czwartek, 9 lipca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Warunek krańcowy”, cz. 16

Tak się zarządza podwładnymi.
Żeby mieć pożytecznych pomocników,
trzeba ich sobie samodzielnie wyszkolić.


Pasiaste, bukowe liście zadrżały tuż nad ich głowami. Jeszcze zanim wyszli na łąkę, dosłyszeli echa rozmowy dwójki szczeniąt, którą co chwila zakłócało głośne beczenie.
- Czyż one nie wspaniałe? - zapytał Kirłan, odsuwając się o krok, aby jego kompan mógł zobaczyć całe stado rogatych stworzeń. Kilka gładkich nosów odwróciło się w ich stronę. Prostokątne źrenice przesuwały się po ich sylwetkach, a długie uszy trzepały w rytm wygrywany przez skrzydełka natrętnych gzów, latających nad twardymi, kozimi grzbietami. - Niektóre są trochę kościste po zimie, ale to normalne. Zapowiada nam się piękne, słoneczne lato i niedługo wszystkie będą tłuściutkie. Moje wilki już o to zadbają.
Ptak przystanął tuż przy przewodniku, na lekko sztywnych nogach, choć zwierzęta nie zwracały na niego najmniejszej uwagi. Były przecież podobne do stada jeleni, które widywał we własnej watasze. Nawet mniejsze i zapewne o wiele słabsze. A może nie o niego i nie o te kozy chodziło. To otaczający je spokój zjeżył mu pióra na karku. Właśnie wszedł w stado ofiar u boku drapieżcy, a one nawet nie drgnęły. Między ich nogami przepychały się dwa mięsożerne szczenięta.
- A oto i nasz król! - Basior wkroczył pomiędzy swoich synów i wysokie, białe zwierzę. Nie omieszkał wypiąć piersi. Wszystko to było jego. Wśród bliskich ciężko było o podziw, ale ilekroć przybywał do jego rezydencji nowy pracownik, wręcz wypadało wdrożyć go w realia z poczuciem wielkości i misji. - Chłopcy nazwali go Caperro. Nasz najlepszy kozioł. Daje wspaniałe potomstwo! W tym sezonie połowa młodych to jego dorobek.
Szkliwo nie zdążył nawet przyjrzeć się potężnemu rogaczowi, bo Eugisk wcisnął mu w szpony plik czystych kartek i kawałek węgla.
- Dzisiaj się wykociła jeszcze jedna kózka! - zawołał Selpik, prowadząc w głąb stada i wciąż oglądając się na ojca.
- Wspaniale! To będzie ostatnia. Zaraz zobaczymy. Czy wszystkie suche są tu wydzielone?
- Tak jest!
- W takim razie weźcie wilki i przestawiajcie je nam do liczenia. Szkliwo, sumuj. Najpierw mamy dorosłe samice, w tym roku bez młodych.
Ptak ściskał w dziobie narzędzie, a w szponie kartki i na jednej nodze skakał za przewodnikiem. Ten szybko przedzierał się przez stado, w skupieniu słuchając Eugiska, który przyciszonym głosem opowiadał o minionych dniach i gestykulował z takim znużeniem, jakby do każdej łapy przywiązany miał głaz.
W pewnej chwili między zwierzętami przemknął cień. Szkliwo zamrugał, nie zdoławszy choć w przelocie złapać go wzrokiem. Stworzenie było, przynajmniej na pierwszy rzut oka, brązowe, stanowczo za wielkie na szczura i nie tak puchate jak lis, choć poruszało się szczurzo-lisim krokiem.
- To będzie czternasta. - Kirłan klepnął kozę w bok, nagle zmieniając kierunek marszu. - Ostatnia zarazem. Zapisałeś?
Żuraw stanął kilka kroków za nim, w pośpiechu przedłużając linię roboczo nakreślonej tabelki. Strona nie miała pewnego podparcia i, leżąc na kępie trawy, gięła się pod naciskiem. Na do niedawna gładkim papierze powstawały przecinające się szramy i bruzdy.
- Teraz mamy większą część, kozy i koźlęta. - Basior odwrócił się przez ramię. - Młode pisz od razu przy każdej matce.
Ptak skakał więc dalej, nadal nieco z tyłu, prawie nie odrywając wzroku od wypełnianego rejestru i tylko nasłuchując kolejnych liczb do zapisania. Pozwolił sobie na chwilę przerwy dopiero, gdy Kirłan zatrzymał się i pochylił nad małym, zwiniętym na ziemi kłębuszkiem.
- To jest ta dzisiejsza? - mruknął basior. Zdawało mu się, że skądś zna te łaty; że już się zdążyli zobaczyć. - Nie.
- Ta jest z drugiej nocy po nowiu. Mało co przybiera - sapnął Eugisk, stając tuż nad jego uchem. Rzeczywiście, nóżki tylko przez swoją patykowatość wyglądały na nowonarodzone.
- No to zabiorę ją, jak będziemy jechać. Do remizy w sam raz. Trzeba korzystać, póki nie padła. - Napotykając pytający wzrok pomocnika, wilk wzruszył ramionami i rozkazał: - Zapisz ją jako wydatek.
Był dumny; szedł z wypiętą piersią. Koźlęta biegały wokół niego, jakby był nie łowcą, a drzewem rozciągającym ponad nimi opiekuńcze ramiona. Wkroczył pomiędzy kilka starszych osobników, rozpychając się łapą i pyskiem. Z ociąganiem zeszły mu z drogi.
Gdzieś na obrzeżach pola widzenia, Szkliwu znów mignęło to dziwne stworzenie. Tym razem stało się jasne, że ma do czynienia z jakimś dużym psowatym, ale nie miał czasu, by się za nim rozglądać. Ktoś z pozostałych również musiał zauważyć go, przecinającego ich ścieżkę, jednak nikt nie podniósł alarmu.
- Mamy czternaście kóz bez młodych i dwadzieścia kóz z dwudziestoma ośmioma młodymi. Osiemnaście samic i dziesięć samców. - Odruchowo przetarł czoło skrzydłem. - I dorosłych kozłów siedem.
- Wspaniale. Prawie trzydziestka młodych w tym roku. Wszystkie co do jednego urodzone żywe! Jest się czym chwalić. Dorodny przychówek i nasz bezcenny zasób na najbliższe lato i zimę. - Szary wilk przeciągnął się beztrosko. Przednie łapy, tylne, potem kark. - Wiesz, co to znaczy? Przede wszystkim jedno: pokonaliśmy chaos natury. Jak się podoba? - Jego ogon zatoczył zgrabny okrąg.
- Jestem... pod wrażeniem - odrzekł Szkliwo tonem dalekim od odzwierciedlenia gatunku wrażenia, które sugerował. - A tam co? - Kiwnął dziobem na podłużną dziurę w ziemi, która znikała między bukowymi pniami.
- Rowy do odprowadzania krwi po uboju. Gdzie chłopaki?
- Polecieli odstawić wilki - rzucił Eugisk z boku.
- Dzielne młokosy. Szkliwo! Podpisz, proszę, arkusz inwentarzowy. Standardowa procedura przy zewnętrznym kontrolerze. O, tu, pod spodem. - Uprzejmie wskazał łapą pusty kawałek kartki. - Wspaniale. Chodźmy.
Bek odprowadził ich aż nad rów. Dno było całkiem gładkie i piaszczyste, jak koryto niedawno wyschniętej rzeki, ale żadnej krwi nie było widać. Nic nie płynęło tamtędy przynajmniej od ostatniej wizyty Kirłana w domu, chyba że jakaś ogromna ulewa spłukała czerwone ślady do...
Rów biegł w dół, najpierw łagodnie, potem coraz bardziej stromo. Zmierzali teraz do podnóży leśnego pagórka.
Nagle skulona sylwetka przebiegła im drogę. Tym razem łatwo było się jej przyjrzeć: to nie lis, a tym bardziej nie szczur, lecz prawdziwy, zupełne zwyczajny wilk. Białka jego ślepiów błysnęły, gdy wciskał się między krzewy. Niewielki rozmiar okazał się jedynie złudzeniem. Pod szczątkową warstwą mięśni ukryte było całkiem spore ciało.
Kilka skoków za nim, w cieniu drzew, siedział drugi wilk. Właściwie dwa wilki. Milczały, patrząc na przybyszów jak widma uwięzione poza czasem, przywiązane do swoich miejsc osłuchaną legendą sprzed wieków.
Czy to zwierzęta, czy szkielety obciągnięte futrami dawno wygryzionymi przez mole? Szeroko otwarte ślepia patrzyły na nich z obawą. Uchylone pyski bez ani jednego kła ziały pustką. 
Wilgoć unosiła się znad piasku, choć trawa była sucha. Do leśnego wietrzyku przyklejał się subtelny, kwaśny zapach. Coś poruszyło się po przeciwnej stronie rowu. Było ich więcej.
Szkliwo obejrzał się, dostrzegając, że Eugisk gdzieś zniknął. Kirłan za to beztrosko wszedł pomiędzy więźniów, bo tak można ich było już nazwać z całą pewnością. Nie dało się ich zliczyć; co chwila pojawiali się kolejni. Niektórzy coś szeptali. Niektórzy wyciągali łapy, lecz cofali w porę, nie próbując ich dotknąć.
Wtem lodowaty impuls zmroził żurawia od nóg do czubka głowy. Pazury same poderwały się z ziemi i zesztywniały w powietrzu.
To tylko popielaty wąż przepełzł mu po palcach i zniknął w trawie.
- Mój boże. - Wypuścił powietrze przez gardło, wciąż ściskające się w rytm pędu serca. Jeden z wilków zerwał się z miejsca i kłapnął pyskiem zanurzonym głęboko w trawie, lecz nie zdążył schwytać jaszczurki.
- Co tam, ptaszku?
- Kto to jest?
- Nasze wilki.
- Oni wyglądają jak trupy.
Kirłan wysunął język, oblizując krawędź wargi. Dopiero po chwili namysłu energicznie kiwnął głową. Nic nie robił sobie z tłumu, który powoli zbierał się na polanie. Tylko unoszący się wokół, ostry zapach zmuszał go do płytszego oddechu.
- Mieliśmy tu ostatnio epidemię świerzbowca. Ale nie bój się, jeśli nie będziemy się o nie ocierać, nie powinny nas zarazić.
- Ale... Dlaczego są tacy chudzi?
- Potrzebujemy robotników. Do dojenia kóz, do karmienia kóz, do pilnowania kóz i do zaganiania kóz. Jest trochę pracy. Gdyby zżerały nam to, co uda się tu wytworzyć, biznes nie miałby sensu. Kózki mają swoją moc przerobową. Walisa ma fantazję i przeznacza im część tego, co upoluje, ale przecież biedna nie może się zatyrać.
- Dlaczego oni wszyscy stracili zęby?
- Żeby nie gryzły. To głównie dla ochrony stada. Oczywiście, że doliczyłbym się straconego koźlęcia, ale prawdziwym sukcesem jest skuteczna prewencja. Bezzębny nie pogryzie kości, a więc zostawi ślady. - Kirłan kopnął niewielki kamień prosto pod czyjeś nogi.
- Skąd oni wszyscy tutaj?
Basior zaśmiał się pojedynczym, znudzonym tonem.
- Najwyższa Izba to układ zamknięty.
Pił z nimi i bawił się w remizie. Tylko po to, by potem bez mrugnięcia okiem patrzeć na ich pyski wyniszczone głodem, zaropiałe oczy. A chwilę później wracał ze śmiechem grywać w karty i przejadać to, co wyrwali ziemi, liżąc pękające pęcherze na łapach.
Widma otoczyły ich ze wszystkich stron. Na wierzchu złożonego skrzydła Szkliwo poczuł ciepły bok towarzysza. Zanim zdążył się odsunąć, bark w bark z nimi stanął Drik, wtóry wypuścił z pyska pakunek owinięty w stare szmaty. Ptak wziął pół wdechu... i natychmiast wypchnął go z krtani. Mdławy zapach rozkładu już osiadł mu w gardle. Cofnął się o krok, czując, że jego pióra wichrzą sierść Kirłana. Skulił się, jakby tym sposobem mógł jeszcze wymazać swój ruch.
Basior tak czy inaczej nie zwrócił na niego uwagi. Z niesmakiem zmarszczył nos i odsunął się również, robiąc miejsce dla wilków, które otoczyły poczerniałe mięso ciasnym wianuszkiem. Skóra trzęsła się, nagie dziąsła z mlaskaniem miażdżyły skrawki, a ogony poruszały się tak zamaszyście, jakby właśnie celebrowano tu najlepsze kąski iście królewskiej uczty. Ktoś zesztywniał i warknął, gdy ktoś inny próbował wyrwać mu z pyska kawałek tkanki porośniętej pleśnią.
Jeden z basiorów miał na wyłysiałym karku dwa niewielkie znamiona. Wyglądały jak czarne cętki, dopóki nie skupił się na przeżuwaniu i nie przestał drżeć. Gdy uważniej się przyjrzeć, układ zawijasów wydawał się nieprzypadkowy.
- No to jak, jest tu jeszcze twój kolega?
Szkliwo zmrużył oczy. Jeśli oni wszyscy byliby urzędnikami, Kirłan musiałby zbierać ich przez długie lata i zimy. Jednak jeszcze bardziej zastanawiająca była obecność wśród zgromadzenia kilku wilczyc. A zatem z całą pewnością nie tylko urzędnicy.
Wolno przestawił nogę, pod spodem czując chrzęst suchego mchu. Obrócił się wokół własnej osi. Przesuwał wzrokiem po wynędzniałych sylwetkach i resztkach sierści na plackach łysej skóry. Pokręcił głową, nie znajdując odpowiednich, a właściwie żadnych słów.
- Nie wiem. Nikogo tu nie poznaję - wykrztusił w końcu. - A jeśli znajdę, wypuścisz go?
- Wypuścić? - W pierwszym odruchu skrzywił się. Gdyby ojcostwo nie nauczyło go anielskiej cierpliwości, byłby się rozgniewał. - A zresztą, bierz go sobie. I co z nim zrobisz? - Obojętnie potrząsnął barkami i ruszył wolnym krokiem.
Jego towarzysz wodził wzrokiem po gąszczu ciał. Brak zębów, potworna chudość, aż w końcu sierść wypłowiała od kurzu i głodu zniekształcały rysy pysków. Lecz przecież poznałby go. Nie było szansy pominąć tak znajomą twarz wśród obcych.
Posiłek dobiegał końca. Tłum przerzedził się i już tylko nieliczni oblizywali suche kości, w nadziei na wysączenie z nich jeszcze choć jednej kropli cennego tłuszczu.
- Nie widzę go - stwierdził. - Może pracuje?
- Nie. Wszystkich spędziliśmy na jedzenie.
Skinął głową. Kto inny zwrócił jego uwagę: młoda wilczyca. Była w niej świeżość, której brakowało pozostałym. Jej skóra nie ślizgała się po kościach przy każdym oddechu. Nie otwierała pyska, by ziać. Zaciskała blade, zapadnięte wargi. Siedziała wyprostowana. Siedziała samotnie.
Ona również go obserwowała. Odwrócił wzrok, gdy tylko ich oczy się spotkały.
- A gdybym poprosił cię, abyś ją wypuścił? - mruknął, tak cicho, że ledwie sam siebie usłyszał. - To też moja znajoma.
- Mój najświeższy nabytek? Jej jeszcze na całe lato starczy sił, żeby doić kozy. Umawialiśmy się na konkretnego osobnika. Nie chcesz chyba nadużyć mojej gościnności?
- Jak to jest, że nikt stąd nie ucieka? - Szybko przykrył pytanie własnym.
- Dokąd mieliby uciec? - Kirłan natomiast życzliwie udał, że nowy temat zaabsorbował go do ostatka. - Na zachodzie rzeka szeroka na osiem jelenich skoków, której nie przekroczą. Na wschodzie dzikie góry, które zabiją ich szybciej niż uczciwa praca tutaj. Brak zębów ma jeszcze jedną istotną zaletę.
- Ach tak - chrząknął. - W istocie. Nie tylko bezbronni, ale i uzależnieni od tego, co inni upolują.
- Za to dalej na południe mieści się malutki garnizonik.
- Na południu stacjonuje wojsko?
- Nie ma tam żadnej watahy, tylko stepy i rozległe równiny. Można tam spotkać niemiłe stada wędrownych rozbójników. Mimo to wszystko byli w naszej wilczarni tacy, co próbowali dać nogę. Od tego mamy też własnych nadzorców.
- Nadzorców - powtórzył ptak głosem echa ulatującego w dal.
- Tak jak w NIKL-u, ale nasi nadzorcy pilnują granic.
- A oni są lojalni?
- Każdy schwytany uciekinier to kilka dodatkowych racji żywnościowych. Najlepszych, na jakie można liczyć. Świeżego, wilczego mięsa razem z podrobami.
Słowa wsiąkały w ziemię. Szkliwo przyspieszył kroku, zostawiając je za sobą. Rozejrzał się raz jeszcze. Napotkał jakiś pysk, suchy, zesztywniały; tylko tkwiące w nim ślepia lśniły jak plaster pełen miodu.
Po drugiej stronie kuliła się sylwetka pomarszczonego basiora, z którego głowy siwe włosy wyrastały niczym siewki w szczerym polu. Odwrócił wzrok, zanim zdążył sobie przypomnieć, czy skądś go zna.
Dumne oczy wadery odprowadziły ich, dopóki nie zniknęli w tłumie.
- Więc mówisz, że wykołowałeś niejakiego Hapenira, a teraz trochę ci go żal. - Kirłan uniósł głowę na spotkanie z łagodnym słońcem. Gdy mówił tym, wystudiowanym emocjonalnie tonem, słuchacze zwykle byli najuważniejsi, wykorzystywał go więc z lubością. - Zdradzić ci mój mały sekret? Znam procedurę, którą przeszedłeś, żeby zająć jego miejsce. Jestem głęboko przekonany, że był ci wdzięczny, że postanowiłeś go nie zabijać. I jakie praktyczne znaczenie ma ta wdzięczność, jeśli jego imię znikło z rejestru? A tobie pewnie lżej było na duszy, żeś go nie tknął. Tylko co z tego, jeśli i tak w naszych aktach nie figuruje ten, kto uderzył, a ten, kto potwierdził zasadność procedury?
Jego skrzydlaty pomocnik został w tyle. Jeden z jego palców trafił na dziurę w ziemi i zatrzymał się na czymś twardym. Wilk rzucił mu tylko krótkie spojrzenie.
- Widzę, że nie śpieszno ci na kolację? Pewnie, popatrz sobie na to stado błaznów. Nawet dla mnie za każdym razem to wielce ciekawy widok. Oni wszyscy wierzyli, że uda im się skończyć inaczej. Jak wielu przed nimi i wielu po nich, każdy był przekonany, że jego to nie dotyczy. - Uśmiechnął się z ukosa, nie zwlekając już dłużej. Gdzieś z przodu rozległa się rozmowa jego i jego doradcy. Zapytał o coś podniesionym głosem; otrzymał obojętną odpowiedź. Zaśmiał się.
Ptak został sam, pośród przygarbionych szkieletów. Uniósł szpon i ścisnął węzeł na piersi, aby zagłuszyć przechodzące po całym ciele dreszcze. Do pazura przyczepiło się trochę zakurzonej sierści. Wytarł go o piasek, znów wpadając nogą w tę samą dziurę. Ze środka wystawało coś białego. Kości były jeszcze połączone w stawach i wyglądały na fragment łapy, choć przyklejony do nich strzępek futra przypominał już bardziej kolce jeża.
Robotnicy milczeli. Część z nich spała w przypadkowych miejscach, bez moszczenia w trawie legowisk i kopania dołków. Niektórzy łypali na niego ślepiami, z których nie sposób było wyczytać ni uczucia, ni myśli. Jego uwagę przykuło ożywienie w głębi stada; puszyste futerka dwójki szczeniąt. Zdawało się, że znowu dokądś pędzą, ale nagle ruch ustał.
Huk. Szkliwo podniósł i natychmiast opuścił wzrok. Jeden z synów Kirłana zamachnął się łapą, trafiając w bok jakiegoś starego wilka, który tylko zwinął się na ziemi, nie wydając ani jednego pisku. Dostał jeszcze raz.
Żuraw już podniósł nogę, gotów jak najszybciej oddalić się w ślad za przewodnikiem, gdy mały Turtanisk po raz kolejny naparł na leżącego całym ciałem. Skrzydła na grzbiecie ptaka spięły się odruchowo. Szczeniak coś krzyknął i już, już wydawało się, że to koniec całej sprawy. Starzec leżał w bezruchu.
Naraz padł jeszcze jeden cios.
- Dlaczego go tłuczesz?
Turtanisk postawił łapę na ziemi, biorąc jeszcze kilka głębszych oddechów, na które wcześniej zabrakło mu czasu. Siedzący obok Selpik machnął ogonem na widok gościa zainteresowanego ich zabawą.
- A co? - Pierwszy ze szczeniaków pokonał zadyszkę i hardo uniósł głowę. Znów zamierzył się na swój cel... gdy nagle jego kończyna została zamknięta w bolesnym uścisku. - Co ty robisz?! - wrzasnął, błyskając ostrymi ząbkami. - Jak powiem ojcu...
- Ojcu? Po co ci ojciec? - Lotnik puścił, a wilczek odskoczył jak oparzony, ale na jego wargi wykrzywiły się złośliwie.
- No co, boisz się go?
Szkliwo zmrużył oczy i z namysłem poruszył ogonem.
- Gdybyś był od niego słabszy czy głupszy, rozmawiałbym z nim, a nie z tobą.
- To ja pójdę już do taty - wtrącił drugi brat i, nie czekając na pozwolenie, prędkim kłusem wtopił się w tłum. Dwaj rozmówcy stali naprzeciwko siebie, wśród bezliku cichych i obojętnych.
- Ponawiam pytanie. Dlaczego go uderzyłeś?
- Bo nie zszedł nam z drogi! Przez niego prawie się przewróciłem!
- Dlaczego to on ma schodzić ci z drogi, a ty nie możesz uważać, którędy lecisz?
- To wyrzutek. Ojciec mówi, że oni żyją tylko po to, żeby dla nas pracować.
- A po czym to ocenia? Jakoś patrzę i patrzę... - Szkliwo pochylił się, oglądając wilka ze wszystkich stron. Starzec odsunął się na jednej nodze, nie ośmielając się liczyć na nic ponad kolejne uderzenie. - I wydaje się zupełnie taki sam, jak ty albo twój ojciec.
- Chyba kpisz!
Żuraw zastygł, w myślach przetwarzając każdą linię rzeźbiącą pysk basiora. Był pewien, że już gdzieś się widzieli, ale w tym stanie wilk był podobny do całej reszty. Wielu z nich było starych. Wszyscy - wygłodzeni. Nie miał żadnych cech charakterystycznych. Może tylko jakby... trochę za dużo skóry. Fałdy na szyi, obwisłe policzki.
- Możesz mi wytłumaczyć, czym on się od was różni? - mruknął, nie spuszczając wzroku z sędziwego pyska.
- Jest głupi. A my rządzimy.
- Nie rozumiem. Myślisz, że nie miał ojca, który był dla niego wzorem, jak ty? Albo że nie polował na bażanty?
- Nie wiem. - Turt wzruszył ramionami.
- Jedyna różnica, która mi osobiście przychodzi do głowy, jest taka, że jest u końca drogi, na którą ty właśnie wchodzisz. - Wreszcie Szkliwo cofnął się o krok. Odwróciwszy się, dostrzegł, że podbródek malca drży.
Niespodziewanie jego wzrok zderzył się z postacią górującą nad chłopcem i wianuszkiem śpiących. Eugisk najwyraźniej czekał aż skończą rozmowę.
- No, no, a to ciekawostka. - Pod ciężarem jego spojrzenia Szkliwo zgarbił się lekko. - Lubisz szczenięta?
- A... - Otworzył dziób, ale minęła chwila, zanim za czynem poszły myśli. - Tak samo, jak wszystkie wilki.
- Tak też można - wymamrotał basior. - No, idziemy. Walisa już szykuje kolację. Jeśli chcesz, żeby coś dla ciebie zostało, lepiej się pośpiesz.
Tupot czterech, małych łap oddalił się jako pierwszy, nieubarwiony żadną skargą. Turtanisk postanowił zachować swoją wymianę zdań z tym paskudnym osobnikiem dla siebie.
- Doradzę ci z życzliwości - odezwał się Eugisk, pozwalając, by skrzydlaty, który jeszcze nie odważył się wyprostować karku, dogonił go na ścieżce. - Spędzanie czasu w naszej wilczarni nie działa najlepiej na samopoczucie. Sam nie lubię tu przychodzić, ale nie ufam pomocnikom na tyle, żeby pozwolić im doglądać naszego majątku.
- Kirłan często przyprowadza ze sobą pomocników?
- Miałem na myśli Drika. Tacy jak ty pojawiają się tu tylko podczas kontroli inwentarza.
Szkliwo otworzył dziób i zamknął bez słowa, zanim basior spostrzegł, że ma w głowie jeszcze jakieś pytanie.
- Też grasz w szachy? - rzucił w końcu bezdźwięcznie.
- Nauczyłem tego Kirłana. A teraz uczę jego szczenięta. - Wilk stęknął, wspinając się po zboczu, choć jego ruchy nie były mniej sprężyste od ruchów młodzieży, której kształceniem się zajmował. Przyspieszył na prostej drodze. - Ha! A ty naprawdę uważasz, że oni są nam równi?
- Zdjąłem z siebie odpowiedzialność oceniania tego - odrzekł ptak gdzieś zza jego grzbietu.
- I próbujesz zdjąć tę odpowiedzialność z innych.
- A kto ma uprawnienia, by być sędzią we własnej sprawie? - Głos z tyłu zbliżył się. Zanim wilk zdążył ponownie odwrócić pysk, szli już obok siebie.
- Musi, gdy innego brakuje, a ma dowody.
- Jakie dowody?
- Czyżbyś czuł, że twoje kompetencje właśnie wzrosły?
- Wybacz. To tylko ciekawość. - Żuraw opuścił głowę, śledząc swoje kroki.
W oddali zameczała jedna z kóz. W koronach buków sprzeczały się ze sobą dwa gołębie. Wilczarnia znikła za wzgórzem, a polny wiatr rozwiał gryzący zapach niewoli.
Niebo zasnuwały popielate chmury. Każde stuknięcie mogło być pierwszą kroplą deszczu uderzającą o parasol z liści.
- Jak podlewa się nasionko? - Odruchowo podkulił ogon i od razu machnął nim dla rozluźnienia. Pytanie padło, gdy tylko rozbrzmiało w jego głowie. Jeszcze krok i by go nie zadał.
- Jakie znowu nasionko? - Eugisk spojrzał na niego kątem oka. - Ach. Zapamiętałeś tamto nasionko. - Przez chwilę milczał. Być może nazbyt przywykł do szczeniąt, ich naturalnej ślepoty symbolicznej i głuchoty metaforycznej. Wiedział już, jaki będzie temat kolejnych zajęć ze sztuki słowa. - Dlaczego cię to interesuje?
- Mówiłeś o obcych. Ja jestem obcy. Jestem ptakiem wśród wilków: tu, w dawnej watasze, wszędzie. Kiedyś myślałem, że to przekleństwo. Potem przestałem o tym myśleć. A tu proszę, okazuje się, że może być to nawet zlecenie. - Kącik jego dzioba uniósł się, nie odróżniając niczym od mimowolnego skurczu. Zaraz po tym opadł. Został tylko ucisk nieco głębiej, w gardle. Przełknięcie śliny nie pomogło.
- No, odważny jesteś. Może trochę aż, aż za... - Basior w zamyśleniu poruszył nosem, błyszczącym jak węgielek na tle złotego piasku. Z lekka kiwnął głową. - Ale lubię uczciwych rozmówców. Jest więc wataha i jej goście. Różnice między ich zwyczajami i konflikt interesów.
- A jeśli nie ma takiego konfliktu?
- Zawsze jakiś jest. Nawet gdyby na ślepo wybrać, kogo do kogo wysłać.
- Jak rozumiem, wszystko sprowadza się do spowodowania zamieszek. Destabilizacja jest jak gęsta mgła.
Basior odetchnął, przez chwilę w milczeniu wpatrując się w ścieżkę. Nie był pewien, czym odpowiedzieć na otwartość pomocnika. Na całe szczęście nie miało to już zbyt dużego znaczenia.
- Macie u siebie na wschodnich ziemiach trzy watahy. Dzieli je kawałek lasu. Śmiechu warte. A jednak stereotypy nie biorą się znikąd. Mówi się, że WSC to ci gościnni. Rzeczywiście kolejne wasze alfy podtrzymują tradycję przyjmowania z otwartymi ramionami każdego, kto się napatoczy. Przybysze ładnie się u was asymilują. Ale czy wyobrażasz sobie, żeby WWN przyjmowała nowych w takim samym trybie, jak wy? Jest bardziej zmilitaryzowana, a dobrze wie, że niebezpiecznie przyjmować do swoich służb przybyszy znikąd.
Szkliwo wsunął pazur w wiązanie płaszcza i delikatnie odsunął od szyi.
- Wiele wiesz o wschodnich watahach. Chyba długo zajęło zdobywanie tych informacji.
Eugisk ozdobił pysk protekcjonalnym uśmieszkiem i potrząsnął głową.
- Uwierz mi, nie. - Zakończył nisko, na wypadek gdyby ptakowi przyszło na myśl pytać dalej. - Jeśli połączyć dwie watahy w jedną, powstanie stado wilków z dwóch różnych systemów, a to prędzej czy później stanie się zarzewiem konfliktów. Jeśli zbyt długo nie wyklułyby się same, mogłyby zostać łatwo sprowokowane.
Przecisnąwszy się między jodłowymi pniami, odstąpił, by towarzysz również zmieścił się w przejściu. Mimo nie tak późnej pory wokół zrobiło się szaro i już prawie ciemno, toteż chłodne krople lądujące na sierści nie były zaskoczeniem. Na szczęście gęstwina igieł pokrywających każdą gałąź była obietnicą ochrony przed wilgocią jeszcze przez długi czas.
- Tato! A Drik powiedział, że od kichania rosną włosy na języku.
- Bzdury gada. - Kirłan przewrócił oczyma.
- A Selpik mu uwierzył.
- Nieprawda! - ryknął szczeniak z białą plamką na piersi i wyprężył się, dwukrotnie zwiększając jej wymiary.
- Eugisk, wreszcie! Uspokójcie się i lepiej powiedzcie, czego nauczyliście się dziś na zajęciach? - Ojciec rozsiadł się wygodnie, splatając palce na brzuchu, który lada chwila miał zostać napełniony długo wyczekiwaną kolacją.
- Była historia i fizyka - odparł Turtanisk, uprzedzając brata.
- No i co było na fizyce?
- Uczyliśmy się obliczać drogę na podstawie czasu i prędkości.
- Wspaniale! - Basior rozplótł palce. Słuchanie o osiągnięciach synów w nauce należało do jego ulubionych zajęć, gdy wracał do domu. Widział wtedy najwyraźniej, że odwieczna idea tworzenia i przekazywania, budowania wszelkiej spuścizny, utrwali jego moc na kolejne wieki. - Szkliwo, umiesz takie rzeczy?
- Nie - rzucił ptak głosem pozbawionym melodii. Krzątająca się po polance Walisa właśnie podała mu kawałek mięsa obdartego z barwnych piór: zapowiadanego na kolację bażanta. Chłopcy wywiązali się i z tego zobowiązania.
- A mnożyć chociaż umiesz?
- Może i umiem.
- Świetnie. Selpiku, naucz go, czego nauczył was dziś Eugisk. W trzech zdaniach.
- Nie martw się, to proste, trzeba tylko znać wzór - oświadczył szczeniak bez namysłu. - Wzór mówi, że droga równa się czas podzielony przez prędkość... Yyy, nie.
- Droga to prędkość pomnożona przez czas! - Brat wszedł mu w słowo.
- Dobra! - Selpik wydął policzki. - A wzór można przekształcać. Nieważne... Jeśli wilk biegnie z prędkością cztery metry na sekundę i biegnie tak przez trzydzieści sekund, to ile metrów przebiegnie?
- Sto dwadzieścia. - Szkliwo ściągnął brwi, niecierpliwie wbijając pazur w swoją porcję. Jego żołądek zaczynał tęsknie mruczeć. Malec opuścił uchylony pysk, łapiąc się na przemian za wszystkie palce jednej z łap.
- Dobrze! - zawołał.
Kirłan zaklaskał, wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu.
- Będą z ciebie wilki, brawo! Tak się zarządza podwładnymi. Żeby mieć pożytecznych pomocników, trzeba ich sobie samodzielnie wyszkolić.
- A na historii mieliśmy dziś o historii najnowszej! - Podbudowany pochwałą syn uniósł się na paluszkach przednich łap.
- Porozmawiamy o tym jutro, co? - Ojciec przestał klaskać. Podparł się na ziemi i przechylił z jednego boku na drugi. - Pora na wieczorne zajęcia, zanim oczy wam się pokleją.
- Idźcie otworzyć swoje księgi. Ja muszę skończyć kolację - oznajmił Eugisk, unosząc brwi i ostentacyjnie wkładając do pyska kawał mięsa. Szczenięta pokiwały łebkami, bez słowa pozbierały przeżute, niedojedzone chrząstki i rzuciły je tam, gdzie matka rankiem. Poprzednia partia przepadła. Nietrudno było zgadnąć, w jaki sposób została „zutylizowana”.
Gdy tylko dzieci znikły u siebie, Kirłan przeciągnął się rozkosznie.
- Kochanie, polejesz nam dereniówki? Łatwiej się będzie trawić.
Kubki były tylko trzy. Wadera rozlała aromatyczny płyn po równo dla partnera, dla gościa i dla siebie. Eugisk kontynuował posiłek, jakby napitek dla niego nie istniał.
Zagajnik na nowo pogrążył się w ciszy. Wielobarwne kwiaty kołysały się gdzieś na granicy lasu, powoli gasnąc wśród wieczornej szarości. Cała czwórka w milczeniu kończyła kolację. Walisa wytarła kącik pyska dwoma palcami i ujęła w łapy kępkę suchego mchu, z którego zaczęła układać malutkie gniazdko. Oczy Szkliwa wróciły na ziemię.
Wstał, podpierając się skrzydłem. Przez mięśnie nóg przepłynęła piekąca fala sprzeciwu. Cały dzień pracy dał się im we znaki.
- A ty dokąd? - Kirłan postawił uszy, choć nie zmył z pyska beztroskiego uśmiechu.
- Chyba nie będzie mocno padać. Przespaceruję się. Jutro wracamy do wioski, prawda?
- W rzeczy samej.
- Więc jeszcze choć przez chwilę nacieszę oczy tym miejscem. - Odwrócił się jeszcze na moment, choć nie ku rozmówcy. Jego wzrok jeszcze raz musnął plecionkę w łapach wadery.
- Jak chcesz. Tylko przypadkiem nie odwiedzaj naszej trzódki. Wliczając w to wilczą. Może bezzębne, ale jak zbiorą się wszystkie razem, to chętnie przygarną udko z żurawia. Poza tym płaszcz ci przejdzie ich zapachem.
- Może gdyby nie siedzieli jeden na drugim - Walisa odezwała się po raz pierwszy odkąd zebrali się na kolację - przestaliby śmierdzieć moczem i stęchlizną. - Koszyczek w jej łapach nabierał kształtów. Do środka wpadło kilka kawałków suchej kory.
- Rozmawialiśmy już o tym. - Skrzywił się jej partner. - Przypominam, kto zaprojektował i rozkręcił nam wilczarnię. Zdajmy się na jego żyłkę do interesów.
Ich głosy szybko ucichły. Powierzchnię jodłowych igieł oświetliły pierwsze iskierki ogniska, które wyrosło na rozpałce z mchu i kory. Znów wieczorny spokój. Znów tylko trzask drewna w bystrym płomieniu.
- Głupie te pierwiastki!
- Pisz, zanim się zrobi ciemno.
- Już mi się nie chce. Jak Eugisk przyjdzie, to powiem, żeby zrobił to ze mną.
Szkliwo zatrzymał się, mijając zakątek szczeniąt. Selpik siedział do niego tyłem, pochylony nad kartką, której zawartości nie dało się odszyfrować z oddali. Brat przycupnął naprzeciwko, grzebiąc w zębach patykiem. Jego spojrzenie co chwila uciekało na boki i tak się stało, że za którymś razem padło prosto na ptaka.
- A ty tu czego szukasz? - Uniósł głowę, marszcząc brwi.
Przybysz objął wzrokiem miejsce, w którym znajdowali się malcy. Między czterema pniami, pod potężnymi liśćmi paproci, zostały starannie umoszczone dwa łóżeczka z suchej trawy. Tuż obok mieniły się delikatne płatki w najróżniejszych kształtach. Było ich jeszcze więcej niż tam, w pobliżu ogniska.
- Wasza mama posadziła tu te kwiaty?
- Tak, a co?
- Nic. Musi je kochać. I was. - Zbliżył się tylko o krok, nie decydując się przekroczyć granicy ich kącika.
- No... - Wilczek skrzyżował łapy na piersi. Gdyby choć w procencie tak ciekawił go ów dziwaczny gość, jak on sam był ciekawy dla gościa. Ale Turtanisk zdążył już obrazić się śmiertelnie, a dziecięce uczucia bywają gorętsze od ognia.
Niestety, przytrafiło mu się bycie potomkiem pewnego wpływowego wilka. Nierozsądnie było dla wszelkich gości rozstawać się z nim w nieprzyjaźni.
- Mam nadzieję, że nie masz mi za złe tego, co powiedziałem w waszej wilczarni. To był tylko taki... wolny wniosek.
- Tata zawsze uprzedza, żebym nie brał do siebie opinii innych. Zwłaszcza tych, którzy nie osiągnęli w życiu tyle, ile my.
Żuraw energicznie pokiwał głową. Tylko jego palce dziwnie pobladły przy krawędziach pazurów.
- Oczywiście, każdy patrzy przez własny pryzmat.
- Pryzmat?
- Takie szkiełko. - Jeszcze kilka kroków. W obrębie dziecięcego kącika czuł się jak osioł przypadkowo wpędzony w stado owieczek. Powoli uniósł szpony do kieszeni. - A takie coś kiedyś widzieliście?
Dwie pary błyszczących ślepek niczym szpileczki wbiły się w białawy przedmiot.
- Co to jest? - Turtanisk poruszył nosem, chwytając cząsteczki powietrza, które mogłyby powiedzieć mu coś więcej o kostce, kształtem niepodobnej do niczego.
- Chcecie? - Szkliwo obrócił ją w palcach. - To macie i dobrze mnie wspominajcie.
- Ja już wiem, co to. - Selpik delikatnie wziął ją w łapki. - Takie zabawki były w spisie rzeczy, które zostały po Orłach.
- Po kim? - rzucił, końcówką dzioba wygładzając sterczące na piersi pióro.
- Nie słyszałeś o Orłach?
- Głupio przyznać, ale nie, nigdy.
- Masz zatem braki w wiedzy! - Drugi brat zadarł nos, spoglądając na gościa z wyższością.
- Więc może mnie dokształcisz?
- Tata mówił, że o historii rozmawia się tylko z tymi, którzy potrafią ją zrozumieć.
- Wiem tyle, że ta kostka pochodzi z północy. - Ptak wzruszył ramionami.
- Niemożliwe - odparł Turtanisk ogniście.
- Możliwe - mruknął Selpik. - Przecież ich szczenięta były rozsyłane po wszystkich ziemiach.
- A, faktycznie.
- Turt, wracaj do zadania. Zaraz Eugisk przyjdzie.
- Sam se wracaj, jak chcesz. - Szczeniak przechwycił kościane pudełeczko i oparł się grzbietem o drzewo. Przekładał je z łapy do łapy, oglądając z każdej strony.
Nie mówiąc nic więcej, Szkliwo wycofał się ze szczenięcego kącika. Na łąkach zapadał zmrok.
Długo wlókł się bezdrożem, strącając z traw krople wody. Chmury rozstępowały się, wiatr zdmuchiwał popiół z powierzchni wieczoru. W ciemności można było tylko wyobrażać sobie soczystość zieleni łodyg, które sprężynowały pod stopami. Ochładzało ją światło miliona srebrnych drobin na niebie, które odbijały się w milionie maleńkich luster na ziemi. Gwiazdy zdawały się teraz dziwnie bliskie i ważne. Chciało się przymrużyć oczy, by ułagodzić ich osobliwie ostry blask.
Nieprzenikniona cisza tworzyła swój własny horyzont. Gdziekolwiek się nie odwrócić: nic. Zatrzymał się pośrodku pustkowia.
Gdzie się właściwie znajdował? U krańca, a może w samym centrum? A może w ogóle poza obiegiem? Jakoś nie potrafił określić swojego położenia na żadnej mapie struktur, w których obracał się do tej pory, z naiwną nadzieją, że i cel można wskazać na nich palcem.
Spójrzcie na żałosny półprodukt systemu.
I znowu było cicho. Owinął wokół szponu okrągłe źdźbło trawy i pociągnął. Zakończony kłosem wierzchołek z piskliwym dźwiękiem wysunął się z rurkowatej łodygi.
„Przedrzeźniając uczonych, można się co najwyżej ośmieszyć. Powtarzając po niedoukach, można im tylko dorównać. Nie jestem pewien, co właśnie robisz”.
Wiesz, kim jestem.
Jeszcze krok. Wyprostował się, czując, że nie tylko jego nogi, ale i brzuch aż po żebra jest mokry od brodzenia w trawie.
„Tak, tak. Wiem”.
Jestem mordercą. Ale tobie nic nie grozi, boś mi bratem.
„Nie zabiłem...”.
Nie zabiłeś! Tylko słowo ciałem się stało, za to idea rozpłynęła się w powietrzu. Jesteś krwiopijca.
„Nie zabiłem żadnego wilka”.
Czy ma to jeszcze znaczenie?
Upuścił kłos i usiadł, nie dbając już o wilgoć na piórach oraz materiale płaszcza. Ziemia pachniała deszczem. Z westchnieniem wyciągnął się w trawie.
Powinien coś czuć. Jakiś żal, jakiś ból. Wzrok wilczycy ugodził jako ostrze. Wspomnienia bezzębnych pysków i wystających kręgosłupów, trzęsących się nad spleśniałym mięsem, lały się jak krew i lepiły do jego piór. Widział, że cierpnie mu skóra. Nie mógł przełamać sztywności kończyn. I to wszystko.
Ze snu wybudziły go dreszcze.
Jeden bok jesionki był już suchy i nawet skutecznie odgradzał od chłodu poranka, ale drugi przesiąkł do suchej nitki. Szkliwo zsunął z siebie ciężki od wody materiał i trzepnął skrzydłami, rozrzucając wokół krople rosy.
Wsunął go z powrotem. Wilgoć nie była aż tak dotkliwa.
Z dołu łąka wyglądała, jakby ginęła w nieskończoności. Senność odeszła, ale mimo to ciało zdawało się cięższe i bardziej zmęczone niż wieczorem.
Gdy dotarł z powrotem do jodłowego zagajnika, Eugisk już siedział na swoim stałym miejscu i popijał mleko. Ciasno zwinięty sznurek, na którym trzymał drugą łapę, podsunął sobie pod nogi. W cieniu drzew, tuż nad kwiatami, Walisa rozczesywała sierść iglastą gałązką. Odwróciła się, gdy tylko usłyszała kroki.
- Szkliwo, zjedz śniadanie - poleciła niepodziewanie twardo. - Zaraz wyruszacie. Nalać ci mleka do mięsa?
- Dziękuję, nie trzeba.
- Kirłan, budź się - zawołała w głąb zagajnika. - Wszyscy już czekają!
Od strony sypialni gospodarzy dobiegło głośne trzepanie uszami. Basior wyszedł ku nim, rytmicznie machając ogonem.
- Jak minęła noc? - Przysiadł się do śniadających. - Gdzie dzieciaki?
- Selpika w nocy bolał brzuch i obaj przez to słabo spali - odparła wilczyca. - Niech wyśpią się przed zajęciami.
- A ty?
Uśmiechnęła się i pogładziła łapą jego przedramię.
Kończyli jeść, gdy na ścieżce rozległ się terkot kół. Na polankę zawitał Drik. Sierść pod jego szyją zdążyła już trochę rozczochrać się od uprzęży. Opiekunka ogniska poczęstowała go kubkiem mleka i bażancim skrzydłem.
- Chłopcy pokazali mi prezent, który od ciebie dostali. - Przechyliła głowę, niespodziewanie zwracając się do ptaka. Było w tym geście coś ciepłego, choć wargi nie uniosły się, a lekko zmrużone powieki zdradzały, że nie spała od dawna. - Jak miło, że o nich pomyślałeś. W wiosce pewnie trudno było zdobyć szczenięcą zabawkę.
- Zabawkę? - Jej partner uniósł uszy. - A ja nic im nie przywiozłem! Co ze mnie za wyrodny ojciec. Ale następnym razem załatwię im coś wystrzałowego.
- Może twój zaradny pomocnik i w tym ci pomoże.
Eugisk przelotnie oblizał dolną wargę, choć jego kubek był już pusty. Kirłan zapatrzył się na resztę swojego posiłku, nie biorąc następnego kęsa. Przez chwilę zdawało się, że na tym miała skończyć się rozmowa.
- No cóż... - Wreszcie nachylił się, by musnąć nosem jej pysk. - Wiesz, że nie lubię zmieniać planów, ale dla ciebie wszystko.
Siedzący obok stary basior chrząknął, zakrywając pysk zaciśniętą łapą.
- To nierozsądne - rzucił w przestrzeń. Przeciągnął się, orając pazurami dywan z igliwia i zaciskając palce na swojej lince.
Szkliwo odsunął od dzioba kostkę nie do końca obdartą z mięsa. Zgodnie ze zwyczajem domostwa zostawił ją na stosiku obok ogniska.
- Poczekam przy wózku. - Gdy odpowiedziała mu cisza, machinalnie przyspieszył kroku.
- Czy powinnam towarzyszyć ci dziś w obchodzie włości? - Wilczyca tymczasem sięgnęła po puste naczynie Eugiska.
- Nie trzeba. - I już kocim krokiem sunął w głąb puszczy.
Czterokółka uginała się pod bańkami pełnymi mleka. Tym razem na jej dnie, zamiast zgniłych resztek, leżało zwinięte w kłębek koźlątko.
Gdy przywódca wyprawy wreszcie do nich dołączył, skrzydlaty skinął głową pani domu, jeszcze raz zerknął na biało-purpurową chmurę tańczących na wietrze onętków i ruszył pół kroku przed pozostałymi.
Przystanął dopiero, gdy wyjechali na łąkę, zawieszając wzrok na rosnącej przy ścieżce kępie koniczyny. Liście wielkości wilczych jęzorów kiwały się leniwie, potrącane przez trzmiela, który nie mógł wzbić się w powietrze. Trzy czterolistne obok siebie.
Szary wilk stanął tuż przy jego boku.
- Też lubisz szukać tych wybryków natury? Eugisk twierdzi, że gdy się pojawiają, jest dobra pora na zamianę pastwisk. Coś czuję, że gdy wrócę za parę dni, będzie wesoło. Kózki będą miały tu używanie. - Wyprzedził go, a jego śladem podążył zgrzyt kółek drewnianego wózka. - I jak ci się podobała nasza wycieczka? - Odwrócił się przez ramię. Wzrok ptaka podniósł się o wiele wolniej, niż oczekiwał.
- Nie obawiasz się, że ktoś, kogo tu kiedyś przywiedziesz, mógłby po powrocie rozpowiedzieć wszystkim, co widział?
Basior otworzył pysk z bezgłośnym śmiechem.
- Szkliwo. - Jego głos zawisł na tym wstępie, pozwalając myślom starannie ułożyć ciąg dalszy. - Czy nie było przyjemnie wyrwać się z wioski? Myślę, że to początek naszej przyjaźni. Świat czeka na tych, którzy mają odwagę go odkryć.
Cisza po słowie z każdą chwilą nabierała ciężaru. Coraz głośniej wybrzmiewały miarowe kroki na ścieżce. Przy drodze leżały kolorowe kamyki i martwe liście. Trochę ułamanych gałęzi obrośniętych mchem. Żuraw odetchnął, wolno prostując przygarbiony grzbiet.
- Muszę pomyśleć.
Najwyższa Izba była wszędzie, bo pośredniczyła w wymianach. A Kirłan był jej przedstawicielem.
Rzeczywiście, sprytnie się urządził. NIKL zapewniał mu siłę roboczą. On kazał tylko pakować towary na wózek i przywoził je do rozdzielni w remizie. Tam zajmowali się nimi inni, dwoili się i troili, by z byle patyczka wystrugać mu dzieło sztuki: za trochę darów przyrody, trochę dobrze rozumianej polityki oraz kilka niepisanych słów swojej własnej legendy pozyskać wszelkie luksusy. Gdy chciał z nich korzystać, miał je na wyciągnięcie łapy. A gdy się znudził, wracał do swojej sielankowej samotni na południu, której NIKL strzegł dla niego jak... oka w głowie.
- Nad czym niby?
Karmił kozy i karmił wilki. Ubijał kozy dla wilków, ale w jego łapach te same wilki zdychały jak kozy. Każdy urzędnik jadł jego mięso, pił jego mleko, spał na jego skórach, uzależnił swoje ciało od jego soli i tłuszczu. Kirłan dosłownie krążył w ich organizmach.
- Poukładać sobie to w głowie. Nic ważnego.
Oto opowieść o wilku, który zapragnął stać się jedynym warunkiem istnienia świata.

Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz