilk odetchnął, zaglądając do środka. Od jakiegoś czasu już wchodził tam po prostu jak do siebie. Jałonka tyle przebywała w jego otoczeniu, że nawet czasami chciał po prostu położyć ja w legowisku u siebie, pomiędzy swoim ciałem i Myszką, ale wiedział, że nie może jej po prostu, bez pretekstu oderwać od matki. Niestety. Nie ważne jak bardzo chciałby temu zaprzeczyć, Jałonka była jego siostrą, a Simone jej matką. musiały mieć jakąś więź i coś z nią robić! Do diaska przecież matka to najważniejszy element pierwszego rozwoju szczeniaków i Bleu wiedział o tym doskonale, ponieważ sam musiał tą role wypełnić. Aż w jego głowę wbiły się te pierwsze wspomnienia, jego maleńkich córeczek oderwanych od matczynego łona odrobinę za wcześnie. Odrobinę za szybko i zbyt radykalnie. Jak wtedy leżały skulone, trzy kuleczki kolorowego futra, w kącie jego małej pracowni, wychłodzone, głodne matczynego mleka, które zostało tak parszywie zastąpione przez coś sztucznego, nie wilczego. Jak wtedy nocami leżał tam z nimi, a jak one powoli wbijały w niego łapki, przekładały ząbki po jego skórze szukając ukojenia i spokoju. Jak ssały instynktownie, szukając chwili ukojenia i spokoju w tym stresującym czasie. I potem jak urosły. Jak dobrze mu urosły. Jak Bleu mógł być dumny ze swoich malców, które już nie były takimi malcami! Wyrosły mu na wadery, uciekły z domu, usamodzielniły się. Kto wie, może wkrótce i same załapią szczeniaki w legowisko. Chociaż młody ojciec nie widział siebie w roli dziadka. Jeszcze nie. Jeszcze w jego głowie te maluchy były za młode na własne dzieci. Jeszcze niech chwilę pożyją i pobawią się swoją młodością. Tą samą, której on nigdy nie zaznał. Nie żeby żałował.
Jaskinia była taka sama jak i kiedyś. Zimna, nieco morka, ale ewidentnie zamieszkała przez wilki. Jej niski sufit sypał się trochę, a w kącie tworzył się stalaktyt czy inne dziadostwo. Woda ściekała gdzieś w tyle. Podczas kiedy Bleu kamień swojej jaskinki wyszlifował i odchrupał w odpowiednich miejscach aby podwyższyć sufity i ściany, wyryć półki i puścić wilgoć tak jak jemu się widziało, tutaj panowała natura. Tam gdzie woda chciała przebiec tak sobie biegła, a gdzie kamień spadł, tam leżał, niekiedy tylko zgarnięty pod ścianę. To nie było wielkie miejsce, nie ,ale najmniejsze też nie. Kiedy było się małym, wszystko wydawało się tak, o wiele większe. Takie… nieproporcjonalne. Teraz, kiedy Bleu patrzył z pozycji dorosłego, sufit zdawał mu się być nieco za niski, jakby zmalał. Skurczył się, czy to może po prostu Bleu wyrósł z iluzji perfekcyjności jego domu? Tak żal mu było kiedyś opuszczać to miejsce na swoje, tak kochał tą rodzinę. A teraz nie mógł się nacieszyć swoją własną.
Powoli odłożył śpiącą Jałonkę na jej małe pościółki. Trochę mchu, jakieś futro, pięknie pachnące kwiaty, które pewnie samo szczenię nazbierało sobie dla umilenia własnego kąta. I oczywiście… Mała bandana, leżąca zaraz obok jej główki, na miejscu prawie że honorowym. Ta którą dostała aby zima nie podgryzała jej szyi, i żeby miała w co wtulić się brutalną zimną nocą. Dzieciak podniósł główkę na chwilę, jej sklejone snem oczka zamrugały niesynchronicznie, a jej pyszczek otworzył się nieco, jakby tylko instynktownie. Potem zamlaskała, a kiedy odpowiedział jej zimny nos na policzku tylko zamruczała. Ten typowo dziecięcy dźwięk zadowolenia sprawił, że starszy wilk uśmiechnął się pod nosem, słodkie wspomnienia powracające do niego jak uderzenie z młotka. Odetchnął głęboko, jego mięśnie pod sierścią spinając się delikatnie, kiedy do jaskini wkroczyła Simone. Jej krok słyszał już z daleka, wadera pomimo swoich umiejętności skradania się, nie starała się tego robić tym razem. Kiedy jej szczeniaki były młodsze, zdarzało się że zakradała się za nie i straszyła w niewinnej zabawie. To jedno w niewielu przyjemnych wspomnień Bleu, które nie były wypełnione krzykiem i kłótnią, a rodziną.
-Wybacz za spóźnienie. - jego matka uśmiechnęła się. Pracowała już, jej odpoczynek po ciąży nie należał do najdłuższych. Pod jej oczami obracały się cienie, głębokie doły, świadkowie jej niewyspania i prawdopodobnie nieustannych zderzeń z ukochaną.
-Laponia czy praca? - zapytał, jego pysk niewzruszony, wbity w matkę bez najmniejszych skrupułów. Mógłby ich porzucić wszystkich, zapomnieć, ale… nawet on bywał słaby. Taki świetny ojciec, taki dobry syn. Puszczający się przez katusze dramatów rodzinnych tylko z powodu głupiego przywiązania i paru przyjemnych wspomnień. Jakby to miało wymazać lata traum.
-Laponia. -
-Rozumiem. Śpij dobrze. Jutro rano podrzućcie ją do Atlanty, ja ma wyjście zaplanowane. - mruknął wybierając się w kierunku wyjścia.
-Nie spytasz się matki nawet o co poszło? Jak się czuje?- Simone warknęła może nieco za głośno, bo Bleu odpowiedział jej gardłowym burknięciem, równie agresywnym co jej reakcja. Oboje zamilkli na parę sekund, wsłuchując się w niezadowolony pomruk szczeniaka oraz kapiącą wodę.
-Nie potrzebuję wiedzieć. -
-Tym razem to ona poszła w krzaki z kimś innym-
-Nie potrzebuję wiedzieć. -
-Złapana po prostu powiedziała, że odbija piłeczkę. -
-Nie potrzebuję wiedzieć. - A mimo to stał tam tak, jego psyk zmarszczony, jego nos wiszący nisko nad ziemią, zawiedziony. Dbał o te kobiety całym sercem i chciał aby były szczęśliwe. Więc czemu nieustannie do siebie wracały? Skoro to przynosiło im wyłącznie złamane serca? Po co? Bleu nie rozumiał, nie chciał rozumieć. Bo i po co. I tak do siebie wrócą! A teraz jeszcze łączył ich papierek, oficjalny papierek, którego nie dało się ot tak pozbyć. A i po co? Będą tak obie skakać w krzaczki pewnie, do końca swojego życia.
Bleu wrócił do domu trochę późno, zapominając o swojej pracy. Potrzebował odrobinę powietrza. Odrobiny spokoju, który musiał teraz wręcz łapać za uciekające nogi, aby zmusić go do przyjścia w progi jego serca. Plaża zawsze była cicha. Znaczy, cicha jak tylko plaża potrafiła być wieczorami. Fale szumiały, gładko wpływając na połacie piachu. Morska bryza bawiła się między drzewami, między jego futrem, między jego uczuciami, rozwiewając je wszystkie chociaż na tą maleńką chwilkę. Tu czas zdawał się zatrzymywać, słońce tańczyć na wodnych odbiciach, kiedy chowało się za horyzont. Niebo łączyło się z ziemią w oddali, złudnie bujając na boki mdłym pojęciem o skończoności rzeczywistości. Gdzieś tam, tam daleko, bujał się ludzki statek, przypominając o swoim, o podziale tego świata. O zapomnieniu w ludzkości jaką te wilki posiadły, a jakiej nie wszyscy doznali. Czy gdzieś na świecie jest miejsce równie spokojne? Nawet jeśli tak, było tak dalekie, że Bleu nie był w stanie sięgnąć go swoimi łapami. A tu. Tu w WSC morze dawało mu tyle spokoju. Tyle czasu dla samego siebie ile tylko był w stanie. Siedział tam, pośród rytmicznego szumy, oczy zamknięte, oddech stabilny, a głowa pusta. Siedział. Siedział i siedział. Do czasu przynajmniej.
-Tato? - Bleu znał głos który do niego przemówił. Jego błękitne oczy spojrzały na córkę, która uśmiechnięta zbliżała się w jego kierunku, pewien ptak u jej boku.
-A kto inny? - Bleu uśmiechnął się, jego zmysły wracając na ziemię, wracając do niego.
-Nie no. Po prostu nie spodziewałam się ciebie tutaj o takiej godzinie. - Wadera przysiadła się bardzo blisko, jej sierść zmieszała się z tą basiora. - To zazwyczaj czas jak pracujesz jeszcze, albo już powoli zawijasz do warsztatu! -
-Musiałem odsapnąć, wiesz. - przyznał. Mezularia podeszła, jej długie nogi opadły zgięte w pół, jak zajęła miejsce zaraz obok Runy.
-Ah. Odpoczynek. Najważniejsza część dnia, zaraz obok snu. - ptak zaśmiał się pod nosem.
-Ty to w ogóle byś tylko spała. - Rana przewróciła oczyma, aczkolwiek jej pysk wyrażał tylko radość i rozbawienie. Bleu może widział tam też coś więcej. Coś mniej znajomego jego zmysłom, ale widzianego. Coś czego sam doświadczył, nawet jeśli tylko ułamkiem duszy. Uśmiechnął się szeroko, jego śmiech mieszając z tym córki.
-Phi! Śmiejcie się, śmiejcie, a to ja będę miała najmniej zmarszczek na starość. -
-Mi się akurat zmarszczki nie zrobią głupi ptaku. Mi to się futro posiwieje, aiai… - Rana zaśmiała się, jej bark odrywając od ojca aby objąć ptaka i przygnieść go swoim ciężarem.
-AJ! Jesteś ciężka!-
-W łóżku nie narzekasz!- Rana zawyła ze śmiechu, jej ciało rozłożone na biednym ptaku, który nawet rozłożył skrzydła, ale nie zdawał się za bardzo przejęty czy zagrożony całą ta sytuacją. Może bardziej zawstydziła się z jaką łatwością Rana po prostu rzuciła się na nią przy własnym ojcu. Ale Bleu cierpliwie tylko uśmiechał się w ich kierunku, oczy pełne miłości i troski, uczuć które dawno przepadły w słowniku Mezularii. Do czasu przynajmniej.
-A wy co tu o takiej godzinie. Księżyc już na niebie! Nie jesteście zmęczone ? -Bleu zmienił temat.
-Zmęczona jak najbardziej, ale… My to tak codziennie. Zanim się wyprowadziłam, rzadziej, ale… tak jak mieszkamy razem to nam się już zrobiła rutyna. To bardzo… przyjemne. Tak odetchnąć po całym dniu pracy i pomagania innym, pogadać z Mezu o wszystkim i o niczym. Pofilozofować! Pożalić się. Poćwiczyć nowe partie przedstawienia na kimś kto cierpliwie słucha i mówi mi jak coś zrobię nie tak. Mezu jest najlepsza jeśli chodzi o zdjęcie ciężaru całego świata z moich ramion. -
-A potem wziąć cię w ramiona w łóżku, tak? - Bleu nie mógł powstrzymać szczerego śmiechu jaki w nim zawył, kiedy obie samice zareagowały simnie na jego wypowiedź. Mezularia napuszyła wszystkie pióra, nagle bardzo cicha, wzrok kompletnie wbity w stronę inną niż basior. A Rana Oh ona zrobiła się czerwona, głowę schowała w łapy, jak tylko zrozumiała że sama wcześniej powiedziała na głos te same słowa. Jednak z pyska jej ojca, one brzmiały tak inaczej. Tak podwójnie, z podtekstem na jaki wadera nie była gotowa.
-To nie tak!- zawyła. - Po prostu ten parszywy ptak potrzebował grzejnika przez zimę i jakoś tak zostało. - przyznała Rana, jej słowa pędzące przez jej gardło. - To trochę takie komfortowe dla mnie też, bo ja tak zawsze z wami spała, w jednej kupie i nagle samej. I one dotrzymuje mi towarzystwa i w ogóle miło jest się do kogoś przytu…- Bleu zakrył jej pysk łapą.
-Nie musisz się mi tłumaczyć. - uśmiechnął się łagodnie. - Rozumiem to. To miał być tylko niewinny żarcik, nie zarzut. - Rana uśmiechnęła się nieśmiało.
Bleu wrócił na swoją polankę aby zastać swoją pracę, to drewno o którym miał pamiętać, schowane starannie we wnętrzu jaskini. Myszka krzątała się jeszcze to tu to tam, układając posłanie do snu. Jej ruchy były mozolnie, zmęczone całodziennym biegiem za świeżą zwierzyną, małą i dużą. Wiosna, jej zapachy i deszcze nie ułatwiały jej pracy, nie ważne jak bardzo przyjemne dla zmarzniętego ciała były. Dlatego Bleu nie był zaskoczony kiedy tak krążyła po pomieszczeniu jak duch, jej oczy sklejające się ze zmęczenia.
-Dobry dzień dzisiaj, czy błoto było trudne? - zapytał, jego oczy rzucając jej nadal roześmiane wspomnienie.
-Koszmar ci powiem. Ko.Szmar. Irys zaplątał się w bluszcz, ja przywitałam się z tym który parzy i teraz mam dzień wolnego. Wysmarowali mnie w medycznej jakimś śmierdzącym czymś i powiedzieli, że - podparła się łapami o boki - “Masz siedzieć na tyłku w domu do jutra wieczora i nie wchodzić na rosę!” - naśladując głos Delty powtórzyła jego słowa z największym w świecie oburzneniem, jakby otrzymała właśnie wyrok życia za kratkami.
-Haha. Widze ktoś niezadowolony z przymusowego dnia wolnego! - Bleu zaśmiał się.
-Oczywiście że nie! Jak ja mam usiedzieć na tyłku jak jedyne co robię to biegam całe życie w te i w tamte! - prychnęła, jej łapki rzeczywiście wyglądały na niego spuchnięte. I pewnie swędziały równie mocno. - Tak w ogóle to schowałam ci tą ramkę do środka zaraz jak wróciłam. -
-Właśnie widzę. Dziękuję. Kompletnie o niej zapomniałem! -
-Właśnie się domyśliłam. Bo co jak co, ale od ojca się jednak czegoś na temat drewna nauczyłam, nie! Nie lubi wilgoci bo puchnie jak bańka. -
-Jak Rana po spotkaniu z pszczołą. - komentarz Bleu spowodował że oboje wybuchli śmiechem na samo wspomnienie małej Runy, spuchniętej i okrąglutkiej stojącej w progu jaskini, tak niepewnej, tka przestraszonej. “Tato.. bo ja połknęłam pszczołę…”
Leżąc w swoim słodkim łóżku Bleu wtulił się plecami mocniej w Myszkę. Jej ciepła sierść otuliła go, jej zapach nieco ułatwił zamknięcie zmęczonych oczu. Jeszcze tylko zanim usnął na dobre w głowie zaznaczył sobie, że skoro dni robią się dłuższe, to może sam znalazłby sobie własną rutynę. Tak… dla ukojenia duszy w tym morzu zamieszania.
środa, 14 lutego 2024
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 17
Basior spojrzał w las. Jego oczy snuły się po smutnych drzewach, których gałęzie uchylały się ku ziemi, gołe, delikatne. Jakby nacisnęła na nie ręka boska złamałyby się niczym zapałki, a jednak nawet w najbardziej parszywą pogodę trzymały się swojego ciała uparcie. Walczyły o życie. A teraz, kiedy śnieg opadał z nich przy chwili odpoczynku, odginały się ku niebu. Wołały do swoich bogów. Bleu także miał ochotę do nich dołączyć. Ostatnie tygodnie odbijały się na jego pysku czystym niezadowoleniem. Jego nerwy były zszargane, a humor wbity w ziemię i zakopany bez względnego pogrzebu. Jedyne co trzymało go przed zagryzieniem kogoś z czystej i niepohamowanej złości były jego córeczki. Rana miała się tak dobrze, że nawet znalazła rolę w małym przedstawieniu u Jabłoni. Bleu nie mógł być bardziej dumny, nie kiedy przed jego oczyma jego córeczka spełniała swoje marzenia. Ba! Nawet został zaproszony i uszył jej nową bandankę pasującą do postaci. Jaka ona była szczęśliwa trzymając ten kawałek materiału w łapach. Bleu uchyliłby im nieba, jeśli to tylko przywołałoby uśmiech na ich pyskach. Podobnie Myszka. Myszka jego maleństwo, które jego jedyne nie wyprowadziło się z jego progów i w nocy nadal spało u jego boku. Rozkładała skrzydła coraz szerzej, coraz intensywniej. Ostatnimi czasy przychodziła później i później, aż w końcu przytargała ze sobą nikogo innego jak Irysa. Basior był dużo starszy od niej, ale oboje zachowywali się jak dzieci, odgryzając sobie na każdym kroku. I może sami nie widzieli, ale kiedy spoglądało się na nich z boku zdawało się, że byli całkiem dobrymi przyjaciółmi. Z trochę dziwną dynamiką nieustannej rywalizacji, ale mimo wszystko, przyjaciółmi. Bleu droczył trochę córkę, że jak tak dalej będzie tego Irysa poniżała i doskwierała mu to się biedny zakocha jeszcze. Ależ jego córeczka się na to irytowała, ale nie mógł sobie tej chwili przepuścić. Atlanta także rozkwitała w swoim małym doku. Co prawda dalej używała substancji mieszających w głowie, ale przynajmniej odpowiedzialnie. Parę dni temu także przyniosła mu dobre wieści.
„Stęskniłam się” powiedziała jak zajrzała mu w oczy z szerokim uśmiechem. Bleu musiał zadrzeć nieco pysk aby spojrzeć w te jej, błękitne jak te jego.
„No domyślam się. Dawno was nie było.” Basior uśmiechnął się obejmując ją. Urosła jak na drożdżach, większa od niego. Po kim ona dostała te geny? On nie był najsilniejszy i największy, Jaśmina była drobna, jej siostry także poszły w ich ślady. A Atlanta? Masywna, wysoka, silna. Misung u jej boku wyglądał niego komicznie gdyby ich ze sobą porównać.
„Witaj Misung.” Bleu przywitał się także z lisem, który nerwowo kiwnął mu głową, wyraźnie zestresowany. „Coś nie tak?” a rzemieślnik nie był głupi ani ślepy. Od razu widział jak skacze z łapy na łapę.
„Oh. Nie! Po prostu młotek się stresuje.” Jego córka zaśmiała się, a lis tylko kopnął ją w tylną łapę, wyraźnie speszony. Bleu sam nie mógł powstrzymać cichego śmiechu jaki z niego wyszedł.
„To opowiadaj. Czym taki zestresowany ten twój przyjaciel?”
„Już nie przyjaciel.” Wyszczerzyła się. Jej łapa zapętliła się wokół szyi mniejszego przyciągając go do siebie. Ten tylko skrył głowę w jej sierści, znikając w niej prawie całkowicie.
„Ah.” Basior uśmiechnął się szeroko. „Gratuluję. Niech zgadnę. On nie miał na tyle odwagi?”
„Oczywiście, że nie. A jak się speszył kiedy mu mówiłam jak go kocham. Oho!” odpowiedziało im tylko niezadowolone mruknięcie wyraźnie speszonego lisa. Bleu zaśmiał się tym razem głośno, cała piersią. To było do przewidzenia, ale i tak nie mógł być szczęśliwszy. Jego córeczka znalazła sobie partnera, którego kochała. I nawet jeśli ten rudzielec nie miał za dobrej pracy, żyli sobie spokojnie. I to się liczyło. I Bleu podejrzewał, że kiedy przyjdzie do oświadczyn, to jego córeczka je wykona. W tym związku bowiem wyraźnie prowadziła. Cóż za duma go rozpierała.
Bleu jednak musiał nadal poczekać na wywietrzenie swojego warsztatu i nie ważne jak miłe wspomnienia zalewały jego umysł, poprawiając mu odrobinę humor, zaraz przychodziły te negatywne psując wszystko co zbudował. Jego matka. Simone urodziła, jakiś czas temu już. Szczeniak nie był brzydki, ale nie przypominał też nikogo, więc Bleu mógł tylko zgadywać z kim została zdradzona Laponia. Simone nadal milczała na ten temat, nawet kiedy Bleu uległ w końcu jej prośbom. Uszył temu malcowi trochę kocyków i bandanek. Zima była parszywa, a jego matka musiała w końcu wrócić do pracy. Nawet jeśli nie wykonywała jej pełno etatowo, musiała być na posterunku. Samiec co jakiś czas zaglądał na tego malca, nie ufał bowiem swojej siostrze. I właściwie to dobrze. Jego wieczorne odwiedziny trzymały Pelaszę odrobinę w ryzach. Zwłaszcza, że Bleu wydoroślał i wadera nie mogła już tak łatwo wejść mu na głowę. Miał swoje morale, których siostra nie mogła przeskoczyć, nie ważne ile krzyczała. Teraz jego łapy podążyły znaną już mu ścieżką. Wykonywał oddechy po drodze, aby uspokoić bijące serce. To nie wina szczeniaka. To nie wina szczeniaka.
Tak sobie powtarzał, zawsze. W końcu co to małe życie zawiniło. Może być przynajmniej dobrym bratem, którego on sam nigdy nie uświadczył. Pomijając fakt, że braci nie ma. W teorii ma syna, ale to też adopcyjnego i też tylko jego głowę, o ile można tak zażartować. Ironiczne jak niewiele samców pojawiło się w ich rodzinie. Jego łapy zawitały w progi starej, rodzinnej jaskini. Pustej jaskini. Bleu zmarszczył nos, ponieważ w rogu leżało to małe zawiniątko co zawsze. Rozejrzał się po wnętrzu i odetchnął głęboko, zawiedziony. Wiedział, że Simone nie jest najlepszą matkę, w końcu spędził z nią swoje dzieciństwo, ale nie spodziewał się pustego gniazdka o tak wczesnej porze. Ale dobrze. Gotów był dać jej to powątpiewanie. Kto wie. Może wyszła po jedzenie. Może na spacer. W końcu małego szczenięcia nie trzeba pilnować ciągle i nieustannie, jeśli ma zapewnione ciepło. Bleu pochylił się nad zawiniątkiem, które spojrzało na niego uważnym okiem. Zielonym jak wiosenna trawa, tak niewinnym. Basior uśmiechnął się. Mała Jałonka przypominała mu jego małe córeczki i przywracała na myśl te wszystkie szczenięce lata. Kto by pomyślał, że świat może tak pędzić, że jego malce mają już po dwa lata, własne domy i życia. Aż serce go bolało myśląc o przyszłości, zarówno z tęsknoty jak i radości. Powietrze było zimne, a mimo to w jaskini panowało względne ciepło, jakby nagrzane ogniskiem.
—Co tam ty mała rozrabiako? — zagadnął. Pod tym całym stosikiem koców zabił mały ogon, a jemu odpowiedziało stłumione szczeknięcie. Jałonka uniosła głowę, jeszcze nieco zaspana i próbowała wstać. Jej nieporęczne próby zakończyły się tyłkiem w górze i głową w pościeli. Bleu zaśmiał się cicho pod nosem trącając jej zadek, który poleciał na bok. Przerzucony na brzuch szczeniak zaświegotał coś po swojemu, jeszcze za mały aby składać poprawne słowa, za mały aby poprawnie wstać. Basior przyłożył nos do jej brzuch a i dmuchnął wywołując salwę śmiechu. Oh jakaż to była zabawa dla małej Jałonki, a jak jej oczy cieszyły się na poświęcaną jej uwagę. A ta trwała i trwała. Aż Bleu nie wyszedł nabrać powietrza w płuca. Jego uszy były położone po ciele, oczy wbite w las. Zapach Simone był złudnie słaby, podobnie Pelaszy. Jakby nie było ich tu tej nocy. Słońce wstało już w swojej światłości, siadając na tronie północy ogłaszając swoje powolne zejście. Basior pokręcił głową. Szczenię za nim, przebudzone z drzemki jaką zaciągnęło w międzyczasie zawyło, głodne. Ciekawe jak często Simone to robi. Znika. Zostawia dziecko bez opieki. Przecież mają opiekunów do szczeniąt, wystarczyłoby poprosić o pomoc.
—Dlaczego niektóre wilki muszą być tak dumne?— odetchnął, jego oddech porwany chmurką pary z wiatrem. Stał tak w wejściu jeszcze chwilę. Chwilę po której do jego uszu doszły znajome śmiechy. Zza granicy umarłego krajobrazu wysunęła się jego matka. Jego matka i Laponia. Obie ucieszone, szczęśliwe. Bleu odetchnął w duchu, cudem chowając grymas niedowierzania. Uśmiechnął się ciepło wyłącznie dla zachowania pozorów, ale wewnątrz wezbrała w nim burza. Wściekła, szargająca zmysły.
—Oh. Synku. Co ty tu robisz?— Simone speszyła się nieco, jej bok oparty o tej wyższej wadery.
—Musiałem wywietrzyć warsztat, więc miałem chwilę. To postanowiłem was odwiedzić, ale nikogo nie zastałem.— odparł, jego oddech nieco świszczący.
—Oh. No tak. Daj mi chwilę, zaraz zagotują na herbatę, tylko nakarmię małą. — basiorowi mało nie wydarło się „w końcu” kiedy obok niego przechodziła. Skąd w nim nagle tyle nienawiści? Przymknął oczy aby potem unieść je w spojrzeć na drugą mamę. Jego brwi uniosły się w niemym pytaniu, na które starsza tylko przewróciła oczami i zaryła łapą w ziemi.
—Znowu… — Bleu tylko szepnął. Ta wzruszyła ramionami.
—Nie umiem z nią tak po prostu skończyć. — odparła mu, jej poliki gorące od zawstydzenia, samą sobą zapewne. Bleu odetchnął tylko. Jedna warta drugiej.
—Rozumiem. — pomimo że nie bardzo rozumiał. Jego łapy skierowały go powrotem do środka. Jego sierść otarła się o ściany kiedy tak spoglądał na tego szczeniaka, zanurzonego w pełni w sierści matki, jedzącego łapczywie, zapewne swój pierwszy posiłek tego dnia.
—Bleu. Mam dobre wieści! — Simone zmachała ogonem, a jej syna przeszedł dreszcz. Nie był w stanie schować sierści stającej mu na karku. Oczy jego matki poszerzyły się, kiedy musiał otrzepać się z tego dziwnego, złego przeczucia.
—Wybacz. Przeciąg przewiał mi po plecach. Nie spodziewałem się tego.— niewinne kłamstwo uciekło z jego pyska, kiedy uśmiechnął się do wadery. Przysiadł sobie bliżej tej dwójki, a Laponia dołączyła do niego.— To co? Co to za wieści!?— ponaglił nieco.
—Kontynuujemy ten nasz ślub. — oznajmiła Laponia. — Tym razem raz, a dobrze! —
—Tak. Raz i dobrze. Jałonka zasługuje na pełną rodzinę. —
—Tak. To moja córka, a przynajmniej tak sobie mówię. — Laponia odetchnęła. — Nasze szczęście zesłane z nieba. —
—Oczywiście… — Bleu uśmiechnął się. — Co na to Pelasza? — Jego matki spojrzały po sobie znacząco. Bleu od razu poczuł, że szykują się wieści jakich się nie spodziewa.
—Wyprowadziła się po urodzeniu się Jałonki. Na wielkim fochu. To że się w końcu pobieramy tez z jakiegoś powodu przeżywa bardzo. — Laponia przewróciła oczyma. — Gdzie my zawiodłyśmy… —
—Ugh. To typowe dla niej. Przejdzie jej.— Bleu mruknął pod nosem. Przywykł do wyczynów swojej siostry.
—Czy ja wiem? Podobno wprowadziła się z Remim. —
—To ten… Szeregowy z WSJ co tak popija strasznie? — Bleu skrzywił się.
—Popijał. Pelasza to go szybko do pionu ustawiła podobno! — Laponia zaśmiała się smutno.
—Biedny. Będzie musiał się z nią użerać. Życie mu zniszczy. —
—A tam od razu zniszczy. Nie bądź takim pesymistą synu! — Simone machnęła łapą. — W końcu się wyprowadziła. To był najwyższy czas! —
—Niektórzy wyprowadzają się znacznie później od rodziców! Jest wtedy bezpieczniej. Nie ma takich wpadek jak z Jaśminą! — Laponia powiedziała to tak, jakby Bleu nie siedział obok niej i właśnie nie mordował jej wzrokiem.
—Wypraszam sobie. Ja przynajmniej wziąłem odpowiedzialność za te małe duszyczki. W przeciwieństwie do waszej opieki nad Oli i Oliwią, po słynnej wpadce— wycedził przez zęby, wyraźnie podburzony. U jego matek znowu ukazywała się tendencja do idealizowania ich córek i robienia z niego kozła ofiarnego. Szkoda tylko, że Bleu ustatkował się i nie grozi mu już spanie pod gołym niebem. Mógł odszczeknąć swoim matkom tak jak tylko chciał.
—Nie pyskuj do matki! —
—Spokój mi tam oboje! Nie kłóćcie się. — Simone parsknęła na nich zanim zdążyli rzucić się sobie do gardeł. Laponia i Bleu jeszcze tylko chwilę patrzyli na siebie pogardliwie. Cóż za spotkanie rodzinne.
—To.. kiedy ten ślub? — Bleu w końcu zapytał.
—Za cztery dni. Będziemy was jeszcze zapraszać! — Simone zamachała ogonem. Mała Jałonka w końcu oderwała się od sutka z głośnym westchnięciem, zwracając na siebie całą uwagę. Najedzona do samego korka przewaliła się na plecy i rozłożyła na swoich kocykach, z pełną dramaturgią, wywołując śmiechy w jaskini.
Bleu odetchnął głęboko. Jego oczy zawiesiły się na ścianie jego warsztatu. Tam, oprawiona w ramkę ze starego dębu wisiał deska przyozdobiona szczenięcymi łapkami. Basior uśmiechnął się pod nosem. Co go tak ostatnio brało na wspomnienia? Zaśmiał się z siebie, skupiając uwagę na materiale w łapach. Jego zgrabne i wprawione palce przesunęły igłę przez kolejne cięcia i oznaczenia zrobione farbą. Jego oczy zbiły się w błękity i biele mieniące się na tym małym prezencie. Przebierał, spieszył się można rzec, ponieważ zależało mu na dobrym efekcie. Dwa dni temu otrzymał oficjalne zaproszenie na ślub swoich matek. Cóż. Chyba rzeczywiście zamierzały tym razem dotrzymać swojego słowa. Niech to co dobre trwa jak najdłużej bo niedługo pewnie i tak któraś znajdzie się w łóżku iu kogoś obcego. Spita czy nie, Bleu już trochę znał swoją rodzinę. Podobnie jak wszyscy. Ale czy była rodzina perfekcyjna na tym świecie? Szło w to powątpiewać. Ale, nawet jak Bleu kochał swoją rodzinę całym sercem, wady mógł wskazać bez zawahania. Przyjrzał się bliżej szwom jakie nałożył na tkaninę i zacmokał. Nie podobało mu się, a więc zabrał się za prucie i poprawki. Jego trans zaczął się na nowo. Świeczka u jego boku paliła się powoli, znikała w świetle dnia, w półmroku jaskini. Jego zmysły oczarowały myśli o pięknej bluzie jaką jego córeczka założy na ten wielki dzień. Na tej cudnej pelerynce jaką dostanie Myszka. Na tym wisiorku sztucznych kwiatów dla Atlanty, nad którymi basior siedział godzinami, wszywając każdy płatek w jego właściwie miejsce. Na te dwie urocze bandanki dla Oli i Oliwki. Każda okazja, KAŻDA, była warta jego pleców i godzin spędzonych w jednej pozycji, aby móc tylko dać coś nowego swoim małym aniołkom. Chociaż czy to znowu takie aniołki? Na pewno nie, ale czy to przeszkadzało Bleu? Na pewno nie. Przeciągając się późnym wieczorem i rozcierając zasiedziałe mięsnie w karku spojrzał na swoje dzieła. Na jego pysku widniał wielki uśmiech, duma ze swojego fachu.
—Skończyłeś? — Myszka uniosła głowę z legowiska i dopiero wtedy Bleu zauważył jej obecność. Jego niebieskie oczy spojrzały w jej stronę speszone nieco. Na zewnątrz księżyc i gwiazdy wtórowały nocnej orkiestrze zimowego zgiełku.
—Skończyłem. — odparł dość spokojnie.
—To chodź spać. — i tylko uniosła ogon poklepując miejsce obok siebie. Jego kochany aniołek.
Ten dzień nadszedł. Dzień, o którym Bleu nigdy nie marzył, a który był tylko złudną obietnicą spełnienia. No cóż. Ta obietnica napisała się i najwidoczniej miała się spełnić.
—Dziwnie się czuję będąc na ślubie mojej własnej babci. — Rana poprawiła rękawy. Jako jedyna z jego córek lubiła nosić bluzy, a ta była wyjątków ciepłą i wygodna, otulając ją zapachem warsztatu, który tak dobrze jej się kojarzył z dzieciństwem.
—Czy ja wiem. To nie tak, że twoje babcie są jakieś stare. — Mezularia poprawiła parę piór i piękną pelerynkę jaka otrzymała. Rana żartowała sobie, że to oficjalne przyjęcie jej osoby do tej małej rodzinki, a ptak tylko przewrócił na to oczyma. Chociaż trzeba było przyznać, że materiał był naprawdę przyjemny, a ciężar narzutki na jej ptasich ramionach był miłą odmianą.
—Nie o to chodzi. Po prostu one tak zawsze się tym ślubem odgrażały, a potem rozchodziły się, że jestem zaskoczona że to w się w ogóle dzieje. —
—Nie tylko ty Rana, nie tylko ty. — Myszka skrzywiła się w czymś przypominającym uśmiech. Z daleka było już słychać gwar małego tłumu. Bleu spojrzał na swoje córki, nieco zmieszany. Nigdy nie opowiadał im za dużo co dzieje się u babć, ani u ciotki. Miał nadzieję, że te ich dramy i ciągłe kłótnie ominą je trochę. Poza tym, nie chciał nigdy wykorzystywać swoich dzieci jako małych uszu słuchających jego narzekania. Nie na tym polegało posiadanie dzieci.
—Trochę skupienia i szacunku dziewczynki. — Bleu odetchnął, dodając otuchy także sobie. — To tylko chwila i po sprawie. Bądźcie miłe proszę. —
—Oczywiście. — Alta uśmiechnęła się. Ich rodzinka weszła na małą polankę niedaleko jaskini alf, gdzie ustawiło się już paru gapiów. Laponia stała w małym wydeptanym kółku, czekając z zapartym tchem. Kiedy wszyscy rozsiedli się , pozostało im tylko czekać. Bleu poprawił bandanę na swojej szyi, próbując wpuścić do płuc więcej powietrza. Jego serce biło głośno, zestresowane, a to nawet nie jego ślub.
Simone pojawiła się na brzegu polanki, cała piękna. Przed nią niezdarnie dreptało szczeniątko, niosąc kolorowe odłamki kory. Jałonka porzuciła je zaraz pod nogami matki aby potem schować się pod łapami swoje jedynego wujka i zaczepić go do zabawy. Bleu uśmiechnął się powstrzymując śmiech. Łapą przysunął mała do siebie i zrzucając bandanę z śnieg zawinął ją w nią, po czym podniósł. Mała zawisła w powietrzu podtrzymywana za brzuch, jej łapy przebierając w powietrzu desperacko szukając oparcia. Simone zignorowała to, ciesząc się że jej córeczka chociaż trochę uczyniła ten dzień piękniejszym. Kwiatów nie było, ale kora drzewa była wystarczająca, tak sobie mówiła. Stojąc przed Laponią jej serce biło w piersi jak szalone. Obie spoglądały sobie w oczy z pełną miłością. Tą samą, która je złączyła te parę lat temu. Taką szczenięcą, niewinną miłością, która rozpadała się w oczach Bleu. Która mieszała się z uściskiem łapy Atlanty na tej Misunga. Która odbijała się nieprzyjemnym pieczeniem w gardle Myszki. Która wywoływała nieznane Ranie dreszcze na plecach. Dreszcze których nigdy nie czułą, a których pragnęła czuć więcej, zwłaszcza kiedy po jej plecach przebiegały dające wsparcie pióra, nieświadome swojego działania.
Ta sama szczenięca miłość, która to wszystko zaczęła, i która to wszystko skończy…
—Ogłaszam was oficjalną parą. — Agrest mruknął pod nosem, jego siwiejący pysk wykrzywiony w politycznym uśmiechu. Tłum zawył, kiedy wadery pocałowały się przed nimi wszystkimi. Jałonka zamruczała niezadowolona z hałasu, jej pisk mieszający się z tłumem.
—To co? Kto następny?—
I Bleu tylko modlił się do Huka aby nie musiał przeżywać tego żrącego go od wewnątrz uczucia po raz kolejny. Oby śluby jego córek były łatwiejsze do przełknięcia niż to co się tutaj działo.
<CDN>