niedziela, 7 czerwca 2026
Od Agrume (Agrest i Atsume) CD Esłpiora (Epoir) - "Historia pewnej miłości" (Opowiadanie z dupy)
wtorek, 15 listopada 2022
Od Rubida CD Kawki - Wyblakłe Słońce cz.7.3
W poprzednich częściach:
Życie jest jednak pełne kontrastów. We wnętrzu Rubida
rozgrywała się wojna. Nie taka, na którą przygotowuje się tysiące
żołnierzy, w której wylewa się krew. Świat był nią wystarczająco
przepełniony.
Walczył teraz z samym sobą. Jego wnętrze wrzało,
narządy wewnętrzne rozrywały się, a umysł próbował nie utonąć w
zalewających go myślach.
Patrzył na wszystko sarkastycznie, z wyższością, licząc, iż w ten
sposób uniknie cierpienia, jakie niesie ze sobą życie. Bawił się w boga,
a jego gniew mógł łatwo przeistoczyć się w piekło. Tak samo, jak Zeus,
który jednak postacią boga usprawiedliwiał wszystkie swoje czyny,
licząc, że kiedy poświęci dla niego wszystko, ten tak po prostu spełni
jego prośby. Rubid był podległy temu basiorowi, mimo że tak trudno
podporządkowywał się autorytetom. Zaczęło się od tego, że stali się
przyjaciółmi. Zeusowi życie nigdy nie układało się dobrze, zawsze był
wyszydzany przez innych, wszystko, co zaczynał, szybko obracało się w
proch. Potem zmarła jego najukochańsza matka, po której dziurę załatał
słodką wilczycą, z którą łączyła go młodzieńcza, platoniczna miłość... i
choć starał się ukrywać przed większością wilków to, że w ogóle
istniała i tak część doskonale wiedziała, co się z nią stało. Był więc
nieporadnym, łatwym do wykorzystania wilczkiem. Czystym niczym łza
dzieckiem. W jaki sposób Rubid miał przewidzieć, że właśnie rozpoczyna
relację z pełnym nienawiści potworem i rasistą? Czy wiedział, że to
doprowadzi go aż do WSC, gdzie stanie się wroną łakomą na najpiękniejsze ziarna znajdujące się w tej ziemi?
Głóg po kilku minutach szarpaniny leżał w kałuży własnej krwi. Był obrazem wstydu Rubida,
pokazywał doskonale, że nakrapiany basior bywał impulsywny, mimo że tak
bardzo starał się ukryć to przed światem. Z boku wyglądało to jednak na
idealnie zaplanowaną akcję.
— Tak skończysz i ty, jeżeli mi się postawisz. Mam armię, która jest gotowa postawić się za mną i obrócić was w proch...
— Przyszedłem tu powiedzieć, że wasz przyjaciel, członek rodziny oraz szef Głóg zginął. I to wcale nie przypadkowo — szepty pośród tłumu, zaczęły stawać się głośniejsze- Proszę o ciszę. Stałem się politykiem w WSC, ponieważ moja wataha zgłosiła, że pewien szary alfa porywa dzieci, gwałci młode wilczyce i torturuje naszych szeregowców. Chciałem sprawdzić, jak ma się sytuacja i jest gorzej niż myślałem. W trosce o nich chciałem wypowiedzieć mu wojnę i wtedy okazało się, że wszyscy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Możecie sobie wyobrazić mój gniew. Teraz zaczęli stosować prowokacje w waszym kierunku i jedną z nich było zabójstwo tego biednego towarzysza. Dowiedziałem się, jak niesprawiedliwie was potraktowano, zrywając z wami sojusz. W krainie Chabrów trwa już wojna domowa, bo obywatele zaczęli się buntować...
— Musimy odchudzić ilość szeregowców w WSC — mruknął Zeus — Rubid jednak nie może się tym zająć ze względu na to, aby nie ucierpiała jego reputacja. Masz może ochotę sprzątnąć kogoś z tego świata, Holnirze?
— Tak, Zeusie. Nie uważam, aby był sens to dłużej ciągnąć. Popełniłem ogromny błąd i to ja zapłodniłem Mitriall. Możesz mnie stracić nawet w najokrutniejszy sposób, jaki przyjdzie ci do głowy. Zgodnie z twoją prośbą, dokonałem jednak wszelkich starań, aby zabić to, co zaczęło się w niej rodzić. Przepraszam was za zawiedzione zaufanie, ale wiedzcie, że byliście mi drogimi, towarzysze.
— Dzień dobry, Kawko — Rubid pewnie rozpoczął rozmowę.
—
Dzień dobry. Co cię do mnie sprowadza? — odpowiedziała mu z gracją,
jednak w całej swojej słodkości, jaka uwidaczniała się w jej rysach,
była jeszcze łyżka dziegciu w postaci dozy niepewności, jaka czaiła się w
jej środku, która zbudziła się, kiedy ujrzała swojego rozmówcę.
—
Tak się składa, że jestem szczerze zaniepokojony sytuacją w watasze.
Obawiam się, że jak większość z nas. Ostatnio podsłuchałem rozmowę
Admirała z Porzeczką, kiedy mówił, że zamierza zaciągnąć WWN do współpracy przy buncie — wyznał, lekko się trzęsąc dla dodania dramatyzmu.
— I co stoi ci na przeszkodzie, aby zrealizować ten cel? Jesteś politykiem, ja jestem politykiem. Czy wchodzimy sobie w drogę? — mruknęła Kawka - Jestem niemalże pewna, że nikt nie podda się bez walki w przypadku wojny. Podoba mi się pomysł sojuszu, ale Agrest najwidoczniej potrzebuje trochę czasu dla siebie.
— Nie chcę was zmuszać do zaufania tak kruchego w obliczu tych dantejskich scen, to coś, na co trzeba sobie zapracować. Po prostu chciałem się zjednoczyć w myśli z kimś, kto też czuje, że cały świat jest mu wrogi — starałem się uderzyć w czuły punkt, w odpowiedzi otrzymując tylko nieprzyjemne spojrzenie wadery. Przez chwilę wyglądała, jakby nad czymś intensywnie myślała, a później gwałtownie potrząsnęła głową, starając skupić się na swoim rozmówcy.
— Wykonuj rozkazy Agresta. Jestem pewna, że wie, co robi. Walczymy przecież po tej samej stronie, prawda?
Nieprawda.
Zabrnąłem już po prostu zbyt daleko w swoich kłamstwach, aby porzucić to wszystko, co zacząłem. Dlatego właśnie postanowiłem udać się do WWN, aby dokończyć swoje dzieło, najprawdopodobniej po prostu zabijając własne dziecko. Pytacie pewnie, jakie ja mogę mieć dzieci, skoro nawet panna lekkich obyczajów by mnie nie tknęła. Nawet Was to nie obchodzi? Cóż, tak czy inaczej, odpowiem. Cóż, my politycy, czasami tak właśnie odbieramy własne plany i idee, za które jesteśmy w stanie oddać własne życie. Bachory często roztapiają serca swych ojców, prawda? Moje metafory są doprawdy beznadziejne, ale może mimo braku ciętego języka posiadam inne ważne kompetencje?
Delektowałem się swoją podróżą, póki jeszcze dane mi było widzieć jaśniejące słońce. Ktoś kiedyś powiedział, że ta złota, gorąca kula próbuje się do mnie śmiać. Wtedy to ja wyśmiałem tego wilka, a on bezczelnie stwierdził, iż pewnie za bardzo mnie napromieniowało i dlatego tak mi do śmiechu. Wiecie, że 'napromieniowało' rymuje się z 'pojebało'? Teraz już na pewno. A macie świadomość, że wszystkich tu pojebało? Ach, zapewne już od dawna. Odkąd zaczęła się... no właśnie.
Wojna? Czy to jakiś synonim dążenia do celu po trupach?
Pewnie jestem złym bohaterem tej powieści. Chociaż osobiście uważam, że mimo wszystko najlepszym, przepraszając za skromność. Cóż, taki już się urodziłem, że nawet nie próbuję dorównać Słońcu, nie pragnę oświetlać wszystkich wokół, aż udławią się moją wielkością. Czy to od razu skreśla mnie jako przyjaznego wilka, który chętnie opowie Ci bajeczkę o głowie ukręconej sekretarzowi? Dokładnie to samo robi Agrest, tylko on stawia się po stronie tego durnego... dobrego... czasami plątają mi się słowa.
Agrest wielki.
Agrest wszechmocny.
Odwróćcie wzrok, muszę sobie rzygnąć.
Koniec pierdolenia. Czas pokazać, że ten konflikt ma więcej stron niż słaby móżdżek Agresta jest w stanie zliczyć. Móżdżek to chyba nie jest mały mózg...ale wszyscy biologiczni świrowie, jakich znałem prędzej czy później skończyli lub skończą marnie.
Byłem przepełniony gniewem i chęcią zemsty, która sprawiała, że moje kroki były coraz szybsze, a oddech znacząco przyspieszył. Adrenalina pulsowała w moich żyłach, mięśnie twardością przypominały stal. Twarz wyrażała mdłe zobojętnienie, chłodne spojrzenie przeczesywało teren w poszukiwaniu potencjalnego wroga, aby choć na chwilę zdusić groźby natarczywej ostrożności.
Wydawało mi się, że jestem gotowy na wszystko. W rzeczywistości byłem tylko roztrzęsionym szczeniakiem, który bojąc się motyla, udawał większego niż jest.
Jesteś mordercą.
Zawołał głosik, dręczący mnie od dzieciństwa.
Nie.
Głóg zginął słusznie, mając własną krwią przemyć ich ślepia.
Głóg... Głóg... Głóg to mój ojciec!
Teraz byłem już przekonany, że ów głosik wcale nie jest wytworem mojego umysłu.
Młoda wilczyca zagrodziła mi drogę.
W jej oczach prócz morza przytłaczającego bólu dostrzegłem swoje odbicie i poczułem przeszywający mnie chłód, przekuwający boleśnie stykający się z moim rozżarzonym sercem, drgającym na myśl o swoich politycznych planach. Kim naprawdę się stałem?
—Widziałam Cię, kiedy z zimną krwią go zabijałeś, a później podle kłamałeś. Mnie też możesz zabić. Wiem, że i tak nie masz serca dla zwykłych cywili, prawda? — mogłem stwierdzić, że jest tylko buntowniczą gówniarą bez prawa do zabierania głosu. Mogłem spektakularnie zakończyć jej cierpienia i przemyć łapy o plecy jakiegoś innego wpływowego samca. Zamiast wyrafinowanej akcji, o które podejrzewałbym siebie i wysokie poczucie własnej wartości, niedopuszczające swoich błędów i uchybień, gotowe już zaserwować stek wymówek na przystawkę... po prostu zamilkłem, szukając jakby resztek zrozumienia u kogoś, kogo początkowo określiłem jako wroga. W rzeczywistości wróg był ze mną bardziej szczery niż mój przyjaciel Zeus, dążący jedynie do tego, abym rozwalił swój szpetny pysk. A może to już po prostu moja rola na tym łez padole?
Nim zdążyłem odpowiedzieć, odwróciła się, wkrótce pozostawszy jedynie wspomnieniem rozmytym gdzieś pośród mlecznej mgły.
Nie miałem jeszcze planu, co mógłbym powiedzieć do tłumu, który jeszcze ostatnio zdawał się mnie popierać, ale jednak myśl o tym, że ktokolwiek był gotowy wstawić się za mną, sprawiała, że czułem się choć trochę potrzebny. Ruszyłem dalej i miło mi, że mogę wciąż opowiadać, ale w innych okolicznościach moje kroki mogły okazać się ostatnimi w moim żałosnym żywocie. Nie, nie postanowiłem jeszcze skoczyć z klifu, choć z pewnością świat odetchnąłby z ulgą.
Słuch oraz węch strażników tym razem okazał się nieomylny, gdyż naprowadził ich na mój trop. Stanęli na mojej drodze i kiedy myślałem nad dyplomatycznym przywitaniem, otoczyli mnie niczym łowną zwierzynę, patrząc wyzywająco w moim kierunku. Czyżby mnie nie pamiętali? Gdzież są te wilki, których pyski poparły moją przemowę, a ich pełne trwogi serca zalały się nadzieją na nową, lepszą przyszłość?
— Godność - mruknął jeden z wysportowanych basiorów — i cel podróży. Nie wpuszczamy tu włóczęg i szpiegów.
Zdyszana wilczyca dobiegła do swoich towarzyszy i ustawiła się obok mówiącego, przez dłuższą chwilę łącząc fakty. Wzięła głęboki wdech, uważnie analizując zapach docierający do jej nozdrzy. Czas zdawał się dla niej zatrzymać, nie mogąc napatrzeć się na urok wyrazu konsternacji na jej mordce. — Jakieś obiekcje, Opal?
— To Rubid, mój znajomy. Myślę, że możemy puścić go wolno pod warunkiem, że opowie mi trochę o swoich planach. Zostawcie nas samych — puściła do mnie oczko. Nie wierzyłem własnym zmysłom, mimo że całkiem prawdopodobne było spotkanie byłej sojuszniczki w jej rodzinnych stronach. Po prostu nasze drogi rozeszły się już jakiś czas temu, niezbyt pokojowo i nigdy nie byliśmy niczym więcej niż partnerami we własnych interesach, które zwyczajnie przestały się pokrywać.
— Jesteś pewna? Możemy zostać tutaj, aby ochronić Cię w razie, gdybyś była w niebezpieczeństwie - ten sam groźny strażnik, który byłby w stanie mnie zabić, przyjął rolę opiekuńczego ojca.
— Poradzę sobie z nim, gdyby miał plany mi zaszkodzić. Niejedno chucherko posłużyło mi już za worek treningowy. Zaraz do was wrócę — uśmiechnęła się, odpowiadając mu głębokim, również pełnym ciepłych uczuć spojrzeniem.
— Dziękuję —wyszeptałem, gdy pozostali oddalili się na niekrępującą mnie odległość.
—Więc? Co tu robisz? Znów macie zamiar robić swoje beznadziejne eksperymenty i dręczyć wszystkich mieszkańców, nawet w obliczu trudnych czasów, jakie nastały? Wszyscy są teraz nieufni, każdy gotowy do ataku, aby bronić swoich wartości. Co prawda, niektórzy już je zatracili, ale wciąż niechętnie podchodzą do nowych idei. W końcu dobrymi chęciami jest wybrukowane każde piekło.
— Chciałbym się do nich zwrócić w sprawie mojej ostatniej przemowy. Nie pamiętasz jej? — miałem szczerą nadzieję, że przypomni sobie, o czym mówię.
—Yyy... przypominam sobie. Nie sądzę, żeby chcieli cię aktualnie słuchać, mają teraz poważniejsze sprawy na głowie niż życie prywatne Agresta i utracone tereny — przez moją myśl przeszło, że Opal może zwyczajnie perfidnie manipulować mną, ale pozwoliłem temu wrażeniu po prostu odpłynąć, czując, że nie mam siły na dalsze ruchy.
— Ech... właściwie to chciałem, żebyś przekazała im, że myślę o nich, ale postanowiłem dać im wybór pójścia własnymi ścieżkami i nie zostawać inicjatorem kolejnych konfliktów ze względu na ich potencjalną brutalność — zdawałem sobie sprawę, jak nielogicznie brzmią moje słowa, lecz zamiast parafrazować sam siebie w celu doprecyzowania wypowiedzi, westchnąłem ciężko. Miałem nadzieję, że ta rozmowa szybko się skończy i wszyscy odejdziemy w swoje strony.
— Myślę, że masz zbyt wiele emocji do polityki, wiesz? Osobiście sądzę, że nie jest to najlepsza odezwa, ale na twoim miejscu zapewne też nie chciałabym zostawić swoich odbiorców w stanie napięcia, co dalej. Zresztą, nie będę się mieszać w twoją karierę. Obiecaj mi tylko, że szybko stąd znikniesz i nie będziesz robił zbędnego bałaganu — zastanawiając się nad sensem słów Opal, pokiwałem głową, mimo że miałem przeczucie, że nie będę w stanie dotrzymać tego układu.
— Jeszcze raz dziękuję. Miłej pracy, do zobaczenia — chciałem zadać jej tak wiele pytań, ale perspektywa zakopania się pod ziemią w wielkim dole wstydu okazała się bardziej kusząca.
Wspominałem kiedyś, że mam siostrę? Cóż, już wiecie. Zastanawiam się, czy bardzo po mnie płacze. Pominąłem tak ważny szczegół? Wybaczcie, duchy czasami tak mają.
Czekajcie, bo okazało się, że dalej stąpam po tym, pożal się boże, łez padole, po prostu na chwilę mi się przysnęło i się rozmarzyłem. Jeszcze się na mnie jakaś wadera wydarła, że za głośno pierdzę w nocy. Jakby to była moja wina! Kto to w ogóle był? Nymeria? My się przespaliśmy? Ależ ona jest seksowna. I... i... taka władcza! Głowa mnie boli.
Nie chciałem wracać do tych notatek. Pierwszy raz od czterech lat się upiłem i chyba oprócz kilku mokrych wizji niewiele się stało, ale wciąż się sobą brzydzę. Dziwię się, że po tym złożyłem jeszcze względnie zrozumiałe zdania...może to było już kilka godzin po fakcie. Albo kilkanaście? Naprawdę powinienem przestać się kompromitować i nie uprzykrzać już swoją egzystencją życia nieco normalniejszych wilków ode mnie.
Teraz naprawdę idę zwymiotować.
Jestem już trzeźwy, po prostu źle się czuję.
...
...
Dalej tutaj jesteście? Miło mi, kiedy patrzycie, czekając, aż ostatecznie się stoczę. Ostatnio coraz bardziej przytłacza mnie strach, że niedługo dobiegnie mój polityczny kres.
Jak sobie wtedy poradzę? Co się robi w takich sytuacjach? Nie tego uczyli mnie rodzice.
Moja siostra jest dla mnie kimś, kto sprawia, że czuję się lepiej we własnej skórze. Mam kogo chronić, mam za kogoś odpowiedzialność. To piękna, złota w blasku zachodzącego słońca istota o grzywce w kolorze róż nad różanym wodospadem i pięknych okrągłych oczach o tym samym kolorze. Nigdy nie byłem dobry w poezję... poezji... wybaczcie, przynajmniej teraz jestem chociaż szczery.
Moja siostra stała się niedostępna odkąd znalazła własnego basiora.
Pierdolenie.
Mam dość.
Uderzyłem głową o zimną ścianę,
która z taką samą siłą mnie odepchnęła. Poczułem szybkie bicie serca,
które zdawało się zdolne do rozerwania mojej klatki piersiowej. Od
początku życia nic sobą nie reprezentowałem, będąc jedynie ślepym
pionkiem Zeusa. Moje całe życie uczuciowe to tkwiący jeszcze we mnie
nieugaszony żar do wadery zapatrzonej w chabrowego alfę jak w obrazek.
Chciałbym móc się poddać.
Vitale powiedział mi, że choroba Mitriall to moja wina.
Vitale został zabity.
Jakim cudem ja zasługuję na życie, skoro on tylko próbował pomóc?
Zaraz,
próbował pomóc? Cały czas obrzydliwe bawił się jej kosztem. Mieszał w
jej umyśle niczym najwybitniejszy kucharz, przygotowujący wyrafinowaną
truciznę. A teraz uciekł od świata i odpowiedzialności jak zwykły tchórz.
Więc czym jestem? Zwykłym tchórzem, skoro także chcę się poddać?
Vitale
nigdy nie powiedział, że utrzymuje ich relację dla przywilejów z naszej
strony. Nigdy nie przyznał się słownie do swoich zboczeń, do czegoś co
skrywał pod dumnie brzmiącym płaszczykiem nauki. Ile tak naprawdę można
oddać za wiedzę? I tak wilki nie szukają logicznych rozwiązań, a
jedynie tego, co potwierdzi ich wizję świata. Socjaliści, komuniści...
Wszyscy są tacy sami.
A może Mitriall
nie jest wcale chora? Może odkryła w świecie coś, czego my, ślepcy,
przekonani o swoich racjach nie dostrzegamy? Jaki był motyw jej
zabójstwa? Dlaczego cały czas plami swój wizerunek? Może nikt nie
nauczył jej, czym jest ten mistyczny honor. Cóż, któż miał ją tego
nauczyć? Nikt z nas go dawno nie posiada.
Espoir.
Nadzieja. Nadzieja, którą nieustannie w niej zabijaliśmy, kiedy
próbowała wylęgnąć się ze swojego stłamszonego cierniami gniazdka.
Idę. Jestem pajacem, ale wrócę do domu. Zacząłem jak pajac, lecz nie chcę tak skończyć.
Zresztą, na co
ja liczę? Mój głos i tak nigdy nie był usłyszany. Po prostu odbędę karę
za to, że się poddałem, a później błąkałem się bez celu, topiąc się we
własnej beznadziei.
Byłem szczerze zdziwiony tym, że nikt mnie nie
szukał, lecz doszedłem do wniosku, że i tak zapewne wiedzą, gdzie
aktualnie jestem i mają świadomość, że wrócę. Przecież i tak nie mogę
się zbuntować, bo nikt za mną nie pójdzie i skończyłbym zapewne rozcięty
na pół.
— Wróciłeś - przywitał mnie zmęczony głos Zeusa — Jestem z Ciebie zadowolony - na
dźwięk tych słów zadrżałem, będąc pewnym, że to sarkazm. Myślałem, że
nie boję się śmierci tak bardzo, ale teraz nagle odżyło we mnie silne
pragnienie przeżycia. Przecież zmarnowałem okazję naszego życia.
— Wróciłem — odpowiedziałem, a później emocje przejęły nade mną kontrolę i już ani cal mojego ciała nie przypominał dumnego polityka.
— Ja
też czasem zastanawiałem się, czy moje decyzje są uzasadnione. Wydawały
mi się głupie, ale z perspektywy czasu dostrzegłem ich mądrość — szef przerwał, jakby się nad czymś zastanawiając, a głucha cisza zawisła nad nami niczym ostrze — WSC
samo się wykończy. Admirał rośnie w siłę. Nie mam więcej powodów do
interwencji. Oszczędziliśmy Szklankę oraz Irysa, może jeszcze zobaczymy
ich bardziej romantyczną śmierć.
— Skąd ta nagła zmiana poglądów? - —zapytałem, czując jak zalewa mnie fala niepewności. Więc te wszystkie
podchody, intrygi, zamieszanie i tajemnice były warte... nic? Nasze
działania okazały się jedynie żałosnymi, niepowiązanymi w logiczny
sposób epizodami? Straciliśmy swój honor i tyle nerwów... by teraz nic z
tym nie zrobić? To nie brzmiało, jak słowa tego samego napakowanego
testosteronem samca, który mnie tresował na swojego pomocnika, gdy
planował w punktach zniszczenie WSC.
— Mogę Ci zaufać? — nieśmiało pokiwałem głową, wiedząc, że to pytanie
zapewne otworzy jakiś wywód — Sypiemy się. Wiele planów nie wyszło. Holnir oddał się służbie WSJ i... musiałem... Verdum przyznał się do zgwałcenia Mitriall. Później jeszcze... prawie zabiłem ją, moją córkę, próbując pozbyć się jej dziecka - chaotyczna wypowiedź zakończyła się rozpaczliwym piskiem. Pierwszy raz widziałem Zeusa w takim stanie od czasu śmierci jego dziewczyny.
Chyba
pierwszy raz usłyszałem prawdę zamiast steku kłamstw. Nie byłem na to
gotowy, moje uszy prawie się rozdarły, nie będąc przyzwyczajone do
przetwarzania takich informacji, mimo że byłem świadomy treści, jaką za sobą niosły.
— Admirał...
bardzo mi go przypomina, nawet bardziej niż Agrest, mimo że krew tego
pierwszego zmieszana jest jeszcze z jakimiś innymi ochłapami
społeczeństwa. Obawiam się, że też mógłby mi coś odebrać — wyszeptał.
Spojrzałem
w jego zaszklone ślepia. Zeus, mój przyjaciel. Zeus, mój wróg. Zeus,
mały, głupi wilczek, który trochę za daleko poszedł w swojej żałobie. W
rzeczywistości był tylko roztrzęsionym szczeniakiem, który bojąc się
motyla, udawał większego niż jest.
— Co takiego?
— Nie... nie... wiem, ale nie jestem w stanie ciągnąć tego dalej... Nie mogę już się oszukiwać...
Psst
Pewnie, ktokolwiek teraz słucha mojego monologu wypowiadanego w przestrzeń, słyszeliście już wiele o Mitriall.
O tym, że jej wizje spowodowane są alkoholem i manipulacją, może
dotarliście do wersji z kodeiną. Czy kiedykolwiek jednak spodziewaliście
się, że za wiele wizji odpowiedzialny jest jej własny ojciec?
Wykorzystywał do tego swą bezużyteczną w jego oczach moc wcielania się w
ciała zmarłych wilków i przejmowania niektórych ich zachowań. Za jaką
częścią stoi on, a za jaką pozostałe okoliczności, przez które przechodziła wilczyca?
Dlaczego
wybrał postać, która stoi za jego nieszczęściami? Dlaczego w nienawiści niej, wykorzystywał jej wizerunek do zabawy emocjami śledczej?
A może po prostu przeznaczenie było tak silne, że Espoir
musiała po prostu spotkać tego, jednego z wielu szaleńców w
tym świecie i na jej drodze, nawet jeśli nasze umysły są zbyt ograniczone, aby to pojąć?
Coś w sposobie, jakim patrzysz w moje oczy
Nie wiem, czy uda mi się z tego wyjść żywo
<Espoir?>
wtorek, 3 maja 2022
Od Ry'a CD Espoir - "Wyblakłe Słońce" cz.2.8
Ta Cisza nie była już byle milczeniem; była stworzeniem o ciemnej sierści i gnijącym zapachu, które zadomowiło się w tym miejscu, zupełnie jakby jeszcze w tej chwili siedziało na jego progu; nie była tylko brakiem gości i przytłumionymi szeptami na drugim końcu korytarza, była też delikatnością miękkich, okwieconych ścian i przeliczoną setki razy ilością pęknięć w podłodze, kroplami deszczu po drugiej stronie sufitu i tęsknotą za wschodem słońca, oplatającą wieczną niepewność co do tego, która to może być teraz godzina.
...Nieprzyjemne miejsce, prawda?
To znaczy, wyobrażam sobie, że są wśród nas osoby, którym mogłoby się tu nawet spodobać. Jest tu czysto i ciepło, tak ciepło, jak tylko może być w kamiennym pomieszczeniu na niepewnym przełomie wiosny i lata. Nie musisz wysilać się, by zdobyć posiłek, a w dodatku wszystkie swoje obowiązki (podobnie zresztą jak rzeczy osobiste) zostawiasz po drugiej stronie drzwi, w wyniku czego możesz spać nawet i całe dnie, jeśli akurat masz taką ochotę.
Wyobrażam sobie, że po drugiej stronie, w tym prawdziwym świecie, wypełnionym staraniami i podlegającym prawu ślepemu losowi, wielu tęskni za tego rodzaju urlopem. Ja jednak mam wrażenie, że w rzeczywistości w tym przypadku jest zupełnie tak, jak z najlepszym jedzeniem; w pewnym momencie po prostu musisz przestać jeść, inaczej radość zmieni się w znużenie, dyskomfort, a potem naturalnie pojawi się też ból.
Co powiesz więc na to żebyśmy, by przegnać Ciszę za próg, porozmawiali przez chwilę?
O czym moglibyśmy porozmawiać?
…
…
...
Przepraszam. Sam widzisz, że niewiele się tu dzieje. Będąc szczerym, nie ma tu nawet pogody, na temat której moglibyśmy powymieniać nic nieznaczące uwagi, na wypadek, gdyby wszystkie inne tematy nas zawiodły.
Już wiem. Nie martw się, już wiem, bowiem nauczony poprzednimi doświadczeniami, zdołałem na poczekaniu wymyślić grę, co prawda prostą, ale na tyle satysfakcjonującą, by utrzymać cię przy sobie na krótki ułamek Naszego czasu. A więc powiedz, znasz może ten typ osoby?
Mam na myśli osobę, którą znasz zapewne już od jakiegoś czasu. Nazywa się twoim przyjacielem, i często ty też patrzysz na nią w ten sposób, ale w rzeczywistości, czy można nazwać waszą relację w podobny sposób, jeśli ta osoba odzywa się do ciebie tylko wtedy, kiedy czegoś od ciebie potrzebuje?
...
Proszę, przyjaciele, wybaczcie mi tę ciszę.
Przez niepewność, która niemalże od początku mojego życia prowadziła mnie za rękę, nauczyłem się, że czasem lepiej jest milczeć, niż powiedzieć coś, co może zostać odebrane w zły sposób. Takiego właśnie rodzaju jestem osobą: zamiast stawić czoła temu, czego się obawiam, wolę uciekać i chować się, budując wokół siebie ściany z kłamstw, sztucznej nieświadomości kolejnych używek i wymuszonej samotności, jeśli te zwyczajne schronienia okażą się niewystarczająco szczelne.
Jestem pewien, że mówiłem już o tym nie raz, ale myślę, że będę powtarzał to aż do śmierci; tak długo jak będę krzywdzić osoby dookoła siebie.
Mam wrażenie, że to typowo ludzka cecha, można powiedzieć, że jest nawet naturalna. W sytuacji zagrożenia większość istot decyduje się uciekać i szukać schronienia, tylko niewielu - mój boże, jak szczerze ich podziwiam - jest w stanie stanąć twarzą w twarz z nadchodzącym niebezpieczeństwem. Ale, mój boże, czy to nie egoistyczne?
Myśleć tylko o własnych potrzebach, na zmianę mówić i milczeć, w zależności od tego, na co akurat ma się ochotę, nie zważając na to, że inni, z różnych powodów, oczekują od ciebie słowa wyjaśnienia albo pocieszającej ciszy.
Proszę, nie miejcie mi tego za złe. Kiedyś słyszałem, że jeśli ktoś prawdziwie cię kocha, będzie cenił cię bez względu na twoją ciszę i twój głos, bo zwyczajnie lubi z tobą przebywać. Mówię to teraz na wypadek, gdyby nie łączył nas żaden rodzaj miłości, ale, mój boże, szczerze się cieszę, że mogę być przez kogoś kochany. Gdyby nie miłość, nie dałbym rady przeżyć na tym świecie, tak słaby i kruchy, jakim jestem.
– Jak się dzisiaj czujesz?
Na dźwięk tych słów dreszcz przebiegł po jego grzbiecie; zupełnie jakby nie był to głos wilka, a jęk wiekowej, zardzewiałej blachy. Skulił się w sobie i, choć już dawno zaczął uskarżać się na nieznośną ciszę, nie zdecydował się zaszczycić odpowiedzią głosu, który dla odmiany nie pochodził z wnętrza jego głowy. Stojąca naprzeciwko niego osoba nie wydawała się szczególnie zawiedziona; nawet nie próbując kontynuować, wydała z siebie ciche, zdradzające coś na kształt rozczarowania westchnienie, po czym niespiesznym krokiem opuściła pomieszczenie.
****
Morze o tej porze roku jest naprawdę piękne. W takie deszczowe dni jak ten, gdy chmury ciężką zasłoną wiszą na niebie, wiatr targa falami, wygrywając melodię, której nie powstydziłaby się najlepsza orkiestra świata, a wyrzucone w powietrze krople morskiej wody mieszają się z mżącym deszczem, wtedy niebo i ziemia, oba te miejsca skąpane w odcieniach wczesnowiosennej szarości mieszają się w jedną całość, tak że, jeśli nie pozostaniesz czujny, możesz stracić poczucie tego, gdzie jest góra, gdzie dół i gdzie ich granica.
Pewna wadera, która tego dnia znalazła się na plaży sama, nie mogła doświadczyć wszystkich tych cudów. Ale słyszała szum wody. Ale czuła zapach soli, uderzenia kropli deszczu na swoim ciele i mokre ziarenka piasku pod swoimi łapami. I to jej wystarczyło.
Kierując się wolnym krokiem do jaskini wojskowej, wsłuchiwała się we własny spokojny oddech i liczyła w głowie liczbę kroków, jakie zdążyła postawić. Rześkie powietrze przefiltrowało jej umysł, pozbywając się, jeśli nie wszystkich, to chociaż jedynie tych zmyślonych zmartwień, tym samym zostawiając ją w błogim, stoickim prawie spokoju.
Od czasu tamtego zdarzenia zrezygnowała z pracy na czas nieokreślony, nie będąc jeszcze pewną czy nowe okoliczności w ogóle pozwolą jej na kontynuowanie kariery. Jeszcze do niedawna większość uzyskanego w ten sposób czasu przeznaczała na kolejne sesji terapii u miejscowej medyczki, ze względu na brak efektów te z czasem stawały się coraz krótsze, aż w końcu zanikły w naturalnym tempie, pozostawiając jej wiele czasu na spacery, które choć trochę pozwalały jej uporać się psychicznie ze zmianami, jakie zaszły w jej życiu.
Drugą połowę zyskanego w ten sposób marginesu przeznaczała zazwyczaj na spotkania z Mitriall, i ta też zaskarbiła sobie większość jej myśli, jeśli akurat nie były one poświęcone zachwytom nad pięknem przyrody doświadczanym w czterech tylko zmysłach, jak to lubiła robić od dzieciństwa, wtedy gdy okazało się, że nie jest do końca taka jak inne dzieci.
Być może szybki postęp relacji z waderą o białej jak niebo w pochmurny dzień sierści był wynikiem pojawienia się wilczycy mniej więcej w tym samym czasie, w jakim zaczęły się problemy byłej, przynajmniej na ten moment, posłanki, ale Kali naprawdę cieszyła się, że ma ją przy sobie. Szczególnie teraz, kiedy zdrowie psychicznie Ry’a zaczęło się stanowczo psuć i teraz, gdy z nieznanych jej powodów nawet Flora zaczęła zachowywać się inaczej, zupełnie jakby dopadł ich ten sam rodzaj jakiejś tajemniczej choroby. Wyglądało to tak, jakby w jednym momencie jedyną na całym świecie osobą, do której teraz mogła się zwrócić, została Mitriall.
Być może jednak świat nie jest do końca okrutny, myślała. Być może akurat teraz, kiedy najbardziej tego potrzebowała, los zesłał jej prawdziwą przyjaciółkę.
— Czy jest może Mitriall? — zapytała cichym głosem, stojąc jeszcze na progu, basiora, o którym w swoim obecnym stanie potrafiła powiedzieć jedynie, że zdawał się być jeszcze w dość młodym wieku, wciąż nieprzyzwyczajona i trochę speszona faktem, że w drzwiach jaskini wojskowej nie wita jej już jej drogi brat.
— Jest, oczywiście. Momencik. — Podobał jej się jego przeszyty uprzejmym profesjonalizmem głos. Trochę jak z powrotem w pracy, trochę jak w domu, jaki pamiętała z dzieciństwa.
Zapach wadery, gdy ta już się pojawiła, był nie do pomylenia. Przywodził jej na myśl zapach kwiatów, jak wtedy, pewnego wiosennego dnia, gdy po raz pierwszy spotkały się nad rzeką. W pewnym momencie zaczęła żałować, że nie urwała dla niej małego nawet bukietu, gdy tego ranka wybierała się na plażę, zwłaszcza teraz, gdy kwiaty zakwitały po raz wtóry. Jej entuzjazm, jak to miała w zwyczaju, szybko jednak opadł, gdy przypomniała sobie o rzeczywistości, jaką wspólnie dzieliły; wciąż jednak pozostała jej ta niewielka cząstka radości, która kazała jej przytulić białowłosą wilczycę na powitanie.
— Wybacz — oderwała się od niej niemal niezgrabnym ruchem, gdy tylko wyczuła w zachowaniu wadery nutkę zakłopotania. — Nie chciałam ci przeszkadzać w pracy, ale mam wiadomość, z którą po prostu nie potrafię poczekać do jutra. — Uśmiechnęła się, a słysząc w odpowiedzi niemal ponaglającą ciszę, odgarnęła z pobielałych oczu kosmyki ciemnym włosów, po czym dodała: — Wypuszczają go. Ry’a, to znaczy. Jutro wychodzi z oddziału psychiatrycznego.
— Wychodzi... co?
Brązowowłosa pokiwała głową z nieukrywanym entuzjazmem.
— Planują go wypuścić, jutro, jeszcze przed południem. Podobno ze względu na brak efektów dotychczasowego leczenia.
— To prawda? — sceptycyzm w głosie przyjaciółki zbił nieco waderę z tropu. Pokiwała głową raz jeszcze, jakby chcąc uchronić samą siebie przed narastającym z zewnątrz zwątpieniem.
— Jutro z samego rana. Odprowadzę go do domu, może przygotuję mu coś do jedzenia. Może chcesz nam towarzyszyć? Z pewnością by się ucieszył, widząc koleżankę z pracy, a ja... pewnie czułabym się pewniej.
— A jak on... Jak on się czuje? — Przez ponurą surowość tonu śledczej przebijały się jasne włókna współczucia; ich smutek był prawdziwy, zwyczajnie prawdziwy na tyle, że stał się on momentalnie nawet nie tyle co wyczuwalny, co zwyczajnie zaraźliwy. Ciemnowłosa wadera, dla której nieszczęśliwe uczucia stały się prawie presją, poświęciła całą chwilę na refleksję, skonkludowaną w żałosnym niemal westchnieniu.
— On... — zaczęła, biorąc w tym momencie przerwę na zaczerpnięcie powietrza w płuca, jakby wciąż nie była odpowiednio zaadaptowana do przekazywania ponurych wieści. — Podobno... nie jest z nim najlepiej. Odmawia rozmów z kimkolwiek, w wyniku czego spędził kilka ostatnich tygodni w stanie praktycznej izolacji. Mam wrażenie, że to od tak długiego siedzenia na lekach. Ale my mu pomożemy — uśmiechnęła się słabo — my, to znaczy ja — zaśmiała się odważniej — ale i tak będzie nam bardzo miło, jeśli zgodzisz się zjeść z nami obiad.
— O...Oczywiście. — Ton Mitriall miał w sobie nutę tego słynnego profesjonalizmu, jakim cechują się tutejszy stróże prawa; zupełnie jakby w to proste zdanie zdołała ująć całą swoją odwagę. — To znaczy, jeśli nie trafi mi się dyżur z zaskoczenia...
— Mam nadzieję, że nie. — Niższa wadera uśmiechnęła się, starając się ukryć w ten sposób obawy kłębiące się jej pod czaszką. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że niepokój społeczny w watasze rósł z każdym kolejnym dniem, ale ona, w całym swym egoizmie tym bardziej starała się cieszyć z każdej przyjemnej chwili, jaką zsyłał jej los. — A więc widzimy się jutro. Przed południem, zajrzę do ciebie, jak szybko się da!
Cóż, coś takiego przydarzyło mi się właśnie tego ranka, kiedy wschodni nieboskłon przypominał jeszcze stos suchych gałęzi podpalony czerwonymi płomieniami świtu. Choć zdawałem sobie sprawę, że tego dnia spotka mnie mniej lub bardziej wyczekiwane spotkanie z wolnością, którą wykupiłem sobie przedłużającym się wyrokiem w szpitalu psychiatrycznym, właśnie tego dnia, mimo że modliłem się o to już tak dawno temu, nastąpiło niespodziewane skrócenie wyroku, którego pozostało mi zaledwie kilka, w porywach do kilkunastu godzin.
Właśnie o tej wczesnej porze główny psycholog watahy został, według zeznań kilku świadków (choć któż uwierzyłby pacjentom psychiatrycznego szpitala?), wywleczony z jaskini przez obleczonych w cienie poranka rzezimieszków. Podobno wraz z nim zniknęła główna medyczka, a ja, po raz pierwszy od wielu tygodni pozbawiony zewnętrznego nadzoru, odziany w półprzezroczyste płomienie świtu niczym Orfeusz wychodzący z zaświatów, ruszyłem niespiesznym krokiem w kierunku rodzącego się na horyzoncie wschodu.
< Espoir? >
sobota, 30 kwietnia 2022
Od Espoir CD Szkła - "Wyblakłe Słońce" cz.6.4
Otworzyłam oczy po raz kolejny, mimo że za każdym razem obiecywałam
sobie, że nadejdzie błogi dzień, który uwolni mnie od tej i innych
następujących po niej czynności. Wierzyłam nieco naiwnie, ale za to
bardzo mocno, że pewnego wieczoru dostanę skrzydeł i wzlecę ponad
chmury. Chmury, które obecnie ograniczały moją perspektywę, zamykały
mnie na to, co podane na tacy, łatwe do zgarnięcia. Karmiłam się tym, co
dotarło do moich uszu, nie zawsze mogąc zweryfikować rewelacje, które
dzięki kodowały się w zakątkach mojego umysłu i wpływały na moje dalsze
postępowanie. A gdyby tak być ponad żywot szarego smutnego wilka,
zaginionego w świecie, którego obraz dominował zwłaszcza wśród młodych.
Zatopiona w obojętności, obserwowałam martwą przyrodę, w której
odnalazłam zwierciadło własnego wnętrza. Czekałam. Czekałam, aż zjawi
się Złotoki. Nienawiść do jego istoty powoli topniała, zamieniając się w
niezrozumiałe uczucie, które ciągnęło mnie ku niemu. Nie było ono
łatwe, ale tłumiło pustkę rozrastającą się w mojej duszy.
Usłyszałam
cichutkie kroki. Stuk. Stuk. Stuk. Zastrzygłam uszami z nadzieją, że
moje rozpaczliwie pragnienie ujrzenia sylwetki nowego znajomego się
ziści. Dostrzegłam jednak inne znajome oblicze, teraz to dwójka
czerwonych oczu chciała przejrzeć moją duszę.
— Vitale — mruknęłam, nieco zirytowana jego coraz częstszymi wizytami.
—
Dzień dobry, Mitriall. Czy wiesz, dlaczego tu jestem? — powiedział
spokojnie, budząc we mnie mieszankę złości i lęku, że może wie za dużo o
moim poranku, który miał miejsce kilka dni temu. Kilka dni... Miałam
wrażenie, że minęła już wieczność.
— Dlatego, że Rubid uważa mnie za
wariata tylko zamiast powiedzieć mi to w twarz, robi ciągłe podchody? —
zazwyczaj czysty niczym łza na dziewiczym policzku język, zapłonął teraz
emocjami zagnieżdżonymi głęboko w moim umyśle.
— Nie. Widzisz... Czy
nie czujesz, że twoje życie staje się coraz bardziej niezrozumiałe i
dziwne? Może dzieje się coś, co nie powinno? — moje serce zabiło
szybciej.
— Czego ty ode mnie oczekujesz? — zdziwiłam się, jak
chłodne, ale jednocześnie rozpaczliwe okazały się moje słowa, jak dziwne
w moich pysku, mimo że to pytanie, które zadaję sobie od samego
początku w stosunku do wszystkich, którzy mnie otaczają i znają mnie
chociaż trochę. Zawsze czułam się czyimś interesem, produktem, który
miał spełniać określone wymogi, robić oczekiwane rzeczy.
— Odpowiedzi — wyjaśnił cierpliwie psycholog. No proszę, jaki inteligentny.
— Mam Ci się spowiadać? — wypaliłam rozgoryczona.
— Chcę ci pomóc, to moja praca. Nic więcej.
Miałam
odpyskować coś niemiłego, uciec i zniknąć gdzieś daleko stąd, a później
przypomniałam sobie, kim jestem i że przy nieposłuszeństwie wisi nade
mną kosa. Nie miałam siły, by walczyć, ale szczera rozmowa również mnie
nie zadowalała, ponieważ to także konfrontacja, także z samą sobą.
—
Nie wiem nic. Nie rozumiem tego, co się dzieje. Nie nadaję się
kompletnie do swojej roli — wystękałam, pocieszając się myślą, że po tej
rozmowie mogę wrócić do spania.
— Jakiej roli? — psycholog uniósł
uszy z prawdopodobnie jedynie udawanym zainteresowaniem. Dlaczego w
ogóle miałoby interesować go to, co dzieje się w moim życiu? Dlaczego
cały czas traktuje mnie jak istotę bez grama inteligencji i godności,
bawiąc się moimi uczuciami?
— Yy... Sz... śledczego. Dużo by tu opowiadać — zaśmiałam się nieco groteskowo, pokazując zdenerwowanie.
—
Mam czas — odpowiedział, potęgując moje nieprzyjemne odczucia z pozoru
spokojnym tonem, ciągnącym mnie jednak podstępnie, a zarazem bezlitośnie
za język.
— Obawiam się, że nie zostało mi go zbyt wiele — sens
impulsywnych słów dotarł do mnie, gdy już narodziły się między nami.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy, jakby próbując dostrzec w
swoich oczach odpowiedź na dręczące nas pytania, bez konieczności
wypowiadania ich. Vitale był dla mnie kompletnie niezrozumiały, jego
gesty były dziwne, jednocześnie brzydziłam się nim i czułam strach przed
jego obliczem. Mimo wszystko widząc tamtego dnia jego, zdawało się, że
zagubione ślepia, poczułam, że nie jesteśmy aż tak różni.
— Dlaczego?
— pytanie psychologa przywróciło mnie znów do myśli, które zdążyłam już
zasypać rozmyślaniami o naszej relacji. Nie chciałam odpowiadać, lecz
stwierdziłam, że gorzej na tym wyjdę, jeśli postanowiłby te wieści
przekazać dalej. Była jeszcze opcja, że mógł nas podsłuchiwać kolejny
szpieg od mojej rodziny. Zdecydowałam się wtedy na odważny ruch zrodzony
z desperacji, którego miałam już kilka chwil później żałować.
— A
myślisz, że mnie nie zabijesz, jeśli cię pocałuję? — starałam się nie
brzmieć, jakby takie słowa ledwo przechodziły przez moje gardło, choć
tak w rzeczywistości było. Mój rozmówca wyglądał przez moment na
zdziwionego, lecz szybko wrócił do kamiennego wyrazu. Pozostały tylko
drobne sygnały wskazujące na fakt, że te słowa nie były dla niego
obojętne, których jednak nie potrafił kontrolować. Nieco zbyt napięty
ogon czy zdradliwie drgająca powieka to zapewne jeszcze nie wszystkie,
ale jedne z takich zachowań, które zapadły mi w pamięć. Zresztą w tym
momencie zapewne sama wyglądałam jak przeciwieństwo spokoju ducha.
—
Czy ty ze mną flirtujesz? — jeszcze bardziej utwierdził mnie w
przekonaniu własnej nieudolności, jedynie nazywając założenia mojego
awaryjnego planu po imieniu.
— Nie — odparłam speszona — Źle mnie zrozumiałeś — dodałam szybko, uciekając wzrokiem od jego przeszywającego spojrzenia.
— Więc... co miałaś na myśli, skoro się mylę? — uśmiechnął się pod nosem, widząc moją konsternację.
— Byłam ciekawa odpowiedzi. Właściwie to nic się w tej kwestii nie zmieniło — grałam dalej w podjętą wcześniej grę.
— Mitrall... Nie, nie zabiłbym cię. Nie zakładam jednak, aby ci się podobało w trakcie... wspomnianej czynności.
— Dlaczego?
— Rozmawiamy o tobie, a nie o mnie — urwał wątek, jednak w mojej głowie trwały pytania, które oczekiwały na odpowiedź już teraz.
—
Nie, Vitale. Informacja za informację — mruknęłam, udając
niezadowolonie — Chyba nie możesz przerwać spotkania, bo Rubid nie byłby
zbytnio zadowolony.
— Jesteś moją pacjentką, a nie ulubienicą. Mam
prawo odmówić współpracy, jeśli będziesz sobie pozwalać na zbyt wiele —
słuchając jego słów, miałam wrażenie, że teraz to nie był ten sam Vitale
sprzed kilku miesięcy, który cały czas zastraszał mnie, rzucał
niezrozumiałymi tekstami. Jak gdyby pragnął się zdystansować od tego, co
się stało, jak gdybym właśnie próbowała dotrzeć do jego odczuć, które
skrywał za wielką skałą własnych uczuć i lęków. Istotnie, dopuściłam, że
psycholog ma w sobie jakieś emocje i nie jest tylko ciemnym monstrum
pragnącym wyssać ze mnie krew i pożreć moje flaki. Zrozumiałam, że jego
obecność jest elementem jakiegoś większego planu i być może jest tylko
kukiełką w większej sprawie. Chwilę później jednak w moich myślach znowu
kontrolę przejął lęk, pragnący utrzymać mnie w przekonaniu, że tego
osobnika należałoby unikać i potępić. Nie było to już jednak takie łatwe
jak przypisanie mu stosu etykietek na samym początku. Teraz kiedy
patrzył mi prosto w oczy i czułam, że kompletnie tracę siebie, a na
światło dzienne z mojego pyska wydostają się słowa, których nigdy nie
podejrzewałabym siebie o wypowiadanie. Nie wiedziałam, co tak naprawdę
nas łączyło, nie widziałam, jak bardzo mogę zbłądzić idąc jego drogą.
Był dla mnie dziwnym chłopcem, a ja w tym scenariuszu miałam rolę
dziwnej dziewczynki i oboje zdawaliśmy się jedynie szukać zrozumienia
otaczającego nas świata.
— Dobrze — westchnął ciężko — Chyba mam
pewną historię do opowiedzenia. Kiedy byłem młody... khm... młodszy...
odrobinkę poznałem pewną waderę. Zareklamowałem jej swoją osobę
najlepiej, jak potrafiłem, czyli równie żałośnie co tobie. Myślałem, że
jest kimś wyjątkowym, uroczym i jakkolwiek się tam mówi, ale ostatecznie
okazało się, że chciała się ze mną tylko przespać. Potem mnie
wystawiła, niezbyt delikatnie dając mi do zrozumienia, że mam dziwne
spojrzenie na świat. Romantycznie, co? Historia, którą może się
podzielić prawie każdy wilk, ale moje życie nie jest niezwykłe, kiedy
patrzysz na nie tak jak na każde inne.
— Vitale... — wypowiadanie
jego imienia wciąż wywoływało we mnie nieprzyjemne wibracje — Współczuję
ci — nie byłam w stanie wykrztusić już niczego więcej. Gardło zaczęło
mnie powoli drapać, jakby setki mrówek okrążyły je i zaczęły kąsać, więc
wydałam z siebie tłumione kaszlnięcie.
— Nie musisz mi współczuć.
Dzięki temu jestem w stanie trwać przy swoich wartościach do dziś i
zachować godność. Nieważne, czy ktoś uważa, że coś dla mnie ważnego jest
dziwne czy nierozsądne, wiem wtedy, że po prostu tego nie rozumie. Tak
jak ja nigdy w pełni nie zrozumiem jego postaw. Powiedzmy, że to taka
rada na przyszłość, Mitriall — po jego wypowiedzi czułam dziwną pustkę. W
jednym momencie miałam ochotę opowiedzieć mu o wszystkim, co mnie
trapi, dręczy każdej nocy i nie daje zmrużyć oczu. Nie rozumiałam,
dlaczego zdecydował się na szczerość albo jej pozory, ale coś kazało mi
wierzyć, że to prawda Z każdym spotkaniem, coraz bardziej narastał we
mnie niepokój, gdy tak łatwo mu szła manipulacja moimi emocjami i
myślami, lecz zaraz był tłumiony przez resztę odczuć.
Vitale chwilę
później postanowił mnie wybawić i puścić na wolność, abym sama
zdecydowała się przyjść do jego progu i wywiązać się ze swojej części
umowy.
Kiedy miałam już zasypiać w odnalezionym przeze mnie zacisznym
kącie, na poszarzałym mchu, osłonięta od wiatru grubym kawałkiem ziemi,
przyszedł Złotooki. Przywitał się jako pierwszy i bez oporów usadowił
się obok mnie, rzucając mi władcze spojrzenie ... a przynajmniej jako
takie je odbierałam.
— Szkło rozmawia szczerze z Ciri. Nie interesuje
cię to ani trochę? — zapytał, uśmiechając się z czymś w rodzaju dumy
rozświetlającej jego nieprzyjemny bordowy pysk.
— To jego sprawa. Nie
dostałam zadania śledzenia mojego kolegi. Nie będę przecież
podsłuchiwać... — starałam się naprawdę uwierzyć w szczerość moich słów i
intencji.
—Nie wiedziałem, że jesteś taką szlachetną morderczynią —
kontrast tego czynu z rzeczami, które wcześniej wymieniłam, boleśnie do
mnie dotarł — Nikt inny mnie przecież nie słyszy, spokojnie.
— No dobrze, gdzie oni są? — zapytałam, pozwalając, aby mój ton mógł oddać całe zniecierpliwienie, jakie odczuwałam.
— W części z przesłuchaniami.
—
Czekaj, on ją przesłuchuje? — mimo że teoretycznie uznanie Ciri za
winną było dla mnie korzystne, wciąż czułam wyrzuty sumienia. Co musiało
się stać, aby Szkło uwierzył w winę własnej córki. Z drugiej strony
wciąż pamiętałam te wszystkie nieśmieszne żarty i groźby, które nam
rzucała poprzez różne sytuacje.
— Tak. W dodatku nikt nad tym nie
czuwa, a powinien. Tatuś łamie wszelkie reguły, działając w ten sposób.
Jeszcze go córeczka zasłodzi albo zrzuci winę na Mszczuja. Powiedz po
prostu, że wyczułaś ich zapach i zdziwiłaś się, dlaczego postępowanie
jest prowadzone bez ciebie.
— Ale dlaczego nie zdecydował się na zwyczajną rozmowę z nią w zacisznym miejscu?
—
Może chciał wywołać presję i skłonić ją do szczerości albo mieć
ubezpieczenie innych wilków w pobliżu w razie, gdyby chciała uciec z
jaskini wojskowej. Może też po prostu chce dobrze wypełnić swoje
obowiązki albo nie był w stanie zdobyć się na prywatną rozmowę o takiej
sprawie i musiał postawić się w bardziej roli śledczego niż Szkła.
Dodatkowo Ciri w obliczu działań Admirała jest coraz bardziej podejrzana
— wyjaśnił — Zresztą...nie wiem, Szkło zawsze był trochę dziwny.
Przytaknęłam,
lecz nie byłam do końca pewna tego, że chcę się mieszać w kolejną
trudną sytuację, mogącą skierować na mnie podejrzenia.
<Szkło?>
poniedziałek, 7 marca 2022
Od Szkła CD Espoir - "Wyblakłe Słońce" cz.6.3
czwartek, 24 lutego 2022
Od Espoir CD Apollo Anubisa Aina - "Rewia dusz" cz.18
Żywi nie mają prawa, żywi zabić mnie nie mogą
Struchlałam,
gdy miękki głos wilka przestał w amoku odbijać się od twardych ścian
jaskini i istota jego wypowiedzi rozświetliła mój zmęczony od kłębiących
się myśli umysł. Wygłodniałe dusze czyhały na moje obrzydliwe ciało,
postrzegając je w kategorii tłustej przekąski. Niemożliwe. Świt
obiecywał przynieść nowe zagadki, które miałam obedrzeć z grubego
płaszcza tajemnic, odkrywając ich rdzeń. Niemożliwe. Kiedy na zewnątrz
rozpętała się burza, beztrosko wpuściłam tu dwóch zagubionych wędrowców,
z czego jeden zatruwał świeże powietrze swoim kwiecistym zapachem, a
drugi raczył mnie niestworzonymi historiami. Próbował puścić w moją
stronę wiązkę lęku, który zaciśnie się na moim gardle, nienaturalnie
przyspieszając mój oddech. Możliwe. Niczym zahipnotyzowana pod srogim
spojrzeniem zielonkawego basiora, wstałam i przycisnęłam się do chłodnej
ściany jaskini. Dlaczego tak łatwo było wytrącić mnie ze stanu
względnej równowagi z pomocą irracjonalnych słów? Grzmot uderzył
głośniej, jak gdyby wzmagał się gniew bóstw czuwających nad tym padołem,
a pogoda była lustrem dla ich emocji. Błyskawica oświetliła oblicze
nowego towarzysza, czyniąc je bardziej złowrogim. W odpowiedzi wilk
uniósł lekko kąciki warg i rozejrzał się uważnie.
— Już czas —
wyszeptał, lecz wkrótce jego szept zlał się z tysiącami innych, które
mnie otoczyły. Moją myśl, że całkowicie straciłam zmysły, zdusił widok
równie przerażonego i nasłuchującego Romea.
— Co ty robisz? —
chciałam wykrzyczeć, lecz z mojego pyska nie wypłynęły żadne słowa, jak
gdyby mieszkała w nich niewidzialna siła silniejsza od mojego pragnienia
odpowiedzi.
— Czas czerwonej pełni. Miejcie oczy i uszy szeroko
otwarte — z jego pyska wciąż nie znikał lekki uśmiech. W milczeniu
obserwował, jak burza przybiera na sile, a wiatr usiłuje zabrać ze sobą
wszystkie napotkane rzeczy, rośliny i zwierzęta
do śmiercionośnego tańca — Z każdej burzy przychodzi oczyszczenie.
Osobiście jednak ich nie lubię, irytują mnie te niemiłosiernie wibracje w
uszach, dlatego chciałbym odpłynąć w krainę snów, nie musząc się już
martwić pogodą. Romeo, pozwól. Chroń moje mięso.
Ze zdziwieniem
obserwowałam rozgrywającą się scenę, lecz w kluczowym momencie oślepił
mnie blask błyskawicy, jakby zachęcając do wyjścia. Niezdarnie
poruszyłam łapami, idąc w stronę światła, nie mogąc słyszeć przestróg
wypowiadanych przez nieznajomego, tak bardzo jednak znajomego.
— To ty? Śmiesz jeszcze mnie oceniać po tym wszystkim? - parsknęłam, maskując pod zdecydowanym tonem rozpad własnego wnętrza na mniejsze części — Czekaj, zabiłam? - dodałam drżącym tonem.
Jesteś. Śmieszna. Ale. Masz. Smaczne. Mięsko,
<Anubis?>
czwartek, 17 lutego 2022
Od Espoir - "Wyblakłe Słońce" cz.6.2
Wspomnienie Zeusa
Pamiętam słońce, które delikatnie zaglądało w oczy
mnie i mojej ukochanej, kiedy po raz pierwszy i ostatni szliśmy na tak
daleki spacer. Niedługo jednak jego promienie rozpłynęły się, zabierając
ze sobą szansę na powrót do domu. Stąpaliśmy po nieswojej ziemi,
wdychając nieswoje powietrze i chciałbym myśleć, że byliśmy, chociaż
prowadzeni przez swoje pragnienia, lecz mam wrażenie, że oto los
postanowił się nami zabawić, nie dając nam wyboru na inny obrót spraw. Z
natury byłem jednak nieufny, więc powoli budziła się we mnie groza, a
wyciągniętych gałęziach drzew dopatrywałem się sideł, w jakie mogłoby
nas złapać to miejsce. Wdech. Wydech.
— Czujesz to? — zapytałem.
—
Co? Zapach wolności? — roześmiała się — Nie panikuj, przecież bywa tak,
że dwójka wilków, które mocno się kochają, wracają do domu trochę
później. Czasem już w trójkę... albo piątkę.
— Tak...
być może po prostu panikuję, ale coś mi się nie podoba... nawet nie
wiemy, czy ktoś tu mieszka i jakie ma zamiary i czy jutro nie skończymy z
poderżniętymi gardłami. Tu mogą być jacyś... strażnicy — z każdym
słowem mówiłem coraz szybciej i bardziej nerwowo.
— Zrelaksuję Cię —
oparła pysk o mój grzbiet z przeciągłym mruknięciem — Kiedy się
stresujesz, zadajesz za dużo pytań... — lekko zachwiała się na nogach.
꧁↝↝꧂
Oh. Jestem tylko niepasującym elementem układanki.
Coraz bardziej zatracam się we własnych emocjach, będąc ślepa na innych.
Jestem zakałą tego społeczeństwa.
I znów On. Złotooki. Bez imienia i bez wstydu.
Zaczął
szeptać coś niezrozumiałego, wpatrując się we mnie głodnymi ślepiami,
chłonącymi każdy skrawek mojego ciała. Byłam przerażona, lecz nie mogłam
poruszyć żadną z kończyn, spętana siecią własnego umysłu. Nietrudno
jednak było ujrzeć ostrzegawczo nastroszoną sierść, podkulony ogon i
usłyszeć szybki świszczący oddech. Nie wiedziałam, czy moje żałosne
ciało drżało z powodu temperatury, którą powinno już dawno zaakceptować,
czy to resztki moich nerwów, nieprzyjemnie wibrowały.
—Powiedz mi,
kim jesteś — wygrzebałam resztkę odwagi ze swojego wnętrza,
przypominającego przygasający kominek, pokryty grubą warstwą sadzy,
odgradzającej go od spojrzeń dociekliwych.
—Dlaczego Ci tak na tym
zależy? Czy poznanie mojej tożsamości zagwarantuje ci bezpieczeństwo?
Pomoże rozwiązać aktualne problemy? W każdej chwili mogę poderżnąć twoje
gardło. Potwór i koszmar powinien zaspokoić twoją ciekawość, inaczej
zaprowadzi cię ona w miejsca, których nie chcesz ujrzeć — w odpowiedzi
na jego słowa instynktownie cofnęłam się, a moje serce nieprzyzwoicie
przyspieszyło — Nie bój się. Nic ci nie zrobię — głos, który jeszcze
przed momentem odgrodził nas niewidzialną ścianą, teraz wydawał się
lekiem na zmęczone ciągłym stresem ciało. Taki spokojny i kojący, przy
którym można by było utonąć w objęciach Morfeusza.
— Czego ode mnie
chcesz? — warknęłam, czując się bezradna w obliczu obecnej sytuacji.
Stek bezsensownych pytań i bezsensownych odpowiedzi coraz bardziej mnie
męczył.
— A czy to gra w pytania? Przecież dobrze słyszałaś, co mówiłem Ci ostatnio.
— Sądziłam,
że to sen i że gdy się obudzę, wszystko będzie w porządku. A ty wciąż
tu jesteś, a Kara nadal nie... Ona nie istnieje. Dlaczego dalej mnie
zadręczasz? Dlaczego akurat ja? Nie ma więcej... dobrze zapowiadających
się wilków? — chaotyczna wypowiedź wylewająca się z mojego pyska, znów
trąciła moje sumienie. Kara. Nie. Żyje. Zniknęła na zawsze, zatopiła się
w nicości, do której żywi nie posiedli klucza.
— Bo jesteś dobrą partią — mruknął wyraźnie rozbawiony
— Co?
— Jesteś dobrą partią — powtórzył bez cienia zawahania
— Masz ostre pazury, zęby i mrok w sercu — położył łapę na moim
grzbiecie. Wyjątkowo dotkliwie dotarło do mnie wtedy, jaka jestem
malutka. Jak owad, którego można znieść.
Westchnęłam głęboko, próbując zebrać się w sobie.
— Kiedy
decydujesz się mordować, musisz być nieco silniejsza. Wiesz, co
sprawia, że czuję się silny? — cicho zapytał, przecinając swoim głosem
gęstniejącą atmosferę, niczym ostrzem.
—Nie chcę mordować. To był przypadek — ledwo wypowiedziałam te słowa, walcząc, aby choć trochę skryć moje skłębione uczucia.
— Natura. Natura ma tak wiele darów dla ciebie — zignorował moje słowa i zamyśleniu wpatrywał się we mnie.
— Natura? — mruknęłam niechętnie.
— Chociaż,
tak patrząc.... jesteś sama sobie chaosem, nie trzeba go dokładać
twojemu umysłowi. Może trzeba cię po prostu rozluźnić — po jego słowach,
instynktownie się cofnęłam i zadrżałam — Nie, nie o tym mówiłem, lecz
oczywiście, jeśli chcesz, możesz zapłacić mi w naturze — w odpowiedzi
prychnęłam z oburzeniem — Ej. No, żartowałem, nie obrażaj się.
— Czy
jest ktoś, kogo znam ja i znasz ty? — zapytałam, próbując podejść go od
innej strony i wstrzymać się na temat komentarza dotyczącego jego
dziwnych wypowiedzi i nieśmiesznych żartów.
— Nie odpuścisz, prawda? —
zaśmiał się, co w ogóle nie pasowało do jego poważnego wyrazu pyska,
gdyż niegdyś miałam wrażenie, że tacy, jak on nie śmieją się, dopóki nie
stoją nad zwłokami swoich wrogów — Tak, był ktoś taki. Ten ktoś
niefortunnie dobierał towarzyszy, ale mimo to nie stracił siebie.
— Kolejna zagadka — jęknęłam — Dlaczego świat musi być aż tak skomplikowany?
— Im
więcej odpowiedzi, tym więcej pytań. A im mniej wiesz, tym lepiej śnisz
— złotooki wyrwał mnie z przemyśleń, dając mi poczucie, jak gdyby moje
serce zatrzymało się na moment.
— Powiedziałam to na głos?
— Powiedziałem to na głos? — zawtórował — Cóż, chyba wystarczy Ci na dzisiaj.
— Stój! — rzuciłam się w jego kierunku w trochę naiwnym
impulsie, próbując stanąć mu na drodze. Wiedziałam, że nie odzyskam
spokoju, póki nie dowiem się wszystkiego.
— Dobrych snów, Mitriall
— bez wysiłku odepchnął mnie na bok i szybkim krokiem poszedł w swoją
stronę. Chciałam za nim pobiec, lecz moje kończyny pozazdrościły
korzeniom drzew, mocno trzymając mnie w miejscu. Odwróciłam zesztywniałą
szyję i szorstkim językiem przejechałam po aksamitnej sierści
pokrywającej część miejsca, w którym basior niezbyt delikatnie dotknął
po raz ostatni. Spłynęłam na zmrożoną ziemię włosami, których się
nałykałam. Wdech. Wydech.
Nigdy nic nie będę znaczyć — myśl przechodząca
przez moją głowę, wydająca się przyjść bez powodu. Tak bardzo dotknęła
mojego przewrażliwionego serca.
꧁↝↝꧂
Szkło. Miałam wrażenie, że każdy
oddech, jaki ostatnio brał, robił pod wodą. Tak ciężko było mu wstawać,
stawiać kolejne kroki jakby nic się nie stało, mijać wilki, którym
jeszcze prawdopodobnie niedawno ufał. Gdy ujrzał moje oblicze, posłał mi
zmęczony uśmiech i odchrząknął.
—Mitiall?
Mogę Cię na chwilę na bok? — mówił spokojnym tonem, ale mimo tego
wzdrygnęłam się nieznacznie. Czy podejrzewa mnie o zabójstwo Kary? A
może chce mi powiedzieć coś, czego wolałabym nie słyszeć na temat wojny?
A może... może... znów pozwoli mi się odprowadzić do domu?
—Oczywiście
— starałam się wyglądać na równie opanowaną co on, niestety moje
wysiłki chyba nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, w czym utwierdziło
mnie kolejne pytanie basiora.
—Wszystko w porządku?
— Tak... po prostu... martwi mnie... to, co dzieje się w watasze... — wymamrotałam, czując, jak moje oczy robią się mokre.
—Mitriall
— wyszeptał — Nie jesteś w tym sama. Damy radę. Wygramy z
tymi...tymi...niegodnymi stąpania po naszej ziemi towarzyszami, a
odpowiedzialni za zabójstwa skończą trzy metry pod ziemią.
Trzy. Metry. Pod ziemią. Mój Boże, w którego nie wierzę.
— Co chciałeś? — zapytałam chłodno. Jestem winowajcą. Powinnam umrzeć.
— To
teraz nie jest ważne. To znaczy... istotnie jest bardzo ważne, ale nie
powinnaś nad tym myśleć w takim stanie. Prześpij się i porozmawiamy.
— Nie,
Szkło. Wątpię, że sen w czymkolwiek pomoże. W sytuacji, jaką obecnie
mamy trzeba działać szybko i nikt nie będzie się nade mną litował, kiedy
obudzę się, podczas gdy to mi będą chcieli poderżnąć gardło —
zdziwiłam się swoim stanowczym tonem — I... nie wiem, czy mogłabym
zasnąć z myślą, że coś niepokoi mojego najdroższego kolegę śledczego —
czar opanowanej wilczycy prysł, pozostawiając za sobą niesmak. Widząc
zmieszanie na pysku Szkła, byłam pewna, że lepiej byłoby, gdybym ugryzła
się w język.
꧁↝↝꧂
— Jak tam, Vitale? — zapytał Rubid, patrząc oceniająco na psychologa.
— Dalej tragicznie. Unika mnie już na każdym kroku.
— Ty miałeś jej pomóc, a nie robić za potwora. Ja jestem już wystarczająco brzydki, żeby miała przed kim uciekać.
<Szkiełko?>
czwartek, 2 grudnia 2021
czwartek, 25 listopada 2021
Od Apollo Anubisa Aina "Rewia Dusz" cz.17
Siebie.
Z niedowierzaniem zamknął oczy.
Jego niewyraźne odbicie,
Zmarnowany pysk i te nieme…
Burza. To stanowczo był zły znak. Dlaczego spytacie? A otóż to nie było takie o sobie zwykłe wyładowanie, nie tuż po Czerwonej Pełni. Anubis westchnął czując jak przez jego kości przebiega siła grzmotu, który uporczywie roznosił się wibracjami w powietrzu. To niemiłosiernie go niepokoiło i nawet nieco drażniło. Starał się jednak zachować spokój. Jednak ptactwo milczało, a deszcz zamazywał coraz więcej zapachów, na które nigdzie nie pojawiały się nowe. Jakby wszystko zapadało się pod ziemię. Zwierzęta czuły, że coś jest nie tak. I czuł to też i młody medium. Z zamkniętymi oczyma, brodząc w tej zwyczajowej ciemności starał się dotrzeć do jaskini. Jak nie cierpiał zamkniętych w skałach przestrzeni pełnych echa i chłodu tak dzisiaj postanowił zażyć sobie drzemki we właśnie takiej szczelince. Doskonale się też składało, że niedaleko deszcz rozchodził się w ciche szumienie miedzy skałami, zanikając, cichnąc. Nie trudno się było wiec domyślić, ze Anubis bez zawahania wskoczył w swoją tymczasową jaskinię.
Dlaczego uciekasz?
Zawęszył czując zapach kilku wilków wokół siebie. Niektóre
już dawno wyblakły pozostawiając jedynie mroczne wspomnienie przeszłości, a
inne unosiły się nad zimnym kamieniem, jakby wczorajsze, ale już nadużyte przez
wiatr. Dlatego z niesmakiem ułożył się na jakiejś półce skalnej. Trzymać się
przy ziemi, kiedy duchy szalały całą swoją potęgą nie było dobry pomysłem. I z
chęcią przekazałby to każdemu, jednak kto słuchałby jakiegoś wariata, odludka,
ślepca bez konkretnego celu w życiu.
Jednak jego spokój nie trwał długo, chociaż bądźmy szczerzy. O spokoju mówić tu
nie możemy gdyż rwące wibracje grzmotów zagłuszały nawet bicie serca basiora.
Wydawało mu się także, że każda błyskawica przedziera się przez jego ślepotę
docierając do umysłu rażącym blaskiem. Wracając. Do jaskini powolnym krokiem
wstąpiła wadera. Jej zapach był nieco mętny, ale może to wina deszczu. Jednak
Anubis wyczuł, że zaiste znajdowała się wcześniej w tych ścianach woń podobna
do niej. Skryty w cieniu chwilę się wahał, zanim do ukrycia wpadł kolejny gość.
Jego aromat róż połączony był z dozą przestrachu i odrobiny krwi.
—Oh. Mitriall. —mruknął, ewidentnie basior —Dasz mi się schować? Nie mam pojęcia
co dzieje się dzisiaj z tą pogodą.
—Dam Romeo. Dam. Tylko leżysz tam. — odpowiedziała domniemana Mitriall. Apollo
skupił się na chwilę gdyż oba imiona wyraźnie obijały mu się w głowie. Mitriall. Mitriall. Kim była ta wadera. Wszyscy
pomocnicy medyka to samce. Strażniczka jest jedna z tego co pamiętał, droga
przeniosła się do śpiewu. Mocno kojarzyła mu się z Agrestem i… właśnie. Szkło.
Śledczy. No tak. Pamięć może nie najlepsza, ale z pewnością doprowadziła go do
celu. Natomiast Romeo. Nie znał i chyba nie miał ochoty. Oba wilki ułożyły się
w sowich kątach.
—Nie powinniście leżeć tak nisko— powiedział jakby rzucając to w powietrze. Nie
rozpoznał żadnego dźwięku jaki wydobył się z ich pysków gdyż kolejny grzmot
rozerwał powietrze. — Duchy bardzo lubią łatwo dostępne mięso. — mięso? Mięso?
Dlaczego mięso możecie spytać. A otóż, Czerwona Pełnie nie byłaby niebezpieczna
bez powodu prawda. Bo czymże jest odrobina pecha dla takiego śmiertelnika. Nic
innego jak kolejny dzień życia. Jednak, w dzień po pełni duchy z łatwością
ingerują w ludzki świat. Stąd burza. Spadające na zwierzęta, domy i wilki
drzewa. Zapewne kiedy budzą się rano
śledczy będą musieli znaleźć przyczynę śmierci przynajmniej 3 osób,
jeśli dopisze im szczęście. Najczęściej z ręki ducha można zginąć poprzez
zostanie zwyczajnie zgniecionym. Potem dusza bardzo niekulturalnie zajada się
wspomnieniami martwego i odchodzi szczęśliwie szukając następnej ofiary. Jednak
zdarza się czasem, że dusze te stojące wyżej na piedestale w hierarchii potrafią
się urzeczywistnić i rozszarpanie przez takie stworzenie nie należy do
najprzyjemniejszych gdyż nie masz żadnej linii obrony. Małe to
prawdopodobieństwo, ale jednak jest. A kto staje się ofiara? Mięso leżące
blisko ziemi!
—Jeśli nie chcecie mieć szansy stracenia życia ułóżcie swoje tyłki wyżej. — szepnął
jeszcze zanim znowu wbił wzrok w wejście do jaskini. Z boku w świetle błyskawic
musiał wyglądać komicznie, jednak nie przejmował się. Czekał aż nadejdzie noc i
będzie mógł wypatrywać zagrożenia bardziej swobodnie.
Miałeś umrzeć dzisiaj
w nocy.
Jednak czasem wymykasz się nam z łap.
Ale któż to leży pod
tobą?
Czy to jakiś znak?
<Mitriall?>
wtorek, 2 listopada 2021
Od Espoir - "Wizja idealnego świata" (Opowiadanie konkursowe) (16+)
(UWAGA: To opowiadanie zawiera cytaty, spoilery i bezpośrednie
nawiązania do serii opowiadań takich jak "Liga Beżowej Ziemi",
"Szkarłatny Tulipan" oraz "Wyblakłe Słońce". Nie jest jednak wierne
wydarzeniom, które zostały w nich opisane i nie należy go traktować jako
przewodnik. Odsyłam do każdej z nich :))
piątek, 15 października 2021
Od Espoir - 7 trening zwinności i siły
Od Espoir - 6 trening zwinności i siły
Nogi: Jezu, już się zmęczyłyśmy przychodzeniem na ten trening. Gdzie my właściwie jesteśmy?
Serce: W jaskini medycznej.
Nogi: Po co?
Serce: Mam zawał...
Mostek: Po prostu cały czas bijesz! Twoje miejsce jest w więzieniu, a nie w psychiatryku
Mózg: Co wy wyrabiacie?
Łapy: Ciasto... Prawie skończyłyśmy. Po treningu trzeba będzie uzupełnić cukier.
Mózg: Mój Boże...
Nogi: A to czasem nie ty jesteś Bogiem?
Mózg: Zapomnij
Serce: Mamy zapomnieć o Twojej boskości... cóż będzie ciężko, jeśli dalej będziesz tak wspaniały
Mózg:
Zarumieniłbym się, gdyby to była prawda, ale wszystko wskazuje na to,
że jednak już zapomnieliście. Czy tak ciężko usiedzieć na dupie i nic
nie robić?
Nogi: A kto normalny śpi do 12?
Mózg: Czytelnicy. Po co zaczynać wcześniej?
Dupa: Znowu wszyscy zgniatają mnie
Łapy: O, mówiący placek! Mamy go dodać do ciasta?
Mózg: Pierdolę, znajdźcie sobie lepszego Boga
Serce: A kogo?
Mózg: Nie wiem... może spaghetti?
Serce: Pytam, kogo pierdolisz
Mózg: Co? Y... A czy to ważne?
Spaghetti:
W takim razie ja dziś poprowadzę trening. Witam was wszystkich. No,
czemu się jeszcze nie ruszacie? Z racji, że umiem jedynie owijać się
wokół widelca... na wasze to będzie... taniec na rurze?
Oczy: A jak Mitriall ma zatańczyć na rurze?
Spaghetti: A nie może po prostu zatańczyć?
Oczy: I w jaki sposób zwiększy to jej siłę?
Spaghetti: Może tańczyć z kłodą na plecach
Plecy: *odgłosy stękania*
poniedziałek, 11 października 2021
Od Espoir - 5 trening siły i zwinności
Jelito cienkie
Dzień dobry, jak często rozmawiacie ze swoimi
jelitami... ? Bo... właściwie odkąd oczy mnie oszpeciły, jestem bardzo
samotny. Teraz pływam w czymś żołądku, będąc zamienionym we flaki.
Bardzo tu gorąco, ciemno i ciasno. Chyba nie przewidzieli przestrzeni
dla dotkniętych klaustrofobią
Żołądek
Czy to źle, że jestem tak gorący i chudziutki?
Jelito cienkie
Wiesz, możesz przypalić patelnię, zanim ktokolwiek położy ją na ogniu...
Żołądek
Sugerujesz, że jestem smacznym kąskiem i serce będzie chciało mnie schrupać?
Jelito cienkie
Sugeruję,
że jesteś idiotą...Ale przynajmniej nasi czytelnicy nie są, ponieważ
dbają o swoje zdrowie, prawda gołąbeczki? Uważam, że zasługujecie na coś
więcej...
Żołądek
Żartujesz sobie?
Jelito cienkie
Jestem śmiertelnie poważny
Żołądek
Wiesz co, jelito... cienki jesteś, odpuść.
Moi
drodzy, chcielibyśmy Wam zaprezentować rewolucyjny program szkoleniowy,
który właśnie testuje Mitriall. Przebiegnięcie całego lasu przy
jednoczesnym skakaniu przez pniaki i przeskakiwaniu dziur. To dopiero
rozgrzewka, a Mitriall ma już za sobą... kilka metrów
Serce
Obawiam się, że zejdę na zawał.
Nogi
Proponuję schodzić z tych wszystkich drzew, a nie na zawał, pff... wygodnicki się znalazł...
[Espoir pada na ziemię]
Jelito grube
No to będzie grubo...
niedziela, 10 października 2021
Od Espoir - 4 trening zwinności i siły
Z racji, że gadanie oczu nie należy do łatwych... zamierzam przejąć dzisiejszą część
Oczy
Najważniejsze, że ty jesteś łatwy...
Mózg
Pieprzcie się, psujecie mi karierę
Oczy
Jesteś pewien, że potrzebujesz jeszcze trzeciego oka?
Mózg
Czy
wy musicie być takimi kretami? Najpierw na mnie kablujecie, a potem
jeszcze swoimi żenującymi wypowiedziami kopiecie mi dół, abym sam się w
niego rzucił.
Kret
Ale ja nie mam nic wspólnego z oczami... ani z widzeniem.
Oczy
Dobrze mówi. A w dodatku i tak każdy wie, że kręcisz z wątrobą.
Mózg
Kręci to mikrofalówka talerz!
Mikrofalówka
Chyba Cię pokręciło...
Psst... przybyłyśmy, aby przekazać Wam plan treningowy. Dzisiaj pora, aby utrzeć nosa temu drzewu, które niedawno się na Nas wydarło. Niestety, aby to zrobić, trzeba się najpierw do niego dostać... co oznacza, że musimy wdrapać się po pniu na prawie sam szczyt, a później nie złamać karku przy schodzeniu, bo ćwiczenie należy powtórzyć przynajmniej trzy razy, aby przyniosło korzyści.
Mózg
Mówiliście coś?
Odgłosy strzałów
(Są)
sobota, 9 października 2021
Od Espoir - 3 trening siły i zwinności
Oczy
Wydaje Nam się, że tęskniliście! Co powiecie na krótką sesję zwinnościową?
Jelito cienkie
W końcu się przydam i już tak łatwo mnie nie zbyjecie!
Oczy
To, że dusisz sam siebie to jeszcze nie znaczy, że jesteś zwinny!
Jelito grube
Ale mojej sile i zwinności już nie zaprzeczycie?
Oczy
...
Jelito grube
Wiecie jak to jest codziennie...
Jelito cienkie
No
ja Ci współczuję, a zwłaszcza Twojemu kumplowi mieszkającemu u
Admirała, któremu ostatnio Delta dał zamiast kokainy... środki
przeczyszczające. Ten włochaty, brązowy debil nie zorientował się,
dopóki Sławek nie wyraził sprzeciwu!
------------
Oczy
Wracamy po przerwie technicznej. Potrzebowaliśmy skalpela, aby załagodzić sprawę. Przejdźmy do treningu.
Mózg
Zamknijcie oczy
Oczy
... Czy wspominałyśmy, że mózg to debil?
Mózg
Wyobraźcie
sobie, że jesteście w stanie przebiec slalom między drzewami. U Nas nie
obeszło się bez trupów w postaci biednej sosny, ale mam nadzieję, że
Wam się uda. Bo kiedy już widzicie swój sukces, wszystko wydaje się
łatwiejsze, prawda?
Od Espoir - 2 trening siły i zwinności
Tu jelito cienkie
Wiecie co to znaczy zwinność? Ja wiem, bo jestem zwinięty... jak wy będziecie... z bólu... po tym treningu... hehe
Oczy
Zakładając,
że nie jesteście koneserami śmieciowego humoru najlepszą moją decyzją
było zabranie tego dziwactwa od Was. Mamy nadzieję, że daleko nie
odleciało... chociaż jeśli jelita to drugi mózg to niezbyt się przyda.
Czemu? Cóż, jeśli każdy mózg prezentuje się tak jak ten Mitriall... My
hejterki? Przypominamy, że ostatnio wpadła w drzewo.
Mięśnie
Jesteśmy już gorętsze od czytelników, a to naprawdę gorące osoby. Co mamy robić?
Mózg
Mogłybyście zabrać to drzewo, bo już na widok jego kwaśnej miny robi mi się niedobrze
Żołądek
To kiedy zacząć...
Mózg
Wybacz
stary, ale i tak nie rzygałeś od dwóch lat i masz mało doświadczenia.
Nie zrobisz nic widowiskowego, daj mięśniom się wykazać
Mięśnie
Drzewo ma korzenie
Mózg
Czyli musimy zacząć od podstaw... Ehh... Może po prostu się rozciągnijcie
Mięśnie
Jak gumka od majtek?
Mózg
Cieszę się, że nie ma z Nami majtek...
Mięśnie
Co?
Mózg
Nic.
Po prostu poddajcie się Mitriall. Ona wie, co robi i jak powinno się
rozciągać. Myślę, że w ten sposób dojdzie do imponujących wyników,
jeżeli chodzi o siłę... a czytelnikom polecam to samo.
Od Espoir - 1 trening siły i zwinności
Dzień dobry! Bo wypada się przecież przywitać, prawda? Dziś porozmawiamy sobie razem, moi drodzy. Widzicie jak pięknie wyginam kręgosłup? Dlaczego? Cóż, będziecie mieli trening wraz ze mną. Wstańcie z tych krzeseł. No dalej, ruszcie się!
Tu wygięty kręgosłup
Czy widzicie jak ona mnie męczy? Taka z niej sadystka! Czy wasze kręgi też zdają się rozpadać tak jak moje? Nie? Ależ dziwne! A, dopiero zaczęliście?
Tu Espoir
Tu biedne, udręczone nóżki
Ileż mamy jeszcze trzymać tę kluchę? O, wy też biedne musicie dźwigać na sobie te leniwe dupy
czytelników? O kurczę, chyba Mitriall uciekła do lasu.
Tu biedne, naruszone drzewo
Mój Boże... mój... Oczy, czy wy nie myślicie? Rzucacie we mnie tym kłakiem, mimo że powinnyście żyć z resztą ciała w zgodzie! Jak z Was takie sieroty to nie dziwię, że zadrapane ze wszystkich stron świata!
Oczy
Ale wróćmy do czytelników. Wiecie co? Znamy Wasze oczy. Mamy świadomość, że się zmęczyły. To dobrze, ponieważ to idealny pretekst, aby ruszyć się, zaparzyć sobie meliski i przygotować się na kolejne
części treningu. Połamania kości!
Kości
Co za chamstwo...
wtorek, 31 sierpnia 2021
Od Espoir CD Delty - "Wyblakłe Słońce" cz.2.7
Emocje
wyrywały się z mojej piersi i wystarczyła chwila, abym stała się ich
bezbronną kukiełką. Pognałam za Deltą, będąc pewna, iż to siła wyższa z
nieskrywaną satysfakcją zabawia moim losem oraz kruchymi kończynami.
Basior zatrzymał się pod ścianą, a gdy zauważył, iż w tym pomieszczeniu
jesteśmy sami, skurczył się w małą kulkę drżącej sierści. Widząc jego
przerażenie, poczułam, iż odzyskuję utraconą już tak dawno odwagę. Tak
jakbym niczym potwór wysysała całą jego witalność, pozostawiając tylko
bezradną kupkę kości. Przybliżyłam się kawałeczek... i jeszcze jeden
kawalątek, wiedziona tym niezwykłym stanem. Zachłysnęłam się pewnością
siebie i przez chwilę mogłam poczuć, iż mogę wszystko. Dopadła mnie
niebywała żądza, która zbliżyła nasze ciała. Tak nieokiełzana i nieznana
mi jeszcze siła, sprawiła, że wtuliłam głowę w jego jeszcze przed
momentem skrywaną klatkę piersiową.
— C-co
ty robisz? — zapytał zszokowany, zamierając w bezruchu. Czułam jego
spięte mięśnie, które sprawiały, iż wyglądał nieco dumniej niż jeszcze
przed paroma chwilami.
— Rozluźnij się — wyszeptałam, przesuwając pysk w kierunku jego uszu, a na końcu delikatnie chwytając jedno z nich w zęby.
— Przecież... nic... nie wiem — pisnął, próbując zebrać resztki swojej odwagi, które w odpowiedzi zakopałam pod ziemię, zaczynając ocierać się o jego ciało.
— Ale... wiesz o gęsiach... jaką mam pewność, iż nic więcej? — mruknęłam cicho — Z pewnością wiesz, jak sprawić przyjemność damie, a tylko na tym mi zależy.
— Potrzebuję
medyka!!! — wysoki głosik którejś z pacjentek wyrwał mnie z transu.
Poczułam zalewającą mnie falę obrzydzenia zmieszanego ze wstydem. Jesteś
dręczycielką. Dziwką. Natychmiastowo odskoczyłam od Delty i byłam w stanie wykrztusić jedynie kilka żałosnych słów.
— Idź...
bardzo przepraszam... ja nie wiem... porozmawiamy później... nie mów — wyjąkałam, usuwając się z jaskini medycznej. Cała drżałam, wciąż nie
odzyskawszy do końca kontroli nad swoim ciałem. Nie byłam gotowa nawet
na przeprosiny i wyjaśnienia, choć doskonale wiedziałam, że ciężar nie
został ze mnie ściągnięty. Teraz stałam w kryzysie tożsamości i
obezwładniającym strachu, że dowie się ktoś z WSC albo z WSJ.
Jako dziecko bardzo chciałam kiedyś zawalczyć z potworami, o których
słyszałam w legendach opowiadanych przez moją rodzicielkę. Nie zdając
sobie sprawy... że nie pokonam nawet jedynego, z jakim przyjdzie mi
walczyć. Nie dam sobie rady z samą sobą. Nigdy nie byłam lepsza od Verduma. Nie miałam jednak zbyt wiele czasu na przemyślenia.
Wciąż z tyłu głowy kotłowały mi się słowa Vitale.
Bałam się odpowiedzialności, zimnego pyska Szkła i gorzkich słów. Kary
wymierzonej za to, czego się nie dopuściłam. Nie wiedziałam jednak, że
podejrzenie, iż maczałam łapy w podejrzanym zniknięciu Ry'a
bardzo szybko obróciłoby się przeciwko wilkom z jaskini medycznej.
Strach przed podjęciem śledztwa przez inne wilki, skutecznie zostawił
mnie w tej sytuacji samą jak palec. Czułam, że nie mogę już nikomu ufać.
Miłym uśmiechom, pięknym oczom i cicho wypowiadanym obietnicom oraz
groźbom. Nie targnęłam się jednak na swoją psychikę, brnąc w to dalej
dla jakiegoś górnolotnego celu - pragnęłam
po prostu oczyścić się ze wszystkich zarzutów. Żałuję jednak, jakie wrażenie zrobiłam na Delcie, ponieważ gdybym zachowała wobec niego choć
trochę taktu - być może przyszłe wydarzenia potoczyłyby się nieco inaczej.
Flora okazała się nie być daleko. Znalazła się niedługo po...
zdarzeniu w jaskini medycznej. Jąkając się, stwierdziła, iż tak naprawdę
zawsze marzyła o chwili wolnego i po prostu musiała opuścić jaskinię.
Czasem jednak trzeba umieć słuchać się w szept, zagłuszany przez krzyk.
Ujrzeć drobne rany na jej ciele. Puste spojrzenie. W pewien sposób czułam się lepiej, patrząc na jej nędzną sylwetkę i zwieszone spojrzenie. Bo przecież każdy popełnia błędy,
prawda? Być może dała się wciągnąć w jakiś nieczysty układ? A może błędem jest nawet moja ocena sytuacji? Może wydaje mi
się, że wiem tak wiele, tak naprawdę nie wiedząc nic. Flora przecież
miała mnóstwo pracy i nie dało się całkiem odrzucić jej wersji wydarzeń.
Jaki ze mnie śledczy, jeżeli zaprzeczam jedynym poszlakom, jakie mam,
aby móc zamknąć całą sprawę w takiej wersji, w jakiej ją sobie od
początku wyobrażałam?
— Floro... Opisz mi, proszę, jak teraz wyglądam.
Co jest do poprawy? — zapytała następnego wieczoru Kali. Czułam do niej
sympatię, którą odruchowo przejawiałam przez serię wyuczonych uśmiechów,
zapominając, iż nie może ujrzeć nawet tak żałosnego gestu z mojej
strony. Wyszła tutaj moja nieudolność w relacjach, gdzie trzeba wykazać
się czymś więcej niż „poważny wygląd”, czy nerwowe kiwanie głową, kiedy
nie jestem w stanie otworzyć pyska bez ukazania prawdy. Miałam w swoim
życiu kilka treningów naturalności jako szpieg... nie mam pojęcia, jakim
cymbałem trzeba być, aby przepuścić taką wilczycę jak ja. Sylwetka
idealnej obywatelki chociaż
niego zalatuje sztucznością, ma niezwykle, iż bardziej budowana jest na
kłamstwach, tym łatwiej będzie przygarnąć nieco wpływów. Bo
społeczeństwo w większości przypadków wybierze tę „najbardziej
opłacalną, idealną opcję”, by nakarmić się korzyściami przy zerowym
koszcie. Może to właśnie ono zmusza polityków do tych
charakterystycznych już kłamstw i kłamstewek. A może to właśnie te
wpływowe wilki są winne, przedstawiając nieistniejące ideały, blednące w
obliczu poczciwej konkurencji, po to, aby to w ich łapach znalazło się
najwięcej władzy. Jak pogodzić te dwa sprzeczne interesy szukające
dobra? Któreś zawsze musi stracić... w tym wypadku są to nieświadome
wilki wykrzykujące imiona swoich idoli tak, jakby były świętymi słowami
przynoszącymi ratunek. Żyjące w niewiedzy, że miłość polityka kończy się
tam, gdzie zysk.
Zdążyliście zapomnieć, o co pytała Kali?
Ja też. Flora długo milczała, zanim udało jej się coś z siebie wykrztusić.
-Jesteś...
piękna, Kali...przecież o tym wiesz...utrata wzroku tego nie
zmieniła...- wyszeptała, a jej oczy zrobiły się szkliste- Dziękuję, że
jesteś moją przyjaciółką.
A co było u Ry'a, zapytacie? Odkąd otrzymałam informację, że jest pod opieką psychologa, nie udało mi się go więcej ujrzeć.
<Ry? Wybacz, że taki gniot ;-;>