poniedziałek, 6 stycznia 2025

Od Aidena CD. Oxide - "Początek" - cz. 18

Aiden przez chwilę jeszcze patrzył, jak Oxide znika z jego pola widzenia. A potem odwrócił w stronę z której dochodziły dźwięki strażników, którzy pędzili do niego. Kamienie pod łapami basiora zdawały się być jeszcze bardziej zimne niż kiedykolwiek, a powietrze zdawało się być mokre od wilgotności, która osiadała na jego sierści. Aiden stał na samym środku jaskini, jakby czekał na nich celowo. Jego zielone oczy, jarzące się w półmroku, były jedynym punktem w tych ciemnościach, który zwracał na siebie uwagę. Słyszał, coraz wyraźniejsze echo, które odbijało się od kamiennych ścian. 

W mroku, zza zakrętu, wyłoniły się dwie sylwetki, biały oraz szary basior, każdy z wyciągniętymi kłami i pazurami gotowymi do ataku.

— No proszę, proszę, a jednak. — jeden z nich wyszczerzył zęby w triumfalnym grymasie. — Myślałeś, że możesz nas powstrzymać sam?

Aiden wzruszył ramionami, jakby ich obecność wcale go nie ruszała.

— Myślę, że przynajmniej zabiorę jednego z was ze sobą. — jego głos był spokojny, niemal łagodny.

I nagle usłyszał kolejny głos. 

— ZDRAJCA! — wrzasnął jeden ze strażników, wychodząc z mroku. Głównodowodzący komanda, Xavier. Był czarny jak noc, miał żółte oczy, blizny na pysku i lekko zniekształconą górną wargę przez jedną z ran.  — Aiden! — ryknął, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Zaczął obchodzić zielonookiego. — Myślałeś, że możesz zwiać z tą suką bez żadnych konsekwencji? Że możesz używać mocy przeciwko swoim?..  

Aiden milczał. Wydawał się niewzruszony sytuacją, mimo, że czuł jak adrenalina pulsuje w jego żyłach. Kiedy strażnicy podeszli wystarczająco blisko, jego wargi wykrzywiły się w cieniu uśmiechu. Nie potrzebował słów – nie miał zamiaru się przed nimi tłumaczyć. Zamiast tego czekał, pierwszy ruch miał należeć do nich. 

Biały rzucił się pierwszy, a jego pazury wystrzeliły w stronę pyska Aidena. Basior wykonał szybki unik, obracając się z gracją, pomimo swojej dużej postury. Jego ruch wyglądał tak, jakby był dokładnie zaplanowany dużo przedtem. Zanim biały zdążył się zorientować, Aiden skoczył na niego, lądując na jego grzbiecie. Jego zęby szybko wbiły się w kark białego, przebijając się przez sierść i skórę wilka. Basior wydał z siebie krótki, zduszony dźwięk, gdy jego ciało ugięło się pod ciężarem. Zielonooki wykorzystał moment i zsunął się z niego, po czym pchnął go z impetem na skałę. Po jaskini rozległo się głośne uderzenie i trzask.

Biały zaskowyczał, opadając na ziemię, przez chwilę próbował się pozbierać i podnieść swoje ciało, ale ból promieniujący od karku i boku którym uderzył w kamienie był nie do zniesienia. Aiden cofnął się na moment, obserwując jak przeciwnik próbuje stanąć na łapach, ale zraniona szyja wilka skutecznie go osłabiała.

Nie miał jednak czasu na triumf. Szary nie czekał. Wykorzystując moment, rzucił się na Aidena z boku, a jego zęby zalśniły w słabym świetle, gotowe wbić się w ciało basiora. Aiden kątem oka zdążył dostrzec ruch, ale zamiast się cofać, obrócił głowę w stronę przeciwnika, jego oczy rozbłysły intensywną zielenią. Szary nagle zatrzymał się w miejscu, jakby niewidzialna siła wstrzymała jego ruchy. Całe jego ciało znieruchomiało, a jego pysk rozwarł się w niemym krzyku. Oczy Aidena zdawały się go przenikać na wylot, zagłębiając się w jego umysł. Szary zaczął drżeć, łapy uginały się pod nim, jakby walczył z samym sobą.

— Co... Co to jest?! — wycharczał, a jego głos był pełen dobrze wyczuwalnej paniki, pokarmu dla mocy Aidena. 

Basior powoli zbliżył się do niego, cicho stawiając łapy na podłożu, a jego sylwetka wyglądała złowrogo. Zdawało się, że on sam wygląda teraz jak duch, który przemyka się w cudzych koszmarach. Zielone oczy rozbłysły jeszcze bardziej, odbijając czysty strach szarego, który cofał się z każdą chwilą coraz bardziej, niemal potykając się o własne łapy. 

Zbliżył psyk do szarego, a jego głos rozbrzmiał nisko, przeszywająco, niemal szeptem.

— Podoba ci się mój mały teatrzyk? — zapytał, uśmiechając się do niego złowrogo.

Nagle, zanim zdążył dokończyć swoją groźbę w jego bok uderzył gwałtownie czarny basior. Uderzenie było potężne, a jego ciężar zmusił Aidena do cofnięcia się o parę kroków. Ledwo odzyskał równowagę po ataku Xaviera, ale ten rzucił się na niego ponownie, tym razem celując pazurami w szyję. Aiden odskoczył na bok, jednak nie był w stanie uniknąć całości ciosu – pazury czarnego basiora mocno przejechały po barku zielonookiego, rozrywając skórę i zostawiając krwawą smugę na jego ciemnym futrze. 

— Wygląda na to, że tchórz zyskał odwagę... — wysyczał Aiden, jego głos był wymieszany z warczeniem, które wydobywało się z niego już nieświadomie.

— Zamknij się! — warknął na niego Xavier i rzucił się po raz kolejny, tym razem niżej, chcąc powalić go na ziemię.

Aiden zrozumiał zamiary przeciwnika, momentalnie uniósł się na tylnich łapach, a przednimi uderzył z całą siłą w kark Xaviera, tak że ten o mało nie zarył szczęką o kamienną ziemię jaskini. Ten szybko się podniósł i ciut wycofał, potrząsając łbem, w którym zakręciło mu się przez ruch ze strony zielonookiego.

— Silny jesteś, komandosie. — powiedział Aiden, a jego głos zabrzmiał niemal lodowato i szyderczo, kiedy wylądował z powrotem na czterech łapach. 

— Nie jesteś niezniszczalny, Aiden. — warknął czarny basior, poruszając się w okół niego, szukając kolejnej okazji do ataku.

Aiden, choć poruszał się zwinnie, z każdą chwilą czuł jak narasta w nim zmęczenie. Każdy kolejny krok ze strony Xaviera zdawał się być precyzyjnie wymierzony. Tym razem to ciemnoszary basior zdecydował się zaatakować pierwszy, wykorzystując chwilę nieuwagi przeciwnika, rzucił się na na niego z zębami gotowymi do ataku,  jednak Xavier okazał się szybszy. 
Czarny odskoczył i natychmiast zaatakował z drugiej strony. Pazury Xaviera przeszyły jego bok, rozrywając skórę aż po mięśnie. Aiden zaskowyczał, cofając się, ale nie zdążył zareagować kiedy kolejny cios spadł na jego łapę. Potężne uderzenie wytrąciło go z równowagi i powaliło go na ziemię.

— Skończymy to tutaj, wypruję z ciebie flaki, jebany kundlu. — zaryczał Xavier, chwytając za jego kark i wciskając go w podłoże z brutalną siłą. — Alfa najwyżej dostanie cię martwego.

Zielonooki zawarczał z bólu, próbując wyrwać się z uścisku. Użył tylnej łapy, by odepchnąć przeciwnika, ale Xavier nie odpuszczał. Czarny basior zacisnął szczęki na jego ramieniu,  wbijając zęby głęboko w mięsień. Czuć było, jak kość niemal pęka pod naciskiem.

— Jesteś zdrajcą! — warknął Xavier, potrząsając głową tak, jakby chciał wyrwać kawałek ciała Aidena.

Basior z trudem zapanował nad bólem, ale w jego oczach nie było strachu. Nawet w chwili gdy Xavier przechylał się nad nim, niczym kat, gotowy do zadania ostatecznego ciosu, Aiden skupił się. Zielone oczy rozbłysły raz jeszcze.

— Zajrzyj w swoje własne koszmary... — wyszeptał z trudem, a jego głos, choć słaby, przesycony był czystą złością. 

Xavier nagle się zawahał. W jego spojrzeniu pojawił się cień niepewności i zaczął oddychać ciężej, jakby coś go dławiło. Jego szczęki osłabły, poluzowały się, a czarny zachwiał się. 

— Nie... To niemożliwe... — wyszeptał, cofając się o kilka kroków.

Aiden wykorzystał ten moment.  Choć kulał na rannej łapie i krwawił obficie, podniósł się z trudem z ziemi. Jego ciało drżało, ale spojrzenie pozostawało niezłomne. Podszedł bliżej Xaviera, którego ciało wydawało się sparaliżowane przez strach i wysyczał:

— Szkoda, że tak łatwo cię złamać, komandosie. 

Zanim Xavier zdążył się otrząsnąć, Aiden uderzył go zdrową łapą w pysk z całą siłą, jaką jeszcze w sobie miał. Czarnego basiora odrzuciło na bok, a jego ciało bezwładnie uderzyło o ziemię. Choć wciąż żył, przez chwilę nie podnosił się, dysząc ciężko. 
Aiden, krwawiąc i ledwo trzymając się na łapach, rozejrzał się wokół. Strażnicy bractwa patrzyli na niego z mieszanką strachu i gniewu, ale żaden z nich nie podszedł bliżej, mimo wyraźnego rozkazu Alfy o wykończeniu schwytaniu Aidena. 

Kulejąc, wyraźnie wycieńczony ruszył w stronę korytarza, w którym wcześniej zniknęła Oxide. Każdy krok sprawiał mu ból, ale był zdeterminowany by dotrzymać słowa i ją znaleźć. Jednak oprócz bólu fizycznego, coś innego zaczęło go niepokoić – dziwne mrowienie w głowie, które narastało z każdym przemierzonym przez niego metrem.
Zatrzymał się na chwilę opierając łeb o zimną ścianę. Przez jego ciało przeszedł nagły dreszcz, a świat wokół niego zdawał się falować. Skrzywił się, zaciskając zęby, próbował się skupić, ale obraz przed jego oczami rozmywał się coraz bardziej. 

— Nie teraz... — wymamrotał, delikatnie stukając głową o kamienną ścianę.

Skutki uboczne nadmiernego używania mocy uderzyły go tak nagle, jak fala tsunami, której nie był w stanie powstrzymać. Głowa zaczęła pulsować bólem, a krwotok z nosa zmusił go do pochylenia się nisko nad ziemią. Krew skapywała na kamienną podłogę, mieszając się z niewielką ilością ziarenek ziemi i piasku. 

— Kurwa... — syknął, starając się podnieść głowę z powrotem, jednak nawet tak prosta czynność sprawiała mu nieznośny ból.

Mimo wysiłku, zmysły odmawiały mu posłuszeństwa. Węszył, starając się wyłapać zapach Oxide, ale zamiast tego w jego umyśle zaczęły pojawiać się cienie – fragmenty koszmarów, które wcześniej kontrolował. Głosy szepczące w jego głowie stawały się coraz głośniejsze, nie pozwalając mu się skupić. 

— Skup się, Aiden. — warczał do siebie, zaciskając powieki.

Otworzył oczy, ale mrok korytarza wydawał się teraz gęstszy, niemal przytłaczający. Stawiał kolejne kroki, choć jego łapy trzęsły się z wysiłku. Czuł jak granica między rzeczywistością, a iluzjami zaciera się coraz bardziej. 

— Znajdę cię... — wyszeptał, ale jego głos zdawał się być wręcz sfrustrowany. 

Szedł przed siebie, starając się unikać korytarzy z których dobiegały jakiekolwiek dźwięki, jednak zdawało się, że każdy z nich prowadził do nikąd. Echo jego kroków zdawało się kpić z jego wysiłków. W pewnym momencie zatoczył się, przez plątające się pod nim łapy, a on próbował złapać powietrze, które uciekało mu z płuc. Świat wokół niego się zakręcił, a jego ciało coraz bardziej odmawiało mu posłuszeństwa. 

— Nie mogę... — wysapał, a krew z jego nosa znów pociekła po jego pysku. 

Mimo bólu i nieuporządkowanego chaosu który dział się w jego głowie, zmusił się do kolejnych kroków. Zmrużył oczy, zaciskając zęby niemal do zgrzytu. Nie mógł pozwolić, by jego własna móc go złamała, nie teraz, kiedy Oxide była w niebezpieczeństwie, a on obiecał jej, że ją znajdzie. Ruszył dalej, wolniej, z trudem, ale z niezłomnym postanowieniem. 


—


Młody zmarszczył brwi, a jej pytanie wydawało się nie robić na nim większego wrażenia. Oxide nagle poczuła się jeszcze bardziej samotna w tej chwili, jakby jej obawy na temat Aidena były zbyt ciężkie, by mogły zostać zrozumiane przez kogoś, kto dopiero zaczynał swoją drogę w tym brutalnym świecie.

— Krzemień, co? — Młody zignorował chwilowe milczenie, przechylając głowę. — Jasne, że znajdę ci go. Ale nie oczekuj, że załatwię to bez problemów. Zobacz, co się dzieje dookoła... nie wiem, czy to najbezpieczniejsze wyjście.

Oxide wzruszyła ramionami, nie spuszczając wzroku z jego pyska.

— Przeżyję. I ty też. Trzeba działać, Młody. — powiedziała cicho, choć w jej głosie można było wyczuć nutkę niepewności. To, co przeżywała głęboko w sobie było mieszanką niepokoju o Aidena i poczuciem, że nie ma już czasu na zastanawianie się. 

— W porządku. — Odpowiedział Młody, rzucając jej krótkie spojrzenie, zanim wstał z miejsca. — Ale muszę ci coś wyjaśnić. Mam swojego rodzaju "przepustkę" do wychodzenia na zewnątrz, więc mogę załatwić krzemień. Tylko... raczej będę musiał iść z Lucjanem. — dodał, patrząc na nią z lekkim zrezygnowaniem. — On nie jest fanem moich pomysłów, ale bez niego mnie nie puszczą.

Oxide poczuła, jak napięcie w jej ciele chwilowo opada. Wydawało się, że Młody miał wszystko pod kontrolą, choć nie była pewna, co myśleć o jego towarzyszu. Lucjan... To imię brzmiało znajomo, ale nie była pewna, czy spotkała go już wcześniej, czy może tylko o nim słyszała. Mimo to, obecność Lucjana mogła okazać się problemem, zwłaszcza jeśli nie był zbyt chętny do współpracy.

— Aha. Lucjan, co? — powiedziała, starając się brzmieć obojętnie, choć w głowie pojawiły się wątpliwości. — Nie będziesz miał z nim problemów?

— Problemów to mam zawsze — odparł Młody z lekko kpiącym uśmiechem. — Ale jeśli będę się trzymał jakiejś zmyślonej historyjki o tym po co mi krzemień, to może się uda bez większego zamieszania. Muszę tylko uważać na to, co mówię i jak się zachowuję.

Oxide westchnęła. Nie miała wpływu na to, co się wydarzy, ale musiała zaufać temu młodemu wilkowi, że zrobi to, co trzeba. Z każdą chwilą czuła, jak rośnie w niej niepokój, ale nie mogła teraz się cofnąć.

— Dobrze, idź po ten krzemień — powiedziała, a jej ton brzmiał bardziej stanowczo niż wcześniej. — A po drodze nie daj się złapać na kłamstewkach. Później porozmawiamy o wszystkim, o czym musimy.

Młody skinął głową i ruszył w stronę wejścia do odwiertu, nim zdążyła dodać coś więcej. Oxide wpatrywała się za nim przez chwilę, po czym zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Musiała przestać myśleć o wszystkich możliwych zagrożeniach. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, liczyły się tylko najbliższe godziny.

Oxide poczuła nagle dziwne mrowienie w głowie, jakby jej umysł został na chwilę wstrząśnięty falą energii. To uczucie było znajome – podobne do tego, które odczuła podczas starcia z Aidenem, kiedy ich moce zderzyły się, blokując nawzajem swoje działanie. Zastrzygła uszami, czując, jak napięcie rośnie w jej ciele. To nie był przypadek. Coś w jej wnętrzu podpowiadało jej, że Aiden był gdzieś w pobliżu.


<Oxide?>

niedziela, 5 stycznia 2025

Od Oxide CD. Aidena - "Początek" - cz. 17

— Musimy wymyśleć coś innego niż twoja bomba, Oxide. Bractwo skoncentruje się na nas, kiedy Feliks dojdzie do świadomości. Nie wiem ile będzie pamiętał z tej sytuacji, ale sam fakt, że sobie poszedł, zamiast cię pilnować na rozkaz Alfy będzie podejrzany.

Feliks zniknął, a powietrze w jaskini stało się dziwnie ciężkie. Odetchnęła głęboko, spoglądając na Aidena, który stał obok niej w bezruchu. Jego sylwetka, choć niemal stapiała się z mrokiem, wciąż wydawała się przytłaczająca. Cisza między nimi była naładowana niewypowiedzianymi myślami. Oxide odwróciła wzrok w stronę ciemności, gdzie jeszcze przed chwilą zniknął rudy. W jej oczach błysnęła iskra triumfu, ale także coś jeszcze – głęboko ukryta ostrożność. Choć Feliks został złamany, wciąż pozostawało pytanie: na jak długo?

— Musimy go mieć na oku, wiesz o tym, prawda? — odezwała się, jakby mówiąc bardziej do siebie niż do Aidena. — Jego umysł jest pęknięty, ale pęknięcia mogą się zasklepić. Zwłaszcza jeśli Alfa dowie się, co się stało. Albo gorzej, jeżeli dowie się od jakiegoś swojego śmiesznego pośrednika. 

Aiden skinął głową, jego spojrzenie było nieprzeniknione.

— Wiedziałem, że jego lojalność była krucha, ale to działa w dwie strony — powiedział spokojnie. — Jeśli Alfa znajdzie sposób, by go odbudować, Feliks może wrócić... a wtedy nie będzie już pionkiem. Może stać się bronią.

Słowa Aidena zawisły w powietrzu niczym ostrze gotowe do cięcia. Oxide wiedziała, że miał rację, choć nie była to perspektywa, która jej się podobała.

— Cóż, nie ma czasu na gdybanie — rzuciła w końcu, prostując się. Jej wzrok znów zwrócił się ku Aidenowi. — Musimy działać, zanim Alfa zorientuje się, że coś jest nie tak. Jeśli Feliks nie wróci na czas, oni zaczną szukać.

Basior podszedł bliżej, a jego głos, choć cichy, brzmiał jak ostrzeżenie.

— Pytanie brzmi: co teraz? Twój plan był dobry, Oxide, ale tylko na krótką metę. Zanim się zorientują, musimy zrobić coś, co zwiąże im łapy.

Oxide zastanowiła się przez chwilę, jej spojrzenie przeskakiwało po kamiennych ścianach jaskini, jakby szukała w nich inspiracji.

— Cóż, jeśli nie możemy zniszczyć ich od środka... — zaczęła, a potem zawiesiła głos, pozwalając, by zdanie zawisło w gęstej i niepewnej atmosferze.

— To co? — zapytał, a jego oczy znów lekko rozbłysły.

— To sprawimy, że sami się zniszczą. — Jej uśmiech był chłodny, niemal lodowaty. — Użyjemy ich własnych zasad przeciwko nim.

Aiden przez chwilę milczał, a potem lekko skinął głową.

— Brzmi jak coś, co warto spróbować. Ale to będzie wymagało precyzji... i poświęceń.

Oxide spojrzała na niego, a w jej fioletowych oczach zaiskrzyła determinacja.

— Poświęcenia nigdy nie były problemem, Aiden. Zawsze jest cena, którą trzeba zapłacić.

W tym momencie oboje wiedzieli, że to, co nadejdzie, będzie znacznie bardziej ryzykowne niż cokolwiek, co dotąd zaplanowali. Ale jeśli mieli przetrwać i zwyciężyć, nie mieli wyboru. Musieli zagrać tak, jak nikt wcześniej.

— Ale to nie zmienia faktu, że chcę zrealizować plan z bombą. — rzuciła jeszcze prędko, zalotnie zamiatając ogonem. — Nie zrezygnuję z niego. Wszystko mam już praktycznie obmyślone, kiedy, kto, co, gdzie i jak. Proszę... — przerwała na chwilę, po czym przewróciła oczami, jakby składanie próśb stanowiło dla niej niesamowicie ciężkie zadanie. — Wymyśl... — jej wypowiedź przerwały nagle krzyki, donośny głos dobiegający gdzieś z oddali korytarza. 

— Przyprowadźcie mi tutaj tego jebanego wypłosza! — dotarło do ich uszu, a przez kręgosłup wadery przeszedł nieprzyjemny dreszcz. 

Pospiesznie spojrzeli po sobie, jakby doskonale wiedzieli co zrobić, jakby mieli już ustalony odgórnie plan na tę sytuację. Niestety była to tylko iluzja, ponieważ tenże plan miał zostać właśnie w tej chwili ułożony. Jedynym wyjściem była ewakuacja.

— Ruszaj się! — warknięcie Aidena wyrwało Oxide z przemyśleń. Zerwała się z miejsca w kierunku wyjścia, jednak nie słysząc za sobą towarzysza, zerknęła na niego przez ramię.

— A ty, kurwa, co?! 

— I tak mnie znajdą, głupia. — uśmiechnął się, choć sytuacja w ogóle nie była taka wesoła. — No już, spierdalaj przed siebie. Znajdę cię. 

Z oddali słychać było odgłosy stukających o tory na kamiennej podłodze łap i pazurów, a także coraz głośniejsze powarkiwanie. Białowłosa postanowiła nie kwestionować jego planu i rzucić się przed siebie czym prędzej. Zerwała się do biegu, czując, jak adrenalina wypełnia jej żyły. Podłoże pod łapami zdawało się być ostre jak brzytwa, a mrok jaskini zaczął zdawać się wręcz nieprzyjazny. Zacisnęła zęby, próbując stłumić frustrację i niepokój, które ściskały jej klatkę piersiową. Ten jego cholerny uśmiech, jakby wszystko było pod kontrolą, nawet gdy sytuacja wymykała się z łap. Ale teraz nie miała czasu na rozważanie, czy jego pewność siebie była prawdziwa, czy tylko fasadą.

W uszach dudnił jej dźwięk zbliżających się pościgowców – ich oddechy, odgłosy łap i pazurów. Każdy krok brzmiał, jakby byli coraz bliżej.

— Znajdę cię — głos rozbrzmiał w jej myślach jak echo, ale wcale jej nie uspokajał. Wręcz przeciwnie, przywoływał jeszcze więcej pytań. Jak zamierzał sobie poradzić sam? Jakie miał szanse? Czy w ogóle istniał plan, czy po prostu improwizował?

Nie mogła jednak pozwolić sobie na zatrzymanie.

Zza jej pleców rozległ się znajomy, przeraźliwy ryk. Głos, który przed chwilą rozkazywał przyprowadzenie Aidena, teraz wył wściekle, a potem wybuchł śmiechem.

— Warto było wprowadzać samowolkę?! — zagrzmiał, jednak ona nie mogła nawet na moment się obrócić. 

Aiden natomiast stał w miejscu, gdzie zostawiła go Oxide. Mrok wokół niego gęstniał, jakby przyciągany jego obecnością. Na jego twarzy wciąż widniał ten irytujący półuśmiech, choć zielone oczy błyszczały intensywnie, zdradzając koncentrację.

Dźwięki pościgu były coraz bliżej, ale on się nie ruszał.

— No, chodźcie... — mruknął pod nosem, jakby mówił do siebie. Jego głos był cichy, ale pełen lodowatego spokoju.

Wiedział, że ich ściągnie. Nie miał wyboru. To była jego jedyna rola w tym momencie – dać Oxide czas na ucieczkę. Ale wiedział też, że nie odda im siebie tak łatwo.

W mroku, zza zakrętu, wyłoniły się dwie sylwetki, każda z wyciągniętymi kłami i pazurami gotowymi do ataku.

— No proszę, proszę, a jednak. — jeden z nich wyszczerzył zęby w triumfalnym grymasie. — Myślałeś, że możesz nas powstrzymać sam?

Aiden wzruszył ramionami, jakby ich obecność wcale go nie ruszała.

— Myślę, że przynajmniej zabiorę jednego z was ze sobą. — jego głos był spokojny, niemal łagodny.

I wtedy ruszyli. Ich zadaniem jednak nie było zamordowanie tego niezwykle niewzruszonego jegomościa. Dostali bowiem jasny rozkaz przyprowadzenia go na wielką halę. 

Oxide biegła przez starą kopalnię, czując, jak jej serce wali w piersi niczym młot. Jej oddech był płytki, a łapy ślizgały się na nierównym kamiennym podłożu, gdzie wilgotność zmieszana z pyłem tworzyła zdradliwe pułapki. Mrok otaczał ją ze wszystkich stron, rozświetlany jedynie bladymi smugami światła wpadającymi przez szczeliny w zawalonym stropie, lub lampami naftowymi. Jej uszy rejestrowały każdy dźwięk: echo jej kroków odbijające się od ścian, odległe krzyki i gniewne warczenie nasłanych po Aidena strażników, a także szmer osypujących się drobinek skał. Czuła, jak powietrze w kopalni staje się coraz bardziej ciężkie, wypełnione zapachem wilgoci i czegoś zgnitego – może zwierzęcych szczątków pozostawionych tu na pastwę czasu. 

Skręciła gwałtownie w lewy tunel, próbując zgubić pościg, jeżeli jakikolwiek został za nią w ogóle posłany - była pewna, że tak, ale to mogła być jedna z jej halucynacji. Jej oddech był coraz cięższy, a mięśnie piekły z wysiłku. Kątem oka zauważyła stare, porzucone wózki górnicze i połamane drewniane belki, które kiedyś podtrzymywały strop. Tunel zaczynał się zwężać, a w oddali dostrzegła naturalne rozgałęzienie, gdzie skały wyglądały mniej regularnie – znak, że zbliżała się do starego odwiertu.

— Jeszcze kawałek, jeszcze trochę... — podpowiadał jej teraz przyjazny głos, czując, jak zmęczenie zaczyna ją doganiać równie szybko. Była pewna, że słyszała odgłos ich kroków i stawało się to coraz głośniejsze, a w jej sercu rosła panika. Tak naprawdę zupełnie niepotrzebna.

Wreszcie dotarła do szerokiej, naturalnej komory, z której na kilku poziomach wyrastały skalne półki. Bez namysłu rzuciła się na najbliższą z nich, wspinając się z wysiłkiem na śliską powierzchnię. Jej pazury wbiły się w skałę, a pot zmieszał się z kurzem. Wydrapała się na górę, spoglądając na ciemny otwór odwiertu, który zdawał się być idealnym schronieniem.

— Tylko na chwilę... — wyszeptała do siebie, z trudem łapiąc oddech.

Wpełzła do środka, jej ciało drżało ze zmęczenia. Przez chwilę wydawało się, że znalazła spokój – odgłosy pościgu były teraz bardziej stłumione, jakby strażnicy rozproszyli się w innych kierunkach, albo jej umysł równie zmęczony po prostu pozwolił jej na chwilę wytchnienia.

Ale wtedy poczuła coś dziwnego – zapach, który nie przypominał wilgoci ani pyłu. Był intensywniejszy, ostrzejszy, jakby coś żyło w tej dziurze. Zanim zdążyła się zorientować, coś poruszyło się w mroku przed nią. Para szarych oczu rozbłysła nagle, a niskie warknięcie wypełniło ciasną przestrzeń.

— Cholera.

Zanim mogła zareagować, z pozoru potężna sylwetka wynurzyła się z cienia. Jego ciało było większe, niż się spodziewała, a z jego gardła wydobywało się groźne pomrukiwanie, które odbijało się echem w odwiertowej wnęce. Oxide cofnęła się, lecz krawędź była zbyt blisko. Nie miała dokąd uciec. Czuła, jak adrenalina znów wypełnia jej ciało, zmuszając ją do przygotowania się na walkę, choć wiedziała, że jej szanse są bliskie zeru. 

Ach, jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy zza wielkiego, mrocznego cienia, wyłonił się już wcześniej widziany przez nią, młody wilczur. Chyba nawet o parę centymetrów niższy niż ona sama. Zdziwiona, otworzyła szerzej oczy, wciąż badając mowę ciała mieszkańca, któremu zakłóciła spokój.

Młody basior wyszedł z cienia powoli, jakby również dokładnie analizując każdy jej ruch. Był wyraźnie młodszy od niej – jego sylwetka, choć wysmukła, zdradzała brak doświadczenia. Sierść miał szarą, z jaśniejszymi smugami na pysku i karku, a jego srebrne oczy błyszczały w mroku. Oxide wstrzymała oddech, zdając sobie sprawę, że jej wyobrażenie o potężnym strażniku rozpadło się w jednej chwili.

Wilczur zmrużył oczy i uniósł pysk, badając powietrze. Wyglądał na zdezorientowanego, ale zarazem zaciekawionego jej obecnością. Z jego gardła wciąż wydobywał się niski pomruk, choć brzmiał bardziej jak ostrzeżenie niż groźba.

— Nowa? — zapytał chłodno, jego głos był ostry, ale pozbawiony agresji.

Stała nieruchomo, próbując ocenić sytuację. Czuła, jak zmęczenie wyciska z niej resztki energii, ale jej umysł działał na najwyższych obrotach. Nie wyglądał na groźnego, przynajmniej nie w porównaniu z tym, co czekało na nią poza odwiertem, ale wciąż mogła wpaść w kłopoty, jeśli nie zagra tego dobrze. Wilczur przekrzywił lekko głowę, a jego oczy zmrużyły się jeszcze bardziej. 

— Zrobisz niezły bajzel w mojej norze, jeśli zamierzasz się tu ukrywać.

Oxide uniosła brew, zaskoczona jego tonem. Nie był zły ani szczególnie wrogi, ale też nie brzmiał na przesadnie gościnnego.

— Twojej norze? — zapytała, choć odpowiedź była oczywista. Rozejrzała się po ciasnym odwiertowym tunelu, który ledwo mieścił jej sylwetkę, a co dopiero mógłby posłużyć za mieszkanie.

— Tak, mojej — odparł sucho, choć w jego głosie pojawiła się odrobina dumy. — Ale skoro już wlazłaś tutaj, to chyba musisz mieć dobry powód. Więc? 

Wadera zawahała się, nie wiedząc, czy powinna mu zaufać. Jego młody wygląd i wciąż trochę niepewna postawa sugerowały, że mógłby jej nie zdradzić, ale jednocześnie wiedziała, że czas działa przeciwko niej. Z zewnątrz wciąż dobiegały niepokojące odgłosy, coraz cichsze, ale wciąż obecne.

— Długa historia — mruknęła w końcu, unikając jego wzroku. — Może ci ją opowiem, jeśli pozwolisz mi tu zostać. Przynajmniej na chwilę.

Zmarszczył pysk, jakby rozważał jej propozycję. Przez chwilę w jego norze panowała cisza, przerywana jedynie cichym kapanie wody gdzieś w oddali. Znowu ten wkurwiający odgłos... 

— Dobrze — powiedział w końcu, opierając się lekko o ścianę tunelu. — Ale nie za darmo. Jak już odpoczniesz, pomożesz mi z czymś.

Oxide spojrzała na niego, zaskoczona jego postawą, ale skinęła głową. Cokolwiek planował, było lepsze niż wpadnięcie w łapy strażników i tego śmierdzącego, obleśnego starucha.

Młody, bo tak go nazywano, cofnął się nieco głębiej w tunel, dając jej więcej miejsca. Jego oczy złagodniały, a postawa, która jeszcze chwilę temu miała być groźna, zyskała nieco dziecięcej niezręczności. Nie wyglądał już na strażnika, a raczej na kogoś, kto próbował odgrywać tę rolę wbrew własnej naturze. 

— Przecież... To jeszcze dziecko... — jej wzrok stał się nagle nieco bardziej współczujący.

— Wyglądasz, jakbyś ledwo trzymała się na nogach. — jego głos zyskał teraz ciepłą nutę.

Wadera uniosła lekko brew, patrząc na niego z mieszaniną zmęczenia i niedowierzania. Nie takiej reakcji się spodziewała.

— W porządku. Mogę sobie poradzić. — jej głos był ostry, bardziej z nawyku niż z przekonania. Starała się zachować ostrożność, ale jej ciało zdradzało oznaki wyczerpania.

— Jasne, jasne... — Młody pokiwał głową, jakby zgadzał się tylko po to, żeby ją uspokoić. — Ale jeśli dalej będziesz tak chodzić, padniesz, zanim się stąd wydostaniesz.

Jego słowa, choć szczere, były podane w sposób, który trudno było zignorować. Oxide westchnęła cicho, przysiadając na skraju wnęki. Pozwoliła sobie na moment, by zgiąć łapy i opuścić głowę, choć jej spojrzenie wciąż było czujne. Młodzieniec obserwował ją przez chwilę, a potem zaczął kręcić się po swojej "norze". Była ciasna, ale wyraźnie urządzona z myślą o jakimś komforcie. W rogu znajdowało się posłanie z suchych liści i mchu, a w innym miejscu niewielki stosik kości i owocowych pestek – dowód na to, że potrafił sobie radzić na własną rękę.

— Poczekaj tu chwilę. — powiedział, po czym zniknął na moment w bocznym korytarzu. Gdy wrócił, niósł w pysku niewielki pęk wysuszonych korzeni. — To pomaga na zmęczenie. Nie smakuje najlepiej, ale lepsze to niż nic.

Spojrzała na niego z wyraźnym zdumieniem. Nikt od dawna prócz Aidena nie okazał jej takiej troski – zwłaszcza ktoś tak młody i najwyraźniej niedoświadczony. Nie była pewna, czy powinna się śmiać, czy odrzucić jego gest.

— Dlaczego to robisz? — zapytała ostrożnie, marszcząc lekko brwi.

Młody usiadł naprzeciwko niej, delikatnie odkładając korzenie na ziemię.

— Bo wyglądasz, jakbyś miała zaraz paść. I... bo mogę. — jego głos brzmiał tak naturalnie, jakby nie widział w tym nic dziwnego. — Poza tym... ja też kiedyś uciekałem. Mogę tylko zgadywać przed czym ty uciekasz, ale każdy zasługuje na chwilę oddechu, prawda?

Te słowa uderzyły Oxide bardziej, niż chciała to przyznać. Przez chwilę w jej oczach pojawił się cień emocji, który szybko stłumiła. Wzięła korzenie, ostrożnie przeżuwając jeden z nich. Smak rzeczywiście pozostawiał wiele do życzenia, ale ciepło, które rozlało się po jej ciele, było zaskakująco kojące.

— Dzięki... Młody. — powiedziała cicho, a jej ton był mniej chłodny niż wcześniej.

— Zaraz, skąd... — zaczął, jednak wadera uniosła łapę w celu uciszenia go.

— Potrafię czytać w myślach. — rzuciła, jakby była to najbardziej oczywista i naturalna rzecz na świecie. 

Wilczur uśmiechnął się lekko, prawdopodobnie odbierając jej słowa jako żart.

— Nie ma sprawy. Jak coś, to mów. Nie zamierzam cię wyrzucać. — mrugnął do niej jednym okiem, a potem usiadł przy wejściu do odwiertu, jakby pilnował, by nikt się nie zbliżył. — Co z Aidenem?

— Nie wiem, kazał mi spierdalać. — odparła krótko, jednak zorientowała się, że przez to zdanie postawiła swojego nowego kolegę w raczej kiepskim świetle. — Oczywiście z humorem. Trochę uszkodziliśmy Feliksa i chyba dotarło to do Alfy, wysłał po niego jakiś swoich chłystków. 

— Alfa? — zapytał, choć w jego głosie nie było wyraźnego strachu, bardziej chęć zrozumienia. — Jeśli wysłał swoich, to znaczy, że nie żartuje. Feliks musiał być dla niego cenny.

Oxide przewróciła oczami, unosząc łapę, jakby chciała machnąć na tę sytuację ręką.

— Cenny? — zaśmiała się cicho, gorzko. — Może kiedyś. Teraz jest tylko kolejną pionkową w układance tego psychola. Trochę jak ja… i jak Aiden. I pewnie jak ty... Każde z nas ma swoją rolę do odegrania, tylko nie wszystkim udaje się ją przeżyć.

Młody przekrzywił głowę, wpatrując się w nią z dziecięcą szczerością.

— Ale Aiden kazał ci uciekać, prawda? — zauważył, zaskakując ją swoim spostrzeżeniem. — To chyba znaczy, że wcale nie jest taki, jak mówisz. Skoro chciał, żebyś się ratowała, to musisz być dla niego ważna.

Oxide spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem. Jego prostolinijność była niemal dezorientująca, jakby widział świat w innych barwach niż ona. Nie odpowiedziała od razu, próbując przetrawić jego słowa.

— Może masz rację — mruknęła w końcu, choć w jej głosie było więcej rezygnacji niż zgody. — Ale to nie zmienia faktu, że wciąż jest w środku tej burzy, podczas gdy ja… jestem tutaj.

Młody wzruszył ramionami, jakby to nie miało większego znaczenia.

— No to odpocznij tutaj, a potem wymyślisz, co dalej. Nie możesz mu pomóc, jeśli sama padniesz z wycieńczenia.

Jego słowa były proste, ale kryły w sobie więcej troski, niż Oxide spodziewała się usłyszeć od kogoś, kto był niemal dzieckiem. Westchnęła cicho, spoglądając na niego z delikatnym uśmiechem, który pojawił się na jej pysku praktycznie mimowolnie.

— Mądry jesteś, jak na swój wiek. — zauważyła z lekkim rozbawieniem.

— Nie jestem mądry. Po prostu nie lubię patrzeć, jak inni cierpią, kiedy mogę coś z tym zrobić. — jego ton był zaskakująco poważny, niemal dorosły. — Poza tym... może i jestem młody, ale swoje widziałem.

Spojrzała na niego uważniej, zastanawiając się, co dokładnie kryło się za jego słowami. Czuła, że ten młodzik ma więcej doświadczeń, niż chciałby przyznać, ale teraz nie było czasu na takie rozmowy. Znów sięgnęła po wysuszone korzenie, przeżuwając je w milczeniu.

— Dzięki, Młody — powtórzyła się, ale teraz w końcu, zaskakująco szczerze. — Może i jesteś dzieciakiem, ale przynajmniej wiesz, co robisz.

Młody uśmiechnął się lekko, odwracając wzrok w stronę wejścia do odwiertu. Jego oczy błyszczały delikatnie w ciemności, jakby wyczekiwał, co przyniesie kolejny moment.

— No to odpocznij, Oxide. Świat nie przestanie się kręcić tylko dlatego, że masz do niego żal. — jego słowa były ciche, niemal niezauważalne, ale odbiły się w jej myślach niczym echo.

Mogła jedynie zgadywać, że ten znał jej imię, bo stała się w bractwie znaną i pożądaną osobistością. W końcu nie przedstawiła mu się nawet.

— Wiesz... — zaczęła nagle, przeciągając nieco wyraz, jakby chciała znów podziałać swoim urokiem. — Zakładam, że skoro tutaj jesteś, jesteś też kimś w hierarchii... Pewnie puszczają cię na zwiady, czy coś w ten deseń. — basior zerknął na nią z zaciekawieniem. — Nie wiem ile zostało mi czasu, ale w ciągu najbliższych godzin potrzebowałabym trochę krzemienia. Jesteś w stanie skołować mi go może z góry? — wyszczerzyła się jak głupi do sera, przechylając zabawnie łeb z nadzieją, że wpłynie to korzystnie na jego decyzję oraz chęć pomocy.

Przez głowę przemknęło jej w międzyczasie jedno zasadnicze pytanie.

— Ciekawe czy Aiden podołał?


<Aiden?>

Od Aidena CD. Oxide - "Początek" - cz. 16

Feliks przez cały czas obserwował Oxide. Z początku zastanawiając się czy ma jej w ogóle odpowiadać na pytania, ale jej urok osobisty, te spojrzenia, to w jaki sposób do niego mówiła – przez to wszystko nieświadomie tracił swoją koncentrację, skupienie nad sytuacją. Rozkojarzał się, o czym nie miał nawet pojęcia. Cały czas jego ślepia wodziły za ciałem wadery, w jego głowie dudniły jej słowa, jej imię, nawet gdy ta się obracała – cały czas widział błysk jej fioletowych oczysk. Nie był świadomy tego co się z nim działo. Okazało się, że był nadwyraz podatny na jej sztuczki manipulacyjne. Z jego pyska wydało się ciche westchnienie, akurat wtedy, kiedy chciał zacząć mówić. 

W powietrzu zaczęła się unosić dziwna, ciężka atmosfera, jakby w jego umyśle zaczęło pękać coś więcej.

Zanim zdążył zrozumieć, obraz przed jego oczami zaczął się zmieniać. Zamiast widoku Oxide, przestrzeń zaczęła się rozmywać, a wokół niego pojawiły się zniekształcone cienie. Wszystko co wcześniej było na wyciągnięcie łapy, teraz robiło się odległe, rozmyte i mroczne. 

A potem to usłyszał – głosy, które nie były jego, ale były tak bliskie jakby dochodziły z wnętrza jego głowy. 

"Jesteś nikim." głos ten zabrzmiał jak szept, ale niski i pełen pogardy. "Zawsze będziesz tylko jednym z wielu, nieważnym, zapomnianym."

Rudy wilk nigdy przedtem nie słyszał tego głosu. Nie znał tej barwy, to na pewno. Czuł jak jego serce przyśpiesza, a zimny dreszcz przeszył go wskroś. Próbował wyrwać się z tej wizji, starając się wziąć władzę nad swoją własną głową, ale kolejne głosy zaczynały do niego mówić coraz więcej rzeczy. Każdy z nich był inny, ale... znany? Nie, to niemożliwe. Feliks widział przed sobą różne sylwetki, ale ich twarze były niewidoczne, nieuchwytne dla jego oczu. To było jak koszmar na jawie. Te wszystkie dźwięki zdawały się być jak fala, która nie miała zamiaru się zatrzymać. Jak tsunami.

"A więc boisz się Feliksie." głos stał się głośniejszy, bardziej stanowczy. "Wszyscy wiedzą, że jesteś do niczego. Twoja siła, twoje miejsce w bractwie... To tylko iluzja którą sobie wmawiasz."

Jego łapy zaczęły drżeć, a wokół niego snuło się coraz więcej cieni, jakby jego otoczenie przejmowały demony w jego umyśle. Jego ego, które tak pracowicie budował przez lata, teraz się kruszyło. Każde słowo, każdą myśl która pojawiała się w jego głowie, to wszystko podważało jego poczucie własnej wartości. Nie wiedział co się dzieje, a poza tym – nawet się nad tym nie zastanawiał. Tak jakby nie miał na to czasu, albo zwyczajnie bał się zbyt bardzo. 

 "Nikt cię tu nie szanuje Feliksie. Wszyscy się ciebie boją, ale przecież to tylko strach..." głos teraz stał się wręcz przepełniony ironią, jakby wyśmiewał całe jego istnienie. "A Oxide? Ona tym bardziej do niczego cię nie potrzebuje." 

Rudy oddychał z trudnościami, które dla Oxide wydawało się, że pojawiły się znikąd. Feliks nie mógł się uwolnić z tej pułapki. Koszmary, które były właśnie jego, zaczynały go wciągać coraz głębiej i głębiej z każdą mijającą minutą, sekundą. Cały świat nagle zniknął, a on pozostał sam na środku mrocznej pustki. Czuł się tak, jakby ogień palił jego łapy, jego pysk i uszy, a nawet ogon. Z każdej strony słyszał tylko te okrutne słowa, które wbijały się w jego psychikę niczym tuziny gwoździ, odłamki szkła, szpilki.

Nie miał kontroli nad własnym umysłem. W jego głowie rozbrzmiewały przeróżne pytania, te same, które zadawał sobie od zawsze. Czy naprawdę był kimś, czy tylko wilkiem, którego zawsze używali? Czy był jedynie narzędziem? Czy jego pozorna siła to tylko maska? Czy jego pozycja w bractwie cokolwiek znaczyła?

Koszmary nie ustępowały. Głosy wciąż wyłaniały się z cieni, aż w końcu przebiły się przez mur jego przekonań, a on sam... się skruszył. Rozpadł się na części, jego poczucie własnej wartości było rostrzaskane na miazgę. Potem – znowu pojawiła się Oxide. Jej postać była zamazana, jakby nierealna, a jej oczy były najpierw wyrazem zimnej obojętności, gdy następnie zobaczył błysk jej zębów. Jakby się uśmiechała, ale coś w tym uśmiechu było nie tak.

Oxide wówczas dostrzegła, że coś się działo w jego głowie. Wcześniej zastanawiała się jedynie, co się z nim działo, dlaczego tak milczy, ale potem dostrzegła błysk zielonych oczu, gdzieś w głębi korytarza. Doskonale wiedziała do kogo one należą, a także chwilę potem połączyła fakty. To Aiden wszywał się w głowę Feliksa, wykorzystał moment kiedy Oxide go manipulowała i wpił się w jego umysł. W głowie wadery natomiast pojawiły się kolejne głosy, jej same, które słyszała wiele razy przedtem w swoim życiu. Ale tym razem zdecydowanie przyjemniejsze niż te przed chwilą. 

Białowłosa postanowiła wziąć udział w tej grze. Odezwała się do Feliksa, całkowicie zmieniając swoją poprzednią narrację, gdy tylko poczuła, że może go bardziej wplątać w obślizgłe koszmarne macki Aidena.

— Myślisz, że jesteś w czymś lepszy od innych? — zapytała, jakby znała jego myśli, choć sama nie wiedziała co do końca działo się w jego czaszce. — Jesteś tylko jednym z wielu, Feliksie. W końcu cię porzucą i zastąpią. 

Jego serce zabiło jeszcze mocniej, szybciej, ciężej. Mimo, że rudzielec stał wpatrzony w Oxide, to z każdą mijającą chwilą jego umysł się przeobrażał coraz bardziej. Koszmarne wizję przejmowały jego świadomość. Jego wzrok był skupiony na wilczycy, ale w jego głowie pojawiło się jeszcze więcej głosów, szeptów, krzyków. Każdy kolejny był coraz bardziej intensywny, a jego skronie zaczęły pulsować z bólu. 

"Alfa kazał ci ją pilnować." ten dźwięk zabrzmiał jak rozkaz, niski, zachrypnięty, przerażający. "Bez niego jesteś nikim, Feliksie." 

Ciśnienie w jego żyłach było nie do zniesienia. Jego ego od zawsze było jego tarczą, ale przez to wszystko, czuł jak ono samo się kruszy.

"Masz polecenie, więc wykonaj je." Głos zaczynał się robić coraz bardziej natarczywy. "Zawsze będziesz tylko głupim strażnikiem. Lider zwiadowców? Zapomnij. Samozwańczy, pierdolony lider..." 

Czując jak strona rzeczywistości zaczyna się zniekształcać, Feliks momentalnie zerknął na Oxide. Jej figura teraz zdawała się być naprawdę odległa, jakby zatarła się w cieniu, ale wtedy coś w kącie jego oka przyciągnęło jego uwagę. Odwrócił głowę za siebie i nagle, przez jego całe ciało przepłynął zimny dreszcz. Miał wrażenie, jakby coś nieznanego patrzyło na niego z ciemności. On sam nie kontaktował z rzeczywistością na tym etapie, więc to zielone, jaskrawe światło zdawało się być dla niego czymś, co widział po raz pierwszy w swoim życiu, mimo, że gdzieś w głębi wiedział kto to może być. Dopiero po chwili dostrzegł, że te światła, to są... Oczy. 

Zimne, pełne intensywnej, niepokojącej energii, błyszczały w ciemności, przypominając kocie, a nie wilcze oczy. Rudy zadrżał, ale z trudem starał się ignorować to uczucie, a głosy w jego głowie znowu podwoiły swoją intensywność i moc.

"Zawsze będziesz tylko jego sługą, Feliksie. Nigdy nie będziesz czymś więcej, niż tylko pionkiem w grze Alfy."

Feliks odwrócił głowę ponownie w stronę Oxide. Powoli, naprawdę powoli, wyglądało to tak, jakby jego ruchy były puszczone w filmie podczas slow-mo. Oxide, chociaż skupiona na tym co się działo, zerkała co jakiś czas na migoczące zielone oczy Aidena. Uśmiechnęła się delikatnie, niemal niezauważalnie, wiedziała, że wszystko szło zgodnie z planem. 

Rudego pochłonęły koszmary na jawie. Były niemożliwe do zignorowania, każde słowo wchodziło w jego tkanki niczym ostrza. Głosy były niemożliwe do zignorowania. To wszystko, to były jego najgłębsze lęki, które go teraz prześladowały. 

— Jesteś tylko narzędziem. — odezwała się Oxide, chcąc wtrącić swoje kolejne pięć groszy do zabawy.

Potem Aiden nasłał na Feliksa kolejne głosy, dopowiadające parę słów do zdania Oxide. 

"Używany i porzucany. Nikt Cię nie potrzebuje, z każdym dniem jesteś coraz bardziej zbędny." Ta barwa należała do Alfy. Powtórzył te słowa jeszcze raz, a Feliksowi zaczynało się robić już słabo od nadmiaru negatywnych emocji. 

"Idź, porzuć to." Głos w jego umyśle zabrzmiał teraz jak ostatni rozkaz który miał kiedykolwiek usłyszeć. "Zostaw to zadanie. Zniknij mi z oczu." 

Rudy z trudem oddychając patrzył na Oxide, a jego źrenice rozszerzyły się tak, jakby zaraz miał stracić przytomność i grunt pod nogami. Ostatni raz, lekko skołowany prześledził jej ciało wzrokiem i odwrócił się. Nie wypowiedział ani słowa, kiedy zaczął włóczyć nogami po kamiennym podłożu, oddalając się od niej. 

Oxide uśmiechnęła się nieco szerzej, wiedziała, że plan zadziałał, miło, że Feliks jeszcze tego nie rozumiał. Rudy basior zniknął za rogiem, a echo jego kroków szybko umilkło w jaskini. Białowłosa stała w miejscu, wpatrując się w punkt, w którym jeszcze chwilę temu stał. Wtedy z mroku, w którym nic nie wydawało się poruszać, wyłoniła się cichym krokiem postać Aidena. Jego zielone oczy świeciły w ciemności, choć nieco słabiej niż przedtem. Zbliżył się do Oxide.

— Zagrałeś to naprawdę dobrze. — powiedziała, nie odwracając wzroku od miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu Feliks był. — Jak udało ci się go tak zwieść?

Aiden zatrzymał się tuż obok niej, jego spojrzenie było niemal obojętne. Zamilkł na moment, jakby zastanawiał się, jak odpowiedzieć na pytanie.

— Nic strasznego. — Jego głos był chłodny i pozbawiony emocji. — Wystarczyło pokazać mu, że to, co uważa za swoją siłę, jest tylko iluzją. Jego ego to jego największa słabość.

Wadera zerknęła na niego, dostrzegając, jak jego oczy zaczynają migać na zielono, ale nie poczuła strachu. Dobrze znała Aidena, wiedziała, że to jego sposób działania.

— Tak, ale jak dokładnie to zrobiłeś? Co mu pokazałeś? — Zapytała, ciekawa szczegółów.

Aiden uniósł lekko kącik ust w czymś, co można by nazwać uśmiechem, ale nie był to typowy uśmiech. Raczej chłodne, kontrolowane zadowolenie.

— Pokazałem mu, kim naprawdę jest. Przypomniałem mu, że jest nikim więcej niż zwykłym pionkiem. Jego wielkie ego zaczęło się kurczyć, kiedy dostrzegł swoją prawdziwą wartość.

Oxide uniosła głowę nieco wyżej, jakby dając mu tym samym znak uznania. 

— Brudne gierki, podoba mi się to. Jego własne lęki go zgubiły.  — Uśmiechnęła się pod nosem. — I po prostu sobie poszedł. Wróci? 

Aiden spojrzał na nią spokojnie, ale wadera mogła wyczytać, że nie był do końca pewny, czy to naprawdę koniec. Jego oczy zgasły całkowicie.

— Zrobił to, co musiał zrobić. Nie dał rady wytrzymać własnego ciężaru. — Jego głos był cichy. — Musimy wymyśleć coś innego niż twoja bomba, Oxide. Bractwo skoncentruje się na nas, kiedy Feliks dojdzie do świadomości. Nie wiem ile będzie pamiętał z tej sytuacji, ale sam fakt, że sobie poszedł, zamiast cię pilnować na rozkaz Alfy będzie podejrzany. 

Teraz jeszcze nie byli do końca świadomi tego w jakie tarapaty wpadli. Trzeba było działać natychmiast.

I to szybko.


<Oxide?>


piątek, 3 stycznia 2025

Od Oxide CD. Aidena - "Początek" - cz. 15


— No.. czyli teraz mam się zapoznać z tobą, hmm?


Zauważywszy wyraźną zmianę nastawienia u oponenta miała ochotę odetchnąć z ulgą, jednak wiedziała, że kiedy tylko da tak wyraźny sygnał, ten zacznie coś podejrzewać. Musiała udawać bycie szczerą, najgorzej.


— Och, długo jeszcze będziesz się tak ukrywał? — zapytała jakby z wyrzutem, jednak zalotny ton jej głosu nie ulegał zmianie. — Cóż za brak manier. — zmarszczyła nos, pokazując groźnie zęby i zamiotła ogonem, pokaźnie odwracając się do niego tyłem.


Zrobiła parę kroków naprzód, niczym obrażona księżniczka, po czym ułożyła się w pozycji świeżo wypieczonego bochenka chlebka, zamknęła oczy i z poważną miną zastygła w tej pozycji.

Najlepsze sygnały to sprzeczne sygnały. Przynajmniej w jej sprytnym planie, który była zmuszona wymyślać na bieżąco. Z ciszy, jaka zapadła w celi mogła wywnioskować, że basior nie ruszył się nawet o centymetr, jednak nie sprawiło to, że zaczęła wątpić w w skuteczność swojego działania. Wiedziała, że cierpliwość była jednym z jej najmocniejszych atutów. Jeśli przeciwnik miał być trudnym do rozgryzienia pionkiem w tej grze, to właśnie przez sprzeczność w jej zachowaniu mógł w końcu popełnić błąd. Oczywiście, cała ta maskarada była wyczerpująca. Zmuszanie się do wyrażania emocji, których wcale nie czuła, granie roli przed kimś, kto być może już dawno przejrzał jej sztuczki… Ale to było jedyne wyjście.  Przetrwanie wymagało od niej elastyczności i sprytu.

W końcu, po kilku dłużących się chwilach ciszy, wyczuła minimalną zmianę w powietrzu. Może to było ledwo słyszalne westchnienie, może skrzypnięcie łapy o podłoże – cokolwiek to było, sygnalizowało, że jej oponent w końcu zaczął reagować.

Nie otwierając oczu, przemówiła powoli, niemal sennie:

— Wiesz… jeśli chciałeś mnie sprawdzić, mogłeś od razu powiedzieć. Oszczędzilibyśmy sobie tych wszystkich gier. Ale nie, oczywiście, że musisz być taki tajemniczy, prawda?

Zamruczała cicho, bardziej do siebie niż do niego, starając się ukryć satysfakcję. Z każdym kolejnym słowem, które padało z jej pyska, czuła, że zaciska swoją pułapkę coraz ciaśniej.

— Wybacz ten brak kultury... — usłyszała nagle zza siebie. 

Informacja zwrotna sprawiła, że wadera delikatnie rozchyliła powieki i uniosła kącik w sprytnym uśmiechu. Jeżeli Aiden obserwował ją z daleka mógł wyraźnie wyczytać, że jej plan idzie w dobrym, wręcz wyśmienitym kierunku. Feliks pozostawał jednak wciąż za nią, ale nad tym jeszcze popracujemy. Jej uśmiech trwał jednak tylko chwilę, po czym na powrót przybrała pozę obojętnej, niemal obrażonej damy.

— Przynajmniej dostrzegasz swoje braki — odparła, wciąż nie odwracając głowy, a jej głos miał w sobie nutę chłodnego uznania. — To pierwszy krok ku poprawie, Feliksie . — użyła jego imienia z premedytacją, przeciągając samogłoski jak pieszczotę, by wytrącić go z równowagi.

Cisza, która zapadła po jej słowach, była niemal namacalna. Feliks nie odpowiedział od razu, a jego milczenie było bardziej wymowne niż cokolwiek, co mógłby powiedzieć. Może próbował zachować spokój. Może zastanawiał się nad kolejnym ruchem. A może po prostu czekał na jej błąd?

— Poprzedzając twoje pytanie, wiem jak masz na imię. Ale nie wiem, czy ty znasz moje? — rzuciła w końcu, z odrobiną rozbawienia, które mogło być prawdziwe lub kompletnie udawane.

Wadera zmieniła nieco ułożenie łap, jakby wygodniej się przeciągała, ale w rzeczywistości przygotowywała się do kolejnego posunięcia. Cokolwiek Feliks planował, nie zamierzała dać mu ani centymetra przewagi.

— Nazywam się Oxide... — zerknęła na niego przez ramię, a jej oczy błysnęły niczym perseidy przeszywające zimowe niebo. Wreszcie zauważyła rudawy kolor futra basiora oraz jego dość masywną posturę. Mogłaby przysiąc, że w jego głowie właśnie jej imię dźwięczy niczym dzwon kościelny dający znać o porannej, niedzielnej mszy, ach, cóż za poetyckie porównania. Skąd o tym wiedziała? Jest to bowiem oczywiste, sama wywołała tę halucynację. 

— Tak... Obiło mi się to już o uszy. Szef coś o tobie wspominał. — najwidoczniej speszony, odwrócił swój wzrok wbijając go w jedną z kamiennych ścian. 

Oxide postanowiła pozostać w swoim uwodzicielskim nastroju.

— Nieśmiały jesteś, co? — uśmiechnąwszy się szerzej, zamiotła za sobą ogonem. — A może po prostu rzadko kiedy masz do czynienia z samicami? W końcu służysz bractwu... Kiepsko tak żyć w celibacie. 

Feliks drgnął niemal niezauważalnie na jej słowa, co dla Oxide było sygnałem, że trafiła w odpowiedni czuły punkt. 

— Świetnie — pomyślała, obserwując kątem oka jego reakcje. To, jak nagle zesztywniał, jak próbował ukryć swoją niepewność, wyraźnie ją bawiło. Gra była coraz bardziej fascynująca.

— Celibat? — rzucił w końcu, jakby próbując odzyskać kontrolę nad rozmową, choć jego głos zdradzał nutę niezdecydowania. — Nie wiem, kto ci naopowiadał takich rzeczy o bractwie, ale chyba masz zbyt bujną wyobraźnię.

Białowłosa zaśmiała się cicho, melodyjnie, jakby jego odpowiedź była najzabawniejszą rzeczą, jaką dziś usłyszała, a jej śmiech odbił się o pobliskie ściany i być może słyszalny był nawet na niewielkim dystansie poza celą, w której się znajdywali.

— Och, więc jednak potrafisz mówić. Już myślałam, że mam do czynienia z milczkiem. — spojrzała na niego uważniej, jakby oceniając go na nowo. — Ale nie zaprzeczaj, Feliksie. Widać, że nie jesteś przyzwyczajony do rozmów... w takim tonie. — ostatnie słowa niemal wyszeptała, przeciągając je z premedytacją.

Basior odchrząknął nerwowo, ale nie odpowiedział od razu. Zamiast tego ponownie odwrócił wzrok, co tylko utwierdziło Oxide w przekonaniu, że była o krok przed nim.

— Nie musisz się krępować, naprawdę. — jej głos był miękki, niemal kojący, choć pod nim krył się wyraźny cień drwiny. — Powiedz mi lepiej, co takiego ciekawego szef o mnie mówił? Skoro już zdobyłam sobie miejsce w waszych rozmowach, to chyba warto wiedzieć, czym zasłużyłam na tę uwagę.

Feliks uniósł lekko brew, jakby zastanawiał się, ile powinien jej zdradzić. W końcu jednak odpowiedział:

— Mówił, że jesteś... kłopotliwa. Że masz w zwyczaju działać na własną rękę i łamać zasady.

Oxide uśmiechnęła się szerzej, odsłaniając rząd białych kłów.

— Kłopotliwa? — powtórzyła z rozbawieniem. — Cóż za uroczy komplement. Chyba zaczynam lubić twojego szefa.

Była to najprawdziwsza nieprawda. Przez moment nawet zaczęło jej się robić niedobrze w trakcie wypowiadania tego zdania. But show must go on, right? Nie mogła pozwolić sobie na wyrażenie choćby cienia niechęci, mimo że słowa niemal paliły ją od środka. 

— Uroczy komplement? Naprawdę? — najchętniej teraz odwróciłaby się do Feliksa i oznajmiła, co naprawdę sądzi o tym obleśnym typie, ale to byłoby jak strzelenie sobie w łapę. Gra wymagała poświęceń.

Przez ułamek sekundy Feliks przyglądał się jej uważniej, jakby wyczuwając napięcie, które udało jej się ukryć tylko dzięki idealnie wyćwiczonym reakcjom. Może zastanawiał się, czy rzeczywiście była tak rozbawiona, jak starała się pokazać. Ale zamiast wyrazić swoje wątpliwości, uśmiechnął się lekko, choć z wyraźną nutą sceptycyzmu.

— Lubić mojego szefa? — powtórzył, niemal z kpiną. — Cóż, to by było coś nowego. On raczej nie zbiera fanów.

Oxide wzruszyła ramionami, jakby jego słowa były dla niej niczym więcej niż błahym spostrzeżeniem. Wewnątrz czuła, jak napięcie rośnie z każdą wymianą zdań. Z jednej strony w jej sercu tliła się iskra triumfu – gra, którą prowadziła, rozwijała się zgodnie z planem, a Feliks zdawał się tańczyć dokładnie tak, jak tego chciała. Z drugiej jednak strony była świadoma, że balansuje na cienkiej linie. Każde słowo mogło ją zdradzić. Jedno potknięcie, jedno źle dobrane zdanie, a iluzja, którą z taką pieczołowitością budowała, mogła runąć. Czuła lekki ucisk w żołądku, jakby samo wymawianie pochlebstw pod adresem Alfy bractwa było niczym gorzki posiłek, którego smak nie chciał opuścić jej pyska. Ale musiała zignorować tę reakcję, udając obojętność i nonszalancję. Gdzieś w głębi umysłu przewijała się myśl, że ta rozmowa nie jest zwykłym przekomarzaniem się. Feliks, mimo swojej nieśmiałości, mógł być o wiele bardziej spostrzegawczy, niż chciała przyznać. Zastanawiała się, czy dostrzegł jej krótkie zawahanie, czy może wyłapał ukryty cień w jej głosie. Każda najmniejsza reakcja z jego strony była dla niej niczym kolejny ruch w grze, który musiała szybko przemyśleć i odpowiednio zinterpretować. Jej instynkt, wyostrzony przez miesiące walki o przetrwanie, podpowiadał, że nie powinna go lekceważyć. Ale jednocześnie coś w niej buntowało się przeciwko tej sytuacji. Rudzielec był dla niej enigmą – zbyt cichy, zbyt zamknięty, a jednocześnie miał w sobie coś, co wywoływało lekki dreszcz niepewności. Była przekonana, że ten basior skrywa więcej, niż pokazywał na pierwszy rzut oka, i to ją irytowało.

Pod powierzchnią jej pozornie beztroskiego uśmiechu kryła się burza emocji. Gniew na siebie za to, że musiała grać w tej farsie. Fascynacja tym, jak łatwo było manipulować Feliksem, a jednocześnie niepokój, że być może nie znała wszystkich zasad tej gry. Ale najbardziej palącym uczuciem była determinacja. 

— Och, czasem wcale nie chodzi o lubienie, tylko o strategię. Wiesz... dobrze mieć odpowiednich "przyjaciół" w odpowiednich miejscach. — spojrzała na niego z ukosa, jakby właśnie w tej chwili zaliczał się do kategorii "odpowiedni przyjaciel".

Feliks zmarszczył brwi, jakby próbując zrozumieć, czy jej słowa były wyrazem szczerości, czy kolejną manipulacją. W końcu westchnął, godząc się z faktem, że nigdy nie rozgryzie jej do końca.

— To, co nazywasz strategią, inni mogliby nazwać wyrachowaniem — zauważył, rzucając jej ostrożne spojrzenie.

Oxide parsknęła cicho, z ironią.

— Wyrachowanie, strategia... To tylko różne słowa na to samo, Feliksie. Wszystko zależy od tego, kto patrzy. Ale skoro już tu jesteśmy, może zdradzisz mi coś więcej o tym waszym... bractwie? W końcu chyba mam prawo wiedzieć, w co mnie wplątano. — wypowiedziawszy to Oxide podniosła się powoli, celowo zwracając uwagę na każdy swój ruch. Przeciągnęła się leniwie niczym kot, jakby podkreślając swoją niezależność, po czym strzepnęła z futra drobinki kurzu, które zdawały się być przyklejone do jej skóry  tak, jak wspomnienia, których nie chciała nosić. Gdy stanęła w pełni wyprostowana, skierowała na niego spojrzenie, w którym mieszały się pewność siebie i coś bliżej nieokreślonego, może nawet niepokojącego. Starała się utrzymywać pewną siebie, nadal nieco flirciarską postawę wobec niego. Póki co rudzielec zdawał się łapać haczyk, jednak gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl o tym, że równie łatwo jest się potknąć. 

— Musisz trzymać się roli — powtarzała sobie w myślach, choć echo innych głosów, bardziej natrętnych i nieprzyjaznych, zaczynało wdzierać się do jej umysłu.

— On widzi przez ciebie, przestań udawać... Nie. Nie widzi nic, jesteś bezpieczna. Bezpieczna? Ha! Zobaczymy, jak długo. — sytuacja w jej głowie zaczęła nieco wymykać się spod kontroli. — Nie, nie teraz. — owszem, jej umiejętności manipulacji umysłem innych były zadziwiające, jednak zdarzało się, że jej własna broń atakowała również i ją. Czuła, jak jej myśli zaczynają się zaciskać niczym pętla, każda nowa fala głosów dodawała ciężaru. Próbowała się skupić, ale nie potrafiła. Wydawało jej się, że Feliks patrzy na nią zbyt długo, zbyt intensywnie. Może widział, jak jej źrenice rozszerzają się ze strachu? Może zauważył drżenie jej łap?

— Nie, nie, to tylko iluzja. On nic nie widzi. 

— Ale co, jeśli widzi? Co, jeśli zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak? — myśl ta uderzyła ją jak lodowata fala, która nagle ogarnia całe ciało.

Zacisnęła szczęki, próbując powstrzymać narastającą panikę. Wewnątrz czuła, jak coś się burzy, jakby wszystkie jej emocje były tłumione siłą i jednocześnie próbowały wydostać się na zewnątrz.

Te głosy, tak różne od siebie, brzmiały jednocześnie znajomo i obco, jak dawni towarzysze, których nie mogła się pozbyć. Czuła, jak zaciskają się wokół jej świadomości niczym sieć, oplatając ją i zmuszając do chwili zawahania. Ale nie mogła pozwolić sobie na słabość. Nie teraz, gdy tamten zdawał się być w zasięgu jej manipulacji. Utrzymywała zalotny wyraz pyska, choć gdzieś głęboko w środku czuła, jak napięcie ściska jej żołądek.

— On coś wie. Zauważył to. Przecież widział, jak zmieniłaś ton głosu. 

— Nie widział. Jesteś dobra w tym, co robisz. Zawsze byłaś.

— Ale czemu milczy?

To, że Feliks obserwował ją z taką ostrożnością, sprawiało, że czuła się naga. Jakby widział coś, czego nikt wcześniej nie zauważył. A może to tylko jej paranoja. Paranoja czy rzeczywistość? Czasami nie była pewna, co jest prawdziwe, a co jedynie wytworem jej własnego, rozdartego umysłu.

— Spokój. Tylko spokój. Nie spierdol tego. — rozkazała sobie w myślach, próbując odzyskać kontrolę. Ale jej ciało zdawało się nie słuchać. Puls w jej skroniach przyspieszył, a zimny pot spływał po karku. Miała wrażenie, że wszystko wokół niej – kamienne ściany, sufit, nawet powietrze – zaczyna się kurczyć, zamykać ją w klatce, z której nie ma ucieczki.

Jednocześnie coś w niej walczyło, podtrzymując fasadę pewności siebie. Jej ciało wykonywało ruchy mechanicznie – uśmiechała się, prostowała, utrzymywała spokojny ton głosu, ale wewnętrznie była jak rozchwiana łódź na wzburzonym morzu.

— To tylko chwila. — te słowa powtarzała sobie w głowie jak mantrę, próbując uciszyć narastający chaos. Ale gdzieś z tyłu głowy wciąż słyszała szyderczy śmiech. 

— Więc, Feliksie... — zaczęła nagle, starając się, by jej głos zabrzmiał lekko, choć czuła, że drży jej wnętrze. — Czy zawsze tak... uciekasz spojrzeniem? Czy to tylko dla mnie? — uniosła brew, dodając do swoich słów odrobinę drwiny, licząc, że to odciągnie jego uwagę od ewentualnych oznak jej wahania.

— To działa. On się zawstydza. — uradowała się na moment, jednak po chwili doświadczyła kolejnej realizacji. — A co, jeśli to tylko gra z jego strony? A co, jeśli on też gra?

Utrzymywanie tej maski zaczynało ją męczyć. Czuła, jak krople potu, niewidoczne na zewnątrz, powoli spływają po jej wnętrzu, przypominając o kosztach każdej chwili napięcia. Mimo to wyprostowała się bardziej, uśmiechając się szerzej. 

— Musisz przetrwać. Musisz wygrać. Nawet jeśli oznacza to walkę z samą sobą.


<Aiden?>

schizo.

Od Yrsy - Coś się kończy, coś się zaczyna cz. 1

 


Świt wpełzał między drzewa jak cichy intruz, rozwiewając ostatnie resztki nocnej mgły. Powietrze było gęste od zapachu wilgotnych liści, gnijącej ściółki i zbliżającej się zimy. Każdy oddech Yrsy niósł w sobie ciężar czegoś niewypowiedzianego, czegoś, co wiatr próbował rozproszyć pośród gałęzi starych drzew.

Szła powoli, ostrożnie stawiając łapy na mokrej ziemi. Jej smukłe, srebrzysto-beżowe futro lśniło w bladym świetle poranka, a kryształowe oczy śledziły każdy ruch wokół niej — taniec ostatnich liści, które z gracją opadały na ziemię, i drżenie cienkich gałązek pod naporem wiatru. Była tu sama. Jak zawsze. Samotność była jej towarzyszką, cichą i lojalną, nigdy nie zadawała pytań i nigdy nie wymagała odpowiedzi.

Jesień miała w sobie coś niemalże świętego. Była to pora pożegnań i refleksji, czas, kiedy natura składała broń przed nieubłaganym chłodem nadchodzącej zimy. W każdym kolorowym liściu, który opadał na ziemię, w każdym nagim konarze drzewa kryła się historia o przemijaniu.

Yrsa zatrzymała się przy jednym ze starych dębów, którego kora była popękana i omszała. Jego konary wyciągały się ku niebu, jakby chciał jeszcze na chwilę zatrzymać uciekające lato. Przymknęła oczy i oparła się czołem o szorstką korę.

— Wszystko przemija — wyszeptała, choć nikt jej nie słyszał.

Każdy oddech lasu, każdy szelest liści, każdy podmuch wiatru niósł ze sobą przypomnienie o kruchości istnienia. Jesień była jak elegancki finał, jak ostatni akt sztuki, którą wszyscy muszą kiedyś zakończyć.

Kiedy ruszyła dalej, jej łapy zanurzały się w dywan z liści. Myśli płynęły leniwie, splatając się z rytmem jej kroków. Czy przemijanie jest czymś, czego należy się bać? Czy jest jedynie kolejnym etapem, spokojnym przejściem ku nieznanemu?

Na skraju polany zatrzymała się ponownie. Przed nią rozciągał się widok na dolinę tonącą w porannej mgle. Słońce, choć ukryte za ciężkimi chmurami, przesyłało blade, rozproszone światło, które odbijało się od kropli rosy osiadłych na trawie.

— Może i ja jestem jak ten liść — pomyślała Yrsa. — Unoszona wiatrem, tańcząca na skraju zapomnienia.

Wiatr poruszył jej futro, a ona zamknęła oczy, pozwalając, by chłód przeszył ją do szpiku kości. Samotność nie była już ciężarem, ale częścią niej samej. Nie była klatką, a raczej otwartą przestrzenią, w której mogła swobodnie oddychać.

Każde drzewo, każdy kamień, każdy płatek zmrożonego mchu miał swoją historię. Były świadkami przemijających pokoleń, cichymi kronikarzami świata, który nieustannie się zmieniał. A jednak, mimo tych zmian, coś wciąż pozostawało takie samo. Szum wiatru. Zapach deszczu. Smak zimnego powietrza.

Yrsa przysiadła na skraju polany i uniosła łeb ku niebu. Jej kryształowe oczy błyszczały wilgocią, choć nie pozwoliła łzom wypłynąć.

Nie dziś.

— Może właśnie w tym tkwi piękno jesieni — szepnęła. — W godnym pożegnaniu.

Znowu ruszyła przed siebie, a jej sylwetka zniknęła między drzewami, stając się częścią tego cichego, jesiennego świata. Las zaszumiał, jakby przytakując jej słowom, a liście dalej tańczyły swój ostatni taniec, spadając na wilgotną ziemię.

Wszystko przemija, ale w tym przemijaniu jest coś pięknego. Coś, czego nie można zatrzymać, ale co można na chwilę poczuć — jak chłodny wiatr na pysku, jak kropla deszczu na powiece, jak szepty jesieni niesione przez mgłę.

Yrsa zniknęła w gęstwinie, a las na chwilę zamarł, jakby chciał zapamiętać każdy jej krok.

Czas zdawał się zwalniać, a może to tylko Yrsa nauczyła się słuchać ciszy w inny sposób. Kroki stawały się coraz lżejsze, a myśli cięższe. Spacer przez las o tej porze roku był jak podróż przez własne wnętrze — każde drzewo stawało się zwierciadłem, każda gałąź przypominała o czymś utraconym. Wiatru nie dało się uchwycić, tak jak nie dało się zatrzymać czasu.

Zatrzymała się nad małym strumieniem. Woda płynęła leniwie, odbijając obraz nagich konarów i mlecznego nieba. W jej tafli Yrsa zobaczyła własne odbicie — kryształowe oczy, pełne czegoś, czego sama nie potrafiła nazwać. Może melancholii, może zadumy.

— Ile jeszcze razy wrócę tutaj, nim sama stanę się jednym z tych liści? — zapytała półgłosem, jakby strumień mógł jej odpowiedzieć.

Odpowiedzią był tylko szmer wody, która niezmiennie płynęła ku dalszym, nieznanym zakolom. 

Może tam, gdzie wszystko się zaczyna i kończy.

Każdy krok Yrsy był teraz bardziej ostrożny, jakby nie chciała zakłócić spokoju miejsca, które było dla niej niemal święte. Jej łapy przesuwały się po mchu, pozostawiając za sobą ledwie widoczne ślady. Czy ktoś kiedyś będzie wiedział, że tu była? Czy ślady jej istnienia zostaną zatarte przez deszcz, wiatr i czas?

Dotarła do niewielkiego wzgórza, skąd mogła objąć wzrokiem całe złocisto-rdzawo-szare królestwo jesieni. W dole las tonął w półmroku, mimo że słońce powoli wspinało się na niewidzialny tron gdzieś ponad chmurami. Tutaj, na górze, wiatr był bardziej surowy, bardziej bezwzględny. Targał jej futro, śpiewał w jej uszach pieśń o końcu i początku, o cyklach, które nigdy się nie zatrzymują.

— Może jesień jest właśnie tym momentem zawieszenia — pomyślała Yrsa. — Czasem, gdy wszystko, co żywe, zatrzymuje się na krawędzi. Jeszcze nie umarłe, ale już nie do końca żywe.

Usiadła, pozwalając, by chłód przenikał jej ciało. Pustka, którą czasem czuła w sercu, nie była już czymś, przed czym chciała uciekać. Była jak mgła o poranku — gęsta, ale tymczasowa. Wiedziała, że w końcu opadnie, odsłaniając krajobraz, który zawsze tam był.

— A może to samotność nadaje sens temu wszystkiemu — wyszeptała do siebie. — Może bez niej nie dostrzegłabym piękna tych chwil.

Patrzyła, jak chmury przetaczają się leniwie nad horyzontem. Jak mgła w dolinie rozmywa kształty drzew, czyniąc je cieniami czegoś, co kiedyś było pełne życia. Zrozumiała wtedy, że jesień to nie tylko koniec — to także przygotowanie. Czas, kiedy świat zamiera, by w ciszy i spokoju odnaleźć siłę na to, co nadejdzie później.

Nagle z oddali dobiegł ją krzyk samotnego kruka. Jego ciemna sylwetka przecięła niebo, znikając gdzieś pośród gałęzi. Symbol czegoś? Przestroga, czy może znak, że nawet ci, którzy wędrują samotnie, zawsze mają swoje miejsce w tym ogromnym, niepojętym świecie?

Zeszła ze wzgórza powoli, niemal dostojnie, jakby każdy krok miał znaczenie. Każdy kamień, każde źdźbło trawy, każda kropelka rosy była częścią czegoś większego. W tym chaosie panował porządek, którego nigdy nie da się w pełni zrozumieć, ale można go poczuć — jak oddech wiatru na karku.

— Może i ja jestem częścią tego wszystkiego — pomyślała Yrsa. — Może moje kroki, moje myśli, moje istnienie mają znaczenie, nawet jeśli tylko na krótką chwilę.

Gdy słońce zaczęło chować się za grubą zasłoną chmur, Yrsa znalazła schronienie pod starym, pochylonym drzewem. Ułożyła się na suchych liściach, otulając ogonem swoje łapy. Przymknęła oczy, wsłuchując się w szum lasu, w szepty jesieni, które brzmiały jak kołysanka.

A las milczał. Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia, ale dlatego, że niektóre odpowiedzi można odnaleźć tylko w ciszy.

Jesień trwała. Niezmienna. Piękna. Przemijająca.


środa, 1 stycznia 2025

Od Małej Mi – "Pocisk mocy" (trening mocy)

Najsilniejsza. Najmocniejsza. W watasze nie było jej równych. Przynajmniej tak gadali, ale Mi wcale nie była co do tego przekonana. Jej wciąż było mało, wciąż pragnęła być silniejsza, mieć potężniejszą moc. Zależało jej, choć powoli miała wrażenie, że teraz już nie dla potęgi samej w sobie, ale ze względu na nudę i samotność, jaka doskwierała waderze.

Siedząc nad zamarzniętym stawem wokół Różanego Wodospadu, czerwonoruda uważnie rozmyślała, czego jej brakowało we własnych umiejętnościach. Nie miała wątpliwości, że w sile, zwinności i szybkości nikt jej nie dorównywał, przynajmniej z wader, a z basiorów… Tylko te stare dziadki, którym już te umiejętności się i tak nie przydawały, bo ich ciała tego nie wytrzymywały. To by czyniło Mildredfiri niekwestionowaną zwyciężczynią. Z wyjątkiem jednej umiejętności.

Jej moc. Również była największa, ale nie była niekwestionowana. Były wilki, które mogły ją przegonić, gdyby się postarały. Na tą myśl w Mi budził się duch rywalizacji i zapragnęła zapewnić sobie pierwsze miejsce również i w mocy. Tylko co mogłaby zrobić, by potrenować panowanie nad ogniem.

Może, być może, zamiast iść w jak najtrudniejsze ćwiczenia, tym razem zabrałaby się za coś drobnego, wymagającego precyzji i delikatności. W końcu to również ważne cechy, potrzebne do dobrego panowania nad magicznymi mocami. Nawet jeśli miałoby być to krótkie ćwiczenie, zapewniające niewiele nowego doświadczenia, wciąż było wartościowe dla kogoś, kto nie ma co ze sobą zrobić pragnie zostać niezachwianym posiadaczem najpotężniejszego ciała.

Jej wzrok, dotychczas odległy i nieobecny, zwrócił się ku lodowatej, jednak wciąż płynącej wodzie szumiącego wodospadu. Obecnie była to jedyna płynąca woda na horyzoncie Mi, wszystko inne zamarło, dotknięte podmuchem kroków nadchodzącej zimy. Choć było to świetne miejsce do każdego innego treningu, dla wadery wydawało się teraz bezużyteczne i poczuła, że niepotrzebnie tu przyszła. Potem wycofała się w swoich myślach. Przynajmniej wpadła na pomysł, co ze sobą poczynić, a to dało więcej niż zwiedzanie jakichkolwiek innych terenów.

Podniosła się, pokryta mrozem i cienką warstwą śniegu trawa zaskrzypiała pod naciskiem łap. Wyjątkowo lód nie stopniał pod dotykiem ognistej wilczycy, co stanowiło miłą odskocznię od wiecznie mokrego futra. Łyse drzewa zatańczyły delikatnie pod namową wiatru, akurat gdy Mildredfiri zaczęła się oddalać od brzegu stawu, do którego wpadał Różany Wodospad. To nic, powiedziała do siebie wojowniczka. Przestało być tak wcześnie rano, więc zaczęło powiewać.

Postanowiła udać się na granicę południowych gór, gdzie mogła względnie z dala od wzroku ciekawskich obserwatorów poćwiczyć to, na co wpadła. Wiedziała, że znajdowała się niepokojąco blisko granicy Watahy Szarych Jabłoni, a przynajmniej tak powiedziałaby jej starsza rodzina. Ojcowie, których już nie miała. Brat, który odszedł. Siostra, która coraz rzadziej bywała w domu. Ostatnio widziały się kilka dni temu, od tego czasu nikt o niej nie słyszał. Z Tią też tak było, zanim nie zniknęła całkowicie, a w jej miejscu pojawił się Yolotl. Mi zrobiła coś, czego nienawidziła robić – przypomniała sobie, że została w większości sama.

Potrząsnęła głową, starając się wyrzucić z niej niemiłe myśli. Ćwiczenia, na tym miała się skupić. Góry były blisko, ich zbocza wznosiły się ku niebu, podczas gdy Mi pozostawała malutka i nieważna, wrażliwa na upływający czas bardziej od tych molochów. Ale w przeciwieństwie do nich, ona przynajmniej potrafiła się ruszać. Myśleć. Żyła.

Wadera stanęła na łysej, pomijając zalegający śnieg, skale. Rozglądając się, uznała, że było to świetne miejsce na jej trening, wystarczająco puste i wystarczająco osłonięte, nawet jeśli tylko z jednej strony.

Jej włosy zamieniły się w ogień, ogon również się nim zajął. Oba miała pod pełną kontrolą. Jak stała tak spod jej łap wyrosły płomienie, również opanowane do perfekcji. Gdy już Mildredfiri rozpaliła wszystkie części ciała, które zapragnęła, zaczęła kombinować bardziej. Zmniejszyła płomienie pod jedną łapą, pod pozostałymi zwiększyła, nie była to trudna sztuczka. Śnieg już stopniał, pozostawiając nagą skałę, ale na szczęście woda z niego szybko wyparowała i nie zmoczyła sierści na łapach. To zawsze było nieprzyjemne uczucie.

Kolejne ćwiczenie, zmniejszanie i zwiększanie płomieni na głowie, zmienianie ich kształtu, o tyle, o ile się da. Również coś, co Mi robiła już setki razy, nie sprawiało jej to najmniejszego kłopotu. Potrafiła nawet zmieniać kolor, sprawiać, by raz płomienie nabierały brązowej barwy, a raz niemal różowej. Gdy skupiła się wystarczająco, mogła nawet mieć kilka odcieni jednocześnie. Poćwiczyła tą umiejętność, nawet jeśli nie była przydatna w walce, dodatkowa rozrywka dla szczeniaków nigdy nikomu nie zaszkodziła. Malce często lubiły oglądać takie sztuczki.

Dalej… Co było dalej? Co mogła dalej robić? Powtórzyła poprzednie ćwiczenia na ogonie, ale niczym się to nie różniło, jeśli chodziło o sposób wykonania. Zastanowiła się, popatrzyła na swoje płomienie. W końcu wpadła na coś, czego często właśnie nie ćwiczyła.

Usiadła na kamieniu, by całe swoje skupienie móc na spokojnie przenieść na podniesioną łapę, zamiast martwić się o utracenie równowagi. Podniosła stopę na wysokość pyska, odwracając opuszki ku górze. Wystrzeliły z nich płomienie, malutkie, niczym z zapałek. Mi je zwiększyła. Potem zmniejszyła. Potem…

Potem udało jej się uformować z nich kulę i gdy opuściła nieznacznie łapę, kula ta pozostała w powietrzu, lewitując i kręcąc się niczym okrągły wir. Ciekawe zjawisko, jednak po ponownym dotknięciu rozwiało się w ciepłą bryzę. Zaintrygowana Mi spróbowała ponownie. I jeszcze raz. Aż w końcu zaczęła żonglować ognistą kulą. Następnie dwoma, trzema, jedną dużą, tą bawiła się jak piłką. W przypływie natchnienia rzuciła palącą się piłką w pobliskie kamienie. Rozległ się trzask, odłamki poleciały w różne strony, zostawiając spaloną, mokrą od stopionego śniegu wyrwę.

Ogień to nie zabawka. Zniszczenia po nim są najtrudniejsze do naprawienia, a często zdarza się, że nawet niemożliwe. Mi musiała o tym w końcu zacząć naprawdę pamiętać, jeśli miała zyskać nad nim pełne panowanie.

Koniec


Gratulacje!

Od Gerani - "Nowe niebo" (opowiadanie niespodzianka)

 

Noc zaszła nad światem. Zima przykryła swoim płaszczem wszystko, jak daleko tylko oko sięgało. Cisza i spokój pogrążały nieskończone połacie lasów i polan śpiących pod pierzynami z białego puchu. Jasny księżyc słodko i potulnie, w całej swojej pełni, rzucał cienie na drzewa i skały. Gwiazdy, tak daleko od miast i światła, błyszczały wesoło, pomimo zimna i żalu panującego wokół. Wszystko spało, od wilków i lisów po norach, przez myszy skulone w swoich kryjówkach, niedźwiedzie głęboko w gawrach, sowy cichutko w drzewach, jelenie stojąc uważnie na obrzeżach lasów, po nawet drzewa, które ospałym wiatrem delikatnie poruszały gołymi gałęziami.

Skryty Las nie był żadnym wyjątkiem. Jego drzewa i tak zazwyczaj świeciły golizną, jakby obdarte z życia, a mimo to duszące życie pod sobą równie dobrze. Liście trzymały się góry, a zimą igły pokrywały runo, jakby żadne drzewo nie chciało pozostawać przy życiu tą porą.
—Parszywa pogoda. — głos obcy, jakby z nikąd i zewsząd rozerwał błogą nocną ciszę. Wilczyca, granatowa i piękna, siedząca na samotnej skałce na brzegu lasu, odwróciła głowę za siebie, skąd wiatr przyniósł dźwięk. Jednak jej żółte oko, nie ważne jak mocno wbijało się w przestrzeń nie dostrzegło nic. A mimo to, wadera uśmiechnęła się szeroko, jej oczy błyszcząc z tak rzadką w tej porze radością.
—Doprawdy, a jednocześnie nie ma pogody lepszej niż zimowa gwiezdna noc. —
—Powiadasz prawdę Geranio. — głos zawirował wokół jej sierści, tylko delikatna sylwetka wilka migając pomiędzy drzewami.
—Zasiądź. Jesteś pierwszą, która przybyła. — wilczyca machnęła łapą i zdawało się, że wiatry przemieściły się, a śnieg zaszurał pod łapą, która jednak nie odbiła się na śniegu. — Bardzo miło cię widzieć Mutiaro. — Geriania uśmiechnęła się, jej oczy zamykając w dwa księżyce.
—Ciebie także moja dobra przyjaciółko. — wiatr wokół niej poniósł wyłącznie głos.

To było tak, że Mutiana dołączyła do grona Legend pod pieczą Gerani. I Gerania bardzo ceniła sobie tą waderę, gdyż jej przeznaczenie było bardzo szlachetne. Rzadko jednak teraz miała w ogóle szansę pojawić się przed kimkolwiek, gdyż wojna dawno ustała i na nic komukolwiek była niewidzialność w tym świecie. Zdawało się też, że wilki jako tako zapomniały o swoich starych przewodnikach, legendach, które pieczołowicie pilnowały ich bytu. Oczywiście. Ale kto miałby im za złe? Ich życia pochłaniały wystarczająco uwagi, a oni? Oni sami mieli nic tylko nieskończoność. Jeszcze tyle generacji sama Gerania zobaczy, co już zobaczyła, jak nie więcej. I każda będzie taka sama. Zagubiona i widzieć ją kiedy potrzebują, aby zapomnieć kiedy kryzys zaniknie.
—Kto w tym roku przynosi nalewki? —
—Podobno Wodnik udało się położyć łapy na zagranicznej wódce i paru butelkach saki. Niesamowite co ta wadera potrafi uczynić, kiedy pragnie. Niewinnie utopiona, a prawie utopiła jakiegoś ptaka żeby jej to załatwił. A dodatkowo klasycznie spirytus przynosi Satrnia. — Gerania odparła spokojnie, jej wzrok sięgając ku niebu.
—Oczywiście! — jasny, wszechobecny głos nagle pojawił się za nimi. Parę szklanych butelek zagrzechotało, kiedy zintegrowały się zaraz obok niezwykłej postaci stojącej w śniegu. Jej szare futro i pożółkłe kości pobielały w srebrnym blasku księżyca. Różowe kwiaty wpięte w jej osobę zaglądały na zimę ciekawsko, w końcu one były darowane wiecznością, kiedy wszystko wokół nich umierało pokryte śniegiem. Zimno zawirowało wokół, jednak żaden z obecnych nawet nie zadrgał, ich ciała poza zasięgiem przyrody i humorów pogody.
—Ęreg! — wilk o łapach poszytych cienką nicą zjawił się zaraz za Satrnią, niosąc w pysku koszyk z resztą zasobów na celebrację  tego pięknego wydarzenia. Gdzieś w oddali zawył wilk.
—Ah. Szykują się? — Ęreg uniósł swoją pożółkłą czaszkę, jego oczy puste, tylko błękit kwiatów błyszcząc w nocnym świetle.
—Szykują od jakiegoś czasu. W tym roku zdaje się, że tylko paru z nich, ale mieszanie. Wszystkie watahy. —
—Watahy czy nie. Szykują się na celebrację, więc i my powinniśmy. — Satrnia otrzepała ogon z drobinek śniegu. Ona, pierwsza którą po śmierci widzą dusze, w świecie materialnym i materią była. Nawet jeśli zimno nie doskwierało jej już od setek lat to uporczywie kleisty śnieg zawsze dokuczał w jakimś stopniu kiedy przylegał do sierści jak rzepy do ogona.
—Powinniśmy. — Gerania kiwnęła głową, jej krok spokojny, prowadząc ich małe zebranie w głąb Skrytego Lasu. Zdawało się, że przed nią drzewa odsuwały się na boki, a gęste porośla i pozostałości po krzakach kładły na ziemię, tworząc dywan dla jej stóp. I wtedy też wkroczyli na polanę. Jedyna taka w lesie całym, gdyż tylko tutaj korony drzew ustępowały miejsca niebu. Niebu, które tego dnia piękne i ozdobione jak na okazję.
—Postarały się Światła. — głos z nikąd zaśmiał się. Zdawało się, że nawet niewidzialne życie potrafi widzieć. Tylko Ęreg  był nieszczęśliwy, pozbawiony oczu, a jednak bardzo wyczulony na życie wokoło.
—Prawda. Gwiazdy dzisiaj wyglądają cudownie.— Satrnia odetchnęła odkładając butelki ze spirytusem na zieleniejącą się coraz silniej trawę. — Oh.. .Czyżby…? —

I wtedy też zza drzew wyłoniła się postać górująca nad nimi wzrostem i posturą, ludzka, której ruchy były powolne i celowe. Poruszała się niczym duch zapomnianych czasów, a z nią przyszła zieleń dla kawałka świata na którym siedzieli. I zatrzymała się po środku, jej suknia do ziemi wyciągnięta zatrzymując się jak ona sama w czasie.
—Witaj Widząca. — Gerania kiwnęła jej głową. W odpowiedzi uzyskała jedynie zmęczone westchnięcie. — Daleka droga? —
—Jak co roku. — odparł posąg, jej ręce chwytając swój ulubiony wazonik i odkładając go na ziemię. W niego wetknęła parę gałązek czereśni, kwitnącej wiecznie jakby przepowiadając los tych, którzy za dużo mówią.
—Jak co roku, doprawdy. —
—W tym roku nie musiałam nieść butelek, to lżej. — dodała po chwili milczenia, kiedy wilki wokół niej rozkładały koce na zieleniejącej się trawie.
—Doprawdy, lżej. Cieszymy się że jesteś. — Ęreg oparł się o bok kobiety, jego kwiaty ocierając się o zimy kamień.
—Ja także cieszę się że udało mi się przybyć. — powiedziała po czym palcem pstryknęła w powietrzu. Ona miała niezwykłe możliwości. Zmiana przyszłości, przeszłości w milczeniu. Ale i teraźniejszości, co zielona i ciepła trawa wiosenna pokazywała jasno wszystkim. A jednak wszyscy milczeli. Wtedy też na brzegu polanki zachwiał się wiatr i nagle zaczął się sączyć deszcz z nikąd. Jego intensywność wzrosła aż pomiędzy kroplami pojawiła się postać. Lewitująca ponad ziemią postać, której puste oczy spojrzały w ich kierunku.
—Ah. Najwyższa pora. — Mutiana odezwała się skądś.  — Ty chociaż jesteś widzialna! — dodała ze śmiechem, który odbił się od drzew sprawiając, że nagle wadera była wszędzie.
—Prawda. Dobrze ,że ten deszcz magiczny to i was nie umoczy. Nie to co parę lat temu, ha! — Sachael zaśmiała się w głos, jej ciało dryfując w powietrzu w ich kierunku, a deszcz za nią. Zdawało się że deszcz zaczynał się parę centymetrów nad nią i tak właściwie to nawet nie docierał do ziemi, znikając zanim zetknął się z trawą. W ten sposób wadera objawiła się, bezpiecznie dla ich pożywienia.
—Miło was widzieć. —
—Ciebie także Sachael. — Satrnia machnęła jej łapą, aby zbliżyła się do ich małego posiedzenia, gdzie już część z nich wyłożyła się na kolorowych tkaninach. Butelki spirytusu leżały ładnie po środku koców, część w koszyczku, a część obok, przyozdobiona dzbankiem z czereśniowymi kwiatami oraz świeżymi owocami. Mały poczęstunek w postaci paru ciastek i innych skradzionych ludziom wytworów leżały na glinianych talerzykach wokół wystawnego przedstawienia jakim był alkohol.
—Kto w tym roku znosi jedzenie? — Sachael machnęła łapą i postawiła obok alkoholu pięknie zdobione szklaneczki na alkohol. Każda była inna i każda ręcznie malowana.
— Lucjan — odparła wizualizacja śmierci.
—Lucjan… UGH… — obrazek w deszczu zmarszczył nos na sam dźwięk tego imienia. — Nie przyniesie pewnie nic ciekawego. —
—Przez ciekawego masz na myśli wilcze mięso czy ludzkie wnętrzności?— Ęreg zaśmiał się, jego futro nadal oparte o zimny kamień posągu, którego ręka powoli przesuwała palcem po czaszce wilka.
—Phi! Nie wiecie co dobre! —
—Nie wiemy i dlatego ty więcej nie przynosisz jedzenia! — zaśmiał się nowy głos. Parę butelek zadzwoniło, kiedy wadera z wieloma czarnymi ranami wkroczyła na polanę. Jej łapy spięte łańcuchem, który ciągnął się do nikąd, a ciche dzwonienie roznosiło się za nią z każdym krokiem.
—Wodnik! — Sachael od razu podleciała do samicy pomagając jej z butelkami.
—Ciebie tez miło widzieć znowu, dobra towarzysko. — znały się obie. Znały się bo obie z wodą wiązały swoje życia, na różne sposoby, ale jednak. — Ale naprawdę. Jedzenia nigdy więcej nie przynosisz. —
—rozumiem. Rozumiem. Zrozumiałam za pierwszym razem! —
—I dobszzzzeee.. — kolejny przybysz oświadczył im o swojej obecności. Wąż, fioletowy i ozdobiony złotą spiralą wpełzł na polanę. Jego ogon ciągnął za sobą wór pełen dobroci, które pachniały aż z brzegu lasu.

I wkrótce wszystko było rozłożone i rozmowa zawrzała. Raz lub dwa razy do roku zdarzało im się tak pełną grupą spotkać, z całą pewnością tylko kiedy stary rok umierał śmiercią naturalną. Czasem zdarzało się, że przy świętach spotykało się ich paru, w różnych miejscach, ale tylko kiedy nowy księżyc i nowy wiatr witały nowy świat wszystkie Legendy jak wszyscy wilcy zbierały się razem aby witać tą nową wieczność.
—Kogo brakuje? — W końcu Ęreg oderwał się od boku Widzącej i zakręcił na koce.
—Brakuje mnie. — cichy głos wydarł się ze świata kiedy znikąd wadera, której postać wyglądała inaczej każdego roku, a może i dnia, stanęła przed nimi.
—Lumina.— odezwała się wodnik, jej głos zaskoczony. — Zawsze zostawałaś przy bieli! Co cię natchnęło na fiolet?! —
—Na fiolet? Otóż nic innego jak nowy przyjaciel. Niedługi przyjaciel, bo śmiertelnie chory, ale przesłodki. —
—Chory? —
—Chory. Ale widzi mnie, jak wtedy widział młody medyk. I lubi fioletowy. Więc jestem. Oto jestem. Oto ja. Bo to ja. — Lumina zakręciła się we własnych słowach, jej umysł zaćmiony niepamięcią, która towarzyszyła jej od zawsze.  — Nawet nie wiem czy to jeszcze ja. —
—Jestem pewna że kiedyś się dowiesz. — odparła Gerania, jej oczy wyrozumiałe i ciepłe. Obie miały swoje lata, prawie wieczne egzystencje, niewiadomo kiedy powstałe, chociaż może i wiadomo. Tylko one dwie znały swoje własne historie, ich słowa nigdy nie wypowiedziane na głos, zamknięte w klatkach z ranionych serc.
—Dziękuję. — odparła Lumina, jej osoba powoli opadając na koce. Jej ogon, wielki i rozpływający się w przestrzeń na chwilę zniknął w trawie, pozostawiając ją niczym dziwne widmo bez ogona. A kto go dotknął, zasypiał. Wiec i trawa zasnęła tam gdzie jej ogon opadł na milczące nienaturalne źdźbła.
—Czekamy już tylko na… Aha! — Lucjan uniósł oczy za późno zdając sobie sprawę że powinien był je zamknąć. Nagły blask i błysk oślepił wszystkich, poza tymi którzy dobrze wiedzieli co nadchodzi.
—AGH! Do jasnej! Księżyc! Mogłabyś ostrzegać! — Sachael wrzasnęła przecierając oczy mokrymi łapami.
—Mogłabym ,ale byłoby to trudne, skoro żeby cię ostrzec muszę się najpierw pojawić. — jej osoba zawisła nad nimi, fioletowe oczy wpatrzone w nich z wesołym uśmiechem. I te małe gwiazdy, które wisiały na jej sznurkach, młode – rosły jeszcze, gdyż tam było ich miejsce. Przy księżycu, od niego zyskać blask i zostać przekazane w ręce brata. Brata ,którego skrzydła uderzyły parę razy, a całe niebo zdawało się kryć w nich i drgać razem z nim, kiedy lądował. Spory to był wilk, ciemny jak piękne noce, ze skrzydłami niezwykle rozległymi, nienaturalnie dużymi. Ale dało się je złożyć, żeby mu nie przeszkadzały.
—Witajcie Gwiazdy! — Gerania kiwnęła im głową.
—Witajcie wszyscy. — Jak już przemówiły do nich i z każdym się przywitały to usiadły sobie niedaleko brzegu koców, tak aby mogły spokojnie rozciągnąć swoje skrzydła. I na koniec, zjawił się on. Zorza, wylądował na ramieniu Widzącej, oboje wymieniając szczere i szerokie uśmiechy. Jego ogon niczym zorza ciągnął się za nim tak jakby się nie kończył.
—Zatańczysz dla mnie, dzisiaj? — Posąg uniósł swoją dłoń i zanurzył ją w kolorach ogona wilka, który stał nadal na jej osobie.
—Zatańczę. Jak co roku. Jak co roku zatańczę dla was wszystkich na niebie. Obiecałem, żem póki żyw tak co roku w nową porę będę wam świecił. Obiecałem! —
—Obiecałeś. Tak. Dziękuję Zorzo. Tak rzadko mam szansę oglądać coś pięknego. —
—Wiem. Wiemy. Wiemy wszyscy. Dlatego wszyscy tu jesteśmy co roku, żeby celebrować.—

I celebrowali. Kubeczki zdały się idealnie pasować im do łap, a alkohol lać się litrami. A oni jakby niewzruszeni alkoholem i nie głodni, a pili i jedli. W końcu im także się należy. I nadszedł też moment. Ten moment, na który nie zawsze wszyscy chcą czekać i który nie wszyscy nawet z Legend  chcieli zobaczyć. Bo co gdyby czas mógł trwać dłużej i ich spotkanie wspólne ciągnąć się wieki i tak długo jak ich egzystencja wyje w lasach i duszach wilków, które nie pamiętają? Niestety, czas poza ich łapami biegł sobie. Jedyna przeszkoda, którą nawet im nie dane przeskoczyć. Więc nadszedł czas, kiedy Zorza z rozpędem wypadł w powietrze, a niebo rozświetlił jego ogon, ciągnąc się za nim niczym piękne światło. I wilki w dole zawyły, nie widząc go ale widząc jego dzieło. I Widząca  pewnie by łzę uroniła gdyby niebyła wiekową skałą, posągiem, który jest jedynie mchem i kamieniem, a który jakimś cudem, z trudem co roku targa się po świecie.

—Niech nowy dzień wstanie wam spokojnie przyjaciele. — Księżyc wykłosiła ostatni toast, i wtedy nowe gwiazdy zalśniły na niebie.

Niech wam nowy dzień wstanie zdrowy.

Spokojny.

I niczym dziecko co płacze w każdej Legendzie, zapomniane jak oni, niewinne.

END