Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 stycznia 2026

Odchodzą!

Epidemia nalotnika gardła zebrała żniwo, choć wśród imion wykreślonych ze spisu ludności i stanowisk znajdują się też imiona obywateli, co do których nikt nie ma pewności, czy rzeczywiście byli chorzy... No cóż, czasem jedno czy dwa ziarna piasku zagubią się w beczce cukru i nigdy nie zostaną odnalezione, co najwyżej za rok czy dwa zachrzęszczą komuś w zębach.
Przed nami zwycięzcy wczasów po wsze czasy. Powitajmy ich minutą ciszy.
Wyjątkowo zawieramy w ogłoszeniu zarówno zwykłych, wolnych i niewolnych obywateli Chabrowego Reżimu.


Laponia - powód: śmierć

Almette - powód: śmierć

Domael - powód: śmierć

Oliwia - powód: śmierć

Alta - powód: śmierć

Szklanka - powód: śmierć

Mi - powód: śmierć

Frezja - powód: śmierć

Konstancja Krzemkowa - powód: śmierć

Brzoza - powód: śmierć

Nymeria - powód: śmierć

Kali - powód: śmierć

Ruka - powód: śmierć

Szalka - powód: śmierć

Piwonia - powód: śmierć

Cykoria - powód: śmierć

Domino - powód: śmierć

Tiska - powód: śmierć


Falvie - powód: śmierć

Kamael - powód: śmierć

Yolotl - powód: śmierć

Olivier - powód: śmierć

Theodore - powód: śmierć

Miguel - powód: śmierć

Harpia - powód: śmierć

Kezuko - powód: śmierć

Mikaela - powód: śmierć

Arteus - powód: śmierć

Xochicoatl - powód: śmierć

Szalej - powód: śmierć


niedziela, 2 stycznia 2022

Od C6 CD Ruki - ,,Przemytnicy”


Wojna to idealny czas na działanie. Czas chaosu, paniki, burzenia zastanego porządku, zamieszania i rozlewu krwi. Gdy wszyscy panikują, łatwiej przemknąć obok niezauważonym. Gdy się boją, lepiej wsiąka w nich perswazja. Słabi chowają się do swoich nor i schronów, podczas gdy ci drudzy podnoszą rękawicę rzuconą przez los i wychodzą z tego zwycięzcy. Bogactwo nie pojawia się z dobrobytu. Wyrasta z nasienia nawożonego cudzym nieszczęściem.
***
Głos dobiegający gdzieś z zimowej popołudniowej mgły szybko odnalazł do nas drogę. Krzyki Ruki z pewnością ułatwiły sprawę. Bałem się, że będzie strugał wielkiego obrońcę, jednak okazało się, że nie takiego, jak pozwoliłem sobie oczekiwać. Bronił, to prawda, ale nie granicy swojej watahy. Bronił Ruki, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. Oto przyszedł, rycerz w lśniącej zbroi, z żarem bohaterstwa w oczach, z ładną, grawerowaną blachą przy skórzanej przepasce, która miała najwyraźniej służyć za odznakę stanowiska, jakie dzierżył. Przyszedł do wołającej o pomoc, strudzonej niewiasty. Ogniste pioruny, żarzące się w jego żółtych ślepiach, zasugerowały mi jasno, że to ja jestem strasznym agresorem w tej opowieści. No masz ci los.
- Coś się stało, proszę pani?- Jego głos był niski i głęboki, jak oczekiwać by się mogło po bohaterze.- Czy ten osobnik panią niepokoi? Hej, proszę ją zostawić!
Już miał się na mnie rzucić i wyrwać utrapioną spod mojego łokcia, lecz wspomniana już ,,pani" na szczęście go powstrzymała.
- Wszystko w jak najlepszym porządku. Pilnuję go. - Dla dodatkowego zapewnienia poklepała mnie po boku, jak pieska, z tym swoim przebrzydłym, szerokim uśmieszkiem.
Nawet strażnik zmienił postawę i tylko zaśmiał się pod nosem. Obaj by dostali ode mnie laserem po dupie, gdyby mi teraz na czymś innym bardziej nie zależało.
- Ta…- Odebrałem swoją łapę spod jej uścisku, nie wiem, czy bardziej urażony, czy obrażony.- Wołaliśmy o pomoc w innej sprawie. Zgubiliśmy się na szlaku i nie wiedzieliśmy, w którą stronę zmierzamy.
- Och. Zanim odpowiem na to pytanie, zrozumcie nieznajomi, że jako stróż mam prawo was zrewidować. Nie wolno mi przepuszczać byle kogo przez granicę.
- A więc dotarliśmy do granicy?- Pociągnąłem go za jęzor.
- A jakżeby inaczej, dosłownie za tą zaspą, tą po lewej, koło samotnej jodły. Wataha Wielkich Nadziei wita przybyszów z otwartymi ramionami, hem - Odchrząknął i spoważniał.- a raczej wita, gdy nie stoją temu na drodze nadzwyczajne, ekhem, okoliczności. Z jak daleka jesteście?
- Zza morza- Wymyśliła na poczekaniu.
- Niebywałe. Czy mogę prosić o wasze imiona? Wpiszemy was do rejestru granicznego i przepuścimy dalej. - Wysunął spod paska pożółkły, mały notesik na spirali, a ze spirali kawałek zwęglonego na jednym końcu patyczka, po czym wlepił w nas oczekujący wzrok.
Gdybym nie został wzięty z zaskoczenia, prawdopodobnie nigdy nie odnalazłbym w pamięci już tego imienia. Pomimo tego, że wydawało się tak odległe, to jednak w sytuacji zagrożenia paradoksalnie jako pierwsze przychodziło na myśl.
-Iszu.- Nie spodziewałem się, jaki dyskomfort przeniknie moje ciało, gdy usłyszę to jeszcze raz. Mogłem wymyślić coś lepszego.
- Runa.
Gdybym tylko umiał przemawiać myślami, pewnie już usłyszałaby jakiś zgryźliwy komentarz o swojej kreatywności. A może to i dobrze…nie zagryzie mnie tak szybko.
Reszta formalności obeszła się bez większych problemów. Dostaliśmy pozwolenie na warunkowe przebywanie w watasze przez około tydzień, później zaczną się interesować naszymi zamiarami nieco poważniej. Wydają się nawet przyjaźni, jak na takich, co tak ochoczo zrywają sojusze.
Wskazał nam kierunek, a my zbyliśmy naszego rycerskiego jegomościa oszczędnymi uśmiechami strapionych podróżnych. Niebywałe, że poszło tak gładko.
***
Nie minęliśmy zbyt wielu wilków na swojej drodze do centrum watahy. Oczywiście mijało nas co chwila jakaś nieznajoma gęba, ale zamieszanie, jakie tutaj dało się wyczuć, skutecznie odwracało od nas uwagę. Może zerwany sojusz nie poruszył nastrojami tylko po naszej stronie granicy? Potrzeba dłuższego pobytu, by się przekonać. Gdy tylko w pobliżu nie było widać nikogo, kogo uszy wyłapałyby zbyt wiele niewygodnych informacji, zacząłem sklecać w słowa plan, jaki przez ostatnią godzinę układał się w mojej głowie.
- Plan jest taki. - Poczekałem moment, aż uwaga Ruki wczepi się w ton mojego głosu.- Musimy się dowiedzieć, kto i jak zapewnia watasze zasoby. Trzeba mieć uszy i oczy szeroko otwarte, pytać ostrożnie, ale skutecznie. Inaczej niż poprzez plotkowanie nie działamy. Nie znam ich terenów, ty tym bardziej, więc załóżmy, że podzielimy się na strony świata. Ja mogę wziąć zachód, ty wschód, tak będzie szybciej. Spotkajmy się gdzieś pośrodku, wtedy powiesz mi, czy coś masz.
- To uschłe drzewo wygląda nietypowo.- Kiwnęła łbem na pustą polanę oraz ciemny, szponiasty twór pośrodku pustkowia.
- Zbyt na widoku, ktoś nas jeszcze spostrzeże i się przylepi.
- To nie będzie dziwne, że zobaczą nas razem. To przecież nawet oczywiste.
- I tak wolę wybrać coś sam.
- Jak sobie chcesz, Apsik.
- Runa, już ci setny raz proszę, nie mów do mnie tak.- Warknąłem.
- Co poradzę, gdy twoje imię brzmi jak kichnięcie starej baby.
- ,,Iszu” i gęba na kłódkę.
- Nic nie mówię przecież. Tylko kicham.
Zrobiłbym z niej padlinę na kiju, gdyby tylko mój róg był wystarczająco długi. Skończyło się na dźgnięciu w bok, któremu zawtórowało zabawne, oburzone warknięcie. Zaśmiałem się perfidnie.
- Dobra, co za różnica. Spotkamy się pod drzewem. Gadaj z każdym o głupotach, aż nie zaczną opowiadać, skąd mają tyle metalu, papieru i tkanin.
- Pff, skąd niby wiesz, że mają?
- Widziałaś pas tego strażnika? Garbowana skóra, notes, a ta odznaka! Musiała zostać wygrawerowana tutaj, miał na niej swoje stanowisko i numer. Krzywo trochę wyskrobane, prawda, ale to znaczy, że ktoś takie rzeczy potrafi robić.
- Mogli to jakimś śmieciem wygrawerować.
- Miedzianą blaszkę? Może, ale to znaczy, że mają jakieś narzędzia, nawet jeśli znalezione. Przydatna sprawa.
- Przecież śrubokręty też były w naszej wiosce. Trochę żelastwa też.
- Niedużo, dwa na krzyż. Kilofa nie mają, już szukałem. Ledwo młot kowalowi podkradłem.
- Ach, to ty? Tak się przejął, że zamyka co noc warsztat na trzy spusty!
- Ups?- Wzruszyłem ramionami ni z krztą skruchy.- Kupi nowy, to w końcu człowiek.
Byliśmy już prawie pod uschniętym drzewem. Wiatr tutaj gnał po ziemi tak szybko, że stąpaliśmy wśród prądów wzburzonego śniegu. Tworzyły powietrzne strumyki, żłobiły zaspy, uginały suche trawy.
- Co chcesz zrobić, jak już ich znajdziemy?
- Sam nie wiem...Okradał albo pertraktował. - Westchnąłem.- Co w zasadzie będzie zależeć od ich spostrzegawczości. 
Skrawek chichotu odbił się od jej podniebienia.
- No co, innego wyjścia nie widać.- Nie lubiłem jak podważała moje kompetencje.- Powiedz, umiesz lepiej kraść czy negocjować?
Ruka zacisnęła wargi w zamyśleniu. Jej cyjanowa grzywka opadła między oczy. 
- Kradzież jest prosta. Od ludzi nawet przyjemna, bo bez konsekwencji.  Ale czy rabowanie całej watahy to nie byłoby ciut za dużo?
Byłoby. Alfa by nas powiesił, gdyby to wyszło na jaw.  Zniszczony sojusz uchyla furtkę na potencjalną wojnę, jeśli tylko dostaliby powody, a ja nie wiem, czy byłbym gotowy spać ze świadomością rozpętania piekła. Miałem piec dwie pieczenie na jednym ogniu, a nie podsycać go tak długo, aż pożre i mnie.
- Nie mamy jak z nimi handlować, jesteśmy biedni. - Przypomniałem jej.
- Może coś wymyślę.
Dotarliśmy pod ustalone miejsce spotkania. Nadszedł czas, by każdy z nas rozszedł się w przeciwne strony, wykonać swoją część zadania. Machnąłem więc łapą w geście pożegnania, a ona posłała mi intrygujące spojrzenie lazurowych ślepi, które znikło, jak tylko zwróciła się na zachód. Może rzeczywiście planowała więcej, niż początkowo sądziłem.

(Ruka?)

sobota, 18 grudnia 2021

Od Ruki CD C6 - ''Przemytnicy''

Wyruszyli przed świtem, uprzednio wykorzystując ostatni moment dostępnego przywileju jakim było otrzymanie przydziałowego posiłku. Obiecali, że stawią się rano na plaży, choć zdawali sobie sprawę, że o tej porze będą już daleko na południu, gdzie przestało sięgać oko Agresta, który pewnie siedział teraz gdzieś, drżąc o własne życie.
- Mundus zginął tej nocy – usłyszeli z wielu ust, na różne sposoby, jedni wydawali się być zadowoleni, inni zszokowani, przestraszeni, może źli? Innych to nie obeszło. Do tej ostatniej kategorii zdawali się klasyfikować Ruka i C6. Dla wadery, która widziała w swoim życiu już wiele śmierci, zniknięcie dziwnego, szarego ptaka było tak samo obojętne jak jego wcześniejsza egzystencja. C6 nawet nie mrugnął okiem na te wieści.
- Nie będziesz miał kaca moralnego? - zagadnęła Ruka, przerywając tym samym przedłużające się milczenie. Wędrowali od kilku godzin, zostawiając dom za sobą. Lecz, czy oboje czuli się z tym miejscem tak związani, by nazywać je domem? Przecież właśnie odchodzili, zostawiając tę ziemię w ofierze wrogom. Ogień, który mógł strawić zielone łąki, miał też zapłonąć w kuźniach sukcesu. Każdy chce zarobić.
- Wyglądam jakbym się jakoś bardzo tym przejmował? - prychnął C6, jednak w jego głosie dało się słyszeć dziwną nutę. Niepewność? To niemożliwe, na pewno jej się coś pomyliło. Nie robiłby tego, gdyby miał skrupuły. Wzruszyła tylko ramionami, pozwalając sobie na nieco złośliwy uśmieszek. Basior nie zwracał już na nią uwagi. Szedł naprzód, zwiesiwszy głowę, a jego wzrok wskazywał, że wszedł do świata, którego próg może przestąpić tylko on sam.
Zrobiło się ciemno, na domiar złego zaczął sypać śnieg. Bez kompasu mieliby kłopot z określeniem swojego położenia. Na szczęście igła wskazywała, że sukcesywnie oddalali się od watahy. Ruka była przyzwyczajona do długich marszów, jedyną niedogodnością były zdradzieckie zaspy, w które się zapadali. Z zewnątrz wyglądały niegroźnie, lecz okazywało się, że pod spodem jest głębokie na pół metra wgłębienie. W pewnym momencie irytacja wadery sięgnęła punktu krytycznego.
- Może zatrzymamy się gdzieś? - chciała zapytać uprzejmie, ale i tak zabrzmiało to jak chamskie warknięcie. C6 przystanął, lecz nie odwrócił głowy. Sprawiał wrażenie, jakby napinał absolutnie każdy kraniec woli, by nie wybuchnąć.
- Skarbie, jeżeli już nie dajesz rady to jeszcze nie jest za późno – odparł głosem ociekającym ironią i wskazał kierunek za nimi. Twarz wilczycy stała się nieprzenikniona jak maska.
- Dziękuję za troskę, lecz to nie mi przemarzną wszystkie mechaniczne członki przy byle lepszym mrozie. Nie mam zamiaru cię potem nieść – powiedziała głucho.
- Ja również dziękuję za troskę.
Nie odezwali się do siebie ani słowem nawet, gdy zatrzymali się na postój, który był powodem tej zjadliwej wymiany zdań. Ogień trzaskał na prowizorycznym palenisku, a cienie tańczyły na ścianach jaskini, która miała im posłużyć tej nocy za schronienie. Ruka ułożyła głowę na łapach i patrzyła jak towarzyszący jej basior wyciąga z bagażu mnóstwo ingrediencji niewiadomego dla niej pochodzenia. Nagle jej nos zaatakował zapach tak bardzo nie do wytrzymania, że postanowiła schować dumę do kieszeni i wreszcie się odezwać.
- Co to jest?! - zawołała z wyrzutem, zakrywając łapą pysk i odsuwając się pod samą ścianę. C6 posłał jej kwaśny uśmiech i jednym haustem wypił to, co przygotował. Wadera wydała z siebie zduszony krzyk obrzydzenia.
- Nie bądź taka wrażliwa, księżniczko. Myślałem, że taki widok cię nie ruszy w żaden sposób – powiedział z przerysowanym rozczarowaniem wilk.
- Nawet nie zapytam, co tam było – Ruka odwróciła twarzą do nagiej skały.
- Prawidłowo. Nie ma co wtykać nosa w nieswoje sprawy.
Zawsze musiał mieć ostatnie słowo. Obecność tej aroganckiej osoby działała jej powoli na nerwy. Momentami czuła się jakby patrzyła w lustro i widziała tam swoje powykrzywiane odbicie.
Spała głęboko, snem nadzwyczaj spokojnym. Dotleniony organizm lepiej odpoczywa, a na brak ruchu poprzedniego dnia nie mogła narzekać. Zegar biologiczny zaprogramowany na wczesne wstawanie obudził ją przed świtem. Wyjrzała na zewnątrz na zastygły, zimny świat. Na niebie świeciły blado pozostałości po polarnej zorzy, gwiazdy gasły, by oddać tron nieboskłonu najjaśniejszej. Panowała przenikliwa cisza, nie było wiatru, tylko wielkie hałdy śniegu i lodowe czapy na gałęziach drzew. Był to widok iście magiczny, jak z równoległej rzeczywistości. Zastanawiała się chwilę czy budzić C6 i ruszać dalej, ale postanowiła jeszcze chwilę posiedzieć i popatrzeć. Nie wiedziała w końcu, kiedy będzie miała kolejną okazję, by zatrzymać się chociaż na moment i po prostu oddychać.
Zjedli po dwa płaty suszonego mięsa, które zabrali z własnych zapasów. Zimą o zdobycz ciężko, a oni musieli oszczędzać siły i umysły. Ruka z pewnym bólem opuszczała ciepłą, wygodną jaskinię. To uczucie smutku szybko wyparowało, gdy zdała sobie sprawę jak wygodna się zrobiła przez pobyt w watasze. Czy to dlatego moi rodzice porzucili takie życie? Po raz kolejny w głowie podziękowała losowi za to, że podstawił przed nią szansę na powrót do przeszłości. Nie dziękowała C6. On był tylko pionkiem w wielkiej grze wszechświata, który akurat taką rzeczywistość zesłał na te ziemie. A nawet, jeżeli myliła się i to wszystko była zasługa cyberbasiora to nie miała zamiaru się przed nim pokładać w wyrazach dozgonnej wdzięczności. Co to, to nie.
- Zbliżamy się do granicy – powiadomił ją po około czterech godzinach marszu. Albo jej się wydawało albo w jego głosie słychać było leciutkie echo ekscytacji. Sama zresztą nie zamierzała się powstrzymywać. Adrenalina uderzyła jej do głowy, wyszczerzyła zęby w szalonym uśmiechu. Nareszcie coś się będzie działo!
- Opanuj się – skarcił ją niemal ojcowsko wilk, na co parsknęła sarkastycznie, ale mimo wszystko wzięła sobie uwagę do serca. Ile to razy już musiała powściągać emocje, bo inaczej cały plan wziąłby w łeb. Ktoś z jej doświadczeniem nie mógł sobie pozwalać na typowe błędy żółtodziobów. Oboje poczuli nieznany zapach obcych. Zbliżali się.
- Stójcie! - z oddali dobiegł ich przytłumiony krzyk o ostrzegawczym wydźwięku. Posłusznie zatrzymali się, C6 spojrzał znacząco na Rukę, po czym na jego pysk wpełzł wyraz łagodnej dezorientacji. Wyglądał teraz jak niespełna rozumu, co wadera szybko podchwyciła. Z wymalowanym na twarzy głębokim zatroskaniem chwyciła basiora pod ramię.
- Wyglądasz jakby brakowało ci piątej klepki – szepnęła mu złośliwie do ucha.
- A ty, jakby ci się już znudziło życie. Graj swoją rolę – warknął wilk, szturchając ją w bok.
- Skąd wiesz, że się nie znudziło? W końcu jestem tu z tobą – odparła ciepło. Zaraz potem zaczęła wołać pomocy z fałszywą rozpaczą w głosie.
 
<C6?>

sobota, 4 grudnia 2021

Od C6 CD Ruki - ,,Przemytnicy"

Na wojnie nic nie jest nielegalne

Uśmiechnął się pod nosem. Już jadła mu z łapy, a powiedział zaledwie parę słów. To było jakieś zbyt proste. Pomimo narastającej ekscytacji zachował kamienną twarz. Wiedział, jak to ma rozegrać. 
Udał, że nie słyszy pytania i począł przechadzać się po jaskini, oglądając sterty pordzewiałych śmieci. Wziął do łapy jakiś zepsuty zegarek, rurę rozerwaną od jednej strony, kawałki falowanych blach, trochę śrubek w losowych kształtach. Dawno nie widział tak obiecującej kolekcji. Może i to były śmieci, ale zdawały mu się skarbem wrzuconym pomiędzy świnie. Można by z tego stworzyć prawdziwe cudo. Potrzeba tylko czasu i no, narzędzi. Jedno z nich przyglądało mu się właśnie z zainteresowaniem.
- Wyglądasz mi na wizjonerkę. Mylę się, Ruka? - Zatruta zieleń jego tęczówki błysnęła w kierunku czarnej wilczycy. - Nie masz czasami wrażenia, że tej watasze przydałaby się jakaś zmiana? Że siedzimy w tej stagnacji już wystarczająco długo?
- O jaką stagnację ci chodzi.
- O to obmierzłe, uwłaczające wilczej godności zacofanie. O skrajną biedę, jaka wszystkich tu nęka. Agrest ma gdzieś wszystkie inne potrzeby poza militarnymi, a przez to marnuje się wiele- zbliżył się płynnym krokiem.- bardzo obiecujących młodych talentów.
Podniósł jej łapę i położył na niej klucz francuski zabrany ze stosu. Ruka spojrzała na niego, marszcząc brwi, ale gdy podniosła wzrok, by odnaleźć w spojrzeniu basiora odpowiedzi, jego ślepia okazały się o wiele bliżej niż je sekundę temu zapamiętała. Drgnęła o milimetr, powstrzymując odruch, by się odsunąć, nie chciała wyjść na strachliwą. Jej niewrażliwość miała być dla C6 sygnałem ostrzegawczym, które basior traktował raczej jako czerwona płachta. Czuł się jak tancerz tanga, znający wszystkie kroki. Jego płynne, skoordynowane ruchy mają złapać i skierować myśli partnera tanecznego w stronę, którą on sam uzna za korzystną. W tangu liczy się uczucie, porywy. Nie można być chłodnym i beznamiętnym, bo nikogo się w ten sposób nie porwie. Emocje są sercem tańca, a spojrzenia duszą rozmowy.
- Potrzebuję wilków. Chcę coś zmienić, a do zmiany potrzeba mi sprzymierzeńców.- Jego siarkowy wzrok ześlizgiwał się spomiędzy szpary powiek prosto na jej milczące oblicze. - Nie marzyłaś nigdy o większych wygodach niż spanie na gołej ziemi i zbieranie złomu? Twoje potrzeby nie są jedyne. Nie ma w tej watasze wilka, który by czegoś nie pragnął. Nawet Agrest. On na przykład nie przeżyje bez tego swojego papieru. Ja bez dobrego kilofa i narzędzi, a ty?-Pozwolił sobie na dawkę ciepła w uśmiechu.- Czego byś chciała?
Jego oddech połaskotał czarno-turkusową małżowinę poprzebijaną sznurem kolczyków, na co ta w reakcji strzepnęła to uczucie jak małego owada. C6 ruszył powolnym krokiem przed siebie, ocierając się o bok wadery.
- Pozwalasz sobie na zbyt dużo.- warknęła.- Nie potrzebowałam żadnej motywującej gatki-szmatki, żeby dołączyć do twojej podejrzanej akcji. Oszczędziłbyś sobie jęzora, gadzie.
- Czyli mam rozumieć, że się piszesz?- Metalowa szczęka błysnęła w uśmiechu. Nie pozwolił jej nawet na odpowiedź. Z góry założył, jaka jest.- Świetnie, pakuj ciuszki i lecimy. Trzeba czym prędzej się dowiedzieć, kto w WWN odpowiada za surowce. Mam z nim do pogadania.
Z głębi lasu doszły niepokojące odgłosy. Jakby śpiewy i krzyki. Grupowe, ale chaotyczne. Znad drzew zajaśniała krwawa łuna. Wiele wilków paliło pochodnie tej nocy. Wkrótce kilka sylwetek pojawiło się pomiędzy drzewami, trzy może cztery wilki. Z początku wyglądały, jakby zmierzały do jasno ustalonego celu, który nie zawierał w sobie postojów, jednak czujne spojrzenie jednego z nich zatrzymało całą gromadę. Najbielszy, o zakręconym futerku na czole, oddzielił się od grupy, rzucając coś na odchodne i zbliżył się do jaskini Ruki. Jasna sylwetka wkroczyła w krąg światła, przez co cyborg mógł przyjrzeć mu się bliżej. Pyszczek przybysza zdradzał  nieopanowany pod powierzchnią, palący niepokój. Podświadomie mu się to nie spodobało.
- Jako nowy poseł przynoszę nowe wiadomości. Mamy stan wyjątkowy.- Impuls tej wiadomości zmącił myśli Ruki.- Proszę wszystkie wilki na stawienie się rano na plaży. Jesteście potrzebni Srebrnym Chabrom.
Co temu Agrestowi znowu odpierdala- pomyślał. Podziękował posłowi za informację, a ten pognał za pozostawionymi towarzyszami.
- Co to ma cholera jasna znaczyć.- Parsknęła.- Czyżbyśmy mieli wojnę?
Jej ton zdradzał ekscytację aniżeli zaniepokojenie. C6 parsknął w odpowiedzi zduszonym chichotem.
- Zerwali sojusz to teraz wariują. Nic nowego. Naprawdę śmieszy cię wojna?
- Zawsze coś ciekawego, prawda?
Wlepił wzrok w podłogę.
- Prawda.

Przysiadł na progu i  cierpliwie czekał, aż Ruka spakuje najpotrzebniejsze rzeczy na drogę.
- Może dostawa noży też by im się przydała, skoro idą się bić.- pomyślał na głos.
- Chcesz im wkładać w łapy amunicję? Ha!
- Wiesz, jest popyt, jest podaż. No już, pospiesz się, musimy wyruszyć przed świtem. Skoro zrobi się tu rano zadyma, wolę zniknąć niezauważony.
- Naprawdę chcesz iść do WWN?- Wcisnęła kolejny pakunek do plecaka. - Poderżną ci gardło, zanim przekroczysz granicę.
- Jesteś rozpoznawalna na scenie politycznej? Właśnie, ja też nie. Jak dobrze wyjdzie, mogą się nie domyślić, że jesteśmy stąd. Poza tym założę się, że nie wszyscy u nich to tacy złoci patrioci. Każdy chce zarobić.
- A ten poseł, ten biały.- Gdy zarzuciła swoim plecakiem, cała zawartość zadźwięczała o siebie jak świąteczne dzwoneczki.- Jasne, że o nas wspomni, skoro nas widział.
Więcej pakowania, mniej zadawania pytań…
- Nieistotny.- westchnął zniecierpliwiony.- Pospieszysz się, czy mam ci pomóc katarynko?
-Jeb się.- Przemknęła mu obok i wyszła na zewnątrz.- Mam kompas jakby co. Łap!
Cyborg ledwo złapał drobny, obły przedmiocik. Piękna, misterna robota. Jego na wpół metalowe serduszko złapał skurcz zachwytu. Obrócił skarb w dłoniach i otworzył klapkę. Czerwona igła drgała na lewo.
- Wiesz gdzie iść?
- Jasne.

(Ruka?)

niedziela, 28 listopada 2021

Od Ruki CD C6 - ''Przemytnicy''

Na zewnątrz aura zrobiła się na tyle nieprzyjemna, że Ruka przeniosła całą pracę do znacznie cieplejszego wnętrza swojej jaskini. Ślęczała nad starym silnikiem, który znalazła w pobliżu ludzkiej wioski. Był pordzewiały i prawdopodobnie nigdy nie ruszy, ale musiała zająć czymś łapy, by przestać myśleć. Listopadowa nostalgia mocno dawała jej się we znaki, do tego czuła się bardziej samotna niż zwykle. Jedyna osoba, z którą czuła się tu bliżej związana … cóż, kontakty się rozluźniły, przecież bywa tak czasami, prawda? Może sama nie do końca dbała o tę relację. Lub dwa ogniste płomienie po prostu nie mają prawa współżyć bez niszczenia siebie nawzajem? Tak próbowała to sobie tłumaczyć, lecz im dłużej spędzała czas sama, im dłuższe były ciemne i zimne noce, tym bardziej dopadał ją głęboki dół, z którego nie potrafiła się wydostać. Potrzebowała dreszczyku emocji, adrenaliny, krótkiego powrotu do przeszłości. A nie działo się kompletnie nic, miała wrażenie, że nawet ona wykonuje wszystko jednym, utartym schematem, jakby stała się cyborgiem zaprogramowanym na marazm. Chwyciła pogniecioną paczkę papierosów, wyciągnęła jednego i zaczęła go pieczołowicie rozprostowywać w łapach. Warknęła cicho sama do siebie, dostrzegając, że nawet ta czynność stała się dziwnie mechaniczna. Zapaliła szybko i zaciągnęła się dymem, czekając w napięciu aż nikotyna wyzwoli endorfiny i spadnie poziom kortyzolu, który utrzymywał się ostatnio w zdecydowanie za dużym stężeniu. Z papierosem w zębach, chwyciła powyginany śrubokręt i wróciła do dłubania w złomie, nie wiedząc, co lepszego mogłaby zrobić.
Zmrok zapadł jak zwykle niespodziewanie i zdecydowanie za szybko. Wadera rozpaczliwie przekopywała się przez stosy gratów w poszukiwaniu świec, gdy ostatni ogarek dopalił się z sykiem, kończąc tym samym swój nędzny żywot. Wiedziała, że gdzieś tu są, w małym kartonowym pudełku, na dnie była odrobina słomy, by zatrzymać wszechobecną o tej porze roku wilgoć. Wyrzucała sobie, czemu nie zrobiła tego wcześniej, przecież widziała, że światło z każdą chwilą słabnie. Zirytowana, zaczęła w myśli obrzucać Agresta wyzwiskami, że nie mogła używać elektrycznego oświetlenia. Cholerne średniowiecze! I co mi z mojej mocy, jak nie mogę z niej w pełni korzystać? - pomstowała, przerzucając coraz gwałtowniej metalowe części najróżniejszych urządzeń. Wreszcie udało jej się odnaleźć to czego szukała i po chwili jaskinię zalała słaba, pomarańczowo-żółta poświata. Ruka wypuściła powietrze przez zęby i przeciągnęła się jak kotka. Nie wiedziała czy ma ochotę dalej pracować, zdała sobie sprawę, że poszukiwanie świec całkowicie ją wyczerpało. Przydałaby się lampa naftowa albo taka na oliwę. Może oliwę łatwiej by było tu dostać. Rozłożyła się na skórach, które robiły jej za legowisko i poczęła wpatrywać się w rozedrgany płomień tańczący na knocie. Ogień zdawał się bawić zdecydowanie lepiej niż ona.
- Halo! Jest tu ktoś? - z zewnątrz dobiegł lekko poirytowany głos, wprawne ucho Ruki wychwyciło ledwo słyszalny szczęk metalu. Kogo mogło nieść o tej porze, w tych ponurych okolicznościach przyrody? Wadera podniosła się niespiesznie i, omijając leżące na ziemi graty, wyszła naprzeciw nieznanemu. Jej oczom ukazał się jeden z bardziej dziwacznych tworów jakie miała okazję oglądać. Ni to wilk, ni maszyna, z metalową szczęką i jeszcze bardziej metalowym korpusem, tam gdzie Ruka spodziewała się zobaczyć żebra i pokryte skórą boki, ziała pusta przestrzeń. Przełknęła ślinę, nie wiedząc do końca jakie odczucia w niej wyzwala to zjawisko.
- Napatrzyłaś się już? - obsztorcował ją nieznajomy, patrząc na nią spode łba. - Zimno tu.
Wilczyca skrzywiła się, nie próbując nawet tego ukryć, jednak ruchem głowy zaprosiła przybysza do środka. Basior z zaciekawieniem lustrował otoczenie, jakby zarazem oceniał mieszkańca jaskini. Zatrzymał wzrok na wpół rozebranym silniku, bohaterze dramatu minionego dnia.
- Jesteś w stanie pracować w takim syfie? - zapytał szczerze zdziwiony.
- A co to, inspekcja sanitarna? - odgryzła się natychmiast, marszcząc nos. Wilk uśmiechnął się, ale natychmiast przyjął z powrotem nieodgadniony wyraz twarzy.
- Na szczęście nie. Ale w tej watasze byś i tak tego nie uświadczyła – westchnął, po czym przysiadł obok jednej z mniejszych stert złomu, być może obawiając się, że większa mogłaby grozić lawiną. Zwrócił pysk w jej kierunku, skupiając całą uwagę na jej osobie.
- Mam na imię C6. Słyszałem o tobie od... - nie zdążył dokończyć, bo Ruka zaniosła się głośnym chichotem.
- To twoje prawdziwe imię czy numer seryjny tej blachy, którą na sobie nosisz? - zapytała głosem ociekającym złośliwością. Jednak wcale nie chciała mu dopiec, wręcz w pewnym sensie ucieszyła się, że ktoś do niej zajrzał, nawet jeżeli wyglądał tak nadnaturalnie. Bardzo chciałabym go rozebrać i pooglądać to wszystko od środka. - rozmarzyła się przez chwilkę.
- Nie uważasz, że trochę za wcześnie na osobiste wynurzenia? - zapytał oschle i, nie czekając na odpowiedź, mówił dalej:
- Słyszałem o tobie od mojej … koleżanki. Znajomej od interesów, tak to nazwijmy. Myślę, że mamy ze sobą wiele wspólnego.
No masz. Ruka przechyliła głowę na bok. Z Porzeczką też miała wiele wspólnego i jak to się skończyło? Ale, jeżeli ja jestem ogniem, może on będzie wodą? Usiadła naprzeciwko niego i zapaliła papierosa, który znikąd pojawił jej się w łapie.
- Co takiego mogę mieć wspólnego z niedorobionym androidem? - rzuciła, spoglądając na niego spod przymrużonych powiek. C6 puścił tę uwagę mimo uszu.
- Nie zechciałabyś ze mną pracować przez jakiś czas? Z tego, co słyszałem nie boisz się takich wyzwań, a jeżeli plotki nie kłamią, nie jest ci obcy temat przemytu – powiedział wolno, jakby chcąc aby każde słowo na pewno dotarło do wadery. Ruka prawie zachłysnęła się szczęściem. Niemożliwe! Czy to właśnie jej ucieczka od tej nieznośnej stagnacji?! Ten dziwaczny wypłosz okazał się być jej biletem ku przygodzie. Miała ochotę krzyknąć, że zgadza się, bez znaczenia jakie są warunki. Lecz po chwili powściągnęła emocje i spoważniała. Odezwała się do niej wpojona przed laty nauka jednego z wilków. Zawsze dowiedz się, czego się od ciebie oczekuje. Dopiero potem działaj. Najpierw myślenie...
- ...potem robienie. - dodała cicho. Wzięła głęboki oddech.
- Co to za robota?
 
<C6?>