Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domino. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 stycznia 2026

Odchodzą!

Epidemia nalotnika gardła zebrała żniwo, choć wśród imion wykreślonych ze spisu ludności i stanowisk znajdują się też imiona obywateli, co do których nikt nie ma pewności, czy rzeczywiście byli chorzy... No cóż, czasem jedno czy dwa ziarna piasku zagubią się w beczce cukru i nigdy nie zostaną odnalezione, co najwyżej za rok czy dwa zachrzęszczą komuś w zębach.
Przed nami zwycięzcy wczasów po wsze czasy. Powitajmy ich minutą ciszy.
Wyjątkowo zawieramy w ogłoszeniu zarówno zwykłych, wolnych i niewolnych obywateli Chabrowego Reżimu.


Laponia - powód: śmierć

Almette - powód: śmierć

Domael - powód: śmierć

Oliwia - powód: śmierć

Alta - powód: śmierć

Szklanka - powód: śmierć

Mi - powód: śmierć

Frezja - powód: śmierć

Konstancja Krzemkowa - powód: śmierć

Brzoza - powód: śmierć

Nymeria - powód: śmierć

Kali - powód: śmierć

Ruka - powód: śmierć

Szalka - powód: śmierć

Piwonia - powód: śmierć

Cykoria - powód: śmierć

Domino - powód: śmierć

Tiska - powód: śmierć


Falvie - powód: śmierć

Kamael - powód: śmierć

Yolotl - powód: śmierć

Olivier - powód: śmierć

Theodore - powód: śmierć

Miguel - powód: śmierć

Harpia - powód: śmierć

Kezuko - powód: śmierć

Mikaela - powód: śmierć

Arteus - powód: śmierć

Xochicoatl - powód: śmierć

Szalej - powód: śmierć


środa, 31 grudnia 2025

Od Katarakty - „Powrót z Wygnania”

 Parę niepewnych kroków poniosło Kataraktę w stronę wejścia do jaskini nad brzegiem morza. Martwe rośliny oplatały podnóża skał, chłodny wiatr hulał u progu, a śnieżne zaspy wpełzały coraz głębiej, przykrywając teraz połowę salonu z paleniskiem. Garnek zwisał na urwanym uchu z haka nad ogniskiem. Skrzypiał, poruszany podmuchami wiatru, który smakował kurzem, chorobą i pleśnią.
Wilczyca spojrzała w górę — przez świetlik w suficie, dawniej odprowadzający dym, a teraz służący za jedyne źródło światła, gdy okna zapadły się albo zostały zasypane śniegiem. Cisza nie pasowała do tego miejsca, kłóciła się ze wspomnieniami. A jednak… w dawnym domu nie zastała żywej duszy.
***
Przechadzała się po terenach rodzinnej watahy niczym cień dawnych wspomnień, wypłukany czasem i wypalony słońcem. Wypłowiały duch, dla wielu już dawno martwy, a jednak bardziej żywy niż większość tych, którzy tu zostali. Oglądali się za nią, jakby nie wiedzieli, jak zareagować. Ktoś odwrócił wzrok zbyt szybko. Kto inny przyglądał się jej z tą samą ostrożnością co dawniej.
Katarakta uśmiechnęła się krzywo. Wataha się nie zmieniła, tylko nauczyła się milczeć.
Szlaki poniosły jej stopy na wzgórze, z którego sterczały rzędy kamiennych tabliczek. Przycupnęła obok czarnej sylwetki. Początkowo nie potrafiła spojrzeć jej w twarz, biła się z myślami i własnym lękiem, lecz w końcu uniosła pysk ku parze jasnych ślepi siostry. Zapadnięte od łez policzki nie zdobyły się na cień uśmiechu, a oczy błądziły po jej ponurej sylwetce w osłupieniu.
Smoła drgnęła, nieprzyzwyczajona do poczucia obcości członka rodziny tak głębokiego, że zawahała się, zanim zrobiła krok naprzód. Zmusiła się do rodzinnego uścisku, lecz szybko wyczuła sztywność Katarakty i cofnęła się niezręcznie.
— Wróciłaś.
Stwierdzenie zabrzmiało jak zaproszenie do wyjaśnień dlaczego tak długo.
— Pomyślałam, że na święta wypada — odparła Katarakta, zerkając na nagrobki. — Jak bardzo się spóźniłam?
— Tydzień. Tatę pochowaliśmy jako pierwszego — wyszeptała Smoła przez zaciśnięte zęby.
Chwila ciszy, przerywana jedynie wiatrem.
— Bardzo cierpieli? Na co chorowali?
Jej pytania były boleśnie zwyczajne.
— Nie… na coś zaraźliwego. Nie pamiętam nawet na co.
Skinęła głową, jakby usłyszała coś dawno oczekiwanego. Coś, co i tak musiało się wydarzyć.
— Gdybym wtedy—
— Nie — przerwała Katarakta. — Nie mogłaś.
Między nimi zawisło coś, czego żadna nie potrafiła nazwać. Do głosu Smoły zaczęła wlewać się frustracja i złość na oschłość siostry w obliczu śmierci dwóch członków rodziny. Katarakta poczuła za to dziwną ulgę, jakby nie musiała już ciągnąć za sobą ciężkiego łańcucha, dzwoniącego na każdym kroku.
Wstała i skierowała się z powrotem na ścieżkę.
— Katarakta! — Ton Smoły był władczy, oceniający, znowu próbowała przywrócić do porządku niesforną nastolatkę.— Jakbyś nie zauważyła, twój ojciec nie ży—
— Dobrze mu tak — rzuciła za siebie, jakby odrzucała niepotrzebny kamień.
***
Na cmentarzu były dwa nagrobki. Gdzie więc jest jej matka? Odpowiedź była oczywista: jaskinia chorych. Pamięć miała jak za mgłą, ale czysty fart poprowadził ją właściwą drogą, wodzoną posmakiem palonych ziół i alkoholu.
Przemknęła cicho przez próg, mijając rozbieganych medyków czy bogów wiedzą kogo. Już miała wejść do hali dla chorych, gdy drogę zagrodził jej granatowy basior o oczach jak pioruny.
— Hola, mamy tu kwarantannę.
Początkowo rozgniewany, gdy jednak dostrzegł, z kim rozmawia, opuścił łapę. Przez dłuższą chwilę nie potrafił jednak zebrać się na żadne powitanie. Odchrząknął niezręcznie.
— W samą porę, co?
— Lepsze to niż nigdy. —  Uśmiechnęła się nonszalancko. —  To co, dopuścisz mnie do niej?
— Ona tam nie leży. Nie jest zarażona. Mamy dla niej osobną jamę tam, w izolatce.
Wskazał pazurem na wejście zasłonięte firanką. Katarakta skinęła tylko głową. Odprowadził ją spojrzeniem pełnym wyrzutów, które w jej głowie brzmiały jak kakofonia jednego pytania:
Kim trzeba być, żeby porzucić rodzinę na tak długo?
Problem polegał na tym, że Katarakta nawet nie chciała wracać. Było jej dobrze na wygnaniu, w zapomnieniu, może i w stagnacji, ale przynajmniej w uśmierzeniu. Dopiero wczorajszego ranka do jej obozu doleciał nieznajomy ptak o złotych piórach i śmiesznym dziobie, wręczając krótki liścik:
„Oni nie żyją.” - a przeszłość zrzuciła się na nią znowu jak pęk łańcuchów. 
Nie pytała, od kogo był, ptak sam nie pamiętał imienia, tępy kurczak. Długo zastanawiała się, co właściwie to obchodziło kto żył, a kto nie. Jej rodzina już dawno temu przestała być jej droga, jednak ciężar zobowiązania w końcu dopadł też i ją. Czuła się winna, zła i okrutna, porzuciła tych, których nazywała rodziną, a którzy żywili do niej równie wiele pretensji i niewybaczonej krzywdy co ona do nich. Spętali się nawzajem supłami niezręcznych umów społecznych zaczętych miłością i chęcią budowania rodziny, a zakończonych tylko resentymentem do tego, co mogłoby być. Była złą córką. Co mogło to zmienić? Mogła dalej żyć w wyparciu, albo zmierzyć się z tym, kim jest i coś na to poradzić. Chciała być kimś więcej niż tylko czarną owcą.
Odsłoniła firankę. Na posłaniu ze słomy dostrzegła wychudzony szkielet, na który naciągnięto skórę jej matki. Brakowało jej skrzydeł i dobrych kilku kilogramów sadła. Oddychała ciężko, otoczona gęstymi oparami palonej szałwii, ułożonej w czterech płytkich miseczkach po jednej na każdy róg posłania. 
— Mamo?
Jej głos zadrżał, podwyższony o ton. Brzmiała niemal jak własna, młodsza wersja.
Domino przekręciła się z bólem na bok, by spojrzeć w stronę wejścia.
— Czy ja ślepnę, czy ty… — wychrypiała. — Podaj mi wody.
Spełniła posłusznie prośbę, nalała czarkę do pełna i przytknęła ją do ust matki, drugą łapą podtrzymując jej głowę. Stara wadera piła wolno, lecz zachłannie, co chwilę przerywając, by zdusić rodzący się kaszel. Katarakta odstawiła naczynie na zimną podłogę.
— Jak ty wyrosłaś… — Łapy Domino uniosły się chwiejnie ku jej twarzy. — Byłaś taka mała, gdy… gdy odeszłaś.
Uciekłaś — poprawiła ją w myślach.
Odgarnęła jej z oczu niesforne kosmyki, jakby znów nie potrafiła doprowadzić się do ładu.
— Jaka ty lodowata… powinnaś się ogrzać — szeptała kolejne nadopiekuńcze prawidła.

„Znowu traktuje mnie jak zepsuty wazon. Jak coś, co trzeba chronić przed światem. Krucha. Delikatna. Złamana. Trzeba zszyć, skleić, chuchać na zimne. Tulić, choć dawno zapomniałam, że to boli. Nie daje mi zapomnieć, nie daje mi samej wziąć za siebie odpowiedzialność, to irytujące. Nie widzi, że dorosłam. Że jestem kimś innym. Nie mogę być, tak długo jak patrzy na mnie tymi litościwymi oczyma.” — pomyślała.

Katarakta pochyliła się, na moment ich czoła niemal się dotknęły. Do jej nozdrzy dotarła mdląca woń starości i niemytego futra.
— Już dobrze, mamo. Nie musisz — mruknęła cicho.
Zrobiła to szybko. Odłamek szkła wsunęła jej pomiędzy płuca.
I nic się nie stało.
Świat się nie zatrzymał.

Może C.D.N

piątek, 12 grudnia 2025

Od Domino cz.4

Człowieka, który ustrzelił Domino, nazywali Wojtek. 40-letni mężczyzna w sile wieku mieszkał razem z żoną w tej wsi całe swoje życie. Ich sklepik prowadziła tak naprawdę tylko żona, bo gdy ona kontrolowała regularność dostaw i stała za kasą, on mógł bez ograniczeń rozkoszować się życiem nieposkromionego drapieżcy, pana swojego losu. Całymi dniami potrafił wysiadywać na rybach, albo łażąc po lesie tropiąc to i owo, wkładając palce w bobki albo nos w odciski kopyt. Mógł się poczuć wtedy jak zdobywca, jak zwycięzca, jak ktoś pokroju Czyngis Chana albo Jednorękiego Bandyty. Jego strzelba była kupowana na lewo, na bazarku pośród innych zabawek z dalekich krajów. Dostał ją spod lady wraz z podrobionym pozwoleniem na posiadanie takiej strzelby. Nigdy jej jednak dotąd nie użył, zawsze chybiał. Dzisiaj był pierwszy raz jak mógł zanieść do domu swoją najprawdziwszą zdobycz. 

Wszedł do przedpokoju i zmienił wysokie trapery na drewniane chodaki. Przedpokój wypełniał zapach rzadko sprzątanej latryny i zgniłych ziemniaków. Zaryglował drzwi poszedł na piętro, uważając przy tym, żeby nie nakapać krwią na dywan w sklepie. Odłożył strzelbę pod ścianę i rzucił wilka na stół jadalny. 
- Cóś ty znowu upolywał, hę?- Baba, która siedziała na rogu stołu zajęczała, drapiąc się po boku spódnicy.- Jakieguś labędzia? W zimę?
- A sam nie wiem. Będzie na rosół.- Odburknął jej mąż, szukając po szufladach jakiegoś noża. 
- Rosół? Z labędzia...chociż byś go oskubal, co?- Baba poświęciła lampą na zwierzynę i zaraz odskoczyła z odrazą.- Wojciech, toż to jakiś mutant!
- Bobry to też mutanty, a jakoś je jemy w piątki na post. - Zarechotał z własnego kawału i machnął ręką na jej narzekanie. - Dobrze będzie.
- Mówisz? No dobra, myślałam że im dalej od dziwactw miasta tym lepiej, a tu proszę, taka niespodzianka. - Przyjrzała się mutantowi powoli. 
W międzyczasie mężczyzna wydłubał spomiędzy drewnianych łyżek i chochel całkiem spory, uszczerbiony tasak z plastikową rączką i zaczął go ostrzyć na pasie.
- Weź mi to zwiąż, dobra? 
Kobieta wzięła posłusznie sznur do owijania kiełbasy i przewiązała wilka tak, by nie uciekła, ani nie mogła ugryźć, a później zeszła pokracznie do piwnicy, uważając na swoją słoniowaciznę.
Krew z rany wilka kapała rytmicznie na szarą od piasku podłogę kuchni. Szum w głowie wadery nie ustępował. Rozejrzała się po pomieszczeniu, próbując z całej siły utrzymać przytomność. Nie widziała nigdzie swojego psa, ale czuła, że nie ma go tutaj, a sama jest po uszy w łajnie. Poruszyła nogami, niespodziewanie pociągnęła za sobą również pysk. Usłyszała szuranie ostrza o osełkę, podśpiewywania kobiety. Zwróciła na nią zmęczony wzrok, ta opierała spokojnie ziemniaki na obiad. Obiad? Nie mogła zebrać ani jednej trzeźwej myśli.
Mężczyzna podniósł tasak do samotnej żarówki zwisającej z kabla z sufitu, przyjrzał się zadowolony, sprawdził palcem ostrość. Gdy zaaprobował swoje dzieło, wrócił nad stół i zamachnął się ostrzem na łabędzie skrzydła.

Domino miała wrażenie że jej ciało miażdżone jest pod jakąś wielką skałą, jakby rozrywały ją na strzępy zębiska niedźwiedzi. Słyszała trzask łamanych kości, smród krwi,  zawyła pomimo zakneblowanych ust, próbowała się wyrwać spod uścisku człowieka, ten jednak widocznie robił to nie pierwszy raz. Wadera zemdlała z bólu.

Farmer splunął flegmą na podłogę i podał swojej żonie parę zakrwawionych skrzydełek. 
- Masz skub. Będziesz miała poduszkę. A z reszty zrobię sobie czapkę. - Wskazał na dwukolorowe futro. - Tylko gdzie był ten mój nóż do filetowania.
Odłożył tasak na blat i znów zaczął wywracać bałagan do góry nogami.
- Chyba został na pniaku na podwórku, jak z ryb wracałem.- Skierował się w kierunku schodów.- Zaraz wracam. 
Kobieta kończyła w tym czasie płukać ziemniaki i miała zabierać się za skubanie, gdy nagle na podwórzu coś załomotało. Usłyszała ujadanie psa, wrzask męża. Szybko zbiegła po zbyt stromych schodkach i wypadła na podwórze. Ich zabiedzony kundel rozrywał właśnie nogawkę farmera, a ten przewrócony na plecy próbowałam kopnąć go w pysk. Pies poprawił uścisk i wgryzł mu się w kostkę, mężczyzna zawył przeraźliwie. Jego żona w panice złapała co tylko było pod ręką, starą deskę z roztrzaskanej budy i zamachnęła się w kierunku psa. Ten wykonał zgrabny unik, obiegł ich dookoła i wskoczył kobiecie ba plecy, próbując ją przewrócić. Ta jednak była o wiele za ciężka i za przysadzista, dała radę go z siebie przerzucić przez głowę i cisnąć o płot. Zaskomlał, podkulił nitkowaty ogon pod siebie i zbiegł przez dziurę w ogrodzeniu. Tylko łapczywe oddechy skandowały ciszy.

Wrócili na piętro. Na stole jednak nic już nie leżało. Ich uwagę przykuła smuga krwi prowadząca nieprzerwanie po podłodze prosto pod okienny parapet.

***
Domino kuśtykała polami, z dwoma kikutami sterczącymi z jej pleców jak połamane gałęzie. Wola przetrwania pchała ją ciągle byle do przodu, byle by tylko uciec od tego parszywego miejsca. Widziała las na horyzoncie, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Potknęła się na miedzy i już nie mogła się przemóc, żeby wstać.
Zza jej pleców usłyszała znajome sapanie, zapach psiej sierści. 
- T-ty ż-ż-żyjesz. - Wyjąkał. - O-oj, tooo nie wyg-gląda dobrze.
-Zabierz.- Jej głos przypominał szmer przesuwanych głazów.- Mnie stąd. 
- No jasne,tak. - Próbował wziąć pod siebie jej bezwładne ciało, zaskakująco lekkie bez wagi skrzydeł. - Mam u c-ciebie dług.

Pies imieniem Nicpoń po długiej wędrówce przez las w końcu dotarł na tereny watahy. Czuł w powietrzu, że teren jest zajęty, przemógł strach i zostawił ją pod pierwszą znalezioną jaskinią. Rzucił kamieniem do wnętrza i uciekł w krzaki. Obserwował jak kilka nieznajomych wyszło z wnętrza groty, oglądając białą waderę w panice, krzycząc coś do siebie, jeden z nich pognał głębiej w las. Poczuł ulgę, że jego druh znalazł się w dobrych rękach. Pobędzie tu jeszcze jakiś czas. Wracać na pewno nie ma zamiaru.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Od Domino cz.3

W buroszarych oczach psa odbiło się jej własne spojrzenie. Przerażenie sytuacją, w którą zostało się wbrew woli wplątanym, bez szczęśliwego zakończenia na horyzoncie. Zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę kundla, nieprzerwanie patrząc mu się błagalnie w ślepia. Pies ostatecznie ustąpił i ucichł, ale jego ciało próbowało wcisnąć się spowrotem do budy, dużo dla niego za małej. Domino spostrzegła skutą na lód wodę w potłuczonej misce i ani kawałka jedzenia, nawet kości nie walały się nigdzie w pobliżu. Jeszcze raz omiotła wzrokiem nieznajomego i serce jej zadrżało. 


Minęło kilka chwil, gdy tak w milczeniu przewiercali się spojrzeniem, aż ciężar niepewności opadł i dławiąca cisza zaczęła stawać się spokojną, a potem nawet całkiem nudną. Pies, zrozumiawszy, że wilk nic nie zrobi, położył się na klepisku. Wilk, ku jego zaskoczeniu, zrobił to samo. I trwali tak, wsłuchani w świszczący zimowy wiatr śpiewający w kominach, aż jeden z nich nie przymknął powiek, zupełnie wyczerpany głodem i zimnem. 
Psa zbudził dopiero okropny trzask łamanych desek. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, czy tylko zorientowałem się, że na końcu jego łańcucha zwisa pojedyncza spróchniała deseczka, a buda leży rozrzucona po śniegu w drzazgach. Biały wilk, teraz za jego plecami, patrzył na niego z triumfem. 
Tymczasem łomot pękającego drewna wzbudził niemałą wrzawę tam na górze. Dobiegły ich zagłuszające się nawzajem krzyki wściekłości jakiegoś starszego mężczyzny. Domino pogoniła psa przodem w kierunku bramy. Drzwi do zaplecza sklepu otworzyły się z piskiem, na błękitnoszary śnieg padł oślepiający prostokąt ognia.
- A co do..-Stary, siwiejący, lekko otyły chłop wypadł na podwórze.- Ty mały pchlarzu! CHO NO TU!
Mógł tylko patrzeć, jak dwa niewyraźnie kształty znikają za winklem sklepiku.
Wybiegli na drogę, ślizgając się na lodzie. Pies rozglądał się w panice, rozumiejąc co się dzieje, uciekając przed hałasem, przed krzykiem i przed swoim rozwścieczonym panem. Nie pamiętał jak długo tkwił zamknięty na podwórku, wiedział jedynie, że zupełnie nie wie gdzie teraz jest. Nie znał świata poza swoją spleśniałą budą. Zobaczył jasny kształt, który przemknął mu nad głową w kierunku rzeki. Instynktownie obrał sobie to za cel, nie potrafiąc uspokoić paniki.
Tymczasem daleko za nimi stary wąsacz poprawił pomięty, oblany piwem frak, opinający jego śmierdzące od potu ciało i pomamrotał coś pod bulwiastym nosem.  Zdjął wełnianą, czerwoną czapkę i wygrzebał z niej kilka dzwoniących przedmiotów. Z pleców zdjął metalową lufę.
Wzbiła się na nocnym niebie, nie pamiętając niestety, jak jej białe futro potrafi lśnić w świetle księżyca. Przeleciała ponad wodą, pas drzew jarzył się niewyraźnie w ciemności. Skupiła się tylko na tej ciemnej wstędze na horyzoncie, ich ratunku i wybawieniu.
Huk.
Skrzydło Domino przyozdobiła karminowa wyrwa. Zaczęła pikować w dół.

Uciekinier dobiegł za linię lasu, cały zdyszany i wyczerpany gonitwą. Odwrócił się, licząc, że zobaczy jeszcze raz to spojrzenie triumfu na pysku białego wilka. Zobaczył jednak ciemny kształt człapiący po polach. Niosący swoją zdobycz z powrotem do jamy.

C.D.N

niedziela, 7 grudnia 2025

Od Domino cz.2

Domino słusznie przypuszczała, że jej podopieczna zmyśla z tą ciążą. Przepisała jej niezwłoczną wizytę u Frezji. Wadera co prawda młoda była i bez doświadczenia, ale nie powinno zaszkodzić. Na kimś się musi nauczyć przecież. Po pracy próbowała się dopchać do jakiegokolwiek zielarza, który mógł mieć to, co medykowi się wysypało. Mikaela niestety się pochorował...możliwe, że niedługo będzie potrzebować zastępcy, jeśli mu się nie poprawi. (Voqqunzie foreshadowing xd). Nawet gdyby chciał jej pomóc, nie mógł, jego zapasy też świeciły pustkami. 
- Dziwne, byłem pewien, że były jeszcze..- Złapała go fala duszącego kaszlu- Że miałem jeszcze z dwa korzenie.
- Zima nas nie oszczędza.- Domino próbowała przenieść jego uwagę na co innego, żeby nie czuł tak rozczarowania w jej głosie.
- Nie oszczędza.- Podniósł coś z dołka z ziemi, w którym trzymał swoje rośliny korzenne.-Dziwne.
Wadera zerknęła szybko na to, co trzymał. Kilka brązowych włosków wypłowiałego futra.
***
Las spowiła ponura, szarość zimowego popołudnia. Słońce zaszło szybko, jakby chciało uciec od przeszywającego kości chłodu i szybko wygrzać się gdzieś, pod ziemią, za linią horyzontu. Bezlistne sylwetki drzew stroiły bladoszare, mgliste niebo, chmury przysłaniały blask księżyca, nic na ziemi nie rzucało cienia. 
- Wioski, oczywiście, że z wioski.- Kopnęła przydrożny kamień prosto w kupkę brudnego śniegu. 
Widziała oczyma wyobraźni to oceniające spojrzenie, wspomnienia nie mogły opuścić jej myśli, ciągle biła się z poczuciem, że mogła to zrobić lepiej, gdyby tylko wiedziała, jak to wszystko się potoczy. Nic by jej tak nie uszczęśliwiło, jak możliwość cofnięcia się do poranka jeszcze raz. Niestety, mogła tylko pomarzyć o takich czarach, więc swoją drażniącą i uwierającą w tyle głowy sprawę musiała rozwiązać w bardziej konwencjonalny sposób: pójść po ten głupi imbir. 
I może wtedy przestanie jej być tak okropnie wstyd. 
Szum rzeki doszedł do niej niedługo po zapadnięciu zmroku. Przeszła po rozwalającym się pod łapami, butwiejącym mostku i bezszelestnym krokiem udała się w kierunku uliczki głównej. Na całej wsi stał jeden wyróżniającym się architekturą sklepik, który zamiast solidnej wapnowanej ściany z frontu posiadał ażurowy drewniany podcień, pod którym wystawiano produkty. Światła paliły się tylko na piętrze, co podpowiadało waderze, że właścicielka sklepu mieszka bardzo niedaleko, musiała być naprawdę cicho. Wcisnęła się ciasną bramą na podwórze budynku, na którym stał zardzewiały traktor zaparkowany pod płotem. Głębokie koleiny pełne zamarzniętych kałuż przecinały ziemię na ukos. Przeskoczyła nad wyrwami, jednocześnie bacznie obserwując sylwetki w oknach na piętrze. W tym skupieniu zapomniała zwracać uwagę na to, co ma za plecami. Do jej uszu dobiegło przeciągłe, gardłowe warczenie, podskoczyła jak poparzona. Za nią, w zbitej krzywo i w nieładzie budzie, leżał chudy jak kościotrup, smukły jak fretka pies. U jego szyi zwisał ciężki, pordzewiały łańcuch, dzwoniący ponurą balladę, jak tylko kundel podniósł się z błotnistego klepiska. Krótkie futro na jego grzbiecie stanęło dęba, był o krok od wszczecia alarmu, ale Domino nie potrafiła się zdobyć na poruszenie się choćby o krok, sparaliżowana strachem, instynktownie licząc na to, że bezruch uratuje jej życie.

C.D.N


czwartek, 4 grudnia 2025

Od Domino

Wysokie śniegi przysypały wejście do jaskini medycznej niemalże do połowy. Pomimo pozornej trudności w przechodzeniu, Domino spostrzegła, że ciepło dużo lepiej utrzymuje się, mając jakąkolwiek barierę przed wiatrem. Izba przyjęć była o wiele przyjemniejsza do przesiadywania niż samotna pusta jaskinia, z której wyprowadziły się już wszystkie jej dzieci, więc żeby nie popaść w zimowe przygnębienie zbyt głęboko, lubiła przychodzić tu, nawet jeśli z byle powodu. 
Otrzepała się na wejściu z drobinek lodu, westchnęła z ulgą.
- Ale nam się ładna zima trafiła tego roku. 
- Och, co? A, tak, ładnie.- Delta prawie oderwał się od przeglądania zapasów leków.
Był dzisiaj w wyjątkowo dziwnym humorze. Co prawda, zawsze był lekko oderwany od rzeczywistości i gdyby mógł to nie jadłby i nie pił, byle tylko zostawić sobie nieco więcej miejsca na pracę, ale dzisiaj czuć było nienazwane, ale drażniące jego skórę napięcie, które stroszyło mu futro na karku. 
- Dopiero ranek, a ty już wyglądasz, jakbyś przepracował dwa dni bez odpoczynku.- Westchnęła położna.
Delta posłał jej tylko przelotne, lekko żartobliwe spojrzenie, jakby wcale się tak bardzo nie pomyliła w przypuszczeniach, co podskórnie ją zirytowało.
“Temu to tylko kroplówkę podłączyć”- pomyślała. Zabawy z igłami to jednak nie jej konik.
-Myślałem, że masz wolne dzisiaj.- Mruknął, w tym czasie przesypał jakiś proszek z jednego słoiczka do glinianej miseczki. Miseczki autorstwa Domino oczywiście.- Nikt nie jest u nas w ciąży.
- To cię zaskoczę.- Podeszła bliżej, zaglądając mu przez ramię.- Brzoza od jesieni zarzeka się, że jest. Nie wiem z kim, nie chce mi zdradzić, ale ma symptomy.
-Symptomy? Tak jak 3 ostatnie razy…?
- M-może...ale zrozum, Brzoza bardzo chce zostać matką. Nie jej wina, że czasami nadinterpretuje pewne rzeczy, jeśli tak bardzo tego oczekuje.- Cmoknęła zmartwiona.- Ale tak. Jeśli tym razem też się pomyliła, będę musiała szepnąć słówko o wizytę do psychologa. 
Basior westchnął, jakby zgadzając się z koleżanką z pracy. Chwila ciszy pozwoliła jej przeczytać pożółkłe papiery w nieładzie porzucone na jesionowym blacie. 
-Nalotnik gardła…? -Wyrecytowała zbita z tropu.
Basior szybko położył łapy na notatkach, chciwie ich strzegąc, a flakon z zielonkawym płynem upadł potrącony bokiem do miski.
-Oj, ahh!.- W panice próbował uratować recepturę. - Świetnie…kto teraz będzie potrzebował proszek na wymioty w maści na odleżyny. 
- Coś się tak rzuciłeś na te kartki no, ajj.- Próbowała też jakoś pomóc.- Nie było potrzeby tak reagować.
- Nie było potrzeby czytać prywatnych notatek.- Parsknął medyk, trąc łapą o skroń.- Stoisz za blisko.
Waderę odtrąciła nieuprzejmość przyjaciela, zwykle się tak nie zachowywał. Szkoda było leków, fakt, ale niesprawiedliwie przecież było się na niej tak wyżywać.
- Dobrze, przepraszam.- Pokręciła głową, nie chcąc dolewać oliwy do i tak piekącego ją ognia.-  Ale nie ma tego złego, na pewno masz zapasy na zimę. Zawsze masz.
- Tego proszku? A widziałaś, żeby imbir u nas rósł? 
-Delta..- Syknęła na niego trochę za głośno, wzbudziła zainteresowanie wszystkich pacjentów w leżakowni. Szybko ściszyła głos, zażenowana.- Więc skąd ty masz ten imbir?
Basior posłał jej kolejne spojrzenie, jakby niedowierzając jej zdolnościom dedukcyjnym.
-Z wioski. Mają tam taki sklepik spożywczy. - Czuła, że miał coś na języku dużo bardziej ciętego, ale powstrzymał się, widocznie zmęczony. 
Spojrzenie wilczycy przeleciało ponad zimowy krajobraz zaśnieżonych sosen prosto na szare kłęby dymu unoszące się z odległych o kilka kilometrów kominów. 
Obiecała sobie, że pójdzie tam po wizycie Brzozy. I po tym jak nakarmi siłą tego markotnego fuflona. 

CDN

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Od Kamaela CD. Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.9

Przy pierwszych dwóch tygodniach nie było najmniejszych zmian. Domino nie czuła się inaczej, jej apetyt wcale się nie zwiększał, a brzuch pozostawał taki sam. Oczywiście nic to jeszcze nie znaczyło, jednak para zaczynała się martwić, czy ich plany wypaliły. Gdy w końcu pojawiły się postępy, małżeństwo nie mogło opanować swojej radości. Ich jaskinię wypełniło szczęście, Kamael pracował jak mógł, żeby ulżyć swojej żonie, spędzał z nią jak najwięcej czasu, wciąż wspominając jej, jakim jest dla niego cudem. Szykował posłanie, wykorzystując futra królików, siano z trawy i swoje najmiększe pióra. Polował pół dnia, żeby zapewnić Domino oraz rosnącym w jej brzuchu szczeniętom odpowiednią ilość pożywienia. A gdy małe zaczęły kopać, kładł głowę na brzuchu i nucił, żeby od początku zyskać z nimi więź. Jego ukochana wydawała się zadowolona z takiego stanu rzeczy.

– Jak myślisz, ile ich będzie? – zapytała pewnego wieczoru, wtulając się w bok swojego męża.

– Dwa? Może trzy? – Jego cichy głos stał się wyjątkowo śpiewny, odkąd miał na głowie swoją nowo powstałą rodzinę. – Ilekolwiek ich będzie, jestem pewien, że sobie poradzimy, kochanie. Jesteś niezwykle silna, niczym sosna na nadmorskim brzegu i zapewniam cię, że nawet w najciemniejszym mroku nigdy cię nie opuszczę. Ilekolwiek ich będzie, poradzimy sobie.

Domino złożyła głowę na jego łapach, oglądając ognisko rozpalone tuż za wejściem do jaskini. Kamael natomiast skupił się na miłości swojego życia, patrząc jak światło ognia bawi się na jej białym futrze. Nie mógł się nie uśmiechnąć, jak zawsze zresztą, kiedy przypominał sobie, jak żyje w swoich spełnionych marzeniach. Nie bał się stawiać czoła przeciwnościom losu, bo teraz wreszcie wiedział, jak wygląda prawdziwa miłość. A wyglądała tak jak oni. Plamista wadera i złocisty basior, wylegujący się na skraju swojej jaskini z ogniskiem rozpalonym tuż przed wejściem. Ona w ciąży, on w pełni świadomy swoich nadchodzących obowiązków i całkowicie na nie gotowy. Gdyby teraz ktoś mu powiedział, że marzenia się nie spełniają, zaśmiałby im się w twarz. Oj, spełniają się. Tylko nie zawsze zostają na tak długo, jakbyśmy chcieli. Jego marzenie skończy się, gdy czas dosięgnie ich piękne ciała i na świecie pozostanie na chwilę tylko jedno z nich. Jednak póki co miał się czym cieszyć i nie zamierzał z tego rezygnować. Jego serce ćwierkało, wyśpiewując melodię pełną ciepła, miłości oraz radości, a momentami gotowe było wypuścić tą melodię na zewnątrz, by wszyscy wiedzieli, że Kamael, mąż Domino, skrzydlaty ziemskiego pochodzenia, jest najszczęśliwszym wilkiem na świecie.

Skurcze pojawiły się wcześnie rano, gdy jutrzenka jeszcze witała na niebie. Basior z początku chciał pójść po medyka, jednak jego ukochana uprosiła go, by pozostał z nią. Podobno nie było się czym martwić, dopóki nie pojawiły się powikłania. Kam się nie znał, był tylko strażnikiem, ale ufał decyzji swojej żony i położył się obok niej. Sam nie był pewien, po jakim czasie zobaczył główkę, w każdym razie bezproblemowo, choć z ogromnym wstydem, przyznałby się, że w tamtym momencie zemdlał. Na szczęście tylko na krótką chwilę.

<Domino?>

piątek, 2 września 2022

Od Delty CD Domino - "Czerwona jak Maki" cz. 2

Dzień i noc, noc i dzień. Czy to różnica? I jedno i drugie zbliża powoli ku nieuniknionej śmierci. Mrugnięcie, krok czy krzyk. Co za różnica. I tak każda ze ścieżek prowadzi w jedno miejsce. Ku niebu. Piekłu. Jak kto i w co wierzy. Delta sam w sobie w niewiele rzeczy wierzył ostatnimi czasy. Kartka, kubek, zioła. Jego małe życie w małym światku kręciło się wokół jaskini medycznej. Na głowie miał sporo pacjentów odkąd granica otworzyła się na nowo. Smutny jednak los, nie dał aby WSC pozostało jego spokojną ostoją. Gdzie nie poszedł ciągnęła się za nim zmora przeszłości, zły omen. Był niczym czarny kot przekraczający drogę, pobite lustro, przejście pod drabiną, deszcz przed podróżą. Nie dało się ukryć przed nieszczęściem, które niósł, bo niczym cień chciało go to wpędzić do grobu. I pomimo wzlotów, jego upadki były bolesne i bez możliwości przygotowania się do miękkiego lądowania.

Pogodzony z życiem skrobał ziółka do glinianej miseczki. Jego żal na chwilkę gdzieś zniknął. Przez ułamek sekundy pośród jego osowiałych myśli pojawił się cień uśmiechu. Na chwilę chciał być sobą. Nie dane mu jednak to było, gdyż świadomość świata wokoło zapadała się coraz głębiej. Co prawda imion, które przepadały był w stanie się jakoś nauczyć, ale i one były łatwo ulotne. A o wspomnieniach już nie wspominając. Nie pamiętał dokładnie kiedy doszło do niego w jak głębokiej dupie jest. Kiedy tak właściwie uwolnił się z takiego największego letargu i nieco przebudził, niczym niedźwiedź z zimowego snu. Pamiętał jednak, że spoglądał chwilę na jednego wilka w jaskini. Miałby go znać, ale spytał o imię. Widział jedynie szok w tak obcych mu oczach. Wtedy też do niego dotarło. Powinni się znać, lata, miesiące, dni? Kto wie. Jednak świadomość nagłej straty wyrwała go z tego koszmaru. A mimo to nadal nie był panem swojego własnego życia. W obawie przed nagłym wyparowaniem wspomnień, chciał chwycić sie ich niczym tonący brzytwy, ale nie bardzo wiedział co pośród niech jeszcze mu się zostało. W końcu czego oczy nie widzą temu sercu nie żal, więc czego nie pamiętasz, tego nie wiesz. Zagubiony miał teraz nowe zmartwienie. Tia, młodzik pod jego łapą, trochę się przydawała, jednak co mogła zrobić. Prawie od małego przydzielona do wojska, z niewielkim doświadczeniem. Nie był w stanie oddać jej wszystkiego w łapy tak nagle. Odetchnął głęboko. Może niedługo. On sam w końcu też kiedyś sie uczył. Co prawda tutaj przybył z doświadczeniem, wieloletnim. Ze swoją znajomością ziół, leków i mocą, na coś się zdał, a teraz bogatszy o nowe umiejętności rządził sobie sam w tym miejscu. Flora nadal spała. Flora tak? Gdzieś miał pozapisywane najważniejsze imiona, jednak chyba odłożył tą kartkę w kącie. Za daleko aby się upewniać.

Jego głowa pokręciła się na boki. Odetchnął. Jego oko przypatrzyło się ruchom łapy. Wpojone w mięśnie mieszanie, mechaniczne dobieranie ziół bez zawahania. Miał nadzieje i tego nie zapomnieć gdyż to byłby jego koniec. Zamknął oczy na sekundę.
—Dzień dobry, Delto. — jaskrawy głos, niczym słonce wpadł do środka. Jego źrenice rozszerzyły się z zaskoczenia.
—Witaj, Domino — miał nadzieję się nie pomylić. Jednak wadera przychodziła tu ostatnimi czasy tak często, że starczało mu to aby spamiętać. Chociaż pobieżnie. Zastrzygł uchem, gdyż bał się że jego mierny głos nie dotrze do niej. Ostatnimi czasy dopiero się rozgrzewał, a i tak mówienie należało do najmniej przyjemnych czynności do przywrócenia. Gardło piekło go i bolało, kaszlał nieustannie, a jego struny głosowe skrzypiały z wysiłku. Czasem brzmiał lepiej, czasem gorzej, ale przynajmniej wracała mu świadomość świata i swojego własnego stanu. Gorzej, że nie umiał nic z tym zrobić. Całe życie leczył innych, teraz przydałoby się aby ktoś wyleczył i jego. Niestety nie było takiej opcji. Kamień z serca, zwany wojną, mógł mu spaść z serca, ale to nie znaczyło, że jest mu tak o wiele lepiej.
—Pomóc ci w czymś dzisiaj? — jego oko przeleciało po sali. Sporo wilków, trochę skomplikowanej zabawy.
—Nie masz jakiś swoich spraw? Nie jesteś moją pielęgniarką. —mruknął pod nosem. Położna, może coś umiała, ale na niewiele się w tym momencie zdawała.
—Ah, wiem, ale o zajęcie dla położnej ciężko w tych czasach. Wilki więcej łkają niż kochają może to dlatego —
—Tak, na pewno. — odparł nieco w swoim własnym świecie. Ciekawe co dzisiaj zje na obiad. O ile w ogóle zje. To będzie ciężka zagryzka na jego żołądek. Czy on znowu schudł. Cholera. Maść. Zagniótł łapą nieco szybciej. Wilk z oparzeniami od h wie czego czekał z cierpieniu niedaleko. Jego myśl musiała się teraz skupić. Niestety pewne jasne światło siedziało u jego boku i wchodziło uporczywie w oko, oślepiając.
—Too, kogo mogłabym ci dzisiaj ściągnąć z barków? — odetchnął. Spojrzał nie porzucając ruchów łapą ani na sekundę. Chciał się jej pozbyć na chwilę. Nie to że jej nie lubił, ba! Nie pamiętał o niej nic poza imieniem i profesją, więc nie jemu to oceniać. Kiedyś się widocznie lubili. Jednak teraz czekała go cała sala chorych płaczących o pomoc, leki do uklepania, słabnące ciało, żarliwie zżerający go strach i łzy powoli kotłujące się w jego duszy. Odetchnął po raz drugi.
—Panią Konstancję boli ostatnio kolano. Podaj jej coś na zwyrodnienia. — rzucił od niechcenia. Tylko ona wpadała mu w głowę o tej porze dnia... czy to już może była noc? Co za różnica, kiedy od ścian nadal odbijały się te same obolałe dźwięki co zawsze. Jakby świat w tym miejscu zatrzymał swój bieg na wieki. Wiecznie te same żywopłoty, może nieco zwiędłe. Ciągle identyczna podłoga, tylko czasem szło znaleźć jakąś nową dziurkę. Ale jak szybko ona stawała się tą nową starą dziurką, tylko czas jest w stanie powiedzieć. Uklepane legowiska. Choroby. Żal. Ból. Ile rzeczy pozostaje tutaj bez zmian. A on sam w tym wszystkim, pomiędzy własną żałością a tą należącą do pacjenta.
—Robi się! — mało nie podskoczył słysząc ten głosik obok siebie. Kompletnie już o niej zapomniał. Dopino.. nie... Domino. Dreszcz nieprzejrzystości wspomnień przeszył jego umysł. Zamruczał pod nosem ocierając się o panikę. Wykonał nagły zwrot głowy w kierunku wilczycy, która wbijała w niego swój wzrok, intensywnie, jakby chciała przejrzeć przez jego serce. Czy już skamieniało? A może uciekło z ciągłego strachu? Bije szybko, ze stresu? Czy może wolno, gdyż już nie ma po co bić?
—Coś mówiłaś? — westchnął, bojąc się, że jeszcze chwila, a na swojej skórze poczuje żywy ogień. Zmarszczył przy tym nos, w geście niemego uśmiechu, gdyż mięśnie jego pyska zastygły w bezdusznym grymasie zimna i zmęczenia.
—O, nie, ja tylko.. — spłoszyła się, ale odwróciła te ślepia i medyk mógł odetchnąć, nieco bardziej. — Zastanawiałam się czy...—
—Delcinko ty moja, gdzie ta moja maść na stawy? Konstancja czeka już drugą wieczność. —
—Ah, no tak, chwilka Konstancjo. — maść mało nie wyleciała z jej łapek kiedy pochwyciła ją z półeczki. Świeża, pachnąca, gdyż Delta maniakalnie uzupełniał zapasy wszystkiego. To dawało mu odrobinę pewności, że jest jeszcze sobą, w najdrobniejszej mierze. Wzruszył ramionami, może nie nonszalancko, a raczej dla rozciągnięcia obolałego kręgosłupa, który wyłaniał się spod skóry, jakby zaglądając na świat wokół. Ranki, rany, cienie pod oczami. Żal było się patrzeć na pobojowisko jakie zostało po tym basiorze.

Hej! Kim jesteś, kim jesteś mój drogi. Czy zmierzasz, czy zmierzasz za las?

Dzień i noc, noc i dzień. Czy to nie jest niesamowite jak szybko pędzi świat wokół ciebie i jak obracają się plany. Z góry w dół i z dołu w górę. I tak też Delta jak nigdy zanurzył się w polu kwitnących maków. Mała to była polanka, ale czerwieniąca się wręcz. Z radością przemierzał to jakże zarośnięte miejsce. Ze spokojem w sercu, ciszą w umyśle. I zdało mu się, że jest jak kiedyś, tylko pysk średnio unosi się do uśmiechu. Przymknął oczy. U jego boku, jego sierść, zadrżała wrz z wiatrem. A jednak jak wiele się zmieniło. Jego drżące, chude łapy z precyzją chirurga urwały trochę cienkich łodyg składając je w nieśmiały wianek. Ten zasiadł na jego głowie, niczym korona na głowie króla. Mieniąc się krwistą czerwienią zaglądał z wyższością na pozostałe w polu kwiaty, nieświadomy swojego rychłego zgonu pośród uschniętych chwastów.
Delta... musiał przyznać, że nie bal się już aż tak wychodzić. Może potrzeba było mu odrobinę powietrza i świadomości swojego niemrawego stanu. Wyrwania się z kamienia, na którym zasiadł niczym Bóg, a z którego nie umiał zejść, aby spojrzeć na własne oblicze, jak patrzą na niego inni. Chociaż i tak pewnie nigdy nie dostrzeże prawdziwego stanu swojej własnej egzystencji. A inni nie dostrzegą jego czerni w duszy, która przejęła każdą komórkę jego ciałka. Odetchnął. Tia była za młoda aby ją tak porzucać samą, a zaraz Lato przybędzie z ziołami do leków. Oh radości w nieszczęściu, czemu smakujesz tak gorzko?

Tam za lasem, za lasem, czeka samotny grób. I tylko dwa maki, dwa maki na grobie.

Dzień i noc, noc i dzień. Czy to nie nudne? Taka monotonia tego cyklu, ciągnąca się przez lata. Idealny kontrast? Twór natury bez wad i zalet, czy może tylko ustawowa godzina wypoczynku i pracy? Ciągle tylko ciemno i jasno oraz czasem zdarzy się, że kątem oka złapiesz zachód lub wschód wszechmocnej gwiazdy. I cóż to daje? A otóż pobudkę.
—Delta... —
—DETLA! —
—Delciu? —
—Deltaaaa... —
Wycie, błaganie, prośby i skomlenie. Od rana do wieczora i po nocach, chodzące po jego głowie nieskończone myśli o zamordowaniu części z tych wilków, które trafiły w jego progi. Jęczą, warczą, rozmawiają i wołają. A tego dni jego imię odbiło się od ścian o raz za dużo. Na skaju łez, w kąciku rzucił jedną z miseczek o ścianę. Miał gorszy dzień, a nic wokół niego nie wskazywało jakoby miał się poprawić. Odetchnął. Jego czaszka zachrobotała o chropowatą nawierzchnię jaskini. Należało się wziąć w kupę, jednak świat powoli przesypywał mu się między palcami, niczym czas, który marnował. Niemoc przeszywała jego płuca, wyciskała z nich drobne oddechy. Otumaniała mózg. Chciał się położyć, usnąć, najlepiej snem wiecznym i twardym. I aby na jego grobie, z dala od ludzi, zakwitły kwiaty, piękne pąki róż, fiołki i chryzantemy. Może nawet Chabry.
—Delta, Delta!— słodki głosik, radosny, tak niepasujący do tego miejsca, rozniósł się po jego zaułku. Siedział, skryty, chciał być sam. Czemu los tak utrudnia mu jego marny żywot. Nie chciał wychodzić, obleciał już wszystkich, resztą niech zajmie się bóg. O ile takowy istnieje. Jednak poruszył go dźwięk jego ukochanych skalpelków, które zastukały jeden o drugi w słodkiej melodii, jaką wydają jedynie przy operacjach. A kto śmiał je ruszać?!
—Co znowu? — warknął. Chciał głośno, ale wyszło jak zawsze. Marny szept godny szczeniaka wściekłego na rodzica. Napastnik porzucił jego skarby od razu, ale jakim kosztem. Wadera w ciapki, jak jej tam było... Dokima, cokolwiek... znalazła się prawie w jego pysku. Cofnął się o krok, chcąc uratować resztki swojej prywatnej przestrzeni.
—Pomożesz mu? — wepchnęła mu w nos ptaka. Załamany spojrzał na nią. Jego wzrok może nie za wiele mówił, ale ciało miało ochotę uśmiechnąć się w niedowierzaniu.
—Ja nie leczę ptaków tylko wilki — rozluźnił plecy w załamaniu. Czuł jakby zaraz miał polecieć do tyłu, więc nachylił się, garbiąc przy tym.
—A Rubile to już jakoś przyjmowałeś na leczenie. —
—Na prośbę alfy, nie ciebie. — odmówił. Nie pamiętał kim jest. Zły dzień spadł jeszcze bardziej do dołka i nie mógł się z niego wygrzebać. Co zrobić? Co poczynić? Co od niego chcą? Co od niego chcą? Co od niego chcą? Co od niego chcą?
— Jeśli miałabym cie prosić o jedną rzecz na świecie to proszę cię właśnie teraz, obejrzyj go chociaż.—
Sapnął. Czy ona nie odpuści? Pokręcił głową. Co od niego chcą? 
Aby zamilkła. Aby ucichła. Przepadła. W otchłań, w przepaść, w czeluść. Diabły, bogowie, Ra, Zeus... ktokolwiek? Jednak nikt nie słuchał. Jego błagania przeleciały sucho jak te wadery. Sam musiał zamknąć jej pysk.
—Zajmę się nim po obchodach. — zbył ją w końcu. Jego znudzony, zmęczony i letargiczny wzrok przesunął po tej uradowanej kulce ciapatej sierści. Odetchnął ciężko, ale ponowny obchód nie zaszkodzi. — Pójdę już, czym szybciej zacznę, tym szybciej skończę. — wyminął ją.
—Skończyłbyś jeszcze szybciej z drobną pomocą. — coś stuknęło, zaskrzypiało. — Co ty na to?— zrezygnowany odwrócił się.
—Chodź. — miał dość interakcji na ten dzień, więc ktoś może zrobić za niego „small talk”.

Jak szybko zaczął tak szybko skończył. Dwie pomocnice pod łapą czyniły cuda z jego obchodem. Oczywiście nie mogły zrobić za niego wszystkiego, ale nadawały się w sam raz na odciągnięcie uwagi od niego samego. Zatem pozostało jedynie obadać tego ptaka. Wziął go do ręki, małe stworzenie wydarło się zaskoczone. W końcu niecodziennie trzyma cię w ręku stworzenie większe o dziesięciokroć, nieupierzone i ze złymi kłami. Jego zdrętwiałe paluszki powoli przytrzymały stworzenie.
Na swojej szyi czuł wręcz jej oddech. Dorina nachylała się nad nim zaglądając jak mu idzie. Cierpliwość był chyba jedyną rzeczą jaka pozostała w nim identyczna do tej przed wojną, gdyż znosił ją dzielnie. Chwilę mu tylko zajęło znalezienie problemu, nastawienie złamanego skrzydła i mógł oddać jej tego małego przyjaciela. W jej łapkę ,po może 10 minutach, wsunął ptaszka zawiniętego w ściereczkę w jej łapę. Jej wzrok, wyraźnie wyczekujący jakiegoś komentarza, wbił się w jego ciało. Ale on miał już dość całego tego zamieszania. Ominął ją znikając za rogiem, ignorując już wołania. Nie poszedł do sypialni medyków. Tam była Flora, osoba którą pamiętał jedynie jako poprzednią medyczkę. Osoba, która mogła odebrać mu wszystko co aktualnie miał do siebie. Stanowisko, pewność siebie, bezpieczeństwo i w pewnym sensie dom. I ten strach dzisiejszego dnia przypomniał mu się gryząc duszę jedynie mocnej. Odetchnął. Izolatka nigdy nie była mu takim przyjacielem jak tego wieczoru. Padnięty skulił się w kącie w nadziei o cieszę. I jedynie płatek maku zsunął się z jego głowy, opadając na ziemię.

I tam za lasem, za lasem siedzi samotny duch. I tylko na głowie, na głowie nosi czerwony mak.

Odetchnął Jego piękny wianek usechł już kompletnie. Maki sczerniały, niczym jego dusza. Kiedy zdejmował do z głowy, przy swoim stanowisku pracy, parę płatków, które jeszcze trzymały się łodygi upadły na stolik. Obejrzał się na wyjście. Niestety nie było mu dane wyjść tego dnia, ani następnego, ani następnego. Miał łapy pełne roboty. Wilków pojawiało się więcej i więcej. Przychodziły zewsząd. Ba! Nawet Kawka odwiedziła Nymerię. W powietrzu wisiała groźba, żeby jedna. Delta przewrócił oczami słysząc jak z boku woła go znajomy głos. Ruszył tyłek. Maść w jego łapie, fiolka w pysku. W wejściu stanął Dreniec. Nieczęsty gość, widzieli się może trzy razy, z czego ten był trzeci, a pierwszy był odwiedzinami Delty. Odłożył fiolkę przed nim i zadarł głowę. Przeklął swoje niewielkie gabaryty i chude ciałko.
—Czego? —
—Może trochę kultury? — wilk skrzywił się na jego słowa. W odpowiedzi otrzymał kolejny przewrót tymi dwukolorowymi tęczówkami.  Basior zawarczał, ale niewiele więcej mógł zrobić.
— Do rzeczy. — Delta machnął łapą.
— Potrzebuję ... leku. —
—Dużo mi to mówi. — z pożałowaniem spojrzał na większego. Cóż za nieszczęśnik bez umysłu to był. Jakby stał przed nim były odkrywca tej, okupowanej, ale watahy.
— Leku na kaszel. —
— Nie mam... gotowego. Wyślij jakiegoś zielarza po cebulę do wsi. — mruknął. I odszedł. Bez pożegnania. Nie miał za grosz szacunku do osób tego pokroju. Prawda, Dreniec mógł być taki wobec WSC gdyż byli wrogami, prowadzili wojnę. Ale jak bardzo inny może być w życiu prywatnym, jeśli nie szanuje swojego bliźniego, zwłaszcza medyka.

Chwilę zajęło dostarczenie cebuli, ale syropek uczynił się szybko. Deltę korciło aby samemu go dostarczyć, może przypadkiem zbić fiolkę, ale nie mógł zostawić gotującego się wywaru, jaki nastawił. Wysłał wiec mała, niezdecydowaną Tię, a za nią Domino. Niech się przydadzą obie. I tak się nudzą i całe dnie siedzą mu na ogonie.  Samotnie już, siedział przy swoim stanowisku. Kończył leki, maści i herbatki na choroby pacjentów. Cierpliwie znosił ból głodu w żołądku, niechętny do jedzenia. Łapami pracował rytmicznie, powoli, w swoim własnym świecie, a gdy skończył schował się w swoim kącie, na chwilę. Tam zmusił się do zjedzenia swojej porcji pożywienia. Mięso przynosili mu łowcy, regularnie, wyłącznie dla niego i Flory. Pacjenci dostawali swoje osobno. Można powiedzieć, że gdyby skinął łapą, dostawałby tyle ile chce. Zalety bycia medykiem i posiadania odpowiedniego doświadczenia. Reputacja pozwalała na wykonywanie ruchów, na które nie każdy mógł sobie pozwolić. Na przykład krzyczenie na alfę, za bycie debilem. O tak. W każdym razie. Najedzony, w miarę przynajmniej, zakasłał. Położył się na drzemkę, która nie trwała za długo.

Gdy wstał, wydobył się z izolatki, której na razie używał wyłącznie on, przeszedł do stanowiska. Czas było zacząć kolejne obchody. Ze snem jeszcze na powiekach usadowił się przy swoim miejscu pracy. Z zaskoczeniem, westchnął głośno kiedy dotarło do niego jak czysto na nim jest. Zamrugał dwa razy. Czy kiedy spał odwiedziły go jakieś dobre duszki? Było im żal stanu w którym był? Flora wstała? Jego serce zabiło diabelsko szybko. Z impetem wpadł w sypialenkę. Wadera spała jak spała, niezbyt świadoma swojego własnego istnienia. Odetchnął z ulgą i powrócił do swojego stanowiska. Czystość poprawiła mu odrobinę humor i może by się nawet uśmiechnął, gdyby nie zaśniedziałe mięśnie. Jednak nawet jeśli nie było wydać po jego pysku, jego oczy zaświeciły się iskierką. Tak rzadką, tak zapomnianą, a jak przyjemną. Miał cichą nadzieję, że tak już zostanie, ale to całkowicie zależało od jego humorków i zmiennej siły z chęcią.

I siedzi , i siedzi tam sam jak bez życia. Ten duch, ten duch z makiem za uchem.

A wieczorem. Stojąc przed własnym stolikiem, zastał na nim wianek. Polne kwiaty i maki wystawały z niego, pięknie splecione. Powoli zbliżył się. Jego łapy uniosły ten słodki prezent. Założył go na głowę. Powoli, ostrożnie. Jakby w łapach trzymał najdelikatniejsze szkło tego świata. Rozejrzał się. Jednak nikogo nie zobaczył. Jednak zapach wskazywał na konkretną osobę z jego otoczenia. I może tylko wydawało mu się, a może rzeczywiście jego pysk wykrzywił się w końcu w koślawym uśmiechu, a z oka popłynęła jedna łza.

Daleko, daleko od domu samotny. Nocami i dniami, śpiewa i śpiewa z tęsknoty.
I wyje, i wyje niewyraźne słowa, o niepamięci, niepamięci i żalu.

<Domino?> 

czwartek, 1 września 2022

Od Domino CD Kamaela - ,,Kochanie bądź moja! Ceremonia"' cz.8



To, co się wydarzyło potem to już historia.

Ale dlaczego nie chcesz opowiedzieć, jak było?

Cóż, może zostawmy to wspomnieniom. Zgodziłam się, to jest najważniejsze.

Przecież wszyscy wiedzą, że pobeczałaś się na miejscu!
Och, oj od razu pobeczałam! Uroniłam może parę łezek, to fakt, ale…
Rzuciłaś się na niego cała mokra od łez, ooo tak!
Agch, kto ci tak naplotkował?
Morski wiatr, hihi
***
Nie minęło dużo czasu, a cała wataha poczuła miłość w powietrzu. Rozpromieniona Domino fruwała dwa centymetry nad ziemią, wszystkich pochodnych obdarowywując uśmiechem zdartym ze świętego obrazka. Również Kamael nie stronił od wilków, którzy przyszli mu gratulować i nieco poplotkować, może czasami podarować jakiś przytyk odnośnie życia po ślubie, ale nie zraziło go to zbytnio. Na odświętną ceremonię nikt nie musiał długo czekać, gdy samica alfa pomogła narzeczonym przygotować odpowiednie miejsce by świętować. Konkurs na idealną polankę wygrała oczywiście ta pod wodospadem róż, bo jakie inne miejsce mogło oddawać lepiej nastrój tej okazji. 
Kawka z chęcią wykorzystała swoje umiejętności dyrygowania kapitałem wilczym, przewodząc sztabem dekoratorskim. Pinezka, jako, że mogła bez problemu dostać się o wiele wyżej niż większość nieuskrzydlonych wilków, pomagała podwieszać girlandy z kwiatów na topolach, które z racji, że były siwe, swoim srebrem podbijały kolory roślinnych korali. Jedzeniem zajęli się łowcy i pomimo uszczuplonych zapasów zwierzyny w lesie postarali się wytropić i złapać najtłustsze dwa dziki w okolicy. Skóry zdarte z tego dwojga posłużyły do stworzenia pięknych, odświętnych peleryn dla państwa młodych. Zostawiono ich głowy, by służyły za kaptury. Rożna rozstawiono na boku, a kucharze- Sigma i Luka- zajęli się pilnowaniem ognia. Po zmroku miał on również posłużyć, żeby rozpalić wbite w trawę pochodnie i rozświetlić ślubny kobierzec. Way zajął się muzyką. Z początku miał grać sam, jednak okazało się, że Kali potrafi całkiem ładnie śpiewać- wystąpili więc w duecie. Państwo młodzi ustalili datę i tego dnia przed zmrokiem wszystko było już gotowe.

Tell her to find me an acre of land
On the side of a hill, a sprinkling of leaves
Parsley, sage, rosemary and thyme
Washes the grave with silvery tears
Between the salt water and the sea strands
A soldier cleans and polishes a gun
Then she'll be a true love of mine

- Kamael? Czy bierzesz sobie tą oto waderę za partnerkę?
-Biorę
-Domino? Czy bierzesz sobie tego oto basiora za partnera?
Spojrzałam na lewo, na Nymerię, później przed siebie na Kamaela.
Obiecałam sobie, że drugi raz nie zapłaczę.
A jednak.
- Biorę.
Łzy poleciały mi po policzkach, a Kamael nieśmiało nachylił się w moim kierunku.
- Mogę?
Mruknęłam twierdząco, a ten dotknął moich warg.

Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme
Remember me to one who lives there
She once was a true love of mine

Byłam tak zmęczona, że zniknęłam z przyjęcia przed świtem, zostawiając przyjaciół przy rożnie i przy tańcu. Słuchałam z radością ich wesołego wycia i rechotania, ale po paru godzinach głowa pękała mi od bodźców, dźwięków, zapachów i wspomnień. Kiwałam się na boki, wspominając podniebny taniec ponad wszystkimi. Było cudownie, wzniośle, ale teraz atmosfera zmieniła się na tą istnie barową. Bawili się dobrze, ciężko się nie zgodzić, jednak miałam wrażenie, że część bawiła się aż ZA dobrze. Nie mogłam tego wiedzieć, ale snułam teorię, że część basiorów mogła przemycić coś więcej niż tylko sok malinowy i syrop na zgagę, ale co ja mogłam wiedzieć. Obdarzyłam ich tylko cichym westchnieniem i odwróciłam się, za plecami usłyszawszy odgłosy zwracanego dzika. Boże, Rubid...
Poprosiłam Kamaela, żeby zostawił wilki na moment i odprowadził mnie na plażę. Mogliśmy wprawdzie polecieć, ale byłam zbyt ociężała, by się wznieść. Zerkałam na niego od czasu do czasu, zastanawiałam się, o czym teraz myśli. Nie wyglądał ani na zbyt radosnego, chociaż nic nie zdradzało, żeby coś go trapiło. Postanowiłam poczekać, aż oddalimy się od zgiełku i świateł ognia za plecami. Przywitało nas za to inne światło, a niebo jaśniało się z każdą kolejną minutą spaceru. Pierwszy dzień jako nowa ja.
- Jesteśmy rodziną.- Stwierdziłam z uśmiechem.- Nie myślałam kiedykolwiek, że moje sny się spełnią.
-Ja nie wiedziałem, że moje sny potrafią chodzić po ziemi.
Dlaczego on musi zawsze mnie doprowadzać do czerwoności? Nie z gniewu, ale prawdziwy powód mnie niewyobrażalnie zawstydza.
Zeskoczyłam z osuwiska na piach, i powłóczyłam dalej łapami po śpiewającym z każdym krokiem terenie. Syczał cicho, może piszczał. Czasami warczał, gdy stanąć na mokrym pasie piasku, obmywanym przez fale. Woda też komponowała swoje melodie, chociaż czasami nie do taktu z piaskiem. Muszą zacząć się lepiej dogadywać, inaczej jeden wkrótce pożre drugiego.
-Kamael kochanie, zastanawiałeś się, chcesz być tylko we dwóch?- Zapytałam go wreszcie, a ten jakby zwolnił kroku.
Osłupienie to jedyne, co udało mi się rozpoznać na jego pysku.
-Nie masz nikogo na boku, prawda?
- Co? Nie nie nie, skąd ten pomysł. - Machnęłam skrzydłami.- To nie były wieści...tylko pytanie.
- Pytanie?
- Tak.
Basior spuścił wzrok, a ja dostrzegłam w tym głębokie zamyślenie. Jego uszy ułożyły się do przodu, jakby analizował każde moje słowo sprzed ostatniej minuty. Robił tak zawsze, gdy wstydziłam się powiedzieć mu o czymś wprost. Ostatecznie zamyślenie zniknęło, przegonione przez delikatny uśmiech, mięciutki jak płatki stokrotki.
-Zostanę z tobą w jaskini, jeśli pozwolisz.

<Kamael?>

piątek, 26 sierpnia 2022

Od Kamaela CD. Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.7

Kamael spojrzał w przestrzeń przed siebie. Zadawał sobie pytanie, jak szczery może być w stosunku do swojej ukochanej. Odpowiedź brzmiała: do bólu. Nie może jej kłamać. Nie może jej mydlić oczu i chować tego, co przeżył. Jeżeli mają sobie zaufać, to bezgranicznie.

– Nigdy jej nie opuściłem. Dotknęło mnie nieszczęście podczas pożaru lasu, moje pióra częściowo spłonęły. Na piechotę nie potrafiłem odnaleźć drogi do domu. Pewien wilk, któremu będę już wdzięczny do końca życia, pokierował mnie ku Watasze Srebrnego Chabra. Tu spotkałem Ciebie. I nie potrzebuję już wracać.

↼ upływ czasu ⇀

Ile to już było, parę miesięcy? Parę miesięcy, odkąd zaczęli się spotykać. O ile nie więcej. Domino weszła w życie Skrzydlatego i ozdobiła je, tak jak kwiat różany zdobi zielony żywopłot. Długą i być może urokliwą zieloną ścianę, ale wcale nie piękną bez czerwonych pęków miękkich płatków. Wadera stała się dla niego oazą, do której z chęcią przychodził ugasić swoje pragnienie i nigdy nie potrafiłby napić się innej wody.

Mieszkali razem, w swoim małym, bajecznym światku, w którym każdy malowany zachód słońca był idealną scenerią na wspólne podniebne tańce. Dwa anioły zakochane bez przytomności, zapatrzone w siebie z tym samym zachwytem, co kot oglądający świąteczne lampki na choince. Uzupełniali się, ona przytwierdziła go do ziemi, ukazując całkowicie wilcze uczucia, a on obdarował ją drugą parą skrzydeł, unosząc w chmury mistyczności i marzeń. On dobrze wiedział, że nie mógłby bez niej już żyć. I dlatego Kamael postanowił zadać to najważniejsze w życiu par pytanie, do którego należy się zbierać przez długi czas, by wyszło idealnie. Trzeba przygotować odpowiednią przemowę, znaleźć odpowiednie miejsce i wyczuć odpowiedni czas. I modlić się do sił wyższych, żeby wszystko poszło po myśli basiora, bo jeżeli tak się nie stanie, to obetnie swoje skrzydła. To nie groźba, to błagalne wołanie.

Gdyby się udało... Och, jeżeli by się udało... Mogliby założyć własną, cudowną rodzinę. Mogliby stworzyć ukochany dom, w którym każde z nich czułoby się bezpiecznie. Ich dusze stałyby się jednością, dzieloną przez dwa ciała, ale gdy nadejdzie moment rozłąki ze światem śmiertelnym, mieliby pewność, że połączą się już w jedno na wieki. Czekaliby na siebie w każdej przyszłej formie, po każdej drugiej stronie, połączeni tą niewidzialną, nieprzerwanie długą nicią przeznaczenia. A może miało to już miejsce? Może już kiedyś, wieki temu się ze sobą spotkali, zawiązali pakt, że nigdy więcej się nie opuszczą i teraz, w obecnym życiu, tylko ponownie się spotkali po latach, gotowi zżyć się ze sobą do kolejnej śmierci jeszcze zanim sami o tym wiedzieli. Jak pięknie układał się ten świat, że ich serca siebie znalazły, jak cudownie tkwiły gwiazdy, że ich dusze związane były ze sobą. Myśl ta przyprawiała Kamaela o radosne dreszcze, kazała mu śpiewać w milczeniu erotyczne pieśni i śnić po nocach miłosne baśnie. Nie chciałby być nigdzie indziej jak tu, ze swoją najdroższą Domino, w tej przyziemnej, tak zwyczajnej Watasze Srebrnego Chabra. Kamael już nie był jakimś tam Skrzydlatym z watahy Alis Caelorum, która miała się za prawie bogów. Był teraz zwykłym, uskrzydlonym wilkiem, który poza lataniem w sumie nic nie potrafił. I tak było dobrze. Tak było najlepiej. Najważniejsze, że wraz z nim była tu Domino.

Szczególna radość w sercu basiora pojawiła się, gdy pewien wschód słońca nad morzem był wyjątkowo malowniczy. Wiedział, że jego błagania zostały wysłuchane, że to jest właśnie ta chwila. Siły wyższe zmiłowały się nad nim, dały mu znać "Dobrze więc, zrób ten najważniejszy krok" i obdarowały go scenerią, o której śnią rozmarzeni malarze. Gdy tylko Kamael na nocnej przechadzce zobaczył słońce wysyłające swoje pierwsze promienie zza horyzontu, oświetlając chmury rozciągające się po niebie niczym uroczyste i delikatne pociągnięcia pędzla, od razu wiedział, że to jest właśnie ten dzień. Dzień, w którym przyjdzie mu zadać to pytanie. W którym doczeka się odpowiedzi i nie będzie już więcej chodził po cierniach, zostawiając za sobą krwawe ślady, próbując sięgnąć swojej najpiękniejszej róży. Będzie mógł wzlecieć w powietrze ze swoją różą, pokazać jej świat. Lub ułożyć się na cierniach, pozwalając, by przebiły mu skórę i serce, jeżeli róża nie zgodzi się na bycie jego.

Pojawił się w grocie, którą zamieszkiwał wspólnie z Domino, z zielonym wiankiem na głowie. Zielony symbolizuje nadzieję, czyż nie? Podobny wianek, tylko ładniejszy, przyniósł także swojej najdroższej ukochanej, by również mogła go założyć. Nakrapiana wadera obudziła się na lekkie trącanie nosem, po czym spojrzała na niego zaspana i z zaskoczeniem.

– Co się dzieje? Co to za wianki? Gdzieś idziemy? – zapytała cicho, posłusznie zakładając roślinną koronę na głowę. Choć była zmęczona, starała się zaufać swojemu ukochanemu i powoli wstała, rozciągając zrelaksowane mięśnie.

– Na plażę – równie cichym szeptem odpowiedział jej Skrzydlaty. – Na krótki spacer, jeśli można.

– Oczywiście.

Wyszli na zewnątrz, mimo że Domino miała lekkie problemy ze stawianiem prostych kroków. Nic dziwnego, tak nagle ją wybudził z głębokiego snu. Ale wyglądała niezwykle uroczo z tymi zaspanymi oczkami, ziewając raz po raz i uśmiechając się delikatnie gdy ich oczy się spotykały w znikającej ciemności. Szli ramię w ramię, tak jak zawsze to robili od swojego pierwszego spaceru, a tym razem dodatkowo Kamael służył jej za podpórkę, gdy czuła się niepewnie na nogach. Domi zachichotała, gdy po raz kolejny poplątały się jej nogi.

– Jestem ciekawa, coś tym razem wymyślił, Kam – wadera mimowolnie nieco naśladowała sposób mowy prawie-partnera. Szum morza nawet nie próbował zagłuszyć tego zalążka rozmowy, będąc cichym jak jeszcze nigdy się nie zdarzyło, ale wciąż obecnym, ciekawy rozwoju wydarzeń.

– Zobaczysz. I mam nadzieję, że ci się spodoba. – Tajemnicza odpowiedź nieco rozbudziła Domino.

Spacerowali powoli, dopóki niebo nie zrobiło się najpierw różowe z jednej strony, po czym ten róż ustąpił miejsca pomarańczy i czerwieni, samemu przesuwając się na środek przedstawienia. Chmury zgodnie z oczekiwaniami Kamaela zablokowały częściowo światło słońca, tworząc ciemne plamy. Cała ta gra kolorów odbijała się w niezwykle spokojnym morzu, które delikatnie głaskało plażę, chcąc z nią flirtować tak jak Kamael z Domino. Niebieskie grzywy, które jeszcze nie wyblakły od słońca, goniły się leniwie, ledwo pokazując się znad wody. Były zaspane tak jak nakrapiana wadera i nawet w podobnym kolorze.

Domino zakochała się w tym widoku. Basior widział to w jej oczach. Patrzyła z zachwytem na nadmorski wschód słońca, zrzucając z siebie resztki snów, ciesząc się tu i teraz, że jest na tej plaży ze swoim ukochanym, widzi ten piękny obraz i może wdychać świeże, zdrowe morskie powietrze. Kamael również się cieszył, tylko, że on miał jeszcze więcej powodów. A jeden z nich właśnie wyjadał go od środka i kazał nie zwlekać, bo ta magiczna chwila, jeśli umknie, to już nigdy więcej nie powróci. Skrzydlaty wziął głęboki wdech.

– Droga Domino, królowo mojego serca. Pozwoliłem sobie zabrać cię na spacer w ten malowniczy poranek, gdyż mam do ciebie ważne, niecierpiące zwłoki pytanie.

Wadera spojrzała na niego ze zdziwieniem iskrzącym się w oku, w pełni już rozbudzona i zaciekawiona nagłym podjęciem tematu. Powstające słońce odbijało się w jej dwubarwnych ślepiach, zapierając dech w piersiach i tak duszącemu się już wilkowi. Toż to gwiazdy ujawniające się w drugiej połówce, te same, które w samotne noce będą prowadzić do ciepłego gniazda, do domu, do kochającego serca, które zawsze jest gotowe przytulić. Najpiękniejsze gwiazdy, których nikt nie znajdzie na mrocznym całunie nocy, a które będą świecić właśnie najjaśniej ze wszystkich. Kamael nie mógł oddychać. Mimo to dzielnie kontynuował.

– Odkąd cię ujrzałem, wiedziałem, że jesteś dla mnie tą jedyną. Wiedziałem, że nie będę już umiał bez ciebie żyć, moja pani. Widzisz, moja dusza jest zaledwie pustynią, martwą i pustą. Nie nadawała się do niczego, nie ważne, ile czasu ją pielęgnowałem, starałem się coś zmienić. Tobie natomiast wystarczyło zaledwie się pojawić, wylać odrobinę wody swojej własnej duszy na moją pustynię, utworzyć niewielkie źródło, by powstała oaza pełna zieleni oraz życia. W tej właśnie oazie pragnąłbym zamieszkać wraz z tobą, moja najdroższa, wyhodować najpiękniejsze kwiaty, jakie kiedykolwiek widział ten świat oraz najsmaczniejsze owoce, o których nie słyszeli nawet najwięksi podróżnicy i koneserzy botaniki. Gdyby ktoś kiedykolwiek odważyłby się obciąć tobie skrzydła, to obiecuję ci, moja najdroższa Domino, że użyczyłbym ci swoje, byś wciąż mogła latać na tle pięknych zachodów słońca i być aniołem cudowności. Pozwól, że zadam swoje pytanie w słowach prostych, niegodnych twojej osoby: czy zechcesz sprawić mi ten zaszczyt i uczynić najszczęśliwszym basiorem pod słońcem, zostając moją żoną?

<Domino? Zostaniesz żoną Kamaela?>