Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2024

Kawka odchodzi!

Kawka - powód: śmierć

niedziela, 22 grudnia 2024

Od Kawki - „Rdzeń. Nikt nie słyszy”, cz. 3.20

Z oczu naszych dzieci otrzemy ślady łez
Na nas czeka wielki, wspólny świat...

- Nasz świat! - zakończyła chórem imponująca liczba gardeł. Miły dreszcz emocji przebiegł mi po grzbiecie. Treść pieśni była prosta, ale niezwykła energia, z jaką rozbrzmiewała ona w pełnym słońcu, na polanie pękającej w szwach od wilków ogarniętych podniosłym nastrojem, była nie do opisania. Owa uroczysta atmosfera owiała i mnie, serce podrygiwało do rytmu, a nogi same rwały się do tańca. Nad naszymi głowami łopotał sztandar skąpany w zieleni i fiolecie. Zdawało się, że nawet wiatr jest mu posłuszny. 
Szkliwo milczał. Stał u mojego boku, zamyślony, tylko obserwując, jak emocje wokół powoli opadają.
- Nie przepadam za dużymi zgromadzeniami - odezwał się, kątem oka dostrzegając, że mu się przyglądam. - Na polanę może wejść każdy. Sabotażyści mogliby...
- Uciekaj z tymi paranoicznymi myślami. Powiedz mi lepiej, o co chodzi z tymi ich barwami. Zieleń to oczywiście kolor nadziei - zauważyłam. - Ale fiolet? Czy nie kojarzy się przypadkiem bardziej z monarchią niż ze wspólnotą?
- Ma symbolizować wielkość i moc watahy.
- Dziwne - skwitowałam. - A w ogóle ty co taki ponury? - Zerknęłam na niego, ale gdy otworzył dziób, by odpowiedzieć, pytałam dalej. - Źle spałeś? - Zamknął dziób bez słowa i tylko niechętnie skinął głową. Z lekkim uśmiechem, który miał wyrażać sama nie wiem co, współczucie czy może lekki przekąs, oplotłam łapę wokół jego palców.
- Dlaczegoś mnie wcześniej nie zabierał na te wiece?
- Wydawało mi się, że nie jesteś nimi zainteresowana.
- I dalej chodziłbyś na nie sam, gdybyśmy nie sprawdzili. Okropność. - Mój uśmiech w mgnieniu oka zamienił się w czysto porozumiewawczy. - Prawie już zapomniałam, jak to jest, udzielać się gdziekolwiek.
- Chodźmy - mruknął, trochę jakby bez kontaktu, wycofując się na obrzeża zebranego na polanie tłumu. Choć był ode mnie mniejszy i lżejszy, a ostatnio różnica masy stała się jeszcze bardziej widoczna, skutecznie torował mi drogę przez zbiorowisko. W przelocie kiwnął głową mijanej grupce wilków, w których rozpoznałam miejscowych śledczych.
- Towarzyszu. - Niewielki, psowaty, lecz zupełnie niewilczy osobnik, wyrósł przed nami jak spod ziemi. Drgnęłam z zaskoczenia. Szkliwo spojrzał na niego spode łba i uśmiechnął się z nieumiejętnie skrywanymi oporami, ale zanim odrzekł choćby słowem, lis kontynuował. - Sekretarz zaprasza wszystkich swoich współpracowników na skromną kolację po zebraniu. W jaskini, starym miejscu spotkań.
- Na kolację? - Ptak powtórzył z zastanowieniem, licząc chyba na jakiś bardziej obszerne wyjaśnienie. - Nie wiedzieliśmy nic o żadnej kolacji. - Posłaniec przyjaźnie zamachał ogonem.
- Będziemy szczęśliwi, jeśli się pojawicie! - rzucił tylko i potruchtał w głąb tłumu, delikatnym kroczkiem, przez który miałam wrażenie, że wciąż się skrada.
- Idziemy? - zapytałam, widząc, że Szkliwo zatrzymał się i nie podejmuje żadnego działania.
- Taaak - odpowiedział przeciągle. - Nie jesteś zmęczona?
- Ani trochę.
- Dobrze - skomentował lakonicznie, ale podskórnie czułam brak entuzjazmu.
- Za to ty jesteś - stwierdziłam ciszej. - Wolisz wrócić do domu?
- Bez znaczenia. Chodźmy. Poznasz sekretarza, najwyższa pora. - Na jego oczach rzeczywiście błyszczała wilgotna zasłona osłabienia. Powlókł się jak półżywy we wskazanym przez lisa kierunku, a ja powlokłam się za nim, po cichu myśląc, czy da się jeszcze odwieść go od tego pomysłu. Zanim się jednak porządnie namyśliłam, stanęliśmy u wejścia do groty, gdzie już zebrała się garstka członków WWN. Sekretarza wyłapałam wśród nich od razu. Nie dlatego, że jakoś bardzo wyróżniał się z grupy; po prostu moje oczy zdołały wychwycić jego zatrzymany na nas wzrok. Pogodny, uśmiechnięty, a jednocześnie uważny. Podchodząc, skłonił mi się uprzejmie, otrzymując za to taktowne skinienie głową.
- Rad jestem, że przyjęliście moje zaproszenie. Pozwolicie, towarzyszko, że się przedstawię,  jak przystoi. Nie mieliśmy jeszcze okazji bliżej się poznać. Ableharbin, sekretarz Watahy Wielkich Nadziei. - Zabawna wydała mi się sama myśl, że można było nie znać go, żyjąc na naszych ziemiach i mając sprawne oczy, uszy oraz rozum, jednak pozwoliłam mu nacieszyć się tą niewinną prezentacją. - A wy, Kawka, szanowna rzecznikowa, niezawodna asystentka alf Watahy Srebrnego Chabra, a także jej mianowany szpieg.
Moja mina zrzedła w jednej chwili, choć całkiem sprawnie wyszło mi przywrócenie jej wyrazu. WSC nie wymieniała szpiegów na żadnych ogólnodostępnych spisach. Mimo to mogłam się spodziewać, że przywódca watahy stojącej ponad nami już dawno zapoznał się również z tymi tajnymi.
- Towarzysze, poczęstunek przygotowany. - Z wnętrza jaskini wyłonił się pysk jakiegoś wilka.
- Pozwólcie. - Sekretarz z całym wewnętrznym zapasem serdeczności poprowadził nas do środka, gdzie powitał mnie zapach mięsa i leśnych jagód. Rozejrzałam się po obecnych. Wyglądali zupełnie przeciętnie. Może poza tym, że jeden z nich był lisem, a takich niewiele było pełnoprawnymi członkami watah, ale do tego... jak i nieco innego typu odmienności, zdążyłam przywyknąć już wieki wcześniej.
Inny wilk postawił przed nami gliniane kubki. Szkliwo już wziął wdech, by coś powiedzieć, ale sekretarz uspokajająco podniósł łapę.
- Tak, tak, wspominaliście. To parzony rumianek. Próbowaliście kiedyś takiego wynalazku?
Powąchałam zawartość kubka. Rzeczywiście pachniał całkiem ładnie, jak słoneczny dzień, jak letnia łąka.
- Zaufam, że to nie trucizna - rzucił Szkliwo półżartem i wziął drobny łyk.
- Cieszę się, że wreszcie wzbogaciliście nasz wiec swoją osobą, towarzyszko - oznajmił tymczasem Ableharbin. Jakieś usłużne łapy, kładące przed każdym z nas kawałek mięsa, na chwilę zasłoniły mi jego pysk. Basior wychylił się zza nich i kontynuował. - Mam nadzieję, że nie jednorazowo.
- Będziemy teraz przychodzić razem - oświadczyłam.
- Słusznie. W takich wydarzeniach najlepiej uczestniczy się wspólnie.
- W takich? Życie jest po prostu weselsze, gdy można prowadzić je wspólnie.
- Macie słuszność. Co my, wilki, mamy cenniejszego niż wspólnota? - Zrobił znaczącą przerwę. - A wy, towarzyszu Szkliwo? Ciekaw jestem, jak wy patrzycie na to, jako, bądź co bądź, ktoś skonstruowany inaczej od wilka.
- Znacie przysłowie o wronach? - odparł ten, odstawiając na ziemię prawie pusty kubek.
- Obiło mi się o uszy. - Choć głos Ableharbina był niezachwiany, przez krótką chwilę miałam wrażenie, że nadal łączy wątki.
- Ja już jestem trochę jak wilk - mruknął Szkliwo. - Pod wieloma względami.
- A pod innymi wszyscy jesteśmy podobni - rzucił sekretarz wesoło, nie pozwalając ciszy zadomowić się nam w uszach. - Mateczka mówiła mi przed laty, że każdy basior potrzebuje czasem pobyć w samotności, z dala od wszystkich i wszystkiego. Miała na myśli, rzecz jasna, po prostu wszystkie samce. - Zrobił nieuchwytną pauzę. - Nie twierdzę, że nigdy nie mijała się z prawdą.
Wzrok, jakim Szkliwo zmierzył sekretarza, sprawił, że sierść na moim karku zjeżyła się odruchowo. Nie miałam pojęcia, o co chodziło i postanowiłam nie zastanawiać się nad tym zbyt mocno, a zapytać przy okazji. Ableharbin nie zwrócił na to uwagi, a może wcale nie zauważył, przyzwyczajony do podejrzliwości, z jaką jego rzecznik zdawał się podchodzić czasem nawet do błahych spraw.
- Na pewno miała rację - stwierdziłam zgodnie, a zaraz potem posłałam w przestrzeń pytanie bez adresata. - Ale czy dobry na to czas, gdy wszystko dopiero się układa?
Tym razem milczenie zdążyło zapaść, bo Ableharbin, zamiast odpowiedzieć, z namysłem postukał pazurami w ziemi. Stało się to jednak  niepostrzeżenie, bo głosy pozostałych uczestników spotkania, gawędzących beztrosko, przydawały całej jaskini życia i energii.
- Mam dla was dobre wieści, towarzyszu. - Niespodziewanie zwrócił się do Szkliwa. - Jak wiecie, WSJ stoi polami i łąkami. Źródła wysłane tam jakiś czas temu doniosły, że uchowało się u nich trochę słomy, której ludzie nie zebrali po żniwach. Ta słoma niebawem zgnije na ziemi, więc zaproponowaliśmy pomoc w zbiorze. - Szkliwo, uważnie śledząc ruchy warg sekretarza, tylko kiwnął głową. - Dokładniej, zbierzemy plon z ich drobną pomocą, za którą otrzymają jego pewną część. Chcę, żeby reszta przypadła wam. Dwadzieścia pięć snopków świeżej słomy dla WSC.
- Powiadacie... - Oczy ptaka otworzyły się prawie tak szeroko, jakby wcale nie walczyły z demonami senności. - Jak rozumiem, mamy szukać wilków do pracy.
- Wilki są już znalezione i gotowe.
- Więc czego chcecie w zamian?
- Chcę, żeby to było jasne: słoma jest pierwszym, skromnym podziękowaniem za przysługi, jakie wyświadczacie WSJ. I jakich ta wataha będzie potrzebować jeszcze długo.
- Dlaczego WWN nie woli zostawić sobie całej tej słomy?
- Z prostych przyczyn, o nieufny towarzyszu. Po pierwsze, łąki znajdują się na północy WSJ. Łatwiej przetransportować słomę do was. Po drugie, sektor medyczny zużyje najwięcej słomy na posłania, a ponieważ wasz szpital jest teraz najbardziej obciążony, wam te zasoby bardziej się przydadzą. - Sekretarz uniósł kubek i wzrokiem dał znak, by rozmówca zrobił to samo. Gliniane naczynia stuknęły o siebie dźwięcznie. Szkliwo chrząknął i przymrużył jedno oko, szybko przecierając je skrzydłem.
- Dobrze. Dziękujemy.
- Towarzyszu, to drobiazg. Obiecałem, że ta współpraca przyniesie wam dużo dobrego. Nie trzeba płakać - zaśmiał się Ableharbin, a jego głosowi nie brakowało zmieszania, z którego, jeszcze zanim podniosłam wzrok, chwilę wcześniej utkwiony w swoich łapach, mogłam wywnioskować, że nie użył przenośni.
Za dobrze poznałam już Szkliwo, by sprawa mogła mnie jeszcze zastanawiać. Błysk w jego oczach daleki był od łez radości. To były łzy ulgi; strzepnięcia z siebie wyrzutów sumienia, które krążyły nad nim jak burzowe chmury.
Dyskretnie wtuliłam się bokiem w jego bok. Wierzyłam, że jeśli wiadomość uważa za dobrą, będzie dobra dla nas wszystkich. Zresztą cieszył mnie każdy z przejawów życia, które zdarzały mu się coraz rzadziej; gdy na chwilę wychodził zza swojej szyby i pozwalał zwykłym, codziennym emocjom chociaż trochę się poruszyć. „Oj, nie najlepiej z nim”, przemknęło mi przez myśl, gdy poczułam, jak drży. I gdyby spojrzeć na to z innej strony, nie najlepiej z nim było, jeśli nawet z tej studni, w której odmętach wszelkie emocje zdawały się ginąć niczym krople deszczu, ich nadmiar nagle zaczął wylewać się na zewnątrz. Ale mimo wszystko, a kto wie, może po części właśnie dlatego go... chyba kochałam.
Po spotkaniu, z jaskini wyszedł przede mną, jakby bał się, że jakiś nieostrożny przechodzień zahaczy o mój cenny brzuch. Gdy wreszcie znaleźliśmy się poza zasięgiem oczu i uszu świętujących dzień powszedni, mój osobisty towarzysz wreszcie poczekał, aż zrównam z nim kroku. Chociaż zdążyłam już zauważyć, że po opuszczeniu zbiorowiska oczy Szkliwa wyraźnie się rozpogodziły, nie śpieszyłam się zbytnio. Tuż za sercem niosłam tworzące się życie.
- Och, Kawuś, Kawuś, chyba muszę cię częściej zabierać na zebrania.
- A co? - Swawolnie zmrużyłam oczy, widząc, jak jego ogon radośnie tańczy tuż nad ziemią.
- Tyle słomy, żadnym kosztem. Posłania w jaskini medycznej mamy z głowy na całą zimę!
- Chyba polubię tę całą radę WWN. Promieniejesz mi tu, kochany.
- W końcu. W końcu zwraca nam się inwestycja. Wiesz, co to znaczy? Wszystko idzie zgodnie z planem. Tylko to utrzymać. Nie spocząć na laurach.
- Wierzę w ciebie. To znaczy, w nas wszystkich.
Westchnęłam. Ostatnimi czasy poświęcałam wszystkie siły na coś zgoła innego od polityki. Miałam wrażenie, że podobnie robiła cała WSC. Jaskinia wojskowa ucichła i zatopiła się w pokoju. Jaskinia alf wypełniała tylko papierki. Stryjek może nad czymś tam sobie dumał, ale powiedzmy sobie szczerze: ile mógł ze swojego miejsca? W tej walce tylko Szkliwo, jakimś cudem, pomimo swojego niedomagania, utrzymał się na ringu.
- A jak sekretarz przypadł ci do gustu? - zapytał nagle, dla odmiany bez szczególnej namiętności.
- Bardzo sympatyczny. Nie czuć od niego tego politycznego fałszu. Jeśli wiesz, o czym mówię.
- Święta racja. - Jego głos do reszty stracił barwę. - Nie czuć, bo to naprawdę zawołany polityk. To jest w nim imponujące. A jednocześnie upiorne.
Położyłam uszy po sobie. Nie znałam tego wilka na tyle dobrze, ba, nie znałam go wcale. To, co w nim widziałam, a to, co właśnie oznajmił mi Szkliwo, rzeczywiście wcale nie musiało się rozmijać, a fakt ten raptownie wydał mi się bardziej obrzydliwy niż cały polityczny fałsz, jaki czuć było od... większości polityków, których znałam. Wstrząsnął mną nieproszony dreszcz.
- Z innej strony. - Chrząknęłam. - Trochę dziwnie się czuję, widząc, że jest taki młody. Wiesz, nie mówię o tym, o ile jest młodszy ode mnie, tylko tak w ogóle. Taki młody, a udało mu się zbudować sobie taką pozycję.
- W WSC widzi się to trochę inaczej - stwierdził. - Traktuje się władzę, jako ciągłe zdobywanie. A w WWN... - Zamyślił się, jakby żadne określenie mu nie pasowało, a może jakby próbował wygrzebać je spod ciężkiej płachty rozkojarzenia. - Tu po prostu sformułowano ideę w pewnym gronie, a potem wspólnie wybrano tego, kto będzie potrafił najskuteczniej i najszybciej ją wdrożyć.
- A jednak sekretarz ma ogromne poważanie. Imion jego doradców z rady watahy nawet nie pamiętam.
- No widzisz, jak ciągle to chabrowe myślenie z tobą chodzi. Wataha potrzebuje widzieć silnego przywódcę. Jednego, nie wielu. A jednocześnie chce mieć poczucie sprawczości. Jest więc sekretarz i regularne wiece dla całej watahy. A na cóż komu pełna lista współwinnych tego przedsięwzięcia? - zażartował, przynajmniej tak mi się zdawało, choć bez cienia wesołości.
Lato tego roku było dość chłodne, a jesień szybko dała się we znaki. Podczas biegu sierść przenikał zimny wiatr. Łapy ślizgały się na dywanie mokrych liści. Zrobiło się wilgotno i sennie.
- Niedługo zobaczymy się w większym gronie. - W głosie Achpila słyszałam zasłużoną dumę.
- Gdyby nie cała pomoc... - zaczęłam, ale basior jedynie zarechotał chrypliwie.
- Trzeba było tylko naoliwić, śrubki powymieniać i działa, przynajmniej wszystko na to wskazuje.
- Oby tak było. - Usiadłam i poczułam, jak moje przedramiona opierają się o ciepły brzuch. Było w tym uczuciu coś niezwykłego. Ciepło istot, które właśnie tworzyło moje ciało, dawało zapowiedź nowego rozdziału, zupełnie innego od każdego, który do tej pory napisało mi życie.

Z tamtego dnia nie pamiętam wielu szczegółów, choć wydarzył się przecież tak niedawno.
Rankiem wstałam chyba, jak zwykle. Trudno zresztą powiedzieć z pewnością, czy bardziej wstałam, czy podniosłam z posłania swój okazały brzuch. Jemu od jakiegoś czasu stanowczo najlepiej się powodziło. Chociaż jadłam za dwóch, moje łapy schudły, a policzki dyskretnie zapadły się. Tylko on był coraz większy i ciążył coraz bardziej.
Zjadłam dużą porcję sarniny, którą Szkliwo przyniósł od łowców poprzedniego wieczora. Nic szczególnego nie działo się z moim ciałem, ale mimo to jakieś głęboko ukryte przeczucie kazało mi wierzyć, że nadchodzi czas rozwiązania. Napięcie rosło we mnie z chwili na chwilę, więc jeszcze przed południem zaczęłam krzątać się po polance, układać kępy trawy i wyprzątać suche, brzozowe liście, których coraz więcej pokrywało ziemię, byle tylko zająć czymś myśli. Gniazdo było przygotowane.
Potem chyba zasnęłam. Podenerwowanie, z jakim się obudziłam, tym razem wypchnęło mnie z domu, ale narastające uczucie ucisku w podbrzuszu nie pozwalało mi sprawnie się poruszać, a mózg nie wychwytywał zapachów podsuwanych mu przez nos. Niebawem przestał dopuszczać do siebie o jakiekolwiek myśli, oprócz jednej, jaskrawej, o potrzebie umoszczenia się w spokojnym miejscu.
Leżąc pod berberysem i wciskając głowę w poduszkę z trawy, wysłuchiwałam się w pogłos własnego serca. Szybkie uderzenia budziły we mnie dodatkowy niepokój. Czy to powinno tak wyglądać? Czy to zawsze tak boli?
Przyszło mi na myśl, że dobrze byłoby powiadomić Domino, ale podświadomy, prymitywny strach uprzedził zdroworozsądkowe obawy, zagnawszy mnie w ciasny kącik we własnym domu, a ból zatrzymał tam na dobre. Pozostało mi więc oczekiwanie na powrót Szkliwa i nadzieja, że nic się do tego czasu nie zepsuje.
Trwało to wszystko również dłużej, niż przypuszczałam. Serce tłukło o pierś, żebra podnosiły się i opadały nieskończoną ilość razy, a oczy, które w nerwowym skupieniu zatrzymały się na falujących gałęziach, musiały wytężać się coraz bardziej, by nie gubić ich w zapadającym zmierzchu.
- Kawka?
Westchnęłam, a mój ogon kilkukrotnie ciężko uderzył w ziemię.
- Wróciłeś, wróciłeś, wreszcie. Dzieci... zaraz świat zobaczą.
Szybko zbliżające się kroki ucichły dopiero tuż przy mnie. W półmroku Szkliwo wyglądał jak duch; dobry duch. Tak bardzo podobny do tego, przy którym zawsze czekało poczucie bezpieczeństwa. Zresztą już wszystko jedno. Jego palce na mojej skórze, położone na sercu, sprawiły, że na mój pysk wpełzł lekki uśmiech.
- Och, jak strasznie chce mi się spać - szepnęłam, biorąc jeszcze jeden głębszy oddech, by poczuć wyraźniej wilgoć wieczora, chłodny wiaterek płynący znad wzgórz i uspokajający zapach piór.
- Tak, tak, śpij. Zaraz wrócę.
Przytaknęłam, nie wiedząc, czy jeszcze mnie słyszy. Przestałam czuć jego obecność.
Przestałam cokolwiek czuć.
Obudził mnie ból, porównywalny z tym, który gonił za mną przez cały dzień, lecz bardziej nagły. Poruszyłam się niespokojnie, a przy moim ruchu gdzieś obok zaszeleściła sztywna płachta. Pachniała jaskinią medyczną i uwierała w brzuch. Spróbowałam otworzyć oczy, ale potworne kłucie gdzieś w podbrzuszu zatrzymało mnie w zdrętwiałym bezruchu. Wydałam z siebie tylko ponury jęk, licząc, że ktoś przyjdzie mi z pomocą.
W oddali słyszałam głosy; podniesione, nerwowe, ale stłumione i niezrozumiałe.
Dopiero po dłuższej chwili poczułam również, że ktoś mnie dotyka i przesuwa po mnie mokrą ścierką pachnącą alkoholem. Coś zachrzęściło tuż przy moim brzuchu, ale całą uwagę skupiłam na głosach. Delta. Delta... i Szkliwo. Nie pomyliłabym ich z nikim innym. O co znów się kłócili?
Przemógłszy kolejną falę rozdzierającej boleści, która nadeszła i minęła niespodziewanie, zebrałam się na odwagę, by rozchylić powieki.
- Do zrobienia. Coś jednak jest do zrobienia. - Głos medyka rozbrzmiał wreszcie w pełnej krasie. - Żywe.
Znów zakręciło mi się w głowie. Wargi zadrżały.
„Czy to już? Już po wszystkim? Nie, jeszcze nie”, zdążyłam zapytać jedynie w myślach, zanim znowu pochłonęła mnie ciemność. Odpowiedział mi tylko szept pozbawiony słów. To wiatr ślizgał się po sięgających nieba gałęziach i nie dbał o wilcze rozterki.

Cdn.

niedziela, 15 września 2024

Od Kawki - „Rdzeń. Mimo wszystko”, cz. 3.19

Niezwykłe, jak czasem losowo kliknięta piosenka z historii Jutuba z 2022 roku okazuje się czymś, czego po prostu nie zdołam sobie odmówić xD


- Dzisiaj. Dzisiaj, najpóźniej jutro rano. A potem powtórzyć po upływie doby lub dwóch. No i cóż: teraz albo nigdy - zażartował Achpil.
Uśmiechnęłam się z drżeniem. Napięcie, które czułam przez poprzednie dni, nieustannie narastało. Budziło niecierpliwość i niepokój. Wyjątkowo trudno było przez cały ten czas spokojnie czekać zgodnie z wolą mojego guru, ale ufałam w jego mądrość. Niemniej wierzyłam, że oto nadszedł dzień zmian; zmian i powodzeń. Kwiat rozkwitał i mienił się najjaskrawszymi barwami, chcąc stworzyć ze swoich nasyconych miłością komórek soczysty, słodki owoc.
To mój dzień. Tak.
Tylko machnęłam puszystym ogonem. Nie miałam czasu na dłuższe pogaduszki.
- Ile jeszcze piór jestem ci winien? - mruknął Szkliwo gdzieś za moim grzbietem. - Cztery ostatnie, dobrze pamiętam?
- A jakże, cztery.
Mój czarujący towarzysz w wolnych chwilach zajął się ostatnio szukaniem piór. Miał jakieś swoje ścieżki, gdzie spodziewał się znaleźć bocianie i gęsie lotki, które mógłby ofiarować Achpilowi zamiast swoich. Nie przyniósł ich wiele, raptem trzy, ale cieszył się mimo wszystko, bo każde oszczędziło mu chwili bólu i ubytku w jego gładkim, mocnym skrzydle.
Nie słuchałam już ich rozmowy; przy załatwianiu tych interesów stanowczo nie byłam potrzebna, a miałam jeszcze tyle do załatwienia. Ulotniłam się jak wiosenny deszczyk, kłusem, wydeptaną ścieżką, zmierzając na tereny WSC. Nogi odruchowo chciały biec tak jak co dzień, do domu, ale na ostatnim zakręcie zawróciłam całym ciałem. „Północ, zachód, a może wschód, w jaskini wojskowej? Gdzie go spotkam?”. Biegłam dalej przez las, lekkim krokiem, zgrabnie wyrzucając przed siebie nadgarstki mokre od wieczornej rosy. Czasem przeskoczyłam przez suchą gałąź, wystającą z mchu i powykrzywianą jak zrzucone, jelenie poroże. Wciągałam powietrze pełną piersią, jakbym wiedziała, że biegnę po już upolowaną zdobycz. Czułam jej smak na języku dla ochłody wysuniętym z pyska. Zwinnymi ruchami dyrygowały emocje, które oplotły ciężar zwątpienia i na chwilę uniosły go z łatwością, niczym powiew wiatru drobinę kurzu. Emocje to wspaniała rzecz. Jak można byłoby działać i zdobywać szczyty, gdyby nie udawało się ich wzbudzać w najgorszych, najtrudniejszych chwilach, by porwały całą niechęć w swe długie macki? Czy można byłoby w ogóle żyć bez emocji?
Zaciągnęłam się charakterystycznym zapachem sierści, który zapowiadał powodzenie początkowego etapu mojej misji.
- Rubid... - Westchnęłam, może nieco zbyt ostentacyjnie, mając go wreszcie przed sobą. Widok basiora był jak smak świeżego mięsa w pysku. Intensywnie aromatyczna krew spływała na podniebienie. - Och. Musisz pomóc mi jeszcze raz. Serdecznie cię proszę. - Kułam żelazo, póki gorące i wonne. Własna ślina już nasyciła się słodyczą sukcesu. Dotknęłam łapą jego przedpiersia, a pod stwardniałymi od lat biegania po kamienistych ścieżkach poduszkami drgnęło życie. Nagle skrycie zapragnęłam spróbować śliny Rubida.
- Kawko, nie spodziewałem się ciebie tutaj - odpowiedział mi cicho. Troszkę jak nie on; nie ten doniosły, charyzmatyczny poseł.
- Wyczułam twój zapach. Wybacz, jeśli cię zaskoczyłam - stwierdziłam, chyba całkiem rzeczowo, jednak w mojej głowie własne słowa przemieniały się już w bezsensowny bełkot.
- Ty też ładnie pachniesz - szepnął, ale nie zwróciłam na to większej uwagi.
- Chcę zmienić swoje życie. - Naparłam na niego, łaknąc aury jego ciała. Chciałam je poczuć. Chciałam, by ciepło tej miękkiej sierści na jego szyi nie rozpraszało się bezcelowo, a przeniknęło bezpośrednio do mnie. Wprost we mnie; jak żar ogniska albo chociaż promienie perły wyblakłego słońca, tkwiącej u szczytu korony szczęśliwie minionego przedwiośnia.
Przeniknęło więc, rozszczepiając tkanki, wlewając się do żył, paląc każdy włosek w rozgrzanej skórze.
Ostatnie płomienie dopaliły się w nocy. Pożegnałam je z łezką w oku, a Rubida z ocieplonym nimi uśmiechem. Jego i moja łapa jeszcze przez chwilę plątały się ze sobą, nie kwapiąc się do rozstania. Gdy wreszcie wyszłam, stąpałam nie po mchu, a po sypkim popiele, czarna od węgla i z całym sercem wsłuchana w cykanie pierwszych w tym sezonie, pojedynczych świerszczy. Następnego popołudnia, gdy stanęłam u wejścia do Piaskowego Wąwozu, Achpil nie miał do mnie wielu spraw.
- Czy wszystko u ciebie dobrze? - zapytał oględnie.
- Dobrze. Odwiedziłam mojego kawalera. I w sumie tyle.
- Mam nadzieję, że wzięłaś pod uwagę zmianę materiału. Tłumaczyłem, dlaczego. Musimy mieć sto procent pewności, że, w razie niepowodzenia oczywiście, nie ma w tym winy samca, niedopasowania, immunizacji i tak dalej. Chciałbym, żebyśmy zrobili wszystko, co możliwe. - Podkreślił „wszystko”, jakby upuszczał głaz wprost na cienką taflę lodu, już czekając na setki kropel, wyrywających się spod jej roztrzaskanej powierzchni i wyskakujących w powietrze.
- Ech... tak. - Mój wzrok powędrował gdzieś w przestrzeń i utkwił w pustce. - Racja. - Ale nie potrafiłam dodać nic więcej. Rubid w końcu też nie miał dzieci.
- Ale cóż, ty decydujesz - stwierdził beznamiętnie.
Moje ciało uspokoiło się trochę, ale umysł na nowo zajęła gorączka. „Co, jeśli tym razem nie uda się tylko i wyłącznie z tak błahego powodu? Rubid nie ma dzieci, chociaż jest już właściwie dość stary. Dlaczego?!”, pytałam się sama, przygryzałam wargi i drżałam z rozdrażnienia.
Potrzebowałam podzielić się z kimś swoimi obawami. Gdy tego wieczoru Szkliwo położył się obok mnie, cichutko podparłam się na łokciach i wzrokiem przeniknęłam ciemność. Jego skrzydła były dziurawe. Pręgi pustki pomiędzy piórami nasuwały mi pytanie, czy wciąż może latać bez kłopotów, czy też musi z tym poczekać do kolejnego sezonu. Poczułam paskudne mrowienie w całym ciele i zamiast pytać, po prostu patrzyłam, próbując przemóc uczucie dyskomfortu.
- Coś się stało? - wymamrotał, nie otwierając oczu. A więc musiał jeszcze czuwać i usłyszeć, jak podnoszę się i zastygam.
- Szkliwo, wiesz, martwię się - szepnęłam.
- Czym znowu?
- Achpil uznał, że Rubid nie był, jak to powiedzieć... dobrym wyborem.
- Może wszystko będzie w porządku.
- A jeśli nie będzie? Mieliśmy zrobić wszystko jak najlepiej.
- Czy chcesz spróbować drugi raz z kimś innym? - zapytał poważnie, w końcu odwracając ku mnie głowę i otwierając oczy. Ciężko opadłam na bok.
- Boję się, że termin minie. Achpil kazał dziś lub jutro powtórzyć. Nikogo innego tak szybko nie znajdę.
- Spróbujmy. Poczekaj tu na mnie rano, spróbuję to załatwić po drodze do jaskini alf.
Nie chciało mi się wierzyć, że Szkliwo tak po prostu przyprowadzi mi pod nos dobrego kandydata. Sama za każdym razem długo głowiłam się, kogo wybrać, a potem jeszcze dłużej, jak się do niego zwrócić. Jednak coś - po części mandat zaufania wynikający z doświadczenia, po części zwykłe zmęczenie i wygodnictwo - kazało mi ufać, że to co zrobi, jakoś mi pomoże. Rankiem więc, nie odstępując polanki na krok, wylegiwałam się na grzbiecie, w trawie, i czekałam cierpliwie. Śledziłam wędrówkę ciężkiej płachty chmur, rozkładającej się na wiosennym niebie ponurym dachem, słuchałam śpiewu ptaków. Jedna z tylnych nóg podrygiwała w powietrzu, dostrajając się do rytmu kroków, których nie zdążyłam jeszcze usłyszeć i wcale nie byłam pewna, czy to w ogóle nastąpi. Wreszcie usłyszałam. Skromne, spacerowe, nienachalne. Gdy ujrzałam przybysza, dla pewności musiałam szerzej otworzyć oczy i spojrzeć raz jeszcze.
- Och, witaj, Bleu - wezwałam jego imię, jakbym wciąż uczyła się tych prostych kilku liter. Choć żyliśmy w jednej watasze, w gruncie rzeczy znaliśmy się słabo. Moje serce zabiło gwałtownie. Nie miałam pojęcia, jak Szkliwo w ogóle z nim rozmawiał i ile powiedział. Ale to mu się udało: Bleu był... tak odpowiedni pod każdym względem.
- Dzień dobry, Kawko! Ja do Szkliwa. A może od Szkliwa. Miałem skonstruować coś do ochrony naszych małych jabłonek. Muszę tylko zobaczyć, jak wyrosły, jakoś to sobie wymierzyć. Ponoć ty powiesz mi wszystko co potrzeba i nie muszę na niego czekać.
Otworzyłam pysk, niema jak ryba, i tylko nadpobudliwie pokiwałam głową.
- Możemy wybrać się tam nawet teraz - wycedziłam wreszcie z zakłopotaniem. Delikatnie podrapał się po pysku.
- Słyszałem, że jest jeszcze jedna rzecz. Ale to podobno już jakaś twoja... prywatna sprawa.
Zatem wiedział już ociupinę więcej, niż się obawiałam. To czyniło sprawę o wiele prostszą. Przytaknęłam z uśmiechem i choć mój głos nie był stuprocentowo przekonujący, przynajmniej ogon przyjaźnie omiótł ziemię.
- Chodźmy obejrzeć jabłonki. Potem wszystko ci opowiem, dobrze?
Odwiedziliśmy więc jabłonki. Mierzył, liczył i coś tam kreślił na pogiętej kartce. Dwa maleńkie listeczki drżały za każdym razem, gdy jego palce przelatywały nad nimi z jakimiś przyrządami. Trochę plątały mu się przy tym łapy, jakby peszył się pod moim okiem, które przecież i tak nie rozumiało wiele z jego zapisek. Mogłam tylko czasem potrzymać sznurek rozciągnięty pomiędzy dwoma punktami, żeby mógł zaznaczyć na nim odpowiednie długości. Wreszcie schował cały jarmark i wróciliśmy na polankę.
- No, to co to za ważna sprawa?
- Najważniejsza. - Opuściłam wzrok na swoje łapy. Ależ trudno o tym mówić. - Potrzebuję... dziecka.
- Ach.
- Własnego dziecka - uzupełniłam pośpiesznie.
- I do tego potrzebna ci moja pomoc? - zapytał nieśmiało, ale wnet zdał sobie sprawę z naiwności pytania i, mogę przysiąc, zarumienił się pod sierścią.
Cóż z tego, że był sporo młodszy? Sierść nadal miałam złotą i powabną, sylwetkę nadal dosyć wdzięczną. Zresztą pewnie myślał wtedy nad czym innym. Mam nadzieję, że nie zastanawiał się zbyt mocno nad okolicznościami. Nie przemyśliwałam tego. Pomiędzy bezgłosem a hałasem rozbrzmiewały oddechy i szelest sierści, wystarczająco głośne, żeby zagłuszyć krępującą ciszę oraz zwyczajne dźwięki żyjącego lasu, wystarczająco ciche, żebyśmy nie odczuwali ich dominacji nad spokojnym otoczeniem.
- Bleu, Bleu, taka to wszystko trudna sytuacja.
- Nie przejmuj się tym, proszę! - Zaśmiał się wstydliwie, co tylko upewniło mnie w jego odczuciach, tak podobnych do moich. Oparłam łapy na jego piersi.
- Masz rację. Nie myślmy o tym - szepnęłam. „I niech żyje bal”.
Nie trzeba dodawać nic nadto, że wykorzystaliśmy dobrze tę wspólną chwilę. Wspominam ją bez wielkich uniesień; byłam chyba zbyt zestresowana. Czułam się za to spełniona całościowo, ale najistotniejsze wszak było sprostanie zadaniu, które postawił przede mną Achpil. Pozostało już tylko czekać i mieć nadzieję, bez wyrzutów sumienia nie robiąc zupełnie nic.
Dlatego właśnie kolejnego wieczora, zamiast do Achpila, razem ze Szkliwem wybraliśmy się w przeciwną stronę; w góry. Usiedliśmy na skale, tuż przy nitce ścieżki, i przez chwilę po prostu siedzieliśmy na niej jak dwie kępki mchu. Żaden temat do rozmowy nie przychodził mi do głowy, a i towarzyszowi nieśpieszno było jakiś podejmować. Przez chwilę chciałam zapytać o jaskinię alf i stryjka. Zajęta swoimi kłopotami, prawie go nie widywałam. Dopiero gdy zatrzymałam się na chwilę, zdałam sobie sprawę, że nasze ścieżki w ostatnim czasie stopniowo się rozchodziły.
Podstawiłam tylne nogi bliżej siebie, bo zaczęły marznąć od chłodu kamienia.
- Co tam u Agresta?
- Wszystko po staremu - mruknął. Kolejne słowa zaczął ważyć, na tyle ostrożnie, że zaczęłam słuchać jeszcze uważniej. - Chociaż osłabł trochę. Delta dał mu zioła. Chyba działają.
- Myślisz, że to coś poważnego? - zapytałam, chyba tylko dlatego, że zaniepokoiła mnie ta ostrożność w jego głosie. W jej obliczu poczułam, że jestem niepokojąco blisko odpowiedzi.
- A co nazwałabyś poważnym w jego wieku? - Westchnął, nie odrywając wzroku od lasu szumiącego u stóp wzgórza. Zmarszczyłam brwi. - Myślę że to nic bardzo poważnego. Ale dobrze, że poszedł z tym do medyka.
- To dobrze - odrzekłam nieco ciszej. Właściwie... bardziej gryzło mnie coś innego. - A ty? Mam wyrzuty sumienia, że nie potrafię ci pomóc, tak jak ty mi.
- Proszę cię. - Skrzywił się lekko. - Po co znowu do tego wracamy?
- Nie wiem, co zrobić. Ale wiem, że potrzebujesz pomocy. Nie chcę cię stracić.
- Nie stracisz - odrzekł krótko. Podniósł skrzydło, które następnie, wraz z połą jego płaszcza, spoczęło na moim grzbiecie. Przysunęłam się do niego, by materiał objął i drugi mój bok. Znów zapadła cisza. To dziwne uczucie; byłam niespokojna i spokojna jednocześnie. Wieczorny chłód osiadał na moim pysku, ale nie miał wstępu pod ciepłą, wiśniową jesionkę.
- Jeśli się nie uda... - szepnęłam, nawet nie tłumacząc, że wracam do innej sprawy. W zasadzie nie wiem nawet, dlaczego to powiedziałam; zabrzmiało prawie tak, jakbym miała jakiś alternatywny plan. Bzdura, nie miałam żadnego. Nie wiedziałam, co mogłabym zrobić ze swoim życiem, by przestać myśleć o szczeniętach i zastanawiać się, czy kolejne próby mogą jeszcze mieć sens. Chyba bym nie potrafiła. Szkliwo milczał. Wreszcie dokończyłam zgodnie z prawdą. - To nie wiem, co.
Gdzieś w dole rozległo się pohukiwanie sowy. Ostatnie promienie słońca gasły już na niebie.
- To znajdziemy ci szczeniaka, z którego jeszcze kiedyś będziesz dumna. Obiecuję.
On tak się starał. Ale co mi po tym, jeśli spełnienie mojego największego marzenia mogło leżeć zupełnie poza naszym zasięgiem? Chciałam dać temu dziecku wszystko co najlepsze i zaprowadzić... aż na sam szczyt. Najbardziej chciałam, by było moje. Moje własne. Biologiczny popęd tworzenia wybuchał jak aktywny wulkan.

Cdn.

sobota, 27 lipca 2024

Od Rubida - "Essa z wami. Wypiłem Kawkę" cz.100

„Życie nigdy nie jest sprawiedliwe”
Dzieciństwo Rubida skupione było wokół wysłuchiwania życiowych nauk, którymi obdarzała go matka. Wadera była znana z tego, że odkryła sposób hodowli leczniczego zioła pozyskiwanego z odległych terenów i rozsiała je skrawku terytorium watahy. Do wychowywania potomstwa podchodziła podobnie jak do ogrodnictwa. Własną wiedzę przeobraziła w nasiona, wędrujące po zakamarkach dorastającego umysłu syna poprzez impulsy nerwowe. Szczerze brzydziła się chwastów, za które uznawała wszystkie wnioski szczenięcia wyłamujące się z utkanego na miarę światopoglądu. Skąd w młodym wilku tyle przekorności, aby podważać wiedzę zbudowaną na wieloletnim doświadczeniu?
„Szczerego przyjaciela poznasz, gdy otrujesz się zającem” - to jedna z nauk, która wróciła do Rubida po wielu latach. Szmaragdowe oczy rozbłysły iskrą, która przypałętała się wraz ze wspomnieniem łagodnego pyska matki. Przez chwilę basior nie leżał skulony w pobliskiej grocie, a stał na szczycie soczyście zielonego pagórka. Nie wpatrywał się już uporczywie w nieregularne rysy jaskini, a łapczywie próbował objąć wzrokiem roztaczający się przed nim pejzaż. Przestał czuć tępy ból nóg, który coraz częściej powracał do niego o poranku. Zniknęły zbyt długie pazury, których nie był w stanie zetrzeć coraz rzadszymi i krótszymi spacerami. Rubid znów był witalnym szczenięciem o jędrnym ciele. Słowa matki nieustannie zaprzątały mu głowę, bo były jego bezpieczną kotwicą. Skoro sam uważał się za zbyt głupiego, aby zapewnić sobie godne życie, należało słuchać poważanej w okolicy wadery. Wierzył, że to sposób, aby uniknąć pustki i samotności, których tak bardzo się obawiał.
Rubid wybudził się z transu, kiedy do głosu doszedł jego racjonalny, cyniczny umysł. Wspomnienia o matce były nie tylko kojące, ale budowały także fundamenty jego obecnego, przepełnionego bólem życia. Kiedy wadera zmarła, zatopił się w kolejnym źródle indoktrynacji roztaczanej przez jego ówczesnego przyjaciela, Zeusa.
No właśnie, przyjaciela.
Po wojnie w Watasze Srebrnego Chabra z ich znajomości pozostało jedynie bolesne ukłucie w sercu. Rubid nie wiedział, kim w zasadzie jest i do czego dąży. Był pewien, że nienawidzi Zeusa za wszystkie jego kłamstwa i manipulacje. Jeszcze większą awersję czuł jednak do tego, że nie otrzymuje już od niego żadnych zadań związanych z przeszpiegami WSC. Wcześniej był politykiem, dyplomatą, zaufanym towarzyszem. A co mu pozostało? Kryzys wieku średniego i zbyt dużo wolnego czasu na autodestrukcyjne rozmyślania.
„Szczerego przyjaciela poznasz, gdy otrujesz się zającem”
Co to w zasadzie oznacza?
Rubid wielokrotnie pałaszował swoje posiłki bez należytej oceny ich jakości. Połączenie niepohamowanego głodu i impulsywności skutkowało luźnym stolcem oddawanym przez kilka dni. Basior był niemalże pewien, że już kiedyś otruł się zającem, bo dziczyzna drobna często gościła w jego jadłospisie. Przeczyszczenie nie skłaniało go jednak do poszukiwania wsparcia pośród towarzyszy. Znacznie bardziej wolał zaszyć się w leśnej głuszy z dala od wilków, które mogłyby go wplątać w dodatkowe zadania. Słowa „akurat sram” z jakiegoś powodu nie działały na delikwentów, którzy czegoś chcieli. Basior kompletnie nie rozumiał, dlaczego irytujący osobnicy nie decydowali się skulić pyska. Mogli przecież wrócić w dogodnym momencie, czyli na przykład nigdy. A gdzie Ci szczerzy przyjaciele, którzy mieli spaść z pobliskiej chmury, aby posłużyć mu wsparciem? Nie pojawili się ani przy problemach żołądkowych, ani w biedzie, ani w szczęściu. Ostatecznie Rubid został sam. Jego siostra, ostatni promyk światła w szarym świecie, odeszła pół roku temu. Poseł nie wiedział, jak mógłby poradzić sobie z pożerającym go od środka dyskomfortem, który po śmierci krewnej urósł do kolosalnych rozmiarów. Wydawało się, że mierzenie się z problemami, powinno uczynić go mężniejszym. Tymczasem on cofnął się do poziomu szczenięcych pytań.
Jak poznać przyjaciela? Czym jest prawdziwy przyjaciel? Czy taki zrobiony ze słomy i patyków jest już fikcyjny? Czemu Puchło nic nie odpowiada na podsumowanie aktualnej sytuacji geopolitycznej ziem wschodnich? Czy sarnę można lubić nie tylko, kiedy trafia do przełyku? A może zaprzyjaźnić się z jakimś ptakiem? Czy wilk i ptak to dobre połączenie? Chwila... Rubid ostatnio dostał zaproszenie na rozmowę od jednej takiej, co gustowała w partnerach z piórami. Nastroszył się, kiedy zdał sobie sprawę, że miał przyjść pod Skałę Wielkiego Huka przed zachodem słońca. Natychmiast zerwał się na równe nogi i w akompaniamencie szczękającego kręgosłupa ruszył w kierunku wyjścia z groty. Polana Życia mieniła się już ognistymi odcieniami, a ten urzekający widok dopełnił najprzystojniejszy poseł w okolicy. Biegł do utraty tchu, by dotrzeć do lasku, zanim przybędzie tam noc. Jeszcze kilka miesięcy temu nie wyobrażał sobie gdziekolwiek się spóźnić.
Dlaczego Kawka zaprosiła go w tak intymne miejsce? Czy dostrzegła jego potencjał polityczny, gdy w trakcie wojny przedstawił jej swoje kompletnie niebłyskotliwe założenia na rozwój watahy? Ile będzie jeszcze biegał za waderami? Nymeria, wilcze uosobienie choinki i pierwsza miłość Rubida, swoje kolejne lata poświęciła na uwielbianie jakiegoś fagasa, Agresta. Pokochała fałszywy „uśmiech” alfy i jego stanowczą powłokę. W rdzeniu zaś tkwił przecież zlękniony wilk, tylko czekający, aby przykre konsekwencje działań położyć na barki swoich najbliższych. Jak Nymeria mogła tego nie zauważyć? Rubid zachodził w głowę. A może właśnie odnalezienie neurotycznego, pełnego skaz oblicza tak ją zauroczyło? Przecież Agrest mimo swoich wad potrafił osiągać sukcesy i dążyć do zamierzonych celów w świetle dnia oraz mroku nocy. Czy to nie miara silnego samca? Niestety, główny bohater naszej historii nie umiał się odsłonić przed nikim, więc jak tu w ogóle rozmawiać o rdzeniu? Założył maskę błazna, bo przecież to te zabawne wilki przyciągają rzesze fanów. Wataha zbiera się na słuchanie miejscowych komików, a nie na wspólne, nocne płakanie. Za każdym razem, kiedy Rubid czuł swoją niekompetencję w kontakcie z waderami, próbował przykryć ją nietrafionymi żartami, zamiast stanąć w przygnębiającej prawdzie. Był przystojny, ale kompletnie nie umiał w romanse. Czasami zdarzały mu się też mokre sny o basiorach, ale nie wyobrażał sobie flirtować z którymś z nich. Instynkt podpowiadał mu, że mógłby utracić resztkę swojej godności podczas podrywów kierowanych do dumnego generała, czy podstarzałego Mszczuja.
✁✁✁✁
Kawka mogłaby ulec zachwytom nad wyjątkowo piękną pełnią księżyca, gdyby tylko miała w sobie wystarczająco duszy romantyczki i nie dusiła w sobie narastającego gniewu na spóźniającego się Rubida. Rozglądała się co chwilę, bo wraz z wydłużającym się czekaniem, do jej uszu docierało coraz więcej szmerów przypominających czyjeś kroki. Udało się jej jednak dotrwać do momentu, w którym do gromady złowrogich cieni rzucanych przez sękate drzewa, dołączyła sylwetka wilka.
— Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie, droga pani — Rubid odchrząknął i niepewnie podszedł do wadery. Przysiadł obok niej w niewygodnej pozycji, zbyt spięty, aby pośladkami dotknąć ziemi.
— Dobry wieczór — Kawka odpowiedziała spokojnym tonem. Nie było już w nim śladu żalu, który chwilę temu podsycała natrętna myśl, że została wystawiona i powinna już wracać na Berberysową Polankę. Przeżyła już tyle porażek w poszukiwaniu odpowiedniego samca, że kolejne niepowodzenie zdawało się więcej niż prawdopodobne. Mimo to, trudne emocje przykryła ekscytacja. Przecież podczas poprzednich prób nie podążała za radami sławnego Apchila. Może to ten raz będzie zakończony sukcesem?
— Dobra...noc. Hehe. Khm, znaczy, rzeczywiście się ściemniło. Zimą szybko zapada zmrok.
Kawka westchnęła. Rubid zapragnął zapaść się pod ziemię. Poczuł, że rozmówczyni prawdopodobnie odpuści dalszą konwersację, jeśli zobaczy w nim wstydliwego, głupiego szczeniaka. Zaczął się wiercić, modyfikując swoją pozycję w taki sposób, żeby wyglądać na trochę większego i poważniejszego. Usiłował sapać trochę ciszej i nie zdradzać, że po drodze na to spotkanie prawie uleciało z niego życie. Wadera jednak nie zwróciła uwagi ani na zbędny komentarz, ani na niewątpliwe starania macho siedzącego obok niej. Intensywnie zastanawiała się, w jaki sposób powinna wyrazić swoją propozycję, żeby uzyskać aprobatę towarzysza. Myślała już nad tym wcześniej, ale przygotowane słowa grzęzły jej w gardle, zanim ktokolwiek zdążył je usłyszeć.
— Nie obawiasz się tak siedzieć w środku nocy? Co, gdyby wpadła w ciebie pijana rublia wracająca z WSJ? Myślisz, że z moją siłą fizyczną bym cię obronił? Chociaż wyglądasz na taką, co... — basior ze stresu zaczął wypluwać z siebie losowe frazy. Gdzie uciekła jego dyplomacja i polityczne zacięcie? Gdzie podziały się piękne, wyważone i przemyślane zdania, porywające tłumy? No dobra, nigdy nie porywały tłumów.
— Rubid — Kawka przerwała irytującą paplaninę. — Wyglądasz na wyjątkowo sprawnego fizycznie wilka, nawet w obliczu mijającego czasu. Bez wątpienia wyróżniasz się urodą spośród okolicznych basiorów. Przez jakiś czas pracowaliśmy razem i wydaje mi się, że trzymasz głowę na karku. Potrzebuję kogoś, kto dałby mi zdrowe szczenięta. Czy zgodziłbyś się na jedną, wspólną noc?
Rubid odwrócił głowę, na wypadek, gdyby rozmówczyni umiała dostrzec w ślepiach lawinę myśli zalewającą jego umysł. Gdyby miał jeszcze swoją dawną dumę, nigdy nie przyjąłby propozycji seksu od wadery, w której upatrywał głęboko fałszywej persony. Teraz jednak ledwo umiał złapać oddech na myśl o zatopieniu się w miękkiej sierści towarzyszki. Dlaczego wcześniej nie zauważał niewyobrażalnego piękna Kawki, które oślepiło go, gdy tylko przyszedł tamtej nocy na spotkanie? Może ten niezwykły urok wykreowała narastająca od miesięcy samotność i frustracja seksualna? Dlaczego akurat on dostał tak poważną propozycję i czemu tak bardzo nie chciał jej odrzucić? Czy naprawdę chodzi o to, że nagle zapragnął wyruchać partnerkę chorego psychicznie żurawia? Kawka jako jedyna zdawała się go darzyć sympatią czy nawet zaufaniem. Właśnie z nim zapragnęła spełnić swoje marzenie. Jak mógłby nie zgodzić się na coś tak pięknego? Wówczas straciłby ostatniego wilka, który upatruje w nim kogoś wartego rozmowy. Zaraz, a co jeśli ta miła towarzyszka potrzebuje szczeniąt do eksperymentów medycznych? A może basior został wciągnięty w skecz i w pobliskich krzakach siedzi reszta watahy, czekająca, żeby obśmiać jego naiwność?
No dobra. Co z tego? Przecież i tak nie miał już żadnej tożsamości poza byciem błaznem.
Kawka przechyliła głowę na bok. Nie rozumiała, dlaczego jej rozmówca tak długo milczał. Czy powiedziała coś nie tak?
— Nigdy nie miałem szczeniąt. Nie wiem nawet, czy jestem jeszcze w stanie produkować spermę. — Rubid zdobył się na szczerość, choć nadal nie wierzył, że prawda może go do czegoś doprowadzić. Nie mógł przecież zapomnieć, że rozmawiał z mistrzynią manipulacji. Córką Admirała.
— Chciałabym, żebyś zbadał się u Delty. Jeśli stwierdzi, że się nadajesz, chcę spróbować mimo wszystko. — Oddech Kawki przyspieszył. Nie spotkała się z kategoryczną odmową, co napełniło ją nadzieją. Byłaby niepocieszona, gdyby okazało się, że przez kilka godzin stała w śniegu na marne i podzieliła się swoimi prywatnymi, delikatnymi sprawami z niewłaściwym basiorem. Może nawet nie wróciłaby tej nocy na polankę, żeby Szkliwo nie usłyszał, jak szlocha w nocy. Już i tak ledwo walczył z własnymi demonami.
— Nie planujesz żadnych podróży, Kawko?
— Nie. A czemu?
— Zbadam się jutro i spróbuję Cię znaleźć. Wtedy postanowimy, co robimy dalej i ustalimy wszystkie zasady. Pasuje ci taka umowa? — Rubid machnął ogonem. Poczuł, że odzyskuje świadome panowanie nad swoimi słowami i ciałem. Przebił się przez bolesne wspomnienia wojny i odszukał w pamięci swoją najkorzystniejszą minę. Teraz to on stawiał warunki, a nie uporczywie chwytał się podsuniętej mu propozycji. Przynajmniej tak mu się zdawało. To wszystko, tylko żeby oczywiście zaliczyć tę partnerkę chorego psychicznie żurawia. No co, dokładnie tak myślał! Pamiętacie tego wilka, który wchodzi w interakcje tylko, jeśli widzi w nich zaspokojenie swoich cynicznych pragnień? Tak, to właśnie on!
— Dobrze, Rubid. Naprawdę, jestem bardzo wdzięczna, że się zgodziłeś. — Jej słodki, łagodny głos znów porwał tego pewnego siebie polityka proponującego układy i podstawił jakąś ciotę z trzęsącymi się kończynami. Całe szczęście, że tylko na chwilę.
Rubid wstrzymał oddech, czekając aż Kawka oddali się wystarczająco, by nie słyszeć kaszlu. Czuł, jakby jakiś złośliwy stwór wszedł do jego gardła, kiedy zziajany biegł w kierunku lasku. Teraz ów monstrum bawiło się w jego wnętrzu, pazurami rozdzierając wszystko, co spotkało na swojej drodze. Cały świat próbował zapobiec temu, żeby tak żałosny osobnik, jak on, miał szansę się rozmnożyć.
✁✁✁✁
— Powinieneś częściej myć prącie — westchnął zmęczony Delta. — Czemuś jakiś taki spięty?
Rubid nie był już w stanie dłużej wstrzymywać kaszlu. Spojrzał na medyka z winą wymalowaną na pysku. Skulił się jak szczenię złapane na gorącym uczynku.
  — Pytałem, czy jesteś chory, a ty zaprzeczyłeś — suchy, bezbarwny głos otrzeźwił posła. Musiał przecież coś wymyślić, żeby Kawka nie zaczęła powątpiewać w jego stan zdrowia.
  — Bo nie jestem chory! Biorę specjalne zioła, które wywołują taki efekt... — prawdopodobnie w umyśle polityka brzmiało to lepiej niż wypowiedziane na głos.
— Bierzesz zioła, żeby kaszleć? — Delta zmierzył go wzrokiem, ale przecież walka nie była jeszcze przegrana, prawda? Wystarczyło dodać coś wiarygodnego.
— Tak... Znaczy nie, to efekt uboczny! Biorę je na głowę, bo boli mnie od myślenia w tej pracy. Wiesz, jak to jest. To zioła zbierane wysokich górach. Mają specyficzny wygląd, są takie zielone. Dostałem je od zielarza z dalekiego wschodu i akurat dzisiaj mi się skończyły... To bardzo rzadka odmiana, więc prawdopodobnie o nich nie słyszałeś.
— Ach, akurat je znam. Mają w sobie taki wyjątkowy olejek eteryczny, niepierdolmukowiscydoza. Sprawiają też, że pierdzisz od naciskania na brzuch?
— Tak, dokładnie tak... Znaczy co? Myślałem, że nie słyszałeś! — Rubid stracił wszystkie możliwe drogi ucieczki. Zorientował się, że ten bezduszny medyk zwyczajnie z niego drwi.
— Eh, Rubid...
— No co ja mam zrobić? Naprawdę chciałbym być ojcem. — Smutny wzrok posła dosięgnął Delty, próbując otworzyć skrytkę z zapasami empatii granatowego basiora.
— Wiesz, że jesteś tu tylko reproduktorem, prawda? Kawka i tak potraktuje te dzieci
jako swoje.  — Rubid nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Rzeczywiście dobrowolnie zgodził się na zostanie maszyną do szczeniąt. Nikt nie lituje się nad rzeczami, mają po prostu działać. Kawka potrzebowała samych złotych, a nie nadgniłych środków do osiągnięcia celu.
— Ja... — poseł zaciął się na pierwszym słowie.
— Dobrze. Jestem tylko lekarzem, nie będę rozdrapywać twoich motywów. Czy masz jeszcze jakieś objawy? Kiedy zacząłeś kaszleć?
Wywiad lekarski zwieńczył się stwierdzeniem, że Rubid powinien poczekać do następnego dnia z podejmowaniem czynności seksualnych. Wówczas miał poczuć się dużo lepiej, a Kawka wciąż świętowała dni płodne. Przed wyjściem z jaskini, poseł ukradkiem zerknął do głównej sali medycznej. Niektóre śpiące pyski poranionych lub połamanych wilków, wyglądały na kompletnie pozbawione życia. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że powinien być teraz na ich miejscu. Prawdopodobnie pacjenci mieli rodziny i przyjaciół, którzy czekali, aż wydobrzeją. A on? Przecież nikt nie usechłby z tęsknoty za takim dziwakiem.
✁✁✁✁
— Dobrze, rozumiem. Jesteś pewien, że chcemy iść na zachodnią granicę? — Kawka polizała swój pysk, po czym machnęła głową — A, zresztą. Skoro tak twierdzisz. Dasz radę przyjść w ten punkt jutro przed zachodem słońca?
Przed zachodem słońca, Rubid.
Basior odetchnął z ulgą w obliczu faktu, że wadera postanowiła nie dopytywać o kontrowersyjny dobór miejsca. Nie umiałby wytłumaczyć, że w swoich fantazjach ratuje jej skórę przed ćpunami z WSJ i zostaje doceniony. W tym scenariuszu nawet Szkliwo podszedłby do niego, aby pogładzić go swoim skrzydłem w dowodzie wdzięczności. Zaraz, od kiedy interesuje go opinia jakiegoś nieruchawego żurawia? Poseł zdawał się nie zauważać, że wilczyca nie potrzebuje teraz akcji i bohaterów. Największym wybawcą byłby spokój.
  — Obiecuję, że się nie spóźnię. — Kawka nawet nie próbowała kwestionować tych słów. Nadal była przytłoczona analizowaniem swojej własnej wypowiedzi. Jutro przed zachodem słońca. Czas kolejnej próby. Dlaczego jej własne ciało buntowało się przed spełnieniem największego marzenia? Czy organizm nie miał być niezwykłym darem, jako narzędzie, dzięki któremu może wpływać na świat? Pięknym mechanizmem, choć zbyt skomplikowanym, aby go pojąć? Jak miała kochać tę powłokę, jeśli do tamtej pory nie mogła dać jej tego, co najważniejsze?
  — Odpocznij, żebyś jutro był w pełni sił. I jeszcze jedno. Preferuję, żebyś załatwił to sprawnie. Chciałabym tego wieczoru wrócić do domu. Dodatkowo proszę cię o niewtrącanie się w prywatne sprawy mojej rodziny, kiedy już skończysz swoją robotę. — Cierpkie słowa wadery boleśnie przypomniały Rubidowi o jego znikomej roli w całej tej historii. Kiedyś myślał, że jako szpieg oplótł już wokół łap najważniejsze wilki WSC i wystarczy, że pociągnie za sznurki, by tańczyły pod jego dyktando. To takie średnio śmieszne, ale tak naprawdę od początku do końca basior był tylko jedną z marionetek.
✁✁✁✁
Ten popierdolony żuraw zmodyfikował miejsce spotkania Rubida i Kawki na bezpieczniejsze dla potencjalnej matki, prosto na Berberysową Polankę i z dala od watahy trwającej w anarchii. Cóż za szaleniec, prawda?
 — Nie wiedziałem, że berberysy tak śmierdzą — mruknął Rubid, uważnie skanując wzrokiem otoczenie. Przywykł do szukania w każdym miejscu ukrytej zasadzki, w którą mógłby wpaść, gdyby tylko nie był taki paranoiczny. Cóż, wilki zachowują różne pamiątki ze swoich rodzinnych watah.
 — Nie zwróciłam uwagi — wybąknęła wyraźnie zamyślona Kawka.
  — Powiedziałem to na głos?
Odpowiedziała mu jedynie feeria ptasich śpiewów. Dwa wilki topiły się naprzemiennie w złotych i srebrnych odcieniach, brnąc przez śnieg na prosto na posłanie. To samo posłanie, na którym miłosny impuls połączył niegdyś ciemnobrązową wilczycę i byłego asystenta Agresta. To samo, które stało się tłem przewlekłych koszmarów Szkliwa. To, które przez kolejne kilka godzin miało być miejscem czarodziejskim, gdzie być może ziści się marzenie Kawki, w którego spełnienie sama zaczęła już powątpiewać. To przykre, że tak ikoniczne miejsce musiało zostać skażone Rubidem i jego spermą, którą jednak umiał jeszcze wyprodukować.
Kawka, musztardowa wadera z krzyżem na piersi.
Rubid, basior o urzekającej maści w wielu odcieniach brązu.
Czy ich geny mogą wydać coś dobrego? Czy mają moc, aby zrodzić wilka mądrzejszego niż Legion? A może te dzieci do końca swych dni będą skazane, aby żyć w cieniu nowego władcy, syna Nymerii?
Kawka wydała z siebie ciche stęknięcie i zacisnęła powieki. Starała trzymać się myśli, że być może właśnie płaci chwilą dyskomfortu za nadchodzące miodowe lata. Rubid od lat nie uprawiał seksu i wierzył, że nie jest idealnym partnerem na chwilę. Jednak nie potrzeba było nikogo perfekcyjnego, a wystarczającego. Wadera wcale nie oceniała jakości, a długość gry, którą prowadził. Wkrótce poseł zaczął czuć się coraz brudniejszy w obliczu całej tej sceny. Działał w imię wyższego dobra i za świadomą zgodą drugiej strony. Jednak jednocześnie widział, że każda komórka wilczycy wolałaby być teraz u boku kogoś innego. Kogoś, kto zasłużył sobie na to czymś więcej niż ładną maścią i głową na karku.
 — To koniec? — cichy głos Kawki wdarł się w podkład dźwiękowy sklecony z przyspieszonych oddechów.
 — Wydaje mi się, że wszystko poszło zgodnie z planem, Kawko. Um... Może nie powinienem o to pytać, ale dlaczego tak bardzo zależy Ci na dzieciach?
  — To się po prostu czuje, tak myślę. — Przeczucie podpowiadało Rubidowi, że ta odpowiedź nie mieści w sobie całej prawdy, ale przyzwoitość w porę wstrzymała jego dociekliwość.
  — Pozwolisz, że sprawdzę, czy Szkliwo śpi? Jeśli tak, to nie będę go budzić i możesz zostać tutaj do rana. Dziękuję Ci bardzo. — Wilczyca powoli podniosła się z posłania i przeciągnęła.
Zostać do rana? Serce Rubida zabiło szybciej na myśl, że Kawka dobrowolnie zdecydowała się zasnąć przy jego boku. Może nie wypadł tak aż tak źle, jak myślał.
  — Kawko... Poczekaj... Czy chciałabyś zostać moją przyjaciółką? — wymamrotał tak cicho, że wadera nie była go w stanie nawet usłyszeć. Znów przez chwilę był szczeniakiem. Poczuł się tak mały, jak wówczas kiedy wcale nie chciał żegnać się z koleżanką, która zaprosiła go na wyścig przez łąki. Czym w ogóle byłaby deklaracja przyjaźni w obliczu ich okazjonalnych spotkań? Co zmieniłaby w ich relacji, która nigdy nie zmierzała w stronę niczego poza wzajemnymi biznesami?
 — Proszę? — Rubid, ty samotny wilku. Czego szukasz w oczach córki Admirała?
 — Nie, nic nie mówiłem. Idź już.
Kawko, o święta naiwności. Sądzisz, że gdy odejdziesz od Rubida, wasza droga, choć przez chwilę wspólna, rozejdzie się w kompletnie różne strony. Czy naprawdę nie wiesz, że już na zawsze zamieszkasz w jego pamięci? Nie tak łatwo będzie was rozdzielić.
Kolejnego dnia poseł otruł się zającem, ale i tym razem nikt nie przyszedł go przytulić.

środa, 3 stycznia 2024

Od Kawki - „Rdzeń. Impuls”, cz. 5.5

Uwaga, trochę się zadzieje. Opowiadanie o treści... nie wiem, ja bym dała dla bezpieczeństwa jakieś +116 lat i 54 dni, ale niech każdy sam zdecyduje, czy stać go na straty moralne i/lub oczukąpiel. Jeśli jesteś położną o słabych nerwach, zastanów się dwukrotnie.

Hm, co my tu mamy? Dwie bohaterki i dwa zupełnie różne opowiadania, ich dwa odrębne światy oraz historie odległe od siebie o lata świetlne, a na pewno dalej, niż stąd do Lotnic (jeśli ta nazwa nic Wam nie mówi, wiedzcie, że to i tak nieważne). Damy im jeszcze po cudnej piosence, co? Niech sobie mają, każda swoją.
Jest w zasadzie tylko jedna rzecz, która je ze sobą łączy. Szczegół. Co się stanie, gdy wpiszemy te dwa tytuły w jeden cudzysłów?

➷ ➹ ➷ ➹

Widzę?
A może to kolejna mrzonka?
Słyszę?
A może to śpiew skowronka?
Czy to gwiazdy płoną na niebie, czy to nie blask zniczy?

Być może.
Na trupie cierni wyrósł słonecznik,
Trucizna rozpuszczona w wodzie,
Nie licz dni i na nic już nie czekaj,
Wygląda bowiem na to,
Że do czego tęskniłaś, to, wrócone, przetraciłaś.

Widzisz?
A może to nasze własne marzenie?
Słyszysz?
A może to w istocie tylko skrzypiec brzmienie?
Popatrz na jego skrzydła, czy nie są anielskie?

Być może.
Z prochu powstają nowe kwiaty,
Niczego nie rozumiem
I chyba nawet nie chcę,
Wygląda bowiem na to,
Że jest to niepojęte.

Ktoś w podskokach zmierza przed siebie
Ktoś macha ogonem jak szczeniak,
Popatrz, skacze naprzód, czy się cofa?
Myślami gdzieś daleko
Czynem tu i teraz
Przednie, czy tylne łapy jako pierwsze osiągną cel?

Ktoś stoi na własnej ziemi,
Ktoś korzeniem wrasta na głębokie metry,
Popatrz, zamiast oczu liście, miast pazurów ciernie.
Rozkwita w lecie,
Zamarza w zimie,
Czy kiedyś wreszcie wyda owoce?

Staje jedna naprzeciwko drugiej,
Każda widzi, co chce widzieć.
Wspomnienie, w lustrze, co stoi pomiędzy nimi,
Popatrzcie, poczujcie, pomyślcie, duszyczki,
Wybierzcie. Zapomnieć o sobie w pokoju,
Czy musieć wspominać się przez wieki.

Słyszycie?
Ktoś nam tu na skrzypcach gra.
Widzicie?
Dziwna to zabawa, ale nadal trwa.
A może pora mrugnąć jeszcze raz i zagrać sobie na nerwach?

➷ ➹ ➷ ➹


Widzę to tak jaskrawo, jak w dzień 
Tuli ją znów i szepcze sam miód
Dla nich ta noc za krótka na sen 
Ogień jest w nich i cud

- Widziałam ich... - Wrona chwyciła się za głowę obiema przednimi łapami. Skuliła się w głębokim mchu, a jej język zderzył się z gilotyną szczękających siekaczy. - Nie chcę więcej...
Kawka i Szkliwo. Jak to w ogóle możliwe? Przecież oni nie byli w stanie nawet się do siebie uśmiechnąć! Czasem jakby patrzeć na siebie nie mogli. Przecież przez cały czas tylko na siebie warczeli. To ona była w ich trójce tą najprzyjaźniejszą, najweselszą. Najbardziej czarującą! Dlaczego to ona... została sama?

Komu skarb, komu łza, komu płacz i żal

Tak, lubiła się bawić, lubiła uwodzić. Lubiła też, hm, różnorodność. Szkliwo nie był wyjątkiem. Ale kim on był, by żałowała go jak straconego marzenia?! Przecież od początku wiedziała, że był tylko kłamcą. Hieną cmentarną. Podstępnym wybrykiem natury, sztucznym tworem kombinacji politycznych, pozbawionym choćby zarysu serca i duszy. Był nikim. Bo kim innym mógłby być?
- Ktoś taki jak ty i ktoś taki jak ja? Na ludzkich terenach?
- Bo... jest trochę naganne, takie życie na pół gwizdka, prawda? Proszę, zabierz mnie stad, gdziekolwiek, byle dalej, odejdźmy i wędrujmy, zatrzymajmy się dopiero w raju!
Dreszcz w skroniach sprawił, że ze zdwojoną siłą ścisnęła swoją głowę pomiędzy łapami i tak upadła na ziemię. Nie wierzyła. Oczywiście, że nie wierzyła w rzeczy, które zdawały się po prostu niedorzeczne! Ale naprawdę niczego nie była już pewna.

Powiedz mi Panie czemu nie ja
Dlaczego nie ja tańczę z nim dziś

- A jeśli sama odejdę? Co wtedy? Nie poszedłbyś za mną?
Za jej krtani wyrwał się przeciągły jęk.
Myślała, że odchodząc pozostawi w domu ukochanego, który będzie czekał tylko na nią. Tęsknił, żył nadzieją, że wróci. A ona, wróciwszy, spotkała Szkliwo. Niezwykle frustrujące było, że za każdym razem gdy stwierdzała, że ma więcej niż pewność, że Szkliwo to nikt inny, jak zwykły oszust, ta rzucona na wiatr myśl powracała niczym bumerang, ukazując przy tym swoją drugą stronę: niepewność. Nie znała jego myśli. Nie wiedziała, czy on nawet nie wie, że powinien czekać właśnie na nią, bo nie usłyszał tego z pyska Admirała. Czy też... może niegdyś rzeczywiście czekał.

Powiedz mi Panie czemu nie ja
Dlaczego nie ja z nim dzielę sny

- A dotknąć mnie też się boisz? Przecież nie rażę prądem.
- Słonko. Masz swoją podróż, masz ludzi, masz nowy świat. Jutro przed nami parę ładnych kilometrów, więc śpij.
- Kiedy mi tak... we krwi zimno. Czy mamy coś jeszcze do stracenia? Oddam ci serce i duszę. Tylko na tę jedną noc, dla mnie... przestań być duchem.
Oszust. Doskonale pamiętała, jak zaraz po swoim pojawieniu się w WSC wprost odrzucił jej uczucia, chociaż nic nie trzymało go w wierności do Kawki, która nie chciała nawet z nim rozmawiać. A jeśli nie oszust? To z niczego go nie zwalnia! Jeśli naprawdę był Mundusem, pozostałby wierny jej i tylko jej. A gdyby nie wróciła? Cóż to, przecież to ona podarowała mu ten kwiat i tylko jej wypadało go odebrać. Kim byłby ten osobnik, gdyby nie jego kochana Wronka? Umówmy się, wciąż tylko ponurym partyjnym aparatczykiem od początku do końca pochłoniętym pracą. Z boku wszystkiego, skończyłby biedak tak samo jak samotny i zapomniany przez wszystkich Agrest! Rzecz jasna, Agrest znalazł swoją Nymerię, a prawdopodobnie to raczej ona znalazła jego. Poleciała na władzę, i tyle. Co innego zbliżyłoby ją do tego samotnego, znużonego życiem wilka, którego Wrona znała sprzed lat?

Powiedz mi Panie czemu nie ja
Dlaczego nie ja mogę z nim być

Szkliwo. Nawet jeśli był oszustem, musiał do cholery wiedzieć, do kogo się zwrócić, gdy już znalazł się w WSC! Przecież wszyscy wiedzieli, że Wrona i Mundus... Ale... nie, nie powinna obwiniać za błąd jego jednego. To przecież sprawa tej... tej całej Kawki. To ona, psica kusicielka. Kolejna, która poleciała na władzę; władzę i wpływy. Zachciało jej się być rzecznikową, nieważne, jakiej kanalii pozwoliła w tym celu zbliżyć się do siebie. Może dostaną za to przydział spirytusu dla nowożeńców od samego sekretarza? Ha tfu!
Tak, Kawka była jej wnuczką, może i tak! Ale co to miało do rzeczy?

Powiedz mi Panie czemu nie ja
Dlaczego nie ja
Na resztę dni

Końcami pazurów, potem całymi palcami, w końcu marząc się w jasnej ziemi aż po nadgarstki, zaczęła kopać.
Jej łapy były zmęczone, a przy wymagających siły ruchach zaczynały drżeć. Kilka drobnych, jaśniejących w ciemności, srebrnych kwiatów, razem z grudami ziemi spadło na wilgotną trawę, gdzieś obok niej. Błoto mieszało się ze łzami, jedna za drugą cieknącymi z jej oczu. Uginając palce przy pierwszym, bolesnym skurczu, zacisnęła zęby, by powstrzymać się od skomlenia.
Puściła obolałą głowę i wyciągnęła przednie łapy daleko przed siebie. Zacisnęła palce na łodyżkach mchu; soczystozielonego nawet zimą.

Trochę boli - serce nie chce bić 
Trochę boli - Panie, pomóż mi

Nagle jej pazur zaczepił o coś leżącego w ziemi. Zmęczonym ciałem zatrzęsły dreszcze.
Dotknęła niewidocznej w ciemności, śliskiej powierzchni i wyrwała jedno z pogniecionych piór. Choć światło księżyca tej nocy nie było dziełem okrągłej pełni, a z leżącego w ziemi ciała niewiele już zostało, jej oczy wszędzie poznałyby chłodną barwę.
Zamknęła oczy, wodząc łapami po zieloności. Dotyk miękkiego dywanu wyciszał zmysły. Otrzeźwiał; mówił: bądź rozsądna. Płaczesz za czymś, czego nie ma od dawna.

Dla ciebie jest najbielsza ze świec 
Nasyp mi ziaren nadziei na dłoń 
Ciało me weź i duszy mej śnieg 
Nie daj tak ginąć bez sensu, za grosz 

Pociągnęła nosem, i raptownie podniosła głowę. Jej wronie serduszko zabiło mocniej.
- Kaj? - jęknęła przez łzy. - Już wracasz ze szpitala?
- Wronica, co ty, stado łosi po tobie przebiegło, czy co? - Złoty ptak, idąc na pewno z jaskini medycznej, cały w widocznych nawet pod jasnymi piórami siniakach, z dwoma szwami na skrzydle i z jakiegoś powodu podartym bandażem na lewym skoku, widząc lamentującą współlokatorkę, przystanął na leśnej dróżce i począł łypać na nią z niepokojem.
- Och, Kaj. - Podźwignęła się ciężko, najpierw na przednie, potem na tylne łapy i od razu zrobiła kilka kroczków naprzód. Położyła palec na jego dziobie. - Ćśśś. Po prostu pomóż mi go znienawidzić.
Przysunęła się jeszcze bliżej. Złotopióry żachnął się.
- O co ci chodzi, Wrona? Łeb mnie boli... Wszystko mnie boli po tym... incydencie.
- Zobaczysz. Mój ty niewinny aniołku.
- Niby co zobaczysz?!
- Racja. - Wadera w rozpaczy przycisnęła nadgarstek do pyska i cofnęła się o krok. - Nie tutaj. Chodź ze mną nad morze. Chodźmy! Wyobraźmy sobie że jutra nie będzie.
- Czekaj, koleżanko. Uspokój się trochę. O kim mówisz?
- O tym skrzydlatym łajdaku - wypłakała. - O Szkliwie - sprostowała szybko, przypominając sobie, do kogo mówi.
- A co się wydarzyło?
- On... - Pod cienką warstwą sierści na pysku, Wrona spurpurowiała. - On z Kawką... - Po czym znowu wybuchła płaczem. Koyaanisqatsi westchnął, a trybiki w jego głowie przyspieszyły na tyle, na ile były w stanie, napędzane przez nie do końca jeszcze trzeźwe szare komórki. - Proszę, pokaż, że nie jestem od niej gorsza. Kochaj mnie. - Podniosła głos, na co ptak odsunął się ukradkiem.
- Jeśli chcesz go znienawidzić, to masz moje pełne wsparcie! - Skrzydłem poklepał ją po ramieniu. - Ale nic więcej chyba nie mogę zrobić... Później porozmawiamy, co? Jak trochę się uspokoisz. - Nie zdążyła chwycić nawet jego pióra, zanim odskoczył jak oparzony i zamachnął się skrzydłami do lotu. Wilczyca zawyła.
Tęskniła. Mundus obiecał jej, że gdy wróci, będzie czekać na nią jej dom, ich bezpieczna polanka, bliscy, rodzinne ciepło i czułość. Szkliwo miał dać jej to, co otrzymała niegdyś od jego poprzednika. Tymczasem Kawka odebrała jej to wszystko jednym skinięciem palca.
A Wrona przecież chciała po prostu być kochana.

Jak można być tak ślepym, jak on 
Chwilę jasności w miłości mu daj 
Jestem najlepsza - mówił mi to 
Mieliśmy razem podbić świat

niedziela, 31 grudnia 2023

Od Kawki - „Rdzeń. Za odpowiedzią, po odpowiedź”, cz. 3.18

Ostatnio całą sobą czułam, że nadchodzi czas. Czas próby, kolejnej próby. Ściskało mnie w żołądku na samą myśl o powrocie do kłopotu, który, ilekroć o nim pomyślałam, wyżerał od środka kolejne fragmenty mnie samej.
Deszczowy, jesienny poranek poprowadził mnie ku granicy. Zazwyczaj nieprzekraczalnej, tym razem jednak zupełnie niewidzialnej i niewyczuwalnej. Strzepnęłam z siebie krople deszczu, ale wysiłek był próżny. Byłam już cała mokra, a sierść sklejona w deszczowe pasemka ociekała chłodnymi łzami chmur. Dlaczego ten poranek wybrałam na wycieczkę? Nie byłam pewna. Liczyłam, że organizm sam podpowie mi, którą datę wybrać, choć nie ufałam mu już do końca. Właściwie w ogóle przestałam mu już ufać. A jednak zamiast grzać się w suchych ścianach jaskini wojskowej, albo u stryjka, który ostatnio nawet wyraził wolę widzenia mnie w jaskini alf, kuliłam się w objęciach ulewy, podążając do jabłoniowej gospody.
- Coś potrzabujesz? - zapytała staruszka, gdy przysiadłam przy szynkwasie ze zwalonego pnia.
- Czy byli tu dziś wojskowi?
- Nie, oni tak rano nie przychodzą.
- W porządku. Ale pewnie przyjdą?
- Ani chybi! Po południu. - Pisnęłam w duchu. Już trzęsły mi się łapy. Oczekiwanie odbierało mi więcej sił, niż samo myślenie. „A nuż okaże się jeszcze, że tego którego szukam, nie będzie w składzie kompanii. Jest mi potrzebny!”. - A ty nie jestaś przypadkiem córka taj zołzy, Admirała?
- Jestem. Kawka, pomocnik z WSC.
- Masz odwagę, żeba tu wracać po tym wszystkim. - Wadera z niesmakiem pokręciła głową.
- A cóż to, ja jestem winna jakimś ustrojowym niesnaskom? Nie brałam w nich udziału. Dziękuję za poinformowanie. Przyjdę w takim razie trochę później, wtedy może uda mi się spotkać te wilki - odpowiedziałam grzecznie, wstając, na co wadera tylko subtelnie wzruszyła ramionami. „I żebyś wiedziała, że nikt mi takiego udziału nie udowodni”, dodałam w myślach, z trudem oszczędzając dodania waderze epitetów.
Do wyjścia odprowadziło mnie kilka podejrzliwych spojrzeń nieznajomych. Ach, tak wiele, a jednocześnie tak niewiele zmieniło się w WSJ przez te lata, odkąd pracowałam tam za młodu. Ścieżki te same, karczma, a w niej karczmarka, zupełnie ta sama co zawsze, drzewa też te same, które niegdyś mijałam prawie co dnia. Ale wiele pysków było dla mnie zupełnie nowych. Choć obce, błyszczały specyficznym blaskiem, którego strasznie nie lubiłam. Tak patrzyły wilki wychowane przez społeczeństwo podległe prawu pięści.
Na rozdrożu rzuciłam obojętne spojrzenie każdej ze ścieżek. Bez dłuższego wahania wybrałam tę po prawej stronie, wiodącą nieco bliżej granicy z Watahą Srebrnego Chabra. Nigdzie znajomego zapachu, ani nikogo, kogo można by zapytać. Przyjęłam, że Abruan musi być w pracy, w jaskini przeznaczonej dla wojska.
Dlaczego akurat Abruan? Może rzeczywiście nie powinnam pojawiać się w WSJ. Miałam tam co prawda wielu starych znajomych, jeszcze z czasów przedwojennych. Prawdopodobnie tyle samo było tam jednak wilków, które mogły być mi nieprzychylne tylko przez mój związek z Admirałem. Mogłam znowu zwrócić się do Jojo, ale moja przygoda z nim nie skończyła się najszczęśliwiej. A ktokolwiek inny z WSC? Prędzej zapadłabym się pod ziemię. Abruan stanowczo wydawał mi się najbezpieczniejszą opcją. Zresztą lubił mnie, bez względu na to co robił ojciec. Zresztą... przychodząc ze swoją sprawą nie miałam się raczej czego obawiać.
- Marlena! - zawołałam radośnie, wkraczając do miejscowej jaskini medycznej. U progu przywitał mnie silny zapach suszonych ziół, ale w porównaniu do szpitala w WSC, to miejsce było małe i puste. Tylko jego opiekunka krzątała się wewnątrz. A raczej... tańczyła.
- Och. - Mój widok zakłopotał ją nieco. Od razu przerwała swoje ostatnie zajęcie. - Kopę lat! Co tutaj robisz?
- Wybrałam się w sprawach osobistych. - Na jej zapraszający gest odpowiedziałam siadając przy kamiennej ławie, przy której za dawnych lat wspólnie suszyłyśmy rozmaryn i siekałyśmy dziką pietruszkę. - Mam jeszcze trochę czasu. Pomyślałam, że cię odwiedzę, porozmawiamy. Jak ci się żyje?
- Po staremu. Wiesz, tutaj wszystko odkąd pamiętam stoi w miejscu. Dosłownie wszystko. To raczej ja powinnam zapytać, jak ci się żyje, i dziękować Bogu, że cię w ogóle spotkałam.
- Wbrew pozorom u mnie też wiele się nie zmienia. - Podniosłam z ławy starą, zapomnianą gałązkę. Pogładziłam jej wąskie listki i uniosłam do nosa. Rozmaryn. - Każdy dzień, odkąd pamiętam, wspominam bez uniesień. Przeleciało to wszystko tak, że się teraz wydaje, jakby życie cały czas toczyło się zupełnie zwyczajnie, nie było żadnej wojny. Gdyby nie to, ile ofiar ze sobą zabrała. Ale może to tylko emocje wywietrzały. To w końcu już wiele miesięcy pokoju.
- Najważniejsze, że ty żyjesz. - Uśmiechnęła się ciepło. W zamian otrzymała to samo, ale wzbogacone o lekkie potrząśnięcie głową.
- Nie. Nie wiem, jaki był tego wszystkiego cel. Sens. Ale czuję, że za dużo już się stało, ażebym miała z czego się cieszyć.
- A teraz? Świat jakoś dalej się toczy.
- Tak, mamy nowego przywódcę. Chociaż alfa się nie zmienił. Jestem ciekawa, co teraz będzie. Mam nadzieję, że wzięły się za to odpowiednie osoby.
- Zupełnie nie znam się na polityce, ale będę miała nadzieję, że tak się właśnie dzieje. A ty?
- Ja? Teraz chciałabym w końcu poukładać to, co się rozleciało. Czyli właściwie całe moje życie.
Marlena westchnęła z zatroskaniem. Była życzliwą dziewczyną; z całego stażu w WSJ chwile spędzone z nią bez wątpienia wspominałam najlepiej. To kolejna porcja doświadczenia oraz wspomnień, które dał mi ktoś, kogo odebrała mi wojna.
Z celem mojej wycieczki spotkaliśmy się wreszcie po południu. Natknęłam się na niego, gdy razem z czwórką przyjaciół zmierzał do karczmy. Czy bawiłam się w podchody, odegrałam spotkanie przez przypadek? Nie, skąd. Miałam jasno określone zamiary. Nie wiem co mogłabym osiągnąć ubieraniem je w płaszcz z iluzji.
- Abruan? Cześć.
- Przedstawisz nas pani? - Jeden z towarzyszy stuknął go w łopatkę.
- Och, młoda Admirałówna. - Skłonił się lekko, na co zaśmiałam się bez przekonania.
- Ach, gdzie tam, czas leci.
- Dla mnie zawsze piękna, młoda i pełna ognia.
- To może ja sam się przedstawię. - Zuchwały basior wyprężył pierś. - Raciwat, tutejszy szeregowy, ale już niedługo.
- Miło mi. Kawka.
- Cicho tam, Raciwat. Daj nam porozmawiać. Bo po oczach widzę, że coś cię tutaj do mnie sprawdza - zauważył, rzucając mi lekki uśmieszek.
- Tak.
- Chłopaki, idźcie sami. Musimy porozmawiać.
Tym razem każdemu z nich posłał ponaglające spojrzenie. Basiory z łagodnością owieczek przystały na jego rozkaz. Gdy odeszły, zbliżyłam się do niego jeszcze o mały krok, choć byłam pewna, że już czuje, z czym przychodzę. Subtelnie zniżyłam głos, dopóki leśna cichość nie upewniła mnie, że zostaliśmy sami.
- Czy znajdziemy gdzieś tu niezamieszkaną jaskinię?
- Bez kłopotu. A dlaczego mamy jej szukać?
- Dawno się nie widzieliśmy, prawda? - Delikatnie uniosłam brwi.
- Okrutnym słowom nie sposób zaprzeczyć. - Odetchnął głęboko. Plan był prosty i wykonalny. Jego łapa objęła moją. - A gdzie cię wywiało po upadku tatusia?
- Pracowałam. Czasem zbierałam zioła, czasem zaganiałam sarny w kozi róg. Wiesz. Żyłam.
- I nawet nie pomyślałam o starych przyjaciołach, co?
- Gdybym nie myślała, nie byłoby mnie tu dzisiaj.
Plan był prosty i wykonalny, choć należało wziąć poprawkę na każdy najlżejszy ucisk, parzący jak unurzane w ogniu żelazo, i każdy oddech, jak zianie Cerbera strzegącego wejścia do świata zmarłych. Każda cząstka ciała buntowała się we mnie, każda czuła się potwornie nie na miejscu. Spędziłam wieczór w objęciach jego masywnych łap, lecz jak tu dać się ponieść chwili, gdy jedyne co się czuje, to tłumiona chęć ucieczki? Przyciskając pysk do jego pyska w duchu pytałam, po co mi to. Jednak rozsądek był silniejszy. To jedyna droga do spełnienia potrzeby o wiele ważniejszej niż chwilowy komfort fizyczny.
Było już późno, gdy postanowiliśmy się rozstać. Abruan uparł się, by odprowadzić mnie do granicy, i szczerze mówiąc było mi to całkiem na łapę. Nikt nie mógł być pewny, co czaiło się wśród mroków WSJ.
Ciężka muzyka rozbrzmiewa w koronach obcych drzew, gdy stąpa się błotnistą ścieżką w środku nocy, odliczając kroki dzielące od domu. Nawet oddech idącego obok wilka wydaje się wtedy dużo cięższy niż byłby, gdyby rozchodził się jasnym dniem. Gdyby u boku mieć kogoś drogiego, a przed oczami swój własny las, który znałoby się wszerz i wzdłuż.
- Wpadaj częściej. - Na pożegnanie liznął mnie w policzek, a ja odruchowo ściągnęłam brwi. Jakoś umknął mi moment, w którym nasza relacja stała się tak bliska. Czy było to tamtego popołudnia, czy może o wiele wcześniej, jeszcze na Stepach? Nie umiałabym powiedzieć; nigdy nie przyglądałam jej się tak uważnie. Przecież nawet nie znaliśmy się dobrze. Jeszcze kilka godzin wcześniej zastanawiałam się czy Abruan w ogóle pozna „starą przyjaciółkę” po takim czasie. Mimo wszystko w przeciwieństwie do niego starałam się nie pozostawiać złudzeń, że potrzebuję go do czegoś więcej niż własne cele. Gdy jednak obejrzałam się wstecz, zdałam sobie sprawę, że nie wychodziło mi to najlepiej. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Nigdy jakoś nie zebrałam się na odwagę, by powiedzieć mu, że potrzebuję od niego (Tylko. Aż?) szczeniąt. Opłacalniej było na ten temat milczeć i pozostawić mu więcej pola do wyobraźni w temacie naszych spotkań.
W domowym zaciszu, z głębokiej trawy błysnęły na mnie dwie pary oczu. Ze względnym niezadowoleniem przyjęłam fakt, że nie poszli jeszcze spać.
- Wreszcie! - Wrona uderzyła przednimi łapami o ziemię. - Tak się bałam! Już mieliśmy iść cię szukać, ale o tej porze nawet pytać nie ma kogo.
- Wszystko jest dobrze. Byłam u przyjaciela za granicą.
- I jeszcze za granicę ją poniosło!
- Wrona! Nie byłam sama. Uspokój się.
- Ach, nie byłaś sama? - Choć słowa o tożsamym znaczeniu padły już wcześniej, dopiero tak sformułowane zwróciły uwagę brązowej wilczycy. Jej ciemne ślepka zabłysły. - Z kim byłaś?
- To nieistotne - odparłam, sadowiąc się na swoim legowisku. - Jestem wdzięczna że się o mnie martwicie, ale sama potrafię o siebie zadbać.
- Zawsze wracasz przed wieczorem. - Szkliwo uznał za stosowne wesprzeć towarzyszkę. - Dzień w dzień, punktualnie. Dlatego się martwiliśmy. - Zacisnęłam wargi.
- Powiedziałeś to, co wszyscy wiedzą, a zatem? Możemy wyciągnąć wniosek, że dziś wróciłam później, a potem iść spać. Dobranoc, mamo i tato.
Odwróciłam się grzbietem do polany, przyciskając czoło do szorstkiego pnia starej sosny. Z tyłu usłyszałam leniwe ruchy, świadczące o tym, że współmieszkańcy, jedno po drugim, poszli w moje ślady. Tyle jeszcze rzeczy, którymi uraczył mnie dzień, było do przemyślenia. Do zapomnienia. Ostatecznie cisnęłam je gdzieś w kąt pamięci, ledwie zdążywszy, zanim sen ogarnął moje zmysły. Byłam już zbyt śpiąca.
Gdy obudziłam się rankiem, wroni ogon wystawał z legowiska po przeciwnej stronie polany. Wadera, najwyraźniej wyczerpana czuwaniem do późna, jeszcze spała, a trzeci lokator musiał już rozpocząć kolejny dzień pracy, bo jego miejsce było puste. Przeciągnęłam się, by nie pozostawać w tyle. Chmury wolno przedzierały się przez plątaninę gałęzi starych sosen. Na chwilę zatrzymałam wzrok na kojącym obrazku. Dzień był chłodny; oznaczało to niewątpliwie, że zbliżają się dni, które wataha miała poświęcić na, jak to mówił stryj i plakaty porozwieszane po całym lesie, „budowanie przyszłości”. Powinnam zgłosić się do jaskini alf, by być na bieżąco.
- Gdzie wczoraj byłaś? - słowa Wrony dogoniły mnie, zanim zebrałam się z legowiska. - No powiedz, proszę!
- Dlaczego chcesz wiedzieć?
- No bo wiesz...
- Nudzi ci się własne życie - mruknęłam. - Zawsze byłaś taką intrygantką?
- Och, żebyś widziała mnie za młodu. - Naraz poderwała się, a cała jej poranna senność minęła na dobre, głosząc wszem i wobec, że ma niejedną historię, którą chętnie by się ze mną podzieliła. - Długo wędrowałam po całym świecie. Nawet po ludzkich terenach!
- Dlaczego wróciłaś? - zapytałam gdy tylko, a może jeszcze zanim skończyła myśl, bo nagle zdałam sobie sprawę, że nie wiedziałam nic na temat zagadnienia pozornie tak oczywistego.
- Byłam ciekawa, co w domu. Przez lata zwiedzałam lasy i ulice, bywałam w górach i nad morzem. Ale zmęczyło mnie trochę ciągłe uciekanie przed ludzkim wzrokiem, tak samo jak niesmaczne i nieświeże jedzenie, które fundowały mi moje przygody. Ale przede wszystkim stęskniłam się za rodziną. Nie miałam ich wiele. Rodzeństwo, ojca, syna. Agresta, no i Mundusa.
- No tak, mówiłaś, że z Mundusem mieszkaliście tu razem - mruknęłam. Czy kiedyś powiedział mi, że berberysowa polanka miała jakichś lokatorów oprócz nas? Chyba nie było ku temu okazji. A ja jakoś wyszłam z założenia, że po prostu był jej pierwszym i jedynym mieszkańcem.
- Tak. Ale, ale, zmieniasz mi temat, kochaniutka. Powiedz, co to za tajemniczy znajomy?
- Nie żaden tajemniczy znajomy. To mój znajomy.
- Ojej...
- Robisz się monotematyczna. No, czas iść do pracy.
- Doprawdy chyba nikt się nie kryguje tak jak ty.
- Doprawdy? - Rzuciłam jej oschłe spojrzenie. - Słucham, kto na przykład?
- Na przykład... - Jej oczy zaokrągliły się niespokojnie i potoczyły wokół, w poszukiwaniu ratunku. - Kaj.
- Co z nim?
- Słyszałam... - Wilczyca niewinnie opuściła oczęta, a jej koścista łapka zaczęły bawić się źdźbłem trawy. W oczekiwaniu na dzienną porcję plotek, rzuciłam jej nudnemu zajęciu matowe spojrzenie. - Że odkąd się stąd wyprowadził, pomieszkuje u jakiejś pary z WWN. I płaci im w piórach, okłamując ich, że to prawdziwe złoto, które można sprzedać ludziom! A potem otwarcie chwali się tym u nas.
Prychnęłam, jednym oddechem wyrzucając z gardła całą niedorzeczność, którą zadławiłam się, słuchając jej rewelacji. „Chociaż w sumie kto go wie”, przeszło mi przez myśl.
- Nie uwierzę, by ten leń wprowadził się do kogoś i zgodził dać mu coś w zamian. Prędzej symulowałby permanentny ból brzucha i koczował w jaskini medycznej, byle wziąć za darmo.
- Tak? To jak niby im płaci, jak myślisz?
- Może tak samo jak mi, czyli wcale.
Wrona kwęknęła coś z naburmuszeniem.
- Może tak, może nie. A taki Szkliwo? Też nie lepszy.
- Szkliwo? - Moje uszy zjechały na kark, rozkładając na głowie pas startowy dla samolotów.
- Tak! Wielki polityk się z niego zrobił, już nawet jaskinia alf mu nie wystarczy, tylko w WWN przesiaduje. Chodzi taki dumny, że aż ziemi nie dotyka. Do Agresta wpada sobie kiedy chce, jak do starego znajomego, w ogóle już nie szanuje powagi urzędu alfy. Tak, tak! Sama Nymeria mi mówiła! Ba, słyszałam, że kręci się przy samej córce alf! Taka szuja tylko trochę wpływów złapie i zaraz czuje się bezkarna. Zresztą przy kim on się nie kręci. Oni tam u Nadziei mają te wszystkie swoje wiece, ważne spotkania polityczne, wiesz, to jak w delegacji. Kto wie co tam robią.
- Przestań! - warknęłam. - Teraz już jestem pewna, że gadasz zupełne głupoty.
- A to ty nie wiesz, że te wszystkie rublie mają spaczone...
- Wrona, jesteś okropna! - stwierdziłam.
- A on to zwłaszcza. Mówię ci, uważaj na niego. Ale co nas to obchodzi, prawda? - Machnęła łapą, krzywiąc się w chytrym uśmieszku. - Mówiłyśmy o tobie.
- Nie mam ochoty o tym rozmawiać. Czy nie wyraziłam się już jasno? - Odwróciłam się gwałtownie. Może nieco zbyt gwałtownie, może nawet troszkę agresywnie, ale mój nastrój uległ już zupełnemu załamaniu i nie zamierzałam się nad tym zastanawiać. Poszłam w swoją stronę, to znaczy, na północ, pozostawiając Wronę we mgle niedokończonej rozmowy, której w ogóle nie powinnyśmy rozpoczynać. Może współmieszkanka nacieszyła się świeżutkimi plotkami, ale mi nie przyniosło to nic oprócz popsutego humoru.
W jaskini alf rzeczywiście nie zastałam Szkliwa. W środku byli zresztą tylko stryj, jego małżonka i jeden z synów, Legion. Przywitałam się cicho i zajęłam miejsce, które zwykł zajmować drugi asystent, gdy wraz z Agrestem akurat nie przyjmowali interesantów.
- Wiadomo coś o tych jabłoniach? - zagadnęłam.
- Idą mrozy - odrzekł Agrest. - Planowaliśmy ze Szkliwem pojutrze rozpocząć prace. Dziś ma skonsultować to z Watahą Wielkich Nadziei i dowiedzieć się, czy ich plany są podobne.
- Świetnie - odpowiedziałam, aczkolwiek ich ustalenia były mi obojętne. Chciałam tylko wiedzieć, co robić, zanim nadejdzie owo wyczekiwane „pojutrze”.
Choć wszystko odbywało się zupełnie zwyczajnie, alfa w ciszy czytał jakieś dokumenty, Legion z matką rozmawiali o wilkach, które znałam tylko z widzenia, nietrudno było wyczuć unoszące się w powietrzu oczekiwanie. Agrest jakby już nudził się na swoim miejscu. Nie byłam tylko pewna, czy czekał na nadchodzący siew, czy po prostu na kolejny obchód terenów lub obiad.

Cdn.

wtorek, 16 maja 2023

Od Kawki - „Pierwsze skrzypce” (opowiadanie konkursowe)

[Korekta i zmiany 27.03.2026]

UWAGA: Poniższe opowiadanie ma z faktami historycznymi mniej więcej tyle wspólnego, ile chińska zupka z herbatą. Niby coś gdzieś gra, ale w sumie to bzdury powstałe w głowie śpiącej Kawki. Członkowie, którzy dotarli do WSC już po wojnie, proszeni są o nie branie sobie tego bełkotu do serca. Wspólny z prawdą historyczną jest tylko cieniutki jego rdzeń...


W cieniu dało się dostrzec zarysy prostokąta, lecz z daleka nie widać było dokładnie, co to za pudło chowa się na tle potężnych skał, w głębi groty, zagubionej wśród wiekowych borów. Wszystko stało się jasne, gdy nagle uderzenie wilczej łapy w bielący się klawisz rozniosło po tonącej w mroku sali pojedynczy, mocny dźwięk. Gdy ten ucichł, jeszcze przez chwilę odbijając się echem od skalnych brył, na jego miejsce wkroczył ostry, lecz harmonijny akord. Wybrzmiał jeden, potem kolejny, gdy dołączyły do nich delikatniejsze tony drugiej łapy, błyskawicznie biegnące po klawiaturze starego pianina.
Dojmujący głos instrumentu zagłuszał przyspieszony oddech drobnego pianisty, a być może już tylko jego jeszcze mizerniejszego cienia. Melodia na przemian cichła i uderzała ze zdwojoną siłą; przenikliwe dźwięki etiudy płynęły poprzez głuchy las, wzmocnione przez grotę jak przez muszlę amfiteatru.
Kilkadziesiąt łap zbliżało się do jaskini marszowym krokiem.


Mój dziadek walczył podczas wojny na Wschodnich Ziemiach NIKL-u.
Był takim szlachetnym gościem.
Mgliste wspomnienie świetlistego, płowego futra i stroskanych, bursztynowych ślepiów, wypatrujących odległych horyzontów, wpłynęło mi do głowy, gdy tylko na chwilę przymknęłam oczy. Stał tam, wypinając pierś ku wstającemu słońcu i patrząc gdzieś w dal, zapewne ku metaforycznej, dobrej przyszłości dla swoich następców. No, zaiste, był takim szlachetnym gościem.
W ogóle, kiedyś były lepsze czasy, lepsze wilki... to znaczy, nie. Kiedyś złe czasy stworzyły lepsze wilki. A teraz, cóż mamy? Dobrobyt i bandę jełopów, którzy wierzą, że potrafią wygrać w każdej grze i uważają, że wszystko im się od życia należy, w jakiejś eterycznej spuściźnie od przeszłych pokoleń; sami niczego dobrego po sobie nie zostawiając.
Taka właśnie refleksja naszła mnie, gdy popijałam łyk deszczówki pachnącej burzą, świeżo rozkopaną ziemią i zerwaną kępką trawy, z glinianego kubeczka, wylegując się na zamszowej kanapie, skrytej w cieniu sufitu i betonowych kolumien. Nasz kawałek podłogi otaczał szum późnowiosennych liści, migoczących od kropelek w mętnym świetle pochmurnego nieba. Na całe szczęście pustostan bez ścian, pozostawiony przez ludzi przed laty, w środku lasu, pozwalał na nacieszenie oczu jeśli nie promieniami największej gwiazdy na niebie, to przynajmniej ich odbiciami na mokrych drzewach. Obróciłam kubek w palcach i wzięłam kolejny łyk, w zamyśleniu przenosząc wzrok na kupę gruzu leżącego na przeciwległym końcu pomieszczenia, pod kilkoma popsutymi meblami. Połamane krzesło, kredens pozbawiony połowy drzwiczek i jednej z szuflad oraz toaletka z wybitym bocznym lustrem.
No cóż, każdy kiedyś przechodzi swój własny kryzys egzystencjalny. A czy jest ku takowemu lepszy powód niż deszczowy poranek, gdzieś w okolicach rocznicy wybuchu pamiętnej wojny pomiędzy WSC, a WWN i WSJ?
Popisaliśmy się wtedy wszyscy, nie ma co. A najbardziej stryjek Agrest, układając ten straszny plan wyzwolenia watahy od starych problemów, tak, by zastąpić je nowymi. Przez to zamiast zająć się nauką czytania i pisania, dałam się pochłonąć politycznym intrygom i pseudo-dyplomatycznym rozmowom. To właśnie dlatego nie mogłam nawet skończyć szkoły! No, prawie że jedynie dlatego.
Moja porażka edukacyjna po części była wynikiem kłopotów rodzinnych. Tęskniłam za mamą i odeszłam za wcześnie.; ze szkoły, rzecz jasna. Cóż jednak poradzę, że była głupia i podążyła za swoją głupią, młodzieńczą miłością, a ja byłam głupia i podążyłam za nią. Nie mogłam zostawić jej samej sobie, przynajmniej tak myślałam, dopóki obie nie skończyłyśmy osadzone na pustkowiu, razem ze stadem mądrych inaczej żołnierzy dezerterów.
Iiiiiiiiiiieeeeaaeaeaeaaa...!
O nie.
Dźwięk końskiego włosia przesuwanego po strunie E, niepowstrzymany przez gęstwinę koron rosnących wokół drzew, niósł się daleko i powodował ciarki na grzbiecie. Zacisnęłam łapę na skórzanej powierzchni mojego legowiska.
To znowu ten debil z góry.
Jjjiiiiiiiiiiii...
Agresywnie wzięłam jeszcze jeden łyk, a chaber wsunięty za moje ucho wpadł prosto do kubka z płynem. Odetchnęłam głęboko i w nieoględnych słowach zawołałam, unosząc pysk ku betonowemu stropowi:
- Normalny wilk chce sobie odpocząć po pracy, z takimi piskami to wara na stepy!
Zgrzytliwy dźwięk skrzypiec na chwilę umilkł; nie byłam pewna, czy z powodu mojego apelu, czy po prostu smyczek był za krótki żeby dalej ciągnąć ruch. Nastała chwila złowrogiego napięcia.
- Głośni sąsiedzi z piętra wyżej - wymamrotałam. - To już chyba legenda. A ten, ten, co to w ogóle za agent? Przecież tam już nawet schody się kończą na półpiętrze. Stryjek mówił, żebyśmy brali to mieszkanie, jeśli nie chcemy mieć sąsiadów. Specjalnie zdecydowałam się dzień w dzień włazić na czwarte, żeby żaden przypadkowy wilk mi tu już głowy nie zawracał. Ale nie, psia jego mać. Jak da się życie uprzykrzyć, to zawsze jakiś himalaista taternik mocny w barach się znajdzie. I co? I mam skrzypka na dachu, do diabła.
Zza stojącej pośrodku podłogi toaletki wyjrzała para zaspanych oczu.
- Córciu? Czemu krzyczysz?
- Nie przeszkadza ci to zawodzenie? - burknęłam w stronę matki, nieprzytomnie przecierającej ślepia.
- Nie słyszałam.
- Jak mogłaś nie słyszeć?!
- Pośpię jeszcze chwilę, dopóki tata nie wróci z pracy, dobrze?
„Jeśli w ogóle dziś wróci”, dodałam w myślach. Zakładać, że tego dnia, po tygodniu, w końcu oderwie się od butelek z winem, które zdobył w kolejnym łupieżczym napadzie, a które od czasu wyprawy obala jedną za drugą wraz ze swoimi wszystkimi prawymi łapami? Odważne.
Iiiiiii iiiiiiijjjjjjjjjjjjjjjjjjj...
Zerwałam się ze swojego wygrzanego miejsca, a moje stopy same zaprowadziły mnie ponad krawędź metrażu.
- Czy ty tam zabijasz te skrzypce?!!!
- Córciu, błagam... - dobiegło zza ściany ze starych mebli. - O co ci znowu chodzi? Powiedziałaś, że już nie wrócisz do tego tematu. Szkoda, ale to twój wybór. Tylko czy trzeba ogłaszać całemu światu, jak bardzo nie lubisz skrzypiec? 
- Stroję! - odpowiedziano mi gdzieś z góry.
- Cokolwiek do cholery robisz, skończ!
- Daj spokój, jest prawie wpół do dziewiątej!
- Ach, no jasne - zwróciłam się już sama do siebie i z niezadowoleniem trzepnęłam ogonem wilgotne, poranne powietrze. - Bo jak nie ma ciszy nocnej, to można robić co się chce, tak? - Pytanie umknęło w ciszę, która po chwili została drastycznie przerwana.
Jiiiiieeaaaaaaaaaooooooooooooooooouuuuu...
- Mamo, wiesz kim jest ten sąsiad z góry?
- Mamy jakiegoś sąsiada na górze? Może chodzi o tego z dołu? Kamael, ten dostojny basior, przyjezdny zza granicy. Poza nim chyba jeszcze w ogóle nie mamy sąsiadów. Przecież Agrest dopiero co zaczął przydzielać mieszkania. Wszyscy przedwojenni mieszkańcy albo poginęli, albo pouciekali.
„Może ten obcokrajowiec wspina się na ostatnie piętro, żeby grać”, przebiegło mi przez głowę. „Robi to specjalnie, żeby cały las słyszał? Nie, nie, niemożliwe, by był aż takim palantem. Pewnie przechowuje tam na górze skrzypce, żeby nie niszczały od wilgoci”.
Iiiiii  aaaaaaaa  oooooo uuuiuuuuuuuuuuu...
Zgrzytnęłam zębami. Jedynym słusznym wyjściem wydawało się wyjście z domu. Już po chwili zbiegałam więc po cementowanych schodach bez poręczy, omijając kałuże pozostałe po nocnym deszczu i odłamki schodowej struktury.
„Mój dziadek to jednak był ktoś”, dopadło mnie jeszcze na schodach. „Gdyby takie wilki żyły i dziś, świat bez wątpienia byłby lepszym miejscem. Ale wszystkie zginęły na wojnie”.
A kim był jego ojciec? Nie wiem. Ale mógłby być na przykład strażakiem. Walczyć z pożarami tak okrutnymi...
Moja stopa z hukiem wylądowała na rozciągającym się pod naszym domem chodniku. Tuż po niej druga, trzecia i czwarta. W podskokach ruszyłam przed siebie, po równej powierzchni.
- Domi! - Machnęłam łapą, kilka sarnich skoków przed sobą widząc znajome łaty. - Poczekaj na mnie!
Gdybym w tej zepsutej rzeczywistości miała zaufać komuś bez reszty, byłaby to Domino. Wadera jakby urwała się z innego świata; pełnego bezinteresowności i honoru.

Po wojnie nic już nie będzie takie samo.
Ze znudzeniem poprawiłam podbródek na zdrętwiałej łapie. Śpiew szpaków w gałęziach rosnących wokół kawiarni krzewów rozproszył moje myśli na kilometry od miejsca, w którym się znajdowałyśmy. Skrzydlata wilczyca, siedząca naprzeciwko mnie, bez pośpiechu dopiła swoją filiżankę kawy.
- Jakaś jesteś dziś nieswoja - oświadczyła. - No, i co z tymi twoimi skrzypcami?
- Co... - Kontekst na moment wymknął mi się z pamięci. Wahałam się przez dłuższą chwilę. - Piszczały dzisiaj jak najęte.
- Piszczały... Tak po prostu wyskoczyły z szuflady i piszczały?
- Wydaje mi się, że znowu cię zanudzam.
- O nie, ależ skąd! - zaprzeczyła, w pysku wciąż mając resztki ostatniego łyku kawy, po czym gwałtownie pokręciła głową i nerwowo stuknęła filiżanką o drewniany pieniek.
- To takie szalone. O Boże, ale wstyd. - Moja druga łapa powędrowała ku pyskowi, w ślad za pierwszą, a czoło zsunęło się w ich objęcia. Wcisnęłam głowę pomiędzy przednie kończyny, pokładając się na stoliku. W przelocie zobaczyłam jeszcze tylko, jak oczy Domino otwierają się szerzej, a jej łapa leci na powitanie mojego barku. Zaraz po tym poczułam, jak delikatnie ląduje.
- Wstawaj, jeszcze pomyślą, że pijemy przed południem. - Pochyliwszy mi się nad uchem, subtelnie poklepała mnie po łopatce.
- Trudno. Kiedyś piło się od rana do wieczora, a potem szło się klepać Watahę Zgniłych Jabłoni.
Stara wilczyca, kawiarka z owej kawiarni, krzątająca się gdzieś wśród swoich towarów, spojrzała na nas spode łba. Siedzący nieopodal basior, futrem zlewający się z leśną ściółką, a oczyma z liśćmi rosnących wokół krzaków, powtórzył jej gest. Powoli położyłam uszy po sobie.
- Ciszej, nie zapominaj na czyich terenach się znajdujemy! - Towarzyszka zgromiła mnie spojrzeniem i rozejrzała się dyskretnie.
- Może, a, potrzebujecie pomocy... w zamachu sanu?! - wykrzyknął w naszym kierunku drugi gość kafejki.
- Mówiłaś coś o piciu przed południem? - mruknęłam.
- Ciszej, Rubid, bo zawołam strażników! - Sierść na karku Domino zjeżyła się groźnie.
- Ale ja nic nawet nie mówię... Tylko mam plan. Jak zwykle wykonam go sam. Po nic mi niedowiarki... - Machnął łapą i coś jeszcze mruczał, kiwając się lekko, ale chyba postanowił nie zaszczycać nowymi ideami naszych uszu.
- Domino, przegraliśmy tę wojnę! - zaskamlałam. - Pomarli wszyscy czegoś warci... Znaczy z całym szacunkiem, ty jesteś spoko. Ty jednaaa! Przy nich, moje osiągnięcia nie wydają się takie wielkie. Nic nie poradzę, że czuję się źle! Tym bardziej, gdy nowy sąsiad molestuje te cztery struny od rana do południa, nie mogę już tego wytrzymać!
- Aleście się dobrali - głos Domino rozległ się nieśmiało gdzieś pomiędzy moimi jękami. - Posłuchaj, a może i ty... Zresztą nie. Myślę, że można dopowiedzieć tu dwie rzeczy - mruknęła.
- Te cholerne skrzypce...
- Naprawdę potrzebują publiczności.
Podniosłam się jednym ruchem, jakby ktoś podciągnął mnie do góry na niewidzialnej sprężynie.
- Co to niby znaczy?
- Chciałabyś zrobić coś dobrego dla krzewienia kultury w narodzie? Czujesz, że twoje życie nie przyczynia się do niczego dobrego? Że na wojnie zginęły wszystkie szlachetne wilki, a z pozostałych wypłynęły wszystkie uczucia wyższe, jeśli kiedykolwiek istniały? - mówiła jak wprawiony reklamodawca, a moja głowa prawie urwała się od namiętnego kiwania. - Mam pomysł, posłuchaj.

Tu zróbmy dramatyczną przerwę, jedną z rodzaju tych, które pojawiają się w filmach przygodowych, gdy dwójka głównych bohaterów zaczyna knuć jakiś przełomowy plan. Oczywiście, jak się pewnie domyślacie, już chwilę później każdy z widzów ma okazję dokładnie się z nim zapoznać; w praktyce.

Ze spotkania z Domino pędziłam prosto do jaskini medycznej. Gdzie, jak nie tam, znaleźć mądre głowy, które pomogłyby mi w realizacji pomysłu.
„Więc jeśli wkrótce kogoś nie znajdę, wybuchnę na małe kawałeczki. I wyrzucę z siebie moją maleńką symfonię”.
Wśród leniwego bezgłosu przedpołudnia, drżące łapy medyka trzymały przeźroczysty pojemniczek, po którego krawędziach tańczyły świetliste refleksy. Klatka piersiowa zaczęła poruszać się nieco szybciej, gdy usłyszał kroki zbliżające się leśną ścieżką.
- Delto! Grasz na pianinie! - Wparowałam do siedziby medyków i bez dłuższych wstępów przeszłam do rzeczy. Siedzące w środku kilkoro wilków popatrzyło na mnie ze zdumieniem.
Mój dziadek walczył podczas wojny. Był takim szlachetnym gościem. A ja czuję, że jestem strasznym głupkiem. Jeszcze tyle muszę udowodnić.
- Przesłyszałaś się. - Niskiego wzrostu basior o ciemnym futrze odwrócił się przodem do ściany, z zacięciem wycierając szmatką stojące na półce, szklane pojemniczki. - Sprzątam.
- Nie chodzi mi o to. Tylko o to. - Skinęłam głową na zakurzone pianino, stojące w kącie, skryte od światła słonecznego.
- Ach, to. Ale to było jeszcze w czasach wojny. - Jego grzbiet znieruchomiał. Subtelnie dało mi to do zrozumienia, że przerwał sprzątanie. Delta umilkł, o nic nie pytając i niczego nie sugerując.
- Grywałeś wtedy tak pięknie...
- Zamiast siedzieć cicho jak reszta cywili i ukrywać się przed wrogiem. Wiesz dobrze, jak się to skończyło.
- Potrzebuję twojej pomocy! I nie tylko twojej. I w tym też potrzebuję twojej pomocy. Bo nie wiem, czyjej jeszcze pomocy dokładnie potrzebuję...
- Szukasz wilków grających na instrumentach?
- Mam tylko ciebie, Wayfarera z gitarą... i Kamaela, naszego nowego sąsiada.
- Kamaela? Znam go. Przecież on jest zupełnie amuzyczny.
- Jak to? Dziś rano wyraźnie słyszałam, jak stroi skrzypce.
- Niemożliwe - położył akcent na każdą sylabę.
„Jeśli nie ów Kamael, to kto to był?”. Zmarszczyłam brwi, ale zachowałam swoje pytanie dla siebie. „Wszystko jedno. Dowiem się już niebawem. Tylko... tak się boję, że się złamię. Czy to już jest zabawne?”.
Donośne westchnienie medyka przerwało ciąg moich myśli.
- No dobrze. A gdzie ma niby być ten koncert?
- Och, Delto, jak się cieszę! Koncert... Zaraz lecę do alfy. Niech wyznaczy nam miejsce.
- Agrest? Jeśli chcesz prosić o to tego starego betona, już możemy liczyć się z porażką. Gdy wybuchła wojna, on własnego asystenta wysłał na śmierć bez mrugnięcia okiem, byle tylko ochronić własną skórę.
- To plotki - ucięłam ostro. - Nie mógłby tego zrobić.
- Byłaś tam, że jesteś taka pewna?
- A ty byłeś? - zapytałam z rozdrażnieniem i już chciałam dodać, żeby „w takim razie nie oskarżał bezpodstawnie”, ale jego milczenie i ciężki wzrok zamknęły mi pysk. Dopiero po chwili odważyłam się wyszeptać. - Byłeś na protestach? Na tych protestach, które wrogowie wszczęli, żeby zdestabilizować naszą watahę? Nie mogę w to...
- Nic nie rozumiesz. Nikt nie miał pojęcia, że to było ukartowane! Nie ja jeden tam byłem. Zresztą to już przeszłość.
Czyżby naprawdę zostały w tym nieszczęsnym lesie same szumowiny, na czele ze mną samą, która nie potrafiła nawet uczyć się i pracować dla ojczyzny, w trudnym czasie zaszywając się razem ze swoją tchórzliwą matką na rubieżach?
- Dobrze, jeśli tak... - Zacisnęłam zęby, dusząc westchnienie. Delta miał rację. Nie było czasu na żale. Liczyła się przyszłość, nie przeszłość.
Po drodze ze szpitala do domu stryjka, to jest, najjaśniej nam panującego alfy, choć było mi zupełnie nie po drodze, postanowiłam zahaczyć o norę dobrego znajomego, z nadzieją, że o tej porze roku zdążył już wrócić ze swoich wędrówek. Natknęłam się na niego, zanim osiągnęłam cel. Właśnie przysypiał na leśnym pagórku, gryząc długie źdźbło trawy. Jakże beztroskie musi być życie podróżnika. Wystarczy, że zmieni kurs, a omijają go wszelkie niepokoje i wilcze dramaty. To jednak nie znaczy, że nie może sam dołożyć cegiełki do ich powstrzymania i uczynić świata odrobinę szczęśliwszym.
Gdzieś we wszechświecie, gdzieś tam komuś się pogarsza. Chciałbym, żeby przez to było mi łatwiej. Chciałbym nie czuć się skrzywdzona.
- Way, Way, pomożesz mi? - Uśmiechnęłam się słodko. 
- Czego potrzebujesz, eh?
- Jest wielu z nas, którzy mają poukrywane w domach przedmioty, które do niedawna pokazywało się tylko najbardziej zaufanym przyjaciołom. Dziś te przedmioty tylko czekają, żeby wyciągnąć je na światło dzienne i użyć.
- Ja też mam? Myślisz o... - Basior zrobił zdumioną minę. Rzuciłam mu porozumiewawcze spojrzenie. - To znaczy, eh. Różne rzeczy się uzbierało w podróżach, ale jestem przeciwny przelewowi krwi. A już na pewno nie w imię instytucji państwa. - Przy ostatnim słowie ściszył głos.
- Kiedy ja nie o tym! - Gwałtownie pokręciłam głową. - Jasne, niejasno się wyraziłam. Miałam na myśli twoją gitarę, Way.
- Ach tak, co z nią?
- Równo za tydzień. Nie wiem jeszcze gdzie, ale to wyjdzie w praniu. Potrzeba nam muzyków. Mogę na ciebie liczyć?
Basior zawahał się. Po chwili jednak z niemym zacięciem, uroczyście kiwnął głową. W dzikiej radości rzuciłam się mu na szyję.

- Agrest! - zawołałam już w progu. - To bardzo ważne, umiesz na czymś grać?
- Bardzo możliwe, że na giełdzie - odpowiedział dżentelmen w nieco wyżej niż średnim wieku, nie unosząc oczu znad podartej gazety. - Ale nie jestem pewien. Okaże się, jak Kaj przyniesie czwartkowe wieści. Chociaż, niech mnie! Z przyjemnością zobaczyłbym ten parszywy pysk Derguda, upijający się z żalu po stracie połowy swoich aktywów. Pamiętam jak parę lat temu dorobił się na sprzedaży udziałów Ruchu Starych Zasad na rynku wtórnym, cholernik zawsze ma szczęście! Dasz wiarę, że niejaki Eothar, poseł z jego watahy, ponoć stracił w tym układzie cały majątek i popełnił samobójstwo? Wszystko kiedyś do niego wróci, do tego jaszczura. Zaiste, w przyszłym tygodniu muszę zaprosić go na kieliszek Belugi.
Słuchałam grzecznie, dopóki nie skończył. Wszyscy moi przyjaciele znają kogoś, kto pije wódkę. Są tacy dobrzy w poznawaniu nowych ludzi.
- A na jakimś... instrumencie muzycznym? Potrafisz?
- Nie zajmowałem się takimi rzeczami. Ale na pewno poradziłbym sobie co najmniej nieźle z grą na trójkącie. Tak podejrzewam, bo trójkąt ze swoim metalicznym blaskiem wyśmienicie współgrałby z moją sierścią.
- O tak, to wspaniały pomysł! Trójkąt należy do idiofonów. Świetnie dałbyś sobie z nim radę.
- Co masz na myśli?
- Idiofony to takie instrumenty, w których źródłem dźwięku jest ciało stałe, mającą niezmienną sprężystość. Wysokość dźwięku zależy głównie od masy samego instrumentu. Ponadto trójkąt to instrument perkusyjny. To wszystko znaczy, że nie trzeba przy nim mocno manipulować.
- A jakbyś mówiła do normalnego wilka?
- Wystarczy że stukniesz i gra.
- Jesteś bardzo mądra, Kaweczko, to brzmi zupełnie jak coś dla mnie. Chociaż, no wiesz, co jak co, ale manipulowanie idzie mi całkiem nieźle. - Basior wyraźnie się naburmuszył, choć wiedziałam, że nie potrafił długo się na mnie gniewać. - A po co ci to wszystko wiedzieć?
- Jak dobrze pójdzie z trójkątem, nauczymy cię grać nawet na akordeonie! A teraz, stryjku, na gwałt potrzebny mi rozległy plac. Rocznica wybuchu wojny na Wschodnich Ziemiach NIKL-u już za kilka dni!
- Wiem to doskonale. Przecież wszystko zaczęło się tutaj. Od tych strasznych protestów pod jaskinią alf, w których sam omal nie zginąłem. No dobrze, ale co z tego? Będziesz zbierać tam armię i wyruszać na odwet? - zniżył głos.
- Urządzimy uroczystość upamiętniającą bohaterów. Co z tego? Co z tego? Agrest, właśnie przez to, że nie pamiętamy o wojnie, o poświęceniu, o tym, jak wielu naszych bliskich zginęło, byśmy dziś mogli żyć w pokoju, to wszystko w końcu wróci.
- Może masz rację. A może właśnie bardzo się mylisz. - Basior wyciągnął łapę w moim kierunku, poniekąd oskarżycielsko. - Czy naprawdę chcemy to rozgrzebywać? Pod nosem zwycięzców opowiadać o naszej klęsce?
- Nie! Będziemy... grać. Opowiemy o wojnie, bez ani jednego wspomnienia o niej. Muzyką.
Najmniejsze na świecie skrzypce naprawdę potrzebują publiczności. Więc jeśli wkrótce kogoś nie znajdę, wybuchnę na małe kawałeczki i wyrzucę z siebie moją maleńką symfonię, całą, w górę i w dół leśnej ścieżki.
- No dobrze, Kawko, urządzimy wszystko na Polanie Życia. Skieruję do ciebie pomocników i będziesz mogła wziąć ze spichrza co tam będziesz chciała. Tylko proszę, w granicach rozsądku! Ale osobiście nie wezmę udziału: zdobycie trójkąta naraziłoby nas na zbyt duże koszty, włącznie ze stratami w wilkach. Na scenie musicie poradzić sobie beze mnie.
Gdy pod wieczór wracałam do domu, szczęśliwie załatwiwszy wszystkie najważniejsze kwestie, łapy zaczynały mdleć mi z wysiłku. Pomocnicy zostali zwołani, a okolicznościowe racje żywnościowe wstępnie zarezerwowane. Muzycy poinstruowani i poproszeni o wybranie sobie pasującego repertuaru. „No dobrze, została już tylko końcówka”. Z niechęcią pokręciłam czubkiem nosa, zezując na szczyt budynku, który zajmowaliśmy z rodziną.
„Ale najpierw spróbuję oczyścić swój umysł”.
- Mamooo! - ryknęłam już u progu. Wadera, która akurat wylegiwała się na kanapie, podskoczyła, jakby była małym kamyczkiem podczas trzęsienia ziemi, a kilka dużych kropel lekko barwnego alkoholu wylało się ze szklanki, którą kurczowo ściskała w łapach.
- Kawko, zabijesz mnie kiedyś...
- Chcesz być pieśniarzem na naszym koncercie, upamiętniającym rocznicę wybuchu wojny na Wschodnich Ziemiach NIKL-u?
Decyzja mojej rodzicielki była szybka niczym błyskawica.
- Chcę.
- To świetnie, to został mi już tylko... - Na samą myśl westchnęłam ciężko. - No dobrze, najpierw się napiję. Nalatałam się jak opętana po lesie.
- A zapytasz Deltę, czy zagra? On tak ładnie gra na tym fortepianie...
- Pianinie. Właśnie od niego wróciłam. Zagra.
- Aaach, to wyśmienicie! A Ty? - Matka na swoim siedzisku prawie podskoczyła z radości. Mój wzrok znów mimowolnie powędrował w kierunku sufitu.
- Ja...? - burknęłam trochę rozkojarzona. Zamiast w podskokach pobiec ku schodom, po których zresztą nie dobiegłabym na ostatnie piętro, zmuszona do wołania ku górze, zamiast tego, Moi Drodzy, powlokłam się w kierunku naszej kanapy, rozsiadłam na niej wygodnie i chwyciłam do łapy kubek z niedopitą deszczówką. Wyłowiłam z niego zwiędły kwiatek, po czym obficie skropiłam wodą wyczerpane całym dniem podniebienie. Poduszki kanapy zasprężynowały, gdy mama wstała, poduszki jej łap natomiast zastukały po wilgotnej, betonowej podłodze. Przeciągnęła się, stojąc na środku pokoju, i ziewnęła rozkosznie.
- Ja wychodzę. Poszukam tatusia. A ty dziś w nocy będziesz w domu...? - rzuciła niby mimochodem. Zmierzyłam ją zimnym spojrzeniem.
- Oczywiście. Nigdzie się nie wybieram.
- Ach... dobrze. To my nie wiem, czy wrócimy.
„A idźcie do samego czorta i bawcie się tam dobrze”.
Stukanie jej łap na podłodze ucichło. Dopiłam ostatni łyk przyjemnie chłodnej wody, delektując się chwilą bezwzględnego odpoczynku.
Wtem, słysząc jakiś ruch przy wejściu na nasze piętro, zjeżyłam się odruchowo. Na chwilę zamarłam. Matka po coś wróciła? Ktoś rzeczywiście był przy wejściu, na klatce schodowej, ale nie wchodził do środka.
Dało się słyszeć pukanie w ścianę. Podniosłam się z kanapy i z ciekawością ruszyłam w stronę tajemniczego gościa. Musiał być bowiem gościem bez złych zamiarów, jeśli grzecznie ogłosił swoją obecność.
- A ty kto? - Uniosłam brew, stając naprzeciwko przybysza. Szaroniebieski ptak w bordowej jesionce, przypominający bociana, żurawia czy cholera wie, co, był ostatnim, kogo się spodziewałam. No, może jednym z ostatnich. Gdy przyjrzałam mu się lepiej, stwierdziłam, że trochę przypominał trochę Kaja, naszego posłańca.
- Wybacz. Sąsiad z góry. - Uśmiechnął się szeroko. Świadomość uderzyła we mnie jak piorun z jasnego nieba. Rzeczywiście. Poznałam jego głos już po pierwszym słowie. To, że stanęliśmy oko w oko sprawiło, że straciłam wszelką pewność co odpowiedzieć, bo z jakiegoś powodu nie mogłam się zdobyć ani na „No i czego chcesz?”, ani na „To dobrze, bo właśnie miałam cię wołać...”. Ptak jednak wyręczył mnie w dość nietypowy sposób. Zza pazuchy wyciągnął zgrabny bukiecik złoto-bursztynowych narcyzów i wyciągnął go daleko przed siebie.
Wlepiłam w niego pytający wzrok.
- Przepraszam za to moje granie. Zauważyłem, że ci przeszkadza, ale na pewno wiesz jak to jest. Za nic nie mogę przy tej pogodzie ćwiczyć na zewnątrz.
- A. - Przejęłam od niego kwiaty. Żadne słowo nie wydawało się odpowiednie. - Właściwie to... Nie ma sprawy. Skrzypce to całkiem miły instrument. Tylko strojenie jest upierdliwe. Nigdy nie umiałam tego dobrze zrobić. - Zaśmiałam się nieco niezręcznie. - Posłuchaj, pozwolę sobie dość szybko przejść do rzeczy... - Teraz z kolei to on popatrzył na mnie z pytaniem w swoich błyszczących ślepiach. - Ale czy nie chciałbyś zagrać na koncercie upamiętniającym ofiary wojny na Wschodnich Ziemiach NIKL-u? Za kilka dni rocznica wybuchu.
- Tak, wiem o tym. Takiej propozycji nikt chyba nie odmówił. - Jego beztroski uśmiech nieco zbladł.
- W rzeczy samej. - Mój ogon kiwnął się w jedną, potem w drugą stronę, z lekką i niewinną zachętą. Przez chwilę milczeliśmy.
- A ja muszę odmówić.
O ile wcześniej milczałam z grzeczności, czekając na jego odpowiedź, o tyle w tamtej chwili po prostu zabrakło mi słów. Popatrzyłam na niego, jakby miał zaraz się roześmiać i wszystko odwołać.
- Jak to? Przecież chyba kochasz muzykę, prawda? Nie chcesz wziąć udziału w takim koncercie? Potem będzie spotkanie w gronie artystów, i... i dobrą kolację... Jak można nie wesprzeć głoszenia pamięci o naszej przeszłości?
- Źle mnie zrozumiałaś, ja po prostu fizycznie nie mogę pomóc. Jeśli chcesz, zapytaj Agresta o jego pierwszego asystenta. - Coś w jego głosie sprawiło, że zakręciło mi się w głowie, jakby ktoś błysnął mi ostrym światłem prosto w oczy.
- Ten koncert, to wszystko przez twoje skrzypce...
- Byłem pierwszą ofiarą tego konfliktu, Kawko.
Pokręciłam głową, czując, jak pod moje powieki napływają krople silnych emocji.
- O czym ty mówisz?
- Nie mogę zagrać dla tych, którzy mnie nie usłyszą.
- Zaraz, chwileczkę! Chcesz mi powiedzieć, że kim niby jesteś?
- Teraz chcę chyba tylko podziękować. W imieniu tych, którzy już tego nie zrobią.
- Nie rozumiem. Przecież ty żyjesz!
- Czasem zmarli mają za dużo na głowie, by iść do raju. - Przy tych słowach, zdaje się, że do mnie mrugnął. - Zwłaszcza ci, którzy mają to za uszami. Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
- To niemożliwe - wyszeptały moje wargi bezgłośnie i bezwiednie.
- Myślę, że jak najbardziej możliwe. Musisz tylko poćwiczyć, jak dawniej. - Wyminął mnie. Nie znalazłszy sił, by protestować, odwróciłam się i tylko tępo powiodłam za nim wzrokiem. Podszedł do naszego starego kredensu i otworzył jedną z szuflad. - Wystąpisz z nimi na koncercie?
Mechanicznym, wypracowanym we wczesnym dzieciństwie ruchem, postawiłam przed sobą jedną nogę. Potem drugą, by zrobić kilka kroków, zbliżyć się do kredensu i stanąć tuż obok gościa. Popatrzyłam w dół.
Instrument był zakurzony; ciut już na mnie przymały. I oczywiście kompletnie rozstrojony. Ale nadal zdatny do użytku.
Zacisnęłam powieki.

Kilkadziesiąt łap zbliżało się do jaskini marszowym krokiem.
Dramatyczna melodia płynęła przez las niczym fale wzburzonego oceanu, odbijając się od drzew. Niskiego wzrostu pianista pochylał się nad klawiaturą, z pasją, z jaką podczas burzy pochyla się sternik nad sterem okrętu. Potężne basy grzmiały nad jego głową na jedno tylko uderzenie łapy.
Za jego plecami, młodziutka wilczyca w ciszy smarowała smyczek kalafonią. Gotowy przyłożyła do pierwszej struny, przy akompaniamencie doniosłych dźwięków pianina. Już nie mogła doczekać się zagrania duo, ale pozostała jeszcze sprawa przyziemna, acz konieczna.
Wcisnęła drobny kwiatek tkwiący za uchem głębiej w kosmyki gęstej sierści, by nie spadł na ziemię przy gwałtownym ruchu. Potem powoli podniosła łapy z instrumentem na wysokość pyska i przysunęła ucho do otworów rezonansowych. Zagrała najprostszy dźwięk, delikatnie, by nie interferował z melodią jej przyjaciela. Odetchnęła i, odkładając na chwilę smyczek, sięgnęła do kołków stroika. Nigdy nie miała do tego cierpliwości.
Właśnie wtedy do groty wpadli żołnierze. Skrzypce jęknęły, a Etiuda Rewolucyjna ucichła gwałtownie. Echo ostatnich nut zmieszało się z krzykiem. Tego dnia piękno zostało wydarte z wilczych łap i ostatecznie zastąpione cierpieniem.
To była wojna; wojna, na której bezczeszczono świętości.

- Nie lubię na nich grać. Poza tym nie wiem, co mogłabym zagrać.
- To samo, co ja miałbym. Jest wiele pięknych utworów.
Nie potrafiłam i nie chciałam się sprzeciwiać. Odwróciłam się, chcąc ukryć przed nim, a może i przed całym światem, swój pysk, na który wkradł się niepotrzebny sentymentalizm.
Za plecami usłyszałam, że struny zawibrowały przy podnoszeniu instrumentu. Pojedynczy, długi dźwięk.
Iiiiiiiiiiii eeeeeeee aaaaaaaaa ooooooo...
Iiiiiiiiiii...
- Grają prawie zupełnie czysto. Zdaje się, że długo nie leżały w tej szufladzie.
Uśmiechnęłam się lekko i przygryzłam wargę. Rozmówca milczał. Chyba czekał na mój ruch.
- No dobrze, zrobię to. Więc teraz to ty posłuchasz moich prób. - Uniosłam pysk, zaciągając się chłodem wieczoru. Decyzja, którą podjęłam, wydawała mi się jednocześnie zbawienną i szaloną. Pod palcami, wciąż jeszcze stojącymi na betonowym podłożu, już czułam nacisk na niewidzialnym gryfie. - Po prostu pozwól mi zagrać dla ciebie na skrzypcach.
Ale gdy odwróciłam się z powrotem w stronę kredensu, jego nie było już obok. Szuflada była zamknięta.
Nieśmiałym krokiem wróciłam tam, gdzie przed chwilą staliśmy we dwoje, tak, jakbym obawiała się przez przypadek popchnąć towarzysza, który nadal tam na mnie czekał. Gdy wysunęłam skrytkę i chwyciłam za gryf, skrzypce brzdęknęły cichutko.
„Przecież to właśnie zrobię. Zagram, dla ciebie... i dla nich wszystkich. Szkoda tylko, że nawet nie poznałam twojego imienia”.

Szuflada zatrzasnęła się z hukiem. Coś zadrżało w sercu wilczycy, gdy ze środka ostatni raz usłyszała przytłumiony brzęk strun. Zawołały do niej, jak przestraszone szczenię woła matkę, zamknięte w ciemnicy. A potem umilkły. Naprawione z takim trudem przez najlepszego z rzemieślników watahy, miały już na zawsze pozostać niemą pamiątką tego, o czym Kawka wolałaby zapomnieć.

I znów ściskałam w łapach moje stare skrzypce. Już nastrojone, gotowe, jakby razem ze mną napięte w oczekiwaniu. Podniosłam wzrok, napotykając dziesiątki wpatrzonych w scenę oczu. Ukradkiem zerknęłam na towarzyszące mi wilki. Matka za kulisami rozgrzewała głos. Delta trzymał już łapy na klawiszach, by lada chwila mistrzowsko wypełnić swoje zadanie. Na widowni ktoś kichnął, ktoś inny zaśmiał się w trakcie cichej rozmowy. Gdzieś z oddali pomachał mi stojący na uboczu stryjek.
Co z tymi, którzy zostali? Z czym tu pracować? Jak odtworzyć to szlachetne społeczeństwo sprzed lat? A może to tylko pozory, może wśród nas nadal jest wielu wspaniałomyślnych, uczciwych i po prostu dobrych?
Poniosły się po lesie subtelne dźwięki pianina. Matka chrząknęła kokieteryjnie.
- Miejcie nadzieję! Nie tę lichą marną, co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera... lecz tę niezłomną, która tkwi jak ziarno przyszłych poświęceń w duszy bohatera.
Czy oni w ogóle rozumieją, o czym śpiewają? No cóż, pozostawało mieć nadzieję.
Moje palce spoczęły na gryfie, a zaraz potem instrument uniósł się na wysokość ramion. W nozdrzach zakręcił się przyjemny, słodki zapach obrobionego drewna.
Moja kolej.

Zapewne nie spodziewaliście się tu długiego i inspirującego, przetkanego naiwnymi dialogami opisu koncertu, przygotowanego w takich teatralnych trudach, prawda? To dobrze, albowiem nic się późnej nie wydarzyło. I to nie dlatego, że obudziłam się, zanim ten sen dobiegł końca, a dlatego, że według jego dalszej części, na dźwięk naszych piosenek, na polanę wpadł tygrys syberyjski. W tym starciu zginęliśmy wszyscy. Nawet on.
Żartuję, mordo. Po prostu Wrona kichnęła i się obudziłam.
Tak jak kończę tę melodię. To wydaje się konieczne. Więc to może być koniec mnie, albo może po prostu lepszej mnie. Teraz wjeżdżają Betony, weź kieliszek Wrotyczeusza!
Wiem, że mentalnie mnie tu nie ma, ale to może być lekarstwem.


No i mały dodatek...
Kiedyś usłyszymy to w prawdziwej wersji Betonów WSC, serio.