Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nymeria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nymeria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 stycznia 2026

Odchodzą!

Epidemia nalotnika gardła zebrała żniwo, choć wśród imion wykreślonych ze spisu ludności i stanowisk znajdują się też imiona obywateli, co do których nikt nie ma pewności, czy rzeczywiście byli chorzy... No cóż, czasem jedno czy dwa ziarna piasku zagubią się w beczce cukru i nigdy nie zostaną odnalezione, co najwyżej za rok czy dwa zachrzęszczą komuś w zębach.
Przed nami zwycięzcy wczasów po wsze czasy. Powitajmy ich minutą ciszy.
Wyjątkowo zawieramy w ogłoszeniu zarówno zwykłych, wolnych i niewolnych obywateli Chabrowego Reżimu.


Laponia - powód: śmierć

Almette - powód: śmierć

Domael - powód: śmierć

Oliwia - powód: śmierć

Alta - powód: śmierć

Szklanka - powód: śmierć

Mi - powód: śmierć

Frezja - powód: śmierć

Konstancja Krzemkowa - powód: śmierć

Brzoza - powód: śmierć

Nymeria - powód: śmierć

Kali - powód: śmierć

Ruka - powód: śmierć

Szalka - powód: śmierć

Piwonia - powód: śmierć

Cykoria - powód: śmierć

Domino - powód: śmierć

Tiska - powód: śmierć


Falvie - powód: śmierć

Kamael - powód: śmierć

Yolotl - powód: śmierć

Olivier - powód: śmierć

Theodore - powód: śmierć

Miguel - powód: śmierć

Harpia - powód: śmierć

Kezuko - powód: śmierć

Mikaela - powód: śmierć

Arteus - powód: śmierć

Xochicoatl - powód: śmierć

Szalej - powód: śmierć


czwartek, 26 maja 2022

Od Agresta CD Nymerii - „Samotna wśród tłumu”

Niebo na zewnątrz jaskini jaśniało, bielało. Straszna noc zanikała we mgle wspomnień. Mrugnąłem ociężale, by rozruszać przyschnięte do powiek gałki oczne i z trudem potoczyłem zmęczonym wzrokiem po pomieszczeniu. Było ciche jak w zwykły, spokojny dzień.
Poruszyłem łapą, unosząc ją sponad zastygłego w leżącej w połowie na boku, a w połowie na grzbiecie, ciała Nymerii. Gdy moje palce wyplątały się ze zobojętniałej sierści, pod palcami poczułem chłód. Obok słabiutkiego oddechu, nieśmiały znak, że wciąż żyła.
Poranek dawał ukojenie. Jawił się jako do cna pusty, gotowy do wypełnienia czymś nowym. Moja głowa, choć ciężka, stała się zupełnie wygłuszona. Moje myśli były niezakłócone. Tylko w pamięci wciąż rozlegał się jednostajny, dokuczliwy szum.
Lekkie kroki, przebijające się przez roślinne ściany, zapowiedziały nadejście głównego medyka. Odwróciłem pysk, dając do zrozumienia, że całym sobą oczekuję na nowe wyzwania, które miała postawić przed nami nadchodząca godzina. Delta szedł pierwszy, w pysku niosąc dwa pokaźnych rozmiarów szczenięta. Tuż za nim podążała Domino z jeszcze jednym noworodkiem. Zanim wydali rozporządzenia, ułożyli żywotne maleństwa w pobliżu chorej, gdzie szybko poczuły się one jak małe rybki w wielkiej wodzie i zaczęły czołgać w poszukiwaniu rozwiązania swoich wielkich, niewinnych kłopotów. Pustego brzucha, chłodu, być może zapachu matki, której w objęciach medyków nie dało się dotknąć już od niepamiętnych czasów.
Patrzyłem na nie jak w malowidło, siedząc zupełnie nieruchomo. Silne jak nigdy, żywe jak nigdy... Tak bardzo chciałem otworzyć przed nimi przestrzeń wystarczająco szeroką dla ich rosnących szybko stópek, posadzić drzewa, które nakarmiłyby ich swymi owocami i znaleźć światło, które oświetliłoby ich młode umysły.
- Jest coraz lepiej - oznajmia Domino. - Istnieje duża szansa, że przeżyją wszystkie trzy.
Podciągnąłem kąciki warg w górę, gestem, który, choć wiele kosztował mnie po nieprzespanej nocy, jako tako wyrażał to, co czułem.
- Musimy zmienić opatrunki. Agreście, pomóż mi odwrócić Nymerię na drugi bok. - Delta przystanął po drugiej stronie wadery i dał mi znak łagodnym skinieniem głowy. Przystąpiłem do działania wraz z nim.
- Będzie lepiej, Agrest. - Wymówił to jak zaklęcie, półgłosem, całkowicie zajęty swoją pracą, a ja popatrzyłem na niego uważniej. Jego wyważone łapy wykonywały kolejne okręgi w powietrzu, zdejmując czarne od krwi, poszarpane bandaże i zakładając nowe. Spod nich nic już nie ciekło. Gdy skończyliśmy, medycy zostawili nas samych, rzucając tylko jakąś drobną wskazówkę na temat moich potrzeb w kwestii snu. Byłem zmęczony, prawda; ale za nic w świecie nie chciało mi się spać.
Nymeria, ja i nasze dzieci.
Wszyscy razem. Było to jednako oczywiste i nie do uwierzenia. Dla mojego zajętego uciążliwym szumem umysłu, wszystko było tego dnia niepojęte... lecz dzień nadal trwał, majowe kwiaty kwitły. Wyglądało na to, że na świecie nic się nie zmieniło. Tylko wilcze życia wciąż kruche i łatwe były do stracenia. Maleńkie życia otwierające się na nowy świat, na równi z tymi większymi, starszymi, jak mniejsze i większe płomyki, w obliczu oceanu po horyzont.
„Żadnym błędnym ruchem nie zniszczymy absolutu”, mówiła niegdyś Nymeria. Przyjmując, że takowy w ogóle istniał. Istnieje. „A jeśli nie, tylko odejmuje to zmartwień o dysproporcję pomiędzy nim, a naszą małością”, mówiła.
Mętlik w głowie. Nie wiedziałem już niczego, a raczej: wciąż nie wiedziałem niczego. Patrząc na nią, tam, osłabioną i śpiącą, czułem, jakby serca nasze leżały obok siebie. Świat wymykał się nam obojgu spod kontroli. Świat wymykał się nam wszystkim spod kontroli. Oto my, wilki, wszyscy tak samo marni; zdawkowe słowa rzucone na wiatr. Rozbrzmiewające szybko i szybko gasnące.
Agrest. Mówię sam do siebie.
Czas odpocząć przez chwilę.
Och, tak. Dajcie mi odpocząć, zanim przejdę do dalszej części naszej opowieści. Ciężko jest opowiadać o niektórych rzeczach. Nawet, jeśli dziś w moich uszach rozlega się już tylko cisza, wspomnienie łoskotu tamtych dni chwilami jest wyraźniejsze niż mój własny głos. Potem usłyszycie co dalej, bo jest jeszcze trochę do opowiedzenia.

< Nymerio? >

wtorek, 24 maja 2022

Od Nymerii CD Agresta - „Samotna wśród tłumu”

Krwawiąca

Miłosierny Boże, ty który stworzyłeś Lucjana i ponoć cały nasz świat. Nie chce wierzyć w Twoje istnienie, bo znaczyć to będzie, że jesteś mniej miłosierny i łaskawy niż tego potrzebuje. A potrzebuje.

Sprawiedliwości. Właśnie tego. Zabierz mnie, jedynie mnie.

Poczułam ból, ogromny. Rozrywający moją skórę, mięśnie i wiele więcej. Jednak to nie ból był dla mnie obezwładniający. To dzieci, strach o dzieci. Moje małe szczeniaki, które już za kilka lub kilkanaście dni miały przyjść szczęśliwe na świat. Świat nieszczęśliwy i zabójczy, jednak ja uczyniłabym wszystko by dla nich taki nie był.

Sprawiedliwości proszę…

Pomagająca

- No, Agrest, jaka decyzja. – szybkie słowa puszczone z ust Delty odbijały się od ścian jaskini. – Nie mamy czasu!

- Nie, ja…

Wstałam powoli z posłania, słaniając się na nadal zmęczonych i zastałych łapach. Spojrzałam ze smutkiem na ranną. Nymeria miałam zamknięte oczy, a jej pysk nie pokazywał zupełnie żadnych emocji. Jej kres był blisko. Zbyt blisko.

Zdałam sobie sprawę, że nawet szczeniaki mogły tego nie przeżyć. A nawet jeśli… urodzone przedwcześnie, dwukrotnie bardziej potrzebowały matki i pokarmu od niej. Ich kres był równie blisko, a szanse na przetrwanie nikłe. Nie mogłam jednak nic powiedzieć, moje gardło jeszcze nie wróciło do normalności, a siły… Miałam trochę. Tak, miałam. Mogę pomóc.

- Floro, nie! – usłyszałam znajomy głos, ale już postanowiłam. Położyłam łapy na zranionym brzuchu ciężarnej wadery i zobaczyłam tak wiele… - Jesteś za słaba!

Odpłynęłam dość szybko skupiając się na leczeniu tego co najważniejsze, i tego co mogłam zanim Delta zacznie ratować szczeniaki. To one musiały przeżyć, to nie ulegało wątpliwości, nawet jeśli Agrest sam o tym jeszcze nie wiedział. Jednak może moja pomoc pozwoli na uratowanie także Nymerii. Musiałam w to wierzyć. Zbyt długo siedziałam poza tym miejscem, zbyt wielu zginęło przez moją nieobecność.

Ugryzienie było rozległe. Miot który miał niedługo przyjść na świat zmniejszył się o dwie samiczki, które znalazły się na trasie szczęk napastnika. Zatamowałam krwawienie, najpierw w mniejszych miejscach, testując swoje możliwości i już miałam przejść do gorszych elementów, gdy poczułam blokadę. Nie mogłam więcej. Gdzieś z tyłu usłyszałam swoje imię… Ale gdybym tylko jeszcze złączyła tą naderwaną tętnice. Tylko tętnice.

Odrzuciłam ostrzeżenia z zewnątrz i mojego własnego organizmu. Zaparłam się, żeby dotrwać do końca tej jednej czynności. Trwało to najwyżej kilka minut, a później jedynie sekundę trwała moja droga ku ziemi.

Decyzyjny

Ciało Flory padło na ziemię bez życia. Medyk podbiegł do wadery ze strachem w oczach, by po kilku chwilach odwrócić głowę i powiedzieć:

- Oddycha. – powiedział, na co wszyscy obecni odetchnęli z ulgą.

- Co z nią? – spytał alfa patrząc na swoją ukochaną. Delta podszedł teraz do Nymerii, wcześniej kiwając w stronę Domino, która przyszła pomóc w trudnej sytuacji, aby zajęła się drugą chorą.

- Nie wiem jeszcze co Flora zdołała zrobić, ale na pewno dała nam trochę czasu. – spojrzał na płowego basiora, oczekująco. – Czasu, który może nam pomóc w pewnym uratowaniu szczeniaków.

- A co z Nymerią?

- Nie widzę dla niej ratunku.

Po tych słowach świat jakby na chwile się zatrzymał.

- Ratuj je.

Bohaterski

- CZEKAJCIE! – donośny niski głos przerwał dyskusje, jeżeli można było tak ją nazwać.

Do jaskini weszła Tiska, ewidentnie przemęczona i smutna. Zaraz za nią pojawił się właściciel głosu, kulejący na jedną łapę Magnus, z żarem w oczach, lecz ewidentnie z ostatkiem sił w ciele. Przeżył chorobę, przeżył wojnę… już dwa razy uchronił się od śmierci w krótkim odstępie czasu. Czy Bóg miał na to plan?

- Ratuj wszystkich. – powiedział już nie tak głośno, z lekko zasapanym oddechem.

- Nie dam rady.

- Dasz. Pomogę jej. – usiadł obok córki i chwycił jej wiotką łapę. W tym czasie jego żona westchnęła ciężko i usiadła obok niego.

- Magnus, nie masz tyle siły. Byłeś chory, ranny… Ja wiem, że…

- Nie mam. – spojrzał jej w oczy i na kilka sekund nastała niczym niezmącona cisza. Pojedyncza łza spłynęła po pysku Tiski, gdy ta zdała sobie sprawę do czego może to wszystko doprowadzić. – Nie mogę jej zostawić, Kochanie. Jedną córkę już straciłem. Tej stracie mogę zapobiec.

Basior odwrócił wzrok od ukochanej i spojrzał na medyka:

- Delta, szykuj się do operacji.

- Magnus... – jej uśmiech rozjaśnił twarz basiora. Jego język szybkim ruchem zlizał z jej policzka tą jedną niesforną łzę.

- Przeżyliśmy już razem wiele. Teraz jej kolej.

Tiska pokiwała lekko głową i przytuliła głowę do ramienia męża. Nie zamierzała go opuszczać do ostatniej chwili.

Krwawiąca

Gdy ból znika, to znaczy, że się umiera, prawda? Czułam się jakbym pływała na niezmąconej tafli wody, która przed kilkoma chwilami podtapiała mnie i nie pozwalała złapać oddechu na swojej powierzchni. Leżałam na plecach i patrzyłam na rozgwieżdżone niebo, jakbym nie miała już żadnych zmartwień. Co się zmieniło? Umierałam prawda?

Jeszcze chwilę, Nymka. Jeszcze trochę.

Głos przeszył moją podświadomość ciepłem i spokojem.

Tato.

Wszystko będzie dobrze. Tylko wyjdź z wody.

Obróciłam się na brzuch i rozejrzałam dookoła.

Płyń.

Więc płynęłam. Nie widząc lądu, nie wiedząc co robię i jedynie czując ciepło w poruszających się szybko łapach.

- No witaj, Nymerio. – obok mnie zwinnie poruszał się Lucjan. – Ciężki okres, co?

- Co tu robisz? – spytałam lekko już zasapana.

- Najwyraźniej po raz kolejny masz problem… Tylko tym razem to ja przyszedłem do ciebie.

- Nie mam czasu na wycieczki. Muszę…

- Płynąć? A dlaczego?

- Mój tata… on…

- Pewnie zaraz straci życie, żeby Cię uratować. Jednak może umrzeć na marne.

- Dlaczego?

I wtedy to poczułam. Okropny ból przyszywający mój brzuch. Skuliłam się, od razu wpadając pod wodę. Nie mogłam złapać tchu, a ból narastał coraz bardziej. Woda zabarwiła się karmazynem.

- Ponieważ wracając ci siły, jednocześnie oddaje Ci ból. Który uniemożliwi Ci dopłynięcie na miejsce.

- Nie! – krzyknęłam zanim moja głowa ponownie znalazła się pod wodą.

- Więc płyń. Szybko. Ile masz sił w łapach. Tutaj nie umrzesz, nie zemdlejesz, tutaj tylko musisz dopłynąć na czas odczuwając ból, którego nigdy wcześniej nie odczuwałaś.

Więc płynęłam. Z bólem, którego nigdy wcześniej nie odczuwałam. Z myślą, że jeszcze go uratuje. Że mój ojciec przeżyje razem ze mną.

Ratujący

Delta uwijał się z operacją jak najszybciej mógł, co chwila patrząc na coraz bardziej pochylającego się nad córką Magnusa. Jego sierść, już wcześniej lekko wyblakła z koloru, teraz przybrała barwę brudnej szarości z lekką domieszką chabru.

- Syn! – Krzyknął Delta wręczając małe ślepe dziecię stojącej obok Domino. Tym razem to on odbierał poród, nie tylko dlatego, że odbywało się przez cięcie podbrzusza, ale także przez stan ciężarnej.

Domino zabrała szczeniaka w głąb jaskini by go obmyć i pomóc w przystosowaniu w nowym miejscu.

- Córka! – ledwie kilka minut dzieliło te dwa dźwięki, a wydawać by się mogło, że trwało to całe wieki. Tym razem szczeniak został wręczony samemu ojcu, z braku kadry, nie było innego wyjścia. – Zanieś go położnej. – usłyszał alfa rozkaz i bez zająknięcia go wykonał. Patrzył tylko na córkę, przez całą drogę do prowizorycznego posłania niemowlęcego, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

Z trzecim szczeniakiem było gorzej. Minuty mijały, Delta robił co mógł, ale młody zakleszczył się, a pępowina owinęła się wokół niego jak sznur wokół szynki. W końcu jednak udało się i kolejny brzdąc szczęśliwie zdrowy, pojawił się na naszej ziemi.

- Syn… - sapnął z wycieńczenia medyk, wiedząc, że to jedynie część jego dotychczasowej pracy. Szkraba zwinnie odebrała od niego Domino.

- Wróć tu zaraz, będę Cię potrzebować. – powiedział pocierając łapą po czole, zostawiając na nim krwawy ślad. – Zostaw młode z ojcem.

Delta nie musiał się powtarzać. Po chwili nowa chwilowa asystentka medyka była już przy nim.

Krwawiąca

Nie mogę już... ta jedna myśl nie odchodziła ode mnie. Miałam ochotę zatrzymać się i pozwolić wodzie by mnie połknęła, zabrała w głąb siebie, gdzie zaznam w końcu spokoju i braku bólu.

Jednak musiałam przeć dalej, musiałam. W pewnej chwili, gdy jedna z większych fal odsłoniła mi horyzont zobaczyłam ją. Małą wyspę pośrodku bezkresu wód. TAK! To tam musiałam dopłynąć. Nadzieja rozgrzała mnie do czerwoności, dodając mi sił i adrenaliny.

I gdy już myślałam, że będzie już tylko dobrze, nade mną rozgorzał grzmot. Potężny i głośny, któremu zawtórowała błyskawica uderzająca w cel mojej podróży. Siły opuszczały mnie coraz bardziej i w końcu coś zrozumiałam… spokój na wodach przyszedł gdy Magnus zaczął mi pomagać. To jego zasługa, byłam pewna.

Czy burza oznaczała, że nie zdążyłam?

Bohaterski

- Kochanie… - szepnęła Tiska, trzymając męża w ramionach, ledwie mogącego utrzymać głowę w górze.

- Kocham Cię.– powiedział tylko, a później zgiął się w pół, w potężnym wrzasku i padł na ziemie. - Opiekuj się nimi. – uśmiech zawitał na jego pysku, zupełnie jakby ból równie szybko zniknął jak się pojawił. W następnej sekundzie jego oczy straciły żar.

<Agrest?>

sobota, 21 maja 2022

Od Agresta CD Nymerii - „Samotna wśród tłumu. Rdzeń” [2.9]

Czy, Kochani, pływaliście kiedyś w jeziorze, zanurzaliście się w granatowych wodach i spływaliście aż do dna, by dotknąć go i wrócić na górę? Celowo nie używam słów, „odbić się”.
Powiedziała, że nie może, ale zgodziła się i tak. Czy to ja byłem mistrzem dialogu, czy ona ulegała wpływom? Czy już gdy pytałem, naprawdę tego chciała? Nie, to wykluczyłem niemal od razu.
Czy zgodziła się, bo byłem alfą?
Nie miałem do ofiarowania dobrego serca, mocnych barków, które mogłyby ją wesprzeć w każdej chwili dnia i nocy. Jedyne co miałem, to władza i bystra myśl. Moje łapy były wszak słabe, lecz umysł silniejszy! Ledwie poprosiłem, miałem ochotę zagrzebać się pod ziemią, a ona patrzyła na mnie jak na straceńca. Nie chciałem być straceńcem, jeszcze nie. Zatem skąd ten zbyt cienki dla basiora pysk i smutne oczy sztywno wbite w ziemię? Tym pyskiem wywalczyłem niejedną wojnę o hasła zapisujące się w historii, te oczy miały wejrzenie w niewypowiedziane nigdy pomysły rozmówców!
Ona, Nymeria, od początku była gdzieś blisko. Dlaczego? Ona, Nymeria, nie snuła mętnych planów. Ona, Nymeria, chciała działać, była jak czysta, rwąca rzeka pełna ryb, drążąca koryto w przetartym przeze mnie szlaku.
Tym jednym, „Słyszałam, że od długiego czas nie panowała w WSC para alf!, kupiła resztę mojego serca. Bo ja kochałem ją już wcześniej; nazwijcie to przyjaźnią, lecz czym mogła być iskra w gardle, gdy Nymeria mówiła, „Wszystko jeszcze się wyprostuje? Mówiła, „Przez lata nasza wataha była jak ten dąb, nasza siła będzie siłą wierzby, czy dębu?”, ja nie odpowiedziałem. Nasza wataha była jak ten dąb, chory dąb, który jakimś niezrozumiałym cudem natury wyrósł na piachu. Może potrzebowaliśmy innej siły? Byłem pewien, że dużo więcej widzę, ale nie widziałem nic. Mówiła, „Nie jesteś sam”. To ona była ze mną, przez cały czas.
Pobraliśmy się. Jak na wojnie, po cichu. Niejeden nazwałby to jakimś-tam politycznym zabiegiem, a my po prostu chcieliśmy być szczęśliwi! Tylko tyle, tylko chcieliśmy doczekać się...

- ...Potomstwa - moje słowa pod jakimś względem przypominały rozpędzoną włócznię. Kawka i Szkło przez moment patrzyli na mnie ze zwyczajnym zdumieniem. Potem zdumiony wzrok po kolei przenieśli na Nymerię. - Czekamy na gratulacje. - Uśmiechnąłem się, dając upust zadowoleniu i samozadowoleniu. Jako pierwszy, Szkło doprowadził się do ładu.
- Bracie! - zawołał, zwracając się ku nam. - Bratowo! Moje powinszowania. Cóż powiedzieć... przyznam, że zupełnie się tego nie spodziewałem. Tak szybko! - Z tymi słowy, jakoś odruchowo chwycił łapę Nymerii i uniósł ją do swojego pyska.
- No widzisz, my też nie tracimy czasu - mruknąłem, lecz ciche chrząknięcie ze strony małżonki uciszyło mnie łagodnie i skutecznie. Ach, no i Kawka. Zapomniałem o Kawce. Kochana dziewczyna.
- Moje... wyrazy serdeczności.
- Dziękujemy - tym razem odpowiedziała Nymeria. - Może niebawem założymy tu przedszkole - dodała ciepło, na co prędko odwróciłem wzrok i udając, że nie rozumiem treści ukrytej między wierszami, skierowałem go w bezpieczną przestrzeń, na swoje dokumenty, które w tamtej chwili, w ogóle w tamtych dniach, wydawały się tak mało ważne. Moja asystentka nie odpowiedziała i rozmowa jakoś rozpłynęła się w powietrzu, gdy wszyscy na nowo zajęliśmy się swoimi własnymi myślami. Tylko Szkło wspomniał jeszcze, że będziemy musieli dać samicy alfa trochę odpoczynku, bo ma teraz na głowie rzeczy ważniejsze niż wojna.

Wojna. Nie oszczędzała nikogo.
Wojna. Burzyła domy, plany i marzenia.
Wojna. W jednym słowie zawarty rdzeń spustoszenia i wyniszczenia znanego świata. Słowo, którego, gdy naprawdę nadejdzie, nie ma się sił nawet wypowiedzieć.
- Żeby diabli wzięli cały ten NIKL! Niepojęte. Niepojęte! Powiedz mi, czy to wszystko prawda: WWN przekroczyła nasze granice? Mamy wojnę?!
- Tak, Agrest. Zginęło...
- Mój brat nie żyje?
- To prawda.
Zabrakło mi oparcia w jej ciepłych objęciach, z których wyplątałem się chwilę wcześniej, więc po prostu skuliłem się pośrodku jaskini, opuściłem głowę; zatrzymałem się na chwilę, razem z czasem, by nie mógł mnie ścigać i ze świadomością, by nie kłuła mnie już kolejnymi, niepotrzebnymi myślami. Oddychając, topiłem się w powietrzu. Z delikatnością drobnego listka kiwając w przód i w tył, szamotałem się jak ryba, schwytana w potężną sieć. Zimno; dotknąłem swojego ramienia, lecz w ruchu nie było ni ulgi, ni bólu.
Jeszcze tego samego dnia stanąłem nad usypaną w świeżej ziemi mogiłą. Właściwie nie wiedziałem, po co. By, jak przystało na przywódcę, oddać hołd poległym, którzy co do jednego leżeli w tamtym, pospolitym miejscu? By przypatrzeć się swojemu dziełu?!
Twoja wina, Agrest. Twoja wina.
Znowu to twoja wina.
Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że jestem wilkiem straconym. Nie ważne, ile jeszcze pożyję i w jakim zdrowiu, nie ważne, ilu potomków się dochowam i czy jeszcze kiedyś będę chodzić z nimi na beztroskie, leśne spacery w naszej bezpiecznej i cichej watasze, kilkoma ruchami pióra po kartce przekroczyłem granicę, która uczyniła mnie zbrodniarzem. Nie miałem pojęcia, ba, nadal nie mam, czy Niebo i Piekło istnieją. Jednak patrząc na zbiorową mogiłę ostatnich ofiar wojny, coś w mojej głowie szepnęło, że jeśli istnieją, jedno miejsce w Piekle czeka już tylko na mnie.
Znów zawieszony pośrodku życia i śmierci, u progu żałoby przyćmionej radosnym oczekiwaniem. W rojowisku uczuć tak sprzecznych, że gdybym patrzył na siebie z boku, nigdy nie uwierzyłbym w ich doskonałe współistnienie.
Patrzyłem na grób, stopniowo pozbywając się wszystkich myśli i właściwie niczego nie czując. Kilkukrotnie tylko do moich uszu dobiegały coraz to nowe głosy z mojej własnej głowy. Kilkukrotnie gdy zamykałem oczy, powracało do mnie wspomnienie. Takie żywe, barwne i wyraźne; naraz jakoś dziwnie robiło się na myśl, że już na zawsze pozostanie jedynie wspomnieniem, które będzie stopniowo blaknąć wśród innych, dawniejszych, mglistszych.
Jak to możliwe? Przecież mój brat był ze mną zawsze; w moim małym świecie był bardziej pewny, niż Słońce na niebie! Był, patrzył mi w oczy, mówił, uśmiechał się. A chwilę później już nie było Szkła.
Gdy ślęczałem tak nad kupką ziemi i wpatrywałem się w nią oczyma ukrytymi za szklistą ścianą, Nymeria przystanęła u mojego boku.
- Ciekawe - zauważyła, swoim dźwięcznym głosem, w którym odbijała się echem melodia bardzo odległych uczuć. - Myślimy w tak różny sposób, a każdy z nas zadaje sobie to samo pytanie. Dlaczego?
- Prędzej spodziewałbym się własnej śmierci - mój głos załamał się i uwiązł w gardle, nim dokończyłem zdanie.
- Ilu z nas jeszcze zginie? - zapytała ze strapieniem, ale nie potrafiłem ani odpowiedzieć, ani nawet w pełni pojąć znaczenia jej pytania.
Po raz drugi w życiu w pełni pochłonęła mnie ta owiana niejasnościami żałoba. Poznaje ją, prędzej czy później, chyba każdy, kto znajduje się w środku wojennej zawieruchy. W głowie szumi, huczy, wiruje krew, rozpaczliwie popychana przez przerażone serce. Razem z nią obijają się o czaszkę najróżniejsze myśli. Potem zaczynają uciekać, mieszają się ze sobą i wracają w coraz to nowych formach. Wiążą się z nowymi wspomnieniami i skojarzeniami, a każde z nich wkłuwa się pomiędzy żebra, w brzuch i skronie. Czas płynie, a nieszczęśliwy wilk bezsilnie próbuje z nimi walczyć. Zaciska zęby i powstrzymuje łzy.
Nie walcz z nimi, Wilku. Każda z nich, po kolei, musi otrzeć się o Twój umysł, aby w końcu zapanował w nim porządek. Każdy wyraz musi zostać wypowiedziany. Wreszcie chaos wyleje się z głowy, zastąpiony przez głuchą ciszę, choć jeszcze przez długi czas jego resztki będą napływać falami.
Bracie. Byłeś strażnikiem; wierzę, że naprawdę stałeś się aniołem. Byłeś zwykłym, szarym wilkiem, odtąd, dla mnie, miałeś stać się legendą.
Legendą, której czarnym charakterem stałem się ja sam. Mały Agrest, przestępca bez rozgłosu.
Razem z Nymerią szedłem dalej, przez las, nie prosto w kierunku domu. Zmrok zapadał nad naszą krainą, a my wolnym krokiem błąkaliśmy się po bezdrożach, po prostu wędrując obok siebie i milcząc, a niekiedy rzucając słowo o prostych rzeczach, jak plany na kolejny obchód, czy polowanie. Za wszelką cenę unikając tematu wojny, choć od wielu dni, ledwie kilometr za naszą jaskinią, stacjonowało wrogie wojsko. Czasem wspomnieliśmy przeszłość, jednak za każdym razem, prędzej czy później, przez moje ściśnięte gardło przechodziło imię brata. Ta przeszłość zdawała się zbyt bliska, by ją wspominać i zbyt bliska, by o niej zapomnieć. Dziwna rzecz. Jego po prostu nie było. Powiecie być może: „Tak czasem bywa, Agrest. Wilki umierają, odejście Szkła, żołnierza, choć nieoczekiwane, nie powinno dziwić bardziej, niż zwykła śmierć na wojnie”. W istocie, wojna zmieniła wszystko, nawet postrzeganie śmierci przeze mnie, jak i przez każdego z nas. Ale Szkło od lat był najbliższym mi wilkiem. Jako szczenięta spaliśmy przytuleni do siebie, w jednej norze; zamieszkawszy w WSC, miałem go obok siebie zawsze, gdy tego potrzebowałem. Po jego śmierci czułem się nie jak ogarnięty żalem członek rodziny, a jak porzucone dziecko. Nic z kolei nie powodowało większego żalu, niż świadomość, że po utracie ukochanego brata bałem się o stokroć bardziej, niż smuciłem.
W końcu wadera, której ciążyło noszone pod sercem szczęście, skierowała nas do domu. Czekały tam na nas nowe sprawy do rozwiązania i rzeczy jeszcze dziwniejsze.
- Nymerio, wygląda na to, że w jaskini alf będzie nas teraz czwórka - oznajmiłem, gdy zbliżaliśmy się na powrót do naszej stanicy, niepewny, jak wilczyca zareaguje na taką wiadomość.
- Co ty nie powiesz? - Małżonka spojrzała na mnie badawczo.
- To znaczy... mam asystenta.
- Asystenta. Nowego asystenta?
- W pewnym... chociaż nie.
Nymeria prychnęła i zaśmiała się dźwięcznie. Moje ślepia błysnęły, otwarte szeroko, jak słupy soli.
- Powiedziałabym, że jestem zdumiona, ale nie chce mi się nawet udawać. - Wzruszyła ramionami, przekraczając wysoką kępę trawy, otaczającej polanę, która rozciągała się przed naszą jaskinią. Poczekała, aż moimi sporo krótszymi nogami dokonam tego samego i zrównam z nią kroku, po czym mruknęła. - Niech zgadnę... to twój nowy asystent?
Podniosłem wzrok. Rzeczywiście, Szkliwo stał pod wejściem do naszej jaskini, bokiem opierając się o ścianę i leniwie grzebiąc w ziemi jednym z pazurów. Na nasz widok uśmiechnął się jak szczeniak na widok właściciela, machnął ogonem i stanął prosto.
- Dawno mnie tu nie było. Dzień dobry, Nymerio!
- Och, coś tak czułam, że twoja nieobecność była zbyt piękna, by była prawdziwa. - Samica alfa popatrzyła z wyższością najpierw na niego, a zaraz potem na mnie, by słowem wyjaśnienia uraczyć złote oczy, z których, w zasadzie odkąd weszliśmy na polanę, nie schodził powidok oniemienia. - No co? Nigdy go jakoś szczególnie nie lubiłam, ale o niby-martwych się źle nie mówi.
- Wejdźmy może do domu - zaproponowałem pośpiesznie. - Kawka nie przyszła z tobą?
- Właściwie...
- Agrest. - Nymeria ponownie wkroczyła do rozmowy. - I ty, cudaku, jeśli jeszcze nie wiesz. Kawka nie pojawia się tu od tygodnia. Odkąd wyruszyłeś, Agrest.
- Dlaczego? - zapytałem krótko, choć jakaś ocena tej wieści sama cisnęła mi się na pysk.
- No właśnie. Dlaczego? - Wzrok, którym obdarzyła mnie Nymeria, mówił za nią, za mnie i sam za siebie. Mimo to, raz jeszcze, pełnym zdaniem, zwróciła się do Szkliwa. - Trąci od ciebie piachem. I Admirałem. Co u Admirała? - Zniżyła głos.
- Całkiem dobrze. Na prostej drodze do miejsca, w którym my nigdy nie skończymy.
- Ostatnio chyba nie może się zdecydować, czy jest z nami, czy przeciwko nam.
- Jak zwykle. Ale o Kawkę bądźcie spokojni. - Szary ptak spoważniał. Zapewnienie nie było wystarczające; wręcz przeciwnie, nigdy wcześniej nie byłem o nią tak niespokojny, jak w tamtej chwili. Wątpliwości całkowicie nie rozwiały nawet słowa, którymi mój asystent zakończył zeznanie. - Zaraz przyjdzie.
- Wejdźmy do środka - wymamrotałem.

Kawka przyszła. Zupełnie zwyczajnie, jak co dnia. Przyniosła martwą przepiórkę. Było nas więc czworo, trochę jak dawniej, trochę inaczej, trochę... jakby w tym samym lesie, jednej z kolejnych nocy, nagle inne świerszcze zaczęły wygrywać swoją letnią balladę.
- Możemy porozmawiać? - zapytała złota wilczyca, cichutko kładąc swój ładunek przy wejściu i siadając tuż obok mnie.
- Oczywiście - zwróciłem się do niej łagodnie, chyba nawet przyjaźnie wykrzywiając kąciki warg, choć z tyłu głowy zaczęło uwierać mnie złe przeczucie. Nymeria, wylegująca się na naszym posłaniu, podniosła głowę, nawiązując ze mną porozumiewawczy kontakt wzrokowy.
- Byłam na stepach - zaczęła moja asystentka.
- Tak myśleliśmy - przytaknąłem zwięźle, rezygnując z pytania, czego się dowiedziała, niemniej oczekując jej przemowy jak spragniony wody lub głodny świeżego mięsa.
- Byłam tam dziś, ale nie tylko o to chodzi. Moje stanowisko każe mi zostać tam dopóki nie uda nam się usunąć zagrożenia w ich postaci. Jako córka Ciri i Admirała mam szansę wiedzieć wszystko, ale muszę być wiarygodna. Stuprocentowo wiarygodna.
- Nie musisz nas o tym przekonywać - zapewniłem. - Jak zamierzasz to zrobić?
- Mam sposoby odpowiednie do mojej służby. - Opuściła wzrok; jakby w zwykłym zamyśleniu, choć nieco zbyt szybko.
- Czy powinniśmy coś jeszcze uczynić, by ułatwić ci wykonywanie pracy? Wiem, że to specyficzna praca i szczególne warunki.
- Zastanawiałam się nad tym wszystkim. Wybacz. Nad tym, do czego wszystko dąży.
- Może lepiej... - Obiegłem pomieszczenie wzrokiem, nie zatrzymując go na niczym ani przez chwilę. Coś skłoniło mnie do podjęcia próby ucieczki od tematu, a może od samej rozmowy z Kawką. Blask, który widniał w jej oczach odkąd się zjawiła, nie zwiastował niczego dobrego. Ponieważ wciąż miałem zakorzenione głęboko w głowie i niepokonane od lat opory przed własnoręcznym przygotowywaniem naszego wieczornego paleniska, szybko porzuciłem zamiar wymigania się od rozmowy w ten właśnie sposób. Znów popatrzyłem na małżonkę, jednak jeden rzut oka na jej ciało zmęczone całym dniem noszenia kształtującego się w środku życia zniechęcił mnie do choćby pomyślenia o wyręczeniu się nią. Wreszcie postanowiłem wydać polecenie asystentowi. - Będziesz łaskaw rozpalić ogień? - zapytałem, na co kiwnął głową i leniwie rozprostował nogi.
- Masz tu jakiś krzemień?
- Patyki do rozpalania leżą przecież w schowku. - Od niechcenia skinąłem pyskiem w kierunku jednej ze skrytek.
- Posłuchasz mnie? - Tymczasem Kawka popatrzyła na mnie łagodnie, lecz dogłębnie. - To nie idzie w dobrą stronę. Nasza idea wyblakła. Droga, którą idziemy porosła chaszczami. Ale potrzebujemy tylko iskry, rozpałki.
- Teraz wszystko się zmieni, Kawko. Masz rację, potrzebujemy iskry. Czuję, że wystarczy mi siły, by ją wzniecić. Czy możemy porozmawiać o tym jutro? - Ująłem jej ciepłą łapę, szukając w jej chłodnych oczach odrobiny zrozumienia. - Jestem dziś bardzo zmęczony. Na wszystko przyjdzie jutro czas.
Wadera westchnęła bezgłośnie, ale przytaknęła, nie mówiąc nic więcej. W rzeczy samej; wszystko było wyblakłe.
Płomień zajaśniał, wygrywając barwną piosenkę na zewnętrznej ścianie naszego domostwa, a potem zamknął ją w taktach i nadał jej tempo, gdy wpletliśmy w nią swoje ostre cienie. Tym razem w czwórkę umościliśmy się w niskiej trawie, wpatrując się w słabe światło ognia, innego jakoś, niż zawsze. Spokojny wieczór niósł chłodne powietrze i ginący w ciszy szum lasu. Pozbawiona życia rozmowa szybko urwała się gdzieś w szczerze spodziewanym momencie i już tylko trzask żarzących się gałęzi nadawał naszym myślom swój własny, pełen zadumy rytm.
Kiedyś siadywał tak z nami i Szkło. Przychodzili razem z Karą. Tak bardzo lubiłem siadać tak z nimi wieczorami, a jednocześnie tak trudno było mi znieść spotkanie tamtego dnia. Nie chciałem rozmów, byłem zbyt zdenerwowany. Chciałem tylko pewności, że mam swój dom, swoje stanowisko, swoją rodzinę, swój święty spokój.
Nie miałem niczego. Bałem się, bardziej niż kiedykolwiek. Bardziej niż gdy w szczenięctwie na głodowych błoniach WSJ musiałem zabiegać o każdy kęs rozdzielanej zwierzyny. Wtedy nawet nie miałem jeszcze do stracenia tyle, ile już bezpowrotnie straciłem.
Straciłem.
Co więc nadal wzbudzało mój lęk? Chyba już tylko utrata reszty bliskich oraz własnego zdrowia i życia. Względnie, cierpienie.
Wśród mgławych wizji gorzkiego dzieciństwa, jakieś o wiele bliższe wspomnienie wkręciło się jak śruba w samo centrum mojej świadomości. Czując nagły ucisk bólu w przełyku, przez chwilę walczyłem sam ze sobą, aby nie zawyć.
Gdy moje rozkołatane serce w końcu zwolniło trochę, podniosłem pysk, by dla zajęcia czymś myśli spojrzeć na falujące nad nami, bez pośpiechu jak zawsze, gałęzie sosen. Rozchyliłem wargi i brzmiąc chyba jeszcze słabiej, niż wskazywałyby na to moje drżące żebra, wyciągnąłem ze zmęczonego gardła kilka miękkich nut.
- Powiedz dokąd znów wędrujesz... Czy daleko jest twój sad? - Zawiesiłem głos na kilka sekund, jakbym nadal liczył na to, że ktoś naprawdę mi odpowie. Tuż przy moim boku poczułem ciepło swojej drugiej połowy; ciepło jej i istot, które w sobie nosiła. Łagodnie popatrzeliśmy sobie w oczy i choć wadera nie towarzyszyła mi w pieśni, dopiero otulony jej niezmąconym, a mimo to tak bliskim spojrzeniem, zebrałem w sobie resztę siły, niezbędną do zaintonowania dalszych słów piosenki. - Hen, w krainy buczynowe, ze mną tam układa pieśni wiatr. - Przełknąłem ślinę, czując wzbierające w krtani napięcie. Łez, jedna po drugiej spływających po policzku, nie udało mi się jednak powstrzymać. - Hen, w krainy buczynowe, ze mną tam nikogo, tylko wiatr.
- Zmierzchy grają, a przestrzenie własny mi podają dźwięk - jak płomyk nowego życia, drugi głos, spokojny głos Szkliwa poniósł się wokół ogniska. - Takie śpiewy z nimi lub milczenie, w którym znika każdy dawny lęk...
- W takich śpiewach i milczeniu, w szumie świętych buków zginął lęk. - Słysząc niewieści śpiew, jeszcze cieńszy, cichszy, przelotnym ruchem spojrzałem na Kawkę, spostrzegając jej opuszczony pysk i ściekające po nim wolno krople. Odetchnąłem, pozwalając sobie jeszcze przez moment nucić w myślach tę melodię, której brzmienie, nawet tak nikłe, z głębi własnej pustki, uzewnętrznione w tak krótkiej, lecz pięknej chwili, zaczęło dodawać mi otuchy.
- Przyszedł czas, Pan dał ci znak - wyszeptałem jeszcze ponad wątłymi płomieniami. Sztywno napiąłem mięśnie żeber, by wytrwać w bezruchu pomimo nagłej fali obiegających mnie dreszczy. Jedna z moich przednich łap została uniesiona i machinalnie zbliżyła się do ogniska. Jego nienaturalnie podniesiona temperatura miała w sobie coś pociągającego. - Gdzie Wrona? - zapytałem niespodziewanie, gdy tylko to imię nieśmiało nasunęło mi się na myśl.
- Widziałam ją po południu - odparła złota wilczyca. - Gdy wróciła na polankę po waszej rozmowie. Teraz pewnie śpi, nie była w najlepszym nastroju.
Nie powiedziała niczego więcej, bowiem wyraźnie zbił ją z tropu gwałtownie zbliżający się odgłos łap, przedzierających się przez suchy, nocny las. Wszyscy czworo poruszyliśmy się na miejscach, wymieniając się krótkimi, niespokojnymi spojrzeniami. Nymeria zerwała się na równe nogi, a z jej pyska wyrwało się tylko raptowne „Wilki...!”, zanim na polanę z kilku stron wpadło stado rozszalałych basiorów. Rozbiła się cisza na setki ostrych kawałków, a las zatonął w drapieżnych okrzykach.
Dopadło mnie dwóch. Nie widziałem wiele. Tylko ogień szamoczący się na swym ponurym posterunku wrył się w moje źrenice i pozostawił po sobie opalizujące widmo jeszcze na długi czas. W mgnieniu oka nieomal wepchnięty pomiędzy płomienie, zacząłem gryźć na oślep, ku własnej rozpaczy nie trafiając w żadnego z napastników.
- Nym... Nymerio!!! - ryknąłem, próbując przebić się przez oprawców, gdy jedna z uzbrojonych w potężne kły paszcz wyłoniła się spośród pozostałych i bezwzględnie wystrzeliła naprzód, zwierając się z ciałem mojej żony. Zastygłszy wpół skoku, w zwolnionym tempie obserwowałem, jak przy akompaniamencie warczenia i dojmującego pisku zakrwawione szczęki przeszywają jej ciało i szarpią tą postawną waderą niczym szmacianą lalką.
Cios z boku zwalił mnie z nóg. Nymeria zniknęła między wilkami. Łapy jednego z nich przygniotły mnie do gruntu, lecz zęby nie sięgnęły ni mojego karku, ni gardła. Oprzytomniałem, wijąc się na piachu by dać odpowiedź, uwolnić się z otaczającego mnie tłumu zamachowców, lecz zanim wykonałem skuteczny ruch, żywe imadło rozstąpiło się samo, a napastnicy rozpłynęli się leśnych w ciemnościach.
Poderwałem się z ziemi, zataczając jak pijany, przed oczyma mając tylko drżący w świetle ogniska i purpurowy od krwi obraz leżącego wśród traw ciała żony.
- Nymerio... - Tuż przy niej upadłem na kolana. Uniosłem jej delikatną, bezwładną głowę. Moje oczy zasnuły się mgłą; szybko przekłuły ją niepohamowane strumienie łez. Skulony nad wilczycą, drżałem i łkałem bezradnie, nie potrafiąc nawet odpowiedzieć na pytanie, czy w objęciach trzymam trupa, czy wciąż żyjącą postać. Dopiero po pewnym czasie bolesny chwyt na ramieniu i drastyczne odciągnięcie na bok wyrwało mnie z otumanienia. Poznałem ów mocny uścisk ostrych pazurów z przeciwstawnym palcem, lecz moje miejsce nad okaleczoną zajął ktoś, kogo w pierwszej chwili nie rozpoznałem. Pewność w ruchach, opanowanie, aż wreszcie głos, który zaczął wydawać polecenia, odsłonił oblicze przybysza. Delta. Medyk.
Potem wszystko stało się bardzo szybko. Przybiegło kilkoro innych wilków ze sztywną, szpitalną płachtą, które pomogły nam przenieść Nymerię do jaskini medycznej. 
- Pomóżcie mi - mówił Delta, a po tych słowach padały nazwy przedmiotów lub pytania o okoliczności całego zajścia. - Agrest. Agrest. Pomóż mi - słyszałem, trzęsącymi się palcami uciskając pulsującą krwią ranę. Wraz z każdym kolejnym założonym opatrunkiem wkładano mi do łap nowe szmatki, przesuwano z mnie miejsca na miejsce. W końcu nadszedł ostatni przykaz, który zmusił mnie do opuszczenia szpitala.
Przez kolejne godziny czuwałem pod jaskinią, siedząc w bezruchu i oczekując wiadomości. Dobrej, złej: nie wiedziałem, co mógłbym określić każdym z tych słów. Noc wydawała się nieskończona. Rozświetlała ją nieco ponad połowa księżycowej tarczy, raz po raz znikająca za wiotkimi chmurami. Tępo wślepiając się w falujące w nocnym wietrze gałązki koron otaczających polanę drzew, powoli dochodziłem do siebie. Niemniej nadal nie miałem pojęcia, co tak naprawdę się wydarzyło. Przerwałem ciszę, gdy na ścieżce wychodzącej z lasu i prowadzącej do szpitalnych wrót pojawił się mój asystent.
- Gdzie Kawka?
- Nie martw się o Kawkę. Wszystko w porządku.
- Nie zrobili jej krzywdy? Kto to w ogóle był? Nie rozpoznałem ani jednego pyska - jęknąłem, mrugając kilkukrotnie, by ulżyć coraz mocniej piekącym powiekom.
- Agrest. - Głos dobiegł z wewnątrz. Główny medyk, który wyłonił się z oświetlonej ukrytymi gdzieś w głębi pomieszczenia ognikami, skinął na mnie głową. - Chodź. Rzecz jest skomplikowana.
Wstałem i poszedłem za nim bez namysłu. Mówił o obrażeniach, jakie odniosła Nymeria, mówił o dzieciach, które zatrzymały się w drodze do Nieba. Dowiedziałem się, że prawdopodobnie nie będziemy mieć więcej szczeniąt, lecz te da się jeszcze uratować. Rozumiałem może połowę z tego, co mi przekazał, lecz docierała do mnie jedynie jej część.
- Jeśli tego nie zrobimy, stracisz i żonę i dzieci. Ty zdecyduj.
- Co mam zrobić? - Przełknąłem ślinę, gdy na moim gardle zacisnęły się macki panicznego lęku.
- Nymeria nie donosi potomstwa - oświadczył jeszcze raz, kamiennym tonem. - Możemy wyciąć je już teraz, ale to zakończy się śmiercią matki.
- Na co jest jeszcze nadzieja? Czy nie ma już nadziei? - wymamrotałem na wpół przytomnie. Po dziś dzień dzwonią mi w uszach ostatnie jego słowa, wypowiedziane głosem drżącym z napięcia; ale ja nie słyszałem już emocji, pojąłem tylko sens.
- No, Agrest, jaka decyzja. Nie mamy czasu!
Nie mamy czasu.
Boże Miłosierny

< Nymerio? >

sobota, 16 kwietnia 2022

Od Nymerii CD Agresta - „Samotna wśród tłumu”

Jego słowa nadal odbijały się w moich uszach. Tak proste i dosadne, a jednocześnie wyszukane i pełne niedopowiedzeń. I choć minęły już od tego czasu dwa miesiące, ja nadal nie mogłam pogodzić się ze swoją odpowiedzią…

---

- Agrest ja… nie mogę. To zbyt szybko, przecież nawet nie jesteśmy tak blisko. Przecież nawet mi nie ufasz. – spojrzałam na niego ze strachem. Ze strachem, że zobaczę w jego oczach jedynie żal. On jednak trzymał pysk nisko i patrzył na swoje łapy.

- Ufam Ci. – powiedział niemal od razu i podniósł na mnie oczy. – Czasem bardziej niż sobie.

- A może ja sobie nie ufam? – szepnęłam bardziej do siebie niż do niego.

- Słucham? – zapytał, a gdy pokręciłam głową i odwróciłam wzrok, on znowu zaczął mówić – To była tylko… propozycja. Do niczego Cię nie zmuszę. – poczułam jego łapę na ramieniu, co wywołało we mnie nieznany dotychczas impuls. Dość pośpiesznie zrzuciłam jego łapę i podeszłam do wyjścia.

- Pójdę się rozejrzeć po okolicy. Widzimy się jutro.

Nie odwróciłam się, ponownie ze strachu przed tym co zobaczę w jego oczach. Po prostu ruszyłam we wczesno wiosenną noc.

---

No więc, już wiecie dlaczego musiałam odejść. Mam nadzieję, że wojna szybko minie, Agrest beze mnie poradzi sobie lepiej, a moja rodzina nie będzie za mną zbyt mocno tęsknić. Niestety te dwa miesiące uświadomiły mi, że nie jesteśmy w stanie z Agrestem zapomnieć wypowiedzianych przez niego słów. Gorycz jaką do mnie czuł i wstyd jaki czułam ja, przeszkadzał nam w odpowiednim pełnieniu własnych stanowisk. Alfa nie może zostawić swojej watahy, więc zrobię to ja.


sobota, 19 lutego 2022

Od Agresta CD Nymerii - „Samotna wśród tłumu”

- Układanie planów może nas zawieść, kto wie... może ta pozorna lekkomyślność jest właśnie zbawienna?
Umilkła. Prychnąłem, nie potrafiąc powstrzymać przyspieszającego w napięciu oddechu, ani ukuć wystarczająco wyrazistej odpowiedzi. Ostatnie jej słowa ledwie przepłynęły przez mój umysł. On był skupiony na głosie. Nie na głosie, na oczach. Na tym, jak po raz ostatni poruszył się jej pysk i stężał, zostawiając mnie w niedosycie brzmienia. Na chwilę zniknęło brzemię wojny, czarnej chmury nad naszymi głowami, tylko po to, by spadło na nie kolejne.
Lecz o ile słodsze, jak upojne, nie przygniatające, a ściskające w swych bezpiecznych ramionach.
Mógłbym długo i porywająco opowiadać, roztrząsać: co czułem, na co miałem ochotę i co myślałem, zastygły w bezruchu, jak naruszony zębem czasu i wojny sfinks, tam, przy wilczycy, której obecności nie dostrzegałem przez lata: ale przecież nie ma to znaczenia. Mógłbym głosić, jak moje oczy otworzyły się na piękno: ale przecież byłaby to zwykła, ckliwa bzdura. Mógłbym mówić, do czego w mojej zmęczonej głowie doprowadziła rozmowa, wynikła ze zwykłego poczucia bycia w obowiązku odpowiedzenia na każde, nawet to najmniej wygodne pytanie: ale przecież to wszystko byłoby niepełne. Leżeliśmy obok siebie, dwa zagubione duchy. I tyle wystarczy.
Ci, którzy tak długo ukrywali swoje wnętrza. Ci, którzy zawsze uważali się za samotnych.
Alfa i doradca, topielec i ratownik.
Ta, która pomogła i ten, któremu udzielono pomocy.
Nymeria była zadziwiająca. Tego jednego byłem pewien. Dla mnie, była jak dar od losu, który wyciągając ku mnie swoją wszechmocną rękę by odebrać, w ostatniej chwili zatroskał się płaczem bezsilności, lękiem słabego wilka, brakiem woli by stanąć na własnych nogach i postanowił w zamian wypuścić coś z palców. Była bez skazy. W jakiś niezwykły sposób łączyła w sobie najbardziej przeze mnie upragnione przymioty wszystkich moich bliskich.
Kim ja byłem dla niej? Kim mogłem dla niej być? Być może uważała mnie za małodusznego, nędznego. Być może nie kulawego, ale okaz zdrowia o kulawym sercu. Co można było dodać? Samolubnego? Głupca? Być może byłem najgłupszy z nich wszystkich. Nie umiałem pięknie myśleć, wierzyć w piękne rzeczy. Trzymałem się nisko, nosiłem wysoko. Po co to wszystko? Byłem zły.
Tak, byłem zły, będąc sobą. Umiałem udawać, lecz nie potrafiłem naprawdę stać się nikim innym. A ona?
Była zbyt czysta. Była jak iluzja. Czy to była Nymeria, czy tylko jej portret? Wymalowała go własnymi łapami, czy ktoś zrobił to za nią: było bez różnicy. Istotne pozostawało tylko to, że nie miałem narzędzi, by to sprawdzić.
Nie wiedziałem, o co pytać i jak na nią patrzeć. Bałem się jej telepatycznych umiejętności. Bałem się jej mocy, bałem się jej siły. Mój umysł podpowiadał mi wprost, co powinienem zrobić z każdym, kogo się obawiałem. Istniało wszelako zagrożenie większe! Całe watahy, a w watahach armie i ich przywódcy, nasi otwarci wrogowie i nasi byli sojusznicy, być może i ci, których jeszcze nie zdążyliśmy poznać. Zamykało mnie to w klatce wyborów, a ja wciąż czułem się za słaby, by ich dokonać. Co dnia atakowały mnie nowe fale wątpliwości, własne myśli wciąż gryzły, zamiast bronić. W każdej znajomej twarzy widziałem diabła. Pozwalałem decydować za siebie, kryjąc się za uczuciami, zmuszającymi mnie do nagminnego wypluwania pustych poleceń, niosących za sobą tylko: radźcie sobie sami!, zza ściany oddzielającej mnie od świata. Mania, melancholia, mania, melancholia. Porywając się jedynie na przebłyski przytomności, które przybywały wraz z napadami dobrego nastroju, dopóki same w sobie nie stały się przerażające i nie spłoszyły mnie swoją obcością. Melancholia, mania. Melancholia, mania.
Boże Mój, byłem tylko mgnieniem, które pojawiło się wzbudzone przez jakieś roztrzaskujące się lustro. Oślepiającym na moment błyskiem, który znika w ułamku sekundy i pozostawia po sobie tylko ciemną plamę gdzieś w polu widzenia, nieprzyjemny symbol krótkotrwałego chaosu, który wkrótce zostanie zabrany przez pracowite komórki i pozostawi po sobie tylko wspomnienie. Minie dzień i już nikt nie będzie pamiętał, jaki kształt zarysował na oku niezdrowy błysk, jeden z tysięcy, które egocentrycznie, nieproszone napierają na źrenice. Nikomu nie będzie potrzebne, pamiętać.
- Nymerio - zwróciłem się do niej stoicko. - Pójdę na obchód.
- Już teraz? Może lepiej poczekać do wieczora?
- Pójdę teraz. I wieczorem. Nie zaszkodzi. Chcę... być obecny cały czas. Czy masz teraz coś do załatwienia?
- Nie, jestem wolna.
- Więc poczekaj tu, proszę. Gdyby ktoś się pojawił i... pytał o mnie, powiedz, że wrócę za pół godziny, czy za godzinę.
- Rozumiem. Jak sobie życzysz.
- Dziękuję. - Naznaczyłem pysk uśmiechem, czując, jak oblewające mnie z każdej strony fale łagodnieją pod wpływem jej słów.
Choć obchód, jak się pewnie domyślacie, miał być jedynie wymówką, aby uciec od rozmowy, kontaktu wzrokowego, odpowiadania na pytania i poruszania trudnych tematów, w drodze na południe moimi myślami zawładnęły zmory wcale nie przyjemniejsze. Nie mogłem wyzbyć się wspomnień wątków, które poruszyliśmy.
Ciri. Ciri. To imię obijało się o moją głowę, od środka, niemal bez przerwy. Moja felerna bratanica. A gdy tak dumałem, moje myśli brnęły coraz dalej. Równie felerna, jak cała reszta stadka, które sprowadził na świat mój niewydarzony brat.
Stop. Mój anioł.
Eee... 
Kawka naprawdę planowała potomstwo? Oto kolejne pytanie, które zadałem sobie niemal nieświadomie. Brzmiało dziwnie, a jeszcze dziwniej zapowiadała się odpowiedź na nie. Na pysk cisnęło się więc proste „Nie”, ale przecież miałem wiadomości z pewnego źródła. Lekkomyślność? Och, możesz się mylić, Nymerio, chociaż... mam nadzieję, że masz rację. Rozumu jej nie brakuje, dlaczego jednak, jeśli, tak jak utrzymuje, ma czyste intencje, nie powiedziała mi o tym ani słowa? Zwykły żal, który po prostu czeka na własną śmierć, by stać się polem, na jakim zasiać można będzie dobrą nowinę? Czy też podstęp?
Och, Nymerio. Co z tą twoją przyjaciółką? Ciri. Nie rozwiązałem wszak sprawy Ciri, nie ma się co zresztą łudzić, że nie znając przyszłości i otrzymując ledwie szczątkowe wieści o jej losach, uda mi się to tu i teraz, na krótkim spacerze w lesie. Od czegoś trzeba zacząć; od czego? Ciri. Od początku traktowana przez pryzmat. Córka mojego brata, twoja przyjaciółka, partnerka, a raczej, powiedzmy sobie szczerze, prawie partnerka tego śmiecia, Admirała. A nigdy Ciri. Wilczyca. Członkini WSC lub chociażby pieśniarka.
Czy w ogóle mogłem ją tak traktować? Przez całe życie wszak była z kimś związana. Działała z kimś. Czy była osobnym bytem, czy jedynie powidokiem, jednym z tych, którzy odsunęli od siebie rdzeń własnej historii i pozostali w cieniu innych, chodząc za swoim przywódcą z notatnikiem, czy też układając słowa nie takie, by nasycić nimi własne serce, a takie, by wypełniły po brzegi przeżarte rdzą serce chlebodawcy, kimkolwiek by on nie był?
A oto i oko cyklonu.
W głębi lasu, a raczej już na leśnych błoniach, moje źrenice napotkały wybijające się ponad grunt zarysy wysokiego wzniesienia.
To już tutaj?
Było to już tam, bez wątpienia. Tylko pustka wokół nie wskazywała na zorganizowane oblężenie. Pomiędzy drzewami spróbowałem odszukać wzrokiem wilcze sylwetki. Udało mi się to dopiero po chwili. Zatem był tam ktoś jeszcze.
Wydałem z siebie pojedyncze fuknięcie bezsilności. Oto miałem przed sobą obraz niedościgłych trybików maszyny naszego wojska.

Tamtego dnia rozpocząłem pracę wcześniej, niż zwykle. Polecenie wydane Kawce z samego rana, tym razem nie jako mojej asystentce, ale jako szpiegowi, nie tylko postawiło mnie na nogi, ale i nakazało poruszać się na nich bez ustanku, w tę i z powrotem. Nie dawszy mi przyzwolenia na spokojne zajęcie swojego stanowiska pracy, jeszcze przed południem zaprowadziło mnie na samotne polowanie, nie pozwalając mi przy tym zakończyć go powodzeniem. Nos drgał w prędkich, bezmyślnych próbach wykorzystania go w podstawowym celu, oczy rozbiegane po mijanych szybko, strzelistych pniach sosen, nie zatrzymywały się na wyróżniających się na ich tle kształtach. Wreszcie, przez rozgrzane kłusem łapy, pokierowany zostałem do jaskini wojskowej, gdzie miałem spotkać się z Hyarinem.
- Jakie mamy plany, generale?
- Przede wszystkim, nie mamy już wilków. Z każdym dniem oblężenie jaskini medycznej staje się coraz bardziej ryzykowne.
- Tak, wiem o tym - mruknąłem. - Czy jednak znaczy to, że czeka nas zniesienie blokady? Jeszcze zanim nasz szpieg wróci?
- W ten sposób będziemy mogli szybko odtworzyć ją w razie potrzeby.
- Racja. Byle tylko nie okazało się za późno.
- Na miejscu zostanie dwójka obserwatorów, którzy będą na bieżąco gromadzić wiadomości i przekazywać je nam w nagłych wypadkach.
Jak nigdy wcześniej byłem pewien, że generał wiedział, co robi. Wyciszony, lecz mimo to jeszcze bardziej niż wcześniej niespokojny, wróciłem do domu. Bez słowa skinąłem głową doradczyni czekającej na mnie na stanowisku.
- Agrest, byłeś w jaskini chorych?
- Nie. - Skrzywiłem się lekko, na pamięć, że nie zdążyłem załatwić wszystkiego, co zaplanowałem. - Właśnie wracam z wojskowej. Jakieś wieści?
- Tak.
Westchnąłem ciężko, sadowiąc się obok niej. Przez myśl przeszło mi nalanie nam po kubku alkoholu, ale pomysł ten zniknął w odmętach wątpliwości, jeszcze zanim rozgorzał na dobre.
- No, co nowego?
- Valo i Cyklamen nie żyją. Oboje odeszli tej nocy.
Ciężko oparłem się o ścianę. Potarłem czoło łapą. Zaczęło się; pierwsze ofiary nowego, choć tak dobrze znanego już naszej ziemi wroga odeszły, cicho, jak cienie. Tak jak i żyły. Jak cienie. Bez oklasków i urągań, a ciała ich miały zostać już niebawem wrzucone do zimnego dołu i przysypane ziemią. A może spalone.
Troska o żywych. To jedno zdanie, choć nie zawsze tymi słowami i nie zawsze świadomie, powtarzałem jak wyuczoną formułkę coraz częściej. Piękne frazesy o ideałach wreszcie okazały się puste. Wreszcie tylko jeden wybił się ponad poziom mdłych dźwięków i rozbrzmiał z pełną wyrazistością.
- Kawka usłyszy smutne wieści.
- Tak. - Kątem oka dostrzegłem, że Nymeria przygląda mi się badawczo. Miałem ochotę zapytać, co było motywem tego spojrzenia. Moja lepsza materia, którą karmiłem od niespełna trzech miesięcy, być może bojąc się jej wzrosłej przeciwwagi, a być może, ślepiami zaszłymi mgłą udręki, po prostu nie widząc już alternatywy dla swojej straconej duszy, po raz kolejny okazała się wciąż za słaba. Wszystko wskazywało na to, że byłem zbyt głęboko zatopiony w fałszu. Od dziecka; do cna.
Tamtego wieczora, hardość wygrała z czujnością.
- Trzeba dać grabarzowi wytyczne postępowania z ciałami. Jak Szkło się czuje?
- Póki co dosyć dobrze się trzyma.
- Kiedyś przechodził już to cholerstwo. Jest silny, da sobie radę. Mam nadzieję, że będzie w stanie nadzorować działania porządkowe.
Nie odpowiedziała. Dla odmiany to ja popatrzyłem na nią, a jej milczenie odebrało mi śmiałość. W gardle zatańczyły wszystkie mięśnie. Przełknąłem ślinę, by je rozluźnić i jeszcze raz wydać głos.
- Jakie to wszystko... miałkie. Tyle się dzieje, a wszystko jak babie lato. Nietrwałe. Gdzieś tam mignie, przeleci i zniknie, poruszysz palcem, a już rozerwą się wiotkie niteczki.
- Wszyscy kiedyś znikniemy jak ci, którzy już odeszli. Nasze historie również dobiegną końca.
- A to tylko pogłębia zgryzotę, prawda? - Otarłem kącik pyska czubkami palców.
- To pozwala pogodzić się z niepowodzeniem. Utrzymuje nas na nogach lub pozwala się podnieść. Bo pokazuje, że żadnym błędnym ruchem nie zniszczymy absolutu.
- Jeśli takowy w ogóle istnieje.
- Tak, a jeśli nie, tylko odejmuje to zmartwień o dysproporcję pomiędzy nim, a naszą małością.
- Wszystko to brzmi jak prawda - ściszyłem głos.
Przed oczyma stanęły mi wspomnienia. Wyjątkowo nie te najnowsze, które od tygodni rozdrapywały mój umysł od środka. Pamięć poprowadziła mnie za łapę, do dawnych dni, jak gdyby nic pomiędzy nimi a ową niegdysiejszą teraźniejszością nie istniało. Dzień, w którym założyłem partię polityczną. Dzień, w którym poznałem Leonarda. Leonardo...? Mój pierwszy wspólnik na politycznej drodze. Strategia i postulat. Strategia i postulat. Konwalia; a raczej Konwalia Jaskra Jaśminowa. Ich imion nie słyszałem od tak dawna. Zlały się z tworami wyobraźni, zdawały się jedynie wymysłem; snem. Miłym?
Mieliśmy już inny świat.
Zabrakło na nim miejsca na przeszłość. Odwróciłem się więc od niej, przysięgając sobie tylko, że pozostanie żyzną, słoneczną krainą mojego własnego świata. Odwróciłem się od niej ze spokojem i pewnością, że kiedyś jeszcze moje myśli będą mogły powrócić do niej na dłużej.
- Nymerio, posłuchaj. - Usiadłem naprzeciwko wilczycy, na chwilę rozpychając się w samym centrum jej uwagi, bezwstydnie, zaborczo i ujmująco. - Może to nie będzie zbyt szykowne, może to nie jest dobry moment, może nie mam przygotowanej pięknej mowy i brak mi siły, ale... - Zawahałem się, gdy przez myśl przeszło mi, że najprawdopodobniej zdradziłem już wszystko, co chciałem powiedzieć. Ostatecznie podkuliłem ogon jeszcze bardziej, niż podkulony był wcześniej i mówiłem dalej, przez zaciśnięte z nerwów zęby - może... chciałabyś, żebyśmy zostali że sobą już na zawsze? Dopóki śmierć nas nie rozłączy? Wiem, to tak banalne, gdy nie wiadomo, ile zostało nam czasu. Proszę, nie pomyśl o mnie niczego złego. Wszystko dzieje się teraz tak szybko. Nie wiadomo, kto jest przyjacielem, na kim można polegać. Wiem że mogę na tobie polegać, ale chciałbym, żebyś tym też wiedziała... Potrafię kochać. Potrafię być obecny zawsze, gdy będziesz mnie potrzebować. Możemy nawet dorobić się gromadki potomstwa. Czy życie nie będzie wtedy bardziej pełne?

< Nymerio? >

czwartek, 17 lutego 2022

Od Nymerii – „Samotna wśród tłumu”, cz. 16

Dlaczego jestem tak samotna w swojej samotności?

Jestem?

Nie jestem?

Wilki otaczają mnie prawie zawsze. Te bliskie, te dalsze, te nieznajome. Tylko czy to oznacza, że nie jestem samotna?

Mam kochających rodziców, wspierających się nawzajem (pomimo burzliwych charakterów), wspierających mnie i mojego brata…

Mam… miałam Ciri. Choć może wolę myśleć, że nadal mam, że jeszcze jest szansa na jej powrót.

Kto jeszcze? Basiory… Enkas, chwile zagościł w moim życiu, ale równie szybko zniknął. Zbyt dużo silnych emocji, zbyt dużo niechcianych emocji. A Rubid? O nim… o nim nie wiem co dokładnie myśleć. Sama nawet nie byłam w stanie stwierdzić, czego dokładnie ode mnie chciał. Był fascynujący i odpychający jednocześnie. Jak był obok, ciągnęło mnie do niego, jednak jak tylko znikał, nie potrafiłam zrozumieć swojego zachowania.

No a na koniec. Agrest. Agrest był

był wszędzie. W moich snach jeszcze zanim oficjalnie się poznaliśmy. W pracy, zwłaszcza teraz gdy moja pozycja tak znacząco wzrosła i przybliżyła nas do siebie. Czasem miałam wrażenie, że nasz Alfa wykorzystuje wojskowe aspekty do kolejnych spotkań. Nymerio, co byś mi doradziła? Nymerio, jak myślisz? A może tak byśmy zrobili?

Może mi się wydaje. Może to faktycznie jedynie praca, ale… może też chciałabym, żeby nie była to tylko praca? Brakuje mi, kogoś. Kogoś na zawsze?

Dobra Wystarczy Samotna Czy Nie…

Wojna nadeszła.

Chociaż chyba już wszyscy wiedzą, nic nowego nie odkrywam.

A jak ja się w tym odnajduje? Głównie postanowiłam skupić się na pracy. Ciri wybrała swoją stronę i siedzi teraz w jaskini medycznej razem z Admirałem. Szkło także całkowicie skupiony na zadaniach, zdaje się nie zauważać tego co dzieję się wokół niego. Nawet nie byłam pewna czy wie, co jego córka postanowiła.

Agrest dopiero się ocknął z letargu, co bardzo mnie ucieszyło. Podobnie jak z Ciri postanowiłam dać mu czas na spokój i żałobę, jednak w tym momencie już bym tak nie uczyniła. Na Ciri to nie podziałało… a kto wie, czy Agrest z większą dozą pomocy nie wyszedłby z tego szybciej?

No dobra skończy ten wstęp. Opowiem wam teraz o tym co działo się niedawno, niedługo po inwazji Admirała.

 

VCIG

- Słyszysz mnie?

- Tak, słyszę. Dopóki jestem w środku i się nie rozproszę, będziemy mieć połączenie. – powiedziałam patrząc na niepewnego Agresta.

- Dobra, odpowiedz mi. – Jego głos bardzo delikatnie roznosił mi się w głowie. Brzmiał jego był gdzieś za ścianą, co miało sens, bo rozmawialiśmy przez jego umysł. Na szczęście znalazłam sposób by łączyć się z nim w taki sposób, bez ingerencji w jego myśli czy emocje. Choć Agrest musiał uważać i skupić się równie mocno jak ja, by jego głowa nie była dla mnie jak otwarta księga. Na szczęścia jak tylko odejdę dalej, moje możliwości skrócą się jedynie do szybkich informacji.

- Na pewno Ci to nie przeszkadza?

- O ciekawe. Dotychczas słyszałem tylko Ducha w ten sposób, twój głos brzmi tak… obco.

- Mam nadzieję, że się przyzwyczaisz. Z czasem możliwe, że dojdziemy do takiej wprawy, że będę mogła znaleźć twój umysł z wielu kilometrów.

- Może nie zapędzajmy się, aż tak. – powiedział już na głos.

- W sytuacjach podbramkowych to super wyjście. – basior westchnął niepewnie przyznając mi rację. - Nie martw się, nie interesują mnie twoje sekrety. – drobne kłamstwo. Tylko drobne, w końcu moje własne przekonania nie pozwalały mi na inwazję czyjegoś umysłu bez jego zgody. No chyba, że dostanę odgórny rozkaz… jeśli moja moc miałaby pomóc watasze, zrobię wszystko co potrzeba.

- Idź już i wracaj szybko.

---

Pobiegłam w stronę jaskini medycznej. Przy celu zwolniłam znacznie, chcąc najpierw z daleka spojrzeć na wszystko.

-  Jest tak jak mówiłeś. Dwa małe obozy, jeden u wejścia, jeden od tyłu i strażnicy przy samym wejściu oraz patrol wokół. – wysłałam szybką myśl po niewidzialnej linii łączącej mnie z umysłem Alfy.

- Co się dzieję w środku?

- Stracimy połączenie. Mogę spróbować znaleźć Deltę, ale nie chce go za bardzo przestraszyć.

- Co tu robisz? – usłyszałam i zobaczyłam przed sobą Szkła. Był daleko, z resztą jak każdy wojskowy. Utrzymywali od siebie należną odległość bo zapobiec zarażeniom. Szkło leżał na posłaniu razem z kilkoma innymi wilkami i zdecydowanie nie wyglądał najlepiej. Z kilku małych ran, sączyło się osocze. Spojrzałam na niego z bólem. -  Agrest wysłał Cię na przeszpiegi? Już nam nie ufa? – zapytał z lekkim uśmiechem żartu na pysku. Który szybko jednak zniknął.

- Szkło, nie insynuuj takich bzdur. – odwzajemniłam jego uśmiech, starając się podnieść go na duchu.

- Jesteś chory. – oznajmiłam i wysłałam informację do Agresta. Trafiłam jednak w ścianę. Cholera, przestałam utrzymywać połączenie.

- Od rana. – odsunęłam się nieznacznie od odseparowanych wilków, co nie umknęło Szkłu. Basior westchnął ciężko odwracając wzrok.

- Co wy tu jeszcze robicie? Przecież już mamy jaskinię na chorych.

- Zaraz mają nas przenosić. Przykro mi cię zasmucać, ale brakuje nam łap do pracy. A mimo tego, że jestem Plutonowym, nie chcą nas puścić samych.

- Poinformuje Agresta o waszym stanie.

- Dzisiaj zachorował jeszcze Cyklamen, Mikaela i Sigma. Przenoszą ich przed nami. A wczoraj wieczorem dostał Kamael, Geral Daheski i ten nowy… Dante? – powiedział to tak spokojnie, jakby to wcale nie była jedna z gorszych wiadomości jaką mógł mi podać. Pokiwałam tylko głową i odeszłam.

Skierowałam się do jednej ze ścian jaskini, mając nadzieję, że uda mi się znaleźć te wilki których szukałam. Wypuściłam niewidoczną dla innych iskierkę ognia, która poszła w kierunku wejścia do jaskini. Zakręcała ile mogła, ocierając się o przypadkowe umysły. Musiałam robić to od nowa cztery razy zanim udało mi się odnaleźć znajomy umysł. Jednak nie do końca ten, którego pragnęłam.

- Nymeria? Co ty tu do cholery robisz? Od teraz jesteś szpiegiem, czy jak?

- Nie. Szukam Delty. – odparłam starając się nie wnikać we własne emocje, po usłyszeniu jej głosu w swojej głowie. Nigdy nie pozwoliła mi na taką zażyłość.

- Nie waż się nawet zaglądać do moich wspomnień i myśli.

- Z tej pozycji nawet nie mam jak, Ciri. Poza tym myślałam, że mnie znasz i wiesz, że bez Twojej zgody bym tego nie zrobiła.

- Chyba, że Twój Agrest by Ci kazał. – nie odpowiedziałam. Nie było żadnego Mojego Agresta, ale Ciri nie myliła się całkowicie. Gdyby zaszła potrzeba… nie miałabym skrupułów.

- Gdzie znajdę Deltę. – To już nie brzmiało jak pytanie, a bardziej jak rozkaz. Sama nie wiedziałam czemu.

- Czemu miałabym Ci pomagać? Żebyś zaraz na nas napadła z wojskiem? Myslisz, że jestem głupia.

- Chcemy tylko wiedzieć, czy wszystko z nim w porządku. Nic wam nie grozi, dopóki tam siedzicie.

- Tak tylko VCIG… - westchnęła wadera i połączenie na kilka sekund się zmieniło.

- Ciri? Jesteście zdrowi? – zapytałam szybko, czując lekka panikę w sercu.

- Ciri? – ponowiłam pytanie. Nie wiedziałam co może oznaczać jej brak odpowiedzi.

- Tak, jesteśmy. Delta też. Admirał zauważył, że dziwnie się zachowuje przez rozmowę z Tobą.

- Macie co jeść?

- Na razie tak. Przynajmniej my… dla chorych zaczyna brakować resztek.

- Karmicie chorych resztkami? – zapytałam nie mogąc uwierzyć.

- To tylko pionki. Są mniej ważni… - powiedziała, ale miałam prawie pewność, że to nie były jej słowa. - Słuchaj, powiem Ci gdzie jest Delta, ale bez żadnych gierek. Od razu jak się rozłączymy, mówię o wszystkim Admirałowi i będziemy gotowi na wszystko co planujecie.

- Jasne. – westchnęłam. – To gdzie on jest?

- W izolatce.

- Dzięki.

- Nymka?

- Słucham.

- A ty jesteś zdrowa? I Kawka?

- Tak. Nic nam nie jest. – powiedziałam wyrzucając słowa jednym tchem.

- A Szkło? Irys i Cyklamen? – czułam ból w jej głosie co pozwalało mi wierzyć, że może inni bliscy zdołają wyciągnąć ją ze szponów Admirała.

- Zachorował dzisiaj. Razem z Cyklamenem. – odpowiedziałam i rozłączyłam się sapiąc z wysiłku. Nie miałam już siły ani na jej odpowiedź, ani na dłuższe utrzymywanie połączenia. Zbyt długo i zbyt dużo. Wiedziałam, że nie zdołam połączyć się już z Deltą, ale wiedziałam już więcej niż wcześniej.

 

Cierp…. Słodki jak Agrest

Gdy wróciłam do jaskini alf, nie zastałam już w środku Agresta. Mówił coś wcześniej, że jakby połączenie się zerwało, to wróci do pracy, choć miałam nadzieję, że jeszcze go tu złapię. W jaskini zastałam za to Kawkę, której od razu zakomunikowałam o kolejnych chorych, którzy już znaleźli się lub zmierzają do nowej jaskini medycznej.

- Gdzie jest Agrest? – zapytałam tylko by się upewnić.

- Poszedł do jaskini wojskowej. – powiedziała Kawka, choć czułam, że byłą to automatyczna odpowiedź. Ciągle trawiła wiadomość o chorobie jej bliskich.

- Nie martw się. Nie wiem jak Cyklamen, ale widziałam się ze Szkłem i nie wyglądał bardzo źle. Nawet ze mną żartował co ostatnio w ogóle się u niego nie zdarza. – wadera pokiwała głową w niemym podziękowaniu.

- Idź już do niego, pewnie na Ciebie czeka.

Tak też zrobiłam.

---

Gdy bieżące informacje zostały przekazane, kilka niecierpiących zwłoki decyzji zostało podjętych, a w jaskini wojskowej zostałam tylko ja i Agrest, mogłam przejść do tych bardziej poufnych informacji. Nie za bardzo chciałam by wszyscy wiedzieli o tym czego i w jaki sposób się dowiedziałam.

- Rozmawiałam z Ciri. – zaczęłam siadając obok przeglądającego dokumenty Alfy. Jego gniewny wzrok od razu skierował się na mnie, prawie wprawiając moją brew w drgnięcie. – Spokojnie… przez przypadek. Niczego bym przed Tobą nie ukrywała.

- To czemu nie mówiłaś wcześniej.

- Bo Tobie ufam najbardziej. – Agrest patrzył na mnie długo jakby szukając w moich oczach braku lojalności. Najwyraźniej nie znalazł niczego co by miało go zaniepokoić bo westchnął i wypalił:

- Mów.

- Chciałam znaleźć Deltę, ale niestety schowali go w izolatce, a zanim się o tym dowiedziałam, opadłam z sił. – czy ja właśnie powiedziałam mu o tym jak słaba jestem? - Dotarłam tylko do Ciri, która powiedziała mi, że ona, Admirał i Delta nie zachorowali. Jak się domyślasz nic więcej nie chciała mi przekazać.

- No dobrze, przynajmniej tyle wiemy. Mają co jeść?

- Coraz mniej.

- O to już lepsza informacja.

- Lepsza?

- Jak skończy im się jedzenie będą musieli stamtąd wyjść.

- Tak, o ile wcześniej VCIG nie wybije nam całego wojska. – basior nie odpowiedział, zamyślił się jednak, jakby próbował na szybko znaleźć rozwiązanie całego tego kryzysu.

- Pamiętajmy też, że w środku jest Delta… i Ciri, która nadal ma szansę wyjść na prostą. – dodałam po kilku chwilach ciszy

- Nie dla mnie.

- Co to znaczy?

- Dokonała już wyboru. Nie jest już mile widziana na naszych ziemiach.

- I tak po prostu to postanowiłeś? Bez żadnego sądu, bez argumentów?

- Jestem Alfą i mamy wojnę. Kto ma to zrobić jak nie ja? – warknął lekko.

Naburmuszyłam się, ale nie drążyłam tematu dalej. Położyłam się przybita myślami na środku jaskini. Westchnęłam ciężko i zamknęłam oczy kładąc pysk na swoich łapach. Miałam dość bycia po środku. Powiedziałam Ciri, że gdy wybierze, nie będę mogła być już po jej stronie… jednak nie przyszło mi to tak łatwo jak myślałam. Nie potrafiłam patrzeć na nią jak na wroga, była zmanipulowana, nie myślała trzeźwo, była skrzywdzona. Tylko, że nadal to była w pełni jej decyzja. Nie wiedziałam już co myśleć.

- Nic nie mogę Ci obiecać, ale gdy po wszystkim dojdzie do sądu, wysłucham wszystkich za i przeciw. – powiedział Agrest kładąc się niedaleko mnie. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego zamyślona.

- Dziękuje. – odparłam i odwróciłam wzrok, modląc się by nie zobaczył moich łez. Nie mogłam być tak słaba, straciłam chyba najmniej z nas wszystkich, nie mam prawa się nad sobą użalać.

- Wiesz, jest jeszcze jedno… - zaczęłam uporczywie pragnąc by zmienić temat. -  Nie wiem czy powinnam Ci o tym mówić, może nie. Jednak ma to duży wpływ na ciebie i watahę. – spojrzałam na niego, mając nadzieję, że załapie aluzję.

- Rozumiem. W takim razie masz mi powiedzieć, to rozkaz. – uśmiechnęłam się lekko i kątem oka zobaczyłam smutny uśmiech również na jego pysku. Czułam jak moje mury emocjonalne opadały coraz bardziej. Nie chciałam już przy nim udawać… nie chciałam tego chować. Jednocześnie też nie potrafiłam wyzbyć się nauczonych przez lata zachowań.

- Nie wiem co wiesz, ale Kawka planuje szczeniaki. Już znalazłam jej kandydata do zapłodnienia i kto wie, może już jest po wszystkim, może niedługo ogłosi, że jest w ciąże… jednak nie tylko to…

- Poczekaj, poczekaj. – zatrzymał mnie wprawiony w osłupienie Agrest. – Jakiego kandydata?

- Spoza watahy. Nie martw się, gość jest sprawdzony. Nie dałabym jej jakiegoś oblecha.

- Do Wielkiego Huka, ale szczeniaki!? – zaśmiałam się lekko.

- No tak! Ale nie to jest najważniejsze Agrest!

- Dobra, no mów dalej. – uspokoił się trochę, ale nadal kręcił głową z niedowierzaniem.

- Kawka mówiła mi, że ma jakiś tam ewentualny plan na twojego potomka. Żeby jeden z jej szczeniaków mógł… no wiesz. Zostać alfą.

- Jej szczeniak? Czemu nie ona?

- Nie wiem, Agrest. Sama jej nie rozumiem. A no tylko wiesz, nie mów Kawce, że ci powiedziałam. I tak nie pałamy do siebie sympatią, byłam w szoku jak się do mnie zgłosiła o te basiory.

- No zauważyłem, że nie rzucacie się sobie na szyje. Z resztą sama wiesz, że Kawka ostatnio się do mnie nie odzywa.

- A winisz ją? – spytałam bez cienia zgryźliwości. Bardziej z istnej ciekawości co sam o tym myśli.

- Zdecydowanie nie. Tylko siebie.

Czy byłam zdziwiona czym stała się ta rozmowa. Oj zdecydowanie. Czy przeszkadzało mi to? Zdecydowanie nie.

-Agrest? – zaczęłam po kilku chwilach spokojnej ciszy. Tak potrzebnej po wróceniu kilku wspomnień ostatnich dni. – A ty… - wahałam się. Aż sama nie wierzyłam w to co zaraz wypowiem. – nie myślałeś o potomkach? Twój brat dorobił się już tylu.

Ostatnie zdanie poszło jako przykrywka. To tylko ciekawość Agrest, tylko ciekawość, uwierz mi. Szkoda, że samej sobie nie wierzyłam.

- Tak i zobacz do czego to doprowadziło. – westchnął ciężko. Ten temat chyba nie był mu obcy. 0 Obawiam się, że nasza krew jest… zanieczyszczona.

- Zanieczyszczona?

- Nasz ojciec. No wiesz, krótko mówiąc nie należał do jasnej strony tego nieszczęsnego padołu.  – Ojciec. Właśnie zdałam sobie sprawę, że nie miałam pojęcia jaka była ich historia. Dlaczego Agrest został Alfą? Dlaczego Szkło jest Śledczym? I skąd wziął się Nieświętej Pamięci Mundurek?

- I to jest powód by się nie rozmanżać? Kawka także jest z waszej linii… tak jak Ry, czy…

- Admirał? Kanna? Kali? Ciri? – dokończył za mnie, choć zdecydowanie nie o to mi chodziło. Spojrzałam na niego, nie mrugając by nachodzące mi do oczu łzy nie dały o sobie znać.

- Ciri…

- Sama przyznasz, że nie jest przykładem porządnego obywatela. – odwróciłam wzrok po raz kolejny w ciągu tej rozmowy.

- Nie, ale

- Dość, Nymeria! – podniósł głos, jednak zaraz znowu go obniżył. Może właśnie tego potrzebowałam. Żeby ktoś mną potrząsnął i sprowadził na ziemie. Moje przyszłe decyzje albo zaważą na jednym pojedynczym życiu… albo zaważą nad całą watahą. – Wybrała stronę, nic na to nie poradzimy. Ani ja, ani ty.

- Chyba… chyba masz tację. Sama wybrała i wiedziała jakie będą konsekwencje. Nadal to jednak…

- Boli? – pokiwałam lekko głową.

- Tak. Najwyraźniej. – westchnęłam. Ponownie postanowiłam zakończyć ten ciężki temat. – Słuchaj, pomyśl jednak o tych potomkach. Kto wie, może dobre geny będą w stanie zabić ten pierwiastek, który tak Ci przeszkadza. – Nie… wcale nie chodzi o moje, odczepcie się. *Naburmuszona Nymka*

- A ty? Chciałabyś mieć szczeniaki? – pytanie zbiło mnie z tropu. Moje szczeniaki nie dzierżyłby takie… władzy. Chyba że…

- Ja? – udawaj głupią. Choć raz Nymerio.

- Odpowiedziałem szczerze. Teraz twoja kolej.

Sapnęłam ciężko.

- Właściwie nie zastanawiałam się nad tym. Pewnie tak, pytanie tylko kiedy. Dobry moment może nigdy nie nadejść i może właśnie Kawka dobrze robi? Nigdy nie wiemy co przyniesie przyszłość, zwłaszcza w obecnej sytuacji. Układanie planów może nas zawieść, kto wie… może ta pozorna lekkomyślność jest właśnie zbawienna?

Już właściwie nie mówiłam prosto do Agresta. Mówiłam co czułam i to chyba pierwszy raz w życiu z taką otwartością. Po skończonej odpowiedzi spojrzałam na swojego rozmówcę i uśmiechnęłam się. On odwzajemnił uśmiech i poczułam się o wiele silniejsza. Może nasze uczucia i emocje przeplatane były stratą, niepewnością i strachem o przyszłość. Może mogłam stracić Ciri. Jednak chyba właśnie zyskałam coś nowego, kogoś kto rozumie mnie bardziej niż Ciri kiedykolwiek wcześniej. Może jednak nie jestem skazana na samotność wśród tłumu…

<Agrest?>