
sobota, 3 stycznia 2026
Odchodzą!

środa, 31 grudnia 2025
Od Katarakty - „Powrót z Wygnania”
Wilczyca spojrzała w górę — przez świetlik w suficie, dawniej odprowadzający dym, a teraz służący za jedyne źródło światła, gdy okna zapadły się albo zostały zasypane śniegiem. Cisza nie pasowała do tego miejsca, kłóciła się ze wspomnieniami. A jednak… w dawnym domu nie zastała żywej duszy.
Katarakta uśmiechnęła się krzywo. Wataha się nie zmieniła, tylko nauczyła się milczeć.
Szlaki poniosły jej stopy na wzgórze, z którego sterczały rzędy kamiennych tabliczek. Przycupnęła obok czarnej sylwetki. Początkowo nie potrafiła spojrzeć jej w twarz, biła się z myślami i własnym lękiem, lecz w końcu uniosła pysk ku parze jasnych ślepi siostry. Zapadnięte od łez policzki nie zdobyły się na cień uśmiechu, a oczy błądziły po jej ponurej sylwetce w osłupieniu.
Smoła drgnęła, nieprzyzwyczajona do poczucia obcości członka rodziny tak głębokiego, że zawahała się, zanim zrobiła krok naprzód. Zmusiła się do rodzinnego uścisku, lecz szybko wyczuła sztywność Katarakty i cofnęła się niezręcznie.
— Wróciłaś.
— Pomyślałam, że na święta wypada — odparła Katarakta, zerkając na nagrobki. — Jak bardzo się spóźniłam?
— Tydzień. Tatę pochowaliśmy jako pierwszego — wyszeptała Smoła przez zaciśnięte zęby.
Chwila ciszy, przerywana jedynie wiatrem.
— Bardzo cierpieli? Na co chorowali?
Jej pytania były boleśnie zwyczajne.
— Nie… na coś zaraźliwego. Nie pamiętam nawet na co.
Skinęła głową, jakby usłyszała coś dawno oczekiwanego. Coś, co i tak musiało się wydarzyć.
— Gdybym wtedy—
— Nie — przerwała Katarakta. — Nie mogłaś.
Między nimi zawisło coś, czego żadna nie potrafiła nazwać. Do głosu Smoły zaczęła wlewać się frustracja i złość na oschłość siostry w obliczu śmierci dwóch członków rodziny. Katarakta poczuła za to dziwną ulgę, jakby nie musiała już ciągnąć za sobą ciężkiego łańcucha, dzwoniącego na każdym kroku.
Wstała i skierowała się z powrotem na ścieżkę.
— Katarakta! — Ton Smoły był władczy, oceniający, znowu próbowała przywrócić do porządku niesforną nastolatkę.— Jakbyś nie zauważyła, twój ojciec nie ży—
Przemknęła cicho przez próg, mijając rozbieganych medyków czy bogów wiedzą kogo. Już miała wejść do hali dla chorych, gdy drogę zagrodził jej granatowy basior o oczach jak pioruny.
— Hola, mamy tu kwarantannę.
Początkowo rozgniewany, gdy jednak dostrzegł, z kim rozmawia, opuścił łapę. Przez dłuższą chwilę nie potrafił jednak zebrać się na żadne powitanie. Odchrząknął niezręcznie.
— W samą porę, co?
— Lepsze to niż nigdy. — Uśmiechnęła się nonszalancko. — To co, dopuścisz mnie do niej?
Wskazał pazurem na wejście zasłonięte firanką. Katarakta skinęła tylko głową. Odprowadził ją spojrzeniem pełnym wyrzutów, które w jej głowie brzmiały jak kakofonia jednego pytania:
Kim trzeba być, żeby porzucić rodzinę na tak długo?
Problem polegał na tym, że Katarakta nawet nie chciała wracać. Było jej dobrze na wygnaniu, w zapomnieniu, może i w stagnacji, ale przynajmniej w uśmierzeniu. Dopiero wczorajszego ranka do jej obozu doleciał nieznajomy ptak o złotych piórach i śmiesznym dziobie, wręczając krótki liścik:
„Oni nie żyją.” - a przeszłość zrzuciła się na nią znowu jak pęk łańcuchów.
Nie pytała, od kogo był, ptak sam nie pamiętał imienia, tępy kurczak. Długo zastanawiała się, co właściwie to obchodziło kto żył, a kto nie. Jej rodzina już dawno temu przestała być jej droga, jednak ciężar zobowiązania w końcu dopadł też i ją. Czuła się winna, zła i okrutna, porzuciła tych, których nazywała rodziną, a którzy żywili do niej równie wiele pretensji i niewybaczonej krzywdy co ona do nich. Spętali się nawzajem supłami niezręcznych umów społecznych zaczętych miłością i chęcią budowania rodziny, a zakończonych tylko resentymentem do tego, co mogłoby być. Była złą córką. Co mogło to zmienić? Mogła dalej żyć w wyparciu, albo zmierzyć się z tym, kim jest i coś na to poradzić. Chciała być kimś więcej niż tylko czarną owcą.
— Mamo?
Jej głos zadrżał, podwyższony o ton. Brzmiała niemal jak własna, młodsza wersja.
Domino przekręciła się z bólem na bok, by spojrzeć w stronę wejścia.
— Czy ja ślepnę, czy ty… — wychrypiała. — Podaj mi wody.
Spełniła posłusznie prośbę, nalała czarkę do pełna i przytknęła ją do ust matki, drugą łapą podtrzymując jej głowę. Stara wadera piła wolno, lecz zachłannie, co chwilę przerywając, by zdusić rodzący się kaszel. Katarakta odstawiła naczynie na zimną podłogę.
— Jak ty wyrosłaś… — Łapy Domino uniosły się chwiejnie ku jej twarzy. — Byłaś taka mała, gdy… gdy odeszłaś.
Uciekłaś — poprawiła ją w myślach.
Odgarnęła jej z oczu niesforne kosmyki, jakby znów nie potrafiła doprowadzić się do ładu.
— Jaka ty lodowata… powinnaś się ogrzać — szeptała kolejne nadopiekuńcze prawidła.
— Już dobrze, mamo. Nie musisz — mruknęła cicho.
Zrobiła to szybko. Odłamek szkła wsunęła jej pomiędzy płuca.
I nic się nie stało.
Świat się nie zatrzymał.
piątek, 12 grudnia 2025
Od Domino cz.4
poniedziałek, 8 grudnia 2025
Od Domino cz.3
Minęło kilka chwil, gdy tak w milczeniu przewiercali się spojrzeniem, aż ciężar niepewności opadł i dławiąca cisza zaczęła stawać się spokojną, a potem nawet całkiem nudną. Pies, zrozumiawszy, że wilk nic nie zrobi, położył się na klepisku. Wilk, ku jego zaskoczeniu, zrobił to samo. I trwali tak, wsłuchani w świszczący zimowy wiatr śpiewający w kominach, aż jeden z nich nie przymknął powiek, zupełnie wyczerpany głodem i zimnem.
Psa zbudził dopiero okropny trzask łamanych desek. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, czy tylko zorientowałem się, że na końcu jego łańcucha zwisa pojedyncza spróchniała deseczka, a buda leży rozrzucona po śniegu w drzazgach. Biały wilk, teraz za jego plecami, patrzył na niego z triumfem.
Tymczasem łomot pękającego drewna wzbudził niemałą wrzawę tam na górze. Dobiegły ich zagłuszające się nawzajem krzyki wściekłości jakiegoś starszego mężczyzny. Domino pogoniła psa przodem w kierunku bramy. Drzwi do zaplecza sklepu otworzyły się z piskiem, na błękitnoszary śnieg padł oślepiający prostokąt ognia.
- A co do..-Stary, siwiejący, lekko otyły chłop wypadł na podwórze.- Ty mały pchlarzu! CHO NO TU!
Mógł tylko patrzeć, jak dwa niewyraźnie kształty znikają za winklem sklepiku.
Wybiegli na drogę, ślizgając się na lodzie. Pies rozglądał się w panice, rozumiejąc co się dzieje, uciekając przed hałasem, przed krzykiem i przed swoim rozwścieczonym panem. Nie pamiętał jak długo tkwił zamknięty na podwórku, wiedział jedynie, że zupełnie nie wie gdzie teraz jest. Nie znał świata poza swoją spleśniałą budą. Zobaczył jasny kształt, który przemknął mu nad głową w kierunku rzeki. Instynktownie obrał sobie to za cel, nie potrafiąc uspokoić paniki.
Tymczasem daleko za nimi stary wąsacz poprawił pomięty, oblany piwem frak, opinający jego śmierdzące od potu ciało i pomamrotał coś pod bulwiastym nosem. Zdjął wełnianą, czerwoną czapkę i wygrzebał z niej kilka dzwoniących przedmiotów. Z pleców zdjął metalową lufę.
Wzbiła się na nocnym niebie, nie pamiętając niestety, jak jej białe futro potrafi lśnić w świetle księżyca. Przeleciała ponad wodą, pas drzew jarzył się niewyraźnie w ciemności. Skupiła się tylko na tej ciemnej wstędze na horyzoncie, ich ratunku i wybawieniu.
Huk.
Skrzydło Domino przyozdobiła karminowa wyrwa. Zaczęła pikować w dół.
C.D.N
niedziela, 7 grudnia 2025
Od Domino cz.2
- Dziwne, byłem pewien, że były jeszcze..- Złapała go fala duszącego kaszlu- Że miałem jeszcze z dwa korzenie.
- Zima nas nie oszczędza.- Domino próbowała przenieść jego uwagę na co innego, żeby nie czuł tak rozczarowania w jej głosie.
- Nie oszczędza.- Podniósł coś z dołka z ziemi, w którym trzymał swoje rośliny korzenne.-Dziwne.
Wadera zerknęła szybko na to, co trzymał. Kilka brązowych włosków wypłowiałego futra.
- Wioski, oczywiście, że z wioski.- Kopnęła przydrożny kamień prosto w kupkę brudnego śniegu.
Widziała oczyma wyobraźni to oceniające spojrzenie, wspomnienia nie mogły opuścić jej myśli, ciągle biła się z poczuciem, że mogła to zrobić lepiej, gdyby tylko wiedziała, jak to wszystko się potoczy. Nic by jej tak nie uszczęśliwiło, jak możliwość cofnięcia się do poranka jeszcze raz. Niestety, mogła tylko pomarzyć o takich czarach, więc swoją drażniącą i uwierającą w tyle głowy sprawę musiała rozwiązać w bardziej konwencjonalny sposób: pójść po ten głupi imbir.
I może wtedy przestanie jej być tak okropnie wstyd.
Szum rzeki doszedł do niej niedługo po zapadnięciu zmroku. Przeszła po rozwalającym się pod łapami, butwiejącym mostku i bezszelestnym krokiem udała się w kierunku uliczki głównej. Na całej wsi stał jeden wyróżniającym się architekturą sklepik, który zamiast solidnej wapnowanej ściany z frontu posiadał ażurowy drewniany podcień, pod którym wystawiano produkty. Światła paliły się tylko na piętrze, co podpowiadało waderze, że właścicielka sklepu mieszka bardzo niedaleko, musiała być naprawdę cicho. Wcisnęła się ciasną bramą na podwórze budynku, na którym stał zardzewiały traktor zaparkowany pod płotem. Głębokie koleiny pełne zamarzniętych kałuż przecinały ziemię na ukos. Przeskoczyła nad wyrwami, jednocześnie bacznie obserwując sylwetki w oknach na piętrze. W tym skupieniu zapomniała zwracać uwagę na to, co ma za plecami. Do jej uszu dobiegło przeciągłe, gardłowe warczenie, podskoczyła jak poparzona. Za nią, w zbitej krzywo i w nieładzie budzie, leżał chudy jak kościotrup, smukły jak fretka pies. U jego szyi zwisał ciężki, pordzewiały łańcuch, dzwoniący ponurą balladę, jak tylko kundel podniósł się z błotnistego klepiska. Krótkie futro na jego grzbiecie stanęło dęba, był o krok od wszczecia alarmu, ale Domino nie potrafiła się zdobyć na poruszenie się choćby o krok, sparaliżowana strachem, instynktownie licząc na to, że bezruch uratuje jej życie.
czwartek, 4 grudnia 2025
Od Domino
- Ale nam się ładna zima trafiła tego roku.
- Och, co? A, tak, ładnie.- Delta prawie oderwał się od przeglądania zapasów leków.
Był dzisiaj w wyjątkowo dziwnym humorze. Co prawda, zawsze był lekko oderwany od rzeczywistości i gdyby mógł to nie jadłby i nie pił, byle tylko zostawić sobie nieco więcej miejsca na pracę, ale dzisiaj czuć było nienazwane, ale drażniące jego skórę napięcie, które stroszyło mu futro na karku.
- Dopiero ranek, a ty już wyglądasz, jakbyś przepracował dwa dni bez odpoczynku.- Westchnęła położna.
Delta posłał jej tylko przelotne, lekko żartobliwe spojrzenie, jakby wcale się tak bardzo nie pomyliła w przypuszczeniach, co podskórnie ją zirytowało.
“Temu to tylko kroplówkę podłączyć”- pomyślała. Zabawy z igłami to jednak nie jej konik.
-Myślałem, że masz wolne dzisiaj.- Mruknął, w tym czasie przesypał jakiś proszek z jednego słoiczka do glinianej miseczki. Miseczki autorstwa Domino oczywiście.- Nikt nie jest u nas w ciąży.
- To cię zaskoczę.- Podeszła bliżej, zaglądając mu przez ramię.- Brzoza od jesieni zarzeka się, że jest. Nie wiem z kim, nie chce mi zdradzić, ale ma symptomy.
-Symptomy? Tak jak 3 ostatnie razy…?
- M-może...ale zrozum, Brzoza bardzo chce zostać matką. Nie jej wina, że czasami nadinterpretuje pewne rzeczy, jeśli tak bardzo tego oczekuje.- Cmoknęła zmartwiona.- Ale tak. Jeśli tym razem też się pomyliła, będę musiała szepnąć słówko o wizytę do psychologa.
Basior westchnął, jakby zgadzając się z koleżanką z pracy. Chwila ciszy pozwoliła jej przeczytać pożółkłe papiery w nieładzie porzucone na jesionowym blacie.
-Nalotnik gardła…? -Wyrecytowała zbita z tropu.
Basior szybko położył łapy na notatkach, chciwie ich strzegąc, a flakon z zielonkawym płynem upadł potrącony bokiem do miski.
-Oj, ahh!.- W panice próbował uratować recepturę. - Świetnie…kto teraz będzie potrzebował proszek na wymioty w maści na odleżyny.
- Coś się tak rzuciłeś na te kartki no, ajj.- Próbowała też jakoś pomóc.- Nie było potrzeby tak reagować.
- Nie było potrzeby czytać prywatnych notatek.- Parsknął medyk, trąc łapą o skroń.- Stoisz za blisko.
Waderę odtrąciła nieuprzejmość przyjaciela, zwykle się tak nie zachowywał. Szkoda było leków, fakt, ale niesprawiedliwie przecież było się na niej tak wyżywać.
- Dobrze, przepraszam.- Pokręciła głową, nie chcąc dolewać oliwy do i tak piekącego ją ognia.- Ale nie ma tego złego, na pewno masz zapasy na zimę. Zawsze masz.
- Tego proszku? A widziałaś, żeby imbir u nas rósł?
-Delta..- Syknęła na niego trochę za głośno, wzbudziła zainteresowanie wszystkich pacjentów w leżakowni. Szybko ściszyła głos, zażenowana.- Więc skąd ty masz ten imbir?
Basior posłał jej kolejne spojrzenie, jakby niedowierzając jej zdolnościom dedukcyjnym.
-Z wioski. Mają tam taki sklepik spożywczy. - Czuła, że miał coś na języku dużo bardziej ciętego, ale powstrzymał się, widocznie zmęczony.
Spojrzenie wilczycy przeleciało ponad zimowy krajobraz zaśnieżonych sosen prosto na szare kłęby dymu unoszące się z odległych o kilka kilometrów kominów.
poniedziałek, 16 stycznia 2023
Od Kamaela CD. Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.9
Przy pierwszych dwóch tygodniach nie było najmniejszych zmian. Domino nie czuła się inaczej, jej apetyt wcale się nie zwiększał, a brzuch pozostawał taki sam. Oczywiście nic to jeszcze nie znaczyło, jednak para zaczynała się martwić, czy ich plany wypaliły. Gdy w końcu pojawiły się postępy, małżeństwo nie mogło opanować swojej radości. Ich jaskinię wypełniło szczęście, Kamael pracował jak mógł, żeby ulżyć swojej żonie, spędzał z nią jak najwięcej czasu, wciąż wspominając jej, jakim jest dla niego cudem. Szykował posłanie, wykorzystując futra królików, siano z trawy i swoje najmiększe pióra. Polował pół dnia, żeby zapewnić Domino oraz rosnącym w jej brzuchu szczeniętom odpowiednią ilość pożywienia. A gdy małe zaczęły kopać, kładł głowę na brzuchu i nucił, żeby od początku zyskać z nimi więź. Jego ukochana wydawała się zadowolona z takiego stanu rzeczy.
– Jak myślisz, ile ich będzie? – zapytała pewnego wieczoru, wtulając się w bok swojego męża.
– Dwa? Może trzy? – Jego cichy głos stał się wyjątkowo śpiewny, odkąd miał na głowie swoją nowo powstałą rodzinę. – Ilekolwiek ich będzie, jestem pewien, że sobie poradzimy, kochanie. Jesteś niezwykle silna, niczym sosna na nadmorskim brzegu i zapewniam cię, że nawet w najciemniejszym mroku nigdy cię nie opuszczę. Ilekolwiek ich będzie, poradzimy sobie.
Domino złożyła głowę na jego łapach, oglądając ognisko rozpalone tuż za wejściem do jaskini. Kamael natomiast skupił się na miłości swojego życia, patrząc jak światło ognia bawi się na jej białym futrze. Nie mógł się nie uśmiechnąć, jak zawsze zresztą, kiedy przypominał sobie, jak żyje w swoich spełnionych marzeniach. Nie bał się stawiać czoła przeciwnościom losu, bo teraz wreszcie wiedział, jak wygląda prawdziwa miłość. A wyglądała tak jak oni. Plamista wadera i złocisty basior, wylegujący się na skraju swojej jaskini z ogniskiem rozpalonym tuż przed wejściem. Ona w ciąży, on w pełni świadomy swoich nadchodzących obowiązków i całkowicie na nie gotowy. Gdyby teraz ktoś mu powiedział, że marzenia się nie spełniają, zaśmiałby im się w twarz. Oj, spełniają się. Tylko nie zawsze zostają na tak długo, jakbyśmy chcieli. Jego marzenie skończy się, gdy czas dosięgnie ich piękne ciała i na świecie pozostanie na chwilę tylko jedno z nich. Jednak póki co miał się czym cieszyć i nie zamierzał z tego rezygnować. Jego serce ćwierkało, wyśpiewując melodię pełną ciepła, miłości oraz radości, a momentami gotowe było wypuścić tą melodię na zewnątrz, by wszyscy wiedzieli, że Kamael, mąż Domino, skrzydlaty ziemskiego pochodzenia, jest najszczęśliwszym wilkiem na świecie.
Skurcze pojawiły się wcześnie rano, gdy jutrzenka jeszcze witała na niebie. Basior z początku chciał pójść po medyka, jednak jego ukochana uprosiła go, by pozostał z nią. Podobno nie było się czym martwić, dopóki nie pojawiły się powikłania. Kam się nie znał, był tylko strażnikiem, ale ufał decyzji swojej żony i położył się obok niej. Sam nie był pewien, po jakim czasie zobaczył główkę, w każdym razie bezproblemowo, choć z ogromnym wstydem, przyznałby się, że w tamtym momencie zemdlał. Na szczęście tylko na krótką chwilę.
<Domino?>
piątek, 2 września 2022
Od Delty CD Domino - "Czerwona jak Maki" cz. 2
Dzień i noc, noc i dzień. Czy to różnica? I jedno i drugie zbliża powoli ku nieuniknionej śmierci. Mrugnięcie, krok czy krzyk. Co za różnica. I tak każda ze ścieżek prowadzi w jedno miejsce. Ku niebu. Piekłu. Jak kto i w co wierzy. Delta sam w sobie w niewiele rzeczy wierzył ostatnimi czasy. Kartka, kubek, zioła. Jego małe życie w małym światku kręciło się wokół jaskini medycznej. Na głowie miał sporo pacjentów odkąd granica otworzyła się na nowo. Smutny jednak los, nie dał aby WSC pozostało jego spokojną ostoją. Gdzie nie poszedł ciągnęła się za nim zmora przeszłości, zły omen. Był niczym czarny kot przekraczający drogę, pobite lustro, przejście pod drabiną, deszcz przed podróżą. Nie dało się ukryć przed nieszczęściem, które niósł, bo niczym cień chciało go to wpędzić do grobu. I pomimo wzlotów, jego upadki były bolesne i bez możliwości przygotowania się do miękkiego lądowania.
Pogodzony z życiem skrobał ziółka do glinianej miseczki. Jego żal na chwilkę gdzieś zniknął. Przez ułamek sekundy pośród jego osowiałych myśli pojawił się cień uśmiechu. Na chwilę chciał być sobą. Nie dane mu jednak to było, gdyż świadomość świata wokoło zapadała się coraz głębiej. Co prawda imion, które przepadały był w stanie się jakoś nauczyć, ale i one były łatwo ulotne. A o wspomnieniach już nie wspominając. Nie pamiętał dokładnie kiedy doszło do niego w jak głębokiej dupie jest. Kiedy tak właściwie uwolnił się z takiego największego letargu i nieco przebudził, niczym niedźwiedź z zimowego snu. Pamiętał jednak, że spoglądał chwilę na jednego wilka w jaskini. Miałby go znać, ale spytał o imię. Widział jedynie szok w tak obcych mu oczach. Wtedy też do niego dotarło. Powinni się znać, lata, miesiące, dni? Kto wie. Jednak świadomość nagłej straty wyrwała go z tego koszmaru. A mimo to nadal nie był panem swojego własnego życia. W obawie przed nagłym wyparowaniem wspomnień, chciał chwycić sie ich niczym tonący brzytwy, ale nie bardzo wiedział co pośród niech jeszcze mu się zostało. W końcu czego oczy nie widzą temu sercu nie żal, więc czego nie pamiętasz, tego nie wiesz. Zagubiony miał teraz nowe zmartwienie. Tia, młodzik pod jego łapą, trochę się przydawała, jednak co mogła zrobić. Prawie od małego przydzielona do wojska, z niewielkim doświadczeniem. Nie był w stanie oddać jej wszystkiego w łapy tak nagle. Odetchnął głęboko. Może niedługo. On sam w końcu też kiedyś sie uczył. Co prawda tutaj przybył z doświadczeniem, wieloletnim. Ze swoją znajomością ziół, leków i mocą, na coś się zdał, a teraz bogatszy o nowe umiejętności rządził sobie sam w tym miejscu. Flora nadal spała. Flora tak? Gdzieś miał pozapisywane najważniejsze imiona, jednak chyba odłożył tą kartkę w kącie. Za daleko aby się upewniać.
Jego głowa pokręciła się na boki. Odetchnął. Jego oko
przypatrzyło się ruchom łapy. Wpojone w mięśnie mieszanie, mechaniczne
dobieranie ziół bez zawahania. Miał nadzieje i tego nie zapomnieć gdyż to byłby
jego koniec. Zamknął oczy na sekundę.
—Dzień dobry, Delto. — jaskrawy głos, niczym słonce wpadł do środka. Jego
źrenice rozszerzyły się z zaskoczenia.
—Witaj, Domino — miał nadzieję się nie pomylić. Jednak wadera przychodziła tu
ostatnimi czasy tak często, że starczało mu to aby spamiętać. Chociaż
pobieżnie. Zastrzygł uchem, gdyż bał się że jego mierny głos nie dotrze do
niej. Ostatnimi czasy dopiero się rozgrzewał, a i tak mówienie należało do
najmniej przyjemnych czynności do przywrócenia. Gardło piekło go i bolało,
kaszlał nieustannie, a jego struny głosowe skrzypiały z wysiłku. Czasem brzmiał
lepiej, czasem gorzej, ale przynajmniej wracała mu świadomość świata i swojego
własnego stanu. Gorzej, że nie umiał nic z tym zrobić. Całe życie leczył
innych, teraz przydałoby się aby ktoś wyleczył i jego. Niestety nie było takiej
opcji. Kamień z serca, zwany wojną, mógł mu spaść z serca, ale to nie znaczyło,
że jest mu tak o wiele lepiej.
—Pomóc ci w czymś dzisiaj? — jego oko przeleciało po sali. Sporo wilków, trochę
skomplikowanej zabawy.
—Nie masz jakiś swoich spraw? Nie jesteś moją pielęgniarką. —mruknął pod nosem.
Położna, może coś umiała, ale na niewiele się w tym momencie zdawała.
—Ah, wiem, ale o zajęcie dla położnej ciężko w tych czasach. Wilki więcej łkają
niż kochają może to dlatego —
—Tak, na pewno. — odparł nieco w swoim własnym świecie. Ciekawe co dzisiaj zje
na obiad. O ile w ogóle zje. To będzie ciężka zagryzka na jego żołądek. Czy on
znowu schudł. Cholera. Maść. Zagniótł łapą nieco szybciej. Wilk z oparzeniami
od h wie czego czekał z cierpieniu niedaleko. Jego myśl musiała się teraz
skupić. Niestety pewne jasne światło siedziało u jego boku i wchodziło
uporczywie w oko, oślepiając.
—Too, kogo mogłabym ci dzisiaj ściągnąć z barków? — odetchnął. Spojrzał nie
porzucając ruchów łapą ani na sekundę. Chciał się jej pozbyć na chwilę. Nie to
że jej nie lubił, ba! Nie pamiętał o niej nic poza imieniem i profesją, więc
nie jemu to oceniać. Kiedyś się widocznie lubili. Jednak teraz czekała go cała
sala chorych płaczących o pomoc, leki do uklepania, słabnące ciało, żarliwie
zżerający go strach i łzy powoli kotłujące się w jego duszy. Odetchnął po raz
drugi.
—Panią Konstancję boli ostatnio kolano. Podaj jej coś na zwyrodnienia. — rzucił
od niechcenia. Tylko ona wpadała mu w głowę o tej porze dnia... czy to już może
była noc? Co za różnica, kiedy od ścian nadal odbijały się te same obolałe
dźwięki co zawsze. Jakby świat w tym miejscu zatrzymał swój bieg na wieki.
Wiecznie te same żywopłoty, może nieco zwiędłe. Ciągle identyczna podłoga,
tylko czasem szło znaleźć jakąś nową dziurkę. Ale jak szybko ona stawała się tą
nową starą dziurką, tylko czas jest w stanie powiedzieć. Uklepane legowiska. Choroby.
Żal. Ból. Ile rzeczy pozostaje tutaj bez zmian. A on sam w tym wszystkim,
pomiędzy własną żałością a tą należącą do pacjenta.
—Robi się! — mało nie podskoczył słysząc ten głosik obok siebie. Kompletnie już
o niej zapomniał. Dopino.. nie... Domino. Dreszcz nieprzejrzystości wspomnień
przeszył jego umysł. Zamruczał pod nosem ocierając się o panikę. Wykonał nagły
zwrot głowy w kierunku wilczycy, która wbijała w niego swój wzrok, intensywnie,
jakby chciała przejrzeć przez jego serce. Czy już skamieniało? A może uciekło z
ciągłego strachu? Bije szybko, ze stresu? Czy może wolno, gdyż już nie ma po co
bić?
—Coś mówiłaś? — westchnął, bojąc się, że jeszcze chwila, a na swojej skórze
poczuje żywy ogień. Zmarszczył przy tym nos, w geście niemego uśmiechu, gdyż
mięśnie jego pyska zastygły w bezdusznym grymasie zimna i zmęczenia.
—O, nie, ja tylko.. — spłoszyła się, ale odwróciła te ślepia i medyk mógł
odetchnąć, nieco bardziej. — Zastanawiałam się czy...—
—Delcinko ty moja, gdzie ta moja maść na stawy? Konstancja czeka już drugą
wieczność. —
—Ah, no tak, chwilka Konstancjo. — maść mało nie wyleciała z jej łapek kiedy
pochwyciła ją z półeczki. Świeża, pachnąca, gdyż Delta maniakalnie uzupełniał
zapasy wszystkiego. To dawało mu odrobinę pewności, że jest jeszcze sobą, w
najdrobniejszej mierze. Wzruszył ramionami, może nie nonszalancko, a raczej dla
rozciągnięcia obolałego kręgosłupa, który wyłaniał się spod skóry, jakby
zaglądając na świat wokół. Ranki, rany, cienie pod oczami. Żal było się patrzeć
na pobojowisko jakie zostało po tym basiorze.
Hej! Kim jesteś, kim jesteś mój drogi. Czy zmierzasz, czy zmierzasz za
las?
Dzień i noc, noc i dzień. Czy to nie jest niesamowite jak szybko
pędzi świat wokół ciebie i jak obracają się plany. Z góry w dół i z dołu w
górę. I tak też Delta jak nigdy zanurzył się w polu kwitnących maków. Mała to
była polanka, ale czerwieniąca się wręcz. Z radością przemierzał to jakże
zarośnięte miejsce. Ze spokojem w sercu, ciszą w umyśle. I zdało mu się, że
jest jak kiedyś, tylko pysk średnio unosi się do uśmiechu. Przymknął oczy. U
jego boku, jego sierść, zadrżała wrz z wiatrem. A jednak jak wiele się
zmieniło. Jego drżące, chude łapy z precyzją chirurga urwały trochę cienkich
łodyg składając je w nieśmiały wianek. Ten zasiadł na jego głowie, niczym
korona na głowie króla. Mieniąc się krwistą czerwienią zaglądał z wyższością na
pozostałe w polu kwiaty, nieświadomy swojego rychłego zgonu pośród uschniętych
chwastów.
Delta... musiał przyznać, że nie bal się już aż tak wychodzić. Może potrzeba było
mu odrobinę powietrza i świadomości swojego niemrawego stanu. Wyrwania się z
kamienia, na którym zasiadł niczym Bóg, a z którego nie umiał zejść, aby
spojrzeć na własne oblicze, jak patrzą na niego inni. Chociaż i tak pewnie
nigdy nie dostrzeże prawdziwego stanu swojej własnej egzystencji. A inni nie
dostrzegą jego czerni w duszy, która przejęła każdą komórkę jego ciałka.
Odetchnął. Tia była za młoda aby ją tak porzucać samą, a zaraz Lato przybędzie
z ziołami do leków. Oh radości w nieszczęściu, czemu smakujesz tak gorzko?
Tam za lasem, za
lasem, czeka samotny grób. I tylko dwa maki, dwa maki na grobie.
Dzień i noc, noc i dzień. Czy to nie nudne? Taka monotonia
tego cyklu, ciągnąca się przez lata. Idealny kontrast? Twór natury bez wad i
zalet, czy może tylko ustawowa godzina wypoczynku i pracy? Ciągle tylko ciemno
i jasno oraz czasem zdarzy się, że kątem oka złapiesz zachód lub wschód
wszechmocnej gwiazdy. I cóż to daje? A otóż pobudkę.
—Delta... —
—DETLA! —
—Delciu? —
—Deltaaaa... —
Wycie, błaganie, prośby i skomlenie. Od rana do wieczora i po nocach, chodzące
po jego głowie nieskończone myśli o zamordowaniu części z tych wilków, które
trafiły w jego progi. Jęczą, warczą, rozmawiają i wołają. A tego dni jego imię
odbiło się od ścian o raz za dużo. Na skaju łez, w kąciku rzucił jedną z
miseczek o ścianę. Miał gorszy dzień, a nic wokół niego nie wskazywało jakoby
miał się poprawić. Odetchnął. Jego czaszka zachrobotała o chropowatą
nawierzchnię jaskini. Należało się wziąć w kupę, jednak świat powoli przesypywał
mu się między palcami, niczym czas, który marnował. Niemoc przeszywała jego
płuca, wyciskała z nich drobne oddechy. Otumaniała mózg. Chciał się położyć,
usnąć, najlepiej snem wiecznym i twardym. I aby na jego grobie, z dala od
ludzi, zakwitły kwiaty, piękne pąki róż, fiołki i chryzantemy. Może nawet
Chabry.
—Delta, Delta!— słodki głosik, radosny, tak niepasujący do tego miejsca,
rozniósł się po jego zaułku. Siedział, skryty, chciał być sam. Czemu los tak
utrudnia mu jego marny żywot. Nie chciał wychodzić, obleciał już wszystkich,
resztą niech zajmie się bóg. O ile takowy istnieje. Jednak poruszył go dźwięk
jego ukochanych skalpelków, które zastukały jeden o drugi w słodkiej melodii,
jaką wydają jedynie przy operacjach. A kto śmiał je ruszać?!
—Co znowu? — warknął. Chciał głośno, ale wyszło jak zawsze. Marny szept godny
szczeniaka wściekłego na rodzica. Napastnik porzucił jego skarby od razu, ale
jakim kosztem. Wadera w ciapki, jak jej tam było... Dokima, cokolwiek...
znalazła się prawie w jego pysku. Cofnął się o krok, chcąc uratować resztki
swojej prywatnej przestrzeni.
—Pomożesz mu? — wepchnęła mu w nos ptaka. Załamany spojrzał na nią. Jego wzrok
może nie za wiele mówił, ale ciało miało ochotę uśmiechnąć się w
niedowierzaniu.
—Ja nie leczę ptaków tylko wilki — rozluźnił plecy w załamaniu. Czuł jakby
zaraz miał polecieć do tyłu, więc nachylił się, garbiąc przy tym.
—A Rubile to już jakoś przyjmowałeś na leczenie. —
—Na prośbę alfy, nie ciebie. — odmówił. Nie pamiętał kim jest. Zły dzień spadł
jeszcze bardziej do dołka i nie mógł się z niego wygrzebać. Co zrobić? Co
poczynić? Co od niego chcą? Co od niego chcą? Co od niego chcą? Co od niego
chcą?
— Jeśli miałabym cie prosić o jedną rzecz na świecie to proszę cię właśnie
teraz, obejrzyj go chociaż.—
Sapnął. Czy ona nie odpuści? Pokręcił głową. Co od niego chcą?
Aby zamilkła. Aby ucichła. Przepadła. W otchłań, w przepaść, w czeluść. Diabły,
bogowie, Ra, Zeus... ktokolwiek? Jednak nikt nie słuchał. Jego błagania
przeleciały sucho jak te wadery. Sam musiał zamknąć jej pysk.
—Zajmę się nim po obchodach. — zbył ją w końcu. Jego znudzony, zmęczony i
letargiczny wzrok przesunął po tej uradowanej kulce ciapatej sierści. Odetchnął
ciężko, ale ponowny obchód nie zaszkodzi. — Pójdę już, czym szybciej zacznę,
tym szybciej skończę. — wyminął ją.
—Skończyłbyś jeszcze szybciej z drobną pomocą. — coś stuknęło, zaskrzypiało. — Co
ty na to?— zrezygnowany odwrócił się.
—Chodź. — miał dość interakcji na ten dzień, więc ktoś może zrobić za niego „small
talk”.
Jak szybko zaczął tak szybko skończył. Dwie pomocnice pod
łapą czyniły cuda z jego obchodem. Oczywiście nie mogły zrobić za niego
wszystkiego, ale nadawały się w sam raz na odciągnięcie uwagi od niego samego.
Zatem pozostało jedynie obadać tego ptaka. Wziął go do ręki, małe stworzenie
wydarło się zaskoczone. W końcu niecodziennie trzyma cię w ręku stworzenie
większe o dziesięciokroć, nieupierzone i ze złymi kłami. Jego zdrętwiałe
paluszki powoli przytrzymały stworzenie.
Na swojej szyi czuł wręcz jej oddech. Dorina nachylała się nad nim zaglądając
jak mu idzie. Cierpliwość był chyba jedyną rzeczą jaka pozostała w nim
identyczna do tej przed wojną, gdyż znosił ją dzielnie. Chwilę mu tylko zajęło
znalezienie problemu, nastawienie złamanego skrzydła i mógł oddać jej tego
małego przyjaciela. W jej łapkę ,po może 10 minutach, wsunął ptaszka
zawiniętego w ściereczkę w jej łapę. Jej wzrok, wyraźnie wyczekujący jakiegoś
komentarza, wbił się w jego ciało. Ale on miał już dość całego tego
zamieszania. Ominął ją znikając za rogiem, ignorując już wołania. Nie poszedł
do sypialni medyków. Tam była Flora, osoba którą pamiętał jedynie jako
poprzednią medyczkę. Osoba, która mogła odebrać mu wszystko co aktualnie miał
do siebie. Stanowisko, pewność siebie, bezpieczeństwo i w pewnym sensie dom. I
ten strach dzisiejszego dnia przypomniał mu się gryząc duszę jedynie mocnej. Odetchnął.
Izolatka nigdy nie była mu takim przyjacielem jak tego wieczoru. Padnięty
skulił się w kącie w nadziei o cieszę. I jedynie płatek maku zsunął się z jego
głowy, opadając na ziemię.
I tam za lasem, za lasem siedzi samotny duch. I tylko na głowie, na
głowie nosi czerwony mak.
Odetchnął Jego piękny wianek usechł już kompletnie. Maki
sczerniały, niczym jego dusza. Kiedy zdejmował do z głowy, przy swoim
stanowisku pracy, parę płatków, które jeszcze trzymały się łodygi upadły na
stolik. Obejrzał się na wyjście. Niestety nie było mu dane wyjść tego dnia, ani
następnego, ani następnego. Miał łapy pełne roboty. Wilków pojawiało się więcej
i więcej. Przychodziły zewsząd. Ba! Nawet Kawka odwiedziła Nymerię. W powietrzu
wisiała groźba, żeby jedna. Delta przewrócił oczami słysząc jak z boku woła go
znajomy głos. Ruszył tyłek. Maść w jego łapie, fiolka w pysku. W wejściu stanął
Dreniec. Nieczęsty gość, widzieli się może trzy razy, z czego ten był trzeci, a
pierwszy był odwiedzinami Delty. Odłożył fiolkę przed nim i zadarł głowę.
Przeklął swoje niewielkie gabaryty i chude ciałko.
—Czego? —
—Może trochę kultury? — wilk skrzywił się na jego słowa. W odpowiedzi otrzymał
kolejny przewrót tymi dwukolorowymi tęczówkami.
Basior zawarczał, ale niewiele więcej mógł zrobić.
— Do rzeczy. — Delta machnął łapą.
— Potrzebuję ... leku. —
—Dużo mi to mówi. — z pożałowaniem spojrzał na większego. Cóż za nieszczęśnik
bez umysłu to był. Jakby stał przed nim były odkrywca tej, okupowanej, ale
watahy.
— Leku na kaszel. —
— Nie mam... gotowego. Wyślij jakiegoś zielarza po cebulę do wsi. — mruknął. I
odszedł. Bez pożegnania. Nie miał za grosz szacunku do osób tego pokroju.
Prawda, Dreniec mógł być taki wobec WSC gdyż byli wrogami, prowadzili wojnę.
Ale jak bardzo inny może być w życiu prywatnym, jeśli nie szanuje swojego
bliźniego, zwłaszcza medyka.
Chwilę zajęło dostarczenie cebuli, ale syropek uczynił się szybko. Deltę korciło aby samemu go dostarczyć, może przypadkiem zbić fiolkę, ale nie mógł zostawić gotującego się wywaru, jaki nastawił. Wysłał wiec mała, niezdecydowaną Tię, a za nią Domino. Niech się przydadzą obie. I tak się nudzą i całe dnie siedzą mu na ogonie. Samotnie już, siedział przy swoim stanowisku. Kończył leki, maści i herbatki na choroby pacjentów. Cierpliwie znosił ból głodu w żołądku, niechętny do jedzenia. Łapami pracował rytmicznie, powoli, w swoim własnym świecie, a gdy skończył schował się w swoim kącie, na chwilę. Tam zmusił się do zjedzenia swojej porcji pożywienia. Mięso przynosili mu łowcy, regularnie, wyłącznie dla niego i Flory. Pacjenci dostawali swoje osobno. Można powiedzieć, że gdyby skinął łapą, dostawałby tyle ile chce. Zalety bycia medykiem i posiadania odpowiedniego doświadczenia. Reputacja pozwalała na wykonywanie ruchów, na które nie każdy mógł sobie pozwolić. Na przykład krzyczenie na alfę, za bycie debilem. O tak. W każdym razie. Najedzony, w miarę przynajmniej, zakasłał. Położył się na drzemkę, która nie trwała za długo.
Gdy wstał, wydobył się z izolatki, której na razie używał wyłącznie on, przeszedł do stanowiska. Czas było zacząć kolejne obchody. Ze snem jeszcze na powiekach usadowił się przy swoim miejscu pracy. Z zaskoczeniem, westchnął głośno kiedy dotarło do niego jak czysto na nim jest. Zamrugał dwa razy. Czy kiedy spał odwiedziły go jakieś dobre duszki? Było im żal stanu w którym był? Flora wstała? Jego serce zabiło diabelsko szybko. Z impetem wpadł w sypialenkę. Wadera spała jak spała, niezbyt świadoma swojego własnego istnienia. Odetchnął z ulgą i powrócił do swojego stanowiska. Czystość poprawiła mu odrobinę humor i może by się nawet uśmiechnął, gdyby nie zaśniedziałe mięśnie. Jednak nawet jeśli nie było wydać po jego pysku, jego oczy zaświeciły się iskierką. Tak rzadką, tak zapomnianą, a jak przyjemną. Miał cichą nadzieję, że tak już zostanie, ale to całkowicie zależało od jego humorków i zmiennej siły z chęcią.
I siedzi , i siedzi tam sam jak bez życia. Ten duch, ten duch z makiem
za uchem.
A wieczorem. Stojąc przed własnym stolikiem, zastał na nim wianek. Polne kwiaty i maki wystawały z niego, pięknie splecione. Powoli zbliżył się. Jego łapy uniosły ten słodki prezent. Założył go na głowę. Powoli, ostrożnie. Jakby w łapach trzymał najdelikatniejsze szkło tego świata. Rozejrzał się. Jednak nikogo nie zobaczył. Jednak zapach wskazywał na konkretną osobę z jego otoczenia. I może tylko wydawało mu się, a może rzeczywiście jego pysk wykrzywił się w końcu w koślawym uśmiechu, a z oka popłynęła jedna łza.
Daleko, daleko od domu samotny. Nocami i dniami, śpiewa i śpiewa z tęsknoty.
I wyje, i wyje niewyraźne słowa, o niepamięci, niepamięci i żalu.
<Domino?>
czwartek, 1 września 2022
Od Domino CD Kamaela - ,,Kochanie bądź moja! Ceremonia"' cz.8
To, co się wydarzyło potem to już historia.
Ale dlaczego nie chcesz opowiedzieć, jak było?
Cóż, może zostawmy to wspomnieniom. Zgodziłam się, to jest najważniejsze.
Och, oj od razu pobeczałam! Uroniłam może parę łezek, to fakt, ale…
Rzuciłaś się na niego cała mokra od łez, ooo tak!
Agch, kto ci tak naplotkował?
Morski wiatr, hihi
***
Nie minęło dużo czasu, a cała wataha poczuła miłość w powietrzu. Rozpromieniona Domino fruwała dwa centymetry nad ziemią, wszystkich pochodnych obdarowywując uśmiechem zdartym ze świętego obrazka. Również Kamael nie stronił od wilków, którzy przyszli mu gratulować i nieco poplotkować, może czasami podarować jakiś przytyk odnośnie życia po ślubie, ale nie zraziło go to zbytnio. Na odświętną ceremonię nikt nie musiał długo czekać, gdy samica alfa pomogła narzeczonym przygotować odpowiednie miejsce by świętować. Konkurs na idealną polankę wygrała oczywiście ta pod wodospadem róż, bo jakie inne miejsce mogło oddawać lepiej nastrój tej okazji.
Kawka z chęcią wykorzystała swoje umiejętności dyrygowania kapitałem wilczym, przewodząc sztabem dekoratorskim. Pinezka, jako, że mogła bez problemu dostać się o wiele wyżej niż większość nieuskrzydlonych wilków, pomagała podwieszać girlandy z kwiatów na topolach, które z racji, że były siwe, swoim srebrem podbijały kolory roślinnych korali. Jedzeniem zajęli się łowcy i pomimo uszczuplonych zapasów zwierzyny w lesie postarali się wytropić i złapać najtłustsze dwa dziki w okolicy. Skóry zdarte z tego dwojga posłużyły do stworzenia pięknych, odświętnych peleryn dla państwa młodych. Zostawiono ich głowy, by służyły za kaptury. Rożna rozstawiono na boku, a kucharze- Sigma i Luka- zajęli się pilnowaniem ognia. Po zmroku miał on również posłużyć, żeby rozpalić wbite w trawę pochodnie i rozświetlić ślubny kobierzec. Way zajął się muzyką. Z początku miał grać sam, jednak okazało się, że Kali potrafi całkiem ładnie śpiewać- wystąpili więc w duecie. Państwo młodzi ustalili datę i tego dnia przed zmrokiem wszystko było już gotowe.
-Biorę
-Domino? Czy bierzesz sobie tego oto basiora za partnera?
Spojrzałam na lewo, na Nymerię, później przed siebie na Kamaela.
A jednak.
- Biorę.
piątek, 26 sierpnia 2022
Od Kamaela CD. Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.7
Kamael spojrzał w przestrzeń przed siebie. Zadawał sobie pytanie, jak szczery może być w stosunku do swojej ukochanej. Odpowiedź brzmiała: do bólu. Nie może jej kłamać. Nie może jej mydlić oczu i chować tego, co przeżył. Jeżeli mają sobie zaufać, to bezgranicznie.
– Nigdy jej nie opuściłem. Dotknęło mnie nieszczęście podczas pożaru lasu, moje pióra częściowo spłonęły. Na piechotę nie potrafiłem odnaleźć drogi do domu. Pewien wilk, któremu będę już wdzięczny do końca życia, pokierował mnie ku Watasze Srebrnego Chabra. Tu spotkałem Ciebie. I nie potrzebuję już wracać.
↼ upływ czasu ⇀
Ile to już było, parę miesięcy? Parę miesięcy, odkąd zaczęli się spotykać. O ile nie więcej. Domino weszła w życie Skrzydlatego i ozdobiła je, tak jak kwiat różany zdobi zielony żywopłot. Długą i być może urokliwą zieloną ścianę, ale wcale nie piękną bez czerwonych pęków miękkich płatków. Wadera stała się dla niego oazą, do której z chęcią przychodził ugasić swoje pragnienie i nigdy nie potrafiłby napić się innej wody.
Mieszkali razem, w swoim małym, bajecznym światku, w którym każdy malowany zachód słońca był idealną scenerią na wspólne podniebne tańce. Dwa anioły zakochane bez przytomności, zapatrzone w siebie z tym samym zachwytem, co kot oglądający świąteczne lampki na choince. Uzupełniali się, ona przytwierdziła go do ziemi, ukazując całkowicie wilcze uczucia, a on obdarował ją drugą parą skrzydeł, unosząc w chmury mistyczności i marzeń. On dobrze wiedział, że nie mógłby bez niej już żyć. I dlatego Kamael postanowił zadać to najważniejsze w życiu par pytanie, do którego należy się zbierać przez długi czas, by wyszło idealnie. Trzeba przygotować odpowiednią przemowę, znaleźć odpowiednie miejsce i wyczuć odpowiedni czas. I modlić się do sił wyższych, żeby wszystko poszło po myśli basiora, bo jeżeli tak się nie stanie, to obetnie swoje skrzydła. To nie groźba, to błagalne wołanie.
Gdyby się udało... Och, jeżeli by się udało... Mogliby założyć własną, cudowną rodzinę. Mogliby stworzyć ukochany dom, w którym każde z nich czułoby się bezpiecznie. Ich dusze stałyby się jednością, dzieloną przez dwa ciała, ale gdy nadejdzie moment rozłąki ze światem śmiertelnym, mieliby pewność, że połączą się już w jedno na wieki. Czekaliby na siebie w każdej przyszłej formie, po każdej drugiej stronie, połączeni tą niewidzialną, nieprzerwanie długą nicią przeznaczenia. A może miało to już miejsce? Może już kiedyś, wieki temu się ze sobą spotkali, zawiązali pakt, że nigdy więcej się nie opuszczą i teraz, w obecnym życiu, tylko ponownie się spotkali po latach, gotowi zżyć się ze sobą do kolejnej śmierci jeszcze zanim sami o tym wiedzieli. Jak pięknie układał się ten świat, że ich serca siebie znalazły, jak cudownie tkwiły gwiazdy, że ich dusze związane były ze sobą. Myśl ta przyprawiała Kamaela o radosne dreszcze, kazała mu śpiewać w milczeniu erotyczne pieśni i śnić po nocach miłosne baśnie. Nie chciałby być nigdzie indziej jak tu, ze swoją najdroższą Domino, w tej przyziemnej, tak zwyczajnej Watasze Srebrnego Chabra. Kamael już nie był jakimś tam Skrzydlatym z watahy Alis Caelorum, która miała się za prawie bogów. Był teraz zwykłym, uskrzydlonym wilkiem, który poza lataniem w sumie nic nie potrafił. I tak było dobrze. Tak było najlepiej. Najważniejsze, że wraz z nim była tu Domino.
Szczególna radość w sercu basiora pojawiła się, gdy pewien wschód słońca nad morzem był wyjątkowo malowniczy. Wiedział, że jego błagania zostały wysłuchane, że to jest właśnie ta chwila. Siły wyższe zmiłowały się nad nim, dały mu znać "Dobrze więc, zrób ten najważniejszy krok" i obdarowały go scenerią, o której śnią rozmarzeni malarze. Gdy tylko Kamael na nocnej przechadzce zobaczył słońce wysyłające swoje pierwsze promienie zza horyzontu, oświetlając chmury rozciągające się po niebie niczym uroczyste i delikatne pociągnięcia pędzla, od razu wiedział, że to jest właśnie ten dzień. Dzień, w którym przyjdzie mu zadać to pytanie. W którym doczeka się odpowiedzi i nie będzie już więcej chodził po cierniach, zostawiając za sobą krwawe ślady, próbując sięgnąć swojej najpiękniejszej róży. Będzie mógł wzlecieć w powietrze ze swoją różą, pokazać jej świat. Lub ułożyć się na cierniach, pozwalając, by przebiły mu skórę i serce, jeżeli róża nie zgodzi się na bycie jego.
Pojawił się w grocie, którą zamieszkiwał wspólnie z Domino, z zielonym wiankiem na głowie. Zielony symbolizuje nadzieję, czyż nie? Podobny wianek, tylko ładniejszy, przyniósł także swojej najdroższej ukochanej, by również mogła go założyć. Nakrapiana wadera obudziła się na lekkie trącanie nosem, po czym spojrzała na niego zaspana i z zaskoczeniem.
– Co się dzieje? Co to za wianki? Gdzieś idziemy? – zapytała cicho, posłusznie zakładając roślinną koronę na głowę. Choć była zmęczona, starała się zaufać swojemu ukochanemu i powoli wstała, rozciągając zrelaksowane mięśnie.
– Na plażę – równie cichym szeptem odpowiedział jej Skrzydlaty. – Na krótki spacer, jeśli można.
– Oczywiście.
Wyszli na zewnątrz, mimo że Domino miała lekkie problemy ze stawianiem prostych kroków. Nic dziwnego, tak nagle ją wybudził z głębokiego snu. Ale wyglądała niezwykle uroczo z tymi zaspanymi oczkami, ziewając raz po raz i uśmiechając się delikatnie gdy ich oczy się spotykały w znikającej ciemności. Szli ramię w ramię, tak jak zawsze to robili od swojego pierwszego spaceru, a tym razem dodatkowo Kamael służył jej za podpórkę, gdy czuła się niepewnie na nogach. Domi zachichotała, gdy po raz kolejny poplątały się jej nogi.
– Jestem ciekawa, coś tym razem wymyślił, Kam – wadera mimowolnie nieco naśladowała sposób mowy prawie-partnera. Szum morza nawet nie próbował zagłuszyć tego zalążka rozmowy, będąc cichym jak jeszcze nigdy się nie zdarzyło, ale wciąż obecnym, ciekawy rozwoju wydarzeń.
– Zobaczysz. I mam nadzieję, że ci się spodoba. – Tajemnicza odpowiedź nieco rozbudziła Domino.
Spacerowali powoli, dopóki niebo nie zrobiło się najpierw różowe z jednej strony, po czym ten róż ustąpił miejsca pomarańczy i czerwieni, samemu przesuwając się na środek przedstawienia. Chmury zgodnie z oczekiwaniami Kamaela zablokowały częściowo światło słońca, tworząc ciemne plamy. Cała ta gra kolorów odbijała się w niezwykle spokojnym morzu, które delikatnie głaskało plażę, chcąc z nią flirtować tak jak Kamael z Domino. Niebieskie grzywy, które jeszcze nie wyblakły od słońca, goniły się leniwie, ledwo pokazując się znad wody. Były zaspane tak jak nakrapiana wadera i nawet w podobnym kolorze.
Domino zakochała się w tym widoku. Basior widział to w jej oczach. Patrzyła z zachwytem na nadmorski wschód słońca, zrzucając z siebie resztki snów, ciesząc się tu i teraz, że jest na tej plaży ze swoim ukochanym, widzi ten piękny obraz i może wdychać świeże, zdrowe morskie powietrze. Kamael również się cieszył, tylko, że on miał jeszcze więcej powodów. A jeden z nich właśnie wyjadał go od środka i kazał nie zwlekać, bo ta magiczna chwila, jeśli umknie, to już nigdy więcej nie powróci. Skrzydlaty wziął głęboki wdech.
– Droga Domino, królowo mojego serca. Pozwoliłem sobie zabrać cię na spacer w ten malowniczy poranek, gdyż mam do ciebie ważne, niecierpiące zwłoki pytanie.
Wadera spojrzała na niego ze zdziwieniem iskrzącym się w oku, w pełni już rozbudzona i zaciekawiona nagłym podjęciem tematu. Powstające słońce odbijało się w jej dwubarwnych ślepiach, zapierając dech w piersiach i tak duszącemu się już wilkowi. Toż to gwiazdy ujawniające się w drugiej połówce, te same, które w samotne noce będą prowadzić do ciepłego gniazda, do domu, do kochającego serca, które zawsze jest gotowe przytulić. Najpiękniejsze gwiazdy, których nikt nie znajdzie na mrocznym całunie nocy, a które będą świecić właśnie najjaśniej ze wszystkich. Kamael nie mógł oddychać. Mimo to dzielnie kontynuował.
– Odkąd cię ujrzałem, wiedziałem, że jesteś dla mnie tą jedyną. Wiedziałem, że nie będę już umiał bez ciebie żyć, moja pani. Widzisz, moja dusza jest zaledwie pustynią, martwą i pustą. Nie nadawała się do niczego, nie ważne, ile czasu ją pielęgnowałem, starałem się coś zmienić. Tobie natomiast wystarczyło zaledwie się pojawić, wylać odrobinę wody swojej własnej duszy na moją pustynię, utworzyć niewielkie źródło, by powstała oaza pełna zieleni oraz życia. W tej właśnie oazie pragnąłbym zamieszkać wraz z tobą, moja najdroższa, wyhodować najpiękniejsze kwiaty, jakie kiedykolwiek widział ten świat oraz najsmaczniejsze owoce, o których nie słyszeli nawet najwięksi podróżnicy i koneserzy botaniki. Gdyby ktoś kiedykolwiek odważyłby się obciąć tobie skrzydła, to obiecuję ci, moja najdroższa Domino, że użyczyłbym ci swoje, byś wciąż mogła latać na tle pięknych zachodów słońca i być aniołem cudowności. Pozwól, że zadam swoje pytanie w słowach prostych, niegodnych twojej osoby: czy zechcesz sprawić mi ten zaszczyt i uczynić najszczęśliwszym basiorem pod słońcem, zostając moją żoną?
<Domino? Zostaniesz żoną Kamaela?>











.jpg)















