一
Było raz miejsce pełne niejednoznaczności,
w którym zarówno „tak”, jak i „nie”
znaczyło „być może”,
a „być może” zawsze równało się kłamstwu.
一
Było raz miejsce, w którym o przeszłości nikt nie pamiętał, teraźniejszość każdy nazywał przyszłością, a o przyszłości nikt nie potrafił powiedzieć ani słowa. Do tego miejsca przybyła raz pewna młoda istota.
Nie była sama.
Po prostu nie mogła znieść przedłużającej się ciszy. Wolała, gdy ojciec mówił. Wiedziała wtedy, o czym myśli. Odkąd zostali sami, każda chwila milczenia przesiąknięta była oczekiwaniem. Przybyli do tego pełnego wilków miejsca w jakimś celu, ale jeszcze go nie poznała. Mama już dawno wszystko by jej wyjaśniła. Przytuliłaby ją mocno, zapewniając, że niedługo znowu będą w domu i pójdą poskakać po kamieniach nad strumykiem. I moczyć kamyki, które odsłoniły się, gdy długo nie padało. Wyglądały na smutne i spragnione. Wrzucone do wody od razu nabierały bajkowych kolorów.
- Co to za drzewko? - zapytała cicho, bokiem zerkając na siedzącego obok basiora. Ten nawet nie spojrzał na rozłożyste gałęzie, które dawały im cień. Był wpatrzony w dal, w grupę wilków, która zatrzymała się przy drodze, prowadząc ożywioną rozmowę.
- Chyba śliwa.
Podniosła wzrok wysoko w górę, mrużąc oczy od słońca, które przyświecało przez gęstwinę w liści. Rozchyliła pysk.
- Tato, a zerwiesz mi tego owocka?
- Tak - odrzekł basior obojętnie. - Jeśli raczysz podejść do tamtego wilka z siwym pyskiem i sprawisz, że się do ciebie uśmiechnie. Będę obserwował.
- Czyli co mam zrobić?
- Gadaj głupoty, jak gadasz, gdy jesteśmy sami. Bądź miła. Sprawdź, co podziała.
Ildiria z całą mocą pokiwała łebkiem i już zrobiła krok naprzód, raptem jednak chude palce zacisnęły się na skórze tuż nad jej ogonem.
- Tylko bądź łaskawa - uniósł kąciki pyska, napinając wargi - rozmawiać po równo z nimi wszystkimi i udawać, że przywiał cię tam czysty przypadek.
Ta drobna misja poszła wilczycy wcale nieźle. Właściwie całkiem lubiła przebywać wśród innych wilków. Traktowała to jako miłą odskocznię od chłodu, który towarzyszył jej na co dzień. I tak mijały dni beztroskie. Gdy jednego z kolejnych dni ojciec znowu przydzielił jej podobne zadanie, wykonała je z ochotą. Wszyscy byli tacy mili.
- Cześć! Co u was?
- Cześć. A może już dobranoc? - zauważył jeden z basiorów, przesiadujących pod ścianą wielkiego, prostokątnego budynku. Jego mury w świetle zachodzącego słońca wyglądały, jakby pomalowano je czystym ogniem. Pod purpurowym niebem ścigały się ze sobą maleńkie, czarne, skrzydlate stworzonka. - Kto to do nas zawitał? Skąd tu taka młoda dzieweczka? - Ukłonił się nisko.
- To córka posłańca - odrzekł drugi, przygryzając śliwkę. Widywała go w tym miejscu niemal codziennie wieczorem, a gdy zapadał zmrok, basior kładł się spać wśród drzew, przez cały czas jednak mając na oku wejście. Był strażnikiem. - Chcesz wina? Ej, krzyknijcie dziewczynom, żeby dały jej wina!
Ildiria wyciągnęła szyję, zaglądając w ciemność, za wejście, za którym zniknął inny z towarzystwa. Zapach nie kłamał. Musiało być tam o wiele więcej niż soczyste jabłka i wino. Zdawało jej się, że słyszy też śpiewy; śmiechy. To tam znikał ojciec każdego wieczoru.
Zagadywała wilki, gdy rankiem odprowadzała go na poligon lub do urzędu. Zagadywała wilki, gdy przedpołudniami samotnie włóczyła się po ścieżkach i kopała kamyki. Zagadywała wilki, gdy o zmierzchu ojciec szedł na kolację. Kilka razy nawet wymknęła się z domu, by nocą czekać na niego pod wyjściem z remizy. Miała nadzieję, że to da mu radość, bo wypytywał o każdego jej nowego znajomego z wyjątkowym zaciekawieniem. Jednak liście opadły z drzew, a on coraz częściej przestawał słuchać w połowie jej zeznania, zaciskał zęby i rzucał mrukliwe komentarze o tym, że powinien być z nim któryś z jej braci, najlepiej w ogóle zamiast niej.
Aż pewnego dnia tak się stało, że gdy pod wieczór wyszedł z urzędu, z uśmiechem na pysku oświadczył, że znalazł jej pracę. A tak głośny był to uśmiech, że jej serce ścisnęło się jak potrącony pszczelim skrzydłem listek mimozy.
- Awi, potrząśniesz tą gałązką, żeby poleciały z niej płatki?
Ildiri wzdrygnęła się rzucając szybkie spojrzenie najpierw swojej przyjaciółce, a potem małej Kornicji, przednimi łapkami opierającej się o pień czereśni. Żadna z nich nie nie podłapała tego gestu, i dobrze. Rozmowa zepsułaby urok tej chwili. Już prawie udało jej się zdrzemnąć.
Cień przepłynął po jej pysku. Usłyszała szelest, który od razu zmieszał się ze słodkim, szczenięcym śmiechem. Kilka delikatnych, białych drobin otarło się o jej nos w drodze na ziemię.
- Patrz! - Kornicja stała przed nią, trzymając na wierzchu łapki jedną z nich. - Ten jest inny od pozostałych.
Rzeczywiście, płatek miał brązową plamkę. Wilczyca z lekkim uśmiechem przewróciła oczami.
- Pewnie grzyb. - Zacisnęła powieki, ściskając łapą przeciwległe ramię. Otaczające ją głosy rozpłynęły się gdzieś w powietrzu.
Przysnęła chyba.
- Kim jest ta wilczyca, która szwenda się z tobą po wiosce? - Tłusty urzędnik ścisnął podsunięty mu list, przyozdobiony wojskową pieczęcią. - Ildiria, zdaje się. Przybyliście razem? To twoja partnerka?
- Nie, żadna partnerka. - Nakideron wzruszył ramionami. - Ale tak, Przybyła ze mną.
- Tak właśnie myślałem. Mało kto tutaj ma jakieś zobowiązania. A nawet jeśli, szybko się ich pozbywa. Ta dziewczyna jest całkiem miła. Tylko co tu robi?
- Pasożytuje - mruknął bez zastanowienia. - Choć z natury swej jest bardzo pracowita. Po prostu nie ma okazji, żeby się tu wykazać. A ja pracuję za nas oboje.
- A ty kim jesteś, że tak się nią opiekujesz?
Chudy wilk przełknął ślinę.
- Powiedzmy, że została mi w spadku po partnerce. A ja jestem... wilk poczciwy, który troszczy się o każde życie, nawet to małe, słabiutkie i nieprzydatne.
Basior przetoczył się na drugą stronę korytarza. Z suchym stęknięciem uwiesił się na klamce, by otworzyć drzwi do jednego z gabinetów.
- No, no... Więc mówisz, że szuka pracy.
- Może szukać - mruknął. - Każdy może szukać. Komu z nas nie przydałoby się coś lepszego?
Wilk zaśmiał się, aż worki tłuszczu pod jego szyją zadrżały wdzięcznie.
- Ja ze swojej jestem bardzo zadowolony. A ty nie? - Zatrzymał wzrok na rozmówcy, w zadumie pociągając nosem. - No, no, kto wie, może dobrze trafiłeś.
Od szczenięcego śmiechu nie dało się uciec.
Zwłaszcza, gdy Kornicja skoczyła jej prosto w ramiona, by zdmuchnąć jej z czoła te białe wiórki. Ildiri uśmiechnęła się leniwie, oplatając malutką wilczycę ramionami. Ziewnęła, licząc na chwilę spokoju. Trawa była tak miękka. Słońce grzało tak przyjemnie...
Ildiria przesunęła się po zakurzonej podłodze i wdrapała na materac.
- Ale wiesz? - Zardzewiałe sprężyny zabrzęczały w półmroku, a do jej nozdrzy napłynął silny zapach koziej skóry. - Jakby mnie tu nie było, to bym cię nie poznała!
- Oj, dziewuszko, znalazłabyś sobie młodego, przystojnego basiora. Co ja ci mogę dać?
- Ważne, że jesteś. A w ogóle, to ty jeszcze wcale nie jesteś stary - oświadczyła, wtulając głowę w sierść na jego piersi. Birast tylko pogładził ją łapą. Bez okularów celował na ślepo, więc nie gniewała się, że przypadkowo pacnął ją w czoło.
Wietrzyk poruszył gałęziami i strącił jej na pysk jeszcze kilka miękkich płatków. Fuknęła, by je strząsnąć. Pod przymkniętymi powiekami pociemniało. Czyja postać zasłoniła jej słońce?
Ach, niczyja. Ono tylko zaszło za chmury.
Tak to bywa, że słońce nawet w dzień najpiękniejszy czasem zachodzi za chmury.
- Hej! - Głos rozbrzmiał w ciemności. - Ty jesteś córką tego nowego ciula z ochrony? - Czyjeś łapy przygniotły ją do ściany, zanim wzięła wdech, by odpowiedzieć. - Mam sprawę.
- Co chcesz? - Szarpnęła, kątem oka spoglądając w głąb pustego korytarza. Jeszcze kilka skoków i dopadłaby drzwi. Nie zdążyła.
Świat zadrżał, ściany się przekrzywiły. Skóra na policzku zapiekła. Wilczyca przycisnęła łapę do pyska.
- To żebyś lepiej zapamiętała - warknął. Jego śmierdzący zepsutym mięsem oddech poruszył sierść na jej uchu. - Przekaż mu, że żaden kwas nie znikł. Jeden gnój przypadkowo zniszczył dwie paczki.
Otworzyła oczy. Wiatr niósł po równinie tylko woń kwiatów śliwy. A ona drzemała pod śliwą, w cieple i miękkości traw.
- Dziewczyny! Kolację trzeba szykować! - Skrzekliwy głos Fijki podniósł na nogi cała grupę wylegującą się w cieniu drzew. Kornicja wyswobodziła się z uścisku. Wilczyce stłoczyły się przed wejściem i już po chwili ułożonym szykiem zaczęły znikać w cieniu korytarza.
Pamiętała czasy, gdy ten głos nie był jeszcze tak zachrypły i gdy co kilka słów nie przerywały go ciężkie oddechy.
- Ildiri! A ta to na co tu czeka? Urzędnicy ci się skończyli?
Ildiria podniosła głowę, ale nie zdobyła się na oderwanie grzbietu od ściany.
- Spać mi się chce. Jest środek nocy.
- Wyśpisz się rano, a teraz do pracy! Mam ten bajzel sama ogarniać? Żreć to pierwsza, a potem od razu nogi za pas. Już mam na ciebie oko... - Wadera zaczęła gwałtownie przeczesywać jej sierść łapami. Gęsta kryza układała się w zbite kosmyki. - Natychmiast wyczesz z siebie te kłaki. Dostałaś od pana inspektora taki piękny prezent, bogaty, i co? Ochędoż się i biegiem na salę.
- Jaki prezent? - Ildiria zamrugała, licząc, że dzięki temu opuchlizna zejdzie z powiek, choć na to się nie zapowiadało. - Ale ja nic nie dostałam.
- Jak to, jaki? - Fijka już brała głęboki wdech, gdy nagle zacięła się jak zepsuta zabawka. Tylko wykrzywiła wargi. - To pewnie jakaś inna dziewczyna wzięła. No, już, na salę! Pazurami sobie wyczesz te kłaki!
- Jaki prezent!? - Młoda wilczyca zerwała się z miejsca. - Od Birasta? Dlaczego ja o niczym nie wiem?
- Jakiś taki grzebień z kamykami przyniósł, wracając z wyprawy. Brzydki. Ale wzięłam go i widać, ktoś był szybszy niż ty. Trzeba było pracować, a nie szwendać się gdzie popadnie!
- Czego na nią krzyczysz? - Ktoś szedł ścieżką od strony lasu. To strażnik wrócił z jednej ze swoich wieczornych wycieczek nad rzekę. Wciąż pachniał wodorostami. Ponoć ryby najlepiej brały o zmierzchu. - Po to ma takie ładne oczy, żeby płakała?
- Niech się weźmie do roboty, zamiast udawać. - warknęła Fijka. - Ty też!
Były kiedyś czasy, gdy ten głos nie był jeszcze tak zachrypły. I gdy co kilka słów... nie przerywały go ciężkie oddechy. Teraz jednak było inaczej. A tak naprawdę zupełnie nic się nie zmieniło.
Kornicja przytuliła się do boku Awi. Mrok ogarnął ją na moment przed tym, jak uderzył w nich przeciąg z głębi remizy. Echo kroków niosło się po ścianach, a puszyste ogony gdzieś z przodu kiwały się do jego rytmu. Wilczyce jedna po drugiej skręcały za potężne, drewniane drzwi. Tego wieczora trzeba było uważać, żeby sierść nie przeszła octem. Nikt nie chciał iść na kuchnię, a potem tłumaczyć się z tego zapachu przed Fijką. Ale kolację ktoś przygotować musiał.
- Korni! - Ildiri zrównała kroku z młodszą i starszą wilczycą. - Pomożesz mi przygotować kolację. Ja będę trzymała mięso nad ogniem, a ty zmieszasz sos i polejesz. Chcesz być tu przydatna i jeść razem z nami?
- Tak! - Wilczątko podskoczyło na dwóch łapkach.
- To musisz się uczyć ważnych rzeczy.
Zatrzymały się przed wejściem na zaplecze. Każdy rozchodził się do swoich obowiązków. Płomień już buchał pod oknem i mimo przeciągu zadymił całe pomieszczenie. W pokojach za zasłonkami było jeszcze pusto.
Zupełnie tak samo, jak wtedy. Tamtego wieczora, choć równie dobrze mógł być to tylko jeden z wielu podobnych wieczorów, które zapadły jej w pamięć.
- Nie będę dłużej tak żyć. - Spięła się, czując, że kolacja podchodzi jej do gardła. Nienawidziła, gdy milczał. Byleby tylko zabić ciszę, sama zaczynała wtedy mówić. A w głowie nie miała niczego ponad to, czego nie mogła wykrzyczeć mu prosto w pysk, nawet jeśli bardzo chciała. Och, naprawdę chciała o wiele więcej.
Odkąd po raz pierwszy zobaczyła, jak jedna ze starszych współpracowniczek wraca ze szpitala, w uszach dzwoniło jej milczenie, które słyszała w odpowiedzi na wszystkie pytania.
Tak nauczyła się wybierać właściwe pory na spotkania. Siemisz miał mało czasu przed kolacją, zajęty przygotowaniami swojego kącika. Birast cierpiał wieczorami, ledwie włożył coś do pyska. Fakult musiał wychodzić szybko, bo nocą zaczynał wartę na obrzeżach wioski. Robiła co mogła, by nie niepokoić ojca. Ale czasem przychodziły wieczory bez drogi ucieczki.
Nie chciała bólu. Nie chciała choroby. Nie chciała być karmiona proszkiem do utraty przytomności. Nie chciała chodzić po kątach i płakać, jak one potem płakały.
- Coś waćpannie nie odpowiada? Wiesz, jak żyła twoja matka? Twoja matka żyła tak samo i dzięki temu się poznaliśmy. Dzięki temu mamy teraz to wszystko.
- My mamy? Ja nic nie mam. Nic nie mam! - powtórzyła dobitniej. - To ty przez cały czas wspinałeś się po cudzych grzbietach!
- Co za barwna historia! Tęskno waśćce za dziczą, której waśćka nigdy nie poznała. Masz ochotę na samotną wyprawę? Ostatni płot wioski stoi tam sobie i skrzypi na wietrze. Jeśli tak cię ciągnie jego wołanie, idź. Zobaczysz, że krok za nim wszystko to się skończy. Myślisz, że jesteś Ildiri, moją córką, znaną i lubianą. Wyjdź stąd, a przekonasz się, że tylko to wypożyczyłaś. - Basior zbliżył się, obejmując ją łapą. - Wiesz już, dokąd pójdziesz? Czy będziesz włóczyć się od watahy do watahy i wszędzie słyszeć to samo pytanie: „A ty to kto”? Chcesz przekonać się, jak to jest, prosić o łaskę obcych?
- Jestem Ildiria... nie żadna Ildiri. - Skuliła się w odpowiedzi na ciepło, którego tak łaknęło jej serce, a które cała reszta usilnie próbowała od siebie odepchnąć.
- Pamiętaj o swoich braciach, Ildi - szepnął jej do ucha.
Czas w remizie mijał powoli. Tak się działo, że każdego dnia działo się wiele, ale ciągle to samo. Odkąd pamiętała, te same rozmowy. Te same ruchy. Ten sam czarodziejski zmierzch malował się na frontowej ścianie. Tylko płacz bezsilności z czasem coraz cichszy, krótszy, ostatecznie został zastąpiony niemą, wilgotną powłoką. I ta powoli zasychała na dobre.
- Wyciągnij mnie stąd jakoś, proszę... - Gdy wciskała czoło w grzbiet nadgarstka, szum w głowie przycichał. Niewiele pamiętała z tamtego wieczoru. Tylko tyle, że za oknem coś stukało o parapet, a Birast przejął jej łapę, by ucałować ją delikatnie.
- Ja tu już pewnie nie popracuję długo. Lato i zimę, może dwie. Męczy mnie to wszystko. A potem wyruszymy do mojej watahy. Co ty na to?
- Dobrze - szepnęła, mimo że ściśnięte gardło prosiło o krzyk. Prosiło, żądało, tym mocniej, im wyrazistszy obraz ojca stawał jej przed oczami. Widziała, jak unosi brew i wolno kręci głową. Przy każdym westchnieniu miała wrażenie, że jej nos drażni zapach soli i wina, w których tonęły kolacje, które jadała ramię w ramię z jego zajadłymi wrogami.
Ten sam deszcz siąpił wiosną i ziemia pachniała po nim tak samo. I mięso, i wino nie traciły aromatu. I ona nic się nie zmieniła. Wciąż tylko witała lub żegnała. I zaprawdę, czasem wolała żegnać.
W praktycznym ujęciu Kornicje były dwie. Jedna stonowana, grzeczna i nieco nieśmiała. Druga budziła się, gdy w pobliżu pojawiała się Awi, z nią bowiem mała istotka najszybciej znalazła wspólny język. Tej wszędzie było pełno; wesoła, skoczna, zaglądała we wszystkie kąty. Choć jej śmiech nie był donośny, budziła uśmiechy starszych wilczyc etykietalnym dyganiem na powitanie i słodkim kręceniem główką, gdy próbowała coś zrozumieć. Wychwyciwszy ten zabawny zwyczaj, niektóre zaczęły raczyć ją niejednoznacznymi, choć często dość prostackimi żartami, których nie miała jeszcze prawa rozumieć.
- Dlaczego pan przewodniczący siedzi smutny i nie je kolacji? - zawołała swoim tęgim głosem Stelkia, wadera, która ledwie mieściła się w kąciku socjalnym i to bynajmniej nie dlatego, że była gruba.
- Bo dziś nie dostał! - odpowiedziała któraś i wszystkie razem wybuchły śmiechem.
- Dobrze, już wystarczy tego dobrego. - Awi wzięła za małą łapkę. - Chodźmy, musisz się wyspać, a one niech gdakają.
- Mogę spać z tobą?
- Pewnie, kochanie. Ale przyjdę do ciebie trochę później.
I podreptały przez korytarz, i rozpłynęły się w słodkiej woni lawendy, w tajemniczych szelestach, w westchnieniach.
Ildiri wstała i przeciągnęła się, by podążyć ich śladem.
Nawet nie zauważyła, jak już późno. O tej porze zazwyczaj przyłaził jaszczur. Tym razem znowu miał to być kto inny. Ciężko jej było w piersi i szyja jakoś sztywniała. Prawie już zdołała zapomnieć to uczucie. A może zdołałaby namówić Birasta na czysto przyjacielskie spotkanie? Tak dawno nie mieli okazji porozmawiać na osobności. Przecież choć raz mogliby po prostu pobyć razem. Zgodziłby się to dla niej zrobić.
„Ostatnio przesiąkłaś zapachem piór i piasku”, zadźwięczało jej w głowie. „Wybacz, Ildiri. Po prostu nie mogę się rozluźnić, gdy czuję to samo, co codziennie w pracy”. Zwarła palce w ciasnym uścisku. Rozumiała go. Chociaż oboje wiedzieli, że to nie jej wina.
Największe boleści chwytały go właśnie po kolacji. Wzięłaby go do pokoju, zasłoniła kocem dziurkę od klucza. Mogłaby pomasować mu brzuch. Może nie chciałby niczego więcej.
Był wyjątkiem wśród tych świń. Za to właśnie go kochała.
Od lat ciągle to samo. Z urzędu też nie wywietrzał chłód i zapach stęchlizny był równie silny. Jak wtedy. Gdy jeszcze miewała potrzebę, aby się tam pojawiać.
- No, no... Nie spodziewałem się takiego gościa. - Grubas usiadł w rozkroku, opierając się o ścianę. Między jego łapami leżała sterta papierów. Jakie to znamienne.
- Przyszłam w sprawie osobistej.
- No, tak, tak, nawet spodziewam się, w jakiej. Znam twojego ojca.
- Wiem.
- To ja załatwiłem mu tę fuchę. Nie powiem, dobrze nam się współpracuje. - Podetknął sobie pod pysk jeden z palców i pociągnął nosem.
- Wiem, słyszałam.
- Wyjątkowo obrzydliwy wilk, a ma tak przeuroczą córkę. Co by tu z nim zrobić... - wymamrotał na głębokim wydechu. - Bo, jak mniemam, w końcu zebrał się na odwagę, żeby prosić mnie o więcej. Posadka pomocnika w ochronie mu nie wystarczy? Na co ostrzy sobie ząbki?
- Ja... nie chciałam o niego prosić. Jest taki jeden wilk. Inny.
- No, wysłówże się, dziecko.
- Nazywa się Trelik. On jest jeszcze młody, ale też chciałby pójść do ochrony. A w ochronie wszyscy mówią, że marnuje się, przerzucając papiery w sekretariacie u Żamichy.
- No, no, i ty byś mu, biedulko, chciała pomóc? - Spojrzał na nią pobłażliwie. Westchnął i wzruszył ramionami, łaskawie skinąwszy głową.
Wilczyca pochyliła się. Nie była pewna, czy to już, ale wiedziała, że weszła do tego gabinetu, by działać. Delikatnie wzięła w łapy kilka plików dokumentów i zaczęła odkładać je na bok, jeden po drugim. Najpierw powoli, potem nieco niecierpliwie, szybciej, aby ukryć drżenie łap.
Basior mierzył ją uważnym wzrokiem.
I tak to było.
Było raz miejsce pełne niejednoznaczności, w którym zarówno „tak”, jak i „nie” znaczyło „być może”, a „być może” zawsze równało się kłamstwu. Gdzie chmury ścinało się kosą, a zboże deptało.
W miejscu tym żyło pewne przeźroczyste stworzenie. Choć czasem bywało też poza jego granicami.
Na łące rozległ się terkot drewnianych kół.
- Ja idę od razu do remizy. - Kirłan wyprężył się i ziewnął głęboko. - Gramy dzisiaj?
- Nie mam siły. Przepraszam.
- Zatem jutro. Odpoczywaj! Omal nie zapomniałem, że masz tu pracę.
Chmury błękitniały pod wieczór. Wiatr gonił po drodze suchy liść. Tylko z poligonu dobiegały krzyki jakiejś musztry, a na ścieżce do remizy panował odległy gwar.
Chatka asystentów stała pusta i kusiła swoim spokojem, a siennik w izdebce na piętrze pewnie zdążył już rozsypać się po całej podłodze. Głód okazał się jednak silniejszy.
Tego dnia ptak nie zbliżał się do stałego miejsca asystentów wschodnich. Przystanął przy pierwszej lepszej tacy ze strawą, przy której nie kłębiły się już wilki. Orzeźwiająca woń świeżej bazylii konkurowała z ostrym zapachem alkoholu. Mięso rozgrzewało podniebienie. Po języku przepłynęła słona fala, która w miarę jedzenia ustępowała wrażeniu słodyczy. Danie musiało być mocno doprawione.
Coś ukłuło go w dziobie. Splunął na ziemię. W sosie, którym polano mięso, pływała jakaś struktura. Zmarszczył brwi. Kształt przypominał kiść maleńkich fasolek z zakrzywionymi szypułkami... Nie. To palce. W język zadrapał go cienki pazurek.
Podniósł najbliższy kubek z niedopitym winem i duszkiem wlał jego zawartość do gardła.
Od strony ogniska dobiegły jakieś krzyki. Ktoś komuś dał w mordę i kłótnia zginęła w dudnieniu metalowych bębnów. Szkliwo wycofał się do przejścia na korytarz. Nie dojrzał ani Rasza, ani inspektora; o tej porze byli już po kolacji.
Pod ścianą omal nie wdepnął w żółtą kałużę, którą zostawił po sobie jakiś uczestnik uczty. Krople były rozbryzgane na ścianie, a na podłodze jeszcze było widać mokre ślady łap. Ptak ominął pozostałość słabego pęcherza szerokim łukiem. Nieprzyjemny, gryzący zapach przebijał się nawet przez aromat zamorskich przypraw.
Lawenda pachnie wszak o wiele milej. A w blasku zawieszonej w kącie pochodni noc jest spokojniejsza niż na głośnej hali przy wielkim ognisku.
- Och. Wróciłeś - zauważyła wilczyca, siadając w wejściu na zaplecze i krzyżując ramiona. Fakt ten wzbudzał w niej mieszane uczucia. Z jednej strony miała już dosyć jego dumnej sylwetki i frajerskiego gadania o zbawieniu świata przez udawanie, że się nie istnieje. Z drugiej, nadal był najbardziej przystępną opcją na bezpieczne spędzenie nocy bez towarzystwa pijanych basiorów i ciągłego nadzoru Fijki.
- Ildiri, wszystko przemyślałem. Przepraszam cię.
- Co przemyślałeś? - Takiego powitania się nie spodziewała. Co nie znaczy, że zapomniała ich ostatnie spotkanie!
- Jeśli naprawdę uważasz, że nie ma lepszego wyjścia... to ja pomogę w jakikolwiek sposób. Wiesz, możemy udać, że...
- Tak? - Uniosła brwi, a całe jej ciało poruszyło się lekko. Łapy drgnęły, jakby chciała je rozpleść. To jednak ostatecznie to nie nastąpiło. - No to świetnie. Serio, świetnie. Jestem, jak to się mówiło? W zobowiązaniu.
Kątem oka zerknął na swój płaszcz. Otrzepał go z jednej strony, z drugiej. W drodze nadrzecznym traktem cały spłowiał od kurzu.
- Tylko niestety trochę się spóźniłeś. - Zamarł ze skrzydłem na kołnierzu. Wilczyca ominęła go, zatrzymując się na chwilę przy jakiejś koleżance wylegującej się na poduszkach, przy dzbanku pełnym suszków.
- Gdzie Korni?
- A tam, gdzie słyszysz. - Ta machnęła głową; można by uznać, że lekceważąco, ale jakoś nazbyt gwałtownie. Dopiero teraz Ildiri rzeczywiście usłyszała przyciszoną rozmowę; nie, tylko jeden, stłumiony ciężkimi zasłonami głos wilczycy. Zatrzymała się przy kotarze. Co dalej? Tego nie przemyślała.
- Ja... nie wszystko powiedziałam - wydukała, nie odwracając pyska. - Pamiętasz, jak wspominałam ci o ojcu? - Zabębniła palcami w drewniany słup. - A właściwie powiedziałam. Nie moja wina, że nie słuchałeś. Chodź - mruknęła i pierwsza wsunęła się do środka.
Spokojny głos należał do Awity. Siedziała pochylona nad istotką, która wydawała się dziś jeszcze mniejsza niż zwykle. Mruczała jej cichą piosenkę.
- Korni.
Dostrzegając przybyszów, szczenię otworzyło pyszczek, ale nie wydostały się z niego żadne słowa. Zastygło, a jego oczy napełniły się łzami.
Nagły wybuch płaczu szybko przeobraził się w pisk. Ciężkie krople zaczęły kapać na ziemię. Łapki dygotały, a oddech urywał się i cichł na krótkie chwile dopiero, gdy straciła siłę, by łkać. Awita przygarnęła ją do piersi.
- Wyjdźcie - syknęła. - Ildiri, spieprzaj stąd.
Słysząc dźwięk jej głosu, ucichła. Co chwilę tylko wciągała powietrze, poddając się niepohamowanym wstrząsom. Sięgnęła puszystej kryzy wilczycy i zaczęła przesuwać po niej palcami.
- No, Korni, powiedz jeszcze raz - rozkazała Ildiri, nie dbając o piorunujący wzrok koleżanki.
- Złapał mnie za szyję - wychrypiała mała wilczyca. - Nie mogłam się ruszyć, bolało, a on darł się „Patrz mi w oczy!” i trzymał...
- Ćśśś. - Opiekunka zacisnęła powieki, kładąc głowę na jej głowie.
- I tylko szczerzył zęby, jak prosiłam, żeby przestał...
- Cicho, cicho. Już dosyć.
- ...Już dosyć. - Powtórzyła Kornicja, ciągnąc i puszczając ten sam kosmyk sierści w kółko. Mechanicznie, bez świadomości. Awita delikatnie przykryła jej łapę swoją. Szczenię znieruchomiało. Dopiero po chwili wróciło do powtarzania tego samego ruchu.
- Słyszeliście, co powiedziałam? - warknęła wadera, rzucając im spojrzenie z ukosa. - Zostawcie nas.
- Poczekaj - szepnął Szkliwo. - Znacie Cispesję?
Siedząca obok niego wilczyca w milczeniu przechyliła głowę.
- Nie wiem. Kto to? - Oczy Awity podniosły się spod zmarszczonych brwi.
- ...Kto to? - Szept Kornicji zabrzmiał niczym odległe echo.
- Starsza wadera. Była tu kiedyś psychologiem.
- A, ja znam. - Ildiri wyprostowała się, najwyraźniej grzebiąc w pamięci. - Przychodzi co jakiś czas po mleko.
- Może powinna z nią porozmawiać?
- Psycholodzy to gnidy. Nie umieją pomagać, oni tylko robią idiotów z nowych urzędników.
- Nie Cispesja. Jeśli nie pomoże, to przynajmniej zajmie jej myśli. Kornicja potrzebuje opieki, nie Fijki, która dba o nią tylko na tyle, by móc jej używać.
- No nie wiem - mruknęła druga wilczyca, powoli wdychając i wydychając powietrze przez czuprynę siedzącego w jej ramionach szczeniaka. - A załatwisz nam to? Ja... się jakoś odwdzięczę.
- Załatwię. To raczej nie kłopot.
- ...Się jakoś odwdzięczę - wyszeptało szczenię, wpatrując się w pustkę.
- Co się miało stać, to się stało. - Ildiri swoim zwykłym, wyniosłym spojrzeniem zmierzyła swojego towarzysza od stóp do głów, chyba już tylko z przyzwyczajenia.
- Ty się nie odzywaj. - Awita mocniej ścisnęła drobne ciało w swoich objęciach. - Już nigdy więcej.
W środku nocy po wsi hulał wiatr. Rozwiewał opadłe z krzewów kwiaty; wyściełał nimi piaskowe ścieżki. Świstał w pęknięciach między cegłami i huczał w pustych oknach.
Pukał o ościeżnicę gałęziami starej czeremchy. Ginęły w nim szepty i westchnienia, rozmywało się chrapanie urzędników w ich chatkach. Trzasnął drzwiami w biurze ochrony i zagłuszył kroki na stromych schodach. Psotnie rozwiał kartki wyciągane z szuflady i potrząsnął płomieniem pochodni, która miała rzucić nowe światło na wszystko, co w ostatnich dniach działo się w urzędzie i tuż obok niego.
Noc była podobna do każdej innej, gdy ostatni goście remizy zdążyli już wrócić do domów i ulica pustoszała. Wtedy z ciemności wyłoniły się już tylko dwie sylwetki: ptasia i wilcza.
- Czego?
Uschnięte kwiaty chrzęściły pod nogami.
- Pięknie jest patrzeć na spaloną gałązkę. Tak jak na drzewo bezbronne w obliczu pożaru. - Ślepia widma iskrzyły w mroku jak dogasający żar. Jego oddech osiadał rozmówcy na kołnierzu. Popędzał, lecz nie otrzymał odpowiedzi. - Zostało ci jeszcze coś, czego nie sprzedałeś? Chętnie zobaczę, jak wypuszczasz to ze szponów, żeby sięgnąć po zapłatę. Już wiesz, że przyjdzie ci przegrać. Ale graj, graj. W końcu już po nic więcej nie żyjesz. Graj ze świadomością, że przedłużasz swoją agonię. Graj, wiedząc, że niezależnie od wygranej sumy, zostawisz ją na skraju najbliższej przepaści.
Chrzęst ucichł. Na ścieżce stała już tylko jedna sylwetka; nieruchomo, przez długi czas.
A potem wiatr ustał. Poranek przyniósł woń świeżych ziół i traw oraz przymarzniętej ziemi, którą szybko rozgrzewało wschodzące słońce. Kiedyś w każdym domu tak pachniał spokój i nadzieja. W Najwyższej Izbie... nazywano to raczej zapachem wspomnień.
- Szkliwo? - Inspektor wyprostował grzbiet, aż do momentu, w którym zderzył się ze ścianą. - A ty nie miałeś być na południu?
- Przecież byłem. - Ptak doczłapał się do wolnego miejsca pod ścianą, wśród papierów. - Już wróciliśmy.
Birast nie odpowiedział; wychylił się, szukając czegoś na stojącej obok komodzie. Ostatecznie nie znalazłszy, przesunął w palcach wiszące na swojej szyi kółko. Wreszcie kaszlnął znacząco, przekładając świeżo spisane rozporządzenie sprzed swoich łap na bok, w kierunku asystenta.
- Halo, nie opowiesz nam jak było? - Donośny głos Rasza nadleciał zza drzwi. - Specjalnie rano nie pytałem, żebyś nie musiał mówić dwa razy!
- W porządku.
Skrzydlaty przejął od przełożonego dokument gotowy do zarejestrowania i udał się do ich gabinetu.
- A co ty taki cichy? - szepnął wilk, gdy usiedli, każdy nad swoim zajęciem. Przyjaźnie zamachał ogonem. Z jednej strony wszystko było jak co dzień. Przez ostatnie trzy dni dziwnie było mu być jedynym asystentem. Budzić się i zasypiać w pustej chatce, od śniadania do kolacji siedzieć z inspektorem sam na sam. Odkąd wrócił Szkliwo, wszystko miało być po staremu. A jednak coś było inaczej. - Nie wyspałeś się?
- Nie pierwszy raz.
- No w sumie. - Wzruszył ramionami. - Ależ ty jesteś nudziarz - stwierdził, choć uśmiechał się przy tym szelmowsko.
Drobny deszczyk kapał na dach chatki za krzewem czeremchy. Cispesja wsłuchiwała się w niego, siedząc przy oknie, zgarbiona i pochłonięta robótką. Kolejna makatka wyłaniała się z plątaniny barwnych nici. Dunio uwił sobie iście królewskie łoże z kilku innych i urzędował na nich, polerując paluszkami swoje lśniące wibrysy.
Spośród monotonnego stukania kropel o dachówki, wyłoniło się stukanie pazurów na klepisku.
- Szkliwo, co za miła niespodzianka! - Chyba nikt inny w całym NIKL-u nigdy nie ucieszył się tak na jego widok. - Wiedziałam, że do mnie wrócisz. Zobacz, co dla ciebie uszyłam. To ptak-anioł. Taki sam, jak ty. - Stara wilczyca łapą namacała leżące obok siebie, już skończone dzieło.
- Dzię... dziękuję.
Makatka była dość spokojna, dominowała na niej zieleń drzew i złoto słonecznych promieni. Dziwne stworzenie, rzeczywiście mogące nosić miano zarówno ptaka, jak i świetlistego stworzenia pozaziemskiego, stało nad brzegiem rzeki, wpatrzone w jej lśniący nurt. Tuż obok, w cieniu jego skrzydeł, stały... dwie małe istotki. Szczenięta?
- Mam nadzieję, że ci się podoba. Dawno nie szyłam. W zimę szybko robiło się ciemno i oczy strasznie mi się męczyły.
- Tak. Bardzo - stwierdził cicho, choć nie uśmiechał się i wcale na nią nie patrzył.
- Chyba cię zaskoczyłam.
Wreszcie się mu udało, choć z lekkim opóźnieniem.
- Dziękuję, babciu. - Zamrugał. - Jest piękna. Bardzo chciałbym lepiej okazać, co czuję. Ale, wybacz mi, bo przyszedłem ze smutną sprawą.
Jak wstała, tak usiadła z powrotem. Jej ogon przestał się poruszać.
- Mówże zaraz.
- W remizie jest młoda wilczyca. Jeden basior zrobił jej straszną krzywdę.
- Och...
- Czy babcia mogłaby z nią porozmawiać? Jako psycholog?
- Och, Szkliwo. Oczywiście, przyprowadź ją do mnie. Jak najszybciej. - Choć jej beztroska energia wyparowała, w słowach wciąć było czuć przekonanie. Można było tylko przypuszczać, ile stara wilczyca wie o podobnych przypadkach.
- Dziękuję.
Za ptasim grzbietem rozległo się stukanie drutów do robótki, które wznowiła, nim jeszcze zszedł ze schodka. Szczur zwinął się w kłębek na miękkiej włóczce.
W tym samym czasie, przesiadujące pod drzewami wadery prowadziły ożywioną dyskusję o wszystkim i o niczym. Do grupy przysiadły się dwie kolejne, które właśnie wróciły znad rzeki, na grzbietach susząc jakieś świeżo wyprane szmatki. Delikatne krople lecące z nieba nie przedostawały się przez baldachim śliwowych liści. Było jeszcze trochę czasu, zanim dzień schowa się za lasem, a Fijka wyjrzy ze swej jamy, donośnie zaklaszcze i chrypliwym głosem zwoła wszystkie wilczyce do pomocy przy kolacji.
- A co to? - Między nie giętkim krokiem wsunął się basior. Przy każdym podmuchu wiatru apaszka jak szalona powiewała na jego karku. - Ja nie jestem jeszcze gotowy na koniec świata! Bóstwa, czy anioły? Nieważne, proszę wracać do siebie, na chmurki, bo przyprawiacie uczciwe wilki o palpitacje! - Wśród zgromadzenia rozbrzmiała salwa śmiechu. - No co? Ja czytałem te wszystkie mądre księgi. Wiem, że taki ruch istot pozaziemskich na zwykłej, szaroburej ulicy, ma prawo odbyć się najwcześniej pod koniec świata!
- Oj, Halast, Halast! - Stelkia musiała się pochylić, żeby zalotnie musnąć nosem jego nos. Bujnęła przy tym swoją kształtną miednicą. - A ty znasz jakieś pozaziemskie sztuczki?
- Nawet niejedną, proszę ja ciebie! - Wypiął pierś jak żołnierz na porannym apelu, być może, ale tylko być może, aby choć czubkami uszu dosięgnąć do jej głowy. - Ale moje sztuczki mają moc tylko w ciemności i tylko wybrańcy mogą je zobaczyć... albo wybranki. Kogo by tu dziś wybrać?
- A co ty sobie myślisz? - Wzięła się pod boki. - Ja nie jestem pierwszą lepszą dziwką! Nasze usługi to luksus! Co nie, laski?
- Tak jest!
- Jak szukasz takich, co już im się od machania jęzorami kręgosłupy pokrzywiły, to w drugą stronę!
- Tak, ich nora jest za rozdrożem, w centrum wsi!
- U nas to se jeszcze trzeba zasłużyć! - I znowu wszystkie wybuchły śmiechem.
Basior zawtórował im leniwie. Myślami był już gdzie indziej. Potoczył wzrokiem po ścieżce, planując zaszyć się na zapleczu dziewcząt i uszczknąć coś smacznego, zanim wszystko zostanie wyniesione do sali. Oto jednak wzrok jego napotkał idącego ścieżką jegomościa. Dwunożna postać zwolniła, nie pozostawiając złudzeń, że skrzyżowanie ich spojrzeń mogło być dziełem przypadku.
- Ale... - Zwrócił ku rozmówczyniom jedno ucho. - Zaraz spotkamy się w tutejszym niebie. Nie wiem, jak wy, ale ja na pewno tam pójdę! - Nie słuchając frywolnych pomruków ani dalszych docinek, wrócił na trasę.
Ptak przyspieszył dopiero, pozwoliwszy mu zrównać ze sobą krok.
- Więc Kornicja przybyła z tobą?
- Tak jest! Mała, słodka Korni. - Halast machnął ogonem. Zagadka szybko się rozwiązała. To tylko kolejna sprawa biznesowa. - Poznałeś ją już? Jesteś asystentem wschodniego inspektora, prawda?
- Tak. Skąd właściwie wytrzasnąłeś tego dzieciaka?
- Z sierocińca starej Atozy. Bardzo lubię to miejsce. Jak będziesz kiedyś na zachodzie, musisz je odwiedzić.
- Nie zapowiada się na to. A Kornicja? Wiesz, skąd się tam wzięła? Nie ma żadnej rodziny?
- Typowo. Dziecko jakiejś małoletniej, która puściła się z żołnierzykiem. Jakiejś z południa. Nie wiem, czy jej matka jeszcze żyje, czy opuściła sierociniec, czy co.
- Z południa? Przecież tam nic nie ma.
- No, teraz już nie. Ale dużo słodkich dzieciaczków nam po nich zostało.
Żuraw przeniósł wzrok w głąb korytarza, w którym mieli znaleźć się lada chwila. Wieczór zbliżał się wielkimi krokami.
- Mówisz o Orłach?
Odpowiedziało mu milczenie. Na pysku Halasta zastygł szeroki, pusty uśmiech.
- No tak. - Zaśmiał się w końcu głupawo. - Słyszałeś o nich?
Szkliwo wzruszył ramionami.
- Jakoś nie mogę tego wszystkiego zrozumieć. Wiesz, że tutejsze wilczyce też czasem zachodzą w ciążę, prawda?
- No tak, tak właśnie wszyscy powstaliśmy, przyjacielu!
- A wiesz, co się potem dzieje ze szczeniętami?
Basior cofnął głowę, a jego ślepia przez nieuchwytny moment krążyły po trawie.
- Co się dzieje?
- Są zabijane.
- To potworne! - Wilk prawie wszedł mu w słowo. Postawił pierwszą łapę na betonie po drugiej stronie wejścia. Zerknął w ptasie oczy i bez trudu wyczytał z nich pytanie. - Ale ja w to nie wchodzę. Co my, maluczcy, możemy z tym zrobić...
- To prawda. Nic - odparł żuraw krótko. Zatrzymał się przed progiem, choć deszcz robił się coraz gęstszy.
Halast skinął mu na pożegnanie, wydłużył krok i zniknął za ciężkimi drzwiami.
Do remizy napływali wciąż nowi goście. Wilczyce zaczynały znosić do sali coraz bardziej wyszukane kąski. Jeszcze gorące, kozie mięso w chrupiącej panierce z bażancich jaj i jeleni udziec naszpikowany kandyzowanymi borówkami. Znajomi szukali się wokół rozstawionych potraw i wykorzystywali ostatnie chwilę względnej ciszy na rozmowy oraz żartowanie z kelnerkami.
- Szkliwo, pijesz?
- Nie, dziękuję.
- A idź szukać pod ziemią krasnali i złota. - Rasz demonstracyjnie chwycił własny kubek i zanurzył w nim pysk. Wyciągnął gwałtownie, podrywając się przy tym na nogi i rozbryzgując wokół czerwone kropelki. - Patrz no, kto przylazł! Gdy go widzisz, pierwsze idą muskuły, a za nimi... wielkie bary, a za nimi cała reszta. - Szeroko rozłożył łapy. - Pir! Siadaj z nami. Ciągle w biegu ostatnio, w ogóle nie mogę cię złapać, słowa zamienić! - Z wyrzutem ściągnął brwi.
- Ostatnio cały jestem w nerwach. Wiecie, co? - Basior zawahał się, ale niemal od razu westchnął i klapnął na ziemię obok nich. - Szkoda gadać. Wiecie, co dziś powiedział nam Irosył? Że ma teraz kłopot, bo w żadnym z nas jeszcze nie ma potencjału na inspektora, a innych opcji brak.
- I tym się tak przejmujesz?
- Jak dziś do nas przyszedł, byłem święcie przekonany, że w końcu kogoś wskaże. A tu klops. Od śmierci Labura mamy pomieszanie z poplątaniem.
- Wasz inspektor nie żyje? - Szkliwo wyprostował się sztywno.
- To nie wiedziałeś? Bracie, to się stało już kawał czasu temu, przeszło z pół księżyca. A teraz cały czas nie wiadomo, kto wejdzie na jego miejsce.
- Ale...
- Najprędzej chyba Ksaron.
- Przecież widziałem go kilka dni te... - Żuraw potrząsnął głową, choć spojrzenia pozostałej dwójki biesiadników zdążyły już na nim osiąść. Przed oczami stanął mu stary, zmęczony pysk, wyczerpany głodem i pracą; czekający na kolejne uderzenie zuchwałego szczeniaka. - Rzeczywiście to musiało być wcześniej.
Wbił wzrok w leżącą między nimi pieczeń. Koza była pulchna i wyrośnięta. Chore koźlątko zostało wykorzystane w inny sposób.
- Co mu się stało? - zapytał cicho.
- Zeżarła go w końcu ta jego choroba. Jeszcze za przeszłej wiosny ledwo się w drzwiach mieścił. A potem? Skóra i kości! Ale żadne zaskoczenie. Niedawno był u medyczki i od razu powiedziała, że źle z nim i za długo już nie popracuje. Zna się na rzeczy, jakby mu wywróżyła! Podobno znalazł go któryś inspektor rano w jego pokoju i już był sztywny.
- To chyba jakieś plotki - wtrącił Rasz, oblizując pysk z tłuszczu. - A mi Ksaron coś wspominał, że listonosz go znalazł przed południem, jak jakieś zaległe listy mu przynosił.
- Może i tak. Biedaczysko nie przyszedł do pracy. I się okazało, że zostawił nas na stałe, jak tę dziatwę we mgle.
Muzycy przygotowywali już swoje dziwaczne instrumenty. Póki co nad jedzeniem dudnił tylko śmiech pijanych urzędników. Pod ścianami dym ogniska mieszał się z dymem palonych ziół. Ogień podsycony smalcem buchał wysoko w górę, a w jego cieple zbierał się zespół graczy, którym tego wieczora przyniesiono planszę do ruletki. Kirłan rozkładał figury na szachownicy.
Ktoś był tam po raz pierwszy; ktoś po raz dziesiąty. Setny. Ostatni. Wszystko jak zwykle.
Noc zapadła na dobre. Kłęby chmur zasłoniły maleńkie gwiazdy, ale wciąż wyglądał zza nich księżyc, zimny, milczący, świadek westchnień, chichotów i płaczu. Oświetlał drogę wszystkim, którzy wracali do domów, aż wreszcie, gdy ścieżka opustoszała, i on zsunął się w głąb pierzyny obłoków.
Lecz pochodnia w kącie gabinetu dowódcy ochrony nie gasła. Gdy dopalał się koniec, wierny Denkin zamieniał jeden kij na drugi, poprzedni ciasno obwiązując lnem i na zapas uzupełniając kozim tłuszczem z żywicą. Ślepia jego przełożonego były zbyt cenne, by ja nadwyrężać.
- Powiedz mi, najmilsza Ildiri. - Chudy basior postukał pazurem w leżącą przed sobą kartkę. - Czym różni się ten raport... od tych? - Drugą łapą chwycił kilka innych. - Skup się. Nie ma ich wiele. Staram się jak tylko mogę oszczędzać twoją delikatną główkę.
- Tu jeszcze nie zdążyłam zrobić inicjałów - odpowiedziała głosem na granicy szeptu. Nakideron westchnął głęboko i długo.
- Od pierwszej chwili miałaś pół roboty zrobionej za siebie. Przyprowadziłem ci go zalanego jak trup w formalinie, a ty tego nie wykorzystałaś?
- Widocznie za słabo, bo i tak nie zasnął! Już tyle raz się przymierzałam, ale ten jaszczur zawsze się budził... Dawałam mu nawet prochy na sen!
- Dawałaś? - głos basiora niespodziewanie zabrzmiał pół tonu wyżej.
- Dawałam! Raz przy kolacji dosypałam mu do wody, ale akurat wtedy do mnie nie przyszedł. Innym razem, jak już u mnie był, ale i tak się jakoś wyczołgał. Za trzecim razem bym go miała, ale wtedy już w ogóle przestały działać...
- Pozwolę sobie powtórzyć: dawałaś mu prochy na sen.
- No tak!
- Tępa suko. Oczywiście, że by działały. Gdyby je brał! Ile profili w życiu przeczytałaś, co, Ildiri? Jeden, dwa? Czy pięćdziesiąt? - Chwycił ją za sierść na szyi. Skrzywiła się i oparła przednie łapy na jego piersi, próbując go odepchnąć. Jednak trzymał sztywno, starannie, wszystkimi palcami, za równe kosmyki sierści. - A czytałaś typowy profil lękowca? Obudzona w środku nocy powinnaś umieć wyrecytować, że jeśli takiego oszukałaś, to znaczy, że chciał zostać oszukany. Jeśli odpowiedział tak, jak tego chciałaś, to odpowiedział tak, bo tego chciałaś! - Szarpnął. Od ścian odbił się pogłos ciała padającego na podłogę. - Dałaś się ograć jak dzieciak.
- Tak? Może i tak, wiesz? - Zadrżała, łapczywie chwytając powietrze. - Może dlatego, że... nigdy nie przestałam... nim być? - Łzy pociekły z jej oczu, a z gardła wyrwał się szloch. Pazury Nakiderona zacisnęły się na ziemi, przypominając przy tym szpony sępa. Splunął pod nogi.
- Ale się łachudra pilnuje. Nie szkodzi. Ja nie wypuszczam towarów bez metek.
- Ta... tato, powiedziałeś mu? - pisnęła, pod łapą ocierającą oczy skrywając niepowstrzymany grymas.
- No jasne - warknął już odwracając się do okna, jakby temat był zamknięty. Na jego pysku mignął ślad rozbawienia; a może pogardy? Jej przerażenie nie śmieszyło go jednak tak mocno, jak jej głupota.
- Kłamiesz! - Nowa fala łkania rozdarła ciężkie powietrze.
Światło w kącie zadrżało. Pomocnik po cichu zamieniał pochodnie.
Rankiem, gdy dziesiątki wilczych łap znów stąpało po podłogach urzędu, papiery szeleściły, a świeże mleko już się wylało, wszystko było jak nigdy jak zwykle. Jak w bezpiecznym, sprawdzonym scenariuszu lubianego przez widzów przedstawienia.
Żuraw podniósł jedną stronę ze stosu listów do zarejestrowania, które nie zmieściły się w pysku drugiego asystenta. Odłożył. Podniósł drugą. Ścisnął, aż na kartce pojawiło się załamanie.
List za listem przewijały się przez ich stanowisko. Rasz zajął się już czymś innym, pozostawiając kilka ostatnich egzemplarzy bezładnie rozłożonych na podłodze. Ich treść była równie nudna jak zazwyczaj. Dwie skargi na karczmarkę, złożone przez porządnych obywateli WSJ. Podanie o pomoc w poszukiwaniu zaginionego sąsiada. Podziękowanie za odpowiedź na list sprzed księżyca. Inspektor odpisał na niego chyba tylko z litości dla autorki, która najwyraźniej właśnie wpadła w duże kłopoty, nie wywiązując się z umowy z jakimiś „bardzo ważnymi wilkami”. Jeszcze ze dwa podania, których rozpatrywanie absolutnie nie należało do obowiązków inspektora Ziem Wschodnich czy jakichkolwiek innych.
Każdy z papierków został odpowiednio podpisany, streszczony i zapisany wraz ze swoim nadawcą na liście przeznaczonej do zarchiwizowania.
Skrzydlaty zawiesił wzrok na wypełnionej tabelce. Z westchnieniem zebrał zarejestrowane pisma z powrotem w jeden stosik.
- Zaraz wrócę.
- Gdzie idziesz? - Rasz wyprostował się, wcześniej przygarbiony nad jakimś segregatorami. Obok niego leżała plątanina tasiemek, które po kolei kończyły równo przewleczone przez dziurki w papierze i zawiązane na kokardę.
- Wszystko jedno.
- Ej no, nie ma tak!
- Miałem dać znać, jak już będę w urzędzie. Pewnie odejmą mi coś z urlopu. Czy coś.
- Ach... jak tak, to spoko. - Wilk znów zgarbił się ospale. - To możesz potem od razu iść do domu. Jak skończę, nie chce mi się na ciebie czekać.
Kiwnął głową, już z korytarza.
- Cześć.
Zgięty nad jakąś drewnianą płytą kark Irosyła drgnął. Basior zamrugał, sięgając po stojący na blacie kubek mleka. Uniósł go do pyska.
- Cześć. Jak sprawy?
- Jestem ciekaw, czy pamiętasz jeszcze, o co cię dawno, dawno temu prosiłem.
- Archiwum? Myślałem, że to już nieaktualne.
- Potrzebuję danych na temat poprzednich turnusów szkoleń. I jeszcze... jednej historycznej rzeczy.
Basior odchylił się do tyłu, równocześnie rozciągając przednie łapy i zbierając poduszkami kurz z podłogi. Ściągnął wargi w grymasie zadumy.
- Ech, towarzyszu. Powiem szczerze. Szukałem tego klucza. Nikt go nie ma.
- Ale archiwum ktoś musi otwierać. Czyż nie?
- Ktoś musi.
- I zamykać. Prawda?
Irosył nie odpowiedział. Tylko pokiwał głową i przez chwilę było to jedyne, na co się zdobył. Wreszcie smętnie rozłożył łapy.
Ptak odetchnął z subtelnym drżeniem.
Cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz