
sobota, 3 stycznia 2026
Odchodzą!

piątek, 2 stycznia 2026
Od Dalii - "Młoda krew" cz.1.2
– Powinnaś bardziej uważać. – młoda wadera zmarszczyła nos na swoją siostrę przyciskając jedną z łap mocniej do rany na ramieniu Dalii. Ta tylko prychnęła pod nosem jakieś słówko, którego Talia nie zrozumiała. — Nie możesz ciągle się tak narażać! To się kiedyś skończy dla ciebie źle!
– Może i, ale przynajmniej będzie mi z tym dobrze! – odgryzła się skrzydlata.
– Dobrze?! – Talia pacnęła siostrę między uszami. – dobrze to ci powinno być z jakąś spokojną pracą i fajnym chłopakiem! – samiczka nastroszyła się jak gołąb na słowa siostry. A Dalia nie była jej dłużna.
– Wiesz ty co!? – ranna poderwała się na łapy, a jej prowizoryczny bandaż opadł na śnieg plamiąc go na różowo. – Dobrze to mi będzie z dala od Ciebie! – i zaraz z rozpędem niknęła między pniakami martwych z powodu zimy drzew. Talia tylko tupnęła łapą, sfrustrowana zachowaniem siostry. Ale co ona mogła zrobić. Dalia była szybsza i silniejsza, nie dogoni jej, nie zmusi jej do niczego. Talia odetchnęła i z gniewem w sercu wróciła do jaskini medycznej, do domu. „To żaden dom ,to więzienie” słowa jej siostry prześladowały ja nawet w jej ulubionym miejscu – cóż za pech.
Dalia machnęła ogonem niezadowolona. Epidemia ledwie się skończyła, jej siostra zachowywała się jakby już stała się pełnoprawnym medykiem. Tak, były już prawie dorosłe, i tak to było jej wielkie marzenie, ale sam Delta mówi jej ciągle, że jeszcze wiele musi się nauczyć. A jak na razie nic tylko biadoliła i zrzędziła jakby była niewiadomo kim. Próbowała udawać wszystko wiedzącego mnicha czyścioszka celibatę!
– Będzie ci dobrze z pracą, z chłopakiem, phi! – zdenerwowana kopnęła zaspę. Impet z jakim to zrobiła sprawił, że biały puch zawrócił na wietrze i wpadł jej prosto w oczy. – AGH! – i tylko zwiększył jej gniew i frustrację. Czemu jej siostra musiała tak popsuć jej dzień.
Najpierw Dalia nadziała się na kija i rozwaliła sobie ramię, potem dostała pogadankę od siostry, która myślała że wie i umie więcej niż rzeczywiście wie i umie. A teraz jeszcze natura obraca się przeciwko niej. No cóż. Dalia ruszyła dalej. Rana na jej ramieniu bolała i pulsowała, więc samica wsadziła w nią odrobinę śniegu, aby sobie ulżyć. Piekło to jak diabli, ale chłód zimy powoli łagodził jej problem. Może nie nabawi się infekcji.
Podróżowała chwilę, dłuższą czy krótszą, ciężko było jej stwierdzić. Trzymała nos blisko ziemi i nie patrzyła na niebo. Czas był tylko wymysłem, kolejnym łańcuchem trzymającym ją za szyję jak złota obróżka, co by nie oddalała się za daleko od „bezpieczeństwa”. Nie obchodziło ją to za mocno. Nie dzisiaj, kiedy miała taki parszywy humor.
Jej łapy poprowadziły ją prosto, do nikąd. Poniekąd do nikąd. W końcu zawsze idzie się gdzieś, tylko nie zawsze wie się gdzie się idzie. Dalia powiedziałaby, że ona wie doskonale, dokąd szła. Jej ślady dawno już zasłonił śnieg. Ten który powoli spadał z nieba i ten który wiatr rozdmuchał na ścieżkach. Ale jej zapach nadal wisiał w powietrzu. Nieprzyjemna mieszanka zapachu ziół, śmierci i krwi, która ciągnęła się za całą trójką wilków mieszkających w jaskini medycznej.
Dalia odetchnęła i w końcu podniosła wzrok z ziemi, kiedy coś poruszyło się w jego zasięgu. Był to cień. Cień należący do wilka. Wilka, którego Dalia znała średnio dobrze. Średnio, bo go znała po imieniu i zapachu. Średnio też, bo widywała go często tylko z daleka. Często bywał w jaskini medycznej, a na potwierdzenie miał wiele śladów na swojej skórze. Blizny pokrywały większość jego ciała. Małe i duże, wiele z nich prawdopodobnie schowane pod grubą warstwą brązowego futra.
– Hej. – przywitała się. Była od niego mniejsza, chociaż już niewiele. Jeszcze rosła, chociaż już powoli.
– Hej. – Danny spojrzał na nią, wyraźnie znudzony. Oboje zamilkli wpatrując się w swoje oczyska. – Co tu robisz? – starszy w końcu wydobył z siebie jakieś słowa.
– Idę. Znaczy… teraz stoję. – odparła bez jakiegoś większego uśmiechu. Nie spuściła z niego wzroku. Basior rozejrzał się niespokojnie wokół i odetchnął.
– Jesteśmy na granicy z Jabłoniami. Nie powinno cię tu być. – odparł starszy. W jego głosie dało się słyszeć narastającą irytację.
– No i? Mogę być gdzie mi się żywnie podoba. – wadera pokazała mu zęby. Nie będzie jej jakiś facet mówił co może robić.
– Okej… – Danny sam skrzywił się i pokazał jej swoje perełki. – Idę.
–A dokąd?
–A co cie to obchodzi? – Danny machnął ogonem. Był wyraźnie wściekły. Ha… Dalia jednak jeszcze umie działać na innych jak płachta na byka. Dobrze. Lubiła irytować innych, zwłaszcza takich „silniejszych” od niej.
– Bo jestem wścibska. I bo mi się nudzi. I bo nie chce wracać na razie do domu, więc… teraz mój problem to twój problem. – uśmiechnęła się do niego. Jego powieka zadrgała z irytacji.
– Mój problem?! Nie będę cię niańczył! – basior nastroszył się i zawarczał. Ten dźwięk może przestraszyłby jakiegoś młodego wilka, ale Dalia nie była „jakimś” wilkiem.
– Nie potrzebuję niańczenia. – wadera spuściła po sobie uszy i sama pokazała zęby, po raz kolejny. – Słyszałam za to o Tobie, wiesz?
– Słyszałaś… Ciekawe co.
– Twoje hobby. Twoja siostra naprawdę dużo gada. – Dalia przewróciła oczami. Dana naprawdę powinna czasem zamknąć tą swoja piękną japę, bo skończy kiedyś ze złamaną szczęką. – Walczysz.
– No walczę i co?
– Też chcę. – odparła Dalia.
– Ty? Jesteś jeszcze dzieciakiem. – Danny machnął łapą jakby chciał ją odpędzić.
– Nie chcę walczyć dzisiaj. Dostałabym wpierdol. Musze poćwiczyć… ale chcę obejrzeć. A nie wiem gdzie to. – wadera odsunęła łapę Dannego na bok i wbiła w niego swoje intensywne ślepia. Basior zmarszczył nos i odwzajemnił jej gest pokazaniem „środkowego” paluszka. – Pfff… Jak mnie nie weźmiesz naskarżę na ciebie Agrestowi i tacie. Ja wiem że i tak już masz z nimi na pieńku i odgrażali ci się że cię zamkną w pizdu w izolatce. – uśmiechnęła się złowieszczo. Danny cofnął się o krok, jego pysk wygięty w szoku połączonym z wściekłością.
– Skąd ty… Zresztą to nieważne. Jak się dowiedzą, że wziąłem Cię ze sobą to i tak mnie zamkną. –potrząsnął łbem.
– Ale przynajmniej nie w izolatce. – zapadła chwila ciszy.
– Dobra. Chodź. – basior prychnął i ruszył przed siebie. Dalia uniosła ogon do góry w geście triumfu i zaraz ruszyła śladem nowego znajomego.
Droga przez WSJ była zupełnie inna od WSC. Ścieżki były niewydeptane i pewnie zarośnięte wiosna i latem. Albo może jej się zdawało. Nigdy nie była dalej niż granice jej watahy, częściowo dlatego że była za mała jeszcze niedługi czas temu, a częściowo bo obawiała się, że w zimowym pejzażu nie trafi do domu. Może miała już rok, ale zima i biel jakoś tak… mieszały jej w oczach wszystkie te tereny. Wszystko wyglądało identycznie. Drzewo to drzewo, a w śniegu było jeszcze gorzej.
– Jesteśmy. – Danny w końcu się zatrzymał. Do tej pory szedł w miarę powoli, żeby Dalia nadążała. Nie miał po co, bo samiczka doskonale radziła sobie, kiedy przychodziło do siły, ale cóż. Nie będzie mu tego wypominać, nie teraz. Była zbyt podekscytowana.
Rozejrzała się wokoło. Nic nie wskazywało na wyjątkowość tego miejsca. Ot co mała polana w środku lasu, niedaleko jakiegoś wzgórza.
– Jesteś pewien? – Dalia spojrzała na niego spode łba. – Nic tu nie ma.
–Bo źle patrzysz. – Danny odparł bez zawahania. – Zanim jednak, parę zasad! I słuchasz teraz uważnie. – samiec prawie wsadził swojego palca w jej nos.
– Okej. Okej, nie spinaj się tak, bo ci żyłka pęknie. – wadera poprawiła skrzydła i usiadła.
– Zanim wejdziesz, rozglądasz się wszędzie. To miejsce jest nielegalne nawet w WSJ, a to jest wyczyn.– Danny sam przysiadł sobie i nastawił uszy. Nikt nie mógł ich złapać. –W środku wszyscy są jedni. Nie ma podziału na watahy, są tylko frakcje. Nie bierz udziału w zakładach jeśli chcesz walczyć. Nie patrz nikomu za długo w oczy, nie pij alkoholu, który poda ci ktoś inny lub który zostawisz na dłużej niż sekundę z dala od swojego wzroku. – wymieniał. A Dalia słuchała. Musiała. W końcu jeśli chciała w tym wszystkim uczestniczyć, musiała się tego nauczyć. Inaczej mogło się to źle skończyć. – Mamy tutaj cztery główne frakcje. Diamenty, Psy, Orły i Ogień, no i takich jak ja. Wolne dusze, tak na nas wołają. Nie walczę dla nikogo, tylko dla siebie i z każdym. Czasem nie ma meczu dla mnie, czasem jest. Ale na barze ktoś jest zawsze chętny na dostanie po mordzie. Jak walczysz dla frakcji to zarabiasz cokolwiek, coś. Pieniądze są tylko wewnętrzne ale można za nie sporo kupić. Alkohol, narkotyki, prostytutki, jak cię stać to i niewolnika, chociaż to się robi coraz bardziej nielegalne. A… i nie daj zaprowadzić w żaden ciemny kąt. Możesz się w ten sposób pozbyć nerki… albo obu nerek. – w końcu skończył. – Zrozumiano.
– Tak. Mam na siebie uważać, gryźć każdego kto chce ukraść moje nerki i nie pić alkoholu jeśli nie mam czasu go pilnować. – Danny pokiwał głową. – Nie patrzeć nikomu za wiele w oczy i gryźć po jajach jak się ktoś do mnie przylepi.
– Dokładnie. I nie zadzieraj z frakcjami. – dodał po sekundzie basior.
– Nie zadzierać z frakcjami… Em.. ale …
–Będziesz widzieć kto jest kim, od razu jak wejdziemy. –poinformował ją basior i rozejrzał się. Uważnie nasłuchiwał kroków i dźwięków wokoło. Przywitało go tylko śpiewanie zimowych ptaków i przesuwający się po ziemi śnieg. – Idziemy.
I poszli. Dalia szła zaraz za ogonem Dannego, który z impetem przebijał się przez śnieg. Zaspy na polanie zapadały się za nim jak małe lawiny, zakopując jego ślady. Dalia robiła wszystko to co on, zacierając swój zapach i odciski łap pod warstewką świeżego śniegu. I wkrótce Danny nagle zniknął pod śniegiem. Dalia wzięła głęboki wdech i sama zanurzyła się w środku.
Wpadła w norę, której się nie spodziewała. Jej łapy mało nie załamały się pod nią, kiedy spotkały się z pochyłym gruntem. Na szczęście przed nią był Danny, w którego tyłek wpadła. Samiec przeklął pod nosem, ale wyhamował ich oboje. Zjazd był ciekawy i dobrze zamaskowany. A wzgórze? Wzgórze okazało się być puste w środku. Wielka jaskinia przywitała ich swoim chłodem i.. no cóż. Wielkością.
– Łał. –Dalia zatrzepała uszami, jej kolczyk poruszając się w dziurce z przyjemną ciężkością. – Niesamowite. I wszystko tak dobrze schowane.
– Myhymmm. Pamiętasz zasady? – Danny nastroszył się nieco i skrzywił. Jakiś wilk szedł w ich stronę. Jego sierść przebita była starymi bliznami i brakowało mu ucha.
– Ja się po prostu nie będę odzywać. – Dalia mruknęła pod nosem.
– Dobra strategia. – przyznał jej starszy.
– Danny, Danny. Danny. – wilk uśmiechnął się szeroko. Miał tylko cztery zęby, żółte i czarne, ledwo trzymające się w jego gębie. Śmierdziało od niego dymem i czymś czego Dalia nie umiała rozpoznać. – Co żeś ty ze sobą przytargał. Wygląda… młodo. – stary szary wilk zmazał z pyska swój uśmiech.
–Z pewnością nie jest w wieku żeby dołączyć do twojego zastanego burdelu. –odparł Danny. Chyba nie przepadał za tym wilkiem. – Domażyrze.
– nie powinno jej więc tu być. Poza tym, już ci mówiłem. Mów mi wujku! – Domażyr poklepał Dannego po ramieniu. Młodszy nawet nie drgnął.
– A ja ci mówiłem żebyś nie mieszał się w moje sprawy. Jedną bliznę już ci zostawiłem i zęba zabrałem. Może masz ich nadal za dużo, co? – basior zepchnął łapę starszego ze swojego ramienia. – Kogo ze sobą przyprowadzam to moja sprawa. Spierdalaj. – po czym Danny przeszedł obok basiora upewniając się że jego ramię przetrąci go na bok. Szary wilk warknął coś pod nosem po czym poszedł w swoją stronę. Dalia obróciła się na pół sekundy aby na niego spojrzeć. Był on stary, zabliźniony i niepozornie zbudowany, a tył jego głowy przyozdabiał kucyk z sierści, spięty złotymi obrączkami. – To był Domażyr. Nie m frakcji, ale jest ważny. Prowadzi tutejszy burdel i zawsze szuka zdobyczy. Przynajmniej tyle, że jego panienki muszą mieć przynajmniej 2 lata. Jedyne co w jego głowie jest poukładane. – basior prychnął.
– No dobra. O łał. – podeszli bliżej areny wkopanej głębiej w kamień. Prowizoryczna barierka wokół kiwała się na boki, kiedy kolejne wilki układały na niej łapy. – Ciekawie… – Dalia machnęła ogonem. Wilki wyglądały do siebie podobnie. Część z nich była ewidentnie wyłącznie widownią, nigdy nie maczając palców w walce. Ich sierść była zmierzwiona, ale bez ran czy blizn. Dziewicza wręcz. Potem były wadery i basiory ze złotymi, grubymi kolczykami w obu uszach. Pracownicy Domażyra – Dalia mogła tylko zgadywać, ale patrząc na to, że jedna z wader właśnie lizała jakiegoś basiora po szyi, Dalia daleko od prawdy nie była. Potem była grupa wilków przyozdobionych skórzanymi nagolennikami, zbierali oni od wszystkich pieniądze i chwilę z nimi rozmawiali, notując coś na kawałkach… czegoś. Dalia nie widziała za dobrze, ale też nie patrzyła na tyle uważnie żeby wiedzieć o kie im chodzi. Pewnie zbierali te zakłady, o których wspominał Dany. Więc… pracownicy, prawdopodobnie. Pytanie dla kogo pracowali.
Były jeszcze wilki zupełnie inne, niż wszyscy pozostali. Co ty nie powiedz Dalia. Inni niż inni... Phi. W każdym razie, wilki te wyróżniały się na tle wszystkich wokół. Niektóre miały na sobie piórka. Były one wciśnięte w każdy kąt ich sierści, gdzie tylko mogły się trzymać. Ich pyski oznaczone były białą farbą odbitą w kształcie wilczej łapy na ich czołach.
– Orły. – Danny szepnął do niej, kiedy złapał jej wzrok. – Lubią przyjmować chude i szybkie wilki z mocnym ugryzieniem. Walka z nimi nigdy nie jest prosta.
Dalej pojawiły się trzy wilki, które wyglądały jakby oblał ich deszcz krwi. Ich futra były pomalowane w czerwone pasy, kropki i łapy. Wszystkie wilki miały błękitne oczy z jakiegoś powodu. Były dobrze zbudowane i dwójka z nich na szyi miała zapięte bandany z poszarpanego czerwonego materiału.
– Ognie. Silne i zabójcze. Nie chcesz ich wkurwiać poza ringiem, bo nie wahają się pobić nawet małej dziewczynki. Używa się ich tutaj jak ochrony jak ktoś się za bardzo rzuca, więc nie warto się wychylać. Jak sobie cię zapamiętają to masz przejebane. – Danny się skrzywił.
– Nie lubią cię co? – Dalia zerknęła na niego z niepewnością.
– Część z nich. Część mnie lubi. To zależy kogo spytasz. – odparł bez zawahania. – Ta trójka to swoi goście. Bravado, Iliada i Odyseja. Iliada jest ich championem, szefem, głównym wygrywającym, jak zwał tak zwał. Najważniejsze wiedzieć, że jak z nią walczysz to nie wygrasz. Ale rzadko walczy. Woli pilnować porządku. Swoja baba. – Danny poprawił sierść na swojej piersi i zmrużył oczy. Dalia mogła się tylko skrzywić na ten widok. Zakochany, czy co? Nieważne…
Kawałek dalej, w głąb jaskini, przy stole siedział grupa wilków i śmiała się w głos. Każdy z nich miał zęby błyszczące się bardziej niż słońce, nawet w cieniu jaskini, gdzie tylko sztuczne światło i świeczki oferowały światło. Dodatkowo w ich nosach błyskotały cienkie kolczyki. Jak u byka. Dalia skrzywiła się i polizała po nosie. Jak tak w ogóle można?
– Diamenty. Błyszczące wilki, tak czasem na nich wołają. Wytrzymałe. Jakby tu były biegi a nie walki to byliby championami ciągle i nieustannie. A tak, to mogą tylko polegać na paru z nich, którzy są nieco silniejsi. Ogółem… to grupa, która przyjmuje każdego kto gotowy jest wstawić sobie kryształy z zęby… – Danny polizał się po swoich białych perełkach.
– I kolczyk w nos. – Dalia powtórzyła swoje własne polizanie, po nosie.
–No… Niestety. To tacy trochę klauni. – Danny podrapał się za uchem. – Kiedyś rozważałem czy do nich nie dołączyć, ale jeśli mam być szczery to nawet jako Wolny mam więcej godności niż oni razem wszyscy wzięci.
– Święta racja bracie. – czyjś głos zza ich pleców potwierdził jego słowa. – Święte słowa. Bo nie ma lepszego i bardziej godnego miejsca niż to w frakcji psów co? – Dalia odwróciła się w stronę gościa, tylko po to aby nastroszyć się cała. Stał tam bowiem… pies i to rasowy. Uśmiechał się do niech szeroko. Jego chude łapy owinęły się wokół szyi Dannego, a długi i prosty pysk rozwarł sie w uśmiechu.
– Bella. – basior zaśmiał się wesoło. – Takie miejsce to godne tylko dla psów. Ja się nie kwalifikuję.
– Prawda, ale próbować zawsze mogę, nie? Takiego wojownika jak ty to pożałować w Wolnych, naprawdę. – samica potrzasnęła głową. Jej długa sierść wyglądała jak spokojne fale na morzu. Naprawdę hipnotyzujące i … bardzo zadbane. – A to co za piękność?
– To jest… Dalia. – Danny wskazał na skrzydlatą. Ta w końcu uniosła wzrok aby spojrzeć temu psu w oczy.
–Dalia. Piękne imię. Nazywam się Bella, jestem szefem frakcji psów, i .. jak się można domyślić, same z nas psy! Oh… w ogóel. Ona wygląda trochę młodo, Danny. Jesteś pewien, że…
– Nie. Ale przylepiła mi się do ogona i nie mogłem się jej pozbyć, więc jest. Obiecała że nie będzie jeszcze walczyć. Trzymam ją za słowo.
– Nie będę. Jeszcze mi podadzą moją własną dupę na talerzu. Nie mam na to ochoty. – Dalia pokręciła głową.
– i dobrze. Dzisiaj walczy Iliada. To będzie widowisko, ona tak rzadko czegokolwiek próbuje, a zawsze rozkłada wszystkich na łopatki. – Bella odetchnęła głęboko. O nie… kolejna. Dalia zmarszczyła brwi. Podobało jej się tutaj, tylko dlatego, że ktoś już nawalał się przy barze. To było ciekawsze niż… cokolwiek działo się w sercach tej dwójki. – Dobra. Ja idę przygotować Księżniczkę do walki. Iliada pewnie zostawi jej jakąś łapę złamaną, więc musze ją dobrze zagadać, żeby się nie poddała jeszcze przed walką.
– Powodzenia.– Danny posłał jej szeroki uśmiech i Bella zaraz znikła w tłumie. – Ah Bella… Jak zwykle pozytywna i kochana. Jeśli kiedykolwiek, ktoś za mocno będzie ci dokuczał możesz być pewna że Bella ci pomoże. To wielka adwokatka równości i bezpieczeństwa. Samiec czy samica, jak się boisz to jej szukaj.
– Okej. W ogóle… ona wygląda ciekawie.
– Wiem. Jest jednym z niewielu rasowych psów tutaj. Borzoj, zawsze się tym chwali. Z nia także nie chcesz walczyć. Jak widzisz… żadnych blizn…
– To… świadczy o tym że ktoś jest albo nowy albo… bardzo dobry? –Dalia spojrzała na swojego towarzysza.
– Bingo. Dobra. Chodź, zajmiemy sobie jakieś dobre miejsca. – Danny pchnął ją w kierunku barierek. Zaczęła przepychać się przez tłumy, używając swoich skrzydeł do silniejszych popchnięć. Wilki wokół warczały w jej kierunku, ale ona się jakoś tym za bardzo nie przejmowała. Danny szedł zaraz za nią, zaskoczony jej pewnością siebie.
– Nie walczysz dzisiaj? – Dalia w końcu usiadła zaraz przed tą marna barierką i spojrzała na arenę. Parę wilków w nagolennikach sprzątało podłogę i przesuwało drabiny, którymi schodziło się tam na dół. Dalia nastawiła swoje uszy i uśmiechnęła się szeroko. Jakież to ekscytujące!
– Sama słyszałaś. Iliada dzisiaj walczy, więc ja nie walczę.
– A szkoda. – słodki i melodyjny głos odbił się od ścian. Tłum zdawał się ucichnąć na chwilę i rozstąpić jak morze przed Mojżeszem. Dalia uniosła oczy z zaskoczeniem.
– O wilku mowa. – Danny położył po sobie uszy.
– O wilku, o wilku! – wadera była pokryta tylko paroma bliznami, ale największa z nim przelatywała zaraz przez jej pysk. Jej sierść była biała, ozdobiona czerwonymi kropkami i czerwoną łapą na ramieniu. – Dlaczegoż to mój najbardziej wyczekiwany przeciwnik nie będzie uczestniczył dzisiaj w walkach?
– Iliado, żartujesz sobie? – Danny zmarszczył nos. – Walczysz dziesięć razy lepiej ode mnie. Chyba tylko Bella może ci porządnie oddać.
– No tak. Niby tak. Ale jesteś najlepszy w lidze Wolnych i chyba tylko Bella może ci oddać! – Iliada zaśmiała się w głos, jakby powtórzenie jego słów było najlepszym żartem pod słońcem. Ale nikt się nie śmiał.
– Wiesz… chciałbym, ale dzisiaj jestem niańką. –Danny wskazał łapą na Dalię. Samiczka spojrzała na niego z podniesioną brwią. Nie będę cię niańczyć. Powtórzyła sobie w głowie jego własne słowa ale się nie odezwała.
–Niańką… Oh. To małe i nieporadne jest z Tobą? – Biała wadera zmierzyła Dalię wzrokiem. – Dobre mięśnie. – zauważyła.
– Dziękuję. Ćwiczę. – Dalia odparła krótko i zwięźle.
– Walczysz? – Iliada uniosła brew. Danny otworzył szeroko czy.
– Nie. Nie dzisiaj, nie w najbliższej przyszłości. Nie umiem. Nie mam pełnego roku jeszcze. – Dalia usiadła i swoim skrzydłem uderzyła wilka, który pochylił się za blisko jej ciała. Ten zajęczał i warknął coś w jej kierunku ale się odsunął.
– Charakterna. Już cię lubię! — Iliada uśmiechnęła się szeroko. – nauczyłbyś ją czegoś, może co, leniu?
– Daj spokój. Dzisiaj ją poznałem. Znaczy… znałem ją wcześniej ale z widzenia.
–Nie mogłeś mnie nie znać. Tak często odwiedzasz jaskinię medyczną, że nie szło się nie zapoznać nawet po imieniu.
–Oh… Mieszkasz w jaskini medycznej? – Iliada uniosła uszy.
– Można tak powiedzieć… Śpię w niej. To byłoby bardziej… prawdziwe określenie. – Dalia owinęła ogon wokół swoich łap.
– Ach.. A już myślałam, że znalazłam nam medyka. – biała wadera zacmokała i przyjrzała się Dali ponownie.
– O nie ma szans. Mam do czynienia z medycyną, tyle co gruszka z wierzbą. – Dalia pokręciła głową intensywnie i ponownie uderzyła kogoś skrzydłem. Tym razem trafiła w szczękę.
–Cholera! – wilka za nią zawył i zaniknął w tłumie.
– To było…
– Dotknął moja dupę to dostał po dupie. – Dalia warknęła niezadowolona, ale liczyła się z tym, jak tylko tu weszła. Szło się tego spodziewać po takim tłumie.
– Okej. Nadaje się. Ma tego zęba. Jak będziesz chciała to i ja cię czegoś nauczę, co? – Iliada machnęła ogonem z zadowoleniem.
– Okej. – Dalia zgodziła się dość niepewnie. Danny skrzywił się z zażenowaniem i przerażeniem. Iliada za to obróciła się na pięcie i skoczyła do areny. Wylądowała z gracją, a tłum zawył w zachwycie. – Jak ona mnie nauczy to skończę źle, co?
– Nawet gorzej niż źle. – Danny odetchnął ciężko. – Jej metody uczenia są… specyficzne.
Walki jeszcze trwały keidy Danny pchnął Dalię w bok.
–Musimy iść. Niedługo będzie się ściemniać. – basior oznajmił jej do ucha.
–Skąd wiesz? – Dalia otworzyła szerzej oczy. Jaskinia była tak samo ciemna i zimna jak, kiedy weszli.
–Zegar. Będę cię i tego musiał nauczyć co?
– No… Raczej tak. Bo nie odpuszczam ci teraz. – Dalia uśmiechnęła się do niego szeroko. – Jesteś na mnie skazany.
–O nie… co ja teraz pocznę. – wilk parsknął sarkastycznie.
Tej nocy Dalia spała spokojnie ,zmęczona wydarzeniami tego dnia. Śniła o Iliadzie i jej walce. Śniła o Belli i jej hipnotyzującym futrze i słodkich oczach. Śniła o swojej pierwszej walce, o pierwszej bliźnie. Nie mogła się już doczekać.
<CDN>
środa, 31 grudnia 2025
Podsumowanie grudnia!
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 13
Delta spojrzał na kartkę w swoich łapach i odetchnął. Oficjalnie już, mógł wpisać wielkimi literami : Koniec, zaraz pod danymi z epidemii. Ostatni pacjent wyszedł z medycznej, niekoniecznie o własnych łapach, ale wyszedł.
Amensir wyzdrowiał, cudem, ale wyzdrowiał i wyszedł o własnych łapach. Jego choroba była szybka, intensywna, ale skończona.
Puchacz zachorował zaraz po śmierci swojej siostry. Niedługo potem choroba rozłożyła Nymerię i Agresta. Akurat na święta. No cóż. Cała rodzina w chorobie. Poza Legionem, który siedział w jaskini alf, samotnie. Ale niedługo. Agrest, pomimo swoich własnych problemów zdrowotnych w miarę się wylizał, a niedługo potem wyzdrowiał Puchacz. Chociaż tylko ciałem, gdyż siostra była mu bardzo bliska. Niestety żona Agresta, samica alfa, najukochańsza wadera w tej watasze nie pozbierała się tak łatwo. Nie wyszła o własnych łapach. Fakt jest, że nie wyszła wcale żywa. Niestety, Puchacz, Legion i Agrest będą mieli za kim płakać.
Espir wylizała się chyba najszybciej ze wszystkich, pomimo swojego wielu. Z jaskini medycznej wyszła o własnych łapach, niecały tydzień po zachorowaniu.
Satrutn i Smoła przeszli przez chorobę lekko i wyzdrowieli z nową śmiałością. Ach ta młodzież…
Kali za to… Kali się nie poszczęściło. Mino miał kogo grzebać tego dnia, bo niedługo po niej padł Miguel.
Niedługo potem Delta wysłał Talię do Yrsy i Xiva. I tak jak Xiv wylizał się w miarę dobrze i przeszedł tę chorobę bez większych problemów, Yrsa potrzebowała jeszcze trochę czasu. Jednak zdrowie przyszło i do niej.
Prymula, z racji że to szczeniak, ponarzekała i wylizała się jak młody bóg. Gorzej że straciła babcię w tym procesie.
Dana i Hiekka chorowali, chorowali i napsuli trochę Delcie krwi. Hiekka ze swoimi poematami, a Dana miłosnym wyciem za basiorem, którego nie mogła dostać.
I na tym się dobro skończyło. Śmierć przyszła i zabrała ze sobą każdego kto został w jaskini medycznej, kiedy zdrowi tylko wystąpili jedną łapą na swoją zasłużoną wolność.
Najpierw poszła Ruka. Starsza wadera zamknęła oczy bardziej ze starości niż z choroby, chociaż ta wcale jej nie pomogła.
Potem umarła Szalka. Ta pomocna, wesoła i młoda wadera. Odeszła przerażona i Delta mógł tylko przytrzymać ją za łapę.
Harpia, Kezuko i Mikaela byli zaraz po niej. Tej samej nocy właściwie. Wszyscy po kolei poddali się chorobie, która powoli udusiła ich we śnie.
Miguel odszedł o poranku. Kiedy słońce przed nowym rokiem zaświeciło na świat.
Arteus i Xochi odeszli jednocześnie w południe. Smutno, bo boleśnie. Arteus oberwał atakami padaczki zanim choroba dobiła go kompletnie, a Xochi zachłysnął się wodą i niestety poległ z utopienia… albo uduszenia się. Ciężko powiedzieć. Choroba po prostu nie dała mu wyrzucić wody z płuc.
Piwonia i Cykoria umarły spokojnie, skulone w roku medycznej, zawinięte futrami jedna w drugą.
Szalej za to umarł wieczorem, wczesnym jeszcze. I wtedy na Sali została tylko jedna wadera.
Flavie poczekała ze swoją śmiercią. Prawie do nowego roku. Jej oczy zamknęły się, a oddech poddał niedługo przed północą.
I jaskinia medyczna zamilkła. Puchacz płakał w rodzinnej jaskini. Dalia wyszła i jeszcze nie wróciła ze spaceru. A Talia i Delta siedzieli przed medyczną i wpatrywali się w niebo w grobowej ciszy. Cóż za wesołe wieści na nowy rok… niestety podpisane krwią i zagubionym oddechem wszystkich tych, którzy odeszli.
<CDN>
Od Yrsy - Nowy Rok
Nowy Rok nie przyszedł z hukiem.
Nie było gwałtownych zmian ani obietnic składanych na głos. Las nie wiedział, że zmieniła się liczba, a noc wyglądała dokładnie tak samo jak poprzednie - cicha, zimna, rozciągnięta nad ziemią jak ciemne futro.
Yrsa siedziała przy wejściu do swojej nory i patrzyła w głąb lasu.
Minął rok.
Nie od przybycia do watahy - to przyszło później, bez ceremonii, niemal mimochodem.
Minął rok od dnia, w którym świat, jaki znała, przestał istnieć.
Yrsa pamiętała go do dziś. Pamiętała moment, w którym instynkt kazał jej uciekać, a rozum nie nadążył nawet zaprotestować. Pamiętała śnieg, który przyjął jej łapy bez pytania. I ciszę później - nie uspokajającą, lecz martwą. Ciszę po tym, jak wszystko, co było światem, przestało nim być.
Została sama. Nie dlatego, że była najsilniejsza. Została, bo życie czasem wybiera przypadkowo.
Przez długi czas uważała, że to pomyłka.
Pierwsze dni po tamtej nocy były nie tyle żałobą, co dezorientacją. Ciało poruszało się jeszcze z rozpędu, umysł wykonywał znane gesty, ale sens zniknął. Były chwile, w których budziła się przekonana, że zaraz usłyszy głosy swojej watahy i chwile, w których bała się zasnąć, bo wiedziała, że ich nie usłyszy.
Nie płakała wiele. To przyszło później.
Najpierw była tylko konieczność przetrwania.
Kiedy trafiła do nowej watahy, była cieniem samej siebie. Uprzejma - zawsze. Spokojna - niemal przesadnie. Mądra w sposób, który pozwalał nie zadawać zbyt wielu pytań. Była gościem. Kimś, kto stoi trochę z boku, obserwuje, uczy się rytmu, ale nie wchodzi w środek kręgu.
Nie dlatego, że nie chciała.
Dlatego, że krąg kojarzył jej się z czymś, co już raz się zamknęło - i pękło.
Minął rok.
Były dni dobre. Ciche, równe, niemal zwyczajne.
Były też takie, które zaczynały się od zapachu albo światła padającego pod złym kątem i kończyły walką o oddech.
Obrazy wracały. Zawsze wracały.
Nie pytały, czy jest na to gotowa.
Czasem widziała pysk kogoś, kogo straciła, tak wyraźnie, że aż odruchowo robiła krok w jego stronę. Czasem słyszała dźwięk, który należał do tamtej nocy, i świat na moment tracił ostrość. Nauczyła się wtedy stać nieruchomo. Oddychać. Czekać, aż teraźniejszość znów ją dogoni.
Wataha… była cierpliwa. Nienachalna. Pozwalali jej być taką, jaka była. Nie naciskali. Nie wymagali wyznań. Byli i to wystarczało bardziej, niż się spodziewała.
Byli po prostu obecni.
Delta ze swoją szorstką troską, która nigdy nie była czuła, ale zawsze skuteczna. Inni, których imiona z czasem przestały brzmieć obco. Kroki w lesie, które nauczyła się rozpoznawać. Cisza, która nie była już zagrożeniem, a jedynie przestrzenią.
Xiv było jednym z tych elementów, które trudno było zignorować, nawet gdy bardzo się tego chciało. Zawsze trochę za głośne, trochę za szybkie, z myślami biegnącymi przed pyskiem. Na początku patrzyła na nie z dystansem, z tą uprzejmą rezerwą, którą miała opanowaną do perfekcji. Odpowiadała spokojnie, czasem błyskotliwie, czasem półuśmiechem, który kończył rozmowę, zanim ta zdążyła zejść na niebezpieczne tory. Z czasem zauważyła, że jego obecność… równoważy ciszę. Nie wypełnia jej nachalnie, ale rozprasza ją drobnym ruchem, śmiechem, nieporadnym entuzjazmem. Jak ptak, który nie wie, że śpiewa w miejscu, gdzie wcześniej było tylko echo.
Inni przewijali się w jej życiu jak pory roku. Jedni głośniejsi, inni cisi. Niektórzy zostawali na dłużej w jej pamięci, inni tylko w codziennych gestach - wspólnym patrolu, krótkiej rozmowie, spojrzeniu wymienionym bez słów. Zauważyła, że coraz rzadziej łapie się na tym, że liczy kroki do wycofania się. Coraz częściej pozwala sobie zostać chwilę dłużej, wysłuchać, odpowiedzieć.
To nie było przywiązanie w nagłym, dramatycznym sensie.
Raczej coś cichszego. Przyzwyczajenie. Zgoda.
Były dni, w których myślała, że może tak właśnie wygląda „bycie częścią”. Nie deklaracja. Nie moment przełomowy. Po prostu fakt, że gdy wracała do swojej nory, las nie wydawał się już obcy. Że czyjeś kroki w oddali nie podnosiły od razu napięcia w karku. Że cisza, choć wciąż głęboka, nie była samotna.
Minął rok.
Nie uleczył jej.
Nie zabrał obrazów.
Nie zamknął przeszłości.
Ale nauczył ją jednej rzeczy: że życie nie zawsze wraca z hukiem. Czasem wraca szeptem, przez obecność innych, przez rytm dni, przez to, że ktoś pamięta, gdzie mieszkasz, i zauważa, gdy zbyt długo nie wychodzisz z nory.
Minął rok także w porach, które przyszły inaczej, niż się spodziewała.
Pierwsza zima tutaj nie była taka jaką znała.
Yrsa znała zimę. Prawdziwą. Taką, która nie pyta, czy jesteś gotowy. Zimę, która tnie skórę wiatrem ostrzejszym niż kły, która odbiera dźwięki, zapachy i kolory, aż świat zostaje sprowadzony do jednego pytania: czy przetrwasz do jutra. Tam, na dalekiej północy, zima była czymś, co definiowało istnienie. Była wrogiem i nauczycielem jednocześnie.
A ta…
Ta była cicha.
Miękka.
Śnieg skrzypiał łagodnie pod łapami, nie krzyczał. Mróz szczypał, ale nie karał. Noce były długie, lecz nie martwe. Las nie zamierał tylko zwalniał. Yrsa długo nie potrafiła temu zaufać. Każdy spokojny poranek wydawał się podejrzany, jakby świat tylko czekał, aż odsłoni zęby.
Nie odsłonił.
Zamiast tego były ogniska ciepła: nory, do których można było wrócić; zapach jedzenia, który nie oznaczał natychmiastowej walki; obecność innych wilków, którzy nie znikali po jednej burzy śnieżnej. Zima nie zabierała. Po prostu była.
To ją dezorientowało.
Dopiero z czasem zrozumiała, że jej ciało - przyzwyczajone do nieustannego napięcia - nie umiało jeszcze odpoczywać. Że ostrożność, którą nosiła jak drugą skórę, była echem tamtej północy, a nie odpowiedzią na teraźniejszość. Uczyła się więc tej zimy powoli. Jak czegoś nowego. Jak czegoś, co nie musi boleć.
Potem przyszła wiosna.
Prawdziwa. Pełna. Nie wywalczona krwią ani głodem. Przyszła sama, jakby świat uznał, że ma do tego prawo. Yrsa pamiętała moment, w którym po raz pierwszy poczuła zapach wilgotnej ziemi i zorientowała się, że nie towarzyszy mu strach. Że nie musi sprawdzać nieba ani liczyć zapasów. Że może po prostu… stać.
Lato było jeszcze dziwniejsze. Ciepłe w sposób niemal bezczelny. Dni długie, noce łagodne, słońce uparte w swoim trwaniu. Yrsa szybko odkryła, że jej własne ciało nie było do tego stworzone. Futro, gęste i ciężkie, utkane z pamięci północnych zim, okazało się zbyt ciepłe na ten świat. W południe chowała się w cieniu, w chłodnych zagłębieniach terenu, pod korzeniami drzew. Czasem leżała nieruchomo, z pyskiem opartym o ziemię, pozwalając, by chłód powoli wsiąkał w łapy i brzuch.
Było w tym coś niemal komicznego - wilk z dalekiej północy, który musi uciekać przed latem. A jednak nikt się z tego nie śmiał. Ktoś tylko rzucił mimochodem, gdzie jest chłodniejsza ścieżka. Ktoś inny zostawił cień dla dwóch zamiast jednego. Xiv pewnego dnia bez słowa przyniosło jej mokre liście, rozłożone przy wejściu do nory, jakby to było czymś zupełnie oczywistym.
Codzienność zaczęła się składać z drobiazgów. Z poranków, w których las pachniał inaczej niż wczoraj. Z posiłków, które nie były jedynie koniecznością, ale miały smak. Z pracy wykonywanej spokojnie, bez ciągłego oglądania się przez ramię. Yrsa zauważyła, że coraz częściej pozwala sobie na bezczynność - krótką drzemkę w słońcu, dłuższe stanie nad strumieniem, obserwowanie, jak świat robi swoje, bez jej udziału.
Jesień przyszła miękko. Kolory zmieniały się stopniowo, jakby las dawał czas na przyzwyczajenie się do każdego odcienia. Powietrze stawało się chłodniejsze, a jej futro wreszcie zaczęło mieć sens. Po raz pierwszy od dawna poczuła ulgę, gdy temperatura spadła. Jakby ciało odetchnęło razem z nią. Zbieranie zapasów, krótsze dni, dłuższe wieczory - wszystko to miało w sobie rytm, który nie budził lęku.
Dopiero wtedy zrozumiała coś, czego wcześniej nie potrafiła nazwać.
Na północy pory roku były ostrymi granicami. Przetrwaniem albo śmiercią. Tutaj były opowieścią. Jedną, długą, zmieniającą ton, ale nie sens. Każda miała swoje miejsce i żadna nie próbowała drugiej unicestwić. Zima nie pożerała wiosny. Lato nie karało jesieni. Wszystko następowało po sobie, jakby świat wiedział, że nie musi się spieszyć.
Była też noc Dziadów.
Yrsa wracała do niej myślami bez zapowiedzi, jak do snu, który nie chce się całkiem rozmyć. Mgła, gęsta i srebrna, cisza tak głęboka, że aż czujna. Granica między tym, co żywe, a tym, co odeszło, była wtedy cienka jak oddech na zimnym powietrzu.
Stała pod starym drzewem, obok Xiv, i czuła obecność tych, których imion nikt już nie wypowiadał. Duchy nie straszyły. Były zmęczone. Zagubione. A ona nie odwróciła wzroku. Pozwoliła im mówić, pozwoliła odejść.
A na koniec... Epidemia przyszła cicho.
Nie jak katastrofa, raczej jak pęknięcie w codzienności, które długo pozostaje niezauważone. Najpierw pojedyncze kaszlnięcia, gardła zaczerwienione bardziej niż zwykle, zmęczenie tłumaczone pogodą. Potem zamknięte nory, krótsze rozmowy, zapach ziół unoszący się w powietrzu ciężej niż normalnie.
Yrsa przyjęła to bez dramatyzmu. Choroby znała. Słabość ciała była jej towarzyszem od zawsze. A jednak, gdy przyszła kolej na nią, zrozumiała, że tym razem nie chodzi tylko o ból czy gorączkę. Chodziło o zależność.
Leżała w swojej norze, odcięta od reszty świata, i po raz pierwszy od bardzo dawna nie była sama z tym, co ją niszczyło. Xiv było przy niej od początku. Nie z obowiązku, nie z rozkazu Delty, ale z decyzji, która zapadła tak naturalnie, że nikt jej nie kwestionował. Czuwało, kiedy gorączka odbierała jej orientację. Przypominało, gdzie jest, jak się nazywa, że noc mija. Uczyło się jej ciszy, tak samo jak ona uczyła się jego obecności.
To wtedy zobaczyła je inaczej. Bez pośpiechu, bez tej nerwowej iskry, która zwykle wyprzedzała jego myśli. W zmęczeniu, w kaszlu, który próbowało przed nią ukryć. W determinacji, która kazała mu zostać, nawet gdy własne ciało zaczynało odmawiać posłuszeństwa.
Zrozumiała, że zachorowało przez nią.
I że mimo to nie odeszło.
Pamiętała gorączkę. Ten moment, kiedy duch zaczął się oddzielać od ciała tak naturalnie, że aż przerażająco. Głosy, które mówiły, że wystarczy. Że może już przestać walczyć. I pamiętała Xiv, które siedziało przy niej mimo własnej słabości, ogrzewając ją, gdy ona była już tylko cieniem samej siebie. Pamiętała strach w jego milczeniu. I fakt, że zostało, choć mogło odejść. Gdy była na granicy - zbyt słaba, by pić, zbyt rozgrzana, by odróżnić sen od jawy - jego głos był jedyną rzeczą, która trzymała ją po tej stronie. Proste „jestem”, powtarzane cierpliwie, jakby to wystarczało, by zatrzymać duszę w ciele. A potem przyszło powolne cofanie się choroby. Najpierw u niej. Ostrożnie. Nieufnie. Jakby życie sprawdzało, czy naprawdę może wrócić. Delta pojawił się któregoś dnia przy wejściu do nory, burkliwy jak zawsze, ale w jego dotyku nie było już napięcia. Kiwnął głową. „Będzie żyć.” To było więcej niż nadzieja.
Xiv wyzdrowiało później. Zmęczone, wychudzone, ale uparte jak zawsze. A między nimi coś się przesunęło. Nie nazwali tego. Nie musieli. Wiedzieli tylko, że cisza, którą teraz dzielą, jest inna niż wcześniej. Głębsza. Wspólna.
Yrsa wstała od wejścia do nory, otrząsnęła futro z resztek śniegu i przez chwilę jeszcze nasłuchiwała. Z głębi lasu dobiegały głosy - zwyczajne, trochę rozproszone, zlewające się w ten charakterystyczny gwar, który oznaczał jedno: wszyscy byli już na miejscu. Ktoś się śmiał, ktoś się sprzeczał o drobiazg, ktoś inny kogoś wołał.
Xiv pojawiło się obok niej, jakby było tam od dawna. Zerknęło na nią szybko, uważnie, sprawdzając odruchowo, czy na pewno jest w porządku. Yrsa uniosła kącik pyska w krótkim, spokojnym geście, który mówił wystarczająco dużo. Była.
— Idziemy? — rzuciło Xiv, bez zbędnych ceregieli.
Skinęła głową i ruszyli razem ścieżką w dół, w stronę miejsca, gdzie wataha zebrała się na nocne świętowanie. Śnieg był ubity od łap, a w powietrzu unosił się zapach jedzenia i dymu z ogniska. Kiedy wyszli spomiędzy drzew, kilka spojrzeń uniosło się w ich stronę. Ktoś pomachał ogonem. Ktoś zawołał ich imiona.
Yrsa usiadła wśród innych, trochę z boku, ale już nie poza kręgiem. Ktoś przesunął się, robiąc jej miejsce. Ktoś inny podał kawałek mięsa, jakby to było czymś zupełnie oczywistym. Zjadła powoli, ciesząc się prostym smakiem i tym, że nikt się nie spieszy.
Xiv szybko wciągnęło się w rozmowę, gestykulując pyskiem i łapami, opowiadając coś zbyt szybko, jak zwykle. Co chwilę zerkało na Yrsę, sprawdzając, czy słucha. Słuchała. Czasem wtrącała jedno zdanie, czasem tylko parsknęła cicho śmiechem. To wystarczało.
Noc mijała bez planu. Ktoś wyszedł, ktoś przyszedł, ktoś zasnął. Śmiechy przeplatały się z ciszą. Zwykłe bycie razem, bez wielkich słów i bez potrzeby ich szukania.
Kiedy Yrsa położyła się w śniegu, pozwalając, by chłód przyjemnie dotknął rozgrzanego ciała, poczuła obok siebie ciepło Xiv. Nie musieli nic mówić. Nowy Rok przyszedł dokładnie tak, jak powinien - cicho, zwyczajnie, wśród tych, którzy byli.
Szczęśliwego Nowego Roku!
Od Delty - "Pijany na koniec miesiąca" cz.14
Kaj spędził święta sam. Sam samiutki jak paluszek. Jak to drzewko na środku wzgórza, które zapomniane tylko powiewa na wietrze i patrzy z tęsknotą na wszystkich wokół.
Misung miał wtedy jeszcze Atlę, przynajmniej przez chwilę, bo świąt nie doczekała i biedak się załamał. Kaj jemu akurat nie zazdrościł. Ale wszyscy inni? No dobra może Eilert nie miał też nikogo, ale u niego to normalne. To nie było normalne stworzenie, nie z takim kapeluszem.
Ale Mezularia i Miodełka? Spędziły ten czas razem w słodkim gronie. One dwie i Rana, partnerka Mezularii. Cóż za piękne święta. Niech się otrują! Bo Kaj też takie chciał, a nie mógł takich mieć.
A Szkliwo? Ten parszywy dziad siedział gdzieś za granicą i pewnie oczekiwał, że Kaj mu świąteczne listy przyniesie szybko. O co to, to nie! Nie będzie się szlajać po nieznanych mu krajach przed sylwestrem. Musi się przecież upić w trzy dupy!
A jakby tego było mało, ta wataha kompletnie oszalała i przyjęła psa! Jak mu było. Ćpun? Niśpon? Nicpoń! Właśnie! Nicpoń. I panoszył sie wszędzie i psuł Kajowi humor samą swoją obecnością, bo jak to że pies ma więcej szacunku niż on! Odrażające.
Więc Kaj na święta siedział sam pod drzewem i pił resztkę spirytusu jaka mu została.
<CDN>
Od Katarakty - „Powrót z Wygnania”
Wilczyca spojrzała w górę — przez świetlik w suficie, dawniej odprowadzający dym, a teraz służący za jedyne źródło światła, gdy okna zapadły się albo zostały zasypane śniegiem. Cisza nie pasowała do tego miejsca, kłóciła się ze wspomnieniami. A jednak… w dawnym domu nie zastała żywej duszy.
Katarakta uśmiechnęła się krzywo. Wataha się nie zmieniła, tylko nauczyła się milczeć.
Szlaki poniosły jej stopy na wzgórze, z którego sterczały rzędy kamiennych tabliczek. Przycupnęła obok czarnej sylwetki. Początkowo nie potrafiła spojrzeć jej w twarz, biła się z myślami i własnym lękiem, lecz w końcu uniosła pysk ku parze jasnych ślepi siostry. Zapadnięte od łez policzki nie zdobyły się na cień uśmiechu, a oczy błądziły po jej ponurej sylwetce w osłupieniu.
Smoła drgnęła, nieprzyzwyczajona do poczucia obcości członka rodziny tak głębokiego, że zawahała się, zanim zrobiła krok naprzód. Zmusiła się do rodzinnego uścisku, lecz szybko wyczuła sztywność Katarakty i cofnęła się niezręcznie.
— Wróciłaś.
— Pomyślałam, że na święta wypada — odparła Katarakta, zerkając na nagrobki. — Jak bardzo się spóźniłam?
— Tydzień. Tatę pochowaliśmy jako pierwszego — wyszeptała Smoła przez zaciśnięte zęby.
Chwila ciszy, przerywana jedynie wiatrem.
— Bardzo cierpieli? Na co chorowali?
Jej pytania były boleśnie zwyczajne.
— Nie… na coś zaraźliwego. Nie pamiętam nawet na co.
Skinęła głową, jakby usłyszała coś dawno oczekiwanego. Coś, co i tak musiało się wydarzyć.
— Gdybym wtedy—
— Nie — przerwała Katarakta. — Nie mogłaś.
Między nimi zawisło coś, czego żadna nie potrafiła nazwać. Do głosu Smoły zaczęła wlewać się frustracja i złość na oschłość siostry w obliczu śmierci dwóch członków rodziny. Katarakta poczuła za to dziwną ulgę, jakby nie musiała już ciągnąć za sobą ciężkiego łańcucha, dzwoniącego na każdym kroku.
Wstała i skierowała się z powrotem na ścieżkę.
— Katarakta! — Ton Smoły był władczy, oceniający, znowu próbowała przywrócić do porządku niesforną nastolatkę.— Jakbyś nie zauważyła, twój ojciec nie ży—
Przemknęła cicho przez próg, mijając rozbieganych medyków czy bogów wiedzą kogo. Już miała wejść do hali dla chorych, gdy drogę zagrodził jej granatowy basior o oczach jak pioruny.
— Hola, mamy tu kwarantannę.
Początkowo rozgniewany, gdy jednak dostrzegł, z kim rozmawia, opuścił łapę. Przez dłuższą chwilę nie potrafił jednak zebrać się na żadne powitanie. Odchrząknął niezręcznie.
— W samą porę, co?
— Lepsze to niż nigdy. — Uśmiechnęła się nonszalancko. — To co, dopuścisz mnie do niej?
Wskazał pazurem na wejście zasłonięte firanką. Katarakta skinęła tylko głową. Odprowadził ją spojrzeniem pełnym wyrzutów, które w jej głowie brzmiały jak kakofonia jednego pytania:
Kim trzeba być, żeby porzucić rodzinę na tak długo?
Problem polegał na tym, że Katarakta nawet nie chciała wracać. Było jej dobrze na wygnaniu, w zapomnieniu, może i w stagnacji, ale przynajmniej w uśmierzeniu. Dopiero wczorajszego ranka do jej obozu doleciał nieznajomy ptak o złotych piórach i śmiesznym dziobie, wręczając krótki liścik:
„Oni nie żyją.” - a przeszłość zrzuciła się na nią znowu jak pęk łańcuchów.
Nie pytała, od kogo był, ptak sam nie pamiętał imienia, tępy kurczak. Długo zastanawiała się, co właściwie to obchodziło kto żył, a kto nie. Jej rodzina już dawno temu przestała być jej droga, jednak ciężar zobowiązania w końcu dopadł też i ją. Czuła się winna, zła i okrutna, porzuciła tych, których nazywała rodziną, a którzy żywili do niej równie wiele pretensji i niewybaczonej krzywdy co ona do nich. Spętali się nawzajem supłami niezręcznych umów społecznych zaczętych miłością i chęcią budowania rodziny, a zakończonych tylko resentymentem do tego, co mogłoby być. Była złą córką. Co mogło to zmienić? Mogła dalej żyć w wyparciu, albo zmierzyć się z tym, kim jest i coś na to poradzić. Chciała być kimś więcej niż tylko czarną owcą.
— Mamo?
Jej głos zadrżał, podwyższony o ton. Brzmiała niemal jak własna, młodsza wersja.
Domino przekręciła się z bólem na bok, by spojrzeć w stronę wejścia.
— Czy ja ślepnę, czy ty… — wychrypiała. — Podaj mi wody.
Spełniła posłusznie prośbę, nalała czarkę do pełna i przytknęła ją do ust matki, drugą łapą podtrzymując jej głowę. Stara wadera piła wolno, lecz zachłannie, co chwilę przerywając, by zdusić rodzący się kaszel. Katarakta odstawiła naczynie na zimną podłogę.
— Jak ty wyrosłaś… — Łapy Domino uniosły się chwiejnie ku jej twarzy. — Byłaś taka mała, gdy… gdy odeszłaś.
Uciekłaś — poprawiła ją w myślach.
Odgarnęła jej z oczu niesforne kosmyki, jakby znów nie potrafiła doprowadzić się do ładu.
— Jaka ty lodowata… powinnaś się ogrzać — szeptała kolejne nadopiekuńcze prawidła.
— Już dobrze, mamo. Nie musisz — mruknęła cicho.
Zrobiła to szybko. Odłamek szkła wsunęła jej pomiędzy płuca.
I nic się nie stało.
Świat się nie zatrzymał.











.jpg)













