Człowieka, który ustrzelił Domino, nazywali Wojtek. 40-letni mężczyzna w sile wieku mieszkał razem z żoną w tej wsi całe swoje życie. Ich sklepik prowadziła tak naprawdę tylko żona, bo gdy ona kontrolowała regularność dostaw i stała za kasą, on mógł bez ograniczeń rozkoszować się życiem nieposkromionego drapieżcy, pana swojego losu. Całymi dniami potrafił wysiadywać na rybach, albo łażąc po lesie tropiąc to i owo, wkładając palce w bobki albo nos w odciski kopyt. Mógł się poczuć wtedy jak zdobywca, jak zwycięzca, jak ktoś pokroju Czyngis Chana albo Jednorękiego Bandyty. Jego strzelba była kupowana na lewo, na bazarku pośród innych zabawek z dalekich krajów. Dostał ją spod lady wraz z podrobionym pozwoleniem na posiadanie takiej strzelby. Nigdy jej jednak dotąd nie użył, zawsze chybiał. Dzisiaj był pierwszy raz jak mógł zanieść do domu swoją najprawdziwszą zdobycz.
Wszedł do przedpokoju i zmienił wysokie trapery na drewniane chodaki. Przedpokój wypełniał zapach rzadko sprzątanej latryny i zgniłych ziemniaków. Zaryglował drzwi poszedł na piętro, uważając przy tym, żeby nie nakapać krwią na dywan w sklepie. Odłożył strzelbę pod ścianę i rzucił wilka na stół jadalny.
- Cóś ty znowu upolywał, hę?- Baba, która siedziała na rogu stołu zajęczała, drapiąc się po boku spódnicy.- Jakieguś labędzia? W zimę?
- A sam nie wiem. Będzie na rosół.- Odburknął jej mąż, szukając po szufladach jakiegoś noża.
- Rosół? Z labędzia...chociż byś go oskubal, co?- Baba poświęciła lampą na zwierzynę i zaraz odskoczyła z odrazą.- Wojciech, toż to jakiś mutant!
- Bobry to też mutanty, a jakoś je jemy w piątki na post. - Zarechotał z własnego kawału i machnął ręką na jej narzekanie. - Dobrze będzie.
- Mówisz? No dobra, myślałam że im dalej od dziwactw miasta tym lepiej, a tu proszę, taka niespodzianka. - Przyjrzała się mutantowi powoli.
W międzyczasie mężczyzna wydłubał spomiędzy drewnianych łyżek i chochel całkiem spory, uszczerbiony tasak z plastikową rączką i zaczął go ostrzyć na pasie.
- Weź mi to zwiąż, dobra?
Kobieta wzięła posłusznie sznur do owijania kiełbasy i przewiązała wilka tak, by nie uciekła, ani nie mogła ugryźć, a później zeszła pokracznie do piwnicy, uważając na swoją słoniowaciznę.
Krew z rany wilka kapała rytmicznie na szarą od piasku podłogę kuchni. Szum w głowie wadery nie ustępował. Rozejrzała się po pomieszczeniu, próbując z całej siły utrzymać przytomność. Nie widziała nigdzie swojego psa, ale czuła, że nie ma go tutaj, a sama jest po uszy w łajnie. Poruszyła nogami, niespodziewanie pociągnęła za sobą również pysk. Usłyszała szuranie ostrza o osełkę, podśpiewywania kobiety. Zwróciła na nią zmęczony wzrok, ta opierała spokojnie ziemniaki na obiad. Obiad? Nie mogła zebrać ani jednej trzeźwej myśli.
Mężczyzna podniósł tasak do samotnej żarówki zwisającej z kabla z sufitu, przyjrzał się zadowolony, sprawdził palcem ostrość. Gdy zaaprobował swoje dzieło, wrócił nad stół i zamachnął się ostrzem na łabędzie skrzydła.
Domino miała wrażenie że jej ciało miażdżone jest pod jakąś wielką skałą, jakby rozrywały ją na strzępy zębiska niedźwiedzi. Słyszała trzask łamanych kości, smród krwi, zawyła pomimo zakneblowanych ust, próbowała się wyrwać spod uścisku człowieka, ten jednak widocznie robił to nie pierwszy raz. Wadera zemdlała z bólu.
Farmer splunął flegmą na podłogę i podał swojej żonie parę zakrwawionych skrzydełek.
- Masz skub. Będziesz miała poduszkę. A z reszty zrobię sobie czapkę. - Wskazał na dwukolorowe futro. - Tylko gdzie był ten mój nóż do filetowania.
Odłożył tasak na blat i znów zaczął wywracać bałagan do góry nogami.
- Chyba został na pniaku na podwórku, jak z ryb wracałem.- Skierował się w kierunku schodów.- Zaraz wracam.
Kobieta kończyła w tym czasie płukać ziemniaki i miała zabierać się za skubanie, gdy nagle na podwórzu coś załomotało. Usłyszała ujadanie psa, wrzask męża. Szybko zbiegła po zbyt stromych schodkach i wypadła na podwórze. Ich zabiedzony kundel rozrywał właśnie nogawkę farmera, a ten przewrócony na plecy próbowałam kopnąć go w pysk. Pies poprawił uścisk i wgryzł mu się w kostkę, mężczyzna zawył przeraźliwie. Jego żona w panice złapała co tylko było pod ręką, starą deskę z roztrzaskanej budy i zamachnęła się w kierunku psa. Ten wykonał zgrabny unik, obiegł ich dookoła i wskoczył kobiecie ba plecy, próbując ją przewrócić. Ta jednak była o wiele za ciężka i za przysadzista, dała radę go z siebie przerzucić przez głowę i cisnąć o płot. Zaskomlał, podkulił nitkowaty ogon pod siebie i zbiegł przez dziurę w ogrodzeniu. Tylko łapczywe oddechy skandowały ciszy.
Wrócili na piętro. Na stole jednak nic już nie leżało. Ich uwagę przykuła smuga krwi prowadząca nieprzerwanie po podłodze prosto pod okienny parapet.
***
Domino kuśtykała polami, z dwoma kikutami sterczącymi z jej pleców jak połamane gałęzie. Wola przetrwania pchała ją ciągle byle do przodu, byle by tylko uciec od tego parszywego miejsca. Widziała las na horyzoncie, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Potknęła się na miedzy i już nie mogła się przemóc, żeby wstać.
Zza jej pleców usłyszała znajome sapanie, zapach psiej sierści.
- T-ty ż-ż-żyjesz. - Wyjąkał. - O-oj, tooo nie wyg-gląda dobrze.
-Zabierz.- Jej głos przypominał szmer przesuwanych głazów.- Mnie stąd.
- No jasne,tak. - Próbował wziąć pod siebie jej bezwładne ciało, zaskakująco lekkie bez wagi skrzydeł. - Mam u c-ciebie dług.
Pies imieniem Nicpoń po długiej wędrówce przez las w końcu dotarł na tereny watahy. Czuł w powietrzu, że teren jest zajęty, przemógł strach i zostawił ją pod pierwszą znalezioną jaskinią. Rzucił kamieniem do wnętrza i uciekł w krzaki. Obserwował jak kilka nieznajomych wyszło z wnętrza groty, oglądając białą waderę w panice, krzycząc coś do siebie, jeden z nich pognał głębiej w las. Poczuł ulgę, że jego druh znalazł się w dobrych rękach. Pobędzie tu jeszcze jakiś czas. Wracać na pewno nie ma zamiaru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz