Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamael. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 stycznia 2026

Odchodzą!

Epidemia nalotnika gardła zebrała żniwo, choć wśród imion wykreślonych ze spisu ludności i stanowisk znajdują się też imiona obywateli, co do których nikt nie ma pewności, czy rzeczywiście byli chorzy... No cóż, czasem jedno czy dwa ziarna piasku zagubią się w beczce cukru i nigdy nie zostaną odnalezione, co najwyżej za rok czy dwa zachrzęszczą komuś w zębach.
Przed nami zwycięzcy wczasów po wsze czasy. Powitajmy ich minutą ciszy.
Wyjątkowo zawieramy w ogłoszeniu zarówno zwykłych, wolnych i niewolnych obywateli Chabrowego Reżimu.


Laponia - powód: śmierć

Almette - powód: śmierć

Domael - powód: śmierć

Oliwia - powód: śmierć

Alta - powód: śmierć

Szklanka - powód: śmierć

Mi - powód: śmierć

Frezja - powód: śmierć

Konstancja Krzemkowa - powód: śmierć

Brzoza - powód: śmierć

Nymeria - powód: śmierć

Kali - powód: śmierć

Ruka - powód: śmierć

Szalka - powód: śmierć

Piwonia - powód: śmierć

Cykoria - powód: śmierć

Domino - powód: śmierć

Tiska - powód: śmierć


Falvie - powód: śmierć

Kamael - powód: śmierć

Yolotl - powód: śmierć

Olivier - powód: śmierć

Theodore - powód: śmierć

Miguel - powód: śmierć

Harpia - powód: śmierć

Kezuko - powód: śmierć

Mikaela - powód: śmierć

Arteus - powód: śmierć

Xochicoatl - powód: śmierć

Szalej - powód: śmierć


poniedziałek, 16 stycznia 2023

Od Kamaela CD. Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.9

Przy pierwszych dwóch tygodniach nie było najmniejszych zmian. Domino nie czuła się inaczej, jej apetyt wcale się nie zwiększał, a brzuch pozostawał taki sam. Oczywiście nic to jeszcze nie znaczyło, jednak para zaczynała się martwić, czy ich plany wypaliły. Gdy w końcu pojawiły się postępy, małżeństwo nie mogło opanować swojej radości. Ich jaskinię wypełniło szczęście, Kamael pracował jak mógł, żeby ulżyć swojej żonie, spędzał z nią jak najwięcej czasu, wciąż wspominając jej, jakim jest dla niego cudem. Szykował posłanie, wykorzystując futra królików, siano z trawy i swoje najmiększe pióra. Polował pół dnia, żeby zapewnić Domino oraz rosnącym w jej brzuchu szczeniętom odpowiednią ilość pożywienia. A gdy małe zaczęły kopać, kładł głowę na brzuchu i nucił, żeby od początku zyskać z nimi więź. Jego ukochana wydawała się zadowolona z takiego stanu rzeczy.

– Jak myślisz, ile ich będzie? – zapytała pewnego wieczoru, wtulając się w bok swojego męża.

– Dwa? Może trzy? – Jego cichy głos stał się wyjątkowo śpiewny, odkąd miał na głowie swoją nowo powstałą rodzinę. – Ilekolwiek ich będzie, jestem pewien, że sobie poradzimy, kochanie. Jesteś niezwykle silna, niczym sosna na nadmorskim brzegu i zapewniam cię, że nawet w najciemniejszym mroku nigdy cię nie opuszczę. Ilekolwiek ich będzie, poradzimy sobie.

Domino złożyła głowę na jego łapach, oglądając ognisko rozpalone tuż za wejściem do jaskini. Kamael natomiast skupił się na miłości swojego życia, patrząc jak światło ognia bawi się na jej białym futrze. Nie mógł się nie uśmiechnąć, jak zawsze zresztą, kiedy przypominał sobie, jak żyje w swoich spełnionych marzeniach. Nie bał się stawiać czoła przeciwnościom losu, bo teraz wreszcie wiedział, jak wygląda prawdziwa miłość. A wyglądała tak jak oni. Plamista wadera i złocisty basior, wylegujący się na skraju swojej jaskini z ogniskiem rozpalonym tuż przed wejściem. Ona w ciąży, on w pełni świadomy swoich nadchodzących obowiązków i całkowicie na nie gotowy. Gdyby teraz ktoś mu powiedział, że marzenia się nie spełniają, zaśmiałby im się w twarz. Oj, spełniają się. Tylko nie zawsze zostają na tak długo, jakbyśmy chcieli. Jego marzenie skończy się, gdy czas dosięgnie ich piękne ciała i na świecie pozostanie na chwilę tylko jedno z nich. Jednak póki co miał się czym cieszyć i nie zamierzał z tego rezygnować. Jego serce ćwierkało, wyśpiewując melodię pełną ciepła, miłości oraz radości, a momentami gotowe było wypuścić tą melodię na zewnątrz, by wszyscy wiedzieli, że Kamael, mąż Domino, skrzydlaty ziemskiego pochodzenia, jest najszczęśliwszym wilkiem na świecie.

Skurcze pojawiły się wcześnie rano, gdy jutrzenka jeszcze witała na niebie. Basior z początku chciał pójść po medyka, jednak jego ukochana uprosiła go, by pozostał z nią. Podobno nie było się czym martwić, dopóki nie pojawiły się powikłania. Kam się nie znał, był tylko strażnikiem, ale ufał decyzji swojej żony i położył się obok niej. Sam nie był pewien, po jakim czasie zobaczył główkę, w każdym razie bezproblemowo, choć z ogromnym wstydem, przyznałby się, że w tamtym momencie zemdlał. Na szczęście tylko na krótką chwilę.

<Domino?>

wtorek, 6 września 2022

Od Kamaela - "Morskie wiatry" cz.2

Basior szybował nad statkiem, starając się pozostać w pełni niezauważonym. Latając pod słońce powinien być łatwo pomylony z ptakiem, chyba że nieznani żeglarze dopatrzą dwie pary skrzydeł. Oby tak się nie stało. Skrzydlaty wytężył wzrok, wypatrując, kto odważył się tak bardzo zbliżyć do wybrzeża należącego do Watahy Srebrnego Chabra. Pewnie jacyś ludzie, którzy po prostu płyną obok brzegu, żeby się nie zgubić i szukają okazji, żeby uzupełnić zapasy. Ta plaża jest akurat dosyć przystępna, jeżeli chodzi o odwiedziny od strony morza.

Coś jednak Kamaelowi nie pasowało. Nie widział wąskich sylwetek ludzi, a podłużne, należące do czworonożnych zwierząt z długimi ogonami. Wszystkie nosiły nakrycie głowy chroniące przed morskim słońcem, więc ciężko było dopatrzeć się, czym dokładnie są te stwory. Chociaż ich sposób poruszania się, biegania i skakania łudząco przypominał wilki. Nawet nawoływały do siebie po wilczemu. Ale przecież wilki nie mogą żeglować statkiem, przynajmniej tak był przekonany basior. A może... Te stworzenia poruszały się tak umiejętnie po statku, jakby się na nim urodziły. Skakały, wspinały się, chwytały liny, nie przejmując się zupełnie wysokimi falami, które miotały okrętem w górę i w dół. Zwierzęta władające statkiem równie sprawnie, co ludzie. Surrealistyczna idea, która w świecie pochodni, cyborgów i wilczych gitar absolutnie miała prawo istnieć, choć w pewien sposób wciąż pozostawała nieobjęta umysłem.

Wilki żeglarze. Najprawdziwsze wilki żeglarze. Kamael stracił resztki wątpliwości, gdy usłyszał przeciągłe wycie przebijające się przez szum fal i wysokiego wiatru. Nawoływanie do pracy. Wszystkie ruchome punkty zaczęły wiercić się jak mrówki, którym ktoś właśnie nadepnął na mrowisko. Szykowały się, pracowały nad żaglami i w sumie tyle Skrzydlaty był w stanie dojrzeć ze swojej odległości nad powierzchnią morza. Zauważył, że statek zaczął kręcić w stronę brzegu. Czyli Wataha Srebrnego Chabra będzie miała gości.

– Kamael! ‒ wroni wrzask zaatakował uszy basiora gdzieś od góry, od strony chmur. Oto na tej samej wysokości znajdował się inny skrzydlaty wilk, z pojedynczą, aczkolwiek potężną parą skrzydeł. Kolorystycznie i kształtem przypominały one te motyla, jednak były wykonane z bardzo drobnych piór, a nie delikatnej błony. I wydawały dźwięk podobny do wiatru. Zapewne dlatego Kam ich nie usłyszał. Sam właściciel owych skrzydeł był nieprzyjemnie znajomy Skrzydlatemu, który miał nadzieję, że jego rozdział zawierający starą watahę się skończył. Jak widać, pomylił się.

‒ Nuriel. ‒ Kamael zmierzył wzrokiem granatowego wilka. Naprawdę wolałby nigdy nie pojawić się nad tym przeklętym morzem.

<CDN>

środa, 31 sierpnia 2022

Od Kamaela - "Morskie wiatry" cz.1

 Możesz rzucić się z kilkuset metrów nad ziemią, czemu nie. Przestaniesz machać skrzydłami i zaczniesz spadać. Upadek z takiej wysokości zawsze będzie śmiertelny, nie ważne, jak wytrzymałe jest twoje ciało. Kto by pomyślał, że skrzydlatym jest tak łatwo popełnić samobójstwo.

Ale to nie to chodziło po głowie Kamaela, gdy przytulił skrzydła do tułowia, pozwalając swojemu ciału bezwiednie opadać w dół, ku morskiej wodzie. Tu chodziło o wiatr. O poczucie wolności. To ta sama radość jak bieganie po kwiecistej łące. Robisz to, bo chcesz, nawet jak nie masz konkretnego powodu. Bo po prostu tak czujesz. Coś cię natchnęło i potrzebujesz wiatru w sierści. Zwykłe wilki biegają. Skrzydlaci spadają.

Gdy woda znajdowała się już niebezpiecznie blisko, basior rozłożył skrzydła z powrotem i zaczął ślizgać się po powietrzu jak na spadochronie. A potem starczyło jedno uderzenie i ponownie skierował się ku niebiosom.

"Jak szczęśliwie", pomyślał. Słońce zaświeciło od południowej strony, zaznaczając jakiś jasny punkt na morzu.

Statek.

<CDN>

piątek, 26 sierpnia 2022

Od Kamaela CD. Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.7

Kamael spojrzał w przestrzeń przed siebie. Zadawał sobie pytanie, jak szczery może być w stosunku do swojej ukochanej. Odpowiedź brzmiała: do bólu. Nie może jej kłamać. Nie może jej mydlić oczu i chować tego, co przeżył. Jeżeli mają sobie zaufać, to bezgranicznie.

– Nigdy jej nie opuściłem. Dotknęło mnie nieszczęście podczas pożaru lasu, moje pióra częściowo spłonęły. Na piechotę nie potrafiłem odnaleźć drogi do domu. Pewien wilk, któremu będę już wdzięczny do końca życia, pokierował mnie ku Watasze Srebrnego Chabra. Tu spotkałem Ciebie. I nie potrzebuję już wracać.

↼ upływ czasu ⇀

Ile to już było, parę miesięcy? Parę miesięcy, odkąd zaczęli się spotykać. O ile nie więcej. Domino weszła w życie Skrzydlatego i ozdobiła je, tak jak kwiat różany zdobi zielony żywopłot. Długą i być może urokliwą zieloną ścianę, ale wcale nie piękną bez czerwonych pęków miękkich płatków. Wadera stała się dla niego oazą, do której z chęcią przychodził ugasić swoje pragnienie i nigdy nie potrafiłby napić się innej wody.

Mieszkali razem, w swoim małym, bajecznym światku, w którym każdy malowany zachód słońca był idealną scenerią na wspólne podniebne tańce. Dwa anioły zakochane bez przytomności, zapatrzone w siebie z tym samym zachwytem, co kot oglądający świąteczne lampki na choince. Uzupełniali się, ona przytwierdziła go do ziemi, ukazując całkowicie wilcze uczucia, a on obdarował ją drugą parą skrzydeł, unosząc w chmury mistyczności i marzeń. On dobrze wiedział, że nie mógłby bez niej już żyć. I dlatego Kamael postanowił zadać to najważniejsze w życiu par pytanie, do którego należy się zbierać przez długi czas, by wyszło idealnie. Trzeba przygotować odpowiednią przemowę, znaleźć odpowiednie miejsce i wyczuć odpowiedni czas. I modlić się do sił wyższych, żeby wszystko poszło po myśli basiora, bo jeżeli tak się nie stanie, to obetnie swoje skrzydła. To nie groźba, to błagalne wołanie.

Gdyby się udało... Och, jeżeli by się udało... Mogliby założyć własną, cudowną rodzinę. Mogliby stworzyć ukochany dom, w którym każde z nich czułoby się bezpiecznie. Ich dusze stałyby się jednością, dzieloną przez dwa ciała, ale gdy nadejdzie moment rozłąki ze światem śmiertelnym, mieliby pewność, że połączą się już w jedno na wieki. Czekaliby na siebie w każdej przyszłej formie, po każdej drugiej stronie, połączeni tą niewidzialną, nieprzerwanie długą nicią przeznaczenia. A może miało to już miejsce? Może już kiedyś, wieki temu się ze sobą spotkali, zawiązali pakt, że nigdy więcej się nie opuszczą i teraz, w obecnym życiu, tylko ponownie się spotkali po latach, gotowi zżyć się ze sobą do kolejnej śmierci jeszcze zanim sami o tym wiedzieli. Jak pięknie układał się ten świat, że ich serca siebie znalazły, jak cudownie tkwiły gwiazdy, że ich dusze związane były ze sobą. Myśl ta przyprawiała Kamaela o radosne dreszcze, kazała mu śpiewać w milczeniu erotyczne pieśni i śnić po nocach miłosne baśnie. Nie chciałby być nigdzie indziej jak tu, ze swoją najdroższą Domino, w tej przyziemnej, tak zwyczajnej Watasze Srebrnego Chabra. Kamael już nie był jakimś tam Skrzydlatym z watahy Alis Caelorum, która miała się za prawie bogów. Był teraz zwykłym, uskrzydlonym wilkiem, który poza lataniem w sumie nic nie potrafił. I tak było dobrze. Tak było najlepiej. Najważniejsze, że wraz z nim była tu Domino.

Szczególna radość w sercu basiora pojawiła się, gdy pewien wschód słońca nad morzem był wyjątkowo malowniczy. Wiedział, że jego błagania zostały wysłuchane, że to jest właśnie ta chwila. Siły wyższe zmiłowały się nad nim, dały mu znać "Dobrze więc, zrób ten najważniejszy krok" i obdarowały go scenerią, o której śnią rozmarzeni malarze. Gdy tylko Kamael na nocnej przechadzce zobaczył słońce wysyłające swoje pierwsze promienie zza horyzontu, oświetlając chmury rozciągające się po niebie niczym uroczyste i delikatne pociągnięcia pędzla, od razu wiedział, że to jest właśnie ten dzień. Dzień, w którym przyjdzie mu zadać to pytanie. W którym doczeka się odpowiedzi i nie będzie już więcej chodził po cierniach, zostawiając za sobą krwawe ślady, próbując sięgnąć swojej najpiękniejszej róży. Będzie mógł wzlecieć w powietrze ze swoją różą, pokazać jej świat. Lub ułożyć się na cierniach, pozwalając, by przebiły mu skórę i serce, jeżeli róża nie zgodzi się na bycie jego.

Pojawił się w grocie, którą zamieszkiwał wspólnie z Domino, z zielonym wiankiem na głowie. Zielony symbolizuje nadzieję, czyż nie? Podobny wianek, tylko ładniejszy, przyniósł także swojej najdroższej ukochanej, by również mogła go założyć. Nakrapiana wadera obudziła się na lekkie trącanie nosem, po czym spojrzała na niego zaspana i z zaskoczeniem.

– Co się dzieje? Co to za wianki? Gdzieś idziemy? – zapytała cicho, posłusznie zakładając roślinną koronę na głowę. Choć była zmęczona, starała się zaufać swojemu ukochanemu i powoli wstała, rozciągając zrelaksowane mięśnie.

– Na plażę – równie cichym szeptem odpowiedział jej Skrzydlaty. – Na krótki spacer, jeśli można.

– Oczywiście.

Wyszli na zewnątrz, mimo że Domino miała lekkie problemy ze stawianiem prostych kroków. Nic dziwnego, tak nagle ją wybudził z głębokiego snu. Ale wyglądała niezwykle uroczo z tymi zaspanymi oczkami, ziewając raz po raz i uśmiechając się delikatnie gdy ich oczy się spotykały w znikającej ciemności. Szli ramię w ramię, tak jak zawsze to robili od swojego pierwszego spaceru, a tym razem dodatkowo Kamael służył jej za podpórkę, gdy czuła się niepewnie na nogach. Domi zachichotała, gdy po raz kolejny poplątały się jej nogi.

– Jestem ciekawa, coś tym razem wymyślił, Kam – wadera mimowolnie nieco naśladowała sposób mowy prawie-partnera. Szum morza nawet nie próbował zagłuszyć tego zalążka rozmowy, będąc cichym jak jeszcze nigdy się nie zdarzyło, ale wciąż obecnym, ciekawy rozwoju wydarzeń.

– Zobaczysz. I mam nadzieję, że ci się spodoba. – Tajemnicza odpowiedź nieco rozbudziła Domino.

Spacerowali powoli, dopóki niebo nie zrobiło się najpierw różowe z jednej strony, po czym ten róż ustąpił miejsca pomarańczy i czerwieni, samemu przesuwając się na środek przedstawienia. Chmury zgodnie z oczekiwaniami Kamaela zablokowały częściowo światło słońca, tworząc ciemne plamy. Cała ta gra kolorów odbijała się w niezwykle spokojnym morzu, które delikatnie głaskało plażę, chcąc z nią flirtować tak jak Kamael z Domino. Niebieskie grzywy, które jeszcze nie wyblakły od słońca, goniły się leniwie, ledwo pokazując się znad wody. Były zaspane tak jak nakrapiana wadera i nawet w podobnym kolorze.

Domino zakochała się w tym widoku. Basior widział to w jej oczach. Patrzyła z zachwytem na nadmorski wschód słońca, zrzucając z siebie resztki snów, ciesząc się tu i teraz, że jest na tej plaży ze swoim ukochanym, widzi ten piękny obraz i może wdychać świeże, zdrowe morskie powietrze. Kamael również się cieszył, tylko, że on miał jeszcze więcej powodów. A jeden z nich właśnie wyjadał go od środka i kazał nie zwlekać, bo ta magiczna chwila, jeśli umknie, to już nigdy więcej nie powróci. Skrzydlaty wziął głęboki wdech.

– Droga Domino, królowo mojego serca. Pozwoliłem sobie zabrać cię na spacer w ten malowniczy poranek, gdyż mam do ciebie ważne, niecierpiące zwłoki pytanie.

Wadera spojrzała na niego ze zdziwieniem iskrzącym się w oku, w pełni już rozbudzona i zaciekawiona nagłym podjęciem tematu. Powstające słońce odbijało się w jej dwubarwnych ślepiach, zapierając dech w piersiach i tak duszącemu się już wilkowi. Toż to gwiazdy ujawniające się w drugiej połówce, te same, które w samotne noce będą prowadzić do ciepłego gniazda, do domu, do kochającego serca, które zawsze jest gotowe przytulić. Najpiękniejsze gwiazdy, których nikt nie znajdzie na mrocznym całunie nocy, a które będą świecić właśnie najjaśniej ze wszystkich. Kamael nie mógł oddychać. Mimo to dzielnie kontynuował.

– Odkąd cię ujrzałem, wiedziałem, że jesteś dla mnie tą jedyną. Wiedziałem, że nie będę już umiał bez ciebie żyć, moja pani. Widzisz, moja dusza jest zaledwie pustynią, martwą i pustą. Nie nadawała się do niczego, nie ważne, ile czasu ją pielęgnowałem, starałem się coś zmienić. Tobie natomiast wystarczyło zaledwie się pojawić, wylać odrobinę wody swojej własnej duszy na moją pustynię, utworzyć niewielkie źródło, by powstała oaza pełna zieleni oraz życia. W tej właśnie oazie pragnąłbym zamieszkać wraz z tobą, moja najdroższa, wyhodować najpiękniejsze kwiaty, jakie kiedykolwiek widział ten świat oraz najsmaczniejsze owoce, o których nie słyszeli nawet najwięksi podróżnicy i koneserzy botaniki. Gdyby ktoś kiedykolwiek odważyłby się obciąć tobie skrzydła, to obiecuję ci, moja najdroższa Domino, że użyczyłbym ci swoje, byś wciąż mogła latać na tle pięknych zachodów słońca i być aniołem cudowności. Pozwól, że zadam swoje pytanie w słowach prostych, niegodnych twojej osoby: czy zechcesz sprawić mi ten zaszczyt i uczynić najszczęśliwszym basiorem pod słońcem, zostając moją żoną?

<Domino? Zostaniesz żoną Kamaela?>

poniedziałek, 6 czerwca 2022

Od Kamaela - "Byle tylko coś czuć" #4

Jednak wszyscy wiedzieli. Myślał, że był taki cwany, myślał, że jest niewidzialny. Ale jak jasny, skrzydlaty wilk mógł być niewidzialny? Absolutnie o tym nie myślał. Dopiero teraz zrozumiał, jak bardzo był chory. To choroba bardzo niebezpieczna, śmiertelna wręcz, z której nie sposób się wyleczyć. Nie pomogą tu żadne maści ani zioła, może poza tymi, które powodują, że serce już na zawsze przestaje bić. Modlitwa także jest tu po nic, nikomu w tym momencie cuda nie pomogą. Ta choroba miała tylko dwa wyjścia, śmierć z cierpienia lub śmierć wyzwolicielska, niczym za czasów romantycznych.

A może, być może, istniało trzecie wyjście. Być może powinien poddać się chorobie, usłuchać się jej, pozwolić, by owładnęła jego ciałem jak pasożyt, który przejmuje władzę nad umysłem żywiciela. Wtedy, jeżeli los na to pozwoli, Kamael przeżyje, nie będzie spacerował na ostrzu kosy Kostuchy niczym na cyrkowej linie, tylko stanie stabilnie na ziemi, bezpieczny i wolny.

Być może nareszcie pora pozwolić miłości się poczuć.

<Koniec>

sobota, 26 lutego 2022

Od Domino CD Kamaela - ,,Kochanie, bądź moja!" cz.6

Miałam sen o tym,  że dryfowałam w bieli i złocie. Jasność wszechrzeczy była oślepiająca, więc błądziłam po omacku w bezkresnej nicości. Ciche szumy, niby to morskie fale, może to szeleszczące drzewa, wszystko wydawało się do siebie takie podobne. A pośród tego delikatne, dźwięczne brzdęki, jakby jakiś Indianin postanowił zagrać na wietrznych, blaszanych dzwoneczkach na swojej pryczy pośrodku prerii. Może był szamanem, z pomarszczoną od słońca ciemną skórą jak rodzynek i długą fajką nabitą tytoniem, z której puszczał kłęby płynnego złota i drobnego jak diamentowy pył brokatu.
Myślałam, że jestem pod wodą, nie mogłam wziąć oddechu. A może wcale nie potrzebowałam powietrza? Złapałam w usta kłęby świetlistych oparów, które wypłynęły mi uszami. Smak wanilii rozpłynął się po moim grzbiecie i zawirował z szafranem od strony karku. Opadłam poniżej poziomu chmur prowadzona przez napięcie powierzchniowe prosto przed oblicze anioła. Stał tam, dumny i napięty, ale jego blask oślepiał mnie do granic poczytalności, nie mogłam przyjrzeć się bliżej jego twarzy. Astralny byt zrodzony ze światła i łez, zmaterializowany jedynie, by odciąć swoją nienaruszoną egzystencję od brudnego i niedoskonałego świata na zewnątrz, tak jak samotne, jednokomórkowe żyjątko odcina się błoną od brudnego, nieuporządkowanego oceanu. Gdzieś piękno musi mieć granice, prawda? Chociaż nie ma ciała ani miejsca to z pewnością nie może istnieć tam, gdzie miejsce okupuje brzydota, gdyż piękno nie jest paradoksem, a paradoks pięknem. A jeśli w jednym miejscu istnieje, a w drugim nie, to gdzie leży granica? Może właśnie na nią patrzę.  Jeśli więc piękno ma granice, to musi ona mieć kształt wilczy.
Podpłynęłam bliżej, urzeczona blaskiem anielskiej urody. Nie myślałam nigdy, że biel będzie wydawała się taka pusta, taka bezdenna i wciągająca, jak czarna dziura. Może czarne dziury też mają swoje przeciwieństwa, tak samo jak brzydota ma piękno i ciemność ma światło? Biała dziura, która nie zasysa wszelkiego bytu, ale wypełnia sobą wszystko, na co padnie. Stając w jej świetle, sama wydawałam się mniej materialna, bardziej nieskazitelnie czysta. Czy ja rzeczywiście byłam taka jasna, czy to tylko moja pamięć płata mi figle o jakiejś nakrapialności? Może nakrapialność istniała tylko w mojej głowie, gdy tak naprawdę wszystko, czym jestem to jednolita biel? Gdzie moje blizny i rany, czy to też mi się przyśniło? Może jestem bardziej piękna, niż myślałam.
Anioł, którego zwą piękno,
Zrodzony z dobroci, dobroć rozpościera,
Dobro - Prawda - Piękno
Jedno pytanie mnie tylko poniewiera,
Czy piękno doskonałe,
można prawdziwym nazwać.
Wydaje się niebywałe
By trzy istnieć mogły naraz.
A może tylko w śnie można takie mieć złudzenia,
O współistnieniu ideałów snuć marzenia,
Które jednak granice mają poza światem istnienia.
Chciałam dotknąć, przekonać się czy rzeczywiście istnieje. Moja łapa zanurzyła się w bezkres istnienia aż po łokieć, zamieniając mnie w szczere złoto. Anioł zaczął przygasać, tracił swój blask, jakbym mu coś odebrała. Wsunęłam drugą łapę, chcąc odzyskać ten żar, ale on bladł coraz bardziej. Wsunęłam więc łeb do środka. Zatopiłam się w nim, chcąc odzyskać to, czym w istocie jest, a co tracił z mojego powodu. Myślałam że wybuchnę z rozkoszy. Zrozumiałam, że stałam się nie złotem, a pryzmatem. Piękno przenikało mnie w setce promieni, przepuszczał przeze mnie obręcze tęcz i rozbłyski odcieni, o których perfekcja mogła tylko pomarzyć. Jaśniał, ale nie samym sobą, odbijał się we mnie, byłam jego nowym ogniwem, żarem, instrumentem. Nie byłam pewna czym się stał, moje oczy ślepnęły od nadmiaru barw, a dusza wirowała w kalejdoskopie powidoków. Obracałam się w jego jestestwie tak długo, aż nie padłam z wycieńczenia. Chociaż nie mogłam się czuć bardziej przytomna, bardziej spełniona.

Dotarło to do mnie, gdy cię poznałem
 Lepiej być niedoskonałym, ale za to ciekawym.

Najlepiej to jest być szczęśliwym.
Obudziłam się łaskotana języczkami poranka na mojej twarzy. Wilgotny piasek lepił się do mojego brzucha, szurał, gdy podniosłam łeb. Słyszałam piski mew w oddali i odgłosy oceanu. Poza tym tylko cisza.
Nadal byłam na plaży. W jakiejś nadmorskiej grocie, wyżłobionej przez wieczne przypływy w czarnej skale. Ciemne skały pięknie kontrastowały z jasnością piasku, szczególnie w tym świetle. Piękny dzień, ni da się ukryć.
Zauważyłam, że on też tu był. Ha, nie wyparował od ciepła dnia, jak mają sny w zwyczaju. Może to wcale nie był sen? Wszystko nadal wydawało się takie nierealne. Czułam własne palce, czuła zimno wilgoci i ciepło słońca na futrze- nie, to nie był sen. Przysunęłam się bliżej, by rozgrzać się trochę w jego cieple.
Niczego więcej nie potrzebowałam, tylko jego obecności.

 I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy

Spotykaliśmy się częściej w tej grocie, codziennie tak właściwie. Po ciężkim dniu spędzonym na patrolach odnajdywałam niewymowny spokój w świadomości, że się wieczorem zobaczymy. Praktycznie nie odwiedzałam już swojej jaskini, ale na szczęście nie było w watasze nikogo, kto by się tym przejął. To był nasz mały sekret, nasza własna samotnia.
Opowiadałam mu jak mi minął dzień i jak się dziś czuję, jaka była pogoda, co mnie rozśmieszyło, a co zasmuciło- głupoty, których z jakiegoś powodu chciał słuchać. I mówił ,,mów dalej” ,,mów dalej” ,,mów dalej”...więc robiłam mu tą przyjemność. Wydawał się wtedy taki szczęśliwy. 
Naciskałam, żeby też coś powiedział, jak mu idzie w roli obrońcy i czy nie naraża się za bardzo. Nie chciałam, żeby pewnego dnia wrócił cały poharatany, półprzytomny, albo co, nie daj Boże, martwy. Na noszach wywleczony z konfliktu, który nie dotyczył ani jego, ani żadnej niewinnej duszy, która przelała za nią krew. Kiedy rano wychodził, pytałam go zawsze, czy wróci.
- Oczywiście.- Uśmiechał się zawsze tak samo.
- Obiecujesz?
- Na twoją piękną duszę. - I wychodził. 
Czasami kreowałam w swojej głowie świat, gdzie obietnice były niełamliwe.

- Na co ci te wszystkie muszle? 
Czasami spotykałam Mikaela na plaży, gdy zeskrobywał antybiotyczne glony ze skał nieopodal laguny. Mówił, że pomimo iż nie był już formalnie zielarzem to jednak okłady lecznice z czegoś musiały być robione- a rannych nie ubywało. Chociaż musiał być w dwóch miejscach jednocześnie, robił, co mógł by choć trochę pomóc.
- Na prezent. Chcę zrobić mozaikę.
- Haha, to urocze, ale czy nie musisz się zajmować czymś ważniejszym?
- Sam skrobiesz zielonkawy osad z mokrych głazów.- Zachichotałam.
- To co innego.
- Przecież wiem.- Westchnęłam zamyślona. - Zastanawiałeś się kiedyś…dlaczego ta wojna miałaby nas obchodzić? Przecież to nie o nas chodzi.
Mikę zamurowało.
- Chyba nie mówisz poważnie? Przecież widzę jak w jaskini med..
- Przepraszam. Tak mi się tylko powiedziało.
Może zapomniałam już, jak to jest się smucić. 

Po patrolu zapolowałam na ławice dorszy. Powinny mu smakować, chociaż są w tym sezonie wyjątkowo chude. Musiałam się spieszyć, żeby zdążyć przed jego przyjściem. Rozpaliłam ogień, nadziałam ryby na drewniany rożenek i wbiłam w ciężki, mokry piach. Rybie ślepia pękały jak bańki mydlane pod wpływem płomieni, a ściekające białka skwierczały na rozżarzonych kłodach poniżej. Oślepły od ognia. Właśnie poczułam się niewypowiedzianie zrozumiana przez martwe dorsze na kijach.
- Już jestem.- Jego miodowy głos wybił mnie z rozmyślań.
- Kamael, dobrze cię widzieć. Jak dzisiejszy dzień?
I opowiadał, gdy ja przekręcałam ryby z uwagą. Używał we wtrąceniach słowa ,,Jasność”, z takim namaszczeniem, jakby to znaczyło coś więcej niż tylko zwykłe powiedzenie. Właściwie nie od dzisiaj to zauważyłam. Pochodził z innych stron, gdzie mówi i myśli się inaczej, z tej watahy o trudnej do wymówienia nawie. Alis Caelorum, wataha wilków-aniołów. 
- Kamael?
- Tak?
- Wydaje mi się, że nigdy cię o to nie spytałam. Dlaczego odszedłeś od rodziny?

(Kam? No i masz swój wstęp )

środa, 12 stycznia 2022

Od Kamaela CD. Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.5

Jak tu się ruszyć, gdy wszystko dookoła zastygło? Szare, rozciągające się bez kresu morze, mroźne powietrze powietrze, jego ogłuszone mięśnie i ona, ta anielica, w której tak szaleńczo się zakochał. Oparta o niego, o jego łopatkę, w spokoju tak rzadko już spotykanym w tym świecie, że wydawał się w tym jednym momencie wypełniać ich całe istnienie, od najmniejszych odłamków duszy po całe narządy ciała. O Jasności, która pobłogosławiła go tym cudownym uczuciem, pozwól poznać mu więcej. Pozwól poznać mu prawdziwą miłość, poczucie kobiety u boku, uczucia opętujące całe serce. Pozwól poznać mu życie, którego nigdy nie zasmakował w Alis Caelorum. Niech wreszcie będzie normalny. Niech wreszcie będzie... wilkiem.

Nie chciał się poruszyć. Nie chciał kończyć tej cudownej chwili, jaka otuliła jego i Domino w senny koc utkany z marzeń i skrywanych pod grubą warstwą lęku pragnień. Nie warto było wracać do rzeczywistości, będąc już nad samą jej krawędzią, gdzie żadne zimne palce trosk nie dawały radę sięgnąć, a obce, zawistne oczy obawiały się spojrzeć. Niech się boją. Niech zazdroszczą tych cudownych chwil i przepełniającego szczęścia. Domino i Kamael nie muszą się tym przejmować, są przecież wolni. Nikt ich nie powstrzyma od czucia tego, co pragną czuć. Nikt ich nie powstrzyma od myślenia tego, co pragną myśleć. Są dwoma aniołami, niezależnymi od zdania innych, zupełnie samotnymi i zupełnie wolnymi. Aniołami? Nie. Wilkami. Są wilkami. Uskrzydlonymi wilkami, których żadna siła wyższa nie zmusi do postępowania według jej woli, a obce słowa nie przekonają do kierowania się tylko ku ścieżce wzniosłości. Decydują sami o sobie i żaden Deus Lucis nie wymusi na nich bezwzględnego posłuszeństwa. Nigdy więcej!

Kamael drgnął, poruszony własnymi myślami i nieszczęśliwymi wspomnieniami. Próbował się przekonać, że wcale nie są nieszczęśliwe, jednakże im bliżej było mu do bycia wolnym wilkiem, tym bardziej zauważał niedoskonałości w swojej rodzinnej watasze. Niedoskonałości, które miał każdy i których nie powinno się nigdy ukrywać. Niedoskonałości, które czyniły świat dookoła pięknym. Kto jest niedoskonały, ten nie jest też nudny. Ani fałszywy. Ani nieszczery.

Basior spojrzał na swoją wybrankę serca, która wystraszyła się nie mniej niż on na jego niespodziewaną reakcję. Wpatrując się w jej twarz, nagle spostrzegł coś, czego dotychczas jego umysł nie zarejestrował. Niedoskonałość. Rzecz całkowicie zakazana w Watasze Alis Caelorum, wypierana wręcz z umysłów szczeniaków, by nigdy nie przyszło im do głowy, że coś może być niedoskonałe. Wszystko było idealne. A ci spaczeni nie mieli prawa bytu w tej idealnej watasze. Teraz jednak widząc niedoskonałość na twarzy Domino, włoski skierowane inaczej od reszty, nie było to w żaden sposób brzydkie. Było urocze. Było wyjątkowym kwiatkiem w polu jednakowych kwiatków, dzięki czemu to pole nie było jednakowe i nie było nudne. Przyjemnie było na to patrzeć. Ciekawe, czy na tej doskonałej istocie jest więcej takich niedoskonałości? Czy w środku też jest niedoskonała? Rany, jakież to było ekscytujące! Odkrywać coś zupełnie innego, obcego i całkowicie przyziemnego. Nie tkniętego zasłoną idealności, tylko w pełni odkrytego i swojego. Domino, jakaż ty piękna!

– Kamael? – krótkie słowo będące przypadkowo jego imieniem wydobyło się z ust wadery, przywracając umysł Skrzydlatego na ziemię. Jego ogon świrował, machając niczym u rozbawionego szczeniaka w trakcie zabawy. Wcale nie dostojnie, a już z pewnością nie subtelnie. Obrońca poczuł, jak jego policzki zaczynają palić się ze wstydu i pewna częśc jego umysłu podpowiadała mu, że futro nie dawało rady ukryć tej płomiennej czerwieni. Domino wpatrywała się w niego z pewnym... przestrachem? Zażenowaniem? Wstydziła się go? Rany boskie, co on narobił!

– Wybacz, ja... znaczy się, no... Bo ja... To znaczy... Sorki. – Nagle ta wzniosłość znikła, ostrożnie dobrane słowa rozsypały się w drobny mak. Nie było już pięknie ułożonych zdań, które powinny być w stanie zwabić każdą waderę, teraz była rozsypanka, zarówno na języku, jak i w umyśle. Spowodowało to panikę. Mizernie utkany plan poszedł się kochać, a Kamael został sam, z mętlikiem w głowie, bez żadnych zapasów słownictwa w zanadrzu. Pozostało całkowicie improwizować w sposób nigdy wcześniej nie przeżyty. – Zamyśliłem się. Masz niesforny kosmyk, poczekaj, poprawię... – Zanim do końca przemyślał, co tak właściwie robi, zdążył liznąć Domi po czole, by poprawić ten "niesforny kosmyk". Momentalnie cofnął się z oczami wielkimi jak spodki, całkowicie speszony i wręcz przerażony swoim zachowaniem. Skąd się wzięły u niego takie zapędy?! Najpierw śledził biedną Domino na niemal każdym kroku, nie umiał bez niej myśleć na trzeźwo, a teraz ośmiela się w najgorszy możliwy sposób! No to teraz już zrąbał na maksa. Brawo, Kamael, zasługujesz na order Idioty Roku. – Przepraszam! Na Deus Lucis, najmocniej przepraszam! Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło. Ja... Do niebios – mruknął, zastanawiając się, jak uratować tą sytuację. Niedoskonałe nie jest nudne, ale zbyt niedoskonałe jest straszne! – Naprawdę, wybacz mi, pani. Zachowałem się tak bardzo niestosownie, że teraz mógłbym się tylko zakopać w ziemi i najlepiej nigdy stamtąd nie wychodzić. Czy... czy pozwolisz mi to wynagrodzić, zabierając cię na podniebny spacer? Znam specjalne... specjalne miejsce...

Język plątał mu się paskudnie, ale nie chciał się wycofywać. Nie mógł uciekać od konsekwencji swoich akcji, to było by nie w porządku. Nawet nie w stosunku do samego siebie, ale przede wszystkim w stosunku do Domino, która w tym momencie została najbardziej pokrzywdzona. Na niebiosa, czy mu wybaczy? Czy mu kiedykolwiek wybaczy? Czy może uderzy go piachem w pysk, tak jak na to zasługuje i odejdzie bez słowa, nigdy więcej na niego nie spoglądając? Gdyby to zrobiła... Nawet jeśli zasługiwał... Załamałby się. Zabił. Nie, nie mógł się zabić, musiałby żyć ze świadomością swoich czynów i całkowitą pamięcią tego, jaki błąd popełnił. Śmierć byłaby wybawieniem, a on na żadne wybawienie nie zasługiwał.

– No dobrze.

Chwila, co? Wybaczyła? Czy się obraziła?

– Możesz mnie... zabrać.

Zgodziła się? Naprawdę? Zgodziła się?!

Kamael zaniemówił ponownie, ale tylko na chwilę. Dostał drugą szansę, naprawdę ją dostał i nie chciał, nie mógł jej stracić. Zawahał się na moment, po czym rozłożył skrzydła.

– A więc... Lećmy – wyszeptał wystarczająco głośno, by wadera go usłyszała i wzbił się w powietrze. Łaciata wzleciała za nim.

Szybowali po niebie w mrozie, który wyjątkowo im nie przeszkadzał. Lecieli obok siebie, ciągle zmieniając pozycję, jakby tańczyli w powietrzu. Aż wreszcie dotarło do obrońcy, że faktycznie tańczą, podświadomie i dość niepewnie. Był to taniec niedoskonały, wykonywany przez dwa wilki bez doświadczenia, które po prostu dały się ponieść chwili, jednak tym samym był przepiękny i czarujący. Wirowali wokół siebie, wolni, niezależni, pochłonięci teraźniejszością, zapominając o przed chwilą i za moment. Nad nimi rozciągała się pociągająca nicość, a ziemia daleko w dół zdawała się odcinać od nich niewidzialną barierą, udając, że nie widzi tego szczęścia, zazdrosna o nie.

Po kilku minutach tańczenia wśród chmur dolecieli na miejsce, na którym Skrzydlatemu tak zależało. Najpierw wylądował on, tworząc widmową posadzkę z niebiańskiej energii tego miejsca. Następnie ruchem głowy zaprosił tu Domino.

– Jak... – wyszeptała wadera, z zafascynowaniem przyglądając się półprzezroczystej platformie, przypominającej białą, gęstą mgłę.

– W tym miejscu jest wyjątkowo silne skupisko świetlanej energii. Jako wilk Alis Caelorum mogę ją wykorzystywać jako oparcie dla nóg, a gdy stoję na niej ja, inne wilki również mogą z niej korzystać.

– Alis Caelorum? – zapytała cichym głosem Domino, ponownie skupiając się na samcu.

– To... moja rodzinna wataha – wyjaśnił z niesmakiem Kamael. – Pochodzę z watahy wilków-aniołów. Wilków idealnych, które posiadają specjalne powiązanie z niebiańską energią. – Przerwał tłumaczenie, z bólem wpatrując się przed siebie. Nie potrafił jeszcze o tym rozmawiać, chociaż miał na to ochotę. Miał ochotę wyżalić się ze wszystkiego Domino. Jednak czy zaakceptowałaby go, wiedząc, kim tak naprawdę jest? Czy chciałaby go pokochać, znając jego korzenie i wiedząc, że czysto teoretycznie miał być wilkiem idealnym? Czy obraziłaby się, że chował przed nią prawdę? Czy miał prawo ją chować, kiedy ledwo się poznali? – Ale ideały są nudne. Dotarło to do mnie, gdy cię poznałem. Lepiej być niedoskonałym, ale za to ciekawym.

Ponownie się rozmarzył, spoglądając w stronę swojej miłości. Co on narobił? Stał się prawdziwy, to na pewno. Ale czy Domino będzie chciała się z prawdziwym nim zadawać? Jeszcze nie przyszło mu się spotkać z tym, że ktoś chciał się zadawać z niedoskonałą osobą. Ale to nie była Wataha Alis Caelorum, to był Srebrny Chaber. I Domino na jego czele.

<Domino?>

piątek, 17 grudnia 2021

Od Domino CD Kamaela - "Kochanie, bądź moja!" cz.4

Nie wydobyłam z siebie ni dźwięku. Wiersz odbijał się echem w kącikach wątpliwości, za każdym uderzeniem budząc do życia kołatające myśli. 
Nikt nigdy nie mówił o mnie w ten sposób. To wydawało się wręcz nierealne. Niemożliwe. Jego słodkie jak miód słowa, wersy wirujące wokół mnie, trzepoczące, łaskoczące, zamazujące mi obraz przed oczyma. Widzę je, chcę się zachłysnąć tym cudownym uczuciem, dać się porwać i w radości zapomnieć. Chcę widzieć wokół siebie puchate, miodne pszczółki nucące mi pieśń zauroczenia, jednak łapie mnie kłujące wrażenie, że jedynie wpadłam w kłębowisko os. Poczułam się zakopana pod gruzami jego pozytywnych uczuć, przygnieciona kilometrami urojeń i  fałszywej miłości. Przecież to co mówi, to nieprawda. Śmiech rozpaczy przeszył umysł na wskroś. Gardło piekł refluks, gdy wyrażenie ,,anioł” próbowało się przez nie przeciskać. Wyidealizowane wyobrażenie zestawione z wadliwym pierwowzorem jeszcze bardziej eksponowało jego ułomność. Widziałam ją, tą piękną anielicę, cudowną, piękną, szlachetną. Niedoścignione marzenie, poprzeczka, do której nie dosięgnę nigdy. Było mi przez to zwyczajnie wstyd. Tak okropnie wstyd.
Jego miłość. Źle to ujęłam, nie chciałam jej tak nazywać. Może nie była ona fałszywa, ale na pewno głupia i naiwna. Gdy tylko bliżej by mnie poznał…zrozumiałby. Odszedłby. 
Więc może pozostawić go w tej uroczej nieświadomości? Nie pozwolić mu podejść bliżej, jedynie na tyle blisko, bym mogła nadal słuchać jego wierszy. Były piękne, zadziwiająco piękne. 
Podniosłam wzrok na jego pyszczek. Wpatrywał się we mnie tak ciepło, jego serce płonęło od upojnych kłamstw. Czułam się winna tego stanu rzeczy, nikt nie powinien patrzeć na mnie jak on teraz. To było rozsądne, żeby mu obnażyć prawdę, pokazać to żałosne, słabe, wadliwe wnętrze. Rozedrzeć się w rozpaczy na strzępy, niech patrzy, niech nie dowierza. Odwróci się, kącikiem oka posyłając mi znak głębokiego rozczarowania. Obrzydzenia. Politowania.
Ciśnięta w przepaść i przygnieciona głazem poczucia winy. Zasłużenie. Czy nie tak właśnie wygląda prawda? Czy nikt nie rozumie, jak bolące potrafi być uświadomienie sobie tego?
- Płaczesz. 
Byłam tak zatopiona w plątaninie wersów, że dopiero głos basiora przyciągnął mnie z powrotem na naszą szarą plażę. Zaraz opamiętałam się i zaczęłam wycierać drgające policzki. Wstyd mi było za te słone, mokre okropności, prowokowały tylko pytania o ohydną dziurę łajna, będąca esencją mojego jestestwa. 
Zobaczywszy jego konsternację, miałam ochotę rzucić mu się na szyję w szlochu, podziękować mu za te wszystkie cudowne słowa, za płomyczek ułudy, która mogła rozpalić moje serce i ocieplić je. Wtuliłabym się w niego jak w najdroższą mi osobę. Moczyłabym mu futro łzami, a jednak śmiała się do rozpuchu, dziękując losowi za tego anioła, który chce otulić moje wnętrze. Uwierzyłabym mu, szczerze.
- Nie nie nie, to nic. Tak jakoś.- Zaśmiałam się smutno.- Po prostu pięknie recytujesz.
Pysk Kamaela rozchylił się zaskoczony.
- Dziękuję za ten cudowny komplement. Nie wiem co odpowiedzieć. Widok tych skrzących stróżek spływających po twoim pyszczku jest dla mnie najcudowniejszą z nagród. Nie ukrywam jednak, że uśmiech będzie zawsze koroną na twoim licu.
Był taki wyniosły w swoich słowach. Taki wykalkulowany na piękno. Ciepło intencji walczyło bezustannie z chłodem składni. Wydawał się przez to intrygująco inteligentny, jakby zawsze miał więcej na myśli niż rzeczywiście mówi. Sposób mówienia przypominał mi recytację, piękną, żarliwą, ale jednak zaaranżowaną. Nie podobało mi się wrażenie nieszczerości, jakie za sobą pozostawiało.
Odwróciłam wzrok na szumiącą szarość obok nas. Potrzebowałam kroku w tył, by zebrać myśli, pozbierać się w sobie na chwilę. Woda pięknie wygląda tej zimy.
- Jesteś poetą? 
- Nie nazwałbym się tak. Powiedziałbym, że lubię słowa.
- Ja też je lubię.- Uśmiechnęłam się. - Masz ich więcej?
- Co masz na myśli?- Był przeuroczo zdezorientowany.
- Opowiedz mi więcej wierszy.- Ja też się speszyłam tą prośbą.- Proszę. Chociaż jeden więcej.
Po krótkim namyśle mogłam się znowu wsłuchać w te zabawne i nierealne wizje. Czułam się, jakby ktoś opowiadał mi, jaką świetną postacią byłabym w jego bajce, jakie supermoce bym miała, kogo bym nie uratowała. Podobała mi się ta bajka. Po trzecim poemacie pozwoliłam się zsunąć na jego bark, bardzo niezdarnie i okropnie. Właściwie bym powiedziała, że to najbardziej niezdarne oparcie się o kogoś, jakie można było zaprezentować światu. On jednak był ślepy na wszystkie moje błędy i to dawało mi więcej odwagi. Jego wyrozumiałość była kosmiczna. Nie odważyłam się podnieść wzroku, nie teraz, po prostu wlepiam wzrok w grafitowy horyzont. Wersety lały się w moje uszy nieprzerwaną strugą i dałabym sobie łapę uciąć, że trwałam w tym stanie zawieszenia długimi godzinami. Nie byłam jednak w stanie ocenić, ile czasu minęło. Słońca pod grubą warstwą chmur nijak było wypatrzeć. 
Opowieści Kamaela urwały się, a szum morza wypełnił ciszę. Stado rybitw zataczało kręgi ponad falami, ożywiając trochę ten monotonny krajobraz.
- Nie wiem, czy pamiętam więcej wierszy. Musisz mi wybaczyć, bo nie wymyśliłem więcej. 
- To nic, wszystkie poprzednie były niesamowite.
Jakiś klej trzymał mój policzek przy jego łopatce. Nie mogłam sobie przypomnieć lepszego momentu w przeszłości niż teraz. Całe poprzednie życie wydało mi się teraz okropnie beznadziejne. 
- Dlaczego dopiero teraz?- Westchnęłam. 
Gdzie byłeś cały ten czas?
Całe ciało miałam drętwe od spięć, skrzydła wręcz bolały od wypełniających je mikroodczuć. Może zapytam go, czy by się nie zapatrywał na powietrzny spacer, gdy już zmuszę się do złapania na powrót pionu i może zacznę trzeźwo myśleć.
Mój słodki śnie, proszę nie pozwól mi się wybudzić.

(Kamael?)

czwartek, 16 grudnia 2021

Od Kamaela CD Domino - "Kochanie, bądź moja!" cz.3

Czy skrzydlaty basior spodziewał się, że serce będzie mu tak waliło? Że zdenerwuje się do poziomu, gdzie zmysły odmówią mu posłuszeństwa, umysł odleci wysoko w górę, do chmur, a w środku pojawi się cała chmara ruchliwych motyli, przez które będzie chciało mu się wymiotować? W życiu by mu to nie przyszło na myśl. Raczej sądził, że skoro się tak bardzo zakochał, skoro tak często podglądał swoją najdroższą, to powinien czuć się przy niej swobodnie. A jednak pojawiły się w nim bariery bolesne i nieznośnie do wytrzymania, których w żaden sposób nie potrafił przeskoczyć ani nawet przelecieć. Stały przed nim, potężne i przytłaczające, odgradzając go od jego Domino wieloma warstwami cegieł. Mimo tych emocji prowadził swoją ukochaną na plażę, gdzie mieli odbyć swój spacer, który na dobrą sprawę już się zaczął. Był jednak on cichy i nieśmiały, niczym pierwsze ciepłe promyki Słońca po mroźnej zimie, czy też pierwsza piosenka młodego skowronka. Dla nich to również było pierwsze, ten spacer, te uczucia, w których tonęli, nie mając pojęcia, jak pływać. Jak unosić się na powierzchni miłości? Jak przetrwać wśród fal znienacka otrzymanej atencji? Wszystko to było nowe, nieznane, a z drugiej strony - och, jakże piękne!

Plaża spełniała nadzieję skrzydlatego, gdyż była pusta i zupełnie na ten moment zdziczała. Słone wzniesienia wody miarowo zbliżały się ku brzegowi, dostając nagle białych, pienistych grzyw, by na końcu skurczyć się i okryć piasek wodą, kradnąc z plaży ziarenka i kamienie. Były jak konie, które w ostatnim momencie zdecydowały się wycofać, jednak nie potrafiły już zawrócić. Ich szum brzmiał niemal boleśnie, gdy myślało się o tym w ten sposób. Zawsze mógł to być jednak krzyk wojenny gotowych do ataku wojaków, to wtedy brzmiało to dumnie i niebezpiecznie. Świadomość, że te fale zdolne są zniszczyć nawet największe głazy przyprawiała o dreszcze niejednego wilka. Druga strona tej bitwy, zimny o tej porze roku piasek, szurał pod łapami, masując przyjemnie opuszki palców. Nie był tak sypki jak latem, jednak wciąż miało się wspomnienia z wakacji.

Kamael spacerował wraz z Domino u jego boku niemal na krawędzi przypływającej morskiej wody. Milczenie nie zostało przerwane, teraz tylko zagłuszały je dźwięki plaży. To jednak nie wystarczało, by zagłuszyć niezręczność, jaka istniała między tą dwójką. Nie było nawet tematu do rozmowy, który mogliby poruszyć i w ten sposób jakoś przełamać te pierwsze lody. Plany Skrzydlatego obróciły się w pył, gdy tylko odkrył, że wcale nie czuje się tak pewnie przy swojej oblubienicy niż z początku myślał. Gdzieś uciekła, pewności, czemu cię zgubiłem? Kędy żeś poszła i dokąd się schowałaś? Właśnie! Wiersze! Być może będzie mógł zachwycić wybrankę serca swoimi wierszami. Musiał tylko jakoś łagodnie do tego podejść.

– Jeśli dama pozwoli... Czy interesujesz się może sztuką mówioną w typie wierszy?

Domino zamrugała oczami, wyrwana z własnego, zamkniętego światka. Basior uważał to za uroczą reakcję i niemal zarumienił się na ten widok. Och, jakaż ona była cudowna!

– Chyba nieszczególnie się nad tym zastanawiałam... – odpowiedziała cicho, kładąc po sobie uszy. Skupiła swój wzrok przed sobą. – Nie sądzę, bym często słyszała poezję. Dlaczego pytasz?

– Tak się składa, moja pani, że akurat zajmuję się w wolnym czasie układaniem wierszy. Mam nadzieję, że nie przeszkodzi ci, jeżeli wyrecytuję jedno ze swoich dzieł? Co prawda nie sięga nawet stóp twojej urody, jednak uważam, że taki cudowny kwiat zasługuje na odrobinę inszego rodzaju promieni słońca. Rozumiem, że jest to propozycja dość nagła i bezpodstawna, więc jeśli nie życzysz sobie wiersza, możemy skupić się na zwykłej rozmowie...

– Nie, nie! Bardzo chętnie posłucham! – Wadera ożywiła się nieco na tą propozycję. Pewnie po prostu była zaskoczona tak niespodziewanym tematem, ale Kamael nie umiał się powstrzymać przed pomyśleniem, że to dzięki niemu, jego obecności, stała się pewniejsza siebie.

Wziął głęboki wdech, zastanawiając się, który z utworów wyrecytować. Najlepszy będzie zapewne wiersz o samej Domino, by mógł ją uraczyć czymś na poziomie, tylko że nie sądził, że któryś z wierszy się do tego nadaje. Postanowił poniekąd improwizować. Teraz, będąc tu ze swoją ukochaną, czuł napływ inspiracji jakiego nie doświadczył od rozejścia się ze swoją narzeczoną w Alis Caelorum. Nie, żeby wtedy się kochali, a już na pewno nie kochał tamtej wadery tak jak teraz ten cudowny, nakrapiany pyszczek, jednak ta rozłąka spowodowała u niego wewnętrzny smutek skutecznie ograniczający napływ weny. Zmieniło się to właśnie w tym momencie, przy Domino. Była dla niego aniołem. Wybawieniem. Muzą, której potrzebował do tworzenia... nie, nie tylko do tworzenia wierszy. Do istnienia. Do życia. I to musiał właśnie ująć w swoim wierszu specjalnie dla niej.

∾∾

Róża? Czymże jest róża, jak nie chwastem

Marniejącym w blasku tych różanych oczu

Kwiaty jaśminu czy krucze pióra - to nic

Przy tej nakrapianej czarnym tuszem sierści

Swych skrzydeł powstydziłby się każdy ptak

Widząc skrzydła tak cudne i miłe, nie ptasie

Księżyc zawstydzony i dumny wygląda

Chcąc oświetlić tego anioła swoim bladym blaskiem

A słońce wyróżnia każdy jego kontur

∾∾

Czy dobrze odzwierciedlił urodę tej wadery? Nie dobrze. Jej urody żadne słowa by nie opisały. Przyrównywanie do motyla było obrazą, bo w jaki sposób to brzydkie, pokryte chityną stworzenie miało się równać takiej cudowności? Tu nie było przyrównań. Tu nie powinno być nawet słów.

Spojrzał na Domino, nieświadomie w oczach trzymając pełną miłość. Każdy wierszy był dobry. Ale ten był jak dotąd najlepszy.

<Domiś?>

sobota, 4 grudnia 2021

Od Domino CD Kamaela ,,Kochanie, bądź moja!" cz.2

Czasami mam wrażenie że jestem tylko zjawą. Przemykam po świecie niezauważona, jestem tak nieważna, że czasami zdaje się, że jeśli ktoś spróbował by położyć na mnie swoją łapę, ta zapadłaby się w nicości. Czasami wilki gdy na mnie patrzą, wydają się gubić spojrzenie gdzieś poza, jakby moja przeźroczystość nie pozwalała na skupieniu na sobie wzroku. Od bardzo dawna traktowałam to za naturalną kolej rzeczy. Przyzwyczaiłam się nawet, stało się to moją nową strefą komfortu. Przestała wypatrywać fatamorgan, gdy tysięczna oaza okazała się tylko następną wydmą. Przemierzałam pustynię z pozytywną obojętnością, z przeświadczeniem, że tak już musi być.
Jakim szokiem było spostrzeżenie, że ktoś podchodzi do niej i nie omija jej obojętnie. Było to dziwne, ale akceptowalne, zjeżyło jej sierść na karku, ale nie spłoszyło. Później doszły słowa. Potraktowałaby je jako komunikat, który nie był pewnie kierowany do niej, ale gdy usłyszała własne imię, uszy podstawiły się na sztorc. Odpowiedziała niepewnie, licząc, że osobnik wkrótce sobie pójdzie. Ale mówił dalej.
Cudowna dama
Dama. Plaża, spacer, zima, prawie zima. Plaża spacer prawie zima. Morze, piasek, plaża. Spacer.
Zaszczycony
Dama
Dama
Dama
Zamarłam.
Czułam się niekomfortowo ucieleśniona. Zmaterializowana wbrew swojej woli. To spojrzenie już nie przenikało mnie obojętnie a zatrzymywało się centralnie na mnie, na ciele, na futrze, łapach, skrzydłach, uszach, twarzy. BOŻE DLACZEGO ON NA MNIE PATRZY. Miałam ochotę schować głowę w piasek byleby tylko ukryć wyraz pyszczka. Nie mogłam już zniknąć, stałam się realną postacią, od której wymagano w tym momencie odpowiedzi. 
Czas płynął nieubłaganie, czuła wodospad sekund na własnym karku. 
Co mam odpowiedzieć?
Podniosła pyszczek w przestrachu. Z kim rozmawiała?
Basior, kremowy basior. Niski dość, byłabym od niego ciut wyższa, gdybym się tak nie garbiła i nie kuliła. Kremowe łapy, grube futro, trochę skołtunione od wiatru, ale lśniące na piersi. Ma skrzydła, duże i silne i piękne lotki. Ściskał je przy bokach kurczowo, chyba się czymś przejmował. Trochę wyżej, broda mała, trochę kocia, czarny nos, zaciśnięte wargi, oczy. Oczy. Przypominały jej kolor nieba latem. 
Szybko spuściła wzrok. Za długo patrzyła. Przypomniała sobie, że zostało mi zadane pytanie. Czuła, że cisza pomiędzy nim, a odpowiedzią wydłuża się niemiłosiernie boleśnie. Czuje, że go zawodzi tym milczeniem. Zapomniała o co pytał. 
Plaża. Spacer, plaża, zima spacer prawie. Plaża spacer prawie zima. Morze, piasek, szum. Spacer. 
Zaszczycony.
To miło z jego strony. Tylko dlaczego pytał? Czy wraz z materializacją jej istnienia nabrała nowej wartości? Czy ten brudny, pusty kąt w oczach innego wilka może wydawać się nie taki, jaki jest? A może to spojrzenie czyni coś tym, czym jest. Gdy ten wilk do mnie mówi, czuję się mniej bezwartościowa. On mi swoją uwagą coś jakby wtłacza. Coś nadaje. Nazywa coś, co nie mogło zostać nazwane, bo nie istniało jeszcze.
Czy naprawdę byłby zaszczycony?
Podniosła wzrok jeszcze raz. Niebo latem. Poczuła, że jej cieplej, a ciało mniej się kuli.
- Jak ci na imię jeśli mogę zapytać?
- Kamael moja pani.
Moja pani
- Z chęcią, jeśli mnie zaprowadzisz, Kamaelu.- uśmiechnęła się ciepło.- Którędy najbliżej do plaży?
Kremowy basior zamrugał dwa razy po czym niezgrabnie wskazał skrzydłem kierunek spaceru.
Szła w milczeniu, nadal nie dowierzając obecności kogoś u jej boku. Zastanawiała się kiedy ten sen dobiegnie końca, a ona obudzi się sama na swoim posłaniu z iskierkami fantazji nad głową.  

(Kamael? Wiem, że mało się akcja posunęła, ale musiałam wszystko z perspektywy Domino opisać xd )

poniedziałek, 29 listopada 2021

Od Kamaela - "Kochanie, bądź moja!" cz.1

Skrzydlaty bardzo chciał ukryć swoje uczucia, naprawdę. Nie były zdrowe, stanowiły chorobę, z której powinien się leczyć. A jednak oto on, zacny Kamael, potomek Watahy Alis Caelorum, oddaje się w objęcia choroby o nazwie uzależnienie i z ogromną chęcią popada dalej w obłęd, nie przejmując się konsekwencjami swojej słabości. Teraz już nie zamierzał chować się w krzakach jak najzwyklejszy stalker. Chciał pogadać twarzą w twarz, spędzić trochę czasu razem, poznać dokładnie zapach swojej ukochanej Domino, słyszeć jej głos z bliska, może nawet poczuć jej ciało. Zakochał się do szaleństwa, a to szaleństwo właśnie założyło gniazdo w jego dotychczas uporządkowanym, zdrowym umyśle i absolutnie nie planowało się wyprowadzić. Skoro ma być szalony, niech będzie szalony i basta! Kochać każdy może, jeden lepiej, drugi na szaleńca, ale przecież to ciągle jest miłość. Za miłość można umrzeć. Za miłość można zabić. Kamael nie obawiał się więcej, czy Wataha Srebrnego Chabra go takim zaakceptuje, czy Domino przyjmie jego oślizgłe, bijące serce. Jeśli nie będą go chcieli, po prostu się zabije. Nie odejdzie, nie mógł by żyć bez swojego ukochanego kwiatka, bez łaciatego aniołka, na którym już na zawsze utknęły jego oczy. Zabije się jak romantycy z dawnych lat, by pokazać swój bunt przeciwko światu i jego fałszywej sprawiedliwości. A jego miłość pozostanie tu, z Domino, dopóki jej serce będzie wciąż rytmicznie uderzało w zamkniętej klatce piersiowej. A potem ona do niego dołączy i już nigdy nie ucieknie. Będą razem szybować po niebie, dwa anioły, dwaj Skrzydlaci, zakochani w sobie do kresu czasu. Nikt mu nie odbierze jego Domino. Nikt. A teraz pójdzie się z nią spotkać.

Znalazł ją w miejscu, gdzie już wiele razy obserwował to boskie dziewczę. W końcu doskonale znał jej przyzwyczajenia, jej rozkład dnia, nie mogła go w żaden sposób zdziwić. Był na nią gotowy. Musi się postarać, by z początku nie pokazać swojego szaleństwa, ale nie miał pojęcia, czy mu się uda. Nie wiedział, jak wygląda. Przed tym spotkaniem wziął dokładną kąpiel, wymył wszelkie brudy, jakie mogły znajdować się na jego ciele. Wykorzystał zrobiony cieplejszą porą płynny zapach lasu, by być jakkolwiek bardziej atrakcyjnym, bo był pewien, że niemal każdej waderze się taki zapach podoba. Wyczesał swoje futro szyszką, ułożył je, wypielęgnował, by błyszczało w promieniach słońca. Wszystkie pióra po kolei poprawił, wyrwał te luźne i brzydkie, żeby prezentować się jak najlepiej. Dopiero wtedy poczuł, że jest gotowy na tą najważniejszą rozmowę w jego życiu.

Wyszedł na spotkanie swojej miłości, powtarzając w głowie słowa, jakie chciał jej powiedzieć. Kocham cię. Chcę, byś była moja. Potrzebuję cię w życiu. Nic nas nie rozdzieli. Ale nie mógł od tego zacząć, wtedy z pewnością go nie pokocha. Musiał podejść do niej ostrożnie, jak do przestraszonego zwierzątka, z którym pragnął się zaprzyjaźnić. Inaczej zwierzątko się spłoszy i ucieknie. Musiał wyciągnąć łapę, pokazać, że wcale nie jest groźny. Pokazać, że nie ma złych intencji. Wtedy Domino będzie jego.

– Witaj, Domino – przywitał się grzecznie, jak na dżentelmena przystało. – Mam nadzieję, że ci w niczym nie przeszkadzam.

– O, hej. znaczy witam. – Różane oko wadery spojrzało na przybysza z zaskoczeniem kręcącym się w źrenicy. – Nie, nie przeszkadzasz. O co chodzi?

– Chciałem zapytać, czy taka cudowna dama jak ty nie zaszczyciła by mnie swoim towarzystwem podczas prawie zimowego spaceru. Możemy udać się na plażę, by posłuchać szumu morza i pospacerować po piasku. Oczywiście nie nalegam, nigdy nie zmusiłbym damy do czegoś, czego ona nie chce robić, ale byłbym naprawdę zaszczycony, gdybyś zechciała udać się ze mną na ten spacer.

Formułka odprawiona. Pewnie brzmiał dosyć porządnie, może trochę dumnie i staroświecko, ale z pewnością pochwycił uwagę Domino. O to mu chodziło. Miał szczerą nadzieję, że z nim pójdzie, wtedy na spacerze będzie mógł udawać takiego idealnego i zwyczajnie zainteresowanego jej osobą. Jak dobrze pójdzie za parę dni będą dobrymi znajomymi, a potem do miłości niedaleka droga. Będzie musiał się tylko o nią troszczyć, jak o bogini, którą jest, a wtedy ona go pokocha. I będą się kochali. I będą na zawsze razem, nawet po śmierci.

<Domino?>

wtorek, 2 listopada 2021

Od Kamaela - trening siły 7

Małe wilcze stworzonko wirowało nad głową skrzydlatego, strojąc miny i ewidentnie się z niego naśmiewając. Machało przednimi nóżkami na styl skrzydeł, udając ogromny ból, po czym robiło fikołki w ataku szaleńczego śmiechu. Dźwięki, które wydawało, o wiele bardziej przypominało ludzkie dzwoneczki, jakie te dwunogie stworzenia przyczepiały swoim kotom albo stroiły domy w okresie zimowym. Nie było tu pisków, szczeknięć czy wyć. Zaledwie to wysokie, irytujące dzwonienie.

– Przyszedłoś się tylko śmiać? – mruknął Kamael, mrużąc oczy. – Wiesz, że tego nie znoszę. Mogłobyś przynieść jakieś wieści dotyczące mojej rodziny, a nie żartować sobie z mojej niedoli.

Kami spojrzało na wilka, przekręcając z zainteresowaniem główką. Nie wyglądało, jakby rozumiało w pełni słowa wypowiedziane przez obrońcę, ale przynajmniej było urocze. W niczym to jednak nie pomagało.

– Byłoś u mnie w domu? – dopytał kremowy. – Widziałoś coś? Chciałbym wiedzieć, jak jest w domu... Błagam, chociaż pokaż, jak tam teraz jest!

Stworzonko przez jeszcze chwilę przyglądało się z głupiutką uwagą, potem jednak wyjęło z ogona liścik i podało Kamaelowi do łapy.


Gratulacje!