Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eothar Atsume. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eothar Atsume. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Agrume (Agrest i Atsume) CD Esłpiora (Epoir) - "Historia pewnej miłości" (Opowiadanie z dupy)

W POPRZEDNIM ODCINKU

Ełspior zrywa z agrestem

Mundusiciel chce zniszczyć świat

"Zrywam s tobom idioto"

* * * * * * * * * * * * * * * * 

czwartek, 7 lipca 2022

Od Eothara Atsume - ,,Niecny Owoc", cz. 30

Im mniej o tobie wiedzą, tym lepiej. 

Wczesnym rankiem, tuż po tym, jak wszyscy rozeszli się do siebie, styrani nocnym polowaniem, zamiast jak każdy porządny obywatel paść plackiem na mchowe legowisko, ja krzątałem się dookoła swej siedziby jak pszczółka szukająca nektaru. Przytulna, ciemna nora wyglądała dziś nadzwyczaj kusząco, ale nie zamierzałem się poddać życiowemu marazmowi. O nie, nie dziś. Może wczoraj, lecz już nie dziś.
Szybko zebrałem podstawowy, survivalowy zestaw — jakiś nożyk, trochę liny, ostatnia fiolka mikstury niewidzialności, kilka szmatek i innych takich. Zarzuciłem sobie ukochaną torbę na ramię i, pogwizdując cicho, ruszyłem w stronę granicy. Ważna granica jest tylko jedna, więc możecie się domyślić, której.
Zapowiadał się piękny dzień, i nie mówię tego, bo chcę zapchać moją opowieść jaskrawym akapitem-przerwą, by nie stracić oddechu w biegu. Naprawdę tak było. Pierwsze, powracające do kraju na wczasy ptaszyny dzieliły się głośno swoimi planami z krewnymi. Pomimo zalegającego śniegu gdzieniegdzie widać już było płożące się po ziemi, zielone wstęgi lub kolce trawy. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach mokrej gleby. Tylko to wielkie, pomarańczowo-złote słońce świeciło mi praktycznie prosto w oczy, na szczęście częściowo stłumione przez osłonę podszytu. 
Ku mojemu rozczarowaniu, nie zastałem Agresta w jaskini Alf. Choć może to i dobrze, bo nigdzie po drodze nie znalazłem jeszcze źródła wody. Miałem za to ogień, a że byłem akurat w dobrym humorze, to wyciągnąłem krzesiwo, kilka przypadkowych papierów z półek i podpaliłem w czterech różnych punktach jaskini. Resztę zacząłem rozrzucać w tańcu całymi garściami. Przyglądałem się jeszcze chwilę radośnie trzaskającym płomieniom, po czym z uniesioną głową ruszyłem na dalsze poszukiwania. 
Coś mi mówiło, nie w tej małej główce, lecz w sercu, że jaskinia wojskowa to dobry pomysł. I to coś się nie myliło. Co więcej, znalazłem tam przywódcę całkowicie samego, zanurzonego w swoich zgryzotach po uszy. Kiedy mnie zobaczył — bo zdążyłem się obmyć w strumieniu — od razu się chłopak ucieszył. Po sekundzie ożywił się jeszcze bardziej, bo lodowatą wodą ciężko jest cokolwiek domyć i na moim futrze zostały ,,puste" plamy. Logika właśnie wyleciała przez okno, wystawiając nam język na pożegnanie. 
— Witaj, Agrest. - przywitałem się kulturalnie w progu, przekrzywiając lekko głowę.
— Co ty... jak ty tu...co-
— Tak. - odparłem krótko, oglądając z zaciekawieniem wnętrze groty. I dalej mówię mu tak: - Słuchaj no, Agrest, kończ już tę wojnę, bo mi się znudziła. 
— Wojnę? - oczy wilka z każdą sekundą zwiększały swoje rozmiary dwukrotnie, do niewyobrażalnej skali. W każdej chwili byłem pewien, że teraz już wystrzelą z oczodołów jak dwie kulki galaretki. A jednak basior wpatrywał się tylko intensywnie w moją osobę z sierścią najeżoną jak u jeża, drżącą śmiesznie wraz z całym ciałem pod nią. - Czego chcesz, Eothar? Za dobrze wam w WSJ? - spojrzałem na niego jak na skończonego idiotę. 
— Wiem, że bardzo byś chciał, ale nie ma sensu walczyć. Załóżmy spółkę i dokończmy budowę razem! - na skali zaskoczenia Alfy chyba zabrakło jednostki. - Moglibyśmy produkować... na przykład letnie kołnierze z polotem, zdążymy do rozpoczęcia sezonu. Będziemy bogatsi od samego NIKL-u! - gdyby nerwy Agresta były strunami wiolonczeli, w tym momencie wszystkie się urwały.
— Lew nie sprzymierza się z kojotem. - prychnął szary basior.
— Skoro tak uważasz... Moja strata. Zagrajmy w papier, kamień, nożyce. Ten, kto wygra, tego wola niech się stanie. - odpowiedziałem z uśmiechem.
— I tak lubię robić interesy. - mój rozmówca pokiwał głową, gdy pierwszy szok minął. 
Po raz trzeci wyciągnęliśmy przed siebie łapy. 
— Papier zwycięża kamień. - Kąciki moich ust od razu podźwignęły się do góry, jednak zachowałem święte skupienie. Po kilku sekundach napiętej ciszy ze strony Agresta padło ciche pytanie:
— Na pewno?
— Nie. - odpowiedź nadeszła z zupełnie nieoczekiwanej strony, wraz z twardym przedmiotem, który rozbił się o moją potylicę. 
— Mundus, kuźwa! Ty miałeś nie żyć! - usłyszałem jeszcze pełen oburzenia krzyk z góry. 
— Przepraszam, zapomniałem jesionki...

Koniec :)

środa, 18 maja 2022

Od Eothara Atsume - ,,Niecny Owoc" cz. 29

— Jak to się stało? - spytałem po chwili milczenia głębokiego, jak wody wschodniego oceanu. 

— Wyszedł sam jeden do tej zgrai rozwścieczonych psów. Tłum po prostu go porwał, jak rzeka na wiosnę. Eberis widział jak poderżnęli mu gardło. 
— Gdzie się podział Alfa? Straże? - mruknąłem ze szczerym zdziwieniem, okręcając powoli na pazurze nitkę pnącza bluszczu. Równie dobrze mógłbym spytać, jak ponad trzydzieści wilków spotkało się w jednym czasie? Jak w ciągu doby obywatele trzech różnych watah zdołali stworzyć tak wielką zmowę? I skąd, u licha, wytrzasnęli fajerwerki? Siła jest w nas
— Nigdzie go nie było. Pewnie obserwował wszystko z daleka, jak na Alfę przystało. - prychnął mój rozmówca, pół żartem, pół serio. Uśmiechnąłem się pod nosem. Z własnego doświadczenia mogłem się tego domyślić. Owocek lubił robić wszystko czyimiś łapami... za co sam w sumie nie mogłem go winić, bo stosowałem podobną taktykę, a jednak - fundamentalnie różną. Ale on nie wyglądał na zwykłego skrybę, nie od dziś pojawiały się o nim wspominki w historii wszystkich watah. Gdyby władza chciała się go pozbyć, zrobiłaby to już dawno, cały ten rejwach nie był im do niczego potrzebny, zwłaszcza że nie był planowany. Na pewno gość miał wybór i był na tyle inteligentny, by z niego skorzystać, dlaczego więc tego nie zrobił?  
— Znałeś go? - spytałem ze zwykłej ciekawości, zastanawiając się, jaki ta cała sytuacja może mieć wpływ na dalszy przebieg konfliktu. 
— Osobiście nie, aczkolwiek sporo o nim slyszałem. - odparł powoli rudy basior - To nie był dobry ptak, ale... nie zasługiwał na taką śmierć. Nikt nie zasługuje.   
~~~
Zmarszczyłem brwi, szukając w postawie rozmówcy jakichkolwiek oznak fałszu. Nie odkryłem jednak najlżejszego odchylenia źrenicy ni jakiejkolwiek nieprawidłowości w ustawieniu łap które świadczyłyby o tym, że próbuje mnie wywieść w pole. Oczywiście, nic nie może trwać wiecznie, ale może opary spokoju mogłyby utrzymać się przy ziemi jeszcze dzień lub dwa? Wilczy umysł był jednak nieprzewidywalny, i stało się. Nasz monopol na dusze był zagrożony. 
— Kto im przewodzi? - oczywistym było, że grupa obywateli, a już zwłaszcza obywateli WSJ, samorzutnie nie zebrałaby się tak szybko, tak samo jak piasek wrzucony do wody sam prędko opadnie na dno. Potrzebny jest ktoś, kto go wymiesza. 
— Admirał.
— Ten sam, co załatwił Mundusa?
— Dokładnie.
— Obserwujcie, kto do niego dołączył, i uczulcie naszych. Dopóki nie przekraczają granic naszej cierpliwości, niech siedzą grzecznie u siebie. A jeśli mimo wszystko nabiorą ochoty na wycieczkę w głąb macierzy, jej bieg należy zawrócić. - odparłem wolno. Czy będą skłonni wystawić wspólny rachunek? To by najpewniej wiele ułatwiło, ale odpowiedzcie sobie sami, przyszli władcy tych ziem - jak to zwykle bywało za szczeniaka z pracą w grupie? Im mniej wiedzą, tym lepiej Bardziej martwiło mnie, Jak jego łyżkę podmienić na widelec?
~~~
— Naloi! - zawołałem głosem nieznoszącym sprzeciwu w kierunku plamki przydymionego, kawowego koloru, skrywającej się w palecie buszu - Jak się mają te sierpy, które mieliście dostarczyć do magazynu?
— Wszystkie cztery - dobrze naostrzone, Błysk już je tam zabrał...
— Nie obchodzi mnie Błysk. Zadałem proste pytanie.
— Już idę sprawdzić... - uśmiechnąłem się, usatysfakcjonowany lakoniczną odpowiedzią.
— Dziękuję. Nie musisz przychodzić na kolację. - odparłem bezbarwnym, acz nieustępliwym tonem przywódcy. Basior ze skruszonym entuzjazmem przewrócił oczami i ogonem zarazem. Jego sylwetka szybko rozmyła się w leśnych ostępach. Potrząsnąłem głową, by znów poświęcić swoją całą uwagę obserwacji biegowi życia mojego małego państwa w państwie. To znaczy głównie poszukiwaniom orzechowych kryjówek przez wiewiórki, tańcom ptaków i rozmowom drzew rosnących dookoła tego skrawka lasu, który stał się ostatnio miejscem, któremu najbliższe było pojęcie ,,domu". Reszta członków, którzy nie musieli już wiedzieć o moim istnieniu, krzątała się o tej porze dookoła nor po drugiej stronie bagnistego strumyka, kontrolowana przez Holnira lub któregoś z jego przyjaciół. Mimo wszystko obecnie, gdy patrzyło się na Zrzeszenie Ludowe Sprawiedliwych mając porównanie z pierwotnym jego wyglądem, w pamięci przechowując uczucie nacisku zeschłych szyszek i charakterystyczny, podejrzliwy szelest igieł podczas stawiania pierwszych kroków ku wolności, to aż serce rosło. I założę się, że wy również bylibyście pod takim wrażeniem, gdybyście tylko wiedzieli... 
Tylko podczas wypowiadania nazwy ugrupowania jeszcze w gardle stawała mi jakaś drobna kostka, może jakiś element krtani sarny z obiadu, suchy i twardy. Sam na początku najchętnie dodałbym do niej drugi człon, który pomógłby lepiej określić charakter naszej misji, ale na przemyślenia zabrakło czasu; a gdy już się na chwilę aż zatrzymał, wszyscy przyzwyczaili się do odpowiedniego skrótu, a ja doszedłem na szczęście do wniosku, że najprostsze wynalazki zwykle okazują się najpotężniejsze. Ostatecznie to ludowi ma się podobać nazwa, nie mi. Bez wykrzykującego te słowa i dumnie taszczącego sztandary tłumu, napełnionego siłą solidarności i witalności, symbol ten miałby równie wiele mocy, co Zrzeszenie Cyrkowych Rybaków.  
I choć mojego tłumu nie było widać pod światło, jego głos, niczym ultradźwięki, słyszalne tylko sercem, rozlegał się nieustannie tu i ówdzie. Jego oddech, niezależnie od wysokości swego stanowiska, mogłeś poczuć na poziomie własnego karku. Jego energia stawała się coraz bardziej namacalna; formowała się w fizyczne ekwiwalenty zakrwawionych ostrzy, których zimno można było poczuć na własnej skórze, jak powiew przeszywającego, północnego wiatru. Trzymająca je łapa musiała być stabilna i niewzruszona, jako przeciwwaga dla podekscytowanych podwładnych na końcu łańcucha, plątających się na sznurku, podczas gdy oficjaliści próbowali uspokoić rozedrganą, gromadną sieć zimnymi zapewnieniami o neutralności i surowymi dekretami. Jednak społęczny pająk wyczuł już zbliżające się niebezpieczeństwo i nie zamierzał bezczynnie czekać, aż go dopadnie. Na szczęście w każdej chwili miałem możliwość przetestowania wspólników, w dodatku ich własnymi łapami. Wystarczyło że raz dałem o tym znać, by ten problem - przynajmniej na chwilę obecną - zażegnać. Tymczasem Chabry wciąż próbowały dojść do ładu i składu z samymi sobą.
Ziarno zostało posiane. Teraz należy tylko zadbać o to, by było regularnie podlewane. I to nie jakimś błotnistym mixem z pierwszego lepszego jeziorka, lecz najczystszą ambrozją. 


Wspaniały Ciąg Dalszy Nastąpi
(Tak będzie, nie zmyślam)

środa, 11 maja 2022

Od Eothara Atsume - ,,Niecny Owoc" cz. 28

 — A kto, twoim zdaniem, jest tym złym? - spytałem, przerywając wilkowi przeciągający się wywód. Na moment zrobiło się na naszej małej polance zupełnie cicho, jakby sama natura zastanawiała się nad dobrą odpowiedzią. Holnir wpierw na sekundę niemalże odruchowo spojrzał mi w oczy, ale ostatecznie podniósł głowę i odparł:

— To zależy. Nic nie jest czarne albo białe. - basior zawiesił znów głos, chcąc przygotować się do pociągnięcia odpowiedzi.
— Dokładniej... jest takie, za jakie wilki je uznają. - odparłem powoli.
— Do czego zmierzasz? 
— Muszę powiedzieć, że spotkaliśmy się w idealnym momencie. Słyszałeś już pewnie o ostatnich wydarzeniach. 
— Zmiany są nieuchronne. 
— Masz pełną rację. - pokiwałem lekko głową. - Można być ich biernym obserwatorem, albo... Kreatorem. 
— Cóż można stworzyć z Chaosu? 
— Chaos nie tworzy, lecz niszczy. Chaos zmiata z powierzchni ziemi stare, zapadłe dziury, by właśnie na ich miejscu postawić nowe fundamenty.
— Bogacić się kosztem innych? Świetny plan. 
— A jak inaczej chciałbyś się wzbogacić, jeśli nie zabierając zdobycz komuś innemu? Nie da się bogactwa stworzyć, ani zniszczyć. Energia... krąży. Po prostu. I ciężkim grzechem jest z niej nie korzystać, gdy nadaży się ku temu okazja. 
— Skoro tak mówisz... nie wolałbyś przyłączyć się do tych, którzy mają już materiały i doświadczenie w budowaniu?
— Nie masz pojęcia, co planują. - warknąłem znienacka, udając oburzenie.
— Fakt, nie mam. Może mnie oświecisz? - ciągnął coraz śmielej i z coraz większym zaciekawieniem rudy basior.
— Ogólnie rzecz biorąc... - zawiesiłem tu na moment głos - ...to temat na dłuższą rozmowę. Teraz trzeba działać szybko, w przeciwnym wypadku oberwą wszyscy. Władza nie cofnie się przed niczym, a już na pewno nie z mojego powodu, choćby było to z góry bezsensowne. Bo to juž stare, zakute łby. Rozumiesz?
— Ok, wiem, że są... Wyższe dobra. Za kogo ty mnie masz? Chciałem tylko spytać.
— Ci wszyscy wzorowi obywatele, gotowi do pomocy,  na każde zawołanie, kochający ojcowie, żywi aniołowie - uważnie przyglądałem się reakcji wilka, i tym razem nie myliłem się; trafiłem w czuły punkt. - oboje znamy co najmniej jednego. Teoretycznie mają wszelkie predyspozycje, aby zmienić świat na lepsze. A jednak umierają jako podnóżki wielkich czartów, ponieważ nie zostali z natury obdarzeni jedną cechą, władzą, którą posiadają inne jednostki. Mogę cię tego nauczyć. 
—  Nadal nie rozumiem, dlaczego akurat miałbyś mi pomagać? 
— Cóż mam powiedzieć? Co dwie głowy, to nie jedna. Oboje na tym skorzystamy i oboje dostaniemy to, czego pragniemy.  
— Dobrze - mruknąłem po chwili wymownego milczenia, płynnie przechodząc do dalszej części dialogu - Tak jak mówilem, nadszedł czas, by większość przemówiła. A by nasz głos nie zlał się w jeden wielki bełkot, potrzebny jej będzie mówca. Ja mam inne sprawy na głowie.
~~~
Ponieważ mieliśmy podobny cel dzisiejszej wędrówki, większość szczegółów planu omówiliśmy w czasie drogi powrotnej. Widziałem w nim jeszcze pewną nieufność, którą jednak na tę chwilę wyparł początkowy entuzjazm i zapał do działania. Poza tym dogadywaliśmy się bez większych problemów. Rozdzieliliśmy się gdzieś pośrodku terenów Jabłoni. Nie chciałem zbyt długo pozostawać na otwartym terenie. Okrążyłem kawałek lasu i wybrałem największą jodłę w okolicy. Powoli wdrapałem się mniej więcej do jednej trzeciej jej wysokości. Dalej stwierdziłem, że nie zniosę więcej wbijających się igieł. Poza tym im niżej, tym szersze miała gałęzie. Ułożyłem się w miarę wygodnie i powiesiłem torbę w zasięgu łapy na jednym z konarów. W ten sposób zapewniłem sobie kamuflaż i po ostatnich męczących dniach wystarczyło, że moje powieki opadły, a już błądziłem w krainie snów.
~~~
— Witam kierownika! - zawołałem już z daleka, widząc nadchodzące trio z Holnirem na czele. Basior po jego prawicy o śnieżnobiałym futrze upstrzonym czarnymi i brązowymi kropkami niósł w pysku zwisającą bezwładnie, dziobami do siebie, parę gęsi. 
— Witamy, witamy! To są Ulryk i Eberis, moi przyjaciele. 
— Eothar. Holnir dużo mi o was opowiadał. - odparłem, przybijając łapy przybyłych. - Ale na pewno chętnie sam poznam was bliżej. Siadajcie, rozgośćcie się. - wskazałem im zachęcającym gestem miejsca pod leśnym wykrotem, który niczym parasol odgradzał nas od świata na południu. 
— Daj mi tu tę gęś - mruknął rudy basior, wbijając pazury w wiotkie, zakrwawione ciało - Pomyśleliśmy, że nie godzi się rozmawiać o suchym pysku, a Eris jest świetnym pływakiem. - Holnir puścił mi oczko, 
— Wspaniale! Mamy sporo do omówienia. - zaznaczyłem, przysuwając oddzielone porcje do przybyszy. 
~~~
— Wstawaj.
— Mówiłem wam już, że nic ni...
— Wstawaj, Naloi. - powtórzyłem, nie ukrywając zniecierpliwienia. Odwrócenie uwagi strażników i tak już wiele nas kosztowało, oba cele znajdowały się w sporej odległości od siebie, nie było miejsca na najdrobniejszy błąd.
— Eothar? - rzekł wilk z nieskrywanym zdziwieniem, pływającym jednak po grubej tafli lodu. - Co takiego się stało, że wróciłeś do śledztwa?
— Jeśli będziesz robił dokładnie to, co mówię, ominie ono ciebie i twoją partnerkę wraz ze swoimi wszystkimi nieprzyjemnymi konsekwencjami łańcucha zdarzeń. A teraz wstawaj i biegnij. - zakończyłem stanowczo i odwróciłem się, nie czekając na jego reakcję. I nie zawiodłem się. Wilk, który jeszcze przed chwilą przeciągał się leniwie, metodycznie odstawiając każdą kończynę po kolei, teraz błyskawicznie zerwał się na cztery łapy i wybiegł z groty sprintem, mijając jednego, nieprzytomnego stróża. Już po chwili dorównał mi kroku. Zatrzymaliśmy się conajmniej dwa kilometry dalej. Naloi, dysząc jeszcze, w pozycji leżącej sapnął:
— A jakie będą konsekwencje tego łańcucha zdarzeń? - otarłem łapą grudki mokrej ziemi z pyska, po czym przeniosłem powoli wzrok na towarzysza
— Śmiertelne - mruknąłem z błyskiem w oku. - Śmiertelnie fortunne! Co się tak drygasz? - zaraz potem zaśmiałem się serdecznie, klepiąc go łapą po łopatce. Basior również próbował się roześmiać, co mu jednak z sercem w gardle słabo wychodziło. - Ale zanim zbierzemy owoce, jest dużo do zrobienia. Idziemy. 
— Czy Lipa jest bezpieczna? 
— Co? - odwróciłem głowę na moment, by przeanalizować sens tej wypowiedzi.
— Czy moja partnerka jest bezpieczna? - powtórzył stanowczo, jakby była to jedyna istotna sprawa na świecie w tej chwili.
— Ach, tak, jest bezpieczna. 
— Gdzie ona jest? Chciałbym z nią porozmawiać. - zasugerował wilk nieco łagodniej.
— I ściągnąć na nią gradobicie pełną gębą?  - uciąłem zdecydowanie dyskusję.
— Mówiłeś, że jest bezpieczna. - mruknął basior, mrużąc oczy.
— Owszem. Chyba nie chcesz tego zepsuć? - z ulgą wsłuchałem się w ciszę zaraz po tym zdaniu.
~~~
— Więc... funkcja przewodniczącego, własna kwatera i dostęp do magazynu zbrojeń całą dobę...
— Tak, dla pierwszych członków mamy też podwójne dokładki podczas posiłków. Czy teraz ty masz jakieś pytania?
— Brzmi świetnie. Dlaczego zatem macie tak mało popleczników, Eotharze? Dlaczego nikt inny nie chciał przyjąć tej oferty?
— Och, trochę to pokręciłaś, Tris. Wszyscy ją przyjęli. Po prostu jeszcze jej nie usłyszeli. - równocześnie machnąłem łapą i uniosłem pysk ku górze, dając do zrozumienia, że więcej się w tej chwili nie dowie. - ...Lub już nie żyją. - puściłem waderze oczko. 
Ona z trójki sług śmierci została ostatnia i opierała się najdłużej, ale rzecz była tego warta. Gdybym miał na to dość siły, mógłbym z łatwością za pomocą moich mocy zakończyć rozmowę ze zwykłym wilkiem w połowie, na argumencie typu będziesz mógł częściej flirtować ze śmiercią. Jednak wilki na tego typu stanowiskach muszą mieć krew nie jak wino, lecz zmrożony barszcz, by móc skutecznie pozbywać się kłopotliwych osobników. Pod ciężarem związanych z tym wątpliwości, jakich doświadczałby przeciętny wilk, załamałby się zdrowy, niespróchniały pień wiekuistego grabu z samej głębi puszczy. W końcu emocje, nieważne - miłe czy destrukcyjne, choć te drugie w szczególności, mają ogromny wpływ na zdolność do oceniania sytuacji i dobierania do niej adekwatnej reakcji. Jeśli nie jesteś w stanie ich kontrolować, byle złodziejaszek będzie potrafił zagrać ci na nerwach (lub ego czy sercu, w zależności od preferencji). A to oznacza zamianę miejsc morderca-ofiara. 
Lecz oni, w przeciwieństwie do mnie, mają coś jeszcze. A może czegoś im brakuje? Czy wiesz, co to jest?


Każdy czasem potrzebuje przerwy od rozpierniczania wszystkiego dookoła.
Nawet ja

CDN

piątek, 24 grudnia 2021

Od Eothara Atsume - ,,Niecny Owoc" cz. 27

 Noc i dzień starły się ze sobą na niebie. Słońce próbowało ostatkiem sił przebić oślepiającymi, skoncentrowanymi promieniami ciemną powłokę, która zaległa nad lasem, ale w tym starciu nie miało szans. Wszystko dookoła stopniowo traciło dla mnie kolory w mroku, wyostrzając za to swe kształty. Dotarłem do rzeki i wraz z jej nurtem udałem się na zachód. Dobrze, że nie ustaliłem spotkania wcześniej; samemu się spóźnić byłoby okropnym nietaktem. 

Ległem z założonymi łapami na mchu w plamie księżycowego światła, mrużąc oczy. Zdjąłem z szyi torbę i odgarnąłem skórzaną klapę. Kurczę. Prawie skończyła mi się już lina. Miejmy nadzieję, że wystarczy do końca tygodnia. Wsunąłem łapę głębiej. Kur... 
Jeszcze kilka razy dla pewności przeczesałem łapą dno worka, aż zduszona została ostatnia iskierka nadziei. Może nie jestem Einsteiem, ale z matematyki zawsze byłem dobry. Miałem 1 fiolkę eliksiru. Powinny być dwie. Pewnie wypadła mi gdzieś po drodze, Szkło przykuwa uwagę... mniejsza o to, ale nieco komplikowało to moje plany. Już prawie udało mi się zasnąć, kiedy usłyszałem po raz kolejny zbliżające się mokre kroki, może jakiejś zmory. Poderwałem się z ziemi i otrzepałem porządnie, choć nie robiłem już sobie wielkich nadziei. Ale tym razem między drzewami mignęła mi długa, ciemnoruda sierść. Uśmiechnąłem się kącikiem ust. Holnir strzelił prędko oczami na boki. 
— A więc jednak. - mruknąłem na powitanie, nie zmieniając pozycji.
— Owszem. - odpowiedział pewnym siebie, pozbawionym emocji tonem basior.
— Jesteś głupszy, niż myślałem. - odparłem zirytowany, kontynuując swobodnie myśl - Mogłeś iść do władz, powiedzieć im, że Eothar to skończony dupek, i uśmiechnąć się do wiwatującego tłumu ze złotym medalem na szyi. Dlaczego tego nie zrobiłeś?
— Zwabiłeś mnie tu, żeby się ze mnie ponabijać? Nie mam w zwyczaju kablować kogo popadnie, ale skoro tak mówisz... może faktycznie warto rozważyć tę propozycję. - warknął Holnir, mrużąc oczy.  
— I tyle wystarczy, żeby cię powstrzymać? - przerwałem mu, kiedy znów otwierał pysk. - To, że ktoś przypnie ci jakąś łatkę? Oboje dobrze wiemy, że to bujda. Gdyby to było jedyne, na czym ci zależy, nie przyszedłbyś tu. 
— Każdy wilk postąpiłby tak samo. Trzeba by być amebą, żeby z własnej woli lecieć do służb. 
— Zdziwiłbyś się, dla jak wielu nie jest to tak oczywiste. - uśmiechnąłem się powoli. - Ale czy według ciebie tak powinny wyglądać służby? Czy takie zachowania powinna prowokować władza?
— Oczywiście, że nie. Ale pobożne życzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie. Są panowie i jest plebs, tak było, jest i będzie. Tak samo jak nie może być drapieżców bez roślinożerców, światła bez cienia, dobra bez zła...
— A kto, twoim zdaniem, jest tym złym?


CDN 

412 słów 

To anyone, who's reading this
Merry Christmas, everyone! 

piątek, 3 grudnia 2021

Od Agresta - „Niecny Owoc” cz. 26

Dajcie mi jeszcze chwilę.
Mrużę oczy, pod siłą przebiegających po całym ciele dreszczy.

W warunkach krańcowych, niekiedy jedynym co może przynieść ulgę, jest odłączenie umysłu od cierpiącego ciała. Niemniej jest to możliwe rzadko i nie trwa wiecznie, nawet gdybyś, bo mógłbyś być to na przykład Ty, bardzo tego chciał. Gdy zmysły w końcu powrócą, nadejdzie czas paniki, niekiedy poprzedzonej jej wiernym łącznikiem, zagubieniem. A w zagubieniu również i bezbronności, czyniącej dorosłego wilka słabszym, niż nowonarodzone szczenię.
Tamtego dnia, gdy bez zmysłów leżałem na polanie przed swoją jaskinią, pamięć na chwilę odeszła i pod ostatnią warstwą podświadomości czułem się do cna nijak. Nie inaczej, niż gdyby był to zwyczajny poranek, poprzedzony spokojną nocą. Jakbym po prostu spał.
Z głębokiej nicości wyrwały mnie stanowcze słowa, rozdzierające ciemność jak burzowe pioruny.
- Wstawaj, Agrest - rzucił ktoś głucho. - Zabieraj rzeczy.
Zanim otworzyłem oczy, zwinąłem się na ziemi, czekając, aż po długich godzinach snu, trzeźwość wróci całkowicie. Było mi jednocześnie tak błogo i tak podle, jakby wiertło, które lada chwila miało wysunąć się z piachu, by wwiercić w moją głowę, pozwalało cieszyć się ostatnimi sekundami nienaruszonej czaszki. Przez chwilę próbowałem przypomnieć sobie poprzedni wieczór i plan, który powinienem był, jak zazwyczaj, ułożyć następny dzień.
Zanim do czegoś doszedłem, na pysku poczułem dotyk źdźbeł trawy, a zaraz po tym, białe światło pochmurnego dnia, padające na moje powieki nie jak zazwyczaj porankami, zza drzew i spomiędzy ścian jaskini... ale jakby bezpośrednio, prostą linią od słońca aż do źrenic osłoniętych powiekami. Dopiero to zaczęło przywracać mi pamięć.
Gdy udało mi się unieść powieki, dostrzegłem, że światło nie jest tak mocne, za jakie wcześniej je brałem. Właściwie powoli zapadał zmierzch.
- Co się dzieje? - zapytałem, ściągając brwi, nie mając jeszcze pewności, czy stoi nade mną przyjaciel, czy wróg.
- Nie możesz tu zostać.
Szkło. Na jego widok przeszły mnie alarmujące dreszcze.
- O co ci chodzi... - mruknąłem, ociężale podnosząc się z ziemi i zbierając w głowie strzępy porozrywanych myśli, wspomnień i emocji z ostatnich dni. Zaczęły wracać, lecz początkowo nie nadążały za słowami basiora. A zatem niewidzialne wiertło musiało jednak gdzieś w międzyczasie, niepostrzeżenie wydrążyć mi dziurę w mózgu. Każdy dźwięk docierał do mnie z opóźnieniem.
- Zabierz wszystkie swoje rzeczy i chodź z nami - powtórzył wolniej, po czym pyskiem kiwnął w stronę dwóch stojących nieopodal strażników.
Usiadłem, rozglądając się po polanie. Wysoka trawa, poszarzała i wydeptana, wciąż nosiła ślady dziesiątek stóp. Wokół nadal roznosił się zapach jakiegoś zdenerwowania, zmęczenia i bardzo wielu wilków. Na wpół odruchowo, a na wpół świadomie odwróciłem głowę, by popatrzeć na oddalone o kilkadziesiąt metrów miejsce, którego nie zdążyłem zobaczyć zanim...
Silna łapa przyciągnęła moje ramię z powrotem na pozycję naprzeciwko siebie.
- Patrz na mnie, Agrest. Idź! - polecił ostro. Głos jak siekiera uciął w pół moment zagubienia, a jego krwią zalał senny obraz rozciągający się przed moimi oczyma. Oto sygnał, kubeł zimnej wody wylany na mnie znienacka.
Położyłem uszy po sobie, wbijając w brata wzrok zachodzący mgłą. Jego źrenice w jednej chwili stały się jedyną wysepką na spienionym oceanie, wciągającym po kolei wszystkie zmysły. Zamarłem w bezruchu, próbując powstrzymać ból rozchodzący się po trzewiach. Przez moje ciało, od podbrzusza aż pod gardło, przeszedł przeszywający dreszcz.
Znacie uczucie paniki?
Czuliście kiedyś, jak nurkujecie w zimnej wodzie, a potem wynurzacie na powierzchnię, by odetchnąć... lecz okazuje się, że płyniecie wciąż w górę i w górę, a powierzchni nie ma?
Gdy nagle pod Wami otwiera się wir, a ze wszystkich stron, spadają na Was hektolitry lodowatej wody, uderzają jak kamienie, ogłuszają, zatykają krtań? Czy próbowaliście kiedyś zaczerpnąć powietrza, z pozoru zawieszeni w nieważkości, a równocześnie miotani i pchani w przepaść przez rwące strumienie? Czy wiecie, jak to jest, gubić się w wirze własnych myśli, które miały wyciągnąć z niebezpieczeństwa, a zaczęły dusić i ciągnąć na dno? Jak to jest, tracić siły, aż w końcu pogrążać się tylko w dwóch takich myślach na przemian:
Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech. Wdech i wydech, które nie nadchodzą. Płucami, które nie mogą już wykonać swojego zadania.
Serce, które płacze, wilk, który właśnie
obudził się ze snu, lecz oddałby wszystko, by śnić nadal.

A więc zdano sobie sprawę, że zamieszki są zbyt dużym zagrożeniem. Postanowiono przenieść moje biuro w bezpieczniejsze miejsce. I to był drugi cud, przyniesiony mi przez koszmar sprzed kilku godzin.
Nie wiem, ile czasu minęło, zanim powłócząc nogami, posłusznie skierowałem do jaskini. Bezwolnym ruchem zacząłem wyjmować ze skrytek pierwsze lepsze dokumenty, które wpadły mi w łapy, nie bardzo nawet miarkując, czego dotyczyły. Owinąłem je w swój ulubiony, stary koc i z tym niewielkim pakunkiem wyszedłem, tuż przy wyjściu dołączając do Szkła oraz dwójki strażników, którzy nie odstąpili mnie na krok aż do jaskini wojskowej. Ale mnie tam nie było, wszystko to działo się gdzieś obok. Dotyczyło kogo innego.
Jego chód był stabilny, a wzrok skierowany naprzód. Pomyślałem, że po prostu podąża za czymś, czego moje oczy nie mogły dostrzec. Jak wysłannik Nieba, świetlisty Anioł, którym musiał przecież być. Od dzieciństwa ten silniejszy. Albo po prostu mniej wrażliwy. Przez całe życie niejednokrotnie mu tego zazdrościłem, ale chyba jeszcze nigdy wcześniej aż tak bardzo jak tamtego dnia nie marzyłem, by choć na chwilę zamienić się z nim miejscami.
Nieszczęsny Szkło, nie miał pojęcia, że utrata najbliższego z przyjaciół nie będzie końcem jego strat. Gdy tamtego dnia towarzyszył mi w drodze, zdawał się być święcie przekonany, że nieszczęścia nie chodzą parami i że już za godzinę czy dwie ułoży się do snu przy boku swojej małżonki.
Lecz niczego jeszcze nie wiedzieliśmy.
Stanęliśmy u wejścia do siedziby naszego wojska. Wilk wydał jeszcze kilka dyspozycji, by pod koniec zwrócić się do mnie.
- Tutaj się na razie jakoś urządź. Gdyby przyszło im do głowy dać o sobie znać za kilka dni, w tym miejscu łatwiej nam będzie zapobiec ewentualnym poważnym starciom.
- Szkło, czy ty uważasz, że oni jeszcze tu wrócą?
- Według naszych ostatnich informacji, prawdopodobnie wrócą. Tylko, że nasze informacje... - urwał w połowie zdania. - Trzymaj się, będziesz mieć przy sobie straż całodobową, a w razie czego pozostajemy w gotowości.
- Tylko ty - wyksztusiłem, zanim splątał mi się język. - Ty, Szkło, oni zwracają uwagę tylko na ciebie. Kara, Duch, Kali, Ry, Cyklamen... Gdyby ciebie zabrakło, odwróciliby się ode mnie, nawet by się nie zastanawiali. Szkło... Gdzie ciało? - zakończyłem żałośnie, próbując wymusić na nim jakąkolwiek reakcję uporczywym wpatrywaniem się w jego zmatowiałe źrenice.
A im dłużej patrzyłem, tym więcej widziałem. Zza nieczułego przygaszenia, przez bursztynowe ślepia zaczęły przedzierać się refleksy tak znajome... jakbym patrzył w lustro.
Mój Anioł drżał.
- Pogrze... pogrzebaliśmy. Przy Cuore. Zostań tu na razie, dobrze?
Płowy wilk zniknął, pozostawiając mnie pod opieką strażników, którzy pokładli się na trawie przed jaskinią. Rozchyliłem zdrętwiały pysk, by wydobyć z niego spóźnione pożegnanie. Rozejrzałem się po znajomym pomieszczeniu, szukając miejsca, w którym mógłbym ułożyć się do dalszego snu. Dopiero po chwili dostrzegłem, że wewnątrz nadal nie jestem sam.
- Gerania. Po co przyszłaś? - zachrypiałem.
- Spójrz mi w oczy. Tak wiele się stało, prawda? Przez jeden nędzny, rozgryziony worek krwi, tyle serc zostało rozdartych.
Kłucie pomiędzy żebrami przybrało na sile. Zaczerpnąłem powietrza, by przerwać tę dziwną rozmowę. Rzucić jej w twarz pytaniem, po co w ogóle te zagadki, co właściwie stało się z Kawką i o czym rozmawiały wilki biorące udział w protestach, gdy już rozeszły się do domów. Słowa układane w głowie, niezbornie i wolno nabierały kształtów. Uprzedził mnie jej głos.
- Żałujesz?
W jednej chwili wszystkie narządy podeszły mi do gardła, a serce zaczęło bić jak oszalałe. Ostatkiem sił powstrzymałem duszący się w przełyku skowyt.
Ciężko przełknąłem ślinę.
- Tak.
- A czego żałujesz, biedny, smutny wilku?
- Żałuję, że zacząłem to wszystko. Żałuję, że diabeł w ogóle zawlekł mnie na tę ziemię. Żałuję swojej duszy. Nie... Już nie. Żałuję, że przyszedłem na ten świat.
Gdyby mój głos uwiązł w gardle ledwie chwilę wcześniej, nie zdążyłby przebić mojego serca; jednak nie uwiązł. Zacisnąłem powieki, nie potrafiąc znieść bólu, wypływającego znikąd i ogarniającego całe ciało. Wyszeptałem swoją dziwną, pierwszą w życiu modlitwę. Modlitwę do słońca, chmur i kropel wiszącego na niebie deszczu.

Czasem bywa tak, że ktoś nagle znika, zostawiając po sobie tylko kilka przedmiotów służących mu za życia; nadal przesiąkniętych jego energią i zapachem. Metalowy nożyk lub bezwartościowe, aluminiowe serduszko zawieszone na nitce. Względnie trochę wygniecionej trawy pod krzewem berberysu.
Myślisz wtedy:
„Rozumiem, on umarł.
...Ale jak to?”.
Umarł. Umarł. Nie żyje. Odczuwasz to bardzo mocno, bo przecież podobno wiesz, czym jest śmierć i z czym się wiąże. Jednak trudno jest zrozumieć, że to, co było niegdyś Twoim przyjacielem, leży teraz pod ziemią, zimne i nieczułe jak kamień.
Podświadomie zastanawiasz się, dokąd poszedł i kiedy wróci.
„Poczekam na niego. Niedługo przyjdzie i usiądzie obok, jak co dzień”. Grzejąc skostniałe łapy przy ognisku, rozglądasz się, szukając jego cienia na każdym skrawku widnokręgu. Wsłuchujesz się w ciszę, by znów usłyszeć jego głos.
Choć przecież wiesz, że już nigdy go nie usłyszysz.
Czy to tak właśnie wygląda żałoba?
Czy to ten niekończący się szum w uszach? Czy to podkrążone oczy, które bolą? Czy to ten zamęt w głowie, którego już nie próbuje się powstrzymać? Czy to myśl, że nagle wszystko się skończyło? Że zostało się zupełnie samemu? Czy to lęk, że gdy wszyscy, którzy zostali, wspólnie z najbliższymi będą każdego kolejnego dnia siadać do kolacji, śmiać się i opowiadać o swoich ostatnich przeżyciach, Ty, Agrest, zdechniesz sam, przed oczyma mając tylko wspomnienie życia, które zniszczyłeś?!

Kuliłem się w kącie groty, przed obcą wilczycą, jak przed pięknym obrazem. Patrzyłem jej w oczy i płakałem. I drżałem z zimna.
Znów uchyliłem pysk by coś powiedzieć, przeprosić, przekląć, roześmiać się. Z krtani wydobył się z tylko nieskładny jęk.
Pamiętasz, Mundurku, jak piękne było wieczorne słońce tamtego dnia, gdy poszliśmy obejrzeć polankę, na której chcieliście zamieszkać z Wroną po powrocie z miasta?
Wiedziałem, że sypiałeś wcześniej w zimnej, brudnej norze pod świerkiem, a mimo to jakoś nie potrafiłem pojąć, jak można tak cieszyć się z kawałka zacienionej, niebieskawej łąki. Ale promienie grzały tak przyjemnie, a szpaki trajkotały tak wesoło, że poszedłem z tobą dla samej słodyczy wędrówki. Patrzyłeś w niebo.
Opowiadałeś „Tak wielu z nas fascynuje noc. Otaczamy kultem tylko klarowne, gwieździste sklepienie. A przecież za każdym razem, patrząc w nocne niebo, widzimy tak podobny obraz”. Pokazywałeś mi swoje ukochane chmury, mówiłeś, że one są niepowtarzalne i widoczne nawet w świetle dnia. Ale odwarknąłem, że nie podobają mi się opowieści o tym, z czego pada deszcz, przez który przemięka moje legowisko. Umilkłeś, a mi zrobiło się trochę smutno. Przez chwilę chciałem przeprosić, wysłuchać, ale byłem przecież poważnym alfą. Nie dostrzegałem w moich decyzjach miejsca na błędy.
Nigdy nie dokończyliśmy tej rozmowy.

Moim ciałem wstrząsnął dreszcz, spotęgowany, gdy nieprzytomny umysł otrząsnął się i powrócił ze świata wspomnień.
Tak bardzo chciałem, by to już się skończyło. Chciałem pozwolić sobie przełknąć łzy i spojrzeć na czyste niebo, jeszcze choć raz dostrzec w nim piękno. Wrócić do domu, przeczekać noc jak burzę i obudzić z lekką piersią. Chciałem wiedzieć, że wszystko będzie wtedy na swoim miejscu. Że zaraz staniesz u progu, Ty, który nigdy jeszcze mnie nie zawiodłeś. Ciepły i obecny, uśmiechniesz się, powiesz, że Kara i Szkło przyjdą na kolację, albo towarzyszka Redaktor Naczelna pyta o nową dostawę papieru.
To wszystko nagle znikło. Gdzie Ty jesteś? Jak to możliwe, że Cię już nie ma? Nie wrócisz, nie przyjdziesz już do mnie? Nawet... jeśli bardzo poproszę? Dlaczego? Przecież mamy swoją niepodzielną trójkę, Kawka, Ty i ja. Nie może być inaczej!

- Czy jest jeszcze dla mnie jakaś łaska? - szepnąłem, zanim pod ciężarem kolejnej fali konwulsji moje zęby zadzwoniły o siebie żałośnie.
Chciałem usłyszeć tylko jedno słowo. Być pozostawionym w niepewności, ale z jednym, jedynym „Tak”. Móc zastanawiać się nad sposobem odwrócenia biegu wydarzeń; niepokoić, choćby przez całe lata jak na szpilkach czekać, aż los da zapowiedzianą szansę. Ale Boże, przecież mi... pozostała już tylko bezsilność.
Boże, myślałem. Mnie też weź do siebie. Zabierz, ukryj ducha za szklanymi oczyma ryby lub pozwól zasnąć i nigdy się już nie obudzić. Uspokój drżenie łap. Bo nie mają już siły drżeć.
- Masz rację, wilku. Śpij, śpij, odpocznij. Cóż ci teraz lepszego pozostało - głos wilczycy zaczął rozmywać się gdzieś wokół mnie. Spod ociężałych powiek śledziłem jej ruchy, dopóki nie zniknęła w lesie.
Rozrzucone dokumenty leżały naokoło. Podeptałem je, zwijając się w kłębek i wtulając w swój podarty koc. Ponownie ułożyłem się do snu, lecz gdy tylko zmrużyłem oczy, mrowienie rozpychające moje żebra przybrało na sile, by raz jeszcze bezlitośnie wydusić z gardła głuche, urywane łkanie. To znowu, powoli przerodziło się w przeciągłe wycie, które pochłonęło mnie do końca.

Na moment zesztywniałem z zimna, najpierw czując, a potem słysząc, jak coś wdziera się do mojej świadomości. Drgnąłem niespokojnie, zauważywszy stojącą nad sobą postać.
- Posłuchaj teraz - zwrócił się do mnie Szkło, rzucając krótkie spojrzenie kartce papieru, którą położył przed sobą na ziemi. Wstałem na wpół przytomny, próbując skupić myśli na jego słowach. - Wracam właśnie z narady. Jedynym wyjściem w obecnej sytuacji będzie twój urlop i przejęcie odpowiedzialności za watahę przez jaskinię wojskową.
- Dlaczego? - wymamrotałem skołowany - niech mnie po... po prostu zabiją i wybiorą nowego przywódcę. Na przykład ciebie. Wszyscy będą się cieszyć, a najbardziej te... upiory z mojej... mojej starej watahy.
- Agrest - warknął - dasz radę napisać mi jeszcze jedno obwieszczenie? A potem postaraj się uspokoić i odpocząć tutaj przez kilka dni. Zapewnimy ci lepszą ochronę i wrócisz na stanowisko.
- Jak Kawka? - zapytałem nagle, prawie wchodząc mu w słowo. Opuścił wzrok.
- Lepiej. Już nie krzyczy, tylko płacze. I zaczęła jeść.
Chociaż moje oczy były już wyczerpane podtapianiem w słonych kroplach, napływającymi do nich przez długie godziny, w tamtej chwili po raz kolejny zaczęły piec. Nie mając siły na nic więcej, przysiadłem na ziemi i zacząłem spazmatycznie łapać powietrze, a po chwili po prostu szlochać.
- Bracie... - dosłyszałem z boku.
I stało się coś niezwykłego. Przez falę zimna, ogarniającą mnie nieprzerwanie, przebiło się mocne ciepło. Drgnąłem, podświadomie próbując odegnać wymyślone zagrożenie, lecz jedynie zadławiłem się łzami. A gdy podniosłem wzrok, dostrzegłem, że owo dziwne uczucie, to ciepło jego ramienia.
Nigdy nie wierzyłem w szczerą przyjaźń. Na pewno nie pomiędzy Szkłem a mną. Przez głęboką niechęć i latami skrywaną urazę, ubzdurałem sobie, że nieprzychylność jest wzajemna. A tamtego dnia wcisnąłem się pod jego łapę, jak przerażone szczenię. Nie było śladu po niechęci, zatarły go wspólne nieszczęście i najczystsze, tak potrzebne wtedy miłosierdzie.
Czekał cierpliwie aż przyjdę do siebie, a wokół nas mijały kolejne minuty ciszy.
- Agrest, wyszły na jaw... nowe okoliczności. Mamy niespodziewane poparcie dla Kawki.
- Co to znaczy? - zapytałem łamanym szeptem, nie odrywając pyska od jego ciepłej sierści.
- Nawet ci, którzy są przeciwko tobie, chętnie zobaczą ją na czele watahy. Jest szansa, by wszystko to jeszcze uspokoić. Tylko nam zaufaj.
A więc mieliśmy i trzeci cud.

- Daj mi tę kartkę - zachrypiałem w końcu, głosem wypranym z emocji. W źrenicach basiora błysnęło zacięcie. Spojrzałem na niego z ukosa, nie potrafiąc odczytać jego intencji. Było w tamtym Szkle coś, czego nigdy wcześniej nie poznałem. Ale był wszak aniołem. Chciałem wierzyć, że jest aniołem o niejednym obliczu.
Ostatnie słowa wyrzekł na wydechu, jak głodny szakal po nieudanej pogoni.
- Dostaną taką lekcję życia, że protesty skończą się z hukiem. Obiecuję, bracie.
Przebiegł wzrokiem po poszarzałym od pyłu dokumencie. Jego ślepia były zmęczone, a ruchy nie tak mocne, jak jeszcze przed tygodniem czy dwoma. Z dnia na dzień sprawiał wrażenie coraz bardziej wyniszczonego, jego siły były nadwyrężane przez bezustanne czuwanie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę i siedem dni w tygodniu. A rosnące wciąż napięcie właśnie osiągnęło apogeum.
Tego dnia po raz pierwszy przejrzeliśmy na oczy. I to był czwarty cud.

W dniu 3 grudnia wprowadza się stan wyjątkowy na terytorium Watahy Srebrnego Chabra. Każdy jej obywatel zdolny do pracy, zobowiązany jest wraz z nastaniem świtu stawić się na Plaży Wschodniej, w celu wcielenia do służby wojskowej. Z obowiązku zwolnieni są:
medyk i ratownicy
opiekun szczeniąt
poganiacz i sprinter
organy władzy watahy
oraz obecni przedstawiciele wojska.
Kształcenie uczniów poddane jest kurateli opiekuna szczeniąt. Pozostałe stanowiska zostają uśpione na czas nieokreślony.


✁✁✁✁
- Dziękuję, Admirał.
- Jak zawsze do usług. Podziękujesz mi inaczej. Oto zaczynamy nowy etap współpracy...
✁✁✁✁


< No to słuchamy Pana - Panie Eotharze. Mam nadzieję, że nie pomogłem.
~ Twój cichy hejter >

środa, 1 grudnia 2021

Od Agresta - „Niecny Owoc” cz. 25

Nasze słowa, znaczą to, co znaczą,
Wasze także.

Obudziły mnie stłumione krzyki, mające swoje źródło gdzieś w niewielkiej odległości od jaskini. Przetarłem oczy, przez moment nie bardzo rozumiejąc, co dzieje się wokół. Mundus, dokładnie tak samo, jak poprzedniego popołudnia, stał w wejściu i bokiem oparty o ścianę patrzył w głąb lasu. Dzień dopiero wstawał, ostatnie ciemności zalewała szarość i przebijająca się przez nią, brzoskwiniowa łuna.
- Zgadnij, kto wrócił - słowa wytrąciły mnie z półsnu. Głoski docierały do mnie z opóźnieniem. Poczułem się... dziwnie. O tej porze, o świcie, powinien przywitać mnie tylko szum drzew i śpiew skowronków nad odległymi polami. Tymczasem zamiast ptaszków, po lesie niosły się wilcze głosy. Z oddali brzmiały na ni to ożywione, ni wesołe.
- Ty. Mundek, przepraszam... Wiem, źle to wszystko wczoraj zabrzmiało.
- Mówisz o tamtej sprzeczce? Kto się lubi, ten się czubi, nie? Mówiłem, że ci wierzę i chciałbym, abyś ty mi wierzył. Teraz chodziło mi o nich.
- Jak to? O kogo? - Ciężko podniosłem się na przednie łapy, potem wstałem, niemal równocześnie dotknięty przez przenikliwy ból głowy; wiernego przyjaciela słabości, widmowego towarzysza żalów, zatrzaśniętego pomiędzy stagnacją, a wirem zniekształconych, kalekich uczuć. Kolejne słowa uderzyły we mnie jak piorun.
- To się zamienia w wojnę domową, Agrest.
Sprawność myśli powoli powracała, choć szybko okazało się, że jeszcze przez długi czas miała pozostać przytłumiona przez moją własną bezmyślność. Zaczęła bowiem wracać również pamięć i bolesne wspomnienie strachu, który poprzedniego dnia zalałem alkoholem.
- Czy nie możemy ich po prostu wygonić? Gdzie wojsko? Straż? - wymamrotałem, dotykając czoła nadgarstkiem.
- Szkło miał wszystkich powiadomić, ale dzień dopiero wstaje, więc to pewnie potrwa.
Umilkł, a ja, biorąc głęboki wdech, usiadłem pod ścianą, przyciskając do niej skroń. Osłabienie przygniatało mnie jak przewalone drzewo. Wieść o uzbrojonej manifestacji, krążącej tuż pod moją jaskinią, sprawiła, że miałem ochotę zasnąć i obudzić się za co najmniej sto lat.
- To... rozmawiałeś ze strażnikami?
- Rozmawiałem, gdy nasi goście zaczęli się zbierać.
Pokiwałem głową. Odliczyłem kilka sekund biernego oczekiwania, przez cały czas czując drżenie mięśni, nie wybudzonych jeszcze całkowicie ze snu, a już napiętych i gotowych do działania. W tym przypadku, do zebrania się na odwagę, by zawiesić na nim wzrok i zagadnąć.
- Ej, bracie.
- Do mnie mówisz? -  Choć rozbawionym parsknięciem sprawnie przykrył zdumienie, dostrzegłem je w jego poczciwych ślepiach. Przytaknąłem, zanurzając spojrzenie w tym błyskającym z rozszerzonych źrenic, pięknym uczuciu. Oblewało mnie z każdej strony, a ja wstrzymałem oddech, odbiłem się od dna i przez mroczną otchłań popłynąłem wprost ku górze.
- Pójdź do nich jeszcze raz.
- Ja... nie mam już dla nich ani jednego słowa. - Szybko pokręcił głową. - Ani jednego. Chcą spotkać ciebie, przekonać się, że ich przywódca naprawdę chce wyjaśnić im, o co w tym wszystkim chodzi.
Odetchnąłem ciężko, mocniej przywierając do skalnej ściany i zacisnąłem zęby. Nie wiem już, czy trudniej było mi wytrzymać narastający ból, czy strach. Przecież ja sam... nic nie wiedziałem.
- Nie dam rady, Mundus. Wybacz.
Mógł wtedy powiedzieć,
Jebał cię pies, Agrest. Obiecałeś, więc idź.
A jednak nie powiedział.
Dlaczego? Byłem wtedy zbyt dużym egoistą, by chociaż spróbować to zrozumieć. A on odetchnął głębiej, lecz milczał, nie pozwalając mi już usłyszeć, że jego głos drży. Wszedł drugi raz, sam.
Tymczasem wśród zebranych również zapadła całkowita cisza. Zgromadzenie wykryło pewną zdrożność; ten stopień matactwa, który w oczach tłumu bywa nie do wybaczenia. Emocje najprostsze do kontrolowania, jeśli tylko ma się odpowiednie środki i niezawodne wsparcie. Mundus jednak nie otrzymał ani jednego, ani drugiego; pozostało mu tylko serce łomoczące w piersi.
- A gdzie Agrest? - Jeden ze stojących na przedzie basiorów opuścił pysk i spojrzał na niego spode łba. - Nie ma Agresta?
Co miał odpowiedzieć? Że wszystko, co z taką słodką ufnością mówił poprzedniego dnia, nagle stało się warte mniej, niż pomysłowe kłamstwo? Nie było Agresta, nie było przywódcy. Nie było też scenariusza, który nakreśliłby, jak uciąć łeb wężowi niepokoju.
Wśród tłumu zawrzało. Rozmowa skończyła się, zanim na dobre się rozpoczęła. Napięte nici nerwów protestujących, zdążyły rozciągnąć się do granic możliwości, przez kolejne godziny oczekiwania na odpowiedź, której ostatecznie nie otrzymali. Aż wreszcie, szarpane bezlitosną wiadomością, jedna po drugiej, zaczęły pękać, skazując na upadek związaną nimi tamę na rzece niewyrażonych emocji. Z początku niepozorna fala ogólnego wzburzenia była stopniowo wzmacniana w każdym kolejnym umyśle. Jeszcze zanim zdążyła rozlać się po wszystkich, przerodziła się w tsunami. Było to już nieprzytomne mrowisko, które przed progiem zimy znalazło u wrót swego królestwa przemarzniętą ćmę. Wszyscy razem jak jeden, żądny krwi organizm, tak zgodny, że nawet wymiana zdań nie była potrzebna, by w lot łapali swoje myśli i plany.
Zachował godne szacunku opanowanie, gdy kilkoro z nich, zdaje się, że znanych z widzenia członków WSJ, przeciągnęło go przez zbiegowisko i postawiło pod ścianą lasu. Zresztą przecież to wszystko, przez zasłonę dziesiątek głosów i spojrzeń, i tak zdawało się nierealne.
Nawet jego oczy mogłyby wyglądać na zupełnie opanowane, gdyby nie błyszczące w nich łzy.
- Doigraliście się, sukinsyny!
Tuż obok niego, w łapie zgrabnej, beżowej wadery, znanej jako pustelniczka Lato, mignęło ostrze noża. W tej jednak chwili, czyjś ostry głos przedarł się przez krzyki pozostałych. Oto Admirał, który niespodziewanie znalazł się obok, pojawiając jak zwid, znikąd.
- A to po co? Nie macie własnych kłów? Zobaczycie, jak przyjemnie będzie chrupać - to mówiąc, szturchnął znieruchomiałego ptaka w łopatkę, omal nie przewracając go na ziemię. Pomysł najwyraźniej przypadł do gustu reszcie towarzystwa. Znów podniósł się zgiełk, rozległy się śmiechy, a dwa czy trzy wilki zadeklarowały gotowość do działania.
- Z tobą, Agrest, to samo zrobimy! - zawołał w przestrzeń bordowy wilk, na co kakofonia wrzasków wybuchła ze zdwojoną siłą.
Mundus drgnął, czując na ramieniu inną łapę. Obejrzał się, właściwie już tylko dla zachowania pozorów, by kątem oka dostrzec palce wilczycy, których mocny, choć słabszy niż u basiora nacisk, nie napotykając oporu, sprowadził go do poziomu kolan.
W porządku. Dziś gramy w waszą grę, Porzeczko.
Powinien się cieszyć, że nie zobaczył kogoś, kogo uważał za przyjaciela, pomyślał. A mimo wszystko serce podpowiadało mu, że lepiej czułby się, gdyby... gdyby u boku Admirała stała Ciri. A nie Porzeczka, która to szczerzyła swoje ostre kły, prężąc się dumnie w słabym świetle zakrytego chmurami słońca. W duchu odetchnął, gdy ciepło jej palców ustąpiło. Być może nie zdążyła poczuć, że zaczynał się trząść. On tymczasem zwrócił się do Lato, która w zadumie pocierała trzymanym przez siebie ostrzem o mech.
- Mogę cię o coś prosić?
Wilczyca rzuciła mu lodowate spojrzenie, nie wypowiadając ani słowa. Mundus skulił się w duchu, wolniej niż zwykle układając słowa, by mówić dalej.
- Mogłabyś przeciąć mi... - urwał i przełknął ślinę, pazurem wykonując tylko chwiejny ruch pod swoim gardłem. - Zanim któryś z nich kłami zrobi ze mnie durszlak? Oni wszystko niepotrzebnie przedłużą.
Wadera zastanowiła się przez chwilę, biorąc nóż do pyska i stawiając wszystkie cztery łapy na ziemi. Nagle z obłudnym uśmiechem zacisnęła szczęki, marszcząc nos i łamiąc ostrze u nasady, a następnie odrzuciła na bok bezużyteczne już narzędzie.
By nie poddać się zawrotom głowy, klęczący na ziemi lekko podparł się na obu skrzydłach. Ostatkiem sił zdobył się na cień bladego uśmiechu; tego samego, który niegdyś byłby zapowiedzią jednego z ironicznych żartów lub zaproszeniem do słownej rozgrywki.
- Zgoda, to... nadal tylko chwila, prawda?
- Potraktuj to osobiście, jaszczurko. Zaraz po tym wracam do domu, wcale nie zależy mi na obalaniu Agresta.
- To dobrze, dziękuję - wymamrotał pierwsze słowa, które mu ślina na język przyniosła, starając się wciąż sprawiać wrażenie przytomnego i trzeźwego.
Podniósł wzrok, z zagubieniem i chyba trochę nieświadomie szukając w tłumie kogoś, kogo chciałby zobaczyć w chwili takiej, jak tamta. Kogo potrzebował. Agrest, Kawka, Szkło... Ale był sam. Więc po prostu skupił się na otępiałym wykonywaniu kolejnych, krótkich poleceń, cały przy tym dygocząc.
Głowa w dół. Odsłoń kark.
Opuścił przeto głowę, starając się zignorować rozlewającą się przed oczyma ciemność. Czarne plamy kładły cienie na niewyraźnych postaciach. To dobrze. Nawet nie chciałby patrzeć im w oczy.
W końcu przystanęły przed nim dwie bordowe łapy. Raz jeszcze podniósł wzrok. Admirał zaśmiał się, łapą przysuwając do siebie swoją wierną przyjaciółkę, którą pocałował, krótko, lecz tak gorączkowo, jak gdyby czegoś szukał w jej chytrym pysku.
- Przed nami, wolne wilki... Nowa epoka!
Gdzieś w oddali, gdzie grupa przerzedzała się, ktoś zatrzymał się na chwilę i oparł o jasny pień brzozy. To wadera o barwie nocy, przypatrywała się gromadzie ogarniętej euforią. Skrzyżowała przednie łapy na piersi i w milczeniu patrzyła, jak za ścianą zwycięskich okrzyków, jeden tylko komplet wilczych zębów, jak mistrz ceremonii, sięga drobnego, uskrzydlonego obojczyka.
Kły zacisnęły się jak cęgi; krew trysnęła i rozlała się po trawie. Szare skrzydła po raz ostatni zadrżały, na chwilę sztywniejąc w bolesnym przykurczu. Dziesięć, może dwadzieścia sekund, aż wreszcie ciało osunęło się na ziemię.
Wtedy właśnie stało się jasne, że Admirał zaciska kły już tylko na martwym strzępie, niegdyś żywego stworzenia.
Wargi wilczycy drgnęły lekko.


- Zakopiemy go, czy w worek i do morza? - zapytał ktoś, zbliżając się do stojącego w cieniu drzew Admirała. Ten zerknął na niego przez ramię.
- Już? Niech sobie trochę poleży, w ramach zaproszenia dla ewentualnego następcy. Wiesz o czym mówię.
Pomocnik miejscowego medyka, Delta, którego Admirał rozpoznał dopiero, gdy stanęli oko w oko, spojrzał gdzieś w bok.
- Ta... Chociaż nie sądzę, by ktokolwiek z własnej woli zgodził się zająć teraz jego miejsce - mruknął. - Dobra, na wszelki wypadek postawimy na straży kogoś z dobrymi mocami. Niech nie mają nas za dzicz.
- To co, teraz na jaskinię alfy?! - zawołał czekający nieco z boku Klab. Admirał z wyższością uniósł podbródek, przypominając sobie o swoim koledze, zaangażowanym za trzech.
- Tak! - Rozniesiemy w pył i jedno i drugie! - wołania, jak stado gołębi z trzepotem skrzydeł poleciały ponad zebranymi, a jednak wybrzmiewały już inaczej. Bardziej ospale, jakby wraz z pierwszym odebranym życiem, z lasu uleciała jakaś maleńka iskra, ledwie widoczna, lecz niezbędna do rozpalenia ogniska.
- Chodźmy!
- Skończy się czas ucisku!
- Nie, czekajcie! - Admirał szybko znalazł się na czele pochodu. - Jeśli czyny mówią więcej, niż słowa, pozwólmy im zobaczyć efekty czynów! Na owocka nadejdzie jeszcze czas, czyż nie? - Wyszczerzył zakrwawione kły, w najbardziej okrutnym uśmiechu, na jaki było go stać. - Wrócimy, za dzień lub dwa.
Delta, zrównawszy kroku z idącym przed siebie basiorem, nieznacznie pokręcił głową.
- I co teraz zrobimy? Będą ścigać nas wszystkich, doszło do przeklętego morderstwa!
- Zobaczysz.
- Nie trzeba było. Przecież chodziło o Agresta. Tak naprawdę nie trzeba było nikogo...
- Zamknij pysk. Trzeba, trzeba było - odwarknął bordowy wilk.
- Gdyby nie wy z Porzeczką, do niczego by nie doszło. Dlaczego, Admirał...? - wyszeptał jeszcze medyk, choć towarzysz nie mógł go już usłyszeć.
Wszyscy się rozeszli. I to był pierwszy z cudów.


- Agrest - słowa Kawki były tak ciche, że zacierały się wśród dochodzącego z oddali, szumu. Rozbrzmiało w nich jednak coś przeszywającego, jakiś strzał ostrzegawczy, który sprawił, że nawet nie namyślając się nad ich znaczeniem, poczułem, jak fala gorącej krwi napływa mi do głowy. Mechanicznym ruchem oderwałem skroń od zimnej, skalnej ściany i stanąłem na czterech sztywnych łapach.
- Coś się stało? - Zrobiłem krok w jej stronę.
- Oni go zabili.
Jeszcze zanim delikatny pogłos, panujący w jaskini, skończył powtarzać finalne słowo, wybuchła płaczem. Otworzyłem pysk, jednak nie udało mi się wydobyć z siebie głosu. Po prostu stałem w bezruchu, niczym we śnie czując, że podchodzi do mnie, zdrętwiała jak żywy trup, i wtula pysk w sierść na mojej piersi, chroniąc się tym samym przed zupełną utratą równowagi.
Stała tak i wyła, wraz z każdą kolejną chwilą rozrywając moje serce na strzępy.
A mój wzrok utkwił w wyjściu z jaskini. Bo, wierzcie lub nie, lecz z tego co mówiła, nie dotarł do mnie nawet okruszek. I wciąż czekałem, że on zaraz wróci, powie, że wszystko jest już w porządku, że rozeszli się do domów, tak jak wczoraj. Zastygłem jak słup soli i patrzyłem.
- Zlinczowali, nie rozumiesz? Z nami zrobią to samo. - Cofnęła się, próbując spojrzeć na mnie opuchniętymi oczyma. Ciężko usiadłem na ziemi.
- Nie. Nie.
Jak to się stało? Co się tam stało? Przecież on nie mógł umrzeć. Tego nie obejmował żaden plan. Mógłbym spodziewać się wszystkiego. Ale nie tego.
I nie teraz.
Machinalnie oderwałem od siebie wilczycę, która osunęła się na ziemię i zacząłem iść naprzód, ku wyjściu.
- A ty dokąd?! - zawołała za mną, dławiąc się własnymi łzami. Położyłem uszy po sobie. Po kilku godzinach jazgotu pod jaskinią, miałem dość krzyków.
- Kła... amiesz... A jeśli i tak mają mnie zabić... - Odwróciłem pysk, by ten ostatni raz wydrzeć się na całe gardło. - To niech mnie trafi jasny szlag!!! Może przynajmniej ciebie oszczędzą!
Nie odpowiedziała. Chyba znów zaczęła płakać.
Spodziewałem się spotkania z agresywnymi nieprzyjaciółmi; zastałem pustkę. Mimo to ze zbyt dużą pewnością zakładałem, że będę w stanie podejść do miejsca zdarzenia. Gdy tylko przekroczyłem próg jaskini i błędnym wzrokiem objąłem polanę, dostrzegłem leżącą w trawie, szaro-krwawą plamę.
W ułamku sekundy mój oddech wzmógł się niepohamowanie.
Zatoczyłem się jak odurzony, a szum w głowie przerodził się w przenikliwy pisk. W myślach wybuchła burza; świadomość rozmyła się gdzieś wśród niej, jak setki rozrywanych przez wicher kropel deszczu. Jak przez mgłę zdałem sobie sprawę, że moje nogi tracąc czucie uginają się jak połamane zapałki, a żebra przypadają do ziemi.
Potem pozostała mi tylko cisza.

C. D. N.

Od Agresta CD Eothara Atsume - „Niecny Owoc” cz. 24

Czy pamiętajcie jeszcze, jak wzdychałem czasem, i mówiłem coś tam o przyszłości, brzmiąc jak szczeniak, który zakopał pod świerkiem kość i wystrzega się zdradzenia tajemnicy, jakby była ona czymś wielkim? Powtarzałem jak mantrę te same sformułowania i wylewałem z dzbanka bez dna wciąż jeden i ten sam lęk. Lecz wygląda na to, że dobiegło to końca. Przyszłość nadeszła, radujmy się.
- Witamy, towarzyszu kronikarzu. - Uśmiechnąłem się niegdyś, gdy po raz pierwszy podaliśmy sobie łapy. Uścisk ten, stabilny i pewny, z jakiegoś powodu ostatecznie upewnił mnie w przekonaniu, że osobnik ów był kimś, kto dobrze zaopiekuje się naszymi zakurzonymi, zapomnianymi kronikami. Jedno z moich drobnych, cichych marzeń mogłem uznać już praktycznie za spełnione.
Po naszej jaskini kręciło się ostatnio coraz więcej nowych pysków. A na ich czele, Nymeria. Ta tajemnicza wadera, choć w zasadzie była jedynie tropicielem, potrafiła nieraz przydać się i w mniej przewidywalnych sprawach. Nie powiem, by stała się stałym bywalcem. Zawsze miała jakieś tam swoje zajęcia i ważniejsze rzeczy do roboty, ale wpadała coraz częściej.
No i oczywiście Kawka. Kawka lubi opowiadać, więc o niej już i tak wiecie.
Byłem w trakcie przerwy po przedpołudniowym obchodzie naszych terenów, gdy moja niezawodna dwójka asystentów - jeśli ktoś ma wątpliwości, mówię oczywiście o wyżej wspomnianej oraz jej starszym stażem a niższym gatunkiem koledze, Mundusie  - pojawiła się wreszcie w jaskini. Od jakiegoś czasu praktycznie się nie rozstawali. Złota wilczyca wyglądała tego dnia na wyjątkowo radosną. „Oho, czegoś chcą”, pomyślałem.
Nauka trzecia. Im mniej wiedzą, tym lepiej śpią. Popełniłbym błąd, gdybym powiedział, że wszyscy jesteśmy ptakami, ponieważ można podzielić nas na tych, którzy potrafią latać i tych, którzy tego nie potrafią, a ci, zrzuceni z dwudziestometrowego klifu, giną. Ale gdybym rzucił jedynie: „Wszyscy jesteśmy ptakami”, czy nie uznalibyście tego po prostu za dziwną przenośnię?
Dlatego właśnie nie zgodziłem się od razu na ich prośbę dotyczącą wprowadzenia w naszej watasze instytucji historyka.
W międzyczasie Mundus, nie tracąc ani jednego jasnego dnia, wspólnie z łowcami zaczął układać plan obiecanych podczas naszego orędzia, regularnych polowań. Mięso z nich przeznaczone miało być do rozdziału pomiędzy wilki potrzebujące oraz te pracujące najdłużej i najciężej od czasu poprzedniego wynagrodzenia.
Zastanawiacie się pewnie, dlaczego nie obiło Wam się o uszy, że mamy jakieś regularne, grupowe polowania? Nic dziwnego, nie minął bowiem tydzień, zanim pomysł ten zszedł śmiercią błyskawiczną, choć na szczęście bezbolesną, gdy łowcy zauważyli, że wprowadzanie go w życie w widoczny sposób zwiększało stosunek mięsa, które upolują, do mięsa, które sami zjedzą. Zresztą wilki przyzwyczajone do innego planu polowań, a raczej jego braku, nie miały ochoty tracić czasu i energii na kształtowanie awaryjnego trybu pracy.
To tyle z bardziej odległych wspomnień. Dziś wyjątkowo krótko, bo mam Wam jeszcze tyle do opowiedzenia...

Pierwszym, co pamiętam z tamtego dnia, był dynamiczny odgłos kroków, od którego na kilometr biło zdenerwowanie. Zamrugałem oczyma, aby rozbudzić się i przygotować na, co podpowiadała mi intuicja, jakieś niespodziewane wieści.
- Agrest, jak to sojusz z WWN zerwany?! - Kawka wpadła do mojej jaskini jakby ratowała życie.
- Co...? Co, o czym ty mówisz?
- Też chciałbym wiedzieć. Może mi powiesz, coś tym razem wymyślił? I dlaczego jak byłam tu przed godziną, o niczym słowa nie pisnąłeś?!
- Ale to niemożliwe, WWN nie zerwałaby sojuszu... co się dokładnie stało?
- Czy ty mi próbujesz wmówić, że o niczym nie wiesz? - zarzucała mnie kolejnymi pytaniami, a na moim pysku klarował się wyraz oniemienia, żałosnego w swojej szczerości. Podszedłem do niej wolnym krokiem, jakby chcąc upewnić się, że nie jest jedynie przywidzeniem. Zaalarmował mnie fakt, że nie potrafiłem ani słowem odpowiedzieć na jej „Jak byłam tu przed godziną”. Była? Przed godziną? A gdzie ja byłem? Co robiłem? O czym rozmawialiśmy? W miejscu, gdzie powinienem napotkać jakiekolwiek wspomnienie, panowała pustka.
- Skąd miałbym wiedzieć? To niemożliwe, przecież musiałbym być obecny, nie mogą zerwać sojuszu od tak i przekazać tego pocztą pantoflową. To muszą być tylko plotki. - Wyminąłem waderę, wolno zbierając zagubione w chaosie myśli i szybko dochodząc do wniosku, że muszę jak najszybciej dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Ze źródła pewniejszego, niż moja asystentka, bowiem mimo całego zaufania, jakim ją darzyłem, wiadomość, którą mi przekazała, wydawała się zupełnie niedorzeczna.
- Przecież byłeś u nich z obstawą szeregowców! - zawołała za mną. - Czy ty się dobrze czujesz, stryjku?!
Zanim zdążyłem przetworzyć jej słowa w głowie, w wyjściu niemal zderzyłem się z Mundusem, który, szybko łapiąc oddech, zatrzymał się raptownie tuż przed moim pyskiem. Żurawiopióry mało nie potknął się o własne nogi, co niewątpliwie było łatwiejsze dla posiadacza tylko dwóch, patykowatych sztuk tego cudu natury. Wtedy też Kawka ominęła nas w wyjściu i rzuciła, że wraca do jaskini wojskowej.
Powie, wytłumaczy mi cokolwiek? Czy, tak jak ona, rzuci oskarżenie?
„Jeśli ty mi tego nie wyjaśnisz, nikt tego nie zrobi”, pomyślałem.
Niedostrzegalna chwila wahania. Obaj cofnęliśmy się o krok.
- Kogo mam przed sobą, Agrest?
- Ja... - Szerzej otworzyłem oczy, nieprzygotowany na podobne pytanie.
- Czy to możliwe, abyś przez cały czas nie wygrzebał się ze swojej WSJ, byś do tego, co się tu dzieje, od początku planował doprowadzić świadomie?
- Chyba żartujesz - prychnąłem, mimo wszystko mając nadzieję, że pytanie było retoryczne. Zjeżyłem sierść na grzbiecie, gdy z niedowierzaniem pokręcił głową.
- Nie, nie robiłeś tego. Nic tu nie składa się w całość. A jednak co jest teraz bardziej prawdopodobne?
- Ja... byłem u nich, prawda? U Sekretarza?
- Słucham?! Agrest, daruj samowolę, ale byłem w WWN. A raczej na granicy, bo tylko tam pozwolili mi się dostać. Już wszystko mi powiedzieli.
- Rozumiem. Wiem jak to wygląda. Nie najlepiej, tragicznie. Ale ja niczego nie pamiętam.
Wycofałem się z powrotem do groty i przysiadłem na swoim legowisku. Zapadła cisza, ciężka od wymownego napięcia. Tylko jedno przekonanie stanęło na mównicy, w mojej zmęczonej głowie: a więc to wszystko prawda.
Bez słów wszedł do środka i usiadł nieopodal mnie, pod ścianą.
- Rozmawialiśmy gdy wychodziłeś, rozmawialiśmy, gdy wróciłeś. Tego też nie pamiętasz? - powiedział w końcu, niemal szeptem. Odetchnąłem, starając się nie dać po sobie poznać tego, co działo się w mojej głowie. A działo się tam, uwierzcie, dużo.
- Niczego nie pamiętam.
- Uważam, że powinieneś porozmawiać z Vitalem.
- Przecież dobrze się czuję. Przecież nigdy nic...
- Nigdy nic, tyle że ostatnio coraz częściej.
Westchnąłem, myśląc już tylko o tym, jak odsunąć od siebie podejrzenia, zanim staną się poważnym zarzutem. Przecież muszą być pomyłką, uznałem od razu.
„A jeśli jednak nie są?”, przeszło mi przez myśl, gdy podążyłem tą drogą.
- Czyżby ktoś grał tak nieczysto? - zapytałem nagle, retorycznie, nieco nieśmiało, lecz na tyle głośno, by słowa mocno zapadły w pamięć rozmówcy. - Zioła? Albo nie wiem, inne grzybki halucynki? Może, tylko jakim cudem zmuszałby mnie przy tym do podejmowania najgorszych decyzji, jakie w ogóle mogę sobie wyobrazić? I kiedy, jeśli jem tylko świeże mięso i tylko wspólnie z zaufanymi przyjaciółmi?
- Środki psychoaktywne i manipulacja? Jeśli tak, może podejrzanych powinniśmy szukać wśród nas - mruknął, choć byłem pewien, że poprzednie domniemania jeszcze przez długi czas będą powodem jego poważnych wątpliwości względem mnie. Ze strapieniem stwierdziłem, że nie mam na to wpływu; co więcej, sam nabierałem do siebie coraz więcej nieufności.
- Ale kogo w ogóle moglibyśmy podejrzewać? - tymczasem podchwyciłem jego uwagę. Co innego, jeśli nie niepoczytalność, mogła skłonić mnie do zerwania sojuszu z watahą nadziei? Co innego, jeśli nie trucizna, mogła uczynić mnie niepoczytalnym?
- Kogoś kto jest blisko ciebie. Z kim często się widujesz, kto miałby wiele okazji do niezauważonego sabotażu.
- Konwalia... gdy jeszcze żyła. Kawka, ale wszystko zaczęło się zanim się pojawiła. Szkło i, sam nie wiem. Kara?
- Kara i Szkło - powtórzył z zastanowieniem. 
- Na pewno nie mój własny brat!
- Pewnie, że nie oni. Ale ktoś z nimi związany...
- Ciri? Co?
- Nic. Głośno myślę. Ktoś jeszcze?
„A może...”, niewyraźne mgnienie przepłynęło przez moją głowę, tylko po to, by zniknąć z nieprzyjemnym piskiem. Stukałem pazurem o pazur, w myślach kreśląc kolejne zygzaki na liście znajomych imion.
- Ty... - wymamrotałem mimochodem.
- Ta. Kto jeszcze? - Nasze spojrzenia spotkały się gdy dostrzegł, że nie spuszczam z niego wzroku. - Co ty, ej.
- Ja się tylko zastanawiam. - Rozluźniłem mięśnie. Położyłem się na ziemi i, podparłszy pysk łapą, zmierzyłem go wzrokiem.
- Mylisz się.
- Tak mówisz?
- Na wszystko co piękne i czyste, mogę przysiąc.
- Możesz, wiem. Ale puste słowa wyjątkowo mnie nie interesują.
- Agrest... - zaczął, ale urwał w znienacka. Między nami na chwilę rozciągnęła się nić spleciona z najwyższej klasy, grobowej ciszy. - Bardzo szybko pozbyłeś się wątpliwości. Twoje rzucanie oskarżeń sprawia, że muszę się bronić - syknął i zmrużył oczy. - Zamiast zastanowić się, co tobą kieruje...
- Zabawne tym bardziej, że analogiczne. Od początku coś mi sugerowałeś. O co mnie podejrzewasz? - zawarczałem. - Czy nie coś takiego powiedziałby winny, chcąc odwrócić od siebie uwagę? A może tym razem się nie udało, szef okazał się zbyt przytomny?
- Bzdura. Oskarżając się wzajemnie nie dowiemy się niczego. Słuchaj, słuchasz mnie? - Popatrzył mi głęboko w oczy. - Nie wierzę w twoją winę. Jeśli rzeczywiście robisz to wszystko sam z siebie, nie robiłeś tego świadomie. To znaczy, że można to... wyleczyć. A pierwszym, co bym zrobił, gdybym chciał cię podkopać, byłoby oddzielenie cię od najbliższych współpracowników.
- Nie zapominaj, Mundus, że jesteś tylko małym, słabym komarem. Komarem schlanym moją krwią. Trzymam go pomiędzy palcami, mogę zdusić... lecz nie mam życzenia brudzić sobie palców.
- Tak. - Z czymś pomiędzy zamyśleniem a, niechęcią odwrócił wzrok. - Gdzieś w głębi duszy czujesz, że byłaby to twoja krew.
- Co najwyżej pamiątka po czymś, czego moje żyły i tak już nie pamiętają.
- A jednak nie zegniesz palców.
- Na razie. Znaj pańską łaskę.
- Och, możesz mi wierzyć. - Lekko skinął głową, nadal wpatrując się we mnie uporczywie. - Będę wspominać ją przez lata. Ale zastanów się, jakie mógłbym mieć powody... gdybym to naprawdę był ja.
- Uważasz, że cię nie znam? - odparłem chłodno. - Zrobiłbyś to dla samej rozrywki.
Nieznacznie pokręcił głową. Wstał i dodał ciszej, odwracając się ku wyjściu z jaskini:
- Krzywdy bym ci... wam nie zrobił. Przestajesz mi ufać, rozumiem. Ale obejrzyj się za siebie - jego głos w dziwnie sposępniał. - Przypomnij sobie, które decyzje były czyje. Pójdę już.
Gdy zostałem sam, ponieważ byłem dziwnie zmęczony, a jeszcze dziwniej obolały, zrezygnowałem z brnięcia dalej w ów dziwny dzień i po prostu zwinąłem się w kłębuszek nerkowy, już po chwili zasypiając jak dziecko.

Tego popołudnia białe chmury osłaniały niebo, tworząc w okolicy atmosferę szarości. To mógłby być zupełnie zwyczajny dzień, gdyby nie pewne budzące podejrzenia zebranie wilków, urządzone na północy terenów watahy, w dosyć nietypowym miejscu.
Najpierw było ich kilkoro. Niektórzy przynieśli ze sobą różne, niespecyficzne przedmioty. Jakieś gałęzie, jakieś szmatki. Potem zaczęli zbierać się kolejni. Witali się. Uśmiechali się porozumiewawczo. Wilki z Watahy Srebrnego Chabra, Szarych Jabłoni, a nawet ukradkiem migający czasem wśród tłumu członkowie Wielkich Nadziei, wszyscy podawali sobie łapy w geście solidarności. Ktoś nawet przyniósł ze sobą prowiant, który rozdzielił pomiędzy zebranych. Potem rozpalono ognisko. Słońce wciąż było na niebie, gdy wśród zgromadzenia, liczącego już ponad dwadzieścia dusz, zaczęły podnosić się pierwsze, nieśmiałe wołania.
Trzydzieści.
Trzydzieści pięć.
Coraz częstsze były spojrzenia pomiędzy drzewa, gdzie widniała łąka, a zaraz za łąką, jaskinia alf. I coraz głośniej wypowiadane były niewybredne przekleństwa. Stopniowo, dziwna biesiada przenosiła się coraz bliżej siedziby władzy. Pojawił się ktoś z zapasem alkoholu, który szybko znikł w i tak już rozgrzanych gardłach. Część wilków zaczęła śpiewać jakąś wzywającą do boju pieśń. Coraz mocniej, coraz głośniej. Ci, którzy potrafili jeszcze usiedzieć na miejscu, przynajmniej tupali nogami do rytmu.
Tymczasem pomiędzy skalnymi ścianami, wewnątrz, wcale nie było spokojniej.
- Co ty tu robisz? - zapytałem zaspanym głosem, widząc stojącego u wejścia asystenta. Przez dłuższą chwilę przypominałem sobie, co za dziwna biesiada miała odbyć się pod moją jaskinią i dlaczego mnie na nią nie zaproszono. - Nie kazałem ci iść do diabła?
- Daj spokój. Mamy lepsze rzeczy do roboty, niż kłócić się o nic.
- Która właściwie godzina? I gdzie Kawka? - Moje myśli pływały w stłumionym brzmieniu chybotliwych słów dobiegających z zewnątrz.
- Ostatnio mijałem się z nią tu, w progu, gdy wychodziła do jaskini wojskowej. Jeśli ma trochę instynktu samozachowawczego, w ogóle się tu dziś nie pojawi.
- A tam, pod jaskinią...
- Właśnie sam się zastanawiam.
W obecności mojego przyjaciela, szybko odnalazłem pewną szansę, której nie wykorzystać, znaczyłoby tyle, co napisać sobie na czole: Niezaradny. A przynajmniej tak wtedy myślałem. Byłem już wpół kroku do żeniaczki z lotną myślą, już posyłałem podniebienie na powitanie języka, gdy słowa ubiegł ton mocniejszy od jakiegokolwiek argumentu. Powietrze przeszył wybuch i we wpadających do jaskini, słonecznych promieniach, mignęły jakieś barwne błyski.
- Co tam się dzieje do pioruna - warknąłem. - Urządzają sobie przyjęcie z fajerwerkami?!
- Obawiam się, że dodają sobie śmiałości.
Fala gorąca zalała moje skronie i jednym impulsem podniosła resztę ciała na nogi. Zacząłem chodzić w tę i z powrotem.
- Wzywaj strażników, naszych i z WWN - odrzekłem w przelocie, szturchając asystenta drżącą łapą.
- Chciałeś powiedzieć, naszych. Byłem u nich jak spałeś, zaraz powinni trochę uspokoić sytuację.
- Słuchaj, wyjdź do tamtych... - Zatrzymałem się naprzeciw niego i zacząłem mówić nieskładnie, próbując własnym, podniesionym głosem zagłuszyć docierające z zewnątrz dźwięki. - Obiecaj im czego będą chcieli... cokolwiek im powiedz. Tylko niech ta groteska się skończy. Nic nie wiedzieliśmy o żadnej demonstracji. Jak to możliwe, że nic nie wiedzieliśmy?!
- Zebrali się spontanicznie, dzisiaj. Posłuchaj, oni chcą cię zobaczyć. Wygląda na to, że jesteś alfą, przeciwko której właśnie postanowili protestować.
- Proszę cię, przyjacielu, przecież oni mnie tam zlinczują - jęknąłem, rzucając krótkie, zagubione spojrzenie ku wyjściu. - Chociaż trochę doprowadź ich do ładu, a później ja pójdę. Pójdę. - Przerwałem, tuż przed jaskinią słysząc głośne kroki kilkunastu wilków. Zamarłem na chwilę, zanim z ulgą dostrzegłem, że moją siedzibę otoczył szereg strażników. Obaj na moment zatopiliśmy w nich spojrzenia.
- W porządku. Spróbuję z nimi porozmawiać.

Pod siedzibą Związku Sprawiedliwości panował chaos. Podenerwowani oczekiwaniem i rozdrażnieni gwarem panującym wśród nich od dobrej godziny, nie przypominali już dostojnych wilków, a sforę porzuconych psów.
Wyszedł więc patrząc im w oczy, przeszedł przez tłum i stanął na niskim wzniesieniu, pod pierwszymi leśnymi drzewami, przez chwilę milcząc. Nie trwało to jednak dłużej, niż kilka sekund (bardzo trudnych sekund życia mojego przyjaciela), bowiem jednolity hałas został zastąpiony przez pojedyncze głosy.
- A gdzie Agrest? Niech wyjdzie do nas, a nie chowa się w swojej norze! A może mamy zwrócić się do jakiegoś innego „Alfy”?
- Dla każdego z was znajdzie tyle czasu, ile będziecie potrzebować - zaczął donośnie szary ptak. - Ale Agrest jest tu dla wilków, nie dla prosiąt.
Najwyraźniej rozzłościły ich tak obcesowe słowa, podniósł się bowiem jeszcze większy harmider. O tak, Mundek, właśnie tak. Pora albo połamać zaostrzoną do granic końcówkę ołówka nienawiści, albo wykłuć nią z siebie serce.
Dopiero w tamtej chwili, mówca miał okazję w pełni zdać sobie sprawę, jak ogromny wpływ wywierają na siebie nawzajem. Jak niepozorne jednostki kontrolują przytłaczającą większość. Było to jednak ostrze bez wątpienia obusieczne. Znalazł w tłumie najgłośniejszego basiora, jakiś znajomy pysk z zachodu, by przez następną minutę nie odwrócić od niego wzroku i być może właśnie dzięki temu sprawić, że za jednym z przywódców zgromadzenia, stopniowo umilkli również pozostali.
- Dlaczego jesteście tu dzisiaj? - jego głos przerwał trwającą wokół ciszę. Zanim jednak zaskoczeni tym pytaniem zebrani zdążyli na nowo zapłonąć gniewem, mówił dalej. - Każdy z was potrafi sam się nad tym zastanowić. Ale nie jak baran w stadzie, słuchając bzdur z ust głodnych szakali. Każdy z was potrafi sam to ocenić, rozglądając się wokół, patrząc dalej, niż na czubek własnego nosa. Żyjąc tutaj, zakładając tu rodzinę i tu wychowując swoje potomstwo.
Znów przerwał, tym razem dając pole nielicznym, skonsternowanym szeptom, a nie, jak wcześniej, chaotycznym okrzykom. Odetchnął głębiej.
-  Dlaczego jesteście tu dzisiaj?! - powtórzył stanowczo. - Czy kiedykolwiek głód zajrzał wam w oczy? Czy kiedykolwiek wojna na tej ziemi odebrała wam bliskich? Czy ten Agrest, opluwany teraz przez cudzoziemców, wydał wyrok na choćby jedno istnienie? Wy, wilki z Watahy Srebrnego Chabra, władcy tej ziemi, stańcie tu w swoim imieniu. Nie jako żywa tarcza dla tych, którzy siedzą dziś za granicą i z kieliszkiem wina w łapie śmieją się z waszego wzburzenia. Czy wiecie, kto skłonił prowodyrów tego protestu do wciągnięcia was w ich polityczną grę?
Cisza. Gdy powiódł wzrok na każdego z osobna, ujrzał, że dziesiątki skierowanych na niego oczu nie płonęły już wściekłością; tylko nieliczne, gdzieś w tle powtarzały z oburzeniem pojedyncze słowa.
- Nie wiecie. Czy myśleliście, że tym, którzy skłonili was do przyjścia tutaj, zależy na waszym spokoju i bezpieczeństwie? Czy mam uwierzyć, że właśnie wy postąpiliście tak naiwnie? Czy uważacie, że zaciekły wróg tej ziemi będzie waszym przyjacielem? Od lat was znam i każdego szanuję. Nie dlatego, że szczerzycie kły. Dlatego, że każdy z was ma swój rozum. Swój własny, który dotychczas zawsze pozwalał nam wszystkim tworzyć sprawnie działającą, stabilną wspólnotę.
- Więc co w takim razie zamierzacie zrobić z tym, co się teraz dzieje?! - dał się słyszeć głos jednego z wilków, rozpoznanych przez mojego asystenta jako najbardziej pewne siebie. Mundus odszukał go w tłumie i uśmiechnął się w duchu.
- Plan już jest, bardzo dokładny. Dzięki podjętym szybko działaniom nie zaistniała potrzeba mobilizowania całej watahy. Jestem pewien, że każdy, komu w związku z tym powierzone zostały specjalne obowiązki, sam powie wam o nich, jeśli będzie miał życzenie - mówiąc to, potoczył wzrokiem wokół, dostrzegając, że dla odmiany, niektóre wilki również zaczęły spoglądać po sobie nawzajem. - A tymczasem powiedzcie, czego dokładnie potrzebujecie, a nie, czego brak wam wmówili!
Słowa rozeszły się echem po polanie.
W zbiorowej świadomości funkcjonuje obraz przemowy, w którym bohater zebrania, pusząc się dumnie, wypręża pierś w blasku chwały, wśród braw i oklasków. Nie będę czarować Was, Kochani, że tamtego dnia było podobnie. Nie było wiwatów, natchnione serca nie wzlatywały ku niebu, by afirmować życie.
W tamtej chwili, wśród zebranych, zrodził się pewien dysonans. Dokładnie taki, o jaki modlił się mój przyjaciel. Gdy skończył mówić, zamiast kolejnych obelg, odpowiedziało mu głuche milczenie i gromada zamyślonych spojrzeń. Cisza bywa silniejsza, niż jakakolwiek odpowiedź.
- Przyjdźcie. Każdy niech przyjdzie ze swoją sprawą. Jaskinia alf była i jest otwarta dzień w dzień. Nie martwcie się o troskliwych przyjaciół z zagranicy. Mają wystarczająco dużo problemów u siebie. - Uśmiechnął się, być może nie bardzo przekonująco, ale zupełnie szczerze.

- Dasz mi wódki? - mruknął, wchodząc do jaskini i z westchnieniem opadając na miejsce pod ścianą. W przeciągu kilku sekund wydobyłem ze schowka butelkę i napełniłem jej zawartością gliniane naczynie, podsuwając je szaremu ptakowi, z czcią należną co najmniej objawionemu aniołowi.
- I jak? Uspokoili się? Poszli do domów?
- Oni wrócą - wymamrotał, biorąc łyk.
- Nie mów, że przestraszyłeś się tych krzykaczy. - Zaśmiałem się, chociaż, o Bracia i Siostry, był to już jedynie strzęp dobrej miny do złej gry i nędzna próba odwrócenia uwagi od swojego jeżącego się włosa.
- Kogo, słucham? - Popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem. - Zresztą, nieważne. Wiesz, że łaska zbiorowości jeździ na pstrym koniu.
Układnie pokiwałem głową, mając świadomość, że dyskusja byłaby w tym przypadku bezcelowa, a uzasadnienie kontrtezy słabe.
Tamtego wieczora wyszedł po pracy jak zawsze i nie wracał do następnego ranka. Ja natomiast, pozostawiony sam sobie, przez pół nocy dreptałem w kółko, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Z początku chciałem zmusić się do wyjścia z domu, na spacer, nawet łamiąc (o zgrozo, swoje własne) prawo, zakazujące opuszczania lokum po zmierzchu. Potem, byle tylko oderwać myśli od ponurych wizji, zacząłem kopać dziurę w kącie groty. Pokręciłem się jeszcze na swoim miejscu, otuliłem kocem, ale zasnąć nie mogłem. Ostatecznie zacząłem pić.


✁✁✁✁
- Będę musiał naprawdę dobrze wytłumaczyć to dziewczynie - mruknął, przysiadając na ziemi i chuchając w zmarznięte łapy.
- Ciri? Mi się wydaje, czy i tak między wami bywało lepiej?
- Nie twój interes.
- A co powiesz Kawce?
- Podejrzewam, że i bez mojego gadania będzie miała sporo na głowie - odrzekł niewinnie. Ale ledwie słowa wybrzmiały, uśmiechnął się półgębkiem i dodał - że czekałem na taką szansę przez całe życie.
✁✁✁✁


C. D. N.

wtorek, 30 listopada 2021

Od Eothara Atsume - ,,Niecny Owoc" cz. 23

Nie chciałem tego niepotrzebnie przedłużać. Rzuciłem mu krótkie spojrzenie z czymś w rodzaju współczucia, po czym odwróciłem się na pięcie i ze wzrokiem wbitym w ziemię ruszyłem przed siebie, otoczony dwoma warstwami obcych z każdej strony. Konwój poruszał się tempem zbliżonym do truchtu. Nikt nie śmiał się odezwać, toteż zyskałem trochę czasu na przemyślenia. 

W sumie było mi go nawet żal. Wyglądał na naprawdę spoko gościa. Kogoś, na kim można polegać, kto ma wiedzę większą, niż cała reszta Alf razem wziętych. Może mi nie sprzyjał, ale byłaby wielka szkoda, gdyby okazał się patriotą zbyt wielkim, by ścierpieć zrzucenie ze stanowiska. Może nie jest tak źle. Przed rewoltą wolałem pozostawać w cieniu, ale kto wie, może potem byłaby okazja się zakolegować? Choćby i z jego litości...

Ocknąłem się, gdy tuż za granicą WWN opuścili nas strażnicy. Rzucili krótkie słowo pożegnania i ruszyli z powrotem do obozu, a chwilę potem doleciał do nich pierwszy wilk z tym samym celem. Będąc już niecały kilometr od jaskiń WSC napotkaliśmy kolejne nieodwzajemnione spojrzenie. Druga, ufniejsza wadera dopytywała się, czy to prawdziwy sygnał. Kazałem jej spadać, jednak w centrum nie sposób się już było ogonić od pytań, co takiego stało się w WWN. Z marszu odpowiadałem, że powinni o to spytać swojego ,,Alfę".  Nie miałem jeszcze ustalonego wytłumaczenia. Społeczeństwo już je sobie dorobi, i to o wiele szybciej, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić. Wydałem jeszcze parę poleceń, jak się pożegnać z imigrantami; tudzież dodałem jak najwięcej papierkowej roboty. To ich trochę przytrzyma i dopełni czarę goryczy. Swoją ,,świtę" zostawiłem w jaskini wojskowej. I wtedy po wyjściu z tłumu o moje futro zaczepiło się coś innego. Mianowicie - pióro.

— Tu jesteś! - wyrzekł z czymś w rodzaju ulgi i zdenerwowania jednocześnie.

— Jestem, ale nie wiem, czy zauważyłeś, dość zajęty. - odparłem, machając szybko ze zniecierpliwieniem ogonem.

— Zaczekaj. Wyjaśnij mi chociaż, co tu się dzieje, to będę w stanie ci pomóc. - odpowiedział ptak ze spokojem godnym świętego. 

— Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, to odczep się i rusz tyłek do jaskini wojskowej ogarnąć tę tępą ferajnę. To nie czas na plotki. - zrobiłem już krok do przodu, kiedy zatrzymało mnie ciężkie westchnienie Mundusa:

— Właściwie... nie po to tu przyszedłem. Przed chwilą znalazłem coś dziwnego w krzakach koło twojej jaskini. Lepiej, żebyś to zobaczył. - z dzioba wylał się potok napiętych słów. Zatrzymałem się w pół ruchu, mimowolnie otwierając szeroko oczy. Nie chcąc kaleczyć drogocennych gałek czytelników i naszego pięknego języka nie będę przytaczać przekleństw, które w liczbie mnogiej przewinęły się przez moją głowę, ale były to z pewnością nie najlżejsze wyzwiska, jakie w wilczym języku istnieją. Teraz jednak tym bardziej zależało mi na spławieniu towarzysza.

— Pokażesz mi później. A teraz weź się wreszcie do roboty. - fuknąłem wrogo, odwracając głowę w jego stronę. Wodziłem wzrokiem za ptasią sylwetką, dopóki nie zniknęła za skalnym rogiem, po czym sprintem udałem się w stronę jaskini Alfy. Strach szybko ustąpił miejsca złości, która wbijała moje pazury głębiej w ziemię i dodawała pół metra do każdego skoku. Byłem na siebie wściekły. Jak mogłem być tak naiwny?! O tyle dobrze, że z wypowiedzi ptaka wynikało, iż nie domyślił się, czym jest niewidzialny kształt. W zamian za skrzydła matka natura odebrała również pierzastym cudowny zmysł węchu, zresztą eliksir już robił w tej kwestii kawał roboty; jednak na bank wzbudzi to pewne podejrzenia. Żeby rozszyfrować moją osobę to stanowczo za mało, ale i tak o jedna poszlaka za dużo. Będę musiał się pilnować bardziej, niż kiedykolwiek, ale w tej chwili nie to było moim największym problemem. Należało sprawić, żeby ta przyszłość w ogóle nie skończyła się na tym jednym błędzie.

Westchnąłem z poirytowaniem, kładąc łapę bodajże na swoim brzuchu. Mikstura niewidzialności na szczęście wciąż świetnie się trzymała. Stukając ze zdenerwowania pazurem w skałę, rozglądałem się po najbliższym otoczeniu. I wtedy powoli mój pysk rozjaśnił uśmiech ulgi.

~~~

Szybko wróciłem do centrum. Poudawałem jeszcze Wielkiego Najjaśniejszego Nam Panującego Naczelnego Wodza Reżimu, głównie przyglądając się ze zmrużonymi oczami pracy strażników, frustracji członków WWN i biegając po całej watasze bez celu. Prędzej czy później musiałem się natknąć na Mundusa. A raczej podejrzewam, że cały czas mnie obserwował. Tylko w tym momencie, kiedy wypytywałem stróża, jak idzie ewakuacja i emocje opadły, stwierdził, że to dobry moment na powrót do gry.

— Chodź, mam ci coś do powiedzenia. - mruknąłem na stronie. Ptak kiwnął tylko lekko głową i w ciszy udaliśmy się w stronę jaskini Alf. Szedłem jak najszybciej, nie chcąc tracić cennego czasu. 

— Więc co takiego chciałeś mi przekazać? Może masz ochotę mi wyjaśnić, jaki sens ma przepisywanie teraz każdej karty członkowskiej z osobna? Nie lepiej by było jeszcze zrobić dwie kopie? - odezwał się towarzysz, gdy tylko oddaliliśmy się wystarczająco od zgiełku.

— Dobry pomysł. Cieszę się, że tak myślisz. - odparłem całkiem spokojnie, pół żartem, pół serio. - A poza tym, nie odwiedzaj więcej WWN. - dodałem twardo.

— Dlaczego? Co tam się stało, do cholery?

— Powiedzmy, że nie chciałbym zepsuć tego, co między nami jest. - ściany. 

— A myślałeś, żeby samemu przestać się o to starać? - westchnął Mundus, przyglądając mi się badawczo. 

— Masz jakiś problem? Nie wytrzymasz dnia bez konszachtów ze swoimi kolegami spod Nadziei? A zresztą. Miałeś mi coś pokazać. - uciąłem, zanim ptak zdążył jakkolwiek pociągnąć rozmowę lub zacząć się tłumaczyć.

— Tak... - mruknął cicho, wychodząc nieco na prowadzenie. Doszliśmy do krzaków, które towarzysz ostrożnie rozgarnął skrzydłem. Jeszcze chwilę ze zdziwieniem przeczesywał piórami pustą przestrzeń, zanim wyrzekł:

— Ciekawe. Jeszcze niedawno tu było... - ptak zaczął rozglądać się po okolicy ze zmarszczonymi brwiami.

— Ale co? - mruknąłem z nutką zniecierpliwienia, drapiąc się za uchem. Również chodziłem leniwie w tę i we wtę przed legowiskiem Alfy.

— Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem. - Mundus wzruszył ramionami, stając w miejscu.

— No raczej ciężko by było, jeśli jest to niewidzialne. Zostawiło jakieś ślady? - przestąpiłem z nogi na nogę, udając choć trochę zaangażowanego w śledztwo. 

— Nie. - odparł towarzysz z lekkim wahaniem. Zapadła chwila milczenia.

— Więc myślę sobie, że nie ma co się nad tym rozczulać. Teraz nic z tym nie zrobimy, a w tych lasach dzieje się wiele dziwnych rzeczy... - zniżyłem nieco głos, wstając z miejsca. - My tu gadu-gadu, a w centrum zaraz zaczną tłuc butelki. Aczkolwiek, myślisz, że to może mieć jakiś związek z tym, co się ostatnio wyprawia? - spytałem delikatnie, odchodząc już od groty. Nauka z ostatniej rozmowy nie poszła w las. 

— Nie mam pojęcia, ale wątpię, żeby dobry duszek z ciasteczkami czekał tylko w krzakach na nasze przybycie. 

~~~

Nieprzytomna wadera kołysała się irytująco z boku na bok na moim grzbiecie. Gdyby nie fakt, że jeszcze świadoma ważyła niewiele, pewnie bym jej nie uniósł w takim stanie. Więcej ważyła chyba sama sierść. Nazywała się Toph, Tofi, czy jakoś tak, a z tego, co udało mi się ustalić podczas krótkiej rozmowy, była medyczką. Dość miłą, spokojną, ale naiwną medyczką. Pomimo mojej jakże wybitnej gry aktorskiej, naprawdę uwierzyła w bajeczkę o dodatkowych papierach w jaskini Alf. Walka trochę się przeciągnęła w porównaniu do moich oczekiwań - gdyby nie ten wystający korzeń, o który się potknęła, byłbym już spalony... potem na szczęście poszło jak z płatka i szedłem teraz w stronę łańcucha górskiego, kiwając się trochę nienaturalnie na boki. Poza tym nic nie zdradzało obecności niewidzialnego ciężaru, przywiązanego niewidzialną liną do szarych pleców. Mimo to za każdym razem, gdy spotykałem na swojej drodze jakiegoś wilka, wstrzymywałem oddech. Może zachowywałem się trochę dziwnie, ale bądźmy fair, czy pierwsze, co przyszłoby wam do głowy po spotkaniu z Agrestem, to że właśnie na oczach wszystkich porywa waderę z wrogiej watahy? Osobiście obstawiałbym, że dobrał się do zapasów spirytusu w medycznej. Zrobiłbym to sam, ale uniesienie wilczycy pozostawało poza zasięgiem moich możliwości. 

Pod górę zrobiło się pustawo, ale i ciężko. Wytężając wszystkie siły, dotarłem gdzieś głęboko w górskie chaszcze, gdzie sam już nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Związałem jeszcze pysk wadery i zostawiłem ją na ziemi, by obejrzeć okoliczne jaskinie. Upatrzyłem sobie grotę z najwęższym wejściem. Kiedy wróciłem, moja ofiara niestety odzyskała już przytomność. Na chwilę zamarłem w bezruchu, przyglądając się uważnie kamieniowi obok. Ostatecznie, spoglądając w do szczętu przerażone ślepia wilczycy, westchnąłem tylko i przeniosłem ją do jaskini. Musiałem trochę odpocząć, zanim wyjście z niemałym mozołem zablokowałem większym głazem, zostawiając niewielką szczelinę u góry. Po tym wszystkim jako Agrest nie byłem w stanie zrobić nic więcej, jak położyć się obok. Wadera nie kwapiła się aby rozwiać opary nudy, więc zacząłem pleść jakieś brednie, co by urozmaicić odpoczynek:

— Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj; kiedy sfałszowaliśmy wybory w NIKL-u i wróciłem tu jako Alfa. Piękne czasy... Aż się dziwię, jak byli w stanie tak długo tego nie zauważyć! To trzeba mieć talent. A Dergud,  ta szuja ma tak mocne plecy, że gdyby wbił komuś nóż w kark na oczach całej watahy, puściliby go wolno i dali dwie skrzynki spirytusu zadośćuczynienia... Zabawne, co się dzieje tu na górze, prawda? A zastanawiałaś się kiedyś, jak to się stało, że w WSC pojawiła się wścieklizna? Chociaż nie, oszczędzę ci tej świadomości na tę resztkę życia.

Moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Miałem w końcu niepowtarzalną okazję pisać karty historii na żywo. Naopowiadałem jej jeszcze trochę bzdur o tym, jak to NIKL zamierza zrobić z tych ziem jedną wielką niewolniczą republikę, a WSJ to dobre ziomki som i muszą współpracować z WSC przeciwko WWN, której władze nie widzą w tym problemu. O tym, jak za tydzień zaatakuje ich banda żandarmerii z południa i o tym, co ptaszki ćwierkają o nieczystych, irytujących zagraniach Mundusa. Jakiego to podłego lenia i niewdzięcznika mam za brata, no jak ja mam w takich warunkach starać się o dalszy przemyt dokumentów z WWN? Nie można było też nie pominąć faktu, jak Kwazar bezczelnie oszukuje w karty. 

Wadera przez cały czas milczała, z pętlą strachu zaciśniętą mocno na gardle. Wreszcie, gdy zaczęło się ściemniać, upolowałem naprędce i wrzuciłem do środka zająca, choć w sumie nie musiałem. W zależności od refleksu znajdą ją najpóźniej za kilka dni. Udzieliłem jej ponownie paru wskazówek na temat niepotrzebnych krzyków i zbędnych prób uwolnienia, po czym zapewniłem, że... wszystko będzie dobrze, i odszedłem. Nie wiem, co mi odbiło, może za dużo ostatnio przebywam w towarzystwie...

W połowie stoku, gdzie roślinność rosła nieco bujniej, wytarzałem się raz jeszcze w trawie, aby zmyć gdzieniegdzie kropelki niewidzialności, i wróciłem okrężną drogą do jaskini Alfy. Po dzisiejszym rajdzie czułem, że najchętniej padłbym na glebę tu i teraz, jednak widok nieznanej mi wilczycy w środku znowu postawił mnie na nogi. Miała sierść koloru świeżego capuccino, z małym, srebrnym chabrem zatkniętym za ucho. Przeglądała jakieś dokumenty. Jako że przywitała się ze mną zupełnie swobodnie, ja również jej obecność w tej grocie uznałem za normalną. Może to jakaś poseł? Upewniwszy się, że nikogo w pobliżu nie ma, wszedłem do środka. I mówię sobie - w sumie czemu nie?

Po krótkim wstępie o pogodzie zacząłem z nią zwyczajnie flirtować, z satysfakcją obserwując jej reakcję. Ale kiedy nazwała mnie wujkiem, zrobiło się tak jakoś niezręcznie... nie muszę chyba dodawać, że zostałem w grocie sam. Tym większą miałem ochotę zasnąć, gdy łapą szukałem sporego zagłębienia w skale. Od porzucenia tego stanu dzieliło mnie już przecież tak niewiele! Podciągnąłem się tylko na tyle, by dotknąć pazurem niewidzialnej czaszki, leżącej na szczycie stropu, i już po chwili byłem wypoczęty i rześki, jak skowronek, i jeszcze bardziej posiniaczony. Choć Agrestowi, którego ciało zgodnie z siłą grawitacji opadło na dół, też pewnie dostało się po tyłku. Kości były całe, nic, z czego nie mógłby się wylizać. Wciągnąłem nieprzytomne ciało nieco w głąb jaskini. Poukładałem kończyny wilka w bardziej naturalny sposób, jak gdyby spał tu od dawna. Po zamianie w mojej głowie znów zrobiło się pstro od najbardziej odjechanych pomysłów, jak jeszcze mógłbym w pełni wykorzystać ten pobyt, tyle pięknych scenariuszy, projektów piramid z butelek... ale czas gonił. I nie tylko on - na zewnątrz widać było kolejnego zbliżającego się wilka. Torba rozpruła się trochę na górze; poprawiłem ją sobie na łopatce i chycnąłem lekko ku zaroślom, w kierunku zachodniej granicy. 


1944 słowa

<Agrest? No pokaż, jakie tam masz asy w rękawie *)>