Yrsa obudziła się powoli, z tym ospałym oporem, jakby sen wciąż trzymał ją za kark i nie chciał pozwolić jej odejść. W jej norze panował znajomy półmrok, chłód i zapach ziemi, który zazwyczaj koił, otulał ją jak dobrze dopasowany płaszcz. Zwykle budziła się z poczuciem delikatnej, ale stałej równowagi, lecz tym razem coś było inne. Coś subtelnego, prawie niesłyszalnego, jak fałszywa nuta w melodii, której słucha się od lat.
Ciche drapanie w gardle, lekkie i niegroźne, ledwie godne uwagi. Gdyby mogła opisać tę dolegliwość jednym słowem, użyłaby najpewniej „znajome”. Jej ciało miewało swoje kaprysy, słabości, drobne buntownicze chwile - przywykła do nich tak samo, jak przywyka się do samotności.
Podniosła się na łapy i dopiero wtedy poczuła zmęczenie. Głębsze niż zwykle, cięższe, choć równie ciche. Nie przestraszyło jej - choć inne wilki dawno już pospieszyłyby do medyka - ona widziała w tym jedynie kolejny z tych poranków, w których ciało uparcie zwalnia, próbując dogonić własne myśli.
Wychodząc z nory, natrafiła na świat ułożony w szarościach. Bladym świetle poranka było coś niepewnego, jakby słońce jeszcze do końca nie zdecydowało, czy ma dziś wzejść. Las milczał. A właściwie… brzmiał inaczej. Cichszy, przytłumiony, jakby ktoś położył na nim dłoń i nakazał mu milczeć.
Yrsa zatrzymała się na moment. Wciągnęła w płuca chłodne powietrze i spróbowała ocenić, czy cisza ma zapach. Czasem miała. Czasem, jak teraz, przypominała metal, mgłę, albo coś, co zwiastuje zmianę.
Zanim zdążyła pójść dalej, z krzaków wysunęło się Xiv - w swoim zwyczajowym, ciągłym, trochę zbyt szybkim tempie. Nigdy nie pasowało do ciszy. Zawsze w biegu, w zdaniach urwanych.
— O! Yrsa! Już myślałem, że… no, wiesz… nie wychodziłaś, i… — słowa wylały jeno się z pyska jak strumień, bez żadnego porządku i z wyraźnie przesadną troską, której najpewniej nie zauważało.
Ona spojrzała na niego spokojnie, jednym z tych delikatnych uśmiechów, które miały w sobie więcej przesłania niż całe przemowy innych.
— Nic mi nie jest, Xiv. Po prostu później wstałam.
— Wyglądasz… inaczej niż zwykle — dokończyło ostrożniej, niż zamierzało, jakby przestraszyło własnej śmiałości.
— Zmęczona? Tak. Bywa. Minie.
Powiedziała to tonem tak uprzejmym, tak pewnym, że trudno byłoby się z nią spierać. Jej głos miał w sobie tę miękkość, która łagodziła cudze obawy, zanim zdążyły się uformować.
Xiv patrzyło na nią jeszcze chwilę i to wystarczyło, by dojrzała to drgnięcie w jego spojrzeniu. Troskę. Niewyznaną, ale obecną, jak cienka żyłka światła pod lodem.
— Jeśli coś będzie nie tak… możesz mnie zawołać — mruknęło, a potem - jak zawsze - zniknęło zbyt szybko, jakby bało się, że gdy zostanie dłużej, wyrwie się jeno więcej niż powinno powiedzieć.
Yrsa długo patrzyła w ścieżkę, którą pobiegł. W jej spojrzeniu nie było zmartwienia, raczej spokojna analiza świata. Lubiła Xiv za jeno nieporadność. Świat potrzebował różnych temperamentów, by trzymać się w równowadze.
Tego dnia zbierała rośliny. Sama, tak jak lubiła. Zawsze mówiła, że las lepiej przemawia, kiedy jest się jedynym słuchaczem. Czasami pomagała Voqqunzie czy Mice, ale robiła to na swoich zasadach - nie dlatego, że musi, lecz dlatego, że ceniła sens bycia potrzebną, nawet jeśli nikt tego głośno nie mówił.
Ale dziś coś w niej słabło z każdą godziną. Oddech stawał się płytszy, kroki cięższe. „Przemęczenie” - pomyślała z tą samą łagodną mądrością, którą często posługiwała się w rozmowach z innymi. Czasem najprostsze wyjaśnienia bywały najbliższe prawdy. A przynajmniej tej prawdy, którą chciała przyjąć.
Wieczorem, kiedy wróciła do nory, powitało ją pierwsze uderzenie gorączki. Ciepło w karku było nienaturalne, lepka fala przechodząca pod skórą. Kiedy przełknęła ślinę, ból przypominał żar. Schyliła się nad taflą wody. W odbiciu dostrzegła czerwony nalot na gardle. Intensywniejszy, niż powinien być. Przyglądała mu się długo, analizując każdy szczegół, jakby próbowała odczytać tajemniczą runę, ukrytą w barwie i kształcie.
Niedługo później ołożyła się w norze. Księżyc oświetlał jej bok chłodnym blaskiem, przypominając spływający po futrze strumień srebra. Leżała nieruchomo, wsłuchując się w własny puls, w rytm oddechu, w ten narastający niepokój, który nie miał jeszcze kształtu ani nazwy.
To był tylko drapiący ból gardła, zwykła gorączka. Nic, czego nie znała. A jednak coś w powietrzu było nie tak. Cisza lasu nie była zwykłą ciszą. Miała w sobie napięcie, które znała aż za dobrze - to, które pojawiało się wtedy, gdy świat przygotowywał się na coś, czego nie umiała jeszcze dostrzec.
Czuła to w kościach.
A jej kości myliły się rzadko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz