
sobota, 3 stycznia 2026
Odchodzą!

sobota, 1 kwietnia 2023
Od Piwonii CD Cykorii - "Wrzesion" cz.4
—Moja kochana, ty. Nie masz się co bać. W najgorszym
przypadku na nas naplują! — pocieszyła ją. Jej łapa zabrała skrzydło z drogi.
Spotykała wiele watah na swojej drodze i te raczej jej nie atakowały. Być może
nadal była w zasięgu posłuchu własnego ojca lub o zgrozo własnej, gdyż na
swojej drodze kiedyś przypadkiem kogoś pozbawiła życia. Ale to historia na inną
cześć dnia. Teraz powoli zmierzała w kierunku głosów, które powoli acz miarowo przemieszczały
się pośród lasu. Jej towarzyszka bardzo niepewnie podążała za nią w milczeniu.
Ale co innego mogłaby zrobić, zaprzyjaźniły się już w końcu. Taką przynajmniej
Piwonia miała nadzieję. Kroki puszystej samiczki były spokojne, pod nosem
mruczała piosenkę bujając biodrami na boki. Zupełnie nie bojąc się o własną
skórę. W końcu kto nie sprawia wrażenia niebezpiecznego, niebezpieczny
niekoniecznie jest. Pozory trzeba było robić. Zbliżyły się do nich dość mocno
jednak Piwonia niewzruszona nie zatrzymała się nawet na sekundkę, tym razem
zaczynając podśpiewywać pod nosem.
—kto tam idzie? — udając wielce zaskoczoną wystawiła głową z krzaków.
—Dobry. — przywitała się. Jej postura przypominała nieco szczenięcą z takiej odległości,
więc dwa wilki spoglądające na nią nieco odetchnęły. Spięły się ponownie gdy
cała wyszła z rośliny zdejmując z siebie listki. — Jak się macie? — pomachała
im łapą. Jej koleżanka trzymała się w cieniu, pewnie przerażona, lub niepewna
co ma zrobić.
—Kim jesteś?—
—Piwonia miło mi. — dygnęła delikatnie zaraz się prostując i zadzierając głowę
na wyższego od siebie samca. — A tam w krzakach moja nieśmiała koleżanka,
Cykoria. —
—Dobra, dobra. Czego szukacie? —
—Właściwie to nie wiem. Wskazówek na drogę. Trochę zagubione jesteśmy, ale też
nie wiemy dokąd mamy iść. Z pewnością nie na wschód. Tam nie ma już po co,
jednie puste kamieniołomy i wielka woda, ni widu ni słychu lepszego lądu. To
pomyślałam, że może na zachód, ale z całego tego rozgardiaszu nie dość, że
zgubiłam drogę w tym śniegu to jeszcze nie wiemy co tam jest. A wy stamtąd zmierzacie!
— w tle rozległo się skomlenie o skałach, jednak basior przed nią wydawała się
być niewzruszony.
—Daleko na zachód… długo są jeszcze lasy, ale potem przerzedzają się. Zamieniają
się w śnieg. Połacie i łąki śniegu nienaruszone niczym jak paroma krzewami.
Ciężko tam o jedzenie, ponieważ ziemia stwardniała jak diabli. Lód i zimo
wszędzie cały rok, a potem wysokie góry. Ciężko wam będzie przewędrować przez nie.
Jak zboczycie odrobinę z zachodu ku południu, a potem całkowicie w jego stronę
to dojdziecie na tereny gorące, bardzo intensywnie zasiedlone przez ludzi i ich
wymysły. —
—Widzę, że bardzo światowo! — jej koleżanka gdzieś w połowie tej całej rozmowy wysunęła
się odrobinę w przód. Teraz stała w świetle słońca. I Piwonia musiała przyznać,
że miała bardzo ładną koleżankę. Takiej jeszcze nie spotkała, zwłaszcza ze
skrzydłami.
—Tak, tak. A teraz uciekajcie. Przyciągacie oczy, a nam ich nie potrzeba.—
—spoko. Uważajcie na watahę Artura. Jeszcze trochę na wschód i wam ogony
poodgryzają. Nie lubią dużych.. i małych zbiorowisk i przybłęd. Mniej ich od
was, ale więksi są. Pa! — pożegnała się i po prostu odwróciła do nich plecami. — Idziemy dalej prawda? To nie wataha dla
nas, uwierz mi. Za dużo samców, za mało samic. Jeszcze zmusili by nas do
zostania matkami na siłę. Widziałam już takich i spotkałam. — pokiwała głową. —
Na zachód i potem na południe! — podniosła łapę wskazując drogę.
Zapowiadała się długa i zimna podróż, ale jaka przyjemna, wzbogacona o przyjemność przebycia jej we dwie osoby.
<Cykoria?>
wtorek, 27 grudnia 2022
Od Cykorii CD Piwonii - "Wrzesion" cz.3
Umrę
Pomyślałam, patrząc na rozrywaną przez niezmierzone pokłady energii nową koleżankę. Mimo jakże krótkiej znajomości, zaczynałam kwestionować swoje wszelkie wybory życiowe prowadzące do tego momentu. Co prawda lepsze to, niż nie do końca zrozumiałe bluzgi i błyskanie kłami, ale ile da się wytrzymać w takim jazgocie? Można by dojść do wniosku, że Piwonia, jak się przedstawiła, otrzymała od losu możliwość wokalizowania myśli za nas obie. Niestety równowaga w przyrodzie została widocznie zachowana wysuszając do połowy strumień jej myśli, który teraz zdawał się zatrzymywać na coraz większych głazach, które z trudem przychodziło mu pokonać.
Kiwnęłam głową, co moja towarzyszka ledwo zdążyła zarejestrować, gdyż już kłusowała w sobie tylko znanym kierunku. Westchnęłam cicho. Sama zgotowałam sobie taki los. Z drugiej strony, jakie ja miałam prawo narzekać? Ta wilczyca nie znała mnie kompletnie, a już zdążyła zaproponować mi jedzenie, towarzystwo i mimo trudności w komunikacji, odgadła moje imię.
Przynajmniej tyle.
We względnym spokoju spożywałam swoją zdobycz, obserwując brązową kulkę futra tarzającą się w wodzie. Nie do końca rozumiałam jej podejście do życia, ale nie poddawałam w wątpliwość jej metod. Najwidoczniej do tej pory się sprawdzały, co uważałam za najważniejsze. W końcu to wynik, a nie obrana strategia liczy się najbardziej. Mimo, że teoretycznie jedno wpływa na drugie...
— Masz. Pasują ci takie? Mogę złapać jeszcze więcej, oczywiście jeśli chcesz!
Czy ja naprawdę jeszcze wczoraj skarżyłam się na ciszę? Dzisiaj to jedyne, czego pragnę.
Wadera rzuciła przede mną kilka ryb, po czym sama złapała jedną do pyska. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, ile z jej masy to faktycznie futro, a ile obżarstwo. Jak można zjeść jakąś... Sarnę, by zaraz potem opychać się sandaczami i innymi okoniami?
Co nie zmieniało faktu, że wciąż hipnotyzowała swoją przedziwną urodą. Miała przyjemny pysk, wzbudzający automatycznie zaufanie. Jak gdyby nie musiała wymówić ani jednego słowa, co oczywiście trudno byłoby wyegzekwować w rzeczywistości, aby oddać pod jej opiekę swojego partnera, dzieci i cały dobytek. Miała w sobie coś ciepłego, a zarazem jakąś dziwną aurę dostojności, mimo ewidentnego roztargnienia i gadulstwa. Jej futro, teraz w połowie mokre i przez to poprzyklejane do siebie, opadające w dół, mimo wszystko wciąż wydawało się imponująco miękkie. Może gdyby trochę o nie zadbać...
Na pewno przyjemnie byłoby się do niej przytulić w chłodne noce.
Zatrzymałam swoje myśli od marszu w tamtym kierunku. Nie chciałam, nawet tylko w swojej głowie, przekraczać granic wciąż jednak nieznajomej wilczycy. Brakowało mi ciepła drugiej istoty, która mogłaby ponieść na duchu samą obecnością. Wspomnienia poleciały w stronę mojej siostry, z którą tak często spałyśmy razem wtulone w siebie, szukając ochrony przed górskimi temperaturami i pocieszenia po kolejnej kłótni z matką. Nietaktownym byłoby wymagać takiego przywiązania i takich samych odruchów od innych. Na własne życzenie pozbawiłam się tego, do czego teraz wołało moje serce. Musiałam w końcu wziąć się w garść i przełknąć fakt, że moje życie tak teraz będzie wyglądać.
Poczułam świdrujące spojrzenie wbite w moją osobę. Nie musiałam nawet podnosić oczu, żeby wiedzieć, kto powiesił na mnie swoje oko. Nie, żebym miała duży wybór w zgadywaniu.
— Wiem, że nie mówisz, ale widzę, że także za bardzo nie słuchasz — powiedziała w końcu. Zdziwiła mnie jej nagła umiejętność obserwacji — Zdążyłam złowić więcej ryb, a ty wciąż patrzysz na jedną i tą samą, zamiast ją zjeść.
Och. Tak, cóż, to wiele tłumaczy. Ile ja musiałam być zagubiona w myślach?
,,Wybacz"
Otworzyłam pysk, z którego wydał się raczej dziwny świszczący dźwięk, niż jakieś słowo. Nie był to nawet szept. Zmarszczyłam pysk. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zdarzyło mi się zapomnieć o mojej nowej przypadłości. Jeszcze na początku żałośnie i desperacko próbowałam wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk podobny do słowa. Ale nigdy się mi nie powiodło.
Potrząsnęłam głową, próbując się przywrócić do rzeczywistości. Ryby. Piwonia. Drzewa dookoła nas. Strumień. Tak, powoli świat stawał się coraz wyraźniejszy w moich oczach, gdy ciemne, gęste chmury myśli powoli i niechętnie odsłaniały pola mojego umysłu. Skinęłam głową w stronę nowej koleżanki, żeby poinformować ją o tym, że w tym momencie ma już moją uwagę. W prawie tym samym momencie jednak złapałam nowy zapach na wietrze. Patrząc po Piwonii ona również to wyczuła. Wilki.
Wskazałam pyskiem na niebo i już po chwili unosiłam się w powietrzu, próbując z daleka wypatrzeć, kim mogli być przybysze. Ku mojemu zdziwieniu, tuż za linią drzew spory kawałek od nas zauważyłam jakąś... watahę? Jeśli tak, nie wydawało mi się, aby byli tam wcześniej. Duże wędrujące grupy nie były częstym widokiem. Z doświadczenia zdarzało mi się wpadać na rodzinę, dwie. Tutaj, oceniając z tej odległości, oceniłam liczebność na tuzin, max 16 sztuk. Stanęłam ponownie przy boku mojej towarzyszki.
— Wataha? — kiwnęłam głową — Duża? 11, 12? — ponownie kiwnęłam, jednocześnie szybko machając pyskiem w górę - Lub więcej? - przytaknęłam, od razu wskazując kierunek.
— Idziemy? — wadera nie czekała nawet na moją odpowiedź. Radośnie kłusowała w stronę obcych, pomijając całkowicie, jakie niebezpieczeństwo może to za sobą nieść.
Zatrzymałam ją skrzydłem i wyrazem pyska, na tyle na ile się dało, próbowałam przekazać swoje obawy. Z poprzednich sytuacji udało mi się wyjść dlatego, że umiałam latać a i ilość przeciwników była mniejsza. W tym przypadku wolałam dmuchać na zimne.
< Piwonia? >
niedziela, 6 listopada 2022
Od Piwonii CD Cykorii - "Wrzesion" cz.2
Zimne powietrze ocierające się o nos, słodko przebierające lokami futra i śnieg, a raczej jego resztki, okalające poduszki łap. Czego można pragnąc od życia więcej niż niepohamowanej niczym możliwości dążenia do nieznanego duszy celu. Przed siebie, a im dalej tym lepiej. Jej łapy powoli osunęły kępkę sypkiej bieli aby spod niej uwolnić dzwonkowate kwiatuszki które z niemą radością zakołysały się na wietrze. Jej futro zadrżało przy kolejnym ruchu łap i niczym mała góra z radością przemierzała świat dalej i dalej.
Kogokolwiek spotykała na swojej drodze śmiała nazwać przyjacielem, nie ważne
jak oddalone to od prawdy było. I nie przeszkadzało jej że niektórzy nie chcieli jej obecności wokół
siebie. Jednak nie pozostawała z nimi za długo. Nigdzie nie była w stanie
zagrzać sobie miejsca, gdyż nigdzie go dla niej nie było. Nie należała do
samotników, więc nie chciała krążyć sama, na co na razie była skazana. Z drugim
samotnikiem także nie mogła chodzić, gdyż to mijało by się z definicją tego
słowa i zjawiska. Takim nie można wchodzić w paradę na za długo. Kiedyś jakiś
już użarł ją w ogon jak zaczęła być wkurzająca, a to zazwyczaj dzieje się dość
szybko. A watahy? Nie każda potrzebowała nowych członków. Niektóre ją nakarmiły
i posłały dalej, inne w ogóle zezwoliły tylko na przemierzenie po swoich
terenach. Z kolei te które przyjęły ją z otwartymi łapami, były zwyczajnie w
świecie identyczne do tej jej. Nudne i przesycone basiorami śliniącymi się do
jej tyłka. Jakże irytujące. Politycznie wyprane sfory i zrzeszenia wilków były
zaskakująco popularne wokoło. Niektóre liczyły członków których cało się
zliczyć na jednej łapie ludzkiego osobnika. A inne były tak ogromne że nie dało
się ich zliczyć inaczej niż w formie spisu powszechnego. Stąd Piwonia
przenosiła się miejsca na miejsce nie
bardzo wiedząc gdzie na stałe może zagrzać sobie miejsce. Zapowiadała jej się
długa podróż, ale ku by to przeszkadzało, bo z pewnością nie jej.
Jej krótkie nóżki przedarły się przez śnieżek, błoto, deszcz i wiatr. Cokolwiek
świat rzucał w jej kierunku odbijała ze zdwojona siłą w jego stronę gotowa
nawet zbić, aby móc brnąc w ten nieznany i niezmierzony świat. Więc tak szła.
Właściwie gdzie jej się tylko żywnie zachciało. Jadła co znalazła i upolowała,
spała gdzie popadło. I tak było też tym razem. Zadowolona ułożyła się na ziemi
,wcześniej wydeptując krąg w niewielkiej ilości trawy. Jej uszy oczywiście
nasłuchiwały uważnie, jednak ciało raczyło zrelaksować się i odprężyć do
reszty. Zmęczone chodzeniem łapy zawinęła pod siebie, nagle z wilka stając się
kupką sierści, bez głosy, bez łap. Jakby leżało i nie istniało. Jedynie oddech
zdradzał światu, że żyje. Jej „kamizelka” unosiła się i opadała miarowo. Tak spokojnie.
Błogo wręcz. Dlatego też zaskoczona była kiedy powiew wiatru zbudził jej
zmysły. Ten był tak inny od tego szumiącego w liściach drzew i bawiącego się w
akacjach. Uniosła głowę, aby resztką zaspanego oka zobaczyć niewyraźną postać
składającą swoje skrzydła. Ziewnęła. Rozciągnęła się i obejrzała za siebie skąd
dotarł jeszcze jeden zapach. Jej oczy zeszły się z wilkiem , którego zupełnie
nie znała, ale na którego posturę patrząc, chciał poznać ją. Niekoniecznie w
dobry sposób. Zaśmiała się pod nosem. Nie była słaba, pomimo że była nieduża.
Wskoczyła na równe łapy szczerząc się jak idiotka.
—Dzięki za pobudkę! — machnęła ogonem na skrzydlatego stwora, niezbyt przejęta
nadbiegającym zagrożeniem. Zgrabnie za to raczyła uskoczyć w bok kiedy masa ciała
wroga wzbiła się do wyskoku. I wylądowała tam gdzie przed chwilą była mniejsza
z tej nowo zebranej trójki. Piwonia zaśmiała się racząc obdarzyć przeciwnika
piachem w oczy.
—Uciekamy. — zawołała bokiem popychając delikatnie nowego koleżkę. Skrzydlaty
wilk widocznie zachwiał się na łapach, ale pobiegł za nią. Zakołatały się
między krzakami. I Piwonia prowadząc co jakiś czas oglądała się na
nieznajomego. Do czasu kiedy nie była pewna, że są już bezpieczni. Kolejna
polana otuliła ich dwoje słodkimi promieniami słońca i spokojem. Mokra trawa
powoli moczyła sierść wokoło łap.
— To była naprawdę miła przebieżka — przyznała do siebie na głos, na sekundę
zapominając o istnieniu drugiej osoby. — Oh. Gdzie moje maniery! Jestem
Piwonia, bardzo miło mi cię poznać. — potrząsnęła łapą obcego, zupełnie nie przejmując
się niczym i nawet nie bardzo czekając na pozwolenie. — A ty? Mogłabym poznać
powód mojej pobudki i skóry w całości? —
Wilk zmarszczył delikatnie nos i wypuścił nim szybko powietrze. Piwonina
przechyliła głowę w szczenięcym geście zaciekawienia i częściowo
niezrozumienia. Widocznie nie dochodziło coś do niej. Wilk naprzeciw niej
raczył pazurem wygrzebać coś w ziemi. Oh.
—Nie mówisz? — palnęła jakby to nie było najwyższą oczywistością. Skrzydlate
stworzonko zadarło na nią głowę, a w oczach zaświeciło mu może niedowierzanie.
Politowanie? Ciężko powiedzieć. Piwonia nawet nie zauważyła! — Nie szkodzi. Ja nie czytam ! — zaśmiała się
serdecznie. Jej nowy towarzysz przestał brodzić łapą w błocie i spojrzał na nią
z paniką. Jednak ta kulka pozytywizmu nie widziała w tym żadnego problemu.
Nachyliła się szybko ku ziemi. — O. Jesteś samicą, jak ja! — widocznie tym
gestem spłoszyła swoją znajomą gdyż ta spięła się i może nawet nieco zasłoniła.
Ale Piwonii brak wszystkich klepek i zmysłu społecznego. Bardziej niewinnie
bezczelnym od niej być się już nie da. — To skoro ty nie mówisz, ja nie czytam
to jakoś musimy ustalić twoje imię. Ale może najpierw… Jesteś głodna? Bo ja
tak. Upoluję nam coś. Zostań tutaj! — pisnęła machając jej i znikając jednym susem w krzakach. Wyczuła
zwierzątko. Małą sarenkę, jakiegoś niedorostka. I nie pomyliła się bardzo! I w
parę minut mogła powlec się z powrotem do miejsca spotkania i tam gdzie porzuciła
prawie bez słowa nową znajomą. Zupełnie bez myśli, że mogła zostać porzucona w
trakcie tych paru minut polowania, wróciła na polanę. Sarna uderzyła o trawę, a
Piwonia, z ogonem machającym na prawo i lewo, podniosła głowę na nową
koleżankę, która, już spokojniejsza podeszła
bliżej.
—Częstuj się. Smacznego! — panienka z kamizelką wbiła się w obiad żwawo unosząc
głowę, kiedy zauważyła, że jej koleżanka węszy jedynie niepewnie. — Ah.. może
nie jesteś głodna, albo nie wiesz co to. Nie szkodzi! Jesz wiewiórki? —
pokręciła na nie. — Wilki? — panicznie na nie. — hymn… sarny też nie. Dziki? —
nie. — Wydry? — nie — może tygryska. Ja kiedyś miałam okazję. Co prawda był
porzucony przez ludzi, parudniowy i nie smakował najlepiej, ale głodnemu nawet
chleb smakuje jak miód! — nie. — Nie… to… ryby? — tak. Tak ryby! Piwonia zamachała
ogonem. — To jak jesteś głodna to zjem i pójdziemy coś gdzieś znaleźć! —
zarzekła się, jakby biorąc już za rzecz pewną, że ich podróż od teraz odbędzie
się w parze. — Ale twoje imię. — przeżuwając kawałek mięsa zastanawiała się jak
rozwiązać i tą kwestię.
—Zaczyna się może na A? B? C? Na C! —
hymmm. Piwonii zaświeciła się lampka nad głową. Najedzona wstała i przekroczyła
nadgryzione ciało. Zajmą się nim padlinożercy. — A druga litera? A? B? C? — i
możecie się domyślić, że wyrecytowała tak każdą głoskę jaka pamiętała z
młodości i umiała wymienić.
—A więc Cykoria! Ładnie. Ja jestem Piwonia! Też ładnie nie?! Jak taki kwiatek,
haha! Chodź. Idziemy na ryby! —
<Cykorio?>











.jpg)















