Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szkło. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 maja 2022

Odchodzi!

Szkło - powód: śmierć

Czas by kolejny z aniołów wrócił do Nieba.
Kto zostanie?

Od Szkła - „Rdzeń. Dzień litej ziemi”, cz. 4.3

Proszę o wybaczenie. Ja nie mam już duszy. Jeszcze raz.


Miejcie odwagę!... Nie tę jednodniową, co w rozpaczliwym przedsięwzięciu pryska, lecz tę, co wiecznie z podniesioną głową, nie da się zepchnąć z swego stanowiska.

Nigdy nie chciałem wojny z WWN. Nie chciałem, lecz już wszystko się stało, wszędzie wokół była wojna i śmierć za każdym drzewem czaiła się na zmożone snem po bitwie i przed bitwą stado wilków. A gdzieś pośród nich; kto to? Dziwny zwid. Sen, życie, tajemne przeznaczenie? Wieczny sen, zmora co ukoi lęk. Boże, miej w opiece oddział żołnierzy pod władzą pani bladolicej. Jest bowiem cicho, niebo chmurzy się, a pod tym niebem coraz goręcej.
Jeszcze rankiem wśród nas rozbrzmiała pieśń: „Miejcie nadzieję!”. Tę lichą, marną? Jaskinia wojskowa pękała w szwach. Głodne serca, żądne działania, zapału i wiary. Generał wyznaczył nam zadania. Jeszcze rankiem wyszedłem stamtąd z pyskiem uniesionym w górę, Niebiosa prosząc, nie, nie o życie, lecz o wroga krwistą skórę. Lecz oto nastał drugi dzień, odkąd osaczeni na połaci własnej ziemi, drużyną płożyliśmy się po darniach. Oto my, po bitwie i przed bitwą. Wzeszło słońce, a do rannych zlatywały się muchy. Przygnębione oddechy cichły w prażących promieniach. Czekaliśmy, rzecz niełatwa, powyciągani na rozgrzanym słońcem mchu. Było tak, jak powinno być. Wszak wojna, wojna z naszą WWN.
Naraz ktoś woła: przybył generał! Odwracam się więc, napotykam jego kamienny wzrok. Podchodzi w milczeniu, a ja czekam. Mówi: oni przodują; ja myślę: mają więcej kłów, lecz to my mamy przewagę! Na tej ziemi trwa nasz duch. Pyta, jak wygląda nasze zdrowie; pokazuję mu pourywane uszy, jedną, drugą dziurę w głowie. Rzuca rozkaz, przytakuję, wykonamy bez wahania, lecz:
Oni przodują! To oni, wszarze, mają więcej kłów!
Wchodzimy na szlak, gdzie ścieżka wąska, niepozorna, ma stać się dziś naszym szerokim polem. To ja poprowadzę ich do boju. Wyrwę perz i zastąpię go zbożem; między motyle skrzydła tchnę duszę. Choćby kosztem przerzedzenia szyków. Nawet jeśli na wieki miałoby ucichnąć echo łap połowy tego plutonu.
W tym kłębowisku bylejakości,
naprzemiennego
głoszenia idei i odchodzenia od idei,
wśród okazjonalnych polityków
-przedsiębiorców i ich wszystkich płytkich
interesów, tak bardzo potrzebny nam jest tutaj ktoś,
kto spojrzy trzeźwo
i wreszcie uniesie pod światło pęknięte naczynie.
Nadal szukamy kogoś takiego!
Hej, nadal szukamy jeszcze kogoś!
Może ja...? Stać! Uwaga, przybył nasz
Generał.
Odwracam się znów, idzie wraz ze mną. Oczyma pytam o wskazówki, jego oczy bledną. Będziemy walczyć, stać ramię w ramię? Czy to oby na pewno mądrze, pytam tylko w myślach. Czyta mi z oczu, mówi: prowadź, Szkło.
Pierwszy raz w życiu czuję swą małość; tam, wokół serca, ale czas naprzód, dziś idę dalej, prowadzę pluton zdrajców szczerym polem. Mamy iść dalej, nawet gdy pogrzebać przyjdzie wielu. Mamy iść dalej, po trupach do niejasnego celu. Mamy iść dalej i ułożyć słowa pożegnania, jeszcze dalej w las. Mamy iść dalej, zapomnieć, że znaliśmy tylu z nas!
Wychodzą nam naprzeciw, tak wiele znajomych pysków.
Oto Wataha Wielkich Nadziei.
Skończył się marsz, ustał miarowy krok. Została cisza i dwa oddziały wpatrujące się w siebie cierpliwie. Historia wszak czasem się powtarza. Jak kiedyś wpatrywali się w kogoś nasi przodkowie, czyjeś kły zaciskały się na czyimś spiętym ciele, wyszarpywały kawałki mięsa, tak i my wpatrujemy się w kogoś, do cna zwykła rzecz. A kto zabije, a kto będzie trup; a czy to ważne? Jednakowa krew użyźni ziemię. Co najwyżej kto inny zapłacze.
Raz jeszcze spoglądam prosto w górę. Ładne słońce iskrzy ponad lasem.
Przeliczyłem stan wojska, obecna była większość z nas. Tam szeregowcy, przy nich strażnicy. Na wzgórzu nieopodal, niczym posąg, stał generał. Razem z nim goniec, niedawno wzięty do służby Hiekka.
Idziemy.
Z dwóch stron, na nieme znaki przywódców, zbliżają się do siebie oddziały. Wolno powtarzam krok za krokiem, na czele pochodu, a dziwne obrzydzenie zalewa moje wnętrzności. Idziemy naprzód, nie cofamy się. Jak wróg, tak wiele znajomych pysków.
Na ułamek sekundy pomiędzy oddziałami zawisa wahanie; czy naprawdę wszyscy tego chcemy?
Przecież ni jeden z nas tego nie chce.
Co zatem zaszło? Skąd jest to wszystko? Co sprawiło, że to nie zwykły, przyjemny poranek, taki jak tysiące innych, że zamiast... chwileczkę. Dziwne słowa, być może kiedyś słyszałem je od żywego, a być może to jakiś dobry duch przyjaciela podszepnął mi je na ucho ku refleksji? Brzmiały jakoś tak: „Dałaś nam kły. Dałaś pożywienie. I patrzysz jak zamiast polować na zwierzę bardziej niewinne od nas samych, skaczemy do gardeł własnemu gatunkowi, skąpanemu w blasku twojej chwały”*! Czy to dobrze, czy to źle? Gdzie słyszałem te słowa? Powiedz mi, dobry duchu, co mam z nimi zrobić?
Odwracam się, wszak tylko na chwilę. Generał wciąż trwa na posterunku, a goniec, Hiekka, zniknął już w tłumie. Co mamy zrobić, żeby zatrzymać nieuniknione? Czy starczy nam sił? Patrzę na druhów. Łasko Nieba, myślą o tym samym! Jeszcze grzeje nas nasz płomień życia! W obliczu śmierci, słabi jak nigdy. Żywi, jak nigdy!
Co mogę zrobić? Mogę wydać... nie wydać rozkazów. Nie pozwolić topić się w bratniej krwi. Niewidoczna nić porozumienia już rozciąga się gdzieś pomiędzy dziesiątkami oczu. Nikt nie chce padać, jedyna prawda: nikt z nich nie chce umierać i trzebić.
Raptem, spośród naszych przeciwników, na czoło wychodzi młody basior. Nie znam jego imienia, ani jego stanowiska, lecz na jego krzyk: „Naprzód!” wszyscy jak maszyny ruszają do ataku. Zbliża się ku nam nawała kłów i oczu jarzących się zaciekłością.
I pada rozkaz; znak z mojej strony.
Oto są oczy starych przyjaciół, z których łap będziemy ginąć i których wykończymy bez cienia żalu.

sobota, 30 kwietnia 2022

Od Espoir CD Szkła - "Wyblakłe Słońce" cz.6.4

Otworzyłam oczy po raz kolejny, mimo że za każdym razem obiecywałam sobie, że nadejdzie błogi dzień, który uwolni mnie od tej i innych następujących po niej czynności. Wierzyłam nieco naiwnie, ale za to bardzo mocno, że pewnego wieczoru dostanę skrzydeł i wzlecę ponad chmury. Chmury, które obecnie ograniczały moją perspektywę, zamykały mnie na to, co podane na tacy, łatwe do zgarnięcia. Karmiłam się tym, co dotarło do moich uszu, nie zawsze mogąc zweryfikować rewelacje, które dzięki kodowały się w zakątkach mojego umysłu i wpływały na moje dalsze postępowanie. A gdyby tak być ponad żywot szarego smutnego wilka, zaginionego w świecie, którego obraz dominował zwłaszcza wśród młodych. Zatopiona w obojętności, obserwowałam martwą przyrodę, w której odnalazłam zwierciadło własnego wnętrza. Czekałam. Czekałam, aż zjawi się Złotoki. Nienawiść do jego istoty powoli topniała, zamieniając się w niezrozumiałe uczucie, które ciągnęło mnie ku niemu. Nie było ono łatwe, ale tłumiło pustkę rozrastającą się w mojej duszy.
Usłyszałam cichutkie kroki. Stuk. Stuk. Stuk. Zastrzygłam uszami z nadzieją, że moje rozpaczliwie pragnienie ujrzenia sylwetki nowego znajomego się ziści. Dostrzegłam jednak inne znajome oblicze, teraz to dwójka czerwonych oczu chciała przejrzeć moją duszę.
— Vitale — mruknęłam, nieco zirytowana jego coraz częstszymi wizytami.
— Dzień dobry, Mitriall. Czy wiesz, dlaczego tu jestem? — powiedział spokojnie, budząc we mnie mieszankę złości i lęku, że może wie za dużo o moim poranku, który miał miejsce kilka dni temu. Kilka dni... Miałam wrażenie, że minęła już wieczność.
— Dlatego, że Rubid uważa mnie za wariata tylko zamiast powiedzieć mi to w twarz, robi ciągłe podchody? — zazwyczaj czysty niczym łza na dziewiczym policzku język, zapłonął teraz emocjami zagnieżdżonymi głęboko w moim umyśle.
— Nie. Widzisz... Czy nie czujesz, że twoje życie staje się coraz bardziej niezrozumiałe i dziwne? Może dzieje się coś, co nie powinno? — moje serce zabiło szybciej.
— Czego ty ode mnie oczekujesz? — zdziwiłam się, jak chłodne, ale jednocześnie rozpaczliwe okazały się moje słowa, jak dziwne w moich pysku, mimo że to pytanie, które zadaję sobie od samego początku w stosunku do wszystkich, którzy mnie otaczają i znają mnie chociaż trochę. Zawsze czułam się czyimś interesem, produktem, który miał spełniać określone wymogi, robić oczekiwane rzeczy.
— Odpowiedzi — wyjaśnił cierpliwie psycholog. No proszę, jaki inteligentny.
— Mam Ci się spowiadać? — wypaliłam rozgoryczona.
— Chcę ci pomóc, to moja praca. Nic więcej.
Miałam odpyskować coś niemiłego, uciec i zniknąć gdzieś daleko stąd, a później przypomniałam sobie, kim jestem i że przy nieposłuszeństwie wisi nade mną kosa. Nie miałam siły, by walczyć, ale szczera rozmowa również mnie nie zadowalała, ponieważ to także konfrontacja, także z samą sobą.
— Nie wiem nic. Nie rozumiem tego, co się dzieje. Nie nadaję się kompletnie do swojej roli — wystękałam, pocieszając się myślą, że po tej rozmowie mogę wrócić do spania.
— Jakiej roli? — psycholog uniósł uszy z prawdopodobnie jedynie udawanym zainteresowaniem. Dlaczego w ogóle miałoby interesować go to, co dzieje się w moim życiu? Dlaczego cały czas traktuje mnie jak istotę bez grama inteligencji i godności, bawiąc się moimi uczuciami?
— Yy... Sz... śledczego. Dużo by tu opowiadać — zaśmiałam się nieco groteskowo, pokazując zdenerwowanie.
— Mam czas — odpowiedział, potęgując moje nieprzyjemne odczucia z pozoru spokojnym tonem, ciągnącym mnie jednak podstępnie, a zarazem bezlitośnie za język.
— Obawiam się, że nie zostało mi go zbyt wiele — sens impulsywnych słów dotarł do mnie, gdy już narodziły się między nami. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy, jakby próbując dostrzec w swoich oczach odpowiedź na dręczące nas pytania, bez konieczności wypowiadania ich. Vitale był dla mnie kompletnie niezrozumiały, jego gesty były dziwne, jednocześnie brzydziłam się nim i czułam strach przed jego obliczem. Mimo wszystko widząc tamtego dnia jego, zdawało się, że zagubione ślepia, poczułam, że nie jesteśmy aż tak różni.
— Dlaczego? — pytanie psychologa przywróciło mnie znów do myśli, które zdążyłam już zasypać rozmyślaniami o naszej relacji. Nie chciałam odpowiadać, lecz stwierdziłam, że gorzej na tym wyjdę, jeśli postanowiłby te wieści przekazać dalej. Była jeszcze opcja, że mógł nas podsłuchiwać kolejny szpieg od mojej rodziny. Zdecydowałam się wtedy na odważny ruch zrodzony z desperacji, którego miałam już kilka chwil później żałować.
— A myślisz, że mnie nie zabijesz, jeśli cię pocałuję? — starałam się nie brzmieć, jakby takie słowa ledwo przechodziły przez moje gardło, choć tak w rzeczywistości było. Mój rozmówca wyglądał przez moment na zdziwionego, lecz szybko wrócił do kamiennego wyrazu. Pozostały tylko drobne sygnały wskazujące na fakt, że te słowa nie były dla niego obojętne, których jednak nie potrafił kontrolować. Nieco zbyt napięty ogon czy zdradliwie drgająca powieka to zapewne jeszcze nie wszystkie, ale jedne z takich zachowań, które zapadły mi w pamięć. Zresztą w tym momencie zapewne sama wyglądałam jak przeciwieństwo spokoju ducha.
— Czy ty ze mną flirtujesz? — jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu własnej nieudolności, jedynie nazywając założenia mojego awaryjnego planu po imieniu.
— Nie — odparłam speszona — Źle mnie zrozumiałeś — dodałam szybko, uciekając wzrokiem od jego przeszywającego spojrzenia.
— Więc... co miałaś na myśli, skoro się mylę? — uśmiechnął się pod nosem, widząc moją konsternację.
— Byłam ciekawa odpowiedzi. Właściwie to nic się w tej kwestii nie zmieniło — grałam dalej w podjętą wcześniej grę.
— Mitrall... Nie, nie zabiłbym cię. Nie zakładam jednak, aby ci się podobało w trakcie... wspomnianej czynności.
— Dlaczego?
— Rozmawiamy o tobie, a nie o mnie — urwał wątek, jednak w mojej głowie trwały pytania, które oczekiwały na odpowiedź już teraz.
— Nie, Vitale. Informacja za informację — mruknęłam, udając niezadowolonie — Chyba nie możesz przerwać spotkania, bo Rubid nie byłby zbytnio zadowolony.
— Jesteś moją pacjentką, a nie ulubienicą. Mam prawo odmówić współpracy, jeśli będziesz sobie pozwalać na zbyt wiele — słuchając jego słów, miałam wrażenie, że teraz to nie był ten sam Vitale sprzed kilku miesięcy, który cały czas zastraszał mnie, rzucał niezrozumiałymi tekstami. Jak gdyby pragnął się zdystansować od tego, co się stało, jak gdybym właśnie próbowała dotrzeć do jego odczuć, które skrywał za wielką skałą własnych uczuć i lęków. Istotnie, dopuściłam, że psycholog ma w sobie jakieś emocje i nie jest tylko ciemnym monstrum pragnącym wyssać ze mnie krew i pożreć moje flaki. Zrozumiałam, że jego obecność jest elementem jakiegoś większego planu i być może jest tylko kukiełką w większej sprawie. Chwilę później jednak w moich myślach znowu kontrolę przejął lęk, pragnący utrzymać mnie w przekonaniu, że tego osobnika należałoby unikać i potępić. Nie było to już jednak takie łatwe jak przypisanie mu stosu etykietek na samym początku. Teraz kiedy patrzył mi prosto w oczy i czułam, że kompletnie tracę siebie, a na światło dzienne z mojego pyska wydostają się słowa, których nigdy nie podejrzewałabym siebie o wypowiadanie. Nie wiedziałam, co tak naprawdę nas łączyło, nie widziałam, jak bardzo mogę zbłądzić idąc jego drogą. Był dla mnie dziwnym chłopcem, a ja w tym scenariuszu miałam rolę dziwnej dziewczynki i oboje zdawaliśmy się jedynie szukać zrozumienia otaczającego nas świata.
— Dobrze — westchnął ciężko — Chyba mam pewną historię do opowiedzenia. Kiedy byłem młody... khm... młodszy... odrobinkę poznałem pewną waderę. Zareklamowałem jej swoją osobę najlepiej, jak potrafiłem, czyli równie żałośnie co tobie. Myślałem, że jest kimś wyjątkowym, uroczym i jakkolwiek się tam mówi, ale ostatecznie okazało się, że chciała się ze mną tylko przespać. Potem mnie wystawiła, niezbyt delikatnie dając mi do zrozumienia, że mam dziwne spojrzenie na świat. Romantycznie, co? Historia, którą może się podzielić prawie każdy wilk, ale moje życie nie jest niezwykłe, kiedy patrzysz na nie tak jak na każde inne.
— Vitale... — wypowiadanie jego imienia wciąż wywoływało we mnie nieprzyjemne wibracje — Współczuję ci — nie byłam w stanie wykrztusić już niczego więcej. Gardło zaczęło mnie powoli drapać, jakby setki mrówek okrążyły je i zaczęły kąsać, więc wydałam z siebie tłumione kaszlnięcie.
— Nie musisz mi współczuć. Dzięki temu jestem w stanie trwać przy swoich wartościach do dziś i zachować godność. Nieważne, czy ktoś uważa, że coś dla mnie ważnego jest dziwne czy nierozsądne, wiem wtedy, że po prostu tego nie rozumie. Tak jak ja nigdy w pełni nie zrozumiem jego postaw. Powiedzmy, że to taka rada na przyszłość, Mitriall — po jego wypowiedzi czułam dziwną pustkę. W jednym momencie miałam ochotę opowiedzieć mu o wszystkim, co mnie trapi, dręczy każdej nocy i nie daje zmrużyć oczu. Nie rozumiałam, dlaczego zdecydował się na szczerość albo jej pozory, ale coś kazało mi wierzyć, że to prawda Z każdym spotkaniem, coraz bardziej narastał we mnie niepokój, gdy tak łatwo mu szła manipulacja moimi emocjami i myślami, lecz zaraz był tłumiony przez resztę odczuć.
Vitale chwilę później postanowił mnie wybawić i puścić na wolność, abym sama zdecydowała się przyjść do jego progu i wywiązać się ze swojej części umowy.
Kiedy miałam już zasypiać w odnalezionym przeze mnie zacisznym kącie, na poszarzałym mchu, osłonięta od wiatru grubym kawałkiem ziemi, przyszedł Złotooki. Przywitał się jako pierwszy i bez oporów usadowił się obok mnie, rzucając mi władcze spojrzenie ... a przynajmniej jako takie je odbierałam.
— Szkło rozmawia szczerze z Ciri. Nie interesuje cię to ani trochę? — zapytał, uśmiechając się z czymś w rodzaju dumy rozświetlającej jego nieprzyjemny bordowy pysk.
— To jego sprawa. Nie dostałam zadania śledzenia mojego kolegi. Nie będę przecież podsłuchiwać... — starałam się naprawdę uwierzyć w szczerość moich słów i intencji.
—Nie wiedziałem, że jesteś taką szlachetną morderczynią — kontrast tego czynu z rzeczami, które wcześniej wymieniłam, boleśnie do mnie dotarł — Nikt inny mnie przecież nie słyszy, spokojnie.
— No dobrze, gdzie oni są? — zapytałam, pozwalając, aby mój ton mógł oddać całe zniecierpliwienie, jakie odczuwałam.
— W części z przesłuchaniami.
— Czekaj, on ją przesłuchuje? — mimo że teoretycznie uznanie Ciri za winną było dla mnie korzystne, wciąż czułam wyrzuty sumienia. Co musiało się stać, aby Szkło uwierzył w winę własnej córki. Z drugiej strony wciąż pamiętałam te wszystkie nieśmieszne żarty i groźby, które nam rzucała poprzez różne sytuacje.
— Tak. W dodatku nikt nad tym nie czuwa, a powinien. Tatuś łamie wszelkie reguły, działając w ten sposób. Jeszcze go córeczka zasłodzi albo zrzuci winę na Mszczuja. Powiedz po prostu, że wyczułaś ich zapach i zdziwiłaś się, dlaczego postępowanie jest prowadzone bez ciebie.
— Ale dlaczego nie zdecydował się na zwyczajną rozmowę z nią w zacisznym miejscu?
— Może chciał wywołać presję i skłonić ją do szczerości albo mieć ubezpieczenie innych wilków w pobliżu w razie, gdyby chciała uciec z jaskini wojskowej. Może też po prostu chce dobrze wypełnić swoje obowiązki albo nie był w stanie zdobyć się na prywatną rozmowę o takiej sprawie i musiał postawić się w bardziej roli śledczego niż Szkła. Dodatkowo Ciri w obliczu działań Admirała jest coraz bardziej podejrzana — wyjaśnił — Zresztą...nie wiem, Szkło zawsze był trochę dziwny.
Przytaknęłam, lecz nie byłam do końca pewna tego, że chcę się mieszać w kolejną trudną sytuację, mogącą skierować na mnie podejrzenia.

<Szkło?>

poniedziałek, 7 marca 2022

Od Szkła CD Espoir - "Wyblakłe Słońce" cz.6.3

- Nie sądzisz, że to dość duże ryzyko przychodzić tu do mnie? - czyste i wyraźne słowa Hyrina popłynęły przez ciszę.
- Wciąż upewniasz mnie tylko, że mianowanie cię generałem nie było głupotą. - Agrest uśmiechnął się blado, kilkoma delikatnymi ruchami podsuwając pod siebie chwiejne, tylne kończyny, by spróbować wyprężyć pierś i usiąść jak przywódca. Ku sprostowaniu: nie, nie był to jeszcze czas, gdy czułby się tak, lub chociaż wyglądał tak bez wzbudzania wątpliwości.
- Jaki powód był wart takiej lekkomyślności?
- Tym razem nie chodzi o... to. Tamto. - Alfa w oszczędnym zrywie drżącego pyska skinął na wyjście z groty, choć, jak łatwo można się domyślić, nie o samo miejsce mu chodziło, a o dobiegające ich przez nie, z oddali, echa okrzyków, kolejnych poleceń wydawanych wojsku na manewrach. A być może nie o nie, a o kryjącą się za nimi, pełną goryczy myśl: zbliżała się wojna.
- Z czym więc przychodzisz, Agreście? - brak wyraźnej, bijącej z tych słów niecierpliwości, wyjątkowo nie wprowadzał w błąd. Generał wydawał się Agrestowi szczery; a być może po prostu takim wilk bardzo chciał go widzieć, w zestawieniu z doniosłym stanowiskiem, na którym własnoręcznie osadził go przed kilkoma dniami.
- Rozpoczęło się śledztwo w sprawie zabójstwa Kary. Wiesz, o czym mówię, prawda? - zapytał nieśmiało, lecz przerwał, wciąż jeszcze skołowany na tyle, by nie być pewnym, jakie pytanie w tej nowej rzeczywistości, zadane któremu z członków watahy, mogło wydawać się głupim, a jakie zasadnym. - Jak nam wszystkim, zależy mi na tym, by szybko i skutecznie je rozwiązać. Nie pytaj proszę, dlaczego przychodzę z tym do ciebie... - być może tymi słowy wyprzedził nie tylko pytanie rozmówcy, ale i jego myśli. Sam podłapał je jednak tak łapczywie, jakby było kawałkiem świeżego mięsa w spalonym lesie. - Po prostu mam powody, by uważać, że to ty, generale, a nie nikt inny, masz serce i moc, aby dopilnować jego biegu.
Wysoki basior uważniej przyjrzał się przywódcy, nie zdradzając ani namysłu, ani żadnych emocji.
- Twój brat jest śledczym. Prace nad tą sprawą zaczęły się, a on im przewodzi.
- Właśnie... tak. - Na pysku alfy w ułamku sekundy mignął niedostrzegalny grymas. - Czy mogę liczyć na twoje czujne oko? Mimo wszystko i poza wszystkim?

- Mitriall. Chodzi o sprawę Kary.
- O sprawę Kary? - powtórzyła bezmyślnie, co z jakiegoś powodu przywiodło mi na myśl wykorzystywane czasem przez przesłuchiwanych próby zyskania dodatkowych sekund na wymyślenie błyskotliwego alibi. Zamknąłem oczy; otworzyłem oczy. Byłem zmęczony.
- O sprawę Kary - wycedziłem, w myślach zaciskając pazury na własnej tchawicy, w desperackim odruchu zduszając w sobie chęć przedrzeźnienia wadery. Panuj nad sobą, Szkło. Towarzyszu plutonowy. - Przede wszystkim, chciałem zapytać o wszystkie wskazówki, jakie dostałaś od przełożonych.
- Ja, jakich... - Ślepia wilczycy rozszerzyły się do niewyobrażalnych rozmiarów i obdarowały mnie jeszcze bardziej enigmatycznym spojrzeniem. A ja znów, jeszcze żarliwiej zebrałem siły, by nie pokazać jej swojego podenerwowania. Nie mogłem pozbyć się natrętnej myśli, że i tak krążyło go już wszędzie wokół mnie zbyt dużo. - Wszystkie?
- Tak, Mitriall. - Mój głos brzmiał tak ohydnie beznamiętnie, że byłem już niemal pewien, że wilczyca ma mnie nie tylko za oszalałego z wściekłości, ale i za skończonego chama. Trudno. - Potrzebuję dowiedzieć się, co o śledztwie mówili i mówią Hyarin, Agrest, stratedzy, ktokolwiek, kto jeszcze może chcieć czuć się tu królem.
Szczęśliwie byłem na tyle wyrozumiały dla nas obojga, że zdołałem darować sobie sztywne „Jeśli jednak zmieniasz zdanie i jesteś zmęczona, wrócę z tym pytaniem później”.
- Pojmuję. - Wilczyca opamiętała się do pewnego stopnia, na tyle skutecznie, że nie posądziłbym jej już o bycie wytrąconą z równowagi bardziej, niż reszta z nas.
- Zatem?
- Daj mi chwilę, proszę. - Przechyliła pysk, wyraźnie nad czymś się zastanawiając. - Dlaczego zwracasz się do mnie z tym pytaniem akurat dziś?
- Miałbym czekać? Czy nie daj losie przybiec w dzień rozpoczęcia śledztwa?
- Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś.
- Zatem?
- Theodore stwierdził, że należy połączyć przesłuchania w sprawie z przesłuchaniami poprotestowymi. Według niego mamy zbyt rozstrzelone siły. Czy jakoś tak.
- Uwielbiam, gdy ważne jednostki przekraczają swoje kompetencje - rzuciłem kąśliwie na gwałtownym wydechu. - Ale tym razem ma rację. Tak zrobimy. Nie możemy rozbijać na dwa zupełnie niezwiązane ze sobą śledztwa śledztw, które prawdopodobnie mają ze sobą punkt wspólny... i to być może ważny. Pozwolę sobie dodać to od siebie, jako śledczy najwyższy stażem - zakończyłem szybko.
- Co ciekawe, generał był temu przeciwny. Wczoraj słyszałam od Ry'a, że zarządził, aby przenieść dokumenty śledztwa do głównej sali, żeby przez cały czas pozostawały w puli codziennego dostępu.
- Dlaczego nas o tym nie powiadomiono?!
- Zapytaj syna - odparła sucho.
- Na szczęście moje słowo jest tu ostateczne - oznajmiłem głosem jak ubity grunt, bezbarwnym, lecz nieprzejednanym. - Czy to wszystko?
- Wydaje mi się, że tak. Szkło...
- Dobrze. Muszę wszystko zaplanować. Po prostu. Stąd to pytanie. Na jutro mieliśmy zaplanowaną wizję lokalną, ale mamy dużo pracy, Mitriall. Opinia naszego stratega tylko mnie w tym utwierdziła. Muszę prosić ciebie i Ry'a o pomoc podczas manewrów, chodzi o eskortę szeregowców w pobliże rzeki i stanie na straży na miejscu, podczas ćwiczeń. To powinno być zadanie zwykłych strażników, ale sytuacja na granicach jest tak napięta, że nie ma mowy o odrywaniu ich od swojej pracy. A tym bardziej oznacza to potrzebę przyśpieszenia z doskonaleniem naszego wojska.
Stabilna postawa. Trochę rozbiegany wzrok. Nie zdradzał ani jednej myśli.
Nie wiedziałem, czy dobrze robię. Gdzieś w środku, w trzewiach, czułem, że nie; i na tym nieprzyjemnym uczuciu postanowiłem na razie poprzestać. Co powinien zrobić wilk, który przed laty, jako ledwie podrostek doprowadził przed oblicze sprawiedliwości własnego ojca, mordercę i był współodpowiedzialny za wydanie na niego odpowiedniego wyroku?
Czy nie to samo powinien i chciałby zrobić z... własną córką? Oczywiście, to właśnie podpowiadało mi niezmiennie obecne pragnienie sprawiedliwości. Tym razem jednak świadomie tłumaczyłem sobie jego ślepotę. Ciri nie była bezwzględnym złoczyńcą, który szukał sobie kolejnych ofiar i z przyjemnością patroszył je za życia. Oczywiście, że nie była. Nikogo więcej nie zabije. Czy jestem tego pewien?
Ale jej wyrok również byłby adekwatny do czynu. Czy odciągając go nie staję się współwinny?
A może podczas wojny naprawdę nie powinniśmy skupiać się na prywatnych sprawach? Bez wątpienia, to poświęcenie w imię wyższego dobra.
A może wyraz mojej własnej słabości? Czy nie powinienem jak najszybciej ująć Ciri i umożliwić osądzenie jej? Kolejną sprawę doprowadzić do końca. Ku pamięci zmarłej.
Po trupach. O kogo troszczę się w tej chwili? O sprawiedliwość, czy o swoje dobre imię? Uznanie?
Poczekaj, Szkło. Taka decyzja wymaga czasu. Środków, których nie masz zbyt wiele.

Wybacz mi, Ciri. Nie zdołam dźwigać tego ciężaru przez długi czas. Chociaż nikt nie wie tak dobrze jak ja, że nie zasługujesz na wyrok, który czekałby mordercę.

< Mitriall? >

czwartek, 17 lutego 2022

Od Espoir - "Wyblakłe Słońce" cz.6.2

 Wspomnienie Zeusa
Pamiętam słońce, które delikatnie zaglądało w oczy mnie i mojej ukochanej, kiedy po raz pierwszy i ostatni szliśmy na tak daleki spacer. Niedługo jednak jego promienie rozpłynęły się, zabierając ze sobą szansę na powrót do domu. Stąpaliśmy po nieswojej ziemi, wdychając nieswoje powietrze i chciałbym myśleć, że byliśmy, chociaż prowadzeni przez swoje pragnienia, lecz mam wrażenie, że oto los postanowił się nami zabawić, nie dając nam wyboru na inny obrót spraw. Z natury byłem jednak nieufny, więc powoli budziła się we mnie groza, a wyciągniętych gałęziach drzew dopatrywałem się sideł, w jakie mogłoby nas złapać to miejsce. Wdech. Wydech.
— Czujesz to? — zapytałem.
— Co? Zapach wolności? — roześmiała się — Nie panikuj, przecież bywa tak, że dwójka wilków, które mocno się kochają, wracają do domu trochę później. Czasem już w trójkę... albo piątkę.
— Tak... być może po prostu panikuję, ale coś mi się nie podoba... nawet nie wiemy, czy ktoś tu mieszka i jakie ma zamiary i czy jutro nie skończymy z poderżniętymi gardłami. Tu mogą być jacyś... strażnicy — z każdym słowem mówiłem coraz szybciej i bardziej nerwowo.
— Zrelaksuję Cię — oparła pysk o mój grzbiet z przeciągłym mruknięciem — Kiedy się stresujesz, zadajesz za dużo pytań... — lekko zachwiała się na nogach.
꧁↝↝꧂

Oh. Jestem tylko niepasującym elementem układanki.
Coraz bardziej zatracam się we własnych emocjach, będąc ślepa na innych.
Jestem zakałą tego społeczeństwa.

I znów On. Złotooki. Bez imienia i bez wstydu.

Zaczął szeptać coś niezrozumiałego, wpatrując się we mnie głodnymi ślepiami, chłonącymi każdy skrawek mojego ciała. Byłam przerażona, lecz nie mogłam poruszyć żadną z kończyn, spętana siecią własnego umysłu. Nietrudno jednak było ujrzeć ostrzegawczo nastroszoną sierść, podkulony ogon i usłyszeć szybki świszczący oddech. Nie wiedziałam, czy moje żałosne ciało drżało z powodu temperatury, którą powinno już dawno zaakceptować, czy to resztki moich nerwów, nieprzyjemnie wibrowały.
—Powiedz mi, kim jesteś — wygrzebałam resztkę odwagi ze swojego wnętrza, przypominającego przygasający kominek, pokryty grubą warstwą sadzy, odgradzającej go od spojrzeń dociekliwych.
—Dlaczego Ci tak na tym zależy? Czy poznanie mojej tożsamości zagwarantuje ci bezpieczeństwo? Pomoże rozwiązać aktualne problemy? W każdej chwili mogę poderżnąć twoje gardło. Potwór i koszmar powinien zaspokoić twoją ciekawość, inaczej zaprowadzi cię ona w miejsca, których nie chcesz ujrzeć — w odpowiedzi na jego słowa instynktownie cofnęłam się, a moje serce nieprzyzwoicie przyspieszyło — Nie bój się. Nic ci nie zrobię — głos, który jeszcze przed momentem odgrodził nas niewidzialną ścianą, teraz wydawał się lekiem na zmęczone ciągłym stresem ciało. Taki spokojny i kojący, przy którym można by było utonąć w objęciach Morfeusza.
— Czego ode mnie chcesz? — warknęłam, czując się bezradna w obliczu obecnej sytuacji. Stek bezsensownych pytań i bezsensownych odpowiedzi coraz bardziej mnie męczył.
— A czy to gra w pytania? Przecież dobrze słyszałaś, co mówiłem Ci ostatnio.
— Sądziłam, że to sen i że gdy się obudzę, wszystko będzie w porządku. A ty wciąż tu jesteś, a Kara nadal nie... Ona nie istnieje. Dlaczego dalej mnie zadręczasz? Dlaczego akurat ja? Nie ma więcej... dobrze zapowiadających się wilków? — chaotyczna wypowiedź wylewająca się z mojego pyska, znów trąciła moje sumienie. Kara. Nie. Żyje. Zniknęła na zawsze, zatopiła się w nicości, do której żywi nie posiedli klucza.
— Bo jesteś dobrą partią — mruknął wyraźnie rozbawiony
— Co?
— Jesteś dobrą partią — powtórzył bez cienia zawahania — Masz ostre pazury, zęby i mrok w sercu — położył łapę na moim grzbiecie. Wyjątkowo dotkliwie dotarło do mnie wtedy, jaka jestem malutka. Jak owad, którego można znieść.
Westchnęłam głęboko, próbując zebrać się w sobie.
— Kiedy decydujesz się mordować, musisz być nieco silniejsza. Wiesz, co sprawia, że czuję się silny? — cicho zapytał, przecinając swoim głosem gęstniejącą atmosferę, niczym ostrzem.
—Nie chcę mordować. To był przypadek — ledwo wypowiedziałam te słowa, walcząc, aby choć trochę skryć moje skłębione uczucia.
— Natura. Natura ma tak wiele darów dla ciebie — zignorował moje słowa i zamyśleniu wpatrywał się we mnie.
— Natura? — mruknęłam niechętnie.
— Chociaż, tak patrząc.... jesteś sama sobie chaosem, nie trzeba go dokładać twojemu umysłowi. Może trzeba cię po prostu rozluźnić — po jego słowach, instynktownie się cofnęłam i zadrżałam — Nie, nie o tym mówiłem, lecz oczywiście, jeśli chcesz, możesz zapłacić mi w naturze — w odpowiedzi prychnęłam z oburzeniem — Ej. No, żartowałem, nie obrażaj się.
— Czy jest ktoś, kogo znam ja i znasz ty? — zapytałam, próbując podejść go od innej strony i wstrzymać się na temat komentarza dotyczącego jego dziwnych wypowiedzi i nieśmiesznych żartów.
— Nie odpuścisz, prawda? — zaśmiał się, co w ogóle nie pasowało do jego poważnego wyrazu pyska, gdyż niegdyś miałam wrażenie, że tacy, jak on nie śmieją się, dopóki nie stoją nad zwłokami swoich wrogów — Tak, był ktoś taki. Ten ktoś niefortunnie dobierał towarzyszy, ale mimo to nie stracił siebie.
— Kolejna zagadka — jęknęłam — Dlaczego świat musi być aż tak skomplikowany?
— Im więcej odpowiedzi, tym więcej pytań. A im mniej wiesz, tym lepiej śnisz — złotooki wyrwał mnie z przemyśleń, dając mi poczucie, jak gdyby moje serce zatrzymało się na moment.
— Powiedziałam to na głos?
— Powiedziałem to na głos? — zawtórował — Cóż, chyba wystarczy Ci na dzisiaj.
— Stój! — rzuciłam się w jego kierunku w trochę naiwnym impulsie, próbując stanąć mu na drodze. Wiedziałam, że nie odzyskam spokoju, póki nie dowiem się wszystkiego.
— Dobrych snów, Mitriall — bez wysiłku odepchnął mnie na bok i szybkim krokiem poszedł w swoją stronę. Chciałam za nim pobiec, lecz moje kończyny pozazdrościły korzeniom drzew, mocno trzymając mnie w miejscu. Odwróciłam zesztywniałą szyję i szorstkim językiem przejechałam po aksamitnej sierści pokrywającej część miejsca, w którym basior niezbyt delikatnie dotknął po raz ostatni. Spłynęłam na zmrożoną ziemię włosami, których się nałykałam. Wdech. Wydech.
Nigdy nic nie będę znaczyć — myśl przechodząca przez moją głowę, wydająca się przyjść bez powodu. Tak bardzo dotknęła mojego przewrażliwionego serca.
꧁↝↝꧂

Szkło. Miałam wrażenie, że każdy oddech, jaki ostatnio brał, robił pod wodą. Tak ciężko było mu wstawać, stawiać kolejne kroki jakby nic się nie stało, mijać wilki, którym jeszcze prawdopodobnie niedawno ufał. Gdy ujrzał moje oblicze, posłał mi zmęczony uśmiech i odchrząknął.
Mitiall? Mogę Cię na chwilę na bok? — mówił spokojnym tonem, ale mimo tego wzdrygnęłam się nieznacznie. Czy podejrzewa mnie o zabójstwo Kary? A może chce mi powiedzieć coś, czego wolałabym nie słyszeć na temat wojny? A może... może... znów pozwoli mi się odprowadzić do domu?
—Oczywiście — starałam się wyglądać na równie opanowaną co on, niestety moje wysiłki chyba nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, w czym utwierdziło mnie kolejne pytanie basiora.
—Wszystko w porządku?
— Tak... po prostu... martwi mnie... to, co dzieje się w watasze... — wymamrotałam, czując, jak moje oczy robią się mokre. 
Mitriall — wyszeptał — Nie jesteś w tym sama. Damy radę. Wygramy z tymi...tymi...niegodnymi stąpania po naszej ziemi towarzyszami, a odpowiedzialni za zabójstwa skończą trzy metry pod ziemią.
Trzy. Metry. Pod ziemią. Mój Boże, w którego nie wierzę.
— Co chciałeś? — zapytałam chłodno. Jestem winowajcą. Powinnam umrzeć.
— To teraz nie jest ważne. To znaczy... istotnie jest bardzo ważne, ale nie powinnaś nad tym myśleć w takim stanie. Prześpij się i porozmawiamy.
— Nie, Szkło. Wątpię, że sen w czymkolwiek pomoże. W sytuacji, jaką obecnie mamy trzeba działać szybko i nikt nie będzie się nade mną litował, kiedy obudzę się, podczas gdy to mi będą chcieli poderżnąć gardło — zdziwiłam się swoim stanowczym tonem — I... nie wiem, czy mogłabym zasnąć z myślą, że coś niepokoi mojego najdroższego kolegę śledczego — czar opanowanej wilczycy prysł, pozostawiając za sobą niesmak. Widząc zmieszanie na pysku Szkła, byłam pewna, że lepiej byłoby, gdybym ugryzła się w język.
꧁↝↝꧂

— Jak tam, Vitale? — zapytał Rubid, patrząc oceniająco na psychologa.
— Dalej tragicznie. Unika mnie już na każdym kroku.
— Ty miałeś jej pomóc, a nie robić za potwora. Ja jestem już wystarczająco brzydki, żeby miała przed kim uciekać.

<Szkiełko?>






sobota, 1 stycznia 2022

Od Szkła - „Rdzeń. Życie bywa niejasnym dobroczyńcą” cz. 4.2


- Hyarin? To niezwykłe - powiedziała cicho Flora, składając jeden z ostatnich koców, które następnie miały zostać ponownie położone na siennikach chorych. Przez grzeczność skinąłem głową. - Wiesz, wydaje mi się... ale to głupstwo. Znam go tylko stąd. Pewnie znam go zbyt słabo.
- Nie, Floro. Podejrzewam, że nie znasz go dużo słabiej, niż Agrest. Niekiedy jego decyzje pozostają dla mnie nieodgadnione. - Skrzywiłem się lekko, nie wiedząc, co odrzec na wątpliwości, które uzewnętrzniła. - Ale jest błyskotliwym politykiem. Przynajmniej kiedyś był. Zaufajmy jego decyzjom. Być może ten majestatyczny basior pokaże nam jakieś nowe oblicze.

Rosną drzewa, rosną dziwne drzewa
Pokręcone ich konary
Wiodą z sobą dziwne swary
Słychać szum dziwnych drzew

- A ty, Szkło?
- Co, ja? Kim jestem? Dobrze wiesz, kim jestem.
- Nie o tym mówię. Więc Agrest proponował ci zajęcie swojego stanowiska?
- Trajkotał przez niego jego własny lęk.
Każdy, kto nie okazał się zdrajcą godnym szubienicy, martwił się o przyszłość watahy. To zupełnie normalne, myślałem. Tym bardziej cieszyłem się z zaufania, którym akurat mnie obdarzano. Potrójnie cieszyłem się, widząc skierowany na siebie, pełen otuchy, wzrok przyjaciela; a raczej tego, kto pozostał przyjacielem. Dlatego uśmiechnąłem się do niej, pogodnie, jak gdybyśmy wcale nie mieli powodów, by czuć wszechobecne zagrożenie.
- Doprawdy, dziwny czas nastał. - Wraz z jej ostatnim słowem, ostatni, równo złożony, wełniany koc upadł na stosik innych. Wadera z westchnieniem otarła czoło łapą. Widziałem, że jest zmęczona. Była od dawna, nie inaczej zresztą, niż ja sam.
- Tak - przytaknąłem sucho. - Ale cóż to dla nas oznacza? Nową pracę, którą trzeba wykonać z nadzieją na owoc słodszy niż ten, którym nakarmiono nas do tej pory.
Popatrzyła na mnie przelotnie, być może licząc, że nie dostrzegę niepokoju, który chyłkiem przylgnął do jej źrenic. Nic nie odrzekła, przechodząc do następnego punktu w wykonanej przez siebie pracy. Podążyłem wzrokiem za jej smukłą sylwetką. Każdy kolejny ruch przypominał krok poloneza. 
- Dobrze, że to miejsce ma jeszcze takich... jak ty, Floro. - W ostatnim świadomym uniku zdołałem powstrzymać się przed dodaniem do jednoosobowej listy imienia, którym nazwano mnie. Wciąż jeszcze potrafiłem to zrobić. Wciąż zachowywałem trzeźwość, pozwalającą ocenić przyczyny i skutki wydarzeń. Nie trapiły mnie jednak kłopoty z pamięcią; nie wypłynęło z niej to wszystko, co na swój temat słyszałem od postronnych. Z pieczołowitością przemyślawszy każdą rację, dałem sobie pełne prawo do powtarzania tego przynajmniej w myślach.

Rosną drzewa, rosną proste drzewa
Obdarzone ponad miarę
Dumne swej urody darem
Śmieją się z dziwnych drzew

Godzina mijała za godziną. Życie toczyło się dalej, swoim sennym, zimowym tempem.
- Nie możemy dać im pola do manewru, zanim sami nie zrobimy ruchu - zawarczałem, być może nieco zbyt płomiennie. Jak zresztą inaczej mógłbym mówić o sprawie tak palącej, jak lęgnący się pod naszym progiem spór z, do niedawna, naszymi największymi sojusznikami? Myśli obojętnych na ten temat wcale nie miałem już w głowie. - Chcesz czekać, aż przyjdą po to, co uważają za swoje?
- Sekretarz to nie prosty watażka. Nie zrobiłby tego. - Agrest już od pierwszych chwil rozmowy próbował przyjąć postawę skrajnie zachowawczą. A ja nie mogłem na to pozwolić.
- Więc skąd w ogóle wziął się zerwany sojusz? Spodziewaliśmy się tego? To znaczy... - urwałem, jakby mój głos przez krótką chwilę sprężynował na cienkiej nitce, skazanej na pęknięcie. - Ty być może tak.
- Szkło... przecież wiesz...
- Proszę o ciszę, teraz. - Nymeria przerwała mu, bezprecedensowo zwracając się do mnie. - Szkło, po co te oskarżenia? Przecież dobrze wiesz ile są warte.
- Przepraszam - odrzekłem bez zastanowienia. Bo... tak, wiedziałem.
- Ja też uważam, że zamiatanie pod dywan nie jest najlepszym wyjściem - dodała roztropnie, choć jej zamysł pozostawał dla mnie nieodgadniony. - Ale tym bardziej bezrozumne byłoby wypowiadanie im teraz otwartego konfliktu. - Ach. A więc co do jej intencji wszystko jasne.
- Chcę tylko, abyście wiedzieli, że jesteśmy przygotowani do walki - rzuciłem ponuro.
Byliśmy. Jak nigdy. Ze stadem szeregowców ściągniętych ze wszystkich kręgów watahy, o woli źdźbła perzu na łące i duchu nie potężniejszym, niż ten, który siedzi między motylimi skrzydłami. A jednak w razie potrzeby poprowadzilibyśmy ich, z generałem, do boju. Choćby kosztem przerzedzenia szyków. Nawet jeśli na wieki miałoby ucichnąć echo łap połowy tego plutonu zdrajców.
Miałem z nimi niemal ciągłą styczność. Obserwowałem każdego z nowo powołanych wilków, aby być pewnym jego sił, które zamierzaliśmy wszak wykorzystać do własnych celów.
Nasz czas płynął szybciej, niż sądziłem.

Zaczęło się od wybuchu.
- Co... Sz kurrr?! - Na moment tracąc równowagę w tylnych nogach, zatoczyłem się lekko i cofnąłem. Z mojego gardła wyrwało się coś na kształt nerwowego chichotu, bezlitośnie przemieszanego z warkotem. - To żart?!
- Nie. - Tylko ascetyczny ruch, symboliczne zakołysanie długim ogonem zdradziło, że generał nie jest martwą, drewnianą kukłą. A być może i ekspresja nie pozbawiała do końca co do tego wątpliwości; wszak z gardła wilka wydobywał się głos tak i szorstki, że równie dobrze mógłby należeć do jednej ze starych, zapomnianych przez życie i odwiedzanych tylko przez wicher, samotnych sosen w naszych bagnistych lasach. Hyarin był... może nie spokojny, lecz niewzruszony. Już niewzruszony. Lodowaty jak zimowy wiatr, pusty jak zimowe pole. Jednym krokiem wśliznął się w nasz chocholi taniec i zrównał z resztą, znikając gdzieś w tłumie tęgich umysłów tej ziemi. Czyżby on też potrafił być, tak jak my, po prostu zwyczajnie i żałośnie nieskuteczną instytucją?
Moje wrzenie w zetknięciu z jego opanowaniem zrodziło pewien zgrzyt. Zawahałem się, jak gdyby nieokreślony instynkt raptem oblał moje ciało lodowatą wodą, po czym rzekł mu: popatrz i dostrzeż. Pomny przeszłości, waszej wspólnej przeszłości. Odciągnij tego wilka od jego własnej granicy. A przynajmniej nie pchaj go w przepaść; jeszcze krok, a będą kopać wam dwa groby! Przecież wiesz, kim on jest.
Groby? Powinni nam tu grać na skrzypcach.
Zapalcie nam czasem świeczkę.
- Co zrobili?!
- Porwali.
Pomiędzy nami stężało powietrze; zanurzyliśmy się w łatwopalnej ciszy. Oto wpatrywaliśmy się sobie w oczy, oczekując chwili, gdy jeden, z boku niedostrzegalny ruch, rozbłyśnie iskrą, która doprowadzi do eksplozji. Bliższej z każdą sekundą. Jednak złote ślepia nie pozwoliły sobie nawet na drgnienie. Wreszcie to bursztynowe zalśniły, lecz nie płomieniem trawiącym trzewia, a swoim własnym, znajomym blaskiem wilgoci, który ostatnio częściej pełzał po tych oczach, niż w nie wsiąkał.
Odetchnąłem. Raz, drugi. Mgło, zsuń się z moich źrenic.
- Szkło. - Za jakiegoś powodu doskonale wyczuł moment, w którym byłem gotów do przyjęcia polecenia. Rozluźniłem powieki i znów podniosłem na niego wzrok. - Wiem, że była twoją bliską przyjaciółką.
- Jest - wyszeptałem. - Nie porwali ich, żeby zabijać.
- Masz rację. Zwołaj do mnie strategów, strażników i stróżów. Teraz.
Jeszcze krok do tyłu. Jak pijany kiwnąłem głową.
Nie jestem w stanie z całą pewnością powiedzieć, czy moja droga trwała raczej dwadzieścia minut, czy dwie godziny. Z krzepnącego na mrozie języka kapały krople wodnistej śliny, a śnieg przymarzał do rozgrzanego brzucha. Wtenczas wszystko, co istniało, na chwilę zamieniło się w rozmyty w ruchu las. Szkło, wysłannik skupiony na zadaniu, zdyszany i zmęczony wilk. Z wiadomością, której jeszcze nie poznał nasz mały świat.
Niestety nie byłem posłańcem tak szybkim, jakiego było nam potrzeba.
Zaciskałem wtedy kły, napinałem szyję i pierś, żeby lecieć. Gdybym miał skrzydła, użyłbym ich natychmiast. I poleciałbym szybciej, niż ktokolwiek by podejrzewał. Czułem to.
Ostatecznie, byłem jedynie zwyczajnym wilkiem, któremu pozostawały tylko cztery łapy i mocny grzbiet.
Gdy jako mały szczeniak biegłem przed siebie, tylko po to, by pobiec trochę szybciej i dalej niż poprzedniego dnia, by niewyżyte mięśnie przestały trząść się z podniecenia, ile razy marzyłem o skrzydłach? Czy mogłem choć w sennych koszmarach przypuszczać, w jakich okolicznościach i kiedy powróci do mnie to marzenie? Miałem chęć już tylko zatrzymać się, uspokoić serce, oddech, westchnąć bezgłośnie i jeszcze przez chwilę wpatrywać się w tak nieosiągalne niebo.
Ach, ileż mógłbym tam... gdybym tylko miał skrzydła.
Wreszcie moje łapy zatrzymały się na śniegu, wydeptanym przez wiele mniejszych i większych łap, nad wejściem do leżącej na uboczu nory.
Teraz było tu zupełnie cicho. Postronni mogli odnieść wrażenie, że wilki zamieszkające to urokliwe ustronie zdawały się być trochę poza wszystkim. Lecz mimochodem nie dało się zauważyć pustych miejsc, które kiedyś służyły za posłania. Przy okazji nie sposób było dosłyszeć, że wśród wypływających spod ziemi głosów kogoś już zbrakło. Czy naprawdę wojna, jeszcze zanim się rozpoczęła, już odebrała przyjaciela każdemu z nas?
Kto będzie następny?
Czy był w naszej watasze ktoś jeszcze, kto nie wiedział, że wojna najmocniej odbije się na najmniejszych i najsłabszych, na najwrażliwszych i najodważniejszych? Podobno podczas wojny społeczeństwo przekształca się, przy czym zawsze podąża w złą stronę. Ma miejsce stopniowa deprawacja nie tylko jednostek, ale i całych grup. Ich struktury plączą się lub w ogóle rozpuszczają. Dlaczego? Bo tak często giną ci, którymi kieruje idea. Przeżywają natomiast śmiecie, pierwotniaki i bezwzględne pasożyty, które wygrzebią się spod ziemi choćby po sztywnych grzbietach martwych przyjaciół.
- Pinezko! Yir. - Tupnąłem w ziemię, wywołując mieszkańców. - Zebranie w jaskini wojskowej! Teraz!
Lista imion powoli malała. Zanim zapadł zmrok, wszyscy byliśmy na miejscu. Tym razem wszedłem tam jako ostatni, ramię w ramię z Duchem, który ledwie przed kwadransem dowiedział się, że czas rzucić wszystko i stawić się na wezwanie. Dostojny przywódca znów stał u szczytu zgromadzenia, by lać z pyska zdania, parzące jak wrzątek.
- Dziś rano w jaskini medycznej miała miejsce napaść, dokonana przez nieznanych sprawców. Ściany i podłoże nosiły ślady walki. Wewnątrz przebywały trzy osoby: medyk, Flora, psycholog w stanie spoczynku, Vitale, a także emerytowany zielarz, Mszczuj. - Cisza, jaka zapadła wśród zebranych, tężała. - Ich ciał nadal nie znaleziono. Po wstępnych oględzinach miejsca zdarzenia i przesłuchaniu świadków przyjmujemy, że doszło do uprowadzenia.

Kiedyś ranem, kiedyś letnim ranem
Niespodzianie przyjdą drwale
Wytną proste, ładne bale
Będzie z nich cudzy dom

- Kto przeprowadził te oględziny? - Właściwie nie wiem, dlaczego zadałem to pytanie; zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak nieudolnie starałem się zlekceważyć narastające wraz z każdym kolejnym słowem drżenie głosu. Złość? Frustracja, rozpacz?! - Dyżurowałem dziś przez cały dzień. Dlaczego nikt nie zgłosił sprawy do jaskini wojskowej, jak należy? Jako śledczy nie zostałem nawet wezwany na miejsce.
Generał popatrzył na mnie z uwagą.
- Ponieważ wilkiem, który zastał tę sytuację był śledczy. Ry. Nie było potrzeby angażować w to towarzysza plutonowego.
Przełknąłem ślinę, aż coś zapiszczało mi w głowie.
- Rozumiem.
- Ale kto? - z pyska nowej stróż, Domino, wyrwał się mocny, acz łamliwy głos. - I dlaczego...
- Jedyną logiczną odpowiedzią jest WWN - mruknął strateg, Theodore.
- No tak. W ten sposób nadrabiają własne braki w służbie zdrowia? To nie... niepojęte.
- Zrobić coś takiego?! W biały dzień? - ponad naszymi głowami poniosły się okrzyki. Trudny do zniesienia ucisk pochwycił moje wnętrzności. W umyśle wzbił się tuman przeróżnych i chwilami sprzecznych uczuć. Gniew, marazm, podniecenie. Wreszcie, gdy oszołomieni słuchacze, a ja wraz z nimi, ostygliśmy po pierwszym uderzeniu, gdzieś pomiędzy innymi myślami, mignęła mi i wątpliwość. 
- WWN? Zrobiliby coś takiego? - wymamrotałem sam do siebie, po czym dodałem głośniej - przecież musieliby być świadomi, że będziemy ich podejrzewać. Wiedzą, że doskonale znamy stan ich gospodarki.
- Dla nas jest to oczywiste - odrzekł Theo, posyłając mi szybkie spojrzenie. - Ale dla nich nie musi być. Jeśli wilki odpowiedzialne za strategię wojenną pracują tak samo, jak ichniejsza jaskinia medyczna, wszystko jest możliwe.
- Nie klei mi się to - oświadczyłem wprost - przez lata służyłem razem z ich śledczymi. Znam ich wojsko.
- Słowem, za wcześnie na osąd - znów rozbrzmiał głęboki głos Hyarina. - A jednak trzeba działać. Liczy się każda chwila.
W milczeniu skinąłem głową, bez zastanowienia, a całym sobą potwierdzając jego słowa.

Rosną drzewa, rosną dziwne drzewa
Odrzucone będą stały
Wciąż dziwniejsze wyrastały
Rzucą nam dobry cień

- Jeśli wysłalibyśmy do nich posłów, powiedzieli otwarcie co nas spotkało i ostrzegli przed tymi nieznanymi sprawcami, wiedzielibyśmy, czego się po nich spodziewać. Być może udałoby nam się nawiązać jakąkolwiek nić współpracy. Każda byłaby cenna! - oznajmiłem.
- Jeśli to naprawdę WWN, powinna już wkrótce wypowiedzieć nam otwartą wojnę - Theodore powiedział to jak prawdę objawioną.
- Dlaczego? - odezwała się strażniczka, Pinezka. - Mogą wyprowadzić ich gdzieś na rubieże i tam ukrywać.
- Ukrywać, równocześnie wykorzystując do pracy? Wolne żarty. Może w drobnej mafii, lecz nie w całej watasze. Chyba, że w kilka dni wszyscy zamienili się tam w jedną wielką grupę przestępczą.
- Co zatem radzicie, stratedzy? - zapytał Hyarin dobitnie.
- Porozumienie, nasze, wewnętrzne, rzecz jasna - odparł Theo, który już na początku podbił zebranie swoim głosem. - Wysłać do nich nie poselstwo, lecz szpiega.
- Teraz? Od razu? - znów wtrąciłem półgłosem.
- Nie ma na co czekać.
- Racja...
- Oczywiście jeśli jakimś cudem nasz szpieg jednak się zdradzi, stracimy podwójnie... a może i potrójnie. - Spoważniał. - Ale mamy przecież świetne zaplecze wojskowe.
- Być może popełniamy błąd.
- Historia pokaże.
- A kto będzie pisał tę historię?
- My. Zwycięzcy.
- Mamy dwójkę szpiegów. Kto pójdzie? - do rozmowy ponownie włączyła się Domino.
- Proponuję Simone  - odpowiedział Theo. - Jest na tym stanowisku już jakiś czas, zna realia, powinna dać sobie radę. Kawka jest za młoda. Zresztą już ją tam znają. Łatwiej byłoby jej rzucić na siebie cień podejrzeń, a w najgorszym razie mogliby sami skłonić ją do przyznania się, że jest szpiegiem.
Natarczywy wykrzyknik w mojej głowie stopniowo rozmywał się i nikł w oczach. pragnienie, które zdominowało mój umysł i krzyczało: „Musisz ich powstrzymać!” zacierało się wraz z nim, aż wreszcie zostało ostatecznie zastąpione przez chłodne „A więc dobrze”.
Opuściłem jaskinię w stanie prozaicznego roztrzęsienia. Miałem ochotę wgryźć się w pień pierwszej lepszej sosny i szarpać, dopóki nie naciągnę sobie jakiegoś mięśnia i nie przyprawię się o ból karku.

Rosną drzewa, rosną dziwne drzewa
Tak jak stoją będą stały
Stojąc będą umierały
Nie powali ich byle grom

Agrest westchnął, a w westchnieniu tym kryło się niepomiernie więcej bólu, niż miał w zwyczaju okazywać do niedawna. Przez krótką chwilę podpierał czoło na krańcach palców jednej z łap. Coraz chudszy, bardziej przezroczysty, lecz nadal niepozbawiony swojego... nie, nie żaru, bo ten zdawał się wygasły do ostatniej widocznej na stosie gałęzi, odkąd leżący bez życia, na łące przed własną jaskinią, oprzytomniał; tamtego dnia, gdy wszystko się zaczęło. Nie odwagi, bo nigdy nie była ona jego pierwszoplanową cnotą. Nie dumy, bo wiedziałem doskonale, że w głębi duszy nie lubił nawet tego słowa. W nim tlił się jeszcze jego własny, wyjątkowy duch.
Otrząsnął się z zadumy jeszcze zanim ja zdążyłem zatrząść się z niecierpliwości.
- Wygląda na to, że Delta i Yir będą musieli na pewien czas wspólnie przejąć jej rolę.
- Delta? Mówisz o tym samym Delcie, o którym myślę? - zawarczałem.
- Tak, o jednym z najbardziej zaangażowanych w swoją pracę medyków, jakich mieliśmy w WSC od bardzo dawna.
- O tym, kto stanął u boku Admirała? Admirała, wiesz, o którym śmieciu mówię?
- Szkło, twoja myśl jest słuszna - powiedział spokojnie, ostrożnie zaglądając mi w oczy. - Ale pierwsze zawsze jest dzisiaj. Na wczoraj popatrzymy, gdy tylko będziemy mieć pewność, że dzisiaj jest bezpieczne.
Nie wiem, kiedy w ruch poszły kły. Prawdopodobnie w jednej, krótkiej chwili. Skoczyłem w jego kierunku, tak jak ledwie kilka dni wcześniej przywarłem do gardła krzyczącej Porzeczki. Ale wyglądało na to, że mój brat spodziewał się tego ruchu. Ach. Potrafił sprawnie przewidywać.
Gdy posłał mi uderzenie prosto w pysk, trafił, choć dosyć słabo, jednak celnie, w porę zatrzymując mój atak. Przez moją krtań z trudem przecisnęło się gorzkie sapnięcie. Splunąłem na kamienną podłogę jego jaskini śliną zabarwioną na purpurowo. Z boku dobiegło mnie, równie słabe jak jego cios, słowo.
- Braciszku...
- Nasza wataha. Dom wariatów. Cholerny dom wariatów - fuknąłem, przyciskając wierzch łapy do wargi, pod którą kryło się pulsujące z bólu dziąsło.
- Szkiełko, przyznaj, że ty też nie najlepiej się czujesz. Wiem, stała się tragedia. Już nie pierwsza zresztą. To odbije się na całej watasze, musimy być tego świadomi. Ale trzeba układać plan i działać. Jesteś nam potrzebny, Szkło. Twoja znajomość całej tej ziemi i biegłość w swoim zawodzie. Ale powinieneś odpocząć. Chociaż kilka dni. Najlepiej, wiesz, byłoby dla ciebie odpocząć w odpowiednich warunkach.
- No... powiedz to - wycedziłem, patrząc na niego przez zmrużone oczy.
- Szkło. Nie zrozum mnie źle. Chodzi o przerwę! Wysyłam cię na krótką przerwę, dla twojego spokoju. Mitriall i Ry na pewno dobrze zajmą się sprawą porwanych. Mogę wierzyć, że pójdziesz teraz do jaskini medycznej? Zrobisz to dla mnie, Szkło? - jego głos drgnął i dziwnie osłabł z sekundy na sekundę. - Potrzebuję twojej pomocy jak nigdy wcześniej. Nie możesz mi się teraz potłuc.
- Dobrze - szepnąłem. Cóż mogę poradzić na miłość? Była silniejsza nawet niż mój własny żal. Do siebie i wszystkich wokół; a najbardziej do niego, do Agresta, za wszystko.
- Musimy... ja muszę mieć cię ze sobą.
Gdy wyszedłem, było już pewnie dobrze po północy. A więc o tej godzinie miałem powiadomić Deltę i Yira o nowych stanowiskach? To znaczy, Yir nie był kłopotem. Kłopotem był Delta. Ale czy dlatego, że miałem opory, przed odwiedzeniem tylko jednego z nich? Tak. Yir nie był kłopotem, Yira czekała po prostu kolejna, nagła zmiana w życiu. Powie o tym Pakiemu, razem przemyślą, jak teraz z tym żyć.
Kłopotem był Delta.
I to do jego norki, wypełnionej cichością, złymi snami i stadkiem szczeniąt, które samotnie usypiał co wieczór, tej nocy szedłem jak na skazanie. Bo to nie czas i nie miejsce na wieści takie, jak te. Zresztą jaki czas właściwie byłby dobry na wiadomość, że z najniższej klasy zapomnianych przez los i wilki indywiduów w trybie natychmiastowym awansujesz na jeszcze ciepłe stanowisko po uprowadzonej lub zabitej przyjaciółce? Naprawdę aż tak dużą różnicę robi, czy dowiesz się o tym obudzony o trzeciej nad ranem? A co potem? Potem: zabierz tam ze sobą tego, kto jeszcze przed kilkoma dniami kazał wykręcić ci łapę? Daj mu miejsce w cichym kącie i udaj, że nie słyszałeś lub nie zrozumiałeś, jaki tym razem cel ma jego wizyta?
To tylko kilka dni. Tylko kilka dni.
Gdzie jesteście? Czy żyjecie? Dali Wam ciepłe koce? Śpicie teraz na mrozie? Leżycie pod ziemią? Co się z Wami dzieje?
A co się dzieje z nami?

Kiedyś ranem, kiedyś letnim ranem
Niespodzianie przyjdą drwale
Wytną proste, ładne bale
Będzie z nich cudzy dom

C. D. N.

piątek, 10 grudnia 2021

Od Szkła - „Rdzeń. Nowe Dno”, cz. 4


Więc Lucyfer rzekł do mnie:
Pogadajmy spokojnie
Hej chłopaku, jak chcesz dźwignąć swój los?
Nawet głupi ci mówi
Nie podskoczysz królowi
Lepiej ze mną nabijaj swój trzos

Koralowe promienie porannego Słońca zdawały się o wiele żywsze w miejscu, gdzie odbijały się od lekko tylko zmąconej tafli wody. Nieco dalej, w lesie, rozbijały się o bezlistne drzewa i łagodniejsze docierały do jaskini wojskowej. Tam świt również był na swój sposób piękny.
I tam właśnie, pierwszy raz od dawna, jedliśmy wspólne śniadanie wraz z bratem.
- Czy my naprawdę jesteśmy podistotami? Czy my kradliśmy, czy zabijaliśmy? Czy pozwalaliśmy na rzezie? Ciebie wszyscy szanują, doceniają... a mnie? - pytał cicho Agrest. - Wiem, że nigdy nie będę mógł się z tobą równać. Wiem to. Wybacz. Ale popatrz na mnie, spójrz na mnie... proszę. Powiedz mi, dlaczego to wszystko się stało? Ja wiem, nieraz oszukiwałem, kłamałem, manipulowałem. To wszystko była polityka, to wszystko władza. Władza i bezrozumne ambicje, nie byłem gorszy od innych przywódców... ale kto mógł wiedzieć o tym, co działo się za zamkniętymi drzwiami.
Słuchałem bez słowa. Zawiesił głos, by po chwili odetchnąć z rezygnacją.
- Spójrz... odkąd zostałem alfą, czy coś strasznego zrobiłem? Komu? Powiedz mi szczerze, skąd to wszystko?
- Skąd to wszystko - powtórzyłem wolno.
- Skąd nienawiść?
- Agrest, to nie nienawiść, oni po prostu...
- Do cholery. - Pchnięty odruchem podniósł głos, na co umilkłem. - Odebrali mi... dom i wszystko co miałem. Zresztą wiesz, chociażby nawet dziś lub jutro to wszystko poszło z dymem, trudno. To można odbudować. Wiesz, czego nie odzyskam? Mój Boże, słyszałeś co jest jedynym, czego nie można zwrócić?!
- Spokojnie.
- Masz rację. To wcale nie o nienawiść do mnie chodzi. I to boli, Szkło. Bardziej niż ich nienawiść, bardziej niż tęsknota za domem, niż mój tchórzliwy strach o własne życie.
- Mówisz o uczuciach, to bezsensowne okrucieństwo względem siebie samego. Uczucia bywają niezależne od nas, bracie.
- To nie jest okrucieństwo - warknął łamliwie - wiesz, co nim jest? Okrucieństwem jest kazanie komuś uklęknąć na ziemi, którą kochał całym sercem, tylko po to, żeby do morderstwa dołożyć poniżenie.
- Ja... nie wiem, co powiedzieć.
- Oni go... - Agrest urwał na ledwie sekundę. Tyle wystarczyło, by przed oczyma mignął mi obraz chwili, w której ostatni raz popatrzyłem na nieruchome, szare pióra. - To boli, Szkło. To boli, to mój największy grzech. To nie on, a ja powinienem wtedy tam pójść.
- Był też moim przyjacielem, ale ani mój, ani twój ból nie zwróci mu życia. A ty musisz żyć i spróbować jakoś przywrócić spokój naszej nieszczęsnej ziemi.
Kolejne sekundy upływały w ciszy. Wiedziałem, że czeka, bym powiedział coś jeszcze i zakończył jakąkolwiek inną myślą. Przeliczył się.
- Nie, nie dam rady tego zrobić. Nawet teraz chowam się przed nimi jak szczur - ściszył głos niemal do szeptu. - Posłuchaj, a może jednak zrzeknę się tego stanowiska, na twoją korzyść? Co? Nikomu nie ufam tak, jak tobie, a z tobą wszyscy się liczą.
Decyzja była szybka, ale najwyraźniej żadne wewnętrzne pragnienie nie kazało mu wahać się nawet przez moment. Szukając w pamięci odpowiednich wyrazów, popatrzyłem na niego smutno, a po dłuższej chwili jedynie pokręciłem głową. Gest ten zgasił płomyki nikłej nadziei, które zdążyły już pojawić się w jego oczach.
- Nie znam się na polityce. Zresztą chyba nawet nie chcę się znać, nie nadaję się do tego. Ale pomogę ci, jak tylko będę mógł, ze swojego miejsca.
- Polityka. To tak ponure... Byłem tak głupi... Tak głupim szczeniakiem...
- Agrest, udało ci się wyjść z zupełnej biedy, wykształcić i zostać alfą. O czym ty mówisz?
- Ale ty... - Uśmiechnął się przez łzy, zawieszając na mnie słaby wzrok. - Ty nigdy tego nie rozumiałeś. Kiedyś cię za to nie cierpiałem. Ale tak cię wychowano tutaj. W osnówce z nieskalanej moralności, otoczeni dobrem jak nasiona miąższem. Bez pytań i wątpliwości. Którego z nas los bardziej wypaczył?
- Nawet nie wiesz, ile miałem w życiu wątpliwości - odmruknąłem, odwracając wzrok na niezmiennie falujące poza jaskinią gałęzie dziesiątek świętych drzew.
- Mnie... tak wychowali, WSJ tak mnie wychowała. Ja wiem, to żadne usprawiedliwienie. Ale nie potrafiłem inaczej... i chyba nadal nie potrafię. Ale czy to zbyt wiele, bym żył? Czy to za wiele, by żył ktoś, kto zawinił tym, że przy ognisku siedział zbyt blisko mnie?

Chodźmy razem więc w drogę
Będziesz mówił o Bogu
Ja ci zrobię fantastyczny PR
Kiedy trzeba się schowam
Kiedy trzeba zachowam
Jestem Lucy, a ty będziesz big star

Konstancja Krzemkowa swoim kołyszącym krokiem przemieściła się na drugą stronę jaskini i dorzuciła do kawałka mięsa odrobinę ziół. W milczeniu obserwowałem jej nieśpieszne kroki.
- Nie chcę zabrzmieć bałamutnie, czy tendencyjnie. Ale Szkiełko, jak dobrze, że rodzina cię ma. Że w ogóle cię tu mamy. Aż strach bierze na myśl, co mogłoby się jeszcze stać z Agrestem, z całą watahą, gdybyście, ty i twoje wilki, nie stali na straży. Wszyscy wiedzą, kogo zasługą naprawdę jest wyciszenie tych strasznych protestów.
- Dziękuję - odparłem krótko i zdobyłem się nawet na nieuchwytny uśmiech, który w ułamku sekundy wydał mi się tak nieszczery, że został zmyty z pyska szybciej, niż ulewny deszcz zmywa kurz z sierści wędrowca.
- Pamiętaj, pilnuj ją, żeby piła. - Leciwa wadera wręczyła mi mięso owinięte w kawałek materiału. - To na wzmocnienie.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję - przytaknąłem, na poły z grzeczności, na poły aby wyrazić drzemiące we mnie resztki rzeczywistej wdzięczności za uznanie, na które byłem w stanie zdobyć się, po raz kolejny słysząc podobne słowa.

Popatrz jak tu jest pięknie
Już czekają dziewczęta
Mówią słodko, wielbimy dziś cię
Moja trawa zielona
Kokainy ramiona
Mogą pomóc jeśli będzie ci źle

Z ulgą przyjąłem chwilę odpoczynku, którą przyniosło wyjątkowo spokojne południe.
- Dziękuję. - Kawka uśmiechnęła się słabo na widok jedzenia. - Tak się nami zajmujesz. A przytrafiło ci się tak osobiste nieszczęście. Nie chcę być kłopotem.
- Nie jesteś, Kawko. Nie traktuj tak tego.
Teraz łączył nas właściwie już tylko mój brat i więzy rodzinne, które na tle wszystkiego, co działo się w watasze, zdawały się odległe bardziej, niż kiedykolwiek. Wszak w małej społeczności wszyscy byli rodziną. A mimo to...
- Wiesz, nie wiem jak to powiedzieć. Ale może najlepiej wprost. Czy miałbyś coś przeciwko zamieszkaniu tutaj? Wiem, że z waszej polanki nad morzem jest bliżej do jaskini wojskowej... wybacz mi... ale boję się być tu teraz zupełnie sama.
- W zasadzie, może to byłoby dobre wyjście - mruknąłem, a mój wzrok powędrował gdzieś pomiędzy kępy trawy o chłodnym, niebieskawym odcieniu, nieco wyblakłej na zimę. Wiedziałem, że ochrona w postaci częstych odwiedzin może być niewystarczająca. A choć od wszystkiego, co doprowadziło watahę do obecnego stanu, minęło już kilka dni, istnienie wszechobecnego zagrożenia i napięcie wiszące w powietrzu było tajemnicą poliszynela. - Tam nie ma Kary, tu nie ma Mundusa. Przynajmniej będziemy mieli do kogo wracać.
- Tak...
- Dziś wieczorem zebranie w jaskini wojskowej.
- Kiedyś chodziliśmy na nie razem...
- My też. A dziś pójdziemy tam razem?
Wilczyca kiwnęła głową.

Me królestwo jest wielkie
To co ludzkie jest piękne
Możesz mówić, że Bóg to twój dar
Mocno ściśnij me dłonie
I pamiętaj o żonie
Ja ci zrobię fantastyczny PR

Hyarin stał na szczytowym miejscu w jaskini wojskowej. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu wilków naraz, między tymi niepozornymi ścianami, nawet mimo faktu, że do zebrania nie dopuszczono szeregowców. Powietrze rezonowało od współbrzmiących głosów i zniecierpliwionych kroków. Mimo wszystko spotkanie nie trwało długo. Bo co można było ogłosić, oprócz rozdzielenia obowiązków na kilka nowych głów i krótkiego omówienia trybu pracy?
Nasz nowy generał wymienił jeszcze kilka imion, a ja w zamyśleniu opuściłem wzrok między własne łapy. Już drugi raz. Już drugi raz to czułem. Gdy mniej doświadczeni stawiani byli wyżej ode mnie, za jednym tylko skinieniem łapy kogoś jeszcze wyżej, ja po prostu stałem i na to patrzyłem. Nie miałem wielkiego żalu, ot, użądlenie sprytnej, zwinnej zazdrości. Byłem tam, żeby służyć temu, w co wierzyłem, a nie żeby walczyć o władzę. Taką drogę wybrałem już dawno temu i za każdym razem bez namysłu potwierdzałem po raz pierwszy ogłoszoną wolę.
- Szeregowcy póki co pozostaną wyłączeni ze wszystkich czynności prawodawczych i będą wyłącznie wykonawcami poleceń. W centrum zarządzania będą obecni najbardziej zaufani przedstawiciele różnych stanowisk. Duch, Magnus, Domino, Paketenshika, Pinezka. Jest jeszcze jedna sprawa, którą musimy doprowadzić do końca. Należy wybrać nowego plutonowego. Rozważyłem wszystkie możliwości, lecz ostatecznie wytypowane zostały dwa imiona. Myślałem nad tym długo...
Gdy usłyszałem, że głos, dłużej niż powinien, płynie wprost do mnie, zupełnie rozbity uniosłem wzrok z powrotem na generała. W pierwszej chwili, do mojej głowy wdarło się alarmujące ukłucie, takie, jakie ogarnia niemą wyrocznię, gdy jej wróżba zaczyna się sprawdzać. Potem jego miejsce zaczęły zajmować ożywione słowa, które pozwoliłyby mi wyrazić wszystko, co chciałem mu przekazać. Czy to możliwe, czy dobrze odczytuję jego pewne spojrzenie? Podjął dobrą decyzję! Mogłem powiedzieć to z pewnością, mogłem ręczyć za nią wszystkim, co mi zostało.
Nie zawiodę okazanego mi zaufania. Możesz na mnie liczyć.
Lecz wtedy jego źrenice oderwały się ode mnie i odpłynęły, by spocząć na kimś stojącym po drugiej stronie niewielkiej sali.
Kamael...?
Tak, to na nikogo innego, jak na Kamaela dostojny basior przeniósł spojrzenie. Zebrana wewnątrz mnie mieszanka uczuć rozgorzała ostrym płomieniem, a zaraz potem zaczęła błyskawicznie blednąć. Kamael, nasz obrońca. Zaiste, każdą jego wadę można było przekuć w zaletę. Ale przecież wciąż brakło mu doświadczenia, nie wychował się na tej ziemi, nie znał watahy, ani naszych sąsiadów, tak dobrze jak... jak chociażby ja.
Tylko ja. Kto bardziej nadawał się na to stanowisko? Kto w ogóle chciałby wziąć je na siebie, gdy prócz poczucia odpowiedzialności, nie przynosiło ono żadnych korzyści? 
- Chciałbym, byście wiedzieli, że kieruje mną pragnienie dobra watahy - Hyarin jeszcze raz zwrócił się do wszystkich obecnych. - Wiecie już, że potrzebujemy jak tlenu zaufanych, a na tym stanowisku powinien stać ktoś, kto nigdy nie zawiedzie. Mam nadzieję, że zgodzicie się z moim wyborem. Czy podejmiesz się tego, Szkło?
Z wolna uniosłem podbródek, patrząc w oczekujące odpowiedzi ślepia basiora.
- Tak jest.

Mój alkohol ma power
Na twe smutki i żale
Teraz dobrze to czujesz i wiesz
Nawet Jezus pił wino
Więc się napij z dziewczyną
A po kłótni najlepszy jest seks

Noc zapadła nad naszą osowiałą krainą. Ostatnim tego dnia poleceniem było odprowadzenie do domów wszystkich, którzy o tej porze nie mogli poruszać się po lesie. Wszyscy, którzy mieli być już w domach, zostali tam eskortowani, chyba tylko w imię dyktatu liter na papierze. Ostatnie znajome pyski wypowiadały ciche pożegnania, by chwilę później rozpłynąć się w grudniowych ciemnościach. Wciąż jeszcze płytka warstwa śniegu, wynik skąpych opadów z ostatnich dni, częściowo tłumił odgłosy kroków i oddalające się rozmowy.
Już nie tylko jako jeden z najbardziej doświadczonych przedstawicieli jaskini wojskowej, zostałem tam prawie do ostatniej duszy, by upewnić się, że nikt nie zostanie sam. W końcu posterunek opuścił nawet generał.
- Spotkajmy się za dzień lub dwa. Mamy kilka spraw... do omówienia. - Wychodząc nawet na mnie nie spojrzał, ale sam ton jego głosu upewnił mnie w przekonaniu, że zaiste, nie żałował podjętej decyzji. Lekko kiwnąłem głową, wierząc, że i on zrozumie mnie bez dodatkowych wyjaśnień. 
- Czekasz na kogoś? Wszyscy już poszli - rzuciłem rutynowo do ostatniej, która została w jaskini. Mitriall leniwie pokręciła głową.
- Widzę. Już nie czekam.
- Chodź, pójdziemy razem. Będzie... - „bezpieczniej”, pomyślałem. - Przyjemniej.
- Nie idziesz do siebie, na polankę? - zapytała, zanim jeszcze ruszyliśmy wąską, wydeptaną we mchach ścieżką.
- Nie mieszkam tam. Idę do Kawki, na ich... jej polankę.
- Szkło, napijmy się czegoś. - Jej głos zabrzmiał nagle do cna sztucznie.
- Napijmy się? - powtórzyłem bezmyślnie.
- Wybacz. Czy nie możemy po prostu spędzić tu jeszcze godziny?
- Możemy... czasem nie rozumiem cię, Mitriall. Potrzebujesz czegoś?
Nie odpowiedziała.
Po chwili siedzieliśmy już w ciszy, popijając jedyne, co można było znaleźć w jaskini wojskowej. W duchu cieszyłem się, że rozpalone pośrodku groty, niewielkie ognisko, powoli dogasało. Wstyd mi było otwarcie patrzeć na wilczycę inaczej, niż ledwie przed kilkoma dniami.
Nie, nie myślałem o pocałunku, nie pożądałem jej. Ale przyszło mi do głowy, że chciałbym... abyśmy mogli do domu wrócić razem.
Nie. Właśnie nie.
Myślałem. Nie potrafiłem tego powstrzymać.
Ale przecież ostatecznie do niczego nie doszło.

Patrz, kobiety cię pragną
Coraz mocniej cię łakną
Jesteś królem dziś większym niż Bóg
Ja to wszystko sprawiłem
Ja ci dałem tę siłę
Teraz chłopcze, czas spłacić swój dług

Gdy wreszcie dotarłem na berberysową polanę, przywitał mnie oddech spokojnie śpiącej Kawki.
„Nie potrzebujesz mnie”, pomyślałem z początku. „Świetnie radzisz sobie sama. A może potrzebujesz teraz nie wsparcia, a samotności”.
Lecz gdy położyłem się nieopodal i rozciągnąłem na boku, nie minęło pół bezsennej godziny, zanim na boku poczułem ciepły oddech i dotyk czyjegoś policzka. Rozchyliłem powieki. Była tak miękka i tak miła w dotyku. Przykleiła się do mnie jak mały glonojad. Tę noc spędziliśmy wspólnie.
Nazajutrz, wczesnym rankiem, wyswobodziłem się z jej objęć, bezskutecznie starając się nie wytrącać jej ze słodkiego snu. Gdy opuściliśmy domostwo, każde z nas poszło w swoją stronę, a mówiąc „swoją”, nie mam na myśli nic ponad „bezpiecznie przeciwną”.
Przez dłuższy czas trzymałem się tego postanowienia i po prostu poruszałem się naprzód. Reszta alkoholu szumiała we krwi, a wspomnienia do ostatka zawojowały myśli.
- Pobieramy się. Kara i ja.
- Co? Czy wy oszaleliście? Teraz?
Świeży śnieg, który spadł tej nocy, chrzęścił pod łapami, zakłócając spokój ilustracji, przelatujących mi przed oczyma.
Gdy wśród ciemnych pni drzew mignęły mi pstrokate ślepia, zatrzymałem się, pozwalając sobie na chwilę chłodnego rozumowania. Z jakiegoś powodu dojrzenie bordowego basiora wywołało we mnie silne i zupełnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony było to bowiem dziwne. Alarmujące. Z drugiej, gdybym dojrzał tam kogokolwiek innego, zdziwiłbym się po wielokroć bardziej.
W końcu staliśmy na granicach.

Teraz należysz do mnie
Ja cię srodze upodlę
Możesz mówić, że Bóg to twój wódz
Będziesz taplał się w błocie
Kiedy trzeba pomogę
Ale potem upodlę cię znów

- Masz czelność się tutaj pojawiać? 
Przed ruszeniem naprzód powstrzymał mnie widok dwójki wilków, które zrównały z nim kroku.
- Szkło, miałem nadzieję, że spotkam tu kogoś takiego jak ty! Chciałem tylko przekazać, że niedługo wracam z urlopu.
- Dziś nie zabiję cię, dopóki stoisz na ich ziemi, ale prędzej czy później to się stanie, Admirał.
Basior zaśmiał się beznamiętnie.
- Powinieneś ustawić się do tego w kolejce. Klab, Skoart, przedstawiam wam Szkło. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego jeszcze nie ucieka gdzie pieprz rośnie. To ja wam powiem, że nie ma w WSC takiego szpenia, który dał by mu radę w walce. Ale już niedługo zetknie się z kimś więcej, z nami. Szkło... - Tym razem zwrócił się do mnie, korzystając z mojego milczenia. - Spójrz, kim teraz jesteś. Powinieneś być mi za to wdzięczny. Ale jesteś zbyt ograniczony, by zrozumieć, że każdy anioł potrzebuje diabła. Nieschematyczne umowy... 
- Nie są niczym nowym, prawda? - warknąłem cierpko. - To nieodłączny element niejednej politycznej rozmowy. Nie tej odbywającej się na naszych oczach, oczywiście. Znam tę śpiewkę.
- A więc wiesz też pewnie, że to ty najwięcej zrobiłeś, aby doprowadzić tę watahę do stanu używalności. Ale twoi rodacy będą o tobie pamiętać, dopóki będziesz im potrzebny. To zwykła kolej rzeczy.
- Doprawdy? - wilk umilkł wraz z moim słowem. Przez krótką chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. - Masz rację. Nikt mnie nie zapamięta. A to zwykła kolej rzeczy. Uważasz, że zamiast tego wolałbym się sprzedać?
- Ależ ty już to zrobiłeś.
- Masz skrzywione spojrzenie na świat, Admirał... I to cię zgubi. Między innymi to.

Lucy, ja już nie mogę
Wolę chyba być z Bogiem
Czemu na mnie uparłeś tak się?
Nie wymiękaj dziecino
Jesteś moją ptaszyną
Będę z tobą na dobre i złe

- Dobrze. Będę na Ciebie czekał.
Przetarłem czoło nadgarstkiem.
- Dobrze. Będę na Ciebie czekał.
- Zatem Admirał zaproponował ci wzięcie udziału w protestach? - zapytałem gwałtownie, by przerwać ponury ciąg, w jaki wpadały moje myśli i spróbować skupić się na zadaniu do wykonania.
- Też nie mogłeś spać?
- Aż tak widać? Wal Karuś. Jestem gotowy na wszystko co masz!
W mojej głowie rozbrzmiało nikłe echo śmiechu, zagłuszone przez skierowaną do mnie, okrutnie rzeczywistą odpowiedź.
- Tak. Wiedziałem, że coś działo się już poprzedniego dnia. Wpadłem tam tylko na chwilę, zobaczyć... - Delta siedział za ławą przesłuchań, sztywny, niczym porcelanowa lalka. Jedna z jego przednich łap wisiała nad ziemią, przykurczona i zgięta w łokciu.
- Jeszcze w dzień rozmowy z Admirałem?
- Tak. Ale nie odezwałem się wtedy ani słowem. I niczego nie robiłem! To było w dzień mojej ostatniej rozmowy z Admirałem.
- Długo nad tobą pracował...? - prychnąłem smętnie, bardziej sam do siebie, niż do przesłuchiwanego.
- Kiedyś, wcześniej, wspominał coś o mojej pracy. O tak, pamiętam tamtą rozmowę! Ale nic konkretnego z niej nie wynikło i nie podejrzewałem, że w ogóle może.
- Nie chciałeś, by coś z niej wynikło? - Nachyliłem się lekko do przodu. Powietrze w grocie gęstniało.
- O niczym nie miałem pojęcia! - zawołał. Szczerość, czy tylko próba usprawiedliwienia się? Fakt pozostawał faktem; na moje pytanie nie odpowiedział jednoznacznie.
- Rozumiem. Rozumiem. Delta - położyłem nacisk na ostatnie słowo, na co wilk niespokojnie poruszył się na swoim miejscu. - Czy możemy liczyć na twoją współpracę?
- Nigdy nie miało być inaczej - odparł cicho.
- Dlaczego nie stawiłeś się dziś na manewrach? Spacer po opieką Magnusa i Muszela wyjątkowo nie należał chyba do najprzyjemniejszych? Mają teraz tyle pracy, nie dziwię im się, że nie byli zadowoleni z konieczności użerania się z wyłamańcami. Następnym razem przyjdę po ciebie osobiście, Delta.
- Nie obchodzą mnie konflikty. Miałem swoją pracę do wykonania. Nie odebraliście mi uprawnień.
- Jak my wszyscy. Następnym razem może nie skończyć się na wykręconej łapie, przyjacielu. A teraz... idź już spokojnie do swojej jaskini medycznej. Z powodu niedyspozycji, masz trzy dni zwolnienia od ćwiczeń.
Przyglądałem mu się jeszcze przez moment. Wyglądał nie mniej niewinnie, niż ja sam. A jednak nóż otwierał się w kieszeni.

- W każdym razie naprawdę zrozumiałem ile dla mnie znaczysz - zatarte słowa mieszały się w mojej głowie. - Jeśli potrzebujesz więcej czasu, to rozumiem…
- Szkło. Myślę, że powinieneś już iść.
Na dźwięk bliskiego głosu mocniej zacisnąłem powieki. 
Kara umarła. Nie żyła. Została zabita przez...
Nikt, nikt tego nie wiedział. Nikt.
- Do szeregu! Równać!
Kilkadziesiąt stóp niemal jednocześnie stuknęło w ziemię.
Jeszcze zanim stan wojenny rozgorzał na dobre, wiedziałem już, że jestem zupełnie sam.
Sam wśród psów, które zagryzły mi przyjaciela. Które prawie odebrały mi wszystkie córki. Sam wśród suk, które zamordowały moją żonę. Świat stał się jednowymiarowy, jak korytarz, którym można iść tylko naprzód i naprzód, a światopogląd płaski jak kartka, jedna z tych, których zapas wyczerpał się zupełnie przed kilkoma dniami.
- Padnij!
- Patrz na mnie, Agrest. Idź!
Ostre słowa rozerwały powietrze. Rząd skulonych wilków nieznacznie zafalował. Szeregowcy. Stado wilków słabszych od saren, skryte w białych oparach unoszących się ze zmarzniętych pysków. I oto moje dzieło, oto pierwszy obraz przedsięwzięcia, którego wszak byłem pomysłodawcą.
Myliłby się ten, kto pomyślałby, że wcielenie do wojska całej watahy było otwartym krokiem rozpoczynającym przygotowania do wojny. Wręcz przeciwnie; wyładowanie pobudzenia i zbudowanie filaru z dyscypliny wydawało mi się najszybszym, nawet jeśli radykalnym rozwiązaniem, by wojnie zapobiec.
- Padnij!!! - zdarte gardło tylko wzmocniło wydźwięk krótkiego słowa. Kilkadziesiąt brzuchów zeszło do poziomu ziemi. Nie mieli wyjścia. Ja też. A jednak ja mogłem chociaż stać prosto.
- Czołgać się, naprzód!
Szereg poruszył się przed siebie.
- Szkło... Gdzie ciało?
- Baczność! - po tych słowach po raz pierwszy bez zwlekania wykonali moją komendę. Odetchnąłem ciężko, przy kolejnych słowach odwracając pysk, by przynajmniej nie udawać, że mam ochotę krzyżować z nimi spojrzenia.
- Spocznij. Przerwa.
- Gdzie ciało?
- Pogrzebaliśmy. Przy Cuore.
Tak, pogrzebaliśmy. Nie pozwolili mi go... nawet dotknąć.
- Szkło, powinieneś coś wiedzieć - ktoś stanowczo uciął napływające mi przed oczy wspomnienia.
- Co - wycedziłem przez zęby, rzucając spojrzenie wilczycy stojącej dwa kroki przede mną.
- To nie tak jak myślisz, wszystko jest inaczej.
- Co jest inaczej, Lato?!
- Karzecie niewinnych!
- Nie ma niewinnych! Nie ma w tej bitwie orędowników pokoju. Już od dawna jest tylko sfora zdziczałych psów, nie zauważyłaś? - zawarczałem jednostajnie, odsłaniając rząd spienionych kłów.
- Nerwy cię ponoszą - odpowiedziała mi tym samym, jednak nie aż tak zapamiętale, nie aż tak rozpaczliwie.
- Kto mi to mówi, ty? Ty, zdrajco?
- Nie jestem zdrajcą. Jedynym, którego możesz tak nazwać, jest Admirał. - Wilczyca o ledwie odrobinę odwróciła wzrok. Na jej ramieniu wciąż widoczne były ślady drogi na manewry, które tego przedpołudnia odbyła w towarzystwie strażników.
- My wszyscy jesteśmy... pogubiliśmy się w tym wszystkim - mruknąłem. - Ale jeśli chciałaś coś powiedzieć, na wczorajszym przesłuchaniu miałaś pole do popisu. I co usłyszeliśmy?
- Nie powiedział mi ani słowa o tym, co planuje. Mówił jedynie o obowiązku obywatelskim, wszyscy mieli nienaganne intencje.
- Lato, Lato. - Oddychając głębiej, zbliżyłem się do niej o krok. - Dziękuj Bogu, czy w kogo tam wierzysz, że szczęśliwym przypadkiem nie wzięłaś najbardziej bezpośredniego udziału w tym co się stało i nie jesteś ścigana na równi z tym ścierwem, które przy pierwszej okazji dostanie od nas bilet do piekła. I wracaj do szeregu. W szeregu zbiórka!

Jestem najlepszym kumplem
Posmutniałeś okrutnie
Ja zachcianki, potrzeby twe znam
Powiedz czy chcesz do baru
Czy do konfesjonału 
Jeśli trzeba zaprowadzę cię tam

Jeszcze jakieś krzyki, jakieś wołania z końca długiego rzędu wilczych głów zwróciły moją uwagę.
- ...Wciągać w te idiotyczne pomysły! Myślą, że nie mamy nic lepszego do roboty?
Nawet, gdybym nie poznał jej już po głosie, zawodzenie Porzeczki nie zaskoczyłoby mnie w sposób szczególny.
- Zamknij pysk, dzisiaj po manewrach strażnicy odprowadzą cię do aresztu. - Zamiast wydać wojskowe polecenie, podszedłem bezpośrednio do niej. Wilczyca splunęła mi pod nogi.
- Patrzcie na plutonowego. Wiecie, kto jest prawdziwym zagrożeniem? Oni, wszyscy przy władzy. Ale kiedyś wyrżniemy ich w pień...
Korzystając z chwili ciszy, którą spożytkowała na nabranie oddechu, przerwałem jej mowę, na wpół odruchowo odwracając się do niej bokiem z nieuzasadnionym podejrzeniem, że to moje słowo będzie ostatnim.
- Jeszcze jedno zdanie, a będziesz prosiła o powrót do więzienia.
- ...Może jeszcze nie koniec, możecie się jeszcze bardzo zdziwić, słyszycie?!
Właśnie wtedy zawinąłem się jak zaatakowany wąż i zacisnąłem zęby na jej gardle.
Mój umysł nakierował się tylko na jeden, prosty ruch. Nie puścić, nie poluzować uścisku, choćbym miał udusić się jej sierścią.
Sięgnęła mojego ucha, mocne, białe zęby kłapnęły tuż obok niego. Coś chrupnęło pod naciągniętą skórą, zwijającą się w ubłocone fałdy. W kilka chwil wojowniczy ryk wadery przeobraził się w pisk świdrującego bólu. Szarpnąłem, w jedną, potem w drugą stronę. Przykurczone ciało przesunęło się pod moimi nogami. Z gardła Porzeczki wydobył się złowróżbny charkot.
- Opamiętaj się, do diabła!
Magnus.
-  Słyszysz mnie?!
Zamarłem w bezruchu, z błędnym wzrokiem skierowanym ni to w ziemię, ni to gdzieś naprzód. Moje kły rozwarły się wolno, wypuszczając ciało wilczyce na ziemię.
Kątem oka dojrzałem, że poruszała się, a więc żyła. Zacisnąłem powieki, cofając się o krok. Zadyszka zmieszała się z westchnieniem ulgi.
Dusza? Co „dusza”, co „wyrzuty sumienia”? Ja nie mam już duszy.
Moja dusza straciła głowę.
Moje serce zgniło w grobie.
Moje sumienia dawno się mnie wyrzekły.
A mój krzyż prosi już tylko o działanie.

-  Słyszałem, że sporo się dzieje na manewrach? - zapytał Agrest bez wstępów, choć delikatnie, gdy pod wieczór przywlokłem się do jaskini wojskowej z sarnim udźcem.
- Życie. Toczy się  - wymamrotałem obojętnie. Cóż więcej miałem powiedzieć?
- Rozumiem. Ufam ci - dodał jeszcze ciszej.
- Masz rację - uciąłem jakiekolwiek próby rozmowy. Wolałem, byśmy posiłek zjedli w ciszy.

Chodźmy razem więc w drogę
Będziesz mówił o Bogu
Ja ci zrobię fantastyczny PR
Kiedy trzeba się schowam
Kiedy trzeba zachowam
Jestem Lucyfer, a ty będziesz big star

C. D. N.

niedziela, 31 października 2021

Od Szkła - "Łuski" (Opowiadanie konkursowe)

Tak samo, jak każdego innego, nowego dnia, Słońce wschodziło powoli. Wnikało swoim purpurowym obliczem pomiędzy sosnowe gałęzie, poczerniałe od rozdzierającego się na pasma cienia nocy. Gęstwinę ich czarnych, chropowatych ramion przekłuł przeciągły świst wiatru.
Następnie wszystko ucichło.
Westchnąłem głęboko, mimowolnie próbując zachować w uszach echo jakiegokolwiek dźwięku. Potem zacząłem wsłuchiwać się już tylko w chrobot ziemi uginającej się pod łapami. Jedna za drugą, moje nogi przesuwały się miarowo, jakby przytwierdzone do niewidzialnego koła.
W oddali mignął mi ładny obrazek znajomego pyska. Niemal mechanicznie kiwnąłem głową, a moje wargi wypowiedziały jedno, ciche „dzień dobry”, zanim jeszcze zdołałem rozpoznać, kogo witam. Nie zatrzymywałem się na pogawędki. Był poranek po nocy spędzonej na ślęczeniu nad dokumentami jakiejś tam sprawy, moje oczy jeszcze nie do końca pogodziły się z pobudką o świcie, żołądek krótkimi wołaniami przypominał o niezjedzonym od wczoraj  choćby kęsie mięsa, a ja już miałem tylko jeden cel: jaskinię wojskową. Brakowało mi więc i czasu i ochoty na rozmowy z sąsiadami.
Gdy na drodze pojawił się w końcu przedmiot mojej porannej wędrówki, zatrzymałem się na chwilę i przetarłem oczy, by, jeśli nie widzieć wyraźniej, to przynajmniej wyglądać wyraźniej. Musiałem przecież stać na straży porządku, a nie leżeć tam jak wymięty placek!
- Czołem - zebrałem wszystkie siły, by wkraczając do jaskini rzucić żywe, służbowe powitanie. Dwójka basiorów odpowiedziała mi krótkimi skinieniami głowy. - Co dziś robimy?
Na mnie nie zwracajcie uwagi, usłyszałem w głowie. Duch, siedzący nad jakimiś papierami w kącie, posłał nam krótkie spojrzenie.
Ry odwrócił ślepia równie zmęczone, jak moje, od wpadających do jaskini smug światła słonecznego. Z przeciwległego kąta w mig poszybował ku mnie plik dokumentów, który złapałem w locie. Otworzyłem je na pierwszej zapisanej stronie i zerknąłem na drżące, czarne literki.
- Nic nie rozumiem - zauważyłem bez długiego namysłu.
- Przecież umiesz czytać. - Ry chyba nie zwrócił na moje słowa szczególnej uwagi. Zmrużyłem oczy, dostrzegając, że również on lekko się chwieje.
- Ry...
Dopiero teraz basior spojrzał na mnie z lekkim odrętwieniem.
- A. Mamy nową sprawę. Zaginięcie trójki wilków.
- Co też mówisz? - Spochmurniałem, rozsiadając się przy wyjściu i jeszcze raz, uważniej spoglądając na papiery. Dla pewności ścisnąłem kartkę mocniej pomiędzy łapami. Tekst falował.
- Kto to pisał? - zapytałem mimochodem, odkładając dokumentację na bok i niestrudzenie próbując nawiązać kontakt z synem. - Zresztą nieważne, powiedz mi lepiej, co to za sprawa, kogo szukamy. Kto to zgłosił.
- Wyobraź sobie, że... skoro świt była tu jedna wadera. Opowiedziała historię, zniknęła, a gdy chciałem w spokoju uzupełnić akta, okazało się, że gdzieś zapodziała się kartka, na której wszystko zapisałem. Szukałem, szukałem, ale nie znalazłem.
- Utrata papierku to jeszcze nie tragedia, bylebyśmy tylko wiedzieli...
- Kłopot w tym, że pamiętam jedynie, że wilki były trzy, raczej jasno ubarwione, w tym jedna wadera, a ostatnio byli widziani wszyscy razem, dwa dni temu, na Polanie Życia.
Jeszcze jedno spojrzenie na wilgotny dokument. Czarne znaki zlewały się, jakbym nie patrzył już na odrębne litery, a na jakiś nieskładny ciąg. Pro forma przewróciłem jeszcze parę kartek i zacząłem taksować wzrokiem grzbiet zajętego czymś towarzysza. Patrząc na niego, widziałem basiora, który za wszelką cenę starał się wyglądać naturalnie i obojętnie.
Czy to wynik mojej, a nie niczyjej innej obecności?, przebiegło mi przez myśl. Czy nie ufa mi tak, jak syn powinien ojcu?
- To się zdarza w natłoku innych obowiązków. Sam pamiętam podobne sytuacje - zniżyłem głos, sięgając pamięcią jak najdalej wstecz, lecz z jakiegoś powodu wszystkie rozmyte wspomnienia, które mógłbym przytoczyć jako przykład, umknęły z niej szybciej, niż byłem w stanie je schwytać. - A więc kto to zgłosił?
- Nie wiem. Nie przedstawiła się.
- Co?
Ry wzruszył ramionami. W jaskini zapadła chwila ciszy.
- Czy wy sobie ze mnie robicie żarty? - Nie byłem pewien, o jakich „was” chodziło, ale o „tobie” mogłem mówić z pełnym przekonaniem. Wilk poprawił na sobie czapkę i ponownie uciekł wzrokiem gdzieś w najciemniejszy kąt groty.
- Wybacz. Nie mam dziś pamięci do imion.
- Czy ty piłeś? - zapytałem krótko.
- Nie... To znaczy, wczoraj, trochę. - Skrzywił się. - Ale nie tyle, żeby dziś to czuć.
- Cieszę się - odparłem szorstko, jeszcze raz spoglądając na trzymaną przez siebie kartkę. - Masz jakiś pomysł, od czego powinniśmy zacząć, w związku z tą nagłą niedyspozycją?
- Jakaś czarna wadera była tu rano i powiedziała mi, gdzie byli ostatnio - odrzekł donośnie, jakby chciał sam siebie upewnić co do tej mglistej, a jednak nadal jedynej prawdziwej wersji wydarzeń. - Chodźmy.
Odprowadziłem syna wzrokiem, a gdy oblały go promienie jesiennego słońca, z westchnieniem ruszyłem jego śladem.
- Trzeba po drodze zgarnąć jeszcze Mitriall - zauważyłem, wypuszczając pyskiem chmurę chłodnego powietrza. - Chyba, że ona też znowu jest niedysponowana.
- Tak - odmruknął Ry bezbarwnie.
- Jest?
- Nie wydaje mi się.
Westchnąłem, zatrzymując na końcu języka jeszcze jakąś odpowiedź. Nieśpiesznie poruszaliśmy się naprzód, wsłuchując się w jednolity szum bujających się wokół nas, wiotkich gałęzi. Gdyby ktoś popatrzył z boku na te dwie, wilcze sylwetki, pomyślałby być może, że nie podążają donikąd w konkretnym celu. Po prostu niczym dwa, smętne widma, płyną przed siebie, przez spokojne fale niewidzialnej mgły.
- Mitriall! - zawołałem do wnętrza groty. Echo w jednej chwili poniosło się z głębi, okalając nas swoim chłodnym głosem. Spojrzałem na syna. Stał obok mnie i wygasłymi oczyma wpatrywał się prosto w ciemność, lecz zdawał się nie liczyć, że dostrzeże w niej naszą wspólniczkę, a coś lub kogoś zgoła innego. Przetarłem powieki, miarkując, że chwila oczekiwania nieoczekiwanie się przedłuża i zawiesiłem na nim wpółprzytomny wzrok. Czego szukał w mroku? Kogo naprawdę oczekiwał? Nie rozumiałem dlaczego do głowy przychodziło - a wylewane z niej jak pomyje, powracało ze zdwojoną, upartą siłą - tylko jedno słowo. Sens.
Mieliśmy szczęście o tyle, że po minucie czy dwóch, z zionącej pustką ciemnicy wyłoniła się znajoma postać. Za sprawą migających na jej sierści, morskich refleksów, nie do pomylenia z kimkolwiek innym.
- Mamy nową sprawę - rzuciłem głucho. Flegmatycznie kiwnęła głową.
- Jakieś szczegóły?
Kichnąłem, śledząc wzrokiem ulatujące z mojego nosa wprost ku mlecznym chmurom bańki powietrza.
- Trójka wilków, ostatnio widziani dwa dni temu, na Polanie Życia. Niestety nie wiadomo ani jak się nazywają, ani kto zgłosił zaginięcie. - Milczenie, które zapanowało po tych słowach, dopełniło obrazu niekończącej się spirali niemoty, w którą wpadliśmy wszyscy razem.
- Jak mamy szukać, jeśli nie wiemy, kogo mamy znaleźć?
- Najwyżej nie znajdziemy - odparł nagle Ry, odwracając się i ruszając na południe. - Chodźmy na tę Polanę Życia i popytajmy.
- Dobre pytanie, Mitriall. Naprawdę dobre pytanie - syknąłem, rzecz jasna, nie do końca w kierunku samej Mitriall, a Ry'a. Z ukłuciem wyrzutów sumienia, dość szybko zganiłem się za to w myślach.
Pośród falujących traw oraz sięgających nieba, zielonych sosen, sennie kołyszących się na boki, kołysaliśmy się i my, palec za palcem, kończyna za kończyną, co chwila machając łapami na boki, aby odepchnąć się od fali cięższego z każdą minutą powietrza i nie stracić równowagi. Jednak nawet dotarcie do celu nie pomogło nam ani trochę w zbliżeniu się choć o milimetr do rozwiązania tej dziwnej zagadki.

- Nie widziałam tu nikogo.
- Dwa dni temu? Byłem na północy, nie wiem, o czym mówicie!
- Nie widziałam tu żadnych takich. Pewnie jakiś kwiat młodzieży, jak zwykle, włóczy się gdzieś po lesie i nie wraca na noce. Ja bym takich...
- Nie, nie, wybaczcie. Ja prawie nie bywam na Polanie Życia.

- Macie jakiś pomysł na nie zrobienie z siebie idiotów? - zapytałem towarzyszy, gdy skończyła się nam pula wilków do przesłuchania i bez planu na cokolwiek wreszcie po prostu zbiliśmy się w ciasną kulkę pośrodku otwartej, pustej przestrzeni. - Bo ja żadnego.
W dniu nie było niczego przyjemnego, w czym utwierdzały mnie powiewy zimnego wiatru i szarość, w której skąpana była nawet piękna Polana Życia. Ponadto nie mogłem pozbyć się wrażenia, że z każdą chwilę świat powoli się rozrastał. A może to my maleliśmy?
- Pamiętacie... - zaczął płowy basior - jak ostatnio mieliśmy tu wizję lokalną po jakiejś kradzieży? Nie widzieliśmy przypadkiem nikogo?
- Nie, nie przypominam sobie. A co? - Zerknąłem na niego kątem oka.
- Przecież to było jakieś dwa dni temu. Zamiast wypytywać przypadkowych przechodniów, zastanówmy się, czy odpowiedź nie odbija się w naszych własnych oczach.
Przytaknąłem, nie bardzo jednak potrafiąc ubrać swoją wypowiedź w coś więcej, niż jedno słowo.
- Słusznie.
- Ja nikogo nie widziałam - oświadczyła Mitriall niemal od razu, z tym stopniem przekonania, który czynił każdą szczerą wypowiedź wiarygodną. 
- Ja też. - Ry zasępił się. - Co w takim razie robimy?
- Gdybyśmy mieli więcej informacji...
- Przestań - fuknął basior na towarzyszkę, która przez cały czas zdawała się intensywnie myśleć. - Podobno... dziwne rzeczy czasem dzieją się na świecie. Ta wadera, ta którą przesłuchiwałem, była obca, nie znałem jej wcześniej! Nie wiem, jak mogłem zapomnieć dopytać się o imię.
- Może mógłbyś, jeśli byłbyś... - zacząłem, ale Ry przerwał.
- Trzeźwy? Wyglądam, jakbym był pijany?
- Nie wyglądasz - mruknąłem, starając się, by zabrzmiało to dobitnie. - Ale nie wyobrażam sobie, jak można nie wiedzieć, kogo się przesłuchiwało.
- A podobno się zdarza, co? Sam pamiętasz podobne sytuacje. - Ry machnął swoim długim i szerokim ogonem, wzbijając wokół siebie jeszcze więcej fal, po czym z gorzkim grymasem na pysku odwrócił się i oddalił. Czubki płetwiastych palców dotknęły ziemi dopiero, gdy zastygł nad brzegiem majaczącego w centrum doliny jeziorka.
Odwróciłem wzrok, gdy uporczywie kołyszący się las zaczął przyprawiać mnie o zawroty głowy. Z tym, że...
Przekrzywiłem głowę, czując, że coś uwiera mnie w okolicy karku. Był zupełnie sztywny; głową poruszyła się ledwie o kilka centymetrów, następnie zmuszając mnie do całkowitego odwrócenia się i zawiśnięcia na chwilę w mętnym powietrzu. Odruchowo machnąłem kończynami. Stan nieważkości, w którym się znalazłem, wydawał mi się równocześnie naturalny o wiele bardziej, niż ciężkie stanie na czterech łapach i jakoś dziwnie obcy.
Mgła gęstniała tuż przed moim pyskiem i dalej, aż po granicę widoczności, która zresztą niebezpiecznie się przysuwała. Wiszące gęsto na niebie, niewiadomego pochodzenia paprochy tworzyły w zawiesinie ponurą mozaikę.
Kiedy odwróciłem się jeszcze raz, okazało się, że za moim grzbietem, w powietrzu wisiał Ry i mówił coś ściszonym głosem. Wytężyłem słuch.
- Chodź, tato. Mitriall coś znalazła. Coś... kogoś.
Podążyłem za nim bez słowa. Ale na miejscu nie zastaliśmy Mitriall. Spod naszych nóg uciekła tylko drobna i śliska, zwinna ryba. Odruchowo otworzyłem pysk, jakbym chciał zawołać, albo chociaż zapytać, ale nie wydobył się z niego żaden dźwięk. Zamiast tego, moje gardło zaczęła gwałtownie zalewać lodowata woda. Rozpaczliwie wycofałem się, nieporadnie odpychając ściskające mnie z każdej strony zwały wody niesprawnymi płetwami i z silnym dreszczem lęku wpadając prosto w gładki, pokryty dziwnym śluzem tułów zawieszonego w przestrzeni syna. Piekący ból z wewnątrz moich płuc zagłuszał wszystko, co powinienem czuć przez skórę, oprócz jednego. Coś gładkiego przesunęło się po moim boku, popychając dalej, w głąb mętnego płynu. Kątem oka dostrzegłem dziesiątki rzędów przepływających obok mnie, jasnych łusek.
Dopiero wtedy udało mi się odetchnąć. Przez zamęt panujący w myślach dotarło do mnie, że nie oddycham już powietrzem, a wodą, ale zajęty przetwarzaniem ogromu informacji przenikających do mojej głowy, nie potrafiłem nawet zdziwić się na tę myśl.
Później, podobnie jak wcześniej, było tylko odrętwienie.
Martwe, jadeitowe oko, z którym nagle stanąłem twarzą w twarz, wypatrywało czegoś nie we mnie, ani nie obok mnie, ale gdzieś w głębi wszechświata. Odsunąłem się od niego kilkoma sprawnymi ruchami rybiego ogona.
Bez wątpienia gałka oczna należała do Mitriall. Tej prawdziwej, wilczej Mitriall, która jeszcze przed chwilą miała znaleźć... kogoś. Naszych zaginionych?
Odwróciłem wzrok od zastygłego obrazu siedzącej przede mną, martwej wadery. Jej sierść falowała miarowo wraz z ruchem wody.
- Ry... - szepnąłem, gdy moją uwagę przykuły szczątki jasnego futra, wyrastające z nabrzmiałego ciała leżącego na mulistym dnie. Niebieski szal wyciągał się w stronę prawie nieobecnego w mętnej toni słońca, kołysząc się przy tym jak morska trawa. Coś kazało mi przyjrzeć się bliżej. Oto za ciałem mojego syna leżało jeszcze jedno, niepozornego, płowego wilka. Czułem, że moje serce na chwilę stanęło.
Trójka zaginionych. Wadera i dwa basiory. Oto znaleźliśmy ich, lecz za późno. Trzy trupy zalegały na dnie jeziorka.

*   *   *
- Ach, ładnie sobie z nim poigrałaś. - Gdy Gerania leniwie rozciągnęła mięśnie grzbietu, wokół dało się słyszeć rozkoszny zgrzyt. - Takiego dziwnego żartu nawet ja bym nie wymyśliła.
Lumina uśmiechnęła się tajemniczo, puszczając komentarz mimo uszu. Podniosła leżącą pod swoimi łapami kartkę i z nieprzyjemnym trzaskiem podarła ją na drobne wióry, które natychmiast zaczęły błyskawicznie wirować w powietrzu i przepadły, porwane przez przeszywający podmuch wiatru.
- Ale następnym razem gdy będziesz pracować, wołaj kogo innego. Od działania w świecie urojonym, stanowczo wolę pracować stacjonarnie.
- Bez obaw. - Wysoka, biało-szara wadera powiedziała jakby sama do siebie - jutrzejszej nocy zaśnie spokojnym snem uczciwego. Nawet nie pozwoliłabym ci straszyć go swoją obecnością.
Granatowa wilczyca prychnęła. Gdyby nie śpieszyła się do swoich zwyczajnych obowiązków, pewnie nawet obmyśliłaby jakąś krótką ripostę.