Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarakta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarakta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 marca 2026

Od Puchacza do Katarakty - „Powrót z Wygnania”

- Ponadto, mając na uwadze stan zdrowia oskarżonej oraz konieczność zapewnienia jej właściwego wsparcia w okresie wykonywania orzeczonych środków probacyjnych, Sąd postanawia przydzielić jej opiekuna rehabilitacyjnego. Puchacza, pomocnika. - Puchacz nastroszył uszy nieco przerażony.- Do obowiązków opiekuna należeć będzie monitorowanie przebiegu procesu readaptacji, udzielanie wsparcia oraz składanie okresowych sprawozdań do właściwego organu nadzorującego.

-Ale bracie, nawet nie spytałeś mnie o..- Chciał mu wejść w słowo, ale Agrest uciszył go łapą. Oczywiście, że Agrest uciszy go łapą.

- Spokój, przyjmij swoją misję z pokorą i grzecznością. Słowa Legiona są w tej sytuacji ostateczne. - Stary podparł autorytet swojego zastępcy, jak echo powtarza słowa rzucone na wiatr. Puchacz mógł tylko zmierzyć go podirytowanym wzrokiem. Oczywiście, że słowa jego brata będą ostateczne,  bo przecież zdanie Puchacza się nie liczy.

- Dziękuję ci Soheo za sprawne i skuteczne przywrócenie bezpieczeństwa w naszej watasze. Twoja pomoc jest nieoceniona.

Tymi słowami śledczej pozwolono opuścić teren jaskini.

- Mam spisać protokół Sekretarzowi? - Legion wrócił do ojca.- Żeby był powiadomiony o naszych decyzjach?

- Wstrzymywałbym się z tym. Wolę, jak nasze decyzje pozostają istotne, moja latorośli. Jeśli Sekretarz będzie chciał poznać szczegóły, sam o nie wystąpi. – i na tym wszystko w ogóle się skończyło. Puchacz został przydzielony do mordercy aby ją wyrehabilitować. Jego zdaniem pomocnik nie nadawał się do tego kompletnie. Stanowisko pomocnika w końcu polegało na pomocy, wszystkim, tu i tam. A jakby tego było mało to mu jeszcze dołożyli obowiązków. I to takich, które są daleko poza sferą jego umiejętności (i chęci).

– To… co teraz? – Katarakta spytała cichutko. Jej wyrok wisiał nad jej głową jak gilotyna.

– Teraz cię zabiorą. Dwa lata pozbawienia wolności to dwa lata pozbawienia wolności. – odparł Puchacz. – A że masz dodatkowo pracę, to ja już coś… zorganizuję do tego.

I tak ją zabrali. Najpewniejszym miejscem aby ją trzymać była sama jaskinia wojskowa, gdzie zawsze jakiś wilk miał ją na oku. Czy to strażnik czy to szeregowiec. Każdy kto był częścią tej jaskini aktualnie ponosił pewną dozę obowiązku obserwacji tejże wadery, więc na razie nie była jego problemem.

A problemem była, bo Puchacz kompletnie nie wiedział co z nią robić. Jak miał ją w ogóle pilnować i co? Rehabilitować? Musiał mieć jakiś plan, ale jego głowa była pusta. Kompletnie.

–Coś nie tak? – Sohea usiadła przy jego boku tego samego wieczoru. Siedzieli przed jaskinia medyczną pośród ciszy nocy. Zima odsłoniła niebo i pozwoliła im oglądać gwiazdy bez zakłóceń od chmur i wiatru.

– Tak. Same problemy. – odetchnął. Oczy miał wbite w nieboskłon. – Z Kataraktą w sensie… – dodał po sekundzie milczenia.

–Ah. Z nią. – Śledcza sama zmarszczyła nos. Nie wiedziała co doradzić swojemu przybranemu bratu.

–Nie wiem co z nią zrobić. – przyznał basior po chwili milczenia, która jakoś tak dłużyła mu się w sercu.

–Karm ją i… nie wiem. Zrób jej plan pracy. Goniec nie ma za wiele do roboty, nie w tych czasach. Głównie noszenie tego co Agrest chce do Sekretarza i z powrotem. – Sohea podrapała się po głowie. Plan pracy? Może tak trzeba zrobić.

–I co? Mam iść z nią? Obserwować ją z odległości?

–Nie wiem. Chyba z nią, tak najbezpieczniej dopóki jej się wyrok nie skończy nie? – Sohea mruknęła. – Albo dopóki nie da się jej zaufać

–Ufać… Może. Ale to trochę zabija mi chęci do pracy. Nie jestem wykwalifikowany do radzenia sobie z problemami psychicznymi innych wilków. – Mruknął Puchacz. Jego mina zrzedła nieco. Psycholodzy są wykształceni do tego…. Tylko że my już nie mamy psychologa.

–Nie myśl o tym. – Sohea jakby czytała w jego myślach. – Dasz sobie radę. To tylko karmienie i okazjonalna wycieczka do WWN czy WSJ. A tak to pilnują ją wojskowi.

–Tak. Dam sobie radę.

 

Poranek w poranek wszystko wyglądało potem tak samo. Puchacz zjawiał się w jaskini medycznej o późnym poranku z jedzeniem. Mniejszej dawce niż należała się normalnemu członkowi tej wilczej społeczności, ale jednak jakieś ochłapy jej przynosił. Najczęściej części ze zwierząt, których nikt nie chciał.

– Dzień dobry – witał się ze strażnikiem lub stróżem i wchodził do środka z działką jedzenia. Tego dnia była to Całka. Wadera mruknęła do niego ciche przywitanie i wróciła do swojego zajęcia – uporczywego wpatrywania się w jaśniejące niebo.

– Dzień dobry. – Puchacz powtórzył nad skuloną w małym dole waderą. Jej białe futro nie było już takie ładne, przykryte chmurką kurzu i ziemi. Jej oczy były podkrążone, a pysk wyraźnie niewyspany lub zwyczajnie niezadowolony. Kto wie. Może po prostu miała taki wyraz twarzy zawsze. – Jedzenie. – Puchacz tak czy siak witał się z nią jak z wilkiem. Niektórzy, odkąd otrzymała swój wyrok, mieli w tendencji traktować ją jako coś niższego, gorszego od nich. I może tak było. W końcu właśnie stał przed mordercą.

Ale czy to było zupełnie inne niż jakby stał przed Oxide? Za wiele myśli, za mało odpowiedzi, a w ogóle w jego głowie powinno być więcej skupienia się na pracy.

–Dzisiaj pierwszy dzień pracy. Jedz. Wrócę w południe z listami od Agresta i torbą. Dzisiaj ja idę z Tobą. Zapoznasz się z drogą, z załogą Sekretarza i może nim samym. – ogłosił i porzucił ją za sobą. Nie było czasu na zbędne gadanie i pogawędki.

I chwilę potem Puchacz zmierzał szybkim truchtem do jaskini alf. Tam zebrał co trzeba było zebrać i zniknął ponownie w śnieg. Świat milczał jeszcze, chociaż wiosna już pachniała na wietrze. Wraz z epidemią odchodziła powoli w niepamięć. Grób jego siostry pewnie był nadal zasypany śniegiem. Tam gdzie Mino ją położył. Nie było jednak za wiele czasu na smutek i żal.

Bo już był pod jaskinią wojskową z torbą w pysku. Wszedł do środka i rzucił ją przed tym marnym wilkiem, którym się opiekował.

–Ruszamy!

<Katarakto?>


środa, 31 grudnia 2025

Od Katarakty - „Powrót z Wygnania”

 Parę niepewnych kroków poniosło Kataraktę w stronę wejścia do jaskini nad brzegiem morza. Martwe rośliny oplatały podnóża skał, chłodny wiatr hulał u progu, a śnieżne zaspy wpełzały coraz głębiej, przykrywając teraz połowę salonu z paleniskiem. Garnek zwisał na urwanym uchu z haka nad ogniskiem. Skrzypiał, poruszany podmuchami wiatru, który smakował kurzem, chorobą i pleśnią.
Wilczyca spojrzała w górę — przez świetlik w suficie, dawniej odprowadzający dym, a teraz służący za jedyne źródło światła, gdy okna zapadły się albo zostały zasypane śniegiem. Cisza nie pasowała do tego miejsca, kłóciła się ze wspomnieniami. A jednak… w dawnym domu nie zastała żywej duszy.
***
Przechadzała się po terenach rodzinnej watahy niczym cień dawnych wspomnień, wypłukany czasem i wypalony słońcem. Wypłowiały duch, dla wielu już dawno martwy, a jednak bardziej żywy niż większość tych, którzy tu zostali. Oglądali się za nią, jakby nie wiedzieli, jak zareagować. Ktoś odwrócił wzrok zbyt szybko. Kto inny przyglądał się jej z tą samą ostrożnością co dawniej.
Katarakta uśmiechnęła się krzywo. Wataha się nie zmieniła, tylko nauczyła się milczeć.
Szlaki poniosły jej stopy na wzgórze, z którego sterczały rzędy kamiennych tabliczek. Przycupnęła obok czarnej sylwetki. Początkowo nie potrafiła spojrzeć jej w twarz, biła się z myślami i własnym lękiem, lecz w końcu uniosła pysk ku parze jasnych ślepi siostry. Zapadnięte od łez policzki nie zdobyły się na cień uśmiechu, a oczy błądziły po jej ponurej sylwetce w osłupieniu.
Smoła drgnęła, nieprzyzwyczajona do poczucia obcości członka rodziny tak głębokiego, że zawahała się, zanim zrobiła krok naprzód. Zmusiła się do rodzinnego uścisku, lecz szybko wyczuła sztywność Katarakty i cofnęła się niezręcznie.
— Wróciłaś.
Stwierdzenie zabrzmiało jak zaproszenie do wyjaśnień dlaczego tak długo.
— Pomyślałam, że na święta wypada — odparła Katarakta, zerkając na nagrobki. — Jak bardzo się spóźniłam?
— Tydzień. Tatę pochowaliśmy jako pierwszego — wyszeptała Smoła przez zaciśnięte zęby.
Chwila ciszy, przerywana jedynie wiatrem.
— Bardzo cierpieli? Na co chorowali?
Jej pytania były boleśnie zwyczajne.
— Nie… na coś zaraźliwego. Nie pamiętam nawet na co.
Skinęła głową, jakby usłyszała coś dawno oczekiwanego. Coś, co i tak musiało się wydarzyć.
— Gdybym wtedy—
— Nie — przerwała Katarakta. — Nie mogłaś.
Między nimi zawisło coś, czego żadna nie potrafiła nazwać. Do głosu Smoły zaczęła wlewać się frustracja i złość na oschłość siostry w obliczu śmierci dwóch członków rodziny. Katarakta poczuła za to dziwną ulgę, jakby nie musiała już ciągnąć za sobą ciężkiego łańcucha, dzwoniącego na każdym kroku.
Wstała i skierowała się z powrotem na ścieżkę.
— Katarakta! — Ton Smoły był władczy, oceniający, znowu próbowała przywrócić do porządku niesforną nastolatkę.— Jakbyś nie zauważyła, twój ojciec nie ży—
— Dobrze mu tak — rzuciła za siebie, jakby odrzucała niepotrzebny kamień.
***
Na cmentarzu były dwa nagrobki. Gdzie więc jest jej matka? Odpowiedź była oczywista: jaskinia chorych. Pamięć miała jak za mgłą, ale czysty fart poprowadził ją właściwą drogą, wodzoną posmakiem palonych ziół i alkoholu.
Przemknęła cicho przez próg, mijając rozbieganych medyków czy bogów wiedzą kogo. Już miała wejść do hali dla chorych, gdy drogę zagrodził jej granatowy basior o oczach jak pioruny.
— Hola, mamy tu kwarantannę.
Początkowo rozgniewany, gdy jednak dostrzegł, z kim rozmawia, opuścił łapę. Przez dłuższą chwilę nie potrafił jednak zebrać się na żadne powitanie. Odchrząknął niezręcznie.
— W samą porę, co?
— Lepsze to niż nigdy. —  Uśmiechnęła się nonszalancko. —  To co, dopuścisz mnie do niej?
— Ona tam nie leży. Nie jest zarażona. Mamy dla niej osobną jamę tam, w izolatce.
Wskazał pazurem na wejście zasłonięte firanką. Katarakta skinęła tylko głową. Odprowadził ją spojrzeniem pełnym wyrzutów, które w jej głowie brzmiały jak kakofonia jednego pytania:
Kim trzeba być, żeby porzucić rodzinę na tak długo?
Problem polegał na tym, że Katarakta nawet nie chciała wracać. Było jej dobrze na wygnaniu, w zapomnieniu, może i w stagnacji, ale przynajmniej w uśmierzeniu. Dopiero wczorajszego ranka do jej obozu doleciał nieznajomy ptak o złotych piórach i śmiesznym dziobie, wręczając krótki liścik:
„Oni nie żyją.” - a przeszłość zrzuciła się na nią znowu jak pęk łańcuchów. 
Nie pytała, od kogo był, ptak sam nie pamiętał imienia, tępy kurczak. Długo zastanawiała się, co właściwie to obchodziło kto żył, a kto nie. Jej rodzina już dawno temu przestała być jej droga, jednak ciężar zobowiązania w końcu dopadł też i ją. Czuła się winna, zła i okrutna, porzuciła tych, których nazywała rodziną, a którzy żywili do niej równie wiele pretensji i niewybaczonej krzywdy co ona do nich. Spętali się nawzajem supłami niezręcznych umów społecznych zaczętych miłością i chęcią budowania rodziny, a zakończonych tylko resentymentem do tego, co mogłoby być. Była złą córką. Co mogło to zmienić? Mogła dalej żyć w wyparciu, albo zmierzyć się z tym, kim jest i coś na to poradzić. Chciała być kimś więcej niż tylko czarną owcą.
Odsłoniła firankę. Na posłaniu ze słomy dostrzegła wychudzony szkielet, na który naciągnięto skórę jej matki. Brakowało jej skrzydeł i dobrych kilku kilogramów sadła. Oddychała ciężko, otoczona gęstymi oparami palonej szałwii, ułożonej w czterech płytkich miseczkach po jednej na każdy róg posłania. 
— Mamo?
Jej głos zadrżał, podwyższony o ton. Brzmiała niemal jak własna, młodsza wersja.
Domino przekręciła się z bólem na bok, by spojrzeć w stronę wejścia.
— Czy ja ślepnę, czy ty… — wychrypiała. — Podaj mi wody.
Spełniła posłusznie prośbę, nalała czarkę do pełna i przytknęła ją do ust matki, drugą łapą podtrzymując jej głowę. Stara wadera piła wolno, lecz zachłannie, co chwilę przerywając, by zdusić rodzący się kaszel. Katarakta odstawiła naczynie na zimną podłogę.
— Jak ty wyrosłaś… — Łapy Domino uniosły się chwiejnie ku jej twarzy. — Byłaś taka mała, gdy… gdy odeszłaś.
Uciekłaś — poprawiła ją w myślach.
Odgarnęła jej z oczu niesforne kosmyki, jakby znów nie potrafiła doprowadzić się do ładu.
— Jaka ty lodowata… powinnaś się ogrzać — szeptała kolejne nadopiekuńcze prawidła.

„Znowu traktuje mnie jak zepsuty wazon. Jak coś, co trzeba chronić przed światem. Krucha. Delikatna. Złamana. Trzeba zszyć, skleić, chuchać na zimne. Tulić, choć dawno zapomniałam, że to boli. Nie daje mi zapomnieć, nie daje mi samej wziąć za siebie odpowiedzialność, to irytujące. Nie widzi, że dorosłam. Że jestem kimś innym. Nie mogę być, tak długo jak patrzy na mnie tymi litościwymi oczyma.” — pomyślała.

Katarakta pochyliła się, na moment ich czoła niemal się dotknęły. Do jej nozdrzy dotarła mdląca woń starości i niemytego futra.
— Już dobrze, mamo. Nie musisz — mruknęła cicho.
Zrobiła to szybko. Odłamek szkła wsunęła jej pomiędzy płuca.
I nic się nie stało.
Świat się nie zatrzymał.

Może C.D.N

czwartek, 30 stycznia 2025

Smoła, Katarakta i Domael dorastają!

Smoła - dokarmiacz

Katarakta - brak

Domael - ratownik

niedziela, 17 grudnia 2023

Od Katarakty - ,,Dorastanie"

-Doma.- Nakrapiana jasna wilczyca truchtając nieporadnie, dogoniła swoją mniejszą siostrę.- Uciekłaś tak szybko z ćwiczeń, że nie zdążyłam zauważyć.
Domael odwróciła się nieśmiało, obejrzawszy się, czy ktoś inny nie patrzy w ich stronę. Całe szczęście reszta szczeniaków nie zawracała sobie na razie nimi głowy. 
- Zawsze tak robię. Wcześniej nigdy cię to jakoś nie interesowało.
Biała zdawała sobie z tego sprawę, ale wolała udawać, że to siostra ją unikała.
- Poczekałabyś na mnie czasami. - Parsknęła.- Myślałam, że nie lubisz wracać sama do domu.
- Bo nie lubię. Ale jeszcze bardziej lubię już tam być, więc im szybciej tym lepiej. - Domael nie podnosiła głowy zbyt często, zawsze trzymając wzrok na granicy ziemi, a czyiś łap.
- Więęęc...dlaczego po prostu nie polecimy?
Ta propozycja mocno zmieszała młodszą, pomimo że skrzydlatą, to wielce wycofaną w kwestii swojego urodzenia. Nic nie odpowiedziała, poszła przed siebie, co Katarka odebrała jako typowego focha. Westchnęła dosadnie i dogoniła znów siostrę.
- Czego ty się wstydzisz? Pokazałabyś, co umiesz zamiast się kryć po kątach. Jesteś szybsza od nas wszystkich razem wziętych i każdy o tym doskonale wie, bo widział. 
Wspomnienie koleżeńskiego wyścigu to nie była najprzyjemniejsza rzecz w pamięci Domael. To miała być tylko niewinna zabawa. Księżyce temu, gdy były dużo mniejsze, jeden z kolegów zaproponował wyścigi. Kwestia skrzydeł nie dyskwalifikowała żadnego uczestnika, gdyż w tak młodym wieku to nie stanowiło większej korzyści. Nawet Smoła ledwo potrafiła wznieść się  na pobliskie drzewo a co dopiero rozpędzać się na płaskiej, bezwietrznej polanie. Ale nawet jeśli wszystkie szczeniaki były już oswojone z widokiem skrzydeł na wilku co nie było znowu takim ewenementem również u dorosłych, to gdy nieśmiała, ale zmobilizowana do wygrania wyścigu Domael, w akcie dopingu, w połowie wyścigu rozwinęła drugą i trzecią parę skrzydełek, do tego czasu ciasno przytulonych do jej boków, zgromadzenie jak jedno ciało wstrzymało oddech. Wadera oczywiście wygrała wyścig, ale wiwatujących było naprawdę niewielu. Smoła jedynie posłała jej pochwalne spojrzenie starszej siostry, inni za to prychneli zmiesmaczeni. To był pierwszy raz, gdy padło określenie ,,mutant”, które szybko się przyjęło, rzucane prześmiewczo w stronę wilczego anioła. Od tego czasu Domael rzadko latała, a już na pewno nie na oczach całej wilczej szkoły. 
Młodsza oddaliła się szybko, nawet nie odwracając się na siostrę, odwdzięczając się tak za wbicie szpilki w jej stargany umysł. 
Obie zniknęły wśród brzozowych zagajników wyrosłych pośród oklapniętych, martwych czepków suchej trawy, zielonkawego mchu i opadłych, burych liści. Ich kroki kruszyły te zamarznięte, słomiane witki, przebite kolcami szronu. Tarcza słońca jakby nigdy nie wzeszła dzisiaj na nieboskłon. Światła było tak mało, że żadna z wilczyc nie rzucała nawet cienia. Domael nie odzywała się słowem, ale Katarce zbyt zależało na pojednaniu i znalezieniu sobie sprzymierzeńca. 
- Myślisz, że kiedyś się odczepią?- Rzuciła pytanie na mróz. 
Siostra nie odpowiedziała od razu. Nie czuła się komfortowo, że Katarakta znowu zaczyna ten temat, ale nie spodziewała się ujęcia go od tej perspektywy. Była zbyt przejęta własnym cierpieniem, by zauważyć, że nie jest w nim jedyna.
- Nie.- Mruknęła. - Nie wydaje mi się.
- Ty się ze mnie nie śmiejesz. Pomimo mojego ogona.
- Bo jesteśmy rodziną, nie mogłabym.- Białej nie podobało się dodatkowe brzmienie jakie kryło się za jej odpowiedzią. Tak jakby tylko dobre wychowanie powstrzymywało ją przed czynem, który uważała za zasadny.
- Co to ma niby znaczyć.- Fuknęła.
- O co ci znowu chodzi?
- Czyli śmieszy cię mój wygląd tak? Jak każdego innego.
- Ty nie miałaś jakoś skrupułów, żeby ZE MNIE się nie śmiać.- Oczy Domael zaskrzyły się bólem.
- Skrzacie...byliśmy dziećmi, to było dawno.- Jej twarz złagodniała
- I znowu to robisz. -Odwróciła się ze szklanymi oczami.- Mogłabym wrócić do domu,
s a m a, bez ciebie niszczącej mnie jeszcze bardziej.
Katarka cofnęła się o pół kroku zdezorientowana. 
- Ty nadal kryjesz złość po tylu latach? Doma, no weź…- zawahała się.- Ja…nie wiem dlaczego ci tak dopiekałam. Teraz na pewno bym tego nie zrobiła.
Domael stała w bezruchu, oglądając śnieg pod swoimi łapami. Jej wyznanie sprawiło, że poczuła się dużo lepiej, ale zmienić swoje nastawienie ze zbolałej na szczęśliwą w jedną chwilę było niemożliwie ciężko.
- Może polecimy resztę drogi.- Biała rozwinęła swoje ogromne skrzydła, chcąc jakoś przerwać niezręczną ciszę.- Tu nikt nie patrzy.
Domael podniosła zdezorientowany wzrok i dłuższa chwila minęła zanim uśmiech wpełzł na jej pyszczek. Jakby wbrew woli, a pomimo tego tak wyzwalający.
- Mówiłaś przed chwilą, że jestem szybsza.
- A sprawdzałaś to ostatnio?- Jedno figlarne spojrzenie wystarczyło, by obie wzbiły się w powietrze. 
- Falstart.- Burknęła Domael, próbując dogonić siostrę.
- Żadne falastart, po prostu zostałaś w tyle!-  Dudnienie wiatru rozchodziło się po lesie z każdym uderzeniem skrzydeł.
Doma machała zawzięcie tylko jedną parą, jednak gdy widok oddalającej się coraz dalej siostry skręcał jej kiszki na kokardkę, dwie pozostałe pary w końcu poczuły powiew wiatru między piórami. Machały naprzemiennie, a ich ruchy uzupełniały się najwzajem w momentach gdy sąsiednie potrzebowały chwili, żeby się podnieść, złożyć i uderzyć ponownie. Nadrobienie odległości do Katarakty było tylko kwestią czasu.
Doma uderzyła z impetem o miękki piasek, rozbijając mały krater, pierwsza na plaży, a biała ze śmiechem wbiła się w plecy siostry, turlając obie na mieliznę.
- Jesteś niemożliwa.- Brązowa otrzepała się ze słonej wody.
- No wiem.- Nie przestawała rechotać, również wstała na cztery łapy. 
Nie chciała jej mówić, że dała jej fory. Nie ten czas, nie ta pora. Liczyła, że jutro siostra może na nią poczeka, a ona sama będzie mogła ukryć szczurzy ogon pod czteroma parami skrzydeł.

koniec

piątek, 3 lutego 2023

Domino urodziła!

 
Smoła - uczeń

Katarakta - elew

Domael - uczeń