Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Apollo Anubis Ain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Apollo Anubis Ain. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2024

Od Apollo Anubisa Ain'a - "O zachodzie słońca, ja siedzę i płaczę" cz.2

Sen jest rzeczą słodką. Słodsze od snu tylko te noce czuwane przy akompaniamencie słodkiego śpiewania świerszczy i sowy. Sercem Anubis jest w tych nocach letnich, kiedy śpi. Szum wiatru wokół, za jego plecami pchał śnieg w kolumny zamieci. Już nie bawił się gwiazdeczką drobnego lodu, już nie tańczył walców lecz rzucał nimi jak jesienny deszcz zrzucał kasztany i liście z drzew kiedy nadchodził na mnie czas. Jak bogowie rzucali gwiazdami, tak zima szarpała śniegiem jak swoją zabawką śmiertelną. I wył. Wył melodię, jak to zima lubi, sobaczą. Wył. Wył historię  tych, których wędrownicze dusze zabrał ze sobą, których pieśni życia zagłuszył swoim własnym głosem. Wył jakby jego własne wycie miało pochłonąć każdy oddech sprzeciwu. Apollo leżał niewzruszony pod swoim kamieniem. Jego serce spokojne, oczy jeszcze śpiące. I zima wokoło. A śnieg co raz darł w jego plecy osaczając go tam pod tym kamieniem, jakby chciało go w ten sen na wieki zamknąć. I w zaprę go zamienił. A Anubis w niej spał i w niej wstał. A wiatr wył…
Noc i dzień, piękne koło, zmienne ale równe i podzielne.  Słońce i księżyc, tak się ze sobą w porach różnych zmieniają się ze sobą długością. I idą przez lato, słońcem długo przez zimę, księżycem świecąc po śniegach. A wiosną, kiedy słońce rozpuściło śnieg i akompaniament śpiew wita zielone trawy i kwiaty, polany zakwitły i kamienie porosły mchem. I tylko łoże z niezapominajek wdarło się w spokojne powitanie. Ciało Anubisa, po zimie już dawno rozłożone, jego resztki, jego kości, w oczodoły i miedzy żebra niezapominajki wbiły swoje korzenie, pokrywając go błękitem ,którego nigdy nie zaznał. I jakby ironią karmiona, rosły, niezapominajki. Na tym samotnym. Na tym zapomnianym.

Na tym, którego zabrała zima.

Zima.

Wyje.

A on.

Nie żyje.

<END>

Od Apollo Anubisa Ain'a - "O zachodzie słońca, ja siedzę i płaczę" cz.1

Chłodny wiatr z północy zawiał Anubisowi w nos. Jego płuca nabrały w siebie mroźne powietrze, marznąc od środka. Zima tańczyła śniegiem na jego futrze i w odbiciu jego ślepych oczu. Biały, świeży puch chrupał pod jego obmarzniętymi opuszkami zostając w futrze i zbijając się w zwarte kulki lodu. Anubis znał to uczucie. Jego paluszki co każdą zimę napotykały problem ograniczonego ruchu i nieprzyjemnego chłodu. A  jednak było to uczucie, którego nie oddałby za żadne skarby. Jego krok był wolny, wyjątkowo spokojny. Łapa jedna za drugą przesuwały się po ubitej ścieżce, tej samej która latem kwitła słodkimi zapachami kwiatów. Teraz tylko woń wilgoci i zimna unosiła się ku zeschłym koronom drzew. Ptaki, które wiosną rozbrzmiewają psalmem chwalebnym dla słońca, teraz milczały lub w krajach dalekich i cieplejszych spędzały swoje krótkie dni. Otulone nocą ostatki spały błogo, ich serca nie skalane lękiem przyniesionym ze śniegiem. Anubis nie lubił takich milczących nocy.  Przypominały mu jak bardzo samotny jest w tym wielkim świecie. I niech księżyc, jego towarzysz, mu za świadka poświadczy, że jego serce kocha, ale jego kochanie do nocy tylko, która gwiazdami dla widzących błyszczy, ale także głosem, pełną wigoru pieśnią żyje . Apollo odetchnął, jego stare kości zaskrzypiały pod ciężarem skoku nad kamieniem.
—Starzeję się. — zachrypiał, zimne powietrze wdzierając się w jego płuca, mrożąc je. Zakasłał cichutko, przymykając swoje ślepe oczy.  Jego zmysły i ciało prowadziły go na oślep, zgrabnie i zwinnie, aczkolwiek ospale, w miejsce, które znał. Jego ulubiona skrytka przed śniegiem. Kamień na małej polanie, wbity w ziemię, zupełnie niedaleko od linii lasu. Tam zmieścił się i Anubis, wygrzebując sobie miejsce w śniegu.

<CDN>

Odchodzą!

Apollo Anubis Ain - powód: śmierć

Kapral - powód: podróż na obczyznę

piątek, 14 lipca 2023

Od Apollo CD Oxide - "Ślepy traf"

Doprawdy zaskakujące są ścieżki tego świata i decyzje przez niego podejmowane. Anubis wiedział to jak nikt inny na tym świecie, ponieważ nigdy się ze światem nie spierał. W jego naturze leżało zgranie z przyrodą i jej rytmem. Wiosna jaka przyszła pełną parą doprawdy zachwycała swoim dźwiękiem. Ptaki powracały w całych chmarach. Klekotanie bocianów z oddala, tych powracających do swoich gniazd, rozpalał w sercu wilka radość. Ciche kwilenie jaskółek na skarpach skał, wróbli pośród poszycia lasu czy chociażby ten przesłodki pisk jastrzębia szybującego ponad chmurami. To była kwintesencja wiosny w jej czułości i miłości, którą otuliła i ślepego wędrowca. Jego noce bowiem zrobiły się cieplejsze i przyjemniejsze. Mógł popatrzeć na te wszystkie dusze, które po zimie zbiegały się ku ziemi, aby kontynuować swoją tułaczkę. Zwłaszcza tam gdzie jeszcze niedawno rozlała się krew niewyszkolonych wojsk w gniewnym starciu o fraszkę polityki.

Trawa połaskotała go po nosie kiedy leżał w porannej rosie, zaspany po nocy błogiego odpoczynku. Jego oczy nie potrzebowały się otwierać, skoro poranne słońce i tak nie docierało do jego świata. Zamiast tego słuchał, jak niedaleko niego świerszczyk skakał ze źdźbła na inne, cichutko szeleszcząc przy tym nóżkami. Doprawdy przyjemne to były dźwięki, przerwane przez tupot stóp. Anubis uniósł uszy wysoko pokazując światu bardzo jasno, że jego umysł nie chowa się za ścianą nocnej nieprzytomności.
—Hej. — ktoś zagadnął. Niebyt pewnie, niezbyt niepewnie. Jednak głos Anubisowi wydał się być znany. Uśmiechnął się szeroko. Drogi tej dwójki przecinały się często przez ostatnie tygodnie, jakby los spychał ich łapy ku sobie. A może Anubisowi jedynie się zdawało i to wadera pchała się ku niemu. Nie miał jednak na co narzekać. Lubił obecność wadery w swoim otoczeniu.
—Miło cię słyszeć Oxide. — basior podniósł się z trawy i otrzepał delikatnie. Jego kości zazgrzytały przy tym. Lata na karku powoli dawały się we znaki, jednak nie w nieprzyjemny sposób. W końcu kto chciałby wiecznie żyć młodo? Na pewno nie Anubis, którego natura pochłaniała i była jak matka. I jak postanowiła, tak go zestarzała. —Cóż cię do mnie sprowadza dzisiaj? —
—Nic… specjalnego. — odpowiedziała. Oboje powoli rozluźniali się w swoim otoczeniu, a ich rozmowy już nie eskalowały do filozoficznych wywodów co piąte słowo. Przynajmniej nie w przypadku wadery. — Poczułam twój zapach niedaleko i … pomyślałam że wpadnę. —
—Wpadniesz. Piękne stwierdzenie. — Anubis miał jednak swoje dni kiedy jego umysł sam postanawiał zbaczać na tory przemyśleń nad własnym bytem. — Hymm. Czy do mnie można tak właściwie wpaść? — zastanowił się na głos. Prawdą było, że wpadanie do kogoś było konceptem słownym społeczeństwa w jakim się żyło mu teraz dobrze. Na pustyni raczej na co dzień używało się słownictwa nieco innego, jednak tamte czasy były już tak dalekie że nie imały się jego duszy zbyt uważnie. Jednak koncept wpadnięcia do kogoś sugerowałby dom, a Anubis takowego nie posiadał. Jego ciało spało gdzie naszła go senność. Jego umysł odpoczywał tam gdzie stanęła łapa. Całe życie balansował pomiędzy kamieniem i ziemią, zawsze bez miejsca do którego mógłby wrócić. Bezdomnym by się nie nazwał, ponieważ pomimo braku stałego miejsca pobytu, natura stanowiła dla niego dom idealny. Jednak bez domu w sensie fizycznym był jak najbardziej.
—Myślę, że można przestać rozmyślać nad tym. Mam ochotę na spacer. — poinformowała go. Basior przytaknął jej.
—Spacer zaiste brzmi przyjemnie z samego rana. — jego łapy przesunęły po rześkiej trawie. Drobne kropelki rosy osiadły na jego poduszkach dodając mu uśmiechu na pysku.

Ramię w ramię przesuwali się w milczeniu po jakiejś ścieżce, na tyle szerokiej aby zmieścili się właśnie oboje. Milczenie pomiędzy nimi było błogie, prawie że ciche. Nie było jednak na co narzekać, gdyż ich spotkania miały właśnie taki charakter. Spacerowali, polowali, jedli i rozmawiali w milczeniu. Jakby ich dusze zgrały się ze sobą i nie potrzebowały słów do komunikacji. Anubisowi wystarczyło wsłuchać się w spokojny bieg serca samicy, aby być pewnym, że i jej nie przeszkadza tor na jaki wpadła ich relacja.  Może i była nieco nudna i monotonna, ale to właśnie powinno cenić się w życiu. Te chwile, które tak cicho przemijają w nieznane, zapomniane siedzą w tyle głowy kiedy myślisz o osobie, którą szczególnie sobie upodobałeś. Czy to syn, córka, żona, wróg czy przyjaciel. Wszyscy tak samo, cichutko budują sobie takimi momentami impresję, nie pierwsza i nie ostatnią.

Któregoś dnia spotkali się nocą. Anubis siedział na kamieniu i z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w plażę. Wieczorna, zimna bryza targała jego futro i drażniła ślepia, a jednak on nadal trzymał je otwarte. Oxide podeszła do niego, a po biciu serca, tak raptownie zmienionego na niesynchroniczne obijanie się o żebra, wyczytać mógł chwilę jej zaskoczenia. Jej oddech się urwał. Fakt, może nigdy nie widziała go kiedy zbliżała się pełnia. Wtedy wszystkie dusze tak pięknie mieniły się w świetle księżyca. Przynajmniej Anubis miał nadzieję, że to rzeczywiście księżyc. Jednak jego ślepe oczy, zazwyczaj szare i mętne, teraz błyszczały jakby przez całe życie widział świat jak inne wilki. A jednak nie.
—Cudowne. — rzekł cicho, jakby bojąc się spłoszyć sytuację przed sobą. Wadera przysiadła obok niego w milczeniu. — Znaleźli się po latach wędrówek. — dopowiedział. Przed nimi rozciągała się plaża i morze. Dwie dusze, nieco zamazane przez wiatr i spaczone przez wodne odbicie w ich bielawych ciałach nachylały się ku sobie, jakby z cichym strachem, pełnym nadziei, że to jednak On. Że to jednak Ona. I tak powoli zniknęły, w nicość. Zapomniane, aczkolwiek spokojne. I tylko bryza poniosła ich zapach szczęścia w kierunku dwóch wilków.
—Kto? —
—Dusze. — powiedział. Krótko. Bardzo krótko, ale dla niego wystarczająco. Oxide mruknęła coś w odpowiedzi. — Czasami przyglądam się ich podróżom po tym marnym świecie. Jak krążą bez ustanku, błądząc jak dzieci we mgle. Ślepe i obdarte z wszelkiej pamięci. I potem takie właśnie momenty zapadają najbardziej w pamięć. Że pośród tego padołu smutku nawet samotna dusza jest w stanie w końcu odnaleźć zagubione szczęście. — uśmiechnął się szeroko. — Ja swoje szczęście znalazłem. A ty Oxide? Znasz swoje szczeście?—

 

<Oxide?>

rychło w czas, czyż nie XD?

 

 

środa, 15 marca 2023

Od Oxide CD Apollo Anubisa Aina - "Ślepy Traf"

Odkąd pierwszy przebiśnieg wzniósł się ponad zimny i nieprzyjemny puch, każda następna godzina, każdy nowy dzień zbliżał Oxide do wyśnionej wiosny, do czasu, kiedy całkowicie mogła oddawać się swej naturze, a wokół było jakoś ciut weselej, choć sama do optymistów nie należała. Wreszcie nie trzeba będzie kryć się przed mrozem kąsającym w nos oraz wręcz tnącym niczym najostrzejszy sztylet poduszki łap. Powietrze zmieniło się diametralnie, czuć było w nim bowiem jak okolica budzi się do życia. Zapach rosy, trawy o poranku, charakterystyczny klimat unosił się wokół, budząc jednocześnie większą chęć do życia białej wadery. Chmury coraz rzadziej okrywały niebo, przegrywając walkę ze słońcem, które okrywało swoimi promieniami tereny watahy i zwalczało ledwo dyszący na gruncie śnieg, zieleń wyraźnie opanowała większość okolicy, pojawiło się więcej innych żyjątek wokół.
Ah.. I ten słowik.
Oxide momentami odnosiła wrażenie, iż ten chce jej przekazać jakieś wieści. Niestety nie mogła robić niczego więcej, niż słuchać jego niezrozumiałego dla niej śpiewu. 
Gdy promienie słońca leniwie wyjrzały zza małej chmurki, ta podniosła łeb spoglądając w kierunku błękitnego nieba i wzięła głęboki wdech, wypełniając swoje płuca chłodnym, jednak wciąż przyjemnym powietrzem.
Rozglądawszy się moment, postanowiła ruszyć w dalszą drogę. Czego szukała? W zasadzie… Sama nie była do końca przekonana. Głód odpuścił jej dziś dokuczanie, jakby los miał już dla niej zaplanowany ciąg wydarzeń na dziś, choć jej przeczucie było spokojne niczym woda w pogodny dzień. Wędrowała powoli, przemierzając teraz las. Było raczej cicho, jedyne dźwięki wytwarzała teraz natura, gdzie niegdzie można było usłyszeć nawet tuptanie małych kończyn, zapewne zajączków lub jelonków i saren… Ptaki radośnie zwiedzały korony drzew i gałęzie, nawet wiewiórka wspięła się do jednej z dziupli w większym pniu. Wspaniale było brać udział w tym przedstawieniu. Dzisiejsza pogoda była doprawdy wspaniała, Oxide w pewnym momencie uznała, że drzemka na rozgrzanym już zapewne piasku wśród dźwięków z oddalonej odrobinę polany byłaby idealną rutyną na najbliższe miesiące. Westchnęła cicho. Czyżby… Tęskniła za towarzystwem? Wokół roiło się od najróżniejszych stworzeń, więc co aktualnie zaprzątało jej głowę? 
Dawno nie widziała się z Anubisem. 
Potrząsnęła głową z cichym parsknięciem, nie pozwalając tej myśli przebić się głębiej w odmęty jej umysłu, te najbardziej podatne, najsłabsze. Było to bowiem doprawdy absurdalne dla niej zjawisko, uzależnić się od obecności duszy, której nawet… Pomimo kilku już spotkań dobrze nie znała, a jednak od wilka biła do tej pory nieznana jej energia, która namąciła w jej głowie, stała się zagadką. Nie znali się wcześniej, a Oxide mogła przysiąc, że czuła się z nim jakoby znali się od szczenięcia, albo i jeszcze dalej, może w jakimś poprzednim wcieleniu. 
Nie zauważywszy nawet zmiany terenu, wędrowała dalej, wpatrując się pod własne łapy by znów nie zrobić z siebie ofiary losu i nie potknąć się o nic. Jak na złość, z ziemi nagle wyrósł korzeń, który podciął jej tylną kończynę, sprawiając, że musiała asekurować się przednimi łapami ażeby nie zaliczyć kompromitującej gleby. Wyklinając pod nosem najróżniejsze przekleństwa, odwróciła się w kierunku oponenta, który jak się okazało był tam już wcześniej, a ona po prostu go nie zauważyła. Chociaż wokół nikogo nie było, zażenowała w tym momencie siebie samą. Czarne myśli przykryły jej własne niebo, być tak beznadziejnym jest aż niemożliwe. Raz jeszcze rozejrzała się wokół, w oddali słychać było spokojny szum morza, raz po raz nawet dało się usłyszeć skrzek mew przelatujących ponad plażą. Coś jednak wstrzymało waderę przed wychyleniem się i wejściem na nagrzany od słońca piasek. Zauważyła w oddali dwie wilcze postury, prawdopodobnie rozmawiające ze sobą na jakiś temat i nastawiwszy uszy przysiadła za drzewem. Już z daleka rozpoznała jednego z nich.
- Możesz wyjść. -  Usłyszawszy nagle, wzdrygnęła się. - Przede mną się nie schowasz.
- Oxide.
Wadera otrząsnęła się jakby z transu i trzepiąc łbem, wysunęła się zza drzewa, szurając pazurami jakby bez siły aby podnieść swoje łapy. Niewidzialne kamienne kule znów zostały przykute do jej kończyn, nadając jej doprawdy podły nastrój. A przecież to właśnie na to spotkanie tak podświadomie wyczekiwała.
- Miałam nadzieję, że zagłuszy mnie morze. – przyznała, gdy znalazła się bliżej. 
- Nie ukryjesz bicia serca. Nie przed moim uważnym uchem. – przyznał, siadając. 
Zmierzyła go wzrokiem, po czym pozwoliła sobie dosiąść się kawałek od niego. Zapadła cisza, jednak nie należała ona do tych niezręcznych. Słońce ogrzało jej całe ciało, rozluźniając do tej pory spięte mięśnie, było to niczym okrycie najcieplejszym kocykiem. Powietrze nie było jeszcze w stu procentach wiosenne, dało się wyczuć w nim pozostałości mrozu, jednak słońce wynagradzało to, radośnie świecąc nad głowami wszystkich stworzeń z okolicznych terenów.
- Jesteś dziś mało gadatliwa. – Usłyszała po dłuższej chwili.
Zastrzygła uchem, odwracając głowę w kierunku siedzącego obok basiora.
- Ty z kolei chyba aż za bardzo.
Wilk parsknął pod nosem na jej słowa.
- Po prostu żyję pełnią życia. Przebiśniegi tamtego wieczoru wypełniły mnie nadzieją na ciepłe dni, które jak widać zbliżają się więcej niż wielkimi krokami.
Lekki uśmiech pojawił się na pysku wadery, na samo wspomnienie zbliżającego się czasu.
- Słyszałem, że znów przegrałaś walkę z korzeniem.
I jak szybko się on pojawił, tak szybko zniknął. Zastąpiło go wówczas udawane i przerysowane oburzenie.
- Phi. Twoje uważne ucho musiało się zatem pomylić. – Odparła wreszcie, obierając dostojny ton głosu. – Patrzę już pod nogi.
Szum morza zachęcał do zanurzenia w nim swoich łap, nie sposób było mu odmówić. Ta sama myśl prawdopodobnie przebiegła właśnie przez głowę Anubisa, ponieważ ten za chwilę zdecydował się jednak podnieść z miejsca i zbliżyć się do wody, a gdy ta podmyła jego pazury, ruszył dalej, na tyle, ażeby woda pokryła jego prawie cały grzbiet. Oxide przechyliwszy na początku głowę poczęła jedynie obserwować i wybadać następne planu Apollo, jednak niewiele potem ruszyła za nim, już nieco radośniej, a ciężar z jej łap zniknął całkowicie. Nim zdążyła się obejrzeć, usłyszała głośny plusk i taflę wody rozpraszające się za moment w masę małych, mieniących się w słońcu kropli. Nie była fanką pchania się pełną parą do wody, jednak towarzysz nie pozostawił jej za wiele wyborów i sam postanowił przyzwyczaić jej ciało do chłodnej cieczy, która w kontakcie z jej futrem, a potem skórą, wycisnęła z niej przezabawny pisk, podobny do tego, który słyszała wcześniej, gdy Anubis otrzepał się w obecności innej niż ta jej. 
- Czym sobie na to zasłużyłam?! – Wykrzyknęła z cichym chichotem i z ogromną siłą wskoczyła po szyję do wody, w kierunku Anubisa, który nagle również głośno się zaśmiał i usiłował uciec w przeciwnym kierunku.
Oxide ruszyła za nim, płynąc w taki sposób ażeby rozchlapywać wodę na wszystkie strony. Z perspektywy osoby trzeciej zapewne ktoś pomyślałby, że ta zaczyna tonąć i rozpaczliwie potrzebuje pomocy, a to po prostu najsłodsza zemsta. Radosne śmiechy i odgłosy wodnej zabawy roznosiły się po plaży.
Szczenięca strona obudziła się w niej bardzo szybko, chyba dawno się tyle nie śmiała i nie czuła tej ciekawej nuty adrenaliny, bo ona też się pojawiła, zwłaszcza w momentach, kiedy Anubis odwracał się i postanawiał oddać wszystkie celne chlapnięcia z prawie podwójną mocą, jakby już kiedyś pluskał się tak za dzieciaka z jakimś ze swoich tamtejszych przyjaciół. Wadera pierwszy raz widziała go w tak dobrym humorze, widocznie wilk, z którym rozmawiał wcześniej bardzo poprawił mu dzień.
Ona również chciała poprawić mu dzień.
- Zabawa stop, zabawa stop! – Wykrzyknął nagle, co wyrwało ją z rozmyśleń, które po raz kolejny już tego dnia wymykały się spod kontroli, ściągając nad nią czarne chmury zbędnych i natrętnych myśli. 
Oxide uważnie zilustowała wzrokiem Anu, oboje znajdywali się teraz obok siebie, woda sięgała im może do połowy brzuchów, a z przemoczonych futer raz po raz jeszcze uciekały kropelki poprzedniej zabawy, podobnie jak po uszach, czy pysku. Basior kichnął nagle, a ona chcąc się odezwać i życzyć mu znanego wszystkim „na zdrowie”, nabrała powietrza w płuca i już miała się odezwać, gdy nagle jedna z większych fal zaatakowała ją z nienacka, ścinając praktycznie z nóg i zabierając pod wodę.
- Matko święta! – Usłyszała jeszcze zanim udało jej się wynurzyć z powrotem. – Nic ci się nie stało? Nie brzmiało to jak element zabawy.
Nabrawszy głębokiego oddechu, wykasłała resztkę wody ze swojego gardła i otrzepała łeb z kilku wodorostów. 
- Doprawdy? – Zerknęła na niego, z równie udawanym zirytowaniem, a z jej prawego rogu zwisała jeszcze jedna morska roślina.
Apollo zachichotał raz jeszcze, robiąc do tego zwycięską minę, po czym zarzucając ogonem musnął nim rogi Oxide. Niedługo po tym zbliżył się, łapiąc zębami za wodorost, którego ta nawet nie zauważyła i ściągnął go z niej, wrzucając z powrotem do wody.
Stali tak jeszcze chwilę, w ciszy, którą zagłuszały jedynie fale rozbijające się o klify w oddali, a słońce grzało ich plecy i głowy, które jako jedyne części ciała wystawały teraz znad wody. Wadera śledziła wzrokiem krople spływające ze skroni wilka, które mijały jego zamglone oczy. Woda raz po raz unosiła ponad dno ich ciała i opuszczała z powrotem. Nutka stanu nieważkości była doprawdy przyjemna. Nadmorska woń unosiła się wokół, nadając nawet mylne wrażenie środka gorącego lata. 
Wierzyła, 
a raczej chciała wierzyć, że znalazła swego rodzaju bratnią duszę.

<Anu?> NO JUŻ WSTAWILAM JUŻ MASZ CO ROBIC

sobota, 11 marca 2023

Od Apollo Anubisa Aina CD. Oxide– „Ślepy traf”

Anubis odetchnął ciężko. Jego oddech uciekł wraz z chłodem z płuc. Śnieg zachrupał pod jego łapami. Wysokie zaspy ocierały się o jego boki parząc go niczym wrzątek,  jakby słońce oddalonej pustyni przygrzewało jego kark. W rzeczywistości nawet najdrobniejszego światełka na tym świecie nie było. Młodziutki basior nie pierwszy raz spotkał się z pogodą tak parszywą, jednak nie był to też komfortowy przypadek. Im dalej szedł tym zimniej się robiło, do tego stopnia, że jego łapy odmarzały z każdym krokiem mocniej i mocnej. Zimno kłuło jego płuca, a ciało wyczekiwało nocy i chwili spokoju. Wędrowcza dusza w jego ciele ostatkiem zaparcia przedzierała się przez zimny puch ze zgubną świadomością, że przystanki mogą zakończyć się odpoczynkiem ponad wiecznym. A Anubisowi wystarczało, że nocami zaczynał widywać zjawy, które niczym płomyki tliły się na tle czerni odwiecznej ślepoty.

Zmęczony, obolały szedł trzy di bez ustanku. Ledwo powłóczył już łapkami, które niby młode, a jednak jeszcze średnio wyrobione w podróżach. Przywykłe do ciepłego piachu teraz zmagały się ze zmianami niegodnymi przetrwania bez większego oswojenia się z gruntem. A Anubis nie miał czasu na oswajanie się. Z nadzieją przysłuchiwał się naturze. Ta pogoda była doprawdy druzgocząca. Wszystko tak głucho milczało, a świat nie pachniał niczym oprócz dręczącej nos wilgocią. Od czasu do czasu odzywały się jakieś pojedyncze ptaki. Bez jedzenia, bez ciepła, bez domu. Został sobie taki mały, niepotrzebny nikomu. A po co szedł? A dokąd? Gdyby sam to wiedział, może by nie szedł. Ale przez to, że jego cel nieznany był nawet jego pustemu umysłowi, usilnie próbował jakiś odnaleźć. Jednak czas mijał, a kolejna noc zawiesiła się ponad światem. Cienie wyszły spomiędzy drzew aby bawić się na zboczach gór w chowanego z blaskiem księżyca. Anubis zamrugał dwa razy, potem kolejne dwa. Dawno nie otwierał oczy, gdyż chłód drażnił jego nieprzywykłe narządy. Jednak zaskoczony był możliwością widzenia, nie ważne jakim kosztem. Zakosztował odrobinę i można powiedzieć, że uzależnił się od obserwowania tych stworzeń, które tak jak on, bez celu przebywały świat.  Zapuszczał się czasem za nimi, jakby w nadziei że ich kroki prowadzą w miejsce lepsze, cieplejsze niż biały puch wokoło. Raz tylko nie pomylił się bardzo. Fascynujące to było zjawisko, z jakim nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Stwór podobny budową do wilka, tak przynajmniej się Apollo zdawało, prowadził go w kierunku szumu. A ten szum zdawał się być przytłaczający. Wiatr przedzierał się między drzewami, utrudniając oddychanie, gdyż chłód nie odpuszczał tego świata na krok. Gorszy niż pustynne noce. Jednak ciekawy basior nie odpuszczał. Brnął, przez łzy ledwo widząc daleką postać. I czuł jak przechodzi przez granicę drew, jego łapa zanurza się w teksturze tak znanej jego osobie, gdyż na niej wychował się i urodził, i po niej stąpał ostatnie tygodnie. Piasek delikatnie pomiział go po opuszkach. Wilk odetchnął. Powietrze nadal starało się wyżreć jego wnętrzności, jednak wiatr zdawał się być znacznie spokojniejszy. Wokół jednak panował huk, szum i ogólne dźwięki życia, jednak nieznośne do słuchania. Anubis z obawą zbliżył się i mało nie podskoczył kiedy nagle jego łapki zalała zimna woda. Chociaż czy była taka zimna jak mogło się zdawać? Krok. Krok. Krok za krokiem zbliżał się do nieznanego sobie świata. Woda była coraz wyżej i wyżej. Spotykał oazy. Spotykał jeziora. Spotykał rzeki. Jednak ten ruch wody był taki obcy. Taki dziwny. W przód i w tył. A woda jakby ciągnęła go do siebie, do głębi. Jednak jak głęboko było? Jak daleko?
—Chryste panie! Dzieciaku, wyłaź z tej wody! — od brzegu zaciągnęło obcym głosem. Anubis zaskoczony obrócił się w jego kierunku, aby odkryć ogień tlący się na tle czarnego nieba. Takich kolorów nigdy nie widział i nikt w sumie nie nauczył go odróżniać ich w widzący sposób. Ciężko więc było opisać je słowami. Przypominały mu jednak słodki, poranny śpiew słowika. Niczym struny targane delikatną dłonią, z najmilszą nutą spokoju. Powoli poruszały się w dwóch ogniwach mącąc i przeplatając niczym woda. — kompletnie cię już pogrzało? Wyłaź! — głos niby nie znosił sprzeciwu, jednak nie obrażał umysłu swoim tonem. Był bardziej paniczny niż wściekły. Może i Anubis nie wiedział dlaczego, ale szybko przyszło mu się przekonać. Woda nakryła jego kark i gdyby nie łapy wprawione w boju, przewaliła by go na bok, posyłając ciało do przodu. Ledwo ustał w miejscu, a więc zaraz po tym wyskoczył spomiędzy cieczy wypadając na ląd i otrzepując się. Woda była słona, co także go zaskoczyło.
—Młodziku. Czy ciebie do reszty pogrzało? — ktoś doskoczył do niego. Za blisko. Basior cofnął się o parę kroków, ponownie wbijając swoje zamglone ślepia w osobę przed sobą. — fala cię nakryła. Idiota. No idiota. Nie wiesz, że morze jest niebezpieczne? — pokręcił głową.
—Skąd pochodzę nie ma morza. Jest tylko piach i nieskończony upał. — odparł. Ich języki różniły się od siebie, jednak w miarę rozumieli woje słowa.
—Makio… Oh dobry Makio miej że litość nad tym dzieckiem. Chodź... Zagrzejesz się. Odpoczniesz.. —

Jakbyście spytali siebie. Dlaczego lubicie morze?

Bo możecie odpocząć?

Bo szumi tak przyjemnie?

Bo woda zawsze jest miło ochładzająca ciało?

Anubis pokochał morze, bo tam i tylko tam zawsze spotykał dusze warte poznania. Jedynie nad skrajem morza nikt nigdy nie przegonił jego osoby.

I może też dlatego, że odmęt ten traktował każdego po równi. Nie dbał o nic i o nikogo, brutalnie pogłębiając wszystkich pod swoimi masami. Pod falami chłodu, odbierając powietrze z płuc.

 

Anubis przeciągnął się. Jego oczy pozostały zamknięte jeszcze chwilę. Świadomość powracała do jego głowy, kiedy na jej czubek spadała kropelka po kropelce, spływając niżej na pysk aby potem wchłonąć się w ziemię. Nie był to deszcz. To śnieg topniał w najlepsze. Temperatury podniosły się pond mrozy. Nadal było chłodno, jednak wiatr już nie próbował wyżreć płuc od środka na każdym kroku. Anubisowi zdawało się też, że przybywało głosów w lesie. Budził się do świergotu ptaków, zapachu kwiatów i mokrej trawy. Nawet jeśli czasem jeszcze zdarzało się, że kałuże pokrywały się lodem, ten umierał tak szybko jak tylko o poranku słońce wznosiło się ponad leśne czuby. Wilk odetchnął i uśmiechnął się pod nosem. Tuż przy jego nozdrzu rano rozłożyła się stokrotka. Jedna z pierwszych, jednak jakiż dobry zwiastun wiosny, która tliła się już pełną piersią w świecie. Jej słodki, miodowy zapaszek został zaciągnięty w zaspane płuca. Apollo chwilę potem musiał się unieść i kichnąć.
—Zbliżają się noce bez snu, a w towarzystwie. — z radością mruknął do siebie. Miał tendencję do spania za dnia, kiedy tylko przychodziły ciepłe dni wiosenne. Tak aby zażyć odrobinę dnia i nocy, gdyż wszystko poszerzało teraz swoją ofertę miłego akompaniamentu.
—Już tak niedaleko. — szepnął czując pod łapą, że nastąpił na sasankę. Skąd wiedział, że sasankę? Cóż. Każdy kwiatek, nawet jeśli jeszcze w pełni nie rozkwitł, miał swój zapach. A kto mógł znać je lepiej, niż wilk całe życie węszący i słuchający aby móc się poruszać. — Zaraz zakwitną liście. Zaraz zakwitną kwiaty. Zaraz zakwitnę i ja. — zanucił cichutko. Tak, że huczący u chmur wiatr zagłuszył jego wywody. Mimo to, że było wietrznie, było przyjemnie. Powiewy nadchodziły bowiem znad morza, niosąc zwiastun pięknej pogody, gdyż burzą to nie pachniało. Wilk otrzepał się. Jego łapy przeskoczyły nad korzeniem, zahaczając tylko pazurkiem. Znał tą ścieżkę. Bywał w tej okolicy. Znał tą watahę. Bywał w niej często, co było nieco ironiczne. Przywiązał się, czy to może już starość? A może po prostu cieszył się że nikt jakoś nie zwraca uwagi na tego dziwaka z cienia, ale też nie przegania go w siną dal. W końcu i dla bezdomnego można znaleźć kawałek kamienia. Zwłaszcza, że ciepełko i słoneczno, nagrzewać będą je coraz mocniej. Aż Anubis zawahał się, czy aby na pewno żadnego gadziego genu nie miał. Skoro tak uwielbiał swoje słoneczne kąpiele. Zwłaszcza przy morzu.

Jago łapy zanurzyły się w wodzie. Ta omyła je spokojnie. Szumiała i wierciła dziurę w brzuchu swoim rykiem. Jej fale obijały się z impetem o oddalone klify, jednak czujne ucho słyszało nawet tu. Nieprzejęty pozwalał się moczyć. Przymknął oczy, podszedł bliżej. Od czasu do czasu większa fala zalewała jego czoło, zakrywając psyk i urywając na chwilę oddech. Jednak nie odsuwał się. Przywykł, a woda ustępowała po ułamkach sekundy. A kiedy poznał rytm, zatrzymywał powietrze dla siebie, rozkoszując się tą kąpielą. I nawet słyszał jak od lasu zbliża się wilk, a po kroku nawet nie zawahał się ocenić kto to. Powoli odwrócił się i uśmiechnął.
—Witaj Szklaneczko. — Jego ogon zmachał na boki. Miło było bowiem spotkać od czasu do czasu własnego wychowanka.
—Hej. O nie… Nie podchodź! Jesteś cały mokry! — wydarła się. Jednak nie uchroniło jej to za bardzo. Jego mokre ciało otrzepało się niedaleko niej wyrywając pisk z jej płuc. — Musiałeś? — parsknęła niby niezadowolona. Jednak Anubis w jej głosie czul nutę rozbawienia.
—Musiałem. — przyznał bez większego zawahania. Jego ucho zastrzygło. Z uwagę chwilę słuchało po czum powróciło do Szklaneczki.
—Spacer? — zagadnął.
—Znasz mnie doskonale. Spacer, nic innego. Praktykuję nasze stare nawyki i przyznaję, że może w końcu znajdę jakiś dom. —
—Nadal nic nie znalazłaś po tym jak ci jaskinię zawaliło? —
—Nie. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało. Nawet lubię spędzać zimy pod kamieniami. Przypomina mi to o dobrych starych czasach, kiedy futro w futro leżeliśmy w małych szparach, żeby nie zmarznąć. —
—Pamiętam też, jaka ruchliwa byłaś. I jak kopałaś przez sen… — zacmokał Anubis. Wadera westchnęła.
—W każdym razie… — zmieniła temat. — Mam nadzieję, że się nie przeziębisz. A teraz wybacz.. ale spacer spacerem. Mam też trochę pracy, niestety. Miło cie było zobaczyć. — mogło zdawać się, że ich spotkania były takie oschłe. A jednak samiczka przytuliła się do jego boku na odchodne, aby przytruchtać plażą w kierunku w którym podążała wcześniej. Rzadkość w ich życiu, a jednak jaka przyjemność. Taka, że oboje bali się od niej uzależnić.
—Możesz wyjść. Przede mną się nie schowasz. — Anubis chwilę zaglądał za Szklanką, a kiedy jej krok się urwał, gdyż morze go zagłuszyło, odwrócił się w stronę lasu. — Oxide.

Wadera wysunęła się niczym widmo, szurając pazurami między ziarenkami piasku.
—Miałam nadzieję, że zagłuszy mnie morze. — przyznała. Anubis uśmiechnął się. Zimą ich drogi spotkały się jeszcze dwa razy, a Apollo widywał jej duszę w dole góry dość często, kiedy przemierzał swoje ulubione ścieżki. Jednak nie zawsze podchodził. Czasem chciał być tylko sam. Sam ze sobą. Sam z myślami i tym jednym słowikiem, którego śpiew sobie zapamiętał zanim upłynęło lato.
—Nie ukryjesz bicia serca. Nie przed moim uważnym uchem. — przyznał siadając. Jego osoba poczekała, aż samica przysiadzie sobie obok. Oboje zamilkli na chwilę, wsłuchując się jedynie w szum morza.

Jakaż to była przyjemna wiosna.

<Oxide?>


sobota, 25 lutego 2023

Od Oxide CD Apollo Anubisa Aina – „Ślepy Traf”

Some day's end when I need a few friends

Now and again I could never hope to keep them

Thought to give friends what I thought that they wanted

Never had they needed a good friend as I've been

Upokorzenie powiązane ze wcześniejszą sytuacją wypełniało jej serce z każdym następnym krokiem. Choć Anubis nie był w stanie zobaczyć tej sceny, Oxide było podwójnie głupio. Choć nie był to pierwszy raz w przeciągu ostaniej doby, kiedy zrobiła z siebie pośmiewisko.
Gdy dotarli na plażę, wadera westchnęła głęboko. Kochała nadmorskie powietrze, które chociaż teraz gryzło się z nieprzyjemnym mrozem, wciąż było wspaniale orzeźwiające.
- Chętnie bym się z tobą zamieniła. – Wymruczała nagle, ruszając w kierunku spokojnej wody. 
Stanęła na mokrym piasku i nachyliwszy się nad jej taflą, spojrzała na swoje odbicie oświetlone przez blask księżyca, który był dzisiaj w idealnej pełni.
- Jestem przekonany, że tylko ci się tak wydaje. – Apollo dorównał jej kroku, jednak postanowił zrobić parę kroków w głąb lodowatej wody. 
Pokręciła głową, w dalszym ciągu wpatrując się w posturę wilka, który zbliżał się stopniowo do morza, zanurzając zaraz w nim swoje łapy. Nie wzdrygnąwszy się nawet, obejrzał się aby odnaleźć ją wzrokiem. 
Oxide nie czekając dłużej, ruszyła za nim. Chciała bardzo pokazać brak swojej słabości do zimna, dlatego też powtarzała ruchy basiora. 
- Oh, wcale nie jest tak źle. – Parsknęła nagle, zanużywszy swoje kończyny w wodzie. – Zdaje się nawet, że jest cieplejsza niż temperatura na zewnątrz. 
Anubis przytaknął jedynie na jej słowa i nim wadera zdążyła się obejrzeć – ten był już praktycznie po szyję w wodzie, krążąc w kółko jakby radośnie niczym szczeniaczek żyjący pełnią życia. 

Scratch, kick, let gravity win like

Fuck this, let gravity win like

You could leave it all behind

Z uśmiechem na pysku obserwowała go, chodząc powoli po brzegu. Zanurzyła się ledwie do kolan i to było jej zdaniem wystarczająco. 
- Nie dołączysz? – Usłyszała za chwilę, a pluskanie ustało na moment.
- Aż tak mnie nie pojebało. – Rzuciła z cichym chichotem. 
Anu podpłynął bliżej, krople wody spływały powoli z jego futra gdy ten wynurzył się, aby zaraz usiąść obok wędrującej samiczki. Delikatna bryza łaskotała ich nosy, dało się wyczuć leciutkie nutki wiosny.
- Nie umiem pływać. – Dodała nagle, spoglądając w jego kierunku i również usiadła w miejscu.
- Chętnie zostanę twoim nauczycielem.
Wadera pokręciła głową.
- Woda mnie przeraża, koniec końców. Szczególnie głęboka. Jest jak… Mój własny umysł, niby wiem czego mogę się spodziewać, jednak większość jest kompletnie niezbadana i nawet nie wiem, czy chciałabym kiedykolwiek wiedzieć co jest w jego odmętach.
Nabrawszy głęboki wdech, uniosła odrobinę głowę jakby wypowiedź ta była niezwykle męcząca i musiała się po niej ochłodzić, a przecież było już wystarczająco zimno… 

Even the Devil needs time alone sometimes

Ile dałaby za lato, albo chociażby ciepłą wiosnę. Zachciewa się wtedy żyć, a noce są bardziej magiczne. Mróz nie gryzie w nos oraz poduszki łap, wszystko wydaje się w tym okresie prostrze i bardziej kolorowe, powietrze jest przyjemniejsze, okolice tętnią życiem, a teraz jakoby wokół nie żyła już ani jedna istota oprócz ich dwójki. Nawet morze tego wieczoru nie miało ochoty na aktywność.
Nie potrzebowała w żaden sposób potwierdzenia tego, że Anubis ją słuchał. Dobrze wiedziała, że to robił – był świetnym filozofem i wspaniałym słuchaczem, choć czasami wolałaby, ażeby puszczał jej słowa mimo uszu. Znając siebie samą niesłuchanie okazałoby się w nadchodzących sytuacjach równie wspaniałą cechą. Pozycja księżyca dawała wyraźnie znać, że zbliżała się już powoli pora na odpoczynek. Z cichym westchnieniem podniosła się i raz jeszcze rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku Anu.
 Know yourself and who you came in with 

Can I sit down I've been hustling all day 

I can't even count how many souls I've made

Po krótkiej chwili namysłu przysiadła się bliżej, opierając swoją głowę o jego bok. 
- Oh, cóż to? – Zapytał nagle, sprawiając, że serce zabiło jej szybciej. Prawdopodobnie poczuwszy ostry koniec jej rogów gdzieś na swojej skórze.
Odsunęła się dość nerwowo i położyła po sobie uszy. 
- T-to? Cóż… - Zakłopotana odwróciła wzrok. – Prawdopodobnie okładka po której wszyscy mnie oceniają. 
Anubis wyglądał na zaintrygowanego jej odpowiedzią, bo za moment podniósł jedną z łap i zaczął z ciekawością badać wcześniej wspomniane różki, raz po raz zbliżając się do nich również swoim pyskiem, jakby chciał im się dokładnie przyjrzeć i dojrzeć detale, które posiadały.
- Nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim. – Odparł, odsuwając się od niej, w dalszym ciągu jednak zatrzymując na niej swój wzrok. – Niesamowite, chciałbym poznać genezę powstania ich.
Oxide przechyliła głowę, podnosząc jedno ze swoich uszu. Ta reakcja była jej dotychczas nieznana. 
- Nie odrzuca cię to?
- Ależ skąd. – Zaśmiał się cicho. – Gdybym był aż tak ograniczony na wszelkie anomalie genetyczne, prawdopodobnie nie byłbym w stanie pogodzić się z tym co mnie samemu zgotował los. – Zarzuciwszy ogonem podniósł się z miejsca i powoli ją okrążył.

Remember, the Devil ain't a friend to no one

But fine

- Wiem, że nie poznałaś jeszcze wszystkich członków tej watahy, ale gwarantuję, że nie będziesz czuła się jak wyrzutek. Nie jesteś inna, w negatywnym tego słowa znaczeniu. – Po raz kolejny już tej nocy, usiadł obok niej, bok w bok. – Wszystko, co zdaniem zwyczajnych wilków wykracza poza normę, nie powinno być odbierane jako wada, coś, czego trzeba się bać. To twój wielki atut.
Delikatny uśmiech zagościł na jej mordce, a ogon radośnie przesunął się w prawo, a potem w lewo.
- Jestem też przekonany, że tylko dodają ci uroku. – Dodał po chwili, odwracając głowę w jej kierunku.
- Czy ja wiem… - Odwróciła wzrok, znów opuszczając uszy nieco zawstydzona. – Bardziej pociesza mnie fakt, że jednak mnie nie widzisz. 
Oboje zachichotali pod nosem, a Oxide postanowiła powrócić do oparcia się o bok towarzysza. Teraz już bez skrępowania, skoro oboje okazali się być dziwakami na tym samym poziomie.

Called to the Devil and the Devil said 

Hey! 

Why you been calling this late? 

It's like 2 A.M. 

and the bars all close at 10 in hell, 

that's a rule I made 

Anyway, you say you're too busy saving everybody else to save yourself 

And you don't want no help, 

oh well 

That's the story to tell

< Anu? > ahh ja i moje motywy muzyczne, jakoś tak lepiej wchodzi mi klimat i muszę się nim dzielić…

poniedziałek, 20 lutego 2023

Od Apollo Anubisa Aina CD. Oxide– „Ślepy traf”

Powietrze pełne zimowego chłodu zawirowało w jego płucach. Jego łapa delikatnie musnęła kruche płatki kwiatów. Poduszka jego palców zamrowiła jakby zarumieniona od wspomnienia wiosny. Mdły i odległy zapach tych wyrostków pośród bieli wyłonił się spod wszechobecnej wilgoci. Jednak oczy Anubisa nie kierowały się na drobne roślinki. W końcu nie miały czego tam szukać. Ślepe podążały jedynie za czernią, którą teraz przebijał mdły obraz duszy przed nim. Dawno nie spotkał tak skomplikowanego plecienia, takiego odcienia … szarości? Jakoby że to nazwać, było w jego głowie w przynależnościach do osób wyjątkowych. Wliczała się w nie sama bogi snów, chociaż czy o Bogach można powiedzieć, że mają własne dusze, skoro są stworzeniami wiecznymi i nieśmiertelnymi. Chociaż kwestię jest także czy na pewno nie może spotkać ich zguba z rąk własnego plemienia.
—Powiedz mi. — zastrzygł uszami. Jego ciało wyprostowało się i usiadło na chłodnym podłożu, ponownie tej nocy. Jego głowa uniosła się w górę, tam gdzie w oczach powinny zamienić się mu gwiazdy, a gdzie przywitała go tylko smętna pustka, którą widywał za dnia. — Wierzysz, że gwiazdy to nasi przodkowie, którzy stróżują nad naszymi życiami? Ja osobiście uważam to za ziarenko prawdy w słodkim kłamstwie, ze względu na to jak niewiele osób godzić chce się z inną prawdą. Miło jest oczekiwać, że ma się miejsce gdziekolwiek po śmierci. Aczkolwiek chciałbym czasami, aby gwiazdy rzeczywiście były zmarłymi odsiadującymi swoje nieskończone żywota. Może wtedy mógłbym w nie spojrzeć i zażyczyć sobie tej samej roli w przyszłości. — smętnie odetchnął. Poczuł jak jego własny oddech oplata jego pysk zimną chmurką. — Niesamowite jak prosto jest zapomnieć o tych, którzy nas opuścili, pomimo że zdaje się nam że ich pamiętamy. Moja dobra babka powiadała niegdyś, że tam w górę trafiają jedynie dobrzy wilcy, ale czy każdy wilk nie ma swojego za uszami. Ja mam. Opowiedziałbym ci, ale to głównie bezduszność z mojej strony w kierunku społeczeństwa, które o mnie zapomniało. Jak to mawiają, jak Kuba bogu. Ale żadne to usprawiedliwienie czyż nie? — odetchnął. — Ciężko wierzyć w rzeczy których nie widać, czyż nie. Więc czy gwiazdy na pewno są prawdziwe? Nie ważne, nie ważne. Rozgadałem się o wszystkim i niczym. Gdyby nie twój oddech nie wiedziałbym nawet, że jeszcze obok mnie siedzisz. Zaparło ci go w piersi, zdusiło w gardle, a jak go nie wypuścisz to i w mózgu się zatrzyma, a ty wylądujesz, dajmy na to że wśród tych nieszczęsnych gwiazd.
—Wiedziałeś… — mruknęła. Chmurka powiewu dotarła do drażliwego nosa Anubisa.
—Ślepy od małego widzi uchem, widzi węchem, widzi pamięcią, ale raczej nie wzrokiem. — odpowiedział wrzucając szeroki uśmiech na pysk.
—Jesteś niewidomy od urodzenia? — zagadnęła. Nie zajęło jej to za wiele, Anubis poczuł się nawet odrobinę zbity z tropu. W końcu o sobie rzadko kiedy mówi, rzadko ma okazję nawet słuchać samego siebie. Jego wspomnienia zostają z nim gdzieś w podświadomości, jednak niewiele daje ich odtwarzanie, gdyż wszystko zagłusza cisza i tętent serca.
—Tak. — lakoniczna odpowiedź uciekła z jego pyska, a łapy nieprzyjemnie zapiekły. Zdało mu się, że to nie od zimna, a parszywego piasku pustyni, który przebył przed tyloma laty. Dlatego też wstał i powolnym krokiem ruszył wzdłuż skraju drzew. A ona za nim, ku jego zaskoczeniu. Nie zabronił jej jednak, pomimo że nie przywykł do towarzystwa dłuższego niż minuty odliczane sekundami w głowie.
—Pewnie utrudnia ci życie. — mruknęła. Jej krok zrównał się z jego. Ciało w ciało, praktycznie w poszycia, dla ciepła chociaż jednego boku.
—Nie powiedziałbym, że je utrudnia. Z pewnością wygląda zupełnie obco dla wilka, który w życiu zaznał już kolorów, a nie ich smaków. —
—Co masz na myśli? — Oxide zastrzygła uszami, a ich cichy świst przywiódł Apollo na myśl pikującego ptaka.
—Oh. Widzisz. Oczywiście, że widzisz! — zaśmiał się ze swojej nieświadomości dobieranych słów. Nie był to jednak śmiech ani radosny ani gorzki — Kolory, ekspresję, wydarzenia, własne łapy i własny nos, chociażby. Ślepiec na świat patrzy nieco bardziej niekonwencjonalnymi metodami. Zastanawiałaś się bowiem kiedyś jak kolory mogą smakować? Uwielbiam to pytanie zadawać wilkom całkowicie sprawnym, gdyż konfunduje ich umysły. Niby sprawa prosta, bo koloru ni jak nie spróbujesz, bo i jak. Kolor to widok nie smak. A no cóż. Każdy ślepy, co prawda, ma swoje słowniki dla tego zjawiska, jednak ja mam tendencję do kojarzenia ich z zapachami bardziej niż smakiem. Wiśnia na ten przykład. Niedługo po wiośnie zakwitną wiśnie w sadach, a ich słodki, miodowy wręcz zapach aż przywodzi na myśl róż, czyż nie? Trzeba tylko przymknąć oczy, zaciągnąć się zapachem opadających płatków ocierających się pysk. Cichy skrzekot ptaków pośród usianych rosną traw. I ta kora, o którą opierają …—
—Ała. Kur.. — zatrzymali się nagle. Anubis zaskoczony nagłą reakcją koleżanki nawet się zjeżył. Szybko zauważył jej zniknięcie spod swojego boku. Zawęszył i przysłuchał się nachylając intensywnie. Poczuł jak jego nos ociera się o ten wadery, a więc cofnął głowę, która miał nisko przy ziemi, tak że nawet zapach wilgoci wdarł się do jego żołądka przez krew.
—Nic ci się nie stało? Coś ty uczyniła? — nie mógł powstrzymać krótkiego parsknięcia.
—Zamknęłam oczy. — zbierała się z ziemi. Śnieg pod jej łapami chrupał ochoczo, jakby gotowy na kolejną rundę ścierania się sił. — I wyobraziłam sobie ten zapach, ale w biegu przegapiłam korzeń. — westchnęła.
—No tak… — zachichotał pod nosem bardziej z tego faktu niż z niej samej.
—Jak ty to robisz, że nie zabijasz się na każdym kroku. — zdało mu się że było to pytanie retoryczne, ale…
—Pamięć moja droga. Pamięć. Wielokrotnie przechodziłem te terany wzdłuż i w szerz. Znam każdy kąt i każdy skrót. Każdy kamień i każdy mech, każde drzewo, pomimo zmiennej natury przyrody. Po prostu moja łapa przywykła już do stawiania mięśniem kroku tam gdzie wie, że można go postawić. — rzekł po czym rozgarnął łapą odrobinę śnieg. — Ciało zaprowadziło nas spacerkiem pod palżę, a t w zwyczaju te kolosy mają osłanianie nas przed sztormami. Jednak w zamian za to usłały ziemię w swoich korzeniach, aby stać stabilnie i pilnować umownej granicy miedzy lądem i morzem. — Anubis zastrzygł uszami. Morze było tej nocy wyjątkowo spokojne. Ciche. Zapraszające do zamoczenia w nim łap.

 

<Oxide?> I tak. Anubis jest z tych wariatów, którzy po kolana wejdą w środku zimy, nocy, mróz -50, do morskiej, słonej, lodowatej wody XD 

czwartek, 16 lutego 2023

Od Oxide CD Apollo Anubisa Aina – „Ślepy Traf”

Czerń rozlała się po zimowym niebie, małe ciała niebieskie wyjrzały w kierunku ziemi, obserwując nocne życie i błyszcząc niczym najczystrze kryształy, można było odnieść wrażenie iż mieniły się one na najróżniejsze kolory świata, kto wie, czy nie próbują nam czegoś przekazać? Biała pierzyna, która pokryła tereny watahy mieniła się w blasku księżyca, niemalże odzwierciedlając nieboskłon spoglądający z góry. Pośród mroku panoszyła się jednak biała niczym śnieg wadera – stąpała nerwowo zataczając okrąg pod jednym z drzew, które dawno już straciło liście, pozostawiając nagie, zmarznięte, otulone ostrym szronem gałązki, jej jedynych towarzyszy w tymże momencie.
Ale czy na pewno jedynych..?
Sapnęła, a jej kroki mimo, iż zdawały się dosyć gorączkowe, były długie i dawały wrażenie ciężkich – jakby do jej łap przykute były tytanowe kule na łańcuchach. Czuła się niczym krestkówkowy duch, brakowało jej już tylko prześcieradła na ciele z wyciętymi na oczy otworami. Spokojny za dnia umysł Oxide był teraz przepełniony emocjami, których nawet nie mogła trafnie określić. Gniew? Strach? Zawód? Zastrzygła uchem i warknęła cicho. Gonitwy myśli nigdy nie atakowały w ciągu dnia, a gdy zapadał zmrok uderzały z taką siłą, jakoby przez wcześniejsze dwanaście godzin zbierały werwę, aby finalnie napaść w taki sposób, by zamknąć ofiarę w sytuacji pozornie bez wyjścia i chociaż wciąż uczyła się swojej psychiki, za każdym razem była święcie przekonana, że jest ponad nią – ale było zupełnie odwrotnie. Rozczarowanie? Przytłoczenie? Irytacja… Zażenowanie? Bezsilność. Może to dlatego, że ktoś, kto nie ma nawet takiej możliwości przejrzał ją niedawno na wylot, stawiając przed nią fakty, z którymi nigdy nie miała zamiaru się godzić.

Are you lonely?
Are you lonely?
I am lonely

Znowu się spotykamy. – Nie zwróciwszy uwagi na postać obserwującą ją już od dłuższej chwili, zlękła się i zawróciła, zatrzymując się w centrum wychodzonej w śniegu ścieżki.
Pozostawiając to bez komentarza postanowiła wysłuchać, co wilk miał jej jeszcze do powiedzenia. Natrętne myśli minęły, pozostawiając jej umysł w przyjemnym spokoju, analizując dokładnie kolejne zdania wypowiadane przez Anubisa. Niezwykle intrygująca istota…
- Może jestem ich innym wcielelniem, kto wie? – Rzuciła, raczej pochmurnie. 
Zauważyła uśmiech na pysku towarzysza.
- Życie skrywa najróżniejsze tajemnice. – Odparł, po chwili zmieniając temat. – Co robisz tu o tej porze? Pozostali już dawno zdecydowali się na odpoczynek po całodniowych przygodach. 
Wadera rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku pobliskiej osady, okryta mrokiem, oświetlona jedynie blaskiem latarni nadając sytuacji cieplejszego klimatu niż ten, który oferowała im w tym momencie matka natura. Powietrze jednak było nieco przyjemniejsze, nie gryzło już w nos.

I'll stand by you

- Nocne krajobrazy są o wiele piękniejsze niż za dnia. – Mruknęła, przysiadając kawałek od niego. 
Basior przytaknął delikatnym gestem głowy, dając wrażenie jakby również spoglądał w widok znajdujący się przed nimi, obserwując po cichu jego piękno. Wpatrywali się w jeden z kominów, z którego leniwie unosił się do atmosfery biały dym, choć prawdę mówiąc ciężko określić tę czynność w liczbie mnogiej. Logika która kierowała Oxide podpowiadała jej, że Anubis również może widzieć najmniejsze detale, niekoniecznie w tak oczywisty jak pozostali sposób. Imponował jej tym, jak dobrze odnajduje się w terenie, jest praktycznie pewna, że również był w stanie dostrzec unoszący się dym. Wzrok nie musiał być jego najmocniejszą stroną, był jak nietoperz – musiał mieć niesamowicie rozwinięty słuch oraz węch. Poza tym, ktoś wreszcie – takie odniosła wrażenie – polubił ją i jej osobowość, mimo, iż nie znali się długo. Gdyby los chciał inaczej, nie spotkaliby się teraz, prawda?
Gwiazdy musiały mieć z tym coś wspólnego.
Wadera okryła ogonem swoje kończyny, wzbijając w powietrze biały puch, spod którego wyłoniły się nagle małe, zielone łodyżki i skierowane w kierunku ziemii jasne płatki. Zauważywszy je, westchnęła głęboko, jakby z ulgą.
- Ah, przebiśniegi..! Nie mogę doczekać się wiosny.
- Liczę na maraton ciepłych dni. – Odezwał się. –  Śnieg, który osadza się na moim futrze, a później topnieje pozostawiając je zlepione i mokre, zaczyna mnie już drażnić.
- Mokre futro to nic przy liściach ukrytych pod śniegiem. Stare, śliskie, wilgotne i w ogóle nie amortyzują upadku. – Zachichotała pod nosem.
W jej polu widzenia pojawiła się nagle łapa, która minęła się z kwiatami, zapewne chcąc je dokładniej zbadać. Oxide rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku swojego towarzysza, po czym wysunęła swoją spod ogona i objęła tę należącą do Anubisa, nadając jej poprawny kierunek. Gdy ten poczuł młode rośliny pod poduszkami, uśmiechnął się delikatnie. Podobnie jak ona sama w tamtej chwili. Pochyliła się nad przebiśniegami, chcąc sprawdzić, czy w jakikolwiek sposób da się wyczuć ich zapach, jednak gdy nic nie poczuła, podniosła głowę, a swoje fioletowe tęczówki skierowała w stronę towarzysza. On również spoglądał w jej kierunku – Oxide utonęła na moment w jego zamglonych oczach, będąc już definitywnie pewną.
Wiedziała, że Anubis ją widzi.

When these walls fall down I'll stand by you

<Anubisie?> ah.. krótkie, ale klimatyczne. 

wtorek, 14 lutego 2023

Od Apollo Anubisa Aina CD. Oxide– „Ślepy traf”

Uśmiechnął się gorzko. Jego oczy powoli się przymknęły w tak niepotrzebnym dla niego ruchu. Przestąpił z łapy na łapę. Przywykł do  lodowej pościeli położonej na świecie, wiec nie przeszkadzała mu ona tak bardzo. Jednak od strony wadery słyszał rytmiczne uklepywanie śniegu pod jej poduszkami.
—Pozwól, że opowiem ci historię. — wyminął ją. Jego ogon zahaczył o jej brodę. — Był kiedyś na tym świecie nie jeden szczeniak, którego dusza zagubiła się wśród mgieł, nie mogła trafić do domu. Pozornie samotna, tak ślepo zapatrzona we własne niedoskonałości, że zupełnie zapomniała, że nie jest wcale taka sama. Mgła lubi przysłaniać oczy i utrudniać widoczność, jednak nie jest ciemnością nieprzebrniętą. Na końcu każdego tunelu jest światło, chociaż nie każdy je do końca widzi. — raczył pomachać swoją łapą przed oczyma. — Nie ważne jaką drogą się tam idzie. W każdym razie. Mówiłaś, że będą mnie szukać. Połowa tej watahy raczy nie znać mojego imienia, dla drugiej jestem tylko cieniem, dziwakiem krążącym po watasze. Bez domu. Bez mienia. Bez mniemania. Milczący. Jedynymi duszyczkami, które cenią moją obecność są zmarli oraz szczenięta. — odetchnął. — Czasami tylko ktoś słucha z oddali moich słów, pomimo że nie do nich są kierowane. Nie myśl jednak, że mi z tego powodu smutno. W żadnym wypadku. Moja babcia, jedyne słowa dobrze wypowiadała zanim ją straciłem, że nie warto zakrzątać sobie głowy tymi, których nawet nasza dusza nie zna. — jego ogon zawinął się wokół jego łap. Odpowiedziało mu milczenie, dość długie i niesłuchanie ciężkie.
—Zimno ? — zagadnął rozganiając napięcie. Przynajmniej na swoim karku. Powoli wstał. Jego płuca napełniły się chłodnym powietrzem. — Im bliżej centrum tym więcej nor, zagrzanych, gotowych Ewentualnie w jaskini medycznej zawsze mają miejsce na parę nocy. No. Prawie zawsze. — odetchnął na wspomnienie czasów ciemnej zagłady.  Jego łapy przesunęły po śniegu. Gdzie szedł? Kto wie, skoro sam nie do końca wiedział gdzie jest. Świat pachniał morko, niebo śniegiem, drzewa wilgocią. Latem wszystko odróżniało się dźwiękiem, zapachem, może i nawet wyglądem, ale przede wszystkim smakiem. Zima miała tendencję do bycia monotonną, nudną. Anubisowi na sercu zrobiło się miło kiedy na swojej drodze napotkał duszę odrobinę podobnej do swojej, pomimo że jeszcze nie miał szansy jej ujrzeć. Musiałby poczekać na noc.

Dwa pełne obroty słońca minęły od ostatniej interakcji Anubisa z jakimkolwiek członkiem społeczeństwa. Dwa razy sowy wstały do lotu trzepocząc swoimi skrzydłami na tle nieskończonego nieba. Dwa razy ciemność otuliła zielonkawe futro i ochłodziła temperatury wokoło. Dwa razy ciepłe promienie zimowe zaburzyły świętość opadów, aby wesprzeć się na kosmykach poruszanych przez wiatr. Basior nie czuł się samotny, jednak był sam. Jego łapy pozostawiały ślady na miękkim zimowych puchu, pozostałości po poprzedniej nocy. Jego oczy mozolnie szukały pobożnego oparcia wokół siebie. Może był ślepy, jednak teraz kiedy trzecia peleryna nadobnej pani Nocy powoli  zmykała się nad watahą,  mógł zawiesić zamglone ślepia. Jedna dusza, druga. W oddali błyszczały na szaro, pewnie w odbiciu od światła księżyca. Jakaż to była szkoda żegnać zmarłych, a jaka radość witać narodzonych. Anubis uśmiechnął się pod nosem, przyglądając wędrówce wilkopodobnych mgieł.
Jego futro nie zaplątało się w żaden krzak, pozostawiony przez mrozy bez upierzenia. Jego droga była prosta, jasna wręcz. Zdało mu się nawet, że jakoś tak cieplej niż nocami, zazwyczaj. A do pełni był jeszcze kawałek. Może tydzień, ale jednak. Nie przejął się tym, brnąc przed siebie. Musiał całymi garściami czerpać z tak sprzyjającej życiu pogody. Ostatnimi czasy bowiem śnieg nie odpuszczał jego zmarzniętemu ciału i zasypywał jego ciało pod chłodną pierzynką. Niestrudzony basior szedł przed siebie. Jak niegdyś za młodu, kiedy stąpał przez pustynne piaski. Bez celu, bez myśli. Jednak to zmieniło się kiedy w kąciku oczka błysnęła mu dusza, jaśniejsza nieco niż inne, a zatem zapewne żywa. Uniósł uszy i zatrzymał swój powolny krok. Jego oba ślepia wbiły się w tamto miejsce. Widzicie. Każdy kto widzi dusze, postrzega je inaczej i inaczej będzie je zwykłemu wilkowi opisywać. Dla Anubisa martwi, najczęściej w swoim żalu i tęsknocie, przewidywali się jego swoje gatunki. Wilk był wilkiem, jeleń jeleniem. Z kolei wszystko co jeszcze miało w sobie chociaż resztkę własnego oddechu miało tendencję do zbierania swojego dobrobytu wokół umysłu i serca. W zależności od nasycenia łatwo było określić jakież to zwierze znajdowało się przed nim, gdyż mino wszystko, nadal ta dusza  trzyma się sowicie swojej formy i nie wykracza poza jej ramy. Zatem w ruchu najlepiej Anubisowi było określić na kogo patrzy.
Przysiadł sobie kawałek od tego obrazka. Dusza, na którą spoglądał z oddali, poruszała się rytmicznie obijając o twarde ramy ciała, tworząc ułudę wilczej sylwetki. Stworzenie przemieszczało się krążąc, niczym niespokojny duch, a podmuchy wiatru wzmagały w nim przemieszczanie się. Anubis uśmiechnął się szeroko. Powoli zmierzył w tamtym kierunku. W zabawie powietrze w swoim ruchu przyniosło mu do nosa znajomy mu już zapach.
—Znowu się spotykamy. — zagadnął waderę. Jego oczy skupiły się na ciele, które nagle zatrzymało się w miejscu i intensywnie zawróciło. Basior spuścił uszy po sobie jednak obdarzył towarzyszkę uśmiechem. Dusza wiele o drugim ci powie, ale wyglądu nie zdradzi, nawet jełki ma jakąś formę. — Ah. Wybacz za najście. Po prostu krążąc tak po śniegu przypomniałaś mi moją wychowankę. Córkę można rzec, Szklaneczkę. Też tak biegała w koło kiedy chłód brał na łap, albo świat zwalał się na głowę. — mruknął przysiadając sobie w zimnym śniegu i nakrywając łapy ogonem. Jego oczy zamknęły się na chwilę, pokrywając świat w mroku jaki widywał za dnia. — A może nawet trochę Luminę. Macie bardzo podobną duszę. Taką niespokojną, ale jakże delikatną w środku. — zadarł głowę ku górze. Zapadło milczenie przerywane jedynie hukiem skrzydeł sowich nad głowami i oddechem dwóch wilków.

Ułamki. Sekundy.

Jak zgryzota trzymająca za serce wszystkich wokół, oprócz samego Anubisa, przywykłego do rzucania swoich słów w eter, tak aby wiatr mógł zanieść je przyszłym pokoleniom patrzących w zmarłych.

 

<Oxide?> powodzenia.. i sory.. nie wiedziałam jak wybrnąć, więc wepchnę ich na siebie jeszcze raz XD


poniedziałek, 6 lutego 2023

Od Oxide CD Apollo Anubisa Aina – „Ślepy traf”

- Chętna?  –  Z rozmyśleń wyrwał ją  nowo poznany głos.

Raz jeszcze zmierzyła go dokładnie wzrokiem, zanim udzieliła jakiejkolwiek odpowiedzi. Basior zaintrygował ją swoją osobą, był wyższy, ale nie jakoś bardzo masywny, ah… I jego oczy. Po wcześniejszym badaniu podłoża łapą i charakterystycznym słuchaniem żyjątek pod powierzchnią ziemi Oxide mogła śmiało wywnioskować, iż ten najzwyczajniej w świecie nie widzi. Choć korciło ją do zapytania, wstrzymała się – nie była przekonana jak delikatnym był dla niego ten temat.

- Niech będzie.  – Mruknęła, niemalże od niechcenia, gdy w międzyczasie szczęka jej nowego towarzysza zacisnęła się mocniej na pokaźnym zającu.

Czyżby znalazła na swojej drodze kogoś, kto nie oceni jej od razu, bo po prostu nie ma jak tego zrobić? Nie sądziła, że dla kogokolwiek jeszcze będzie liczyć się wnętrze, a jak widać los przydzielił jej takiego towarzysza, który nie będzie miał innego wyboru. Wreszcie znajdzie się ktoś, kto nie uzna jej za stworzenie z innego wymiaru, kto nie ucieknie z krzykiem i nie urwie z nią kontaktu z Nienacka – przynajmniej taką miała nadzieję.

Szkarłatna ciecz zaczęła spływać po bezwładnym już ciele mniejszego żyjątka, kiedy wilk upuścił je na jeden z kamieni leżących zaraz obok, niczym nakrycie stołu do wielkiej uczty. Po raz kolejny oddała się swoim przemyśleniom i nawet nie zauważyła, jak ten zdołał pooddzielać poszczególne części ciała zwierzęcia, łapki, uszka i inne możliwie najbardziej bogate w tłuszcz oraz mięso.

- Smacznego? – Zagadnął po raz kolejny, wyrywając ją z transu. 

Skinęla nieśmiało głową, którą za moment wyciągnęła i chwyciła jedno z leżących najbliżej uszu. Jej ulubiony kąsek z zająca. 

- Nieczęsto poznaję wilki w takich okolicznościach, wybacz brak manier. – Rzuciła nagle, gdy do jej żołądka dotarł pierwszy tego dnia jakikolwiek pokarm. – Jestem Oxide. A ty…

- Apollo Anubis Ain, aczkolwiek Apollo lub Ain w zupełności wystarczy.

Wadera raz jeszcze przytaknęła na jego słowa, chwytając kolejną przygotowaną przez Anubisa część zająca. Siedzieli tak chwilę w ciszy, chrupiąc kostki i inne skrawki mięsa. 

Żołądek Oxide przestał tak rozpaczliwie domagać się jedzenia. 

Delikatny wiatr kołysał koronami drzew, z których raz po raz pruszył śnieg.  Mróz powoli zaczynał gryźć nieprzyjemnie w nos oraz poduszki łap, podobnie jak podczas jej wcześniejszej wędrówki. Wadera zaczęła dreptać w miejscu, rozglądając się wokół polany, na której właśnie się znajdowani, nie sposób było określić, czy była po prostu nadpobudliwa czy był to jeden ze sposobów na rozładowanie niezręcznej atmosfery między nimi – nigdy wcześniej nie spotkała niewidomego wilka, albo po prostu tego nie pamiętała… Bliżej nieokreślone ucuzcie zagościło teraz w jej sercu, była zaintrygowana ale nie chciała zadawać niewygodnych pytań, o ile takie w ogóle istniały w takiej sytuacji.

- Nie słyszałem o tobie wcześniej. – Oxide wzdrygnęła się, wracając z powrotem na ziemię i spoglądając uważnie na swojego nowego towarzysza.

- To nawet lepiej. – Wymruczała cicho, mając nadzieję, iż tamten puści jej słowa mimo uszu. – Staram się raczej podążać własnymi ścieżkami. 

- Imponujące, zauważyłem, że nie preferujesz chodzenia na skróty.

Uśmiechnęła się na te słowa, po czym spuściła głowę i przeniosła wzrok na trzęsące się pod nią łapy. Była przekonana, że basior tak naprawdę przeszywa ją wzrokiem na wylot, cholernie dziwne odczucie. 

- Zgaduję, że nie jestem jedyna. W końcu gdyby tak było nie rozmawiałabym teraz z tobą.

Wadera od zawsze była chodzącym kłębkiem nerwów, jednak lata praktyki przyczyniły się do tego, że napięcie bijące od niej było niemalże niewyczuwalne, z kolei ona sama nawet mimo wyraźnego komfortu w danym momencie miała się na baczności. Jej ogon wędrował powoli w prawo i lewo, badając okolice za sobą, natomiast uszy zdawały się słyszeć nawet odgłosy upadających na biały puch płatków śniegu. Okolica nie zdawała się być niepokojąca, to prawdopodobnie jej własny umysł płatał jej figle, choć poświęciła większość swojego życia na poznawanie go – nie zawsze byli w stanie się dogadać. Nie była pewna, czy jej zachowanie nie zaniepokoi nowo poznanego wilka, dlatego starała się utrzymywać stały ton głosu, ba, była w nim  nawet wyczuwalna odrobina sympatii. Doprawdy do niej niepodobna. 

Ilustrowała wzrokiem siedzącego przed nią Anubisa, który pomimo swoich zamglonych oczu wyglądał najżywiej ze wszystkich stworzeń, które widziała podczas dzisiejszego spaceru. Płatki śniegu powoli opadały na jego zielonkawą, miękką, ale niedługą sierść. Niektóre utrzymywały się na niej dłużej, a niektóre topniały od razu, pozostawiając po sobie kilka drobnych kropelek. Jego smukła sylwetka była godna podziwu, długie kończyny spoczywały teraz w pozycji siedzącej, a puchaty ogon owinięty był wokół nich nadając wrażenie potrzeby ogrzania ich. 

Opady ustały, a zza zimowych chmur wyjrzało słońce, nieśmiało przedzierając się przez korony zmarzniętych drzew. Chłód powietrza walczył z ciepłymi promykami opadającymi na ich ciała, chociaż niewątpliwie przejmował przewagę, przyprawiając o nieprzyjemne dreszcze.

Zauważywszy, że Anubis zmienia swoją pozycję na stojącą, oblizując swój pysk po wcześniejszym śniadaniu, westchnęła cicho, po raz kolejny przerywając ciszę między nimi.

- Pozostali zapewne będą cię szukać, jesteś chyba dość znaną postacią w watasze. 

- Wciąż są tam ważniejsi ode mnie. – Odpowiedział jej po paru sekundach, otrzepując się z płatków śniegu.

- Nadal jesteś postawiony wyżej niż ja. – Parsknęła, a jej poczucie własnej wartości spadło nagle, gdy w głowie pojawiły się przemyślenia dotyczące jej własnej, jakże beznadziejnej osoby.

Z jej nosa ulotniła się ciepła para, przedzierając się przez mróz. Wilk podszedł do niej niepewnym krokiem, badając okolicę przed swoimi łapami, zanim stanął z nią niemalże oko w oko. W powietrzu zawisło ciężkie do opsiania napięcie, możnaby rzec, iż czas zatrzymał się na moment. Oxide wróciła myślami do wcześniej wypowiedzianych przez niego słów i postanowiła odnieść się do nich mimo faktu, że wcześniej praktycznie całkowicie obeszła temat, nie chcąc przyznawać się do tego nie tyle co przed nim, ale i również samą sobą.

- Chyba faktycznie jestem zagubioną duszą.

 

<Anubisie?> damn, chciałam dłużej ale w połowie rozbolał mnie łeb i nie mogłam się już skupić…

 

 

czwartek, 2 lutego 2023

Od Apollo Anubisa Aina CD. Oxide - "Ślepy traf"

Zapach mrozu o poranku rozsiał się po polanie. Śnieg prószył sobie z nieba powoli osadzając się na mokrej ziemi i pewnym zaspanym wilczym ciele. Anubis musiał starać się wiele godzin w poszukiwaniu miejsca na sen, aż w końcu zmęczony przysiadł pod kamieniem. Biała pierzyna ciążyła na jego plecach, jednak nos skryty pod skałą oddychał miarowo i spokojnie, jakby niewzruszony przeszywającym chłodem poranka. Dopiero słońce, którego promiennie przedarły się do jego świadomości, rzucając ciepłe kropeczki na całych plecach, dobudziło go z głębokiego snu. Jego długie łapy wyprostowały się z trudem, a śnieg powoli osunął się ku ziemi. Niczym obsypana bielą góra, wzrósł ponad kamień, pod którym jeszcze przed chwilą słodko drzemał. Oddech z jego płucach na sekundę zadrżał kiedy musiał otrzepać się ze swojego nakrycia. Nie raz czuł na skórze zimno mokrego futra. Nie raz spał pod gołym niebem i budził się zaspą, zapewne nie inną od tysiąca zasp na tym świecie. Nie raz i nie dwa zdarzyło się że jego sierść oszkliła się w chłodne zbitki lodu, wydające słodki stukot przy uderzaniu się o siebie. Jednak kto wie, czy jakikolwiek wilk, kiedykolwiek przywyknie do tego zjawiska. Apollo odetchnął i zwrócił pysk w kierunku wiatru, ocierając ciałem o pień najbliższego drzewa. Szron na jego plecach zaskrzypiał, opadając, kawałek po kawałku. Nie był w stanie zdjąć z siebie wszystkiego, jednak zrobiło mu się o niebo lżej. Zanim wyruszył w swoją drogę, której celem było wszystko i nic, przesunął łapą po pysku. Łapał się bowiem ostatnimi czasy na zamykaniu prawego oka, bezwiednie, przez co straszył hukowi winne wilki.

Powoli przesuwał się przed siebie. Słońce było na jego kark, mocząc go roztapiającym się lodem. Śnieg chrupał pod poduszkami łap, kiedy małe kręgosłupy śnieżynek pękały pod naciskiem wilczego ciężaru. Jednak bezświadomość ich istnienia, ułatwiała wielce wyciąganie największej przyjemności z tego dźwięku. Anubisowi właściwie tylko to przynosiło jeszcze kojącą ulgę, gdyż ilość ptaków jaką miał szansę słyszeć, była znikoma. Zwierzęta odlatywały na zimę, pozostawiając go w ciszy i bezruchu. Samotności, która tak doskwierała mu niekiedy, pomimo jego natury stroniącej od świata. W końcu kiedy  orzeł traci skrzydła, pikuje ku ziemi. I Anubis bez cienia, do którego można by rozchylić pysk czuł jakby wiatr z niezwykła prędkością osadzał się na jego pysku. W końcu tak niedaleko było mu do ziemi.
jego uszy stały na baczność, szukając ukojenia w zamarłej w czasie naturze. Gdzieś pod ziemią zamarły myszy, przerażone jego stąpaniem. Gdzieś wśród gałęzi zaćwierkał samotny ptak, a z oddali dobiegało niespokojne skubanie kory. Wilk mimowolnie uśmiechnął się. Jego ciało poruszało się rytmicznie w kierunku wiatru. W jego duszy na chwilę zagrzał się niepokój. Ogon zamachał, uszy zastrzygły, jednak szum jedynie przybrał na swojej sile. I nieświadomy wilk, powoli brnący przez śnieżne pościele, nie zdążył się zbytnio zorientować w świecie, zanim ten raczył usunąć mu się spod nóg.  Jego łapy wykonały dziwny przewrót, plecy zanurzyły się w śniegu, prawie sięgając samych korzeni drzew, gdyż jakiś raczył delikatnie odbijać się na tle miękkiego puchu, pod kręgosłupem. Anubis stęknął i tylnymi łapami wsparł się o, prawdopodobnie, brzuch przeciwnika. Poczuł ciepły oddech drugiego stworzenia i z samego zapachu tego, udało mu się wywnioskować, że padł ofiarą własnego gatunku. Odetchnął ciężko, jednak zanim słowa wyrwały się z jego zmarzniętego gardła, słowa obcego raczyły dotrzeć do niego pierwsze.

—Nie jesteś sarną? — zdziwiony ton nieco uspokoił bijące w gardle serce ślepego wilka.

—Jak widzisz. — raczył odrzec krótko. Nacisk na jego ciało zniknął tak samo niespodziewanie, jak raczył się pojawić. Anubis jeszcze ułamki sekund leżał plecami na ziemi, uśmiechając się delikatnie. Ulga uspokoiła jego serce do końca. Przecież nie został zjedzony tak od razu, i to było jakieś osiągnięcie. Powoli wstał na równe nogi otrzepując się z puchu. Jego duszy na chwilę przypomniało się o tym słodkim dźwięku lodu, którego niestety już nie zastał. Kto wie. Może zimowe słońce też nie pozwala odpocząć od ciepła tego giganta. Anubis zastrzygł uszami i zawęszył przy ziemi. Zapach nieznajomego wilka nie zmienił się zbytnio, a zatem stworzenie stało jeszcze niedaleko. Towarzyszyła mu jednak nuta zaśniedziałego futra, tak typowego dla zimowego odzienia saren. Czyżby wilk polował? Tłumaczyłoby to tak zawistną pomyłkę, pewnie zrobioną żartem wiatru wzbijającego tony śnieżynek z ziemi w niebo. Nie tam gdzie ich miejsce, w końcu świat wygnał je ze swojego spokojnego królestwa w górze. O ile jakieś istniało.

—Wszystko dobrze? Wybacz. — w końcu drugi wilk odezwał się. Ain w końcu mógł skupić się na jego osobie.  Po tonie zasugerował się, że do czynienia miał z waderą, a taką przynajmniej miał nadzieję, bo w przeciwnym wypadku mogło zrobić się onieśmielająco.

—Nic nie szkodzi. — odchrząknął. Nie bardzo wiedział co innego powiedzieć. Interakcje międzywilcze nie były jego mocną stroną, a nawet dziecko, które odchował było przerażająco podobne do niego samego.  — Goniłaś za sarną. — mruknął, jakby nie było to oczywistością. — Uciekła ci …. — raczył nastawić ucho. — Tam. — wskazał nieśmiało kierunek. Od drugiego wilka dotarło tylko ciężkie westchnięcie, a zanim ledwo słyszalny dźwięk głodu. Basior nie mógł powstrzymać się od szerokiego uśmiechu i przymknięcia powiek. Słyszał ten dźwięk bowiem całkiem często, kiedy u jego boku jeszcze przebywała Szklaneczka, i uparcie twierdziła, że nie jest głodna! Ani trochę. Słodkie wspomnienia jednak musiały zostać przerwane przez niego samego. Wadera niedaleko chyba postanowiła ruszyć w dalszą drogę, kto wie, może i zniesmaczona swoją pomyłką. Jednak w Ainie obudziła się stara, dobra potrzeba poprowadzenia zagubionej duszy w jej miejsce spoczynku. Mało trafne porównanie dla wilka patrzącego oczami nie duchem, jednak dla ślepego wilka w sam raz.

—Zaczekaj. — zagadnął. Jego łapy zgrabnie przesunęły się po zimowej ziemi. — Słyszę, że jesteś głodna. — uniósł głowę w górę.  W końcu nie musiał spoglądać przed siebie aby wiedzieć dokąd ma zmierzać.

—Może trochę. — odpowiedź była krótka i zdecydowanie w temperaturze powietrza wokół.

—Polowanie na sarny w takiej pogodzie jest zaprawdę skomplikowane. — odetchnął. — Jeszcze chwila, a twój własny żołądek spróbuje zjeść cię od środka. Chodź. Wataha ma swoje zapasy zimowe. Dla każdego znajdzie się porcja. Członek czy nie, zagubione dusze także są mile widziane w progach tego przybytku. — zagadnął. Jednak jego ucho było w stanie usłyszeć tylko szybkie bicie serca, niechętny warkot i żal kwasów żołądkowych chcących posłuchać się propozycji.

—Nie dziękuję. — parsknęła w końcu. Jej krok nie zaprzestawał błądzenia pośród drzew, jakby szukała powrotu na i tak słabo znane trasy. Anubis miał problem z rozgryzieniem jej tożsamości, jednak nie był pewien niczego. Zwłaszcza imienia, w końcu tak rzadko mijał swoje ścieżki z kimkolwiek innym. Samotny wilk, pośród pól pełnych rozmów, siedzący na skraju lasu, z dala od tłumu i tłoku. Zapomniany nawet w czasie wojny.

—Zatem może zapolujmy we dwoje. — zaproponował. Jego ucho zastrzygło. Nie przepadał za dokonywaniem tej czynności. W końcu polegać mógł wyłącznie na swoich instynktach, a na ich bazie niekiedy ciężko określić dokładne położenie zwierząt nad ziemią. Chociaż zimą było to znacznie prostsze, gdyż śnieg łamał się pod kopytami.

—No nie wiem. — migała się.

—Na tym świecie nie ma przypadków. — Anubis rzucił w eter swoje słowa. — Nie ma przypadków, tak samo jak nie ma niczego co by do natury w postaci takiej czy innej nie wróciło. Spotkałaś nieznajomego, który oferuje ci pomoc. Nie ma nic piękniejszego niż na swojej drodze spotkać obcego, ponieważ szanse przetarcia z nim dróg ponownie są minimalne. Najbliżej spotkacie się po śmierci, o ile to będzie wam dane. Więc nie ma w tym nawet ujmy dla imienia, ponieważ go nie znamy. — jego ogon zaczepił o jej pysk kiedy ją wyprzedził. Jego ucho szukało zajęczej nory. Stworzenia pewnie nie były za grubiutkie, ale na pewno sycące. Słyszał jak śnieg za jego plecami rozdziera się pod drugim ciężarem.

—Wiesz. Przypominasz mi zagubioną duszę. — szepnął w końcu, przystając. Jego łapa poszukała przeszkód, jednak nie znalazła żadnego drzewa.

—Co? — jej skonfundowany głos odbił się po polanie nieco za głośno, więc nakazał jej być cicho, ruchem swojej łapy. Powoli naprężył mięśnie. Przyłożył ucho do ziemi i odetchnął. Wielokrotnie polował jak lisy, tak było mu prościej. W końcu jego uważny słuch słyszał drobne bicie serc pod glebą, poruszanie uszu, skrobanie zębów i pazurków. Naskoczył na śnieg przebijając się z łatwością przez jego warstwy i wbijając pyskiem w sprytnie schowaną norę. Jego kły zacisnęły się na ślepo, a tylne łapy szarpnęły ku górze. Z rozmachem wydobył się ponad warstwy puchu z średnim zającem jeszcze rzucającym się w jego pysku.

—Chętna? — mruknął przez zaciśnięte zęby.

 

<Oxide?> gee… wyszedłem trochę z wprawy pisania Anubisem XD on zazwyczaj jak się rozkręci to gada jak filozof jak coś XDDD

czwartek, 24 lutego 2022

Od Espoir CD Apollo Anubisa Aina - "Rewia dusz" cz.18

Żywi nie mają prawa, żywi zabić mnie nie mogą

Struchlałam, gdy miękki głos wilka przestał w amoku odbijać się od twardych ścian jaskini i istota jego wypowiedzi rozświetliła mój zmęczony od kłębiących się myśli umysł. Wygłodniałe dusze czyhały na moje obrzydliwe ciało, postrzegając je w kategorii tłustej przekąski. Niemożliwe. Świt obiecywał przynieść nowe zagadki, które miałam obedrzeć z grubego płaszcza tajemnic, odkrywając ich rdzeń. Niemożliwe. Kiedy na zewnątrz rozpętała się burza, beztrosko wpuściłam tu dwóch zagubionych wędrowców, z czego jeden zatruwał świeże powietrze swoim kwiecistym zapachem, a drugi raczył mnie niestworzonymi historiami. Próbował puścić w moją stronę wiązkę lęku, który zaciśnie się na moim gardle, nienaturalnie przyspieszając mój oddech. Możliwe. Niczym zahipnotyzowana pod srogim spojrzeniem zielonkawego basiora, wstałam i przycisnęłam się do chłodnej ściany jaskini. Dlaczego tak łatwo było wytrącić mnie ze stanu względnej równowagi z pomocą irracjonalnych słów? Grzmot uderzył głośniej, jak gdyby wzmagał się gniew bóstw czuwających nad tym padołem, a pogoda była lustrem dla ich emocji. Błyskawica oświetliła oblicze nowego towarzysza, czyniąc je bardziej złowrogim. W odpowiedzi wilk uniósł lekko kąciki warg i rozejrzał się uważnie.
— Już czas — wyszeptał, lecz wkrótce jego szept zlał się z tysiącami innych, które mnie otoczyły. Moją myśl, że całkowicie straciłam zmysły, zdusił widok równie przerażonego i nasłuchującego Romea.
 — Co ty robisz?  — chciałam wykrzyczeć, lecz z mojego pyska nie wypłynęły żadne słowa, jak gdyby mieszkała w nich niewidzialna siła silniejsza od mojego pragnienia odpowiedzi.
— Czas czerwonej pełni. Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte — z jego pyska wciąż nie znikał lekki uśmiech. W milczeniu obserwował, jak burza przybiera na sile, a wiatr usiłuje zabrać ze sobą wszystkie napotkane rzeczy, rośliny i zwierzęta do śmiercionośnego tańca — Z każdej burzy przychodzi oczyszczenie. Osobiście jednak ich nie lubię, irytują mnie te niemiłosiernie wibracje w uszach, dlatego chciałbym odpłynąć w krainę snów, nie musząc się już martwić pogodą. Romeo, pozwól. Chroń moje mięso.
Ze zdziwieniem obserwowałam rozgrywającą się scenę, lecz w kluczowym momencie oślepił mnie blask błyskawicy, jakby zachęcając do wyjścia. Niezdarnie poruszyłam łapami, idąc w stronę światła, nie mogąc słyszeć przestróg wypowiadanych przez nieznajomego, tak bardzo jednak znajomego.

— Cześć, zabiłaś mnie — cichy głosik, drażnił moje sumienie splamione domniemaną zbrodnią. Serce podeszło mi do gardła i z rozszerzonymi ślepiami spojrzałam zjawę.
— To ty? Śmiesz jeszcze mnie oceniać po tym wszystkim? - parsknęłam, maskując pod zdecydowanym tonem rozpad własnego wnętrza na mniejsze części — Czekaj, zabiłam? - dodałam drżącym tonem.

Jesteś. Śmieszna. Ale. Masz. Smaczne. Mięsko,

 <Anubis?>

czwartek, 17 lutego 2022

Od Apollo Anubisa Aina CD Mino - ''Zawsze dwóch ich jest''

Jaskinia w której ich łapy raczyły spocząć jeszcze trzymała ciepło ogniska zionącego ogniem. Ciepło i światła migały na kamiennych ścianach, nadając temu miejscu z pewnością wyglądu i atmosfery lepszej niż ta która panowała na zewnątrz, w śniegu i śnieżycy. Apollo nie był zaskoczony płomieniem, niedawno sam dorzucał do niego ostałego się gdzieś w kącie suchego drzewca. Jaskinie szczeniąt. Tu siedział całe dnie kiedy na dworze szalały śniegi i niańczył dzieciarnię. Tutaj też jego myśli zaprowadziły małego Mino. Niespokojną kulkę, tak samo ślepą jak on sam, a tak odległą od podobieństwa między sobą. W końcu nawet dwie krople wody się od siebie różnią, molekularnie, strukturalnie, wielkością. Anubis mógłby spojrzeć na malca swoimi ślepymi oczami, jednak nie dojrzałby go pośród ciemności otaczającej go przez całe życie. Ciemności która dopiero niedawno ustępowała z jego serca. Uszami obserwując kroki swojego młodego towarzysza podążył za nim pyskiem, jakby śledząc jego ciało i najmniejszy ruch, chociaż niewiele by mu to dało. Malec przysiadł sobie niedaleko. Na co patrzył? Co czuł? Anubis cicho westchnął i wsłuchał się w jego słowa.
—To się działo odkąd pamiętam. Mój brat nie ma takiej mocy, może mu to przyjdzie jak dorośnie. Mama mówiła, że moim żywiołem jest śmierć, ale na razie nie umiem nic, poza tym, że widzę dusze.— szybkie, nieco niewyraźne słowa zawisły w powietrzu między ciepłem i wiatrem. Niemo utkwiły w sercu starszego, który uporczywie starał się je zrozumieć. Prawda. Nie każdy otrzymuje wiele mocy, a część nie otrzymuje żadnych. Szczęściem i nieszczęściem czasem jest dostać od losu ptaki prezent. Jego jest udręką jak i ulgą. Przekleństwem i ucieczką od rzeczywistości, której nikt nie rozumie. W końcu czemu uciekać?
Dwie małe łapki niespokojnie zaszurały o grunt. Gdyby mógł patrzeć i widzieć, może zobaczyłby tam małego siebie. Zagubionego w świecie nieposkromionych dusz. Jak dobrze, że on sam spoglądać na nie musi jedynie nocami. Słuchać ich udręk i wycia. Uderzenia serca, szybkie, niespokojne doszły do jego wyostrzonego słuchu. Gdyby zawęszył, kto wie. Może dotarłby do niego zapach stresu, może nawet strachu. Przymknął oczy jakby miało mu to dać coś więcej niż tylko ugięcie marnej rzeczywistości.
—Powiedziałem coś nie tak? Może nie powinienem się tak szybko zwierzać... Niektórzy moi przy... nie, po prostu inne szczeniaki z naszego poprzedniego stada. Bali się mnie przez mój żywioł. Przez mój kolor sierści. Wszyscy byli biali, ja i Luka byliśmy czarni. Ale on nadrabiał swoim charakterem, ja nie miałem nic do zaoferowania i...—
—Tu zaczynasz od nowa Mino. — spokojnie wciął się w ten nerwowy słowotok. Jego ton musiał być łagodny. Spokojny. W końcu przez swoją ucieczkę w myśli nieco zestresował malca najwidoczniej. Albo taki już był. — Twoja moc jest bardzo interesująca i chcę wiedzieć, jak się rozwinie. Powinieneś ćwiczyć, próbować rozmawiać z duszami. — jego porada była nieco pusta. W końcu nie każdy kto patrzy na martwych tułających się przy ziemi musi słyszeć ich prośby. — Któraś się już do ciebie odezwała? — on sam długo pozostawał głuchy i niemy w ich obecności.
—Zwykle nie, niektóre mówią jedno, najwyżej dwa słowa. Zazwyczaj po prostu za mną idą, nie wiem dlaczego. —
—Czuję, że dzieje się tu coś niedobrego. Coś wisi w powietrzu. Luka tego nie widzi, bawi się w najlepsze z innymi szczeniakami. Ale ja to czuję. Tak jakby … zapach śmierci...?— dopowiedział zaraz potem.
—Zapach śmierci? — powtórzył niemo na sekundę uciekając w wodospady własnych myśli. — Ten zapach towarzyszy tej watasze od czasów kiedy ty o niej nawet nie słyszałeś. Ile krwi przelało się przez tą ziemię i ile żyć uciekło przed moje oblicze, żeby nocami żałować swojego życia na ziemi, nawet nie wiesz. Ten swąd pewnie jedynie przybierze na mocy, ale może nie dosięgnie nas...—

 

Ile minęło od jego słów i jak trafne się okazały pokazał jedynie los. Walka nie przynosiła strat, aczkolwiek czas przynosił zmiany. Mino z pewnością dorastał, niczym słodki kwiatek na wiosnę. I może Anubis tego nie widział oczyma, jedna z pewnością słyszał. Kroki mu stężniały. To nie były te same małe łapki na kamieniu, które poznał w zamieci.
Wyrósł, ale nadal przychodził do niego jak duch i cień krążący po ścianach.
— Nadal nie wiem kim chciałbym zostać. — bok przy boku szli przez zaśnieżone jeszcze tereny watahy. Jeszcze szczenię, ale na przejściu w swoje najpiękniejsze lata. Szkoda tylko, że w takim momencie.
—Nie szkodzi. Każda praca jest ważna. — odparł krótko. Lakonicznie. Ciężko mu było przywyknąć do rozmów od kiedy Szklanki u jego boku zabrakło. — Kto wie. Może znajdziesz pracę taką jaka ci się zamarzy i spełnisz się w niej z mocami.—
— Tak mówisz?—
—Nie inaczej. —

—Poczułem że umarł już z dala. — oznajmił siadając i niespokojnie przesuwając łapami po twardym kamieniu. Anubis jedynie uniósł ucho w znaku, że słucha jakby na moment zapominając, że oboje widzą jedynie ułamek tego co inni. Noc miło owinęła ich światłem księżyca.
—To niespotykana umiejętność. Adekwatna do żywioły jak widzę. — odparł po chwili ciszy uchylając oczy. Taniec bieli rozlał się przed nim niczym morze przez statkiem. Powoli podniósł głowę. Dusze zdawały się być wyjątkowo niespokojne.
—Aczkolwiek. Nadal nie wiem kim chcę zostać. Luka jest tego już taki pewny, a ja...—
—Coś się znajdzie Mino. Czasu zostało niewiele, ale los ma swoje przekorne ścieżki, na które cię rzuci.—

—Grabarz? Interesujące. I potrzebne patrząc na niespokojne granice i czasy.— jego sierść obciekała od mokrego śniegu, który powoli sączył się z nieba. Ociepliło się i teraz wszystko zaczynało przylegać do futer.
—Tak. W ten sposób mogę wykorzystać moje moce... dobrze! — Mino zabrzmiał nawet trochę szczęśliwie...
—Ale...—
—Ale... Martwię się o brata. I o te granicę. O stan wyjątkowy. Czuję się niespokojny, że coś może się mu stać.—
—Tak. Troska to rzecz całkowicie naturalna. Musisz uwierzyć że nic mu nie będzie. Swoją droga. Kopanie dołków to całkiem przyjemna robota. —

—Trup za trupem, już niedługo. — Anubis pokręcił głową siadając przy czarnym i młodszym wilczku, który uporczywie wygrzebywał coś w rodzaju grobu. Miejsce na nadchodzące i nieuniknione ofiary wojny.
—Niestety. —
—Może i stety.  Świat w zaświatach jest dużo milszy sercu niż ten na tym padole nieszczęścia. Odejść stąd jak raz byłoby zaletą. Kto wie. Może i mi niedługo przyjdzie czas się pożegnać Mino. Wirus szaleje i chociaż trzymam się z dala od życia watahy, nie mam serca patrzeć na zmarnowane szanse. Granice zamknięte, więc może... nie ważne. — wylał z siebie nieco za wiele. Za wiele. Więc zamknął pysk nie odwracając nawet głowy w kierunku towarzysza. Jedyne co robił to zbijał wzrok w niebo, starając się dojrzeć szansę na odcięcie egzystencji przyziemskiej. Nie śmiercią, a zniknięciem. Na chwilę.
—To już nie dom. Znowu nie dom. — szepnął do siebie cicho.

<Mino?> 

środa, 5 stycznia 2022

Od Mino CD Apollo Anubisa Aina - ''Zawsze dwóch ich jest''

Niespodziewana propozycja skrępowała małego Mino jeszcze bardziej niż jego wcześniejsze wyznanie o duszy dopiero poznanego wilka. Milczał chwilę, lecz, o dziwo, tajemniczy basior nie popędzał go. Stali w ciszy parę długich sekund, by szalony galop myśli z kategorii “za i przeciw” nieco zwolniły w głowie wilczka.
- Chodźmy - powiedział poważnie młodszy z tej przedziwnej dwójki. Nieznaczne poruszenie odczytał jako nieme potwierdzenie i ruszył w ślad za odgłosami człapania w śniegu.
- Nie wiem, jak ma pan na imię... - szepnął wilczek, a zaraz po tych słowach serce zabiło mu szybciej. Przecież kultura wymagała, aby to on przedstawił się starszej osobie pierwszy! Struchlał całkiem, nie wiedząc czego się spodziewać po tajemniczym jegomościu z zadziwiającą duszą.
- Przepraszam, to ja powinienem najpierw, nie pomyślałem zupełnie, ja … ja - jąkał się szczeniak, a do oczu napłynęły mu łzy wstydu. - Ja jestem Mino! - powiedział trochę za głośno, a jego głos odbił się echem od wąwozu, w którym się znaleźli. Dusza przystanęła.
- Nie musisz przepraszać. Moje pełne imię to Apollo Anubis Ain, ale nazywaj mnie którymkolwiek z tych imion, jak ci będzie najwygodniej - dobiegł do niego ciepły ton towarzysza. - Miło mi cię poznać, Mino.
Było coś w tym głosie, co przypominało okrycie miękkim kocem. Jakieś poczucie bezpieczeństwa, stateczność, harmonia. Mino nie chciał stąd odchodzić, jego początkowa nieufność pękała jak skorupka jajka, z którego ma zaraz wyjść na świat pisklę. Uśmiechnął się mimowolnie prawdziwie szczerym uśmiechem. Zanim dotarli do jaskini, szczeniak zdążył wypowiedzieć płynącą z głębi serca prośbę.
- Czy pan mógłby mi opisać, co pan teraz widzi?
- Po pierwsze, nie jestem żaden pan. A po drugie, obawiam się, że muszę cię rozczarować, bo nie widzę nawet czubka własnego nosa. Z twoich słów wnioskuję, że widzisz jedynie dusze?
Mino kiwnął głową, po czym szybko dodał słowne “tak”, zdając sobie sprawę, że Anubis przecież też go nie widzi. Szkoda, dawno nie spotkał nikogo, kto by chciał jednocześnie z nim przebywać i opisać mu, co widzi. Śnieg rozpadał się na dobre, a wiatr dął przeraźliwie od północy, przywodząc na myśl mroźny oddech jakiegoś lodowego króla, który skrywa się gdzieś w górskich szczytach. Po dłuższej chwili cichego pochodu łapki Mino napotkały na gołą skałę. Wiatr przestał dokuczać, więc zrobiło się też cieplej, a uczucia błogości dopełnił nagły trzask ognia, który otulił szczeniaka przyjemnym gorącem, gdy ten podszedł bliżej ogniska. Usiedli naprzeciw siebie, żaden z nich nie śmiał zburzyć otaczającej ich ciszy. Dusza Anubisa była jakby na wpół przezroczysta, mieniła się jednocześnie szarością, czernią i bielą, co było dla małego wilczka niebywałym zjawiskiem. Nie były to ciapki, o nie. Ani cętki, ani łaty. To po prostu kompozycja stworzona z jedynych barw, które znał. Była inna niż wszystkie, może dlatego, że też widział dusze, tak samo jak on. Małej główce Mino ciężko było to pojąć, ale przynajmniej doszedł do najbardziej, jak mu się wydawało, prawdopodobnego wniosku.
- Tak się działo, odkąd pamiętam. Mój brat nie ma takiej mocy, może mu to przyjdzie jak dorośnie. Mama mówiła, że moim żywiołem jest Śmierć, ale na razie nie umiem nic, poza tym, że widzę dusze - wyrzucił z siebie szczeniak na jednym wdechu, jakby bał się, że jego słowa mogą sprawić, że zapadnie się ziemia pod ich łapami. Bardzo pragnął teraz zobaczyć wyraz twarzy basiora, a mógł jedynie czekać na słowną reakcję. Czasami ślepota była wyjątkowo niekomfortowa, uwierająca jak za ciasny but. Ograniczała jego percepcję, a właśnie teraz chciał się przekonać, co jego rozmówca myśli, zanim wypowie pierwsze słowo, zanim usłyszy ton jego głosu. Anubis dość długo milczał, co napawało serduszko Mino coraz większym przestrachem.
- Powiedziałem coś nie tak? Może nie powinienem się tak szybko zwierzać... Niektórzy moi przy... nie, po prostu inne szczeniaki z naszego poprzedniego stada. Bali się mnie przez mój żywioł. Przez mój kolor sierści. Wszyscy byli biali, ja i Luka byliśmy czarni. Ale on nadrabiał swoim charakterem, ja nie miał nic do zaoferowania i...
- Tu zaczynasz od nowa, Mino. Twoja moc jest bardzo interesująca i chcę wiedzieć, jak się rozwinie. Powinieneś ćwiczyć, próbować rozmawiać z duszami. Któraś się już do ciebie odezwała?
Wilczek zmarszczył pyszczek w wyrazie zamyślenia.
- Zwykle nie, niektóre mówią jedno, najwyżej dwa słowa. Zazwyczaj po prostu za mną idą, nie wiem, dlaczego.
Powiedzenie o tym, nawet jeśli to tylko czubek góry lodowej jego stłamszonych uczuć, było ulgą. Luka zwykle mógł go tylko wysłuchać, a teraz, zdaje się, że trafił na wilka, który będzie potrafił mu wyjaśnić parę rzeczy, a może nawet poprowadzić?
- Czuję, że dzieje się tu coś niedobrego. Coś wisi w powietrzu. Luka tego nie widzi, bawi się w najlepsze z innymi szczeniakami. Ale ja to czuję. Tak jakby … zapach śmierci...? - szepnął Mino, wbijając w Anubisa poważne, dojrzałe spojrzenie niewidzących oczu. Wyobraźnia skleciła pokraczny obrazek rozmazanej twarzy, której przecież nigdy nie zobaczy. Była to tylko plama szaro-białego cienia, lecz miała więcej wyrazu niż kiedykolwiek.

<Anubisie?>

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Od Apollo Anubisa Aina CD Mino - ''Zawsze dwóch ich jest"

Dzień. Dzień. Czyż to nie tak, że wszystko się zaczyna i kończy. I życie. I dzień. I każda godzina. Nie ważne jak bardzo się tego nie chce, kończy się nawet czas. Dobry i ten zły także. I to była pocieszająca myśl. Zważając na każdą zaistniałą w watasze sytuację, pocieszało Anubisa to, że kiedyś wszystko się ustatkuje. Nie będzie takie samo dla nikogo, może poza nim samym. W końcu zawsze samotny, niekiedy tylko opiekujący się szczeniętami w tym okresie, będzie dalej samotny. Z dala od tłumów, znający pobieżnie najważniejsze zapachy i głosy. Ie ważne gdzie by go życie porzuciło, zawsze będzie jak ta jedna wyspa pośrodku morza. Omiatany falami niesprawiedliwości i uczuć, zawsze stojący twardo w swoich ramach.
Dzień. Ten zaczął się jak każdy inny. Zajrzeć czy ktoś nie chce porzucić mu swoich szczeniaków, dzisiaj nie? Cudownie. Potem spacer. Jego długie nogi brodziły w zimnym śniegu słuchając jego słodkiego chrupotu. Może zima nie była najgłośniejszą porą roku pod względem harmonii i ptasich śpiewów, jednak ten dźwięk uginającego się w zwartą masę puchu pod łapami był kojący wystarczająco aby dać mu odrobinę spokoju. Od popadnięcia w wir całkowitej nudy ratowały go jeszcze nocne przechadzki, słuchanie słów i wbijanie pyska w górę. Ku niebu, jakby kiedykolwiek miał w nim zobaczyć coś więcej niż tylko przegniłą czerń. No i dusze. Zmarli tańczący po ziemi swoimi zimnymi krokami. Migrujący z kąta w kąt tak samo zagubieni w świecie co on sam. Widział trochę tej analogii, że spędzając z nimi swoje życie przybrał wiele ich cech. Jednak nie dbał o to, bo nigdy mu to nie przeszkadzało.
—Dzień dobry. — cichy głos odbił się od jego uszu niczym słodka melodia słowików. Westchnął głęboko.  Od razu zawęszył. Zapach młodego futra, które nie przesiąkło jeszcze milionem zapachów innych wilków. Nieco zmarznięte łapy dreptające dziurę w miejscu, w którym stał. Przed nim, stał szczeniak, a Anubis przecież lubił szczenięta. To właściwie jedyne towarzystwo które dobrze znosił.
—Dzień dobry. — odpowiedział zwracając się przodem do rozmówcy. Głowę nadal trzymał dość wysoko niepewny jak nisko ma ją opuścić aby jego zimne ślepie wbiły się w niewielkie ciało. Za mało dotarło do niego jeszcze głosu aby wiedział to tak dokładnie. Za mało i zbyt niespodziewanie.
—Twoja dusza jest bardzo ciekawa. — uchylił głowę. Zamrugał dwa razy i rozchylił pysk. Czyżby jego dusza na prawdę była ciekawa? Skąd taka konkluzja? Nietypowy to był rodzaj komplementu, jednak kiedy rozmawia się ze szczeniakami w rachubę trzeba brać wszystkie możliwe sytuacje i słowa.
—Dusza powiadasz? — jednak zaciekawiło go spostrzeżenie nieznanego mu malca. Czyżby wśród żywych stąpał ktoś poza nim, komu przypadł zaszczyt przyglądania się życiu w zaświatach? — Skąd możesz to wiedzieć? —
—Widzę ją. — odparł drugi głos po chwili ciszy, ewidentnego zawahania i zastanowienia. — Jest inna niż wszystkie, które widziałem. Nawet te martwe. Jest taka... nie wiem jak to opisać...—
—Martwe ... — powiedział dość głośno chociaż słowa miały być skierowane wyłącznie do niego samego. Szczeniak poruszył się przed nim niespokojnie wprawiając śnieg w ruch. — Wybacz. Miałem to powiedzieć do siebie, a chyba wyszczekałem się odrobinę za głośno. Widzisz dusze tak?
—Tak? — dzieciak chyba był zestresowany, chociaż jego głos nie drżał tą emocją za mocno. Jednak nuty tych tonów Anubis doskonale znał.
—Nietypowa moc. Bardzo nietypowa. Pierwszy raz spotykam wilka, który widzi duchy, a który nie jest mną samym .— przyznał nieco pokrętnie, jak miewał niekiedy w zwyczaju, kiedy zapominał, że jego rozmówcą jest ktoś młodszy, kto niekoniecznie przywykł do takiego sposobu ubierania swoich myśli w słowa.
—Ty... Ty też widzisz dusze? — słowa te nieco odbiły się w jego umyśle echem. Cichym i sączącym się powoli ponownie przez umysł aby dotrzeć w jego najgłębsze zakamarki.
—Można tak powiedzieć. Tak. — przytaknął słysząc jak malec pochodzi bliżej. Nieco może za blisko , jednak ślepemu w zupełności to nie przeszkadzało. Jednak mimo wszystko zdawało mu się jakby mróz i wiatr stały się nieco bardziej uporczywe.  — Czuję, że chcesz pogadać. Może usiądziemy, gdzieś pod kamieniem, żeby wiatr nie dręczył tak naszych ciał? — skrócił swoją wypowiedź znacznie, aby znowu nie wyszła bezsensowna plątanina słów w równie bezznaczeniowym zdaniu. Teraz tylko znaleźć kamień, a zimą jak zimą. Wszystko zdawało się być zupełnie inne, a jego wydeptane ścieżki zacierały kiedy na przeszkodzi nie stawały krzaki, a jedynie pnie drzew. —Albo jaskini. Będziesz mógł pytać o co tylko zechcesz...

 

<Mino? >

tak wiem, daleko nie pociągnąłem ale... małymi kroczkami do celu. Muszę jeszcze wyczuć twojego wilczka...