Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kapral. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kapral. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2024

Od Kaprala - "O wschodzie słońca, ja siedzę i płaczę"

Kapral. Kimże jest Kapral jak tylko nie eksperymentem. Nic nie wychodziło. Całe jego plany opadały w nicość i kurz, jak on zbierał się z podłogi. Dychał i parchał, a jego ciało powoli rozpadało się, niestabilne, jakby nagle los chciał przeszkodzić mu w przywróceniu swojej miłości. Ale nadal działał. Działał jak zażarty żołnierz działający dla swojego państwa. Chciał żyć tylko dla niej, tej która w słoiku przy życiu. Tej która dała mu życie i jakiś w nim sens. I on nie zamierzał poddać się bez walki bardziej zażartej niż sztorm żre statki ku ich śmierci. Łapami trzęsącymi się i ledwo żywymi składał narzędzie, które i jego utrzyma, a jego wspomnienia zostawi na przyszłość. Nie miał ciała na zapas, nie miał zapasu w ogóle. Jego eksperymenty, nawet te żywe gdzieś przepadły, zabrane lub upolowane przez ludzkie ręce, które niegdyś Kapralowi tak bliskie, teraz wróg wyrwany prosto z serca i do serca. Z nienawiścią majsterkował i płakał. Jak nigdy, on płakał.
—Kapral będzie tęsknił. Obyś ty i Kapral przetrwali to razem. — i jak mówił tak płakał. Wsparty o stół własny łeb roztrwożył i wkrótce ciało porzucił, samemu stojąc teraz u boku swej kochanej. I w nadziei, że ktoś ich znajdzie, w tej norze wyrytej pod starym dębem w WWN.
I tak jego laboratorium opadło w kurze i brudy. I może wkrótce. I może kiedyś, wróci do swojej wielkości dawnej i cudownej. A dwa umysły połączą znowu swoje ręce. A teraz niech siedzą tam na stole. Niechaj czekają.

 

<END>


Odchodzą!

Apollo Anubis Ain - powód: śmierć

Kapral - powód: podróż na obczyznę

czwartek, 4 stycznia 2024

Od Kaprala - "Jak bożyszcze na niebie, tak bóg na ziemi" cz.3

Kapral. Cóż to za dziwne stworzenie. Niby wilk, ale z drugiej strony wydaje się że nie do końca. Jego ciało wygina się i porusza nieco nienaturalnie, a z klatki piersiowej jakby nie było słychać serca. Chude nogi, chude ciało z plecami wygiętymi w nienaturalny łuk.

Czym ty jesteś Kapralu, powiedz nam?

Ale on milczy. Tylko jego głowa i myśli wiedzą, kim jest i skąd pochodzi. Bajeczki o watahach w których to nie był śmiały się pod nosem innych wilków, które o Kapralu wiedziały tylko we wspomnieniach. Ktoś kiedyś taki był. Zniknął. A Kapral siedzi pod ziemią, zaszyty głęboko w swoich norach, jaskiniach, które starannie wyżłobił w ścianach z małą pomocą. Tam przebywa pośród swojego szaleństwa.

Ale kim ty jesteś Kapralu…?

A on odpowie Ci: Bogiem. I na tym poprzestaje jego egzystencja. Osiągnął maksimum, Lae nadal był daleko od swojego celu. Jego łapy przebierając we własnym ciele w poszukiwaniu odpowiedzi. On je złożył. Sam. Czy był wilkiem? Może teraz, na pewno. Czy jest tylko wilkiem? Kto wie. W tych czasach tylko wątpienie prowadzi do odpowiedzi, a Kapral wątpił i pytał, dzień w dzień. Czy aby na pewno jestem Bogiem. A odpowiedź zawsze była ta sama. Tym jedynym. Stworzycielem.

Czy jesteś… Kapralem?

I na to odpowiedzieć nie chciał, czy nawet nie umiał, kto go wie. W głowie geniuszy siedzi miasto ,a w tym mieście setki myśli. Czy on wie kim jest, czy jest tylko swoim własnym ciałem i celem scalonym w jedno istnienie. Jeśli dąży się do tego celu po trupach, to może nawet to ciało nie ma większego znaczenia. Ciało można wymienić – odparł. Ciało to tylko naczynie. Naczynie które da się stworzyć, dla zagubionego umysłu.

-----------------------------------------------------

Kim on był żeby kwestionować jej decyzje.
—Liliano. — szepnął tylko. Lucius wiedział. On wiedział, że jej pomysły zawsze były nieco impulsywne, nieprzemyślane. A jednak jej intelekt zaskakiwał go na każdym kroku.
—Urodziło się. Jest zdolne do rozrodu. Zadbajmy o nie! — Odparła. Jej obcas stukający o posadzkę, małe stworzenie w ramionach. — Jak zwierzątko. Niech ma nas wszystkich za rodzinę. Przyniesie nam to sporo korzyści. —
—Czy ja wiem. Oni mają wpisaną dzikość w serca. W geny wbite instynkty. — Lucius wziął łyka kawy. Jego serce biło namiętnie, za szybko aby je uspokoić spokojnymi oddechami. Adrenalina i strach przeszywały jego ciało, ale z zewnątrz…  Z zewnątrz był jak kamień. Dobre oparcie, dla jej szaleństwa.
— Ma w sobie człowieka. Ma w sobie człowieczeństwo i już nawet nie przypomina tego monstrum, którym była jego matka. Wychowajmy je na nasz obraz, niech myśli że tu jest bezpiecznie. Stwórzmy jej partnera. Niech nada się do celów znanych tylko nam Luciuszu. Tych znanych tylko nam. — jej oczy, tak ciemne od pragnienia wbiły się w jego duszę, wyczytując każdą emocję zza tych małych okularków na nosie. Mężczyzna wątpił wtedy i przez całą tą drogę. A stworzenie rosło.

-----------------------------------------------------

—Jaki to ma sens, powiedzcie Kapralu. — mruknął do siebie. Jego oczy wbite w stworzonko, które zaglądało na niego z błogim uśmiechem zza szyby. — Nie. Nie nadaje się, to nie to. — ale mimo wszystko ciężko mu to przez gardło przeszło. Jego łapy wydobyły to małe stworzonko. Wielkości dziecka, szczeniaczka, tylko spaczone przez jego wymysły. Nie wierzgało, nie płakało, ale też nie gryzło. Obok nich, na stole, nieco zamokła kartka patrzyła na ta sytuację.

P. E – 4.06

Czas trwania: 10 księżyców

Oczekiwania: Brak rozwoju wielkości. Brak danych. …

Inteligencja: Brak danych. Podejrzenia inteligencji , a może i świadomości.

Kapral tak niedawno wrzucił zarodek do szkiełka. Było małe, miało rozwijać się miesiącami, w końcu eksperymenty takie jak P — 684, miały już po 30 księżyców. Czy to możliwe, żeby coś tak małego rozwinęło się tak szybko? Możliwe. A na dowód Kapral właśnie trzymał to małe stworzenie szukające ciepła w jego futrze. Zaskoczony tym efektem przysunął je do siebie, chowając między brązem swojego ciała. Małe to było, a Kapral nigdy nie trzymał szczenięcia w łapach, a jednak przytuliło się do niego. Ukojone ciepłem jego ciała wydało z siebie zadowolony mruk, jakby rozumiejąc.
—To mogą być instynkty. — Kapral pokręcił głową. Przywykł nie przywiązywać się emocjami do tego co tworzy, bowiem czasem to przeżywało tylko chwilę. Ale jednak coś w jego głowie zataczało koła. Porwał swoje notatki w łapy.

Eksperyment stworzenia ciała idealnego, stworzenia myślącego istnienia. Kapral użył: płynów klasycznych, płynów białych i 4 kropli krwi wilczej, pobranej od młodego osobnika. Krew była świeża.

Dobrze, pomyślał. Może to świeżość krwi, lub jej ilość.

Materiał zarodkowy został stworzony z końskiego, krowiego, pajęczego i wilczego DNA.

Dobrze, pomyślał. Może to koń lub wilk to spowodowały.
—Stefanie. — zawołał. Stworzenie powoli przywiodło się do niego, posuwając ciałem po kamieniu.
—Słucham, Kapralu. — odpowiedziało. Pierwsze myślące, pierwsze jego udane, ale jednak takie zaprzepaszczone.
—Z jakiego konia były te kawałki? —
—A pierwszego lepszego, chorego. — tak. Kapral wiedział, on wiedział, że Stefan, ten zniekształcony wilkopodobny stwór nie mógł gonić za rosłym osobnikiem.
—A ta krowa? —
—Z pastwiska, panie. — odrzekł od razu. — Ciężarna, to i nie uciekała za prędko. —
—Pająk? Kim był pająk? —
—Wisiał w kącie naszego domu. — Stefan pokiwał pyskiem, jego nos opadając w górę i w dół.
—Kapral rozumie. A ten wilk. Bo nie ja… Kim był ten wilk? — Kapral poprawił okulary, małe stworzonko zamruczało przy jego klatce piersiowej posyłając drgania wzdłuż kręgosłupa.
—Kapralu, wilk ten nie był ranny, ani chory, ale przerażony. Jakiś młody, jak go zastałem w jego domu. Tylko odrobinę sierści. — Odparł Stefan, jego dziwny uśmiech na dziwniejszym pysku.
—Wilk. Czy ten wilk.. Przemówił do ciebie? —
—Tak. I rzucał kamieniami, jak się zbliżałem. — Stefan pokiwał głową. Jego oczy niemo wskazując na guzy. Ale Kapral już nie patrzył. Jego oczy wbite w notatki, gdzie trzęsącą się łapą podkreślił wilka.
—Więcej danych… — mruknął do siebie, a jego łapa przesunęła po gładkiej sierści nowego nabytku. Odszedł od stołu po poprawkach. Dawno nie był na powierzchni, ale musiał coś upolować, w końcu Stefan tego nie zrobi. Kapral zawinął „szczeniątko” w kawałek tkaniny. To fuknęło, jego oczy otwierając się rozumnie. Czymże było… Otóż mieszanką, zdaje się doskonałą. Cztery pary dłuższych lub krótszych nóżek zaciskały się na ciepłym kocu, para białawych oczu wpatrywała ze zrozumieniem W Kaprala, z dwa małe rogi schowały się całkowicie w cieple. Cichy pomruk Kaprala rozpłynął się w powietrzu, a potem wyszedł.

A na stole została kartka. Ta sama, już nie przemokła, przetarta ściereczką i schludnie ułożona w suchym miejscu

P. E – 4.06     Centa

Czas trwania: 10 księżyców

Oczekiwania: Brak rozwoju wielkości. Brak danych. … Inteligentne, nieduże stworzenie o wielu kończynach. Piękne oczy i jeszcze piękniejszy umysł

Inteligencja: Brak danych. Podejrzenia inteligencji , a może i świadomości.   Świadome ruchy kierowane instynktem, błysk w oczach. Kapral… Kapral ma dobre przeczucia.

 

-----------------------------------------------------

— I jak chciałbyś go nazwać? — dzieciak stawał już na łapach, na nogach, jakkolwiek można byłoby określić jego kończyny.
—Nazwać. Emu…— ale przerwała mu. Jej usta miękko lądując na jego własnych. Lucius tylko odetchnął. Wiedział do czego zmierzała, dlatego kiedy je zabrała skrzywił się nieco, jakby słysząc jej niemą propozycję w głowie. — Dobrze wiesz że przywiązywanie się to zły pomysł. —
Ona tylko zmrużyła oczy.
—A jednak ty się tego podjąłeś. — doskonale wiedziała jak na nim zagrać. Jej ręce na jego ramionach, te oczy, które tak kochał, wbite w jego twarz. Odetchnął ciężko. Przywiązał się. To prawda. W więcej niż tylko metaforycznym tego słowa znaczeniu. Kochał ją, całym sercem i oddałby jej świat, gdyby tylko mógł. Ale ona to coś innego. Coś czego nie widział w tym monstrum potykającym się u jego stóp.
—Pierra. — Odparł. Jego oczy zwrócone ku kartce z notatkami. Jej ręka sięgnęła nad jego ramieniem, długopis przekreślając oryginalną nazwę i pięknym, zadbanym pismem pisząc: Pierre u szczytu kartki.
—Bardzo dobrze. Ładne imię. — dała mu całusa w policzek. A on wiedział, że nazwał to monstrum tylko dla niej…

Tylko dla niej… Prawda?

-----------------------------------------------------

CDN.

 


czwartek, 21 grudnia 2023

Od Kaprala - "Jak bożyszcze na niebie, tak bóg na ziemi" cz. 2

2.10.2 – A

Czas trwania: 10 księżyców

Oczekiwania: Wilkopobodny stwór na wysokich łapach, tyle łapy zniekształcone – wymagają kopyt, brak dolnej szczęki – wymagany implant.

Inteligencja: znikome ślady rozumienia pojedynczych słów, brak świadomego ruchu oczu

 

P — 684

Czas trwania: 20 księżycy

Oczekiwania: Masywny, niedorozwinięte przednie kończyny – oczekiwane kikuty, zalążki skrzydeł – prawdopodobieństwo umiejętności lotu znikome, Wydłużony pysk i brak mięśnia brzuchowo-językowego. Oczy osadzone za płytko.

Inteligencja: śladowa ilość relacji na słowa –oczekiwany brak możliwości rozumienia, oczy poruszają się za wskaźnikiem.

 

#1 — 3.20

Czas trwania: 2 księżyce

Oczekiwania: Masywne ciało, brak kończyn

Inteligencja: brak oznak inteligencji – powód: zbyt wczesne stadium rozwoju

 

Kapral odłożył trzy kartki. Zielona i niebieska poświata jego wynalazków rzuciła się na ściany przylegając do nich jak farba i tylko przemieszczając się wraz z ruchem powietrza wewnątrz tub. Trzy. Były ich trzy. Jego nowe dzieci, kwitnące w sterylnym otoczeniu. Jedne rozwijały się szybciej, drugie wolniej. P — 684 był już na skraju gotowości, jego skóra potrzebowała jedynie porosnąć teraz odrobiną sierści. Kapral jedyne czym był zawiedziony w jego przypadku, był kompletny brak inteligencji, a przynajmniej takie podejrzenia. Stworzenie nabawiło się w ostatnich dniach zeza, więc i poruszanie oczu za przedmiotem zapisane parę nocy temu było tylko smętnym wspomnieniem. Do tej pory jedyną oznaką umysłu w tym padole śrub i cieczy był Karal sam w sobie i Stefan, który ograniczony fizycznie nie za wiele mógł mu pomagać.

Kap, kap, kap

Ściekająca  sufitu woda uderzała w wiadereczko postawione pod jej źródłem. Zapasy wyciekały zupełnie jak ona, a więc Kapral łapał się za wszystkie drogi odkładania potrzeby wyjścia na zewnątrz jakie istniały. A więc zbierał źródlaną wodę okapującą z sufitów jaskini oraz jadł padlinę, którą przynosił mu Stefan.
—Kapral nie wie już co z tym poczynić. — wilk rzucił papierami o kamienny blat. Nie miał powoli już siły i cierpliwości żeby czekać na rezultaty, a jednak nadal spoglądał tak tęsknie w kierunku tub. Do czego on tak właściwie zmierzał. — Na kiego ci to Kapralu? Ty życie tworzysz, zabierasz jak Bóg. — rzekł do siebie. Jego łapa przetarła jego skronie. — A jednak jesteście przyjacielu tak daleko od swojego celu… Te papiery temu świadectwem. Twoje dzieci, Kapralu, dzieci z twojej własnej krwi i żadnej inteligencji za tymi oczyma. Chciałeś wilka stworzyć od zera, na myśl swoją, identycznie ambitnego i z inteligencją, która przekracza twoją, a do tej pory masz papkę i Stefana!—
—Czy coś nie tak ze mną? — Stefan stęknął zza jego pleców, nieco niewinnie i naiwnie, jego ton zupełnie zanurzony w dziecięcej niewiedzy.
—Nie Stefanie, ale też nie do końca. Kapral popełnił błędy w tworzeniu ciebie, a tyś pierwszą oznaką inteligencji skazany został na ciało, które Ci nie służy i służyć nigdy nie będzie. — Kapral pokręcił głową. Kartki złożył w schludną kupkę zaraz przy gęsim piórze zanurzanym w granatowym atramencie, skradzionym swojego czasu z ludzkiego laboratorium. Jego oczy przemknęły po ścianach jego przybytku, zupełnie nowego, jakby los uśmiechał się do niego z tych ścian.

Jam ci dał życie – ja los – i ja dyktuję jak ono przebiegnie.

Ale Kapral wystawił jedynie swoje kły w szaleńczym uśmiechu. Ach, pamiętał on te białe ,sterylne ściany laboratoryjne, przesiąknięte zapachem chemikaliów. Duszące opary, które tłumiło się maskami, a które i tak atakowały płuca po dziesiątkach lat spędzonych przy próbówkach. Kapral, niegdyś Lucius, miał życie jakich mało. Był bogaczem, miał chyba nawet żonę, chociaż bez dzieci. Fascynowały go eksperymenty, ale niektóre zachodziły za daleko. „Zmarnowany potencjał” – tak, w ten sposób nazywali go wszyscy dookoła. A ile razy wylądował w tych bielszych ścianach, kaftan bezpieczeństwa otulający jego zdrętwiałe ręce. Oh Kapral pamiętał. I Kapral nie zapomniał. Teraz nie było wracać do czego ciałem, jedynie myśli czasem powracały w te miejsca, które stanęły w płomieniach i przepadły z czasem. Kapral, przepraszam, Lucius znalazł miejsce wśród ludzi, którzy go szanowali….

----------------★--------------------------------------------------------

Lucius wyklepywał na swoim biurku palcami pewien rytm. Raz, Raz, pauza, dwa, trzy, raz, raz, pauza. Nuta, Nuta, pauza i dwie półnuty. Jakby w transie. Koiło to jego nerwy kiedy czytał kolejny raport oddany w jego ręce przez jednego z „uczniów”. Oczywiście, był pełen błędów – przynajmniej taką nadzieję miał Lucius. W końcu jak inaczej wytłumaczyć, że ich krzyżówka kota z krową zdychała właśnie na wrodzoną chorobę płuc. Ich mieszanka wilka z ptakiem dyszała ciężko, a jej kości uginały się pod ciężarem ciała.
—Trzeba zmienić parametry. — odparł w końcu na głos.
—W czym znowu? — zza jego pleców, z drugiego biurka, odpowiedział mu damski głos. Była to Liliana, jego wierna partnerka w przedsięwzięciach jakie wykonywali z dala od ludzkich oczu.
—Ten ptaszur, jak to tam nazwaliśmy… E404 czy tam Emu404… Umiera na osteoporozę. Za dużo kości złamało się w jego ciele, klatka piersiowa zapadła. Kości były puste, jak u ptaka. Za dużo masy, więc albo musimy zamienić parametry całkowicie i stworzyć ptaka wilka niezdolnego do lotu, albo zdecydować się na inne rozwiązanie. — po wypowiedzeniu swoich słów na głos usłyszał tylko głuche łupnięcie. Kiedy się obejrzał, poprawiając okulary na nosie, domyślił się, że to młoda kobieta właśnie rzuciła książką o biurko.
—Przebrzydłe stworzenie. Jest na świecie tyle wilków ze skrzydłami, które tak łatwo wzbijają się do lotu, a my nie umiemy zrobić własnego! — sfrustrowana wstała z krzesła aby zaczać krążyć po pomieszczeniu niczym sęp. Pomagało jej to. Ruch sprawiał, że myślało się jej prościej, a emocje opadały znacznie szybciej.
—Mamy chyba jakiegoś przymkniętego, prawda? —
—Niewiele nam to daje. My próbujemy stworzyć mieszankę. Ptaka i wilka. Nie wilka ze skrzydłami. One nas nie obchodzą. Nie mówią nam też za wiele, jakby języki im poobcinało, a dobrze wiemy że niektóre potrafią. — jej obcasy stukały rytmicznie o posadzkę, a ta jedna płytka połamana na pół skrzypiała pod jej stopą kiedy po niej przekraczała za każdym razem. W ten sposób Lucius liczył powoli w myślach ile zrobiła już okrążeń, bez spoglądania w jej kierunku. Jego oczy, zza szkiełek, patrzyły się na kartkę.
—Prawda. Te anomalie jakoś latają, ale nasz poleciałby chętnie, tylko jego kości nie pozwalają mu oddychać. —
—ODDYCHAĆ! A po co mu oddychanie do cholery! — fuknęła kobieta, nieświadoma, jak wiele myśli wbiła w głowę swojemu współpracownikowi. Ale to szybko zostało przerwane. Drzwi do pokoiku otworzyły się z hukiem ,a w nich stanął grubiutki i niziutki mężczyzna w kitlu.
—Szybko! Kotoria! Ona rodzi! — żachnął się zadyszany, podpierając jedną ręką o framugę. Lusius i Liliana spojrzeli po sobie, oboje natychmiast udając się w pościg z czasem. Wyminęli swojego towarzysza i ruszyli. Kręte i ponure korytarze o słanym oświetleniu prowadziły w nieznane nikomu miejsce, niczym labirynt wijąc się przez metry podziemnych wykopalisk, z dala od ludzkiego wzroku. Tylko ci którzy je zamieszkiwali doskonale wiedzieli dokąd muszą się udać. Robili wiele skrętów, nabierając tępa, a ich buty pozostawiały za sobą echo. Nieprzyjemny chłód panował w pomieszczeniu do którego wpadli z impetem. Ona na przedzie z długopisem i notatnikiem od razu zakleszczonym hardo w jej ręce.
—Ile minut? — Lucius otworzył parę szafek i wydobył dokumenty jakie mieli na temat stworzenia zamkniętego za kratami. To była ich duma. Jedyna w miarę stabilna duma, którą udało się odtworzyć trzykrotnie, pozwalając na próby przekazywania jej cech na dalsze generacje.
—Niewiele ponad dwadzieścia. Ledwo zaczęła. — oznajmił naukowiec stojący niedaleko, poprawiając okularki na nosie. Te były zdecydowanie za małe, ale przynależały tylko do czytania, więc nie stanowiło to problemu poza śmiesznym dodatkiem do jego wyglądu. To był Asmodius. Bardzo ceniony w ich gronie człowiek o wielkiej wiedzy, chociaż nieprzystępnym charakterze.
—Dwadzieścia minut. — powtórzył Lucius, jakby mantrę jeszcze parę razy. Jego oczy przeszukiwały tekst dokumentów jakie trzymał w rękach. Zapiski prowadzone były starannym i dbałym pismem, zupełnie niepodobnym do jego czy Asmodiusa. Tym samym pismem, które właśnie pojawiało się w ciasnych linijkach w notatniku Liliany.
—Nie szukaj, nic nie znajdziesz. — odezwała się w końcu.
—Znajdę. Np. budowę wewnętrzną. — odrzekł jej od razu. Lucius dumnie rzucił potrzebnym mu dokumentem na mały stolik i wpatrzył się w monstrum z jakim mieli do czynienia. — Kotoria, pół człowiek, ćwierć kot i ćwierć koń. Interesujące połączenie prezentujące nam anomalię życiową…—
—Przynajmniej stabilną, żeby nie załamać się sama pod sobą. — Asmodius odetchnął ciężko.
—Zobaczymy czy nie załamie się pod dzieckiem… — Lucius nie był dobrej myśli. Ich stworzenia nie były przystosowane do takiego wysiłku, a oni nigdy nie mieli do końca pojęcia jak skończą się porody. Zdarzyło się im parę razy, że matki przeżyły ten moment, tracąc życie niedługo potem. — To się nigdy nie kończyło dobrze, a patrząc na skany USG, dzieciak złamie jej miednicę wychodząc. —
—To niedobrze… — Liliana zastukała długopisem w kartkę, jej nogi przeskakując cichutko z miejsca na miejsce.
—Niedobrze? — Asmodius zbliżył się w końcu do nich, jego białka oczu stanowczo zbyt czarne dla normalnego człowieka. — Co macie na myśli? —
—Miednica stanowi jej organ istoty, jak ja to lubię nazywać. Utrzymuje ona wiele innych organów, zwłaszcza wewnętrznych, w tym jej pokrzywiony kręgosłup. Wisi częściowo na miednicy, więc jeśli ona się złamie, będziemy musieli na gwałt operować, jeśli chcemy zachować ten egzemplarz żywy.—
—Ok., w takim razie zlecę salę. — Lucius odłożył skany i dokumenty z głośnym westchnięciem.
—Zgłoś. Zanim wszystko zacznie się na serio mamy jeszcze z dobrą godzinę. — Liliana usiadła na jednym z dostępnych krzeseł, jej ręka powoli masując zmęczone oczy.

Cała ta akcja zakończyła się tak jak wszyscy wiedzieli, że się zakończy. Dokumenty Kotori wylądowały w czarnej teczce, wpakowane jako kolejne martwe „zwierzę” do szafki z zapomnianymi eksperymentami. Może ona zapomniana nie zostanie, bo bliźnięta przez nią urodzone okazały się być znakomite. Zdrowe, silne i tylko ręcznie trzeba było je wykarmić, ale widać było, że genetyka tych stworzeń stabilizowała się dzięki przejściom między generacjami.
—Smutno mi trochę, że odeszła. Była naszym pierwszym udanym wynalazkiem. — Liliana uwiesiła się na ramieniu Luciusa.
—Mi niekoniecznie. Udany czy nie, wyglądała okropnie. Jej dzieci mają znacznie lepszą postawę. — oznajmił, wolną ręką poprawiając okulary.
—Wiem, wiem. Ale i tak. Sentyment pozostaje. — jej ręka zjechała nieco niżej na jego pierś, zaciskając się na kitlu. Mężczyzna odetchnął głęboko pozwalając damskim dłoniom poprowadzić go do ich gabinetu. On kochał tą kobietę. Kochał ją ponad własne życie i wiele by dał aby spędzić z nią wszystkie następne wcielenia. Jej pocałunki zawsze były ciepłe, ręce łagodne ,a głos czuły. Zawsze tez potrafiła pięknie rozdzielić indywidualność od zbiorowości, jak i związek od pracy. Kobieta idealna. I tylko jego.

----------------★--------------------------------------------------------

Kapral czasami mierzył się z demonami przeszłości. Pomimo, że ta była już dawna i niepamiętna, zbudowana tylko z jego wspomnień nadal nawiedzała go w snach i na jawie. Lucius, którego umysł nadal żył zdrowo w nowym ciele o nowym imieniu, unikał tych cieni. Wiedział, że jego eksperymenty skończyły dobrobyt w jego życiu. Że wszystko co wie, jest tylko iluzją, a bezpieczeństwo jakie daje mu ta skryta jaskinia jest tylko ułudą. Oni gdzieś tam nadal byli, żywiąc się nienawiścią do jego osoby, ale jego zadaniem było co innego. Stworzyć ciało, ciało idealne, na mózg, który nadal trzymał żywy w słoiczku. Dla równie idealnej istoty.

On był żywy.

On bawił się w Boga, aby spełnić niewypowiedziane obietnice.

 

k̸͕͕̜̭͍̜̲̗̩̩̟̾̓̆́́̓͌̋́ͅă̸̡̰͇̜̺͖̝̝͔͇͓̾̀̀͊͒̑̀͂͘̚͝ż̶͕̜̰̘̳̙̮͓̞͇̯͙̄̉̓̍͒̋͆̏̓̅̈͗͐ḑ̶̙̫̥̤͙̩̹̞̙̝̒̈́͂̓̔̑̏̈͜y̷̨̨̼͉͕̤͉̐̎̀͆̈́̋͒̇̿̀͗̀̿̚m̸͔͎̹̔͝ ̶̧͈̥̰͙̪͚͓̘̮̬̙̺͐̄͗́̇̓͝ͅk̸̨̨͚̜̥͖̜͊͗ͅǫ̷̙̩̫̣͇̦̹̃̀̍̀́͑̂̎̃̌̕͘͠ͅš̵̬̿̉̈́̅̅̈́͛̓͌͒͠z̸͖̋̒̆̊͌̾̌́̾̊̂́̑t̴̡̬̽͐̊́̚̚ȇ̴̮̫̯̜̩̈́m̴̨͖̙̜̪͕̫͉̎̓͛͜͝

 

CDN 

piątek, 30 czerwca 2023

Od Kaprala - "Jak bożyszcze na niebie, tak bóg na ziemi" cz. 1

Woda ściekała z krzywego sufitu nisko wiszącego nad głowami. Odbijała się echem po jaskini skrytej głębi ziemi, pełnej pewnego mroku, którego nie szło wyjaśnić słowami. Wejście do niej było sowicie obłożone roślinnością, a znajdowało się w miejscu nieuczęszczanym i zapomnianym przez marną wilczą cywilizację. To tu Kapral i jego zdolna głowa osiedli aby w spokoju i separacji pracować nad planami i projektami jakie czekały ich łapy.
— Kapral musi przyznać, iż długo trzeba będzie czekać. — zamlaskał wilk. Jego łapa przesunęła po szkle leżącym przed nim, a druga powoli przetarła brodę. Niewygodnie siedziało mu się na twardym kamieniu, jednak wiele księżyców temu zapomniał zabrać ze sobą swojej ulubionej poduszki. Jego budowała z kolei nie ułatwiała mu niczego. Był trochę zbyt nieproporcjonalny przez co tylne łapki zawijały mu się u góry. Niczym ludzkiemu dziecku.
zielona poświata jego tub i małych komputerkopodobnych elementów oświetlała pomieszczenie w jakim się znajdował. Było to mdłe światło, wręcz bezużyteczne. Może dlatego też nos Kaprala zdobiły okulary.
—Jak długo?— chrapliwy, ledwo zrozumiały głos zapytał go z boku. Kapral wiedział kto to i nie był także zaskoczony jego ciekawością. Wilk podniósł oczy od fiolki z czarnym płynem. Jego zielone ślepia wyglądały jak dwa małe odblaski nabierając kolorów cieczy płynącej przez rury, zanurzając tęczówki w zieleni tak nietypowej, że nie do odzwierciedlenia w niczym co po tej ziemi by stąpało. Przed jego osoba stało stworzenie niewiele mniejsze od niego, brązowe, łaciate niczym krowa. Koślawe okulary zdobiły wyciągnięty daleko pysk, który zaburzał równowagę chodzenia i siedzenia nieustannie chyląc głowę dziwaka ku ziemi. Brakowało temu także przednich łapek, a tyle stanowiły jedyny środek jego transportu. Czołgał się, chrapał i parskał, dyszał i sapał, a jednak żył. I myślał. Jeden z lepszych efektów pracy Kaprala, szkoda tylko że tak zniekształcony. Chociaż były i takie eksperymenty, które pomimo życia zdeformowane były tak, że nie żyły tak właściwie.
—Kapral, nie wie. To pierwsze stadium jego rozwoju. Kapralowi brakuje jeszcze danych i wiedzy. Bardzo wiele wiedzy brakuje. — wilk sięgnął po kawałek węgielka notując coś na jednej z wielu kartek. Złodziejstwo było w jego naturze, pomimo że nie lubił się nim kalać. Jednak bez niego nie byłby w stanie sklecić swojego reaktora. Nie mógłby prowadzić eksperymentów i nie miałby u swojego boku niezawodnego Stefana.
—Stefciu, Kapral potrzebuje wody. — wilk kiwnął łapą na dziwne stworzenie o niezwykle normalnym imieniu. To kiwnęło głową i powoli, turlając się wręcz, wyszło z jednej z przegród jaskini jaka była ich domem i tylko ich domem. Cisza zapadła na chwilę, zanim woda ponownie uderzyła o kamień, rozbryzgując się z „Kap”.

Kap. Kap. Kap.

Ucho Kaprala zadrżało. Jego oko powoli zwróciło się ku jednej z tub. Łapa automatycznie sięgnęła po jedną z kartek. Podszedł do szklanej obudowy pełnej przeźroczystego płynu. Tam w środku tworzyło się życie. Ludzie mogli to robić, więc i Kapral czuł się w powinności aby i wilki miały ta opcję. Nie było to jednak wcale takie proste zadanie. Tyle eksperymentów przez lata zakończyło się całkowitym niepowodzeniem. Stefan był przykładem wyjątku od reguły. Jego najlepszym do tej pory wyjątkiem. Ale zdawało się Kapralowi, że był coraz bliżej odpowiedzi jakich szukał. Że droga do stworzenia idealnego życia przestawała być taka zakręcona. Czuł, że był coraz bliżej.

Stwór, a raczej czarna masa uwięziona linkami i tubami w płynie poruszyła się niespokojnie, dając znaki życia. Kapral uśmiechnął się notując coś na kartce. U jej nagłówka widniał wielki napis : P – 684 , wytłuszczone niezgrabnym pismem jakim szczycił się naukowiec. Jego łapy bowiem trzęsły się nieco czasami z racji braku wysiłku oraz narządów zbudowanych na nowo. Sam sobie był eksperymentem, jednak to opowieść na inny czas. Teraz skupiał się na życiu jakie przyszło mu tworzyć.

Z zamysłu i obserwacji Kaprala wyrwał znajomy mu dźwięk.
—Kapral mówił ci aby GB – B3 nie ruszać, Stefanie — naukowiec poprawił magiczne okulary i zmierzył wściekłym spojrzeniem stwora wchodzącego do pomieszczenia. Robot wkroczył do wnętrza. Jego metal twardo uderzał o kamień, nie ważne jak naturalnie wyglądał jego chód. Kabelki zwisały z jego złączeń, podarta skóra, zszyta resztkami nici wisiała na nim jak szata na biedaku.
—Nie mogłem chwycić kubka. — wymówił się. Kapral tylko pokręcił głową wyrywając inteligentnemu stworzeniu pilot z łapy. Zdjął wodę z głowy GB – B3 i odetchnął.
—Roboty i woda nie łączą się. — odparł tylko, upijając łyk cieczy. GB – B3 szczeknał metalicznie. Jego dźwięk odbił się od ścian kiedy kolejna kropla wody spadła do wytwarzającej się kałuży w rogu. To GB – B3 było robotem ręcznej budowy. Sterowany manualnie, wykonujący bezwzględnie komendy. To nie było życie jakiego szukał Kapral, a jednak robot zdawał się na coś. Jakby go dobrze jeszcze przywdziać w ładniejsze szaty, mógłby przejść za szczeniaka. Jednak do tego musiałby Kapral, nasz nieszczęśnik, zorganizować sobie ciało martwego wilka, a ostatnio nawet starcy trzymali się w WWN lepiej niż on sam. Kapral odetchnął. Nie czas było na rozmyślanie. Jego łapy sięgały po czytą kartkę i jakieś zapiski. Powoli, w skupieniu zaczął przepisywać informacje:

2.10.2 – A

Czas trwania: 4 księżyce

Oczekiwania: Psopodobny wygląd. Długie łapy.

Inteligencja: ----

Zawahał się co wpisać w tej rubryce. Oh ile by dął aby jego eksperyment nie okazał się być tylko kolejną kępką mięśni i tkanek bez większego kalibru ruchów. Czy może chociażby myśli za uszami. W końcu do tej pory był tylko on i Stefan.  Jego łapa przerzuciła węgielek między palcami. Odetchnął ciężko i zaznaczył nie. Z trudem uzupełnił resztę informacji i po chwili mógł przejść do ulubionego wydarzenia. Otworzył jedną z większych tub. Powoli wlał zawartość próbówki do środka. Zalał ją wodą. Włożył tuby. Pozwolił prądowi płynąć. Pozwolił płynąć masie i przyglądał się notując, jak szybko czarna zawartość próbówki rozwija się i rozrasta w coś przypominającego zarodek, tyle że większy niż ludzki. To była magia, która Kapral chciał uprawiać. Magia którą niektórzy nazywali zabawą w BOGA.

Ale Kapral w boga nie wierzył.

On nim był.

CDN.


Nowy członek!

Kapral - pustelnik